E-book
7.95
Dzieje Maren

Bezpłatny fragment - Dzieje Maren

Tom I - Lazurowy Smok - Część 1


5
Objętość:
252 str.
ISBN:
978-83-8440-301-3

Rozdział 1. Cena przeznaczenia

Niebo przypominało spękaną skorupę jaja. Szare, ciężkie chmury wisiały nisko nad drogą, jakby lada moment miały się z niej osunąć i pogrzebać cały świat w deszczu. Bruno Hawkins, niewysoki kasztanowłosy mężczyzna o przenikliwym spojrzeniu i bystrych, zielonych oczach nie przepadał za takimi porankami, ale był to pierwszy od tygodni, który nie zaczął się od ucieczki.


A to już sukces. Bruno stanął przed oberżą.


Drzwi do karczmy Pod Czarnym Lwem otworzyły się lekko, wpuszczając do środka strugę chłodnego wiatru. Wewnątrz panował zgiełk, a powietrze było przesycone mieszanką zapachu piwa, pieczonego mięsa i dymu z fajek. Dębowe stoły i ławy nosiły głębokie ślady uczt, a na ścianach wisiały stare mapy Maren oraz wyblakłe proporce głównych miast wyspy: Słoneczne Państwo, Drakon, Tsunam, Grom, Kamienny Gród i Windside. Choć nie było tłoczno, gwar rozmów i śmiechów wypełniał pomieszczenie. Klientela składała się głównie z podróżnych, którzy przekrzykiwali się nawzajem opowieściami o swoich wyprawach.


Hawkins zatrzymał się w progu, rozglądając się uważnie. Nikt nie zauważył jego subtelnego ruchu dłoni, po którym nastąpił trzask tłuczonego szkła. Goście karczmy spojrzeli w stronę źródła hałasu, a mężczyzna, wykorzystując zamieszanie, ruszył w kierunku lady, gdzie skupiał się najmniejszy zgiełk. Ostrożnie zwrócił się do karczmarza — krzepkiego faceta o witalnym wzroku.


— Dzień dobry — odezwał się cicho, starając się być jak najbardziej dyskretnym. — Szukam osoby o imieniu Jedriej.

Oberżysta spojrzał na niego żwawo — jego ruchy zdawały się być szybsze od myśli i pochłonięte zamówieniami. Bruno poczuł się nieco swobodniej.

— Co? — zagrzmiał głośno. — Piwa już nie ma!

— Jedriej, nie piwo — powtórzył Hawkins, oglądając się za siebie. — Jeden ze zleceniodawców z tutejszej tablicy ogłoszeń.


Stuknął palcem w kartkę z wiadomością. Karczmarz zmrużył oczy, przyglądając się niepewnie papierowi. Jego spojrzenie błądziło po tekście, ale wyraz twarzy pozostawał bez zmian. Zniecierpliwiony Bruno po chwili schował ogłoszenie, gotowy do opuszczenia karczmy, ale oberżysta nagle poklepał się po głowie.


— Aaa, to ten malutki! — zaśmiał się na głos, jakby rozwiązał niezwykle skomplikowaną zagadkę. — Jedriej… Wiedziałem, że skądś kojarzę to imię! Tam jest! — wskazał na ostatni stolik po drugiej stronie knajpy. — Proszę cię bardzo! A piwa chcesz?

— Malutki? — zdziwił się Bruno, lecz jego rozmówca już był zajęty obsługą innego klienta. — Nie chcę… Dzięki.


Przecisnął się przez grupkę wąsatych trubadurów, którzy przechwalali się swoimi najnowszymi dziełami. Jeden z nich twierdził, że był świadkiem pojedynku warga z harpią, a drugi, że widział dziewicę na jednorożcu. Głupcy — skwitował Bruno.


Kiedy dotarł do ostatniego stolika, zrozumiał, o co chodziło karczmarzowi. Jedriej okazał się być niziołkiem o rudych, kędzierzawych włosach i piegowatej twarzy. Jego małe, inteligentne oczka biegały po stronach opasłego tomiszcza, które trzymał w rękach. Bruno zdołał odczytać tytuł: Przewodnik po Wyspie Maren autorstwa Lucana Cloina.


Usiadł przy stole bez słowa. Położył przed niziołkiem pergamin z ogłoszeniem. Zaczekał w napięciu na jego pierwszą reakcję, lecz ten dopiero po chwili — i to w dodatku niechętnie — oderwał wzrok od książki. Spojrzał pytająco na gościa.


— Tak? — uniósł szare oczka.

— Ty jesteś Jedriej? — zapytał Bruno. — Ten z tablicy ogłoszeń?

— Zależy, kto pyta.

— Przychodzę w sprawie zlecenia — przeszedł do sedna. — Składam chęć podjęcia pracy.


Hawkins przysunął kartkę bliżej, a niziołek zerknął na nią podejrzliwie i wrócił wzrokiem na właściciela. Piegowata twarz rudzielca zabłysła na moment zainteresowaniem, ale chwilę później przygasła. Bruno uniósł brwi w obawie, że wyjął nie ten dokument, co trzeba.


Na ogłoszeniu widniało:


Poszukiwany:

Czerstwy, zdolny, ambitny rolnik ogarniający dobrze ziemię i ewentualnie jadło.

Jedriej, Karczma Pod Czarnym Lwem


Nie pomylił się — kartka była właściwa. Jedriej odchrząknął.


— Wybacz, bratku, ale nie wyglądasz mi na rolnika — podsumował, oceniając go uważnie. — Ani tym bardziej na kucharza. Jesteś ciut za wątły.


Bruno mimowolnie parsknął śmiechem. Gra ze mną. Malec przekrzywił głowę w zdziwieniu.


— Powiedziałem coś śmiesznego?

— Nie jestem ani rolnikiem, ani kucharzem — odpowiedział. — I dobrze o tym wiesz.


Rudzielec odłożył ogłoszenie na bok. Zmrużył oczy.


— A to ciekawe. Kim zatem jesteś? I dlaczego mi przeszkadzasz? — zapytał, wskazując na książkę. — Nie widzisz, że czytam?


Nie czekając na odpowiedź, powrócił lekceważąco do lektury. Bruno zamknął mu ją przed nosem.


— Ej, ej! — obruszył się — Tylko bez takich!

— Jestem tym, kogo naprawdę szukasz — wyszeptał te słowa z naciskiem. — Mogę udowodnić, tylko bądź cicho…

— Nie wiem, o czym mówisz, człowieku, ale zaraz zawołam ochro…


Zaczął podnosić głos, lecz Bruno w porę mu przerwał. Obrócił się przez ramię, upewniając się, że nie jest obserwowany, a potem pstryknął palcami.


Na krótką chwilę w jego dłoni zatańczyły dwa malutkie płomienie ognia. Oblicze Jedrieja ożywiło się nowym zainteresowaniem, a jego usta momentalnie umilkły. Niziołek wyprostował się na krześle i odłożył książkę. Potrzebował chwili, żeby zwilżyć suche gardło piwem.


— No skoro tak stawiasz sprawę — uśmiechnął się tajemniczo, nachyliwszy się bliżej rozmówcy. Szepnął — Jak ci na imię?

— A co? — zapytał podejrzliwie Hawkins.

— A to, że chyba jakoś powinienem na ciebie mówić? — odparł niziołek. — Czy może wolisz hmm… Pstrykacz? — puścił mu oczko.

— Bruno Hawkins.

— Bruno Hawkins… — powtórzył malec, kiwając głową ze zrozumieniem. — A ja jestem Jedriej Arkan. Miło mi.


Niziołek grzecznie wyciągnął dłoń, ale Bruno ją zignorował. Ten spojrzał na niego z wyrzutem.


— Czy będzie miło, to się dopiero okaże — wyjaśnił, rzucając mu chłodne spojrzenie. — Powiedz najpierw, o co chodzi z tym ogłoszeniem.


Szeroki uśmiech zszedł z twarzy Jedrieja. Odrzuconą rękę schował pod stół i zamilkł urażony. Karzełki słyną z dobrego wychowania — prychnął Bruno. Pewnie takiego też oczekują od innych.


— To może jednak będę na ciebie mówić Maruda? — mruknął po chwili Jedriej.

— Nazywaj mnie jak chcesz — odpowiedział czarodziej. — Ale jeśli naprawdę wiesz kim jestem, to równie dobrze powinieneś wiedzieć, dlaczego mnie tu być nie powinno. I rozumieć moją ostrożność. Więc gadaj!

— Ależ rozumiem — uspokoił go niziołek. — Dlatego chciałbym ci zagwarantować, że twoja tożsamość jest ze mną całkowicie bezpieczna — obiecał, unosząc dłoń z wyciągniętym palcem ku górze. — Ale mi przerwałeś. Przyrzekam na mały palec!

— Wszystkie są małe — skomentował Bruno.

— Ha! A jakiś zabawny!

— Do rzeczy — spoważniał. — Pytam po raz ostatni: co to za ogłoszenie?


Jedriej zmarszczył czoło i napił się kolejnego łyku piwa. Bruno zauważył, że kufel był praktycznie wielkości jego głowy. Zaczął zastanawiać się, czy dobrze postąpił, ryzykując tą znajomością — on nie mógł mu niczego zaoferować. Jest tylko niziołkiem…


— Nie rozumiem pytania… — podrapał się po rudej czuprynie Jedriej. — Odczytałeś ogłoszenie, czy nie? Wiesz czego dotyczy.

— Odczytałem? — zdziwił się Hawkins. — Niczego nie odczytywałem. Wyczułem magiczną aurę na podpisie i nic więcej. Treść była nieistotna.

— Że co? Jaką magiczną aurę? — tym razem skrzywił się malec. — Nie rozumiem, o czym mowa…


Obaj spojrzeli na siebie pytająco. Po chwili Jedriej dodał rozżalonym głosem:


— Jak to treść była nieistotna? — brzmiał jak artysta, którego geniuszu nigdy nie doceniono. — W sensie, że nie zrozumiałeś jej, tak?


Bruno zerknął na ogłoszenie ponownie. Słowa brzmiały tak samo błaho, ale magiczne wibracje nie zniknęły — drobne, subtelne, lecz wyczuwalne. Wzruszył obojętnie ramionami.


— Jest bez sensu — powtórzył. — Co by mnie miało obchodzić gotowanie, rolnictwo i…

— To, że go nie widzisz — westchnął zawiedziony Jedriej — nie znaczy, że go nie ma. Ah, wielka szkoda, bo tak długo nad tym myślałem! Ale może spojrzysz jeszcze raz? Tylko zwróć uwagę na pierwsze litery w każdym wyrazie. Widzisz, co tworzą?


Hawkins przyjrzał się dokładniej, a niziołek wystukał mu wskazane miejsca, które układały się w słowo:


— „Poszukiwany: C-z-a-r-o-d-z-i-e-j”! Teraz to widzisz?

— Niesamowite — mruknął lekceważąco Bruno. — I co z tego?

— Ano to — Jedriej uśmiechnął się dumnie — że sam to wymyśliłem!


Mina niziołka była tak beztrosko zadowolona, że Bruno zaczął podejrzewać, czy nie wpadł aby przypadkiem w pułapkę i teraz się z niego nie naśmiewano. Był w końcu zbiegiem, którego ścigał Krąg Magów i łowcy czarownic, a takie namaszczone zaklęciem zlecenia od razu powinny budzić jego wątpliwości. Niestety dla Hawkinsa, wątpliwości zbyt często mieszały się z ciekawością.


— To co z tym ogłoszeniem? — zapytał znowu. — Do czego jest potrzebny ci czarodziej?

— Ha! A do czego nie byłby mi potrzebny czarodziej? — parsknął głośno Jedriej.


Za głośno.


Pojedynczy sąsiedzi rzucili ukradkowe spojrzenia na ich stolik. Nawet wąsaci trubadurowie przestali na moment rozprawiać o swych durnych dziełach. Bruno zaśmiał się udawanie, jakby Jedriej właśnie opowiedział mu niesamowitą historię. Nieproszone pary oczu powróciły po chwili do własnych rozmów. Czarodziej posłał rudzielcowi ostrzegawcze spojrzenie.


— Bądź cicho, jeśli łaska — wyszeptał z naciskiem. — Nie tylko ty mnie szukasz, karle.

— Wybacz, mój błąd — przyznał cichutko Jedriej. — Ściany mają uszy, tak, tak. Zawsze o tym zapominam.

— Nie wiem, czy ściany, ale ludzie na pewno.


Odczekali kolejne kilka minut, aż uwaga ich stolikiem całkiem zniknie, a potem Bruno kontynuował:


— Słuchaj no — rzekł teraz już całkowicie poważnie. — Sporo ryzykujesz, kontaktując się ze mną i podpisując się pod takimi ogłoszeniami, jak to — stuknął w papier. — Nie wiem skąd wytrzasnąłeś magiczną pieczęć ani kim u licha jesteś, ale bardzo ciekawi mnie, jakie to zadanie wymagałoby udziału akurat czarodzieja? I to zadanie… — spojrzał wymownie na Jedrieja — przepraszam, jeśli teraz urażę: ALE od niziołka. I mów wprost, bo za dużo czasu już na ciebie straciłem. A nie mam go wiele.


Jedriej zmarszczył czoło, nie komentując oczywistej zniewagi. Otworzył książkę i wyjął z niej mały zwitek pergaminu. Widniał na nim symbol drzewa w kolorze lazurowym, zapisany drobną czcionką. Rozwinął papier i odchrząknął.


— Zadanie nie jest ode mnie, a od grupy, którą reprezentuję — oznajmił.

— Czyli?

— O tym zaraz — zignorował go. — Pozwól, że najpierw przedstawię ci cel, a potem przejdę do szczegółów. O ile oczywiście zechcesz do nas dołączyć. Wówczas poprosiłbym cię o podpis tego dokumentu — pokazał miejsce na rozwiniętym papierku. — O, dokładnie tutaj.


Bruno uniósł brew.


— Co to za szwindel? — zapytał, marszcząc czoło. — Myślisz, że to podpiszę?

— Żaden szwindel — zapewnił go Jedriej. — To wstępna zgoda na udział w wyprawie… Zwykła formalność.


Zwykła formalność, no jasne. Odczucia Bruno zmieniły się. Niziołek może i nie był osobą, która chciała go porwać, ale samo podpisywanie tajemniczych umów też nie zwiastowało niczego dobrego. Kojarzył takie precedensy tylko i wyłącznie z oszustwami — groźnie było igrać z podobnym ogniem. Szczególnie osobie, która nie była nigdy na tym świecie.


Jedriej zauważył jego zawahanie, więc dodał:


— Po prostu staramy się być na tyle formalni, na ile możemy — wyjaśnił. — A w zasadzie mamy jedną osobę, która tego pilnuje, ale czy to źle? Porządek musi być!

— Wybacz, ale jeszcze nie słyszałem, żeby podpisywanie tajemniczych dokumentów od nieznajomych kończyło się dla kogoś dobrze. Za to słyszałem legendę o Baristanie, który chciał ukraść księżyc. Też ją może słyszałeś?

— Nie bardzo… — odkaszlnął Jedriej, ucinając temat. — W takim razie pozwól, że przedstawię ci zadanie. Na późniejsze decyzje przyjdzie jeszcze czas.


Bruno zastanowił się przez chwilę, czy brnąć w to dalej, czy może już teraz odpuścić. Po chwili skinął jednak głową — ciekowość znów zwyciężyła. A przecież samo wysłuchanie tej oferty jeszcze do niczego mnie nie zobowiązuje! Odchylił się na fotelu i skrzyżował dłonie za głową.


— Mów.

— Wolisz krótszą czy dłuższą wersję? — zapytał Jedriej.

— Krótszą.

— Tak myślałem — uśmiechnął się. — No więc razem z moimi towarzyszami planujemy wyprawę na smoka. Poszukujemy czarodzieja do kompanii.


Hawkins niemal poleciał plecami do tyłu. Utrzymał równowagę w ostatniej chwili, łapiąc się za kant stołu. Teraz był już niemal pewien — coś tu było nie tak! W każdym innym przypadku co by to miało znaczyć?


Paskudne, małe niziołki i ich figle! — zaklął w myślach. — Niepotrzebnie straciłem na niego czas! No już, zaśmiej się i skończ tę farsę, karle.


Mimo to mina Jedrieja nie uległa zmianie. Był tak samo poważny, jak przedtem.


— Żartujesz, prawda? — zapytał tak na wszelki wypadek Bruno, gotów do wyjścia.

— Ani trochę — zaprzeczył niziołek. — A dlaczego miałbym?

— Może dlatego, że to absurd? Smoki wymarły wieki temu!

— Kto ci naopowiadał takich bajek?


Czarodziej nie odpowiedział. Czuł narastającą frustrację. Powinien w tym momencie oddalać się od Kręgu, Tsunam i wścibskich oczu, a rozprawiał z niziołkiem o smokach i podejrzanych umowach. Do tego wszystkiego działo się to w zatłoczonej karczmie, pełnej ciekawskich uszów i plotkarskich ust. Jak tu w ogóle trafiłem?!


Ale skoro tak łatwo było mi tu wejść, równie łatwo będzie wyjść! — pomyślał. Jedriej natomiast znów trafnie wyczuł jego nastrój, bo dodał:


— Ostatnie plotki sugerują, jakoby widziano smoka w okolicach Gromu. Według nich…

— I na tym opieracie swoją wyprawę? — przerwał mu czarodziej. — Na plotkach?

— Każda plotka ma w sobie ziarno prawdy — rzekł z powagą niziołek. — Inaczej nikt nie wpadłby na jej wymyślenie.

— Żegnam, na mnie pora — zdecydował w końcu Bruno, wstając z miejsca.


Sięgnął po zlecenie i gotów był zapomnieć o tej dziwacznej rozmowie, lecz Jedriej wcale nie wyglądał na przejętego jego decyzją. Wręcz przeciwnie — na twarzy malca pojawił się nawet lekki, ironiczny uśmieszek, co tym bardziej wzburzyło czarodzieja, który aż miał ochotę rzucić kąśliwą uwagą pod jego adresem. Albo może przypalę mu tę rudą czuprynę!


Nie — powstrzymał się w ostatniej chwili- Nie dam mu tej satysfakcji. Zamiast wybuchu, obwieścił sarkastycznie:


— No cóż w takim razie dziękuję za rozmowę! I powodzenia ze smokiem! — uśmiechnął się zjadliwie. — Jak następnym razem będziecie szukać garnca złota na końcu tęczy, odezwij się! Taką wyprawę rozważę!

— Skoro sam poruszyłeś temat złota…


Bruno odwrócił się, ruszając w stronę drzwi, gdy nagle usłyszał brzdęk monet za plecami. Zatrzymał się i zerknął przez ramię — kolejny raz z czystej ciekawości. Na stole pojawił się spory mieszek pieniędzy.


Jedriej spokojnie, jakby od niechcenia, napił się piwa i pozwolił, żeby wyobraźnia Bruno zrobiła swoje.


— To pierwsze wynagrodzenie: płatne z góry — oznajmił, ocierając rękawem pianę z ust. — Potem dojdą jeszcze cztery takie. Łącznie pięć.


Czarodziej wrócił do stołu i bez pytania sięgnął po woreczek. Otworzył go, wyciągnął jedną monetę i położył ją sobie na dłoni — był to złocisty słoneczniak, ozdobiony symbolem słońca, waluta Słonecznego Państwa, stolicy Maren — drogi kapitał. Obejrzał go dokładnie ze wszystkich stron, sprawdzając autentyczność, po czym wrzucił z powrotem do mieszka. Ocenił ciężar sakiewki — Na oko jest tu z półtora funta monet. Sporo.


Usiadł. Niziołek okazał się głupcem, ale bogatym głupcem — z takimi niekiedy było warto rozmawiać.


— Dobra — skrzyżował palce pod brodą. — Coście za jedni?

— Czyli jednak jesteś zainteresowany? — uśmiechnął się triumfalnie malec.

— Nie mówię tak, nie mówię nie. Ale chętnie poznam szczegóły.

Niziołek cmoknął w powietrzu, jakby dał do zrozumienia, że teraz to on będzie stawiać warunki.

— A ja chętnie ci wszystko wyjaśnię, ale potrzebuję twojej jednoznacznej deklaracji udziału — powiedział. — Nie chciałbym, żebyś znów wstawał i siadał z powrotem do stołu. Ty pewnie też nie, co? To zwraca uwagę.


Położył dokument przed Brunem. Ten zerknął jeszcze raz na mieszek — fakt faktem, że bardzo by mi się przydał w obecnej sytuacji — nie mam ani noclegu ani ochrony, ani nawet pieprzonego jedzenia. Czarodziej podrapał się po brodzie, analizując intensywnie wszystkie za i przeciw. W końcu zapytał:


— Ten dostaję teraz, tak? — upewnił się — A później jeszcze cztery takie? Dobrze zrozumiałem?

— Dokładnie tak — potwierdził Jedriej.

— Identyczne?

— Ta jest.

— Za walkę z nieistniejącym stworzeniem?

— Za walkę ze smokiem, ale jeśli tak go nazywasz, to tak: z nieistniejącym stworzeniem.

— A co jeśli mam racje i bestia naprawdę nie istnieje?

Jedriej uśmiechnął się szeroko.

— Bez obaw. Pieniądze zgarniesz tak czy owak, ale po prostu bez bonusów ze skarbu smoka. To proste.


Oczy niziołka nie zdradzały podstępu, a jego twarz była spokojna i pewna siebie. Bruno uznał, że albo mówił prawdę, albo był niespełna rozumu — finalnie raczej nie żartował. Było to bardziej niż podejrzane, ale z drugiej strony pieniądze, które przed nim leżały były realne. I całkiem zachęcające.


Poza tym kto poważny wyrusza na smoka z niziołkiem w szeregach? Ta grupa z pewnością nie jest specjalnie bystra, a już na pewno nie niebezpieczna.


Podrzucił sakiewką do góry. To dar od losu — uznał. — Wprost świetna okazja by poprawić swoją sytuację. Chociażby kosztem głupoty innych! A tak podobno działał ten świat realny, poza murami Kręgu — trzeba było być cwanym. To darmowe złoto, które będę mógł wykorzystać.


— A i warto jeszcze wspomnieć, że w grę wchodzą dodatkowe nagrody — dodał niziołek, ponownie trafnie odgadując zmianę w nastawieniu czarodzieja. Bruno zaczynał dostrzegać, że ten zachowuje się niczym doświadczony kupiec — Czyta ze mnie, jak z księgi… — Wspomniany skarb smoka, podzielony na dziesięć równych części oraz potencjalne bonusy za osiągnięcia podczas wyprawy. W skrócie? Fortuna!

— Na to wygląda — zgodził się Bruno.

— Więc na co czekasz? Być może starczy ci na zakup własnej posiadłości — zasugerował Jedriej z błyskiem w oku. — Lub nawet wolności…

— Nawet wolności… — powtórzył wolno.

Czarodziej postukał palcami w stół. Wątpliwości go nie opuszczały, ale sięgnął po pióro. Co mi szkodzi?

— Brzmi cudownie — ocenił. — Gdzie haczyk?

— Haczyk? Jaki haczyk? — zaśmiał się Jedriej. — Walka ze smokiem to nie wystarczający „haczyk”? Nie wspominając nawet o innych niebezpieczeństwach, na które możemy natrafić po drodze? Będziemy mieli do przejścia całą wyspę wszerz i wzdłuż!


Całą wyspę, mówisz… — zastanowił się Bruno. To był kolejny argument za wzięciem udziału w tej wyprawie. Czarodziej nie wiedział, jakie zagrożenia miał na myśli niziołek, bo nigdy wcześniej nie wędrował samotnie po Maren, ale przecież po to uciekł z Kręgu, żeby poznać ten świat. Znał jedynie to, co przeczytał w księgach, a teraz nadarzała się doskonała okazja na uzupełnienie wiedzy o praktykę.


Poza tym powinienem być w ciągłym ruchu, żeby nie dorwali mnie łowcy czarownic.


— Haczyka nie ma — powtórzył raz jeszcze Jedriej, poprawiając się na krześle. — Choć ze względu na twoje nietypowe zdolności będziemy zapewne wymagać od ciebie więcej niż od innych. Niektórzy nie lubią takiej odpowiedzialności. Lub też presji. Co kto woli. Ale przynajmniej zapłata jest godziwa, prawda? — wskazał oczami na kartkę — To jak będzie?

— Wszystko ma swoją cenę — mruknął bardziej do siebie, niż do niego, Bruno.


Wzmianka o odpowiedzialności przeszła mu koło ucha — ich los był mu obojętny. Prędzej martwiły go te potencjalne niebezpieczeństwa na drodze, ale one przecież równie dobrze mogłyby go spotkać, gdyby podróżował na własną rękę. A nawet gorzej — z grupą przynajmniej miałbym obstawę.


A więc złoto, ochrona i możliwość podróży po wyspie Maren? — podsumował sobie. — Akurat wszystko, co potrzebuję! Przypadek czy dar od losu? A może przeznaczenie? — prychnął w myślach. — Szkoda, że nie wierzę w takie rzeczy…


— Dobra tam, niech będzie! — złapał łapczywie za mieszek. — To gdzie podpisać? I co dalej?

— Dalej? — Jedriej uśmiechnął się nań tajemniczo. — Dalej poznasz moją grupę. Do zobaczenia!


Hawkins nie zdążył nawet zapytać gdzie i kiedy mieliby się spotkać, gdy poczuł nagłe ukłucie w okolicach łydki, jakby coś wbiło mu się pod skórę. Chwilę później świat zawirował mu w głowie, a ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa.


Spanikowany, spróbował wstać i krzyknąć, ale na próżno — zwalił się ciężko na ziemię. W tle usłyszał tylko oddalający się głos Jedrieja, który wzywał ochronę, a potem odpłynął.

Rozdział 2. Lazurowe drzwi

Bruno ocknął się w ciemnym pomieszczeniu, z którego unosiła się intensywna woń dębowego piwa — jeszcze silniejsza niż w samej karczmie. Wokół panowała cisza, którą co jakiś czas przerywało kapanie wody. Nic go nie bolało, ale czuł się tak otępiały, jak po wyrwaniu z głębokiego snu. Z ulgą zauważył, że jego kończyny nie są spętane. Po chwili jednak ta myśl zaczęła go niepokoić.


Dureń, dureń! — zganił siebie — Tak się dać podejść! I to karłowi!


— O! No nareszcie! — rozległ się znajomy głos z kąta pomieszczenia. — A już myślałem, że cię przypadkowo… ekhem… zabiłem.


Czarodziej momentalnie zerwał się na równe nogi. W dłoni uformował ognisty pocisk i obrócił się w kierunku głosu. Jedriej stał tam z jabłkiem w ręku, którym się nieomal nie zakrztusił, gdy zobaczył ostrą reakcję towarzysza. Zakaszlał nerwowo, klepiąc się po brzuchu.


— Hej, hej, spokojnie! To tylko ja! — zawołał, unosząc ręce w geście pokoju. — Jedriej Arkan z karczmy Pod Czarnym Lwem! Zapomniałeś?!


Hawkins zacisnął zęby. Ostatnie, co chciał teraz zobaczyć, to twarz tego wariata. Ale gdzie on był? I jak tu trafił? Pamiętał tylko ukłucie i utratę przytomności przy stoliku Jedrieja…

Gdy wzrok Bruno przyzwyczaił się do mroku, dostrzegł rzędy beczek za plecami niziołka. Oprócz tego w pomieszczeniu nie było nikogo. Wyglądało ono na piwniczkę.


— Coś ty taki w gorącej wodzie kąpany? — zapytał rudzielec, gdy zobaczył, że Bruno się uspokoił.

— Słucham?! Uśpiłeś mnie! — warknął czarodziej.

— Dobrze, że nie upiłem — parsknął Jedriej. — Zresztą spokojnie, to były tylko procedury — ocenił wymijająco. — Gdybym miał złe zamiary, to bym cię związał albo chociaż wezwał posiłki, nie uważasz?


Bruno nie odpowiedział. Po chwili wyprostował się i zdmuchnął swój czar. Niziołek odetchnął z ulgą. Ruchem głowy wskazał na mały flakon z długą igłą zanurzoną w gęstym, przezroczystym płynie. Skrzyżował ręce na piersi i zagwizdał cicho.


— Niedźwiedzi sen — wyjaśnił. — Środek na bezsenność z Tsunam. Nieszkodliwy, choć może przesadziłem z dawką. Przepraszam… W każdym razie nic ci po nim nie będzie.


Hawkins wymacał miejsce ukłucia na łydce. Lekko swędziało, ale poza tym wszystko wydawało się w porządku. Rozprostował obolałe ręce.


— Nie mogłeś mnie tu po prostu przyprowadzić? — zapytał z wyrzutem. — Jak grzeczny, mały skrzat?

— Nie mogłem. Tak jak wspomniałem: procedury — odparł niewzruszony Jedriej. — Nasza kryjówka jest ściśle tajna. A przynajmniej dla obcych.

— Czyli nie zdradzisz mi gdzie jestem?

— Gratuluję znajomości pojęcia „ściśle tajna”. To już coś!

— Nie tak miała wyglądać nasza współpraca — pożalił się Bruno. — Chyba mam prawo wiedzieć, gdzie jestem?

— Masz. Przed wejściem do siedziby Lazur. To ci powinno wystarczyć.

— Jakiego znowu Lazur?

— Tak nazywa się moja grupa: Lazur.


Niziołek bez większych wyjaśnień odszedł od beczek i zaczął tupać nogami w podłogę, jakby wykonywał jakiś dziwaczny taniec. Bruno zmarszczył czoło, zastanawiając się, co on najlepszego wyrabia. Na wszelki wypadek zaczął wycofywać się niepozornie w kierunku wyjścia.


— Cholera, nigdy nie mogę zapamiętać, gdzie to było… — mamrotał Jedriej, skacząc z jednej nogi na drugą.


Bruno kątem oka zauważył jego stopy: nagie, włochate i nieproporcjonalnie duże w stosunku do reszty ciała. Paliczki sugerowały dużo większy zakres ruchów u palców niż u człowieka. Czarodziej zatrzymał się i zmarszczył czoło, przypominając sobie z pozoru nieistotny fakt z ich wczorajszej rozmowy — w czasie jej trwania Jedriej cały czas trzymał ręce na wierzchu. Jak więc…


— Zaraz, zaraz — powiedział. — Czy ty… Czy ty aby nie wstrzyknąłeś mi tego całego „Niedźwiedziego snu”… stopą?!


Niziołek przestał stepować i spojrzał na niego, jakby ten właśnie zadał najgłupsze pytanie świata. W sumie ma rację.


— No, a czym innym? — zaśmiał się głośno. — Chyba nie… — machnął dłonią — Ah nie, zresztą nie ważne… O! Tu jest ta klapa!


Jedriej odnalazł wreszcie poszukiwaną deskę i uderzył w nią kilkukrotnie, po czym zaczął odłupywać fragment podłogi. Po chwili ukazał im się metalowy właz. Malec otworzył przejście, a Bruno zobaczył zardzewiałą, wąską drabinę prowadzącą w dół, ku ciemności kanałów. Wzdrygnął się.


Niziołek otrzepał dłonie, a potem zauważył nietęgą minę towarzysza.


— No co tak patrzysz? — zapytał. — Chyba nie liczyłeś na szpaler powitalny?

— Z każdą minutą mam coraz więcej wątpliwości… — mruknął Bruno, spoglądając w dół.

— Hmm… na to już trochę za późno, bratku.

— Czy to groźba? Bo zabrzmiało jak groźba.

— Groźba? Ode mnie? — rudzielec przybrał niewinny wyraz twarzy. — Daj spokój! Ty władasz ogniem, a ja mam metr dwadzieścia w kapeluszu! O jakich groźbach my tu mówimy?

— Chwytasz przedmioty stopą — zwrócił uwagę Bruno. — Dla mnie to też pewnego rodzaju magia.


Jedriej ruszył wolnym krokiem w głąb tunelu. Hawkins odprowadził go wzrokiem, aż czerwona czupryna zniknęła w głębi mroku. Zawahał się, ale w końcu postawił stopę na pierwszym szczeblu — skoro powiedziałem A, należało też powiedzieć B.


— Tylko zamknij właz za sobą! — krzyknął z dołu Jedriej.


No pewnie, już zamykam! — pomyślał Bruno, zostawiając właz otwarty.


***


Zejście okazało się długie. Szczeble pokrywała korozja, która drażniła dłonie. Bruno nie cierpiał brudu ani powierzchni, które zostawiały lepki osad. Próbował zejść szybko, ale okazało się, że Jedriej guzdra się pod nim niemiłosiernie. Zacisnął usta. Przeklinając niziołka, pokonywał kolejne stopnie.


W końcu, po prawie minucie męki, jego stopa dotknęła twardej powierzchni dna. Z ulgą zorientował się, że nie było tu ani wilgotno ani brudno. Był pewien, że trafią do mokrych kanałów — tymczasem powietrze było w tym miejscu dziwnie suche, a wokół panowała cisza.


— Aż tak ci się tutaj spodobało? — zapytał Jedriej, który od półtora minuty czekał, by ruszyć dalej.


Bruno wciąż rozglądał się zdezorientowany. Nie tego spodziewał się zastać w tym miejscu.


— Gdzie my jesteśmy? — zapytał.

— Przecież mówiłem: nie mogę powiedzieć. To ściśle tajne, pamiętasz?

— To mi nie wygląda na kanały pod miastem… — myślał na głos Hawkins. — Ani na ścieki… To nie są też typowe podziemia…

— Ah, no wieczór zagadek też nie — parsknął niziołek. — Więc może po prostu chodźmy dalej? Wkrótce wszystko się wyjaśni.


Przemierzyli około stu metrów w głąb korytarza, aż za zakrętem zamigotało światło. Jedriej pstryknął palcami, po czym podrzucił w górę dziwaczny przedmiot przypominający kapsel. Zanucił dziwną piosenkę.


Przede mną świat otwarty na wskroś,

choć lepiej, żebym nie skończył jak łoś!

Maren to miejsce piękne i urodziwe,

lecz bywa często też niegodziwe!


— Ostatnia prosta! — oznajmił wesoło.


Podążyli w kierunku źródła blasku. W miarę zbliżania się do niego Bruno zaczął dostrzegać potężne drzwi z masywnego metalu, przy których stał strażnik. Był wysoki, barczysty, o ciemnej skórze i surowym spojrzeniu. Głowę przyozdabiał mu błyszczący, złoty hełm, który odbijał poświatę pochodni. Czarodziej kojarzył przyłbicę z książek o Słonecznym Państwie.


Na bogów, przecież to niemożliwe, żeby karzeł zabrał mnie aż do stolicy…


— Witaj, Samie! — zagaił wesoło strażnika, Jedriej. — Co słychać?


Mężczyzna odburknął coś niezrozumiałego pod nosem. Zauważył w towarzystwie niziołka Bruno, którego od razu zmierzył podejrzliwym spojrzeniem. Oględziny trwały ciut za długo, więc czarodziej zaczął czuć się niezręcznie — malec na szczęście sprawnie zainterweniował.


— To jest — zawahał się. — Eee… Pstrykacz! Tak, Pstrykacz! Dołączył do naszej wyprawy na smoka. Pstrykaczu, to jest Sam.


Sam uniósł brew. Hawkins zdobył się na sympatyczny uśmiech, ale wyszło raczej sztywno. Olbrzym nawet nie zareagował.


— Czy możemy przejść dalej? — zapytał Jedriej, a jego ton, choć wciąż życzliwy, brzmiał teraz znacznie bardziej niecierpliwie.


Strażnik odsunął się na bok, udostępniając im przejście. Bruno dostrzegł za jego plecami drzwi pokryte licznymi, błękitnymi żyłkami żywicy, lśniącymi w świetle pochodni. Ich intensywny kolor i kształt przyciągały wzrok, a wręcz hipnotyzowały. Gdy się otworzyły, weszli do środka.


***


Pomieszczenie za lazurowymi drzwiami zaskoczyło czarodzieja. Przede wszystkim było zbyt duże, jak na podziemną norę, ale jednocześnie zbyt schludne, jak na kryjówkę najemników.


Zostało perfekcyjnie zagospodarowane. Po obu stronach, przy ścianach, stały długie skórzane sofy, a na środku znajdował się stół, przy którym mogło usiąść co najmniej dziesięć osób. Na blacie leżały karty, kości, szachy, butelki po napojach, resztki jedzenia oraz zużyte fajki z ziołem.


Rogi pomieszczenia zostały urządzone z myślą o rozmaitych aktywnościach: w jednym znajdowała się tarcza do strzelania z łuku, w drugim kukła do ćwiczeń mieczem, a w trzecim ciężary do podnoszenia. W ostatnim rogu stało prowizoryczne stanowisko alchemiczne. Przy niektórych ścianach, pomiędzy sofami, były regały z książkami oraz półki wypełnione trofeami z wypraw. Salon wyglądał na zadbany i drogocenny.


Czymkolwiek nie był ten cały Lazur — na pewno nie należał do biednych — uznał Bruno.


— Nie takiego widoku się spodziewałeś po zejściu przez właz, co? — zaśmiał się Jedriej, zauważając zaskoczoną minę czarodzieja.

— Bynajmniej — odpowiedział Hawkins, wciąż szukając odpowiedniejszego słowa. — Ale już rozumiem, skąd miałeś taki wielki mieszek złota.

— A to nie wszystko! — uśmiechnął się malec, wskazując na boki salonu.


W miejscu niektórych regałów znajdowały się drzwi, prowadzące do kolejnych pomieszczeń. Hawkins naliczył ich łącznie dziesięć — po pięć na prawą i lewą ścianę. Nie wiedział, co się za nimi znajdowało, lecz mógł się domyśleć — przy stole było bowiem tyle samo krzeseł.


— Wasza drużyna liczy dziesięć osób, zgadłem?

Jedriej potwierdził skinieniem głowy.

— Teraz już tak.


Po drugiej stronie pomieszczenia, naprzeciwko drzwi frontowych, stały drugie — bardzo do tych pierwszych podobne, ale jeszcze większe i potężniejsze. Flankowały je dwie masywne, marmurowe kolumny, a lico na ich powierzchni przypominało nieregularny układ gałęzi, blokujących przejście.


Za nimi musiało znajdować się coś istotnego. Może skarbiec? To pierwsze, co przyszło czarodziejowi do głowy.


— A tam co jest? — postanowił zapytać, wskazując na charakterystyczne wrota.

— Cierpliwości, bratku– uśmiechnął się Jedriej. — Wkrótce cię oprowadzę. Najpierw jednak może przedstawisz się reszcie?


Bruno dopiero teraz dostrzegł, że w pomieszczeniu znajdowały się jeszcze inne osoby. Wszyscy porzucili swoje obecne zajęcia i z zainteresowaniem przyglądali się nowemu gościowi — nie mniej intensywnie, niż on salonowi.


Nie wiedząc, czy powinien się z nimi witać z osobna, czy może po prostu zrobić ogólne przedstawienie, Bruno stał w miejscu milcząc i rozglądając się nieśmiało. Nie był przyzwyczajony do podobnych sytuacji. W Kręgu głównie medytował lub się uczył, a kontakty z innymi ograniczały się do minimum — prostych pytań i jeszcze prostszych odpowiedzi.


— Uwaga, moi drodzy! — zabrał głos Jedriej, zauważając jego zakłopotanie. — Proszę o chwilę uwagi! Chciałbym wam przedstawić ostatniego członka naszej wyprawy na smoka: czarodzieja… Pstrykacza!


Prezentacja zabrzmiała niczym zapowiedź dawno wyczekiwanego herosa, więc Bruno mógł się spodziewać oklasków lub innych oznak zachwytu, ale nic takiego się nie wydarzyło. Zamiast tego, obrzucono go najróżniejszymi spojrzeniami — zszokowanymi, zdziwionymi, ale też wątpiącymi.


Poczuł się trochę, jak koń w cyrku, którego przebrano za jednorożca. Nikt tu na mnie nie czekał.


— Ale żeś go urządził, Jedriej! — skarciła niziołka jakaś kobieta, która nadeszła z prawej. — Widzisz, że chłopak się stresuje, a ty jeszcze robisz z niego centrum wydarzeń! Herbaty byś mu lepiej zaparzył!


Hawkins rozejrzał się, poszukując wzrokiem swojej wybawicielki, ale nikogo nie dostrzegł. Nagle kątem oka zauważył drobny ruch przy nogach. Zobaczył tam drugiego niziołka, tym razem kobietę, która, w odróżnieniu od reszty, miała szeroki, ciepły uśmiech na twarzy.


— Dzień dobry, Pstrykaczu! Trochę dziwne imię, jak na człowieka… — zawahała się — …brzmi bardziej, jak dla psa. Ale cóż, co kraj to obyczaj, jak to mówią! Ja miałam kiedyś psa Pukacza… No! W każdym razie: jestem Rosa Arkan — przedstawiła się, wyciągając dłoń.


Bruno sięgnął pamięcią do początku dzisiejszego dnia i przypomniał sobie, że Jedriej nazywał się dokładnie tak samo. Arkan — to nie mógł być przypadek.


— Tak — trafnie odczytała jego minę kobieta. — Rudzielec, którego zdążyłeś już poznać, to mój mąż. Stety, albo niestety.


Rosa posiadała krótkie, czerwone włosy i pulchną twarz. Widać było od razu, że jest tej samej rasy, co Jedriej, ale w przeciwieństwie do niego, jej oblicza nie zdobiło tyle piegów. Uśmiech mieli natomiast identyczny.


Czarodziej, nauczony doświadczeniem, od razu uścisnął dłoń kobiety. Wolał nie psuć sobie pierwszego wrażenia u tak sympatycznej osoby.


— Miło mi, jestem Bruno Hawkins — przedstawił się.

— Naprawdę? Czyli Pstrykacz to tylko ksywka? — odetchnęła z ulgą Rosa. — Całe szczęście, bo imię byłoby fatalne!

— Żeby tylko — uśmiechnął się Bruno. — To nawet nie jest ksywka. Nikt mnie tak nie nazywa. Tak po prawdzie, twój mąż ją wymyślił i jak widać lubi się tego trzymać.


Rosa rzuciła Jedriejowi ganiące spojrzenie. Ten tylko wzruszył ramionami.


— No co? — burknął. — Powtarzał, że zależy mu na dyskrecji! Nic lepszego nie wymyśliłem…


Niziołka pokręciła bezradnie głową.


— Przepraszam za mojego męża, ale bywa czasami, hmm… „niesforny”, że się tak wyrażę. Psotliwy.

— Nie szkodzi — odparł Bruno z uśmiechem. — Powoli się do niego przyzwyczajam. Minęło kilka godzin.

— Kilka godzin! — stęknęła żartobliwie kobieta. — A wyobraź sobie całe życie! Ale Bruno, pozwolisz może, że przedstawię cię reszcie? Tylko mniej oficjalnie?

— Z przyjemnością, lecz najpierw to ja…


Nie dokończył, bo rozległ się głośny dźwięk zawiasów. Okazało się, że błękitne drzwi z naprzeciwka otworzyły się z głośnym echem. W wejściu stanęła kobieta (człowiek), a za nią mężczyzna (krasnolud).


— Co to za zamieszanie? — zapytał niskim głosem ten drugi.

— O, pani Lora! I pan Czosnek! Witamy serdecznie! — zawołał Jedriej, pędząc właśnie z filiżanką herbaty w kierunku Bruno, nieomal się nie przewracając po drodze. — Spójrzcie kogo nam wreszcie przyprowadziłem! Czarodzieja! We własnej osobie! Ha, a nie mówiłem!


Rudzielec dopadł do Bruno i znamiennie przekazał mu filiżankę, chcąc go odznaczyć w towarzystwie. Uwaga dwójki przybyszów skupiła się na czarodzieju. Krasnolud patrzył na niego z drażniącą wyższością, jakby przyprowadzono mu pachołka do pomocy, a przenikliwy wzrok kobiety był… inny.


Podoba mi się — zrozumiał Hawkins. Kobieta już z daleka wydawała mu się atrakcyjna, więc jej zainteresowanie sprawiało mu ambiwalentną przyjemność. Poczuł gęsią skórkę na karku.


— Czarodziej? — zapytał z powątpiewaniem Czosnek, lecz Bruno przestał zwracać na niego uwagę. — Nie wygląda… hmm… przesadnie imponująco. Wygląda dość zwyczajnie.

— Czarodziej, czarodziej! — zapewnił Jedriej — Mnie też się z początku wydawał nieciekawy, ale potem pokazał, co umie! Pozory mylą!

— I co umie? — prychnął krasnolud, dodając po chwili krytycznym tonem. — Do diabła, Jedriej, jeśli przyprowadziłeś nam kanciarza do kryjówki, to wiesz, jakie mogą być tego konsekwencje?! Dla ciebie i dla niego? Mam nadzieję, że jesteś tego świadomy!

— Jestem! — zasalutował malec. — A to nie jest żaden kanciarz! Na własne oczy widziałem, jak sobie dłoń zapalił! I to dwukrotnie!

— A po ilu piwach byłeś? — zażartował ktoś z kąta sali.


Wszyscy parsknęli urywanym śmiechem. Bruno słuchając tej rozmowy, czuł się trochę jak we śnie — jego wzrok był wciąż pochłonięty widokiem Lory. Z rozproszenia wyciągnęło go dopiero silne uderzenie łokciem Jedrieja. Niziołek rzucił mu wymowne spojrzenie, a Bruno zorientował się, że Czosnek także unosi brew, niczym wybredny i znudzony widz. Nie spodobał mu się ten jednorożec.


— Pal tę łapę! — syknął przez zęby Jedriej, sprawiając wrażenie coraz bardziej zestresowanego.


Czarodziejowi nie w smak było udowadniać cokolwiek przed zadufanym w sobie krasnoludem, ale zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później i tak musiałby to zrobić. Pstryknął palcami, zgodnie z nadaną sobie ksywką, a w jego dłoni zatańczyły płomienie ognia. Czosnek rozszerzył szeroko oczy w zdumieniu, a stojąca obok niego Rosa westchnęła głośno w zachwycie.


Hawkins usłyszał jeszcze kilka innych szmerów pośród siedzących przy stole, a podejrzany mroczny elf, palący fajkę najbliżej niego, zaklął cicho, po czym zakrztusił się tytoniem i zaczął kaszleć.


Jedynie Lora, niewzruszona pokazem, stała z nieufnym wyrazem twarzy. Mrużąc oczy, poszukiwała oznak oszustwa.


— Coś tam czaruje… — przyznał po chwili Czosnek. — Rzecz niesłychana…

— A może to fakir? — zasugerował głośno mroczny elf z fajką.

— Fakir? Jaki fakir?! — oburzył się Jedriej. — Sam jesteś fakir! Ślepy jesteś?! Przecież niczym sobie tej ręki nie polał ani nie miał od czego zapalić! Głupio myślisz, Kucyk!

— Może i masz rację… — mruknął elf — A może jej nie masz. Kto wie.

— Coś jeszcze potrafi? — spytał nonszalancko Czosnek.


I nagle w Bruno wezbrał gniew. Krasnolud jeszcze ani razu nie odezwał się bezpośrednio do niego, naprawdę traktując czarodzieja, jak atrakcję w cyrku. Ten jednorożec też ma rogi. Zwiększył płomień w dłoni.


— Potrafi, lecz wolałby nie spalić wam kryjówki — uśmiechnął się zjadliwie.


Stojący obok Jedriej zaśmiał się niezręcznie, próbując obrócić groźbę w żart, ale zbladł po chwili. Krasnolud wreszcie uraczył Bruno swoim wyniosłym spojrzeniem. Zmrużył oczy.


— Niezła z ciebie kanalia, jak widzę — skomentował sucho. — Choć w zasadzie nie powinno mnie to dziwić, skoro uciekłeś z Kręgu. Tylko my tu mamy pewne zasady, których ty też będziesz musiał przestrzegać. O ile zechcesz do nas dołączyć, oczywiście.


Bruno zniósł jego spojrzenie.


— Lub w zasadzie: o ile my zechcemy cię przyjąć — zwrócił się z powrotem do Jedrieja. — Przedstawiłeś mu kontrakt?

— Tylko skróconą wersję — odpowiedział malec — Zgodził się podpisać umowę, gdy…

— Wie, jaki jest cel?

— O smoku wie.

— A o wynagrodzeniu?

— Też, tylko, że…

— A pytałeś go o…

— A czy czarodziej nie może mówić sam za siebie? — przerwała im niespodziewanie Lora.


Kobieta pierwszy raz zabrała głos, a brzmiał on tak aksamitnie i władczo, że upomniany Czosnek momentalnie zamilkł. Lora spojrzała pytająco na Bruno, a ten wyprostował się tak, jakby dopiero teraz przyszło mu rozmawiać z kimś naprawdę istotnym. Czosnek pociągnął nosem.


— Oczywiście, że mogę — odpowiedział, zdobywając się na zaczepny uśmiech w kierunku kobiety.


Spodziewał się, że ta odpowie mu tym samym, lecz mocno się przeliczył. Na jej twarzy zamiast uśmiechu pojawił się grymas, a ona odwróciła się do niego plecami i wyszła.


— W takim razie zapraszam do mojego gabinetu — rzuciła na odchodne.


Zniknęła za lazurowymi drzwiami, a w ślad za nią, jak rzep, udał się Czosnek. Rozczarowany Bruno dołączył do nich dopiero później, kiedy zobaczył ponaglający wzrok Jedrieja.

Rozdział 3. Kontrakt

Biuro było mniejsze niż salon, ale wciąż robiło wrażenie. W centrum stał niewielki stół z dwoma krzesłami do konsultacji, a za stołem znajdowało się biurko ze skórzanym fotelem. Obok niego wisiał biały łuk ze strzałami z czerwonego pióropuszu, a do każdej ze ścian przylegały regały wypełnione książkami i dokumentami. Było ich mnóstwo. Nakładem przypominały małą biblioteczkę Kręgu, w której Bruno spędzał całe dnie, zanurzony w lekturach. Pomieszczenie wydawało się przytulne, lecz mimo to czarodziej czuł w tym miejscu jakiś swoisty niepokój.


Coraz częściej zastanawiało go, gdzie się właściwie znajduje. Czy to podziemia któregoś z miast na Maren? A może kopalnia lub jaskinia na obrzeżach? Nie… Raczej nie — trafiłem tu przez cuchnącą piwem piwnicę, a gdzie w porzuconej jaskini bym taką znalazł?


Więc może wciąż jestem w Czarnym Lwie, ale w piwnicach? — analizował. Ta opcja wydawała mu się najbardziej prawdopodobna. Tylko czym w takim razie jest Lazur? Wielkość i bogactwo tej siedziby jasno wskazywały na to, że mieli solidnie ugruntowaną pozycję. Ale kim byli?


Nagle poczuł podejrzany dreszcz na plecach. Ten sam, który towarzyszył mu podczas kontaktów z cudzą magią — podobną do tej z ogłoszenia, które przyciągnęło go do Jedrieja. Karzełek niby nie zdawał sobie wtedy sprawy z tajemniczej aury bijącej z papieru, ale przecież mógł udawać.


Lepiej będzie założyć, że nie udawał, a odpowiedzi na moje pytania znajdują się gdzieś w tym pomieszczeniu — uznał. Magiczne wibracje są tu nawet silniejsze, niż na wiadomości. Powinienem poszukać ich źródła.


— Możesz usiąść — zasugerował Czosnek, zauważając, że Bruno aż nadto rozgląda się po gabinecie.


Wskazał na jedno z krzeseł przy stole, a sam zasiadł naprzeciwko. Czarodziej usiadł, oszczędzając sobie ironicznego komentarza. Lora zajęła miejsce przy biurku, tuż za plecami Czosnka, i splotła dłonie pod brodą, wlepiając w niego czujne spojrzenie. Hawkins poczuł się, jak na przesłuchaniu. Zaczęli podejrzewać, że jednorożec jednak jest koniem.


Krasnolud wyjął z granatowego futerału małe prostokątne okulary. Założył je na nos i westchnął przeciągle, jakby był po kolejnym dniu żmudnej pracy urzędnika. Sięgnął po masywny segregator, wyciągając z niego niemały plik kartek. Bruno rzucił okiem na tytuł — „Umowa o dzieło — grupa Lazur”.


— Nazywam się Khart Altor Sigur — przedstawił się krasnolud. — Choć wszyscy wołają na mnie Czosnek. Jestem kierownikiem, administratorem, skarbnikiem, pełnomocnikiem, zarządcą, planistą, koordynatorem… — zaczął wyliczać swoje funkcje.


Po piątej roli Bruno przestał go słuchać. Jego uwagę przykuł wygląd mężczyzny. Czosnek nie przypominał typowego krasnoluda — miał średniej długości, jasne włosy związane z tyłu w kucyk oraz niewielką (a przynajmniej jak na krasnoluda) siwą brodę. Sylwetką bardziej przypominał pulchnego polityka aniżeli górnika czy wojownika, których stanowiła większość przedstawicieli tejże rasy.


Najbardziej wyróżniały go jednak oczy — błękitne, niemal nienaturalne, jak u leśnego elfa, a ich blask potęgowały prostokątne okulary — większość krasnoludów miała ciemne oczy i nie nosiła bryli. Są zrodzeni z kamienia, a nie z nieba.


— …grupy Lazur — zakończył Czosnek, dodając po chwili. — A ponadto magister Matematyki Stosowanej oraz Handlu Ogólnokamiennego na Uniwersytecie Nauk Ścisłych w Tsunam, na wydziale Kamieniarstwa Budowlanego. Tytuł uzyskany w 493 roku III kalendarza Słonecznego.


Zakończył przedstawienie. Jego mina jasno wskazywała na to, że spodziewa się uznania. Mimo bez wątpienia imponującej listy ról, Bruno nie zamierzał piać z zachwytu ani rozwodzić się nad rozmówcą. Być może był ignorantem, ale osiągnięcia Czosnka wcale go nie ruszały.


— Bruno Hawkins — przedstawił się krótko. — Po prostu Bruno Hawkins. Czarodziej.


Czosnek zerknął na niego spode łba. Odchrząknął lekko.


— Do sedna — rzekł. — Jakie informacje na temat naszej wyprawy zdążył przedstawić ci Jedriej?

— Niewiele — odpowiedział Bruno.

— Co znaczy niewiele?

— A no tyle tylko, że macie szalony pomysł.

— Szalony pomysł? Ciekawe — Czosnek uniósł brew. — Sądzisz, że nie pokonamy smoka?

— Ha! Nie — Bruno uśmiechnął się, jakby odpowiedź była znacznie bardziej oczywista. — Sądzę, że tego smoka wcale nie ma. A wyprawa jest bez sensu.


Krasnolud podrapał się po brodzie i poprawił okulary.


— Co w takim razie tu robisz? — zapytał.

— Co tu robię?


Bruno uśmiechnął się, rozkładając wymownie ręce. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Jego wzrok padł na stosy książek w regałach, złote puchary na stole, biały łuk ścianie. Dopiero wtedy dostrzegł też żyrandol błyszczący nad ich głowami, wysadzany prawdziwymi diamentami. Poklepał mieszek złota w kieszeni płaszcza i wzruszył ramionami.


— No nie wiem… Może ty mi powiedz — prychnął.

— Rozumiem — kiwnął głową krasnolud. — Zastrzyk gotówki przyda się każdemu. A dlaczego uważasz, że smoka nie ma? Jeśli można wiedzieć.

— Pozwól, że odwrócę pytanie: dlaczego miałby być? — czarodziej uniósł brwi, patrząc na niego lekceważąco.

— Spytałem pierwszy.

— A ja mogę odpowiedzieć drugi.


Czosnek nawet nie drgnął — jego wzrok był niewzruszony.


— Eh, no niech będzie — mruknął Bruno — bo smoki wyginęły setki lat temu — wyjaśnił z pełnym przekonaniem. — Słuch o nich zaginął. Dlaczego miałyby się teraz nagle pojawić? Bo przypomniały sobie o świecie? Bo się przebudziły? A może to nam, rasom rzekomo „rozumnym”, zabrakło emocji, mitów i legend? Sam sobie odpowiedz na to pytanie. Masz w końcu takie wykształcenie.


Mądrala wpatrywał się w niego przez krótki czas z niesmakiem zmieszanym z pogardą. Bruno spodziewał się, że łatwo go sprowokuje. Tacy jak on szybko wybuchają gniewem. Ale zaskoczył się. Być może wcale nie jest aż takim arogantem, na jakiego wygląda.


— No wiesz, różnie to w życiu bywa — odpowiedział po chwili Czosnek. — Nawet ja nie znam odpowiedzi na każde pytanie.

— Nawet ty — uśmiechnął kąśliwie Hawkins. — Powiem ci jak to było: ktoś zapewne zobaczył sylwetkę ptaka na niebie i pomylił ją ze smokiem — zaśmiał się na samą myśl o tym. — Rozsiał plotkę, a ta rozeszła się po Maren w błyskawicznym tempie. Bo wiesz, ludzie lubią sensacje: kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. Tak ja to widzę.

— A co jeśli… hmm… co jeśli smok przyleciał tu z odległych krain? Zza oceanu dajmy na to? Pomyślałeś o tym?

— Że co? Z jakich odległych krain? Zza jakiego oceanu?

— Zza wody. Zza oceanu Deltin.

— Zza wody… — prychnął Bruno. — Jak tam nic nie ma.

— Skąd możesz to wiedzieć? — zmarszczył czoło Czosnek. — Chyba, że sam wszystko wiesz?

— Wiem na tle dużo, że tego jednego jestem pewien: nie ma nic za granicami wody — przekonanie w głosie czarodzieja nie pozostawiało złudzeń. — Nic.

— Byłeś tam, żeś taki pewien?

— Tak. Wczoraj. Wpław. I nic tam nie ma. Tylko pustka — uśmiechnął się ponuro, dodając po chwili. — Zupełnie jak po śmierci.


No to popsułem atmosferę… Czosnek westchnął ze znużeniem. Rozważał jeszcze przez chwilę, by może coś dodać, ale zamiast tego — z miną mędrca i wszechwiedzącego w jednym — wygłosił swoją diagnozę:


— A ja sądzę, że rzeczy, których najbardziej się boisz, obracasz w żart, żeby mniej cię przerażały, gdy o nich myślisz.


***


Czarodzieja zaskoczyły te słowa. Wbrew pozorom nie były one pozbawione sensu. Ale przecież nie przyznam mu racji.


— A ja sądzę, że pleciesz głupoty i odbiegliśmy zanadto od tematu spotkania — powiedział zamiast tego.


Zerknął zaczepnie na Lorę, próbując raz jeszcze przyciągnąć jej uwagę, ale kobieta i tym razem nie odwzajemniła jego prób. Nie wyglądała też na kogoś, kto ma coś do dodania. Czosnek odchrząknął niezręcznie, obrócił w rękach plik dokumentów, który wyjął niedawno z regału, a następnie zabrał pióro z kredensu i wręczył przedmioty Bruno.


— Wróćmy zatem do meritum — wskazał na papiery.


Hawkins spojrzał na kartki. Zmarszczył czoło. Przewertował je w dłoni — było ich kilkadziesiąt, pisanych drobnym drukiem, obustronnie. Skrzywił się na ten widok. Naprawdę komuś chciało się to pisać?


— Co to jest? — zapytał, choć domyślał się odpowiedzi.

— Kontrakt — potwierdził jego przypuszczenia Czosnek.

— Jedriej już mi go pokazywał. Miał wtedy dwie strony — mruknął. — Ciut się powiększył, jak widać.

— Tamto było tylko wstępnym porozumieniem — wyjaśnił krasnolud. — A tu jest całość. Uszczegółowiona.

— I oczekujesz, że to wszystko przeczytam?

— A co? Nie potrafisz? — zapytał ni to żartobliwie, ni na poważnie, krasnolud.


Bruno zagłębił się niechętnie w tekst. Język był sztywny, pełen nieistotnych detali, a ilość słów przytłaczała. Po drugim akapicie pokręcił głową. Odłożył pióro na stół.


— Może i nie potrafię — zasugerował. — Zresztą co to ma być? Jesteście bankiem czy najemnikami?

— Te dokumenty zawierają wszystkie istotne informacje na temat naszej grupy, panujących tu zasad i procedur w trakcie podróży — wyjaśnił Czosnek. — Są obowiązkowe do zapoznania się. Sam je spisałem — zmrużył oczy. — A i nie nazywaj nas najemnikami, jeśli łaska. To nam umniejsza.

— To jak mam was nazywać? Dalej nie wiem kim jesteście — zrewanżował się Bruno.


Czosnek ponownie mrugnął na stosik dokumentów. Czarodziej potarł się po policzku. W zasadzie mógłbym je od razu podpisać, bo czemu by nie? Jako uciekinier z Kręgu nie miał tu niczego: ani tożsamości, ani posiadłości, ani rodziny, ani nawet bezsensownego wykształcenia, jak Czosnek. Nic go z niczym nie wiązało, niczego nie można było mu zabrać ani niczym zagrozić. Był to dla niego tak samo zwykły zwitek papieru, jak jadłospis w karczmie czy ulotka w świątyni. Zawarte w nim informacje nie miały znaczenia, a jego podpis był wart jeszcze mniej.


Uświadomił sobie nagle, jak dziwny był ten świat poza murami Kręgu. Opierał się głównie na założeniach: pieniądze nie miały rzeczywistej wartości, dokumenty były pustymi frazesami, a prawo — umowną instrukcją poprawnego zachowania. Rozumiał sens tych wszystkich zasad i reguł, że dzięki nim życie trzymało się względnego porządku, ale nie oznaczało to bynajmniej, że jak zaraz podpisze losowy papier, na którym drobnym druczkiem ukryta będzie wzmianka o sprzedaży nerek, to da je sobie tak po prostu wyciąć i zaleje się łzami. Istnieją granice posłuszeństwa.


No, a poza tym, jeśli coś mi się nie spodoba, zawsze będę mógł uciec. Nie zapytam wtedy nikogo o zdanie, ani nie sprawdzę w umowie, co za to grozi. Po prostu zniknę. Tak samo jak uciekłem z Kręgu.


Pomimo tych wszystkich przekonań, coś jednak powstrzymało go przed ślepym podpisaniem kontraktu. Przypomniał sobie o magii. A co jeśli umowa też jest w jakiś sposób zaklęta? Znał takie numery. Swego czasu była to najpopularniejsza broń demonów. Choć oni na takich nie wyglądają…


Najlepiej będzie zebrać przynajmniej podstawowe informacje na temat grupy, z którą miałbym podróżować — zdecydował wreszcie. Niezależność to jedno, ale minimalny rozsądek należy zachować. Tylko jak tego dokonać bez porzeby czytania tych bzdur?


— Masz mnie — pokręcił głową, udając zawstydzenie. — Głupio się przyznać, ale faktycznie nie potrafię czytać. Moi mistrzowie uznali, że nie nauczą mnie tego. Streścisz mi kontrakt?


Czarodziej z Kręgu, nie potrafiący czytać, był absurdem. Nieśmiesznym żartem. Bruno nie spodziewał się, żeby ktoś mógł w to uwierzyć. Z drugiej jednak strony kto, jeśli nie Czosnek? Ktoś tak zapatrzony w siebie na pewno patrzy na świat inaczej — on wie wszystko, reszta niekoniecznie. A nie każdy na Maren potrafił czytać.


— No dobrze — westchnął krasnolud.– Pytaj.


Co za buc! — zaśmiał się w myślach, Bruno. Zastanowił się nad pierwszą kwestią. Grupa była interesująca, bez wątpienia, ale należało podejść do niej ostrożnie. Nie chciał bowiem wyjść na przesadnie wścibskiego ani podejrzliwego — to mogłoby mi zaszkodzić.


— Dlaczego „Lazur”? — zapytał.

— Chodzi ci o nazwę? — upewnił się Czosnek. — Jedriej ją wymyślił. Pewnie chodziło mu o barwę naszych drzwi wejściowych. Przydomek nam się spodobał, więc go przegłosowaliśmy.

— Ilu macie członków?

— Obecnie? Dziewięciu — po chwili zastanowienia dodał. — Z tobą byłoby dziesięciu.

— Czytać nie umiem, ale dodawać jeszcze potrafię — parsknął czarodziej. — Czym się zajmujecie?

— Nie mogę udzielić jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Jest zbyt rozległe. Ale tak w dużym skrócie? Wykonujemy zlecenia.

— Zlecenia? — ten wątek go zainteresował. — To dlaczego nazwanie was „najemnikami” uznałeś za obraźliwe? Tym wszak się zajmują najemnicy, prawda?

— Niekoniecznie — uśmiechnął się pobłażliwie Czosnek, jakby rozmawiał z dzieckiem. — Najemnik brzmi trochę zbyt… prostacko, że się tak wyrażę. A nie sądzę, żeby większość zwykłych rzezimieszków potrafiła wykonać zadania, które my dostajemy. Poza tym — jego ton zmienił się nagle na znacznie bardziej urzędowy, jakby recytował dalszą formułkę codziennie przed snem — jesteśmy oficjalnie zarejestrowaną przez urząd spółką Sp. Z o.o. Lazur, która ma ochronę i osobowość prawną oraz minimalny kapitał zakładowy. A to pozwala nam na…

— Wstrzymaj się! — przerwał mu Bruno. — Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

— Ah, oczywiście, że nie masz. To może prościej: do typowych najemników nam daleko. Chyba że dodasz przedrostek „ekskluzywni” albo „premium”. Tak lepiej?

— Znacznie lepiej. I bardziej po ludzku. To kim są ci wasi klienci?

— Klienci są różni — Czosnek zmarszczył czoło. — Mamy szeroki zakres działalności i wielu konsumentów. Gdybyś jednak poprosił mnie o wyznaczenie jednej tylko grupy docelowej: to prawdopodobnie postawiłbym na anonimowych bogaczy, bo tylko ich na nas stać. Powinieneś bowiem wiedzieć, że jesteśmy bardzo uznaną marką na rynku, znaną na całej wyspie Maren. Najlepszą. Moim skromnym zdaniem.


Hawkins przyjrzał mu się uważniej. W tonie głosu krasnoluda tym razem nie było słychać ani krzty przesady, czy górnolotnej zarozumiałości, z którą tak chętnie się obnosił. On naprawdę wierzy w to co mówi o Lazurze. Tym bardziej ciekawym było, na czym dorobili się takiego prestiżu.


— Anonimowi bogacze, mówisz… — czarodziej zastukał palcami o blat stołu. — Już na milę śmierdzi mi to przemytem, kradzieżami, skrytobójstwami i innymi tego typu: „czarnymi interesami” — podkreślił. — Wybacz, ale takich pieniędzy, jak u was, na ulicy się nie znajdzie. Trudno też je w uczciwy sposób zarobić.

— Coś sugerujesz? — Czosnek rzucił mu wyzywające spojrzenie znad okularów. — Może mów wprost? Będzie łatwiej.

— Sugeruję tylko tyle, że może i jesteście spółką z tymi twoimi wszystkimi przywilejami, ale na swój majątek zapracowaliście niekoniecznie legalnie.

— A jak?

— Nielegalnie.

— No jasne. Tylko czy to problem?

— I tak, i nie.

— Ciekawa analiza, lecz niestety: znów błędna — podsumował jego wywód krasnolud. — I równie krzywdząca. To oczywiste, że nie pracujemy na polu ani nie doimy krów, ale na pewno nie można nas nazwać przestępcami, jeśli to sugerowałeś. Wykonujemy różne zlecenia, w tym te które podałeś jako przykłady, ale zawsze trzymamy się przy tym ściśle określonego kodeksu. Wiedz, że moralność i zasady są dla nas ważniejsze niż złoto.


Jakby na dowód swoich słów sięgnął po dokumenty, zaślinił palec i przewertował je, zatrzymując się na odpowiedniej stronie.


— Nasz kodeks również jest opisany w kontrakcie. Tutaj — wskazał na paragraf pięćdziesiąty czwarty. — To on wyznacza nam granice.

— I co to za granice? — Bruno nawet nie spojrzał na tekst. — Kto je spisał? Ty?

— Kodeks spisali wszyscy członkowie Lazur, zgodnie z własnymi wartościami, żebyśmy zawsze postępowali w porozumieniu ze sobą. A granice? Cóż, główna zasada brzmi: nie bierzemy zleceń, w których istnieje ryzyko ucierpienia osób postronnych. Lub niewinnych. Bez względu na rasę: ludzie, krasnoludy, elfy, niziołki i tak dalej… wszystkich to dotyczy. Szanujemy każdego w równym stopniu. I dbamy o sprawiedliwość.

— Ależ to wszystko brzmi chwalebnie — pozwolił sobie na ironiczny komentarz Bruno. — Lecz wciąż nie zaprzeczyłeś, że zajmujecie się morderstwami, kradzieżami, oszustwami, malwersacjami… chyba nie muszę wymieniać dalej? Nie brzmi to dobrze, zważywszy na waszą „rycerskość”. Bo to już wam nie przeszkadza, tak? Pracuję jako kat, ale nie zabijam? Wykonuję po prostu swoją robotę.

— Wszystko sprowadza się do jednego — odpowiedział ze znużeniem Czosnek, stukając palcem w pergamin. — Do kodeksu. Powinieneś się z nim zapoznać, zanim zaczniesz rzucać oskarżeniami na prawo i lewo. Tego też cię nie nauczono?

— Nauczono mnie nie ufać osobom, które mnie uśpiły i zawlekły do piwnicy, która się okazała pałacem.

— Widzisz, a mogłeś zostać przy nauce czytania.


Przez chwilę nikt się nie odzywał.


— Celami, jeśli takowe posiadamy, najczęściej są potwory albo groźni kryminaliści, którzy swoje w życiu przeskrobali, więc nie czujemy się z tym źle — podjął po zastanowieniu, Czosnek. — Bo uważasz, na przykład, że fałszowanie dowodów na niekorzyść bezkarnie umykającego przed sprawiedliwością pedofila to zbrodnia? Czy takie oszustwo jest złe? Zapytaj własne sumienie o odpowiedź. Niekiedy należy złem czynić dobro. Nie wszystko w życiu jest piękne i kolorowe.


Złem czynić dobro… Dobre sobie. Bruno postanowił nie ciągnąć tego tematu dalej. Wciąż nie wierzył, że taki majątek, jak tutaj, można było osiągnąć, zachowując tylko i wyłącznie dobre intencje, ale nie miał też jak tego zweryfikować. Zdawało mu się, że większość zleceń od anonimowych magnatów nie będzie miała na celu naprawę świata, lecz własny interes.


Niekiedy jednak prawda kryje się gdzieś pomiędzy. Polityk zlecający zabójstwo innego polityka w teorii jest złem, ale co jeśli dodać, że ten drugi jest szaleńcem? Handlarzem ludźmi, dajmy na to. Złem czynić dobro, mówisz…


Nagle do głowy przyszło mu inne pytanie.


— A smoka to kto wam zlecił? — był ciekaw. — Szlachcic ze Słonecznego Państwa? Alchemik z Drakon? Bard z Tsunam? Skończyły im się pomysły, na co trwonić pieniądze? Brzmi prawdopodobnie.

— Smoka — zaczął Czosnek, patrząc na niego krytycznie — zleciliśmy sobie sami. Każdy wie, jakie skarby chowają smoki, a nam się zdarzały już misje na własną rękę. Szczególnie wtedy, gdy nie chcieliśmy się dzielić zyskiem z innymi.

— To kto z was wpadł na ten genialny pomysł? Niech zgadnę: znów ty?


Zrazu uświadomił sobie, że wciąż nikogo na dobrą sprawę nie poznał. Poza Jedriejem i Rosą. Nim krasnolud zdążył mu odpowiedzieć, dodał szybko:


— Zresztą znam was jako grupę, ale może opowiesz mi też coś o jednostkach? — zaproponował. — O waszych członkach? Na przykład o tobie — odważył się zwrócić bezpośrednio do Lory.


***


Nie przemyślał tego i szybko zrozumiał, że popełnił błąd. Kobieta po raz pierwszy, odkąd tu byli, spojrzała mu prosto w oczy. Jej spojrzenie nie było jednak obojętne, a chłodne jak stal — jak gdyby nagle zirytowała się, że ktoś ośmiela się grzebać w jej życiu. Dziwny niepokój wzrósł, a Bruno poczuł się, jakby zrobił coś złego.


Najchętniej powróciłbym do poprzedniej rozmowy z Czosnkiem — pomyślał. Lecz kości zostały rzucone.


Patrząc na Lorę, ponownie uderzyła go jej uroda, która z bliska wydawała się jeszcze piękniejsza. Kobieta miała bladą twarz, z brązowymi — w odpowiednim świetle przypominającymi nawet czerwone — oczami oraz długie, opadające do ramion, ciemne włosy. Wokół jej lewego policzka rysował się niezrozumiały, ledwo widoczny tatuaż, a usta były praktycznie karmazynowe, co kontrastowało z jej skórą, nadając twarzy jeszcze atrakcyjniejszego, lecz zarazem nieco mroczniejszego uroku.


Gdy się poruszyła, Bruno poczuł dreszcz. Dlaczego? Na pierwszy rzut oka nie miała w sobie nic niepokojącego. A jednak… Coś w jej osobie wydawało się wzbudzać w nim wrażenia, których nie potrafił zdefiniować. Mieszały mu się uczucia: zainteresowania, niepokoju, podniecenia i wątpliwości.


— Co chciałbyś wiedzieć? — zapytała Lora, wyrywając go z myśli.


Jej głos nie zdradzał żadnych emocji, był niemal syntetyczny, jak u żołnierza.


Bruno milczał przez długi czas. Wcześniej nurtowało go wiele pytań związanych z nią, ale teraz? Jakby wszystkie wyparowały. Nie wiedział, co chciał powiedzieć, a w jego umyśle zapanowała pustka. Otworzył usta, lecz nie wydobył z nich żadnego dźwięku.

Lora przechyliła głowę, jak kot, który nie rozumie, czego się od niego oczekuje. Uśmiechnęła się lekko.


— To może jeszcze się zastanowisz — powiedziała. — A w międzyczasie to ja mam kilka pytań do ciebie.


Czarodziej zmusił się do skupienia. Należało zapomnieć o tym dziwnym stanie, który wywoływała w nim Lora. Przecież się nie zakochałem, do cholery! Zganił siebie, a potem złapał za pióro i zaczął się nim nerwowo obracać, żeby odciągnąć uwagę od kobiety. W tym samym momencie usiłował sprawiać wrażenie zrelaksowanego — raczej nie wyszło, gdyż Czosnek spojrzał na niego spode łba.


— Słucham — zachęcił, choć nie miał najmniejszej ochoty na tę rozmowę.

— Powiedz prawdę — rzuciła enigmatycznie przywódczyni Lazur.


Hawkins zmarszczył czoło. Prawdę? Jaką prawdę? On, jako czarodziej, nie miał niczego do ukrycia. Uciekł z Kręgu Magów, gdyż jego życie było tam jednym wielkim więzieniem, choć opakowanym w piękną ideę nauki i bezpieczeństwa dla osób obdarzonych magią. Uciekł, bo był zmęczony monotonią i poczuciem marnujących się dni własnego życia.


Ostatni tydzień spędził na ukrywaniu się przed łowcami czarownic. Jego dotychczasowa historia nie kryła w sobie ani żadnych wielkich tajemnic ani ciekawych opowieści. Jeśli pytałaby go o przyszłość — tak wtedy miałby coś do powiedzenia. Ale pyta mnie o przeszłość. Prawda zawsze kryje się w przeszłości.


Lora, widząc, że jej rozmówca nie odpowiada, doprecyzowała pytanie.


— Jak uciekłeś?


No tak! — uświadomił sobie — to pytanie prędzej czy później i tak by padło…. Prawie o tym zapomniał. Pożałował nagle, że nie przygotował sobie wcześniej przemyślanej odpowiedzi. Byłoby mu teraz znacznie łatwiej, gdyż akurat tego jednego nie chciał zdradzać. Bo co jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie mi wrócić do Kręgu? Prawdziwy iluzjonista nigdy nie chwali się swoimi sztuczkami przed innymi.


— Ukrytym przejściem — skłamał, lecz niezbyt oryginalnie.

— Nie wierzę ci — oznajmiła z przekonaniem Lora. — To nie jest rzecz, której mógłby dokonać każdy. A twoi mistrzowie na pewno znają każdy zakamarek Kręgu. Wiedzieliby o tym.

— Znają, to prawda, ale ja dostałem pozwolenie na wyjście.

— Doprawdy? Z jakiego powodu? — zawahała się. — Słyszałam, że tylko czterech Wielkich Arcymagów może swobodnie opuszczać Krąg — wyznała. — Pozostali mają zakaz. Ty mi na Arcymaga nie wyglądasz. Z całym szacunkiem, ale jesteś zbyt młody.

— Dziękuję za komplement.

— Nie dziękuj. Wiem, że uciekłeś.


Mierzyli się spojrzeniami. Dotychczasowy niepokój u czarodzieja ustąpił, a zastąpiło go rosnące poczucie wyzwania, jakby musiał odpowiadać za coś, czego nie zrobił. A przynajmniej za coś, co do złego nie należało, ale widać było za takie uznawane. Przez innych.


— Słyszałaś chociaż dlaczego? — zapytał. — Dlaczego zamykają nas w Kręgu i nie pozwalają wyjść?

— Bo jesteście niebezpieczni — odpowiedziała krótko Lora. — Nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla innych.

— No pewnie — uśmiechnął się markotnie Bruno. — Łatwo jest powielać takie bzdury, kiedy się nie zna szczegółów. Ciekaw tylko jestem kto je wymyśla… Pewnie te same osoby, co smoka.


Lora nie wyglądała na poruszoną.


— A nie jest tak, jak mówię? Nie udawaj niewiniątka. Nie wierzę, że nie znasz historii o poprzednich ucieczkach czarodziei.

— Znam — uniósł brwi. — Ale czy ty je znasz?

— Tak się składa, że znam.


Ciekawe skąd! — wyśmiał ją. Nienawidził plotek równie mocno, jak komarów. A większość z nich właśnie tym była.


— To powiem ci tylko tyle, że słaby czarodziej może stanowić zagrożenie, gdyż nie panuje nad swoją magią. Ale taki by nie uciekł z Kręgu. To oni powinni tam siedzieć, nie ja. Ja potrafię nad sobą zapanować. A moi poprzednicy, którzy uciekli, zostali zmuszeni do samoobrony. Dlatego istnieje o nas fałszywe przeświadczenie, że jesteśmy groźni. Lecz my chcemy tylko normalnie żyć. A przynajmniej niektórzy z nas — wskazał na siebie.

— I może w tym tkwi cały problem? — zmrużyła oczy Lora. — Że tylko nielicznym się udało uciec? I nigdy nie kończyło się to dobrze. Większość magów jest pogodzona z tym, że nie nadaje się do życia w społeczeństwie. A ci którzy się buntują… — przygryzła wargę. — Samoobrona powiadasz? Ja z kolei uważam, że im potężniejszy czarodziej, tym groźniejszy. I żądny władzy. To nie jest obrona. To atak.


Znów się zawahała. Bruno zapalił się ostrzegawczy płomień w głowie.


— A poza tym — przyjrzała mu się uważniej. — Jeśli wierzyć przesądom, każda okrągła liczba w świecie magii wskazuje na przełom w Maren i czas wielkich zmian. Ty jesteś teraz taką liczbą, z tego, co mi wiadomo. Twoja ucieczka nie jest przypadkowa. Ona zwiastuje kataklizm.


Czarodziej zamarł, rozumiejąc, do czego zmierza. Wcześniej zaledwie dziewięciu mu podobnym udało się uciec z Kręgu. Większość z nich została w tajemnicy schwytana, ale niektórzy z nich zakończyli swój żywot tragicznie: śmiercią niewinnych osób, gdy zaczęli się bronić — a przynajmniej tak to tłumaczono w Kręgu. Jeden tylko zbieg pozostawał zagadką po dziś dzień — i to dla wszystkich, nawet dla czterech Wielkich Arcymagów — chociaż minęło ponad pięć dekad. A Bruno był w istocie dziesiątym zbiegiem. Okrągłą liczbą.


Tylko skąd Lora mogła to wiedzieć? Tak szczegółowe informacje posiadał jedynie Krąg, łącznie z adeptami (w charakterze przestrogi), oraz łowcami czarownic — elitarną organizacją zajmującą się trzymaniem porządku w Kręgu i ściganiem ewentualnych uciekinierów. Nikt inny nie miał prawa o nich słyszeć, aby nie wzbudzać powszechnego niepokoju wśród ludu. Społeczeństwo bało się magii, choć Bruno nie rozumiał dlaczego. Jesteśmy dla nich jak tykające bomby, choć w gruncie rzeczy niczym się nie różnimy.


Ale Lora? Dowódczyni dziewięcioosobowej grupy najemników? Skąd mogła mieć takie informacje? Skąd znała dokładną liczbę uciekinierów? Skąd wiedziała o przykrych konsekwencjach, jakie rzekomo spowodowali? Fakt, plotek było wiele, niektóre nawet skrywały zalążek prawdy, lecz kto normalny wierzy we wszystko, co usłyszy? Tym bardziej, jeśli zdecydowana większość uważa inaczej. Co było źródłem jej wiedzy?


Jeśli zaś chodziło o wspomnianą okrągłą liczbę, która rzekomo zawsze zwiastowała zmiany i katastrofy — był to znany na Maren zabobon, w który Bruno akurat nie wierzył. Uciekając chciałem być wolny, a nie wyjątkowy. Mógł być równie dobrze sto pierwszy, a i tak postąpiłby dokładnie tak samo.


— Dużo wiesz — zauważył po chwili przerwy czarodziej. — Zbyt dużo.


Lora uniosła pytająco brwi.


— Znasz dokładną liczbę uciekinierów, choć większość osób woli traktować nas jak mrzonki. Jak obcych zamkniętych gdzieś poza granicami świata, którymi straszy się nieposłuszne dzieci. Wiesz też o czterech Wielkich Arcymagach. Dla niektórych magia w ogóle nie istnieje. Pytanie skąd ty to możesz wiedzieć? Kim jesteś?

— Te książki na regałach nie służą tu jako ozdoby — wskazała Lora. — Dużo czytam.


Ah! Bruno ciekaw był, jakie to woluminy skrywały podobne tajemnice. Na pewno żadne zatwierdzone przez Krąg.


Oglądając się powoli wokół, praktycznie zapomniał o Czosnku, który nadal siedział cicho przed nim. Mężczyzna udawał, że coś czyta, choć widać było, że przysłuchuje im się z uwagą. Nie wyglądał na równie wtajemniczonego, co Lora. To jej sekrety.


Hawkins ułożył sobie wszystko skrupulatnie w głowie. Magiczne ogłoszenie, podejrzana grupa, tajemnicza dowódczyni, która zdawała się wiedzieć więcej od reszty… Bogactwo. Zasępił się. Trzeba było trzymać ciekawość na wodzy i nie przekraczać progu karczmy. Zaklął. Teraz jest już za późno.


— Jak uciekłeś? — powtórzyła Lora, gdy cisza zaczęła się przedłużać.

— Dzięki mieszance talentu, sprytu, determinacji i przede wszystkim szczęścia — odpowiedział wymijająco Bruno.


Brzmiało prześmiewczo, ale kryło się w tym sporo prawdy.


— Nie chcesz mówić? Trudno — mruknęła dowódczyni. — Teraz to i tak nieważne. Najważniejsze, żebyś potrafił czarować.

— To potrafię.

— Czosnek — zwróciła się do krasnoluda. — Kontynuuj.


Po tych słowach krasnolud ocknął się, jakby powrócił z głębokiego snu. Odchrząknął nieśmiało i spytał lekko zachrypniętym głosem:


— No więc… ekhem… dołączasz do nas czy nie?


Bruno niemal zapomniał o leżącym na stole kontrakcie. Przestał bawić się piórem, zatrzymując je dokładnie nad kartką. Głowa pulsowała mu od natłoku myśli i rozważań. To łowcy, czy nie łowcy? Jeśli tak to po co to wszystko? Po co kontrakt i tajemnicze grupy? Chcą ode mnie wyciągnąć informacje jak uciekłem? Możliwe. Nie cierpiał tego uczucia, gdy czegoś nie rozumiał, a umysł na siłę próbował mu to tłumaczyć, wymyślając przeróżne scenariusze — w większości negatywne.

Jakże pięknie byłoby się móc czasem wyłączyć… Zawiesić umysł w próżni.


Po kilku sekundach przestał się zastanawiać. Poklepał raz jeszcze mieszek złota w płaszczu, a potem spojrzał na sumę wynagrodzenia w kontrakcie. Liczba była piękna. Niebagatelna. I bardzo potrzebna. Na ten moment liczy się tylko to, co jest tu i teraz. Pokażcie karty.


***


Podpisał dokumenty — wymyślił sobie nawet jako parafkę znaczek mewy. Czosnek skinął z zadowoleniem głową, sięgając po papiery. Bruno zastygł w napięciu.


— Dziękuję. To wszystko. Możesz wrócić do głównego salonu.

— Chwileczkę! — wypuścił głośno powietrze. — Mam jeszcze trzy kwestie, jeśli mogę — poprosił, odkładając pióro.


Krasnolud westchnął przeciągle. Obaj byli już zmęczeni tym dniem. Spojrzał pytająco na Lorę.


— Niech pyta — zgodziła się od niechcenia dowódczyni, powracając do własnych zajęć. — Tylko żeby nie były to długie kwestie. Musimy zacząć przygotowania do wyprawy.

— Pytania są krótkie — zapewnił czarodziej. — Choć nie wiem, jakie będą odpowiedzi. — odchrząknął. — Po pierwsze chciałbym się dowiedzieć, gdzie jestem.

— Pod Czarnym Lwem. W piwnicach — odpowiedział Czosnek. — Nie sądziłeś chyba, że Jedriej zdołałby cię przenieść gdzieś dalej?

— Dlaczego tutaj?

— A dlaczego nie? To miejsce ma wiele zalet, choć to nie czas na ich wyliczanie. Kiedy indziej mogę ci o tym opowiedzieć. Coś jeszcze?


Kolejne dwa pytania frasowały go znacznie bardziej


— Tak. Dlaczego wystawiliście ogłoszenie na czarodzieja, zdając sobie sprawę, że praktycznie niemożliwym będzie go znaleźć? I szalonym — zerknął na Lorę.


Czosnek zrobił minę, jakby pierwszy raz się z nim zgadzał.


— Tak… — mruknął niechętnie, drapiąc się po brodzie. — To był naiwny pomysł Jedrieja. Tłumaczyłem mu, że to bez sensu, ale malec się uparł. Niziołki potrafią być z natury naprawdę stanowcze. Choć muszę przyznać, że finalnie wyszło na jego.

— Skąd ta zawziętość?

— A bo ja wiem? Uznałem, że skoro chce sobie wieszać głupie ogłoszenia w wiosce, a potem łazić codziennie do karczmy, to jego sprawa, nie moja. Ważne, żeby dalej wywiązywał się z innych zadań, które mu zlecaliśmy. A spędzanie wolnego czasu to jego wybór — zaśmiał się lekko pod nosem. — I po części też Rosy. Tak, jego żona miała z tym większe problemy, niż my. Ale może po prostu chciał od niej odpocząć? Kto wie.


Mądrala zamyślił się głęboko. Jego prostokątne okulary odbiły blask świecy w gabinecie.


— Cóż… Ostatecznie się udało… — mruknął bardziej do siebie, niż do nich. — Niewiarygodne. Tym bardziej po tym, co tu mówiliście. O tych dziewięciu przypadkach i tak dalej… — nagle zorientował się, że niejako przyznał się do podsłuchiwania. Szybko odchrząknął. — No, ale mniejsza z tym! Twoja pomoc może okazać się niezastąpiona podczas wyprawy na smoka, Witamy w szeregach!


Po co niziołek miałby poszukiwać czarodzieja? — zadał sobie pytanie Bruno.


— Ostatnia kwestia: w jaki sposób Jedriej oznaczył ogłoszenie magią? — zaryzykował bezpośredniością, lecz nie chciał dłużej bawić się w kotka i myszkę. Ktoś z nich ewidentnie coś ukrywa.


W pomieszczeniu zapadła złowroga cisza. Hawkins zauważył, że Lora na ułamek sekundy zamarła z dłonią w powietrzu, zanim wróciła do pisania raportów. Był to subtelny, ale wystarczająco wyraźny znak. Ona coś wie!


Czosnek z kolei rzucił mu pytające spojrzenie, pełne dezorientacji i niezrozumienia, podobne zresztą do tego, jakie wcześniej zobaczył u Jedrieja. Krasnolud zmarszczył czoło, poprawiając okulary.


— Nie rozumiem — były to dwa słowa, które najtrudniej przechodziły mu przez gardło. — Jaką magią? Nie mówisz chyba o tej zagadce z literami…


Zerknął na Bruna ze współczuciem, jakim tylko mędrzec może obdarzyć głupca.


— Nie. Chodziło mi bardziej o…

— To mogła być kwestia kartki — niespodziewanie wróciła do rozmowy Lora. — Bardzo możliwe, że była zaczarowana. Jedriej pochodzi z Zielonego Pagórka, a magiczne przedmioty nie są tam rzadkością. Mało kto potrafi je wyczuć, więc są powszechne w handlu. Najwidoczniej przypadek sprawił, że kupił właśnie taki papier.

— Tak, ogromny przypadek.


Bruno stłumił w sobie większe wyrazy zwątpienia. Uznał, że lepiej będzie udawać zaufanie i cierpliwie zbierać kolejne informacje, niż już teraz dzielić się wszystkimi swoimi wątpliwościami z Lorą. Pozwolił sobie na jeszcze jedno pytanie. Tym razem naprawdę ostatnie.


— Może tak — mruknął, uważnie obserwując kobietę. — Chociaż muszę przyznać, że w tym pomieszczeniu również czuję tę magię. Czy to tutaj znajdują się wspomniane kartki? Mógłbym je zobaczyć?


Czosnek zmarszczył czoło, a jego usta wykrzywił grymas zdenerwowania.


— Słuchaj — zaczął, jakby miał zaraz wygłosić długie pouczenie. — Nie chciałem tego mówić na głos, ale powoli zaczynasz mi przypominać złodzieja. Rozglądasz się tutaj, jak prawiczek w burdelu! Swoje wariactwa zostaw dla siebie, a jeśli chcesz, żebyśmy…

— Może mój łuk jest magiczny? — przerwała jego reprymendę Lora, wskazując na wiszącą na ścianie broń. — Pochodzi z rogu jednorożca, a kupiłam go od elfów z Przełęczy Kwiatów, dwa lata temu. Mówili, że jest wyjątkowy, choć nie podali szczegółów dlaczego. Zawsze jednak trafia celu. Sam się przekonasz– spojrzała mu głęboko w oczy. — Przez ostatnie miesiące leżał pod moim biurkiem razem z kartkami, ale wyjęłam go przed wyprawą na smoka. Strony mogły przesiąknąć jego mocą, a Jedriej zapewne ich użył do ogłoszenia. Możesz go zapytać. To by wszystko tłumaczyło, prawda?


Wcale niekoniecznie — uśmiechnął się pod nosem Bruno. — Prawdziwy róg jednorożca może i ma magiczne właściwości, ale ten tutaj jest bez wątpienia falsyfikatem. Łuk z takiego tworzywa nie nosiłby żadnych śladów użytkowania. Tymczasem twoja broń pełna jest drobnych zadrapań i nie przewodzi magii.


— Prawda — powiedział zamiast tego.


Teraz nie miał już żadnych wątpliwości — ona coś ukrywa. I to nie tyle przed nim, co najwyraźniej też przed całą resztą „swojej” drużyny.


Wkrótce się dowiem kim jesteś i jakie masz zamiary — obiecał sobie Hawkins.

Rozdział 4. Nowi towarzysze

Po opuszczeniu gabinetu Bruno i Czosnek wrócili do głównego salonu siedziby Lazur. Robiło się późno, a decyzja Lory o wyprawie na smoka następnego dnia rano zmuszała krasnoluda do pełnej mobilizacji drużyny.


Czosnek jako pierwszych przywołał Rosę i Jedrieja. Niziołki od razu porzuciły swoje obecne zajęcia i podeszły do niego. Bruno zauważył niepokój na twarzy Jedrieja, który zerkał na czarodzieja ukradkiem, jakby obawiał się, że jego los zależy od decyzji o przyjęciu nowego członka. Rosa z kolei wyglądała na zaniepokojoną samym wezwaniem, zwłaszcza o tak późnej porze.


— Hawkins dołącza do drużyny — oznajmił sucho Czosnek, a Jedriej odetchnął z ulgą. — Wyruszamy jutro o świcie. Roso, przygotuj wszystko, co potrzebne. Sara ci w tym pomoże. Poinformuj też resztę, że dzisiaj kończymy wcześniej. Każdy ma być gotowy do wyjścia.


Rosa skinęła głową i natychmiast ruszyła do pracy. Czosnek zwrócił się do jej męża.


— Jedriej, zapoznaj Hawkisna z resztą — zarządził. — Potem zaprowadź go do jego pokoju. Nie siedźcie długo.

— Jasne! — zasalutował energicznie niziołek i machnął dłonią na czarodzieja. — Chodź, bratku! Oprowadzę cię szybko i idziemy spać. Jutro czeka nas wielki dzień!


Niziołek poprowadził Bruno na środek głównego pomieszczenia, zatrzymując się przy dużym stole.


— To jest nasz salon, miejsce odpoczynku i relaksu — oznajmił.


Mężczyzna raz jeszcze spojrzał na stół zastawiony kartami do gry, szachami, pustymi butelkami i łupinami orzechów. Jego uwagę przykuły figurki na jednej z szachownic — niektóre przedstawiały znane mu postacie z kronik historycznych Maren, a inne — spersonalizowane osoby — w tym samego Jedrieja. Zauważył też figurkę Czosnka i Lory. Układ pionków na planszy wskazywał, że gra została przerwana w samym środku rozgrywki — zapewne wtedy, gdy Rosa ogłosiła przygotowania do wyprawy.


— Jak widzisz, jest tutaj sporo atrakcji — powiedział Jedriej, wskazując na plansze. — Na przykład szachy.


Czarodziej wciąż przyglądał się szachownicy, a myślami powrócił do czasów w Kręgu. Przypomniał sobie te nieliczne wieczory, gdy mógł wreszcie odpocząć od nauki i medytacji. Takie momenty stanowiły istotną część jego wspomnień, ponieważ wywoływały w nim emocje, których nie doświadczał w surowej codzienności ucznia.


— Widzę, że znasz zasady — skomentował Jedriej, obserwując jego zafrasowanie.


Bruno skinął głową. Jego wzrok przeniósł się na nietypowe butelki z alkoholem stojące obok. W Kręgu trunki były zakazane — poza symboliczną lampką wina do kolacji. „Więcej niż jeden kieliszek niweczy całe twoje dzisiejsze wysiłki” — powtarzali jego mentorzy, którzy zawsze stawiali rozwój i naukę ponad zabawę. Westchnął z nostalgią. W życiu bym nie pomyślał, że tak szybko zacznę wspominać miejsce, z którego uciekłem.


— Nie nudzimy się tutaj — podjął niziołek z zaraźliwym uśmiechem. — Jeśli lubisz spokojne rozgrywki, zapraszam do mnie lub do Sary — wskazał na kobietę pomagającą Rosie w pakowaniu prowiantu. — Jeśli natomiast wolisz dreszczyk emocji, to Kucyka na pewno to ucieszy. On uwielbia hazard.


Jedriej kiwnął na mrocznego elfa, który w kącie salonu zaciągał się fajką. Był to ten sam mężczyzna, który wcześniej skomentował występ Bruno. Czarodziej skrzywił się.


— Ale bądź czujny — ostrzegł go malec. — Kucyk nie potrafi przegrywać. A czasem zdarzy mu się hmm… „wykorzystać nieuwagę przeciwnika”.

— Czyli oszukać.

— Ty to powiedziałeś, nie ja — zaśmiał się niziołek. — Chodźmy dalej.


Przeszli w róg sali, gdzie stała wypchana kukła o humanoidalnej posturze, z wyraźnie zaznaczonymi na czerwono punktami. Obok niej, przy ścianie, leżał zestaw broni — drewniane miecze, topory, sztylety. Jedriej chwycił jeden z noży — krótki, metalowy, i zaczynając występ, zgrabnie podrzucił go w dłoni. Ostrze wykonało kilka szybkich obrotów, nim wylądowało w jego drugiej ręce z precyzyjną lekkością. Rudzielec pokiwał głową z zadowoleniem.


— W rogach masz narzędzia treningowe — rzekł, wskazując końcem sztyletu na kąty w pomieszczeniu. — Kukła do ćwiczeń, strzelnica, ciężary, a tam: nawet małe stanowisko alchemiczne.


Rzucił sztyletem prosto w kukłę. Bruno spodziewał się, że ostrze trafi dokładnie w punkt zaznaczony na czerwono, ale minęło cel o kilka cali, odbijając się dźwięcznie od ściany za manekinem. Widniały tam już inne ślady po podobnych „próbach”. Jedriej podrapał się nieśmiało po głowie.


— No… nie zawsze wychodzi — mruknął cicho, po czym dodał z powracającym uśmiechem. — W każdym razie, domyślam się, że ciebie takie zabawy nie interesują.

— Mam to szczęście, że moim orężem jest wiedza — odpowiedział Bruno.

— I magia! — dodał entuzjastycznie rudzielec.


Wzruszył ramionami — to tylko część mojej natury, a nie dodatkowa zdolność. Czy ptak czuje się wyjątkowy przez to, że umie latać? Tak samo odczuwał to Bruno. Dlatego tym bardziej cenił w sobie inne talenty niż magia. A już na pewno nie chciał być postrzegany tylko i wyłącznie przez jej pryzmat.


Niziołek pokazał mu rzędy książek ustawionych pod ścianami.


— W takim razie mamy też coś dla ciebie — zapewnił wesoło. — Uporządkowane gatunkowo i alfabetycznie: tomy, a wręcz tony, książek! Możesz je wypożyczać do woli… Ale zawsze odkładaj na miejsce! Czosnek się czepia. Wiesz, jaki jest.


Bruno skinął głową ze zrozumieniem — przynajmniej w tej jednej kwestii zgadzał się z krasnoludem.


— Jaki jest twój ulubiony gatunek? — zainteresował się Jedriej.

— Elegie i fraszki — odparł prześmiewczo Hawkins.


Malec spojrzał na niego niepewnie, jakby nie do końca rozumiał, co kryje się za tym terminem. Po chwili odwrócił wzrok i na pewniaka ruszył w kierunku jednego z regałów. Stały tam atlasy, bestiariusze i kroniki wyspy Maren. Bruno z zadowoleniem zauważył, że większość z tych pozycji już znał, choć niektóre mogły go zainteresować. Zbiór nie mógł się równać z tym, który znajdował się w Głównej Bibliotece Kręgu, ale i tak był znacznie bogatszy od niejednej przydrożnej księgarni, którą odwiedziłem po drodze. O! Czy to opowieść: „O kocie, który jeździł na koniu”? Znowu się zamyślił. Czy faktycznie któraś z tych książek skrywała tajemnice Kręgu? Jeśli tak to skąd je brali?


— Większość znam — stwierdził, przejeżdżając czule palcem po grzbietach tomów. — Ale inne chciałbym poznać. Skąd je macie?

— Głównie z wypraw.

— Napadacie przydrożne księgarnie?

— Tak — parsknął Jedriej. — A potem okradamy cukiernie.


Na tym temat się skończył.


— A tam — Bruno wskazał na drzwi ukryte za regałami. — Co się znajduje?

— Przejścia do pokoi mieszkalnych. Tylko ze względu na prywatność nie będziemy tam wchodzić. Mam nadzieję, że rozumiesz?


Pewnie — skinął głową, choć termin „prywatność” był mu obcy. W Kręgu adepci mieszkali we wspólnych dormitoriach i dzielili się dosłownie wszystkim, nawet ubraniami. Dla siebie mieliśmy jedynie myśli.


***


Usiedli na najbliższej sofie. Jedriej otworzył puszkę orzeszków, która leżała obok, i poczęstował nimi Hawkinsa. Ten zjadł jednego, ale po chwili wzdrygnął się z obrzydzenia. Smakowało, jak zgniła malina.


— Co to jest?! — prawie podskoczył, wykrzywiając twarz. — Nigdy nie jadłem czegoś tak obrzydliwego!

— Ha! Musiałeś trafić na gorszy smak! — zaśmiał się Jedriej. — Nazywamy to puszką tysiąca gustów: co miesiąc kupujemy tysiąc różnych orzechów z całego Maren i mieszamy je ze sobą. Nigdy nie wiesz, co wylosujesz. Ja na przykład trafiłem na orzech laskowy! Pychotka!


Bruno ledwie powstrzymał się od stwierdzenia, że brzmi to dość dziecinnie jak na tak poważną grupę, na jaką się kreowali, a następnego orzeszka odmówił. Obaj rozsiedli się wygodnie w fotelu, rozglądając po salonie. Panował tu teraz rozgardiasz — kilka osób przemieszczało się w pośpiechu ze stosem przedmiotów w rękach. Przygotowania Rosy trwały w najlepsze.


— A ty już spakowany? — zapytał Bruno, obserwując siedzącego z zadowoleniem niziołka.

— Nie — odparł zupełnie obojętnie tamten.

— To co tak siedzisz? Do roboty. Hop, hop! Bo zdenerwujesz pana Czosnka.

— Mam to szczęście, bratku, że jako jedyny stąd mam żonę — mrugnął do niego porozumiewawczo Jedriej.

— Zabrzmiało dość przedmiotowo — zauważył czarodziej, wskazując na ciężką pracę Rosy. — Może byś jej pomógł?

— No co ty! — wyśmiał jego pomysł malec. — Ona jest teraz w transie, więc prędzej bym jej przeszkodził! Poza tym… — zjadł kolejnego orzeszka — …znamy się wystarczająco długo i na tyle dobrze, że Rosa wie, że ona nas lepiej spakuje, a w zamian za to ja lepiej zrobię inne rzeczy — pokiwał głową z zadowoleniem. — Tak, bratku, trafiłem na odpowiednią kobietę w swoim życiu. Tylko tyle. A może aż tyle?


Hawkins nie odpowiedział.


— A ty co? Zmarkotniałeś czy mnie się wydaje? — zwrócił uwagę. — W tym twoim całym Kręgu nie było kobiet? Czy może trafiłeś na nieodpowiednią? Albo jesteś…


Czarodziej nie miał teraz najmniejszej ochoty o tym rozmawiać. Wolał kobiety, ale nie poświęcał im aż tak wielkiej uwagi, jakby chciał. Nie planował się też nigdy z żadną wiązać, gdyż uważał, że będzie to go rozpraszać w nauce. Taką zresztą filozofię od początku wmawiali mu jego mistrzowie w Kręgu. Dla nas związki były zakazane, a rzadko kiedy była nawet okazja do rozmowy z kimś z płci przeciwnej. Czarodziejki stanowiły bowiem zdecydowaną mniejszość adeptów magii. Jeśli już do czegoś dochodziło — to na ogół do przelotnego flirtu. Niezobowiązującego przypadku.


— Wciąż nie przedstawiłeś mi żadnych członków waszej grupy — zmienił temat Bruno.

— A, faktycznie! — klasnął w dłonie Jedriej. — Już nadrabiam zaległości!


Niziołek rozejrzał się uważnie po salonie, szukając osoby, którą mógłby przedstawić jako pierwszą. Nie było ich wielu — kobieta pomagająca Rosie w pakowaniu, mroczny elf krzątający się przy kuchni oraz Czosnek wydający polecenia. Bruno raz jeszcze policzył liczbę drzwi do pokoi mieszkalnych: było ich łącznie dziesięć. Osób, które dotychczas widział, było co najwyżej sześć. Gdzie reszta?


— Jeśli chodzi o nas — zaczął Jedriej, mlaszcząc drażniąco ustami po zjedzeniu kolejnej porcji orzeszków. — Lorę już poznałeś. To nasza dowódczyni: podejmuje większość decyzji. Może i jest surowa, a niekiedy nawet chłodna, ale dba o nas. A przynajmniej na tyle, na ile potrafi.

— Mhm — mruknął powątpiewająco Bruno.

— No cóż, piwa się z nią nie napijesz, ale taka rola przywódcy, czyż nie? Najpierw szacunek, potem sympatia… Tylko zachowaj proszę moje komentarze dla siebie. No i poza tym, Lora jest naszą zwiadowczynią. Świetnie strzela z łuku, a gdy trzeba, potrafi użyć i ostrzy.

— Czosnka też już poznałeś — kontynuował niziołek, wskazując na krasnoluda. — Zapewne wymienił ci wszystkie swoje funkcje, więc nie będę ich powtarzać — parsknął żartobliwie. — Ale jest dla nas bardzo ważny. Można powiedzieć, że obok Lory jest to druga najważniejsza postać w całej grupie. To nasz kierownik. Każde jego zdanie, polecenie czy nawet zwykłą sugestię, należy brać sobie do serca. Taka rada ode mnie. Jest mądry.

— Wydaje się być strasznie upierdliwy — ocenił Bruno. — I arogancki.

— Trochę taki jest — zgodził się Jedriej, ściszając głos. — Jest sztywny, czasem nie rozumie aluzji, ale ogólnie jest w porządku i da się z nim dogadać. Tylko trzeba do niego podejść odpowiednim sposobem, przyjmując narrację, że to on jest najmądrzejszy. Wtedy dużo łatwiej coś ugrać. Na pewno łatwiej niż u Lory — westchnął.


Czarodziej prychnął — ostatnie, czego pragnął, to udawać, że Czosnek wie wszystko o wszystkim. Już wolał męczyć się z Lorą, która być może była dużo bardziej tajemnicza i niepokojąca, ale przynajmniej nie działała mu tak na nerwy. Nagle coś sobie uświadomił.


— Odnoszę wrażenie, że jest u was lekki podział: Lora z Czosnkiem i cała reszta — podzielił się przemyśleniami. — Choć z drugiej strony nie poznałem wszystkich.


Jedriej podrapał się po głowie w zastanowieniu. Wziął kolejną garść orzeszków.


— I z tym masz trochę racji — przyznał, marszcząc czoło, ale bynajmniej nie przez wylosowany smak orzecha. — Dobrze czytasz innych. Lora i Czosnek to introwertycy. Są skupieni na celu i to ich głównie interesuje. My jesteśmy nieco bardziej „społeczni”, że się tak wyrażę. Niemniej jednak, jeśli masz jakiś kłopot, Czosnek powinien ci z nim pomóc, a poleceniom Lory można ufać. W końcu obaj doprowadzili nas do miejsca, w którym jesteśmy. A gdzie jesteśmy? Sam widzisz!


Widział, choć nie podzielał tak bezwarunkowego zaufania. Wiedział już — lub przynajmniej podejrzewał — że Lora nie mówi im wszystkiego. Lojalność grupy względem dowódczyni była niepodważalna, więc póki co nie będę poddawał jej próbie. Domyślał się jednak, że nadejdzie taki dzień, w którym ich prawdziwe relacje zostaną zweryfikowane.


— Zaś jeśli chodzi o pozostałych — wrócił do meritum Jedriej. — Jest oczywiście Rosa, moja żona. Zdążyliście się już poznać. Rosa jest naszą gospodynią, „panią domu”, jak zwykłem ją nazywać. W dużym skrócie, zajmuje się wszystkim: gotowanie, pranie, pakowanie, sprzątanie i tym podobne… Mógłbyś pomyśleć, że to drobnostki, że każdy mógłby to robić, ale uwierz mi — nie każdy. Dlatego też, moim skromnym zdaniem, Rosa jest najważniejsza w całym Lazurze. Nie Lora, nie Czosnek, tylko ona. Rosa. Moja żona.


Bruno uśmiechnął się mimowolnie pod nosem. Ciepłe, pełne dumy słowa Jedrieja o jego partnerce zaskakująco go poruszyły. Wzbudziły w nim coś, co przypominało skrytą nadzieję — niepełną, subtelną, ale jednak — zmieniały nieco jego zakorzenioną perspektywę. Przez chwilę poczuł nawet, że szczera i trwała miłość rzeczywiście może istnieć. Nie tylko jako chwilowe zauroczenie czy efekt przyzwyczajenia, ale coś głębszego, niemal magicznego. Coś, co życie w Kręgu, stale wypierało z mojej świadomości od kiedy nauczyłem się słuchać. Bywały chwile, że nie rozumiał dlaczego.


Nagle wyobraził sobie, jakby to było spotkać kogoś, kto wierzyłby w niego tak bezwarunkowo, jak Jedriej wierzył i doceniał Rosę. Nie widziałby wówczas w tej osobie przeszkód ani ograniczeń, lecz prawdziwy skarb — największy dar, jaki mógł otrzymać od drugiego człowieka. A kto wie — może i od świata? Bo poza murami Kręgu, życie zdawało się być całkiem inne od tego, jaki wpajali mu jego mentorzy. Jestem tu ledwie od kilku dni, a wciąż się uczę — zrozumiał.


— Ale wiesz, że ona jest zajęta, prawda? — zapytał Jedriej, zauważając jego beztroski uśmiech na twarzy.


Czarodziej ocknął się. Nie wiedział, czy niziołek żartuje.


— Przepraszam, zamyśliłem się. Ty tak na poważnie? — zapytał ostrożnie.

— Ha! Oczywiście, że nie! Mam cię! Jeden zero! — ryknął malec, śmiejąc się jak głupi do sera, a potem, jak gdyby nigdy nic, podjął wcześniejszy temat. — Ostatnią osobą, z którą zdążyłeś się jako tako zaznajomić, był Sam. Pamiętasz go?


Sam? Hawkins zmarszczył czoło, wracając wspomnieniami do wydarzeń z dzisiejszego dnia. Okazał się on wyjątkowo długi — rozmowa w karczmie, dotarcie do siedziby Lazur, dyskusje z Lorą i Czosnkiem, a teraz oprowadzanie przez Jedrieja. Przypominał sobie ich troje i Rosę. Ale Sam? Imię wydawało się jakby znajome, lecz nie potrafił nikogo z nim powiązać. Może karczmarz Sam? Nie… On się chyba nie przedstawiał.


— Nie przypominam sobie żadnego Sama — przyznał w końcu. — Chodzi ci o tego mrocznego elfa z fajką? Nie poznałem go jeszcze.

— Nie, nie chodzi o Kucyka. O nim porozmawiamy zaraz — i nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, Bruno przypomniał sobie zejście do tunelu. — Sam to nasz strażnik. Ten w złotym hełmie. Mało mówi, dlatego pewnie go nie zapamiętałeś.


Tak. Wspomnienie ciemnoskórego wojownika, stojącego na straży przy wejściu do siedziby Lazur, powróciło do niego jak niechciany sen. Pamiętał jego chłodne, oceniające spojrzenie, ale nie przypuszczał, że jest on członkiem tej grupy. Lub też nie chciał przypuszczać.


— Już pamiętam — przyznał.

— No właśnie. To Sam jest jednym z naszych trzech wojowników — oznajmił Jedriej. — To zdolny chłopak, który każdą wolną chwilę poświęca na trening — uniósł palec, jakby chciał podkreślić wagę tych słów. — I to dosłownie każdą! Czasem nawet zastanawiamy się z Rosą, czy to już nie pracoholizm. Jak można tyle ćwiczyć? I to świadomie!

— Sprawia wrażenie marudy — zauważył Bruno.

— Marudy? Nie… Tak bym go nie określił… — niziołek zawahał się, po czym machnął ręką. — Eh, bo widzisz, z Samem problem jest taki, że on nic nie mówi. Na pytania odpowiada tylko: „tak”, „nie”, „nie wiem”. Zatem trudno stwierdzić, co mu leży na sercu. A jak mówiłem, że Lora i Czosnek to introwertycy, to Sam jest od nich dwa razy bardziej wycofany. Na tyle nawet, że też o nim zapomniałeś — uśmiechnął się pobłażliwie.


Bruno pokiwał głową — spodziewał się takiego opisu strażnika. Jego uwagę przykuły natomiast kukły treningowe.


— Musi być naprawdę dobry, skoro współpracujecie mimo braku komunikacji — bardziej stwierdził, niż zapytał.

— Dobry? Jako kto? Wojownik? A gdzie tam! — zaprzeczył momentalnie niziołek, lecz potem poprawił się. — Znaczy, nie zrozum mnie źle. Sam jest solidny, ale widziałem lepszych. Talentu mu brakuje, choć ciężką pracą wiele nadrabia. Fakt faktem jest jednak, że znalazł się tutaj głównie dzięki Sarze. To ona pełni u nas dużo ważniejszą rolę.

— Kim jest Sara?


Jedriej wskazał na kobietę asystującą Rosie. Nie wyglądała ani na wojowniczkę, ani na gospodynię. Bruno nie mógł odgadnąć, czym się mogła zajmować.


— I co robi? — zapytał.

— Sara jest naszą handlarką — odpowiedział malec. — I to cholernie dobrą handlarką. Lora i Czosnek zlecają jej zakupy, a ona wszystko załatwia. I to po absurdalnie niskich cenach! Naprawdę nie wiem, jak to robi! Ale większość rzeczy, które tu widzisz, jest jej zasługą. Gdyby nie ona, prawdopodobnie żylibyśmy w znacznie gorszych warunkach — pokiwał głową do siebie. — Tak, Sara robiła z tej podziemnej kryjówki swego rodzaju ekskluzywną rezydencję… Zdziwiłbyś się, jak to miejsce wyglądało przed nią!


Czarodziej raz jeszcze rzucił okiem na wnętrze siedziby Lazur. Na początku robiło wrażenie, ale powoli zdążył się do niego przyzwyczajać. W głowie jednak ciągle połyskiwał mu diamentowy żyrandol z gabinetu Lory.


— Poza tym — nie skończył Jedriej. — Sara to po prostu dobry człowiek. Często pomaga Rosie w jej codziennych obowiązkach, tak jak dzisiaj. A ich historia z Samem, któremu można powiedzieć, że uratowała życie jest wyjątkowa. Chcesz posłuchać?

— W sumie to nie — uśmiechnął się Bruno. — Ale zdążyłem zauważyć, że lubisz klepać jęzorem, więc nie odmówię ci tej przyjemności.

— Och, bo się obrażę! — zaśmiał się niziołek — No, ale wracając: Sara i Sam są rodzeństwem — zaczął, lecz spostrzegając nieprzekonaną minę towarzysza, zreflektował szybko. — Oczywiście nie takim prawdziwym z krwi i kości! Głupi nie jestem! Tylko wybranym. Przybranym… Czy jak to się mówi?

— Przybranym — poprawił czarodziej.

— Tak, właśnie, przybranym! W każdym razie umownym… Zapytasz mnie, jak to się stało?

— Nie zapytam.

— Otóż Sam, jeszcze jako dziecko, został kupiony przez rodzinę Sary, jako niewolnik. A Sara, powinieneś wiedzieć, pochodziła z bardzo zamożnej rodziny, ze Słonecznego Państwa. Chłopiec miał może dziesięć, jedenaście lat? Kiedy do nich trafił. A dziewczynka była jeszcze niemowlęciem. Z tego powodu często musiał się nią opiekować, gdy rodziców nie było w domu. I tak oto zżyli się ze sobą.

— Niewolnik opiekunem dziecka? — wątpił Bruno. — Dziwne kompetencje, nawet jak na Słoneczne Państwo.

— Tak właśnie było! Lecz kiedy Sara dorosła i stała się samodzielna, jej rodzice postanowili sprzedać Sama, więc biedna dziewczyna tego nie zniosła. Pewnego dnia postanowiła uciec, zabierając „brata” ze sobą. Oboje porzucili dawne życie, a kilka miesięcy później trafili do nas. I o ile dla Sama ucieczka pewnie nie była ciężką decyzją, o tyle Sara musiała dla niego z wielu rzeczy zrezygnować i jeszcze wielu się wyrzec. A przecież miała niemało! Wyobrażasz to sobie? Pożegnać stabilną przeszłość w skąpanej w słońcu stolicy, by uciec z kimś w nieznaną przyszłość? To dopiero musi być poświęcenie!


Niziołek zamilkł, dając Bruno czas na przetrawienie tej historii. Czarodziej poprawił się na fotelu, marszcząc czoło sceptycznie.


— Czyli nie są rodzeństwem — podsumował krótko.

— Tylko tyle z tego wyniosłeś?

— To kluczowa informacja.

— Nie, nie są, ale każą tak na siebie mówić — odparł malec. — A przynajmniej Sara na to nalega. Sam nigdy nie protestował, więc się przyjęło. Co za problem?

— I nie zastanawiało cię nigdy, czy nie łączy ich coś więcej? — zasugerował Bruno. — No wiesz, tak się zachować dla, bądź co bądź, niewolnika? Niespotykane. Tym bardziej w Słonecznym Państwie. Oni tam…

— Co znaczy coś więcej?


Hawkins nie czuł, żeby to wymagało większych wyjaśnień. Uniósł brwi.


— No coś ty! — obruszył się Jedriej. — On jej pieluchy zmieniał, do diaska! Nawet bym tak nigdy nie pomyślał! Opamiętaj się!


Bruno zerknął ukradkiem na Sarę, która krzątała się po salonie, asystując Rosie. Miała gęste, jasne włosy i jasnoniebieskie oczy. Biła od niej pogodna energia, a na twarzy niemal stale gościł uśmiech. Może nie jest tak piękna, jak Lora, ale ma w sobie coś przyciągającego — taką zwykłą, prostą urodę.


Jedriej spostrzegł jego przyglądanie się, więc uśmiechnął się szeroko.


— Oho! Znam to spojrzenie! — rzucił żartobliwie. — Sugerujesz jedno, ale w głowie masz drugie. Całkiem ładna, co?

— Że co? — skrzywił się Bruno. — Wcale na nią nie patrzę.

— Aha, a ja jestem cyklopem!

— A nawet jeśli… — dodał po krótkiej chwili — … to nie w tym sensie, co myślisz. Ja wolę niziołki. Zapomniałeś?


Rudzielec otworzył usta, ale nic nie powiedział. Bruno parsknął śmiechem.


— Spokojnie. Tym razem to ja żartuję. Jest jeden-jeden.

Zaczynam lubić tego karzełka — uświadomił sobie.


***


Hawkins powoli układał sobie w głowie obraz całej drużyny Lazur i jej poszczególnych członków. Potrafił już wskazać osoby, z którymi warto było się zapoznać, i takie, których raczej powinien unikać. Brakowało mu jeszcze tylko jednej postaci na liście — tajemniczego mrocznego elfa, czyli domniemanego hazardzisty i oszusta. Kucyk się nazywa. Od tego, już na pierwszy rzut oka powinien trzymać się z daleka.


— A ten mroczny elf, co palił fajkę? — zapytał, wskazując na mężczyznę, przeglądającego teraz talię kart przy stole. — Kto to jest?

— Kucyk — odpowiedział Jedriej. — A właściwie Valerion Morveth.

— Możesz mi coś więcej o nim powiedzieć? Poza tym, że lubi hazard i zdarza mu się… „wykorzystać nieuwagę przeciwnika”?

— Valerion — zastanowił się niziołek. — Jest zwiadowcą. Podobnie jak Lora, tylko bardziej specjalizującym się w łowiectwie i tropieniu. Lubi… hm… dobrą zabawę, że tak to ujmę. Ale czasem z nią przesadza.

— Co masz na myśli? — zainteresował się Bruno.

— Ano to, że ma dwie twarze i nigdy nie wiesz, na którą trafisz. Raz jest pociesznym kompanem i dobrze się z nim spędza czas, a innym razem potrafi być prawdziwą szują. A już szczególnie wtedy, gdy za dużo wypije. Oszuka cię, wyśmieje, a na koniec zaśnie bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Taki jest.


Bruno nie był tym zaskoczony. Kiedyś przeczytał kilka książek o rasach zamieszkujących Maren, a mroczne elfy w każdej z nich były przedstawiane jako przebiegłe i dwulicowe istoty. Łatwo było się z nimi zaprzyjaźnić, ale nigdy nie miało się pewności, czy nie skończy się to sztyletem w plecach.


Kucyk, podobnie jak Lora — obaj na domiar złego zwiadowcy — byli dla Hawkinsa najbardziej podejrzanymi i tajemniczymi postaciami w Lazurze. Nie zamierzam im ufać.


— Czy to już wszyscy? — zapytał, gdy zauważył, że Jedriej zamilkł na dłuższą chwilę.

— Mhm? — stęknął tamten, jakby wyrwany z głębokich rozmyślań. — Wszyscy? Nie… Jest jeszcze Marcos, ale on jest teraz w delegacji, więc o nim pogadamy kiedy indziej. Jak go spotkamy.

— W jakiej delegacji? Gdzie go spotkamy?

— Marcos jest w Gromie — zdradził niziołek. — Robi nam rekonesans dotyczący smoka. Złapiemy go tam na ostatnim etapie podróży. Może będzie miał ciekawe informacje do przekazania. Miejmy nadzieję. I jest krasnoludem, tak nawiasem mówiąc. Wojownikiem, podobnie jak Sam.

— Czyli to był jego pomysł? Ta wyprawa? Czosnek powiedział, że nikt jej wam nie zlecił, ale ktoś z wewnątrz na nią wpadł, prawda? To był on?

— Nie, pomysł nie był jego, ale jako pierwszy przedstawił nam plotki o smoku. Na początku w formie kpiny, ale co zabawne, Lora uznała, że to dobra szansa na zarobek. Dlatego powiedziałbym, że to bardziej jej idea, ale Marcos nieświadomie ją jej podsunął.


Interesujące — pomyślał Bruno. Na pewno miała w tym jakiś interes. Tylko jaki? Z nieznanego sobie powodu zakładał, że kobieta była na tyle bystra, że nie wierzyła w smoka. To wszystko musi być ze sobą w jakiś sposób powiązane.


Jedriej zamilkł i ponownie zapatrzył się w dal, jakby coś mu umknęło.


— Wszystko w porządku? — zapytał Bruno.

— Tak, tak. Chyba… — mruknął niziołek — Po prostu mam nieodparte wrażenie, że o czymś zapomniałem… O czym rozmawialiśmy?

— O Marcosie.

— A wcześniej?

— O Kucyku?

— Jeszcze wcześniej.

— Nie wiem. Pytałem, czy to już wszyscy.


Malec wstał z kanapy i zaczął się obok niej przechadzać. Po chwili pacnął się dłonią w czoło tak mocno, jakby zapomniał o czymś na tyle oczywistym, że musiał się za to ukarać.


— Lora, Czosnek, Rosa, Sara, Sam, Marcos, Kucyk, ja — wyliczał na głos i za pomocą palców. — No oczywiście, że tak! Jak mogłem o nim zapomnieć? Jest przecież jeszcze jeden członek! Najbardziej charakterystyczny!


Czarodziej uniósł brwi. Nikogo więcej nie zauważył. Kogo mógł pominąć, Jedriej? Czym się wyróżniał?


— Kadan! Oczywiście, że Kadan! — uśmiechnął się szeroko niziołek. — Kadan Stalowy!


Kadan Stalowy brzmi, jak miano wikinga, bo ci lubią sobie dodawać różne przydomki do nazw.


— Kto to? — zapytał Bruno. — Nikogo więcej nie widziałem, poza osobami, które już wymieniłeś.

— To prawda, ale zapomniałem, że Kadan ma dzisiaj dzień medytacji.


Dzień medytacji? Jak to? Przechylił głowę w zdziwieniu Nigdy nie słyszał o nikim spoza Kręgu, kto praktykowałby podobne ćwiczenia. Medytacja była typową aktywnością czarodziejów, pozwalającą im odzyskać energię po rzucaniu zaklęć. Czy to zatem mogło oznaczyć, że…? Pokręcił głową.


— Kadan jest thessarim — sprostował Jedriej, a Hawkins dopiero teraz zdał sobie sprawę, że wstrzymywał oddech. — Wiesz, co to za rasa? I co tak patrzysz, jakbyś ducha zobaczył?


Mężczyzna parsknął. Przez chwilę do głowy przyszła mu szalona myśl, że może w grupie skrywał się inny czarodziej. Dopiero po fakcie uświadomił sobie, jak nierealny był to scenariusz. Choć wiele by tłumaczył.


— Coś tam słyszałem — przyznał po chwili milczenia. — Lecz niewiele.


Na pewno kojarzył określenie thessari. Ale skąd? Tego nie pamiętał. Prawdopodobnie z książek — jak większość rzeczy. Wiedział, że to pomniejsza rasa zamieszkująca Maren, wyglądem przypominająca… minotaura? Ich obraz nagle przewinął mu się w głowie.


— Thessari to połączenie człowieka z bykiem — opisał Jedriej.

— Tak, właśnie — zgodził się Bruno, odgrzebując stare wspomnienia. — Tak mi się zdawało, ale nie chciałem palnąć głupstwa. Kojarzyłem, że to coś związanego z minotaurem.


Niziołek skrzywił się, jakby tamten mimo wszystko właśnie palnął głupstwo.


— To ci się nie udało — skwitował. — W żadnym wypadku nic związanego z minotaurem — upomniał go. — I lepiej żebyś więcej ich ze sobą nie mylił. Zwłaszcza w towarzystwie Kadana, bo tylko byś go obraził. Niełatwo tego dokonać, ale jak już się zdarzy to ciężko to potem odkręcić.

— Dlaczego? — zdziwił się czarodziej. — Czym jest minotaur, jeśli nie połączeniem byka z człowiekiem?


Co oni wszyscy tacy przewrażliwieni? Najemnicy nie wykonują zleceń, a ludzie z cechami byczymy nie są podobni do minotaurów.


— No właśnie: byka z człowiekiem! A nie człowieka z bykiem! A to jest, mój drogi, zasadnicza różnica! — podkreślił Jedriej. — Thessari mają więcej cech ludzkich, niż byczych, a minotaury odwrotnie! Thessari są rozumne, jak ty czy ja — podniósł palec dla podkreślenia wagi tych słów. — A minotaury niespecjalnie! To tak, jakbyś pomylił leśnego elfa z mrocznym elfem. Albo niziołka z goblinem! Zarówno jedni, jak i drudzy, mają spiczaste uszy albo są mali, ale nie bez powodu należą do różnych ras! To ignorancja, bratku!

— Dobrze, już dobrze — uniósł dłonie Bruno. — Zrozumiałem. Co się tak denerwujesz?


Nie zamierzał się z nim sprzeczać. Po prawdzie go rozumiał  też nie chciałbym być pomylony z goblinem. Rzeczywiście wygląd niektórych ras mógł mylić, a nie wszystko, co na Maren było podobne, miało równie zbliżoną naturę. Przypomniał sobie słowa jednego ze swoich mistrzów: „Nie każdy ładny grzyb jest jadalny, tak samo jak nie każdy brzydki grzyb jest niejadalny. Wszystko jest kwestią doświadczenia i znajomości świata”.


— Poza tym wyglądzie też jest spora różnica — nie skończył Jedriej. — Thessari mają ludzkie ciała, a jedynie głowy różnią się wystającymi rogami. Są też dużo wyżsi niż przeciętni ludzie. Z kolei minotaury w dużej mierze przypominają byki, a jedynie tułów mają ludzki. Rozumiesz różnicę?

— Tak, tak — uspokoił go Hawkins. — Zrozumiałem. Naprawdę

— To dobrze.


W wolnej chwili uzupełnię sobie wiedzę o tej rasie, bo wstydem jest, że niziołek mnie poucza — obiecał sobie.


— To co z tym Kadanem? — zapytał, gdy emocje opadły. — Jaką pełni tu rolę?

— Kadan jest wojownikiem — odpowiedział Jedriej. — Tak po prawdzie trudno sobie wyobrazić kogoś jego postury w innej roli… Ale tak, jest najlepszy. Jeszcze nigdy nie widziałem kogoś równie sprawnego. Toporem mógłby przeciąć na wpół dorosłego człowieka. Nie zdziwiłbym się też, gdyby to samo potrafił robić gołymi rękoma.

— Sympatyczny opis.

— Bez obaw — zaśmiał się malec. — Stalowy tylko wyglądem przypomina bestię. W rzeczywistości jest potulny jak baranek. Lubię metaforycznie opisywać go, że na bitwie jest bykiem, a w życiu człowiekiem. I to takim, który jest zawsze uśmiechnięty i chętny do pogadanki. Zresztą sam zobaczysz. Moim zdaniem to najlepszy kompan do picia!

— Obstawiam, że nie pijecie w tych samych kategoriach wagowych — zażartował Hawkins, przypominając sobie Jedrieja z kuflem piwa wielkości jego głowy.

— A zdziwiłbyś się, bratku, ile taki bebech może pomieścić! — poklepał się po brzuchu karzeł.


***


Zbliżała się noc. Hawkins ledwie powstrzymał ziewnięcie, gdy uświadomił sobie, że Jedriej szczegółowo opisał mu każdego z członków Lazur, ale nie wspomniał nic o sobie. A to z nim spędziłem najwięcej czasu.


— No dobra, a ty? — zapytał. — Czym się tutaj zajmujesz?

— Ja? — Jedriej uśmiechnął się szeroko, wyraźnie zadowolony z zainteresowania. — A czym ja mogę się zajmować? Oprowadzam nowych! I czasem rzucę jakimś żartem.

— No… Nie bądź taki skromny, „bratku” — rzekł Bruno. — Przecież widzę, że twoja rola jest większa.


Niziołek westchnął teatralnie, jakby w rzeczywistości był najważniejszą postacią w grupie.


— Skoro nalegasz — splótł dłonie za głową. — Można powiedzieć, że jestem tu kimś na wzór dyplomaty. Negocjatora? Mówcy. Jak zwał, tak zwał. W każdym razie jeśli trzeba z kimś rozmawiać, to ja jestem emisariuszem. Dlatego właśnie to mnie spotkałeś w karczmie.

— A propos — Bruno ożywił się. — Kwestia mojego poszukiwania. Słyszałem, że to był twój pomysł. Czy to prawda?

— Owszem — potwierdził z dumą Jedriej.

— Oszalałeś? — nie silił się na uprzejmości Hawkins.

— Nie ukrywam, musiałem się przy tym trochę natrudzić, ale jak widać, udało się. Dlaczego pytasz?

— Bo to jedna z tych rzeczy, których nie potrafię zrozumieć — ton czarodzieja niespodziewanie stwardniał. — Nikt nie powinien wiedzieć o mojej ucieczce. Skąd mógł wiedzieć to ktoś taki, jak ty?

— Oj, bo się obrażę.

— Mało kto wierzy w magię, a jeszcze mniej osób jej poszukuje. Skąd wiedziałeś? — powtórzył.

— „Nie jestem, jak każda” — zaśmiał się rudzielec.

— Skąd?


Jedriej spojrzał na niego rozbawiony. Jego mina przypominała wyrozumiały ojcowski uśmiech wobec dziecka, które dopiero co poznawało świat. Niepotrzebnie się denerwuję. To go tylko bawi.


— A tobie co się wydaje? — karzeł podrzucił orzeszka do góry i złapał go w locie. — Że jak Krąg powie, że pilnuje czarodziejów, to wszyscy w to uwierzą? Proszę cię, bratku, nie bądź taki naiwny.

— Byłbym naiwny, gdybym wierzył, że nasze spotkanie było dziełem przypadku.

— Tego nie powiedziałem.

— Dlatego pytam po raz ostatni: skąd wiedziałeś?

— Już od dawna istniały pogłoski, jakoby…

— Znowu te pogłoski — zirytował się Bruno. — Czy wy tutaj wierzycie we wszystko, co usłyszycie? Smok, czarodziej…

— A ty wierzysz we wszystko, co przeczytasz?

— Co? Oczywiście, że nie — zaprzeczył, choć istotnie było to jego główne źródło wiedzy. Książki.

— No widzisz, ja też nie, ale jeśli czuję, że coś jest na rzeczy to się nad tym pochylam. Bo czemu by nie? Czy to takie dziwne? — niziołek wzruszył ramionami. — Poza tym wiesz, Rosa uważa, że mam szósty zmysł, a ja się z nią zgadzam. Czasami nawet…

— A kartka? — nie interesował go szósty zmysł Jedrieja. — Co z kartką? Skąd ją wziąłeś?

— Kartka? Jaka znowu kartka?

— Ta z ogłoszenia. Mojego.

— Ach, ty znowu o tym… — westchnął ze znużeniem niziołek. — Męczysz bułę, bratku, uwierz mi. Skąd mam wiedzieć, skąd wziąłem kartkę? Kto normalny zapamiętuje takie rzeczy? Może kupiłem, może zabrałem z biura? Nie pamiętam tego. Zresztą co za różnica? Zagadkę wymyśliłem sam! I wiem, że zwróciłeś na nią uwagę, tylko nie chcesz przyznać mi racji. Prawda? Przyznaj się!


Czarodziej skrzywił się, próbując zachować nerwy na wodzy. Do teraz nie wiedział, czy karzeł z nim pogrywa, czy naprawdę jest taki głupi.


— Podobno przekonałeś Czosnka, żeby pozwolił ci mnie szukać– powiedział. — A co na to Lora? Ona też o wszystkim wiedziała? Czy to nie do niej powinno należeć ostatnie zdanie, jeśli dobrze zrozumiałem waszą hierarchię?

— Oczywiście, że wiedziała — odpowiedział malec. — Też była na początku przeciwna i uważała to za stratę czasu, ale poprosiłem Czosnka, żeby ją przekonał. No i udało się. A teraz widzisz: każdy wątpił, a i tak wyszło na moim! Szósty zmysł, mówię ci!


Na co komu szósty zmysł, jak się nie ma piątej klepki?


— A ze smokiem będzie podobnie — prorokował Jedriej. — Zaufaj mi!


Czyli poszukiwanie czarodzieja wcale nie było pomysłem Lory — podsumował sobie Bruno. O ile ten rudy psotnik mówi prawdę. Kłóciło się to z jego wcześniejszymi przypuszczeniami, gdzie spodziewał się, że to właśnie kobieta zainicjowała całą akcję, wykorzystując Jedrieja jako zasłonę dymną. Sądziłem, że z jakiegoś powodu chce mnie do siebie zwabić. Tylko z jakiego? Bo jeśli nie jest łowczynią czarownic…


A może to wszystko było znacznie prostsze, niż mu się wydawało? Może jednak Lora nie miała żadnych tajemnic? A Lazur naprawdę wierzył w smoka i jego skarby? Może Jedriej rzeczywiście miał nosa do cudów i kierował się tylko i wyłącznie intuicją? Przeznaczeniem. A może wreszcie — sama magia w wiadomości również była dziełem przypadku? Nieprawdopodobnego, ale jednak.


Złapał się za skroń. Rozbolała go głowa od przemyśleń. W teorii wszystko to było możliwe. Tylko suma tych prawdopodobieństw wydaje się tak absurdalnie niska, że jako pragmatyk, nie jestem w stanie jej zaakceptować. Poza tym co z magią w biurze? To nie była kwestia łuku. Na pewno nie.


— Wyglądasz na przemęczonego — stwierdził Jedriej.


Miał rację. Stała czujność, którą wyniósł z ostatnich dni ucieczek, sprawiała, że wszędzie widział podstęp. Wszędzie widzę łowców czarownic. Od dawna nie potrafił zaakceptować prostych rozwiązań. Nie wiedział już jak odróżnić przypadku od intrygi. A to znacząco wpływało na jego kondycję — zarówno fizyczną, jak i psychiczną. Muszę odpocząć.


Dopiero po czasie zorientował się, że w salonie zapadła dziwna cisza. Pozostali już dawno zniknęli, zostawiając go samego z Jedriejem. Czarodziej podniósł się z miejsca, sugerując, że najwyższa pora udać się spać. Jedriej skinął głową, zrozumiawszy go bez słów.


— A ty? — zapytał jeszcze.

— Co ja?

— Też opowiedz coś o sobie.

— Nie ma co — ziewnął Bruno. — Jestem czarodziejem, któremu udało się uciec z Kręgu i teraz szuka swojego miejsca w świecie. Ot, cała historia.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.