E-book
15.75
drukowana A5
43.9
Dziewczyna z pociągu.

Bezpłatny fragment - Dziewczyna z pociągu.

Opowiadania

Objętość:
156 str.
ISBN:
978-83-8440-828-5
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 43.9

Dziewczyna z pociągu

W swoim życiu miałem kiedyś taki okres, że jeździłem pociągami. Oczywiście w sprawach zawodowych. Było to na początku lat dziewięćdziesiątych, dwudziestego wieku. Kierunkiem moich wyjazdów był Gdańsk, zaczynałem podróż od stacji Baborów. Potem był Racibórz, Katowice, a o godzinie 21.07 miałem pospieszny do Gdyni. Wysiadałem rano w Gdańsku o 05.50 i czekałem w poczekalni około dwóch godzin, aż biuro zacznie pracować. Czasem jak miałem ochotę, to szedłem do kościoła na poranną mszę o 06.30 ale to zdarzyło się może ze trzy razy. Za to dworcowego McDonald’s nie opuszczałem nigdy. Tam przeważnie, po całej nocy spędzonej w pociągu, spożywałem swój pierwszy posiłek. Było to kilka hamburgerów i kawa. Oni otwierali swoją restaurację o 06.00 więc można było z marszu tam wpaść. Zaspana obsługa lokalu, nie spieszyła się z realizacją zamówienia, miała na to cały dzień. Ja niestety nie, więc dzielnie czekałem na to ich jedzenie. Kiedy już zjadłem to wszystko, co miałem na plastikowej tacy, brałem swój plecak i szedłem na miasto. Gdańsk o poranku, jest tak samo zaspany jak cała reszta kraju. Jeszcze ta mgła ciągnąca się chodnikami od strony portu. Aby dostać się na drugą stronę ulicy, trzeba było przejść się podziemnym przejściem dla pieszych. Sklepy zaczęły otwierać swoje podboje, akurat dostawcze auto podjechało pod barierkę. Kierowca otworzył pakę, zaczął wyciągać blachy pełne wypieków. Kiedy z jedną z nich udał się do sklepu, wtedy jakichś dwóch młodocianych podbiegło do auta i zaczęli sobie pakować słodkie bułki do plecaków. W sumie z niknęło może z dziesięć sztuk. Nikt ich nie powstrzymał, nikt nawet nie zareagował, wszyscy przechodnie patrzyli na ten ich skok, z ustami otwartymi z niedowierzania. Ciekawe co na to kierowca tego dostawczaka, kiedy przyjdzie mu się z tego rozliczyć z szefem. Pewnie będzie musiał stratę pokryć ze swojej wypłaty, a jeśli to się powtarza nagminnie codziennie rano? Kiedy byłem już po drugiej stronie ulicy, skierowałem swe kroki do biurowca. Tam miałem docelowo się znaleźć, dlatego wjechałem windą na siódme piętro i zapukałem do drzwi sekretariatu. Miła, ładna kobieta pod czterdziestkę, zapewne sekretarka firmy, zaproponowała mi abym spoczął na fotelu.

— Pan w jakiej sprawie?

— Przyjechałem po barwnik — odparłem.

— Z jakiej firmy?

W tym momencie wyciągnąłem z plecaka, wszystkie papiery jakie otrzymałem od mojego kierownika. Było tam zamówienie, na 15 kg barwnika, do tego czek opiewający na kwotę kilkunastu tysięcy. Tak, zgadza się czek, kiedyś nie robiono jeszcze bezpośrednich przelewów, jak to jest teraz w zwyczaju. Dlatego bałem się jak cholera, żeby mi go nie ukradli w pociągu, przecież jechałem tutaj całą noc.

— Dziękuję.

Pani sekretarka wzięła ode mnie wszystkie papiery do przejrzenia, zaproponowała mi kawę.

— Nie wiem czy zdążę wypić — odparłem.

— Spieszy się pan?

— O 09.10 mam powrotny pociąg do Katowic — poinformowałem ją.

— Rozumiem.

Niestety tego barwnika nie mieli na miejscu, czyli w biurze do którego przyszedłem. Dopiero ich pracownik miał go przywieść z Pruszcza Gdańskiego. Więc mój szybki powrót do domu, stanął pod znakiem zapytania.

— Będzie pan musiał poczekać — odparła kobieta.

— Pierwszy raz to się zdarza, że nie macie go na miejscu? — zapytałem.

— Wie pan, mamy dużo klientów.

— Już dzisiaj ktoś po to był.

— Więc sam pan widzi, że koniecznie trzeba czekać.

— To poproszę tą kawę — odparłem nieco zdenerwowany.

— Już panu robię.

Pracownik z wcześniej wspomnianym barwnikiem, pojawił się w biurze o 09.30. Mój pociąg już dawno wyjechał z miasta, niestety beze mnie. To namieszało mi trochę w szykach, ponieważ następny pospieszny, jest dopiero o 17.00. Cóż teraz mam robić? Dobrze że wcześniej nie kupowałem biletu, miałbym teraz problem z jego oddaniem. W końcu zapakowałem swój plecak barwnikiem, podziękowałem za kawę i w ogóle za miłe przyjęcie. No i wyszedłem z sekretariatu na korytarz, a tam do windy i na sam dół do wyjścia. Oczywiście portier tego wieżowca, patrzył na mnie podejrzliwie. Tutaj wchodzą ludzie w garniturach, a nie faceci z plecakiem na ramieniu. Jednak ja najwidoczniej robiłem tutaj za ciekawy wyjątek, że też nie kazał mi pokazać co też mam tam w środku. Kiedy już wyszedłem na zewnątrz, wróciłem na dworzec kolejowy. Tam zorientowałem się w sytuacji, kupiłem powrotny do Katowic i oddałem plecak na przechowalnię bagażu. Przecież cztery godziny, nie będę chodził po mieście z 15 kg towaru na plecach. W Gdańsku byłem już osiem razy, ale dopiero pierwszy raz miałem okazję zwiedzić stare miasto. Więc zacząłem wędrówkę, najpierw od fontanny Neptuna, potem poszedłem na pocztę. Tam kupiłem pocztówkę i znaczek. Postanowiłem wysłać do domu wiadomość, z tego pięknego miasta. Co prawda dojdzie ona dopiero dwa dni po moim powrocie, ale to będzie ślad tego że tutaj w ogóle byłem. Z poczty udałem się na nabrzeże, tam dopiero życie zaczynało się budzić. Jeszcze nie było chętnych na rejs statkiem, i nikt nie siedział przy stoliku z kawą na zewnątrz. Ludzi też było mało do ominięcia, jednak mi to pasowało. Nie musiałem się na siłę przeciskać, jak to jest w zwyczaju w godzinach po południowych i wieczorem. Kupiłem sobie jakąś bułkę, i tak bez popijania gryzłem ją i połykałem na siłę. Delegacja ma to w zwyczaju, że oddelegowany pracownik czyli ja ma do dyspozycji niewielką kwotę pieniędzy. Znając życie, nigdy mi się to nie zwróciło, zawsze przejadałem kwotę trzykrotnie przewyższającą ową dietę. Ale nie przejmowałem się tym, bo podróż jaką odbywałem, w pełni rekompensowała mi pieniężną stratę. Teraz taki towar, jaki ja miałem w plecaku, wysyła się kurierem lub za pomocą paczkomatu. Ale trzydzieści kilka lat temu jeszcze o takim czymś nikt nawet nie wiedział. Po spacerze uliczkami Gdańska, czas szybko płynie. Więc nim się spostrzegłem, musiałem już wracać na dworzec. Zabrałem mój plecak z przechowalni, kupiłem sobie na drogę coś do jedzenia i picia. Wyszedłem na peron i zacząłem rozglądać się za podstawionym pociągiem. Wsiadłem do przedziału drugiej klasy, zajmując miejsce przy oknie. Niestety drogę do Katowic, będę miał z przesiadką na peronie Warszawy Wschodniej, a tam zaledwie pięć minut na to aby się przesiąść do innego pociągu. Taki jest urok jeżdżenia pociągami osobowymi, jednak to mnie czeka za jakieś trzy godziny. Teraz pozostaje jedynie siedzieć na swoim miejscu i obserwować ludzi, którzy zajmują miejsca w przedziale. Oprócz mnie jest jeszcze pięć wolnych miejsc, które powoli zaczęły się zapełniać. Weszła pewna kobieta z dzieckiem, potem jakiś starszy pan oraz dziewczyna i mężczyzna. Jednak nie byli oni razem, mimo że usiedli obok siebie. Po chwili pociąg ruszył, zwróciłem swoją głowę w stronę okna i zacząłem obserwować krajobraz, który z dużą szybkością się zmieniał. Na początku to były tyły różnych zabudowań, z nie zawsze czystym zapleczem. Królowały napisy graffiti, na ścianach garaży i murach starych kamienic. O różnej treści hasła, których teraz nie jestem w stanie przytoczyć. Ale zazwyczaj obraźliwych, dających do myślenia. W końcu zaczęły pokazywać się zielone tereny, pola i lasy których u nas w kraju nie brakuje. To zaczęło mnie uspokajać, wręcz usypiać, ponieważ ostatnią noc spędziłem w pociągu. Teraz to zmęczenie w ciągu dnia zaczęło się nasilać. Gdyby nie moi współpasażerowie, na pewno już bym zasnął. A tak miałem na wpół zmrużone oczy. Co chwila docierały do mnie skrawki rozmów, które to ze sobą prowadzili podróżni. Po godzinie jazdy pociągiem, przedział nie co opustoszał. Wysiadła z niego kobieta z dzieckiem, potem ten mężczyzna. Starszy pan czytał jakąś gazetę, z okładki wnioskowałem że to biznesmen. Dziewczyna nic w rękach nie miała, teraz zapewne siedziałaby w telefonie komórkowym, ale w tamtym czasie jeszcze ich u nas nie było. W końcu zostaliśmy sami, ona i ja. Dopiero teraz przyjrzałem jej się uważniej. Miała długie i proste włosy, koloru blond. Twarz ładna, bez znaków szczególnych. Nawet nie miała zrobionego makijażu, co w dzisiejszych czasach byłoby nie do pomyślenia. Usta naturalnej wielkości, brak sztucznych rzęs, zero wypełnień botoksem, aż miło popatrzeć. Ubrana w dżinsową kurtkę i takie same spodnie, bluzka zapięta pod szyję, bez zbędnego uwydatniania biustu, choć miała czym oddychać. Z jej bagażu zauważyłem torbę podróżną, oraz torebkę którą to miała przy sobie. Do przesiadki miałem jeszcze ze dwie godziny, postanowiłem więc rozpocząć rozmowę.

— Daleko jedziesz?

Spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem, jakby nie spodziewała się żadnej rozmowy, jednak odpowiedziała.

— Do Warszawy.

— A ty?

— Do Katowic — odparłem.

— W sumie to dalej, jednak tym pociągiem tylko tam.

— Wracasz z wakacji? — zobaczyła mój plecak.

— Niestety nie.

— Od rodziny?

— Nikogo tu nie mam — odparłem.

— Z delegacji — dodałem, aby już nie błądziła.

— Z plecakiem?

— No tak.

Rozumiem że w podróż służbową, zalecane jest mieć przy sobie jakąś aktówkę albo neseser i oczywiście być ubranym w garnitur. A nie po cywilnemu tak jak ja, to mogło ją zwieść. Jednak uwierzyła w moją odpowiedź i nie drążyła już tematu.

— To co wiozę do firmy, nie zmieści się w aktówce — odparłem.

— Rozumiem.

— A ty skąd wracasz? — zapytałem ją.

— Z zajęć.

— Studiujesz?

— Tak.

— Na jakim kierunku?

— Zgadnij?

— No nie wiem.

— Może aktorstwo?

— To już bardziej w Łodzi — dodała dziewczyna.

— Nie przedstawiłem się tobie.

— To prawda.

— Bogdan.

— Irena, miło mi.

— Mnie również.

— A więc Ireno, może filologia angielska?

— Nie.

— Cholera, robi się trudno — odparłem z zakłopotaniem.

— Powiem ci.

— Psychologia.

— No tak, to teraz modne — dodałem.

— Na dziennym jesteś?

— Tak.

— Ciężko?

— To zależy — odparła.

— To w niedalekiej przyszłości, będziesz pomagać ludziom, wyjść na prostą.

— Dopiero jestem na drugim roku.

— Czas szybko mija — odparłem.

— To prawda.

— Rodzice pewnie dumni?

— Matka.

— A ojciec?

— Nie ma go.

— Rozumiem.

— Zmarł?

— Za dobrze by było.

— Po prostu zostawił mnie i moją matkę — skwitowała Irena.

— Zdarza się.

— To pewnie ci trudno, chodzi mi o finanse?

— Pracuję w weekendy — odparła dziewczyna.

— Gdzie, jeśli można wiedzieć?

— W barze, jestem kelnerką.

— To męczące zajęcie?

— Da się wytrzymać.

— A jak z napiwkami? — zapytałem.

— Jedne większe, inne mniejsze.

— No i mam jeszcze alimenty — dodała.

— Czyli podsumowując dajesz radę?

— Tak.

— To dobrze.

— A ty?

— Ja nie studiuję — odparłem.

— Domyślam się.

— Nawet nie mam średniego.

— Żartujesz?

— Serio!

— Wyglądasz na gościa po studiach — odparła dziewczyna.

— Pozory mylą moja droga.

— To że ktoś jest inteligentny, nie znaczy wcale że nabył ją w drodze nauki.

— Rozumiem.

— A to że jestem w delegacji?

— No cóż, w mojej pracy nikomu nie chciało się jechać taki kawał drogi.

— Więc padło na mnie.

— A że jestem świeżym pracownikiem, nie chciałem odmawiać kierownikowi.

— Czyli twój wyjazd, to taki szantaż emocjonalny?

— Dobrze powiedziane — odparłem.

— A czym się zajmujesz w pracy, jeśli to nie tajemnica?

— Jestem palaczem.

— Czym?

— Takim gościem, który podkłada do kotła aby było innym ciepło.

— Ciekawe zajęcie — odparła Irena.

— Robota jak każda inna.

— W to nie wątpię.

— A jakbyś miał możliwość kształcenia się.

— To co byś studiował? — zapytała mnie.

— Może aktorstwo.

— Serio?

— Dlaczego nie?

— Lubię się wcielać w różne postacie — odparłem.

— A teraz też kogoś grasz? — zapytała mnie.

— Teraz jestem sobą.

— Czyli facetem od ciepła?

— Właśnie.

— A twoja rodzina?

— To znaczy?

— Masz rodziców? — zapytała Irena.

— Ojca nie mam, jeśli o to pytasz.

— Ale mam ojczyma — dodałem.

— I jak wam się żyje?

— Trudno powiedzieć.

— Wiesz, ojca straciłem jak miałem sześć lat.

— Ten obcy człowiek, jest z nami już dosyć długo.

— Rozumiem.

— Jednak nie ma między nami więzi emocjonalnych — odparłem.

— A twoja matka?

— Ona trzyma jego stronę.

— To źle?

— Bo ja wiem.

— Teraz to już bez znaczenia, ponieważ jestem dorosły.

— Ale w dzieciństwie to był problem.

— W jakim sensie? — zapytała.

— Zimny wychów.

— Bez uczuć?

— Zgadza się moja droga.

— Nie pamiętam żeby matka, kiedykolwiek wzięła mnie na kolana — odparłem.

— To smutne.

— A ty? — zapytałem.

— Moja wręcz przeciwnie.

— Całą swoją miłość przelała na mnie — odparła dziewczyna.

— Jesteś jedynaczką?

— Tak.

— To wszystko tłumaczy.

— Wiesz, wyrosłam w takim przeświadczeniu, że wszyscy mężczyźni są źli.

— A są?

— Tego jeszcze nie wiem.

— A jako psycholog? — zapytałem.

— To ciężki temat do rozmów.

— Wiesz, twoja matka była skrzywdzona przez męża.

— To jest jej punkt widzenia.

— Racja.

— Ty poznawszy jakiegoś mężczyznę, sama wyrobisz sobie opinię.

— Właśnie.

— Dopóki nikt ciebie nie skrzywdzi.

— Tego się boję najwięcej.

— Masz chłopaka?

— Na razie nie.

— Nie masz czasu, czy przestroga od matki?

— Nie spotkałam nikogo godnego uwagi — odparła Irena.

— A koledzy na roku?

— To dupki!

— Aż tak źle?

— Wiesz, nie można planować sobie przyszłości z człowiekiem, który mając dwadzieścia cztery lata zachowuje się jak dziecko.

— Co to znaczy? — zapytałem.

— Zamiast zająć się nauką.

— W międzyczasie podjąć jakąś pracę dorywczą.

— To on woli imprezować.

— A jak już nie ma za co.

— To zadłuża się u jednego i drugiego.

— Wcale nie mając zamiaru im oddać.

— Rozumiem.

— I wszyscy tacy są?

— Większość studentów — odparła dziewczyna.

— To smutne.

— Też tak uważam.

— Oni w przyszłości, mają stanowić trzon naszego społeczeństwa?

— Potem mamy taką posraną elitę — odparła.

— A jak ktoś jest wart jakiejkolwiek uwagi, to zazwyczaj snob i narcyz.

— Ty jesteś więcej wart, od niejednego takiego studenta.

— Mówisz?

— Tak.

— Dzięki za szczerość.

— Nie ma za co.

— A zmieniając temat.

— Tak?

— Zawsze chciałaś mieszkać w Warszawie? — zapytałem.

— Nie miałam na to wpływu.

— Po prostu się tutaj urodziłam, tu dorastałam.

— W bloku?

— Tak.

— Na szóstym piętrze.

— W dużym blokowisku na Bemowie.

— Brzmi smutno?

— Dlaczego?

— Do wszystkiego idzie się przyzwyczaić — odparła z uśmiechem.

— Racja.

— No a ty?

— Co ja?

— Mieszkasz w bloku?

— Nie.

— Mamy dom na wsi.

— Lubię wieś.

— Tak?

— Na wakacje jeździłam do swojej babci.

— Gdzie?

— Na mazury.

— O to fajnie! — zauważyłem.

— Mi też się tam podobało — odparła Irena.

— Babcia jeszcze żyje?

— Żyje, ale już jest wiekowa.

— Jak wszystkie babcie.

— Racja.

— Kiedy ostatnio u niej byłaś?

— Dwa lata temu.

— Chciałabym częściej, ale sam rozumiesz.

— Masz teraz obowiązki.

— Właśnie.

— To już nie ta sama dziewczynka z warkoczykami, tylko dziewczyna która studiuje.

— Pewnie jest z ciebie dumna? — zapytałem ją.

— O tak!

— Ona też mnie wspomaga finansowo.

— Żartujesz?

— Wiesz, zawsze coś tam odkłada ze swojej emerytury.

— Jej już dużo nie potrzeba, jak sama mówi.

— A leki?

— Odpukać, nie jest obłożnie chora.

— Sama sobie ze wszystkim radzi.

— Od czasu do czasu, pomaga jej mój wujek.

— Brat twojej matki?

— Tak.

— To dobrze.

— Mieszka nie daleko jej.

— A twoja matka?

— To znaczy?

— Pracuje jeszcze?

— Tak.

— Jest księgową w firmie — odparła dziewczyna.

— Czyli umysł ścisły.

— Lubi cyferki.

— Rozumiem.

Kiedy tak sobie rozmawialiśmy, o wszystkim i o niczym. Zauważyłem że Irena zaczyna robić się nerwowa. Często spogląda za okno, jakby coś za chwilę miało nastąpić. Domyślałem się, że pewnie powoli dojeżdżamy do celu jej podróży.

— Za chwilę Warszawa?

— Tak — odparła.

— Tu nasze drogi się rozchodzą.

— No cóż.

— Fajnie nam się rozmawiało — odparła.

— Ale to tylko rozmowa.

— Dla zabicia czasu.

— To nie musi się tak skończyć — dodała dziewczyna.

— A jak?

— No nie wiem.

— Dam ci mój numer telefonu.

— To znaczy nasz, domowy.

— Mam zadzwonić? — zapytałem.

— Było by miło.

— Będziesz miała czas żeby porozmawiać?

— Postaram się — odparła Irena.

— No dobrze.

Dziewczyna wyciągnęła z torebki notatnik, długopisem napisała kilka cyfr. Wyrwała z niego kartkę i zgięła ją w pół, następnie mi dała. Otworzyłem ją i przeczytałem. Na korytarzu zaczęło się robić tłoczno, część pasażerów szykowała się do opuszczenia pociągu. Ja też miałem wysiąść na tej stacji, aby potem znaleźć pociąg do Katowic.

— Nawet nie będzie czasu się pożegnać — odparłem.

— To teraz to zróbmy.

— Czyli?

Irena zbliżyła się do mnie, spojrzała mi w oczy. Następnie zamknęła swoje i pocałowała mnie w usta. Trwało to tylko chwilę, jednak smak tego pocałunku można by dawkować sobie do końca życia, tyle miał w sobie słodkości.

— Miło było cię poznać — odparła.

— Mi ciebie również — dodałem.

Teraz i my wyszliśmy z przedziału, jednak czekaliśmy z innymi na to aż pociąg się zatrzyma. Kiedy nastąpił ten moment, wszyscy ruszyli do drzwi wyjściowych z wagonu. Pomogłem nieść jej torbę, swój plecak zarzuciłem na ramię. Na peronie jeszcze się do siebie przytuliliśmy, potem każde z nas poszło w swoją stronę. Irena jeszcze raz spojrzała w moją stronę, wtedy widziałem ją po raz ostatni. W głowie miałem jeszcze świeżą rozmowę, którą z nią prowadziłem. Lecz teraz skupiłem się na odnalezieniu właściwego pociągu. Stał na drugim peronie, ja wsiadałem do niego jako jeden z ostatnich. Kiedy zająłem miejsce w przedziale, zmów udało mi się usiąść przy oknie. Jednak tym razem, nie udało mi się znaleźć ciekawego rozmówcę. Spojrzałem po ludziach, którzy ze mną siedzieli. Nikogo w moim wieku, wszystko powyżej pięćdziesiątki. Wyciągnąłem z kieszeni kartkę, którą dała mi Irena. Przez resztę drogi do Katowic, patrzyłem tylko na nią. Była dla mnie żywym dowodem, na istnienie tej dziewczyny. Za dzień czy dwa, moja pamięć może zacząć płatać mi figle. A tak wciąż będę wiedział, że gdzieś w Warszawie jest dziewczyna która przez moment, była małą częścią mojego życia. Ciekawe czy ona też tak odbiera, czas który mieliśmy szczęście spędzić razem. Może zapomniała o mnie, z chwilą wyjścia z dworca. A może nadal zagłuszam jej spokój, a jej myśli kłębią się wokół mojej skromnej osoby. Kiedy pociąg wjechał na dworzec w Katowicach, wziąłem swój plecak do ręki i wysiadłem z wagonu. Co dalej? To jeszcze nie koniec podróży, teraz muszę się zorientować w rozkładzie jazdy pociągów. Bo następnym etapem mojej podróży będą Gliwice. Tak też się stało, kupiłem bilet do tego miasta. Usiadłem w poczekalni, wyciągnąłem z plecaka jedzenie które kupiłem w Gdańsku, zacząłem jeść. Wcześniej jakoś nie było okazji, rozmowa z Ireną tak mnie pochłonęła, że nie czułem przy niej głodu ani pragnienia. Teraz niestety mój żołądek się odezwał, domagał się porcji kalorii. Po skromnym posiłku, ruszyłem w dalszą drogę. Z Katowic do Gliwic nie ma daleko, więc po pół godzinie byłem już na miejscu. A stąd już rzut beretem do Raciborza. Może nie zupełnie, jednak czuć już swojskie tereny. Kiedy w końcu dotarłem na miejsce, zegar na stacji w Raciborzu wskazywał godzinę 22.50. Okazało się że ostatni pociąg go Baborowa, odjechał z peronu trzeciego niespełna dziesięć minut temu. A to pech, nie mógł na mnie poczekać? Co teraz robić? Brać taksówkę i jechać do domu? Nie ma mowy! Na pewno zedrze ze mnie kupę kasy! To jaki mam pomysł? A no taki, aby wyjść z dworca i udać się do hotelu ' Polonia” na nocleg. Ktoś powie że to wcale nie będzie taniej? Jednak bycie w delegacji, przewiduje taką ewentualność. Wystarczy tylko następnego dnia rano, wziąć rachunek z hotelu, aby się potem z niego rozliczyć u księgowej w zakładzie pracy. Tak też zrobiłem, po pięciu minutach rozmawiałem już z recepcjonistką.

— Dobry wieczór pani — powiedziałem na wstępie.

— Dobry wieczór.

— Macie może jakiś wolny pokój? — zapytałem.

— Pan sam?

— Tak.

— Niestety nie mamy wolnego pojedynczego.

— A podwójny?

— Zaraz zobaczę.

— Tak, jest wolny jeden pokój — odparła kobieta.

— W takim razie biorę.

— Na jedną noc? — zapytała.

— Tak.

— Wie pani, ostatni pociąg mi uciekł.

— Rozumiem.

— Można pański dowód?

— Oczywiście.

Pani recepcjonistka spisała moje personalia. Kiedy spytałem o zapłatę.

— Jutro rano się pan rozliczy.

— W porządku.

Dostałem klucz od pokoju z numerem 102, wziąłem go do ręki i ruszyłem schodami na piętro. Otworzyłem drugie drzwi po prawej, po chwili znalazłem się w środku. Rozejrzałem się po wnętrzu obiektu. Okna wysokie, wąskie, do sufitu też będzie ze trzy i pół metra. Usiadłem na jednym z łóżek, wyglądały na w miarę wygodne. Wróciłem do drzwi, wsadziłem klucz do zamka i go przekręciłem. Mam w plecaku towar, wart kilkanaście tysięcy złotych. Nie mam zamiaru stracić go na ostatniej prostej. Kto wie co dzieje się w nocy, w takich hotelach jak ten? Lepiej nie ryzykować. Poszedłem do łazienki, zobaczyłem że jest wanna. Chciałem wziąć kąpiel, jednak kiedy odkręciłem kran z ciepłą wodą. Okazało się że leci tylko zimna. Cholera, nici z kąpieli, wezmę tylko szybki prysznic i wskakuję do łóżka. Kiedy już byłem w pościeli, poczułem zapach krochmalu. No tak, hotelowa pościel daleko odbiega od tej domowej. Kto wie, ilu ludzi korzystało z tego łóżka przede mną? Ale nie ma co marudzić, mam dach nad głową, śpię w łóżku a nie w pociągu, same zalety. W końcu zgasiłem światło, wcześniej jednak nastawiłem sobie budzik na 07. 20. Kiedy zasnąłem to nie wiem, jednak rano wstałem przed budzikiem. Umyłem się i ubrałem, pościeliłem po sobie łóżko. W końcu wyszedłem z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Na dole spotkałem wczorajszą recepcjonistkę, uśmiechnęła się do mnie.

— Jak minęła panu noc? — spytała.

— Dziękuję, dobrze.

— Chciałem się rozliczyć.

— Naturalnie.

Nie pamiętam już dzisiaj ile zapłaciłem, może coś koło stówy. Wziąłem rachunek, podziękowałem za gościnę i ruszyłem do wyjścia. Na dworzec kolejowy miałem blisko, przeszedłem tylko na drugą stronę ulicy. Tam w okienku kupiłem bilet na pociąg. Udałem się na peron, pociąg był już podstawiony, wsiadłem do niego. Po kilku minutach ruszył, na zegarze była 08.19. Jechałem w kierunku Racławic Śląskich, wysiadłem w miejscowości Baborów. Stąd wyjechałem dwa dni temu i tutaj wróciłem. Kiedy w końcu przekroczyłem bramę zakładu, było kilka minut po dziewiątej. Na portierni przywitałem się ze znajomą.

— A ty skąd wracasz?

— Z delegacji — odparłem.

— Gdzie teraz?

— Do biurowca, rozliczyć się z podróży.

Akurat zastałem otwartą kasę, pani siedząca przy okienku wzięła ode mnie wszystkie bilety i rachunki z mojej podróży. Wszystko skrzętnie podliczyła, oddałem jej resztę pieniędzy które pobrałem na poczet zaliczki.

— Wszystko gra? — zapytałem kasjerkę.

— Tak, w porządku — odparła.

Od niej udałem się do kierowniczki produkcji, tam wyciągnąłem z plecaka przywieziony z Gdańska barwnik. Wyłożyłem go na stół, kobieta spojrzała na mnie łaskawie.

— Banie Bogdanie.

— Tak?

— Ostatnio produkcja wzrosła.

— To co pan przywiózł, starczy nam teraz na dwa tygodnie.

— Czyli?

— Za dwa tygodnie, znowu będzie pan musiał po niego pojechać — odparła.

— Czyli czeka mnie kolejna delegacja?

— Na to wygląda.

— No dobra, skoro tak trzeba — odparłem.

Pożegnałem się z tą panią, wyszedłem na korytarz i ruszyłem w dół po schodach. Teraz już tylko przekroczyć bramę zakładu i udać się do domu na odpoczynek. Tak też uczyniłem. Może następnym razem jak będę wracał z Gdańska, znowu spotkam Irenę? To mało prawdopodobne, ale życie lubi czasem zaskakiwać. Teraz mam tylko jedno pytanie, zadzwonić do niej?

Historia mojej babci

Lubiłem słuchać opowieści starszych osób, to co działo się kiedyś w ich życiu. Za każdym razem kiedy ją odwiedzałem, dowiadywałem się czegoś innego. Może to nie są opowieści z salonów pałacowych, bo moja babcia nie była księżniczką. Jednak prosta kobieta też może mieć wspomnienia, nie zawsze barwne i kolorowe tylko szare i bolesne, takie jak nasze codzienne życie. Przed wojną moja babcia, mieszkała w jednej z wsi pod Lwowem. Kiedy skończyła siedem klas szkoły podstawowej, dostała pracę jako pomoc domowa u jednego profesora, który mieszkał w kamienicy. U tych państwa pomagała w kuchni, sprzątała, prasowała, robiła zakupy, nosiła węgiel, rozpalała w piecach. Słowem była do wszystkiego. Kiedy skończyła siedemnaście lat, zamarzyło jej się zostać dozorczynią w tej kamienicy. Akurat starszy pan zwolnił posadę, więc była okazja ku temu żeby ją po nim przejąć. Babcia, wtedy młoda dziewczyna o imieniu Paulina, bardzo tego pragnęła, miała by swoje mieszkanie w suterenie i skromną wypłatę na poczet swoich potrzeb. Jednak wybuch wojny pokrzyżował te plany. Kiedy jej chlebodawcę profesora, Niemcy aresztowali. Spakowała swoje rzeczy do tekturowej walizeczki i wróciła na rodzinną wieś. Jednak długo nie nacieszyła się spokojem. Pewnego dnia do ich chałupy weszli okupanci, kazali się jej spakować. Ponieważ zamierzali ją wywieźć, na roboty przymusowe do trzeciej rzeszy. Paulinę i resztę młodzieży ze wsi, Niemcy zaczęli pędzić torami do najbliższej stacji, która była oddalona od miejsca zamieszkania o kilkanaście kilometrów. Babcia miała jedyne buty ze sobą, żal jej było ubierać je na stopy, więc trzymała je w walizce idąc po podkładach kolejowych na bosaka. Po przyjściu na miejsce, jej stopy były poranione i opuchnięte, teraz choćby chciała, nie mogłaby je włożyć. Po krótkim odpoczynku, zaczęto wszystkich ładować do bydlęcych wagonów. Zdarzyło się że jakiś chłopak, zdobył się na odwagę próbując ucieczki. Jednak jego los był tylko jeden, dopadła go kula wystrzelona z niemieckiego karabinu. Kiedy wagony były już pełne, zasuwano drzwi i zamykano na rygiel. Nikt nie śmiał nawet pytać, dokąd nas wywozicie? Wiadomo było że gdzieś do Niemiec, jednak konkretnej stacji nikt im nie podał. Pociąg ruszył, ciągnąc za sobą kilkanaście wagonów. To co działo się w ich środku, ciężko opisać w kilku słowach. Tłok, stanie w pozycji stojącej wiele godzin, nawet w nocy dawało się ostro we znaki. Ten kto miał ze sobą jakieś jedzenie czy picie, szybko się skończyło. A potrzeba załatwienia potrzeb fizjologicznych była tylko jedna, przesunąć się w róg wagonu i tam zrobić to na oczach innych. Po dwóch dniach podróży, fetor był już nie do zniesienia. Kto był bardziej wrażliwy, zaczął omdlewać, nie było wody żeby ocucić, dać trochę świeżości. Po trzech dniach, dotarli do stacji przeznaczenia, czyli moja babcia i jej współtowarzysze podróży. Reszta wagonów pojechała dalej. Na miejscu okazało się, że to Sudety zamieszkiwane przez Niemców, czyli tereny górzyste. Na tej stacji, zebrało się kilku gospodarzy, którzy przyjechali po swój przydział, czyli kilku młodych więźniów przywiezionych z okupowanych terenów. Mieli oni pomóc w domostwie i pracach polowych. Ponieważ ich synowie byli teraz na froncie, walczyli za wielkie Niemcy i ich przywódcę Hitlera. Paulina, dwie dziewczyny i chłopak dostali się na wóz pewnego Niemca, srogiego z wyglądu. On pokwitował na jakiś dokumentach ich odbiór, następnie zmierzył ich wszystkich wzrokiem, usiadł na wozie, wziął lejce w dłonie i strzelił batem na konie aby ruszyły. Jechali teraz przez całą wieś, zatrzymali się dopiero na jej końcu, tam wjechali na podwórze. W ganku domu z czerwonej cegły, stała jakaś kobieta. Babcia domyśliła się że to jest zapewne żona gospodarza. No i się nie myliła. Niemiec zszedł z wozu, podszedł do swojej żony i zamienił z nią kilka słów. W końcu machną w ich stronę aby zsiedli z wozu. Kiedy wszyscy przywiezieni, wzięli swoje rzeczy, udali się do środka domostwa. Tam Niemka, kazała im umyć ręce i siadać do stołu. Czyżby mieli spożyć razem posiłek, tak by to wyglądało. W talerzach była zupa warzywna, a w misce widniały kartofle omaszczone słoniną. Wszyscy czekali, aż gospodarz pierwszy zacznie jeść. Ten zrobił znak krzyża, powiedział kilka słów w obcym języku, następnie chwycił za łyżkę. Po nim zaczęła jeść jego żona i pozostali biesiadnicy. Po trzech dniach głodówki, ciężko było powstrzymać się od łapczywego jedzenia. Jedna z dziewczyn o mało się nie zadławiła zupą. Niemiec pokazał ręką, aby jeść powoli. Po zjedzeniu obiadu wszyscy wstali od stołu, gospodyni pozbierała talerze i najmłodszej z dziewczyn Marysi, pokazała że ma je umyć w zlewie. Jeszcze przed wieczorem, było już jasne kto i czym będzie się zajmował w tym gospodarstwie. Wspomniana wcześniej Marysia, która pochodziła z Warszawy, miała za zadanie sprzątanie domu i pomoc w gotowaniu, oraz dbanie o ogród warzywny. Druga z dziewczyn Jadwiga, miała oporządzać świnie i krowy, dojenie, wyrzucanie gnojów, karmienie drobiu. Chłopak o imieniu Antek, miał się zajmować końmi, powozić wozem w razie potrzeby i pomagać w polu. Paulina, moja babcia była rosłą i silną dziewczyną, od razu spodobała się gospodarzowi, a jak się dowiedział że jeszcze umie kosić kosą, to już się nawet uśmiechnął pod nosem. Wieczorem gospodyni usadowiła nowych lokatorów po izbach, trzy dziewczyny zajęły pokój przy sieni, a chłopak Antek poszedł spać na siano. W nocy dziewczyny, prowadziły cichą rozmowę między sobą.

— Co teraz z nami będzie? — biadoliła Marysia.

— Jak to co?

— Będziemy robić na Niemca — odparła Jadwiga.

Widząc że Paulina milczy, zapytały ją.

— A ty co o tym sądzisz?

— Ja?

— No ty.

— Nic nie sądzę, tak samo jestem z dala od domu jak i wy — odparła.

— Ile to potrwa?

— Aż się wojna skończy.

— A kiedy to będzie? — ciągnęła Marysia.

— Nie jutro i nie za tydzień, może i kilka lat.

— Przecież oni są wszędzie, tyle krajów zaatakowali.

— Właśnie.

— Jak będziemy robić co nam karzą, to jakoś przetrwamy.

— Tobie dobrze mówić, bo ty jesteś ze wsi — skierowała swe wywody w stronę Pauliny.

— Ty myślisz że na polu będzie mi lżej?

— Dziewczyny dajcie spokój.

— Nie ma co się kłócić.

— Wszystkie mamy przechlapane!

W końcu głosy umilkły, dziewczyny zasnęły ze zmęczenia. Noc minęła nie wiadomo kiedy. Jeszcze było ciemno, kiedy do pokoju wparowała gospodyni, jednym szturchnięciem ręki obudziła każdą z nich.

— Wstawać, do roboty, koniec spania — krzyknęła po swojemu.

Wszystkie trzy zerwały się na równe nogi, w kuchni kobieta wskazała palcem na Marysię aby ta wzięła się za rozpalanie w piecu. Ta zrobiła wielkie oczy ze zdziwienia.

— Co nie umiesz?

— Zaraz ci pokażę, jak to się robi.

Kiedy gospodyni instruowała młodą warszawiankę, w kwestii palenia. Mąż Niemki wziął pozostałe dziewczyny do chlewni i obory. Tam pokazał Paulinie i Jadwidze, co gdzie stoi, skąd brać wodę do pojenia, gdzie jest pasza dla zwierząt. Antek już działał przy koniach, a jak się wcześniej obrobił to przyszedł pomóc dziewczynom. Dopiero kiedy wszystkie zwierzęta były oporządzone, wtedy można było wrócić do mieszkania, tam się umyć i zasiąść za stołem do śniadania, nie prędzej. Znów gospodarz zmówił krótką modlitwę, potem zaczął jeść a za nim jego żona i cała reszta.

— Będzie problem z tą małą — odparła żona do męża.

— Tak?

— A to dlaczego?

— Miastowa, nic nie umie.

— To się nauczy — odparł gospodarz.

— A jak nie?

— To się postaraj, aby tak się stało.

Niemka nie była zadowolona z odpowiedzi męża, jednak i ona nie miała prawa podważać jego opinii, ani się jemu sprzeciwiać.

— A ta reszta? — spytała go.

— W obejściu sobie jakoś radzą.

— Zobaczymy jak im pójdzie w polu.

— No właśnie — dodała żona.

— Ten chłopak i dziewczyna, to nie to co nasi synowie.

— Muszą wystarczyć.

— Więcej ludzi już nam nie dadzą- odparł gospodarz.

— No tak.

— Po śniadaniu Niemiec poszedł klepać kosy, dla siebie, Antka i Pauliny. Czas w którym tutaj przybyli, zbiegał się z okresem żniw. Więc lada dzień trzeba będzie kosić zboże na pokosy, a potem zbierać, wiązać w snopy i stawiać w kopy. W końcu wozić do stodoły, a jesienią i zimą młócić maszyną na ziarno i plewy oraz prasować słomę. Co prawda Niemcy mieli już maszyny do koszenia zboża, jednak w tych górzystych terenach jeszcze się nie sprawdzały. Dlatego większość prac polowych, trzeba było wykonać ręcznie. Kiedy Helmut w końcu naklepał kosy, i osadził je do kosiska. Chciał wypróbować swoich nowych pomocników. Zawołał więc Paulinę i Antka, każdemu z nich dał do ręki narzędzie i kazał iść za sobą. Wyszli za stodołę, tam rosła trawa na siano, Niemiec wziął do ręki osełkę, zamoczył w wodzie i zaczął ostrzyć kosę. Potem kazał to samo zrobić im obojgu. Paulinie to szło lepiej, niż jej koledze, choć on dobrze się starał. Wolałby gospodarzowi przeciągnąć tą kosą po żebrach, takie miał myśli. Jednak w odpowiedniej chwili się opamiętał. Na pierwszy ogień poszła moja babcia, czyli Paulina. Położyła ostrze kosy przy ziemi, jednocześnie podnosząc nieznacznie przód kosy ku górze, tak aby podczas kładzenia trawy nie wbić ostrza w ziemię. Szło jej to całkiem dobrze, gospodarz nie miał do niej zastrzeżeń. Antkowi szło to gorzej, machał tą kosą a trawa dalej stała.

— Popatrz na nią — odparł Helmut.

— Wstyd ci przynosi.

Teraz już było jasne, kto jako pierwszy pójdzie w pole z Niemcem, moja babcia Paulina. Antek miał być do pomocy, jako awaryjny. W niedługim czasie okazało się, ile gospodarz ma tego pola. Oprócz ziemniaków, które zajmowały 60 ary, było jeszcze 1.5 ha pszenicy i 1 ha owsa, do tego 1.20 ha łąki. Trzeba to będzie wszystko skosić ręcznie. Oczywiście nie wszystko naraz, tylko po kawałku. Jednego wieczoru, kiedy wszyscy domownicy siedzieli przy stole i jedli kolację, zajrzał do nich miejscowy policjant. Kiedy zobaczył wszystkich razem, zapytał się zdziwiony.

— A ty Helmut jesz z niewolnikami?

— Co w tym dziwnego?

— Razem pracujemy, to i razem jemy — odparł po chwili.

— Jak się sprawują?

— Dobrze.

— Nie ma z nimi kłopotów?

— Nie ma.

— No dobrze.

— Tyle chciałem wiedzieć — odparł policjant.

Kiedy w końcu wyszedł z mieszkania, Gizela się zapytała.

— Nie będzie nam czasem robił problemów?

— A dlaczego miałby robić?

— No nie wiem.

— A to co widział?

— Co takiego zobaczył?

— Że razem jesteśmy przy jednym stole?

— To mój dom i mogę w nim robić co chcę — odparł.

Kiedy przyszły sianokosy, gospodarz z Pauliną wcześniej jedli śniadanie. Potem szli na łąkę aby trawę kosić z rosą, wtedy najlepiej to idzie i ostrze się tak nie tępi. Oczywiście moja babcia dostawała dodatkową porcję mięsa, aby miała siłę machać kosą. To nie uszło uwadze innych dziewczyn i Antka. Jednak nikt nie chciałby się z nią zamienić na pracę, choćby tylko dla tego jedzenia. Więc dali sobie spokój z ludzką zazdrością. Pierwszy pokos robiła Paulina, gospodarz był o jakieś trzy kroki za nią. Jednak i tak się patrzyła kontem oka, czy jej czasem nie pociągnie ostrzem po piętach, przecież nie miała butów, chodziła na bosaka. Dość że ciężko pracowała, to jeszcze dochodził ten stres związany z bezpieczeństwem. Kiedy trawa została skoszona, inne dziewczyny oraz Antek szli na łąkę roztrząsać trawę, aby lepiej schła. Po trzech dniach pogody i codziennym przewracaniu, można było siano zagartywać do wału a potem stawiać kopy. Jak postały dzień, dwa można było je ładować na drabiniasty wóz i zwozić do stodoły. Kiedy uporano się z sianem, przyszedł czas na zboże, tu już tak szybko nie szło. Każdy pokos pszenicy trzeba było wiązać w snopy powrozem, i stawiać pionowo jeden przy drugim. Dopiero wtedy można było iść dalej. Po całym dniu na polu, Paulina była wykończona. Jej gospodarz Helmut także, jednak on starał się tego nie okazywać. Wiadomo to był mężczyzna, jemu nie uchodzi. Kiedy w końcu uporano się ze żniwami, przyszedł wrzesień a z nim wykopki. Tutaj też było co robić, część ziemniaków składowano w piwnicy pod stajnią, resztę trzeba było zakopcować na zimę w ziemi. Aby się nie zmarnowały i nie pogniły. Jednego wieczoru po kolacji, gospodarza odwiedzili koledzy. Przyszło dwóch takich, przynieśli ze sobą bimber, zaczęli jeść i pić, do nich dołączył policjant, który już raz odwiedził rodzinę. Kiedy się już porządnie napili, żona Gizela kazała się im wynosić. Kiedy byli już w sieni, natrafili na Paulinę. Policjant zaczął ją zaczepiać, nawet chwycił ją za kolano. Wtedy moja babcia długo nie myśląc, odtrąciła rękę Niemca i wybiegła na podwórze. Ten urażony swoją dumą starał się pobiec za nią, jednak robił to chwiejnym krokiem. Miał przy sobie karabin, a to już stało się niebezpieczne. Do pomocy ruszyło jeszcze ich dwóch. Paulina wbiegła do stodoły, stała tam wysoka drabina, wspięła się na jej szczyt. Resztkami sił wciągnęła tą drabinę do góry, aby żaden z Niemców nie mógł wejść za nią. Położyła się na sianie i czekała co będzie dalej. Ten policjant zaczął bagnetem dźgać w słomie, krzyczał jakieś przekleństwa po niemiecku. Nawet chcieli z tej złości spalić stodołę, jednak Helmut im to wyperswadował.

— Bronisz tej parszywej Polki? — zapytał Policjant.

— Nie bronię.

— A więc co?

— Pijany jesteś i nie wiesz co robisz — odparł.

— Zabiję tę wiedźmę!

— Jak ją tylko dorwę!

— Daj spokój Hans.

— Choć lepiej do gospody.

— Napijemy się jeszcze!

W końcu Niemiec zrezygnował z zemsty, kto wie co by jej zrobili gdyby wpadła w ich ręce? Pewnie na gwałcie by się nie skończyło. A może by i ją zastrzelili, za obrazę policjanta w mundurze. W każdym bądź razie, moja babcia całą noc spędziła pod dachem stodoły, prawie nie zmrużając oka. Dopiero rano gospodarz zaczął ją nawoływać.

— Paulina schodź.

— Czas do roboty.

— Już ich nie ma.

Powoli spuściła ogromną drabinę w dół, dopiero wtedy mogła bezpiecznie zejść. Głodna, niewyspana, przestraszona musiała wracać do swoich zajęć, przecież nie przyjechała tutaj na wakacje. Pierwsze żniwa były najgorsze, trzeba się było przyzwyczaić do rytmu i ciężaru pracy w gospodarstwie Niemca. Kiedy nastała zima, można było trochę odpocząć. Co prawda zajęcia nie brakowało, ale odpadła praca w polu a to dużo. Wieczorami Helmut reperował drobne sprzęty, pomagał mu w tym Antek. Dziewczyny zaś wyszywały, haftowały, darły pierze na pierzyny. Żona gospodarza Gizela, kiedy tylko mogła szwargotała do nich po niemiecku. Po pół roku już się powoli mogły między sobą porozumieć. Wiadomo, że to nie było to gdyby się uczyły w szkole. Jednak strach przed nieznanym słowem robił swoje. Kiedy musisz, zawsze się więcej nauczysz niźli z własnej woli. Pierwsze święta poza domem, też były specyficzne. Oczywiście była wieczerza wigilijna, bo przecież Niemcy to naród wierzący w Boga oraz Hitlera. Nawet każde z nich dostało po jakimś skromnym prezencie. Tylko że atmosfera była smutna. Gospodarz martwił się o swoich synów, którzy walczyli gdzieś na froncie. Ich matka przeglądała co chwila rodzinny album. Gdyby nie tych czworo z Polski, dom byłby pusty. Zima jakoś minęła, przyszła wiosna, trzeba było otworzyć kopiec, zacząć przebierać ziemniaki na sadzenie. Więc dodatkowa robota doszła, oprócz tej codziennej. A kiedy nastały cieplejsze dni, to i humor zaczął się domownikom poprawiać. Jednego razu gospodyni, zauważyła u Marysi zaokrąglający się brzuszek. Przecież nie mogła tak przytyć na niemieckiej diecie? Wzięła więc ją na poważną rozmowę.

— Helmut?

— Tak kochanie?

— Czy ty widzisz to co ja?

— A co takiego? — zapytał ją.

— Ta mała Polka chyba jest w ciąży!

— Nie gadaj?

— Serio.

— Sam zobacz!

Gizela podniosła dziewczynie sukienkę do góry, aż ta się biedaczka zawstydziła.

— Faktycznie!

— Z kim to się gzisz? — zapytała ją.

Jednak Marysia nic jej nie odpowiedziała.

— Powiedz mi zaraz!

— Przecież nigdzie nie chodzi.

— A może z jakim Niemcem tutejszym?

— E gdzie tam — odparł Helmut.

— A może ty z tym Antkiem?

Wtedy dziewczyna drgnęła, jakby ją jaki prąd kopnął. Wiedziała że prędzej czy później, gospodyni i tak odkryje całą prawdę. Wezwali więc chłopaka, ten nie wiedząc o czym będzie rozmowa, na widok zapłakanej Marysi wszystkiego się domyślił.

— Czy to ty zrobiłeś jej dzieciaka? — zapytała gospodyni.

— Tak — odparł Antek.

— Że też ja ich nie dopilnowałam.

— Co by to dało? — zapytał Helmut.

— Kłopot tylko mamy.

— Jaki kłopot, przecież nie jest chora.

— A jak ty sobie to wyobrażasz?

— Normalnie urodzi i już.

— A kto to będzie chował?

— Ona tu do roboty jest, a nie się rozmnażać — dodała Gizela.

— To co, usuniesz jej?

— Już za późno, widzisz jaki duży bebech!

— No fakt.

— Nie myśl sobie dziewczyno, że w tym stanie czekają ciebie jakieś przywileje.

— Dalej będziesz pracować, jak inni — odparła Niemka.

— Miłości im się zachciało!

— Wojna jest, a oni się parują jak gdyby nic!

— Już ja dopilnuję, aby wam się tych igraszek odechciało!

Marysia i Antek, większości tego co do nich mówili i tak nie rozumieli. Ale ten krzyk i niezadowolenie gospodarzy świadczyło o jednym, że byli temu przeciwni. Kiedy w końcu nadszedł ten dzień rozwiązania, wody dziewczynie odeszły. Zaczęła pojękiwać w koncie kuchni, wiedząc że za chwilę wyda z siebie na ten podły świat dziecko. Które nie powinno w ogóle się urodzić, a już na pewno nie tutaj. Gospodyni zdenerwowana, kazała Paulinie i Jadwidze zająć się tym problemem i szybko go rozwiązać. Poród odbył się w stajni, dziewczyny wybrały najczystszy kąt do tego jaki był możliwy. Antek chciał być przy tym, jednak mu nie pozwolono. Poród odebrała moja babcia, odcięła i zawiązała pępowinę dziecku. Następnie je umyła i owinęła w jakiś kawałek materiału, położyła dziewczynkę na brzuchu matki. W innych warunkach byłby to powód do dumy i radości, teraz była to jedynie porażka i żal nad podłym losem dziecka. Tą noc Marysia i jej nowo narodzona córeczka były jeszcze razem. Ale następnego dnia, młoda mama musiała wrócić do obowiązków. Prosiła gospodynię, aby ta pozwoliła trzymać dziecko w kuchni przy piecu. Lecz ta stanowczo odmówiła, kazała jej zostawić maleństwo w nieopalanej sieni. Dziecko płakało, jej matka jeszcze bardziej. Zawodziło jeden dzień, zawodziło drugi dzień, na trzeci dzień przestało płakać. Wiadomo było że dusza z tego maleństwa zaczyna uchodzić. Czwartego dnia nie przeżyło, sine i sztywne leżało w starej drewnianej skrzynce po jabłkach. Kłopot Niemki wreszcie się skończył.

— No nareszcie spokój! — odparła do męża.

— Nie tak to miało wyglądać — dodał.

— A że niby jak?

— Małego Polaka chciałeś chować?

— No nie ale …

— Żadne ale.

— Teraz będą mieli nauczkę na przyszłość!

— Niech się cieszą, że większych konsekwencji nie ponieśli.

— Mogliśmy przecież wydać ich żandarmerii — dodała Gizela.

— A co z płodem?

— Niech zakopią w gnoju!

— Tak nie można.

— Wszystko można.

— To nie ludzie, to Słowianie pamiętaj o tym.

Kiedy już było po wszystkim, Paulina poprosiła gospodarza aby pozwolił im pochować dziecko na cmentarzu. Niemiec się zgodził, nawet skontaktował ich z tutejszym proboszczem, który chętnie udzielił pochówku niemowlęciu, nic za to nie biorąc. Tak oto zakończyła się niewinna miłość, dwojga młodych Polaków wywiezionych do przymusowej pracy. Marysia musiała to wszystko odchorować, jednak dalej pracowała w kuchni i ogrodzie, nie było dla niej żadnej taryfy ulgowej. Teraz gospodyni nie spuszczała jej z oka, no i Antek był na widoku u gospodarza. Ale po takiej traumie jaką dziewczyna przeszła, już nie miała ochoty na amory. Nawet snu nie miała spokojnego, co jakiś czas budziła się w nocy z płaczem. Dziewczyny ją pocieszały jak umiały, jednak na niewiele się to zdało. Kiedy nadeszły kolejne sianokosy a potem żniwa, już nie było tak ciężko jak za pierwszym razem. Jednak roboty było dość, jak na młodą dziewczynę Paulinę. Pewnego popołudnia zaszedł do gospodarzy listonosz, jednak minę miał dziwną. Już nie raz przynosił im listy z frontu, tym razem było to oficjalne pismo z wojska. Żona Helmuta się wystraszyła i spojrzała na męża. On także zrobił poważną minę. Oczywiście pokwitowali list, a gdy listonosz wyszedł usiedli za stołem aby go przeczytać.

— Niniejszym informujemy państwa Gizelę i Helmuta Kresler, że ich syn Kurt dnia tego i tego, poległ na polu chwały za ojczyznę.

Gospodarz przerwał czytanie listu, spojrzał na żonę. Tej zrobiło się słabo na tę wiadomość.

— To niemożliwe!

— To na pewno pomyłka!

— Ktoś się musiał pomylić!

— Mój syn nie mógł przecież zginąć?

— To wszystko przez nich!

— To przez tych parszywych Polaków! — krzyczała kobieta.

Z nerwów chwyciła pas wiszący na framudze drzwi, wbiegła do pokoju gdzie siedziały dziewczyny i na oślep zaczęła je tym pasem bić. One nie wiedząc co się stało, wcisnęły się w kąt pokoju. W tym momencie dobiegł do niej mąż, złapał ją za rękę i zabrał jej ten pas.

— Kochanie to nie ich wina.

— Co?

— Bronisz ich?

— To bolszewickie ścierwo!

— Daj spokój, stało się, nic na to nie poradzimy — odparł.

— Mój synek nie żyje!

— Mój kochany Kurt!

Helmut wziął żonę w ramiona i zaczął ją mocno tulić do siebie. Potem wyszli z pokoju, kobieta zawodziła nad swoim losem. Mąż starał się ją pocieszyć. Wieczorem na kolacji gospodyni nie było, dopiero następnego dnia przed obiadem się pokazała. Twarz miała opuchniętą od płaczu, posmutniała i zrobiła się o parę lat starsza. Gospodarz jako mężczyzna trochę lepiej to zniósł, choć i on zapewne cierpiał po stracie syna. Starał się tego nie okazywać, przynajmniej nie przy parobkach z Polski. Odwiedziła ich nawet sąsiadka Greta, której synowie też byli na froncie. Chciała podnieść na duchu kobietę, dużo rozmawiała z nimi na temat wojny, jaką prowadzi ich kraj. Nawet zastanawiali się po cichu, czy to w ogóle ma sens. Po co Hitlerowi przyłączać do rzeszy kolejne tereny, skoro ich naród to tak drogo kosztuje. Tak, przelewanie niemieckiej krwi, nie powinno w ogóle do tego dojść. Nawet parobki z Polski, nie są w stanie zniwelować strat związanych z potrzebami frontu. Po dwóch i pół roku pobytu u państwa Kresler, dotarła w końcu wiadomość że front się zbliża i Rosjanie są już nie daleko. To zasmuciło Niemców, ale za to rozweseliło nasze dziewczyny i Antka. Już po cichu zaczęli ze sobą rozmawiać na ten temat.

— Wreszcie się skończy nasza niedola — odparł chłopak.

— Tyle czasu tu marnujemy.

— W końcu Niemcy dostaną za swoje!

— A jak nas dalej wywiozą? — zapytała Jadwiga.

— Ale gdzie?

— No nie wiem, może wagonami w głąb rzeszy?

— Nie będą mieli na to czasu.

— Skąd wiesz?

— Sami się muszą ewakuować — odparł Antek.

— Jak to?

— Przecież jak przyjdą tutaj Rosjanie, to nie będą się z nimi cackać!

— Tak myślisz?

— A jak!

— Dadzą im popalić!

— Tylko czekać, jak zaczną trząść portkami ze strachu — cieszył się chłopak.

— A wtedy ona mi zapłaci! — odezwała się Marysia.

— Za to moje cierpienie!

— Chcesz się mścić? — zapytała ją Paulina.

— Dlaczego nie?

— Ja cierpię przez nią, niech ona też to poczuje!

I faktycznie, im bliżej był front tym coraz więcej gospodarzy zaczęło opuszczać swoje domostwa. Propaganda na temat Rosjan, sprawdziła się w stu procentach. Pewnej nocy kiedy wszyscy spali, dało się słyszeć jakieś rozmowy potem wynoszenie czegoś, w końcu nad ranem wszystko ucichło. Kiedy Antek wstał jak zwykle do porannego obrządku, okazało się że nigdzie nie może znaleźć gospodarza. Jego żona też była nieuchwytna. Pobiegł zaraz do dziewczyn, aby im o tym powiedzieć.

— Nie ma ich! — krzyknął.

— Kogo nie ma?

— Co się stało?

— Nie ma Niemców!

— Wszyscy uciekli! — cieszył się chłopak.

— To prawda?

— No tak!

— Chodźcie same zobaczyć!

Faktycznie, ślad po Gizeli i Helmucie Kresler zaginął tej nocy. Do końca nie dawali po sobie poznać, trzymali to w tajemnicy. Może dlatego, żeby parobkowie nie chcieli czasem uciekać. Najgorsze z tego wszystkiego było to, że zwierzęta zostały. Co prawda brakowało koni, zapewne zostały zaprzęgnięte do wozu. Ale zostały krowy, byki, świnie i cały drób. Co z tym teraz zrobić? Antek i dziewczyny wzięli się do porannego obrządku, tak jak zawsze to robią. Jednak już bez Marysi, ta siedziała tępo w kuchni i patrzyła na zimny piec. Już nawet jej się rozpalić nie chciało.

— Co ci jest? — zapytali ją po powrocie z obory.

— Nic.

— Jak to nic?

— Coś ci dolega?

— Tak.

— Co takiego?

— Chciałam jej dopiec, a ona uciekła — odparła dziewczyna.

— Daj spokój Marysiu.

— Ciesz się spokojem, wolnością.

— A Rosjanie?

— Co oni?

— Jak nas potraktują? — zapytała.

— Normalnie.

— Przecież my nie jesteśmy Niemcami — odparł Antek.

Faktycznie, po wkroczeniu wojsk radzieckich do wioski, nic im nie zrobili. Wypytali ich tylko szczegółowo, u kogo pracowali i jak długo, skąd są. Gorzej było ze zwierzętami, głodni żołnierze zaczęli masowo zabijać i zjadać pozostawiony przez Niemców dobytek. W domu zaś szukali kosztowności, pieniędzy i złota. Pokoje i kuchnia wyglądały jak pobojowisko, rozprute pościele, obicia mebli, wyrwane podłogi, słowem armagedon. Marysia i Jadwiga też chciały coś sobie wziąć na drogę cennego, jednak po Rosjanach już nie było co. Paulina wzięła tylko swoje rzeczy, no i jedną parę butów od Niemki, bo jej się przez ten czas zniszczyły, to wszystko. Rosjanie kazali im wracać do domu, jednak jak to mieli zrobić i czym? Tutaj przywieźli ich wagonami, a teraz co, mają wracać na pieszo? Ktoś puścił famę, że za dwa lub trzy dni mają podstawić jakiś pociąg, który będzie jechał po prowiant. Więc cała nasza czwórka, czekała cierpliwie na dworcu aż to się ziści. Faktycznie podstawili jakieś wagony, takie same jakimi przyjechali tutaj. Jednak były już w nich jakieś prycze z drewna i koza do grzania. Zapewne podróżowali nimi żołnierze, jadąc na front. Wiosenne słońce zaczęło mocniej przygrzewać, Paulina poczuła że się źle czuje. Resztkami sił weszła do tego wagonu, jedzenie też zaczęło się kończyć. Kiedy dojadą na miejsce? Pociąg w końcu ruszył, jednak nie spieszył się z jazdą. Co chwila stał na jakiejś bocznicy, przepuszczając inne wagony jadące na front, z amunicją i zaopatrzeniem. Po kilku dniach dotarli w końcu do Polski, tam na peronie jakiegoś miasteczka postanowili się pożegnać. Każde z nich jechało w inną stronę do domu, najdalej miała Paulina bo na kresy Rzeczpospolitej.

— To co dziewczyny, czas się rozstać — odparł Antek.

— Na to wygląda.

— Może spotkamy się jeszcze kiedyś?

— Tak myślisz? — zapytała go Jadwiga.

— Dlaczego nie?

— Bo ja wiem.

— Teraz tak mówisz.

— Kto wie, co będzie za miesiąc, za rok?

— Też prawda — odrzekła Paulina.

— W każdym bądź razie, miło było was poznać.

— Mimo że okoliczności były niezbyt przyjemne.

— To fakt — odparł chłopak.

Paulina z Jadwigą myślały, że Antek i Marysia wrócą razem. Jednak dziewczyna chciała jak najszybciej znaleźć się w domu. Jeszcze się nie pozbierała po śmierci swojego dziecka. Jednak biedaczka nie wiedziała o tym, że Warszawa została zrównana z ziemią. I tak naprawdę nie ma do czego wracać. Jej rodzina zaginęła bez wieści, część zginęła podczas powstania. W końcu się rozstali, Paulina do swojej wioski miała prawie dwieście kilometrów, jak je pokona? Część pieszo, część pociągiem a część podwózką z jakimś szoferem, lub na pace ciężarówki. Kiedy w końcu dotarła do swojej wioski, była tak wycieńczona że ledwo powłuczyła nogami. Kiedy stanęła w progu chałupy, matka na jej widok się rozpłakała. Nie wierzyła własnym oczom, że to jej córka. Fakt faktem że Paulina przez ten czas wydoroślała, no i czas spędzony u Niemców postarza człowieka. Wyglądała teraz nie na dziewczynę, a już na kobietę. Jej rysy twarzy się zmieniły, doszły pierwsze zmarszczki które były odpowiedzialne za ciężki los wojenny.

— To ty córeczko? — zapytała ją matka.

— To ja.

— Widzisz moja droga.

— Wróciłaś do domu w ciężkim momencie — odparła matka.

— Dlaczego?

— Ojca nie ma, a banderowcy naszych mordują.

— Co ty mówisz mamo?

— To prawda.

— W dzień siedzimy w chałupie.

— Ale na noc uciekamy do lasu — dodała.

— Ale dlaczego?

— Mają do nas żal i pretensję.

— O co?

— Że to niby ich ziemie, nie nasze.

— To co teraz?

— Trzeba będzie stąd uciekać.

— Gdzie?

— Ponoć mają nas wysiedlać, na tereny niemieckie.

— To niemożliwe?

— Tak mówią.

— To po to tyle się tułałam po świecie, żeby teraz uciekać? — zapytała matkę.

— Widzisz moje dziecko, Rosjanie nas tutaj nie chcą.

— Po wojnie ma tu być granica.

W tym czasie do izby weszła młodsza siostra Pauliny, na jej widok krzyknęła z radości i padła jej w ramiona.

— To ty?

— Żyjesz?

— Tak kochana, żyję.

— Jak ja się cieszę.

— Już my z matką ciebie opłakiwałyśmy — odparła.

— Dał Bóg że wróciłam.

— Ojciec nie żyje.

— Słyszałam od mamy.

— Co teraz?

— Trzeba będzie szukać innego miejsca dla nas — odparła Paulina.

Kiedy zaczęło się ściemniać, faktycznie ludzie uchodzili w las, bali się zemsty Ukraińców którzy robili czystkę wśród naszych. Część chałup spalili, część ludzi wycięli, tych którzy nie chcieli uciekać. Następnego dnia kobiety, spakowały swój dorobek życia na drewniany wóz. Matka kazała Paulinie jechać z siostrą na stację kolejową, sama jeszcze została, miała dojechać z sąsiadami. Jednak droga prowadziła przez las, kiedy tak jechały wozem, z krzaków wyszła grupa Ukraińców. Zatrzymali konie, dowodził nimi Wasyl, to on podszedł do dziewczyn. Paulina poznała w nim dawnego kolegę ze szkoły. Teraz dorósł i zmężniał. Podszedł do nich, spojrzał starszej siostrze w oczy i zapytał.

— Poznajesz mnie Paulina?

— Poznaję.

— Ty się mnie nie boisz? — zapytał ją.

— A dlaczego mam się ciebie bać?

— No właśnie, dlaczego?

— Puścić je — odparł Wasyl.

— Ale?…

— Żadne ale, to dobra dziewczyna.

— Żadnej krzywdy od nas nie będzie.

Paulina pociągnęła lejce, konie ruszyły w dalszą drogę. Po latach kiedy już miała swoją rodzinę, swoje dzieci, przypomniało jej się to zdarzenie. Jak niewiele brakowało, żeby z tego lasu nie uszła żywa. Widocznie los tak chciał, aby przeżyła wojnę i opowiedziała tą swoją historię wnukowi. Który nie chciał aby po jej śmierci, poszło to w zapomnienie, dlatego to napisałem…

Moja motoryzacja

Przygodę z motoryzacją zacząłem stosunkowo późno. W ogóle prawo jazdy zrobiłem w wieku trzydziestu jeden lat, to dla mężczyzny porażka. Dlaczego tak późno? Wcześniej nie było potrzeby, to znaczy potrzeba była tylko pieniędzy na ten cel nie. Kiedy miałem osiemnaście lat, byłem w trzeciej klasie zawodówki. To najlepszy czas na robienie prawka. Dlaczego wtedy nie zapisałem się na kurs? Chciałem i to bardzo, nawet mój wychowawca był instruktorem, wszystko w jednym miejscu, wykłady, jazda i egzamin końcowy. W domu zapytałem się ojczyma, czy mi wyłoży na kurs. Odpowiedź była jedna, nie.

— Dlaczego? — zapytałem.

— Twój brat ma prawo jazdy i nie jeździ — odparł.

— A co ja mam z tym wspólnego?

— A to, że zrobisz uprawnienia i też będzie leżało w szufladzie.

— Dziwne pojmowanie sprawy — odparłem mu.

— Przecież kiedyś będę miał pieniądze na samochód.

— To wtedy sobie zrobisz — odparł.

Matki o kasę nie pytałem, ponieważ nie pracowała zawodowo, była zależna od niego tak jak cała reszta rodziny. Brat do mnie mówił.

— Zapisz się na kurs.

— A potem postaw ich przed faktem dokonanym.

— Ja tak zrobiłem — odparł.

— No dobrze.

— Raz się ojczym dał oszukać.

— Drugi raz to nie przejdzie.

Kiedy ponowiłem próbę rozmowy z nim, odpowiedź była już inna.

— Dam ci na traktor — odparł.

— Po co mi na sam ciągnik? — zapytałem go.

— Przyda się, na wsi mieszkasz.

— Ale traktorem do miasta nie pojadę.

— Albo traktor, albo nic.

— Wybrałem to nic.

Inni koledzy mieli już prawo jazdy, cieszyli się nim. Co lepsze, jeździli już maluchami do szkoły. A ja dalej mogłem liczyć jedynie na rower, nawet komarka nie miałem. Totalna katastrofa motoryzacyjna. Ktoś powie, trzeba było gdzieś zarobić, samemu sobie sprezentować prawko. Niby racja, tylko w domu na gospodarce było tyle roboty, że już gdzie indziej nie było na to czasu i sił. Po skończeniu szkoły zawodowej, miałem podpisaną umowę z dużym zakładem na pierwszą pracę. Jednak wypłata młodego pracownika, była tak mała że starczało jedynie na życie i to skromne. Mieszkałem w hotelu robotniczym, praca na miejscu, więc nie było bezpośredniej potrzeby na prawko. Więc za każdym razem, odchodziło to na plan dalszy. Po niecałym roku poszedłem na osiemnaście miesięcy do wojska, więc i ten czas był zmarnowany. Niektórzy mieli to szczęście, że uprawnienia na samochód robili w wojsku, czasem nawet na ciężarówkę lub autobus. Jednak ja takiej okazji nie miałem. Po wyjściu do cywila, szybko znalazłem sobie dziewczynę, ożeniłem się z nią. Dalej pracę miałem na miejscu, a kiedy urodziło nam się dziecko. To ona, moja żona jeździła autem za kierownicą do lekarza. Bo jej ojciec, o dziwo dał jej pieniądze na prawo jazdy. Lata mijały, a ja ciągle robiłem za pasażera. Dopiero kiedy mój brat poważnie zachorował, i nie miał go kto odwiedzić w szpitalu, a samochód stał w garażu. Dopiero matka pomyślała z ojczymem o pieniądzach dla mnie. Ktoś powie, przecież zarabia, niech sam sobie sfinansuje kurs. Niestety teraz każdy grosz szedł na rodzinę, żonę i dziecko oraz remont domu. Kiedy wspomniałem mojej małżonce o prawku, ta odrzekła.

— Było za kawalera robić!

— Ja zrobiłam za panny!

— Teraz chcesz dziecku pieniądze zabierać?

— Niech ci matka da kasę!

No i matka dała pieniądze, tylko teraz w wieku trzydziestu lat, ciężko było chodzić na kurs. Musiałem dojeżdżać autobusem do innego miasta, potem wracać do obowiązków rodzinnych. W międzyczasie wyjechać godziny samochodem. Moja małżonka nie była tym faktem zadowolona, przecież marnowałem cenny czas, który mogłem spożytkować inaczej. Czego się nie zrobi za młodu, potem to wszystko pokutuje, tak było też w moim przypadku. Kiedy w końcu zdałem prawo jazdy za drugim razem, miałem uprawnienia w kieszeni i kupiłem malucha za 1.100 zł. To moje małżeństwo się rozpadło, teraz prawko się przydało, miałem czym dojechać do pracy, bo musiałem przecież płacić alimenty. Po rozwodzie wróciłem do rodzinnego domu. Porażka na całego, ponieważ zawsze chciałem się stąd wyrwać, a wróciłem w to samo miejsce. Czy gdybym miał prawko w wieku osiemnastu lat, moje życie potoczyło by się inaczej? Tego nie wiem, możliwe że tak. Ale trudno, trzeba jakoś żyć dalej. Wróćmy do motoryzacji, maluch był z 1986 roku, czyli w dniu zakupu miał 17 lat. Blacha koloru pomarańczy, trochę pognity jednak brat mnie pocieszał, że można to załatać szpachlą. Tak też się stało, kupiłem puszkę szpachli, utwardzacz, papier wodny, nity i nitownicę. Dlaczego akurat to? Bo żeby cokolwiek przytwierdzić do malucha, trzeba mieć spawarkę i to najlepiej na drut a nie elektrody. Dlatego wiertarka i nity, to prosta metoda rekonstrukcji zgnitych błotników. Co ten maluszek ze mną przeżył, to normalnie się w głowie nie mieści. To że jeździłem nim do pracy to jedno, ale służył mi też do innych celów. Jednym z nich było wożenie złomu, tak dobrze słyszycie. A co można zmieścić do takiego maluszka? Wbrew pozorom bardzo dużo, wystarczy wyjąć przednie siedzenie od pasażera i już się robi kupę miejsca. Potrzebna jest jeszcze do tego szlifierka kątowa, aby dłuższe kawałki przeciąć na pół. Najwięcej wiozłem 150 kg złomu, można było więcej ale podłoga w aucie też ma swoją wytrzymałość więc wolałem nie ryzykować. Oprócz wypłaty, zawsze był jakiś dodatkowy grosz choćby na zgrzewkę piwa na weekend. Oczywiście zyskiem ze sprzedaży złomu, dzieliłem się z bratem. Raz przyszła do mnie pani sklepowa, z naszej wioski z propozycją nie do odrzucenia.

— Boguś?

— Tak?

— Nie przywiózłbyś z hurtowni trochę towaru do sklepu? — zapytała mnie.

— Przecież pani mąż ma samochód?

— Ma, ale się zepsuł.

— A co ja przywiozę swoim maluchem?

— Dużo nie trzeba — odparła kobieta.

— W sumie mogę spróbować.

Kiedy podjechałem kaszlakiem pod jej sklep, okazało się że mam wziąć 6 skrzynek na piwo, oczywiście pani sklepowa też ze mną jedzie.

— Ale to nie wejdzie — mówię jej.

— Wejdzie, wejdzie — uparła się.

— Cholera z babami! — pomyślałem sobie.

Najpierw kobieta usiadła z tyłu, potem w miejsce siedzenia ustawiłem skrzynki z butelkami, jakoś weszły.

— No dobra jedziemy!

— To dokąd?

— Do Głubczyc.

— Okej.

Dwanaście kilometrów do miejsca docelowego, plus kilka po mieście. W końcu podjechaliśmy pod hurtownię alkoholu. Wystawiłem na rampę skrzynki z butelkami, oraz sklepową. Teraz czekam, aż ona załatwi wszystkie sprawy. Po dziesięciu minutach wraca, okazuje się że piwo to nie wszystko. Do tego doszły trzy zgrzewki wina, w plastikowych butelkach, jakieś napoje i kilka kartonów papierosów. No teraz to już kobieta przegięła.

— To nie wejdzie! — mówię jej.

— Musi, już zapłaciłam.

— Ale jak?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 43.9