E-book
31.5
drukowana A5
67.66
drukowana A5
Kolorowa
94.11
Dziewczynka, która zbierała gwiazdy.

Bezpłatny fragment - Dziewczynka, która zbierała gwiazdy.


Objętość:
246 str.
ISBN:
978-83-8467-649-3
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 67.66
drukowana A5
Kolorowa
za 94.11

Dla moich dzieci.


Jeśli kiedyś zgubicie swoją drogę,

spójrzcie w niebo.


Jeśli kiedyś zgubicie siebie,

nie bójcie się swojego cienia.


A jeśli kiedyś pomyślicie,

że jesteście sami,

pamiętajcie, że gdzieś

zawsze świeci gwiazda,

która zna Waszą drogę.


Kocham Was

bardziej, niż potrafią powiedzieć słowa.

                                                   Mama

Wstęp

O rzeczach, które znikają


Mówią, że kiedy człowiek czegoś bardzo długo szuka, w końcu to znajduje.


To nieprawda.


Czasem znajduje coś, czego nigdy nie powinien był odnaleźć.


Czasem wspomnienie, które miało pozostać pogrzebane, choć ziemia nad nim wciąż jest świeża, a nocą ktoś wygładza ją dłonią. Zawsze od środka. I zawsze wtedy, gdy nikt nie patrzy.


Czasem czyjś głos — cichy, dobiegający zza zamkniętych drzwi, mimo że po drugiej stronie nie ma już żadnego pokoju. Głos, który milknie dopiero wtedy, gdy ktoś przyłoży ucho do drewna. A wtedy można usłyszeć oddech. Nie swój, ale zbyt bliski, by należał do kogoś daleko.


Czasem własny cień, który porusza się odrobinę za późno.


A czasem tylko małą gwiazdę, zimną i ciężką, leżącą na dnie kieszeni. Tak ciężką, że materiał ugina się pod nią, choć nikt nie pamięta, kiedy została tam włożona. Rano bywa wilgotna, jakby przez całą noc leżała na dnie studni. Czasem zostawia na skórze ślad, którego nie da się zmyć. Ślad, który z każdym dniem ciemnieje.


Nikt nie wie, dokąd trafiają rzeczy, które gubimy.


Zgubione klucze odnajdują się pod łóżkiem.


Zgubione listy leżą latami w szufladach, żółknąc w ciemności, czasem przesuwając się nocą o kilka centymetrów. Czasem pojawia się na nich nowa linijka, napisana pismem, którego nikt nie rozpoznaje. Zawsze zaczyna się od słów: „Już idę”. A potem atrament jest jeszcze mokry.


Zgubione zabawki czasem czekają na nas na strychach, przykryte kurzem i czymś, czego lepiej nie nazywać. Ich oczy są wtedy zwrócone ku schodom, choć nikt ich tam nie ustawił. A kiedy ktoś odwraca wzrok, są już bliżej. Czasem stoją na pierwszym stopniu. Czasem na ostatnim.


Ale są rzeczy, które znikają bez śladu.


Tak przynajmniej myślą dorośli.


Dzieci wiedzą lepiej.


Wiedzą, że niektóre rzeczy nie znikają.


Tylko czekają.


Czekają w starych domach, gdzie nocą skrzypią schody, choć nikt po nich nie chodzi, a na najwyższym stopniu rano widać ślady wilgotnych stóp. Zawsze prowadzą w dół. Nigdy z powrotem. Czasem nocą pojawia się ich więcej. Najpierw jedna para. Potem druga. Aż w końcu schody są pełne śladów, choć dom pozostaje pusty.


W pustych pokojach, w których powietrze wciąż pamięta czyjąś obecność i robi się chłodniejsze, gdy ktoś wypowiada jej imię. Czasem zasłony poruszają się tam bez wiatru, jakby ktoś właśnie przeszedł za nimi. Czasem zatrzymują się, jakby ktoś po drugiej stronie nasłuchiwał. A potem materiał unosi się lekko, jakby twarz próbowała zajrzeć do środka.


W kieszeniach płaszczy, których nikt już nie nosi.


W zegarkach, które zatrzymały się o tej samej godzinie — jakby coś kazało im przestać odmierzać czas. Czasem wszystkie wskazówki drżą jeszcze przez chwilę, choć mechanizm dawno ucichł. A potem jedna z nich przesuwa się o minutę, zawsze w stronę północy. Następnej nocy przesuwa się znowu.

I czasem…


w cieniu.

Bo cień pamięta wszystko.


Pamięta twarze, imiona i kroki, które ucichły zbyt nagle.


Pamięta, kto stał za drzwiami, kiedy nikt nie odważył się ich otworzyć.


Pamięta, kto pukał.


Nawet to, o czym człowiek sam chciałby zapomnieć.


Dlatego nie należy bać się własnego cienia.


Nie należy też uciekać przed rzeczami, które bolą.


Nie wiadomo bowiem, dokąd prowadzi ucieczka, ani co może podążyć za człowiekiem.


Zwłaszcza gdy cień nie znika razem z nim.


Zwłaszcza gdy po zamknięciu drzwi wciąż widać go po drugiej stronie.


Zwłaszcza gdy unosi rękę, choć człowiek stoi nieruchomo.


Bo są takie drzwi, których nie da się otworzyć kluczem.


Są takie drogi, których nie można znaleźć na żadnej mapie.


I są takie powroty, na które trzeba czekać bardzo długo.


Czasem całe życie.


A czasem wystarczy jedna gwiazda.


Ta historia zaczyna się właśnie od takiej gwiazdy.

Rozdział I

Chłopiec bez cienia


Mila miała dziewięć lat i uważała, że dorośli zbyt często patrzą pod nogi.


Nie dlatego, że bali się potknąć.


Po prostu zapomnieli, że nad nimi jest niebo.


Każdego wieczoru wychodziła na plażę i siadała na największym kamieniu. Znała go tak dobrze, że nadała mu imię. Nazywała go Panem Kamieniem, chociaż Pan Kamień nigdy się jej nie przedstawił.


Tej nocy niebo było wyjątkowo ciemne, głębokie jak atrament rozlany po granatowym jedwabiu. Nad horyzontem morze oddychało cicho, a fale przesuwały się po piasku z miękkim, srebrzystym szelestem. Słony zapach wody mieszał się z chłodem nocy i wilgotną wonią kamieni. Gdzieś w oddali nocny ptak wydał pojedynczy, urwany dźwięk, jakby sprawdzał, czy świat jeszcze słucha.


Mila czekała na gwiazdy.


Pierwsza spadła o ósmej siedemnaście.


Druga — trzy minuty później.


Trzecia wpadła prosto do morza i przez chwilę fale świeciły jak rozlane mleko, a ich grzbiety migotały w ciemności niczym rozsypane okruszki księżyca. Z głębi wody dobiegło ciche plasknięcie, choć żadnej ryby nie było widać.


Mila już miała zejść z kamienia, kiedy usłyszała głos.


— Przepraszam.


Rozejrzała się. Serce zabiło jej szybciej, choć nie wiedziała jeszcze, czy bardziej z ciekawości, czy z niepokoju. Ciekawość podniosła jej brodę, ale lęk kazał mocniej zacisnąć palce na krawędzi kamienia.


Na plaży nikogo nie było. Tylko wiatr przesuwał drobinki piasku, a daleko przy brzegu kołysała się stara łódź, skrzypiąc cicho w rytm fal. Jej łańcuch brzęknął raz, srebrzyście, i zaraz umilkł. Po tym dźwięku zapadła cisza tak nagła, że Mila usłyszała własny oddech. Przez chwilę pomyślała, że powinna pobiec do domu, zanim głos odezwie się ponownie.


— Tutaj — powiedział głos.


Za Panem Kamieniem siedział chłopiec.


Miał granatowy płaszcz, bose stopy i bardzo mokre włosy, z których spływały krople lśniące w księżycowym świetle. Piasek wokół niego był ciemniejszy, jakby morze dopiero co go tam zostawiło. Z jego płaszcza unosił się chłodny zapach głębin.


Mila spojrzała na niego uważnie, nie schodząc jeszcze z kamienia. Chłopiec wyglądał na zmarzniętego, ale jego twarz była spokojna w sposób, który budził jeszcze większy niepokój. Przez moment Mila miała wrażenie, że za Panem Kamieniem nikogo nie było — że chłopiec pojawił się dopiero wtedy, gdy odwróciła wzrok. Chciała podejść i sprawdzić, czy naprawdę tam siedzi, lecz wyobraziła sobie, że jeśli zbliży się choćby o krok, chłopiec może zniknąć albo zrobić coś, czego nie potrafiłaby przewidzieć.


— Skąd się tu wziąłeś?


Chłopiec wzruszył ramionami. Zerknął na nią, jakby chciał sprawdzić, czy naprawdę go widzi.


— Nie wiem.


Mila poczuła ukłucie rozczarowania. Liczyła na niezwykłą odpowiedź, a jednocześnie zwyczajność tych słów wcale jej nie uspokoiła. Jeśli on nie wiedział, skąd się wziął, to kto mógł wiedzieć?


— A jak masz na imię?


Chłopiec długo milczał. Nad nimi przesunęła się cienka chmura, a gwiazdy zamigotały, jakby również czekały na odpowiedź. Jego palce zacisnęły się lekko na brzegu płaszcza.


Mila przełknęła ślinę. Najchętniej zadałaby jeszcze kilka pytań naraz, ale każde kolejne wydawało się odrobinę bardziej niebezpieczne od poprzedniego.


— Też nie wiem.


Mila uznała, że to trochę dziwne.


Ale najbardziej dziwne było coś innego.


Księżyc świecił na chłopca.


Piasek był oświetlony.


Kamień był oświetlony.


Mila widziała nawet cień mewy siedzącej na starej łodzi.


Tylko chłopiec nie miał cienia.


Przyjrzała się uważniej. Pod jego stopami nie było nawet najcieńszej smugi ciemności. Fala przesunęła się po piasku, światło księżyca drgnęło, a pustka u jego stóp pozostała nieruchoma. Mila poczuła, jak skóra na karku cierpnie. Powinna odsunąć się od krawędzi kamienia, a jednak nie mogła oderwać wzroku od tej niemożliwej pustki.


— Zgubiłeś go? — zapytała.


Głos zabrzmiał jej ciszej, niż zamierzała. Pytanie było dziwne, ale łatwiejsze niż pytanie, czy chłopiec jest duchem.


Chłopiec spojrzał na swoje stopy. Fala podpełzła do nich, musnęła piasek i cofnęła się z cichym westchnieniem, jakby morze znało odpowiedź, lecz nie chciało jej zdradzić. Chłopiec drgnął, kiedy zimna woda dotknęła jego skóry, lecz nie odsunął się.


Mila zauważyła ten ruch i przez moment pomyślała, że może wcale nie jest odważniejszy od niej. Ta myśl przyniosła jej odrobinę ulgi, choć zaraz potem przypomniała sobie, że on nadal nie miał cienia.


— Tak.


— Gdzie?


Pytanie wymknęło jej się, zanim zdążyła się przestraszyć. Ciekawość okazała się szybsza niż rozsądek.


Chłopiec nie odpowiedział od razu. Spojrzał za Milę, w stronę czarnej tafli morza. Przez chwilę wydawało jej się, że coś poruszyło się daleko za jego plecami, tam, gdzie światło księżyca nie sięgało. Mila poczuła nagłą chęć, by obejrzeć się za siebie, ale bała się, że jeśli odwróci wzrok, zobaczy coś, czego nie będzie już mogła odzobaczyć. Chłopiec ściszył głos.


— Na końcu świata.


Mila zamyśliła się. Nad morzem noc była tak rozległa, że trudno było powiedzieć, gdzie kończy się woda, a zaczyna niebo. W oddali horyzont drżał w bladym świetle, jak cienka zasłona skrywająca coś, czego nie powinno się jeszcze zobaczyć.


Przez chwilę chciała zapytać, czy chłopiec nie boi się tam wrócić. Zamiast tego zsunęła stopę z kamienia i dotknęła nią chłodnego piasku. Serce znów przyspieszyło. Każda część niej mówiła, żeby została na kamieniu, lecz jakaś cicha, uparta myśl podpowiadała, że jeśli teraz się cofnie, już nigdy nie dowie się, kim on jest.


— To daleko?


Chłopiec pokręcił głową. Tym razem spojrzał na Milę dłużej, a w jego oczach pojawiło się coś, czego nie umiała nazwać — może ulga, a może ostrożna nadzieja.


Mila nie była pewna, czy powinna mu wierzyć. Mimo to zsunęła z kamienia drugą stopę. Strach nadal tkwił w niej jak zimny kamyk, ale ciekawość ogrzewała ją od środka.


— Nie.


A potem dodał:


— Daleko jest tylko wtedy, kiedy nie masz z kim iść.

Rozdział II

Człowiek, który posiadał czas


Następnego ranka Mila spakowała do małego plecaka trzy kromki chleba, jabłko i latarkę.


Chłopiec patrzył na nią z zaciekawieniem.


— Po co ci latarka? — zapytał.


— Na drogę.


— Przecież jest dzień.


Mila wzruszyła ramionami.


— Droga nie zawsze jest ciemna wtedy, kiedy jest noc.


Chłopiec zastanawiał się nad tym przez chwilę.


— To prawda.


Ruszyli przed południem.


Mila nie wiedziała dokładnie, gdzie znajduje się koniec świata. Chłopiec również nie wiedział. Postanowili więc iść wzdłuż brzegu, bo morze — jak powiedziała Mila — zawsze wie, dokąd płynie.


Szli długo.


Po kilku godzinach zobaczyli dom.


Był bardzo wysoki i bardzo wąski, jakby wyrósł z ziemi z nasiona zasianego przez sen. Jego dach ginął w bladej mgle, a okrągłe okna połyskiwały, choć słońce stało po drugiej stronie nieba. Na każdej ścianie wisiały zegary.


Były ich setki.


Małe zegary.


Duże zegary.


Zegary ze wskazówkami złotymi, srebrnymi i czarnymi.


Jeden chodził do tyłu.


Inny nie miał wskazówek.


Jeszcze inny odmierzał czas za pomocą kropli wody.


Przed domem siedział starszy mężczyzna.


Na kolanach trzymał zegarek i polerował go białą chusteczką.


— Dzień dobry — powiedziała Mila.


Mężczyzna nawet nie podniósł głowy.


— Jest jedenasta czterdzieści trzy.


— Tak — odpowiedziała Mila.


— Za siedemnaście minut będzie południe.


— Wiem.


— Za dwadzieścia cztery godziny będzie jutro.


Mila spojrzała na chłopca.


Chłopiec spojrzał na mężczyznę.


— A pan kim jest? — zapytał.


Starzec uśmiechnął się z dumą.


— Jestem właścicielem czasu.


Mila usiadła obok niego.


— To musi być bardzo ciężka praca.


Mężczyzna przestał polerować zegarek.


— Dlaczego?


— Bo czas jest ciężki.


— Nonsens — oburzył się. — Czas nic nie waży.


Mila podniosła z ziemi mały kamyk.


— Ten też prawie nic nie waży.


Położyła go na dłoni.


— Ale kiedy ktoś rzuci go w okno, może zrobić dziurę.


Starzec spojrzał na nią podejrzliwie.


— Co chcesz przez to powiedzieć?


Mila wzruszyła ramionami.


— Nic. Dorośli zawsze pytają, co coś znaczy. Czasami kamień jest po prostu kamieniem.


Chłopiec zachichotał.


Starzec nie.


Wstał i wszedł do domu.


Po chwili wrócił z małym pudełkiem.


Otworzył je ostrożnie.


W środku znajdował się zegarek.


— Ten jest najcenniejszy — powiedział. — Pokazuje czas, którego jeszcze nie było.


Mila nachyliła się nad pudełkiem.


Wskazówki poruszały się bardzo szybko.


— A można go zatrzymać?


— Oczywiście.


Starzec przekręcił małe pokrętło.


Zegarek stanął.


W tej samej chwili wszystkie zegary na ścianie ucichły.


Mężczyzna uśmiechnął się.


— Widzisz? Teraz mam władzę nad przyszłością.


Chłopiec przyglądał się zegarkowi.


— A co z teraźniejszością?


Starzec zmarszczył brwi.


— Teraźniejszość?


— Tak.


— Teraźniejszość nie jest ważna. Trwa tylko chwilę.


Chłopiec podniósł wzrok.


— Właśnie dlatego jest ważna.


Starzec nic nie odpowiedział.


Mila wzięła chłopca za rękę.


Kiedy odchodzili, obejrzała się jeszcze raz.


Wszystkie zegary w domu nadal chodziły.


Tylko jeden nie.


Ten, który miał pokazywać przyszłość.


A jednak, kiedy byli już daleko, Mila usłyszała za plecami ciche tykanie.


Coraz szybsze.


Coraz głośniejsze.


Jakby ktoś właśnie odkrył, że przyszłość nie lubi być zamykana w pudełkach.


Chłopiec nagle się zatrzymał.


— Co się stało? — spytała Mila.


Nie odpowiedział.


Patrzył na piasek.


Tuż za nimi ciągnął się ślad ich stóp.


Dwa rzędy małych odcisków.


I coś jeszcze.


Między nimi, kilka kroków dalej, piasek był lekko wgnieciony.


Jakby szedł tam ktoś trzeci.


Mila przykucnęła.


— To twoje?


Chłopiec pokręcił głową.


— Nie mam tak dużych stóp.


Mila dotknęła śladu palcem.


Był ciepły.


Chłopiec pobladł.


— Co to jest?


Przez chwilę patrzył na odcisk, jakby próbował sobie coś przypomnieć.


— Nie wiem.


Potem powiedział bardzo cicho:


— Ale znam ten ślad.


— Skąd?


Chłopiec spojrzał w stronę domu człowieka, który posiadał czas.


— Chodził za mną, zanim zgubiłem cień.


Mila chciała zapytać, co to znaczy.


Ale wtedy wiatr przesypał piasek.


Ślad zniknął.


Tylko jeden mały kamyk pozostał na jego miejscu.


Był gładki i miał w sobie cienką, złotą żyłkę.


Taką samą jak zegarek starca.

Rozdział III

Kobieta, która pamiętała jutro


Tego wieczoru zatrzymali się w lesie.


Nie był to zwyczajny las.


Drzewa rosły bardzo blisko siebie, lecz ich gałęzie nie splatały się. Każde pozostawiało drugiemu dokładnie tyle miejsca, ile potrzebowało, by rosnąć.


Mila pomyślała, że drzewa muszą być bardziej uprzejme od ludzi.


Rozłożyła koc pod największym z nich.


Chłopiec siedział obok i patrzył w niebo.


— Myślisz, że jutro znajdziemy mój cień? — zapytał.


— Nie wiem.


— Powinnaś powiedzieć „tak”.


— Dlaczego?


— Bo tak mówią przyjaciele.


Mila uśmiechnęła się.


— To dobrze. Jutro znajdziemy twój cień.


Chłopiec również się uśmiechnął.


Mila poczuła, że te słowa są większe, niż powinny. Wypowiedziała je, żeby go pocieszyć, ale teraz zabrzmiały jak obietnica, której nie wolno jej złamać. Chłopiec chyba pomyślał o tym samym, bo jego uśmiech stał się ostrożniejszy.


Ale tej nocy nie zasnęli.


Las czuwał razem z nimi. Z ciemności dochodziło ciche kapanie, choć nie padało, a liście poruszały się wysoko nad ich głowami, jakby ktoś przechodził między gałęziami. Powietrze pachniało mokrą korą i zimną ziemią. Mila kilka razy podnosiła głowę, pewna, że między pniami widzi jasny błysk.


Za każdym razem był to tylko księżyc.


O północy usłyszeli dzwonek.


Jeden.


Dźwięk zawisł wśród drzew i długo nie chciał zamilknąć.


Potem drugi.


Chłopiec przysunął się do Mili. Poczuła, że jego ramię drży.


A potem trzeci.


Dźwięk dochodził z głębi lasu.


— Kto mieszka w lesie? — zapytał chłopiec.


— Może ktoś, kto ma dzwonek.


— To bardzo rozsądne.


Mila wstała, choć kolana miała napięte. Chłopiec chwycił ją za rękę. Ruszyli między drzewami, a ich kroki tłumił wilgotny mech. Im dalej szli, tym ciszej robiło się wokół. Nawet wiatr ucichł. Został tylko zapach żywicy i odległe, metaliczne drżenie dzwonków.


Mila próbowała myśleć o czymś zwyczajnym: o kocu, o poranku, o tym, że rano będą musieli znaleźć wodę. Jednak każdy kolejny krok odbierał tym myślom siłę. Dłoń chłopca była mała i wilgotna, a jego palce zaciskały się na jej ręce tak mocno, jakby bał się, że las może ich rozdzielić.


Po kilku minutach zobaczyli mały dom z czerwonymi drzwiami.


Czerwień była zbyt żywa jak na noc. Wyglądała, jakby drzwi były świeżo pomalowane albo jakby pod ich powierzchnią tliło się coś gorącego.


Mila poczuła, że serce zaczyna bić jej szybciej. Nie wiedziała, czy bardziej boi się tego, co może znajdować się za drzwiami, czy tego, że chłopiec rozpozna tam coś, czego ona nie będzie mogła przed nim ochronić.


Przed domem stała kobieta.


Miała siwe włosy splecione w długi warkocz i suknię tak niebieską, że przypominała nocne niebo tuż przed pojawieniem się gwiazd.


Nie poruszała się. Nawet kiedy wiatr przeszedł przez las, jej suknia pozostała nieruchoma.


— Czekałam na was — powiedziała.


Mila zatrzymała się. Chłopiec nie puścił jej ręki.


Przez chwilę Mila miała wrażenie, że kobieta nie patrzy na nich, lecz na coś, co wydarzyło się już wcześniej. Jakby ich przybycie było tylko powtórzeniem sceny, którą znała na pamięć.


— Skąd pani wiedziała, że przyjdziemy?


Kobieta spojrzała na chłopca.


— Wiedziałam.


— Ale skąd?


— Z jutra.


Mila zmarszczyła brwi. Poczuła chłód na karku, choć noc nie była zimna. W głowie natychmiast pojawiła się myśl, że powinni odejść, zanim kobieta powie coś jeszcze. Jednocześnie nie potrafiła się poruszyć. Jej ciekawość była silniejsza od rozsądku.


— Nie można wiedzieć czegoś z jutra.


Kobieta uśmiechnęła się.


— Dorośli często mówią „nie można”, kiedy chcą powiedzieć „nie rozumiem”.


Mila poczuła ukłucie wstydu, choć nie wiedziała dlaczego. Chciała odpowiedzieć, że nie jest dorosła, że nie musi rozumieć wszystkiego, ale słowa ugrzęzły jej w gardle.


Chłopiec zrobił krok do przodu, lecz zaraz się zatrzymał. Czerwone drzwi za kobietą lekko zadrżały, jakby ktoś dotknął ich od wewnątrz.


Chłopiec wpatrywał się w nie z napięciem. Mila poczuła, jak jego dłoń nagle sztywnieje. Czy coś sobie przypomniał? Czy drzwi przypomniały sobie jego?


— Zna mnie pani?


Kobieta nie odpowiedziała od razu.


Zamiast tego wyciągnęła rękę.


— Podejdź.


Chłopiec spojrzał na Milę. W jego oczach pojawiło się pytanie, ale także coś, czego nie umiał nazwać. Mila chciała go zatrzymać. Palce zacisnęły jej się na jego dłoni.


Nie chciała, żeby podchodził do tej kobiety. Nie dlatego, że kobieta wyglądała groźnie. Właśnie to było najgorsze — wyglądała spokojnie, jak ktoś, kto już wie, co się wydarzy, i nie musi się niczego obawiać.


Wtedy jeden z dzwonków zabrzmiał tuż za jej plecami.


Puściła go.


Natychmiast pożałowała. Jej ręka pozostała wyciągnięta w pustkę, a w brzuchu poczuła ciężar, jakby właśnie pozwoliła mu odejść zbyt daleko.


Chłopiec podszedł.


Kobieta dotknęła jego czoła.


Chłopiec chciał coś powiedzieć, lecz z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Poczuł dotyk zimny jak woda ze studni i nagle przypomniał sobie, że kiedyś znał tę dłoń. Nie wiedział, kiedy to było ani dlaczego wspomnienie budziło w nim tak wielki lęk. Przez moment miał ochotę uciec do Mili, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa.


Wtedy wszystkie dzwonki wokół domu zabrzmiały jednocześnie.


Dźwięk przeszył las. Mila poczuła go w zębach i pod żebrami. Chłopiec zesztywniał, a jego twarz pobladła.


Mila chciała krzyknąć, żeby kobieta go puściła, lecz dźwięk odebrał jej oddech. Miała wrażenie, że coś niewidzialnego otworzyło się w jej głowie i zagląda do środka. Zobaczyła przez chwilę własny strach — mały, jasny i drżący — a pod nim pytanie, którego nie chciała sobie zadawać: co zrobi, jeśli będzie musiała wybrać między bezpieczeństwem a chłopcem?


Mila zobaczyła coś dziwnego.


Na moment, zaledwie na ułamek sekundy, pod stopami chłopca pojawił się cień.


Był bardzo długi.


Chłopiec poczuł, że coś poruszyło się za jego plecami. Nie odwrócił się. Bał się, że jeśli spojrzy, zobaczy tam siebie — takiego, jakim był wcześniej, zanim zapomniał, czego powinien się bać.


Ciągnął się między drzewami, po mokrym mchu i srebrnych korzeniach.


A na jego końcu stała postać.


Mila zamrugała.


Przez krótką chwilę była pewna, że postać patrzy właśnie na nią. Nie miała twarzy, a jednak Mila poczuła, że ją rozpoznaje. Zimno rozeszło się po jej ramionach. Chciała odwrócić wzrok, ale nie mogła.


Cień zniknął.


Chłopiec cofnął się o krok. Oddychał szybko.


— Widziałaś? — zapytał.


— Tak.


— Co?


Mila spojrzała na kobietę.


Nie była pewna, czy powinna powiedzieć prawdę. Chłopiec już wyglądał na przerażonego, a prawda mogła sprawić, że strach stanie się czymś większym. Jednak skłamanie wydawało jej się jeszcze gorsze.


Kobieta patrzyła na nią poważnie.


— Twój przyjaciel nie zgubił swojego cienia — powiedziała.


Chłopiec cofnął się o krok.


W jego piersi narastało poczucie winy, choć nie wiedział, co zrobił. Słowa kobiety zabrzmiały tak, jakby cień nie odszedł od niego przypadkiem. Jakby to on sam kiedyś podjął decyzję, której teraz nie pamiętał.


— Więc gdzie on jest?


Kobieta spojrzała w stronę lasu. Między pniami poruszyła się ciemność, choć żadne drzewo nie drgnęło.


Mila poczuła, że chłopiec znów szuka jej dłoni. Tym razem nie czekała, aż ją znajdzie. Chwyciła go pierwsza.


— Cień nie jest czymś, co można zgubić jak klucz.


— To czym jest?


Kobieta westchnęła.


— Pamięcią o tym, kim byliśmy, zanim ktoś powiedział nam, kim powinniśmy zostać.


Zapadła cisza.


Mila poczuła, że te słowa dotknęły także jej. Przypomniała sobie wszystkie chwile, kiedy ktoś mówił jej, jaka powinna być: odważniejsza, cichsza, grzeczniejsza, mniej ciekawa. Czy z takich słów również można zbudować cień? Czy jej własny czekał gdzieś między drzewami?


Z głębi lasu dobiegło ciche trzaskanie gałęzi. Mila odwróciła głowę, lecz niczego nie zobaczyła. Chłopiec stał nieruchomo, wpatrzony w czerwone drzwi.


Mila nie była pewna, czy rozumie.


Ale chłopiec zrozumiał.


— Dlaczego mój cień mnie opuścił?


Kobieta spojrzała mu prosto w oczy.


— Ponieważ pewnego dnia poprosiłeś go, żeby odszedł.


Chłopiec zbladł.


W jego pamięci pojawiło się coś jak zamknięte pomieszczenie. Za drzwiami ktoś płakał, a on sam mówił: „Nie chcę już tego widzieć”. Nie wiedział, czy to było wspomnienie, czy tylko obraz podsunięty przez strach.


— Ja?


— Tak.


— Dlaczego?


Kobieta nie odpowiedziała.


Chłopiec poczuł, że odpowiedź jest blisko, tuż pod powierzchnią myśli. Gdyby tylko wyciągnął rękę, mógłby jej dotknąć. Ale bał się, że razem z odpowiedzią wróci wszystko, przed czym kiedyś próbował uciec.


Podeszła do drzewa i zerwała z niego mały, srebrny liść. Liść drżał w jej palcach, choć wokół nie było wiatru.


Podała go Mili.


Mila zawahała się, zanim go przyjęła. Liść był lodowaty, a jednak pod jego powierzchnią wyczuła delikatne pulsowanie, jakby miał własne serce. Przez moment pomyślała, że jeśli go upuści, coś w lesie obudzi się natychmiast.


— Kiedy nadejdzie odpowiednia chwila, ten liść pokaże wam drogę.


Mila obejrzała go ze wszystkich stron.


Na jego powierzchni znajdowała się maleńka linia.


Wyglądała jak ścieżka.


— Dokąd prowadzi?


Kobieta uśmiechnęła się smutno.


— Do miejsca, którego najbardziej boi się znaleźć.


Chłopiec spojrzał na nią.


Poczuł, że strach ściska mu gardło. Nie chciał, żeby Mila zobaczyła, jak bardzo się boi, ale nie potrafił już udawać. Najgorsze nie było to, że cień gdzieś czekał. Najgorsze było podejrzenie, że cień znał prawdę o nim lepiej niż on sam.


— A gdzie to jest?


Kobieta otworzyła czerwone drzwi.


Zawiasy jęknęły cicho. Z wnętrza wypłynęło zimne powietrze, pachnące popiołem i czymś słodkim, niemal znajomym.


Mila poczuła, że całe ciało napina się przed tym, co zobaczy. Czerwień drzwi zdawała się rozlewać po lesie, a ich otwarcie przypominało ranę, która nagle przestała się ukrywać. Chciała zamknąć oczy, lecz bała się, że kiedy je otworzy, drzwi będą już otwarte szerzej, a coś znajdzie się po ich stronie.


Za nimi nie było domu.


Nie było pokoju.


Była tylko ciemność.


Chłopiec wstrzymał oddech. Ciemność wydawała mu się znajoma. Nie jak miejsce, które kiedyś odwiedził, lecz jak coś, co nosił w sobie od dawna. Zrobił pół kroku do przodu, zanim zrozumiał, że chce wejść.


Nie zwyczajna ciemność nocy, lecz gęsta i głęboka, jakby las kończył się właśnie za progiem, a dalej zaczynało się coś, co nie miało nazwy.


Mila poczuła, że chłopiec znów chwyta ją za rękę. Tym razem jego palce były lodowate.


Jej własne drżały, ale nie puściła go. Bała się, że jeśli to zrobi, ciemność za drzwiami zabierze go bez żadnego wysiłku.


— Tam — powiedziała kobieta.


Chłopiec patrzył w otwarte przejście i miał wrażenie, że z głębi ciemności dobiega jego własny głos. Nie rozumiał słów, ale rozpoznał ton: błagalny, zmęczony, samotny.


Mila ścisnęła jego dłoń.


— Nie musisz tam wchodzić — szepnęła, choć sama nie wiedziała, czy mówi to jemu, czy sobie.


Kobieta spojrzała na nich, jakby słyszała myśl, której Mila nie wypowiedziała.


I zamknęła drzwi.


Czerwone skrzydło zatrzasnęło się z głuchym odgłosem. Wszystkie dzwonki ucichły.


Mila drgnęła. Przez chwilę była pewna, że drzwi zatrzasnęły się także w jej wnętrzu, odcinając ją od czegoś, czego jeszcze nie potrafiła nazwać. Chłopiec stał obok niej nieruchomo, lecz jego dłoń nadal trzymała jej rękę.


Mila i chłopiec zostali sami w lesie.


Przez długi czas żadne z nich się nie odzywało. Wokół domu drzewa stały nieruchomo, jakby nasłuchiwały. Zza zamkniętych drzwi dobiegło jedno ciche stuknięcie.


Chłopiec poczuł, że serce podchodzi mu do gardła. To nie był zwykły odgłos. Brzmiał jak znak, że coś po drugiej stronie wie, że nadal tu są.


Potem drugie.


Mila pomyślała, że powinni uciekać. Każda rozsądna część jej umysłu mówiła jej, żeby odwróciła się i pobiegła przed siebie. Ale srebrny liść leżał w jej dłoni, a chłopiec stał obok. Nie mogła zostawić ani jednego, ani drugiego.


W końcu Mila zapytała:


— Pamiętasz, dlaczego kazałeś swojemu cieniowi odejść?


Chłopiec pokręcił głową.


— Nie.


Wstydził się tych słów. Brzmiały jak przyznanie się do winy, której nie potrafił sobie przypomnieć. Spojrzał na Milę, oczekując rozczarowania, lecz zobaczył tylko jej zmęczoną twarz i mocno zaciśnięte palce na srebrnym liściu.


Spojrzał na srebrny liść.


Na jego powierzchni pojawiła się kropla rosy.


A potem kropla zaczęła płynąć po wyrytej ścieżce.


Prosto w stronę północy.


Chłopiec wstał. Przez chwilę patrzył na ciemność między drzewami, jakby spodziewał się, że coś wyjdzie mu naprzeciw.


Bał się, że zobaczy tam postać z końca swojego cienia. Bał się jeszcze bardziej, że jej nie zobaczy, bo wtedy musiałby uwierzyć, że cały czas czekała w nim.


— Chodźmy.


— Dokąd?


Popatrzył na Milę.


Po raz pierwszy od chwili, kiedy go spotkała, wyglądał na przestraszonego. Nie odwrócił jednak wzroku.


Mila poczuła, że jej własny strach nie zniknął, ale przestał być samotny. Wstała i wsunęła srebrny liść do kieszeni.


— Dobrze — powiedziała.


Chłopiec skinął głową.


— Tam, gdzie zaczyna się moja pamięć.

Rozdział IV

Droga, która nie prowadziła prosto


Srebrny liść prowadził ich przez las.


Nie wskazywał drogi tak, jak robią to drogowskazy.


Nie obracał się.


Nie świecił.


Po prostu drżał w dłoni Mili, kiedy szli we właściwym kierunku, i stawał się zupełnie nieruchomy, kiedy się zatrzymywali.


— To bardzo dziwna mapa — powiedziała Mila.


— Może nie jest mapą.


— To czym?


Chłopiec zastanowił się.


— Może pamięcią drzewa.


Mila spojrzała na srebrny liść. Przez chwilę pomyślała, że jeśli liść przestanie drżeć, zostaną sami w lesie.


— Drzewa mają pamięć?


— Wszystko ma pamięć.


— Kamienie też?


— Szczególnie kamienie.


Mila przypomniała sobie Pana Kamienia i uśmiechnęła się.


— W takim razie muszę kiedyś zapytać go o zdanie.


Szli dalej.


Las stawał się coraz rzadszy.


Między drzewami pojawiały się polany, na których rosły małe białe kwiaty. Każdy z nich był zwrócony w inną stronę. Mila zauważyła, że żaden nie patrzy na słońce.


— Dlaczego one nie rosną do światła? — zapytała.


Chłopiec przykucnął przy jednym z kwiatów.


— Może światło nie zawsze jest tam, gdzie go szukamy.


Mila chciała odpowiedzieć, ale wtedy usłyszeli śmiech.


Dobiegał zza wzgórza.


Był ciepły i jasny.


Tak zwyczajny, że oboje przez chwilę zapomnieli o lesie, cieniu i wszystkim, czego nie rozumieli.


Wyszli na polanę.


Stał tam chłopiec.


Był mniej więcej w ich wieku i miał czerwony szalik, który powiewał na wietrze.


Obok niego leżała drewniana łódka.


Tyle że nie było wody.


— Dzień dobry! — zawołał.


Mila odpowiedziała:


— Dzień dobry.


— Dokąd idziecie?


Mila wskazała liść.


— Tam, gdzie on prowadzi.


Chłopiec przyjrzał się liściowi.


— To niedobrze.


Mila poczuła, jak w brzuchu zaciska jej się mały, zimny węzeł.


— Dlaczego?


— Bo ta droga nie prowadzi do dobrych miejsc.


Chłopiec bez cienia spojrzał na niego uważnie. Mila zauważyła, że jego palce lekko drgnęły, choć twarz pozostała spokojna.


— Skąd wiesz?


— Bo już tam byłem.


Zapadła cisza. Nawet wiatr ucichł, a czerwony szalik opadł na ramiona chłopca. Gdzieś w trawie zaszeleściło coś drobnego, lecz żadne z nich nie odwróciło głowy.


Mila poczuła, że coś w jego głosie się zmieniło. Nie chciała pytać, ale wiedziała, że bez odpowiedzi nie ruszą dalej.


— Co tam jest?


Chłopiec w czerwonym szaliku wzruszył ramionami.


— Nic.


— Nic? — powtórzyła Mila.


— Właśnie to jest najgorsze.


Usiadł na drewnianej łódce. Deski cicho skrzypnęły, choć nikt jeszcze jej nie poruszył.


— Tam każdy znajduje to, czego szuka.


Mila usiadła obok. Zastanawiała się, czy powinna mu zaufać, skoro mówił o miejscu, którego tak bardzo się bał.


— To chyba dobrze.


— Nie zawsze.


— A ty czego szukałeś?


Chłopiec spojrzał na swoje dłonie.


— Domu.


— I znalazłeś?


Pokręcił głową.


— Znalazłem tylko miejsce, które wyglądało jak dom.


Mila nie wiedziała, co odpowiedzieć. Poczuła, że jego słowa są podobne do jej własnego lęku: że można znaleźć coś znajomego, a mimo to nie poczuć się bezpiecznie.


Chłopiec bez cienia stał kilka kroków dalej.


Patrzył na czerwony szalik.


— Ty mnie znasz? — zapytał.


Chłopiec spojrzał na niego.


Przez chwilę wyglądał na bardzo zdziwionego.


Potem wstał.


— Nie.


Zrobił krok w jego stronę. Trawa zaszeleściła pod jego butem, a cień łódki przesunął się po ziemi, choć słońce stało nieruchomo.


— Ale twój cień znam.


Chłopiec zamarł. W jego piersi pojawiło się nagłe, puste zimno. Nie chciał, żeby ktoś znał jego cień lepiej niż on sam.


Srebrny liść w dłoni Mili zadrżał gwałtownie, wydając cichy, metaliczny szelest.


— Widziałeś go? — zapytał.


— Widziałem.


— Gdzie?


Chłopiec w czerwonym szaliku wskazał las.


— Tam, gdzie kończą się drzewa.


Mila spojrzała w kierunku, który wskazywał.


Nie było tam nic.


Tylko ścieżka.


I kamienie.


I bardzo dalekie wzgórza.


A jednak między pniami coś poruszyło się tak szybko, że zdążyła dostrzec jedynie drżenie liści.


— Jak wyglądał? — spytała.


Chłopiec milczał.


Mila poczuła, że chłopiec bez cienia czeka na odpowiedź, choć sam boi się jej najbardziej.


— Jak on? — Mila wskazała swojego towarzysza.


— Nie.


— Więc jak?


Chłopiec z czerwonym szalikiem spojrzał na chłopca bez cienia.


— Był większy.


Mila poczuła zimno. Chłopiec bez cienia cofnął dłoń, jakby nagle dotknął czegoś lodowatego. Przez moment chciał zaprzeczyć, lecz nie znalazł w sobie żadnych słów.


— Większy?


— Tak.


— O ile?


— O tyle, o ile człowiek jest większy od wspomnienia o sobie.


Chłopiec bez cienia odwrócił wzrok. Przez chwilę jego twarz była zupełnie nieruchoma, lecz palce zacisnęły się przy bokach.


— Nie chcę o tym słuchać.


Mila podeszła do niego. Bała się, że ją odsunie, ale jeszcze bardziej bała się, że zostawi go samego z tym lękiem.


— Ale musimy wiedzieć.


— Nie.


— Dlaczego?


— Bo jeśli dowiem się, gdzie jest mój cień, będę musiał dowiedzieć się, dlaczego go zostawiłem.


Mila nic nie powiedziała. Sama nie wiedziała, czy odważyłaby się poznać prawdę o czymś, co mogło ją opuścić.


Po chwili ujęła go za rękę. Jego dłoń była chłodna, a on drgnął, jakby dopiero wtedy zauważył jej obecność.


— To dowiemy się razem.


Chłopiec spojrzał na nią. W jego oczach pojawiła się ulga, ale zaraz przykryła ją niepewność.


— A jeśli to coś strasznego?


Mila zastanowiła się.


— Wtedy będziemy się bać razem.


Chłopiec przez chwilę ściskał jej dłoń, jakby sprawdzał, czy naprawdę nie zamierza jej puścić.


Chłopiec w czerwonym szaliku uśmiechnął się po raz pierwszy, ale jego oczy pozostały czujne. Zerknął jeszcze raz w stronę drzew.


— W takim razie możecie iść.


— Dokąd? — zapytała Mila.


Wskazał drewnianą łódkę.


— Przez dolinę.


Mila spojrzała na trawę.


— Ale tutaj nie ma wody.


— Wiem.


— To jak przepłyniemy?


Chłopiec wzruszył ramionami.


— Nie wszystko, co płynie, jest wodą.


Pchnął łódkę.


Ku ich zdziwieniu łódka ruszyła.


Najpierw po trawie.


Jej dno szurało po źdźbłach, choć nie zostawiało żadnego śladu.


Potem po powietrzu.


A chwilę później uniosła się nad ziemię.


Mila otworzyła szeroko oczy. Serce waliło jej ze strachu, ale pod tym strachem pojawiła się iskierka zachwytu.


— To niemożliwe.


Chłopiec w czerwonym szaliku roześmiał się, lecz śmiech zabrzmiał ciszej niż wcześniej.


— Właśnie dlatego działa.


Wsiedli.


Łódka popłynęła ponad drzewami.


Las został pod nimi, a ścieżki zamieniły się w cienkie kreski. Mila zobaczyła z góry srebrną rzekę, której wcześniej nie było.


Rzeka płynęła w przeciwną stronę niż wszystkie rzeki, które znała.

W górę.


W stronę chmur.


Chłopiec bez cienia siedział na dziobie. Udawał, że patrzy przed siebie, lecz co chwilę zerkał za burtę, jakby spodziewał się zobaczyć tam własny cień.


Wiatr rozwiewał mu włosy.


Nagle spojrzał w dół.


— Mila.


— Co?


— Tam.


Wskazał ziemię.


Na polanie, którą właśnie mijali, znajdował się cień.


Samotny.


Długi.

Nie należał do żadnego człowieka.


Biegł przez trawę, wspinał się na drzewa, a potem znikał w lesie. Nie poruszały się przy tym gałęzie, lecz z dołu dobiegał głuchy, miękki szelest, jakby coś przesuwało się po ziemi tuż pod powierzchnią.


Przez chwilę Mila miała wrażenie, że cień macha do nich. Zawahała się, czując nagle, że ten gest może być zaproszeniem albo ostrzeżeniem.


Pomachała.


Cień zatrzymał się.


W łódce zapanowała cisza. Nawet wiatr ucichł, a srebrna rzeka pod nimi zadrżała, jakby ktoś przeszedł po jej powierzchni.


A potem cień pobiegł za nimi.


Chłopiec pobladł. W jego głowie pojawiła się jedna myśl: tym razem nie zdążą uciec.


— On nas znalazł.


Mila ścisnęła srebrny liść.


— Twój cień?


Chłopiec pokręcił głową.


— Nie.


— To czyj?


Spojrzał na nią. Chciał powiedzieć, że nie wie, lecz zabrakło mu odwagi, by udawać pewność.


— Jeszcze nie wiem.


Łódka płynęła dalej.


Za nimi, daleko pod drzewami, coś ciemnego biegło przez las. Co jakiś czas znikało za pniami, lecz po chwili pojawiało się bliżej, a jego ruchowi towarzyszył cichy, rytmiczny szelest.


Coraz szybciej.


Jakby bardzo długo czekało, żeby ich dogonić.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 67.66
drukowana A5
Kolorowa
za 94.11