Rozpoczynamy!
Pewien znajomy poprosił mnie, bym w kilku zdaniach opisał Norwegię. Pomyślałem o Bakklandet — dzielnicy, w której lata temu mieszkała biedna klasa robotnicza pracująca w porcie a dziś jedno z najdroższych miejsc w Trondheim. Aby dostać się tu od strony więzienia, niedaleko którego mieszkałem należy zejść niemożliwie stromą ulicą, którą jeżdżą sobie jak gdyby nic samochody.
Schodzę wzdłuż słynnej rampy rowerowej noszącej dumną nazwę Sykkelheisen Trampe. Patrzę na to dziwaczne urządzenie, na pierwszy rzuta służące kompletnie do niczego i czekam, aż ktoś z niego skorzysta. Idę powoli, by utrzymać jako taką równowagę. Mijający mnie lekkim krokiem lokalsi uśmiechają się pobłażliwie i trochę rozbawieni patrzą, jak na małpio wygiętych nogach próbuję pokonać strome zejście. Oczywiście odwzajemniam uśmiech, bo z natury jestem uprzejmy.
W tym czasie jeden ze śmiałków postanawia skorzystać z rampy. Zatrzymując się w punkcie startowym stawia stopę na „czymś” służącym do podparcia jednocześnie próbuje zachować równowagę siadając na siodełku. Po chwili mechanizm uruchamia maszynerię pchając rowerzystę w górę. Uwierz mi, jest to absurdalne urządzenie, ale pasuje do tego kraju dziwactw i niesamowitości.
Zatrzymuję się pośrodku wybrukowanej ulicy. Patrzę na mijające mnie tłumy i próbuję ogarnąć ten nowy dla mnie świat. Zachwycony próbuję uchwycić wzrokiem i rozumem jak najwięcej szczegółów otaczającego mnie miejsca. Przysiadam gdzieś z boczku na kamiennym murku i obserwuję. Ludzi, zabudowę, wszystko.
W tle słychać szum rzeki Nidelvy. Patrzę na sunące po niej motorówki. Na skalistym brzegu młody blondyn właśnie zdejmuje bieliznę i nagi wskakuje w obcisłe spodenki. Nie spiesząc się wsiada do czerwonego kajaka i wiosłuje w stronę fjordu. Płynie obok znajdującej się na pływającej platformie restauracji, w której tubylcy zwyczajowo biesiadują przy suto zastawionym stole. Co jakiś czas rozlega się niepowstrzymany i zbiorowy śmiech.
Na wodzie lekko buja się zacumowana do drewnianej platformy zalana wodą łódka.
Jest połowa kwietnia. Natura dopiero budzi się do życia. Trzeba poczekać jeszcze miesiąc, by przyroda eksplodowała wszelkimi odcieniami zieleni.
Piękna pogoda i ogrom restauracji oraz rustykalnych galerii sztuki — zrozumiałej i tej niezrozumiałej nawet dla jej właścicieli — jak również księgarnie pod chmurką sprawiają, że to miejsce żyje.
Mniej więcej w połowie dzielnicy znajduje się most Gamle Bybro zwany również Mostem Do Szczęścia. Tuż za nim znajduje się imponująca Katedra Nidaros ze swoją prostą, lecz przyjemną dla oka bryłą. Miejsce koronacji norweskich królów oraz pochówku legendarnego władcy Olava Trygvassona.
Przy wejściu na most po jego lewej stronie, na rogu jednej z typowo norweskich chatek znajduje się sklepik. Równocześnie wpływają i wypływają z niego ludzkie masy zaopatrzone w nieodłączną grillpølse: odpowiednik naszego hotdoga w jednej dłoni i kawą w papierowym kubku w drugiej.
Choć słonko świeci, czuć chłód. To dlatego większość ludzi ubrana jest w sportowe, wodo- i wiatroodporne ubrania, jednak chłopak czytający na drewnianej skrzyni książkę, chyba o tym nie wie. Ubrany w krótkie szorty i przewiewną koszulkę z krótkim rękawem przewraca stronę za stroną.
Wokół rozlega się śpiewny, cudowny norweski świergot i płynące zewsząd uśmiechnięte hei.
Uwagę zwraca rozmowa dwóch mężczyzn. Ale jaka to jest rozmowa! Młody, może dwudziestoletni chłopak siedzi na ławce i ma zaplecione na piersiach ręce. Starzec, być może osiemdziesięcioletni stoi przed nim i drapie się po łysej głowie. Rozmawiają dosyć długo.
Posiedzę tu jeszcze chwilę. Popatrzę. Ponapawam się nowym światem. Już ją kocham, tę Norwegię.
Piszę tę historię w mojej ukochanej Sobótce leżącej u stóp magicznej góry Ślęży, która jest dla mnie centrum wszystkiego. To miasteczko przypomina mi w pewnym sensie Norwegię, bo jest ono jak fjord.
W zależności od kaprysów natury fjord potrafi być zimny, złowieszczy i odpychający — dzieje się tak wtedy, gdy pogoda jest wietrzna, pada deszcz, a niebo jest zasnute chmurami. Jednak ten sam fjord potrafi być cudowny, pełen ludzi i miłości — dzieje się tak w piękny dzień. I taka jest Sobótka.
Podobieństwo między miasteczkiem pod Ślężą a niezwykłością Norwegii widać najlepiej na przykładzie pasjonatów, których dzieli tysiące kilometrów, ale łączy miłość do… piwa!
Hen, na leżącym tuż pod biegunem północnym archipelagu Svalbard, gdzie surowe warunki nie pozwalają na grzebanie zmarłych, piwo sprzedawane jest na kartki, a niedźwiedzie chodzą po ulicach, górnik Robert Johansen wraz z przyjaciółmi z pracy uruchamia browar.
Mniej więcej w podobnym czasie Bartłomiej Bogdański wraz z przyjaciółmi uruchamia w Sobótce browar rzemieślniczy. Z pomocą pani Zuzanny Wierzbickiej, lokalnej legendy piwowarstwa odtwarza zapomniany smak produkowanego tutaj kiedyś piwa spożywanego w ilościach przemysłowych.
Ten zbiór dzikich, i tych mniej dzikich historii z lat spędzonych w Norwegii jest zapisem moich obserwacji dotyczących tego kraju i jego obywateli. Mogą zdarzyć się pewne odchylenia od oficjalnych danych statystycznych, może niektórych historycznych, ale też nie zapisałem tej książki jako publikacji naukowej. To moja prawda. Moje wspomnienia i moja Norwegia.
Zapisuję te chwile, by zachować je głównie we własnej pamięci. Zdaję sobie sprawę, że czytając tę książkę masz ukształtowany obraz Norwegii. Przez telewizję, internet, filmy, własne wyobrażenia. I chcesz, aby te wyobrażenia były prawdziwe. Tyle, że tak jak nie da się sprowadzić nas, Polaków do jednego stereotypu tak nie da się tego zrobić z Norwegią i jej mieszkańcami. Tak naprawdę wszystko zależy od kontekstu.
Możesz nauczyć się na pamięć skandynawskich zwyczajów, lecz nadejdzie moment, w którym zmierzysz się z rzeczywistością i tylko od twojej otwartości zależy jak rozwinie się zdarzenie, w którym weźmiesz udział. Możesz czytać o danym miejscu, obejrzeć na jego temat program telewizyjny, a nawet wyjechać na wycieczkę, ale umówmy się — nic nie wiesz na ten temat. Nie wiesz, bo i skąd? Jedziesz na wycieczkę i chcesz odhaczyć obiecane w programie atrakcje. W końcu wypielęgnowałeś w sobie określony obraz, a wizyta ma to potwierdzić. Ewentualne odchylenia od wyobrażeń możesz zrzucić na karb szoku kulturowego lub uroku miejsca.
Dopiero kiedy zamieszkałem wśród Norwegów i zacząłem z nimi pracować, udało mi się ich poznać, ale nie od razu i nie do końca. Norwegowie są nieufni, mimo iż sprawiają odwrotne wrażenie.
Norwegia to kraj kontrastów. Miejsce, w którym w ciągu dnia doświadczysz czterech pór roku. To ludzie, którzy choć mają problem, aby otworzyć się na ciebie, pomogą ci bez wahania. Ale nie chcą mieć z tobą zbyt wiele wspólnego.
To, co mówię może wydawać się absurdem, ale im bardziej będziesz zgłębiać te opowieści, tym bardziej nabierzesz pewnego wyobrażenia o Norwegii, Norwegach i… Polakach.
Norwegia to z trudem ukrywana pogarda wobec cudzoziemców, a była premier Erna Solberg w rozmowie z gazetą „Nettavisen” przyznała, że w jej kraju istnieje strukturalny rasizm:
Jeśli zwrot ten oznacza, że jest w kraju system, nawet stworzony w sposób niezamierzony, który sprawia, że ludzie czują iż są pozbawieni równych szans ponieważ mają inny kolor skóry, pochodzenie etniczne, religię lub inne nazwisko — to tak, taką sytuację znajdujemy w naszym społeczeństwie. To też kwestia zadania sobie pytania o to, jakie uprzedzenia wszyscy mamy w sobie — uprzedzenia, których nawet sami nie jesteśmy świadomi. (Nettavisen, 13.05.2021 rok)
Moje doświadczenia z tymi ludźmi są pełne sprzeczności.
Mimo wszystkich głupot, wykluczających się przepisów, niekompetencji urzędników oraz utrudnień wobec obcokrajowców nie widzę lepszego miejsca do życia.
Państwo nie wtrąca się w życie, choć Polacy nie bez powodu mówią, że Norwegia to państwo opresyjne i reguluje niemal wszystko. Może dlatego, że praktycznie każda dziedzina życia jest określona przepisami.
Uważam się za spostrzegawczego, lecz musiało minąć trochę czasu nim zauważyłem, że Norwegowie żyją z sobą, ale obok siebie. Wystarczy podejść do przystanku autobusowego i zaobserwować milczących, unikających kontaktu z sobą ludzi.
Z drugiej strony są strasznymi gadułami, ale są to rozmowy o niczym. Taka wata słowna, która ma zakończyć niepotrzebnie zadzierzgnięty dialog. To dziwne w kraju, w którym od dzieciństwa ludzie uczeni są zespołowości.
Nieważne czy jesteś Norwegiem, Polakiem, Somalijczykiem, Syryjczykiem (choć niemiecki fizjoterapeuta Robert ma na ten temat odmienne zdanie), państwo wspiera rozwój, pomaga tobie i twojej rodzinie.
Norwegia jest rasistowska, niekonsekwentna, dziwaczna, biurokratyczna, droga, depresyjna, wkurwiająca, zacofana, naftowa z jednej strony oraz przyjazna, nowoczesna, współczująca, socjalna, ekologiczna i piękna z drugiej.
To moja Norwegia. Oswojona.
Daleko i blisko
Zazdroszczę Norwegom. Nie są specjalnie rozgarnięci, świata poza telefonem nie widzą, jadą ksenofobią na kilometr, otępiają się snusem, piją na całego, polują na wieloryby, w wigilię jedzą rozpuszczoną suszoną rybę i ryćkają się z kim popadnie.
A jednocześnie żyją w blasku legendy o wikingach, zimnej północy, zorzy polarnej, surowym życiu oraz życiu zgodnemu z wewnętrznym „ja”. Przy okazji nie przeszkadza im, aby zwrócić ci publicznie uwagę, gdy według nich zbytnio odstajesz od otoczenia, stajesz się „zbyt mądry”, a twój rozwój osobisty opiera się na kształtowaniu indywidualizmu. Zajmę się później tym tematem, bo w historii Norwegii istnieje specjalne prawo, zwane „Prawem Jante” regulującym zachowania społeczne Skandynawów.
Nie interesuje ich świat chyba, że świat zainteresuje się nimi. Uważają za gruby nietakt gdy usłyszą, że to Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę, a przecież wg nich prawda jest zupełnie inna! W końcu to ich Leif Eriksson pięćset lat wcześniej przepłynął Atlantyk i dopłynął do Nowej Ziemi!
Norwegowie nie lubią niewygodnych tematów podważających ich pielęgnowany wizerunek, w myśl którego ich ojczyzna jest najbardziej przyjaznym do życia krajem na świecie.
Dlatego też unikają rozmów o swoich problemach, a niewygodne sprawy pomijają milczeniem. O ile z chęcią sprowadzają naszą katastrofę smoleńską do kwestii ilości wypitej przez pilotów wódki, o tyle nie są już skorzy do żartów z Breivika, który zamordował siedemdziesięciu siedmiu rodaków. Unikają również żartów na temat trwających od tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego czwartego roku gwałtów na dzieciach w miejscowości Tysfjord.
Myślę, że norweskie władze zbyt szybko chcą stworzyć nowoczesne społeczeństwo bez uwzględnienia dotychczasowego modelu tożsamości opartej na swego rodzaju odrębności. Pamiętajmy, że norweskie społeczeństwo żyło odizolowane od reszty świata pogrążone w biedzie, przemocy domowej, alkoholizmie, a przy tym wszystkim starające się za wszelką cenę pielęgnować chrześcijański model życia. Zwrot „za wszelką cenę” jest tu istotny.
Co innego hodowanie nowoczesnego społeczeństwa, jak sobie wymyśliły władze, a co innego wyrośli w określonej tradycji i systemie społecznym ludzie potrzebujący czasu, by dojrzeć do zmian.
Norwegowie zawsze żyli z boku i nie bez powodu trzymają się poza Unią Europejską. Nie przejmują się, że ich własne standardy nie wytrzymują porównania z europoejskimi normami, ale wiecie — to ich miejsce na ziemi i urządzają je w najlepszy do siebie sposób. Na tej odrębności — a nawet demonstrowanej z dumą zaściankowości — Norwegowie oparli swoją tożsamość narodową.
Lubię historie, w których docieram do „strefy zero”, do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. W odległej przeszłości znajduję przyczynę współczesnych zachowań, w których nawet milczenie na niewygodne tematy staje się zrozumiałe.
Ucz się Norwega, zanim Norweg nauczy się ciebie
Nie ma jednego klucza pozwalającego ogarnąć ten kraj i jego ludzi. Podobnie jak nie ma jednego standardu określającego nas, Niemców czy Francuzów.
I jasne, są pewne cechy właściwe dla danej nacji, ale na przestrzeni lat zaszło tyle zmian i powstało tyle nowych czynników kształtujących społeczeństwa, że nie jesteśmy w stanie jednoznacznie określić danego narodu: rozwój mediów, a szczególnie internetu, wolność podróżowania, emigracja, czy… miłość. Wszystko to sprawia, że powstaje nowy, wciąż zmieniający się wzorzec zachowania. I rację ma tu przysadzisty, siwy Ole z rzadką brodą, sprzedający ryby, homary, muszle, ośmiornice, czy jeżowce bezpośrednio z kutra w porcie Ravnkloa znajdującym się w centrum Trondheim:
— Mój przyjacielu, przenikanie sie kultur jest dobre, a nawet potrzebne. Ucząc się nawzajem stajemy się lepszymi ludźmi — mówił pakując w papier piękny okaz świeżo złowionego Ørreta czyli pstrąga łososiowego.
Te pozytywne dziwactwa połączone z kształtowaną na przestrzeni lat kulturą tworzą coś unikalnego. Powiedziałbym nawet, że typowo norweskiego.
Kiedy będziesz rozmawiać z tubylcem, nie zdziw się wydawanym przez niego dźwiękiem zapowietrzającego się człowieka. Takiego „A!” na gwałtownym wdechu, jakby cierpiał na astmę. Nie przejmuj się, nie bój, nie uciekaj. Jest to normalna reakcja, która ma wykazać zainteresowanie twoją historią. Najzabawniejsze jest to, że śmiejąc się z tego nawyku sam go nabierasz.
Nieodłącznym elementem skandynawskiej, a więc i norweskiej kultury, jest hygge. Wystarczy, że nadejdzie jesień a Norwegię opanowuje świeczkowe szaleństwo. Różne kształty, zapachy i kolory. Atmosfera robi się przytulna, kobiety żeńskie i męskie jak szalone pieką ciasta i chleby, opróżniając kolejne butelki wina.
W tym miejscu należy ci się wyjaśnienie dotyczące określenia „kobiety żeńskie i męskie”, ale odnosi się to praktycznie do każdej absurdalnej sytuacji, jaka ma miejsce w tym kraju. Wolność i nakaz poszanowania indywidualnego wyboru stały się norweskim absurdem, z którym nie dyskutuje się, bo, po co wchodzić w spory. Po prostu przytakujesz i idziesz dalej. Nawet wtedy, gdy Jon ogłosi, że od poniedziałku do środy jest Ritą i należy to uszanować.
Skąpstwo Norwegów jest legendarne. Ci posiadacze małych mieszkań za miliony koron zapożyczają się tylko po to, by wyjechać na drogi coraz nowszym modelem Tesli, jednocześnie potrafią przejechać dwieście kilometrów do Szwecji, by kupić piwo tańsze o parę koron.
Zadziwiające są ich obyczaje kulinarne. Mają świetne ziemniaki, pyszne mięso z łosia, dorsz z patelni to niebo w gębie, a jagody i grzyby są niesamowite. Tylko co z tego, skoro wolą zażerać się pizzą Grandiosa, a w piątki wpychają w siebie fasolę, kukurydzę, mielone mięso, upychając to w placuszki polewają breją i nazywają tacos.
Norwegowie strasznie narzekają, w czym bardzo nas przypominają: że złe drogi, że drogo, że cudzoziemcy, że łosoś nie ten co kiedyś, że pieniądze z ropy są źle wydawane… Jednak jeśli ty — cudzoziemiec — nieśmiało skrytykujesz krainę wiecznej szczęśliwości będą oburzeni, że nie smakuje ci lutefisk, że rzygasz po fiskekake, a po ich drogach nie da się jeździć.
Większość lekarzy uważa, że wszystko możesz wyleczyć kombinacją trzech leków: ćwiczeniami fizycznymi, łykaniem paracetamolu i zażywaniem tranu. A jeśli umierasz z bólu? No cóż, to część istnienia, musisz nauczyć się z tym żyć. A potem i tak kończy się podawaniem opioidów.
Znacie powiedzenie „wyszedł po angielsku”? Coraz częściej można mówić: „wyjść po norwesku”. Siedzisz z norweskimi kumplami w knajpie, którzy nagle tajemniczo znikają. A oni po prostu poszli sobie do domu czy do innej knajpy, z której mogą się równie widowiskowo ulotnić.
Czy wiedzieliście, że Norwegowie wymyślili farbę w sprayu, spinacz do papieru, slicer do sera, a sushi z łososia w japońskiej kuchni to właściwie ich robota? Z kolei bez norweskiego dorsza nie istniałoby portugalskie bacalao?
Zawsze kiedy byłem na zakupach w Ikei zastanawiałem się skąd biorą się dziwaczne nazwy mebli. Jednak teraz wszystko ma swój sens. Sofy czy półki na książki biorą swoje nazwy ze szwedzkich miejscowości; łóżka, garderoby i meble w przedpokojach noszą swe nazwy na cześć norweskich miast; z kolei nazwy dywanów mają swój duński rodowód. I na koniec Finlandia, z której wywodzą się nazwy stołów w jadalniach oraz krzeseł.
Z zazdrością patrzyłem na rozmawiających obcych sobie ludzi. Witających się z sobą kilka razy dziennie, a i tak im mało. Mieszkańcy, niezależenie od wieku, zawodu i pozycji społecznej zwracają się do siebie po imieniu i jest to naturalne.
Nie zdziw się, gdy podczas wizyty w urzędzie usłyszysz następującą rozmowę petenta z urzędnikiem:
„Siema, co słychać koleś?” A koleś, znaczy urzędnik: „No bomba ziom, jak po weekendzie?” „Fantastycznie, gdyż spędziłem upojną noc z twoją żoną ha, ha, ha”. „O widzisz, a jak wróciłem od twojej matki, zastanawiałem się, dlaczego taka zmęczona ha, ha, ha, ha”.
I zaczyna się rozmowa o wszystkim i o niczym a ty zastanawiasz się, co się tu właśnie stało?
Słyszeliście zapewne o żyjących na arktycznej północy Samach, którzy mają monopol na wypasanie reniferów i są kimś w rodzaju Indian w USA. Indianie mają kasyna, a Samowie bydło, które jest kastrowane bardzo praktyczną metodą; wyspecjalizowany Sam odgryza samcom nabiał.
Mało kto wie, że jedną z atrakcji turystycznych w Norwegii jest Trollpikken; Kutas Trolla czyli masyw skalny przypominający męski narząd. Mieści się niespełna sto kilometrów od Stavanger, w pobliżu miasta Eigersund. Zatem jeśli planujecie odwiedzić nieodległe Preikestolen, nie zapomnijcie o tej atrakcji.
Zresztą jej historia to również opowieść o ludziach. Wkrótce po tym, jak władze Eigersund ogłosiły nową atrakcję turystyczną, ktoś spektakularnie zniszczył kutasinę. Jak wykazało dochodzenie, sprawcy użyli maszyny wiertniczej i długich wierteł, dzięki którym wystająca część skały odpadła.
Niezrażone władze zrekonstruowały członka, który dziś pręży się dumnie i obwieszcza światu swój nowy wygląd. Niemniej to ciekawa sytuacja, która pokazuje, że ci nowocześni Norwegowie jednak są podzieleni i protestują przeciw wykorzystaniu rubasznej seksualności w promocji ich regionu.
Kutas Trolla był również elementem w kampanii wyborczej. Podczas jej trwania jedna z kandydatek, pani Hadia Tajik, siadła dumnie na skalnym dyszlu i w ten sposób rozpoczęła debatę na temat tradycyjnych norweskich wartości.
Zawsze są jakieś początki
Moja Norwegia rozpoczęła się jeszcze w Polsce, gdy zobaczyłem w internecie ogłoszenie o pracę. Największa norweska agencja zatrudnienia, którą od teraz będziemy dla niepoznaki nazywać… Agencją, zamieściła ogłoszenie, iż poszukuje zbrojarza, który zazbroi Bergen i okolice.
Zbrojarzem byłem bo musiałem, a był to w Polsce beznadziejny czas. W latach dziewięćdziesiątych nie istniało pojęcie płacy minimalnej, bezrobocie wybijało poza skalę, a warunki socjalne uważano za wymysł komuny. Brało się pracę, jaka była i za wykonanie której w ogóle płacili.
„Piękne” to były czasy i nie zapomnę ich nigdy. Nigdy wcześniej nie zniszczyłem tylu własnych ubrań, bo pracodawcy wymagali ich jako stroje robocze. W życiu nie wypiłem tylu alkoholowych wynalazków przed pracą, w jej trakcie i po jej zakończeniu. Nalewało się takiej berbeluchy do dolnej krawędzi ucha kubka, szybko wypijało, krzywiło z obrzydzeniem i piło aż oko suche dno kubka ujrzało.
Zdarzało się, że Nadcieśla Kopytko podawał na zagrychę gorzką czekoladę, bo legenda ludowa głosiła, że jeśli po wódce skonsumujesz to dobrodziejstwo, woń alkoholu ulotni się i ewentualny nalot ze strony pracodawcy skończy się niepowodzeniem.
Dzień rozpoczął się jak zwykle — trunkiem lanym do dolnej krawędzi ucha. Chlup! Grzdyknij, beknij, odkrztuś. Powtórz.
Dwie gorzkie czekolady później otworzyły się drzwi. Wszyscy zmrużyli oczy i w milczeniu ssali tafelki czekolady. Do wnętrza wtargnęło światło słoneczne i podmuch rześkiego powietrza. Kopytko mrugnął porozumiewawczo okiem dumny z siebie, że zapobiegł ewentualnej wpadce.
— Panowie, czuję alkohol — rzekł szef. Nawet nie był oburzony, bo spodziewał się tego widoku. Może dlatego kiepsko płacił, bo pozwalał pracownikom pić.
Powiódł po nas wzrokiem i ocenił dzisiejsze straty osobowe.
— Prosiaczek — zwrócił się do Krzysia, który jako jedyny zajadał się jedzonym łyżeczką gulaszem angielskim z puszki — skończ zażerać się tym gulaszem angielskim z puszki, przebierz się…
— Ale ja jestem przebrany — odparł z pełną gębą Krzysio.
— Przebierz się w prywatne ciuchy…
— No właśnie w nich jestem!
— …i idź do domu.
Prosiaczek miał pecha. Czy pił czy nie, wyglądał tak samo. Faktycznie dziś nic nie wypił.
— Teraz to się napiję — zakończył spijając to, co zostało w kubkach.
— A reszta do roboty! — zawyrokował szef, po czym nalał do dolnej krawędzi ucha i duszkiem wychylił, chwycił dwa tafelki gorzkiej czekolady, wziął je do ust i ssąc wyszedł.
Wielu cieśli, zbrojarzy, operatorów dźwigów opowiadało o pracy na eksporcie, jak nazywali pracę w innych krajach. Słuchaliśmy historii o wydarzeniach, które się wydarzyły i tych, które nie miały miejsca. Zresztą nasz szef spędził za granicą wiele lat, a po powrocie założył firmę i zatrudnił w nich w większości swoich kumpli, z którymi pracował na niemieckich budowach.
I wtedy pojawił się Antoni. Wysoki, spokojny, w naprawdę fajnym ubraniu roboczym. Fajnym, bo własnym.
Ten człowiek był dla mnie jak objawienie. Alkohol przestał smakować, a najlepszą strawą były opowieści Antoniego o Norwegii: socjal, ciepły posiłek, dobre pieniądze, częste przerwy, julebordy (czyli świąteczne spotkania dla pracowników), o które wstydziłem się spytać, bo nie chciałem wyjść na prostaka.
Historii o pieczonej łapie niedźwiedzia podawanej na jednym ze wspomnianych julebordów słuchałem jak prawd objawionych przez hinduskiego stoika i nie przyszło mi do głowy, że ten niedźwiedź musiałby mieć kilkanaście łap by wykarmić kilkudziesięciu robotników, bo tylu było na budowie zbrojonej przez Antoniego.
W sumie lata później mało kto wierzył, gdy opowiadałem jak smakuje serce renifera, polędwica z łosia, barani łeb wraz z jego jadalnym okiem, rozpuszczona w ługu ryba, pieczony głuszec czy stek z wieloryba. O legendarnym sztokfiszu wzbudzającym odruch wymiotny jeszcze przed spożyciem nie wspomnę.
Były to czasy, w których o smartfonach jedynie się czytało, a internet był dostępny w kafejkach internetowych — były to wynajęte salki, w których naprędce sklecone ze wszystkiego komputery podłączało się do sieci, a właściciele tych przybytków zarabiali na wynajmie sprzętu na określony czas. Wchodziłeś do kafejki, płaciłeś za godzinę i z wypiekami na twarzy szukałeś ogłoszeń pracy w Norwegii oraz wysyłałeś niezgrabnie sklecone cv znajdujące się na nagranej wczezśniej płycie CD. Takie to były czasy.
Możesz nie wiedzieć bo i skąd, że zanim wziąłem się za budowlankę, byłem finalistą polskiej edycji międzynarodowego konkursu scenariuszowego, a mój scenariusz pt: „Czas ludzi cienia” znalazł się w czołowej dwunastce. Napisałem też scenariusz o walkach z UPA i akcji „Wisła”, w międzyczasie pisałem dla jednego z portali filmowych, a w rodzinnym mieście uruchomiłem nieformalną grupę twórców oraz pismo ich publikujące. Cztery lata z rzędu byłem nominowany do tytułu „Lubinianina Roku”. Oprócz tego dla Cezarego Pazury wymyśliłem oprawę premiery jego filmu „Nienasycenie” opartego na powieści Witkacego o tym samym tytule.
Niestety rzeczywistość skrzeczała, a żyć z czegoś trzeba. I stajesz przed prostym wyborem: robisz co kochasz bez gwarancji zarobku, albo idziesz do pracy w branży, która jest dla ciebie tak naprawdę obca, bo nie masz wyjścia. I tak stało się ze mną. Czas mijał, kolejne budowy i rodzaje alkoholi gościły w moim życiu. Zastój i poczucie przegranego życia stawały się codziennością.
Na szczęście w moim życiu zagościł Antoni i jego norweskie przygody oraz kafejka internetowa.
Nie pamiętam, ile „cefałek” musiałem wysłać, ale było ich wiele. Tygodnie ułożyły się w miesiące, zanim zadzwonił telefon. Nieznany numer sprawił, że z drżeniem kciuka odebrałem połączenie.
— Dzień dobry, tu pani jakaś tam, dzwonię z firmy Agencja, czy rozmawiam z panem Przemysławem?
— Tak, oczywiście. — ledwie maskowałem radość.
— Mam właśnie przed sobą pańskie CV, które przyznam, jest takie i owakie. — Miała zapewne na myśli to, że zbrojarz ma za sobą przeszłość scenariuszową.
— Tak, tak — odparłem przejęty.
— Czy możemy zamienić parę słów po angielsku?
Jasne, uczyłem się angielskiego i byłem pewny swoich umiejętności, ale rozumiecie — to była rozmowa o pracę w raju z opowieści Antoniego w fajnym kombinezonie roboczym, co będzie, jak się zapowietrzę?
Zakląłem w myślach po francusku nie znając tego języka, mimo iż uczyłem się go cztery lata.
— Of course — rzuciłem odruchowo.
Lekko nie było, aż pani taka i owaka rzekła:
— Chciałabym zaprosić pana do Warszawy, gdzie znajduje się nasza firma.
— Oh, yes, of course — rzuciłem bezmyślnie.
— Prosiłabym, żeby zabrał pan dokumenty, które przydadzą się do rekrutacji, w tym proszę o przygotowanie numerów telefonu do osób, które mogłyby posłużyć jako rekomendacje.
Co? Spytałem w myślach, a ona chyba to usłyszała, odpowiadając:
— Proszę się nie martwić, system rekomendacji jest standardem na norweskim rynku pracy. Tak, że prosiłabym o przygotowanie tegoż?
Czegóż? — pytam w myślach.
— Zanim się rozstaniemy… zanim się rozstaniemy, proponuję spotkanie w przyszłą środę. Adres i godzinę podam panu w mailu.
— Jasne, nie ma problemu. — w tym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że nie tylko przeszedłem pierwszy etap rekrutacji, ale nie mam po co wracać do pracy i do Antoniego w fajnym kombinezonie, bo przecież środa to już za parę dni, a dziś jest piątek po południu!
— Doskonale, panie Przemysławie. Zatem wysyłam informacje dotyczące spotkania oraz informator o pracy w Norwegii. Szok kulturowy i takie tam cudowności. Czy ma pan do mnie jeszcze pytanie, a może pytania?
— Nie, dziękuję serdecznie.
Rozłączyłem się. A zatem najgorsze przede mną.
Dziś wyjazd do Norwegii jest prosty. Wchodzisz na fejsbukową grupę poświęconą pracy w NO, piszesz wiadomość prywatną, albo wymawiasz w komentarzu pod ogłoszeniem zaklęcie „priv”, opowiadasz rekruterowi bajki, który również opowiada ci bajki i zamawiasz bilet.
Kiedyś trzeba było jechać nocnym pociągiem do stolicy, znaleźć podany przez pracodawcę adres, bo nikt wtedy nie myślał o Mapach Google, i w ogóle mało kto słyszał o Google. Potem, jak już znalazłeś ten biurowiec, trzeba było znaleźć odpowiednie piętro i salkę. A wyglądało to tak.
Siedziało w tej salce już kilku mężczyzn jak się wkrótce okazało, elektryków. Początkowo myślałem, że to grupa znajomych, jednak tacy oni znajomi dla siebie, jak ja dla ich. Poznali się w tym pomieszczeniu, a prym wiódł przeszło pięćdziesięcioletni oblech, który z jakiegoś powodu przekonany był o swojej wyjątkowości. Znacie ten typ określany mianem wuja z wesela, który jak popije, staje się wzorem wszelkich cnót, erudytą, doradcą? Takim, którego po trzech minutach macie ochotę uspokoić siekierą? To był ten typ.
Spotkanie było połączone z czymś na wzór szkolenia. Było tak istotne, że nic nie z niego nie pamiętam. Kiedy ogłoszono przerwę, miła pani, która stała się obiektem niesmacznych żartów wujasa, rzekła:
— Panowie, zanim udacie się na przerwę, prosiłabym o pozostawienie dokumentów, które skserujemy, a następnie każdego z panów poprosimy osobno na rozmowę dotyczącą wyjazdu.
Oczywiście wujas podniósł się z krzesła i drobiąc kroczkami oraz wyginając obłe cielsko na wszystkie strony, podszedł do pani, oblizał usta, mrugnął i uśmiechnął się lubieżnie. Tu chyba nastąpiło zmęczenie materiału, gdyż pani odrzekła:
— Panu już uprzejmie dziękuję.
Wujas zastygł w uśmiechu, ale nie w takim, o który mu chodziło. Chyba zdał sobie sprawę, że został uspokojony, wyjaśniony i pożegnany. Oblizał się i wyszedł bez słowa.
Rozmowa, którą przeprowadzono ze mną była w zasadzie kopią telefonicznej rozmowy tyle, że odbyła się w języku angielskim plus dokumenty. Miałem mieszane uczucia. Nikt nie udzielił mi konkretnych informacji dotyczących miejsca pracy, jej warunków, nie było żadnego szkolenia związanego z norweską branżą budowlaną.
Rozmówczyni uśmiechnęła się do mnie i powiedziała:
— Panie Przemysławie, w piątek, a najpóźniej w poniedziałek zadzwoni do pana nasz pracownik z ośrodka we Flaszarach.
Uniosłem głowę i wydawało mi się, że podniosłem brew.
— Flaszary to nasz ośrodek szkoleniowy. Odbędzie się tam tygodniowe szkolenie, podczas którego dowie się pan wszystkiego o miejscu pracy, podpiszemy wstępną umowę i skierowanie do pracy w Norwegii, dokonamy wszelkich formalności związanych z procedurami i w ogóle z liturgią.
W odpowiedzi zrobiłem dziubek i rzekłem najbardziej obojętnie, jak tylko mogłem:
— Oczywiście.
— Do zobaczenia. — uśmiechnęła się i podbródkiem wskazała drzwi.
— Oczywiście — odrzekłem. I wróciłem do domu.
Tydzień później wysiadłem z busa firmy „Szwagropol”, który kursował co pół godziny z Krakowa do Zakopanego. Flaszary znajdowały się mniej więcej w połowie drogi, a kierowca zatrzymywał auto tylko na wyraźnie żądanie pasażera. Dalsza droga do ośrodka była bardzo prosta, ale już jej nie pamiętam, było już ciemno i zimno. W sumie połowa listopada, więc było brzydko. Pamiętam tylko wąską drogę i zabudowę rodem z baśni fantasy, a zatem było przyjemnie i tylko smoków oraz czarowników brak.
Och, kogo tam nie było! Powitał mnie wydalony z Norwegii kierownik ośrodka o imieniu Darek. Jego cudownie nalaną twarz nieustannie wykrzywiał grymas uśmiechu. Był również Darek, który — jak twierdził — dostarczył rozkoszy każdej obywatelce Islandii, a ponieważ jest to kraj niezbyt zaludniony, wkrótce zabrakło obywatelek, którym mógłby w ten nietypowy sposób pomóc.
Był też Gullrot, który miał szesnaście busów i hurtownię pasztetów w puszkach, ale z jakichś powodów chciał zacząć od nowa.
Był i Mariusz, piękny i wysoki Mariusz, który miał tak wielką potrzebę błyszczenia, że już w pierwszym dniu pobytu błyszczał otrzymanym w prezencie siniakiem z jakiegoś powodu umieszczonym pod okiem. Z tego też powodu nadaliśmy mu pseudonim „Sunshine”.
Ośrodek we Flaszarach był jak mały Hogwart dla szaleńców. Każdy wydawał się miły, ale wiedziałeś, że wystarczy iskra, by coś wybuchło. Miało się wrażenie, że tak, jak łatwo się tu weszło, tak łatwo wyjść stąd się nie da..
Oprócz cowieczornych zajęć z pijaństwa program szkolenia obejmował zajęcia z kultury norweskiej, zwyczajów panujących na budowach, jak również szkolenia z pierwszej pomocy i podstawowych norweskich zwrotów przydatnych w miejscu pracy. A zatem coś, co w naszym mniemaniu było kompletnie nieprzydatne w naszej pogoni za koroną.
Na szczęście tydzień minął szybko, zrobiono nam zdjęcia do kart budowlanych, atestów, przedstawiono umowy o pracę i zapowiedziano, że pojedziemy do Bergen, które podobno jest bramą do fjordów. Po skromnym śniadaniu pożegnaliśmy się i wróciliśmy do domów.
Mijały miesiące. Nie było tygodnia, bym nie dzwonił do Flaszar lub Warszawy. Bez efektu. Jak niepyszny wróciłem do pracy na budowie, na której nie było dnia bez niespodzianki. Na przykład urodzin Andrzeja, który rozpoczął dzień kielichem na budowie, a zakończył lizaniem połamanych żeber we własnym mieszkaniu. Posłuchajcie.
Andrzej rozpoczynał dzień pracy słuszną porcją berbeluchy własnej produkcji nalewanej w butelki z podrabianą etykietą „Smirnoff Black”.
Tym razem było inaczej, gdyż tego dnia ukończył czterdzieści siedem lat, zatem słuszna porcja przybrała rozmiar pół litra, a wkrótce kolejne pół. Tak przygotowany wyszedł z baraku. Na zewnątrz musiał panować mocny wiatr — strasznie wiało, choć tylko nim.
Ruszył na stanowisko pracy. Doczłapał do brygady szalującej ścianę. Mozolnie wchodził po ankrach spinających czterometrowe szalunki, a kiedy zadowolony z siebie dotarł na pomost runął w dół, aż chmura kurzu się uniosła. Zaniósł się śmiechem, krzyknął: „koledzy, żyję!” oraz uniósł kciuk.
Jak to przeżył, nie mam pojęcia. Mówią, że ciało pijaka jest gumowate, kości inaczej się układają i takie tam dziwne opowieści. Według mnie tajemnica tkwi w ewolucji. Andrzej jest trochę podobny do małpy, a te są niezwykle zwinne, więc coś po przodkach pozostało.
Otrzepał się, zaśmiał, charchnął krwią i krzyknął „Ha! Ladaco!” Dał paluszkiem znak, by wszyscy poczekali, on zaraz wróci. Nikt nie zwracał na niego uwagi; w końcu był tylko pomocnikiem. Tacy są zawsze do zastąpienia, co bardzo szybko okazało się prawdą.
Aby to udowodnić postanowił pójść do baraku po kolejną flaszkę berbeluchy jednak z jakichś powodów uznał, że pójdzie inną drogą, którą określmy jako „czarny szlak”, lecz w tym przypadku nie chodziło o czarną etykietę butelki z magicznym płynem. Polegał on na tym, że nieopodal był element stropu, potem pusta przestrzeń — połączona z jakichś niejasnych powodów wąską i chybotliwą deską — w którą jeśli wlecisz, to już raczej nie wylecisz, i dopiero później kolejny element stropu.
Jak pomyślał tak zrobił i tylko takie dziwne „I!” świadczyło o tym, że deska po której szedł okazała się węższa, niż się mu wydawało. W ostatniej chwili chwycił wystający pręt. Z trudem wygramolił się, a głupkowaty uśmiech na jego zakrwawionej twarzy kazał zastanowić się, czy ten człowiek miał świadomość, że niemal zginął. Takie to były urodziny.
Dwa tygodnie później, gdy już pracował z nami kolejny pomocnik, spotkałem Andrzeja na mieście. Uśmiechnął się na mój widok i na pytanie co będzie teraz robił, odpowiedział:
— Wiesz co, Przemuś, chyba wrócę do ściągania haraczy…
— Andrzejku, ty skarpetki nie jesteś w stanie ściągnąć bez bólu, a haracz chcesz ściągnąć? Gdybyś poszedł na grzybobranie, wszystkie borowiki świata miałyby radość na twój widok, bo nie byłbyś w stanie schylić się po nie!
— Chuj tam z grzybami Przemuś. Ale ściąganie haraczu to psychologia — odparł z miną Andrzejka, który zjadł wszystkie rozumy, a na poparcie swych słów skierował paluszek wskazujący na swój siny łeb.
— Andrzejku ściąganie haraczu to przestępstwo, nie psychologia.
Gestem dłoni wskazał na ławkę, na której siedliśmy. Pomilczeliśmy parę minut wpatrzeni w powietrze. W końcu rzekł:
— Patrz, Przemuś, a mogłem już szykować się na emeryturę… ech… człowiek takie głupoty w życiu robi…
Spojrzałem na niego, nie rozumiejąc nic z tego, co mówi.
— Kiedy przyjechałem do Lubina, poszedłem do kopalni… To znaczy miałem iść do kopalni…
Zaczęło mi się przejaśniać. W końcu mój ojciec w wieku 48 lat przeszedł na emeryturę, gdyż był górnikiem.
— …byłem już w kadrach, wszystkie formalności załatwiłem- kontynuował. — To było w piątek, a w poniedziałek miałem stawić się do pracy na Polkowicach Wschodnich.
Kombinat Górniczo-Hutniczy Miedzi, zwany dziś Polską Miedzią, swego czasu zatrudniał nawet czterdzieści tysięcy osób z całego regionu. Kopalnie rozsiane były wokół Lubina. W przypadku Andrzejka był to jeden z oddziałów znajdujących się pod Polkowicami, zwany Polkowicami Wschodnimi właśnie.
— I rozumiesz Przemuś, w piątek wieczorem spotkałem się z przyjacielem, ale wiesz, to był taki przyjaciel, że dziś to ja nawet jego imienia nie pamiętam, i ten przyjaciel pracował w Defilu. I namawiał mnie, tak mnie namawiał, no tak mnie namawiał, że w poniedziałek to ja się stawiłem, ale do kadr w Defilu. I co? I wylądowałem tutaj, Przemuś.
Defil był prestiżowym zakładem, który upadł w 2001 roku.. Dolnośląska Fabryka Instrumentów Lutnicznych w Lubinie była producentem: gitar, mandolin, skrzypiec, zabawek muzycznych i mechanizmów pianinowych. Ten najstarszy w Europie producent w tej branży wydawał się niezniszczalny. Mam sentyment do tego zakładu, bo będąc uczniem Liceum Ekonomicznego, odbywałem tam miesięczne praktyki.
Andrzejek zakładał, że oprze swoją karierę właśnie w tym zakładzie, niestety nikt nie przewidział, co stanie się w przyszłości.
Pożegnaliśmy się, zdążyłem jeszcze tylko grzecznie odmówić zaproszenia na flaszkę berbeluchy i ruszyłem przed siebie.
W międzyczasie straciłem nadzieję na wyjazd do Norwegii. Antoni i jego fajny kombinezon siedzieli pewnie gdzieś pod Oslo, a ja wciąż w tym beznadziejnym miejscu. Minął karnawał, nastała wiosna, w końcu nadszedł Prima Aprilis, a ja człap, człap na budowę. Przygaszony, bez prawa do amnestii, no do dupy to wszystko.
Aż dziesiątego kwietnia zadzwonił telefon, a pani w słuchawce przedstawiła się jako Małgosia z Flaszar, która zrobiła mi zdjęcie do karty budowlanej.
— Panie Przemku, Przemysławie musi pan być jak najszybciej w Norwegii, jest pan nadal zainteresowany wyjazdem?
— No jak nie, jak tak, pani Małgosiu!
— Dobrze. Dosko, a nawet wyśmienicie, panie Przemku. Przemysławie. Wysyłam panu właśnie maila ze wszystkimi informacjami dotyczącymi wyjazdu. Z tym, że zaszła zmiana i będzie pan budował Trondheim, bo Bergen już pobudowane he, he, he. Trondheim ładne miasto, bardzo ładne i piękne nawet. Proszę mi powiedzieć, kiedy jest pan w stanie, panie Przemku, Przemysławie dotrzeć do Trondheim?
— Wie pani co, teraz nie mam za bardzo jak rozmawiać, bo chodzę po mieście i rozmyślam, ale jutro dam znać, dobrze?
— Dobrze, świetnie i doskonale. To ja za dwa dni zadzwonię do pana, a najlepiej jak pan mi odpisze, to i ja panu odpiszę. Dobrze?
— Jasne!
— To świetnie i pysznie nawet, panie Przemku, panie Przemysławie. Zatem czekam i na odpowiedź oczekuję. Do usłyszenia!
Trzasnęła słuchawką, ja również trzasnąłem a raczej wcisnąłem przycisk z czerwoną słuchawką i każde z nas poszło w swoją stronę.
Szybkim krokiem ruszyłem do domu i zasiadłem przed niedawno kupionym komputerem z dostępem do internetu. Rzecz jasna zacząłem uczyć się Norwegii ze szczególnym uwzględnieniem połączeń lotniczych do Trondheim. I mina mi zrzedła. Hm… tu jedenaście godzin. Tu dwadzieścia jeden, przez Berlin to może nawet dziewięć. Wszędzie dwie lub cztery przesiadki…
Dwa dni później pani Małgosia powiedziała, że jedna z linii lotniczych uruchamia na dniach bezpośrednie połączenie z Gdańska do Trondheim. A w ogóle to teraz jej rola się kończy i przechodzę pod skrzydła personelu z Norwegii.
— To ze swej i mojej strony wszystko, panie Przemku, panie Przemysławie. Gratuluję wyjazdu i podróży, a zarazem życzę dobrego wszystkiego po prostu, no, no, no to do zobaczenia, do widzenia!
Pik — pik — pik.
Gorączkowe poszukiwania wszelkich informacji pozwoliły mi dowiedzieć się, że Trondheim to trzecie co do wielkości miasto, po Oslo i Bergen, pracuje tu wielu Polaków, a miasto leży nad jednym z większych fjordów noszącym nazwę Trondheimsfjord, który w niczym nie przypomina znanych nam z przewodników turystycznych malowniczych fjordów.
W samym fjordzie znajduje się niewielka rafa koralowa, mnóstwo meduz, a w głębinach pływają spokrewnione z rekinami chimery. Raz na jakiś czas wpływają orki, a czasem trafi się wieloryb. Wtedy ruch na wodzie jest wstrzymywany i cały akwen monitorowany jest pod kątem aktywności tych pięknych wali, które możesz spotkać w tutejszych sklepach pod postacią porcjowanego steku.
Trondheim uważane jest za norweską Dolinę Krzemową. Lokalne przedsiębiorstwa technologiczne wprowadzają nowinki w zakresie zielonej energii i zrównoważonych zbiorów owoców morza. Miasto jest pierwszym na świecie oficjalnym obszarem testowym dla statków autonomicznych.
Jest tu największy technologiczny uniwersytet NTNU oraz największa — bo czterdziestotysięczna — społeczność studentów w kraju, a jednym z najbardziej lubianych wykładowców jest Polak, pan Krzysztof, który mieszka tu od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku. Były to czasy, w których jakikolwiek Polak był czymś egzotycznym. Do tego stopnia, że uczynni Norwegowie pytali pana Krzysztofa i przyjaciół, z którymi przyjechał, czy na pewno nie potrzebują ubrań i jedzenia!
A ponieważ nasz rodak przyjechał do Trondheim z tytułem doktora telekomunikacji, szybko zaczęto podejrzewać go o szpiegostwo na rzecz komunistów. Nie bez powodu, w końcu w Trondheim dwa lata wcześniej wynaleziono standard GSM. Koniec końców pan Krzysztof został kierownikiem laboratorium multimedialnego na uniwersytecie NTNU.
Z szybko zdobytych informacji praktycznych dowiedziałem się co kupić: litr wódki czystej (na sprzedaż), dwa kilo makaronu, sosy w torebkach, wagon papierosów (na sprzedaż), kiełbasa, paczkowana wędlina, cztery pary spodni, bielizna, dwie ciepłe kurtki, czapka, dwie pary butów, kubek, talerz, sztućce, kawa fusiasta, herbata, przyprawy w torebkach, ręczniki — dwa, ser żółty i parówki. Wiedziałem, że co dwa tygodnie Agencja wypłaca wynagrodzenie, zatem byłem przygotowany finansowo i spożywczo na najbliższe czternaście dni.
Plusem wyjazdu z Agencją jest również to, że firma dysponuje służbowymi kwaterami, w których możesz mieszkać przez pół roku, a później sio. Dzięki temu miałem gwarancję mieszkania w godziwych warunkach, a ponadto nie musiałem płacić landlordowi kaucji w wysokości trzymiesięcznego czynszu.
Tak przygotowany sprawdziłem kolejowy rozkład jazdy i ruszyłem w drogę. Zawsze lubiłem jeździć pociągiem. Uwielbiam stukot kół, ten monotonny rytm, specyficzny klimat związany z pociągami. Zwłaszcza, że trasa była naprawdę długa, bo z Wrocławia do Gdańska, gdzie mieściło się lotnisko stanowiące kolejny etap mojej podróży.
Nigdy wcześniej nie leciałem samolotem i lot do Norwegii był dla mnie dziewiczym rejsem. Kiedy rozsiadłem się wygodnie przy oknie i przymknąwszy oczy zacząłem wizualizację lotu, jako niezwykle przyjemnej i łagodnej formy podróżowania samolot ruszył. Potężne silniki, których moc wgniotła mnie w fotel rozpędziły samolot, by wkrótce unieść go nad pas startowy i postawić niemal do pionu, och! — to było niesamowite.
Był dwudziesty drugi kwietnia. W Polsce wiosna od dawna gościła na ulicach a obraz za oknami samolotu również na to wskazywał. Jednak po drugiej stronie Bałtyku nie było już tak miło. Krajobraz zdominowała biel.
I kiedy pogodziłem się z tym, że będę do pracy dojeżdżał skuterem śnieżnym wyjrzało słońce, niebieskie niebo dało nadzieję na cokolwiek, a spod śniegu nieśmiało wyłaniały się bure plamy pól.
Samolot systematycznie obniżał lot. Mogłem podziwiać rosnące w oczach detale klasycznych drewnianych domów, porozrzucanych narzędzi, rowerzystów, jadące powoli auta…
W oddali pojawiło się zaskakująco małe lotnisko. Niedaleko z komina jakiegoś zakładu spożywczego sączył się biały dym łączący się z chmurami — a więc tak powstają chmury, pomyślałem, a samolot dotknął kołami pasa startowego. Poczułem niewielki wstrząs i hamowanie. Wkrótce samolot zatrzymał się, co spotkało się z entuzjazmem pasażerów i burzą oklasków.
Od świeżego norweskiego powietrza dzieliła mnie centymetrowa blacha samolotu. Patrzę przez okno jak powoli, po norwesku podjeżdżają schody na kołach. Ku mojemu zdziwieniu niemal wszyscy rodacy ustawili się w kolejce do zamkniętych drzwi. Nigdy tego nie zrozumiem.
Lotnisko Trondheim znajduje się między miasteczkiem Stjørdal i czymś co nie wiadomo czy jest wsią, czy osadą o nazwie Hell zabudowaną domkami, na dachu których rosną łąki.
Chaos i brzydota chat oraz wszechobecny bałagan zaskoczyły mnie na tyle, że nie zwróciłem uwagi na przepięknie niebieskie wody Trondheimsfjordu. Tu ciekawostka — pas startowy lotniska wychodzi hen na fjord, co robi niesamowite wrażenie, gdy jesteś w samolocie lądującym na tym właśnie pasie.
Droga do miasta jest możliwa na trzy sposoby. Pociągiem, samochodem lub flybussem, czyli specjalnym połączeniem autobusowym między miastem i lotniskiem.
Pamiętacie bajki Hansa Christiana Andersena? To są właśnie te miejsca! Te wydawałoby się oblepione małymi drewnianymi domkami wzgórza, lśniące wieczorami blaskiem świateł migoczących z każdego budynku robią ogromne wrażenie i sprawiają, że robi się cieplej na sercu. Budowane na jedną modłę charakterystyczne chaty znane z przewodników turystycznych i programów telewizyjnych, charakteryzowały się podobnymi barwami: specyficzną czerwienią, bielą, szarością przechodzącą w bardzo delikatną niebieskość oraz żółcią. Te pięć kolorów dominowało w krajobrazie mieszkaniowym Norwegii i w zasadzie innych nie widziałem.
Flybuss jechał dosyć szybko, a kiedy wjechał do miasta, sielsko wiejski czar okraszony niebiańskim kolorem fjordu ustąpił zupełnie niespodziewanym obrazkom. Byłem przekonany, że trafiłem do właśnie budowanych przedmieść Trondheim, bo w oczy rzuciły mi się osiedla tymczasowych, nieogrodzonych domów, zbudowanych z — jak wydawało mi się- z kontenerów.
Pokryte asfaltem chodniki oraz zachwaszczone ogródki i zapuszczone trawniki sprawiały wrażenie prowizorki. Okazało się, że to najzupełniej normalny widok. „Nowi” Norwegowie tak po prostu mieszkają.
Zza okien flybussa przyglądałem się mijanym mieszkańcom. Większość ubranych było w sportowe ciuchy będące zwyczajowym strojem codziennym. Wkrótce dowiedziałem się, że Norweg posiada dwa typy strojów — sportowy czyli dres, bluzę i adidasy oraz elegancki komplet wyjściowy, który mógł być wykorzystany zarówno podczas uroczystości państwowych, wesel a nawet pogrzebów.
Szybko przekonałem się, że Norwegowie biegają. Do pracy, do sklepu, do urzędu, na spacer, do portu… Oni chyba nawet jak idą, to biegną. Albo jeżdżą rowerami.
Właściwe Trondheim zaczęło się od rzeki Nidelvy. Zabudowa uległa zmianie. Tak, to już zaczęło przypominać miasto. Piętrowe, murowane budynki były równie nijakie, co w pewien sposób się wyróżniające. Dopiero później olśniło mnie w czym tkwił sekret. Otóż nie było na nich, charakterystycznych dla Polski szyldów, reklam i innego paskudztwa. Było za to właściwe chyba tylko dla nordyków umiłowanie wyjebania po całości, co widać było najlepiej w dwóch przypadkach: gdy sygnalizacja świetlna zajarzyła się na czerwono oraz russy.
Pierwszy przypadek: kiedy flybuss zatrzymał się przed skrzyżowaniem, okazało się, że przechodnie nie korzystają z przejść dla pieszych! Oni po prostu przechodzą na krzyż! Ten z zasady grzeczny i stosujący się do przykazań naród, w tym przypadku kierował się starą końską zasadą — najkrótszą drogą do celu. W ten sposób ruch na krzyżówce zmienił się w rozkoszny flashmob, w którym gęsty tłum sobie tylko znanym sposobem szedł w sobie tylko znanym kierunku.
Wzrokiem wyłuskałem coś, co sprowadzi nas do przypadku numer dwa.
W przemierzającym skrzyżowanie tłumie kilka osób pokonywało trasę człapiąc na czworakach, a dwóch młodych mężczyzn szło ubranych jedynie w bokserki i klapki. Trzymali się za dłonie, a kiedy przyjrzałem się im dokładniej, okazało się, że ręce mieli związane taśmą klejącą.
O ile byłem skłonny przyjąć podróż przez skrzyżowanie jako nieodłączny urok Trondheim, o tyle trochę ciężej przyszło mi tak sądzić o nietypowych młodziakach, na których dosłownie nikt nie zwracał uwagi! To russy — absolwenci szkół zawodowych i liceów, którzy co roku świętują w ten sposób ostatni miesiąc nauki robiąc co tylko im się podoba, łącznie z przypadkowym seksem ocenianym przez specjalną komisję, bieganiem nago w miejscach publicznych i chodzeniem w tym czasie do szkoły w stanie wskazującym, jakbyśmy to pięknie określili. Witaj Norwegio!
Z informacji, które uzyskałem od norweskiego personelu Agencji, miałem udać się na ulicę Leistadvegen, gdzie znajdował się agencyjny dom z ogrodem. Niestety, nie miałem pojęcia, gdzie to jest, ale cóż — koniec języka za przewodnika. Ponieważ była niedziela, nikt nie pokwapił się, by odebrać mnie z lotniska.
W ten sposób dowiedziałem się, że musiałem jechać w kierunku Ikei, dokładniej w pobliże mleczarni Tine, a jeszcze dokładniej to musiałem szukać więzienia, bo jak się okazało, dwieście metrów od niego znajdowała się moja kwatera.
Upewniłem się, na którym przystanku muszę wysiąść, a był nim Trondheim Fengsel, czyli „Trondheimskie więzienie”. W norweskich autobusach z głośników płynął głos lektora zapowiadającego trasę. Dzięki temu na pytanie, jakie były pierwsze norweskie słowa, które usłyszałem odpowiadam: neste holdeplass, czyli następny przystanek, wymawiane beznamiętnie przez automatycznego lektora przy każdym przystanku.
Pełen uniesień mijałem domki bez ogrodzeń. Uśmiechałem się do Norwegów, witając się z nimi obowiązkowym hei, bo przecież na szkoleniach mówili nam, że takie zachowanie to norma w tym przyjaznym i otwartym na cudzoziemców społeczeństwie. Niestety reakcje a raczej ich brak oraz kierowanae w moją stronęie pobłażliwe spojrzenia nie zniechęcały mnie — byłem zbyt oczadziały Norwegią.
Moje szczęście skończyło się, gdy drzwi domu, w którym miałem mieszkać otworzył łysy mężczyzna w szarym dresie. Nie miał połowy zębów w górnej szczęce, a zza ściany jakiś tubalny głos krzyczał: „O ty, o ty bladziu ty, auuu!”. Jakiś czas później dowiedziałem się, że to poczciwy Franio krzyczy przez sen.
I zamieszkałem nad nim. Niestety, bez klucza umożliwiającego zamknięcie pokoju, bo ten się zgubił. Dwa tygodnie później, podczas jednej z prac rozbiórkowych znalazłem i zabrałem na próbę klucz otwierający przypadkowe drzwi. Pasował idealnie, bo jak się okazuje większość drzwi posiada zamek, do którego pasuje ten sam klucz i cała siła tkwi w specjalnej wkładce, którą możesz kupić w sklepie z artykułami budowlanymi.
Niezwykłość w zwyczajności
Norwegia jest wyzwaniem dla przeciętnego turysty, który musi zapomnieć o dotychczasowym stylu podróżowania. Tutaj spędzanie czasu na świeżym powietrzu jest jedną z narodowych pasji. W zależności od tego jakim dysponujesz budżetem, czekają na ciebie luksusowe hotele lub tzw. hytty; wypoczynkowe domki rozsiane po całym kraju lub skromne, wręcz surowe pokoje, w których dodatkowym wyposażeniem jest na przykład pościel lub czajnik.
Norwegowie przyzwyczajeni do częstych zmian pogody wiedzą, że najlepiej przygotować się na każdy rodzaj pogody. Dlatego na wyposażeniu każdego skandynawskiego turysty znajdziesz plecak z latarką, dwoma kompletami ciepłych ubrań i koniecznie coś przeciwdeszczowego, a noszone przez nich obuwie jest wygodne i przyczepne do podłoża, które w nieoczekiwanym momencie staje się zabójczo śliskie.
W razie potrzeby wyjmują z torby kanapki i batonik Kvikk Lunsj, który od lat trzydziestych dwudziestego wieku stanowi element historii Norwegii oraz nieodzowne wsparcie każdej wycieczki. W bocznej kieszonce plecaka czeka na wszelki wypadek termos z gorącą herbatą, a na wypadek ciemności w innej kieszonce — lampa czołówka.
Przede wszystkim zachwycają się pięknem natury. To ciekawe, że ci uzależnieni od technologii i luksusu ludzie w jednym momencie potrafią się odizolować od wszelkich wygód. Oczywiście tak jak my nie rozstają się ze smartfonami, bo dziś telefon jest naszym wszystkim. W tym przypadku mapą, kompasem, latarką, aparatem fotograficznym, gołębiem pocztowym lub przewodnikiem.
Surowy klimat, wszechobecne skały o urozmaiconym kształcie i budowie połączone z przeszło tysiącem fjordów sprawiają, że Norwegia jest chyba jedynym miejscem zawierających w sobie coś odpychającego i jednocześnie pierwotnie przyciągającego.
Tak jest na przykład z archipelagiem Hvaler znajdującym się koło miasta Fredrikstad w południowej części kraju. Dlaczego wybrałem właśnie to miejsce, jako pierwszy obiekt warty zobaczenia? Może dlatego że najbardziej uosabia tę niezwykłość Norwegii, która polega na jej zwyczajności.
Jeśli spytałbyś mnie w czym tkwi sekret Norwegii, odpowiedziałbym: „niezwykłość w zwyczajności”.
Norwegia to detale, które nadają życiu smak. Lokalne jedzenie i przywiązanie do tradycji. Proste wzornictwo czerpiące z otoczenia. Wzajemny szacunek i te międzypokoleniowe więzy społeczne tworzące wspólnotę. To zaangażowanie w pomoc innej osobie, bo choć pozornie obcy jesteśmy jednym organizmem. Przywiązanie do tradycji oraz radość ze wspólnego spędzania czasu. To życie jakby poza modą, czasem, konsumpcyjnym trybem życia. Duma z prostoty. Świadomość miejsca, w którym się żyje.
To jest prawdziwa Norwegia. Nie Preikestolen. Nie Kjeragbolten. Nie Droga Atlantycka czy Trollstigen, którą znacie jako Drogę Trolli, w rzeczywistości oznaczającą Drabinę Trolli. Oczywiście poza wszelką skalą jest przecudowny Geirangerfjord, ale to insza inszość. Sztuką jest znaleźć niezwykłość w zwyczajności.
I dziś chciałbym opowiedzieć o miejscu niezwykłym w swej zwyczajności. Celowo wybrałem to skromne, nie do końca znane widowisko natury znajdujące się kilkadziesiąt kilometrów na południe od Oslo.
Interesuje nas przylegający do miasta Fredrikstad archipelag Hvaler, skupisko wysp i wysepek, które jest właśnie niezwykłe w swej zwyczajności. A w samym Fredrikstad urodził się legendarny podróżnik i zdobywca Arktyki, Roald Amundsen.
Ten otwarty wielkim mostem ciąg wysp i wysepek jest mekką dla fotografów, łazików, nurków i wędkarzy! Bogactwo owoców morza, a przede wszystkim rafy koralowe, z których najdłuższa ciągnie się ponad kilometr i jest największą w Europie! I z tego powodu ustanowiono tu w dwa tysiące dziewiątym roku Park Narodowy Ytre Hvaler.
Najlepiej dotrzeć tutaj samochodem, ale jeśli waszym ulubionym pojazdem będzie autobus — to nawet lepiej. Doskonale zorganizowana sieć transportu publicznego, na który składają się nie tylko autobusy i kolej, lecz też promy i tramwaje wodne zapewnia punktualną i komfortową jazdę. Jeśli jedziecie samochodem uważajcie na zjazdy z głównych dróg, bo niemal wszędzie ujrzycie tabliczki z napisem PRIVAT VEI co oznacza, że zboczyliście w prywatną drogę, której właściciel nie będzie szczególnie zadowolony. Na miejscu znajduje się Kuvauen — miejsce, w którym znajdziecie grillowisko, rozbijecie namiot, w którym możecie bezkarnie nocować. Dzieje się tak dzięki prawu dostępu, o którym teraz słów parę.
Prawo dostępu, czasami nazywane też prawem do wędrowania gwarantuje wszystkim możliwość swobodnego przemieszczania się — pod warunkiem poszanowania natury. Jak już wiemy, spędzanie czasu na świeżym powietrzu jest jedną z największych pasji i elementem norweskiej tożsamości. Do tego stopnia, że praktycznie każda przestrzeń zaliczana jest do dobra wspólnego, i nawet jeśli podróżnik chciałby rozbić namiot na prywatnej posesji, może to zrobić. Wystarczy, że zgłosi to właścicielowi gruntu, nawet jeśli napisze sobie na wejściu do posesji PRIVAT VEI.
Oczywiście istnieją pewne zasady, do których należy się stosować tak, aby wszyscy mogli korzystać z uroków natury.
Podstawę stanowi nakaz; bądź odpowiedzialny. Nie wyrządzaj szkód, a kiedy opuszczasz dane miejsce zostaw je w takim stanie, w jakim chciałbyś je ponownie zastać.
Prawo dostępu wywodzi się z tradycji. Ujęto ją formalnie w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym roku jako tak zwane „prawo wszystkich ludzi” (Allemannsretten), zgodnie z którym każdy ma prawo do kontaktu z naturą na takich samych warunkach.
Można więc rozbić namiot lub spędzić noc pod gwiazdami na terenie całego kraju oprócz pól uprawnych i miejsc postoju przy trasach. Wyjątkiem jest odległość od domu, w pobliżu którego zamierzasz przenocować. Wynosi ona minimum sto pięćdziesiąt metrów. Jeśli chcesz spędzić w tym samym miejscu więcej niż dwie noce, musisz uzyskać pozwolenie właściciela terenu, chyba że trafiłeś na odludzie.
Między piętnastym kwietnia a piętnastym września w lasach lub w ich pobliżu nie wolno rozpalać ognisk, a w pozostałym czasie podczas palenia ognia należy zachować ostrożność.
Archipelag Hvaler jest idealnym miejscem na długie spacery. Zróżnicowane, skaliste plaże upstrzone mnóstwem muszli, resztek krabów pozostałych po ptasiej uczcie, ten „rozkoszny chaos” w połączeniu z niestrzeżonym parkingiem dla taczek, zafoliowanych łodzi, skarlałych od naporu ostrego wiatru drzew i skał wyglądających jak pocięte ogromną piłą, dają poczucie przebywania gdzieś na pustkowiu, mimo iż parę kilometrów dalej znajduje się gwarne i zatłoczone miasto.
Solidarność przez małe s.
Historia jest krótka i choć miała miejsce dosyć dawno jest aktualna do dziś. To dziwne, że w kraju „Solidarności” nie ma — nomen omen — solidarności i dopiero za morzem poczułem jej siłę.
Podoba mi się norweskie wychowanie. To przedszkolne taplanie się w błocie, ale takie całkowite, od stóp do głów. A potem zlewanie tych małych brudasów szlauchem, przy radosnym wyciu maluchów. A wszystko dzieje się na początku maja, przy czym norweski maj jest jak polski marzec.
Ze wzruszeniem wspominam chwile, gdy podczas samotnych spacerów wzdłuż dróg mijający mnie Norwegowie zatrzymywali swoje samochody i pytali mnie, czy wszystko jest ok, bo może potrzebuję pomocy. Świadomość, która wtedy narodziła się we mnie sprawiła, że teraz jestem innym człowiekiem, bo nauczyłem się reagować. Widzieć. Pomagać. Nie odwracać wzroku.
W Trondheim doświadczyłem tego na własnej skórze.
Aby zjechać z centrum miasta w stronę ulicy Gamle Oslovegen, przy której mieszkałem, należy przejechać przez zwykle zatłoczone rondo. Nie inaczej było pamiętnego dnia, ale to nie dziwne, gdy wracasz z pracy w godzinach szczytu.
Tego dnia ruch był wolniejszy niż zwykle ze względu na oblodzoną drogę — winna temu była zamarzająca mżawka. Na dodatek część drogi dojazdowej do ronda pokryta była brukiem, po którym jechałem.
Wracałem z pracy moim właśnie kupionym, pięcioletnim focusem kombi. Po drodze wpadłem do centrum handlowego, gdzie w Remie 1000 oraz Coopie kupiłem trochę wszystkiego i niczego: bułki, słone masło, serek wiejski, mleko, torbę żelków, mrożoną seję, warzywa i dżem jagodowy w kilogramowym wiaderku. Niespiesznie wracałem do domu i kląłem na okropną pogodę. Wiesz; jechać w zamarzającej mżawce, gdy wokół was znajduje się mnóstwo samochodów w ruchu to tak, jakbyś prosił się o wypadek.
Czasem słyszycie o słynnej głupocie/brawurze Norwegów. Jeśli nie, kiedyś wam o tym opowiem, ale póki co musicie wiedzieć, że nagle pomiędzy te wszystkie powolutku sunące samochody wyskoczyła tuż przede mnie półciężarówka miejskich służb oczyszczania. Rozumiecie, bruk, zamarzająca w powietrzu mżawka i takie tam.
Miałem dwa wyjścia. Albo z całej siły nacisnąć hamulce, ale zapewne już byśmy nie rozmawiali albo liczyć na szczęście, że z mojej prawej strony nikogo nie ma i zjechać z drogi. Wybrałem drugie rozwiązane i wylądowałem w zaspie, z której nie sposób było się wydostać. Cała nadzieja w tym, że ktoś zlituje się i pomoże.
Nie musiałem długo czekać. Ruch zamarł, a z samochodów wysiedli ludzie zostawiając na rondzie uruchomione pojazdy. Było ich kilkunastu. Milcząc, sunęli w moją stronę. Weszli w zaspę, okrążyli samochodów, zaparli się i w milczeniu… wypchnęli auto. Upewnili się, że wszystko jest w porządku, po czym w milczeniu wrócili na zakorkowane rondo, wsiedli do aut i pojechali dalej.
Twierdza, której nie ma
Wizyta na Fjøløy to świetny pomysł dla tych, którzy chcą spędzić cały dzień w przepięknych okolicznościach przyrody z obłędnym widokiem na fjord, wszędobylskimi owcami oraz śladami historii tej bliższej i dalszej. To jeden z klejnotów w turystycznej koronie zdobiącej Stavanger.
Kiedy już spełniłem jedno z moich marzeń, czyli stanąłem nad brzegiem najpiękniejszego fjordu świata w Geiranger, spędziłem urodziny na Preikestolen, a kilka dni później dostałem ataku paniki podczas próby wejścia na Kjeragbolten, napiłem się wody wprost z rzeki nad Månafossen i deptałem po krowich plackach w drodze do Vigdel Priest — postanowiłem ruszyć bardziej na północ.
Rzuciłem okiem na mapę i postanowiłem ruszyć na Fjøløy. Był piątek, wypadł mi dzień wolny. Pogoda była taka sobie, ale doświadczenia z Drogi Atlantyckiej nauczyły mnie, że kiepska pogoda to jedynie sugestia.
Jak trafić na Fjøløy? Najlepiej za pomocą nawigacji samochodowej, jednak zanim dotrzecie na miejsce musicie uzbroić się w cierpliwość. Otóż piątkowe popołudnia nie są dobrym pomysłem, by tam wyruszyć. Powodem są ogromne korki, kiedy to Norwegowie gremialnie ruszają w stronę Bergen, do którego w tym przypadku jedynym sensowym sposobem dotarcia jest podróż promem. A ten, jak wiadomo, ma ograniczoną pojemność, co przekłada się na ogromne korki powstałe na drogach dojazdowych.
Kiedy już uporacie się z zatorami i traficie na miejsce, po drodze zobaczycie klasztor w Utstein — jedyny zachowany średniowieczny klasztor w Norwegii. Niegdyś mieszkał tu król Harald Pięknowłosy. W średniowieczu był tu klasztor, a w osiemnastym wieku folwark miejscowego magistratu. W latach trzydziestych przekształcony w muzeum, do którego wejście już nie jest darmowe. Można za to przespacerować się po przylegającym do niego starym cmentarzu, by po chwili ruszyć w dalszą drogę. Po drodze najprawdopodobniej stoczysz bitwę o miejsce na drodze, a twoimi przeciwnikami będą bohaterskie owcze trójki (to nie metafora), które są dosłownie wszędzie.
Fjøløy jest popularnym terenem rekreacyjnym. Wybrzeże tworzy uroczą zatokę, nad którą góruje latarnia morska. Obok znajduje się przystań, w której czasami cumuje łódź żądnego przygód potomka wikingów. Kiedyś był to teren wojskowy, a Niemcy rozstawili tu w kwietniu tysiąc dziewięćset czterdziestego roku działa broniące wejścia do Stavanger od strony Morza Północnego. Armaty rozstawione w tym miejscu były częścią baterii obejmującej trzy miejsca: Fjøløy, Randaberg i Kvitsøy.
Trasa ze Stavanger do Fjøløy zajmuje zwykle jakieś 40 minut jazdy samochodem. Należy do tego dodać bliżej nieokreślony czas związany z weekendowymi korkami. Po drodze doświadczymy norweskich niesamowitości, przejedziemy tunelami, zobaczymy pływające naftowe konstrukcje przywodzące na myśl film Wojna światów Spielberga. Coś niesamowitego. A parę kilometrów dalej cofniemy się w czasie patrząc na charakterystyczne dla tego regionu mury zbudowane z płaskich kamieni układanych jeden na drugim. No po prostu świat rodem z historii o wikingach.
Po II wojnie miejsce to służyło norweskiemu wojsku. Hitlerowskie stanowiska artyleryjskie zostały obsadzone nowym rodzajem broni. Z czasem okazało się to zbędne, więc armia sprzedała miejce lokalnym władzom i dziś jest to miejsce spotkań.
Drogi są tu wąskie i ulgę sprawia brak jadącego z naprzeciw auta. Kiedy już dotrzesz na miejsce powita cię przestronny, darmowy parking oraz wszechobecne owcze trójki. Problemem nie jest już to, że jest ich aż tyle. Raczej to, że pojawiają się nagle i w miejscach zupełnie niespodziewanych.
Latarnia, która rzuca się w oczy, to historyczny budynek, którego początki sięgają tysiąc osiemset siedemdziesiątego dziewiątego roku. Miejsce jest zadbane i czyste.
Możesz iść na żywioł i po prostu spacerować zadbanymi ścieżkami, ale możesz kierować się wytyczonymi szlakami i od czasu do czasu odpocząć w przygotowanych w tym celu miejscach. Do dyspozycji masz czyste toalety, gdzieś na skale pozostawiony jest grill, a między skałami znajduje się ukształtowany przez naturę letni teatr, które sklepienie stanowi trójkątny żagiel. A między tym wszystkim militarne pozostałości opowiadające o tym miejscu.
Dlaczego jest to tak niezwykłe miejsce? Czy sprawia to militarna przeszłość tego miejsca? Nie do końca. Myślę, że tajemnicą jest bujna, niezwykle różnorodna roślinność oraz urozmaicona linia brzegowa. To wszystko sprawia, że chce się tu być.
Oczywiście nie musisz tylko spacerować, odpoczywać i robić zdjęcia. Możesz zapolować na maliny, porozmawiać z owcami, ale przede wszystkim wędkować, a potem usmażyć złowioną rybkę na naskalnym grillu z obłędnym widokiem na przystań, której strzeże niewielka, urocza latarnia.
Są takie miejsce, które określamy jako ukryty skarb. I taki jest Fjøløy.
Czas opuścić stare śmieci
Mijała kolejna zima w Norwegii. Wyprowadziłem się z domku przy Leistadvegen znajdującym się w sąsiedztwie więzienia. Wydaje mi się, że okoliczni mieszkańcy odnotowali to z zadowoleniem, bo w końcu szalony Polak przestał zbierać grzyby na ich nieogrodzonych posesjach.
Generalnie czasu spędzonego w tym miejscu nie wspominam źle, mimo iż była tam ogromna rotacja i tylko nasza trójka: Franciszek, Krzysio i ja byliśmy stałymi lokatorami. Niestety właściciel terenu, na którym mieścił się ogród zainwestował w budowę kontenerowego miasteczka, w którym zamieszkali pracownicy z Polski i Słowacji.
Były to swego rodzaju państwa — miasta zbudowane z modułów o wymiarach dwa i pół na sześć metrów. W zależności od przeznaczenia kontenery służyły jako mieszkania, kantyna, świetlica czy łazienki. Ustawione piętrowo były bardzo wygodne i zapewniały pracownikom czyste, wygodne, ciepłe kwatery z dostępem do bieżącej wody, nowoczesnej toalety i prysznica.
Nie tylko emigranci korzystali z tego typu rozwiązań. W przypadku placów budowy położonych na odludziu, nawet na zimnej północy inwestor lub wykonawca stawiali takie miasteczka kontenerowe. Wewnątrz kontenera znajdował się: aneks kuchenny, lodówka, pralka, łazienka z prysznicem, wygodne łóżko, ogrzewanie oraz internet, a nawet otwarty raz w tygodniu sklepik.
Miasteczko kontenerowe w Trondheim różniło się tym, że każdy musiał zapewnić sobie dostęp do internetu we własnym zakresie. Raz w tygodniu polska konserwatorka powierzchni płaskich sprzątała to polsko–słowackie siedlisko budowlańców.
Na zewnątrz stały stoły wykonane z materiału, jaki pracownicy przynosili z pracy, a zdobyte na Finnie krzesła służyły wszystkim.
Czym jest Finn, spytacie? Teoretycznie jest to jedno z wielu internetowych targowisk, ale większość powie z miną znawcy, że Finn to sztuka przetrwania dla każdego, kto przyjechał do Norwegii i chce się urządzić, mając wszystko i nie mając nic. Pogrupowane w kategorie przedmioty nie są specjalnie drogie, jednak polskiemu sercu bliska jest jedna kategoria: gis bord, czyli za darmoszkę.
Utylizowanie zużytych przedmiotów nie jest w Norwegii tanie, dlatego wystawiający wolą oddać nawet ładną, dużą szafę pod warunkiem, że odbierzesz ja na własny koszt.
Jest też inny sposób na zdobycie prostych przedmiotów, a mianowicie sklepowe wystawki i nie można z nich korzystać, a zatem są jak najbardziej wskazane. Niestety są dosyć niebezpieczne, bo przeznaczony do utylizacji sprzęt znajduje się w dosyć wysokich kontenerach.
Nie powiem, również z takiego specjału skorzystałem, gdy pewnego wieczoru, podjeżdżając na zaplecze Elkjøpu, takiego norweskiego sklepu a elektroniką i agd. Zdziwiłem się, gdy ujrzałem nie tylko czających się w cieniu rodaków, ale i Norwegów psioczących na pieprzonych obcokrajowców, przez których nie można w spokoju plądrować kontenerów z zużytą elektroniką i AGD.
Do tej pory mam piękną lampkę nocną zdobytą w ten sposób, a grzejnik olejowy służył mi długi czas.
Wróćmy jednak do kontenerowych enklaw, które generalnie podziwiam, ale tej konkretnej nienawidziłem.
Pewnego dnia postanowiłem założyć warzywniak. W nieodległym o pięć kilometrów sklepie ogrodniczym sieci Plantasjon kupiłem nasiona marchewki, rzodkiewki i koperku, a niewykorzystane do obiadu czerwone ziemniaki wsadziłem do gruntu, gdy pod wpływem temperatury dostały wąsów. Z przyniesionych z pracy desek oraz sporego kawałka folii zbiłem inspekt, w którym roślinki mogły bez obaw rosnąć. Wystarczyło czekać, a w międzyczasie usuwać chwasty oraz podlewać.
Aż pewnego dnia mój warzywniak padł ofiarą maszyn budowlanych przygotowujących grunt pod budowę kontenerowego miasteczka. To wtedy postanowiłem jak naszybciej opuścić to miejsce i znaleźć nowe lokum. A musicie wiedzieć, że wynajem mieszkania, co ja mówię — pokoju, to droga sprawa. Koszt wynajęcia mieszkania wynosi nawet dwadzieścia tysięcy koron, ale dziesięciometrowy pokój to wydatek od czterech do sześciu tysięcy koron. Normą jest wpłacenie trzymiesięcznej kaucji z góry.
Na domiar złego poszukiwanie zakwaterowania to niemal wojna psychologiczna. Visning, czyli spotkanie z właścicielem mieszkania w sprawie wynajmu przypomina pojedynek, w którym wszystkie chwyty są dozwolone, a pod płaszczykiem uprzejmości oraz szerokich uśmiechów rozgrywa się walka o przetrwanie i zyski. Zdarza się, że podczas visningu wypełniasz ankietę, w której najemca żąda od ciebie takich oto informacji: jakiej jesteś narodowości, czy palisz, jakie masz hobby, czy masz pracę, ile zarabiasz, czy masz alergię, czy masz zwierzę, jakie są twoje preferencje seksualne, wyznaniowe i tak dalej. Na dodatek nie masz gwarancji, że wygrasz, a ostateczna informacja przychodzi do ciebie mailem nawet miesiąc później.
Najgorsze jest to, że im więcej castingów przejdziesz, tym mniejsze są twoje oczekiwania. Oznacza to, że z upływem czasu jedyne o czym myślisz to to, że chcesz po prostu w końcu znaleźć mieszkanie/pokój i mieć święty spokój. Przestaje być ważna odległość od przystanku autobusowego, od centrum, od sklepu, od czegokolwiek. Miałeś oczekiwania wobec wyposażenia mieszkania? To już ich nie masz.
Podczas rozmów z dumnymi Sarmatami słyszałem przestrogę za każdym razem, gdy rozmawiałem na temat visningu:
„Kiedy będziesz gadał z Norkami, nie mów, że jesteś Polakiem. Oni prześladują nas i nigdy nie wynajmują mieszkań Polakom”.
Twierdzenie to jest oczywiście równie prawdziwe jak to, że wszystkie bociany na świecie urodziły się w Polsce, więc machnijmy ręką na tegeo typu legendy ludowe i wróćmy do poszukiwań czterech kątów. W końcu, kiedy udaje ci się zdobyć nowe lokum, całujesz ze łzami w oczach ten pusty pokój, który powinien być umeblonwany, ale machnąłeś na to ręką.
Umówienie visningu odbywa się zwykle drogą mailową. I tu ponownie kłania się portal Finn, dzięki któremu można zaplanować tydzień pełen castingowych, przepraszam, visningowych wrażeń.
Tu należy się pewne zastrzeżenie — Norwegowie przywiązują ogromną wagę do uczciwej transakcji. Często zdarzało mi się być świadkiem transakcji zawieranych ustnie.
Niestety i tutaj dotarli oszuści. Dotyczyło to między innymi ogłoszeń wynajmu mieszkań. Jak wcześniej powiedziałem, wynajem to bardzo uciążliwa sprawa i wielu obcokrajowców wiele dałoby za jak najszybszą możliwość przeprowadzki. Jest to po prostu na tyle uciążliwe i — co tu dużo mówić — upokarzające, że wielu z nas, imigrantów zapłaciłoby ekstra za możliwość uniknięcia tej mitręgi.
W pewnym momencie na Finn trafiła spora liczba ogłoszeń wynajmu mieszkań położonych w atrakcyjnych lokalizacjach. Ogłoszeniodawcom udało się stworzyć korzystne wrażenie na obcokrajowcach, którzy nie znając lokalnych zwyczajów, ale mając świadomość uciążliwości visningu oraz uczciwości Norwegów — uwierzyli naciągaczom.
Typowe ogłoszenie zawierało informację o lokalu oraz powód, dla którego ogłoszeniodawca jak najszybciej chce pozbyć się mieszkania. Duża ilość zdjęć mieszkania działała na wyobraźnię potencjalnego najemcy. W trakcie korespondencji oszust wytwarzał więź z klientem, wykorzystywał jego potrzeby i umiejętnie manipulował nim, przysyłał mailem wstępną umowę wynajmu mieszkania zgodną z ustawą o wynajmie mieszkań. A co najważniejsze; szedł najemcy na rękę, jeśli chodzi o wpłacenie trzymiesięcznej kaucji.
Ogłoszeniodawca przysyłał maila, w którym znajdował się odnośnik do firmy transportowej, na przykład TNT. I tam znajdował się numer konta, na który trzeba było wpłacić zaliczkę. Tyle że była to idealna imitacja strony TNT, a po wpłacie zaliczki konto było likwidowane w ciągu dwudziestu czterech godzin. Dochodziło do sytuacji, w których pod wskazanym przez oszustów adresem mieszkali nic nie wiedzący o sprawie tubylcy.
Nie mam pojęcia, jak powszechny był ten proceder, ale w gratisie powiem ci, że sam padłem ofiarą tego typu akcji. Na dno fjordu poszło piętnaście tysięcy koron…
Policja raczej nie podejmuje działań w takich sprawach, a przynajmniej tak było w moim przypadku. Media niestety nie zainteresowały się sprawą i myślę, że nikomu nie zależało na nagłośnieniu tej afery. Zachwiałoby to rynkiem wynajmu mieszkań oraz podważyłoby zasady panujące w norweskim społeczeństwie, a zwłaszcza zaufanie między ludźmi.
A gdzie red flags, spytasz. Widzisz, jak jesteś po trzydziestu takich visningach w miesiącu… W takich sytuacjach człowiek każdą pozytywną odpowiedź traktuje jako dar niebios.
Z jakiegoś powodu w pamięci utkwiły mi dwa visningi. Pierwszy odbył się wieczorem, a przed domem stała tabliczka informująca o spotkaniu. Dróżka prowadząca do wejścia była zapełniona czekającymi na swoją kolej kandydatami na najemców. W mieszkaniu siedziała w fotelu wiecznie uśmiechnięta starsza pani. Robiła na drutach i wzrokiem wskazywała na leżący na stoliczku plik ankiet, które należało wypełnić przed rozpoczęciem spotkania.
Było to dwupokojowe mieszkanie. Bardzo przytulne i całkowicie wyposażone. Było to najbardziej przyjemne lokum, jakie zapamiętałem.
Drugi visning był przeciwieństwem pierwszego. Chłodny pod każdym względem. Mieszkanie stanowiła przerobiona piwnica, a jedyne wyposażenie stanowił zlew, w czymś na wyrost nazwanym kuchnią. Cena wynajmu była dwa razy wyższa niż w przypadku tamtego przytulnego mieszkania. Właściciel z dumą pochwalił się zamaskowanymi w ścianie drzwiami, przez które wchodził niezapowiedziany i kontrolował najemców, choć było to ewidentne złamanie prawa o wynajmie mieszkań.
Visningi stały się moją pasją. Za to prawdziwym weekendowym hobby stała się norweska kuchnia.
Jedzenie tak ohydne, że aż pyszne
Jest taki czas w życiu każdego, że kończą się przywiezione z domu zapasy i trzeba udać się na zakupy do Coopa czy innej Remy 1000. Pełen wyobrażeń o rozległym asortymencie oraz luksusowych produktach ruszyłem na zakupy, Jednak im bardziej w regały, tym większe zaskoczenie.
Pierwsze co zwróciło moją uwagę, to dosyć ubogi asortyment. Dopiero później dowiedziałem się, że Norwegowie jako ludzie generalnie mało ciekawi wszystkiego kupują w zasadzie jeden, dwa gatunki określonego produktu i to wszystko. Choćby na półce stało sto wariantów herbaty i tak będą kupować dwa ulubione.
Przyzwyczajony do bogactwa wyboru w polskich sklepach oraz liczby sieci handlowych spodziewałem się, że przybywając do jednego z najbogatszych krajów świata, czeka na mnie ogromny wybór dóbr wszelakich, wielkie promocje i wiele handlowych marek znanych z innych krajów.
Kiedy przekonałem się, że norweski handel podzielony jest raptem między cztery firmy, a krajowa sieć produkcji spożywczej to tak naprawdę pojedyncze podmioty z udziałem państwa, zbladłem. Jak to? Gdzie możliwość wyboru? Gdzie konkurencja? Z czasem okazało się, że to ma sens. Produkcja żywności i handel, jak wszystko w Norwegii służy ochronie własnych obywateli oraz krajowego rynku.
Weźmy taki nabiał. Owszem, zdarzają się produkty marki, powiedzmy Nestle czy Danone, ale jest ich mało. Prym wiodą lokalne produkty mleczne wytwarzane przez krajowe przedsiębiorstwo Tine. Ta państwowa firma nie tylko produkuje nabiał, lecz skupuje mleko od krajowych hodowców bydła. Niezależnie, ile wydoisz z tej mućki i tak państwo kupi od ciebie wszystko, co wyciśniesz.
Do sklepów trafiają przepyszne mleczne produkty w rozmaitych wariantach. Mój organizm nie toleruje surowego mleka, które bardzo lubię, ale nie mogę go pić. Przynajmniej tak myślałem, zanim zamieszkałem w Norwegii. Okazało się, że Tine potrafi tak skomponować mleko, że napój ten stał się istotnym elementem mojej diety.
Nie tylko mleko stało się moim objawieniem. Stałem się nawet nie fanem, lecz wyznawcą tutejszego serka wiejskiego. Kojarzycie tę mleczną przekąskę? Te cudowne słonawe serowe grudki rozpływające się na podniebieniu? Jedzenie norweskiego serka wiejskiego było dla mnie jednym z najlepszych doznań kulinarnych od lat. Podobnym odkryciem były mrożone warzywa, a szczególnie groszek — świeży, soczysty, cudownie zielony, słodkawy.
Bez wahania powiem, że jednym z powodów, dla których warto było tu przyjechać jest masło. To dzięki niemu cofnąłem się w czasie, gdy będąc kilkuletnim brzdącem biegłem do oddalonego o kilometr sklepu po solone masło. Stało na ladzie w postaci ogromnego bloku zakrytego pergaminem. Sprzedawczyni odkrajała z niego niezgrabne kostki. Masło było pysznie słone, a w połączeniu z ciepłym, dopiero co kupionym chlebem stanowiło pychotę, której smak pamiętam do dziś. I gdy kolejny raz stoję przed chłodnią w Coopie, przypominam sobie chwile lubińskiego dzieciństwa.
I choć bogactwo nabiału przyprawia o ból głowy to pozostałe produkty nie dają wielkich nadziei. Ostra musztarda, która okazuje się słodkawa, przetwory warzywne, ketchupy, makarony, herbaty i napoje występują w niewielu wariantach a to, co jest smakuje co najmniej dziwnie i musi minąć trochę czasu, zanim zacznie smakować.
Za to rodzajów mąk mamy mnóstwo. Domowe wypieki to kolejny norweski sport narodowy. Mąka do pizzy, do chleba, do ciast, do bułek… Głowa boli od bogactwa wyboru, ale cóż… Tutaj nawet wywiadówka w szkole jest okazją do spotkań towarzyskich, na które rodzice przynoszą blachy własnoręcznie upieczonych ciast.
Podobnie jest z mięsem. Świeże, pięknie rozebrane, świetnie wyeksponowane, zawodowo podane przez niezwykle wykwalifikowany personel, który potrafi podać ci przepis na najlepsze danie z wołowiny. Nic, tylko zacmokać się na śmierć.
Norwegowie lubią jeść. Prosto, czasem wykwintnie, ale zawsze dobrze. Nie stać ich na byle jakie żarcie i nie mówię tu o pieniądzach. Po prostu życie jest zbyt krótkie by jeść niezdrowo, choć z drugiej strony życie jest zbyt krótkie, by odmawiać sobie przyjemności niekoniecznie zdrowego jedzenia. Kierując się tą dwoistością, Norwegowie przejęli z Ameryki Południowej taco, które stało się nowym, drugim po pizzy Grandiosa daniem narodowym. Taco jest ohydne, koszmarnie podane, ale proste i sycące.
W tym momencie przypomniałem sobie posiłki w zakładowej stołówce, w trakcie których młodzi Norwegowie jedli wszystko, co mieli pod ręką, mieszali to w niejadalną całość i pożerali ze smakiem. Dosłownie pożerali. Podsumowaniem posiłku było porządne beknięcie i soczysty bąk przywitany wielkim entuzjazmem przez współbiesiadników. Chwilę później rozpoczął się nieformalny turniej na najwspanialszego pierda, a zawodników oceniali żywiołowo reagujący współbiesiadnicy.
I tak od jedzenia przechodzimy do pichcenia, a w tym Skandynawowie są bezkonkurencyjni. Świadczą o tym najważniejsze turnieje kulinarne, w tym najbardziej prestiżowy „Bocuse d’Or” — odbywający się co dwa lata konkurs najlepszych kucharzy z 24 krajów. Od początków istnienia czyli od 1987 roku do momentu, w którym czytasz te słowa norwescy kucharze zdobyli pięć złotych, cztery srebrne i cztery brązowe medale. Tym samym są lepsi — i tu długa pauza — niż Francuzi uważani za najlepszych kucharzy świata.
Nowoczesna norweska gastronomia na nowo odkrywa tradycyjne smaki regionalnej kuchni. Łączy ją z elementami kuchni świata i nie boi się eksperymentować.
To ciekawe, bo tradycyjne norweskie dania nie są tym, za czym przepadają sami Norwegowie. Co prawda na pamiątkę starych, biednych czasów, kiedy mięso było droższe od złota a rzepa była największym delikatesem, do dziś można kupić w sklepach właśnie rzepę, specjalnie pakowane w folię aluminiową ziemniaki na sztuki, lub przygotowane wcześniej płaty przepysznego boczku gotowego do upieczenia, ale jest to właśnie pamiątka po tej biednej Norwegii, która dopiero w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym roku eksplodowała ropą, gazem i bogactwem.
Sytuacja materialna Norwegów otworzyła ich na kulinarny świat, jednak nie zapomnieli o korzeniach i kultywowaniu pamięci. To oficjalna wersja dla turystów. Codzienna jest taka, że tradycyjne potrawy odchodzą w przeszłość i jeśli ktoś się nimi zajada, są to obcokrajowcy, którzy w ten sposób honorują lokalną kulturę i okazują szacunek mieszkańcom.
Położenie geograficzne, sposób wojażowania ludzi północy nie sprzyjał kulinarnemu rozwojowi. Nie było czasu i warunków, a podczas wypraw kładziono nacisk na zupełnie coś innego niż rozwój kuchni. Tubylcy byli ograniczeni przez surowy klimat w jakim mieszkali, co skutecznie ograniczało napływ nowinek, już nawet nie tyle gastronomicznych, ile obyczajowych, technologicznych itd.
Niegościnny klimat, uboga w składniki gleba oraz wszechobecne skały utrudniały rozwój rolnictwa a hodowla zwierząt gospodarskich nie była powszechna. Stąd niezwykła popularność powszechnie dostępnych ryb.
Zatem dary morza: głównie makrela, halibut, dorsz, seja, czy łosoś, a nawet wieloryb do dziś poławiany i spożywany. Łowiono również kraby oraz homary. W okolicznych lasach polowano na dziczyznę, zbierano grzyby, maliny, w ogródkach uprawiano proste, odporne na pogodę warzywa, a przy domach hodowano nieliczne zwierzęta.
Z czasem doszły ziemniaki, które dotarły do Norwegii w osiemnastym wieku. Do ich popularności przyczynił się „kartoflany ksiądz”. Tym mianem określano księdza Hermana Ruge, który miał fioła na punkcie upowszechniania kartofli w ojczyźnie. To chyba jedna z największych nowinek kulinarnych, które opanowały kraj i stały się dodatkiem do chyba wszystkiego. I tu ciekawostka; o ile możesz wwieźć do Norwegii mięso, papierosy czy wódkę, to do więzienia możesz trafić za przemyt ziemniaków. Źródeł tej decyzji musimy — jak w przypadku chyba wszystkiego w tym kraju — szukać w przeszłości, kiedy w dziewiętnastym wieku zaraza niemal zniszczyła wszystkie ziemniaki, tak ważne w biednym krajobrazie Norwegii.
Wspomniane ryby spożywane są rozmaicie, ale zawsze smacznie — pieczone, w cieście, wędzone, smażone, surowe, sfermentowane, przesolone, rozpuszczone w ługu.
Bardzo popularna jest zupa rybna oraz ohydne ciasto rybne. Norwegowie mówią, że lubią sztokfisza, którego smród jest nie do wytrzymania, ale kiedy poczęstujesz ich tym smakołykiem, grzecznie acz stanowczo odmawiają. Uwaga! Nie należy mylić sztokfisza ze sfermentowanym szwedzkim śledziem, który opłukany w zimnej wodzie nie jest tak ohydny, za jakiego uchodzi.
Norwegia jest rajem dla miłośników dziczyzny. Zjemy tu głuszca (w Polsce pod ścisłą ochroną), łosia czy dziwacznego w smaku renifera. Zdarza się, że wybrańcy spożyją niedźwiedzie mięso. Stosunkowo łatwe do zdobycia jest mięso z płetwala karłowatego, którego poławianie traktowane jest jako tzw. regulowanie gatunku.
Miałem przyjemność jeść suszone serce renifera i jest ono równie ohydne, jak suszone mięso z antylopy, które lata temu przywiózł z RPA mój stryj. Śmierdzi, pęcznieje w ustach, a w konsystencji jest jak paskudna mordoklejka na sterydach. To znaczy suszone mięso, nie stryj.
Z drugiej strony był to mój błąd — aby takie mięso było zjadliwe, należy je skroić na wiórki. Wtedy smakuje lepiej. Lata później spróbowałem tego w ten sposób i przyznam, że wciąż śmierdziało ale smak był lepszy.
Z kolei pieczona polędwica z łosia jest wspaniałym doznaniem kulinarnym, którego długo nie zapomnę. Soczysta, rozpływająca się na języku, potraktowana jedynie solą i pieprzem oraz chrzanem. Popularne są również mięsne i warzywne gulasze, a także przetworzona żywność.
Poznałem tu specjalnie przetworzoną rybę, której nie uświadczysz gdzie indziej.
Lutefisk to bożonarodzeniowe danie i robi się je ze sztokfisza, czyli suszonego dorsza. Rybę moczy trzy dni w ługu sodowym — silnie żrącej substancji. Następnie moczy się przez trzy dni w wodzie. W wyniku tego zabiegu ryba intensywnie pachnie, ma galaretowatą konsystencję. Całość gotuje się lub smaży, choć znam przepis, w którym ryba jest pieczona. Po upływie niecałej godziny wyjmuje się ją z pieca i podaje z warzywami.
Norwegowie uwielbiają słodycze, które są absurdalnie opodatkowane i myślę, że jeśli kiedykolwiek tutejsze społeczeństwo rozpocznie powstanie, to jego przyczyną będzie nie rosyjska okupacja, lecz drogie słodycze. Praktycznie w każdym sklepie możecie kupić je na wagę, a czekolada często przełamywana jest nietypowymi smakami, dzięki czemu łakoć ta nabiera oryginalnego smaku.
Oczywiście tubylcy wariują na punkcie ciast, które są tu obecne wszędzie. Każda restauracja, kafejka, spotkanie, wywiadówka i narada w zakładzie pracy wiąże się z kawą i pysznym własnego wyrobu ciastem.
Jest też Smalahove, czyli barania głowa, świąteczny przysmak, ale o nim później.
I grillpølse, czyli odpowiednik naszego hot- doga. Kawałek gotowanej parówki wrzuconej w podłużną bułkę spożywany jest masowo. Powiedzieć, że Norwegowie mają fioła na punkcie gillpølse, to jak nic nie powiedzieć.
Nie ma weekendu, nie ma święta bez bułki z parówką, która sprzedawana jest tu w dziesiątkach odmian i z rozmachem reklamowana.
Kuchnia norweska może wydawać się co najmniej dziwna. W wielu wypadkach niejadalna jak Lutefisk, ale jest też Brunost, przypadkiem wynaleziony smaczny brązowy ser, który dostaniesz tylko tutaj.
I teraz przechodzimy do potraw właściwych dla Norwegii.
Najpopularniejszym trunkiem jest Aquawit, tutejszy alkohol o mocy około stu procent. Choć produkuje się go z ziemniaków lub zboża to jedynym prawilnym jest ten wytwarzany z ziemniaków. Doprawia się go głównie kminkiem oraz koprem, choć producenci dodają również inne zioła, w zależności od producenta trunku. Generalnie aquawit pity jest często i podajwany do większości tradycyjnych tłustych i zbyt słonych dań.
Nie mogę ominąć w tej historii drinku samoróbki, który podano mi w Trondheim. Był to kaszk i nie przypominał niczego, co kiedykolwiek piłem.
Aby otrzymać przepyszny kaszk potrzebujemy czystej akwawity, kubka oraz kawy rozpuszczalnej. Sypiemy do kubka dwie czubate łyżeczki kawy, którą zalewamy wrzątkiem do połowy naczynia. Pozostałą część zalewamy alkoholem i mieszamy. Siedząc na sofie wypijamy łyk drinka, po czym próbujemy wstać.
Jesteś gotowy spróbować najbardziej charakterystycznych dań dzielnych synów i cór wikingów? Zapraszam więc do norweskiej kuchni, gdzie poznamy pięć wybranych przeze mnie dań, które zjesz tylko w Norwegii.
Lutefisk
Mówi się, że norweską emigrację można podzielić na dwa rodzaje; tę, która uciekła przed tym daniem oraz tę, która postanowiła propagować lutefisk na świecie.
To słynne ohydne danie zwane tez rybą mydlaną, powstaje poprzez moczenie suszonego dorsza w ługu sodowym. W odpowiednim stężeniu używa się go do na przykład rozpuszczania zwłok, usuwania ciężkich zabrudzeń z pojazdów ciężarowych, ale również do produkcji spożywczej, na przykład coli.
Następnie ryba jest parę dni płukana w wodzie, a następnie gotowana, smażona lub pieczona oraz podawana z ziemniakami lub pieczonymi warzywami. Przed świętami gotowy lutefisk można nabyć w nieprzyzwoitej cenie w norweskich marketach.
Pierwszą wzmiankę o lutefisk znajdujemy w 1555 roku, gdy szwedzki duchowny Olaus Magnus opisał to danie.
Aby przygotować pyszny lutefisk dla czterech osób potrzebujesz:
— 2 kg lutefiska (można samodzielnie przygotować sztokfisza, ale lepiej zrobisz, gdy kupisz przygotowaną w tym celu rybę)
— 1,5 łyżeczki soli
— 1 kg ziemniaków odmiany Ringerike lub Gulløye (w polskiej wersji najlepsze będą sałatkowe)
— 400 g boczku
Ułóż rybę skórą do brytfanki lub dna naczynia żaroodpornego. Obficie posyp solą. Wstaw rybę na 3 godziny do lodówki. Po tym czasie wyjmij rybę z lodówki, opłucz rybę i naczynie wodą. Dodaj odrobinę zmielonego czarnego pieprzu. Przykryj brytfankę lub naczynie folią aluminiową i wstaw do piekarnika nagrzanego do 225°C, gdzie musi piec się przez około 45 minut.
Opłucz i obierz ziemniaki. Gotuj je w wodzie do miękkości, około 20 minut. Smaż boczek na patelni, aż będzie chrupiący.
Podawaj lutefiska z ziemniakami, boczkiem i puree z groszku.
Syltelabb
To tradycyjne danie początkowo funkcjonowało jako coniedzielny przysmak. Z czasem ograniczono je do bożonarodzeniowego dania. Te okropnie słone świńskie raciczki są niemal niejadalne.
Peklowane i pieczone, wręcz przesolone danie podawane jest z pieczywem, buraczkami i musztardą. Syltelabb nieprzypadkowo jest tak słone, bowiem trzeba tę słoność czymś złagodzić. I jest to najczęściej Aquavit, o mocy bliskiej stu procent, choć kiedyś popijano to danie warzonym specjalnie na Boże Narodzenie piwem.
Syltelabb jest proste w przygotowaniu. Należy je wymoczyć w zimnej wodzie, następnie gotować 3 godziny w niemal wrzącej solance. Następnie hartujemy nóżki w zimnej wodzie, by zachowały ładny wygląd. Przekrajamy na pół, podajemy z gotowanymi warzywami typu marchew lub buraki, i spożywamy ze słuszną ilością Aquavity.
Smalahove
Smalahove jest tradycyjną bożonarodzeniową potrawą, ale i poza sezonem znajdziemy ją w menu niektórych restauracji. Jak większość tradycyjnych norweskich dań wywodzi się z biedy a konkretnie mówiąc z czasów, w których gospodynie gotowały ze składników, jakie dosłownie miały pod ręką.
Nie ma co ukrywać, spożycie baraniego łba związane jest z hartem ducha i samozaparciem. Najpierw należy opalić łeb, by pozbyć się wszelkiego owłosienia. Następnie trzeba usunąć mózg i wrzucić łeb do gara. Nie bardzo wiem, do czego porównać wydobywający się podczas gotowania smród, więc musicie uwierzyć mi na słowo, że można się udusić.
Doświadczenie nabyte podczas obcowania z tradycyjną, wyborną norweską kuchnią mówiło mi, że najlepiej będzie jak najszybciej to przełknąć, równocześnie z uśmiechem chwaląc potrawę podczas głaskania się po brzuchu. O ile policzki nie są jeszcze takie złe, o tyle język już niekoniecznie, a oko jest wyzwaniem. Podpowiem, że danie, a szczególnie oko najlepiej wchodzi, gdy spożywa się je ze sporą ilością aquavity.
Aby przygotować wyśmienite Smalahove dla 4 osób potrzebujesz:
— 4 półgłówki owcy
— 1 rzepę
— . 2 marchewki lub dwa czerwone buraki
— pół litra gęstej śmietany
— 2 łyżki masła
— pół łyżeczki soli
— pół łyżeczki gałki muszkatołowej
— mielony czarny pieprz do smaku
— 1 kg ziemniaków
Do garnka włóż półgłówki czyli owczych głów połówki i zalej je wodą. Gotuj na małym ogniu przez ok. 5 godzin.
Obierz rzepę i marchew/buraki. Pokrój na kawałki. Gotuj razem do miękkości, zmiksuje je razem ze śmietanem i masłem. Dopraw pieprzem i gałką muszkatołową. Podawaj z uprzednio ugotowanymi ziemniakami.
Baranie jądra
Baranie jądra przyrządzane są na wiele sposobów: gotowane, smażone, pieczone… Jak tylko chcesz. Przy okazji tego dania przypominamy sobie o smakowaniu norweskiej kuchni jako najwyższym stopniu poświęceni choć są tacy, którzy uważają, że to wspaniałe danie jest chlubą kuchni arabskiej.
Aby przygotować ten frykas dla 2 osób, bo myślimy tu o rozkosznej kolacji dla dwojga, potrzebujesz:
— 2 baranie jądra
— marchew/rzepę/buraki
— łyżeczka ziół do smaku
— kwaśną śmietanę
— ząbek czosnku
— masło
— sól i pieprz do smaku
Ugotuj warzywa, zmiksuj je dodając masło, śmietanę, sól i pieprz.
Umyj jądra i zdejmij z nich skórę (ważne, byś się nie pomylił), a następnie pokrój i sparz wrzątkiem. Rozpuść na patelni masło i dodaj do niego zgnieciony czosnek oraz zioła. Od razu dodaj jądra i smaż z obu stron przez kilka minut doprawiając je solą i pieprzem.
Język dorsza
Jedną z najpopularniejszych przekąsek jest zanurzony w panierce i wykąpany w głębokim tłuszczu język dorsza typu skrei. Gatunek ten należy do dorszy wędrownych i w przeciwieństwie do znanych nam względnie przybrzeżnych kuzynów szlaja się gdzie popadnie. Ten potwór może ważyć nawet 55 kilogramów, żyć 20 lat i mierzyć dwa metry długości. Niezły bandzior, lelum polelum.
Zdobycie świeżego języka powiązane jest z sezonem na połów skrei, przypadającym na okres od stycznia do marca. Jeśli chcesz spróbować tego przysmaku musisz udać się na północ, gdzie możesz być świadkiem dla jednych bulwersujących, dla innych ciekawych wydarzeń. Polegają one na tym, że około 13- letnie dzieci za pomocą długiego, ostrego noża i specjalnego szpikulca pozbawiają ryby języków. No cóż, tradycja.