E-book
13.51
drukowana A5
51.43
Dziedzictwo umarłych

Bezpłatny fragment - Dziedzictwo umarłych

przeszłość nie mija bez echa…


5
Objętość:
372 str.
ISBN:
978-83-8104-282-6
E-book
za 13.51
drukowana A5
za 51.43

Pamięci Mamy Basi oraz męża, Henryka i z miłością do Taty. Powieść tę Im dedykuję.

A moim synom dziękuję za miłość i wsparcie.


Nikt nie podetnie mi skrzydeł… Nie ma na świecie takiego jadu, takich słów, które unicestwiłyby moje marzenia. Słowa są dla mnie obrazami, które uwieczniam w książkach. Jestem ponad to, co małe… ale serce i umysł otwieram na wszystko, co płynie z życzliwości. Także krytykę.

Słowo od autorki

Drogi Czytelniku zapraszam Cię do świata emocji młodego pisarza. Czując się nieakceptowany, odrzucony przez środowisko autorów, ogólnie ludzi, wśród których przyszło mu żyć, dorastać, usiłuje zrozumieć, gdzie i czy w ogóle popełnia błąd. Czy błędem można nazwać pragnienie tworzenia? Chęci przekazania innym tego, co jest ważne? Czy błędem jest szukanie akceptacji, zrozumienia, jak i ogólnie pojętej tolerancji? Nie sądzę.

Alan odbywa wędrówkę nie tylko w głąb siebie, ale poznaje historię przodków. Zwłaszcza jeden z nich okaże się dla niego najważniejszy. Pradziadek Perry i jego historia życia oraz tajemnice, którymi się otaczał, staną się dla niego odpowiedzią na nurtujące pytania.

Jak przeszłość zdoła zaznaczyć się aż tak zdecydowanie w psychice młodego twórcy? Odpowiedź znajdziecie w powieści.

Nieprzespane noce. Poczucie odrzucenia. Brak akceptacji. Niezrozumienie, wręcz izolacja… Czy to jest Ci znane? Te słowa? A emocje? Sądzę, że tak.

Każdy z nas boryka się z własnymi lękami. Każdy szuka — mniej lub bardziej podświadomie — akceptacji i przeżywa rozczarowanie, gdy orientuje się, że jest to nierealne. Dlaczego tak bardzo zależy nam na znalezieniu zrozumienia? Bo człowiek nie potrafi być samotny. Bo nasz umysł jest jak rzeka, płynie, rwie brzegi naszej psyche, tylko po to by mimo wszystko zmieścić się w ramach, które są narzucane. Jak rzeka trzyma się koryta, tak my dbamy o zachowanie norm, o ujarzmienie naszej natury… Bo co… inaczej nie wypada postępować?

A może tak?

Uwolnijmy własną moc. Stańmy się żywiołem słów, emocji i działań… Pokonajmy brzegi, pokonajmy ograniczenia. Nie trzymajmy się schematów, ram ni opinii ludzi. Bądźmy sobą, cokolwiek to znaczy… Zawsze sobą!


Alan odkrywając tajemnicę przeszłości pradziadka poznaje siebie. Droga, którą do tej pory pokonał wiedzie go przez samotność, świadomą, dobrowolną izolację i cierpienie. Lecz wie gdzie szukać ratunku. Wyjeżdża tam, gdzie przez pięć lat mieszkał Perry. Dom, który zbudował pradziadek nad rzeką Missouri stanie się dla niego enklawą. Ale nie tylko. To tu odkryje pewną tajemnicę. Tajemnicę mapy i inną bardzo bolesną prawdę. Prawdę, która zdominuje jego pragnienie trwania.


Co takiego wydarzy się w życiu Alana? Jakie wydarzenia z Maron-City i Green-House spowodują, że straci grunt pod nogami? Kim są kobiety: Alice, Lilii i Diana? Jaki wpływ wywrą na jego życie?

Jaką porażającą prawdę odkryje Alan? Prawdę, która go zmieni. Czy to klątwa? Jakie otrzymał dziedzictwo, ten młody pisarz?

W baśniowych krajobrazach w parku Glazier rozgrywa się dramat samotnego człowieka.


Ile może znieść człowiek? Na to pytanie usiłuję odpowiedzieć w książce.

To nie jest historia jakich wiele, to historia ludzi, którzy żyjąc na granicy społeczeństwa usiłują przetrwać. A do tego muszą zmierzyć się z własnymi lękami, obawami. Muszą stawić czoła sekretom, mogącym zrujnować życie. Czy tak stanie się z tytułowym bohaterem?


Drogi Czytelniku zapraszam Cię do czytania.

Bądź przy mnie zawsze…

— Akrostych —


Weno, co jesteś przyjaciółką.

Echem z duszy i myśli.

Nie mniej mi za złe, gdy czasem płaczę.

Otul mnie wówczas i wyśnij…


Wyśnij wraz ze mną moje marzenia.

Emocji moim bądź lustrem.

Nie pozwól zbłądzić w słowie istnienia.

Stań się, na co dzień słów bóstwem.


Wiele zawdzięczam ci przyjaciółko.

Erraty słów i mych czynów.

Nierzadko musisz stawiać im veto.

Ypsylon bytu, ulotność rymów.


Jestem dla siebie antycząsteczką,

anty pragnieniem trwania.

To ty ma weno nadajesz sensu

mego rannego wstawania…

Wrocław 1978 rok.

Część pierwsza

SAMOTNOŚĆ TWÓRCY


— KLĄTWA-


Czuję się jak żeglarz zabłąkany na obcym morzu bez mapy i busoli.

Jack London

Początek końca

Za niewielkim wzniesieniem widoczny był biały dom z czerwonym spadzistym dachem. W pobliżu rosły cztery sosny, które pięły się ku niebu, a dwa karłowate cisy wtuliły się w jego ściany. Stał na uboczu drogi i rzadko kto do niego zaglądał. Mieszkała tam rodzina Malarkey. Mieli dwóch synów — Alana i Mirona.

„Jeden do roli, drugi do pióra”, jak mawiała Tess Malarkey.

Jej mąż Charles, z dziada pradziada farmer, zazwyczaj na te słowa smutno kiwał głową. Miał nadzieję, że synowie kiedyś przejmą po nim schedę, a tu jak żalił się sąsiadom; ”syn pisarz mu się trafił”. Nie od razu zaakceptowali ten fakt, ale z czasem… cóż… i do syna, który jest pisarzem można się przyzwyczaić. Zwłaszcza jak ten — po jakimś czasie — zaczął zarabiać. Co prawda nie tyle, ile Miron, będąc właścicielem warsztatu samochodowego i komisu, ale zawsze to było coś…

Zmieniały się pory roku, zmieniała okolica…

Miron skończył dwadzieścia osiem lat, Alan dwadzieścia cztery, ale w rodzinie Malarkey życie toczyło się utartym rytmem. U nich wszystko było jak dawniej. Ubyła tylko jedna sosna. Ta, która stała najbliżej domostwa. Jej korzenie zaczęły zagrażać zabudowaniu i trzeba było ją ściąć. Tess Malarkey martwiła się czymś jeszcze. Żaden z synów nie myślał o ożenku. Sama swatała ich z dziewczynami, lecz nie trafiała w ich gust. Kolejna panna odjeżdżała z niczym, a było ich w miasteczku, położonym kilkadziesiąt kilometrów od ich farmy, coraz mniej. Mijały miesiące, a oni wciąż trwali w stanie kawalerskim. Na Alana zbytnio nie liczyła, ale Mironowi dziwiła się.

„Chłopcy jak malowani”, mówiła do męża, „a oni nic — tylko… jeden siedzi nad książkami, drugi szuka sobie roboty.”


Mijały miesiące…

I przyszło kolejne lato. Upalne, piękne. W domu „Trzech sosen” — jak nazywali ludzie z miasteczka, Tess krzątała się w kuchni. Charles z najstarszym synem kończyli cięcie drzewa. Stara sosna miała stać się opałem na zimę. Było sporo roboty… Ale tylko dla nich, bo Alan siedząc na poddaszu, w swojej „pisarskiej dziupli” odbywał kolejną podróż do świata jakże odległego od tego, który rozpościerał się za małym strychowym oknem. Gdy uniósł głowę, by spojrzeć na błękit nieba, zamyślił się.

— Cholera, czy ja naprawdę robię coś niezwykłego…? Przecież piszę jak każdy. Chyba jak każdy? — Słowa wypowiedziane niezbyt głośno rozeszły się echem po strychu.

Młody pisarz… no, w sumie nie znów taki młody (byli młodsi) raczej chodziło o tak zwany staż pisarski — siedział w swoim małym pokoju na poddaszu i grzązł w kolejne myśli. Wciągały go jak rekin wciąga ofiarę w głębię. Właśnie docierał do dna rozważań. Nie miał już sił. Nie mógł pojąć dlaczego prawie całe środowisko pisarskie go odrzuca. Byli i tacy, którzy w stosunku do niego zachowywali się jeszcze okrutniej. Nazywali go grafomanem. I nie tak to słowo mu doskwierało, czy spędzało sen z powiek, a nie zrozumienie owych mechanizmów, które rządzą tymi pisarzami. Przecież nic im nie zawinił, nic złego nie uczynił, dlaczego więc obrzucają go kalumniami? Owszem zdawał sobie sprawę z faktu, że jego książki mogą się nie podobać. Miał swoich zwolenników, jak i przeciwników. Pierwsza powieść wydana prawie dziesięć lat temu stała się bestsellerem. Miał wtedy szesnaście lat i myślał, że wygrał los na loterii. Stał się sławny i wierzył, że dzięki talentowi osiągnie sukces. Wierzył w siebie. Mijały dni, tygodnie, miesiące, lata, a on nabierał pokory. Woda sodowa wyparowała. Kolejne powieści nie cieszyły się już takim uznaniem. Zrozumiał, że jeśli ktoś pisze, sprzedaje to co stworzył, zdaje się automatycznie na krytykę. Zrozumiał również, że podlega ocenie jak każdy, kto istnieje z czymkolwiek na rynku wydawniczym. Ale by od razu… błotem w niego? I za co? Za to, że ma czelność mieć swój styl? Być po prostu inny? I co dziwne, to nie czytelnicy go atakowali, a część kolegów po piórze. I to bolało. Nie rościł sobie prawa do nieomylności, ani nie uważał, że ma znaleźć się na panteonie. Wierzył, że to co i jak pisze trafia do czytelników, a przecież pisarze też nimi bywają. Tak jak i on. Marzył o tym by kiedyś spotkać się z nimi, by (nie poprzez Internet) a prosto w oczy powiedzieli mu to, co tak bezkarnie zamieszczają w sieci. Czasem nawet jako anonimy. Bo tak łatwiej? Prościej? Lecz nie dla niego. Dążył podświadomie do konfrontacji. Pogrążał się w rozmyślaniach dotyczących tego jak bywa traktowany, dziś, teraz… w sumie od dwóch lat.

Przecież to niedorzeczne — myślał, nie odrywając oczu od okna, za którym białe chmury układały się w przeróżne kształty.

Najwięcej krytyki zbierał za to, że potrafił niemal w dwa dni napisać konspekt całej powieści, a w miesiąc ją skończyć. Sam nie rozumiał jak to się dzieje, lecz wiedział jakim odbywa się to kosztem. Czasem zbyt wielkim, a jednak nie umiał z tego zrezygnować. Nie jadł, nawet nie miał czasu by pić, tylko siedział nad klawiaturą pogrążony, a raczej porwany w ten literacki świat przez bohaterów. To nie on go tworzył, lecz to oni zabierali go i pozwalali łaskawie wejść do własnego świata do życia.

Alan i dziś nie mógł oderwać się od pisania. Dopiero, gdy postawił ostatnią kropkę i pochwalił się tym na Facebooku zaczął myśleć. Czy aby dobrze zrobił? Czy zostanie zrozumiany?

I okazało się, że choć — dziś — nikt go nie zaatakował, to też i nie zrozumiał. I to właśnie usiłował pojąć. Dla niego pisanie było jak oddech, bez którego nie mógł żyć. Nie traktował tego, ani nie myślał o sobie, że robi coś wielkiego, coś niebywałego. On zawsze tak pracował. To była normalka.

— Alan! Synku, kiedy w końcu zjesz?! — doszedł go głos matki, która stojąc na półpiętrze zadzierała głowę ku klapie prowadzącej na poddasze.

— Nie wiem… Nie mam ochoty mamo!

Wiedział, że musi coś odpowiedzieć. Nie wiedział tylko co. Łatwiej przychodziło konstruowanie dialogów w powieści niż prawdziwa rozmowa, choćby z mamą. Był outsiderem. Bynajmniej tak myślał o sobie. To było smutne i dziwne zarazem.

On, kiedyś w czasach dzieciństwa, popularny, wręcz uwielbiany przez rówieśników, z czasem został zepchnięty na margines. W grę wchodziły dwie opcje: zazdrość kolegów lub jego działania… Bo być może sam to uczynił? Sam odsunął się, bo dostrzegł własną inność? Tak, bez wątpienia był inny. On dzięki słowom tworzył obrazy. Mama nazwała go malarzem słów. A starszy brat mówił do niego maestro wizji. Tak, to prawda, miewał wizje. W jego głowie rodziły się historie. Jedna po drugiej…

— Alan! Synku, ale ty od wczoraj nic nie jadłeś! Tak nie można. Zjedz proszę. — Głos mamy wzmagał się. Jego siła przerażenia była niemal namacalna w tych wibrujących pod sufitem dźwiękach. Alan spojrzał w górę. Sufit stromy, z desek stał się dla nich bańką pełną kumulującego się echa.

— Tak mamo. Dobrze. Rozumiem…! — zawołał równie zdecydowanie. Ruszył się. Niechętnie wstał. Zerknął w monitor. Tam pośród czerni liter sunęły zielone linie, które świadczyły o tym, że musi pod szlifować tekst. Zauważył też, że są w nim błędy gramatyczne. Nie chciał odrywać się od pracy, lecz musiał w końcu zejść na dół. Tam, gdzie wciąż stojąca mama nerwowo pokrzykiwała:

— Idziesz? Czekam! Zupa stygnie!

— Tak idę!

I podniósł klapę. Zobaczył jej zniecierpliwione spojrzenie. Na dnie źrenicy dostrzegł zmartwienie. Pojął, że tym razem granie na zwłokę jest przez nią nie do zaakceptowania. Dziś musiał jej posłuchać i w końcu zejść. Odwrócił się i krok za krokiem pokonywał kolejne szczeble drabiny. Zrobił ją specjalnie dla niego starszy brat Miron. Była mocna, stabilna i bardzo wysoka. Dlatego mama nie odważyła się nigdy wejść na górę. Nie tylko z racji tuszy, ale przede wszystkim faktu, że rok temu przeszła operację biodra.

— Siedzisz w tej jaskini jak odludek. Nie jesz, z nikim nie pogadasz… Cały czas tylko piszesz i piszesz. Synku tak nie można.

— Mamo, gdybyś tylko wiedziała ile słów na minutę wymawiam.

— Tak, wiem, ale nie z ludźmi… tylko z nimi, tymi swoimi bohaterami — spojrzała karcąco.

Wszedł do kuchni. Otoczyła go gama zapachów. Od wysokiego po najniższy z akordów. Pomidorowa i lekko podpieczona pieczeń, a do tego ogórki i piure ziemniaczane oraz kukurydza stały się etiudą. Spontanicznie pociągnął nosem. Odczuł głód. Usiadł przy stole i nie czekając na pozostałych domowników zaczął szybko jeść.

— No tak… człowiek z buszu. — W głosie mamy brzmiały nuty nagany. — Nie poczekasz na tatę i brata? — spytała, spoglądając na niego.

— Oj, rzeczywiście. Przepraszam, ale zapomniałem — odparł z pełnymi ustami. Długi, cienki makaron zawisł w kąciku ust. — Nagle poczułem głód — dodał na swoje usprawiedliwienie.

— No, dobrze. Rozumiem — powiedziała, siadając obok.

— A gdzie brat? — Alan zerknął badawczo na mamę. Nagle uświadomił sobie, że wygląda na zmęczoną, spracowaną, i że w jej oczach widoczna jest troska. Siwe włosy układały się falami. Między brwiami dwie zmarszczki podkreślały fakt nie tylko wieku, ale i ciągłego niepokoju. Inne gromadnie okalały oczy. Twarz ogorzała od wiatru. Usta przyblakłe i ręce zryte siecią linii. Ułożone teraz jedna na drugiej spoczywały nieruchomo na stole. Pojął, że tkwiąc od kilku lat w oderwaniu od rzeczywistości zupełnie nie dostrzegł tego, że się postarzała. Że choroba również odcisnęła na niej swoje piętno.

— Do stodoły poszedł. Ojcu pomaga drzewo rąbać. Ty się jakoś do tego nie kwapisz — zabrzmiała z wyrzutem w głosie.

A on tylko spuścił głowę.

— No tak, przepraszam. Jutro pomogę. — Poczuł wyrzuty sumienia. To prawda, od tygodnia był nieobecny. Owszem był w domu, ale nie wiedział co się w nim dzieje. Wciąż pisał.

— Nie obiecuj, nie obiecuj synku. — Kobieta machnęła ręką. Wstała, podeszła do kuchenki, zmniejszyła gaz i zaczęła mieszać sos.

Kilka minut później na progu dużej, widnej kuchni stanęli dwaj mężczyźni.

— Mamuśka! Co dziś jemy? — Szpakowaty, starszy, ale postawny mężczyzna spoglądał z zainteresowaniem na żonę. Za nim stał młody, dobrze zbudowany jasnowłosy chłopak. Zaciekawiony zerkał przez jego ramię.

— A co ma być? Siadajcie do stołu. — Kobieta odwróciła się. — Umyjcie ręce — poprosiła. Jej oczy nagle złagodniały. Usta lekko drgnęły układając się w uśmiech.

— Oj nie wiem, co tam twoje rączęta upichciły? — Mężczyzna podszedł i usiłował ucałować dłoń kobiety. Ta machnęła ręką, odsunęła się i będąc nieco skrępowaną odparła:

— Pomidorowa i pieczeń. Miron, Charles umyjcie ręce — powtórzyła prośbę.

Obaj posłusznie wykonali polecenie. Po kilku minutach wszyscy zasiedli przy stole.

Zza okna dochodził szum wiatru, śpiew ptaków i odgłosy szczekających psów.

A w domu „Trzech sosen” domownicy właśnie kończyli posiłek.

Malarz słów

„Ludzie ci myślą, że myślą, i te bezmyślne stworzenia
stają się wyroczniami decydującymi o życiu
tych nielicznych, którzy myślą naprawdę.”

Jack London (z książki „Martin Eden”)

Ranek okazał się być mało łaskawy. Nie mogłem otworzyć oczu. Przeciągnąłem się, usiłując oderwać powiekę wraz z rzęsami od policzka. Otwarcie oczu graniczyło z cudem. Nie dziwiło mnie to. Zasnąłem dopiero o piątej nad ranem. Wałkowałem się przez prawie pół godziny. Wciąż tkwiłem w świecie literackim z moimi bohaterami. Na szczęście w końcu się udało, zasnąłem. A teraz walczyłem, aby spojrzeć na świat… Na pokój. Nerw w powiece, lecz tylko jeden, stał się mi posłuszny. Dzięki temu mogłem otworzyć oko. Spod mgiełki zerkałem na budzik. Wskazywał ósmą trzydzieści.

Trzy godziny snu to i tak za dużo — pomyślałem, sięgając ręką do drugiego oka. Było czymś zlepione.

Ohyda — myśl, kojarząca się z czymś lepkim, wstrętnym wpadła mi do głowy. A to był zwykły, taki ludzki, śpioch — jak nazywała to „coś” mama. Przetarłem oczy. W międzyczasie jedną nogę wysunąłem z łóżka sprawdzając zdolność uniesienia się. Na razie było trudno. Ciało się mnie nie słuchało. Wstawanie to tortury. Umysł spał, oczy również, mózg dokańczał drzemkę, a cholerne poczucie obowiązku kazało wstawać.

Tak, obowiązku, choć nie pracowałem. Nie pracuję? Co za bzdura! Pracuję i to jak. Po szesnaście godzin na dobę. Piszę! Czy to mało? Spróbujcie sami, a przekonacie się, czy to takie proste. Zapewniam, że nie.

Mój debiut był obiecujący. Ale tylko on. Potem, choć pani wena mnie nie opuszczała, to też nie dostarczyła takiego chwytliwego tematu. Pierwsza powieść, której grzech napisania popełniłem nosiła tytuł: „Szaleniec z nad Missouri”. I wbrew pozorom nie był to kryminał, czy horror. Była to opowieść dla takich łebków, jakim wówczas byłem ja. Ale się spodobała. Pamiętam jak ją pisałem. Naprawdę jak szaleniec. Non stop przez pół roku. Wysłałem ją w tajemnicy przed rodzinką, ale gdy przyszła odpowiedź od wydawcy o współpracy, musiałem im powiedzieć. W końcu byłem niepełnoletni. Wystąpili w moim imieniu (przyznaję z oporami) i książka po kolejnych pięciu miesiącach ukazała się w sprzedaży. Szybko podbiła serca czytelników. Zwłaszcza tej młodszej części. A ja obrosłem w piórka. Woda sodowa uderzyła mi do głowy. Poczułem się wybrańcem losu. Szkoda, że dziś już żadna z tych emocji nie pozostała we mnie…

Usiadłem na łóżku. Nie było co wspominać przeszłości. Należało zainteresować się przyszłością i drążyć dziurę w teraźniejszości.

Wsunąłem nogi w kapcie. Filc połaskotał stopy. Grymas uśmiechu pojawił się na twarzy. Miałem łaskotki. Wystarczyło, abym nadepnął na frędzle od dywanu, a już spontanicznie się chichrałem. Brat, gdy byliśmy mali, wiedział jak wywołać u mnie napad śmiechu. Mama często nas rozdzielała, a tatko spoglądał spod gęstych brwi w naszym kierunku i z dezaprobatą kiwał głową. A ja turlałem się ze śmiechu po dywanie. Czasem trzymany przez Mirona za nogi, ledwo mogłem się ruszyć. Walczyłem jak lwiątko, by uwolnić się od przymusowych pieszczot braciszka. To były fajne czasy. Takie beztroskie. Głupkowate, ale fajne. Zamyśliłem się. Patrząc w lustro niczego nie widziałem. Mimochodem wróciłem do czasów dzieciństwa. Często tak robiłem. To tam, w tamtej niemal epoce, szukałem pomysłów. Szukałem w sobie spontaniczności, oryginalności dziecka. Uważam, że by być pisarzem, tworzyć, należy zachować w sobie ducha dziecka. W sumie bazując na opinii mamy do dziś nim byłem. Ja jednak chciałem coś więcej… Znacznie więcej.

— Tato jedzie do miasteczka! — głos mamy był mocny. — Jedziesz z nim?! Miałeś coś kupić! Zapomniałeś?!

— Nie, nie zapomniałem! — zabrzmiałem równie zdecydowanie. Aż mi w uszach zadźwięczało. — Za pięć minut schodzę! — dodałem, pochylając się nad miską zimnej wody. Zanurzyłem w niej twarz. Przeszedł mnie skurcz, dotarł aż do czubka palców nóg. Zimna źródlana woda, która zawsze była w porcelanowej, chyba dziewiętnastowiecznej misie (znalezionej przeze mnie w stodole) stała prawie na honorowym miejscu, obok biurka. Dlaczego? Bym mógł się dobudzić, gdy sen morzył a trzeba było pisać. Taki kubeł wody na łeb, jak zmęczenie dopada. Mój sposób na nie spanie. Tak było i teraz. Jedno zanurkowanie w toń wody wystarczyło, abym podskoczył i całkowicie się dobudził. Ubieranie zajęło mi mniej czasu niż wyciągnięcie nogi spod kołdry. Jeansy, koszulka polo, klapki na bose stopy i schodziłem na dół. Tato stał wpatrzony w drabinę, a po chwili we mnie.

— Dzięki za przypomnienie — rzuciłem, stojąc już obok.

— Mnie nie dziękuj. Matce dziękuj. — Popatrzył surowo. (Czasami myślałem, że on po prostu inaczej nie potrafi.)

— Dzięki mamo! — zawołałem, zwracając twarz w kierunku kuchni. Ta wychyliła się zza drzwi i machając ręką powiedziała:

— A … nie ma za co. Uważajcie na siebie — poprosiła.

— Jak Miron wróci z warsztatu powiedz, że bydło jest na południowej części farmy. Anton czuwa. — powiedział nagle tato.

— Dobrze. A dlaczego tam? — Mama ponownie wychyliła się zaciekawiona.

— Bo tak trzeba.

I tyle było na ten temat. Tak ogólnie to ojciec był ciepły, serdeczny, ale tylko pod wieczór. Rankiem zawsze stawał się podenerwowany. Nigdy nie wiedziałem, co było tego powodem.

Wsiedliśmy do forda pickup-a. Ruszyliśmy. Czekało nas ponad dwie godziny jazdy. Oczywiście w tym czasie skwapliwie robiłem notatki do powieści. Chwytałem pomysły w locie jak wiatr chwytał moje włosy. Otwarte okna w samochodzie i totalny wygwizdów temu sprzyjał.

— O czym teraz piszesz?

Drgnąłem zaskoczony.

Od kiedy ojca interesuje to, co piszę? — pomyślałem zanim nie odszukałem odpowiednich słów, by udzielić odpowiedzi.

— Piszę dwie równocześnie. Pierwsza jest o pewnym pisarzu, który jest przekonany że świat literatów, innych autorów zawziął się na niego… — odparłem po chwili.

— Czyli piszesz o sobie? — przerwał. Tato nie pytał. I znów mu udało się mnie zaskoczyć. Przejrzał mnie, ale to akurat było proste.

— Tak jakby — poczułem się niezręcznie. Spoglądnąłem przez okno. Nic tylko pola. Do pierwszych zabudowań mieliśmy jeszcze z dwadzieścia kilometrów. Droga ciągnęła się jak czarna wstęga między złotem zbóż i kukurydzy…

— Nie idzie ci to pisanie… co? — spytał, zerkając na mnie kątem oka. Brwi zsunęły się, siwa grzywka wymsknęła się spod kapelusza (ojciec mentalnie i wizualnie tkwił w epoce westernów, i było to dostrzegalne w stylu ubierania się.)

— Nie idzie, to prawda. Ale ciężko jest być absolutnie szczerym wiedząc, że będzie to ktoś czytał i oceniał, i że może nie zrozumieć… — Nie rozwinąłem tematu. I nie nadmieniłem, o czym jest druga powieść. Nie było takiej potrzeby. Ojca interesowało co innego.

— Żałujesz, że wszedłeś w to… w to pisanie? — Dostrzegłem, a raczej pojąłem że miał ochotę użyć innego słowa. Bardziej dosadnego.

— Nie, nie żałuję. Lecz czasami myślę, że to ty i mama macie tego dość.

— A tam… bzdury gadasz. Synu — spojrzał z powagą. — Przecież to było do przewidzenia, biorąc pod uwagę historię naszej rodziny… Ale pewnie, że nie o tym marzyliśmy. Lecz czy to nasze życie, czy twoje?

Znów nie pytał.

— Niby tak. Ale z kasą cienko — odparłem.

— Kasa to nie wszystko. Pisz, skoro ci to pasuje. Każdy ma jakieś pasje. Ja nie wyobrażam sobie życia w miasteczku. Matka za nim tęskni, ale dokonała wyboru; dom i rodzina. Miron mógłby zamieszkać w warsztacie, ale wie czego od niego wymagam. A ty? Ty od małego byłeś inny. Wciąż pamiętam jak właziłeś w pole kukurydzy i gadałeś cholera wie z kim… — Zaśmiał się, a ja zawtórowałem. Wiedziałem o czym mówi. Mnie to wspomnienie też bawiło. Wyobrażałem sobie wówczas, że tkwię między złotymi nasionami, w których kryje się tajemnica bogactwa i szczęścia. Wmówiłem sobie, że wystarczy zaklęcie, które wyzwoli tę magię z każdego ziarna i rozsieje go po świecie. A ja stanę się wybawicielem; od głodu, biedy i takie tam inne wzniosłe idee.

Obaj zamilkliśmy. Droga łagodnym łukiem skręcała na zachód. Dojeżdżaliśmy do Maron-City. Miasteczko to, nie liczące więcej niż dwa tysiące mieszkańców, było jedynym w okręgu dziesiątków kilometrów. Mieszkaliśmy w stanie Montana, gdzie preria wchodząca w skład Wielkich Równin kojarzona była ze Stanem Skarbów, Krainą lśniących gór i Krainą wielkiego nieba. Ale miasteczek, takie jak nasze, było niewiele.

Ojciec udał się do jedynego sklepu, który prowadził Fred Gorey. U niego można było kupić dosłownie wszystko; od papierosów po ciągnik. Inne sklepiki nie miały takiego rozmachu. I ja właśnie wchodziłem do takiego, w którym zazwyczaj zamawiałem papier do drukarki. Fred też go miał, ale tam nie pracowała Alice. Tak, tak, podkochiwałem się w tej jasnowłosej, szczupłej dziewczynie, która patrząc na mnie niebieskimi oczami zdobywała, cząstka po cząstce, moje serce. Przyjechała do Maron-City zaledwie cztery miesiące temu. Zamieszkała u babci, i jak się dowiedziałem była sierotą.

— To samo, co zawsze? — Jej głos był równie idealny jak ona; miękki, łagodny i taki ujmujący.

— Tak, tak. Oczywiście. — Zająknąłem się. Przy niej zawsze zapominałem języka w gębie.

Po chwili na drewnianym blacie znalazły się dwie ryzy. Papier do drukarek, ten tańszy (co nie znaczy, że gorszy) zamawiałem co miesiąc. Alice skupiła się na kasie. Po chwili położyła przede mną rachunek. A ja szukałem pretekstu by jeszcze zostać. Po prostu z nią być. Dostrzegłem ołówki. Wskazałem na pudełka, leżące przed moimi oczami.

— Wezmę dwa opakowania — powiedziałem.

Nie było to idealne rozwiązanie, lecz dostarczyło mi tak potrzebnych minut, by móc na nią patrzeć. Te kilka dodatkowych chwil pozwoliło na dostrzeżenie jej skrępowania, a jednocześnie zaintrygowania moją postawą… Tak na marginesie… Nawet dla jednej chwili kupiłbym karton takich ołówków. (Notabene tych nigdy za dużo).

Po chwili i one znalazły się obok papieru. Nie było wyjścia, musiałem zapłacić i opuścić sklepik Nortmana, w którym Alice pracowała. A tak nie chciałem…

Moja łepetyna opustoszała. Żadna błyskotliwa myśl się nie pojawiła. I tak, żegnany (tęsknym? takie odniosłem wrażenie) wzrokiem dziewczyny, wychodziłem na zewnątrz.

Musiałem wejść na kilka minut do jedynego klubu „Młodego twórcy”, który został założony jeszcze przed moim urodzeniem (w całkiem innej epoce), przez — i tu ciekawostka — mojego pradziadka Perrego. On, niczym jego ulubieniec Jack London (kolejna ciekawostka; Perry urodził się w dniu i roku śmierci idola (czyli 22—11—1916 roku) pisał — o dziwo — na stojąco, jak Ernest Hemingway, ale tylko to ich łączyło. Inną ciekawostką jest fakt, że 2 lipca — w dniu śmierci Ernesta — lecz prawie trzydzieści lat później, (czyli 02—07—1990) urodziłem się ja. Pradziadek Perry skopiował z życia swojego idola wszystko co tylko mógł. Była więc whisky, ale nie morfina. Reszta życiorysu była już niemal wspólna. Pracował od wczesnych lat dzieciństwa. Był samoukiem, gazeciarzem, trampem, nawet kłusownikiem (co w przypadku terenów Montany nie jest trudne). Zaciągnął się nawet na statek, a więc był marynarzem, lecz nie reporterem. I z tego co wiem z rodzinnych opowieści był też poszukiwaczem złota, a więc niczym idol żył pełną parą… No cóż wszystkiego nie udało się powielić, lecz to jak żył, w jakim tempie dawało jasność sytuacji i było potwierdzeniem umiłowania Londona. Ale to i tak jeszcze nie wszystko, bowiem na cześć Jacka założył klub dla ludzi chętnych parać się sztuką pisarstwa. W ten sposób złożył mu hołd. Były to ciężkie czasy. Lecz twardziel Perry dawał radę. Zaszczepił tę pasję synowi, ten swojemu, ale tylko ja wchłonąłem tę miłość — pasję — duszą i sercem. Kto ich wtedy uczył, czy to robi dziś? Nikt. Sami dochodzili do wszystkiego, jak ja. Uczyli się poprzez czytanie, analizę tekstów i pełne oddanie marzeniu by tworzyć jak London. Pradziadkowi się nie udało, dziadkowi również, o moim ojcu nie wspomnę, ani o wujku Kenie… Jedynie ja… Mnie się udało. A co do pradziadka, to może by i coś z tego wyszło, gdyby choć raz wysłał swoje teksty do ówczesnych wydawców, czy choćby gazet. Pamiętając więc jego smutną skądinąd historię (chroniczny brak wiary w siebie), przekazywaną z pokolenia na pokolenie, mając szesnaście lat postanowiłem postąpić inaczej. Stąd decyzja o wysłaniu do wydawcy „Szaleńca z nad Missouri”.

— Alan?! — Głos Bena dotarł do mnie w chwili, gdy przekroczyłem próg klubu. Podaliśmy sobie ręce.

— Co cię do nas sprowadza? — spytał, klepiąc mnie po ramieniu i równocześnie nie ukrywając zaskoczenia. Był opiekunem grupy „Młodych debiutantów”. Mnie nie zaliczono do tej elitarnej skądinąd sfory młodzików. Cóż, nie byłem młody — wedle ich hierarchii — ale tak naprawdę chodziło o to, że nie byłem debiutantem. Na rynku wydawniczym krążyły moje powieści. Napisałem jakby nie patrząc ich kilka.

— Cześć, wpadłem by zapytać o spotkanie autorskie, o którym pisałeś w e-mailu.

— Aha — wyczułem w jego głosie zawód. — Sądziłem, że przyszedłeś rozmawiać o pogadance. Że skłonisz się na propozycję wykładu. Wiesz, w sumie masz doświadczenie jako autor. Znasz podstawy warsztatu. Wiesz, co i jak z wydawcami… — urwał. Westchnął. Podrapał się po niewielkim zaroście i widząc moje niezdecydowanie kontynuował z przejęciem:

— Spotkanie ma być za tydzień. Może wtedy pokusisz się o ujawnienie drogi, którą pokonałeś by zaistnieć? Jesteś najlepszy. — Schlebiał.

Spojrzałem na tego krępego, niewysokiego człowieka z gęstą czupryną i kiwnąłem twierdząco. Połaskotał moje ego. Łatwo było w tym układzie się zgodzić. Uśmiechnął się, widząc moją akceptację. Nie ukrywał zadowolenia.

— Czemu nie — odparłem. — Ale to jest droga przez mękę. Nie wiem, czy uda mi się zachęcić młodych adeptów. — Przez moment wątpiłem. Lecz nie Ben.

— Miałeś strzał w dziesiątkę. Pierwszy tekst i od razu bestseller. O tym mów. To ich zmotywuje. Jesteś sławny nie tylko w Maron-City. Nie tylko w Montanie. Twoje książki cieszą się popularnością. Nie zaprzeczaj. — Popatrzył na mnie niemal karcąco widząc grymas wątpliwości na mojej twarzy.

— Zwykłe szczęście debiutanta — przerwałem, równocześnie rozglądając się po pomieszczeniu. Interesowały mnie zasoby półek. Książki. Klub dysponował okazałymi zbiorami. Wzrokiem szukałem czegoś dla siebie. Ale Ben nie ustępował.

— Może i szczęście debiutanta, tych jest wielu. Sam przyznasz. Lecz niewielu ma taki fart jak ty miałeś… Wierzę, że potrafisz im dodać skrzydeł. — Umilkł, spojrzał na mnie z zaciekawieniem i nagle zmieniając temat spytał:

— A coś ty taki tekst wywalił na Facebooku, o destrukcji? Śledziłem nagonkę na ciebie. Nie wiem czy zauważyłeś, ale zabrałem głos w dyskusji.

— Tak, widziałem. Dzięki. Rozumiesz więc, że miałem podstawy by się wkurzyć na nie merytoryczną, a złośliwą krytykę tego pisarza. Wielki Szu, jak go nazwałem zjechał mój tekst…

— Który tekst? — Ben spoglądnął zaciekawiony. Jego grzywka opadła na oczy, po czym dodał: — Nie udało mi się wywnioskować nic konkretnego z tego bełkotu. Nie mogłem się połapać o jakiej książce pisze ten Wielki Szu. –Przechylił głowę i opierając się o blat biurka, przy którym stałem, zamarł w oczekiwaniu na odpowiedź.

— A którą nie? Od tego należałoby zacząć. Facet się mnie czepia. Nie daje żyć. Pisać spokojnie. Gdyby mieszkał niedaleko spotkałbym się z nim w cztery oczy i spytał, o co tak naprawdę mu chodzi. Ale on mieszka w Nevadzie. A tam się nie wybieram.

— Tak ogólnie w sieci cię szkaluje? Nie tylko na Facebooku?

— Szkaluje? Mało powiedziane. Jeździ po mnie z takim upodobaniem jakby miał ledwie ziejącą szkapę pod sobą, którą planuje wykończyć. Na swojej stronie też nie zostawia na moich tekstach suchej nitki. Mam tego dość, a co gorsza inni mu wtórują…

— Czytelnicy? — Ben aż usiadł.

— Nie, coś ty. Nie oni. Ale to rzutuje na ich postrzeganie mnie, jako autora. Obawiam się, że z czasem się to zemści także na sprzedaży, która i tak już jest kiepska.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.51
drukowana A5
za 51.43