Część I: Opowieść społeczna
OSIEDLE WILANÓW JEST ZNANE JAK POLSKA DŁUGA I SZEROKA
UZNANE ZA SZCZYT ZAROZUMIAŁOŚCI WYKSZTAŁCIUCHÓW I PRÓŻNOŚCI POLITYKIERÓW
ALE WSZYSCY Z DUŻYCH MIAST I MAŁYCH WSI CHCĄ TU ZAMIESZKAĆ
STĄD TE DWIE OPOWIEŚCI.
OTO PIERWSZA. Wilanów — ziemia obiecana
Wilanów zawsze przyciągał. Tu w pobliże Pałacu Króla Jana już w czasach historycznych podjeżdżała kolejka wąskotorowa ze Śródmieścia na podwarszawski wyraj. Tu nieco później, za komuny wyrosło pierwsze „miasteczko Wilanów”. Też blokowisko, ale jak na te czasy ekskluzywne, bo mieszkania były cztero-, pięciopokojowe. O ciekawej, popularnej wśród mieszkańców stolicy nazwie: Zatoka Czerwonych Świń.
Pałac króla Jana Sobieskiego to serce serc Wilanowa, a królowa Marysieńka to perła w tej koronie. Przyjeżdżają tu wszyscy mieszkańcy „tej ziemi” od Tatr po Bałtyk.
Przedszkolaki i emeryci, mali i duzi, szczupli i grubi — i tacy, żeby posiedzieć i pomyśleć o „nieistniejącej” już historii. A z zagranicy prezydenci, premierzy i głowy koronowane, żeby ją interpretować, a nawet tworzyć po swojemu.
Prowadzenie i zarządzanie pałacem to niezłe wyzwanie. I nie najgorszy biznes.
HISTORIA w tradycyjnej, samochwalczej formie nie dociera już do pt. publiczności. Historia, tak jak demokracja, już się skończyła w momencie kiedy urodził się termin POLITYKA HISTORYCZNA.
Każda nawet najmniejsza i najśmieszniejsza partyjka ma własną! Więc gdzie najmocniej bije serce Wilanowa?
W spontanicznej i na poły amatorskiej działalności grupy o nazwie Fundacja Królowej Marii Kazimiery, która próbuje zamienić króla wojownika, „Lwa Lechistanu”, na kult światłej kobiety.
W pełnej krasie można było się o tym przekonać podczas uroczystości nadania polskiemu układowi tańca o nazwie POLONEZ tytułu kulturowego dziedzictwa ludzkości. Takich tłumów z pewnością Pałac nie widział nawet za czasów króla Jana.
Na lewo Moskwa, a na prawo Berlin. Ale przedtem cud cywilizacyjny, Plac Vogla. A na nim wszystko, do czego kiedyś młode serca tęskniły w socjalizmie. Urbanistyka jakby projektował Corbusier. Prywatne butiki z luksusowymi towarami w kolorach nie z tego świata.
Supermarkety, do których zestresowana dziewczynka-dziecko bała się wejść, bo nie ma pieniędzy, więc ją wyrzucą. Zamarzła na ławce.
Skoro dojechaliśmy do tej ziemi nie tyle obiecanej co wybranej, rozejrzyjmy się wśród tych naśladowców Kolumba. Kto przybył razem z nami? No nie uwierzycie!
Przyszli prezydenci stolicy i kraju. Prezydentów z małżonkami było aż gęsto.
Jeden grał świetnie w tenisa i kandydował najpierw na szefa stolicy. Na korcie jako trener dziesięciolatka wykazywał pełny profesjonalizm. To przyszły Pierwszy? Niemożliwe, bo gdy zrzuca t-shirt, pokazuje tors atlety! Pięknie wytatuowany!
Stwierdzenie, że jest niezwykle podobny do Kandydata, na którego trzeba głosować, zbywa niefrasobliwie. „A myśli pan, że warto?”
„A na kogo?” — denerwuje się rozmówca. „Na tego durnia i oszusta.” Jaki mu tam? Majstersztyk pokazujący błyskotliwego dyplomatę. Trenera-prezydenta kraju oczywiście.
Niestety później okazało się, że tylko Stolicy. Bo nie pojechał na pewną debatę, nie zdjął koszulki i nie pokazał atletycznego, wytatuowanego torsu. Zdobyłby tym tysiące zwolenników stadionów, ustawek i siłowni.