E-book
4.1
Eel — Genesis

Bezpłatny fragment - Eel — Genesis


Objętość:
266 str.
ISBN:
978-83-8221-440-6

Redakcja i korekta części pierwszej: Maria Osińska

Projekt okładki: Marta Frąckowiak

e-wydanie pierwsze 2018

Kontakt: bookbonk@gmail.com

Część I — Wiara

Prolog

— Masz jedną nową wiadomość, Max.

— Odtwórz.

— Mówi Alla, musisz się ze mną w końcu spotkać. To naprawdę ważne, powtarzam, to ważne! Nie możesz mnie ciągle unikać. Tu może chodzić o moją córkę! Myślę, że złapałam właściwy trop. Przez wzgląd na dawne czasy pomóż mi.

I. Ziemski padół

Max zręcznie usunął ostatnią igłę akupunkturową z ramienia pacjentki. Srebrny materiał powędrował do szklanego pojemnika, a w przestrzeni gabinetu rozbrzmiał cichy metaliczny odgłos.

Terapeuta położył na nadgarstku kobiety swoją dłoń. Jego trzy palce znalazły się na tętnicy promieniowej. Pod opuszkami odbierał miarowy puls, wczuwał się w jego subtelny rytm — kod życia i zdrowia zrozumiały tylko dla nielicznych. Tym razem tętno przywodziło na myśl skaczącą żabę.

— Wszystko jest na najlepszej drodze — oznajmił łagodnym głosem. Już zamierzał puścić rękę, gdy naraz dodał: — Proszę jeszcze chwilę poczekać.

Max mocniej oparł palce na tętnicy. Wziął pełniejszy oddech, zamknął oczy i wszedł na głębszy poziom doświadczenia dostępny tylko jemu. Przeniknął umysłem sieć meridianów. Początkowo rozmazany obraz nabierał wyraźniejszych kształtów: latarnia morska, jaśniejący w świetle złocisty piasek i niezmierzony morski krajobraz przyozdobiony w łagodne fale. Max usłyszał leniwy skrzek szybujących w powietrzu mew. Poczuł rześką morską bryzę. Uśmiechnął się z zadowoleniem — odbierał wyjątkowo szczęśliwe chwile z pamięci pacjentki zapisane w jej cielesnej strukturze. Otworzył oczy, spojrzał na leżącą na kozetce kobietę, po czym przyjaźnie i ciepło się do niej zwrócił:

— Jak wspominałem, wszystko jest na dobrej drodze, pani Smith. Nadal prosiłbym jednak, aby się pani nie przemęczała. Lecz zaręczam, że za miesiąc, góra dwa, będzie pani mogła do woli zażywać morskich kąpieli.

Starsza kobieta z siwymi włosami, obciętymi niemal przy samej skórze, zmroziła terapeutę wzrokiem i szorstko rzuciła:

— Nienawidzę morza.

Usłyszawszy to, Max zastygł z krzywym uśmiechem na twarzy, zupełnie jakby wyciągnął trefny los.

— Skończyliśmy, mogę już iść? — dodała ze zniecierpliwieniem w głosie kobieta.

— Tak, oczywiście… Dłużej pani nie zatrzymuję. Do zobaczenia pojutrze o tej samej porze. — Max odstąpił od kozetki i usiadł przy białym biurku za parawanem. Usłyszał łagodny dźwięk rozsuwających się automatycznych drzwi. W gabinecie został sam. Zdegustowany popatrzył na swoje dłonie. Odkąd podjął pracę w placówce Feniks, jego niezwykły dar coraz częściej go zawodził. Nawet więcej: drwił sobie z niego, obdarzając fałszywymi wizjami. Dlaczego tak się działo? Czy to wina tego, że on, Maximilian Jołat, przeszło dwieście lat przeleżał w zamrażarce, aby doczekać czasów, gdy jego genetyczna skaza nie będzie się wiązać z przedwczesną śmiercią? Czyżby zamrożeniu uległy także jego paranormalne zdolności? Max pokręcił z niezadowoleniem głową. Pomyślał, że cokolwiek spowodowało ułomność jego niezwykłego daru, na razie nie należało się z nim obnosić, aby oszczędzić sobie dalszych upokorzeń.

Rozważając to, wcisnął jeden z całej gamy guzików na blacie biurka. Wysunęła się z niego szuflada ze szklanką pomarańczowej musującej cieczy. Mężczyzna pochwycił naczynie i niespiesznie wypił. Co prawda w obecnych czasach jeszcze nie wynaleziono leku na jego chorobę, ale przynajmniej coś, co trzymało ją w ryzach.

Ten przeklęty wadliwy gen z chromosomu szóstego, kodującego białka układu zgodności tkankowej — myślał Max o swoim defekcie, ocierając usta z resztki słonawego napoju.

Naraz łagodne, bladoniebieskie światło w pomieszczeniu uległo przyciemnieniu. Oznaczało to koniec pracy na dzisiaj. Max wyświetlił na blacie biurka aktualną prognozę pogody. Znowu zapowiadano kwaśne deszcze. Zdjął biały fartuch i przebrał się w długi czarny płaszcz z połyskującego śliskiego tworzywa. Z kapeluszem w ręku wyszedł na korytarz. Mijał rzędy bliźniaczych przeszklonych drzwi, aż dotarł do windy, którą z trzeciego piętra zjechał na parter.

— Witaj ponownie, Maksimilianie Igłowiczu! — Kokieteryjny głos należał do recepcjonistki Katrin, szczupłej brunetki zawzięcie piłującej wielobarwne paznokcie imponującej długości.

— Igłowiczu? — podchwycił Max. Uśmiechnął się i mocno ściągnął brwi, aby spotęgować wrażenie zdziwienia. — Nie, nie pochodzę z Rosji, próbuj dalej. — Puścił jej oko.

— Ostatnio zamówiłeś na naszej randce boeuf Strogonow, więc pomyślałam…

— To było niezobowiązujące spotkanie towarzyskie, które sama zaaranżowałaś — uściślił mężczyzna, poszerzając jeszcze uśmiech. — A wspomniana potrawa była zamówiona z dedykacją dla miłośniczki długich cienkich plastrów polędwicy wołowej zasmażanej z cebulką i pieczarkami.

— Och… To miłe, doceniam i wybaczam nawet to, że potrawa została wydrukowana w drukarce 3D. — Tym razem to recepcjonistka puściła oko i jakby od niechcenia, dodała: — Wyskoczymy gdzieś znowu razem, Max?

— Może w przyszłym tygodniu — oświadczył leniwie. — Ta moja głodowa pensja… Wiesz, że nawet drukowane potrawy zamawiane na mieście nadwyrężają mój budżet.

— Dzisiejsi mężczyźni… — Katrin przeciągle ziewnęła. — Jestem pewna, że masz u siebie jeden z tych nowszych modeli kochanek robotów, i to jest powód odmowy.

Max wzruszył ramionami. Założył kapelusz i stanął przed drzwiami obrotowymi prowadzącymi na zewnątrz budynku.

— Gdybyś jednak zmienił zdanie, to znasz numer — szepnęła zalotnie recepcjonistka i już poważnym głosem dodała: — Nie zapomniałeś o czymś, Max?

Mężczyzna zastygł przed drzwiami.

— O pocałunku w policzek? — rzucił przez ramię.

— Awaryjna identyfikacja zmiany miejsca położenia, Max — oświadczyła bezbarwnym głosem.

— Jeszcze tego nie naprawili? — Mężczyzna spojrzał w zadumie na drzwi karuzelowe.

— Nie.

Terapeuta okręcił się na pięcie. Podszedł do białego biurka, za którym siedziała recepcjonistka. Nad blatem ustawił lewą dłoń wnętrzem do dołu. Na biurku błysnęła zielona lampka i dobył się z niego sygnał dźwiękowy.

— Droga wolna, Max… — Kobieta wskazała pilnikiem kierunek na ulice miasta.

Niebawem mężczyzna przemierzał krótki odcinek przestronnego chodnika w drodze do transportu publicznego. Zgarbił się lekko i postawił wysoko kołnierz płaszcza. Była chłodna listopadowa noc. Do tego wiał przenikliwie zimny wiatr, który zacinał rzęsistymi kroplami deszczu. Ponurą aurę rozjaśniały setki neonów jarzących się wielobarwnym światłem i reklamujących wszystko, co można sobie wyobrazić. Zawieszono je na dominującej w mieście niskiej zabudowie. Brak wysokościowców był nowym trendem w miejskiej architekturze, mającym zmniejszyć straty wywołane falą uderzeniową w razie nuklearnego ataku. Po drodze Max częściej niż ludzi mijał gęstą sieć kamer, które monitorowały mieszkańców. W powietrzu przemykały niczym trzmiele miniaturowe drony z zadaniem podglądania ludzi w najbardziej ustronnych miejscach.

Tak w dwudziestym trzecim wieku prezentowało się centrum Vancouver i większości miast Ameryki Północnej. Demokracja i niezbywalne prawa jednostki były już przebrzmiałymi ideami, które trafiły na śmietnik historii. W imię bezpieczeństwa ludzie wyrzekli się wolności. Na całym świecie prym wiodły rządy policyjne, w które wkomponowano technokratyczną strukturę. Do tego granice wpływów wszechwładnych korporacji były często wyraźniejsze niż granice państw.

A same państwa? W ciągu ostatnich dwustu lat cały dawny porządek świata rozsypał się jak domek z kart. Co było tego preludium? Czy wybuch brudnej bomby w Brukseli w połowie dwudziestego pierwszego wieku, który ostatecznie położył kres Unii Europejskiej? Może dopiero postępujący kryzys naftowy, upadek gospodarczy Rosji i całkowita anarchia w tym kraju? A może jednak nuklearny armagedon obu Korei, po którym pozostała z tych państw jedynie kupka radioaktywnego popiołu?

Max ominął kałużę, która umiejscowiła się w leju po bombie, będącym efektem niedawnej serii eksplozji ataków terrorystycznych, jaka wstrząsnęła Vancouver. Następnie wrócił do wspominania wydarzeń ostatnich dwóch wieków. Pomyślał, że komuś takiemu jak on, kto nagle wręcz zmartwychwstał w przyszłości, niezwykle trudno było odnaleźć się w aktualnym świecie. Równie trudno było zrozumieć genezę zaistniałych zmian. Choć jeszcze za czasów życia Maxa, przed jego zamrożeniem, czarne chmury już zbierały się nad ludzkością. Każda bowiem akcja rodziła reakcję. Zamachy terrorystyczne w Europie Zachodniej za sprawą islamskich ekstremistów stały się w pewnym momencie codziennością. W końcu rdzenni Europejczycy powiedzieli dość. Do władzy doszły nacjonalistyczne rządy, które prześcigały się w coraz radykalniejszych rozwiązaniach. Islam został w Europie prawnie zakazany, jednak konflikt tylko narastał. Europa i świat islamu pogrążyły się w wyniszczającej wojnie. Cały Bliski Wschód i północna Afryka zostały ostatecznie obrócone w ruinę. Gdy do wojny z Pakistanem przystąpiły Indie, sztandary z flagą półksiężyca ostatecznie rozerwano na strzępy. Świat islamu skapitulował. W tym czasie Stany Zjednoczone wchłonęły Kanadę i znaczną część Syberii, dzieląc się nią z Chinami. Południowa i środkowa Afryka, podobnie jak Ameryka Południowa, w wyniku serii lokalnych konfliktów stały się ziemią bezprawia. Wśród ogólnego chaosu pozostały nieliczne enklawy dobrobytu nietknięte zawieruchą wojny, jak Australia czy Nowa Zelandia.

Tymczasem razem z nieliczną grupą przechodniów Max wkroczył na peron. Zamiast pociągu i torów znajdowała się tu gigantyczna rura ustawiona w poziomie i przymocowana do ziemi. Zawierała ona szereg odizolowanych od siebie kapsuł służących zarówno do przewozu towarów, jak i ludzi. Max zajął siedzące miejsce w jednym z takich pojemników i wkrótce mknął z zawrotną prędkością na drugi koniec miasta.

Podróż zajmie kilka minut. W tym czasie prześledzone zostaną dane biometryczne z czipów pasażerów. Szczegółowe skanowanie określi wszelkie parametry życiowe, w tym wskaże możliwość zakażenia jednym z wielkiej liczby nowych patogenów — chorób, jakie nawiedziły świat za sprawą inżynierii genetycznej. Zaawansowane systemy z fotela zbadają fale mózgowe i ocenią nastrój pasażerów. Jednostki przejawiające silne stany depresyjne, lękowe czy zwykły gniew zostaną odizolowane. Dojdzie także do odczytania dialogów przeprowadzonych z innymi ludźmi. Treść rozmów zostanie przeszukana pod kątem kluczowych pojęć, takich jak niezadowolenie, krzywda, niesprawiedliwość, terroryzm. Wyśledzone będą nawiązane wbrew prawu znajomości. Bowiem w rzeczywistości powszechnej inwigilacji na nawiązanie każdej nowej bliższej zażyłości należy uzyskać pozwolenie. W otwartej przestrzeni publicznej z nieznanymi osobami dozwolony jest wyłącznie powierzchowny kontakt, żadna głębsza wymiany myśli czy planowanie wspólnych działań. Poznawanie ludzi i uzyskiwanie zgody na pogłębianie kontaktów odbywa się wyłącznie za pośrednictwem sieci komputerowej. Przy czym dawny globalny Internet przestał istnieć. Stworzono sieć odseparowanych od siebie systemów o odmiennej skali inwigilacji, przeznaczonych dla różnych rangą użytkowników.

A ranga Maxa? Był zwykłym pracownikiem, swego rodzaju zmarzliną z minionej epoki, którą odmrożono i ze względu na ponadprzeciętne zdolności wtłoczono w tryby społecznej machiny. Miał szczęście, ponieważ gdyby po swoim wskrzeszeniu nie przeszedł pomyślnie testów, jako jednostka nieprzydatna zostałby ponownie zahibernowany lub skierowany do miejsca pracy w zdegradowanym środowisku.

Na miano wygnańca nie mógłby liczyć. Pasmo wojen nuklearnych, chemicznych czy z użyciem broni biologicznej zostawiło na Ziemi bolesne piętno. Drastycznie zmniejszył się areał upraw, a ich jakość uległa pogorszeniu mimo znacznego rozwoju technologii. Ponadto z powodu powszechnej mechanizacji praca stała się towarem deficytowym. Zaś ludzie pozbawieni zatrudnienia i stałych dochodów postrzegani byli jako element wywrotowy, niemający prawa bytu. Dlatego aby utrzymać społeczeństwo w ryzach i względnym dobrobycie poziom populacji wielu państw był ściśle kontrolowany. Każda para, której związek został zaakceptowany, miała prawo posiadania od jednego do trójki dzieci, w zależności od przewidywanego potencjału genetycznego potomstwa. Populację wzbogacały także relikty przeszłości, jednostki takie jak Max, zwane pogardliwie zimniakami bądź mamutami.

Kapsuła zatrzymała się w dzielnicy mieszkalnej. Max opuścił owalny pojemnik i w coraz większych strugach deszczu szedł do swojego domu. Jednego z tysięcy ustawionych w rzędzie, bliźniaczo do siebie podobnych srebrnych kontenerów; tworów, które poza tym, że były przeznaczone do zamieszkania, charakteryzowały się odpornością na atak biologiczny oraz chemiczny i w pewnym zakresie chroniły przed promieniowaniem.

Czip w lewej dłoni Maxa otwierał wszystkie drzwi w mieście, do których posiadał odpowiednie kody. W ten sposób mężczyzna znalazł się w swoim mieszkaniu. Było to znacznych rozmiarów pomieszczenie bez okien, w którym znajdowały się salon, jadalnia, łóżko oraz — rzecz jasna — kamera. Brak ścianek działowych sprawiał, że na jeden kontener wystarczało jedno oko Wielkiego Brata.

— Witaj, Max. — W przestrzeni rozległ się ciepły kobiecy głos. — Masz jedną nową wiadomość, Max.

— Czy nadawczynią jest Alla? — zapytał zmęczonym głosem mężczyzna.

— Zgadza się, Max. Czy mam odtworzyć?

— Skasuj wiadomość.

— Jak sobie życzysz, Max.

Mężczyzna odwiesił na stojak płaszcz, z którego obficie ściekały stróżki wody. Pozbył się okrycia głowy i odwzajemnił spojrzenie Eele13XV — kobiecego SI, które, co tu dużo mówić, zastępowało mu żonę. Ta mechaniczna postać wyglądała zupełnie jak kobieta — w przypadku tego konkretnego modelu niezwykle piękna, młoda, o nienagannej figurze, blond lokach, pełnych ustach i wielkich niebieskich oczach. Do tego miała niezaprzeczalne walory: drukowała jedzenie, sprzątała, na życzenie zmieniała osobowość. Jako kochanka robot robiła oczywiście coś jeszcze i nigdy nie zasłaniała się wymówką, że akurat boli ją głowa.

— Jesteś głodny, Max? — zapytała przymilnie Eele13XV. Mężczyzna padł na łóżko i oznajmił ciężkim głosem:

— Jakoś nie mam apetytu. Zdejmij mi buty.

— Oczywiście, Max…

Mężczyzna poczuł, jak obuwie opuszcza jego stopy, które następnie uraczył delikatny masaż.

— O tak… — jęknął z rozkoszy. — Wiesz, jak mi dogodzić…

— Wiem, Max…

Eele13XV umiejętnie przesunęła dłonie na łydki mężczyzny i dalej do jego kolan. Na tym bynajmniej nie poprzestała.

— Jaka mam dzisiaj być, Max? — pytała z coraz większą słodkością.

— Wiesz jaka… Ten sam program co zawsze… Ale najpierw zagramy w szachy. — Mężczyzna z wolna usiadł na łóżku, zgarbił się, podrapał po brodzie i dodał: — Wybieram czarne figury.

— Oczywiście, Max. Jaki mam przyjąć tryb?

— Ten sam co zwykle.

— Lubisz wyzwania, Max. Ustawiam tryb arcymistrz. Max?

— Tak?

— Znowu przegrasz, Max.

Zapełniona figurami szachownica szybko pustoszała ogałacana z czarnych pionków, skoczków i gońców. Męski gracz obserwował tę nierówną walkę ze stoickim spokojem. Wiedział, że ostatecznie to on poczuje się zwycięzcą, jego rywalką była bowiem postać, nad którą sprawował całkowitą kontrolę. Jednak ta absolutna władza smakowała lepiej, gdy nie była aż tak oczywista.

— Szach-mat, wygrałam, Max. — Eele13XV postawiła na planszy swojego hetmana i opromieniwszy twarz pięknym uśmiechem, delikatnie przyklasnęła w dłonie. Mężczyzna popatrzył posępnie na białe i czarne figury szachowe, po czym przeniósł wzrok na zasłonięte skąpym stanikiem piersi kochanki robota.

— Lubię, gdy wygrywasz — odezwał się wyjątkowo niskim głosem. — Wtedy wydajesz się bardziej prawdziwa, ludzka, więcej warta…

— Och, Max…

— Uruchom program 01AX bez zbędnych dodatków.

Eele13XV bez słowa uklękła przy łóżku. Zdjęła swoją bieliznę i podwinęła spódnicę mini, w którą była ubrana. Wypięła pośladki, oparła łokcie na łóżku i wyszeptała namiętnie:

— Jestem gotowa, Max…

Niebawem mężczyzna był w niej. Gładził pokryte sztuczną skórą, syntetyczne, jędrne ciało robota. Kochał się z Eele13XV, starając się zapomnieć, że to ona. Z każdą chwilą tej miłości był myślami coraz dalej od kochanki robota.

— Och, Max… — jęknęła Eele13XV. Mężczyzna zatopił twarz w jej blond lokach.

— Powiedz, jak się teraz nazywasz, powiedz…

— Jestem Alla, och, Max, jestem Alla.

— To już…

— Nie przerywaj!

— To już, powiedz to, powiedz…

— Daj mi dziecko, Max! Daj dziecko swojej Al! Zrób to, Max!

— Alla… — Mężczyzna stoczył się na podłogę. Leżąc na wznak i ciężko dysząc, patrzył bez wyrazu w srebrny sufit stanowiący jednocześnie źródło światła.

Ten przeklęty gen chromosomu szóstego — myślał Max. To przez niego w starym świecie musiał podjąć najtrudniejszą decyzję w życiu. Wyrzekł się ojcostwa, aby nie przekazywać swojej skazy kolejnym pokoleniom. Zrezygnował ze swojego największego marzenia, natomiast w nowym świecie nie miał już marzeń. Jedynie tęsknie wyglądał za tym, co bezpowrotnie utracił. Za nieziszczonymi pragnieniami. Lecz choć nadzieja umarła, on ciągle żył. I co raz musiał opuszczać świat fantazji, aby nie oszaleć.

— Alla… — wspomniał swoją dawną miłość i spojrzał na Eele13XV, której kazał ją imitować.

— Tak, Max?

— Wróć do poprzedniego programu.

— Jak sobie życzysz, Max.

— Jak się teraz nazywasz?

— Jestem Eele13XV, Max.

II. Namaszczenie chorych

Na kozetce spoczywał mężczyzna rasy czarnej. Podobnie jak ostatnia wczorajsza pacjenta Maxa, był lekarzem przychodni Feniks, rządowej placówki przeznaczonej dla prominentnych obywateli Vancouver.

Max usunął ostatnie igły z czoła pacjenta. Usiadł na obrotowym krześle. Dobrodusznie się uśmiechnął i oznajmił:

— Zakończyliśmy zabieg. Jak pan się czuje, panie Johnes?

— Ależ mówmy sobie po imieniu, mamy do tego prawo, jestem Bill! — odparł z entuzjazmem mężczyzna na kozetce i wyciągnął przed siebie otwartą dłoń.

Max chwycił ją niespiesznie. Gdy pacjent nie zamierzał zwolnić uścisku, skierował na niego pytający wzrok

— Po ostatnich zabiegach znacząco zredukowałem liczbę przyjmowanych medykamentów — kontynuował żywiołowo Bill — a mimo to poprawiła się moja kondycja, samopoczucie i chyba nawet wygląd!

— To budujące, miło mi to słyszeć… — odparł kurtuazyjnie Max, próbując co chwilę delikatnie wyszarpnąć swoją dłoń z uścisku. Bezskutecznie.

— Jednak wiadomo mi, że możemy posunąć się w terapii jeszcze dalej. — Bill wyszczerzył śnieżnobiałe zęby. — Przejrzałem twoje akta, Max. Oto siedzi przede mną mistrz jednej igły z dwudziestego pierwszego wieku! Ten, który za pomocą pojedynczego nakłucia potrafił czynić cuda nie tylko z ludzkim ciałem, ale i… — Bill zawiesił głos — …umysłem — dodał tajemniczo. — Zdejmowanie bolesnych traum, wyciąganie z ciężkiej depresji. Jesteś prawdziwym magikiem, Max!

— Może kiedyś trochę nim byłem… — powiedział bez przekonania terapeuta i zaprzestał walki o wyrwanie dłoni z uścisku Billa. Ten machnął zniecierpliwiony drugą ręką i ściszonym głosem cedził przez zęby:

— Ostatnio nie czuję się do końca sobą, Max… To znaczy przez większość czasu jestem oczywiście starym dobrym Billem, ale miewam momenty… — Odwrócił głowę w bok i ze zmarszczonymi brwiami spoglądał w lustro na ścianie, jakby zobaczył tam zniekształcony obraz siebie. — Sam nie wiem… Są takie chwile, jakby moja osobowość ulegała pewnej dezintegracji. Pomóż mi. I nie pierdol, że to niemożliwe, Max… — Pacjent spoważniał i ścisnął dłoń terapeuty tak mocno, jakby robił to żelazną klamrą, dając mu do zrozumienia, że przedstawił nie prośbę, a żądanie. Max dał za wygraną.

— Dobrze… zatem spróbujemy. Proszę spróbować się odprężyć.

— Doceniam to, Max…

Bill zamknął oczy i ułożył się spokojnie na kozetce, a siedzący obok mężczyzna wczuwał w ślizgający puls pacjenta, przywodzący na myśl pełzającego węża. Max co prawda obiecywał sobie już nie wchodzić na poziom wspomnień, czy to szczęśliwych, czy traumatycznych, lecz nie sposób było odmówić Billowi. Był on szefem tego poziomu i odmowa mogłaby to się wiązać z przykrymi konsekwencjami.

Naraz Max zobaczył pierwsze obrazy. Wielką, tonącą w mroku halę oświetlaną jedynie siateczką promieni słonecznych prześwitujących przez podziurawioną ścianę. Wyglądało to na ślady po kulach. W pomieszczeniu dostrzegł wokół siebie stłoczonych półnagich ludzi w łachmanach i unoszącą się w powietrzu zielonkawą mgiełkę. Wzdrygnął się. Zewsząd dochodził odgłos kaszlu, płaczu kobiet i gorzkie zawodzenie. Nagle brama została otwarta i do hali wkroczyła grupa żołnierzy. Odziani byli w kombinezony armii amerykańskiej, a ich twarze przysłaniały maski gazowe. Wymierzyli w ludzi gotową do użycia broń. Wszystko to działo się jakby w zwolnionym tempie, niczym obrazy wyświetlane na slajdach. Jednocześnie było to tak bezlitośnie realne. Max poczuł, że jakaś kobieta przytula go do swojej piersi, a jej ręce drżą. Pospiesznie wyszeptała mu coś do ucha, zdaje się, że po hiszpańsku. Jej trwożny szept zagłuszyła seria wystrzałów. Ludzie zaczęli krzyczeć bez opamiętania, po czym nastała martwa cisza. Kobieta, która tuliła Maxa, przygniotła go swoim bezwładnym ciałem. Max jest teraz małym, przerażonym chłopcem, nie może nabrać tchu, dusi się.

Terapeuta puścił dłoń Billa. Z tą chwilą wszystkie wizje zniknęły. Max potrzebował trochę czasu, aby odnaleźć się w dawnej rzeczywistości. Wciąż miał poczucie, że jego cząstka pozostała w tamtej hali, pośród martwych ludzi. Z trudem nabierał powietrze do płuc.

— Czy aby wszystko w porządku? — Bill zauważył jego niedyspozycję.

— Czy kiedy to się dzieje, ta… dezintegracja osobowości… — zaczął Max — czy ma pan wtedy problemy z oddychaniem? Omdlenia z tego powodu?

Pacjent wymownie złapał się za klatkę piersiową i szybko pokiwał głową, potwierdzając.

— W porządku… — Max w zamyśleniu sięgnął po opakowanie ze sterylnymi igłami. — To będzie jedno nakłucie — oświadczył chłodno i dodał: — Zanim nadejdzie spokój, zanim ciało uwolni zamkniętą w nim traumę, przez dwadzieścia cztery godziny może się pan czuć nieswojo. Bolesne wspomnienia mogą powrócić. Trzeba się będzie z nimi zmierzyć, ten ostatni raz, i trauma odejdzie.

— Trauma? — Zdziwiony pacjent wytrzeszczył oczy i warknął: — Jaka, u diabła, trauma?!

— Wolałbym…

— Mów, nie pierdol, tylko mów — uciął rozkazującym tonem Bill.

Cała jego ogłada w jednym momencie się ulotniła. Została zdjęta niczym chwilowo nałożona maska. Max zrozumiał, że ponownie nie pozostawiono mu wyboru. Skojarzył obrazy z zaobserwowanej wizji z wydarzeniami ostatniego wieku i rzekł:

— Pana rodzina pochodzi z Meksyku, prawda? To, co wydarzyło się tam kilkadziesiąt lat temu… Te czystki na granicy ze stanem Arizona…

Z powodu narastającego zdziwienia gałki oczne Billa prawie wychodziły z orbit. Niezrażony Max kontynuował:

— Byli tam internowani ludzie, a pan jako dziecko był jednym z nich. Była tam też pana matka. Ona nie przeżyła, prawda?

Leżący na kozetce pacjent silnie przetarł oczy, jakby się budził z głębokiego snu. Powoli usiadł. Patrząc tępo w podłogę, uśmiechnął się z przekąsem i kilka razy pokręcił z niedowierzaniem głową.

— Już dobrze… — powiedział łagodnie Max. — To boli, ale ten ból odejdzie, wystarczy jedno nakłucie…

— Zostaw mnie — syknął Bill i wyciągnął przed siebie otwarte dłonie, jakby za ich sprawą budował przed sobą niedostępny mur odgradzający go od terapeuty. Raz jeszcze pokręcił głową. Wstał i bez słowa zaczął się ubierać. Na odchodne, zrezygnowany, rzucił przez ramię:

— Wy, zimniacy, nie jesteście do końca normalni. A z ciebie jest naprawdę popierdolony gość, Max. To, co tu zaszło… Będę musiał to zgłosić. — Spojrzał z ukosa na terapeutę. — W życiu nie byłem na pograniczu z Meksykiem, a moja matka ma się wręcz wyśmienicie — powiedział Bill i wyszedł na korytarz.

Pozostawiony sam ze sobą, Max splótł ręce z tyłu głowy. Nie myślał o niczym, jego umysłem zawładnęła pustka. Siedział tak dłuższy czas, spoglądając smętnie na przeciwległą ścianę ozdobioną lustrem. Przed momentem przeglądał się w nim Bill, miał nietęgą minę, wydawało się, że patrzył na niepożądaną osobę. Dla odmiany Max patrzył w swoje oblicze bez wyrazu. Dobrze znał te rysy — twarz odmrożonego po dwustu latach czterdziestoczteroletniego obecnie mężczyzny z przedwczesną siwizną na skroniach. Te smutne, piwne oczy. Lekko obniżone kąciki ust i policzki, które szły im w sukurs ku dołowi. Czoło naznaczone głębokimi poziomymi bruzdami. W lustrzanym odbiciu widział postarzałego człowieka. Lecz wewnętrznie czuł się starcem już od dawna. Podpierał się, niczym laską, wspomnieniami przeszłości oraz nędzną wolą przetrwania i sam sobie dziwił, że jeszcze nie upadł.

W porze lunchu na stołówce do samotnie spożywającego posiłek Maxa dosiadła się recepcjonistka Katrin. Swoim zwyczajem uczyniła to bez zaproszenia, za to z szerokim uśmiechem na ustach, który prawie nie schodził z jej drobnej, trochę szczurzej twarzy.

— Wmuszasz w siebie sam ryż? — zapytała z wyrzutem, patrząc na niezbyt wyszukane danie na talerzu Maxa.

— Dodałem trochę sosu sojowego — odparł bez przekonania.

— Umartwiasz się niczym jakiś starożytny mnich! Za to ja nie zamierzam sobie żałować.

Katrin potarła dłońmi kilkanaście kolorowych obręczy zdobiących jej przedramiona. Pochwyciła sztućce i zwiesiła je nad imponującym bukietem gotowanych warzyw z jaskrawo niebieskim sosem.

— Mmm… Nebo w genbie — wydukała niewyraźnie, gdy wzięła się za smakowanie swojej obiadowej porcji. — A odnośnie do nieba… Ponoć ukończono już projekt odtwarzania warstwy ozonowej na Ziemi. Słyszałeś o tym, Max? Oczywiście nie ma żadnych szans na to, aby projekt wszedł w życie, ale… jego elementy mogą być podobno wykorzystane do rekonstrukcji atmosfery Marsa. — Katrin zamilkła na moment, z uwagą nadziewając na widelec pomidor i z przesadną pasją rzekła: — A Chińczycy założyli kolejną bazę na Czerwonej Planecie! Jak nic będzie z tego wojna! Coraz bardziej doceniam fakt, że mój kontener mieszkalny znajduje się tuż przy schronie przeciwatomowym, Max!

— Właściwie to zjadłbym kawałek brokuła… — Mężczyzna skupił wzrok na daniu kobiety. — Byłabyś tak łaskawa…?

— Ależ proszę, nie krępuj się! — Katrin udzieliła poczęstunku warzywami i mówiła dalej: — A może interesujesz się sztuczną inteligencją, Max?

On obojętnie wzruszył ramionami.

— Otóż… Chodzą plotki, że wszystkie odseparowane od siebie koordynaty jednostek SI mają zostać podporządkowane centralnemu komputerowi. Więcej! Wszystkie czipy, jakie mamy powtykane w łapy, także zostaną sprzężone z centralnym systemem! I to tylko kwestia czasu, kiedy to tranzystorowe ustrojstwo zacznie czytać nasze myśli, zasysać je i w ich miejsce przesyłać swoje własne instrukcje! Staniemy się armią cyborgów-zombie!

— Gdybyś była tak dobra, Katrin, to jeszcze liść sałaty…

Katrin spoważniała i tym razem odezwała się kwaśnym, ściszonym głosem:

— Wiem, że cofnęli ci przydział na lepsze żarcie na stołówce. Wszystkie komunikaty przechodzą przez moje stanowisko pracy. Ale, Max, ostatnio wygadujesz pacjentom straszne bzdury… Uzbierałeś sporo punktów karnych. Nie idź tą drogą, bo wylądujesz w miejscu, które ci się nie spodoba… Dobrze ci życzę, Max.

— Masz rację, Katrin. — Mężczyzna nadział na widelec liść sałaty z jej talerza i przeniósł go na swój półmisek. — Lepiej się nie wychylać i doceniać smak zieleniny. Cały czas staram się to sobie powtarzać…

— Jak mantrę, Max! Jak mantrę!

— Tak…

Naraz Katrin wyprostowała się na krześle i z zaangażowaniem oznajmiła:

— Pomówmy może o tych przeklętych terrorystach z organizacji Łazarz! — Przyklasnęła z uciechy w dłonie i syknęła: — Nienawidzę ich!

Max spojrzał zmęczonym wzrokiem w kierunku najbliższej kamery i zamierającym głosem wyrecytował:

— Łazarz to czyste zło, które zagnieździło się w naszej miłującej pokój i harmonię społecznej strukturze. Dla dobra nas wszystkich wyplenimy je…

— O tak! — pisnęła recepcjonistka i ściszonym głosem, jakby od niechcenia, dorzuciła: — Wiesz coś więcej o terrorystach…? A może jeszcze pomidorka, hmm?


*


Po skończonej pracy, późno wieczorem, Max wkroczył na ulice miasta, gdzie towarzyszyła mu, jak zwykle o tej porze, krzykliwa paleta neonowych barw. Było ich tu o wiele więcej niż przemieszczających się ludzi, skrytych za kapeluszami z szerokim rondem i w płaszczach.

Większość pracowników społeczności Vancouver wykonywała swoją pracę w domu. Komputer i krzesło to było wszystko, czego potrzebowali, aby realizować powierzone im obowiązki.

Wokół mieszkalnych kontenerów znajdowała się gęsta sieć dróg, które dla większości mieszkańców były jedynym miejscem do spacerów. Aby przemieszczać się dalej, tak jak Max, należało uzyskać specjalne zezwolenie. Także podróż kapsułami, jedynym szybkim środkiem transportu w mieście, zarezerwowana była dla nielicznych.

Mogłoby się wydawać, że ludzie nie zniosą takiego ucisku, ograniczenia praw. A jednak aby utrzymać taki porządek rzeczy, wystarczyły monitorujące wszystko kamery, jako kij oraz własna SI jako marchewka.

Na dłuższą chwilę uwagę Maxa przykuła reklama nowego modelu kochanki robota. Skąpo odziana, mechaniczna, kobieca postać monstrualnych rozmiarów na dachu budynku przyjmowała coraz bardziej wyuzdane pozy.

Max z pewnym niesmakiem pomyślał o współczesnym świecie, ale taki właśnie on był: pełen paradoksów. Z jednej strony zabraniało się zaczepienia na ulicy obcej kobiety, podarowania jej bukietu kwiatów i zaproszenia na randkę. Z drugiej strony istniało przyzwolenie na wszelkie perwersje w zaciszu swego monitorowanego domostwa. Dozwolone było uruchomienie w humanoidalnym SI każdego programu i zmuszanie go do najpodlejszych rzeczy, aby dać upust własnym frustracjom. Istniała także możliwość zagłębienia się w wirtualny świat, do złudzenia przypominający realny, gdzie bez zahamowań można było czynić każde okropieństwo.

Na tym właśnie oparł się system społecznej stabilizacji. Wentylem bezpieczeństwa było poluzowanie śruby, przyzwolenie dla wszelkich chorych fantazji. Obowiązywał tylko jeden warunek: całe to bagno, w jakim mógł nurzać się użytkownik, musiało zostać ograniczone do czterech ścian jego mieszkalnego kontenera, bez uszczerbku dla istot ludzkich.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.