E-book
6.83
drukowana A5
38.08
drukowana A5
Kolorowa
66.29
Egipt

Bezpłatny fragment - Egipt

Czyli 10 mgnień wiosny, lata, jesieni i zimy

Objętość:
251 str.
ISBN:
978-83-8126-879-0
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 38.08
drukowana A5
Kolorowa
za 66.29

Hurghada

Miasto, którego nigdy nie było a dziś to ponad sto pięćdziesiąt tysięcy stałych mieszkańców i setki tysięcy turystów, rozlokowanych w hotelach na ponad 50 km. wybrzeża, bo miasto tak się już rozciągnęło. A wszystko zaczęło się od małej rybackiej osady i tak by pewnie zostało na wieki, jak to w Egipcie zwykle się dzieje, że wieki mijają, a nic się nie zmienia. Dopiero w latach 80. ubiegłego już wieku, po podpisaniu historycznego porozumienia pokojowego z Izraelem, w Hurghadzie wybudowano pierwsze hotele dla zachodnich turystów. Dziś, samych tylko Polaków gości tu ponad pół miliona rocznie, a ile jest hoteli nikt nie wie i nie musi, bo w Egipcie często lepiej wiedzieć mniej, a na pewno bezpieczniej.

Dlaczego nastąpił tak gwałtowny rozwój miasta? Bo w okolicach Hurghady zaczynają się cudowne rafy koralowe, które potem ciągną się wzdłuż wybrzeża Morza Czerwonego daleko poza granice Egiptu. Ale to właśnie tu mają swój początek. Do tego słoneczna pogoda przez cały rok- tu deszcz nie pada praktycznie nigdy. Temperatura Morza Czerwonego nie spada poniżej 20°C, więc nurkować można cały rok, europejscy amatorzy kąpieli nawet w zimie wskakują do morza, które wtedy ma temperatury zbliżone do Bałtyku latem.

Miasto składa się z trzech zasadniczych dzielnic. Dahar, to najstarsza, północna część miasta zwana też starym miastem. To tu zaczął się turystyczny boom, tu powstały pierwsze hotele budowane równym ciągiem wzdłuż morza. Dziś to teren bardzo zaniedbany, rzadko oferowany zachodnim turystom. Pozostało tu tylko kilka porządnych hoteli, w tym Hilton, a poza tym królują tanie, podrzędne hoteliki o standardzie poniżej oczekiwań. Stanowczo odradzam pomysł zatrzymania się w tamtych okolicach. Tam też mieszka największa część miejscowej ludności. Dziś Dahar to w zasadzie arabskie miasto, gdzie żyje większość mieszkańców Hurghady. Jeśli już to można się zatrzymać na jej południowym krańcu, przed portem. Jest tam kilka dobrych hoteli.

Centrum miasta nazywa się Sakalla. Tu koncentruje się nocne życie Hurghady, pełno tu zarówno restauracji i pubów, jak i sklepów. Co do zakwaterowania to mam mieszane uczucia, choć zwykle tu właśnie mieszkaliśmy. Hotele w większości są zaniedbane, plaże mają krótkie, a wodę brudną, bo to środek miasta i okolice portu. Jeśli chodzi o warunki plażowe to zdecydowanie najgorsza część miasta. Ale nigdzie indziej nie ma takich możliwości wieczornych szaleństw. Amatorzy tychże powinni bezwarunkowo właśnie w Sakkali się zatrzymywać.

Dalej na południe ciągnie się bez końca tzw. „nowa część Hurghady”. Jest to właściwie jedna szeroka ulica, przy której buduje się coraz to nowe hotele. Najpierw po stronie plaży, potem po drugiej, a obecnie zabudowa „puchnie” i powstaje już trzeci oraz czwarty rząd hoteli oraz nieodłączne centra zakupów. Im dalej na południe tym hotele są większe i droższe. Tu właśnie zbudowano samowystarczalne kompleksy na wiele tysięcy turystów, z których praktycznie przez cały pobyt mało kto wychodzi, bo i po co? Wszystko oczywiście w formule „all inclusive”. Dziś ta dzielnica dochodzi już do zatoki Makabi, po drodze jest jeszcze oaza luksusu Sahl Hasheesh, gdzie oprócz luksusowych hoteli zbudowano też całe dzielnice z mieszkaniami dla cudzoziemców.

Ale im dalej na południe tym mniej jakiejkolwiek infrastruktury i po prostu trzeba siedzieć w hotelu bo można z niego wyjść praktycznie tylko na pustynię.

Dziś, gdy piszę tę książkę, w Hurghadzie znów jest pusto, jak po każdej fali zamachów terrorystów islamskich. Plany Egiptu, uczynienia z wybrzeża Morza Czerwonego maszynki do zarabiania pieniędzy, trzeba odłożyć na inne czasy, ale i tak dzień w dzień samoloty ze wszystkich stron świata lądują na tutejszym lotnisku, przywożąc spragnionych słońca, złotych plaż, ciepłego i bogatego w rafy morza oraz egzotyki w różnym tego słowa znaczeniu. Tak czy siak, Hurghada była, jest i będzie największym kurortem egipskiego wybrzeża Morza Czerwonego i jeszcze długo będą chętni na spędzenie tu wakacji. Wakacji, które w tym mieście trwają cały rok, a to jest chyba rzecz najważniejsza. Bo to właśnie ów klimat nieustających wakacji, w mojej ocenie, jest decydujący, gdy chce się określić, czym jest to miasto. Hurghada to są po prostu wakacje, nic mniej i nic więcej.

Inauguracja

Zima powoli miała się ku końcowi, ale gdzie tam jeszcze do ciepłych i słonecznych dni. Poza tym mieliśmy masę innych kłopotów. Tak w ogóle to dobrze nie było, a nawet było zdecydowanie źle. Dlatego trzeba było coś zmienić, wprowadzić nowy element, który tę sytuację w jakiś sposób zmieni. Dokładnie taka motywacja zawiodła mnie do zapyziałego kantorka w okolicach „metalowych” ulic w samym centrum Warszawy. Tam właśnie działała firma, którą znają dziś wszyscy miłośnicy zagranicznej turystyki zorganizowanej pod nazwą wakacje.pl.

A ja byłem jednym z ich pierwszych klientów. W jednym pokoju połowa personelu firmy (czyli jedna osoba) sprzedawała mi wyjazd do Egiptu, a w sąsiednim druga połowa (też jedna osoba) aktualizowała oprogramowanie portalu. To były czasy pionierskie w turystyce i w informatyce.

Pomysł wyjazdu powstał nagle, sam wyjazd był też nagły, bo zaledwie za kilka dni. Udało mi się kupić wyjazd na 10 dni, który był tylko w tym jednym terminie. To zawsze lepiej niż 7 dni, a na 14 nie było mnie stać, z czasem też by było krucho, bo utytłani byliśmy w obowiązki ponad nasze możliwości. Bez znaczenia, zostawiamy ten zimny i szary świat, jedziemy pod błękitne niebo Egiptu. Plaże i rafy koralowe Morza Czerwonego i Egipt faraonów, sam byłem pod wrażeniem. Dziś wszystko to już tak spowszedniało, ale piętnaście lat temu było zupełnie inaczej. A na pewno w naszym życiu, mieliśmy co prawda za sobą dwa wyjazdy do Tunezji, ale Egipt to zupełnie inna sprawa.

Trochę ponad cztery godziny lotu. Najpierw lecimy nad pokrytą chmurami Europą, dopiero gdy samolot dociera do brzegów Egiptu zwarta pokrywa chmur zmienia się w pojedyncze baranki, a potem już nawet i one znikają. Pod nami Egipt. Jak na dłoni widać deltę Nilu, zielony trójkąt pośród bezbrzeżnej pustyni. Gdy docieramy do Kairu, widać nawet piramidy, powiedzieć, że czuję się oszołomiony to za mało. A dalej jest jeszcze bardziej ekscytująco. Zieleń delty została za nami, samolot lekko skręcił na wschód i pod nami pustynia, prawdziwa i ogromna. Dokładnie tak wyobrażałem sobie powierzchnię Marsa, czerwone góry i wąwozy, gdzie ani grama wody nie uświadczysz. Nigdzie ani plamki zieleni, żadnych ludzkich odsad. Jałowe, niegościnne pustkowie i więcej nic.

Po lewej stronie pojawił się niebieski pasek, to Morze Czerwone, dolatujemy do celu. Samolot zszedł niżej i zobaczyłem cel naszej podróży. Pod nami były wyspy i okalające je rafy koralowe. Myślę, że każdy, kto zobaczył to pierwszy raz, nigdy nie zapomni piękna tego widoku. Ja oniemiałem.

Egipt powitał nas mocną, ale ciepłą bryzą oraz oślepiającym słońcem. Witamy w Egipcie, gdzie słońce świeci przez cały rok.

Pierwsze zetknięcie z Hurghadą po opuszczeniu lotniska to kompletny szok. Jedziemy ulicami przez coś, co chyba jest miastem, ale albo dopiero go zaczęli budować, albo właśnie je rozbierają. I tak po raz pierwszy zetknęliśmy się ze specyfiką egipskiego budownictwa. Bo nikt tu nigdy nie kończy budowy domu, gdyż dopóki dom jest w budowie, dopóty nie płaci się za niego podatku. No to sami rozumiecie. Poza tym chaos w Egipcie jest stanem podstawowym, a rzeczy uporządkowane należą do rzadkości i raczej są Egipcjanom narzucane niż wynikają z ich świadomych decyzji. Mijamy więc całe rzędy domów w budowie, część zasiedlona, część nie. Pomiędzy nimi i wszędzie, gdzie tylko jest skrawek wolnego miejsca, pojawiają się góry śmieci, w większości odpadów z budowy. Nie wygląda to dobrze.

Zmieniło się gdy dotarliśmy nad morze. Jedziemy na południe szeroką ulicą, wzdłuż której stoją hotele. Te wyglądają na skończone, przynajmniej większość. Wysypisk śmieci też zdecydowanie mniej. Za to coraz więcej zieleni, palmy i całe gąszcza kwitnącej bougainvillei, jest już zdecydowanie lepiej. Wysiadamy, hotel nazywa się Princess Palace &Club.

Palace ma 4 gwiazdki i wygląda jak nie jak pałac, ale jak dom mieszkalny typu jamnik. Kilka pięter, jeden stumetrowy korytarz i kilkaset pokoi. Club to z kolei małe, piętrowe bungalowy z pokoikami i balkonami. Wszystko położone wokół niewielkiego basenu. Club ma 3 gwiazdki. Dostaliśmy narożny pokój na piętrze, z balkonem wychodzącym właśnie na basen.

Gdy już pozbyliśmy się boya hotelowego- bakczysz po raz pierwszy, mogliśmy usiąść na leżakach i patrzeć. Wiatr smagał palmy rosnące tuż koło bungalowu, słońce niemiłosiernie prażyło, na niebie nawet białego piórka. Za nami została szara rzeczywistość i większość problemów, które nas tutaj przywiodły. Od razu lepiej.

Po odpoczynku czas zobaczyć morze, z balkonu widać tylko niebieski pasek, plażę zasłaniają budynki. Morze wygląda jak bajka, bajka z tysiąca i jednej nocy oczywiście. Byliśmy już nad Morzem Śródziemnym i wiemy co to jest wody lazur, ale tu lazur znaczy trochę co innego. Sądzę, że niebagatelny wpływ na kolor Morza Czerwonego ma jego przezroczystość sięgająca nawet 35 metrów. Oczywiście przy plażach w mieście nie jest aż tak dobrze, ale jednak woda jest bardzo przezroczysta i to nadaje jej ten niepowtarzalny kolor.

Gorzej, nawet zdecydowanie gorzej było z temperaturą. Zimą wacha się ona w przedziale 18—20°C, co dla mnie jest absolutnie dolną granicą tego co mogę, przez chwilę, wytrzymać. Marzyło nam się, że będzie cieplej, ale na to trzeba poczekać co najmniej do maja a mamy dopiero połowę marca.

Ale i tak pierwsze wrażenie było imponujące.


Jak już wspomniałem, byliśmy poprzedniego roku dwa razy w Tunezji, wybraliśmy się nawet na wycieczkę wynajętym samochodem w kierunku Sahary, ale zanim tam dojechaliśmy, samochód nam się zakopał po osie i musieliśmy zawracać. No i na tej prawdziwej pustyni nie byliśmy. Najwyższy czas to nadrobić. Późnym popołudniem, o zachodzie słońca, wyszliśmy z hotelu, przeszliśmy główną ulicę i znaleźliśmy się na pustyni. Może to i śmieszne, ale patrząc w stronę zachodu słońca, aż do Nilu nie ma nawet kawałka zamieszkanego terenu, a za Nilem ciągnie się jeszcze parę tysięcy kilometrów aż do wybrzeży Maroka. Siedząc wygodnie z drinkiem nad hotelowym basenem człowiek kompletnie nie zdaje sobie sprawy gdzie jest, a jest na wschodnim krańcu największej pustyni świata.

Odespaliśmy porządnie podróż i następne dni poświęcamy na absolutny wypoczynek. Czyli plaża, plaża i ewentualnie jakieś wypady do miasta. Nad morzem jakoś tak całkiem inaczej niż się spodziewaliśmy. Bo jak widać na zdjęciu, w zasadzie nikogo nie ma, tylko rozłożony sprzęt czeka, aż ktoś z niego skorzysta. A to wcale nie jest żaden martwy sezon, którego zresztą tu nigdy nie ma. No chyba, że latem, gdy temperatury powodują, że nawet muchy przestają latać. Ale wtedy przyjeżdżają tu Polacy i Rosjanie i też pusto nie jest. Zimą Hurghada stanowi bazę wypadowa do zwiedzania, przede wszystkim, południowego Egiptu. Dużym powodzeniem cieszą się wycieczki typu zwiedzanie i wypoczynek, leci się do Hurghady, a plażowanie połączone jest z wycieczką wzdłuż Nilu od Luksoru do Asuanu. Ale na razie plaża jest nasza, kładziemy się na leżakach, obowiązkowo pod parasolem i nic więcej już nam nie jest potrzebne.

Uwaga, w Egipcie zawsze opalamy się pod parasolem, robią je tak, że częściowo przepuszczają promienie słońca i to wystarczy. Opalanie się „na Polaka”, czyli zaleganie godzinami w pełnym słońcu grozi nie tylko kalectwem, ale i śmiercią, nawet w zimie. I trzeba o tym bezwzględnie pamiętać. Druga rzecz to picie wody. W Hurghadzie zawsze wieje, co sprawia, że nie widać jak człowiek się poci. Jak się nie pije wody, to w pewnym momencie jej stan w organizmie spada i może być nieszczęście. To trzeba bezwzględnie kontrolować, minimum trzy litry dziennie, minimum.

Napoje kupiliśmy w sklepiku zaraz przy hotelu, na plażowe drinki z parasolką nas nie stać. Na plaży stopniowo pojawia się jednak trochę ludzi, ale dalej tłumu nie ma. Jest po prostu świetnie. Jeszcze wczoraj rano była zima a tu mamy prawie lato i święty anielski spokój, wszystkie kłopoty zostały daleko, ponad trzy tysiące kilometrów stąd.

Ja byłem pierwszy odważny i poszedłem popływać od razu drugiego dnia pobytu. Włożyłem na siebie całe ABC, czyli płetwy, maskę i rurkę, świeżo zakupione przed wyjazdem i idę szukać tej rafy koralowej.

„Szukajcie a znajdziecie, proście a będzie wam dane”, ale życie bywa dużo bardziej skomplikowane. Jak już się w to wszystko ubrałem, trzeba było się nauczyć jak się oddycha, jak się pływa i jak się oddycha i pływa naraz.

Najpierw opiłem się słonej wody po kokardę, potem zalałem słoną wodą oczy, a na koniec maska zaparowała i absolutnie nic nie widziałem. I jeszcze mało co a bym się udusił. Dziecko by sobie poradziło, ale czterdziestolatek jak widać nie. O żadnym szukaniu rafy mowy nie ma, jest walka żeby się nie utopić. „Big Blue” to świetny film i zarazem nazwa operatora, który nas tu przywiózł, ale ja muszę chyba się jeszcze sporo nauczyć.

Zabrałem się zatem do ćwiczeń. Udało się tak założyć maskę, że prawie nie ciekła. Nauczyłem się tak trzymać rurkę i głowę w wodzie, żeby swobodnie oddychać powietrzem, a wodą tylko od czasu do czasu. Dalej nic nie widziałem, ale ryzyko utraty życia było chyba zażegnane. I na tym w zasadzie musiałem poprzestać, jutro spróbuje wypłynąć w poszukiwaniu raf.

Gosia miała znacznie lepszy pomysł, bo nadmuchała kupiony w markecie materac, to znaczy najpierw go musiała pokleić, a dopiero jak był szczelny nadmuchać. Tak wyposażona mogła surfować po morzu bez ryzyka opijania się słoną wodą i podduszania. Ogólnie rzecz biorąc uroczo spędziliśmy ten dzień na plaży.

Pora wyjść i zobaczyć jak świat, znaczy Hurghada, wygląda. Najpierw postanowiliśmy poznać najbliższe okolice.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 38.08
drukowana A5
Kolorowa
za 66.29