E-book
27.3
drukowana A5
71.49
Dzień za dniem i nie pytaj o jutro

Bezpłatny fragment - Dzień za dniem i nie pytaj o jutro


Objętość:
410 str.
ISBN:
978-83-8126-823-3
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 71.49


ROZDZIAŁ 1
Wspomnienie

Zima. Styczeń 2002 roku. Wszystko zaczęło się od wspólnego wyjazdu z chłopakami do Wisły na narty. Pojechaliśmy całą paczką, czyli Krzysiek, Paweł, Robert i ja. Wyjechaliśmy na tydzień, licząc na dobrą zabawę, jak co roku z resztą. Wszyscy czworo znaliśmy się od liceum, a nasza przyjaźń przetrwała wszystkie próby młodzieńczych zawirowań z liceum i okres studiów, pomimo tego, że los rozrzucił nas po różnych uczelniach. Mimo upływającego czasu udało się nam utrzymać przyjaźń i dobre relacje. Dalej udawało nam się organizować wspólne wypady, prywatki, wyjazdy kilkudniowe w góry czy nawet wspólne wakacje gdzieś za granicą. Chociaż teraz, niestety, zorganizowanie wspólnego wyjazdu wymagało zgrania terminów nas wszystkich z powodu zobowiązań wobec naszych mocodawców, ale mimo wszystko jednak udawało nam się organizować wspólne wyjazdy. Niemniej jednak nie były one już tak częste jak kiedyś.

Najtrudniej z uzyskaniem urlopu miał Krzysiek — Krzysztof Polus — „Kujon”. Odkąd sięgam pamięcią Kujon zawsze grzebał przy komputerach, wyciągał części ze starych lub uszkodzonych telewizorów i tym podobnych gratów i skręcał z nich swoje pomysły. Nie zapomnę jak pewnego razu, kiedy wchodziłem do jego pokoju w akademiku, przywitał mnie przy drzwiach szczekaniem stalowy pies ciągnący za sobą splot kabli. Przy drugim końcu kabli siedział na fotelu obok komputera Krzysiek z widocznie zadowoloną miną. Ja skwitowałem jego wynalazek słowami: „Gdybyś wsadził tę kupę kabli w dupę swojego psa Asana, też by zrobił, co tylko zechcesz, żebyś tylko mu ją wyjął”. Po chwili spoważniał, wstał z fotela, wycelował we mnie końcem fajki, którą trzymał w ręce (jedyny chyba dwudziestolatek w całym Wrocławiu, który palił fajkę!) i powiedział do mnie: — „Rewelacyjny pomysł! To będzie przyszłość biotechnologii!”.

Zawsze uważaliśmy go za zdrowo rąbniętego. Jak się później jednak miało okazać, został genialnym naukowcem i wynalazcą. Jego stalowy pies z pamiętnego 1998 roku był jego pierwszym poważnym sukcesem, który otworzył mu drzwi do dalszej kariery i badań. Pewnie jego zabawka zrobiła duże wrażenie na profesorach, ponieważ dostał od razu stypendium i propozycję nawiązania współpracy po zakończeniu studiów z ośrodkiem badawczym PAN. Obecnie wiedzieliśmy tylko tyle, że pracuje gdzieś w jednym z wojskowych ośrodków laboratoryjnych.

Ja i Krzysiek studiowaliśmy razem na Politechnice Wrocławskiej. Studiowałem na wydziale budownictwa architekturę, a Krzysiek na wydziale informatyki kierunek: informatyka i robotyka. Mnie zawsze interesowało budowanie mostów i drapaczy chmur, Krzysiek z wiadomych powodów wybrał ten kierunek, a nie inny. Był po prostu w swoim żywiole.

Trzeci z nas, Paweł „Mrozio” Mroziński, przyjeżdżał do nas z jednostki wojskowej w Rembertowie. Mówił, że jest „cichociemnym spadochroniarzem”. Czasami żartowaliśmy sobie, kiedy zbliżał się do naszego stolika w jakiejś knajpce, udając, że mówimy o nim za jego plecami, ale tak, żeby dobrze słyszał: „Uwaga! Desant nad Wrocławiem z Rembertowa!”. Mrozio zazwyczaj mógł przyjeżdżać tylko na weekendy, i to jak dobrze poszło, był raz na kwartał. Nigdy też na poważnie nie opowiadał nam, co robi i czym się zajmuje. Prawdą było, że przyjeżdżał rzadko, ale nie zapomnę, jak pewnego razu powiedział nam, że jak pójdziemy na imprezę bez niego, to nam łby pourywa. Wszystko niby w żartach, bo żadnemu z nas nie przyszłoby do głowy ruszać któregoś z naszej paczki, ale tamtego wieczoru w jednym z lokali w centrum Wrocka nabrało to zupełnie nowego wymiaru. Bawiliśmy się bardzo dobrze, wypijając trochę pod dobry humor. Wszystko było okej do momentu, kiedy do lokalu weszło sześciu gości: czterech łysych, barczystych nad wyraz, i dwóch facetów ubranych z klasą, w drogich ciuchach. Mrozio z minuty na minutę poważniał, jak widział ich zaczepiających dziewczyny. Nie oszczędzili nawet sympatycznej barmanki, która nas obsługiwała. Grupka mężczyzn najwyraźniej chciała dać do zrozumienia, że oni tu rządzą. Ni stąd, ni zowąd Mrozio na głos, pewnie tak, żeby tamci faceci słyszeli, skwitował ich zachowanie: „Pedały i dupki przyszły na imprezę”. Dwóch spośród łysych „dupków” podeszło zaraz do Mrozia z pytaniem, czy ma jakiś problem. Mrozio odpowiedział, że jak się nie uspokoją, to za chwilę wyrzuci ich za drzwi.

Kultura Mrozia najwidoczniej rozbawiła krewkich łysoli, ale to był ostatni śmiech, jaki wydali z siebie tamtego wieczoru. Kiedy Paweł wstał, zaraz do nich doskoczyli pozostali. Cała akcja trwała może trzy, cztery minuty. Nigdy nie widzieliśmy czegoś podobnego! No, może na filmach z Jetem Li. W rzeczywistości taka bijatyka wygląda zupełnie inaczej, kiedy widzi się i słyszy łamane nosy, słyszy szczęk pękających kości. Nie zapomnę ostatniego faceta, który rozwalił krzesło na plecach Mrozia. Paweł odwrócił się powoli, łysol zamarł w bezruchu z paniką w oczach, a po chwili kilkoma ciosami powalił łysola z wybitymi przednimi zębami i złamaną ręką na podłogę. Kiedy skończył, odwrócił się do nas i powiedział:

— To była krav maga. A teraz wstawać, chłopaki, sprzątamy.

Podnieśliśmy się bez pytania, pozostając dalej w szoku, jak zresztą pozostali uczestnicy imprezy, czyli około setki ludzi. Po chwili ktoś z tego tłumu zaczął bić brawo, a za moment klaskali już wszyscy na sali. Paweł ukłonił się w iście wschodnim stylu i skinął na nas, żebyśmy pomogli wyciągnąć jęczących gości za drzwi. Do pomocy doskoczyło od razu kilku chłopaków z sali i wyrzuciliśmy ścierwo za drzwi za jednym razem. Plus był taki, że mieliśmy VIP-owską lożę i wszystkie trunki gratis od właściciela, kiedy tylko chcemy.

Od tamtego momentu kiedy Mrozio do nas mówił, że jak pójdziemy na imprezę bez niego, to nam łby pourywa, nabrało to zupełnie nowego znaczenia. Nam z całą pewnością nie było do śmiechu.

Ostatni z naszej paczki, Robert „Robson” Wielowieyski, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego na wydziale politologii, kierunku: stosunki międzynarodowe i specjalizacji: kraje wschodnie i dalekowschodnie. Robson dysponował zupełnie inną siłą: znajomości i koneksje były jego atutem. Nie było rzeczy nie do załatwienia dla niego. Znajomości, jakie nawiązywał poprzez pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, otwierały mu, jak to on nam mówił, „sprawnie działający business po zakończeniu kariery politycznej”. Ukraina, Białoruś, Rosja, Indie i oczywiście Chiny były jego oczkiem w głowie.

Skład naszej paczki był dość specyficzny i jak się później miało okazać, bardzo pomocny dla mnie w przyszłości.

Asię poznałem właśnie tamtej zimy, w styczniu 2002 roku, na stoku, zaraz pierwszego dnia po przyjeździe do Wisły. Wpadliśmy na siebie. Dosłownie! Zjeżdżała machając rozpaczliwie kijami na wszystkie strony, krzycząc i piszcząc: „Ludzie! Uwaga!” Dzisiaj, kiedy wspominam tamto wydarzenie, potrafię się już śmiać, ale wtedy… Koszmar!

Zjeżdżałem szlakiem obok i właśnie wtedy zauważyłem kątem oka dziewczynę dziwnie machającą kijami, jakby machała do kogoś, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Muszę przyznać, że z całą pewnością zwróciła moją uwagę. Nietrudno było też zgadnąć, że jazda czarnym szlakiem dla wprawionych narciarzy nie odzwierciedlała jej umiejętności. Groza sytuacji dość szybko się rozwijała, ponieważ zaczęła niebezpiecznie nabierać prędkości i za chwilę powinno wydarzyć się jakieś nieszczęście dla niej lub kogoś innego na stoku. Ratrak, który oczyszczał stok z nadmiaru śniegu na mojej trasie, usypał nieopodal, przy bandach oddzielających obie trasy, na tyle dużo śniegu, że bez trudu mogłem przeskoczyć na sąsiedni tor. Odepchnąłem się mocniej kilkakrotnie kijami, żeby nabrać prędkości i przeskoczyłem. Dystans między nami szybko się zmniejszał a po chwili miałem ją już w zasięgu ręki. Niestety. W momencie, kiedy miałem ją sprowadzić na ziemię, nagle oberwałem od niej dwa potężne ciosy kijami. Jednym prosto w przyrodzenie, a drugim kijem w tył głowy. Udało mi się w ostatniej chwili bezpiecznie ją wywrócić, zanim ból w podbrzuszu stał się tak silny, że po chwili leżałem obok niej w pozycji embrionalnej, licząc ciemne plamy przed oczami.

— Bardzo… ci… dziękuję… — mówiła zdyszanym głosem poprawiając czapkę na głowie, bo zsunęła się i zasłoniła jej jedno oko podczas tych cyrkowych akrobacji. — Pomyliłam trasy… Powinnam jechać tą… — Zapewne pokazywała wyciągniętą ręką sąsiedni tor, dla amatorów, ale ja nie zwróciłem wtedy na to żadnej uwagi, bo przez ból ledwie łapałem oddech. Jednego w tamtym momencie byłem tylko pewien: że nachyliła się nade mną z zaciekawieniem.

— Nic ci się nie stało? — Poprawiła ponownie czapkę na czole i jeszcze raz spytała, łapiąc głęboki wdech i wydech: — Czy wszystko w porządku? Jeśli to moja wina, to bardzo przepraszam. Mogę ci jakoś pomóc?

Tym razem w głosie dało się wyczuć nutę przejęcia swoim wybawcą z opresji. Ja za to z bólu patrzyłem na nią pustym wzrokiem i nie byłem w stanie nawet słowa wydobyć. Dopiero po kilku minutach wydałem z siebie oznaki życia w postaci nieartykułowanych dźwięków „yyy… oooh…” i z wielkim trudem przewróciłem się na bok, później powoli na brzuch i znów powoli oparłem się łokciami na śniegu i podciągnąłem kolana pod siebie.

— Złamałeś sobie coś? Odezwij się, na litość boską!

Słychać było w jej głosie lekkie zaniepokojenie. Brak reakcji z mojej strony dodawał z sekundy na sekundę dramaturgii całej sytuacji. Napięcie rosło, a wybawca zamiast triumfalnie odebrać od dziewczyny słodkie uściski za ratunek z tragikomicznej sytuacji, leży teraz u jej stóp na wpół przytomny. Koszmar! Z pewnością żaden facet w marzeniach nie wyobraża sobie takiej sceny, tylko oczywiście ja mogłem ją zmaterializować, z najgorszych snów! Wiedziałem też, że jak zaraz się nie odezwę albo nie wykonam jakiegoś ruchu ręką, to za chwilę spanikowana dziewczyna zacznie wzywać wszystkich świętych z przerażenia. No i oczywiście nie pomyliłem się…

— Matko boska! Może wezwać pogotowie?! Co się stało, u licha?! Odezwij się, błagam!

Teraz już trzymała mnie bardziej zdecydowanie za ramię. Pewnie nie zdawała sobie sprawy, że potrząsanie mną nie przyniesie rezultatu. Robiła to zapewne bardziej instynktownie niż na podstawie nabytego doświadczenia w udzielaniu pierwszej pomocy. Nachylona nade mną, coraz głośniej próbowała wymóc na mnie jakąś reakcję i koniecznie dowiedzieć się, czy wszystko jest w porządku. Ja z kolei nie mogłem jej powiedzieć, że dostałem cios z taką siłą w przyrodzenie, że odebrało mi wręcz mowę lub mogło sprawić, że od dnia dzisiejszego mógłbym zaśpiewać altem w chórze chłopięcym!

— Będzie dobrze… — wystękałem z ogromnym wysiłkiem, wypuszczając słowa na jednym wydechu. — Już jest lepiej… Zaraz mi przejdzie… Jeszcze minutkę. Tylko tak nie krzycz…, bo się ludzie zaraz zlecą… — mówiłem urywanymi słowami, z trudem łapiąc oddech. Nie chciałem, żeby wszyscy na stoku dowiedzieli się, jaki cios zwalił mnie z nóg.

— Wystraszyłam się… że się przewróciłeś i coś sobie zrobiłeś… — wydukała wystraszona.

No tak, wyszło jeszcze na to, że to ja sam sobie zrobiłem krzywdę. Po prostu się przewróciłem. Pięknie!

— Nie… Twoje kije były… cholernie szybkie… — Uświadomiłem „królowej stoku”, że nie ja jechałem jak ostatnia ofiara losu.

Była pewnie trochę zdezorientowana obrotem sytuacji, ale chyba też uspokojona, że mimo wszystko ciosy nie były śmiertelne. Pewnie ze swojej strony również wolała podziękować i mieć całe zdarzenie za sobą. Ja w tym czasie, obracając się w żółwim tempie, usiadłem na śniegu. Dobrze, że przy upadku narty same się wypięły i wylądowały w pobliskich krzakach. Dzięki temu mogłem podciągnąć zdrowe nogi i schować obolałą głowę między kolanami. Jedyne co wtedy zaczęło mi przeszkadzać, to ciągły monolog z jej strony. Nie przestawała mówić, mówić i mówić, odkąd zdała sobie sprawę, że jednak mimo wszystko coś mi się stało. Pewnie myślała, że potok słów łagodnie spływający do mojej głowy ukoi ból i zaleczy rany. W innych okolicznościach być może zachwyciłbym się jej słodziutkim kobiecym głosikiem. Może zachwyciłbym się też jej niesamowitą zdolnością zapełniania ciszy… Jednak w obecnej sytuacji ciągły monolog prowadzony przez moją niedoszłą zabójczynię był nie do zaakceptowania z powodu pulsującego bólu głowy. Ból stanowił barierę nie do przebicia się przez jakiekolwiek słowo z jej strony, potęgował jedynie moje rozdrażnienie. Podniosłem głowę, przystawiłem palec do jej ust i powiedziałem:

— Ciiiiii… Błagam — poprosiłem z grymasem litości na twarzy.

— Przepraszam… Już będę cicho… Ja tylko bardzo się wystraszyłam… dlatego tyle gadam. Cholera. Zawstydzona zamilkła, co chwilę jednak zerkając na mnie. Zapewne po wyglądzie uczyła się rozpoznawać, czy jest mi lepiej, czy gorzej.

Siedzieliśmy tak chyba jeszcze z pięć minut, w idealnej, błogiej ciszy. Dotrzymała słowa. Nic się nie odezwała przez cały czas! Po dziesięciu minutach ból jakby się przeniósł się na tył mojej głowy. Zsunąłem ręką czapkę i dotknąłem obolałego miejsca. Był tam ogromny guz! Mój ruch oczywiście zaraz zauważyła „królowa stoku” i nie pozostawiła niezauważonego przed chwilą guza na mojej głowie bez komentarza.

— Boże święty, ale wielki! Nieźle cię urządziłam! — zrobiła grymas, jakby ją coś oparzyło.

Spojrzałem wtedy na nią tak inaczej. Była naprawdę przejęta, już na pierwszy rzut oka.

— Niedaleko jest punkt medyczny. Trzeba to obejrzeć… — syknęła, oglądając guza nieco wnikliwiej.

Zdjąłem rękawiczki i dotknąłem tego gorącego miejsca na mojej głowie. Było gorące i lepkie jednocześnie. Odruchowo spojrzałem na dłoń. Była lekko czerwona. „Świetnie, bohaterze…” — pomyślałem. Zakląłem parę razy w myślach, po czym potwierdziłem kiwnięciem głowy, że zgadzam się z jej pomysłem.

— Dobrze. Zejdźmy do tych medyków… — Powoli podnosiłem się, jakbym miał z osiemdziesiąt lat i chwilowo wystąpiły u mnie zaburzenia błędnika oraz choroba Parkinsona jednocześnie.

— Ja poproszę Kasię i Justynę, żeby wzięły nasz sprzęt z krzaków spod ratraka, jak będą zjeżdżać ze stoku, dobrze?

— Dobrze… Chodźmy już… — odpowiedziałem bez namysłu, bo ból głowy zaczął mi rozsadzać czaszkę i ostatnią rzeczą, o której chciałem myśleć, to właśnie sprzęt pod ratrakiem, który i tak był całkiem nieźle schowany. To, o czym myślałem, to garść pyralginy lub jakiegokolwiek innego środka, który przyniesie mi ulgę.

Schodziliśmy powoli, a moja towarzyszka w tym czasie rozmawiała przez komórkę, prosiła o coś i wyjaśniała komuś całą sytuację. Starała się robić to bez zbędnych, kwiecistych opisów, pewnie dlatego, że szedłem obok niej. Niestety musiała wstrzymać się do czasu innej, bardziej dogodnej sytuacji, kiedy będzie mogła obficie opisać całą dramaturgię. Po chwili rozłączyła się, schowała telefon do kieszeni i położyła moją rękę na swoim ramieniu, żebym mógł się przytrzymać. Szedłem niezbyt pewnym krokiem, co trzeba przyznać, i na dodatek co chwilę nogi rozjeżdżały mi się na boki.

— Moje koleżanki wezmą nasz sprzęt do hotelu. Później po wszystkim przywieziemy…

— Ładne chociaż? — wybąkałem pod nosem, podenerwowany bólem.

— Co „ładne”? — spytała, zbita z tropu.

— Koleżanki, które mają przywieźć sprzęt do hotelu — odpowiedziałem, znudzony brakiem zrozumienia.

— A co to ma do rzeczy: ładne czy brzydkie?! Może zwyczajne! — Dała wyraz irytacji w odpowiedzi na zadane pytanie, gestykulując jedną ręką, co zapewne stanowiło przedłużenie emocji.

Kobiety nie rozumieją, że dla faceta, który przyjechał z kolegami zabawić się i rozerwać przede wszystkim w kobiecym towarzystwie, ma to ogromne znaczenie! To, co powiedzą koledzy w hotelu, kiedy zobaczą dziewczyny przywożące sprzęt kolegi, może wywołać aplauz lub dezaprobatę. Grono kobiet, w którym obraca się mężczyzna, daje mu określoną pozycję. Im ładniejsze, tym prestiż oczywiście rośnie i to wprost proporcjonalnie do rozwijających się później znajomości pomiędzy kolegami i zapoznanymi koleżankami. Stąd też było moje pytanie. Ale ponieważ nie miałem głowy, żeby tłumaczyć jej zawiłości pytania, zadałem inne, łatwiejsze.

— Dobrze… Daleko jeszcze ten felczer?

— Już prawie jesteśmy… Za tym wzniesieniem. Dasz radę dojść? — spytała i wskazała ręką najbliższe wzniesienie, porośnięte z jednej strony świerkami.

— Tak, dam radę — odpowiedziałem krótko przez zaciśnięte zęby, bo ból pulsował w mojej głowie. Im większy wysiłek i większe ciśnienie pulsujące w głowie, tym silniejszy ból!

Doszliśmy po kilku minutach do chatki GOPR-u przy stoku. Nad wejściem do chatki umieszczony był napis: „Punkt medyczny GOPR”. Wewnątrz lekarz mógł poświęcić cały swój czas mojej osobie, ponieważ byłem jedynym jego pacjentem. Medyk obejrzał tył mojej głowy, komentując nader osobiście i prywatnie stan rany na głowie. Pewnie nie miał ostatnio za dużo pracy i brakowało mu towarzystwa do rozmowy. Od razu dostałem środki przeciwbólowe, o które nie zapomniałem poprosić przy najbliższej nadarzającej się okazji.

— Aleś się pan urządził… — Kiwał głową, rozchylając palcami włosy. — Gdzieś pan znalazł jakiś kamień na stoku?! Jest przecież z półtora metra śniegu! Żeby tak rozwalić głowę… Następnym razem proponuję oślą łączkę — skwitował, kończąc oględziny.

Nie dość, że mi łeb pękał, to jeszcze jakiś picuś w białym fartuchu będzie mi nawijał jakieś farmazony o oślej łączce! Zabrzmiało to jak: „Skoro, chłoptasiu z miasta, nie umiesz jeździć na deskach, to nie popisuj się przed dziewczynami, tylko siądź sobie na dupie w hotelu, zażywając słonecznych kąpieli na tarasie!”.

— Trzeba będzie to zszyć… — stwierdził krótko — Ja nie mam tu takich możliwości. Zabandażuję i zjedzie pan kolejką do przychodni, tam panu to zszyją. Ja tylko oczyszczę i zabezpieczę ranę. Poza tym coś jeszcze pana boli? — spytał, chcąc ustalić, jakie są pozostałe obrażenia.

Ponieważ moja niedoszła zabójczyni siedziała niedaleko, pokazałem tylko palcem wskazującym przyrodzenie. Na mój gest ręką lekarz aż się skrzywił.

— Poza tym wszystko chyba okej — powiedziałem i odwróciłem się, żeby zobaczyć, czy aby na pewno dziewczyna nie zorientowała się, gdzie jeszcze mnie rąbnęła.

Siedziała na ławeczce, oparta łokciami o kolana, ze zwieszoną głową.

— Mam pana zbadać? — Uśmiechnął się do mnie lekarz, najwidoczniej trochę rozbawiony, nawiązując do wskazanego przeze mnie obolałego miejsca.

— Na przyjemności trzeba sobie zasłużyć. — Odwzajemniłem lekarzowi uśmiech i podniosłem się ze stołka.

Wyglądałem jakbym dostał postrzał w głowę. Zobaczyłem się w szybie szafki z lekarstwami. Koszmar, ale najważniejsze, że środki przeciwbólowe zaczęły działać! Wychodząc zza parawanu, spojrzałem mimowolnie na dziewczynę siedzącą z podpartą głową na dłoniach. Moje pojawienie się z zabandażowaną głową zostało od razu przez nią oczywiście zauważone. Podniosła się i kiedy na mnie patrzyła, zrobiła grymas współczucia. Widok pewnie był taki, że klękajta narody!

— No, to nieźle cię urządziłam. Ale numer! Bardzo przepraszam. Skończywszy, zacisnęła usta, jakby chciała powiedzieć: „Naprawdę mi przykro”.

Leki przeciwbólowe działały już na tyle solidnie, że przywróciły mi trzeźwość umysłu i nieco świeższym okiem mogłem spojrzeć na moją towarzyszkę niedoli. Do tej pory nie skupiałem żadnej uwagi na niej. Nawet jej się nie przyjrzałem uważnie. Ha! Gdybym miał opowiedzieć, jak wygląda, jak była ubrana, stara czy młoda, na pewno nie byłbym w stanie opisać tego wszystkiego. Dopiero teraz spojrzałem na nią bez zasłony bólu. Była bardzo, bardzo ładną dziewczyną i to był jej plus, ale mimo to i tak byłem nieźle wkurzony na nią, bo nie tak planowałem tydzień wypadu do Wisły. Miała być zabawa, podryw i impreza. Cholera jasna! Ratowało ją tylko to, że była naprawdę ładna i trochę niezręcznie było mi wyrażać swoją irytację i niezadowolenie. Jej proste blond włosy do ramion oraz niebieskie oczy, mówiąc ogólnie: uroda, na pewno ratowały ją z niejednej opresji. Oceniając męskim okiem, można by powiedzieć: „Miałeś, chłopie, traf!”. Z całą pewnością zginąć z takich rąk było przyjemniej niż z rąk chirurga psychopaty czy jakiegokolwiek felczera.

— Panie doktorze, wiem, gdzie jest ta przychodnia. Zaprowadzę pacjenta i dopilnuję, żeby wszystko był tak jak trzeba. — Uśmiechnęła się do lekarza i wzięła odpowiedzialność na siebie.

Pomogła mi założyć kurtkę i kiedy już powoli wychodziliśmy, lekarz niespodziewanie rzucił w naszym kierunku jeszcze jedną uwagę, z lekkim uśmiechem, jakby coś go bawiło w całej tej sytuacji:

— Będzie miło, ale pożytku za wiele to nie będzie pani miała z niego w najbliższych dniach.

Wiedziałem, że nawiązał do ciosu w przyrodzenie, za co skarciłem go surowym, paraliżującym bazyliszkowym wzrokiem.

Z punktu medycznego GOPR było niedaleko do wyciągu, więc doszedłem bez trudu. Jedyne co było niewygodne w całej sytuacji, to buty narciarskie na nogach. No, ale cóż, Indianie chodzili bez butów i nie narzekali na kamienie i wystające korzenie, prawda? Siadając na wyciągowym krzesełku, uśmiechnąłem się do niej, co miało wyrażać podziękowanie za pomoc przez cały ten czas. Dość oszczędny sposób na wyrażanie uczuć i słów, ale niestety na ten moment musiało wystarczyć. Trzeba podkreślić, że nietypowy sposób rozpoczęcia naszej znajomości wpływał na dalszy rozwój sytuacji. Ta nietypowość przekładała się na wszelkie moje działanie później, ponieważ nie traktowałem mojej towarzyszki jako obiektu westchnień. Powodem takiego podejścia, o czym byłem święcie przekonany, było to, że złamała wszelkie utarte konwenanse podrywacza. Można powiedzieć, że dziewczyna dosłownie wybiła mi z głowy wszelkie próby podrywu, a zbliżenie się do niej na odległość dwóch metrów mogło grozić utratą życia lub zdrowia. Prawie jak z reklamy o szkodliwości niewłaściwego stosowania leku lub palenia fajek.

Jednak przeciągająca się cisza wymusiła na mnie, żeby odezwać się do niej chociaż w jakiejś formie grzecznościowej. Jak by nie patrzeć, przed nami jeszcze z dziesięć, piętnaście minut wspólnej drogi wyciągiem.

— Tak w ogóle jak masz na imię? — spytałem z grzeczności. Nie miało to dla mnie większego znaczenia.

— Asia… Miło mi. — Zaśmiała się kręcąc głową i wyciągnęła rękę w moim kierunku.

— Coś nie tak? — spytałem zaciekawiony.

— Jeszcze nikogo nie musiałam walnąć w głowę, żeby go poznać. — Znów się zaśmiała, poprawiła czapkę na czole i spojrzała na mnie. Wspaniały ciepły uśmiech i dołeczki na policzkach były jedynym przyjemnym doznaniem tego przedpołudnia.

— Oczywiście wymarzona sytuacja, żeby się poznać, prawda? — Odwzajemniłem uśmiech.

— Słyszałem kiedyś, że u pewnych gatunków zwierząt zaloty mogą się skończyć bardzo źle dla amanta płci przeciwnej, ale żeby w naszym gatunku… — Uśmiechając się kręciłem głową rozbawiony, próbując obrócić w żart całe to zdarzenie.

Widziałem, że Asia (bo już poznałem imię „królowej stoku”) była rozluźniona i najwidoczniej uspokojona. Pewnie przekonała się, że wszystko będzie dobrze i najgorsze ma już za sobą. Mój dobry humor najwidoczniej spodobał się jej, ponieważ zaczęła się śmiać, rozbawiona porównaniem.

— To u modliszek.

— Co u modliszek?

— U modliszek tak jest, że partnerka zjada swojego kochanka po zaspokojeniu jej potrzeb. — Zaśmiała się tak szczerze, że ja sam zaraziłem się jej śmiechem.

— Dobrze, że próbowałem cię tylko wyratować z opresji! Pewnie dzięki temu dostałem tylko po głowie!

Podobało mi się to, że nie poczuła się obrażona, ale wręcz rozbawiona, kiedy moje porównanie o tragicznym losie samca w kontaktach z samicą u pewnego gatunku zwierząt okazało się moją tragiczną pomyłką i gafą. Bo nie chodziło o samicę jakiegoś tam zwierzęcia, tylko o modliszkę, podczas gdy porównanie dziewczyny do modliszki jest… gafą!

Myślę, że była bardzo wyrozumiała dla mnie może ze względu na całe to zdarzenie na stoku i pomyślałem, iż musiała zdać sobie sprawę, że wyszło mi to zupełnie nieświadomie.

— Tylko proszę, nie wal mnie już drugi raz. Po prostu podejdź, wytłumacz, tylko błagam, nie bij! — mówiłem błagalnym, żartobliwym głosem.

— Dobrze… Hi, hi, hi zobaczymy, co się da zrobić. Hi, hi, hi. — Śmiała się bardzo swobodnie i widać było, że całe napięcie związane z tą sytuacją minęło.

Kiedy dojechaliśmy do końca naszej wycieczki kolejką, wygramoliliśmy się dość zwinnym ruchem z siodełek i Asia wzięła moją rękę, chcąc położyć ją na swoim ramieniu, żebym mógł iść bezpieczniej. Ale ja miałem nieco odmienny pogląd co do sposobu, w jaki miał się odbywać nasz „spacer”.

— Słuchaj, nie chcę iść jak niewidomy. Nie to, żebym miał coś przeciw niewidomym, ale rozumiesz… — próbowałem wytłumaczyć, gdyby były jakieś wątpliwości.

— Gdybyś, Asiu…, może złapała mnie pod ramię… A jak się zachwieję, to i tak zdążysz mnie przytrzymać. — Uśmiechnąłem się zawadiacko.

Asia rozejrzała się wkoło i chyba zrozumiała, o co mi chodzi.

— Ach, wy faceci… Co, za dużo ludzi? Niech ci będzie. — Uśmiechnęła się i złapała mnie pod ramię.

Na głównym deptaku w Wiśle zawsze jest sporo ludzi, a ja nie chciałem iść jak jakiś inwalida, żeby wszyscy patrzyli na mnie z zaciekawieniem i politowaniem. Nie dość, że szedłem z zabandażowaną głową, to jeszcze w butach narciarskich.

Przeszliśmy tak z kilkaset metrów główną drogą i skręciliśmy później w prawo. Do przychodni było dosłownie niecałe sto metrów od zakrętu. Na izbie przyjęć musieliśmy poczekać jakiś czas, bo akurat dyżurujący lekarz zajmował się gipsowaniem nogi.

— Na długo przyjechałaś do Wisły?

— Do niedzieli. Czyli jeszcze sześć dni. — Mówiła, ściągając czapkę i kurtkę.

— Może chociaż się rozepniesz? — spytała, patrząc na mnie z politowaniem.

— Dobra, dobra, nawet zdejmę. — Podniosłem palec wskazujący do góry na znak aprobaty.

Wstałem, rozpiąłem kurtkę i zsunąłem ją na siedzenie obok.

Czekając na miejscowego felczera, znachora czy jak ich tutaj nazywają miejscowi, siedzieliśmy i rozmawialiśmy, tak jakbyśmy znali się od dawna. Nie pamiętam, kiedy ostatnio poznałem dziewczynę i tak miło było z nią rozmawiać. Czułem się zupełnie na luzie, bez skrępowania, po prostu zero sztuczności. Rozmawialiśmy o wszystkim, śmialiśmy się i żartowaliśmy.

— Może napijesz się ze mną kawy? — wskazałem wzrokiem automat w drugim końcu korytarza. Spytałem żartobliwie, uśmiechając się przy tym zawadiacko z nutką powagi, jakbym próbował ją zaprosić na randkę.

— Z nieznajomymi się nie umawiam. — Odwzajemniła oczywiście mój żart uśmiechem, odrzucając przy tym jedną ręką włosy do tyłu i spoglądając w przeciwnym kierunku, jakby została przed chwilą zaczepiona przez przypadkowego amanta. — Ale z drugiej strony… Choremu się nie odmawia, prawda? — Odwróciła się w moją stronę ze słodkim uśmiechem.

— No, to dobrze! Kto pierwszy do automatu, ten… płaci… — Moje stwierdzenie miało być zapowiedzią repliki biegu na sto metrów, a moje słowa miały odwzorowywać „do biegu, gotowi, start!”, ale zanim zdążyłem wstać, Asia kolejnym pytaniem pokrzyżowała mi zabawę. Zrobiła to tak, jakby rozpracowała moją gierkę.

— A kto zapraszał? — Nachyliła się w moim kierunku, podnosząc brwi do góry i patrząc mi prosto w oczy zniewalająco.

Kiedy tak patrzyła na mnie, zastygłem w bezruchu i patrzyłem tak na wszystko naraz. Na jej niebieskie oczy, dołki w policzkach, brwi, uśmiech, podbródek i usta jednocześnie. W ostatniej chwili powróciła mi świadomość i uratowałem swoją reputację przed koniecznością oznajmienia Asi, że na moment przez jej urodę pogubiłem myśli. Miałem tylko nadzieję, że nic nie zauważyła.

— Proponuję kompromisssss… — podkreśliłem ostatnią literę. — Pójdziemy razem — Uśmiechnąłem się i podniosłem z krzesła. Asia wstając wzięła mnie pod rękę i poszliśmy, człapiąc w butach narciarskich w kierunku automatu.

Niestety, zdążyliśmy dojść tylko do połowy drogi, bo w tym momencie pielęgniarka zawołała:

— Pan z rozciętą głową, proszę na salę.

Zawróciliśmy grzecznie w rytmie poloneza, uśmiechając się do siebie z powodu zabawnej sytuacji. Odprowadziła mnie do samych drzwi sali zabiegowej.

— Zaczekam na ciebie w poczekalni — rzuciła mi przez ramię, zamykając za mną drzwi.

Gdyby nie to, że była to przychodnia lekarska, pomyślałbym, że właśnie wszedłem do wiejskiego znachora. Na początek trafiłem w ręce pielęgniarki, która kazała położyć mi się na leżance i zamierzała obejrzeć ranę przed zabiegiem. Zdezynfekowała i podała zastrzyk miejscowego znieczulenia. Po sprawdzeniu, czy znieczulenie już działa, delikatnie próbowała ogolić miejsce w okolicach rany. Zabrała się za to rzetelnie, ale niestety, zbyt delikatnie. Po kilku minutach próbowania delikatnego golenia okolic rany stwierdziła, że nie należy to do najłatwiejszych czynności, szczególnie obecnego dnia. Nie jest to takie proste, kiedy żyletka nie była wymieniana zapewne od tygodnia, a może nawet nosiła ślady prób ostrzenia!

— Panie doktorze, żyletka jest za tępa. Trzeba zmienić — powiedziała dość niepewnym głosem, jednocześnie delikatnie trzymając maszynkę w dwóch palcach.

— To niech pani opali to miejsce — odpowiedział najwyraźniej znużony lekarz.

Spojrzałem na lekarza zaskoczonym i spanikowanym wzrokiem.

— Żartowałem — zwrócił się w moim kierunku, z grymasem zrezygnowania. — Pani mi da tę maszynkę i niech pani patrzy, jak się to robi. Goliła pani kiedyś nogi? — wypalił w jej kierunku. — Ostatni raz pokazuję. Więcej nie będę i zapewniam panią, że żyletka jest wystarczająco ostra.

Zdecydowanym ruchem wziął od niej maszynkę, przechylił mi głowę do przodu, lewą ręką naciągnął skórę powyżej rany, a prawą zdecydowanymi, szybkimi ruchami przejechał kilkakrotnie w miejscu rany.

— Tak się to robi, pani Marysiu. Teraz pani sobie poradzi?

— Tak — odpowiedziała, z zaciśniętymi ustami patrząc na felczera, ale mimo wszystko wydawało mi się, że w myślach jakby chciała zaprotestować i powiedzieć, że po tygodniu i tak należałoby wymienić żyletkę, a z goleniem nóg to, chamie, przesadziłeś! Tak przynajmniej sobie wyobrażałem, co może w tym momencie myśleć pielęgniarka.

Wyszedłem po około trzydziestu minutach. Z tyłu głowy w wygolonym miejscu sterczały mi nici chirurgiczne, co wyglądało trochę komicznie. Niestety, moja atrakcyjność z pewnością spadła do zera i miałem świadomość, że pierwszy dzień w Wiśle był ostatnim zarazem, kiedy mogłem z chłopakami próbować zabawić się, poszukać fajnego lokalu i dziewczyn na czas pobytu. Teraz zostało mi sześć dni leżenia bykiem w hotelu. Tak to przynajmniej miało wyglądać. No… Została jeszcze metoda na litość, ale ta zdecydowanie odpadała…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 71.49