E-book
27.3
drukowana A5
49.73
drukowana A5
Kolorowa
68.86
Edukacja finansowa w praktyce

Bezpłatny fragment - Edukacja finansowa w praktyce

czyli jak stworzyć wymarzony styl życia

Objętość:
139 str.
ISBN:
978-83-8221-570-0
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 49.73
drukowana A5
Kolorowa
za 68.86

Wstęp — moja historia

Pracujesz w korporacji, na etacie, a może prowadzisz biznes? Powoli zdobywasz świadomość, że to pieniądze powinny pracować dla Ciebie, a nie Ty dla pieniędzy? Marzysz o wolności finansowej, która pozwoli Ci na samorealizację i większą swobodę? Masz w głowie wiele pomysłów, celów i marzeń, które w codziennej rzeczywistości ciężko zrealizować? Do stworzenia niezależności finansowej potrzebujesz sprawdzonego systemu działań oraz narzędzi wykorzystujących Twój potencjał. Musisz też być czujny na szereg zagrożeń i niepowodzeń, które mogą Ci się przytrafić. Czy możliwe jest uzyskanie niezależności finansowej w polskich warunkach dla przeciętnego człowieka? Zdecydowanie tak i o tym będzie ta książka.

Nazywam się Krzysztof Maszota i dziś jestem Ekspertem Edukacji Finansowej. Pisząc tę pozycję, mam 36 lat i 12 lat doświadczeń w biznesie i edukacji finansowej. Chcę przedstawić Ci wzloty i upadki, które towarzyszyły mi przez ten czas, i podzielić się konkretną wiedzą merytoryczną. Tą publikacją chcę podsumować całokształt mojej pracy i zostawić przestrzeń na przyszłość. Chcę też podziękować rodzinie, przyjaciołom, a także partnerom biznesowym, którzy towarzyszyli mi w doświadczaniu wspaniałych chwil i sukcesów.

Jak to się zaczęło?

Już w liceum moją pasją stało się myślenie o niezależności finansowej oraz realizacji swoich marzeń. Obserwowałem otaczającą mnie rzeczywistość i zadawałem sobie szereg pytań, głównie tych finansowych. Od zawsze lubiłem matematykę, zatem wymarzyłem sobie studiowanie w moim rodzimym Trójmieście na uczelni ekonomicznej. Wierzyłem mocno, że tam znajdę pierwsze inspiracje i zdobędę wiedzę o biznesie i budowaniu majątku. Miałem jasny cel — być jak najszybciej osobą niezależną finansowo. Podczas zajęć tzw. liczbowych, typu matematyka, statystyka czy ekonometria, chodziła mi po głowie myśl: jeśli te wzory na całą tablicę, dla większości niezrozumiałe, są istotne w biznesie, to wcale się nie dziwię, że tak mało ludzi osiąga sukces. Zastanawiałem się również, jak i gdzie mogę te wzory zastosować. Pytałem wielu wykładowców, gdzie je stosują w praktyce, jednak za każdym razem na ich twarzach pojawiało się zdziwienie i dawali oni wymijające odpowiedzi. Później zacząłem się przyglądać, jak wyglądają profesorowie i czym podjeżdżają na uczelnię. Zrozumiałem, że to ekipa, która ma za zadanie przedstawić wiedzę teoretyczną, a nie wykazać jej praktykę. Były też zajęcia z przedsiębiorczości. Nauczyłem się kilku zasad biznesplanu i pisania CV, jednak na zajęcia nie został nigdy zaproszony wysokiej klasy przedsiębiorca czy biznesmen, któremu mógłbym zadać nurtujące mnie pytania.

Po trzech latach przyszło przebudzenie. Wraz z przyjacielem z roku wyjechaliśmy w ramach programu Sokrates Erasmus na dwa semestry na niemiecką uczelnię. Do dziś wspominamy tamte czasy, choć minęło już prawie 15 lat. Jednak z finansowego punktu widzenia dostałem mocno w kość. Pierwszy raz w życiu mogłem zobaczyć różnice mentalne między studentem z Polski, takim jak ja, który miał pięć euro grantu dziennie na wszystko, a studentem z Włoch, Francji czy Szwajcarii, który wydawał pięć euro przy okazji na żelki Haribo. Obserwowałem też niemieckich emerytów, którzy to potrafili po 2–3 razy w czasie tego roku iść do biura podróży i kupić zagraniczną wycieczkę. Dla studentów kierunku biznes międzynarodowy, na którym gościłem, przygotowany był pakiet możliwości co do wymian zagranicznych nie raz na pięć lat, a zdecydowanie częściej. Zrozumiałem, że poznaję rówieśników, przyszłych obywateli świata, dla których wiele spraw jest naturalnych. Dzięki temu wyjazdowi poczuliśmy się, jakbyśmy byli nominowani do lotu w kosmos. Obserwowałem tam też doktorantów, bo szybko poznałem jednego Polaka, który tam studiował inżynierię. Jako doktorant otrzymał trzech asystentów, niespełna magistrów, do pomocy. Ci ludzie mieli zdobywać materiały, analizować książki i pomagać przyszłemu doktorantowi stworzyć wyjątkową obronę. Byłem w szoku, jak to działa, i dzień po dniu budziła się we mnie pasja do nauki, edukacji finansowej i wyjątkowego stylu życia.

Po roku nauki w Dreźnie wróciliśmy do Trójmiasta. Obroniłem pracę magisterską i zapragnąłem dalszej edukacji, kończąc ostatecznie studia doktoranckie z ekonomii. Jednak rzeczywistość, w której żyłem, była odmienna od tej, której się naoglądałem za zachodnią granicą. Po latach napakowanych teorią założyłem swoją działalność i wszedłem na trudny rynek doradztwa finansowego, pracując wyłącznie na wyniki swojej pracy. Czułem, że w ten sposób zwiększę swoje szanse na nowe doświadczenia. Trudno było pogodzić ostatni rok studiów i popołudniowe spotkania z klientami. Często też musiałem pojawiać się w garniturze na uczelni i szybko otrzymałem ksywkę „Prezes”. Praktyka okazała się jednak przepaścią w stosunku do wiedzy, którą do tej pory zdobywałem. Po roku prowadzenia firmy moje finanse były przeciętne i musiałem posiłkować się pracą na etacie w bankowości. Planowałem wtedy ślub, więc każde pieniądze były na wagę złota. Podjąłem zatem wyzwanie pracy w korporacji. Stałem się specjalistą do spraw kredytów hipotecznych i rynku nieruchomości. To zajęcie dawało mi trochę swobody oraz po części zarobek prowizyjny, który lubiłem w wynagrodzeniu. Jednak głównym mankamentem był brak czasu na cokolwiek. Praca na etacie pochłaniała 8–10 godzin z dojazdami. Prowadziłem nadal swoją działalność, więc po pracy miałem dalsze spotkania i rozwijałem się także jako lider w jednej z firm marketingu sieciowego. Wracałem do domu późnym wieczorem. Miałem zaledwie godzinkę dla siebie i bliskich. Kładłem się spać i od rana to samo. Tak funkcjonowałem około trzy lata, zarabiając nieźle, jednak cały czas czułem niedosyt. Musiałem chodzić do pracy, wykonywać polecenia, walczyć o wyniki dla korporacji. Jedynym oddechem były weekendy, jednak już w niedziele myślałem o swojej pracy, odczuwając lekki stres w żołądku. Znasz to uczucie? Na szczęście zajeżdżał do banku bliski mi przyjaciel, wtedy już przedsiębiorca pełną parą, i motywował mnie, abym uwolnił się od ram czasowych i mojego szklanego akwarium. Miał na mnie dobry wpływ i brakowało już tylko kropki nad i, by wejść na głęboką wodę. Zacząłem kalkulować.

Potrzeby i wydatki zaczęły rosnąc. Pojawiło się pierwsze auto z salonu w leasingu czy działka inwestycyjna w kredycie hipotecznym. Przy nowych kosztach w budżecie domowym, sytuacja nie była już tak klarowna. Wiedziałem też, że nowe koszty zbliżą nasze wydatki do przychodów, co spowoduje życie od pierwszego do pierwszego, dając przeciętność, a od tego przecież cały czas uciekałem. Biłem się z myślami i analizowałem, co zrobić. Perspektyw na zwiększenie dochodów w obecnym trybie pracy nie miałem. Trzeba było zrobić coś innego.

Nowa perspektywa

Zaryzykowałem i podjąłem bardzo trudną decyzję oraz wyzwanie. Rzuciłem definitywnie pracę na etacie, stałe dochody i bezpieczeństwo. Miałem oszczędności na jeden miesiąc w przód. Nie miałem pewności zarobku na samej działalności. Nie miałem też odpowiednich kontaktów, poleceń oraz pomysłu na skuteczne działania. Miałem jednak wspierającego mnie przyjaciela, który został moim partnerem biznesowym i jest nim do dziś. Jednocześnie zyskałem czas. Mogłem teraz od rana swobodnie decydować o swoim działaniu. Postanowiłem spotykać się z ludźmi i rozmawiać o współpracy. Liczyłem, że z tych spotkań coś się wyklaruje, z kimś się porozumiem na tyle, żeby mieć sojusznika w działaniach.

Po kwartale działań konto świeciło pustkami. Wiedziałem już, że zaczyna brakować pieniędzy na podstawowe rzeczy typu swoboda zakupów, terminowość płacenia rachunków. Myślałem, co zrobić, aby to zmienić. Być może nie starczyło mi wtedy odwagi na trudną walkę i zaciskanie zębów. Postanowiłem posiłkować się kredytem płynnościowym w kwocie 100 000 zł. Wiedziałem, że ta kwota pozwoli mi na oddech, ale także da mi szansę na wejście w trudny rynek inwestycji. Ryzyko było ogromne. Rata kredytu wynosiła na starcie koło 2700 zł miesięcznie (tyle, ile moja średnia pensja na etacie). Wiedziałem, że te środki mogą mnie uratować, jeśli podjęte przeze mnie decyzje będą skuteczne, lub pogrążyć na kilka lat, generując większe długi. Jak myślicie, jaki scenariusz miał miejsce? Początkowo inwestycje, które wybrałem, szły dobrze. Poszedłem na łatwiznę i wybrałem kilka inwestycji internetowych o wysokim ryzyku, jednak dających w swoich założeniach ponadprzeciętne stopy zwrotu. A ja szukałem szybkich i prostych zysków. Nie znałem się wtedy na analizie, czy dana inwestycja ma sens, czy nie. Niestety nawet na studiach doktoranckich nie uczyli takiej praktyki. Kierowała mną ufność do ludzi, którzy oferowali różne rozwiązania. Wszystko szło dobrze, dopóki te inwestycje funkcjonowały. Ja zacząłem inkasować pierwsze zyski i nabierać pewności siebie. Pieniądze były łatwe, a ja myślałem, że trafiłem na biznesy życia. Dalej działałem także w doradztwie finansowym, jednak łatwe dochody z inwestycji mocno rozleniwiały.

W ciągu jednego tygodnia stało się coś, czego nie wyobrażałem sobie w żadnym koszmarze sennym. Większość moich inwestycji upadła, a firmy je świadczące wyłączyły swoje serwery. Biznesy po prostu znikły i ślad po nich zaginął. Nie tylko ja byłem w takiej sytuacji, więc spotykaliśmy się w większym gronie osób znajdujących się w tak zwanej czarnej dupie finansowej i dyskutowaliśmy często do nocy, co dalej.

Moje główne źródła dochodu przestały działać, jednak bank nie dawał o sobie zapomnieć, upominając się o swoją ratę. Był to pierwszy najgorszy moment w mojej karierze, który nauczył mnie dużej pokory. Mając już więcej doświadczenia w biznesie, mozolnie zacząłem odbudowywać swoją pozycję, łapiąc się przy tym wielu prac. Pamiętam jak dziś, kiedy to tworzyłem rozpiskę, jak łatać dziury kartami kredytowymi, by jako tako spinać budżet. Wierzyłem w pracę z ludźmi i budowanie zespołu. Jednocześnie usilnie szukałem ludzi, od których będę mógł się nauczyć zarabiać i dobrze oceniać inwestycje.

Wtedy trafiłem na branżę edukacji finansowej, którą tak w teorii uwielbiałem. Wcześniej prowadziłem swój klub inteligencji finansowej, czytałem mnóstwo książek znanych mentorów tej branży jak: Kiyosaki, Eker czy Schäfer. Branża edukacji finansowej w oprawie biznesowej i jakość eventów oraz ludzie, którzy ją wtedy reprezentowali, ogromnie mnie zafascynowali. Nie miałem nic do stracenia i rozpocząłem współpracę, zapraszając do niej grono najbliższych mi osób. Miałem możliwość budowania swojego zespołu biznesowego i średnio raz na dwa tygodnie zapraszaliśmy nowych zainteresowanych na Seminaria Biznesowo-Inwestycyjne, gdzie uznani prelegenci przekazywali wartościową wiedzę.

Powtarzanie tej wiedzy dało mi właściwe nawyki. Wpojenie podstawowych, lecz praktycznych zasad edukacji finansowej, dało mi także szkielet działania i podejmowania decyzji finansowych oraz inwestycyjnych. W tej branży zacząłem odnosić pierwsze sukcesy. Nawiązały się wspaniałe relacje i czułem, że tworzę zespół oddanych sobie ludzi. Sprzedawaliśmy rozwiązania ubezpieczeniowe na szeroką skalę. Mój zespół szybko się rozrastał, a ja stawałem się uznanym liderem w firmie. Zacząłem wreszcie zarabiać i odrabiać straty oraz stabilnie funkcjonować na bieżąco. Rozwijałem się także jako szkoleniowiec, mając możliwość pierwszych szlifów jako prelegent na scenie. Nabrałem pewności siebie, moja struktura i ludzie czuli ogromne zaangażowanie. Postawiłem sobie bardzo ambitny cel biznesowy, który dzień w dzień realizowałem. Narady, działania, wyjazdy — praca z ogromną pasją przysłaniała wszystko wokół. Pracowałem z wielką determinacją, czekając na nadchodzący sukces.

Miesiąc przed osiągnięciem wymarzonego w tamtym czasie celu biznesowego otrzymaliśmy w firmie dramatyczną informację. Produkt ubezpieczeniowy, który do tej pory był sednem naszego biznesu, przestał istnieć w formie, która dawała rację bytu temu przedsięwzięciu. Sukces na wyciągnięcie ręki zniknął. Nie mając produktu i rozwiązań dla przyszłych klientów, nie mogliśmy sprzedawać, a co za tym idzie zrealizować naszych celów. Co gorsza, wtedy sytuacja produktowa zachwiała całą branżą finansowo-ubezpieczeniową i wiele firm miało problem z dalszym funkcjonowaniem. Czas polisolokat minął. Nie mogłem w to uwierzyć. Edukacja finansowa była i jest moją pasją. Byłem uznanym liderem, miałem zaplanowane cele biznesowe, miałem autorytet wśród ludzi, miałem już ustabilizowane dochody i nagle sytuacja na rynku spowodowała, że to wszystko się skończyło.

Ta cała niepewność, czy będzie wprowadzony inny produkt, czy nie, trwała około pół roku. Taki brak dynamizmu wykańcza każdą firmę i jej struktury. Ten moment zweryfikował wielu ludzi z biznesu, zwłaszcza mojego ówczesnego mentora. Rozstaliśmy się w niesmaku. Znowu zostałem z myślami, co dalej, z niestabilnością dochodu i niespełnionymi marzeniami. Jednak w tym trudnym okresie destabilizacji firmy poznałem osobę z drugiego krańca Polski. Widziałem, że biznes, w którym się spotkaliśmy, to dla tej osoby miły dodatek i urozmaicenie działań, ponieważ na co dzień prowadzi prężnie swoją kancelarię finansową. Złapaliśmy szybko kontakt, toczyliśmy rozmowy, podczas których wymienialiśmy się doświadczeniem. Usłyszałem wtedy jedno zdanie, które wyzwoliło ponowną chęć działania: „Jeśli będziesz miał problemy i chciałbyś coś zmienić, przyjedź do mojego biura — obgadamy, jak to zrobić”.

Faktycznie przyszedł moment, kiedy nie było dobrze. Pieniądze się kończyły, a ja znowu musiałem myśleć, co dalej. Przyznam się, że nie miałem skutecznego pomysłu. Nie miałem też dobrej energii. Czułem wypalenie i żal, że tyle spraw nie układa się po mojej myśli. Przypomniałem sobie jednak zdanie tej osoby.

Podróż, która wywróciła moje życie

Zadzwoniłem i umówiłem się na spotkanie. Dzieliło nas 550 kilometrów i około osiem godzin podróży w autobusie. Jechałem z myślą, że nie mam już nic do stracenia. Miałem w portfelu ostatnie pieniądze na takie decyzje w ciemno. Wierzyłem jednak, że może znajdzie się jakiś sposób na moje problemy. Po kilku godzinach rozmów z tą osobą przyszło rozwiązanie. Otrzymałem konkretną propozycję biznesowo-inwestycyjną. Było jednak małe ale… Musiałem w ciągu kilku dni zdobyć 40 000 zł. Otrzymałem gwarancję zysków, jednak w mojej głowie ciągle była niepewność. A co, jak stracę te pieniądze? Pogrąży mnie to całkowicie, będę musiał wrócić na etat i kolejne lata odrabiać całe straty. Z drugiej strony gdyby się udało, to po obliczeniach wyszło, że w dwa lata odmienię swoją sytuację finansową na dobre. Mój zaprzyjaźniony bank ułatwił mi decyzję, akceptując kredyt na 40 000 zł. Miałem już środki i pozostało tylko zaryzykować.

Postawiłem wtedy wszystko na jedną kartę i zainwestowałem swoje ostatnie możliwości we wspólne przedsięwzięcie. To była sytuacja z serii wóz albo przewóz. Szczęście w życiu trzeba mieć, jednak niegasnąca wiara i determinacja na pewno je wywołują. W tamtym momencie była to dobra decyzja, jedyna sensowna, która była do podjęcia. Biznes ułożył się bardzo dobrze. Rozwiązanie, które miałem w ręku, było oparte na transakcjach biznesowych z pomocą kapitału prywatnych inwestorów.

Wielu przedsiębiorców usilnie stara się o utrzymanie płynności finansowej w biznesie, by móc realizować swoje zlecenia, kontrakty, przetargi czy zakupywać większą ilość towaru z rabatami. Jeśli nie mają tych pieniędzy, a bank zwleka z finansowaniem, to rozwiązanie mojego nowego kontrahenta pasowało idealnie. Uwierzyłem w to, że pomagamy tym ludziom prowadzić ich biznesy. Miało to mocne podłoże w tym, że kontrahent prowadził jednocześnie biuro rachunkowe, które mocno się rozwijało, a biorcami kapitału były firmy, do których miał wgląd. Za pośrednictwo w takim obrocie mogłem zarabiać swoje prowizje. Potocznie można taki proces nazwać faktoringiem.

Z pełnym zaangażowaniem zacząłem sprawdzać biznes na sobie oraz naturalnie go polecać. Po roku działań miałem zdolność finansową i możliwość wzięcia w leasingu wymarzonego auta marki top premium oraz możliwość zmiany miejsca zamieszkania.

Ta stabilność, wiedza i pieniądze uwolniły moją kreatywność. W ciągu roku stworzyłem i współtworzyłem łącznie osiem marek produktowych i szkoleniowych. Wtedy poczułem ten powiew flow, który mają wielcy przedsiębiorcy na tym świecie. Pieniądze mnie nie ograniczały, a więc mogłem swobodnie urzeczywistniać swoje koncepcje i rozwijać zespół w branży szkoleniowej.

Nigdy wysokie dochody mnie nie rozleniwiły. Jestem człowiekiem czynu, a większa ilość pieniędzy sprawiała, że mogłem tworzyć na szerszą skalę. Zawsze w sercu miałem edukację finansową i realną pomoc innym. Wiele osób usiadłoby na kanapie w domu i nic nie robiła. Ale nie ja. Rosło we mnie marzenie bycia Trenerem Edukacji Finansowej. Już wcześniej jeden z moich mentalnych mentorów, Włoch z pochodzenia i postać obecnie medialna, mówił na mnie „polski Kiyosaki” i dopingował w działaniach. Ja czułem, że na taki zaszczyt muszę jeszcze mocno zapracować.

Dzień i noc przepełniała mnie pasja tworzenia własnych marek i projektów szkoleniowych, zdobywania wiedzy w inwestowaniu i dywersyfikacji dochodu. Przez kolejne 2,5 roku dotarliśmy już jako zespół z marką i rozwiązaniami biznesowo-inwestycyjnymi w każdy region polski, czując niesłychaną dumę z uczenia ludzi właściwych zasad edukacji finansowej. Poza biznesem dawaliśmy ludziom sporo bezpłatnej wiedzy prowadząc fora finansowe w 12 miastach w Polsce. Fascynowało mnie życie w ciągłym ruchu, dobrze prowadzone prelekcje, uznanie ludzi czy spotkania z teamem. Udało mi się stworzyć wyjątkowy i ambitny zespół, który był zarządzany przez trzon dyrektorski stworzony z najbliższych mi przyjaciół — trzech prężnych liderów i liderki z niesamowitą odwagą.

Byliśmy w dużej mierze jednak nadal uzależnieni od współpracy z naszym głównym kontrahentem. W tamtym momencie dogadywaliśmy się świetnie, a więc nie widziałem żadnych zagrożeń. Zresztą też nie chciałem o nich myśleć, skoro wszystko się układało. Dochody miesięczne rosły. Pochodziły z pośrednictwa finansowego, obrotu nieruchomościami oraz zdobywających popularność projektów szkoleniowych.

Rosła nieodparta pokusa pokazania sobie i innym swojej wartości poprzez dobra materialne. Ta pokusa zamieniała się w coraz to większe koszty stałe. Dobre hotele, wyjątkowy samochód, wycieczki zagraniczne, niepatrzenie na bieżące wydatki budżetu domowego. Nie widziałem tego, że małymi krokami odchodzę od zasad, których uczyłem. Obsesja co do zarabiania coraz większych pieniędzy zaczęła wkradać się do moich codziennych nawyków. Świat widziałem już przez pryzmat zysków.

Jednak, pracując ze świetnym zespołem, który był bardzo zaangażowany, cały czas czułem, że robię to nie tylko dla siebie. Chciałem w ten sposób dawać przykład, jak żyć na wysokim poziomie, swoim liderom i klientom. Chciałem na siłę udowodnić, że w Polsce dojście do niezależności finansowej może być błyskawiczne i trwałe. Chciałem udowodnić, że nie jest trudne i że ja mam tę słuszną receptę, z której mogą korzystać wszyscy. To był ten moment, kiedy moja czujność i analiza miejsca w rozwoju biznesu nie dochodziła do głosu. Chodziło o więcej i więcej kosztem swojego zdrowia, niektórych relacji czy przede wszystkim rodziny, która nie widywała mnie czasami przez dwa tygodnie w miesiącu. Zaślepiony pieniędzmi, o które przecież od wielu lat mi chodziło, nie rozumiałem, że tak intensywny rozwój odbywa się kosztem rozsądku i innych ważnych obszarów życia. Myślałem, że żyję w harmonii, i po części była to harmonia moja i mojego ego, nie zaś najbliższych.

Nic, co brzmi jak bajka, nie trwa wiecznie

Tuż po powrocie z Teneryfy z moim kluczowym zespołem zaczęły się komplikacje w biznesie. Jeszcze wtedy to do nas nie docierało, bo żyliśmy wspomnieniami z super wypadu, wspólnego czasu i wielkich planów biznesowych. Jednak nasz główny kontrahent zaczął, mówiąc krótko, nawalać z terminami realizacji obsługi naszych klientów. Nie będąc świadomym sytuacji, realizowałem obsługę klientów organizując finansowanie z moich środków prywatnych i niestety kredytów firmowych wziętych krótko przed na rozwój swoich projektów. Zawsze najważniejszy dla mnie był zadowolony klient i mój team, więc postawiłem swoje prywatne zasoby do dyspozycji wierząc, że to chwilowe kłopoty. Za wszelką cenę chciałem utrzymać płynność naszego biznesu, który, jak pisałem wcześniej, generował niemałe koszty.

Ten okres prawie sześciomiesięcznych przepychanek i nieszczerych deklaracji to drugi najgorszy okres w biznesie, jaki przeżyłem. Okazało się, że pracowałem z osobą, która okazała się na dłuższą metę niegodna zaufania. Początek był dobry, ale najwidoczniej zbyt duże pieniądze wywróciły w trakcie wartości do góry nogami. Nie mnie to dziś oceniać. Dopóki wszystko szło dobrze, nikt nie wnikał w szczegóły. Jak przestało to funkcjonować, każdy przejrzał nagle na oczy. Okazało się że przynajmniej ostatnie 12 miesięcy żyliśmy w pewnym biznesowym matriksie, po części zaplanowanym do destrukcji. Byliśmy naiwni, bowiem do końca wierzyliśmy w dobre intencje.

Przypomniały mi się słowa innego przyjaciela, którego intuicja nie zawodziła i dziś jest bardzo szanowanym przedsiębiorcą. Nie był wtedy związany z moimi metodami pracy, ale wspierał mnie przez cały ten czas i robi to do dziś. Zawsze mi mówił, że nie ma dróg na skróty i wszystko dzieje się krok po kroku. Na szczęście dziś już intensywnie współpracujemy i mogę liczyć na jego świetną ocenę sytuacji.

Wracając jednak do tamtej chwili, nie mogłem uwierzyć w to, co się działo. Kontrahent po naciskach klientów i firm windykacyjnych wyparował z kraju, zostawiając wszystkich na lodzie — bez biznesu i z długami. Czy tak miał wyglądać finał tej bajki? Czy tak kończą się marzenia, by stworzyć wokół siebie wyjątkowy styl życia i pomóc jak największej liczbie osób zmienić na lepsze ich życie? Trzeba jasno powiedzieć — nie zdaliśmy tego egzaminu, ja jako lider i my jako zespół. Ratowaliśmy sytuację, powołując kolejnych detektywów i firmy windykacyjne. Niestety te działania były nieskuteczne i generowały tylko dodatkowe koszty.

Pierwszy raz w życiu zmierzyłem się wtedy z widmem bankructwa. Praktycznie stało ono tuż za rogiem. Biznes był wtedy rozpędzony, naszpikowany kosztami i rozpoczętymi inwestycjami na rynku nieruchomości. Klienci szukali informacji. Jako pośrednik nie miałem wielu manewrów ratowania całej tej sytuacji. Zacząłem rozumieć swoje błędy, jednak było już za późno, by cofnąć czas. Niezadowoleni klienci, zespół, który zaczął iść we własne strony w poszukiwaniu stabilizacji, i ja patrzący na to wszystko pełen złości i frustracji.

Pamiętam, jak świszczały mi wtedy mądre zdania z książek, że w każdym biznesie tworzy się Plan B. Tworzy się też strategie scenariuszowe na złe czasy, zwłaszcza jeśli linia współpracy jest oparta na relacjach, a nie na mocno formalnych zapisach. Tak, to wszystko powinienem wiedzieć jako doktorant ekonomii. Przyznaję ponownie, że byłem naiwny, zaliczając największą porażkę biznesową w życiu po trzech latach życia na bardzo wysokim poziomie. Musiałem rozpocząć proces zamykania firm i poszukać do współpracy specjalistów. Była to dla mnie zupełnie nowa sytuacja. Bez nich byłbym jak spłoszona zwierzyna w lesie pełnym kłusowników. Chciałem pozamykać swoje sprawy. Potrzebowałem merytorycznej wiedzy jak i mentalnego wsparcia.

Niestety straty i tak były zbyt duże. Moje osobiste zadłużenie w dużej mierze zostało wygenerowane poprzez wzięcie na swoje barki finansowania przez sześć miesięcy obsługi klientów za mojego kontrahenta. To były zbyt duże kwoty i cała sytuacja mnie przerosła. Nie byłem w stanie być wtedy już wiarygodny dla banków, które mnie finansowały. Ciężko wsiadało się do luksusowego auta i jechało kilometr na pocztę, by odebrać pisma z windykacji czy banków. Innych powodów do wsiadania za kółko wtedy nie miałem. Samochód marki top premium stał pod domem i w ogóle mnie nie cieszył. Coraz częściej pojawiało się widmo konieczności ogłoszenia upadłości gospodarczej. Uwierz, że dla trenera edukacji finansowej to cios poniżej pasa. To najgorszy scenariusz z finansowego punktu widzenia.

Jednocześnie miałem wolę dalszego życia, funkcjonowania i odbudowywania mocno nadszarpniętego wizerunku. Miałem wrażenie, że żyję w kolejnym matriksie spraw z przeszłości oraz pragnień przyszłości bez skupiania się na teraźniejszości. Byłem w zawieszeniu. Funkcjonowałem z dnia na dzień, szukając rozwiązań, bez dobrego flow, bez tych wspaniałych relacji z ludźmi, które budowałem miesiącami. Coś się skończyło, ale nie widziałem jeszcze niczego, co mogłoby zacząć nową historię. Pamiętam fatalną energię, którą miałem. Moje nastawienie przyciągało niestety też różnych ludzi, którzy mieli pomóc mi wrócić do gry w biznesie, a sprawiali, że było jeszcze gorzej. Doświadczałem tego, że jeśli ja byłem słaby od środka, to i nowi partnerzy biznesowi byli słabi. Jakoś w tym świecie wszystko jest energetycznie powiązane. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem.

Kto szuka, ten znajdzie

W między czasie otrzymałem propozycję powrotu do biznesu w branży finansowej, opartego o produkty ubezpieczeniowe, które miałem okazje już sprzedawać na wspomnianych wcześniej dwudniowych Seminariach Biznesowo-Inwestycyjnych. Los cofnął mnie do korzeni, by coś jeszcze mi pokazać i udowodnić. Ta lekcja stworzyła nowego mnie.

W ciągu sześciu miesięcy dzięki umiejętnościom sprzedażowym, wiedzy i starym relacjom stałem się kierownikiem w moim mieście. Otworzyłem biuro przy wsparciu mojego nowego mentora. Stworzyłem zespół liczący kilkanaście osób w trzech miastach, odkopując niektóre kontakty z przeszłości. Zapowiadało się, że wracam na właściwe tory, stabilizuję dochody, zarządzam regionem, buduję zespół i mam do dyspozycji gamę wartościowych produktów zabezpieczających dochody moich klientów. Jak feniks z popiołu, który jak dostaje szansę i dobre warunki na działanie oraz odrobinę wsparcia, to zwiera szyki i działa. Taki jestem. Zawsze idę do przodu, zawsze szukam możliwości, zawsze szukam rozwiązań, mimo że za mną płonie to, co kiedyś stworzyłem.

A gdzie ta niezależność finansowa, do której dążyłem? Ona cały czas jest ze mną w sercu i moim umyśle. W życiu nie zawsze wszystko idzie tak, jak chcemy. Ale dopóki mamy cele i chcemy od życia coraz więcej, to pieniądze są naszym sługą i pozwalają nam na rozwój. Pojawiają się nieoczekiwanie, by wspierać myśl. W tej całej sytuacji nie skupiałem się na pieniądzach, bo były już czasy, że miałem ich sporo. Ale nadal mocno wierzyłem, że są dla mnie ważne i zasługuję na to, by były przy mnie, pozwalały mi funkcjonować bez gwarancji, bez etatu, bez dotacji. I to jest element tej niezależności finansowej, którą miałem w sercu. Nie sprzedałem się, nie zrezygnowałem z marzeń, nie porzuciłem pragnienia bycia przedsiębiorcą. Wiem, że byłoby łatwiej i stabilniej, gdybym tak zrobił. Ale ja jestem uparty i walka o wymarzony styl życia napędzała moje myślenie. A pieniądze to energia. Czasami odchodzą na chwilę, ale jak widzą dobrego gracza, to nie pozwalają mu zginąć. I to jest w pieniądzach piękne. Zawsze trzeba mieć je w sercu i o nie dbać, bo są dosyć kapryśne. Niezależność finansowa to nie jest stan, który uzyskujesz raz na zawsze jak tytuł magistra. To płynna sfera jak zdrowie czy miłość. Musisz o te sfery dbać codziennie, mimo że czasem zachorujesz czy pokłócisz się z najbliższą Ci osobą. Mierz najwyżej, jak się da, bo każdy wynik pośredni jest i tak lepszy niż przeciętność, w której żyje na własne życzenie większość Polaków. Ja tego nie chciałem i los mi mimo wszystko pomagał, choć miał czasami bardzo brutalne zagrywki.

Życie to najlepszy nauczyciel i mentor

Niestety w tamtym okresie nie wszyscy w biznesie dobrze mi życzyli. Gdy tylko pokazałem, że wracam z pierwszymi sukcesami, ktoś mający wpływy podzielił się nieprzychylną opinią na mój temat z obecnym kontrahentem — europejskim brokerem finansowo-ubezpieczeniowym. Moje tłumaczenia oraz dokumenty, które świadczyły o moim poszkodowaniu w ciągnącej się sprawie z byłym kontrahentem nic nie dały. Otrzymałem gromkie wypowiedzenie współpracy z dnia na dzień, tracąc prawie kolejny rok pracy, zbierania myśli, stanowisko kierownicze i zespół.

Najbardziej wtedy ucierpiało moje ego, być może też wizerunek i finansowe perspektywy rozwoju. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia i świąteczny czas. Postanowiłem wszystko i wszystkich odpuścić, usiąść na kanapie i nic nie robić oraz o niczym nie myśleć. Totalny mentalny bunt. To nie byłem ja, kanapa była ostatnim miejscem do przemyśleń o życiu. Potrzebowałem ruchu, ale nic mi się nie chciało. Jedynym zajęciem była troska o moich bliskich.

To trwało dobry miesiąc. Totalna cisza, pustka, brak oceny, czy to, co się stało, jest dobre, czy złe. I wtedy, pamiętam jak dziś, siedząc w saunie na wyjeździe rodzinnym w jednym z hoteli na Helu, dostałem olśnienia. Był to rodzaj energii, który odblokował mój wyższy poziom świadomości. Poczułem nagle, jakbym rozumiał więcej, czuł więcej. Tak, jakbym na nowo znał kierunek swojego działania.

Myślę, że ogromny wpływ miała czytana wtedy przeze mnie książka Proś, a będzie ci dane Esther i Jerry’ego Hicks. Jest to jedyna książka, którą Ci polecę, bo jeśli ją przeczytasz z pełnym zaangażowaniem, to reszta powinna zacząć się układać. W życiu przeczytałem z 200 książek, ale ta w moim życiu jest na pierwszym miejscu.

Jak Ci pisałem, wstąpiło we mnie nowe myślenie i rozumowanie. Po tym poczułem, że muszę zmienić styl aktywności ruchowej. Kiedyś przemieszczałem się miedzy miastami, dużo podróżowałem i najlepsze pomysły przychodziły bez trudu. Znam siebie i wiem, że najlepiej funkcjonuję właśnie w ruchu. Zapisałem się na poważnie na siłownię. Codziennie w tygodniu motywowałem się do tego, by być na treningu a w weekend biegałem po trójmiejskich lasach całkiem spore dystanse jak dla amatora. Piszę to dlatego, żeby pokazać Ci, że w trudnych momentach warto wsłuchać się w siebie i swój organizm. On Ci podpowie, czego chce, aby przetrawić to wszystko, co masz w głowie. A ja miałem sporo przeplatających się myśli. Cieszę się, bo te nawyki zostały do dziś i wprowadziło mnie to w większą harmonię i edukację w temacie zdrowia.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 49.73
drukowana A5
Kolorowa
za 68.86