E-book
6.83
drukowana A5
41.29
drukowana A5
Kolorowa
70.92
Egipt

Bezpłatny fragment - Egipt

Czyli 10 mgnień wiosny, lata, jesieni i zimy

Objętość:
251 str.
ISBN:
978-83-8126-879-0
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 41.29
drukowana A5
Kolorowa
za 70.92

Hurghada

Miasto, którego nigdy nie było a dziś to ponad sto pięćdziesiąt tysięcy stałych mieszkańców i setki tysięcy turystów, rozlokowanych w hotelach na ponad 50 km. wybrzeża, bo miasto tak się już rozciągnęło. A wszystko zaczęło się od małej rybackiej osady i tak by pewnie zostało na wieki, jak to w Egipcie zwykle się dzieje, że wieki mijają, a nic się nie zmienia. Dopiero w latach 80. ubiegłego już wieku, po podpisaniu historycznego porozumienia pokojowego z Izraelem, w Hurghadzie wybudowano pierwsze hotele dla zachodnich turystów. Dziś, samych tylko Polaków gości tu ponad pół miliona rocznie, a ile jest hoteli nikt nie wie i nie musi, bo w Egipcie często lepiej wiedzieć mniej, a na pewno bezpieczniej.

Dlaczego nastąpił tak gwałtowny rozwój miasta? Bo w okolicach Hurghady zaczynają się cudowne rafy koralowe, które potem ciągną się wzdłuż wybrzeża Morza Czerwonego daleko poza granice Egiptu. Ale to właśnie tu mają swój początek. Do tego słoneczna pogoda przez cały rok- tu deszcz nie pada praktycznie nigdy. Temperatura Morza Czerwonego nie spada poniżej 20°C, więc nurkować można cały rok, europejscy amatorzy kąpieli nawet w zimie wskakują do morza, które wtedy ma temperatury zbliżone do Bałtyku latem.

Miasto składa się z trzech zasadniczych dzielnic. Dahar, to najstarsza, północna część miasta zwana też starym miastem. To tu zaczął się turystyczny boom, tu powstały pierwsze hotele budowane równym ciągiem wzdłuż morza. Dziś to teren bardzo zaniedbany, rzadko oferowany zachodnim turystom. Pozostało tu tylko kilka porządnych hoteli, w tym Hilton, a poza tym królują tanie, podrzędne hoteliki o standardzie poniżej oczekiwań. Stanowczo odradzam pomysł zatrzymania się w tamtych okolicach. Tam też mieszka największa część miejscowej ludności. Dziś Dahar to w zasadzie arabskie miasto, gdzie żyje większość mieszkańców Hurghady. Jeśli już to można się zatrzymać na jej południowym krańcu, przed portem. Jest tam kilka dobrych hoteli.

Centrum miasta nazywa się Sakalla. Tu koncentruje się nocne życie Hurghady, pełno tu zarówno restauracji i pubów, jak i sklepów. Co do zakwaterowania to mam mieszane uczucia, choć zwykle tu właśnie mieszkaliśmy. Hotele w większości są zaniedbane, plaże mają krótkie, a wodę brudną, bo to środek miasta i okolice portu. Jeśli chodzi o warunki plażowe to zdecydowanie najgorsza część miasta. Ale nigdzie indziej nie ma takich możliwości wieczornych szaleństw. Amatorzy tychże powinni bezwarunkowo właśnie w Sakkali się zatrzymywać.

Dalej na południe ciągnie się bez końca tzw. „nowa część Hurghady”. Jest to właściwie jedna szeroka ulica, przy której buduje się coraz to nowe hotele. Najpierw po stronie plaży, potem po drugiej, a obecnie zabudowa „puchnie” i powstaje już trzeci oraz czwarty rząd hoteli oraz nieodłączne centra zakupów. Im dalej na południe tym hotele są większe i droższe. Tu właśnie zbudowano samowystarczalne kompleksy na wiele tysięcy turystów, z których praktycznie przez cały pobyt mało kto wychodzi, bo i po co? Wszystko oczywiście w formule „all inclusive”. Dziś ta dzielnica dochodzi już do zatoki Makabi, po drodze jest jeszcze oaza luksusu Sahl Hasheesh, gdzie oprócz luksusowych hoteli zbudowano też całe dzielnice z mieszkaniami dla cudzoziemców.

Ale im dalej na południe tym mniej jakiejkolwiek infrastruktury i po prostu trzeba siedzieć w hotelu bo można z niego wyjść praktycznie tylko na pustynię.

Dziś, gdy piszę tę książkę, w Hurghadzie znów jest pusto, jak po każdej fali zamachów terrorystów islamskich. Plany Egiptu, uczynienia z wybrzeża Morza Czerwonego maszynki do zarabiania pieniędzy, trzeba odłożyć na inne czasy, ale i tak dzień w dzień samoloty ze wszystkich stron świata lądują na tutejszym lotnisku, przywożąc spragnionych słońca, złotych plaż, ciepłego i bogatego w rafy morza oraz egzotyki w różnym tego słowa znaczeniu. Tak czy siak, Hurghada była, jest i będzie największym kurortem egipskiego wybrzeża Morza Czerwonego i jeszcze długo będą chętni na spędzenie tu wakacji. Wakacji, które w tym mieście trwają cały rok, a to jest chyba rzecz najważniejsza. Bo to właśnie ów klimat nieustających wakacji, w mojej ocenie, jest decydujący, gdy chce się określić, czym jest to miasto. Hurghada to są po prostu wakacje, nic mniej i nic więcej.

Inauguracja

Zima powoli miała się ku końcowi, ale gdzie tam jeszcze do ciepłych i słonecznych dni. Poza tym mieliśmy masę innych kłopotów. Tak w ogóle to dobrze nie było, a nawet było zdecydowanie źle. Dlatego trzeba było coś zmienić, wprowadzić nowy element, który tę sytuację w jakiś sposób zmieni. Dokładnie taka motywacja zawiodła mnie do zapyziałego kantorka w okolicach „metalowych” ulic w samym centrum Warszawy. Tam właśnie działała firma, którą znają dziś wszyscy miłośnicy zagranicznej turystyki zorganizowanej pod nazwą wakacje.pl.

A ja byłem jednym z ich pierwszych klientów. W jednym pokoju połowa personelu firmy (czyli jedna osoba) sprzedawała mi wyjazd do Egiptu, a w sąsiednim druga połowa (też jedna osoba) aktualizowała oprogramowanie portalu. To były czasy pionierskie w turystyce i w informatyce.

Pomysł wyjazdu powstał nagle, sam wyjazd był też nagły, bo zaledwie za kilka dni. Udało mi się kupić wyjazd na 10 dni, który był tylko w tym jednym terminie. To zawsze lepiej niż 7 dni, a na 14 nie było mnie stać, z czasem też by było krucho, bo utytłani byliśmy w obowiązki ponad nasze możliwości. Bez znaczenia, zostawiamy ten zimny i szary świat, jedziemy pod błękitne niebo Egiptu. Plaże i rafy koralowe Morza Czerwonego i Egipt faraonów, sam byłem pod wrażeniem. Dziś wszystko to już tak spowszedniało, ale piętnaście lat temu było zupełnie inaczej. A na pewno w naszym życiu, mieliśmy co prawda za sobą dwa wyjazdy do Tunezji, ale Egipt to zupełnie inna sprawa.

Trochę ponad cztery godziny lotu. Najpierw lecimy nad pokrytą chmurami Europą, dopiero gdy samolot dociera do brzegów Egiptu zwarta pokrywa chmur zmienia się w pojedyncze baranki, a potem już nawet i one znikają. Pod nami Egipt. Jak na dłoni widać deltę Nilu, zielony trójkąt pośród bezbrzeżnej pustyni. Gdy docieramy do Kairu, widać nawet piramidy, powiedzieć, że czuję się oszołomiony to za mało. A dalej jest jeszcze bardziej ekscytująco. Zieleń delty została za nami, samolot lekko skręcił na wschód i pod nami pustynia, prawdziwa i ogromna. Dokładnie tak wyobrażałem sobie powierzchnię Marsa, czerwone góry i wąwozy, gdzie ani grama wody nie uświadczysz. Nigdzie ani plamki zieleni, żadnych ludzkich odsad. Jałowe, niegościnne pustkowie i więcej nic.

Po lewej stronie pojawił się niebieski pasek, to Morze Czerwone, dolatujemy do celu. Samolot zszedł niżej i zobaczyłem cel naszej podróży. Pod nami były wyspy i okalające je rafy koralowe. Myślę, że każdy, kto zobaczył to pierwszy raz, nigdy nie zapomni piękna tego widoku. Ja oniemiałem.

Egipt powitał nas mocną, ale ciepłą bryzą oraz oślepiającym słońcem. Witamy w Egipcie, gdzie słońce świeci przez cały rok.

Pierwsze zetknięcie z Hurghadą po opuszczeniu lotniska to kompletny szok. Jedziemy ulicami przez coś, co chyba jest miastem, ale albo dopiero go zaczęli budować, albo właśnie je rozbierają. I tak po raz pierwszy zetknęliśmy się ze specyfiką egipskiego budownictwa. Bo nikt tu nigdy nie kończy budowy domu, gdyż dopóki dom jest w budowie, dopóty nie płaci się za niego podatku. No to sami rozumiecie. Poza tym chaos w Egipcie jest stanem podstawowym, a rzeczy uporządkowane należą do rzadkości i raczej są Egipcjanom narzucane niż wynikają z ich świadomych decyzji. Mijamy więc całe rzędy domów w budowie, część zasiedlona, część nie. Pomiędzy nimi i wszędzie, gdzie tylko jest skrawek wolnego miejsca, pojawiają się góry śmieci, w większości odpadów z budowy. Nie wygląda to dobrze.

Zmieniło się gdy dotarliśmy nad morze. Jedziemy na południe szeroką ulicą, wzdłuż której stoją hotele. Te wyglądają na skończone, przynajmniej większość. Wysypisk śmieci też zdecydowanie mniej. Za to coraz więcej zieleni, palmy i całe gąszcza kwitnącej bougainvillei, jest już zdecydowanie lepiej. Wysiadamy, hotel nazywa się Princess Palace &Club.

Palace ma 4 gwiazdki i wygląda jak nie jak pałac, ale jak dom mieszkalny typu jamnik. Kilka pięter, jeden stumetrowy korytarz i kilkaset pokoi. Club to z kolei małe, piętrowe bungalowy z pokoikami i balkonami. Wszystko położone wokół niewielkiego basenu. Club ma 3 gwiazdki. Dostaliśmy narożny pokój na piętrze, z balkonem wychodzącym właśnie na basen.

Gdy już pozbyliśmy się boya hotelowego- bakczysz po raz pierwszy, mogliśmy usiąść na leżakach i patrzeć. Wiatr smagał palmy rosnące tuż koło bungalowu, słońce niemiłosiernie prażyło, na niebie nawet białego piórka. Za nami została szara rzeczywistość i większość problemów, które nas tutaj przywiodły. Od razu lepiej.

Po odpoczynku czas zobaczyć morze, z balkonu widać tylko niebieski pasek, plażę zasłaniają budynki. Morze wygląda jak bajka, bajka z tysiąca i jednej nocy oczywiście. Byliśmy już nad Morzem Śródziemnym i wiemy co to jest wody lazur, ale tu lazur znaczy trochę co innego. Sądzę, że niebagatelny wpływ na kolor Morza Czerwonego ma jego przezroczystość sięgająca nawet 35 metrów. Oczywiście przy plażach w mieście nie jest aż tak dobrze, ale jednak woda jest bardzo przezroczysta i to nadaje jej ten niepowtarzalny kolor.

Gorzej, nawet zdecydowanie gorzej było z temperaturą. Zimą wacha się ona w przedziale 18—20°C, co dla mnie jest absolutnie dolną granicą tego co mogę, przez chwilę, wytrzymać. Marzyło nam się, że będzie cieplej, ale na to trzeba poczekać co najmniej do maja a mamy dopiero połowę marca.

Ale i tak pierwsze wrażenie było imponujące.


Jak już wspomniałem, byliśmy poprzedniego roku dwa razy w Tunezji, wybraliśmy się nawet na wycieczkę wynajętym samochodem w kierunku Sahary, ale zanim tam dojechaliśmy, samochód nam się zakopał po osie i musieliśmy zawracać. No i na tej prawdziwej pustyni nie byliśmy. Najwyższy czas to nadrobić. Późnym popołudniem, o zachodzie słońca, wyszliśmy z hotelu, przeszliśmy główną ulicę i znaleźliśmy się na pustyni. Może to i śmieszne, ale patrząc w stronę zachodu słońca, aż do Nilu nie ma nawet kawałka zamieszkanego terenu, a za Nilem ciągnie się jeszcze parę tysięcy kilometrów aż do wybrzeży Maroka. Siedząc wygodnie z drinkiem nad hotelowym basenem człowiek kompletnie nie zdaje sobie sprawy gdzie jest, a jest na wschodnim krańcu największej pustyni świata.

Odespaliśmy porządnie podróż i następne dni poświęcamy na absolutny wypoczynek. Czyli plaża, plaża i ewentualnie jakieś wypady do miasta. Nad morzem jakoś tak całkiem inaczej niż się spodziewaliśmy. Bo jak widać na zdjęciu, w zasadzie nikogo nie ma, tylko rozłożony sprzęt czeka, aż ktoś z niego skorzysta. A to wcale nie jest żaden martwy sezon, którego zresztą tu nigdy nie ma. No chyba, że latem, gdy temperatury powodują, że nawet muchy przestają latać. Ale wtedy przyjeżdżają tu Polacy i Rosjanie i też pusto nie jest. Zimą Hurghada stanowi bazę wypadowa do zwiedzania, przede wszystkim, południowego Egiptu. Dużym powodzeniem cieszą się wycieczki typu zwiedzanie i wypoczynek, leci się do Hurghady, a plażowanie połączone jest z wycieczką wzdłuż Nilu od Luksoru do Asuanu. Ale na razie plaża jest nasza, kładziemy się na leżakach, obowiązkowo pod parasolem i nic więcej już nam nie jest potrzebne.

Uwaga, w Egipcie zawsze opalamy się pod parasolem, robią je tak, że częściowo przepuszczają promienie słońca i to wystarczy. Opalanie się „na Polaka”, czyli zaleganie godzinami w pełnym słońcu grozi nie tylko kalectwem, ale i śmiercią, nawet w zimie. I trzeba o tym bezwzględnie pamiętać. Druga rzecz to picie wody. W Hurghadzie zawsze wieje, co sprawia, że nie widać jak człowiek się poci. Jak się nie pije wody, to w pewnym momencie jej stan w organizmie spada i może być nieszczęście. To trzeba bezwzględnie kontrolować, minimum trzy litry dziennie, minimum.

Napoje kupiliśmy w sklepiku zaraz przy hotelu, na plażowe drinki z parasolką nas nie stać. Na plaży stopniowo pojawia się jednak trochę ludzi, ale dalej tłumu nie ma. Jest po prostu świetnie. Jeszcze wczoraj rano była zima a tu mamy prawie lato i święty anielski spokój, wszystkie kłopoty zostały daleko, ponad trzy tysiące kilometrów stąd.

Ja byłem pierwszy odważny i poszedłem popływać od razu drugiego dnia pobytu. Włożyłem na siebie całe ABC, czyli płetwy, maskę i rurkę, świeżo zakupione przed wyjazdem i idę szukać tej rafy koralowej.

„Szukajcie a znajdziecie, proście a będzie wam dane”, ale życie bywa dużo bardziej skomplikowane. Jak już się w to wszystko ubrałem, trzeba było się nauczyć jak się oddycha, jak się pływa i jak się oddycha i pływa naraz.

Najpierw opiłem się słonej wody po kokardę, potem zalałem słoną wodą oczy, a na koniec maska zaparowała i absolutnie nic nie widziałem. I jeszcze mało co a bym się udusił. Dziecko by sobie poradziło, ale czterdziestolatek jak widać nie. O żadnym szukaniu rafy mowy nie ma, jest walka żeby się nie utopić. „Big Blue” to świetny film i zarazem nazwa operatora, który nas tu przywiózł, ale ja muszę chyba się jeszcze sporo nauczyć.

Zabrałem się zatem do ćwiczeń. Udało się tak założyć maskę, że prawie nie ciekła. Nauczyłem się tak trzymać rurkę i głowę w wodzie, żeby swobodnie oddychać powietrzem, a wodą tylko od czasu do czasu. Dalej nic nie widziałem, ale ryzyko utraty życia było chyba zażegnane. I na tym w zasadzie musiałem poprzestać, jutro spróbuje wypłynąć w poszukiwaniu raf.

Gosia miała znacznie lepszy pomysł, bo nadmuchała kupiony w markecie materac, to znaczy najpierw go musiała pokleić, a dopiero jak był szczelny nadmuchać. Tak wyposażona mogła surfować po morzu bez ryzyka opijania się słoną wodą i podduszania. Ogólnie rzecz biorąc uroczo spędziliśmy ten dzień na plaży.

Pora wyjść i zobaczyć jak świat, znaczy Hurghada, wygląda. Najpierw postanowiliśmy poznać najbliższe okolice.

Zaraz obok naszego, jest jeden z największych hoteli w mieście. Grand Hotel- sama nazwa robi wrażenie. To olbrzymi kompleks, może i tysiąc pokoi, położony po obu stronach ulicy. Od strony plaży dla lepszych, za ulicą dla gorszych gości. Ale na pewno nie dla takich jak my, nie ta grupa docelowa. Jak ten przepych wygląda z zewnątrz, bo do środka na pewno nas nie wpuszczą? Ano mniej więcej tak, jak to widać za mną. Nie jestem specjalistą ani od arabskiej, ani od egipskiej architektury, ale coś mi tu nie gra. Nie widzę w tym żadnego ładu, ani kolory za bardzo do siebie nie pasują, ani kształty nie tworzą harmonijnej całości. Na pewno jest „na bogato”. Co do reszty to na pewno by mnie nie zdziwiło, gdybym to zobaczył w Las Vegas, tak dosłownie to wygląda. Spodziewałem się zupełnie czegoś innego. Ale Hurghada tak wygląda, to królestwo absolutnego kiczu. Królestwo kompletnego architektonicznego chaosu. Stąd mamy obok siebie zwykłe prostokątne budynki hotelowe, jak nasz, a zaraz obok budowle udające pałace Sułtana. W międzyczasie może się jeszcze trafić piramida albo coś w rodzaju staroegipskich świątyń, albo wszystko naraz. Ten ostatni wariant jest najbardziej zajebisty.

Podsumowując, nie tylko nie ma co oglądać, lepiej chodzić z oczami w chodniku bo od samego oglądania tego szaleństwa można dostać pomieszania zmysłów. Patrzenie pod stopy przydaje się też dlatego, że każda płyta w chodniku jest pochylona w inną stronę, niektórych nie ma ale za to mogą leżeć obok, jedna na drugiej. Jak chcesz wyjść z tego bez kontuzji, patrz pod nogi, zawsze.

Oprócz koszmarów urbanistycznych nic innego w tej części miasta nie znaleźliśmy. Jest trochę sklepów z kiczowatymi pamiątkami, małe sklepiki o dumnych nazwach typu „Abu Saleb Mega Market” i knajpy, których wystrój przyprawia o natychmiastowy ból głowy.


Postanowiliśmy odwiedzić prawdziwe centrum Hurghady, czyli Sekkalę. Po mieście najlepiej poruszać się busami, które jeżdżą jedną trasą, z końca Sekkali- jeszcze jakiś kilometr za nasz hotel i potem zawracają. Za przejazd na dowolnym odcinku takiej trasy miejscowi płacą funta a turyści dwa. Tyle teoria. Ale praktyka bywa bardziej skomplikowana, ale o tym może przy innej okazji. Wyszliśmy przed hotel, zatrzymałem pierwszego busa i jedziemy. Tylko, że kompletnie nie mam pojęcia gdzie. Dobrze, że jeszcze jest dzień, może się zorientuję, gdzie ta Sekkala jest.

Zbyt trudno nie było. Bo najpierw jechaliśmy w znanym nam już krajobrazie, na lewo hotel, na prawo hotel, a środkiem my jedziemy. Potem były jakieś zawijasy wokół małej górki i krajobraz się zmienił. Oprócz hoteli pojawiły się inne budynki, a tak w ogóle to miasto wyraźnie spuchło na boki. To nie była już wąska wstążka budynków a prawdziwe miasto.

Jak „pięknie” było, widać na tym zdjęciu. Chaos, choć to wydawało się mało prawdopodobne, był jeszcze większy. Później jednak zmieniłem zdanie, bo to co zobaczyłem gdzie indziej przerosło możliwości mojej wyobraźni. I to jest ważna konstatacja. Współcześni Egipcjanie to prawdziwi mistrzowie w swoim fachu w tworzeniu chaosu i architektonicznego koszmaru. Wtedy myślałem, że nikt ich nie przebije, teraz po latach wiem, że są niestety lepsi. Ale Egipt zdecydowanie gra w ekstraklasie światowej.

Zadanie na dziś, kupujemy pamiątki. Dobrze, że byliśmy już w Tunezji, znamy podstawowe zasady. Pierwsza cena to absolutny kosmos, nawet nie warto się zastanawiać. Chyba, że jest się reporterką z programu Lonely Planet, która kupowała popularną chustę arabską, zwaną arafatką od nazwiska znanego Jasira Arafata, człowieka bądź co bądź legendy. Handlarz rzucił jej 30 USD, a ta idiotka rzuciła do kamery, „to chyba rozsądna cena” i dała mu te trzydzieści bagsów. Jaką on miał minę, a my te chustki kupowaliśmy po dwa dolary a i tak nas dobrze oszukali. Dlatego w Egipcie na taką bezczelną zaczepkę należy odpowiedzieć godnie, czyli 10 % proponowanej ceny. To wyznacza boisko, na którym będzie się toczył mecz.

Ten sport ma tylko jedną prostą regułę, kto kogo zmęczy ten wygrywa, choć i to uważam za pozorne, bo to oni zawsze wygrywają, a my przegrywamy. Jedyne co można ugrać, to mniejszą porażkę. Można robić absolutnie wszystko poza okazywaniem braku szacunku dla przeciwnika. Ogólnie nie radzę ich obrażać, bo mogą nóż w brzuch wsadzić i nie jest to niemożliwe. Proszę więc nie pukać się w czoło, nie poruszać tematu prowadzenia się jego matki albo siostry ani żadnych takich osobistych wycieczek. Proszę też nie nawiązywać do ich religii i ich kraju. Poza tym wolno, a nawet stanowczo zalecam, rzucać się z rozpaczy po podłodze, wyciągać puste kieszenie, a nawet zdjęcia gromadki głodnych dzieci z Polski. Przy okazji można zobaczyć całą rodzinę sprzedawcy, bo on swoje zdjęcia też wyciągnie. Oczywiście kompletnie fałszywe, bo to zwykle są kawalerowie. Ale za to przygotowani na takie sytuacje. W trakcie meczy słowo „bankrut” odmieniane jest na wszystkie przypadki, wychodzimy ze sklepu i dajemy się wciągać z powrotem. Dzwonimy do banku, czy da nam kredyt, im pomysły bardziej surrealistyczne tym lepiej. A na końcu i tak sromotnie przepłacamy. Jednak po dobrym meczu jest jak na boisku piłkarskim, mocny uścisk ręki i podziękowanie za grę. Bo oni tą grę kochają dla samej gry i nic ich tak nie wyprowadza z równowagi jak głupi białas, który nie chce się targować. Oj, wtedy to polecą za Wami takie joby, że jak byście rozumieli po arabsku to krew by się chyba polała. Dlatego lepiej uszanować obyczaj i albo nie kupować a jak już, to targowanie musi być. Mnie to też czasem wkurza i mam kompletnie dość, ale tak po prostu jest i lepiej to zaakceptować niż nerwy sobie szarpać.

Technik targowania jest tyle, że można im poświęcić osobną książkę, wiec na razie dajmy sobie spokój. Może wrócę do tematu przy innej okazji. Na razie jesteśmy w sklepie z „zabytkami” starożytnego Egiptu. Oglądamy same „oryginalne” posągi, posążki, statuetki, papirusy i inne pozostałości po epoce faraonów.

Co wezmę do ręki, to słyszę, że to „really amethyst” albo inna „lapis lazuli”. Mogę się wyłącznie zgodzić, że tę statuetkę ktoś rzeczywiście rył dłutem, ale to wszystko na ten temat. Gdyby to było naprawdę z tych materiałów to by w takim kurniku nie stało i nie za takie pieniądze. Ale przecież to tylko gra, więc gramy dalej. Koniec końców nabyliśmy wielką reklamówkę różnych „zabytków” dla nas, dla rodziny i znajomych i wyszliśmy bardzo zadowoleni. Sprzedawca też, bo pewnie sporo na nas zarobił.

Minęło ponad 15 lat, a wykonana z „really” lapis lazuli figurka siedzącego kota, co dzień patrzy na mnie z łazienkowej półki przy goleniu.

Całe to badziewie zrobione jest z masy opartej na cemencie, tak generalnie to coś w rodzaju betonu zabarwionego na odpowiedni kolor. Po oszlifowaniu i polerowaniu wygląda znakomicie, „really”.

Po udanych zakupach zadzwoniliśmy do domu. Należy pamiętać, że jeśli były wtedy telefony komórkowe, to wielkie jak walizki i trzeba było mieć osobistą sekretarkę, która za jaśnie biznesmenem takowy nosiła.

Nam pozostała telefonia tradycyjna a konkretnie uliczne budki widoczne na zdjęciu. Trzeba najpierw w kiosku kupić kartę i potem sprawa jest prosta. +48 22 numer domowy i już mamy całą naszą trzódkę z powrotem na głowie. A każdy ma do nas tysiąc spraw. Ponieważ Egipt leży gdzieś między Australią a Antarktydą, minuta połączenia kosztuje tyle samo co z Sidney. Wtedy to było dziesięć PLN z groszami. Dziś zresztą zasada ta nadal obowiązuje, a telefon z Egiptu to oznaka zamożności dzwoniącego.

Zanim cokolwiek ustaliliśmy z naszą gromadkę, karta się skończyła i było po problemie. Oni wiedzą, że żyjemy, my wiemy, że oni żyją i wystarczy. Więcej nie dzwonimy.

Noc już ciemna, pora wracać na kolację, popołudnie było bardzo udane. Mamy w końcu w plecakach skarby, o jakich się Howardowi Carterowi nawet nie śniło.

Co do tego ostatniego, to się do niego wybieramy. Za bajońskie, jak dla mnie, pieniądze kupiłem jednodniową wycieczkę do Luksoru, zobaczymy starożytny Egipt, really.


Nowicjusze zawsze płacą za gapiostwo i ja tak właśnie zapłaciłem za jednodniową wycieczkę do Luksoru. Całe 72 USD za osobę, więc pękło razem 144 USD, co boli mnie i dziś na samo wspomnienie jak dałem się oskubać. W Hurghadzie są co najmniej trzy ceny za tę samą usługę turystyczną. Pierwsze, oczywiście najdroższa, to kupienie wycieczki od własnego rezydenta, który ma szczególnie o nas dbać a dba o kieszeń firmy i własną. Dlatego też, zaraz po przyjeździe organizowane są spotkania z „zatroskanym” rezydentem, których głównym celem jest sprzedaż tzw. „wycieczek fakultatywnych”. Chodzi bowiem o to, żeby owce się nie zdążyły zapoznać z innymi, znacznie tańszymi ofertami. Drugi poziom cen to oficjalne ceny miejscowych biur podróży, te są czasem o połowę tańsze. A trzeci poziom to całkowita „lewizna”, czyli dołączenie do wycieczki niejako „prywatnych” klientów ekipy, która ją realizuje. Tu swojego haraczu nie dostaje egipski właściciel. I wtedy cena jest jeszcze niższa.

Mowa oczywiście o tym samym standardzie usługi, choć rezydenci zawsze straszą, że wycieczki „z miasta” mają ów standard zdecydowanie niższy. Różnica owszem jest ale między bogatymi Niemcami z TUI i Polakami z naszych biur, ale też mniejsza niż różnica cen, bo Niemców goli się chyba jeszcze za II Wojnę Światową. A wracając do konkretu, to w późniejszych latach za jednodniową wycieczkę do Luksoru nie płaciliśmy więcej niż 40 USD.

Ale jak człowiek nie wie, to i mniej boli, więc przyjąłem to z dobrodziejstwem inwentarza podekscytowany, że zobaczymy coś absolutnie szczególnego. No bo Luksor to przecież Dolina Królów i groby faraonów. O innych zabytkach wtedy nie miałem wiedzy, ale miałem jakąś ogólną świadomość, że są. No dobra, po prostu byłem kompletnie nie przygotowany i już.

Jak wszystkie tego typu imprezki, zaczęło się bladym świtem, jeszcze przed śniadaniem, które dostaliśmy w kartonowych paczkach. Gdybym nie miał grzałki i własnej kawy to pewnie bym na nogach nie ustał, ale miałem, zawsze mam.

Potem objazd po hotelach i zbieranie całej ekipy. Tu, jak to w kraju faraonów przystało, kolejność nie jest przypadkowa. Najpierw, czyli najwcześniej zbiera się towarzystwo z tańszych, a na końcu najdroższych hoteli. A kto bogatemu zabroni dłużej pospać. No i kartony śniadaniowe też się różnią i to zdecydowanie. Od razu widać, że nie wszyscy mamy te same żołądki. Na szczęście w autokarze nie ma klasy biznesowej, więc przynajmniej dupy mamy równe.

Gdy wreszcie wyjeżdżamy z Hurghady, słońce już zaczyna piec. Jedziemy na południe- gdy kończą się hotele zaczyna rządzić pustynia. Tylko żadnych tam diun, a tak w ogóle to i pisaku mało, za to kamieni ile tylko zechcesz. Po pierwsze jesteśmy jeszcze w pasie nadbrzeżnych gór, a po drugie, Sahara w znakomitej większości jest właśnie pustynią kamienistą. Ckliwe widoki morza z piasku to rzadkie wyjątki i zwykle trzeba się dobrze natrudzić, żeby je zobaczyć.

I tak po kilkudziesięciu minutach dojechaliśmy do Safagi, ostatniego miasta na południe od Hurghady. Tu mamy postój, czekamy na wszystkie autokary. Dalej pojedziemy w eskorcie wojska, brzmi groźnie.

Korzystamy z okazji, by zrobić sobie zdjęcie w „samym sercu pustyni”. Prawda, że wygląda groźnie i dziko? A że tuż za plecami fotografa pełno ludzi, autokarów i budynków. Tym właśnie różni się prawda czasu od prawdy ekranu.

Wreszcie ruszamy, najpierw przejazd przez widoczne w kadrze góry a potem już bezbrzeżna pustka, znaczy się pustynia. Gdzie się kończy? A na wybrzeżu Atlantyku, po drugiej stronie Afryki. A przy okazji, wiecie jak wygląda rozwód po arabsku? Wsadzasz żonę na wielbłąda, walisz kijem i krzyczysz … tu padło coś, czego nie pamiętam. A co to znaczy? Do końca pustyni.

Zanim dotarliśmy do wybrzeża Atlantyku minęło kilka lat i nie przedzieraliśmy się przez Saharę tylko polecieliśmy samolotem z Polski do Maroka, zdecydowanie szybciej i wygodniej. Dziś poprzestaliśmy na dojechaniu do Nilu. Kilka kilometrów od rzeki pojawiła się jakaś zieleń, im bliżej tym więcej. Gdy dojechaliśmy do rzeki, krajobraz zmienił się zdecydowanie. Wszędzie pełno pól i drzew, przede wszystkim palm kokosowych. No i zabudowań. Tu znów opadły nam szczęki. Niby byliśmy przygotowani na takie widoki, ale co na żywo to nie obrazek z gazety lub szybki telewizora. Bieda, nędza i beznadzieja trzeciego świata w całej swojej okazałości. I tak przez następne kilkadziesiąt kilometrów aż do Luksoru.


Sam Luksor niewiele lepszy, nie licząc oczywiście terenów zajmowanych przez luksusowe hotele i rezydencje. Tu widoki jak z bajki, dla bogatych oczywiście.

Dwa brzegi Nilu w Luksorze oddzielają nie tylko dwie części miasta, ale świat żywych od świata umarłych. Na tym drugim mało kto mieszka, głównie ci, którzy żyli i do dziś żyją z umarłych. Ale żaden szanowany obywatel tam nie zamieszka. Dla uproszczenia ruchu turystycznego władze w końcu zbudowały tu most przez rzekę, następny jakieś 150 kilometrów stąd. To teraz taka atrakcja, że zatrzymali autokar i wszyscy robili sobie zdjęcia, jak wszyscy to wszyscy, my też.

Na brzegu „umarłych” najpierw zawieźli nas do sklepu, żeby jednak zachować jakieś pozory, nazywało się to fabryką alabastru. Byłem tam przez kolejne trzy lata i cały czas robili ten sam wazon. Jak z autobusu wysiadali turyści, udawali, że coś tam skrobią i zaraz potem odkładali na bok. W ten sposób do emerytury im „pracy” nie zabraknie.

Zaletą było to, że wyroby w sklepie były z prawdziwego alabastru, a nie tego ze straganów Hurghady, który zwał się „really” alabaster. Widać to było przede wszystkim po cenie, to zdecydowanie nie jest gadżet na moje biurko w „gabinecie”.

Dowiedzieliśmy się też, że w Egipcie już nie rośnie papirus (!!!) i trzeba go sprowadzać z południa kontynentu. Dlatego popularne papirusy robione są z liści banana. Odbył się pokaz jak wytwarzano protoplastę dzisiejszego papieru do xero, z wyjaśnieniem, jak odróżnić oryginał od podróbki. Niby to proste, ale fałszerze zawsze są krok przed policją i radziłbym, jeśli komuś na tym szczególnie zależy, kupować papirusy w galeriach z certyfikatem jakości. Podobnie jak wyroby z alabastru, zdecydowanie nie na moją kieszeń. Kupimy sobie i znajomym podróby w Hurghadzie po dolarze sztuka. Do dziś wiszą w naszym domowym korytarzu i wyglądają jak stare, z epoki i oryginalne.


Przed wjazdem do Doliny Królów stoją dwa wielkie posągi, kolosy Memnona, czyli faraona Amenhotepa III. To jedyne co zostało po jego świątyni. Egipt cyklicznie nawiedzają trzęsienia ziemi, poza wojnami i złodziejami główny sprawca rujnowania zabytków. Tyle tylko bowiem zostało z ogromnej świątyni, której posągi były tylko niewielką częścią. Jak w przypadku prawie wszystkich zabytków z epoki przedchrześcijańskiej zostało tak niewiele, że bez uruchomienia wyobraźni wygląda to jakby ktoś te resztki tak po prostu poustawiał to tu to tam.

Zrobiło się już upiornie gorąco, a przede wszystkim „lśniąco”, wkoło pełno jest jasnych, wapiennych skał, które świetnie odbijają promienie palącego słońca. Jak widać, Gosia mimo ciemnych okularów, zasłania sobie oczy ręką. Na Egipt radzę wybierać naprawdę czarne okulary, to co sprawdza się u nas może kompletnie nie wystarczyć. I wtedy może być kłopot, bo nic się nie zobaczy patrząc tylko pod nogi.

Mamy dopiero koniec marca, a upał jest nie do wytrzymania. W Hurghadzie było ciepło, tu jest co najmniej gorąco, jak nie gorzej. W lipcu i sierpniu zdarza się, że wycieczki nie wychodzą z klimatyzowanych autokarów. A na rozgrzanych blokach skalnych podobno można smażyć jajka. Dlatego szczyt sezonu turystycznego w górnym Egipcie to okres od listopada do marca i właśnie się kończy.

Jeszcze tylko „napadł” nas miejscowy „photo man”, czyli niby przypadkowy przechodzień w tradycyjnej arabskiej szacie, który za zdjęcie z nim pobiera bardzo wygórowaną opłatę. To istna plaga egipska, więcej tego od biblijnej szarańczy, ciężko cokolwiek sfotografować, żeby się taki z wyciągniętą ręką nie przyplątał.

Trzeba iście buddyjskiej cierpliwości, żeby się od tych wszystkich naciągaczy opędzić.

Nie będę się rozpisywał o naszych wrażeniach z Doliny Królów, będzie ku temu okazja w rozdziale poświęconym rejsom po Nilu, gdy zwiedzaliśmy Luksor jeszcze dwa razy, już dużo bardziej świadomie. Na dziś jeszcze Gosia z dodatkową „przeciwsłoneczną” osłoną na tle świątyni Hatszepsut w Deir el-Bahari.

W tym czasie była zamknięta, bo Polacy mieli jeszcze jedno piętro do rekonstrukcji, za dwa lata udało nam się zobaczyć całe ich dzieło. A trwało to około 40 lat, więc trzeba przyznać, że mieliśmy szczęście. Po Dolinie Królów wszyscy mieli dość, serdecznie dość, ale do przerwy na lunch jeszcze chwilę.

Na razie mamy forsowanie Nilu, czyli po prostu przeprawę łódką na drugi brzeg. Pomysł, by jeść lunch na brzegu umarłych nie jest bowiem dobry. Nie ma tam chyba zresztą żadnej porządnej restauracji.

Sama przeprawa oczywiście była dużo ciekawsza od przejazdu mostem. Jak dla turystów, to most wcale potrzebny nie jest. Przy okazji trochę nas ochłodziło wilgotną bryzą rzeki, a widoki były niezapomniane.

Naszą uwagę szczególnie zwróciły wielkie pasażerskie statki przycumowane do nabrzeży. Tymi statkami pływają po Nilu turyści na trasie Luksor — Asuan. Na samą myśl serce zabiło mi mocniej. Ale nie tym razem, teraz zawieźli nas do knajpy. Jedzenie takie sobie i na dodatek oczywiście słone, bo napoje płatne dodatkowo. Pal sześć, że tak sobie „dorabiają”, nie oni jedni, ale żeby aż tak solić? Na zdrowie to na pewno nie wychodzi.

Została nam ostatnia atrakcja, świątynia Amona Re na Karnaku. To było kiedyś osobne miasto, położone około 2,5 km na północ od Teb. Dziś o tej odrębności świadczy jedynie aleja sfinksów, ciągnąca się od świątyni luksorskiej aż do Karnaku. To właśnie lwy z tej alei masowo rozkradali wszyscy „eksploratorzy” Egiptu. Dziś rząd Egiptu domaga się ich zwrotu, na ogół nieskutecznie. Dobrze przynajmniej, że już kraść przestali, bo bym takiego zdjęcia Gosi nie zrobił.

I na tym program wycieczki się kończy, pozostaje powrót do Hurghady. Gdy wreszcie docieramy na miejsce jest już bardzo późna noc, kolacja dawno przepadła, a my walimy się nieprzytomni do łóżek. Na analizę tego co widzieliśmy przyjdzie czas ale jedno jest pewne, to było coś absolutnie ekstra, w życiu nie myślałem, że będę chodził po grobowcach faraonów, że zobaczę monumentalną świątynię sprzed 5 tysięcy lat. Są zabytki i zabytki, ale jest też Egipt, a to już zupełnie inna kategoria i to jest najważniejsze, co z Luksoru przywieźliśmy.

Do Kairu nie jedziemy, to innym razem, w końcu mieliśmy wypocząć. Więc wstajemy na „ostatni gwizdek”, żeby jeszcze zdążyć na śniadanie. Potem już tylko plaża i plaża.

Postanowiłem doskonalić swoje „umiejętności” w nurkowaniu swobodnym jak to się fachowo nazywa. Udało mi się nawet pożyczyć na kilka dni piankę do wind surfingu, choć ma krótsze rękawy i nogawki to jednak ociepla korpus, a to najważniejsze. W tym stroju spokojnie wytrzymuję w wodzie całą godzinę.

Uwolniony od dygotania z zimna trenuję dalej i dalej. Jak się nauczyłem oddychać, a potem oddychać i pływać, rafy Morza Czerwonego całe moje. To znaczy te mizerne szczątki, jakie mamy przy naszej plaży. Ale dla kogoś, kto rybki w paski widział tylko w telewizji to i tak aż nadto na początek.

Oto co zobaczyłem na początek. Słynne ryby w paski były celem, a stały się zaledwie początkiem wieloletniej fascynacji życiem, które rozkwita w wodach Morza Czerwonego. Mimo tego, że było tam tylko kilka skałek obrośniętych koralami i kilkanaście gatunków ryb, które mogłem obserwować to i tak mało się z wrażenia nie utopiłem. Co nowego zobaczyłem, krzyczeć mi się chciało, a to pod wodą z rurką w zębach nie najlepszy pomysł.

Zwłaszcza, gdy pewnego razu wypłynęła na mnie spośród kamieni „wielka niebieska”.

Taka „wielka” to ona nie była. Ale po pierwsze, woda powiększa o około 30%, a po drugie, jak to „coś” pływało mi parę centymetrów przed nosem to wyglądało na olbrzyma. Jakby na to nie patrzeć, dla kogoś, kto kolorowe rybki widywał w akwarium, takie spotkanie to absolutny szok.

Do tej pory ryby to były płocie, leszcze, karpie, okonie i szczupaki. I żadna z nich nie była niebieska. Szok, nic więcej. Na dodatek za niebieską pojawiły się czerwone, żółte, pomarańczowe, nakrapiane, malowane, w paski a nawet w kropki. Krótkie pękate i długie szczupłe. Do tego fantazyjne kształty koralowców, byłem w raju.

I miałem szczęście żółtodzioba, bo się na nic specjalnego nie nadziałem. A było na co. Rafa koralowa to nie bezpieczny ogródek babci ale środowisko, gdzie nie wszystko jest akwariową kolorową atrakcją dla oczu.

Pierwsze, co mnie zaniepokoiło to jeżowce. Było tego pełno jak mrówek w lesie. Przylepione do podłoża, czarne kawałki jakby plasteliny, wystawiały ku mnie długie kolce, co nie wyglądało przyjaźnie. Na wszelki wypadek starałem się trzymać od nich z daleka. I miałem rację, bo jak w końcu się nadziałem to ręka bolała mnie jeszcze parę tygodni, a i tak miałem szczęście. Generalnie miałem całą masę szczęścia, bo zachowywałem się bardzo niefrasobliwie. Potem, z biegiem lat nauczyłem się szacunku dla rafy i dziś bym się tak głupio jak wtedy nie zachowywał. Przestrzegam wszystkich, którzy „pierwszy raz”, to co nam się wydaje łatwe i miłe może się okazać nawet śmiercionośną pułapką, a ostrożności nigdy nie za wiele.

Na zdjęciu można zobaczyć mnie w wersji Free Diving, czyli w pożyczonej piance i z całym moim nurkowym wyposażeniem. Frekwencja na plaży, też jak widać pozostała na poprzednim poziomie.

Po tygodniu „nurkowania” poczułem się „mocny”, więc kupiłem jeszcze jedną wycieczkę, tym razem za jedyne 15 USD, czyli przepłaciłem tak samo jak w poprzednim wypadku, co najmniej 100%. Chodzi o najlepiej sprzedawaną atrakcję Hurghady, czyli rejs na wyspę Giftun. Jak wszystkie inne, to tylko kawałek skał i piasku pośród szmaragdowych wód Morza Czerwonego. Żadnych tam oaz, palm i luksusowych hoteli. Na razie nic takiego tu nie ma, ale kto wie.

Mamy zobaczyć „prawdziwe” rafy, a nie to, co eksplorowałem tak wnikliwie przez ostatnie dni. Zabrałem sprzęt i płyniemy. Dzień był wietrzny, w zimie to standard, lepiej się wyprawiać na morze latem. Ale zimą za to woda jest bardziej przejrzysta. A to może być ważne, bo chcę zobaczyć coś takiego, co nie raz w telewizji widziałem i szczęka mi opadała.

Zatrzymaliśmy się na środku morza, statkiem buja jak korkiem na fali. Miejscowi pokazują palcami gdzie mamy płynąć, no to trzeba się szykować. Zakładam co mam i człapię w stronę rufy, żeby zejść do wody. Zimnej wody a piankę już niestety musiałem oddać.

W wodzie kłębi się tłum takich samych chętnych na wrażenia jak ja. Większość, a może wszyscy nie ma zielonego pojęcia o nurkowaniu. Pływają we wszystkich kierunkach i wrzeszczą w niebogłosy. Zaczynam mieć poważne wątpliwości, czy to naprawdę jest bezpieczne.

A właściwie to już wiem, że nie jest, ale pragnienie przeżycia czegoś wspaniałego jest większe niż obawy więc włażę w to szaleństwo. Podobno pod nami jest rafa, podobno, bo nic nie widzę. Nic nie widzę, bo mi maska zaparowuje, a bez niej oczu w tej słonej wodzie nie otworzę, mowy nie ma. Zanim co, już ktoś na mnie wpadł, potem dostałem w ucho czyjąś nogą. Prędzej mnie tu utopią niż coś zobaczę. Fale są na tyle duże, że co chwila zalewa mi rurkę, tylko patrzeć, a się zachłysnę, a pewnie i wyrzygam, bo już się jej opiłem jak bąk. Tylko gdzie jest ta cholerna rafa? Jest, widzę pod sobą całe, wielkie stada kolorowych ryb. Wśród nich naprawdę wielkie, widzę też jakby podwodny kanion porośnięty koralami, gdzie uwijają się ryby. I to wszystko, bo maska mi całkiem zaparowała i musiałem wracać na pokład.

Nie tak miało być. Opowiedziałem wszystko Gosi, która za nic w takiej sytuacji do wody nie wejdzie. Przy okazji jakiś starszy facet spytał czy naplułem do maski? A to ciekawe po co? Bo wie Pan, jak się napluje na szkła maski od środka a potem porządnie rozetrze, wypłucze i szybko założy to w ogóle nie parują. Teraz mi to mówi. A ja chciałem już w sklepie nurkowym kupić specjalny preparat za masę obcych pieniędzy. A tu wystarczy porządnie napluć?

No dobra, dopłyniemy na wyspę to zobaczymy. Dopłynęliśmy, wysadzili nas po trapie do płytkiej wody i możemy się relaksować. Najpierw zauważyliśmy, że piasek na plaży jest drobny jak mąka i biały. Woda zdawała się mienić wszystkimi odcieniami lazuru i była krystalicznie czysta. Naprawdę jak w bajce o tropikalnym raju, tylko palm zwisających nad plażą nie było. Ale to zupełnie w zupełnie innym miejscu i czasie, i w innej książce.

Póki co cieszmy się tym co jest.

Gosia, jak widać na zdjęciu, bardzo się cieszy. Do dziś Giftun kojarzy mi się z bajkową plażą oraz cudowną i spokojną wodą. Byliśmy tam mnóstwo razy i zawsze było fajnie, to jedno z miejsc, do których możemy wracać bez końca.

Założyłem sprzęt, siadłem w płytkiej wodzie i naplułem do maski ile tylko śliny udało mi się zebrać. I mieszam paluchem, mieszam aż zabrudziłem w cholerę całe szkła. Teraz zgodnie z instrukcją zanurzam raz (!!!) maskę w wodzie, wypłukując ślinę bez dotykania szkła i również bez dotykania zakładam jak mówi instrukcja. Wchodzę głębiej i kładę się na wodzie. To działa!!! Szkła są tak przezroczyste, jakby ich nie było. Wkoło pełno rybek w paski i innego maleństwa. Płynę dalej, z błękitu wyłaniają się skały porośnięte koralami, wśród których kłębią się stada kolorowych ryb. To chyba na to właśnie czekałem.

Było pięknie, najpiękniej, bo żaden film nie jest w stanie wywołać takich wrażeń, jak oglądanie tego na żywo. W wodzie gdzie zmieniają się prawa fizyki, gdzie z widza stajesz się po prostu uczestnikiem tego spektaklu. I to jest właśnie ta zasadnicza różnica. Ja tego nie oglądałem, ja w tym byłem.

Długo mógłbym jeszcze takie egzaltowane zdania pisać, ale nie ma takiej potrzeby, bo i tak nie da się tego opisać, to trzeba po prostu przeżyć. Banalne, ale prawdzie.

Podsumowując, połknąłem przynętę jak ryba. Nawet jeżeli nie do końca o tym w tamtej chwili wiedziałem, to moja fascynacja i moja przygoda z Morzem Czerwonym dopiero się zaczynała. Dużo jeszcze było przede mną, nie mam pojęcia ile razy schodziłem pod wodę do magicznych ogrodów, ale było tego mnóstwo. Do utraty tchu. Nieraz wracaliśmy do portu „na ostatnich nogach”, tak skonani, że mogliśmy tylko leżeć na pokładzie i łapać powietrze. Ale to, co Morze Czerwone dało nam w zamian jest absolutnie bezcenne, rafa koralowa uznana jest za jeden z najwspanialszych cudów natury i ja to po prostu mogę tylko potwierdzić. Jestem bezgranicznie szczęśliwy, że dane mi było te cuda zobaczyć. Oczywiście nie wtedy, nie na Giftunie, to tylko ośla łączka, ale od czegoś zacząć trzeba. Tego dnia połknąłem wirusa, a „choroba” trwała wiele lat, o czym poczytacie dalej.

Pora wracać do domu, w kraju dopiero zapowiada się koniec zimy, będzie szaro i smutno. I tęskno, za słońcem, morzem i egzotycznym Egiptem. Kiedyś jednak tu wrócimy, na pewno.

El Gandoul

Nie wiem do końca kto, ale chyba jednak to Gosia zaraziła się Egiptem bardziej ode mnie. Najważniejsze to słońce, błękitne niebo bez żadnych chmurek i gwarancja, że to się nigdy nie zmieni. Ledwo wróciliśmy, zacząłem kombinować jak pojechać do Egiptu na wakacje. Jak się ma czworo dzieci to akcja „wakacje” tania nie jest a na dodatek, gdy mają to być wakacje zagraniczne, sytuacja staje się jeszcze bardziej trudna.

No to siedziałem i szukałem, i liczyłem, a jak wychodziło źle to znowu szukałem i znowu liczyłem. Oczywiście prościej byłoby zarabiać kupę forsy, ale tego zrobić do dziś mi się nie udało. To trzeba było ciąć koszty. Pierworodny i tak z nami nie jeździł, dziewczyny wysłaliśmy na obóz młodzieżowy we Włoszech, a dla nas i najmłodszego znalazłem tani hotel w Hurghadzie, niecałe dwa tysiące od osoby na dwa tygodnie w lipcu. I nie był to najlepszy pomysł, ale wszystko wyszło dopiero na miejscu. Na razie mieliśmy w sobie olbrzymie pokłady optymizmu.

Podróż przebiegła sprawnie, na miejscu cios otrzymaliśmy już po wyjściu z samolotu. Jeżeli w marcu było dość ciepło to teraz trafiliśmy chyba do piekła. A zrobiliśmy dopiero kilka kroków, szok kompletny. Następny był jak już dojechaliśmy do El Gandoul. Do morza daleko, to znaczy jakie 200 m. Ale w tej temperaturze? Sam budynek wyglądał nawet nieźle, jednopiętrowa zamknięta bryła z dużym dziedzińcem pośrodku. Większą jego część zajmował spory basen z leżakami i parasolami. To ewidentny plus. Pokoje takie sobie, ale karaluchy po ścianach nie chodziły, przynajmniej za dnia. Ale jak poszliśmy na kolację zrobiło się naprawdę kiepsko.

Miał być szwedzki stół, a było serwowanie do stołu, co w tym wypadku oznaczało jakieś mikroskopijne porcyjki, może nie najgorszego jedzenia, ale po godzinnej kolacji z trzech dań byłem tak samo głodny jak przed. A że w tych czasach jeszcze brzuszka nie miałem, to moje samopoczucie za dobre nie było. Posiedzieliśmy jeszcze wieczorem nad basenem i poszliśmy spać, głodni.

Rano znów to samo, po śniadaniu kalorii starczyło mi na dwie godziny. Poza tym w hotelu mieszka chyba nie więcej niż 10 osób, przynajmniej tyle przewinęło się przez restaurację. Nad basenem była tylko mała polska grupka i to wszystko. No to korzystamy, młody nie wychodzi z wody, my też, bo słowo upał właśnie nabrało dla nas nowego znaczenia.

Jest absolutnie nie do wytrzymania, samo poruszanie się powoduje oblewanie potem, a wystawienie kawałka gołego ciała na słońce po prostu boli. Gosia chciała mieć ciepło to ma. Trzeba było włazić do basenu, gdzie woda miała dobrze ponad 30°C i potem chować się pod parasolem. I tak na zmianę, woda i leżak, woda i leżak.

Po paru godzinach kiszki marsza grają, upał jeszcze większy, nigdzie się nie ruszymy. Zamówiliśmy coś do jedzenia u kelnera, owszem smacznie było, ale jak będziemy się musieli w ten sposób dożywiać to pieniędzy nam zabraknie po tygodniu. Tak jest jak się forsą nie śmierdzi, a na wakacje wybiera do Egiptu. Trzeba było na Mazury z namiotem jechać.

Przy okazji zapoznaliśmy się z grupką Polaków, oni też za bardzo zadowoleni nie byli. Ale razem ponarzekać jakby raźniej. Z Jackiem, jego ojcem i siostrzeńcem trzymaliśmy się do końca, Jacka potem ożeniliśmy, ale o tym w następnych rozdziałach.

Postanowiliśmy poszukać czegoś do jedzenia, a przede wszystkim do picia. Wody z kranu nikt nie zaryzykuje, a pić trzeba co najmniej trzy litry dziennie, a najlepiej z pięć.

Najpierw doczłapaliśmy się do brzegu morza, w końcu przyjechaliśmy przecież nad morze. Nie będziemy dwa tygodnie siedzieli na basenie, a morze oglądali tylko ze schodów wiodących do hotelu.

Piach, skały i kamienie, nic więcej. A za nimi błękitne wody Morza Czerwonego. I słońce, choć już popołudnie to ulga żadna. Dziś, starszy o 20 lat pewnie bym ten spacer życiem przypłacił, ale wtedy jeszcze młody byłem. Dało radę, ale łapaliśmy powietrze co parę metrów.


Poszliśmy nadmorską ulicą w stronę, gdzie widać było większe budynki. Były tam położone na plaży hotele i sklepy, w tym to czego szukaliśmy, jedzenie.

Jak się komu wydaje, że sklep w Hurghadzie wygląda jak sklep w Polsce to się grubo myli. Asortyment ubogi to mało powiedziane, cen nie ma i wszystko trzeba „negocjować”. Ale na szczęście, chociaż wody jest pod dostatkiem. Przechodzimy na dietę złożoną z wody i ciastek oraz chipsów, bo to właśnie jest w każdym ze sklepików. Tylko nazwy są naprawdę powalające, każdy najmniejszy nawet sklepik nosi dumną nazwę Market albo nawet Super Market i Mega Market. Hiper Marketu na szczęście nie było, może tej nazwy jeszcze nie znali.

Wróciliśmy przegrzani i zmęczeni jakbyśmy tydzień z karawaną po pustyni chodzili. Zachciało nam się Egiptu w lipcu to mamy.

Następnego dnia po „śniadaniu” poszliśmy nad morze. Powoli, krok za krokiem, człap, człap człap. Plaży żadnej nie było, ot trochę piasku wśród kamieni. W wodzie też pełno gruzu, szkła i śmieci, kompletna porażka. Tylko mały był wygrany, pojawił się arab z wielbłądem i Gosia pozbyła się kilku dolarów, ale „przejażdżka” na wielbłądzie zaliczona.

Na zdjęciu doskonale widać, na jakim „wygonie” jesteśmy. Tam w oddali widać właśnie ostatnią zwartą zabudowę, gdzie trzeba ganiać po zakupy. Od dziś chodzimy wyłącznie po zmroku.

Popływaliśmy w morzu i posiedzieliśmy trochę, tylko dlatego, że mieliśmy własny parasol, który przezornie zabraliśmy z kraju. Ale na nas troje ledwo starczał i zabawnie to wyglądało, jak mościliśmy się pod nim jak kury pod daszkiem w czasie deszczu.

Przy okazji zeszło się pół arabskiej wioski i mieliśmy kilkudziesięciu nowych „przyjaciół”. Oni tak mają, że tłum im nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie, źle czują się w samotności.

Wreszcie ktoś doczytał na tablicy ogłoszeń w recepcji, że goście hotelowi mają możliwość korzystania z plaży hotelu Magawish, który położony jest przy jednej z najładniejszych plaż w Hurghadzie. No to jutro spróbujemy, jak to wygląda.


Hotel Magawish był jednym z pierwszych, jakie zbudowano w Hurghadzie, a właściwie pod miastem, bo z centrum jest tu dobre 15 km. W tamtych czasach to był przepych, zatrzymywali się tu naprawdę bogaci turyści. Do dyspozycji mieli luksusowe pokoje w budynku głównym albo osobne domki z własnymi ogródkami. Do tego, co najważniejsze, prawie kilometrowej długości plaża. Dłuższej wtedy nie miał nikt.

Przeskok z El Gandoul niesamowity, ale my jesteśmy tu tylko jako goście i poza plażą i basenem nie mamy do niczego dostępu. Ale co tam, plaża jest fantastyczna. Poza strefą leżakową jest jeszcze kilkaset metrów gdzie nie ma nikogo, ale za to są przybrzeżne rafy.

To był następny krok naprzód w moich przygodach z rafami Morza Czerwonego. Już na płytkiej wodzie oszałamiała różnorodność wszystkiego co żyło pod wodą, dalej na głębszej spotkać można było większe ryby. Po dnie pływały szare płaszczki ozdobione granatowymi grochami. Mogłem się wreszcie w spokoju przyjrzeć wszystkiemu co miałem w zasięgu. Nauczyłem się pływać wśród kamieni i nad rafą, gdzie woda jest zwykle bardzo płytka.

Tak mnie to wciągnęło, że potrafiłem znikać z plaży na całe godziny. Co chwilę widziałem coś nowego, a to nową formę korali, a to rybę w niespotkanym dotąd kolorze lub deseniu. I tak bez końca, wydawało mi się, słusznie zresztą, że nigdy nie zobaczę wszystkiego i że ciągle będę odkrywał coś nowego. Choć na małą skalę, ale jednak miałem swoją przygodę z „big blue”.

Woda nie była ciepła, była gorąca. Choć wcześniej wydawało mi się to niemożliwe, pociłem się w czasie pływania. To niesamowite uczucie poczuć na plecach strużki potu jak się jest zanurzonym w morzu. Na szczęście ktoś mi polecił, żeby pływać w koszulce bo w innym przypadku już po jednym dniu wylądowałbym na oddziale oparzeń. A i tak kark mnie bolał, więc też go chustką obwiązałem.

Kupiłem w „kiosku” jednorazowy aparat do zdjęć podwodnych. Co wyszło to wyszło, ale w końcu liczy się, że to nie piękne zdjęcia z albumu, ale zdjęcia, które ja sam robiłem. Tak czy siak, byłem w kompletnym szoku, bo wiedzieć, a naprawdę widzieć i być w samym środku tego, to kompletnie inne rzeczy. Gdy w wodzie nie czuje się grawitacji zaczyna się swoisty „kosmiczny taniec”, a ja czułem się jakbym unosił się swobodnie gdzieś w przestrzeni, a pode mną przesuwały się podwodne ogrody Semiramidy. Bajka, nic dodać nic ująć.

Gosia w tym czasie usiłowała zgłębić tajniki innego popularnego w Hurghadzie sportu, wind surfingu. Wiatry wiejące cały rok sprzyjają uprawianiu tej dyscypliny sportu i aż przyjemnie popatrzeć jak ludzie śmigają po morzu. Mojej żonie udało się to co na zdjęciu, a i tak tylko na chwilę, bo zaraz po jego zrobieniu spadła do wody. Ja nawet nie będę próbował, wiem, że to proste nie jest. Trzeba lat ćwiczeń żeby z siebie idioty przy wszystkich nie zrobić. Wolę moje samotne pływanie, przynajmniej nikt nie patrzy jak mi wypięty tyłek z wody wystaje.

Zaczynam powoli uczyć się zanurzać naprawdę, ale nie idzie mi zbyt dobrze, trzeba chyba potrenować na bezpiecznym basenie. To był naprawdę udany dzień. Wróciliśmy piechotą wzdłuż plaży, nie było daleko, a tuż przed zachodem słońca, idąc wodą w nadmorskiej bryzie było nawet przyjemnie. Temperatura spadła już do około 30°C w cieniu, nie było tak źle.

Przy okazji odkryliśmy, że skały i kamienie walające się w okolicach plaży to jedno wielkie muzeum geologiczne. Ciężko było znaleźć kawałek, który by nie zawierał prehistorycznych skamielin. Bo morze i rafy były tu już kilkakrotnie, zostawiając nieprzeliczoną ilość śladów w powstających potem górach, a gdy te z kolei zamieniły się z powrotem w plażę, mogliśmy po tych śladach życia sprzed milionów lat spacerować.

Po tygodniu przyjechał Kuba. Ale zanim przyjechał, przygotowaliśmy małą niespodziankę. Ja przebrałem się za Egipcjanina i miałem mu wyrwać walizkę, zanieść do recepcji i wyciągać łapę po bakczysz. Numer nie do końca się udał, bo jednak mnie poznał, ale same przygotowania nas dobrze ubawiły. Skombinowaliśmy galabiję, sandały miałem własne, arafatkę na głowę już też kupiłem. Wyglądałem prawie jak autochton, ale jak się okazało, prawie robi czasem różnicę. Ale zabawa się liczy i już.

Po uroczystym powitaniu zapaliliśmy fajkę i wypiliśmy, co mama i babcia mu spakowały.

Nazajutrz pojechaliśmy na plażę hotelu Magawish. My już wiedzieliśmy jak się należy opalać w Egipcie latem, Kuba nie. Więc ja leżę spokojnie pod ogromnym parasolem, który z racji swojej lekko ażurowej konstrukcji przepuszcza tyle promieni słonecznych, co w Polsce też w lipcu, nad Bałtykiem w słoneczny dzień. Ale Kuba miał zupełnie inny pomysł. Wyciągnął leżak z pod parasola i opala się na „żywca”. Gosia delikatnie go pyta, czy ma jakiś krem, bo nam szło pół litra dziennie. Kuba, oczywiście, że mam i wyciąga malutki słoiczek tego, co mama zapakowała. Będzie tego z 50 ml, ale za to faktor 35. Bardzo niechętnie, ale jakby się posmarował, bo wziął trochę na palce i popaćkał sobie tym klatkę. Dorosły jest, my go wychowywać nie będziemy.

I tak, jak w poprzednich dniach, oddawaliśmy się uciechom plaży prawie do samego zachodu słońca. Po powrocie idziemy na miasto po zakupy. W Egipcie w sklepach wolnocłowych można zrobić zakupy dobę po przekroczeniu granicy. Nam „paliwo” już dawno się skończyło, a Egipt kraj islamski i wódki w sklepach nie ma, piwa też, nic nie ma, wszystko tylko w knajpach.

No to trzeba z przyjazdu Kuby skorzystać, poszli wszyscy. W sklepie porozłaziliśmy się, każdy coś tam sobie oglądał, ale w końcu chyba trzeba te „zakupy” zrobić a do tego konieczny jest Kuba. A Kuby nie ma. Znaleźliśmy go jak cichaczem studził spalone pośladki w otwartych drzwiach szafy chłodniczej. Żebyście zobaczyli minę ochroniarza.

Takie są zgubne skutki egipskiego słońca i kusych kąpielówek. Miejscowi noszą takie prawie do kolan, ja teraz też w tropiki takie zabieram. A co do kremu od mamusi, to miejsca, gdzie Kuba sobie go „pacnął” były białe a reszta czerwona, ogólnie dość ciekawy widok.

Wyciągnęliśmy go z tej szafy chłodniczej, zakupiliśmy „paliwo” i wracamy. Ale mamy, to znaczy Kuba ma zasadniczy problem. Jutro jedzie na wycieczkę do Kairu, bo babcia powiedziała, że jak jedzie do Egiptu to piramidy musi zobaczyć. Ja byłem, piramid nie widziałem i żyję. Ale jak babcia kazała to mus. Zwłaszcza, że dała na to pieniądze.

Tylko, że Kubę tak całe spalone ciało piecze, że włożenie spodni nie wchodzi w rachubę, zwłaszcza na dwa płonące pośladki. No to poradziliśmy mu żeby kupił galabiję i nie zakładał majtek. Jak widać na zdjęciu, przy okazji kupił też fajkę wodną, będzie miała mama co odkurzać na półce. My swoją też już oczywiście mamy.


Tak wyekwipowany odjechał w czarną noc o trzeciej nad ranem, gdy my wszyscy jeszcze smacznie spaliśmy. Dalszy ciąg znam z opowieści.

Droga do Kairu zajmuje około 7 godzin. Kuba kupił wycieczkę w miejscowym biurze, co pozwoliło mu zaoszczędzić połowę tego co dała babcia, wiec za zdrowie babci. Ale w związku z tym towarzystwo było bardzo międzynarodowe i chyba żadnego Polaka. Sąsiad w autobusie czytał niemiecką prasę, Kuba jest francuskojęzyczny, „szprechania” nie będzie.

Wreszcie są piramidy, ponieważ Kuba jest absolutnie bezkompromisowy, to na hasło, kto chce wejść do środka poleciał pierwszy. Oglądać nie ma co, ale wspinać się trzeba w czterdziestostopniowym upale, a w samej komorze jest jeszcze gorzej.

Tamże trafił na japońską wycieczkę. A oni zawsze robią to samo, zdjęcia, miliony zdjęć. Właściwie nawet nie patrzą gdzie są tylko pstrykają, zobaczą sobie jak wrócą do domu. Jak zobaczyli Kubę — „Egyptian men” — i strzelają fleszami po oczach. Kuba już nic nie widzi i drze się „Not Egyptian — Polish man” — no to dostał za to podwójną salwę. Ślepy i mokry od potu ledwo dotarł na ziemię do reszty wycieczki. Taka jest cena sławy, nawet tak ulotnej.

Na szczęście zaraz był lunch w klimatyzowanej knajpie. I znów trafiło, że siedział koło „Niemca”, do momentu, gdy ten nagle wygłosił „urbi et orbi”, „a bułek to nie będzie?”. Miłośnikom przygód polecam wakacje z Kubą, wrażenia gwarantowane. A to był dopiero drugi dzień jego pobytu. Gdy to wszystko opowiadał, zastanawiałem się, co powiem jego matce jak nie wróci, bo to się mogło tak skończyć. Na wszelki wypadek odradziłem mu wycieczkę na Saharę, tam by pewnie było o jedną wydmę za daleko.

Wróciliśmy na plażę, tym razem już nigdzie spod parasola nie wychodził. Za to pływaliśmy jak szaleni, mało nam było i mało. Robiłem ciągłe postępy, wystarczy tylko na zdjęcie popatrzeć, wyglądam jak ryba w wodzie, prawda?

Wzięliśmy Wiktora i poszliśmy we trzech „popływać”. W okolicy woda dosyć płytka, pełno piaszczystych łach, pływaliśmy to tu to tam, dobrze nam było. Od czasu do czasu patrzyłem, czy widać jeszcze plażę i znów penetrowaliśmy, co tam pod wodą było. Gdy w końcu wróciliśmy, na brzegu stała Gosia, na jej twarzy złość mieszała się z radością, ciekawa mieszanka tak przeciwstawnych uczuć. Nie było nas … cztery godziny.

Ale w Morzu Czerwonym można by leżeć bez końca, woda jest tak słona, że pływanie nie wymaga żadnego wysiłku, temperatura zbliżona do temperatury ciała a widoki bajeczne, można się zapomnieć.

Teraz kilka słów o dziadku, to znaczy o tacie Jacka. Starszy pan, dziś to ja już za takiego robię, pierwszy raz w życiu był w tak egzotycznym miejscu. Nie znał żadnego języka, w którym mógłby się z miejscowymi porozumieć. Ale mimo tego wiedział wszystko, co będzie dziś na obiad, kto i gdzie pracuje. Czym kto się zajmuje i tak dalej. Jak on to robił do dziś nie wiem, ale tak było, przysięgam. Starszy pan, jako tradycjonalista nie stosował też żadnych środków kosmetycznych. Bo kto widział, żeby facet kremami się smarował. Opalał się „na wodę”, to znaczy polewał sobie ramiona wodą, co miało zapobiec oparzeniom. Nie zapobiegło, wszystkich prawdziwych facetów ostrzegam, w Egipcie to nie działa.

Skończyło się wizytą u lekarza, uciążliwym smarowaniem maścią, końcem opalania i pluskania w basenie. A potem bliznami. I niech to będzie dla wszystkich przestrogą, na własnych błędach uczyć się nie radzą.

Wybraliśmy się też na rejs po morzu, a konkretnie na znaną nam już wycieczkę na wyspę Giftun, wszyscy. Tym razem nie wiało tak jak w marcu, a ja już znacznie lepiej sobie radziłem z pływanie w masce z rurką. Jakaż ogromna przyjemność, móc tym razem w całości poświęcić się podziwianiu podwodnego życia zamiast walki o to, żeby się nie utopić, a przynajmniej nie opić wody pod sam korek.

Najpiękniejszą rafę zobaczyliśmy z dala od brzegu wyspy. Pośrodku niczego, z dna na głębokości około 30 metrów wyrastały słupy powstałe z koralowców. Rosły tak od dna aż pod samą powierzchnię, tu wzrost się zatrzymuje, bo koralowce nie mogą wystawać ponad poziom wody. Tego typu słupy mogą rosnąć, bo kryształowe wody Morza Czerwonego przepuszczają tak dużo światła słonecznego, że na głębokości 30 metrów jest go dość, żeby bujnie rosły tam koralowce.

Na wierzchu były te same gatunki korali, jakie miałem okazję podziwiać na płyciznach. Pośród nich pływało tak dużo ryb, jak w życiu nie widziałem. Proszę zresztą zobaczyć zdjęcie. Boki słupów to już zupełnie co innego, inne korale, inne rośliny i inne ryby. Widoczne były „piętra” zamieszkiwane przez coraz to inne gatunki. Im bliżej dna tym korali mniej i ryb też, ale jedne i drugie zdawały się większe. Na dnie wypatrzyłem dobrze zamaskowane płaszczki, w kolorach piasku, ale zdradziły je niebieskie grochy na skórze. Zobaczyłem też pierwsze gorgonie, czyli koralowce przypominające krzewy. To potęgowało jeszcze wrażenie orbitowania nad magicznym ogrodem. Godzina minęła jak parę minut, płyniemy na wyspę.

Na Giftunie jest bardzo rodzinie i turystycznie, to znaczy tłumy ludzi i pełno wrzeszczących bachorów. O czymś takim jak beztroski relaks trzeba zapomnieć, znów przypomina się stara maksyma, jak chcesz odpocząć to nie jedź w żadne znane miejsce, bo tam spotkasz wszystkich, łącznie z tymi, których spotkać nie chcesz. Można co prawda oddalić się ze sto metrów od tłumów, ale na całkowitą samotność nie ma co liczyć.

Wyspa na szczęście nie jest zagospodarowana, ale próby były. Zostały po nich resztki czegoś co może było restauracją, a może czymś innym. Teraz to tylko kikuty, które możecie zobaczyć w tle, za mną, na zdjęciu.

W przybrzeżnych, gorących, ale nieco zmąconych wodach odkryłem coś nowego. Ryby, papugi. Wyglądały dokładnie jak papugi, tylko nóg nie miały. Były bardzo różnego ubarwienia pod względem zarówno kolorów, jak i deseni na skórze. Oficjalnie nazywa się to „parrot fish” i zamieszkuje przede wszystkim płytkie wody z dostatkiem koralowców. To właśnie koralowce są ich pokarmem. Potężnymi dziobami „skubią” rafę z tak donośnym dźwiękiem, że doskonale go słychać pod wodą. Takie „chrup, chrup, chrup”. A potem, i to jest najciekawsze, wydalają resztki pod postacią białego piasku. BINGO — z ich odchodów zbudowane są te bajeczne plaże z miałkim białym piaskiem. Kochani, to co najbardziej podziwiacie i na czym leżycie to nic innego jak rybie kupy.

Pozostał nam jeszcze ostatni akord, Gosia postanowiła zdobyć pustynię. Nazywa się to Jeep Safari i polega na wycieczce terenowym samochodem w okoliczne góry. Ja z Kubą woleliśmy jeszcze raz popłynąć na morze, więc pustyni tym razem nie zobaczymy.

Jeep przyjeżdża pod sam hotel po gości, co należy zaliczyć na absolutny „plus dodatni”, żeby sparafrazować byłego prezydenta naszego grajdołka. Potem trzeba poczekać w hotelu Alf Leila Waleila aż zbiorą się wszyscy uczestnicy wycieczki.

Dalej karawana jeepów rusza rączo przez pustynię, obijając turystom boki, zwłaszcza tym, którzy pasów nie zapięli.

Potem są następne atrakcje, które opiszę szczegółowo innym razem, bo na tej wycieczce przecież nie byłem.


Za to mogę opisać co było potem, bo skutki okazały się poważne. Ale do rzeczy, najpierw należy przypomnieć, że jedno z przykazań obwiązujących w naszym kręgu kulturowym mówi „nie kradnij”. I gdyby nasz syn i siostrzeniec Jacka nie wpadli na „świetny pomysł” podwędzenia winogron z lunchu dla innej, 5* wycieczki, to pewnie byśmy uniknęli dwudniowego horroru.

Niestety, młodość ma swoje prawa, któż z nas nie chodził na cudze jabłka? Tym razem Wiktor przypłacił to takim zatruciem pokarmowym, że mało brakowało, a nie wylądowałby w szpitalu, co musiałoby skutkować przedłużeniem pobytu, bo wszystko działo się dzień przed wylotem. Jakimś cudem utrzymaliśmy go przy życiu i pełną kurację przeszedł już w Polsce.

Pozostało tylko pożegnalne zdjęcie (Wiktora jak widać nie ma) i powrót do kraju. Nie na długo jak się zaraz okazało.

Mirette

Gdy wróciliśmy do domu i przywróciliśmy Wiktora do świata żywych, moja żona stwierdziła, że teraz to ona by na tych rafach popływała. Bo co prawda dalej się panicznie boi jeżowców i co tam jeszcze można spotkać pod powierzchnią, ale na głębokiej wodzie da radę. Tylko że Morze Czerwone dość daleko a my siedzimy w Warszawie nad Wisłą, gdzie żadnej rafy nie ma. Ale co się nie robi dla kochanej żony, prawda?

Obleciałem klientów z fakturami, zrobiłem księgowość, wywiozłem dzieciaki na wakacje i polecieliśmy w sierpniu na tydzień do Hurghady. Chciała kobieta nurkować to ma.

Jeżeli w lipcu było gorąco, to co powiedzieć teraz. Tylko otworzyli drzwi samolotu, dostaliśmy jak obuchem w twarz. Na zewnątrz było po prostu piekło. Jakbym mógł to przybliżyć, to czułem się jakbym stał przed otwartymi drzwiami wielkiego pieca. Nikt rozsądny do Egiptu w lecie nie jeździ, ale my i rozsądek.

Tym razem los rzucił nas na pogranicze Daharu i Sekkali, administracyjnie to zdecydowanie el Dahar, ale w tym akurat miejscu są porządne i dość duże hotele, za to nie ma żadnej miejscowej zabudowy. Mówiąc ze swojska, całkowity „wygon”. Po doświadczeniach z el Gandoul poprzeczka powędrowała wyżej, Mirette gdzie mieliśmy mieszkać miał mieć zdaniem biura podróży ponad 3 gwiazdki. Egipcjanie nalepili mu cztery, ale trzy byłoby jak na standardy europejskie w sam raz. Sam hotel plaży nie miał wcale, ale za to jego „starszy brat”, zwany Palacio, luksusowy 5-gwiazdkowy moloch już tak. Z powodu pory roku puchy były absolutne w jednym i drugim. Dlatego nie uruchomiono restauracji w Mirette i mieliśmy jadać w Palacio. Po głodowaniu w el Gandoul teraz będzie odwrotnie, będziemy się obżerać.

Okazało się też, że Mirette zbudowano z myślą o goszczeniu całych rodzin, więc pokoje były w zasadzie apartamentami.

Dostaliśmy całe mieszkanie, czyli bardzo duży pokój wypoczynkowy z aneksem kuchennym i osobną sypialnię, całość dopełniała ogromna świetnie wyposażona łazienka.


Jak w pijanym tańcu, z jednej skrajności w drugą, od nędzy do pieniędzy. Z Mirette do Palacio zbudowano przejście podziemne pod ulicą, więc na kolację poszliśmy komfortowo nie wyłażąc na zewnątrz.

No, różnica była. Salony jak z kiczowatych filmów o egzotycznych władcach, wszędzie złoto i zjadliwe kolory oraz wzory mające sprawiać, że gość poczuje się jak w pałacu starożytnego króla. Jak wypije z pół litra, to na pewno. Ale takie tam jest pojęcie „luksusu”, zresztą nie tylko tam. O ile Mirette, utrzymany w bieli i nie zdobiony tą pstrokacizną sprawiał dobre wrażenie, o tyle Palacio wyglądało po prostu koszmarnie.

W restauracji jeszcze gorzej, kapie od fałszywego złota. Lady zastawione jedzeniem jak na filmach o starożytnym Rzymie, przynajmniej tych, jakie w młodości oglądałem. Nie sądzę natomiast, żeby w bogatych rzymskich domach podawano takie jedzenie. Wcale dobre to nie było, za to było dużo, bardzo bardzo dużo.

Egipt jest krajem ludzi biednych i mam wrażenie, że dla nich pojęcie luksusu oznacza na pewno wiele miejsca, bo na co dzień większość żyje w strasznej ciasnocie ale też całe hałdy jedzenia, którego też w tym kraju raczej za dużo nie ma.

Niestety kuchnia była typowa dla takich przybytków, w zasadzie międzynarodowa z egipskimi akcentami, ale ta międzynarodowa to egipskie wariacje na temat europejskich potraw, a egipskie dania z kolei pozbawione tego, co najważniejsze, wyrazistości. I tak pozostaje jakaś okropna mamałyga bez smaku. Szykowałem się na ucztę, ale w sumie to byłem bardzo rozczarowany.

Sytuację poprawiły na szczęście arabskie desery, to spaprali tylko trochę. Tak czy siak, napchaliśmy żołądki i niezgodnie z zasadami poszliśmy wcześniej spać. Od jutra plaża i morze, mam zamiar co drugi dzień pływać na rafy, jak żona chce pływać to sobie popływa.

Z rana w wesołym nastroju po obfitym śniadaniu poszliśmy na plażę. Było tak, wzdłuż Palacio stały rzędy leżaków, potem kilka metrów piasku i zejście po schodkach do wody. Ponieważ był środek martwego sezonu, nie było specjalnych problemów z zalęgnięciem. Ale gdyby wszystkie pokoje były zajęte, to nawet na cztery tury wszyscy by się nie załapali. Widziałem to potem wiele razy, ogromny hotel, kilkaset pokoi i skrawek plaży. Tu, żeby sobie z tym poradzić budowali po drugiej stronie molocha sztuczną zatokę. Czyli zrobili dół w ziemi, połączyli z morzem i przygotowywali „plażę”. Moje serdeczne gratulacje dla tych, którzy zapłacą ciężką kasę za takie „plażowanie” nad Morzem Czerwonym.

Póki co mamy leżaki nad prawdziwym morzem, więc leżymy i wypoczywamy. Jak miałem już dość, a miałem dość bardzo szybko, wziąłem sprzęt i poszedłem zobaczyć, co w wodzie pływa. Woda na wprost promenady miała mniej niż pół metra głębokości. Pełno za to było koralowców co beztroskiemu kąpaniu się stanowczo nie sprzyja. Popływałem trochę wciągając to co wystaje, żeby się o korale nie zahaczyło, ale tak się na dłuższą metę nie da. Trzeba poszukać czegoś innego.

Na końcu promenady było małe molo wychodzące w morze i to było właśnie to miejsce gdzie warto było popływać. Woda szybko robiła się głęboka i choć rafa na dnie była bardzo już zniszczona, to jednak ryb było sporo. I to nie tylko tych małych w paski, ale i znacznie większych. Gdy oddaliłem się ze 200 metrów od brzegu, było naprawdę dobrze.

Ale najlepiej będzie jutro, bo jutro płyniemy na pierwszy rejs. Ale póki co zrobiliśmy się głodni, a do kolacji daleko. Idziemy szukać czegoś do jedzenia. I wtedy okazało się, gdzie my mieszkamy. W najbliższej okolicy dopiero budują coś co ma być pasażem handlowym, na razie można kupić kompletne wyposażenie grobu Tut Ankh Amona ale o czymś w rodzaju lunchu trzeba zapomnieć. Pozostały ciastka z daktylami i soki z kartonu.

Poszliśmy więc dalej, aż dotarliśmy do ronda oznaczającego granicę el Dahar od Sekkali. Tu już kompletny orient, białych jak na lekarstwo za to życie kipi, jak filmach o Egipcie. No to się właściwie zgadza, jesteśmy przecież w Egipcie. Ale skala przeskoku z plaży pięciogwiazdkowego hotelu na arabską ulicę jest ogromna. Mnie w każdym razie napędziła potężnego stracha. Dziś widzę to zupełnie inaczej ale wtedy to była prawie panika.

W poszukiwaniu jakiejś knajpy dla „bledszych”, bo do tych pełnych Arabów bałem się wejść, dotarliśmy w jakąś dziwną okolicę. Jak widać na zdjęciu, jest pusto, jakby wszyscy zostali porwani przez kosmitów. Zrobienie takiego zdjęcia w Egipcie, w mieście, gdzie przed obiektywem nie kłębi się tłum jest w zasadzie niemożliwe. A jednak, na całej ulicy nikogo nie ma. Nic tam zresztą nie było skończone i nic nie było czynne, to pewnie jest wyjaśnienie tej absurdalnej sytuacji, trafiliśmy chyba po prostu na budowę.

Ale udało się jednak kupić przynajmniej arabskie placki i owoce, wiec głodni nie wracaliśmy, poza tym więcej już piechotą chodzić nie będziemy, bo w tym upale kilometr, jaki mieliśmy do przejścia, zamienił się prawie w maraton.

Długo odpoczywaliśmy w pokoju zanim poszliśmy na kolację. I spać, bo wstajemy wcześnie.

Trzy wycieczki na morze kupiłem w tej samej firmie, co podczas poprzedniego wyjazdu. To ważne, bo jak się potem okazało zdobyliśmy fajnego kumpla na całe lata. To Wahid Abd el Hady, jak się dokładnie nazywał. Wahid robił całkiem niezły szoł na statku, dowcipkował, świetnie zajmował się zwłaszcza dziećmi. Nie można było nie zwrócić na niego uwagi, stąd też świetnie go pamiętałem, gdy wchodząc na pokład wpadłem prosto na jego roześmianą twarz.

„Cześć przyjacielu”, bo w Egipcie nie ma żadnych znajomych. Są tylko przyjaciele i rodzina, ogólnie biorąc stosunki międzyludzkie są tu dużo bardziej bliskie niż w naszym kręgu kulturowym. Jest w tym dużo przesady i egzaltacji tak typowej dla południowców, ale też wiele zwyczajnej ludzkiej życzliwości i poczucia bliskości, które my chyba już zatraciliśmy bezpowrotnie.

No i zaczęła się jazda, od rafy do rafy. Za każdym razem godzina pływania, potem kolejna na zmianę stanowiska i znów hop do wody. Za trzecim razem Giftun i snorkowanie z brzegu. Tak w skrócie wygląda taka wycieczka. Kluczem jest, na jakie rafy Was zawiozą. Jeżeli pójdą po najmniejszej linii oporu to nic ciekawego nie zobaczycie. Miejsca, gdzie dobija kilkadziesiąt statków dziennie są tak zniszczone, że tylko ci co są pierwszy raz są zadowoleni. Tym razem było dobrze, zawieźli nas na mało uczęszczane miejsca, byłem tam pierwszy raz i naprawdę było co oglądać.

Na zdjęciu fragment rafy z płycizn przy wyspie Giftun, tam gdzie turyści jeszcze jej nie połamali.

Na niektórych rejsach w programie jest jeszcze jedna atrakcja, łowienie ryb. W tych czasach jeszcze ryby łowiłem, teraz je tylko oglądam, a jeść nigdy nie jadłem.

Ale żeby łowić ryby bez wędki to jeszcze nie próbowałem. Taki połów odbywa się bowiem za pomocą samej żyłki nawiniętej na szpulkę oraz haczyka na końcu, no i jakiegoś obciążnika żeby przynęta opadła na dno. Za tę ostatnia robiły kawałki ośmiornicy, które Wahid wręczał wszystkim chętnym, a paniom, które na sam widok tych flaków chowały głowy, w szczególności.

Jak się takim zestawem łapie ryby? Trzeba opuścić przynętę na dno i co jakiś czas poruszać, żeby drapieżna ryba myślała, że przynęta to żywe stworzenie. I jak się poczuje szarpnięcie to należy mocno żyłkę pociągnąć, a potem tak zaciętą rybę wyciągnąć na pokład.

Na początek udało mi się wyciągnąć kilka kilogramów rafy, a potem dwa razy urwać haczyk. Bo jak ja mam poznać, że to ryba, a nie kamień, o który haczyk się zaczepił. A jak już się zaczepił o skałę to na dwoje babka wróżyła. Albo wyciągnę mozolnie wielki kamień, co bardzo podoba się wszystkim tym, którzy nie łowią. To naprawdę komiczny widok. Ja ciągnę i ciągnę i się natężam, wygląda to jakby na końcu żyłki był wielki rekin ludojad, a z wody wyłazi obrośnięty koralami kamień. To już lepiej zerwać haczyk, kompromitacji nie będzie, a można potem opowiadać, co było na haczyku. Stary wędkarski numer. Największe ryby to te, których się nie wyciągnęło, ale gdyby to na pewno był potwór. Szkoda, że często z kamienia.

Ale w końcu szczęście mi dopisuje, stoję dumny na pokładzie, a na haczyku majta się jakaś niewielka rybka.

Triumf był połowiczny, bo rybka okazała się niejadalna i wróciła do morza, gdzie jej miejsce. Ale ja, zwłaszcza w oczach mojej kobiety, sprawdziłem się jako mężczyzna. Ten co to polować umie i rodzina z głodu nie zginie. Dwudziesty pierwszy wiek, a my ciągle jakbyśmy wczoraj z drzewa spadli.

Pozostał już tylko powrót do portu. To magiczny czas, słońce już opada, robi się nieco chłodniej. Wszyscy zmęczeni upałem leżą na pokładzie, a morze robi się srebrne.

No tylko popatrzcie, nie wygląda jak kadr z filmu?


W porcie pożegnaliśmy się z Wahidem, wkręcając go w bajkę o jutrzejszym wylocie do domu. Wszystko po to, żeby za dwa dni Go znowu powitać, jakbyśmy się rok nie widzieli. A potem znów pożegnać i znów powitać i w końcu nie wiem, czy Wahid nam wierzył, gdy na końcu solennie zapewnialiśmy, że wyjeżdżamy naprawdę i pojutrze nie zobaczy naszych roześmianych twarzy na pokładzie.

Poza rejsami nic specjalnego nie robiliśmy, po śniadaniu plaża, po plaży wyprawa do miasta na lunch i relaks do kolacji. Po kolacji spać, bo rano rejs i tak tydzień minął jak jeden dzień. Ale w sumie w tym roku spędziliśmy w Hurghadzie cały miesiąc, jak na początek to całkiem niezły wynik.

Solymar Laguna

Bywały takie chwile i sytuacje, gdy Pawlak mówił do Kargula: „nadejszła wiekopomna chwila”. Tak było też, gdy planowaliśmy z Jackiem kolejny wyjazd do Hurghady, tym razem na ferie zimowe. Mieliśmy tylko nieco ogrzać nasze zmarznięte członki, ale przynajmniej dla Jacka, skończyło się naprawdę „grubo”.

No to zaczynamy od początku. Zanim jednak ta wiekopomna dla Jacka chwila nadeszła, zaczęło się jak zwykle, najpierw szukanie taniej oferty, potem pakowanie i cztery i pół godziny lotu do Egiptu.

Hurghada zawsze wita gości błękitnym niebem i palącym słońcem. I tak było też tym razem. Doszedł też jeszcze jeden czynnik, mało przyjemny, zimny wiatr. Egipt znajduje się w stałej cyrkulacji powietrza z racji tego, że absolutnie zawsze stoi nad nim układ wysokiego ciśnienia. Dlatego właśnie tam nigdy nie pada deszcz. Układ ten jednak przemieszcza się w zimie na południe w stronę Sudanu, a w lecie potrafi znaleźć się nad Grecją i wtedy typowe dla Egiptu upały dręczą Greków i przebywających tam turystów.

Zimą jest odwrotnie, wyż „zasysa” zimne powietrze i dmucha je z północy wzdłuż Morza Czerwonego. W lutym temperatury powietrza oscylują koło 20—22°C, ale odczuwalna może być dużo niższa, właśnie ze względu na wiatr wiejący z północy. Woda ma około 19°C, a więc także szału nie ma.


Zalegliśmy w hotelu Solymar Laguna, na południowym krańcu Sekkali. W tym czasie był to ostatni obiekt w tej dzielnicy, ale do centrum tylko kilkaset metrów. Tym razem nie będziemy nigdzie jeździć taksówkami.

Na początek zresztą nie zawracaliśmy sobie głowy żadnymi przyszłymi sprawami, bo moja żona właśnie pierwszego dnia obchodziła swój pierwszy i ostatni jubileusz, stuknęła jej czterdziestka. To ostatnie okrągłe urodziny, jakie można kobiecie urządzić, potem już stanowczo nie radzę.

Przygotowaliśmy się w sklepie wolnocłowym na Okęciu na ile tylko to było możliwe. Teraz musieliśmy tylko ustalić, gdzie to święto będzie celebrowane.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 41.29
drukowana A5
Kolorowa
za 70.92