E-book
13.65
drukowana A5
29.33
Egipskie Pamiętniki

Bezpłatny fragment - Egipskie Pamiętniki

Złoty Sarkofag

Objętość:
158 str.
ISBN:
978-83-8189-449-4
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 29.33

Rozdział 1

(Thalia)

Muzyka dudniła tak głośno, że szyby w oknach dzwoniły, a podłoga wibrowała. W powietrzu unosił się zapach smażonych przez mamę naleśników.

Rzuciłam pomiętą piżamę na równie pomiętą pościel na łóżku i stanęłam nago przed otwartą szafą. Z okazji pierwszego dnia wiosny postanowiłam wyjątkowo założyć coś w innym kolorze niż czarny. Zdjęłam z wieszaka białą tunikę w typie carmen z dekoltem obszytym srebrnymi cekinami i skóropodobne legginsy. Po założeniu ubrań wciągnęłam niezasznurowane glany, które przeżyły więcej niż można było się spodziewać. Nosiłam je zawsze, nawet jak nijak nie pasowały do stroju — tak jak teraz. Pospiesznie rozczesałam włosy, założyłam kolczyki kółka, kilka bransoletek i pierścionek w kształcie węża. Oczywiście wszystko srebrne z uwagi na moje uczulenie na złoto.

— Thalia! Zejdź na śniadanie! Emma zaraz będzie — zawołała mama z kuchni, więc złapałam prawie pustą torbę szkolną i prawie zeskoczyłam ze schodów. W chwili, gdy złapałam gorącego naleśnika w palce, zadzwonił dzwonek do drzwi. Wepchnęłam dużego gryza do ust i z pełną buzią otworzyłam.

Emma uniosła sceptycznie brwi. Jak zawsze nienagannie ubrana w galowy stroik, gładko zaczesane czarne włosy ułożone pod opaską i niewysokie obcasy, przyglądała się krytycznie mojej luźnej bluzce, znoszonym butom i potarganym włosom.

— Łestem pławie otowa — wymamrotałam próbując przełknąć naleśnika. Przewrót oczami był jej jedyną reakcją.

— Thalia, autobus jest za pięć minut, wyrobisz się? — spytała spokojnie, odwracając się i poprawiając pasek torby na ramieniu.

Złapałam torebkę z drugim śniadaniem i wyskoczyłam z domu z uśmiechem.

— Zwarta i gotowa do przyswajania wiedzy — zameldowałam, salutując jej. W końcu się zaśmiała, po czym poszłyśmy na najbliższy przystanek autobusowy.

Jak to pojazd szkolny autobus się oczywiście spóźnił. Normalnie bym przeklinała, ale dzionek był piękny, a ja mogłam znów gapić się na szkolne ciacho, idące do szkoły drugą stroną ulicy.

Potargane czarne włosy, blada cera, sprężysty krok. Ubrany jak mój własny, prywatny bóg, którego czciłabym, gdyby tylko pozwolił — podarty podkoszulek, skórzana kurtka z ćwiekami, ciemne jeansy. I glany. Boskie, błyszczące martensy. Mogłabym się zakochać.

Ocknęłam się dopiero jak Emma wepchnęła mnie do autobusu. Uderzyłam w oparcie czołem.

— Kobieto, to tylko chłopak. Jak ci się tak bardzo podoba, to zagadaj do niego — poradziła beztrosko brunetka, zajmując miejsce koło mnie. Popatrzyłam na nią jak na wariatkę.

— Emma! To nie takie proste, jest starszy ode mnie o dwa lata. I … no sama widziałaś. To Anubis. Nazywa się jak bóg i wygląda jak bóg. Nawet wolę nie wiedzieć jak cudowny ma charakter.

Kiedy widywałam ten mroczny cud, potem przez kilka godzin myślałam o nim bez przerwy. I teraz też. Przez całą drogę Emma pytlowała o niczym, a ja zagłębiałam się myślami coraz bardziej i bardziej w niewzruszoną twarz Anubisa.

Pod szkołę zajechaliśmy trzy minuty przed pierwszym dzwonkiem. W drzwiach minęłyśmy mojego idola, który rozmawiał z jakimiś dwoma nieznajomymi chłopakami.

— Znaleźliśmy cię — warknął wyższy. — Teraz Set może cię dorwać, pamiętaj, zdrajco.

Nie miałam dużo czasu na rozmyślania na temat tego, o jakiego Seta chodzi ani dlaczego Anubis jest zdrajcą, bo Emma pociągnęła mnie do sali na historię starożytną.

Pierwsza klasa na wiosnę zachowywała się jeszcze gorzej niż przez całą podstawówkę. Nikt się nie uczył. Za miesiąc egzaminy, więc przekonaliśmy nauczycieli, że potrzebujemy powtórki z największych banałów podstawy programowej. Dzisiaj była mitologia.

— Współcześnie najwięcej informacji posiadamy o mitologii greckiej — rozpoczął wykład profesor. — Większość ludzi uważa ją za najbardziej powszechną, a rzymskiej nie docenia, ponieważ jest ona w większości wzorowana na greckiej. Jednak mało kto zdaje sobie sprawę, że i ta zapożyczyła niektóre ze swoich bóstw czy świąt z religii starszej i o wiele bardziej tajemniczej, aczkolwiek równie fascynującej. I to o niej dzisiaj będziemy głównie rozmawiać. Proszę o zapisanie tematu: „Mitologia egipska — fakty i domysły”.

Kilka długopisów poszło w ruch. W tym wieczne pióro Emmy. Zapisywała każde słowo profesora drobnym maczkiem. W jej zeszycie pojawiały się notatki, w moim gryzmoły, karykatury i serduszka z inicjałami A.F.

— Kto może mi powiedzieć, kim był Hermanubis? — zapytał nauczyciel, co było sygnałem do pochylenia głowy, żeby uchronić nos od uderzenia wystrzeliwującej w górę dłoni Emmy. — Panna Ramirez?

Jęknęłam cicho z rozpaczą.

— Hermanubis. — Zapatrzyłam się na litery w serduszku na jednej z kartek. — To połączenie Hermesa, boskiego posłańca w mitologii greckiej i Anubisa, boga śmierci czczonego w starożytnym Egipcie.

— Źle, pała — rozległ się kpiący głos od drzwi. Ze złości oblałam się rumieńcem. W drzwiach stał Anubis, oparty nonszalancko o framugę. — Anubis był bogiem umarłych, nie śmierci. To różnica.

— Może pan rozwinąć myśl, panie Funeral? — poprosił profesor z lekkim uśmiechem. W całej szkole wiadome było, że ten przemądrzały, aczkolwiek przesłodki typ był pupilkiem historyka.

— Nie mam czasu, ale dobrze — prychnął beznamiętnie, ale błysk w jego oczach sugerował, że zrobi wszystko byle się popisać wiedzą. — Bogiem śmierci w Egipcie był Set, którego kojarzono z pustynią, czerwienią i złem, dlatego też bano się go. Oddawano mu cześć ze strachu, nie z miłości. Anubis z kolei był… może nie kochany, ale szanowano go. Był bogiem sprawiedliwego osądu. Dlatego nazywamy go bogiem zmarłych, ponieważ był dla nich najważniejszy na drodze ku wiecznemu szczęściu lub nicości.

Klasa milczała, kiedy mówił. Nawet profesor zamarł.

W trakcie tłumaczenia głos mu złagodniał, a pyszałkowatość zniknęła z twarzy, oczy zmatowiały. Stał przed nami inny chłopak niż ten, który wszedł bez pukania do sali. Odkaszlnął.

— Panie profesorze, dyrektor poprosił mnie o sprowadzenie pana do jego gabinetu.

Anubis wyszedł, a nauczyciel za nim. A to oczywiście oznaczało szaleństwo. Chłopcy wyciągnęli piłkę tenisową. Jej tor lotu znaczył tylko żółty ślad. Śmiechu było co nie miara, po chwili włączyłam się do gry nie dając chłopakom szans na złapanie piłki po moim rzucie. Emma przypatrywała się nam poirytowana. Dla niej było nie do pomyślenia, żeby się tak fatalnie zachowywać.

Śmiechy przerwało wycie alarmu przeciwpożarowego. Nad drzwiami zapaliła się czerwona lampka, sygnalizująca rozpoczęcie ewakuacji. Jeden z chłopaków stanął na biurku, wołając, żebyśmy powoli wyszli z sali i bez paniki uciekali do wyjścia. On wykrzykiwał polecenia, Emma nami kierowała w drodze do drzwi.

Szłam razem z nimi, ale kątem oka zobaczyłam przerażonego dzieciaka z młodszej klasy. Odłączyłam się od grupy i złapałam go za ramię.

— Młody, chodź stąd — powiedziałam cicho, ciągnąc go lekko.

— Nie mogę, boję się — jęknął. Pokazał coś za moimi plecami. Zerknęłam przez ramię, a tam dwóch gości przeszukiwało klasę, niszcząc ławki i krzesła. Przerażeni maturzyści siedzieli pod tablicą pilnowani przez trzeciego.

Napastnicy wyglądali co najmniej dziwnie. Byli wysocy, łysi i w spódniczkach, które w przeciągu pokazywały stanowczo za wiele. Mieli wielkie mięśnie opięte ciemną skórą. Każdy trzymał w dłoni zakrzywiony miecz. Ostrza błyskały złowrogo w promieniach słońca.

Przez okno wpadł kamień, uderzając mocno w ramię strażnika. Wątpiłam, czy go to zabolało, ale na pewno poczuł, bo spojrzał na podjazd. To co zobaczył, skutecznie go zajęło. Krzyknął coś w innym języku do koleżków i wszyscy trzej wyskoczyli z budynku.

Oszołomiona po chwili dopiero przypomniałam sobie, że jesteśmy na trzecim piętrze. Podbiegłam do okna i wyjrzałam za nie. Za rogiem znikała właśnie skórzana kurtka nabijana ćwiekami, a za nią biegli dziwni mężczyźni.

Wybiegając na oślep z sali, krzyknęłam do maturzystów, żeby uciekali z budynku. To samo powtórzyłam młodszemu dzieciakowi, który ciągle stał jak słup w miejscu, w którym go znalazłam.

Nawet się nie obejrzałam, czy posłuchali tylko zbiegłam na parter, przeskakując po kilka stopni. Na samym dole poślizgnęłam się, upadłam na beton i zdarłam sobie dłonie. Nie powstrzymało mnie to. Zerwałam się i pobiegłam dalej. Pościg za Anubisem wydawał mi się bezskuteczny, bo nawet nie wiedziałam, dokąd pobiegł. Widziałam tylko, w którą stronę.

Nagle usłyszałam kroki za sobą. Skręciłam za róg i odruchowo przyległam do ściany. Zanim zobaczyłam, kto mnie goni wyciągnęłam rękę i owinęłam ją wokół szyi nieznajomego, gdy skręcił za mną. Poszło łatwo, bo był to tylko dzieciak ze szkoły. Puściłam go, żeby złapał oddech.

— Jesteś agresywna — jęknął, pochylając się. Wzruszyłam ramionami.

— Co tu robisz? Czemu mnie gonisz?

— Bo… — Jego twarz pokryła się rumieńcem. — Boję się, mówiłem już.

— Dlatego lecisz za mną za tymi dziwakami? Prosto do źródła niebezpieczeństwa?

— Przy tobie się nie boję.

— Nie znasz mnie, wariacie!

— A ty czemu tam biegniesz? — krzyknął ze złością, której się po nim nie spodziewałam.

Od odpowiedzi uchronił mnie wybuch parę ulic dalej. Pobiegłam tam, ignorując chłopaka.

W uliczce stał Anubis. Jego bezcenna kurka płonęła w kontenerze obok. Otaczało go z dziesięciu napastników takich jak ci ze szkoły. Nie wyglądali na przyjaźnie nastawionych, a on sam wydawał się niewzruszony. Zero strachu czy złości na twarzy.

— Szlag by cię trafił, podstępny kablu — warknął cicho, zerkając z żalem na swoją kurtkę. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej wisiorek na złotym łańcuszku oraz wykałaczkę, którą trzymał w zębach zawsze jak go widywałam na przerwach w szkole.

— I co on tym niby zrobi? — szepnął upierdliwy dzieciak, który widocznie znowu za mną polazł. — Podłubie sobie w zębach, a potem dźgnie kogoś w oko?

— Sza! — syknęłam, starając się nie mrugać.

Anubis ledwo zauważalnie zerknął w naszą stronę i jakby się zawahał. Za nim jeden z napastników uniósł nad głowę olbrzymią maczetę. Wisiorek na szyi chłopaka w dwóch punktach zaświecił na czerwono. Po chwili facet leżał u stóp Anubisa, a jego broń wbiła się na sztorc w ziemię. Czarnowłosy zamknął oczy, a jego wykałaczka zalśniła fioletowym blaskiem.

Anubis stuknął trzy razy w beton laską z czarnego drewna ozdobioną srebrną głową psa na czubku, która pojawiła się w jego dłoni w miejsce kawałka drewna. W miejscu uderzenia ziemia rozstąpiła się.

— Żołnierze, ja jestem Anubis, bóg pogrzebów i zmarłych, pan w Podziemiu, sługa Ozyrysa. Winniście mi posłuszeństwo, wracajcie do Otchłani Seta.

Przemawiał mocnym, wibrującym głosem, od którego wszystkie wnętrzności mi się ścisnęły, a na skórze poczułam gęsią skórkę. Czeluść pochłonęła żołnierzy. Beton się zrósł i wyglądał, jak gdyby nigdy nic.

Rozległ się głuchy łomot. Obok mnie dzieciak siedział na ulicy oszołomiony. Zwrócił na nas uwagę Anubisa. Chłopak podszedł. Jego laska wróciła do kształtu wykałaczki, a wisiorek zniknął w kieszeni za sprawą szybkiego ruchu dłoni od szyi do spodni. Musiałam się odezwać.

— Jesteś bogiem? — zapytałam zdumiona.

— A ty zawsze śledzisz nieznajomych?

Nie mogłam w to uwierzyć. Stałam przed żywym egipskim bogiem Anubisem.

Rozdział 2

(Jirou)

— Zwykle od razu wpraszam im się do mieszkania — odpyskowała Thalia.

Ja dalej siedziałem na betonie, gapiąc się na nich w milczeniu. Po lekkim uderzeniu w podniebienie, wyplułem muchę i wstałem.

— Jesteś bogiem?

— Mam ci to przeliterować, dzieciaku? — warknął wściekły. — Teraz muszę wam albo wyczyścić pamięć albo was zabić. Co wolicie?

— Precz z paluchami od mojej głowy i ciała, fetyszowcu.

Zakrztusiłem się. Thalia po prostu mnie rozbroiła. Właśnie byliśmy świadkami tego, jak nasz znajomy ze szkoły czaruje i przyznaje się, że jest starożytnym bogiem, a ona rzuca takie teksty. Nic tylko się przeżegnać.

Mina Anubisa wyrażała szczerze zdumienie. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał dać jej w twarz. Po kilku sekundach odwrócił się i zaczął odchodzić.

— Wracajcie do szkoły — rzucił cicho, nie odwracając się do nas.

— Kpisz sobie?

To go zatrzymało. Zerknął przez ramię unosząc brwi. Długo przypatrywał się nam w milczeniu.

— Kim wy jesteście?

— Thalia Ramirez i … — Spojrzała na mnie pytająco.

— Jirou Stone. Ona ma rację. Myślisz, że teraz wrócimy do domu i zapomnimy, co widzieliśmy?

Anubis nie wydawał się jakoś specjalnie poruszony, chociaż w jego oczach widać było płomienie. To chyba jedyna rzecz, po jakiej można było poznać jego nastrój. A teraz najwyraźniej był na nas zły.

— Dobrze, w takim razie was zabiję…

— … albo wymażesz nam wspomnienia, tak wiemy — mruknęła niezadowolona Thalia. — Nie ma trzeciej opcji?

Odpowiedziało mi stukanie o beton, kiedy znowu ruszył przed siebie. Chciałem znowu krzyknąć, ale mnie uprzedził.

— Trzecim rozwiązaniem jest opuszczenie tego miasta na zawsze i podróżowanie ze mną po świecie. Chociaż tego osobiście sam bym nie zniósł, więc nie… nie ma trzeciej opcji. Zjeżdżajcie.

— Wyjechać i zostawić rodziny? — spytałem, ruszając powoli za nim. — Czemu na zawsze? I co wtedy z nimi będzie?

— Jeśli odejdziecie, będą bezpieczni, a ja wkurzony. Jeśli zostaniecie, zginiecie wszyscy. Jeśli was zabiję, będą bezpieczni, a ja zadowolony. Jeśli wymażę wam pamięć, zginiecie wszyscy. Tylko dwie opcje zapewnią im względnie dobre życie.

Zerknąłem na Thalię przez ramię. Stała wpatrując się w beton i zaciskając pięści. Złote loki opadły jej na policzki.

— Czemu musimy odejść lub zginąć, żeby byli bezpieczni? — szepnęła.

— Bo Set wie, że was znam. I będzie was ścigać, aby dopaść mnie. Jeśli zostaniecie, ściągniecie go na swoje rodziny. Musicie zginąć lub iść ze mną. Wybierzcie.

Bez słowa poszliśmy za nim na lotnisko. Kupił nam bilety do Egiptu i zaprowadził nas do samolotu. Żadne z naszej trójki się nie odzywało. Otaczały nas tylko głosy innych pasażerów, a i te brzmiały dla mnie jakby dochodziły zza grubej, plastikowej ściany. Nienawidzę samolotów — mam chorobę lotniczą i lęk wysokości. Kręci mi się w głowie na samą myśl o samolocie, a jak widzę kołujące ptaki to mam wrażenie, jakby ziemia się pode mną rozpadała.

Kiedy wystartowaliśmy, Anubis się odezwał.

— Dobrze, na niebie jesteśmy bezpieczni — odetchnął i rozpiął pas. Wyjrzał przez okno, ale ton jakim mówił, wskazywał, że chłopak nie ma pewności, czy rzeczywiście nic nam nie grozi. Znowu spojrzał na nas pustym wzrokiem. — Najważniejsza zasada: zawsze nazywacie mnie Szakalem, nie Anubisem, rozumiemy się?

— Dlaczego? — zapytała Thalia.

— Ponieważ Set, bóg chaosu a mój ojciec, chce mnie zabić. Gdziekolwiek się pojawimy, będą tam jego słudzy. Nie rozpoznają mnie, dopóki nie usłyszą mojego imienia.

Dość to dziwne. Skoro Set jest jego ojcem, to chyba nie powinien chcieć go zabić, prawda? Przyjrzałem się uważnie jego twarzy i spróbowałem wyobrazić sobie Seta. Nie wyszło mi najlepiej.

— Czemu chce cię zabić? — zainteresowałem się. Wyjrzał przez okienko, patrząc w dół.

— Bo zdradziłem jego i innych bogów — mruknął prawie nie otwierając ust.

— Jak to zdradziłeś?

— Set oraz Horus, zagorzali wrogowie, połączyli siły. Szukają najpotężniejszej istoty we wszechświecie, żeby przejąć jej ciało. Z jej pomocą połączą swe moce w jedną. Jeśli im się uda wszyscy zginą. Świat zostanie zniszczony. A na jego miejsce powstanie nowy. Mroczny, zimny, martwy. Wszyscy bogowie się do nich przyłączyli w obawie, że ich również Set unicestwi. Ja się sprzeciwiłem. Nie chcę być tym, który doprowadzi do końca świata.

— Nie za duże masz ego, uważając, że to ty jesteś tą potężną istotą? — spytała złośliwym tonem Thalia.

Anubis obdarzył ją tylko znudzonym spojrzeniem i odwrócił głowę do okna. Nie odezwał się więcej. Sprawiał wrażenie jakby wizja końca świata go nie wzruszała.

Mnie z kolei ruszyła bardzo. Poczułem jak ze strachu mój żołądek przekręca się na lewą stronę i podchodzi do gardła razem ze śniadaniem. Liczyłem na to, że nie widać po mnie tego przerażenia, ale głupawy uśmiech Thalii zrównał moje nadzieje z ziemią. Opuściłem głowę i zapatrzyłem się w długopis, który zawsze przy sobie noszę. Dostałem go na pamiątkę po ojcu, zmarłym, gdy miałem cztery lata. Zawsze, gdy się bałem, brałem go do ręki i było mi jakoś lżej. Prawdę mówiąc jestem tchórzem. Nic na to nie poradzę. Podejrzewałem jednak, że Thalia boi się tak samo jak ja, tylko o wiele lepiej to ukrywa.

Lecieliśmy już półtorej godziny. Bez problemów. Jak na opowieści, którymi uraczył nas Szakal, było to podejrzane. Thalia też chyba zaczynała się niepokoić, bo pobladła i zerkała na niego nerwowo.

Nagle brunet wstał i zniknął na chwilę w pokoju dla stewardess. Przygryzłem wargę, starając się opanować duszności. Nagle nad głowami wszystkich pasażerów pojawiła się różowa mgiełka.

Coś uderzyło w samolot z potężną siłą, przechylając go w prawo. Razem z Thalią upadliśmy na podłogę i poturlaliśmy się prosto pod nogi Anubisa. Patrzył przed siebie z zaciętą miną.

Naprzeciw niego na oparciu fotela siedział sokół. Tak, kurde, żywy sokół. Cholera go wie, skąd się tam wziął. Przechylił głowę i spojrzał na nas złotym okiem. Drugie miał srebrne.

— Słońce, które oświetlasz mroki życia — szepnął Anubis, zaciskając palce na swojej magicznej lasce. Rubinowe oczy jego naszyjnika rozbłysły. — Księżycu, którego światło oblewa świat nadzieją. Miejcie nas w swojej opiece.

Brzmiało to jak modlitwa, po której ptak wystrzelił z miejsca prosto w moją twarz. Zacisnąłem oczy. Sekundę później usłyszałem huk. Sokół uderzył w czerwoną ścianę, która wyrosła przed naszą trójką.

Anubis patrzył na niego z niesmakiem. Wydał nam ciche polecenie, żebyśmy na kolanach zbliżyli się do drzwi.

Thalia padła na ziemię, ciągnąc mnie ze sobą. Po drodze złapała plastikową tackę na jedzenie. Wykonując rozkaz Anubisa, staraliśmy się nie słuchać głuchych uderzeń i nie wąchać smrodu palonych piór. Przez głowę przemknęła mi myśl, czemu inni pasażerowie tego nie widzą. Nie było jednak czasu się nad tym głowić. Już prawie dotarliśmy do drzwi, gdy nagle tuż nad moją głową rozległ się świst powietrza i głośne pacnięcie.

Sokół wylądował na podłodze, potrząsając głową i machając nerwowo skrzydłami. Był potargany i usmolony.

— Ki diabeł? — jęknąłem zaskoczony.

— Atakował cię, uderzyłam go — wyjaśniła krótko blondynka, odrzucając tackę, w której odbił się dziób ptaka.

Na Anubisa czekaliśmy przy drzwiach ułamek sekundy. A potem nagle lecieliśmy ku ziemi z zawrotną prędkością. Towarzyszyły temu wrzaski moje i Thalii. Czułem zimną dłoń na karku. Zacisnąłem oczy, obejmując głowę ramionami.

Wylądowaliśmy na piasku z cichym klapnięciem. Był ciepły i miękki. Zacząłem go całować i płakać z ulgi, po czym zwymiotowałem.

Obok mnie Thalia zaczęła przeklinać, po czym spytała jak długo spadaliśmy.

— Jakieś dziesięć sekund — odparł czarnowłosy, otrzepując się z piasku.

— To niemożliwe — wykrztusiłem z trudem. — Byliśmy na wysokości co najmniej dziesięciu tysięcy metrów. I…

— Podróżując ze mną, musicie pojąć kilka zasad. Numer jeden: od teraz wszystko jest możliwe.

— Przed minutą o mało nie zginęliśmy przez twój durny pomysł, a teraz mamy za tobą leźć na pustynię? — warknęła Thalia unosząc dumnie głowę. Skrzyżowała ramiona i widać było, że nie zamierza za nim iść, póki nie usłyszy dobrego wyjaśnienia.

— Numer dwa: jeśli chcesz przeżyć, słuchaj się mnie — odparł, ignorując jej zachowanie i poszedł przed siebie.

Otarłem usta i wstałem. Ruszyłem za nim, ponaglając Thalię.

Wszędzie nic tylko piasek i piasek. I słońce. Zacząłem zastanawiać się, dokąd poprowadzi nas pan “Wielki Bóg Pogrzebów “. Widziałem na twarzy Thalii, że też się nad tym głowi, jednak żadne z nas nie odważyło się powiedzieć do chłopaka nawet jednego słowa.

Jasne włosy dziewczyny były teraz zakurzone od piachu tak samo jak jej twarz. Podejrzewałem, że nie wyglądam o wiele lepiej.

Zaś Anubis szedł z dumnie uniesioną głową, a jego potargane włosy nadal lśniły jak świeżo umyte. Wciąż miał idealnie białą cerę. Zupełnie jakby był jakimś księciem. Nagle zatrzymał się i spojrzał na mnie ze złością. Wyglądało na to, że słyszał moje myśli, bo warknął w moją stronę:

— Nie jestem żadnym księciem, ty… — urwał jakby chciał mnie jakoś przezwać, ale nie miał pomysłów. Albo miał ich za dużo, tylko nie wiedział, którego ma użyć. — Uważaj na słowa i myśli, Jirou. A przede wszystkim na swoje sny — dodał po chwili ciszej.

Nie mając bladego pojęcia, o co mu chodzi, stałem chwilę, patrząc w jego plecy. Ten chłopak ma przed nami zdecydowanie za dużo tajemnic. W podróżowaniu w grupie najważniejsze jest zaufanie, bo bez tego ani rusz. A on nam ani trochę nie ufał. Tak jak Thalia jemu.

Szła na końcu parę metrów za mną z zamyśloną miną. Ciekawiło mnie, co jej chodzi po głowie, ale nie pytałem. Było zbyt gorąco, by rozmawiać.

Kiedy słońce zniżyło się nad horyzont, Anubis wskazał nam oazę dwa kilometry przed nami.

— Tam spędzimy noc. Ruszajcie się, zdążymy przed zmierzchem.

W oazie napiliśmy się, zjedliśmy rosnące w niej owoce i położyliśmy się spać. Zanim powieki mi opadły, zobaczyłem, jak Anubis siada parę metrów od nas ściskając nerwowo swoją laskę.

Rozdział 3

(Anubis)

Klęska. Totalna porażka.

Nie dość, że muszę uciekać przed własnym ojcem, który usiłuje mnie zamordować z pomocą innych bogów, to jeszcze muszę niańczyć dwa szczeniaki. I to wszystko dlatego, że nie chciałem pomóc w zniszczeniu wszechświata.

Czy to ma jakiś sens? Szczerze w to wątpię.

A może być gorzej niż teraz? No jasne, że tak. Zawsze może pojawić się tatuś we własnej osobie i od razu mnie zamordować. Przynajmniej mi trochę ulży.

Krótko po zachodzie słońca wstałem i otrzepałem spodnie z piasku. Zerknąłem na dzieciaki, żeby upewnić się, że śpią, zanim ruszyłem przed siebie.

Miałem mętlik w głowie. Z jednej strony najnormalniejsza niechęć to pilnowania dwójki nieopierzonych uczniaków, z drugiej świadomość, że zostawienie ich równałoby się z wepchnięciem ich w łapy Seta. A jakby tego było mało głowiłem się, co mnie oni obchodzą. W ogóle ich nie znałem — tyle co z widzenia na korytarzu. Mimo to nie umiałem od nich odejść i pozwolić im zginąć.

Wydawało mi się, że z Jirou i Thalią łączy mnie coś innego niż tylko krótka znajomość między uczniami z innych klas. Jakby rudy miał w sobie jakąś tajemnicę, a ona… sam nie wiem, co z nią, ale też jest wyjątkowa. Czułem jej magię.

Im dalej szedłem przez pustkowie, tym piasek robił się cieplejszy, a księżyc zniżał się do horyzontu.

— Anubisie, synu Seta ­- rozległ się w ciemności głos. Przede mną rozbłysło światło i pojawił się stary mężczyzna. Miał długą srebrną brodę oraz elektrycznie niebieskie oczy, którymi wpatrywał się we mnie uważnie. To było nieprzyjemne uczucie — jakby ten wzrok mnie palił.

— Kim jesteś? — spytałem, patrząc na jego migotliwą sylwetkę. Projekcja astralna, magia.

­- Magiem, głupi chłopcze — odparł mężczyzna. Wtedy zauważyłem, że nie porusza ustami, więc tak naprawdę słyszę tylko jego myśli. — Przewodniczącym Magicznej Rady. Co tutaj robisz, Anubisie? Powinieneś być z Jirou oraz Thalią.

— Nie — pokręciłem głową. — Moja obecność ich naraża. W samolocie Horus usiłował nas zabić.

— Nie was. Jedynie chłopca. Horus i Thot będą polować na niego, nie na ciebie.

— Jak to? — uczucie rozczarowania, a może i zazdrości, dźgnęło mnie w pierś. — Przecież Jirou to tylko czternastoletni dzieciak, który wpadł na niewłaściwą osobą, a mnie potrzebuje Set — mruknąłem, zmieniając laskę w wykałaczkę.

— To mag, głupi chłopcze. Ostatni z rodu Deputtich.

— Jirou? Ten tchórz? Niemożliwe — zwątpiłem. Starzec potrząsnął głową.

— Musisz zabrać go na spotkanie magów. Zanim ktokolwiek go odnajdzie.

— Jesteś świadomy, że jeśli z nimi zostanę to będzie dla nich wyrok śmierci?

— A jesteś świadomy, że jeśli ich zostawisz zginą wcześniej niż z tobą? Anubisie, ty głupi, zapatrzony w siebie chłopcze.

— Więc muszę się nimi zająć, tak? — spytałem, chociaż doskonale wiedziałem, jaka jest odpowiedź. Mag skinął na mnie głową i rozwiał się w mgłę, ale zanim zniknął całkowicie usłyszałem, że mówi, dokąd mam zabrać tę dwójkę. Cmentarz we Paryżu. Dobrze, że dla mnie to nie problem. Cmentarze to moje tereny — nawet jako zdrajca muszę wypełniać swoje obowiązki, więc podróże grobami nie stanowiły przeszkody. Odwróciłem się z ciężkim westchnięciem i poszedłem do oazy.

Jirou nie spał. Patrzył na mnie z wyrzutem, jakby mówił, że nie powinienem ich zostawiać. Rzuciłem mu posępne spojrzenie i usiadłem parę metrów dalej.

— Nie odzywaj się — burknąłem, podpierając głowę rękoma. Wyjątkowo nie miałem ochoty się kłócić. Może i był magiem, ale jakoś tego nie okazywał. Nawet jeśli to była prawda, musiał być beznadziejny.

— Gdzie byłeś? — zapytał cicho, ignorując moją prośbę.

— Na spacerze — odparłem wymijająco. — Obudź Thalię, musimy iść dalej. Idę przygotować transport — dodałem, rozglądając się.

Niedaleko leżał martwy ptak. Uśmiechnąłem się, wstałem i podniosłem go. Czułem, że Jirou na mnie patrzył przez chwilę, zanim wykonał moje polecenie. Ja tymczasem rozgarnąłem piasek. Wykopałem dołek i włożyłem do niego ptaka. Zasypałem ciało, szepcząc zaklęcia.

Po kilku minutach usłyszałem za sobą jęk Jirou i przepraszający głos Thalii. Spojrzałem na nich przez ramię. Rudy trzymał się za nos, a złotowłosa śmiała się cicho, mówiąc, że nie chciała. Najwyraźniej walnęła go w twarz, kiedy ją budził. Mimowolnie się uśmiechnąłem.

— Hej, starczy! Musimy się spieszyć — rzuciłem do nich. Gdy Thalia zapytała, o co chodzi, wyjaśniłem, że jedziemy na kongres magów. Ich miny mówiły, że sądzą, iż mi odbiło do końca. Chwyciłem Thalię za rękę, a kiedy chciała ją wyrwać, zacisnąłem mocniej palce, rzucając jej ostrzegawcze spojrzenie. Drugą ręką złapałem Jirou.

— Nie puszczajcie mnie, choćby nie wiem, co się działo — rozkazałem. Rudy zadrżał i ścisnął mocno moją dłoń. Zaczynam się bać o jego psychikę. Nie przeżyje ze mną więcej niż dwa dni. To nawet zabawne.

Stanąłem na grobie ptaka i szepnąłem kilka słów po egipsku. Porwał nas wir gorącego powietrza. Jeśli kiedykolwiek jechaliście kolejką górską z wielką prędkością, to wyobraźcie sobie to gniotące uczucie na podbrzuszu wyolbrzymione dwukrotnie. Tak to odczuwali Thalia i Jirou — dla mnie to tylko jeden, wolny obrót na karuzeli. Widać przywykłem do teleportacji.

Stanęliśmy na paryskim cmentarzu.

W oddali majaczył niewyraźny szczyt Wieży Eiffla. Było mgliście jak nigdy — nawet moje klimaty, szkoda tylko, że tak zimno.

Staliśmy obok grobu jakiejś Elizabeth Cage, kobiety zmarłej w wieku trzydziestu dwóch lat. Wydawało mi się, że pamiętam jej śmierć, ale mogłem się mylić.

Jirou zapytał, gdzie odbędzie się zebranie magów, więc odpowiedziałem, że w miejscu, w którym właśnie stoi. Chłopak zrozumiał to dosłownie i odskoczył do tyłu, jakby spodziewał się, że jakiś mag pojawi się tuż pod nim.

— Jesteś strasznie głupiutki, Jirou — rzuciła rozbawiona Thalia, a zaraz potem pisnęła, bo przed nią zmaterializował się Przewodniczący Magicznej Rady. Uśmiechnął się do nas i skłonił przede mną. Odpowiedziałem lekkim pochyleniem głowy. Następnie spojrzał na Jirou.

— Ostatni Deputti — szepnął, przesuwając kciukiem po czole rudego.

Jakby to było jakieś wezwanie na cmentarzu zaroiło się od innych magów. Najmłodsi byli w wieku co najmniej czterdziestu lat, a najstarsi zdawali się mieć około tysiąca lat. Wszyscy jednak byli siwi i bardzo zmęczeni, a każdy z nich trzymał różdżkę. Były to gładko wyszlifowane patyki długości od piętnastu do trzydziestu centymetrów. Wydawało mi się, że promieniują jakimś światłem; mocą, której nawet ja nie potrafiłem pojąć. Pojawił się długi stół, przykryty białym obrusem, a na nim stało mnóstwo pysznie pachnących potraw: homarów, kawioru, kaczek z jabłkami. Było też zwykłe jedzenie takie jak kanapki z czekoladą czy salami. Jirou sięgnął po chleb z masłem, a Thalia stała nieco z tyłu, przyglądając się temu ze zdziwieniem. Pewnie nie spodziewała się pikniku na środku głównej alejki cmentarza.

Podszedłem do furtki i usiadłem na kamiennym murku. Położyłem laskę obok siebie, krzyżując nogi z zamkniętymi oczami, by spróbować choć na moment się wyciszyć.

Magowie zasiedli do stołu i nas również zaprosili na ucztę. Thalia niepewnie usiadła po lewej stronie Jirou, patrząc na mnie wyczekująco. Najwyraźniej nie wiedziała, czy może ufać mężczyznom i chciała żebym jej powiedział, co robić. Ponieważ mag z pustyni nie przestawał mnie ponaglać, wziąłem laskę i usiadłem przy stole. Jirou już miał usta pełne jedzenia i herbaty. (Straszne. Czego ludzie uczą w szkole? Bo na pewno nie kultury, a to by się przydało.) Thalia tylko piła zieloną herbatę, ja natomiast nie sięgnąłem po nic. Wiedziałem, że może być to odebrane jako brak wychowania, ale się nie przejąłem. Jestem bogiem — nie muszę jeść ani pić, więc przepraszam. Wyglądający na najstarszego mag, wstał z miejsca i zawołał mocnym głosem:

— Bracia! To być może nasze ostatnie zebranie magów! Set chce zniszczyć świat, a my musimy go powstrzymać! Dlatego zaprosiłem tutaj tę trójkę dzielnych ludzi: Anubisa, boga śmierci i pogrzebów, Thalię Ramirez oraz Jirou Stone’a, ostatniego maga z rodu Deputtich.

Wśród magów przebiegł szmer niedowierzenia. Wszystkie oczy zwróciły się w stronę rudego, więc mi ulżyło. Nienawidziłem, kiedy ludzie gapili się na mnie przez to, kim jestem. Odetchnąłem. Jirou był niesamowicie zdumiony tym, co powiedział mag — chyba zapomniałem mu przekazać, po co my tu jesteśmy. Spojrzał na mnie pytająco, a ja skinąłem głową. Thalia otworzyła szerzej oczy, zaskoczona nie mniej niż Jirou. Chyba jako jedyny nie przejąłem się tą rewelacją.

Najstarszy mag uśmiechnął się łagodnie do chłopaka i wyciągnął do niego rękę. Na pomarszczonej dłoni starca zmaterializowała się różdżka inna niż wszystkie. Była o wiele krótsza, miała około dziesięciu centymetrów i była pomalowana w biało-niebieski wzór. Mag zachęcił rudego wzrokiem, a chłopak chwycił prezent. Thalia wyglądała, jakby tylko czekała na jakiś promień śmierci czy coś takiego. Powiedzmy, że mnie to rozbawiło, chociaż nie ująłbym tego uczucia w ten sposób. Było to raczej nieprzyjemne łaskotanie w żołądku. Jirou spojrzał na mnie wyczekująco, jakby pytał, co teraz.

— Zazwyczaj, kiedy ktoś daje ci prezent, należy podziękować, dzieciaku — mruknąłem, przymykając oczy.

— Dziękuję — powiedział rudy do maga i schował różdżkę do kieszeni.

— Musisz nauczyć się kontrolować swoją magię — oznajmił mag. — Inaczej nie pożyjesz długo. Wyznaczę ci nauczyciela, by cię nadzorował.

Przesunął wzrokiem po wszystkich zgromadzonych, a zatrzymał go dopiero na mnie i poniósł rękę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 29.33