E-book
20.48
drukowana A5
58.05
DZIEWCZYNA Z BANDAŻEM

Bezpłatny fragment - DZIEWCZYNA Z BANDAŻEM

TOM I


5
Objętość:
314 str.
ISBN:
978-83-8440-127-9
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 58.05

Dla mojej przyjaciółki
Karolci Opozdy

„Bo każda historia potrzebuje kogoś, kto przeczyta ją jako pierwszy.”

ROZDZIAŁ I

Druga szansa

Charlie

„Od pewnego punktu nie ma już powrotu. To właśnie ten punkt trzeba osiągnąć.” — Franz Kafka.

Red Ridge, Pensylwania. 2001 r.

Listopad. Deszcz.

Miasto miało w sobie ciszę, której nie dało się odgonić. Nie była to cisza, którą przynosi noc albo odległość. To była ta gęsta, zmęczona cisza, która zalega w człowieku po tragedii i zostaje tam, nawet gdy wszyscy już zapomnieli, że coś się wydarzyło.

Mieszkałem przy końcu jednej z głównych ulic, choć żadna z nich nie była naprawdę „główna”. Moje mieszkanie znajdowało się nad nieczynnym już warsztatem — własnym warsztatem, który zamknąłem trzy miesiące temu, kiedy nie potrafiłem już naprawiać niczego, nawet siebie.

Zimne światło poranka sączyło się przez brudne okna. Cienka firanka wisiała tylko z jednej strony. Pralka w kuchni buczała nierytmicznie. Zlew przeciekał.

W kącie kuchni stał zaparowany kubek po herbacie z poprzedniego dnia.

W lodówce: dwie butelki wody, słoik musztardy, masło — przeterminowane.

Obok lodówki, na podłodze, trzy puste butelki po tanim bourbonie i jedna, z której piłem wczoraj. A może dziś w nocy. Jedno i to samo.

Nie myłem się od dwóch dni.

Może trzech.

Zegarek leżał na stole, ale nie działał. Nie potrzebowałem go. Nie pracowałem. Nie odbierałem telefonów.

W pokoju wisiało jedno zdjęcie. Caroline uśmiechała się, trzymając Owena na kolanach. Ja też tam byłem, z tyłu, z ręką na ramieniu Caroline, spojrzeniem skierowanym gdzieś poza obiektyw.

Czasami siadałem naprzeciwko tego zdjęcia i zastanawiałem się, czy ten człowiek, którego widzę, to naprawdę ja. Bo teraz byłem tylko kimś, kto został.

W Red Ridge nie mówiło się o wypadku. Nie dlatego, że ludzie zapomnieli.

Po prostu… co było do powiedzenia?

Samochód wypadł z drogi w deszczu.

Rodzina wracała znad jeziora.

Ojciec siedział za kierownicą.

Owen miał wtedy sześć lat. Zęby mleczne, których brak w przednim rzędzie dodawał mu komicznej powagi. Zawsze zadawał pytania. Zawsze coś chciał wiedzieć.

— Tato, a czy węże mają przyjaciół?

— A czy jak się spada, to się śni?

Nie pamiętam, co odpowiedziałem tamtego dnia. Pamiętam tylko, że prowadziłem z kacem.

Nie byłem pijany. Nie „prawnie”.

Według życia — byłem wystarczająco otępiały, żeby spierdolić wszystko.

To miał być krótki przejazd. Znałem tę drogę na pamięć. Zakręt za mostem. Mgła. Niewyraźne światła z naprzeciwka.

Caroline coś mówiła — delikatnym tonem, tym samym, którym zawsze prosiła, żebym nie jechał za szybko.

I wtedy… Owen krzyknął.

— Tato!

I świat przestał mieć kierunek.

Nie pamiętam uderzenia. Tylko dźwięk — metal o metal.

I potem… ciszę.

Nie taką, jak w filmach. Ciszę, która bije.

Kiedy otworzyłem oczy, widziałem tylko rozbitą szybę. Wyciągnąłem rękę. Nie pamiętam, czy kogoś wołałem.

Karetki przyjechały szybko.

Ale nie wystarczająco.

Caroline zginęła na miejscu.

Owen… przeżył kilka godzin.

Ja przeżyłem. Kilka żeber. Ramię. I dusza, której nie dało się zoperować.

Po wypadku nie wróciłem do domu. Sprzedałem go za bezcen. Ganek, na którym Caroline czytała książki latem. Pokój Owena z naklejkami na szafie.

Wszystko zostało — łącznie z cieniami.

Zamieszkałem nad warsztatem.

Nie pracowałem.

Silniki przestały być terapią, kiedy już nie miałem dla kogo ich naprawiać.

Piłem. Dużo. Nie jak ktoś, kto chce się zabić.

Jak ktoś, kto nie potrafi przeżyć trzeźwy.

Terapia trwała cztery sesje. Na piątej powiedziałem tylko:

— Próbuję oddychać.

A potem przestałem przychodzić.

W Red Ridge ludzie spuszczali wzrok. Nie z litości — na to trzeba by mieć serce. Z niewygody.

Byłem chodzącym przypomnieniem, że tragedia wali losowo.

A każdy wolał udawać, że wali gdzie indziej.

Noc nad rzeką przyszła bez planu. Nie był to list pożegnalny. Nie pusta butelka na stole.

Po prostu… długa noc. I coś we mnie pękło.

Szukałem odpowiedniego miejsca. Wybrałem rzekę, bo była blisko. Wiedziałem, że nurt szybko zabierze moje ciało.

Zostawiłem telefon. Klucze. Buty.

Wszedłem. Woda była zimna.

Ale to był jedyny moment, kiedy czułem się czysty.

Zanurzyłem się.

I odpuściłem.

A potem… coś mnie chwyciło. Silne dłonie. Wciągnęły mnie na brzeg, zanim zdążyłem odpłynąć. Kaszlałem, dławiłem się wodą, walczyłem o oddech.

A wtedy ktoś narzucił na mnie płaszcz. Gruby. Ciężki. Ciepły.

— Spokojnie — usłyszałem nad sobą.

Głos z obcym akcentem. Brzmiał… nie jak ktoś stąd.

Podniosłem głowę. Mężczyzna w ciemnym płaszczu, kaptur naciągnięty głęboko. Nie znałem go.

Tylko oczy. Bursztynowe. Świeciły w ciemności jak żar.

Nie wiedziałem, kim był. Dlaczego tu był.

Ale coś we mnie pękło.

— Dlaczego to zrobiłeś?! — wyrzuciłem z siebie, drżąc cały, głos zachrypnięty od zimna i wody.

A potem rozpadłem się kompletnie.

— Oni nie wrócą… — wyszeptałem, łamiąc się. — Moja rodzina… on już nie wróci… mój Owen… mój mały Owen… — głos mi drżał, ściskałem dłonie w mokrej ziemi. — Caroline… ona… ja byłem za kierownicą… ja ich zabiłem…

Byłem przemoczony, drżący, niezdolny do dalszych słów.

On patrzył. Zero współczucia. Zero osądu. Jak ktoś, kto już dawno nauczył się, że te dwie rzeczy są warte mniej niż butelka taniego bourbona.

I wtedy powiedział tylko jedno zdanie:

— Wygląda na to, że to nie jest jeszcze twoja pora.

Tyle.

Nie miałem już pytań. Nie miałem siły.

Zamknąłem oczy, wciągnąłem powietrze drżącymi płucami i poczułem, jak zmęczenie przejmuje kontrolę.

Nie zemdlałem. Nie straciłem przytomności nagle.

Po prostu zasnąłem.

Z wycieńczenia.

A rano byłem sam. Płaszcz zniknął. Buty leżały przy mnie.

A na piersi mój stary portfel.

W środku zdjęcie Caroline i Owena.

Suche.

— ––

Od tamtej nocy minął rok.

Nadal nie wiedziałem, co myśleć o tym wszystkim.

Czasem myślałem, że to sobie wyobraziłem. Czasem — że może to był Bóg, może anioł. A czasem — że to był człowiek, który wiedział więcej niż chciał mówić.

Nie zmieniło to mojego życia. Nie od razu.

Ale od tamtego dnia już nigdy nie próbowałem się zabić.

Czasem, kiedy woda w kranie zaczynała szumieć zbyt głośno, albo gdy padało w sposób znajomy — czułem coś pod skórą.

Nie lęk. Nie wdzięczność.

Tylko… obecność.

Jakby coś zostało z tamtej chwili, w której myślałem, że wszystko się kończy — a jednak ktoś mnie wyjął z tej decyzji, nie pytając o zgodę.

Nie mówiłem o tym nikomu. Nie analizowałem.

Zostawiłem to w tym miejscu, nad rzeką, razem z własnym cieniem.

Aż do tego wieczora…

Było cicho. Deszcz lekko stukał w parapet.

Siedziałem na krześle z kubkiem herbaty, której nie posłodziłem. Nie lubiłem słodkiego.

Telewizor brzęczał w tle. Nie słuchałem.

Po prostu bałem się ciszy.

Wtedy rozległo się pukanie. Trzy razy. Cicho, bez nacisku.

Znieruchomiałem, po czym wstałem powoli.

Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem.

W progu stał on — ten sam mężczyzna, który wyciągnął mnie z rzeki.

Bez kaptura. Z mokrymi włosami przyklejonymi do czoła. Ciemna kurtka, ramiona wyprostowane jak u kogoś, kto nigdy nie musi się bronić.

Twarz szczupła, ostre rysy, a w nich spokój tak nienaturalny, że aż niepokojący.

I oczy.

Te same bursztynowe oczy, które tamtej nocy świeciły w ciemności jak zwierzęce.

Ale to, co mnie naprawdę zatrzymało, to nie on.

To to, co trzymał.

Na ramieniu miał nosidełko. W środku spało niemowlę, zawinięte w ciemny koc. Rude włoski, blada skóra. Oddech ledwie widoczny.

Patrzyłem, nie ruszając się. Pytania cisnęły mi się do gardła, ale żadne nie chciało przejść przez usta.

— Co…? — wydusiłem w końcu.

— Jej matka nie żyje — przerwał mi. — Ojciec nie może jej zatrzymać.

Wyciągnął w moją stronę grubą kopertę. Wziąłem ją odruchowo, nie odrywając od niego wzroku.

— Starczy. Na początek. Na dom. Na spokojniejsze życie.

Koperta była ciężka. Rozerwałem ją.

W środku — plik banknotów, gruby jak moja pięść.

A pod nimi… paszport. Akt urodzenia.

W rubryce „ojciec” — moje imię i nazwisko.

W rubryce „matka” — Caroline.

Data sprzed kilku dni.

— Co…? — Palce zadrżały mi na papierze. — Caroline…? — podniosłem na niego wzrok. — Ona… ona nie żyje. Jakim cudem tu jest jej nazwisko? Kto to załatwił?

— Ktoś, kto miał taką możliwość — odparł bez mrugnięcia. — I radzę ci zmienić miejsce zamieszkania. Tam, gdzie ludzie nie będą zadawać pytań.

— Dlaczego ja? — poczułem, jak pytania piętrzą się we mnie coraz bardziej. — Dlaczego nie rodzina? Opieka społeczna? Ktokolwiek?

— Bo ty dokładnie wiesz, co to znaczy, kiedy ktoś nie ma już nikogo.

— Ale ja nawet… — urwałem, patrząc w stronę nosidełka. — Ja nie wiem nic o tym dziecku. Skąd mam wiedzieć, że to bezpieczne? Legalne? Dlaczego miałbym wziąć dziecko od obcego? Kim ty w ogóle jesteś?

— Tłumaczenia zostawmy tym, którzy mają na to czas — mruknął. — Jestem tu, bo ty możesz jej dać coś, czego ja nie mogę. Zwykłe życie.

Spojrzałem znowu na koc, jakbym chciał upewnić się, że w środku rzeczywiście jest niemowlę.

— A jeśli się nie zgodzę?

— To się nie wydarzy — powiedział spokojnie, a w jego głosie było coś, co ściągnęło mi chłód na kark.

Spojrzałem znowu na dziecko. Ciche. Bezbronne.

Wystarczyło, że poruszyło rączką, a w piersi znów poczułem ten znajomy ból.

Milczałem chwilę, czując, jak rozsądek i ta stara pustka walczą o przewagę.

On przez moment tylko patrzył, po czym ostrożnie odpiął pasy, wyjął dziecko i przytrzymał je w ramionach.

— Jak ma na imię? — zapytałem drżącym głosem.

Nie odpowiedział od razu. Spojrzał w dół na dziecko, jakby sprawdzał, czy na pewno śpi.

Przesunął palcem po jej policzku — delikatnie, choć wyglądał na kogoś, kto raczej nie robi takich gestów często.

— Nora.

Coś we mnie drgnęło. Nie wiem, czy od imienia, czy od tego, jak je wypowiedział.

Jakby ważyło więcej niż całe to spotkanie.

— Nawet jeśli ją wezmę… — zacząłem, ale urwałem.

On już mi ją podawał.

Przyjąłem ostrożnie. Jakby mogła się rozpaść od samego powietrza. Poczułem ciepło bijące przez koc. Maleńkie palce zacisnęły się na materiale.

Przez moment miałem przed oczami dłoń mojego syna w szpitalu.

Tamte palce były zimne.

Odwrócił się do drzwi, ale zatrzymał się w progu.

— Jeśli zawiedziesz, będę musiał tu wrócić — rzucił mi spojrzenie. Złote jak bursztyn, ale żywe — jakby coś w nich płonęło od środka. — A uwierz, żaden z nas tego nie chce.

Przez sekundę chciałem zapytać.

O jego oczy.

Chciałem wiedzieć, co ja właściwie widzę.

Ale ugryzłem się w język.

Nie chciałem znać odpowiedzi.

Stałem w progu, patrząc, jak znika w deszczu.

Potem spojrzałem na nią.

Mała. Krucha. Oddychała spokojnie, jakby nie miała pojęcia, że trafiła do kogoś, kto nie planował już żyć.

Decyzja zapadła, choć nie wypowiedziałem ani słowa.

Zostałem sam.

Z dzieckiem.

W mieszkaniu, gdzie wszystko cuchnęło wilgocią, a lodówka warczała jak stary pies.

Patrzyłem na to małe ciało zawinięte w koc. Rude włosy, pomarszczona skóra, oddychała płytko.

I wtedy coś się we mnie spięło — nie ze wzruszenia, tylko z czystego strachu.

Bo to wszystko było znajome.

Zbyt znajome.

Nie panikowałem jak ktoś, kto nie wie, jak trzymać dziecko.

Panika przyszła z innego miejsca — z pamięci.

Ten sam ciężar na ramieniu.

To samo ciepło skóry.

Ten sam rytm oddechu, który potrafił uspokoić każdą noc — dopóki się nie zatrzymał.

Nie wiedziałem, co robić, bo wiedziałem dokładnie, co robić.

A właśnie tego bałem się najbardziej.

Położyłem ją ostrożnie na starej kanapie, tak jak kiedyś kładłem Owena po kąpieli.

Koc zsunął się lekko. Dziecko drgnęło.

Instynkt kazał mi poprawić materiał, zakryć jej stopy. Zrobiłem to.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, że ręce mi się trzęsą.

Usiadłem obok. Patrzyłem, jak oddycha.

Nie miałem pojęcia, czy to wszystko jest legalne, prawdziwe, sensowne.

Paszport, akt urodzenia — fałszywe, kurewsko dobrze podrobione.

On wcisnął mi w ręce dziecko i zniknął w deszczu.

Nora. Tak powiedział mężczyzna. Nora.

Powtórzyłem jej imię w myślach.

Raz.

Drugi.

Za trzecim razem poczułem, że coś się we mnie złamało.

Ale nie bolało.

To nie było pęknięcie.

To było… otwarcie.

Dziecko poruszyło się lekko. Mruknęło.

Ona… była moja.

Nikt mnie nie pytał. Nikt mi nie dał czasu.

Ale kiedy spojrzałem w jej twarz — pomarszczoną, czerwoną, nierówną — zobaczyłem nie nowy początek.

Zobaczyłem konieczność.

A konieczność ma w dupie, czy jesteś gotów.

I w tej jednej sekundzie, nie będąc gotowym, nie będąc nawet trzeźwym, nie będąc kimś, kto zasługiwał — zostałem ojcem.

Po raz drugi.

Nie przez papier.

Nie przez krew.

Przez decyzję, której nie wypowiedziałem na głos.

Ale która była prawdziwsza niż wszystko, co zrobiłem od dnia, w którym straciłem własne dziecko.

Spojrzałem na małą, a później delikatnie podniosłem ją z kocyka.

Nora wtuliła się w moją klatkę piersiową.

Oddychała lekko.

Zamknąłem oczy. Nie wiedziałem, co zrobię za godzinę, za dzień, za miesiąc.

Nie miałem łóżeczka, mleka, planu.

Miałem tylko ją.

A kiedy poruszyła palcami i wydała z siebie ten krótki, urwany dźwięk — nie płacz, raczej oddech — zrozumiałem jedno:

To nie jest moja druga szansa.

To jest jej pierwsza.

I nie mogę jej spieprzyć.

ROZDZIAŁ II

„Dzieci Brightmore”

Nora

„Nie wiesz, że już się żegnasz, dopóki nie jest po wszystkim.” — Ray Bradbury.

Obudziłam się kilka minut przed budzikiem. Nie z powodu dyscypliny ani planowania. Organizm robił to sam — jakby znał wszystkie możliwe zagrożenia i nie ufał maszynie, która kosztuje mniej niż pizza i potrafi zawieść w chwili, gdy najbardziej liczysz na sygnał.

Leżałam chwilę wpatrzona w sufit mojego poddasza. To miejsce było moim schronem. Stare belki skrzypiały nawet wtedy, kiedy nie było wiatru, a plama po przecieku nad biurkiem udawała sztukę współczesną. Pachniało tu kurzem, farbą olejną i świecami waniliowymi, które kupowałam hurtowo, jakbym miała nimi zaklinać chaos.

Na korkowej tablicy wisiał miks moich dwóch światów: wydrukowany plakat Fridy, zdjęcia z Cass, na których wyglądałyśmy jak nieśmiertelne bohaterki jakiegoś indie-filmu, bilety do kina, które nigdy nie były warte ceny. A na biurku — szkicownik od Theo.

Kiedy mi go podarował, był pusty, pachniał jeszcze nowością i miał te irytująco czyste kartki, na których człowiek boi się postawić pierwszą kreskę. Teraz nosił ślady moich prób: szkice urwane w połowie, rysunki, które kończyłam zbyt szybko, bo brakowało mi cierpliwości, i takie, które przypominały raczej plamy niż sztukę.

Podarował mi go na siedemnaste urodziny — i choć nie miał w sobie nic spektakularnego, był najbardziej osobistym prezentem, jaki kiedykolwiek dostałam.

Zaraz obok — wiszące na ścianie — pompony Braves. Czarny dowód na to, że czasem naprawdę próbuję być normalna.

Bo cheerleading nie był moim marzeniem. Nigdy nie oglądałam filmów, w których dziewczyna w krótkiej spódniczce zdobywa stadion i serce rozgrywającego. Dla mnie to był wentyl. Przynależność. Zbiorowe „hej, jesteśmy drużyną”, które sprawiało, że przez chwilę nie czułam się jak ktoś z innej planety.

W stroju Braves byłam jedną z nich. Rytm, krzyk, synchroniczny uśmiech. Konformizm w najlepszej cenie: darmowy.

Na krześle wisiał mój dzisiejszy strój. Kompromis po zaciętej wojnie z Cass w centrum handlowym. Ona chciała ubrać mnie w dekolt tak głęboki, że geolodzy mogliby w nim robić badania terenowe. Ja broniłam prawa taty do przeżycia jeszcze kilku lat bez zawału. Cass twierdziła, że moja garderoba to zbrodnia przeciwko ludzkości i powinna być ścigana przez trybunał w Hadze.

Skończyło się na dopasowanych jeansach i topie, który niby nic nie mówił, ale jednak mówił więcej, niż bym chciała.

Spojrzałam w lustro. Zielono-niebieskie oczy, rude włosy, piegi. Twarz, którą obcy nazwaliby „ładną”, a ja nazwałam „problemem”.

Ładna twarz w małym miasteczku to nie dar. To etykieta, której nie odkleisz. To szepty na korytarzach, spojrzenia w sklepie spożywczym, pytania zadawane tonem, w którym więcej jest ciekawości niż życzliwości.

Brightmore nie potrzebowało kamer monitoringu. Miało ludzi, którzy wiedzieli, o której godzinie otwierasz lodówkę i za kim zamykasz drzwi.

Na parapecie leżały moje czerwone okulary.

Założyłam je.

Dotknęłam złotego łańcuszka z literą „B” od mamy. Lekkiego jak powietrze, ciężkiego jak cała reszta.

— Wyglądasz jak ktoś, kto przeżyje pierwszy dzień szkoły — mruknęłam do siebie. — Reszta to już hazard.

Plan był prosty: zejść na dół bez alarmu, nie zostawić śladów i przeżyć dzień, zanim zacznie się prawdziwe granie.

Spojrzałam na swoją rękę. Na bandaż. Idealny — biały, czysty, równo zaciśnięty. Krzyczał: „rana”. Pod spodem nie było nic. Ani śladu, ani dowodu. Tylko spektakl, który codziennie odgrywałam przed światem i przed sobą.

Wszystko zaczęło się od pieprzonych frytek. Cass wpadła jak żywioł — z papierową torbą ziemniaków, garścią przypraw i energią, która bardziej pasowała do demolki stadionu niż mojej kuchni.

— Robimy frytki! — oznajmiła tonem, który nie zna sprzeciwu. Jakby przyniosła wyrok, nie ziemniaki.

Tata spojrzał na mnie ze swoją klasyczną, zbolałą miną. Ale wyjął deskę, nóż i poddał się wyrokowi losu. Cass sypała solą bez opamiętania; kryształki strzelały po blacie jak drobny grad.

Tata zdążył ściszyć jej muzykę, zanim rozwaliła głośnik. A ja… wyłączyłam się.

Nie wiem, czy patrzyłam na nią, czy na okno. Po prostu odleciałam na chwilę.

I nóż zrobił swoje. Niedużo. Wystarczająco.

Ciepła krew chlusnęła na ziemniaki i moje palce. Na ułamek sekundy wyglądało to groteskowo — jakby ktoś polał je sosem, tylko że ten sos pulsował razem z moim sercem.

— O, kurwa! — wrzasnęła Cass, odskakując tak gwałtownie, że krzesło zajechało po kafelkach i zapiszczało jak ostrze. — Nora, ty krwawisz!

Tato nawet nie drgnął. Wyciągnął ręcznik z szuflady i podał mi go tak, jakby wręczał kubek z herbatą, a nie ratował życie. Zero paniki. Zero pytań.

Ja patrzyłam na ranę. Pulsowała, czerwona, żywa. A potem… skóra zasklepiła się szybciej, niż zdążyłam złapać oddech.

Cass oczywiście tego nie widziała. Już biegła po apteczkę. Wróciła z bandażem, z oczami wielkimi jak spodki i toną pytań. Nakłamałam: że przemyłam, że boli, że lepiej zakryć. Łyknęła wszystko jak zawsze.

Tata w tym czasie wyrzucił ziemniaki. Zgasił kuchenkę.

— Szkoda — rzucił sucho. — Mogły być dobre.

I tyle. Koniec spektaklu.

Spojrzałam na rękę. Na bandaż. I nie chodziło o to, że bolało. Nie chodziło nawet o Cass. To uczucie znałam od dawna.

Pierwsza scena była dużo wcześniej. Wtedy, gdy jeszcze byłam dzieckiem.

Miałam sześć lat, kiedy wydarzyło się to pierwszy raz. Nie takie „dziwne, ale wytłumaczalne”. To było coś, czego nie dało się objąć żadnym słowem.

I nie byłam już wtedy sama ze swoim sekretem.

Siedziałam na podłodze, otoczona kartkami, które miały udawać fale i koronę. Nożyczki były zabawką, dopóki ostrze nie przecięło skóry. Czerwony ślad, najpierw cienki, potem gwałtowny.

Krew skapywała na papier i podłogę, ciepła i lepka. Zaczęłam krzyczeć, tak jak każde dziecko, które widzi własną krew.

Tata wpadł do pokoju w kilka sekund. Zatrzymał się w progu, jakby uderzył w ścianę. Dopiero potem ruszył, klęknął przy mnie, wyciągnął ręcznik.

— Nora?! — Jego głos był pęknięty. — Pokaż mi!

Złapał moją dłoń, a wtedy to się stało. Rana zasklepiała się na jego oczach. Skóra ściągała się sama, krew znikała, zostawiając gładki, czysty palec.

Tata zamarł. Otworzył usta, ale nic z nich nie wyszło. Tylko patrzył, jakby ktoś wyrwał mu cały świat spod nóg.

— Tato? — wyszeptałam, bardziej przestraszona jego miną niż własną raną.

Wtedy wcisnął mi w rękę ręcznik, mimo że nie było już czego uciskać.

— To nic. Nic się nie stało — powiedział za szybko, jakby słowa miały przykryć coś, co właśnie widział. Ale w oczach miał to drgnięcie, które zdradzało, że widział aż za dobrze.

Ale ja już wiedziałam, że kłamie. Że nie miał pojęcia, co właśnie zobaczył.

Potem zdarzało się więcej razy: upadek z huśtawki, rozcięcie o gwóźdź w garażu, poparzenie przy czajniku. Za każdym razem ten sam cud, ta sama cisza.

— Tato, czemu ja się tak leczę? — pytałam.

Udawał spokój, ale w oczach miał zawsze tę samą panikę, której nie zdążył ukryć tamtego pierwszego dnia.

— Po prostu… tak się zdarza — odpowiadał, prawie szeptem.

— Ale innym się tak nie dzieje.

— Ty nie jesteś innymi. To wystarczy.

— A mama też tak miała?

Na to nigdy nie odpowiadał. Tylko kładł mi dłoń na ramieniu, lekko, jakby bał się dotknąć mnie mocniej.

I zostawialiśmy to. On, bo nie wiedział, jak mówić. Ja, bo zaczynałam wierzyć, że jestem czymś, co trzeba ukrywać.

Ale kiedy podrosłam, zaczęłam widzieć więcej. Nie dało się tego nie zauważyć.

Patrzyłam, jak jego spokój był tylko maską, jak czasem ręce mu drżały, kiedy myślał, że nie patrzę. Jak odkładał narzędzia w warsztacie przy Elm Street — tym samym, który prowadził od lat, gdzie każdy śrubokręt miał swoje miejsce, a każdy klient znał jego imię — i nagle zatrzymywał się w pół ruchu.

Stawał w ciszy, zapatrzony w nic, jakby próbował znaleźć odpowiedź w plamach oleju na betonie.

Nigdy mnie nie zapytał. Nigdy nie powiedział: „pokaż mi jeszcze raz” albo „jak to możliwe?”. Ale widziałam to w jego dłoniach.

W ich ciężarze, w tym, jak zaciskał je na kierownicy samochodu, którym wracaliśmy do domu. Cała niewypowiedziana troska siedziała w tych dłoniach, zamiast w słowach.

Tata był facetem od prostych rzeczy. Wiedział, jak wyjąć skrzynię biegów w trzy minuty, znał wszystkie objazdy Brightmore, umiał poskładać silnik w całość z oczami zamkniętymi. Ale mnie nie rozumiał. I nie udawał, że jest inaczej.

Nigdy nie próbował wygłosić wykładu, nie próbował mnie rozgryźć. On po prostu był.

I w tej prostocie było więcej miłości, niż kiedykolwiek znalazłabym w słowach.

Z czasem oboje przyjęliśmy tę samą strategię. Udawaliśmy, że bandaż wystarcza. Że plaster rozwiązuje problem.

On nie zadawał pytań, ja nie dawałam odpowiedzi. Bo łatwiej było przykleić kawałek materiału, niż patrzeć prawdzie w oczy.

— ––

Zeszłam po schodach ostrożnie, jak zawsze. Trzeci stopień skrzypiał głośniej niż reszta, jakby chciał mnie sprzedać całemu światu za każdym razem, kiedy próbowałam zejść po cichu.

Ten skrzyp był jak znak firmowy domu — upierdliwy, niezniszczalny, wieczny.

Kuchnia pachniała kawą i tym specyficznym spokojem taty, który miał w sobie więcej milczenia niż słów.

Siedział przy stole, jak zwykle. Gazeta przed nim, nieruszona. Kubek w lewej dłoni. Prawa wolna — nieprzypadkowo.

Zawsze gotowa, jakby wiedział, że zaraz coś trzeba będzie poskładać: śrubę, człowieka, mnie.

Jego włosy już dawno zaczęły przegrywać z siwizną, a kilkudniowy zarost dodawał mu wyglądu faceta, który przeszedł więcej, niż chciał o tym mówić.

Koszula ta sama od kilku dni, plama z oleju na rękawie. Był obrazem wszystkiego, co Brightmore mogło nazwać „normalne”.

I jednocześnie jedynym człowiekiem, przy którym czułam się naprawdę bezpieczna.

— Ooo, czerwone okulary — tata zerknął na mnie znad kubka. — Mocny wybór jak na siódmą rano. Jakieś plany?

— Najpierw przetrwać szkołę. Potem z Cass obalimy system edukacji.

— System, hm? — Upił łyk kawy. — To tylko upewnijcie się, że zaczniecie od stołówki. Zawsze chciałem zobaczyć, jak to gówno wylatuje w powietrze.

— Spokojnie, Cass ma już plan. Najpierw szkoła, potem bank, a na koniec impreza nad rzeką.

— Świetnie. — Odstawił kubek. — Jak wrócisz pijana do domu, będę udawał, że cię nie znam.

— Nie zaskoczyłeś mnie.

— Nie miałem zamiaru. — Sięgnął po gazetę. — Byle tylko nie zadzwonili z komisariatu, bo nie chce mi się zmieniać koszuli do zdjęcia rodzinnego.

Przewróciłam oczami. To był jego odpowiednik przemowy motywacyjnej.

Ale widziałam, jak jego palce na kubku zacisnęły się odrobinę za mocno. Jakby chciał coś dodać, ale znowu wybrał żart.

Bez słowa położyłam rękę na stole. On też bez słowa ją wziął.

Odwinął bandaż powoli, jakby każdy ruch był ważniejszy, niż naprawdę był.

Jakby szukał śladu, którego nigdy nie znajdzie, a i tak musiał sprawdzić.

Spojrzał na moją skórę — gładką, nienaruszoną. Ani mrugnięcia. Ani pytania.

Wyjął nowy bandaż i owinął spokojnie. Tak, jakby to naprawdę miało znaczenie.

Spojrzałam na jego dłonie. Popękane, spracowane, pachnące olejem silnikowym.

Facet, który potrafił rozebrać silnik na części i złożyć go z zamkniętymi oczami, a przy tym nigdy nie udawał, że rozumie mnie.

I właśnie dlatego mu ufałam.

Były kawa, cisza i obecność — twarde jak blat stołu.

Żadnych przemów, żadnych morałów; tylko ktoś, kto siedzi naprzeciw i nie ucieka.

Był, kiedy miałam gorączkę, i siedział w drzwiach mojego pokoju całą noc z katalogiem części samochodowych na kolanach.

Był, kiedy zabrał mnie do Yellowstone i opowiadał o gejzerach, jakby sam je odkrył.

Był, kiedy nie chciałam iść na bal. Dał mi wtedy swoje stare czerwone okulary i powiedział:

— Czerwone okulary robią robotę. Reszta to pierdoły.

I był, kiedy widział moją krew znikającą na jego oczach.

Bandażował, nawet jeśli wiedział, że nie ma co bandażować.

Bo bandaż to nie był opatrunek. To był znak: jestem tu.

Podsunął mi filiżankę. Kawa z mlekiem, bez cukru. Dokładnie tak, jak lubiłam.

— Od kiedy robisz mi kawę? — spytałam.

— Od kiedy ty nie ogarniasz, że mleko samo się nie doleje.

— Doceniam gest.

— Nie doceniaj. To tylko strategia, żebym miał pięć minut ciszy.

Parsknęłam śmiechem.

— To było głębokie.

— A, no. Zapisz sobie w tym twoim szkicowniku. Może kiedyś będziesz miała cytaty na ścianę.

— Bardzo zabawne.

Wzięłam łyk. Była idealna. Jak zawsze.

— Toyota Theo znowu zostawiła ślad na podjeździe — rzucił sucho. — Powiedz mu, że jak jutro jej do mnie nie podrzuci, to znajdzie swój samochód w częściach u mnie w warsztacie. Na sprzedaż.

— Na pewno się ucieszy.

— Rozumiem, że po szkole idziecie do tego makaroniarza? — mruknął, nie odrywając wzroku od gazety. — Mam gotować kolację tylko dla siebie, tak?

— Tak, tato — odpowiedziałam spokojnie. — Jak zawsze w pierwszy dzień szkoły. Od siedmiu lat.

Odstawił kubek i westchnął ciężko, jakby dopiero teraz pogodził się z tą regułą.

— Przynajmniej mam pewność, że tradycja w tym domu jeszcze coś znaczy.

Z udawaną obojętnością wrócił do czytania, ale ja wiedziałam, że to jego sposób na udawanie, że nie przeszkadza mu, iż od lat pierwszego dnia szkoły wybieram kogoś innego do stołu.

— Wiesz, że trzeci stopień znowu skrzypi? — mruknęłam.

— Wiem.

— Naprawisz?

— Nie.

— Dlaczego?

— Bo przypomina ci, że tu mieszkasz.

Przewróciłam oczami. On nawet się nie uśmiechnął. Tylko wrócił do gazety, której i tak nie czytał.

W kuchni było cicho. Ale ciężko. Prawdziwie. Jak w domach, gdzie bandaże wystarczają zamiast odpowiedzi.

— ––

Na zewnątrz pachniało jak we wrześniu powinno — trawą, kurzem z poddasza i porannym powietrzem, które jeszcze nie zdążyło się nagrzać. Domy stały spokojnie, jakby wiedziały, że w Brightmore nic nie dzieje się zbyt szybko.

Nasze osiedle nie było duże. Kilka uliczek z nazwami drzew, chodniki z wyblakłym kredowym graffiti, które pamiętało jeszcze wakacje. Płoty — nie za wysokie, żeby nie zasłaniać sąsiadów, ale wystarczające, by dać złudzenie prywatności.

Theo był na swoim ganku. Oparty o barierkę, z kubkiem w dłoni. Nie wyglądał, jakby się gdzieś wybierał. Wyglądał, jakby czekał — tylko sam nie wiedział jeszcze na co.

Miał na sobie ciemnoszary T-shirt, który pamiętałam jeszcze z zeszłej jesieni, i dresowe spodnie, które wyglądały na ulubione, choć nigdy tego nie przyznał. Jego ciemne blond włosy były w lekkim nieładzie, jakby znów przełożył wizytę u fryzjera o kilka dni, a cienie pod oczami zdradzały zmęczenie, które zawsze nosił dyskretnie.

Miał w sobie ten rodzaj chłopięcego uroku w dojrzałej wersji, przez który sąsiadki z osiedla zbyt często wpadały z jeszcze ciepłym ciastem — „bo piekły i zostało”.

Zobaczył mnie, zanim ja zobaczyłam jego. Ale to też było „jego”.

— Marshall — rzucił z ganku, z tym swoim półuśmiechem. — Czerwone okulary. Subtelnie jak zawsze.

— Alternatywa była gorsza. — Zsunęłam torbę z ramienia. — Worki pod oczami nie mają tej samej siły przebicia.

Theo uniósł kubek. — Każdy walczy, jak umie.

Podeszłam bliżej. Stanęłam tak, że dzielił nas tylko stopień.

— Znowu ganek? — zapytałam.

Theo spojrzał na barierkę. — Próbuję zmusić go do współpracy. Ale buntuje się. Chyba chce mi coś powiedzieć.

— Może, że czas zainwestować w nowy.

— To by było za proste. Wolę relację opartą na napięciu — powiedział swoim niskim, głębokim tonem, który czasem sprawiał, że zwykłe żarty brzmiały poważniej, niż powinny.

Nie pamiętam konkretnego momentu, kiedy staliśmy się sobie bliscy. To nie było jak z Cass, gdzie od pierwszej chwili był wybuch i błysk.

Z Theo to była cisza — cicha obecność, która rosła w tle, aż pewnego dnia po prostu była czymś stałym.

Miałam osiem lat, kiedy się wprowadził. Dla mnie, dziecka, wydawał się wtedy… stary. Prawdziwie dorosły, prawie jak tata — a był przecież zaledwie jedenaście lat starszy ode mnie. Ale wtedy ta różnica była przepaścią: on miał samochód, klucze, telefon, nie musiał pytać nikogo o pozwolenie.

Był dorosłym w najczystszej postaci. A jednak nigdy nie patrzył na mnie jak na dziecko, którego trzeba się pozbyć z widoku.

Był miły nie z obowiązku, ale dlatego, że tak miał. Jakby widział mnie naprawdę — nawet wtedy, gdy reszta świata widziała tylko dziewczynkę.

Tata szybko zaczął mu ufać. Najpierw w małych rzeczach — podrzucenie mnie na trening, odebranie ze szkoły. Potem bez słowa zostawiał mu klucze do domu.

Theo wkradł się w nasze życie po cichu, bez deklaracji. W pewnym momencie stało się oczywiste, że był kimś więcej niż sąsiadem. Jakby od zawsze miał być elementem tej układanki.

Jest taki dzień, który mam w pamięci wyraźniej niż inne. Cass miała wtedy kryzys — jej rodzice rozrywali dom na pół, tata był zawalony robotą, a ja nie wiedziałam, co zrobić.

Theo zabrał nas na koncert do Miami. Nie na piknik w parku, tylko na stadion pełen świateł i ludzi. Imagine Dragons na scenie, tysiące gardeł, morze świateł.

W tej masie nawet Cass przestała udawać, że nic jej nie rusza.

I kiedy Cass zaczęła płakać w połowie koncertu, udając, że to muzyka, Theo objął ją ramieniem i nic nie powiedział.

A ja wtedy pomyślałam: właśnie o to chodzi. Że on umie być blisko, nie wchodząc w drogę.

Po koncercie miałyśmy jeszcze w sobie tyle energii, że namówiłyśmy Theo na spacer po plaży.

Zostawiłyśmy buty przy palmie i uciekłyśmy mu, śmiejąc się jak idiotki.

Oczywiście nas znalazł — godzinę później. Wracał, taszcząc nas dosłownie na ramionach, bo obie byłyśmy tak zalane tanim alkoholem, że nie dawałyśmy rady iść prosto.

Cass śmiała mu się w twarz, ja udawałam, że śpię. Theo tylko mruczał coś pod nosem.

Następnego dnia obudziłyśmy się z kacem stulecia. Cass jęczała, że umiera, ja leżałam twarzą w poduszce i obiecywałam, że nigdy więcej.

Theo wszedł do pokoju, rzucił nam butelkę wody i patrzył na nas jak na dwa kociaki, które wpadły do wiadra z farbą.

Od tamtego dnia — a pewnie nawet wcześniej — wiedziałam, że Theo był kimś stałym.

Że mogę się na nim oprzeć bez względu na wszystko.

Nie wchodził w moje życie głośno ani nachalnie, po prostu był — jak coś oczywistego, czego się nie podważa.

Jedna z najbliższych osób. Przyjaciel w najprawdziwszym sensie.

Theo nie dawał rad. Nie musiał.

Patrzył na mnie tymi swoimi ciemnymi oczami — cichymi, uważnymi, z cieniem zmęczenia — i to wystarczało.

Samą swoją obecnością dawał mi spokój.

— Gotowa na ostatni rok? — rzucił, jakby to był tylko kolejny poniedziałek.

— Żartujesz? Nigdy. Ale nauczyłam się udawać.

— Dobre podejście. — Upił łyk kawy. — W tej mieścinie wszyscy udają.

— Ty też?

Theo spojrzał na mnie uważnie, trochę zbyt długo.

— Zawsze. — Odstawił kubek. — A teraz idź, zanim ktoś uwierzy, że naprawdę lubię te nasze poranne rozmowy.

— Już uwierzyli. — Wsadziłam okulary na nos. — A ja liczę, że tym razem się nie zorientują.

Theo uniósł kubek jak toast.

— Po lekcjach u Tony’ego.

— Tradycja to tradycja. — Uśmiechnęłam się, bo oboje wiedzieliśmy, że innej opcji nigdy nie było.

Zza żywopłotu wyszła pani Rogers ze swoim terierem. Theo pomachał jej z uprzejmym uśmiechem. Ja też, bo inaczej zaraz zadzwoniłaby do ojca z pytaniem, „czy wszystko w porządku z tą twoją dziewczyną”.

— Uważaj na siebie — rzucił Theo.

— To brzmi, jakbyś wiedział coś, czego ja nie wiem.

— Wiem tylko, że jesteś sobą. — Uśmiechnął się z tym swoim sarkastycznym błyskiem w oczach. — A to już całkiem niezła katastrofa.

— Czyli ja rzucam granat, a ty zbierasz odłamki?

— Brzmi znajomo. Chyba lubię ten układ, skoro jeszcze nie uciekłem z miasta.

Roześmiałam się, bo tylko Theo potrafił powiedzieć coś takiego tak, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.

Machnęłam mu ręką i wsiadłam do samochodu. W lusterku zobaczyłam, jak jeszcze przez moment patrzy, zanim znowu wrócił do tej swojej poręczy, jakby nigdy się stąd nie ruszał.

— ––

Dwie przecznice dalej domy wyglądały już zupełnie inaczej — równo przystrzyżone trawniki, podjazdy z nowymi SUV-ami, fasady jak z katalogu. Inny świat niż nasz, ale nadal Brightmore.

Zatrzymałam się przed domem Cass i włączyłam awaryjne. Zegar wskazywał pięć minut później, kiedy drzwi wreszcie się otworzyły. Jak zwykle.

Cass wyłoniła się jak na pokazie — w butelkowo-zielonej, opiętej sukience, z rozpuszczonymi blond włosami, które wyglądały na zbyt starannie ułożone jak na pierwszy dzień szkoły. Ojciec nigdy nie wypuściłby mnie w czymś takim z domu, ale Cass zawsze potrafiła postawić na swoim.

Oparłam łokieć o szybę i uchyliłam okno.

— Nie wiem, czy mam zagwizdać, czy podać ci koc z bagażnika.

— Cicho, dziewczyno w czerwonych okularach. — Cass rzuciła to z radością, wskakując do auta.

Ciepło we mnie drgnęło i wypłynęło uśmiechem, zanim o tym pomyślałam.

Cass pojawiła się w moim życiu, kiedy miałam siedem lat. Ja chowałam się w cieniu, bo tak było łatwiej — niewidoczna i bezpieczna. Ona wpadła na korytarz jak huragan w brokacie. Plecak w jednorożce, włosy rozczochrane, jakby dopiero spadła z drzewa, i mina człowieka, który nigdy nie usłyszał słowa „cicho”. Spojrzała na mnie, podeszła i oznajmiła:

— Ty. Siedzisz ze mną.

Nie zapytała. Po prostu usiadła obok, jakby to było jej miejsce od zawsze. Wyciągnęła kanapkę owiniętą w różowy papier, zmierzyła moją — zbitą, krzywą, smutną jak ja wtedy — i rzuciła:

— Twoja wygląda jak kara od życia. Masz moją.

Nie umiałam nawet zaprotestować. Po prostu wzięłam. A ona już opowiadała o czymś zupełnie innym, jakby podmiana kanapek była czymś tak naturalnym, że nie wymagała żadnych wyjaśnień.

I od tego momentu byłam jej. A ona moja.

Na początku mnie przerażała. Była głośna, pewna siebie, mówiła bez zastanowienia i działała, zanim pomyślała. Ja wtedy milczałam częściej, niż mówiłam — nie dlatego, że nie lubiłam mówić, tylko dlatego, że bałam się, że ktoś zauważy, jak bardzo coś ze mną jest nie tak. Siedem lat to za mało, żeby to rozumieć, ale wystarczająco, żeby czuć.

Ale im bardziej się cofałam, tym mocniej Cass mnie goniła. Jakby jakaś siła pchała ją, by się ze mną zaprzyjaźnić. I w końcu przestałam uciekać.

Cass właziła do mojego domu bez pukania, jak do siebie. Charlie tylko machał ręką, kiedy wbiegała do kuchni, kradła mu ciastko i ciągnęła mnie na dwór. Wakacje nasze rodziny planowały wspólnie, żebyśmy ani jednego dnia nie spędziły osobno. Ona była ruchem, ja hamulcem. Razem to działało.

To ona wciągnęła mnie do szkolnej paczki. Zrobiła to tak naturalnie, jakbyśmy od zawsze były w zestawie: Cass mówiła, ja potwierdzałam spojrzeniem i nikomu nie przychodziło do głowy, żeby to kwestionować.

Zazwyczaj wszystko kręciło się jednak wokół naszej trójki: Cass, Theo i mnie. Nawet jeśli coś zaczynało się od jednej osoby, prędzej czy później kończyło się w trójkę. Ona kombinowała na wszystkie sposoby, jak go sprowokować, a on siedział niewzruszony i tylko co jakiś czas rzucał jej ten swój półuśmiech, który doprowadzał ją do szału.

Cass potrafiła nakręcić się o wszystko. Raz przyszła z fazą na globalne ocieplenie i zarzekała się, że musimy coś zrobić. Theo spokojnie zauważył, że codziennie do szkoły oddalonej o dwa kilometry jeździmy dwoma samochodami. Zagotowała się, a po pięciu minutach awantury rozpłakała z nerwów. Theo tylko patrzył w milczeniu, a ja głaskałam ją po ramieniu, starając się nie wybuchnąć śmiechem.

Wszystko robiłyśmy razem. Cass ciągnęła mnie na imprezy, a ja pilnowałam, żeby nie wdawała się w bójki. Ona godzinami nawijała o choreografii Braves, ja zmuszałam ją, by chodziła ze mną po galeriach i wysłuchiwała opowieści o sztuce. Ona gadała za dużo, ja odpowiadałam za ostro. Razem to działało.

Pamiętam ten dzień, kiedy wciągnęła mnie do Braves.

— Nora, jesteś wolna po szkole? — rzuciła z tą swoją manierą, jakby to nie było pytanie.

— Nie wiem. A co?

— Bo próby do zespołu są za dziesięć minut. Wzięłam ci legginsy.

Protestowałam, oczywiście. Krótkie topy, głośna muzyka, synchronizacja ruchów — koszmar. Cass tylko machnęła ręką:

— Masz ogień, Marshall. Chowasz go, ale ja go wyciągnę.

I wyciągnęła. A potem zawsze stała za mną w szeregu, gotowa zawalić krok razem ze mną.

Była też wtedy, kiedy Alfie — mój pierwszy chłopak — wystawił mnie bez słowa. Pamiętam, jak stałyśmy przed jego domem. Ja płakałam, a Cass patrzyła na jego zaparkowane auto. Pięć minut później Alfie znalazł swój samochód oblepiony resztkami jajek i mąki. Cass tylko uśmiechnęła się szeroko:

— Ulga kosztuje sześć dolarów w sklepie spożywczym. Masz szczęście, że nie kupiłam cegły.

Tak wyglądała nasza równowaga. Jeśli jedna była w kłopocie, druga nie pytała — po prostu wchodziła do gry.

Leżałyśmy kiedyś na boisku po treningu, zmęczone do granic, i Cass nagle rzuciła:

— Wiesz, czemu cię lubię?

— Pojęcia nie mam — mruknęłam.

— Bo uzupełniamy się. Jak wibrator i baterie.

Śmiałyśmy się tak długo, że trenerka kazała nam biegać kółka. Ale to zdanie zostało. Nasz prywatny slogan.

Uśmiech nie schodził mi z twarzy jeszcze przez moment, kiedy Cass rozparła się tak wygodnie, jakby wiozła mnie swoim autem. Zerknęłam na nią raz jeszcze — z tą mieszaniną czułości i rozbawienia, której nigdy nie potrafiłam przed nią ukryć. Spojrzała na mnie poważnie, na sekundę, jakby chciała coś powiedzieć. A potem wykrzywiła twarz w tak idiotyczną minę, że nie wytrzymałam. Parsknęłyśmy śmiechem jednocześnie.

Wsunęłam kluczyk do stacyjki, silnik zaskoczył. Cass odwróciła się do panelu i zaczęła szukać stacji, a ja wcisnęłam gaz. Jechałyśmy w stronę szkoły, nie wiedząc, że to ostatnia prosta do końca naszej beztroski.

— ––

Brightmore było miejscem, które znało rytm. Wiedziało, kiedy dzieci się rodzą i kiedy wyjeżdżają. Kiedy ktoś buduje huśtawkę i kiedy ją zdejmuje — bo ktoś już nie wraca. Nie było to miasteczko z katalogu, ale było nasze.

Znałam każdy zakamarek — te ławki w parku, które skrzypiały po deszczu, i te przy deptaku, na których starsze panie komentowały każdy spacer przechodnia; znałam każdy róg ulicy — za piekarnią, gdzie od świtu pachniało drożdżówkami, i przy kiosku, gdzie kupowałyśmy z Cass landrynki na sztuki, jakby to były największe skarby.

Znałam też trasy — skręt koło starego kina, gdzie razem z Cass i Theo oglądaliśmy europejskie filmy, tylko po to, żeby potem przenieść się do pizzerii Tony’ego obok i przez godzinę nabijać się z każdej sceny, której nie rozumieliśmy.

Znałam ludzi — panią Hargrove podlewającą z dokładnością chirurgiczną swój trawnik, Ricka, który co lato otwierał nowy biznes i co lato go zamykał, starego właściciela tego sklepiku z lodami, który rozdawał dodatkowe cukierki „na drogę”, nawet gdy już dawno z tego wyrosłyśmy.

Brightmore znało mnie równie dobrze. Wiedziało, że zawsze jeżdżę tą samą trasą — mijając stare domy, znajome ogrody, krzywe ogrodzenia. Wiedziało, że wciąż wybieram boczne uliczki zamiast głównej, żeby tylko nie stać na światłach, mimo że w tym miasteczku nie było nigdy prawdziwych korków.

Tego ranka nie miałam wyboru — trafiłam na czerwone przy skrzyżowaniu z Main Street. Silnik cicho pomrukiwał, a ja wystukałam rytm na kierownicy. Przed piekarnią zamiatał stary pan Alvarez. Zobaczył nas i od razu uniósł rękę.

Opuściłam szybę.

— Dzień dobry, panie Alvarez.

— Nora, Cass! — odparł, opierając się na szczotce. — Powiedz ojcu, że jego czary z gaźnikiem znowu przestały działać. Jak nie przyjedzie dziś, to pieczywo będzie z zakalcem!

— Przekażę mu. — Uśmiechnęłam się, bo dokładnie tak mówił co miesiąc.

— No, no. — Pokręcił głową, a potem dodał z tą samą teatralnością, którą znałam od dzieciństwa: — I przestań tak pędzić, bo straszysz ludzi.

Mrugnęłam do niego, podniosłam szybę i wtedy kątem oka zauważyłam panią Keane, tę od niekończących się pretensji o „hałasującą młodzież”.

— Patrz, Keane wygląda dziś, jakby umarła pięć lat temu, tylko nikt jej nie powiedział — rzuciła Cass.

— Cass… — mruknęłam, ale uśmiech sam mi się wymknął.

Ruszyłam, gdy światło zmieniło się na zielone. Może właśnie dlatego czasem miałam ochotę uciec. Bo niektóre miejsca kochają cię za dobrze. Tak dobrze, że aż duszą. Brightmore obejmowało mnie znajomymi obrazami za szybą samochodu — sklepy, które nigdy nie zmieniały szyldów, chodniki łatane tysiąc razy tym samym betonem, ten sam zapach trawy podlewanej wieczorem. Wszystko znajome do bólu, aż człowiek marzył, żeby coś — cokolwiek — wyglądało inaczej.

A potem skręciłam w stronę szkoły i zobaczyłam, że nic się nie zmieniło tam, gdzie liczyło się najbardziej. Ten sam budynek, ten sam dzwonek, za głośny i zgrzytliwy, jakby ktoś walił łomem w stare rury. Pasował do Brightmore.

Cass szła obok mnie w zielonej sukience, jakby wchodziła na wybieg, a nie do klasy maturalnej. Ja w moich czerwonych okularach. Nikt nie miał wątpliwości, że nie istniejemy osobno. Każda z nas inna, ale obie nierozerwalne. I może właśnie dlatego wszyscy patrzyli — jakby chcieli sprawdzić, która z nas pierwsza się potknie.

— To będzie nasz rok — rzuciła Cass, zatrzymując się w drzwiach, jakby miała wygłosić przemówienie inauguracyjne.

— Nasz? — uniosłam brew. — A to nie miało być twoje wielkie solo?

— Przestań. Ty masz cięty język, ja mam dar gadania. Ty widzisz, gdzie trzeba ugryźć, ja gdzie trzeba się uśmiechnąć. Idealny układ.

Złapała mnie za rękę i wciągnęła do środka. Ławka trzecia od okna czekała.

Nasza.

— ––

Pani Martin weszła tuż przed dzwonkiem, z tym spokojnym, prostym krokiem kogoś, kto wie dokładnie, gdzie jest i po co tu przyszedł — i nie zamierza nikogo przepraszać za swoją obecność. Biała koszula, czarna spódnica, elegancka torba, lekki uśmiech pod kątem.

Odstawiła torbę na biurko, przesunęła wzrokiem po całej klasie — bez pośpiechu, ale z pełnym skupieniem — i dopiero wtedy odezwała się:

— Dzień dobry. Nazywam się Rachel Martin i jestem nowym doradcą szkolnym. Proszę, mówcie mi Rachel. Dodatkowo, przez najbliższe miesiące będę mieć przyjemność prowadzić z wami francuski. Dyrekcja łączy etaty, budżet się kurczy — więc mam dwa kapelusze. Jeśli komuś się wydaje, że francuski to tylko „bonjour” i croissanty… — uśmiechnęła się kątem ust — spokojnie, rozczaruję was w swoim czasie.

Kilka osób zachichotało. Rachel skinęła głową, jakby to właśnie chciała osiągnąć.

— Wiem, że wyglądam, jakbym się zgubiła w liceum — rzuciła lekko — ale zapewniam: przyszłam tu z własnej woli. Jeśli macie pytania, zadawajcie teraz. Potem zamierzam udawać, że ich nie słyszę, zwłaszcza gdy będziecie je zadawać po angielsku.

Znów ten cichy śmiech, większy, rozluźniający.

Cass nachyliła się do mnie i wyszeptała:

— Za chwilę powie, że lubi długie spacery po plaży i czerwone wino.

Uniosłam brew.

— To by było nawet uczciwe — odpowiedziałam. — Większość nauczycieli wali wprost, że nas nienawidzi.

Cass parsknęła ironicznie:

— Taka słodkość, że mam ochotę strzelić sobie w łeb.

Przewróciłam oczami. Cass, królowa tanich dramacików, właśnie wjechała na scenę.

Rachel usiadła na rogu biurka i, przeglądając swoje notatki, rzuciła w stronę całej klasy:

— Zacznijmy od zadania integracyjnego. Powiedzcie mi coś o sobie. Jakie macie plany, marzenia po liceum. Po francusku albo po angielsku — dam fory, ale tylko dziś.

Kilka osób odezwało się nieśmiało — ktoś wspomniał o pracy w kawiarni, ktoś o studiach w Chicago. Rachel słuchała wszystkich, co jakiś czas wtrącając:

— „Café” to po francusku dokładnie „kawiarnia.”

Albo:

— „Université” — tego słowa będziecie używać w wypracowaniach.

Nie brzmiała jak ktoś, kto odfajkowuje listę. Zatrzymywała się na każdym zdaniu, dopowiadała coś od siebie, dopytywała. Gdy chłopak z końca sali mruknął, że nie ma planów, tylko wzruszył ramionami, Rachel nie skrzywiła się jak inni nauczyciele, tylko kiwnęła głową.

— Brak planu to też plan. Tylko wtedy trzeba mieć oczy szeroko otwarte, żeby nie przegapić okazji.

Dziewczyna z pierwszej ławki powiedziała, że chce iść w stronę medycyny. Rachel uśmiechnęła się, ale zamiast banału rzuciła:

— Chirurgia czy pediatria? Czy jeszcze szukasz odpowiedzi?

Patrzyłam na nią i myślałam, ilu już mieliśmy nauczycieli, którzy wchodzili do klasy jak na egzekucję. Albo takich, co traktowali nas jak rekrutów, których trzeba ustawić do pionu. Rachel była inna. Nie udawała władzy, nie grała znawczyni życia. Słuchała. Pytała. Jakby naprawdę chciała wiedzieć, kim jesteśmy. W tej szkole, gdzie większość kadry miała nas w dupie, to było… zaskakujące.

A potem odwróciła się w stronę Cass, która wystrzeliła natychmiast, niemal z przesadną swobodą:

— Nowy Jork. Moda. Studio z betonem na ścianach, herbata z hibiskusa i zero tłumaczeń się z własnej osobowości.

Rachel przechyliła głowę z lekkim uśmiechem:

— Et beaucoup de lumière? Dużo światła?

Cass zmarszczyła brwi, lekko rozbawiona:

— Zawsze.

Rachel uśmiechnęła się, ale tym razem z lekkim dystansem:

— To dobrze. Ludzie, którzy nie boją się jasności, zwykle mają ciekawsze historie.

Potem spojrzała na mnie.

— Nora Marshall?

Nie kłamałam.

— Floryda. Ciepło, ocean, wolne tempo. Ale to… trochę za daleko od domu.

Rachel tylko kiwnęła głową. Nic nie powiedziała. Ale przez ułamek sekundy spojrzała na mnie tak, jakby znała te słowa z własnych ust, sprzed lat. I w tym spojrzeniu było coś, co mnie uspokoiło.

Dzwonek zadzwonił zbyt wcześnie, jakby sam chciał mieć to już za sobą. Rachel podniosła wzrok znad notatek i rzuciła z uśmiechem:

— Idealny timing. W moim liceum dzwonek zawsze brzmiał jak syrena przeciwlotnicza, więc uznajmy, że macie szczęście.

Kilka osób parsknęło śmiechem, ktoś klasnął w ławkę. Nawet ja się uśmiechnęłam.

Nie od razu się zebrałyśmy. Cass siedziała z telefonem w ręku, przewijając coś z miną, która mówiła „mam to gdzieś” — choć oczywiście wszystko widziała i notowała w głowie. Rachel układała papiery na biurku z taką dokładnością, że aż chciało się zapytać, czy bierze za to dodatkową premię.

Ja patrzyłam w okno, ale myśli miałam gdzie indziej. Korytarz zdążył się wyludnić; tylko gdzieś w oddali słychać było trzask zamykanej szafki i śmiech z klasy obok — cichy, obojętny, jakby ten świat toczył się dalej bez nas.

Rachel spojrzała na mnie znad porządkowanych papierów.

— Nora, prawda?

Skinęłam głową.

— Floryda, zgadza się? — zapytała. — To twoja odpowiedź na pytanie „co po szkole”?

— Tak. Ale to na razie taki półsen… — odpowiedziałam odruchowo.

Rachel uśmiechnęła się kątem ust.

— Dobrze, że wiesz, czego chcesz. Nawet jeśli to na razie tylko półsny. — Uśmiechnęła się krótko. — Ja w twoim wieku mówiłam „California”, a skończyłam w Brightmore. Tak to czasem działa.

Chwilę się zastanawiała, jakby ważyła, czy nie zabrzmi za mentorsko.

— Wiesz… jeśli kiedyś będziesz chciała pogadać. Nieoficjalnie, tylko tak zwyczajnie — jestem tu.

— Dzięki — rzuciłam, tym razem szczerzej.

Rachel skinęła głową i uśmiechnęła się jeszcze raz, zupełnie naturalnie. Potem wyszła, zostawiając po sobie wrażenie kogoś, kto nie próbuje niczego udowadniać — a to w tej szkole było rzadkością.

Spojrzałam na Cass — ta zrobiła teatralną minę, jakby się krztusiła bełtem, a potem udawała, że szuka ratunku.

Westchnęłam ciężko.

— ––

Po francuskim mieliśmy matematykę. Sala pełna kwadratów na tablicy i kwadratów w ławkach. Cass przez pół lekcji projektowała sukienki na marginesie, ja udawałam, że notuję, ale notatki nadawały się raczej na szyfr do złamania przez CIA. Graves, nasz matematyk, wyglądał jak człowiek, który marzy, żeby rzucić kredą, wyjść i już nigdy nie wrócić.

Olivia z naszej drużyny cheerleaderek zatrzymała się przy nas z tym swoim uśmiechem, który zawsze zwiastował cudze nieszczęście. Wiedziała wszystko o wszystkich — i najwyraźniej była z tego dumna.

— Nowa wygląda, jakby już przeszła przez swoje piekło — wyszczerzyła się Olivia, a w jej głosie brzmiała tania satysfakcja.

Cass nie podniosła wzroku znad telefonu.

— Spokojnie, Brightmore ma własne — mruknęła.

Olivia zachichotała i natychmiast przeszła na tryb kółka gospodyń szkolnych: kto się z kim przespał, kto płakał w szatni, kto wrzucił nagie zdjęcie do Snapchata i teraz udaje, że to „haker”. Plotki krążyły tu jak krew w obiegu — każdy miał je w sobie, każdy nimi żył.

Słuchałam ich i miałam wrażenie, że każda z tych historii to ta sama kaseta przewijana w kółko: inny chłopak, inne imię, ale zawsze te same dramaty. Cass czasem coś dopowiadała, Olivia prawie się dławiła ze śmiechu, a ja patrzyłam na to z boku, jak na serial, który dawno temu przestałam oglądać.

W tej szkole plotki były jak waluta. Jedni płacili nimi za status, inni za uwagę. Ja wolałam trzymać się z boku. Nie dlatego, że byłam święta — po prostu nie miałam ochoty płacić cudzym życiem za własną rozrywkę.

Historia była jeszcze gorsza. Collins opowiadał o wojnie secesyjnej tonem człowieka, który dawno przegrał własną. Telefon zawibrował pod ławką. SMS od Cass: „On nie uczy historii. On ją kurwa przechowuje w formalinie.” Odchyliłam głowę, niby znużona, ale tylko po to, żeby ukryć uśmiech. Collins coś tam jeszcze mruczał o rekonstrukcjach, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem sama nie siedzę na jednej.

Na stołówce serwowali coś, co na tablicy podpisano jako „lasagne”. Cass skwitowała z kpiną:

— To samo gówno co zawsze, tylko z włoskim akcentem.

Wegetariańska wersja wyglądała jak żart z obiadu, więc wybrałam jabłko. Na szczęście po szkole czekał Tony i jego pizza, więc mogłam przetrwać. Musiałam tylko pamiętać, żeby na jutro lunch zrobić sobie sama, bo mój żołądek nie miał w sobie tyle cierpliwości co Cass.

Na przerwie Max zablokował jej drogę w korytarzu, próbując być zabawny:

— Hej, Cass, przyjdziesz mnie jutro dopingować?

— Jasne. Przyjdziemy z Nor się pośmiać.

Max tylko się uśmiechnął — bardziej zmęczony niż złośliwy. Jakby sam wiedział, że w tej grze zawsze przegrywa. Cass nigdy nie przepuściła okazji, żeby wbić komuś szpilę. Jakby instynktownie wiedziała, że lepiej zaatakować pierwsza, zanim ktokolwiek zdąży cię zranić.

Wyszłyśmy ze szkoły razem. Cisza między nami nie była niezręczna — raczej taki rodzaj milczenia, w którym obie wiedziałyśmy, że i tak nie musimy nic mówić. Parking pachniał nagrzanym asfaltem i kurzem. Silnik starego forda nie chciał zapalić, ktoś kopnął w karoserię i zaklął tak, że echo poniosło się po całym placu. Codzienność w całej swojej krasie.

— Masz czasem wrażenie, że wszystko jest trochę… popierdolone? — rzuciłam niby od niechcenia, patrząc na rząd samochodów, jakbym pytała powietrze.

Cass spojrzała na mnie, przechylając głowę w jej typowy, nieco teatralny sposób.

— Serio, Nora? Egzystencjalne pierdoły na parkingu pod liceum?

— A co, mam je zostawiać na wieczór, żeby lepiej smakowały z herbatą? — odbiłam.

Cass parsknęła, wsparła się o dach auta.

— To się nazywa dorastanie, geniuszu. Witaj w klubie.

— Ty się nie zmieniasz. — Uśmiechnęłam się krzywo.

— Bo już dawno osiągnęłam poziom mistrzowski. — Wzruszyła ramionami.

— Albo jesteś cholernie dobrą aktorką.

— Brawo. — Wycelowała we mnie palcem. — Całe życie to teatr, a ja po prostu mam lepszą charakteryzację niż reszta.

— Przynajmniej nie muszę kupować biletu na twoje popisy.

Cass roześmiała się głośno, po czym wsiadła do mojej Hondy i zamknęła drzwi z przesadną powagą, jakby to miało być jakieś symboliczne domknięcie. Ja zrobiłam to samo.

Ale zanim odjechałyśmy, przez moment patrzyłyśmy na siebie w milczeniu. Było w tym coś nie na miejscu, jakby pod skórą dnia czaiło się coś obcego.

Ale nie wiedziałyśmy dokładnie co.

— ––

Zapach Tony’s był jak kapsuła czasu. Przypieczony ser, sos pomidorowy, lekko przypalona bazylia i ten cholerny klej, którym od lat łatał podłogę, a który pachniał jak guma do żucia zmieszana z benzyną. To było miejsce, gdzie wszystko się zaczęło. Pierwszy dzień szkoły — zawsze tu kończyliśmy. Raz tylko Cass rozłożyła gorączka — wtedy pizza pojechała do niej, a my jedliśmy w łóżku z Netfliksem w tle.

Z rytuałem się nie dyskutuje.

Tony przykręcał nasz chwiejący się stolik już ze sto razy i za każdym razem wracał do punktu wyjścia. Miał do tego swoją filozofię: „Ludzie też się chwieją, a jednak stoją”. Dziś znów kręcił kluczem pod blatem, a Cass zaglądała mu przez ramię jak inspektor BHP po trzech espresso.

— Ten stolik trzyma się na śrubach i twojej dobrej woli, Tony — oznajmiła z przekąsem. — Jedno i drugie jest podejrzanie słabe.

— Przestań marudzić, Cass — mruknął, podkręcając śrubę. — Dopóki nie tańczy, jest stabilny.

Usiadłyśmy z hukiem: Cass frontem do sali, ja bokiem do okna, skąd widać było neon z literą „O”, który od lat migał jakby na przekór fizyce. Theo usiadł naprzeciwko mnie, odstawił szklankę i posłał Tonemu taki uśmiech, którego używał tylko tutaj. Krótki, spokojny, prawie niewidoczny.

— Tony! — Cass oparła łokcie na stole, jak królowa wydająca dekret. — Dwie duże pizze. Połowa margherita, połowa wege, ale bez papryki, bo Nora będzie udawała, że ją lubi, a potem zostawi na brzegu talerza… I jedna z czymś mięsnym, cokolwiek, co żyło — to dla mnie.

Tony przepadł na zapleczu. Cass wyłożyła telefon na stół, potem schowała, potem znów wyjęła. Z nią tak było — energia, która nie mieści się w skórze.

Theo jak zwykle najpierw przestawił krzesła, żeby klimatyzacja nie wiała nam prosto w kark, a potem poprzesuwał szklanki i sztućce. Miał w sobie coś z faceta, który nie ufa grawitacji. Cass mówiła, że to kontrola, ja mówiłam, że to miłość w wersji dla introwertyków. W praktyce obie miałyśmy rację.

— Dobra, zaczynamy obrady — rzuciła Cass niecierpliwie, opierając brodę na dłoni, jakby dopiero teraz wróciła do tematu, który ją naprawdę kręcił. — Pani Martin. Rachel. Proszę, powiedz mi, że jest w niej coś wkurwiającego, bo inaczej oszaleję.

— Mnie się podoba — odpowiedziałam powoli. — Ma w sobie dużo spokoju.

— Właśnie, to mnie drażni — prychnęła Cass. — Ten jej „spokój”. To uśmiechanie się jak do dziecka, które zaraz ma zrobić coś głupiego, a ona już ma przygotowaną chusteczkę. Świetna będzie, żeby nam mówić, że wszystko jest procesem, a my jesteśmy „w drodze”.

Theo oparł się na krześle, obejrzał nas uważnie jak mechanik silnik, który dobrze zna, i mruknął:

— Czyli wyjątkowo nikt na wejściu nie krzyknął, że was nienawidzi? — mruknął z cieniem uśmiechu. — Niepokojący zwrot akcji w polityce kadrowej.

— Właśnie — Cass rozsypała włosy z gumki jak kurtynę. — I jeszcze to „mówcie mi Rachel”. Proszę cię. Wchodzisz do Brightmore i dobrowolnie rezygnujesz z dystansu? Kto normalny robi coś takiego.

— Może została człowiekiem przez pomyłkę — odparłam. — Może jeszcze jej przejdzie.

Cass potrzebowała wrogów, nawet jeśli musiała ich sobie sama wymyślić. Ja nie miałam na to energii. Miałam na ręce dowód, że wrogiem potrafi być własne ciało.

— Może — Cass zmrużyła oczy. — Nie wiem… ma w sobie coś, jakby wiedziała więcej, niż mówi. Jakby czekała, aż ktoś się potknie.

Spojrzałam na Theo. On na mnie. Oboje parsknęliśmy śmiechem prawie w tym samym momencie, próbując jeszcze udawać powagę.

— To Brightmore, Cass — powiedziałam ze śmiechem. — Tu wszyscy czekają, aż ktoś się potknie. To jedyna forma rozrywki.

— Nie przesadzaj — Theo odłożył widelec. — Mamy jeszcze bingo u pastora.

— I loterię na stacji benzynowej — dorzuciłam entuzjastycznie.

Cass przewróciła oczami, ale widać było, że musiała się ugryźć w policzek, żeby nie parsknąć.

Tony przyniósł pizze. Dwie duże. Jedna pół margherita, pół wege z pieczarkami i oliwkami, jak zawsze. Druga połowa tonęła w czymś, co Cass nazwałaby rajem: pepperoni, boczek, jakieś coś, co Tony nazywa „specjałem szefa”, czyli mięso w formie niespodzianki.

— Smacznego — rzucił Tony i zniknął z prędkością człowieka, który wie, że najlepsze rozmowy odbywają się bez świadków.

Cass wcisnęła mi na talerz kawałek wege.

— Jedz, bo zmarniejesz — poleciła. — Już i tak jesteś piękniejsza ode mnie, nie dam ci przewagi.

— Nie jestem — mruknęłam, ale zjadłam. Ser ciągnął się jak opowieści pana Collinsa o wojnie secesyjnej, tylko z lepszym zakończeniem.

Cass jadła, jakby goniła ją policja, z determinacją zawodowego uciekiniera. Theo przeciwnie — kęs po kęsie, powoli, z tą swoją stoicką manierą. Oczy miał spokojne, ale widać było zmęczenie — ten cień, co nigdy nie znikał, nawet gdy żartował.

— Tata mówi, że twoja toyota znowu cieknie na nasz podjazd — odezwałam się, kiedy pierwszy kęs rozpłynął mi się na języku. — Powiedział, żebyś wbił jutro do warsztatu, zanim sąsiedzi zaczną pytać, czy otworzyłeś nielegalny basen.

— W tym wieku to nie wyciek, to komunikacja niewerbalna — Theo spojrzał przez okno na swój samochód, jak się patrzy na psa, który ledwo wstaje, ale wciąż cieszy się na spacer. — Podjadę jutro z rana. Praca może chwilę poczekać.

Theo pracował zdalnie dla firmy informatycznej z Pittsburgha. W Brightmore wszyscy wiedzieli, że można do niego zadzwonić z każdym problemem — komputerem, autem albo życiem.

— Może kupiłbyś nowy samochód? — rzuciła Cass, zgarniając pepperoni. — Twój brzmi, jakby modlił się o eutanazję.

— To nie modlitwa, to język wdzięczności — mruknął Theo. — Każdy kilometr to dla niego cud.

Cass oblizała palce.

— Moja matka mówi, że jak coś zaczyna brzmieć jak modlitwa, to lepiej to wymienić — Cass uniosła brwi. — Samochody, meble, facetów.

— Odnotuję — Theo wsunął kawałek pizzy, jakby liczył czas przeżuwania. — A co u mamy, Cass?

Cass odchyliła głowę, jej spojrzenie na chwilę pociemniało, potem wypuściła powietrze.

— Normalnie — rzuciła. — Rozwód, podział mebli, udawanie, że wszystko gra. Ojciec kupił kanapę, na której nikt nie siada. Mama kupiła roślinę, która zdechła po tygodniu. Symboliczne, nie?

— Mocno — powiedziałam cicho.

Cass wzruszyła ramionami. — Wszyscy gramy swoje role, a ja tylko czasem nie wiem, gdzie jest w tym wszystkim moje miejsce.

— Masz przecież swoje miejsce. — Uśmiechnęłam się lekko. — Tutaj.

— O właśnie — Cass stuknęła mnie knykciem w kostkę pod stołem. — Patrz, dziewczynka z bandażem potrafi być czuła.

Potrafiłam, gdy chodziło o nią. Widziałam, jak nosi w środku całą salę sądową, ale na zewnątrz pokazuje tylko uśmiech.

— Wracając do tematów szkolnych — Cass strząsnęła cień jednym haustem coli. — Pani Morgan zorganizowała w tym roku „ćwiczenie integracyjne”. Z karteczkami. Na których mamy napisać „co nas motywuje”. Czy możesz sobie wyobrazić mnie, jak piszę „miłość i słońce”?

— Napisz „zemsta” — doradził Theo. — I masz gotowy program rozwojowy.

— A ty co byś napisał? — zapytała z przekorą.

— „Rachunki zapłacone na czas” — rzucił bez cienia wahania. — „I święty spokój”.

— Jak można żyć tak beznamiętnie? — jęknęła Cass. — Masz dwadzieścia osiem lat, Theo, a twoje życie to komputer, kawa i dwie siedemnastolatki.

— Jeszcze krzyżówki — dodał spokojnie, przegryzając kawałek pizzy.

Parsknęłam śmiechem, bo trafiał w nas zawsze tak, że bolało i koiło jednocześnie.

— Co tam u Maxa? — zapytał Theo z tą swoją stoicką uprzejmością, która zawsze brzmiała gorzej niż kpina.

Cass prychnęła, jakby tylko na to czekała.

— Standard. Myśli, że bieganie za piłką to powołanie. Wysłał mi dziś zdjęcie bicepsa.

Oboje spojrzeliśmy na Cass z niedowierzaniem.

— Odpisałam mu zdjęciem pizzy — wzruszyła ramionami, jakby to była najbardziej logiczna reakcja na świecie.

— To musi być miłość, jeśli wysyła ci najlepsze, co ma do zaoferowania — rzuciłam obojętnie, upijając łyk wody.

— I dlatego cię kocham — Cass stuknęła mnie butem pod stołem. — Nikt tak pięknie nie obraża pośrednio.

— Zasługa czerwonych okularów — skwitował Theo. — Filtrują empatię.

— Dziękuję — skłoniłam głowę.

Nie mówiłam tego głośno, ale oboje z Theo mieliśmy awersję do Maxa: bufon z ambicją większą niż plecy i wyobraźnią mniejszą niż boisko. Baseballowy Mesjasz.

Zjedliśmy pół pizzy, zanim rozmowa skręciła w nasze ulubione ślepe uliczki. Brightmore i jego absurdy.

— Dobra, Brightmore Weekly — zaczęłam, jakbym czytała komunikat radiowy. — Pani Keane znowu zadzwoniła na policję, bo dzieciaki biegały po osiedlu po dwudziestej drugiej.

— Znowu? — Cass wybałuszyła oczy. — Ta kobieta powinna mieć własną linię alarmową.

— Rick otwiera firmę po raz dziesiąty — rzucił Theo. — Usłyszałem w kolejce na stacji. Tym razem „konsulting”. Cokolwiek to znaczy w jego języku.

— Interesujące — zagaiłam sarkastycznie. — Konsultuje, jak wydać pieniądze, których się nie ma?

— Albo jak zamknąć sklep szybciej, niż się go otworzyło — dodał Theo.

Cass uśmiechnęła się krzywo.

— To i tak lepsze niż jego poprzedni pomysł z dezynfekcją bez licencji, po której szczury wróciły szybciej niż on z paragonem.

— Ej, pamiętacie jego „kino objazdowe”? — odezwałam się nagle. — Jak rozwiesił prześcieradło na parkingu i brał po dwa dolary za plastikowe krzesło.

— Projektor gasł co piętnaście minut — Theo kiwnął głową. — Dźwięk był mono, a prawa do filmu istniały tylko w jego głowie.

— I puszczał tylko „Szklaną pułapkę”. Na pętli — prychnęła Cass.

— Trzy części pod rząd — dorzuciłam z nostalgią.

— Najdłuższy wieczór w moim życiu — Cass teatralnie przewróciła oczami, ale widać było, że się śmieje.

Wrócił do mnie ten wieczór. Przyszło pół miasta. Pastor siedział w pierwszym rzędzie, dzieciaki z ósmej klasy sprzedawały popcorn z mikrofalówki za podwójną cenę, a Tony kazał im oddać połowę, bo to był przecież jego parking.

Siedzieliśmy wtedy we trójkę, nogi wyciągnięte na krzesłach, udając, że oglądamy film, a tak naprawdę liczyliśmy, ile razy projektor zgaśnie. Cass prowadziła ranking, Theo notował na serwetce, ja śmiałam się do łez, choć nie było w tym nic śmiesznego.

I nagle ukuła mnie myśl, że za rok Rick znów wymyśli nową firmę. Ale nas już tu nie będzie.

— Ej, wiecie, że kaczki mają spiralne fiuty? — rzuciła nagle Cass.

Normalnie pewnie bym się zdziwiła. Ale nie w jej towarzystwie. Theo uniósł na nią spojrzenie — krótkie, ciężkie, bardziej zmęczone niż zaskoczone.

— Poważnie. Wygooglujcie sobie.

Spojrzeliśmy na siebie z Theo i bez słowa oboje sięgnęliśmy po telefony. Kilka sekund ciszy i stukania w ekran.

— O kurwa… faktycznie — wyrwało mi się.

Theo odłożył telefon, jakby właśnie uznał, że świat nie zasługuje na dalsze komentarze.

Ja parsknęłam śmiechem, który został ze mną dłużej, niż powinien. A Cass siedziała dumna, jakby właśnie udowodniła, że nie ma granic, których nie przekroczy w rozmowie.

Neon nad oknem mrugnął, jakby przytakiwał. Przez sekundę siedzieliśmy w tej dziwnie ciepłej ciszy, gdzie słychać jedynie trzask pieca i uderzenia noża o deskę na zapleczu. Cass wytrzymała dokładnie tyle, ile Cass potrafi — dwie, może trzy minuty. Potem odgarnęła włosy, stuknęła paznokciem w szklankę jak w mikrofon i znowu przejęła ster.

— Pamiętacie nasz pierwszy raz? — zapytała, patrząc na neon „O”.

— Z Tobą? Nie przypominam sobie — Theo się nie powstrzymał.

Cass skrzywiła się teatralnie.

— Pierwszy raz tutaj — szturchnęła go stopą. — Jesteś zwykłym prostakiem.

— I żyje mi się z tym zaskakująco dobrze — odparł spokojnie, a kącik ust mu drgnął.

To była nasza miejscówka, odkąd siedem lat temu Charlie zadzwonił po południu do Theo: „Nie dam rady, odbierz je ze szkoły, dobra?” Cass wsiadła do auta obrażona, bo spóźnił się dwie minuty. Ja po prostu usiadłam obok. „Głodne?” — zapytał. Kiwnęłyśmy jak dwa koty na dźwięk otwieranej puszki z tuńczykiem. Tony przywitał nas wtedy margheritą i czosnkowym chlebkiem „bo ładnie prosicie”. I tak już zostało — pierwszy dzień szkoły kończyliśmy tutaj.

— Za rytuały, które trzymają nas w kupie — Cass uniosła szklankę z colą jak kielich.

— Za stolik, który się chwieje, a jednak stoi — dorzuciłam.

— Za Toniego, który bierze napiwki w gotówce — Theo stuknął szklanką o blat.

Szklanki stuknęły o siebie i zabrzmiało to jak coś większego, niż było w rzeczywistości. Niby tylko cola, krzywy stolik i Tony na zapleczu, ale my potrafiliśmy robić z tego własne święto. Jakby wystarczyło podnieść szklankę, żeby zatrzymać w miejscu to miasteczko i nas samych.

— Dobra, zmieńmy temat — Cass machnęła ręką, jakby zamykała cały rozdział. — Plan na lato wciąż aktualny? Bo jeśli mam spędzić je w Brightmore, zacznę rzucać cegłami w latarnie. Dla sportu.

— To będzie kosztowne hobby — podniósł brwi Theo, nie podnosząc głosu.

— Mniej kosztowne niż terapia — Cass odstawiła colę z gestem królowej podpisującej dekret. — Roadtrip, jak co roku. Atlantic City. Vegas dla biednych, ale neonowe.

— Marfa — przypomniałam. — Pustynia i sztuka pośrodku niczego. Idealne.

— Smoky Mountains — rzucił Theo, jakby odczytywał starą listę. — Cisza. Las. Zero neonów i pseudo-sztuki.

— Atlantic City, Marfa i Smoky Mountains — Cass jęknęła teatralnie, opadając na oparcie krzesła. — Brzmi jak plan schizofrenika.

— Ale brzmi jak my — odparłam spokojnie, bawiąc się słomką w szklance.

Theo skinął z tą swoją niezmienną powagą.

— W skrócie: Cass robi zdjęcia martwemu kasynu, ty stoisz przed metalowym kwadratem na pustyni, a ja siedzę pod drzewem. Idealny balans.

— Ty siedzisz pod drzewem zawsze, Theo — wbijała w niego wzrok Cass, pół rozbawiona, pół zirytowana. — Możesz chociaż raz udawać, że masz instynkt przygody?

— Mam — odparł sucho. — Wybieram drzewo w innym stanie.

Parsknęłam śmiechem, za głośno jak na pustą salę.

— Czyli mamy plan — powiedziałam i poczułam, jak zdanie wwierca się pod skórę. — Elegancko.

— Ja prowadząca jak Bóg — dorzuciła Cass.

— Nie, nie, nie — Theo podniósł palec. — Ty śpiewająca jak Bóg, ja prowadzący jak człowiek, który chce dojechać.

— Dobra, dziadku — Cass skomentowała z rezygnacją.

Wypiliśmy wodę jak shoty. Tony prychnął gdzieś przy barze; zobaczyłam cień uśmiechu na jego twarzy.

— Rachunek? — klasnęła Cass, jakby zamykała akt.

— Ja płacę — powiedział Theo.

— Nie — zaprotestowałam. — Tradycja: pierwszy dzień płacimy my.

— Modyfikacja tradycji: dziś płacę ja. Ustalmy, że raz na rok mogę udawać dorosłego. — Theo wsunął kartę w skórzany rachunek. — Pozwólcie mi być instrumentem ekonomii.

— Nie wiem, co to znaczy, ale brzmi seksownie — stwierdziła Cass.

— Wszystko brzmi seksownie, jak nie wiesz, co to znaczy — odciął.

— Zgoda — Cass rozśmiała się szeroko. — Dziękujemy, panie mecenasie budżetu.

Gdy wstaliśmy, Cass pstryknęła zdjęcie neonu.

— Na pamiątkę, zanim Tony wymieni literę „O” i spierdoli mi dzieciństwo — mruknęła.

— Nie wymienię — dobiegł z kuchni głos. — Coś w tym mieście musi być stałe.

Wyszliśmy w półmrok. Na parkingu stało kilka samochodów, ktoś palił papierosa, ktoś się całował przy murze, jakby świat miał się skończyć dokładnie teraz, a oni chcieli go pożegnać z językiem w cudzych ustach.

— Zanim się rozejdziemy — Theo rzucił to technicznym tonem — jutro rano podjadę z Toyotą do twojego taty. Jeśli chcesz, podwiozę cię do szkoły?

— Chcę — odpowiedziałam zbyt szybko. — To będzie miłe.

— A ja cię odwiozę — dodała Cass, wskakując do mego auta. — Uber z piekła rodem, zero gwiazdek, ale znam hasło do Netflixa.

Nie chciałam, żebyśmy się rozjeżdżali. Chciałam powiedzieć: „nie jedźmy jeszcze”, zostańmy pod neonem pięć minut dłużej. Zamiast tego poprawiłam okulary.

— Jedź pierwszy — rzucił Theo. — Nie lubię jechać komuś na zderzaku.

— Kłamiesz — uśmiechnęłam się. — Jeździsz jak ksiądz.

— Ksiądz miałby lepszy samochód — powiedział, zatrzymując się w drzwiach. — Do jutra?

Skinęłam głową, jakby to była najnormalniejsza umowa świata.

W lusterku widziałam go jeszcze sekundę dłużej niż trzeba — patrzył za nami, potem zniknął w cieniu, ktoś, kto zawsze dopina rzeczy do końca.

Silnik zamruczał. Cass odchyliła się na fotelu pasażera, jakby auto było jej prywatną limuzyną, nie moim sfatygowanym wrakiem, który pamiętał więcej właścicieli niż przeglądów.

Radio złapało jakąś retro stację. Cass parsknęła śmiechem i od razu zaczęła fałszować:

— Take ooon meee… — zaintonowała z takim entuzjazmem, że nie dało się nie uśmiechnąć.

Ulice Brightmore były niemal puste. Kilka okien zapalonych, gasnące neony sklepów. Pies ciągnął właściciela, jakby chciał uciec szybciej niż my wszyscy.

Cass ucichła, wystukała rytm na kolanie. Patrzyłam w drogę, a w głowie miałam ich oboje: Cass z chaosem i sercem tak wielkim, że musiała je chować pod warstwą sarkazmu; Theo — spokój, który był jednocześnie jego naturą i pancerzem. Właśnie tak wyglądała nasza trójka. Oni robili hałas i spokój; ja spinałam to tak, żeby się nie rozpadło. A ja rozpadłabym się bez nich.

My — „Dzieci Brightmore”: pizza ociekająca tłuszczem i plany na lato, o których mówiliśmy jak o czymś pewnym.

Plany, które nigdy się nie wydarzą.

To był ostatni raz, kiedy siedzieliśmy w trójkę w Tony’s.

Gdybyśmy wiedzieli, że nie każde z nas dotrwa do końca roku, może zostalibyśmy pod neonem pięć minut dłużej.

Ale nie wiedzieliśmy.

ROZDZIAŁ III

Pęknięcie

Charlie

„Świat łamie każdego, a potem wielu jest silnych w miejscach, w których pękli.” — Ernest Hemingway

Zaczęło się od deszczu. Tego uporczywego, jednostajnego, który lał się godzinami i nawet nie próbował być dramatyczny. Spadał cicho, jakby sam nie wiedział po co, ale nie zamierzał przestać. Tak samo jak my — nie przestawaliśmy pakować.

Nora siedziała na podłodze, czteroletnia, mała, z nogami podwiniętymi pod siebie. Patrzyła uważnie na moje ręce, milcząc. Miała na sobie różowy sweter z niedopiętym guzikiem i legginsy z małym rozdarciem na kolanie. Twierdziła, że „takie są wygodniejsze”.

Przerzucałem zawartość szuflad bez planu — noże obok kabli, zdjęcia z rękawicą do pieczenia. Nie pakowaliśmy się. Ewakuowaliśmy. W przeprowadzce masz pudełka. W ucieczce — tylko oddech.

Nie pytała, dlaczego wyjeżdżamy. Wiedziała po swojemu. Wiedziała, że Red Ridge nie było miejscem dla nas. Każdy tam pamiętał Caroline i Owena. I każdy prędzej czy później zacząłby pytać — skąd wzięła się Nora.

Od początku mówiłem jej jedno: że Caroline była jej mamą, a Owen jej starszym bratem. Że oboje poszli do nieba. To była historia, którą sam sobie opowiadałem, żeby łatwiej było w to wierzyć. Ale wiedziałem, że to nieprawda.

Prawda była taka: pewnej nocy w deszczu pojawił się nieznajomy. Stał w progu, wysoki, w ciemnym płaszczu, z kapturem naciągniętym głęboko i bursztynowymi oczami, których nie zapomnę do końca życia. Przyniósł dziecko. Bez słowa wyjaśnienia. Położył na stole kopertę z gotówką, aktem urodzenia, w którym wpisane było moje nazwisko jako ojca, i złoty łańcuszek z medalikiem.

Patrzyłem wtedy na ten dokument i nie rozumiałem nic. Skąd znał mój adres? Skąd wiedział, jak się nazywam? Jakim cudem akt urodzenia wyglądał jak oficjalny, prawdziwy? Był kompletny. Tak jakby to wszystko od dawna było zaplanowane.

Z tym medalikiem znalazłem sobie wygodne wytłumaczenie. Powiedziałem Norze, że „B” na nim to pamiątka po Caroline — jej panieńskie nazwisko brzmiało Bridges. Nie musiała wiedzieć więcej. Łańcuszek był dla niej szczególny — była za mała, żeby go nosić, ale lubiła, gdy wyciągałem go z szuflady. Obracała w paluszkach tę złotą literę i patrzyła, jak błyszczy.

Brightmore miało być inne: sielskie, rodzinne, dalej od tych, co pamiętali za dużo, bliżej tych, co nie wiedzieli nic.

— Tato? — odezwała się cicho, nie patrząc na mnie, tylko na moje ręce. — Zostawiamy też to?

Trzymała ramkę. Jedno z niewielu zdjęć, które nam zostały. Caroline — ze swoim promiennym uśmiechem, Owen w czapce z daszkiem i pierwszymi ząbkami. Ja stałem z boku, jak ktoś przypadkowy, kto wszedł w kadr.

Przykucnąłem.

— Nie — powiedziałem. — To zabieramy.

Skinęła głową i ułożyła zdjęcie na szczycie jednego z kartonów, jakby to był najważniejszy przedmiot, jaki mieliśmy. Potem znowu usiadła na podłodze, zawijając w palce rękaw.

W kuchni zegar tykał nierówno. W Red Ridge czas już nie płynął normalnie. Ja liczyłem dni bez bourbona o poranku. Nora dorastała w cieniu ludzi, których nie znała, ale którzy byli jej rodziną — przynajmniej w tej opowieści, którą stworzyłem.

Lubiła słuchać moich historii — tych prostych, prawdziwych, o Caroline i Owenie: jak Owen bał się burzy, jak Caroline nie lubiła kawy bez cukru. Te historie wystarczały jej wtedy.

I czasem wystarczały też mnie.

Wieczorem odpuściłem pakowanie. Kartony zostały otwarte, rzeczy nieposegregowane. Nora zasnęła na kanapie z poduszką w lisy — tą, której nie lubiła, bo mówiła, że lisy „patrzą za bardzo”, ale nie pozwalała mi jej wyrzucić.

Usiadłem przy niej i patrzyłem na jej twarz. Nie przypominała Caroline w rysach. Ale sposób, w jaki spała… tak. Czoło spokojne, dłoń przy policzku, lekko rozchylone usta.

Czasem naprawdę myślałem, że Caroline ją do mnie przysłała. Ale przecież wiedziałem, że to nie tak.

Znowu padało.

Przeszedłem do kuchni i otworzyłem lodówkę, jakbym szukał w niej odpowiedzi. Tylko mleko, które pewnie już nie było mlekiem, i musztarda. Zamknąłem drzwi i oparłem się o blat.

Nie bałem się wyjazdu. Bałem się tylko tego, czy dam jej wystarczająco dobry dom.

Nie miałem planu. Ale miałem decyzję.

Brightmore miało być tym, czego szukałem — małym, sielskim miasteczkiem, nieidealnym, ale spokojnym. Dawało szansę na zwyczajne życie w miejscu, gdzie nikt nie zadawał pytań o przeszłość i gdzie liczyło się tylko „tu i teraz”.

Dom na końcu cichej uliczki. Nieduży, parterowy, z poddaszem, które Nora od razu pokochała — tam urządziłem jej sypialnię. Ściany pomalowaliśmy razem — błękitne, choć farba miała na puszce nazwę „grafit księżycowy”. Dla Nory to był kolor snu, którego nigdy mi nie opowiedziała. Ale wystarczyło, że patrzyła z zadowoleniem, gdy farba schła.

Na głównym placu kupiłem nieużywany warsztat samochodowy. Porządny budynek, idealny dla kogoś takiego jak ja — kto potrafił rozkręcić i naprawić wszystko, co miało silnik i śruby. Warsztat szybko stał się miejscem pracy, ale też bezpiecznym azylem.

Nasza codzienność zaczęła się układać. Rano wstawałem pierwszy, robiłem jej śniadanie — czasem tosty, czasem owsiankę, czasem tylko filiżankę mleka. Nora zawsze miała swoją ulubioną — porcelanową, z zielonym brzegiem.

Po szkole wracała spokojna. Czasem przychodziła z błotem na butach, czasem z pytaniami, ale najczęściej — po prostu była. Siadała przy stole i rysowała swoje linie i kształty, których nie rozumiałem, ale które zdawały się ją uspokajać.

Wieczorami siadaliśmy razem do filmów. Westerny, bajki, dokumenty o oceanach albo wulkanach. Nora lubiła głos lektora — mówiła, że przy nim łatwiej się zasypia.

Mogliśmy pozwolić sobie na to, co trzeba. Bez luksusów. Ciepły dom, proste posiłki, rutyna, która dawała poczucie stabilności.

Pieniądze, które zostawił tamten mężczyzna, leżały w metalowej kasetce. Ruszyłem tylko tyle, ile trzeba było na dom, warsztat i start. Reszty nie potrafiłem dotknąć. Jakby to nie było nasze. Jakby należało do czegoś, czego jeszcze nie rozumiałem.

Wolałem życie skromne, ale znane. Bez luksusów. Bez długów wdzięczności. Nawet jeśli one były tylko w mojej głowie.

Nie byliśmy idealni. Ale w Brightmore mieliśmy to, czego potrzebowaliśmy: codzienność, w której wszystko wydawało się… możliwe.

I przez chwilę to wystarczało.

— ––

To był zwykły dzień. Jeden z tych, których nikt nie zapisuje. Pogoda nie zostawiła śladu, nikt nie dzwonił, radio brzęczało w tle. W kuchni pachniało kawą, którą zapomniałem wypić, i pieczywem, które Nora nazwała kiedyś „szczerym” — bo było tak twarde, że przynajmniej niczego nie udawało.

Usłyszałem krzyk. Krótki, ostry. W sekundę byłem na schodach prowadzących na poddasze i otworzyłem drzwi do jej pokoju gwałtownie.

Nora siedziała na podłodze, z nogami pod sobą, wśród rozsypanych papierów, nożyczek i pudełka kredek. Podniosła w górę palec — czerwony, z kropelką krwi, która zdążyła już skropić papier i jej legginsy.

— Nora! — przykucnąłem obok. — Pokaż mi rękę.

Nie płakała. Jeszcze nie. Patrzyła na ranę szeroko otwartymi oczami — bardziej pytającymi niż przestraszonymi. Podała mi dłoń bez słowa.

Rana była cienka, ale głęboka. Sięgałem po ręcznik, gdy nagle… skóra zaczęła się zasklepiać. Najpierw brzegi, potem środek. Jakby ktoś cofał czas. Po kilku sekundach została tylko blada kreska. Potem nic.

Zamarłem.

Ona też.

Spojrzała na mnie i wyszeptała:

— Czemu… to się zrobiło?

Nie odpowiedziałem od razu. Poczułem znajome, twarde ukłucie w piersi — ten rodzaj bezradności, którego nie potrafiłem wytłumaczyć nikomu. W końcu, najprościej jak potrafiłem:

— To się czasem zdarza.

Nie dopytywała więcej. Podniosła nożyczki, poszła do łazienki umyć ręce. A ja zostałem w jej pokoju — na podłodze, z chusteczką, której nie zdążyłem użyć.

Siedziałem, gapiłem się na plamkę krwi. Widziałem w niej znak drogowy. Tyle że nie ostrzegał. Tylko informował: kierunek zmieniony. Witaj w pierdolonym nieznanym.

Tego wieczoru siedziałem długo w kuchni, przeglądając kolejne strony w komputerze: „dziecko szybkie gojenie ran”, „samouzdrawianie”, „regeneracja skóry u dzieci”. Im dalej, tym gorzej — blogi, teorie spiskowe, opowieści o eksperymentach wojskowych. Nic, co dawałoby jakąkolwiek odpowiedź.

Zamknąłem laptopa o drugiej w nocy i patrzyłem przez okno na pustą ulicę Brightmore. Świat wyglądał normalnie.

Ale w moim domu już nic nie było normalne.

Kolejne miesiące przyniosły drobiazgi. Tu skaleczenie papierem — rana znikała, zanim zdążyłem sięgnąć po plaster. Tam zadrapanie od gałęzi — blizna, której nie było po kilku sekundach.

Czasem siadałem przy stole i patrzyłem na jej kubek — ten stary, z pękniętym uchem — i myślałem: „Nie wiem, jak ją ochronić przed pytaniami, które przyjdą.”

Dwa lata później przyszło coś większego.

Grali z Theo w piłkę na ulicy. Śmiała się wtedy tak głośno, że aż wychyliłem się z ganku, żeby ich obserwować. Theo podał jej piłkę, Nora ją odbiła, potykając się i upadając na asfalt. Kolano rozcięło się głęboko, zasyczała przez zęby, ale zanim ktokolwiek zdążył zareagować, rana zaczęła się już zamykać — na moich oczach.

Szybko podszedłem i zanim Theo zdążył zobaczyć więcej, objąłem ją ramieniem.

— Chodź, skarbie. Sprawdzimy to w domu — powiedziałem spokojnie, jakby nic się nie stało.

Theo uśmiechnął się lekko, patrzył jeszcze za nami, nie podejrzewając niczego. W tamtej chwili poczułem irracjonalną wdzięczność za jego niewiedzę.

W łazience, za zamkniętymi drzwiami, przyklęknąłem przed nią i podwinąłem nogawkę legginsów. Rana już prawie zniknęła. Pozostał tylko drobny, różowy ślad. Wyjąłem plaster i przykleiłem go powoli, ostrożnie, choć wiedziałem, że nie jest potrzebny.

Patrzyłem jej w oczy — wiedziała, że robimy to nie dla niej, tylko dla mnie.

Każde takie zdarzenie wbijało się we mnie głębiej. Czułem się coraz bardziej osamotniony, coraz mniej pewny tego, czy potrafię być ojcem kogoś takiego jak ona. Każdej nocy, po takich sytuacjach, powtarzałem w myślach jak mantrę: „Tylko nie w szkole. Nie tam, gdzie pytania znajdą się szybciej niż odpowiedzi.”

A Nora… nigdy nie rozmawialiśmy o tym wprost. Ale wiedziałem, że rozumiała więcej, niż chciała przyznać. W jej spojrzeniu było coś dojrzałego, coś, co nie pasowało do wieku. Jakby w tej ciszy między nami zbudowało się coś na kształt niepisanej umowy: „Nie pytamy, nie mówimy. Udajemy.”

Wieczorami, gdy zasypiała, siadałem przy stole i wracałem do tego w myślach. Próbowałem to jakoś tłumaczyć — może wyjątkowo szybka regeneracja, może nadwrażliwość skóry, może jeszcze coś, o czym medycyna nie wie. Sam w sobie szukałem tych wyjaśnień, jakbym wciąż miał szansę znaleźć w tym coś racjonalnego, coś, co pozwoli mi poczuć się normalnym ojcem w normalnym domu.

Ale wiedziałem, że to były tylko złudzenia.

Tego, co miało przyjść potem — nie dało się już wytłumaczyć.

— ––

Zaczęło się niewinnie.

— Śniło mi się, że dom do nas mówił — rzuciła pewnego ranka przy śniadaniu, mieszając płatki w misce, z mokrymi włosami i miną, jakby myślami była dwa kroki przed rzeczywistością.

— I co mówił? — zapytałem od niechcenia.

Wzruszyła ramionami.

— Że trzeba uważać na podłogę. Że coś pod nią czeka.

Zaśmiała się od razu, jakby chciała rozbroić własne słowa. Ale nie był to dziecięcy śmiech — raczej próba zatuszowania czegoś, czego sama nie rozumiała.

Nie ciągnąłem tematu.

Tego dnia jedna z desek w korytarzu naprawdę puściła. Nie złamała nogi, tylko się potknęła — ale patrzyła potem na tę podłogę dłużej niż zwykle. Nic nie powiedziała. Ja też nie.

Potem było więcej takich drobiazgów.

— Cass dziś przyniesie coś głupiego — oznajmiła raz rano, poprawiając pasek w plecaku.

I Cass przyniosła: puszkę gazu w spreju, który miał brzmieć jak ryk tygrysa, a brzmiał jak zepsuty odkurzacz.

— Theo będzie miał podrapane ręce — powiedziała innym razem, zupełnie od niechcenia.

A po południu Theo faktycznie przyszedł z zadrapaniami na przedramionach. „Gałąź mnie zdradziła” — powiedział, śmiejąc się półgębkiem.

Nic nie mówiłem. Ale coraz bardziej mnie to uwierało. Jak coś, co za bardzo pasuje do układanki, która nigdy nie powinna mieć takiego kształtu.

Najbardziej utkwiła mi w pamięci tamta scena.

Siedziałem przy kuchennym stole, przewracając w palcach wyszczerbiony kubek, gdy Nora wróciła do domu, usiadła naprzeciwko i spojrzała na mnie poważnie, z tą swoją zamyśloną miną, która mówiła, że nie będzie to zwykła rozmowa.

— Tato… dzisiaj, kiedy wracałam, pani Fielding wychodziła z zakupami. Pomogłam jej wejść po schodach… dotknęłam jej ramienia… i wtedy coś zobaczyłam.

— Co zobaczyłaś? — zapytałem, próbując zachować spokojny ton.

— Że w jej kuchni… stoi garnek, a ona zapomina o ogniu. I potem… płomienie, dym, wszystko się pali.

Zamarłem. Nie dlatego, że brzmiało to niepokojąco. Brzmiało za prawdziwie.

— To tylko wyobraźnia, skarbie — powiedziałem spokojnie, choć w środku wszystko się zaciskało.

Skinęła głową. Ale wiedziałem, że nie uwierzyła w moje słowa. I chyba nawet nie oczekiwała, że uwierzę w swoje.

A dwa dni później sąsiedzi mówili, że pani Fielding faktycznie zostawiła garnek na gazie. Zauważył to Theo — był akurat w pobliżu i wszedł, żeby wyłączyć palnik, zanim coś się stało.

Usiadłem na werandzie z filiżanką, która wystygła, zanim ją wypiłem, i myślałem tylko o jednym: to nie przypadek.

Ona coś widzi. Nie „wydaje jej się”. Nie „przesadza”. Nie „ma intuicję”. Ona naprawdę coś widzi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 58.05