Prolog
Bałtyk. Noc
Pierwszy zniknął kontenerowiec.
Nie naprawdę. Radar nadal go widział, transponder odpowiadał, radio działało. Tylko nawigacja pokazywała statek prawie dwa kilometry od miejsca, w którym rzeczywiście płynął.
Chwilę później pozycję stracił prom idący ze Szwecji do Gdańska. Potem dwa kutry rybackie, holownik i tankowiec wchodzący na tor podejściowy.
Na ekranach centrum kontroli ruchu pojawiały się kolejne ostrzeżenia. Statki przeskakiwały po mapie, jakby ktoś przesuwał je palcem. Jeden z systemów uparcie umieszczał prom kilkanaście kilometrów od brzegu, na lądzie.
— Znowu — mruknął dyżurny.
— Kaliningrad?
— A kto inny?
Problem nie kończył się na morzu. Nawigacje samochodowe wariowały w Trójmieście i dalej na wschód. Ciężarówki jadące obwodnicą Gdańska dostawały komunikaty, że zjechały z trasy. W rejonie Przesmyku Suwalskiego odbiorniki gubiły pozycję całymi sektorami. To samo meldowała Litwa.
Na mapach operacyjnych wyrastały dwie czerwone plamy. Jedna nad Bałtykiem i Zatoką Gdańską. Druga ciągnęła się przez północno-wschodnią Polskę ku Litwie.
ORP „Twardowski” znajdował się wysoko nad morzem, tam gdzie atmosfera była już tylko cienką warstwą pod kadłubem.
Porucznik Anna Zaorska siedziała w fotelu pilota z obręczą interfejsu opartą o skronie. Kiedyś podczas pierwszych prób okrętu żartowała, że łatwiej będzie się z nim rozstać, jeśli wybuchnie. Nie wybuchł. Zamiast tego zdążył stać się miejscem, które znała lepiej niż własne mieszkanie.
— Sektor B? — zapytał komandor Konrad Orzeł.
Operator powiększył mapę.
— Zatoka Gdańska, podejścia do portów, część wybrzeża. GPS leży. Galileo dostaje po głowie razem z nim.
— Żegluga?
— Problemy z pozycjonowaniem. Jeden prom miał rozjazd ponad trzy kilometry.
Druga plama zapaliła się na wschodzie.
— Sektor C. Suwalszczyzna i Litwa. Nawigacja drogowa też wariuje.
Zaorska spojrzała na czerwone pole.
— Tym razem rozkręcili się bardziej.
— Sprawdzają, ile mogą — powiedział Orzeł.
Na kanale zewnętrznym piknęło połączenie.
Dwa znaczniki pojawiły się wysoko nad Bałtykiem. Nie nadleciały. Po krótkim błękitnym błysku po prostu znalazły się obok korwety.
Dwa Sokoły.
— Grom Jeden do „Twardowskiego”. Widzimy was — odezwała się Viki przez radio z kabiny Sokoła.
Sekundę później wszedł spokojniejszy głos Vane’a.
— I niestety słyszymy.
Viki nie dała mu skończyć.
— Co tam słychać, grubaski?
Na mostku ktoś parsknął śmiechem.
Zaorska włączyła nadajnik.
— Uważajcie, śledzie. Gruby „Twardowski” jedzie.
— Słyszałeś? Grozi nam.
— Zanotuję w raporcie — odpowiedział Vane.
— I przestań mówić do korwety „grubasek”.
— Ale przecież jest gruba.
Zaorska zerknęła na wskaźnik obu Sokołów.
— Tylko gruby ma większe działa.
— Wycofuję „grubaska” — odpowiedziała Viki.
Orzeł odchrząknął.
— Jak skończycie spotkanie towarzyskie, mamy robotę.
Sokoły rozsunęły się. Jeden poszedł wyżej, drugi odszedł na wschód. Na ekranach „Twardowskiego” pojawiły się dwa źródła emisji po rosyjskiej stronie.
— Mam je — powiedział Vane.
— Ja też. Jedno wali cały czas, drugie pracuje impulsami — dodała Viki.
W tej samej chwili jeden z rosyjskich radarów zmienił charakter pracy. Wskaźnik na mostku zapiszczał ostrzej.
— Patrzą na nas — powiedziała Zaorska.
Viki obróciła Sokoła niemal w miejscu. Maszyna zniknęła z jednego sektora i pojawiła się kilkanaście kilometrów dalej. Vane zrobił to samo spokojniej, bez komentarza.
— Śledzący — zameldował operator.
Orzeł patrzył na mapę jeszcze sekundę.
— Bez nerwów. Niech patrzą.
Zakłócenia nad Bałtykiem rosły. Kolejny statek meldował utratę pozycji. Na wschodzie część cywilnych odbiorników wypadła całkowicie.
Zaorska spojrzała na Orła.
— To co?
Oficer walki elektronicznej odwrócił się od konsoli.
— Mogę im odpowiedzieć.
— Bez fajerwerków — powiedział Orzeł.
— Szkoda — odezwała się Viki.
Vane westchnął.
— Viki.
— Już milczę.
Zaorska uniosła kącik ust.
— Zróbmy im psikusa.
Obwód kaliningradzki. Stanowisko zakłóceń
Major Siergiej Antonow stał w bunkrze przed ścianą monitorów. Na zewnątrz wielkie anteny obracały się powoli ku Bałtykowi i Litwie.
— Jeszcze dziesięć procent — powiedział.
— Towarzyszu majorze, pracujemy już wysoko.
— Dziesięć procent.
Operator wykonał polecenie.
Antonow spojrzał na mapę z satysfakcją. Nie chodziło o wojnę. Wojna była kłopotliwa. Chodziło o przypomnienie sąsiadom, że wystarczy nacisnąć kilka przycisków, aby statki, ciężarówki i samochody przestały wiedzieć, gdzie są.
— Polacy reagują?
— Nic szczególnego.
— Litwini?
— Protestują.
Antonow uśmiechnął się.
— Czyli normalnie.
Wtedy wszystkie monitory zrobiły się białe.
Pierwsza szafa strzeliła iskrami. Druga odpowiedziała głuchym trzaskiem. Zgasło światło, zatrzymały się wentylatory, a z korytarza dobiegł krzyk technika.
Awaryjne lampy zapaliły się na czerwono.
Antonow patrzył na herbatę spływającą mu po rękawie.
— Iwan…
— Towarzyszu majorze?
— Co to było, pies jego mać?!
Chorąży uderzył dłonią w martwą konsolę.
— Nie wiem. Jakieś zwarcie.
— Anteny?
— Nie odpowiadają.
— Daj do sztabu.
Iwan podniósł słuchawkę, posłuchał ciszy i odłożył ją.
— Nie mogę.
— Co znaczy „nie mogę”?
— Telefony też wysiadły.
Antonow przez chwilę nic nie mówił.
— Radio.
Z głośnika dobiegł trzask. Potem zapachniało spaloną izolacją.
Major powoli odwrócił głowę.
— Iwan.
— Tak?
— Powiedz mi, że to było zwarcie.
Chorąży spojrzał na rząd martwych komputerów.
— Duże zwarcie.
Na „Twardowskim” czerwone plamy zaczęły gasnąć.
Najpierw Bałtyk. Potem Zatoka Gdańska. Kilkanaście sekund później wróciły sygnały na Suwalszczyźnie i Litwie.
Prom znowu znalazł się na morzu. Kontenerowiec wrócił na swój tor. Samochody przestały według nawigacji jeździć po polach.
— Oba źródła martwe — zameldował operator.
Oficer łączności uniósł kciuk do kolegi przy konsoli, złożył palce w pistolet i dwa razy „strzelił”. Potem dmuchnął w palce jak kowboj w lufę rewolweru.
Zaorska zobaczyła gest kątem oka.
— Bardzo profesjonalnie.
— Dziękuję, pani porucznik.
— To nie był komplement.
Mężczyzna spojrzał na wygaszającą się mapę zakłóceń.
— Teraz mają grochówkę z bigosem. Tydzień spokoju.
Viki natychmiast weszła na kanał.
— Co mają?
— Grochówkę z bigosem. Wszystko w jednym garnku i nic nie działa.
Viki roześmiała się.
— Tydzień? — zapytała Zaorska. — Optymista.
— Dwa dni — powiedział Orzeł.
— Trzy — dorzucił Vane.
— Stawiam na cztery — powiedziała Viki.
„Twardowski” zaczął odchodzić na zachód. Dwa Sokoły ustawiły się po bokach korwety.
— Grom Jeden do grubaska. Wracamy do domu.
Zaorska pokręciła głową.
— „Twardowski” do śledzi. Nie lećcie za szybko. Jeszcze się przewrócicie.
— To gruby powinien uważać na zakrętach.
— Grom, koniec pogaduszek — powiedział Vane.
Przez kilka sekund oba Sokoły leciały obok korwety. Potem dwa błękitne błyski przecięły czerń i maszyny zniknęły.
Zaorska patrzyła jeszcze chwilę w puste miejsce.
Kilka lat wcześniej Polska kupowała samoloty, radary i rakiety od tych, którzy chcieli jej je sprzedać. Teraz własna korweta wracała z patrolu nad Bałtykiem, a dwa polskie myśliwce potrafiły w sekundę zniknąć z nieba.
Nie niepokoiło jej to, jak wiele się zmieniło.
Niepokoiło ją, jak szybko wszyscy zaczynali uważać to za normalne.
Rozdział 1. Wisła
Pół godziny do przyszłości
Warszawa. Centrum Operacji Niejawnych ABW „Wisła”. Dwa dni przed spotkaniem w Pałacu Prezydenckim.
Major Marta Wolska odsunęła kubek z wystygłą herbatą. Dyżur skończył jej się godzinę temu, ale zmiennik utknął na odprawie i nikt nie miał ochoty samodzielnie przejmować jego stanowiska. Horyzont Zdarzeń zajmował większość ekranu. Na drugim przewijała się kolejka wniosków od służb.
— Idziesz do domu? — zapytał Robert Bielski, nie odrywając oczu od własnego pulpitu.
— Jak przyjdzie ktoś, kto mnie zastąpi.
— To znaczy, że zostajesz do jutra.
Robert był porucznikiem przydzielonym do wspólnego zespołu analitycznego. Siedział dwa biurka dalej, ze słuchawkami na uszach, i sprawdzał dane spływające z sieci policyjnych. Oko pracowało pod Wujkiem. Tutaj dostawali tylko przydzieloną część jego możliwości, ograniczoną przez wojskowe filtry i uprawnienia. Wszystkie zespoły korzystały z tego samego artefaktu. Kolejnego nie było skąd wziąć.
Marta spojrzała na zegar. Za czterdzieści minut miała zacząć przegląd zabezpieczenia wizyt zagranicznych. Na liście znajdował się również ambasador Stevens, który coraz częściej domagał się spotkań poza zwykłym terminarzem.
— Mam coś — odezwał się Robert.
— Z polityki?
— Dzisiaj mam szczęście. Napad.
Przesłał jej obraz. Zwykła ulica w Opolu, kilka zaparkowanych samochodów i wejście do banku. Po prawej stronie widniał przedział czasowy: trzydzieści sześć do czterdziestu czterech minut. Horyzont zaznaczył dwa możliwe pojazdy oraz miejsce, w którym napastnicy mogli zatrzymać samochód.
— Skąd to wziąłeś?
— Zbieżność przygotowań. Kradzione tablice, przejazd pod kamerą i wcześniejsze rozpoznanie wejścia. Model złożył to w jeden wariant.
— Z jaką pewnością?
— Sześćdziesiąt osiem procent. Rośnie.
Marta przysunęła fotel. Na nagraniu samochody stały nieruchomo. Wszystko, co miało się wydarzyć za kilkadziesiąt minut, istniało na razie wyłącznie w prognozie. Horyzont wyliczał możliwe następstwa, lecz każda decyzja ludzi mogła zmienić wynik.
— Policja ma dostać ostrzeżenie. Bez zatrzymywania pół miasta.
Robert zdjął słuchawki i wybrał numer dyżurnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Opolu. Włączył szyfrowany kanał, podał identyfikator i poczekał na potwierdzenie.
— Tu wojskowy zespół analityczny. Mamy wiarygodne ostrzeżenie o możliwym napadzie na bank w centrum Opola. Przedział czasowy za około czterdzieści minut. Dane przekazuję na wasz terminal.
Słuchał przez chwilę.
— Nie, nie mamy świadków z miejsca. To analiza operacyjna. Proszę o dyskretne sprawdzenie wskazanych pojazdów i ochronę placówki. W razie zmiany dostaniecie kolejny komunikat.
Odłożył słuchawkę.
— Pytali, skąd wiemy.
— I co powiedziałeś?
— Że mamy dobre źródło.
— W końcu ktoś powie, że jesteśmy wróżbitami.
— Oby tylko nie kazali nam obstawiać meczów.
Po kilkunastu minutach na ekranie pojawił się meldunek z Opola. Nieoznakowany radiowóz rozpoznał jeden z samochodów. Kierowca zawrócił na widok patrolu. Drugi pojazd odjechał boczną ulicą, zanim policjanci zdążyli zbliżyć się do banku.
Robert uruchomił ponowną analizę. Czerwony znacznik przy banku zbladł, a prawdopodobieństwo napadu spadło do kilkunastu procent.
— Widzisz? — powiedział. — Nasza interwencja zepsuła prognozę.
— Tak miało być.
— A szkoda. Była wyjątkowo dokładna.
— Pogratuluj policjantom, kiedy kogoś zatrzymają. Na razie wiemy tylko, że odjechali.
Robert dopisał tę uwagę do raportu. Marta zamknęła sprawę na swoim ekranie i wróciła do listy zagrożeń dotyczących osób chronionych. Na samym szczycie widniały kolejne wizyty, spotkania i wyjazdy. Większość z nich nie miała nic wspólnego z zamachami. Każdą trzeba było jednak sprawdzić.
— Jeden dobry uczynek na dziś — stwierdził Robert, odchylając fotel.
— Łatwo ci mówić. Ja pilnuję polityków.
— Bo ty pracujesz z VIP-ami.
— To się zamień.
Robert nałożył słuchawki z powrotem.
— Jednak lubię banki.
Następnego dnia Marta przyszła na późniejszą zmianę. Pierwsze dwie godziny poświęciła Wstędze. Wczorajszy dyżur należał do Horyzontu, który próbował określić, co może się wydarzyć. Wstęga pozwalała wracać do tego, co już się stało. Nazwy niekiedy mylili nawet ludzie z uprawnieniami do obu systemów.
Na biurku czekała lista zleceń. Policja prosiła o pomoc w niewyjaśnionych sprawach. Skarbówka chciała sprawdzić dawne przepływy pieniędzy, kontrwywiad przysłał kilka pilnych sygnatur. Każdy wniosek zawierał uzasadnienie, zakres poszukiwań i dane, do których zespół miał prawo zajrzeć.
— Wszystko na wczoraj? — zapytała dyżurnej, która podawała jej terminal.
— Jak zwykle. Trzy wnioski wróciły z poprawkami. Jeden nie ma zgody prokuratora.
Marta odłożyła ten ostatni na bok. Oko nie zwalniało nikogo z obowiązku uzyskania upoważnienia. Nawet wojskowi musieli czasem czekać, aż ktoś postawi odpowiednią pieczątkę.
Pierwsza sprawa dotyczyła zniknięcia transportu części elektronicznych sprzed siedmiu miesięcy. Magazyn miał zapis wyjazdu ciężarówki, lecz numer rejestracyjny należał do pojazdu, który tamtego dnia stał w warsztacie. Dochodzenie utknęło na sfałszowanych dokumentach.
Marta wprowadziła datę, miejsce i numer plomby z protokołu załadunku. Wstęga odrzuciła pierwsze żądanie. Sygnatura była zbyt słaba. Dodała skan przepustki magazynowej oraz zapis z ocalałej kamery przy bramie.
Tym razem obraz się otworzył.
W podglądzie pojawił się plac sprzed kilku miesięcy. Ciężarówka ruszyła od rampy, zatrzymała się na chwilę przy portierni, po czym wyjechała za szlaban. Marta cofnęła zapis o kilkadziesiąt sekund. Na kabinie widniało oznaczenie firmy transportowej, której nazwę ukryto w dokumentacji dostawy.
— Mamy przewoźnika — powiedziała do siedzącego obok analityka.
— W aktach jest inna firma.
— To sprawdźcie, kto wystawił przepustkę. I porównajcie grafik ochrony.
Analityk zapisał fragment rekonstrukcji w pakiecie dla prowadzących dochodzenie. Marta cofnęła się jeszcze raz do momentu otwarcia bramy. Wstęga pokazała strażnika, który przepuścił samochód bez obejrzenia dokumentów. Twarzy kierowcy nadal nie było widać.
— Dalej?
— Dalej muszą popracować ludzie — odpowiedziała. — Daj im to, co mamy.
Następne żądanie dotyczyło kradzieży samochodu. Wnioskodawca nie podał godziny ani miejsca, tylko nazwisko właściciela. Marta odesłała formularz do uzupełnienia. W trzeciej sprawie po kilku minutach odtworzyła fragment rozmowy zarejestrowanej przy przejściu granicznym, ale bez właściwego punktu odniesienia dalsza rekonstrukcja rozpadła się na niepowiązane obrazy.
Po dwudziestym wniosku wyłączyła terminal. Część spraw czekała nadal w kolejce. Pracowali na zmianach, dzielili dostęp i wyznaczali pierwszeństwo, ponieważ całe to zaplecze opierało się na jednym krysztale i urządzeniach, które potrafiły z nim współpracować.
Robert znalazł ją w pokoju socjalnym, kiedy nalewała wody do czajnika.
— W Opolu zatrzymali dwóch — powiedział. — Trzeciego szukają.
— Mieli broń?
— W samochodzie znaleźli pistolety. Bank był wytypowany. Policja potwierdziła.
Marta skinęła głową.
— To im wyślij podziękowania. Bez nich mielibyśmy tylko wykres.
— A ty?
— Wracam do roboty. W kancelarii prezydenta szykują kolejną wizytę ambasadora.
Robert spojrzał na jej kubek.
— Nawet herbaty nie zdążyłaś wypić.
Marta zabrała kubek, zanim zdążył dolać sobie wody.
— Tym razem wypiję po drodze.
Rozdział 2. Orzysz
Orzysz. Poligon wojskowy.
Od rana padało. Rosomaki grzęzły w koleinach, a kierowcy klęli przy każdym zakręcie. Dowództwo zarządziło pokaz dla ważniaka z Warszawy. Kapral Roman Henryak żałował, że gość nie przyjechał wczoraj. Wtedy przynajmniej nie padało.
— Heniek! — rozległo się za jego plecami. — Możesz wreszcie przestać oglądać gołe baby w telefonie?
Kapral schował aparat tak szybko, że niemal upuścił go do kałuży.
— Panie sierżancie, ja tylko…
— Wiem, co tylko. Do czwórki. Zaraz ruszamy.
Sierżant Andruszewski minął go, nie zwalniając kroku. Heniek pobiegł do Rosomaka. Heniek miał dwadzieścia jeden lat. W wojsku nikt nie używał imienia Roman.
Kierowca czekał z włączonym napędem. Heniek wdrapał się do przedziału bojowego, zamknął właz i sprawdził stanowisko operatora. Woda spływała po bezzałogowej wieży, ale grzałki osłon optycznych utrzymywały czujniki w czystości. Na ekranie pojawiła się sylwetka najbliższego Borsuka.
— Załoga czwarta, meldować gotowość — odezwał się Andruszewski.
— Kierowca gotów.
— Uzbrojenie gotowe — powiedział Heniek.
— Przejście na tryb ćwiczebny. Potwierdzić blokadę strzału.
Heniek przeszedł przez komunikaty systemu. Zgoda na użycie uzbrojenia była wyłączona. Nawet gdyby komputer podał gotowe rozwiązanie ogniowe, operator miał zobaczyć jedynie symulację.
— Blokada potwierdzona.
Na głównym ekranie zaświecił się napis AMBER. Program wyrósł z doświadczeń TOPAZ-u, lecz został zaprojektowany na nowo do pracy każdej jednostki także po odcięciu łączności. Andruszewski nie interesował się kodem. Chciał, żeby jego wóz widział cele, a po zerwaniu sieci nadal rozpoznawał swoich.
— Czwórka, tutaj dowodzenie. Cele ruchome na drodze północnej. Cztery wozy. Namierzyć, bez strzelania. To własne Borsuki.
— Przyjąłem — odpowiedział sierżant.
AMBER zebrał położenia z sensorów i sieci poligonu. Komputer wieży przyjął wskazania. Lufa podążyła za pierwszym Borsukiem, z obliczonym wyprzedzeniem.
— Cztery cele, prędkość dwadzieścia kilometrów na godzinę — zameldował Heniek. — Pierwszy prowadzi kolumnę, odstęp pięćdziesiąt metrów.
Andruszewski przyjrzał się obrazowi.
— Dobrze. Trzymaj drugi. Nie gub go za nasypem.
Borsuk schował się za wałem. Kamera straciła go na chwilę, lecz system nadal przewidywał tor ruchu na podstawie wcześniejszej prędkości. Znacznik zżółkł. Kiedy pojazd wyjechał zza przeszkody, wrócił zielony.
— Trafiłbyś? — zapytał sierżant.
— Gdyby nam kazali.
— To dobrze, że nie kazali.
Kilkaset metrów dalej piechota w egzoszkieletach przekraczała rozmokły rów. Żołnierze wyglądali, jakby nic nie ważyły im plecaki, ale błoto nadal wciągało buty. Za nimi ruszył Borsuk z czarnego kompozytu. Podczas pierwszych prób podobne wozy przyciągały wszystkich oficerów. Teraz operatorzy narzekali głównie na czas potrzebny do umycia podwozia.
Na kanale dowodzenia odezwał się pułkownik prowadzący pokaz.
— Za chwilę dodatkowy element. Gość z Warszawy chciał zobaczyć, jak zachowujecie się przy zagrożeniu z powietrza.
— To czemu nie przywiózł sobie parasola? — mruknął Heniek.
Andruszewski usłyszał.
— Pilnuj ekranu.
W górnym rogu pojawił się czerwony symbol. Początkowo bez oznaczenia jednostki. Po chwili poligonowe sensory przesłały kierunek i prędkość. Obiekt nadlatywał od północy, znacznie szybciej niż wszystko, co dotąd śledzili.
— Kontakt powietrzny — powiedział Heniek. — Brak potwierdzenia identyfikacji.
— Jaka wysokość?
— Maleje. Idzie wzdłuż granicy sektora.
AMBER przekazał znacznik do komputera wieży. Lufa Rosomaka uniosła się gwałtownie i zaczęła nadążać za celem. Na optyce pojawił się smukły myśliwiec. Program porównał sylwetkę z biblioteką rozpoznawczą.
MiG-29 — IDENTYFIKACJA WSTĘPNA
IFF — NIEPOTWIERDZONY
Heniek powiększył obraz.
— MiG. Nasz czy cudzy?
— Na tym poligonie? Zgadnij — odpowiedział Andruszewski. — Trzymaj śledzenie, ale ręce z dala od ognia.
Przelatujący samolot przyspieszył. Wieża obróciła się za nim, a na ekranie pojawiło się rozwiązanie symulowane. Przez ułamek sekundy celownik utrzymał znacznik w dopuszczalnym oknie trafienia. Heniek wcisnął przycisk rejestracji próby.
— Czwórka do dowodzenia. Cel powietrzny przechwycony. Symulacja zaliczona.
— Przyjąłem. Możecie przekazać mu wynik.
Andruszewski skinął na kaprala.
— No, Heniek. Powiedz mu.
Kapral włączył kanał ćwiczebny lotnictwa.
— Tu Rosomak czwórka do latającej puszki po szprotkach. Właśnie zostałeś zestrzelony. Wisicie nam piwo.
Przez chwilę w głośniku było słychać tylko szum.
— Szprotki z Malborka do chłopaków w konserwach — odezwał się pilot. — Gratulujemy. Następnym razem spróbujcie nas dogonić.
MiG poderwał nos i odszedł nad wyznaczony sektor.
— Miałeś powiedzieć krótko — zauważył Andruszewski.
— Przecież było krótko.
— To dzisiaj ty czyścisz optykę.
Pułkownik odwrócił się do gościa z Warszawy. Na monitorze nadal świecił wynik symulacji.
— Jak pan widzi, wszelkie środki napadu powietrznego, począwszy od komarów i much, a skończywszy na dronach i pociskach kierowanych, robią się przy takim sprzęcie bezużyteczne.
Gość spojrzał na niego, niepewny, czy ma się śmiać.
W Rosomaku Heniek słyszał wypowiedź przez otwarty jeszcze kanał pokazowy.
— To niech pan pułkownik powie tym komarom, co mnie wczoraj w namiocie żarły — mruknął.
— Powtórz głośniej — powiedział Andruszewski. — Zobaczymy, czy pułkownik też ma poczucie humoru.
Heniek wrócił do optyki. Cztery Borsuki znowu wjeżdżały na drogę północną. Dowodzenie wywołało czwórkę do następnego przejścia ćwiczenia, a kierowca Rosomaka poprosił o zgodę na zmianę stanowiska.
— Ruszaj — powiedział sierżant. — Zanim nas tu całkiem zakopie.
Rozdział 3. Definicja demokracji
Prezydent Edmund Kliszewski kończył trening, gdy szef kancelarii zajrzał do sali.
— Ambasador Stevens czeka przed gabinetem.
Kliszewski odpiął rękawice.
— Nie był umówiony.
— Twierdzi, że sprawa jest pilna.
— Wszystkie jego sprawy są pilne.
Uderzył w worek jeszcze raz. Skóra zatrzeszczała, ciężki kształt odsunął się i wrócił. Godzina treningu była jednym z niewielu fragmentów dnia, których prezydent bronił przed odprawami i ludźmi przekonanymi, że ich kryzys powinien natychmiast stać się jego kryzysem.
Arthur Stevens wszedł, zanim zdążono go oficjalnie zaprosić.
Kliszewski rzucił sportową bluzę na oparcie kanapy. Koszulka kleiła mu się do pleców.
— Art, do cholery, miałem mieć godzinę na worku.
Ambasador zamknął drzwi.
— Twój worek będzie musiał poczekać.
Usiadł bez pytania. Na kolanie położył cienką teczkę. Był spokojny. Tak samo spokojny bywał podczas rozmów o kontraktach, gwarancjach finansowych i bezpieczeństwie, kiedy za każdym zdaniem stały liczby większe niż budżety niektórych państw.
— Mój czas nie jest otwartym bufetem dla dyplomatów — powiedział Kliszewski.
— Twój czas nie dotyczy już wyłącznie ciebie.
Prezydent sięgnął po ręcznik.
— To będzie ciekawa rozmowa.
Stevens otworzył teczkę.
— Wasz premier zablokował przelewy związane z zakupem myśliwców piątej generacji. Kontrakt na systemy przeciwlotnicze został odłożony. Program pojazdów pancernych zawieszono. Mówimy o miliardach dolarów i tysiącach miejsc pracy.
— W Polsce również są miejsca pracy.
— Nie sprowadzajmy tego do przemówienia wyborczego.
Na stole pojawiły się zestawienia kontraktów, harmonogramy płatności i raporty z nazwami kancelarii, których Kliszewski wcześniej nie widział.
— Dochodzą do nas informacje o utajnionych programach energetycznych i kosmicznych — ciągnął Stevens. — Pieniądze z zamrożonych umów przepływają przez fundusze celowe i projekty, do których wasi partnerzy nie mają dostępu. Rozbudowujecie zaplecze przemysłowe, stocznie, programy napędowe. Odmawiacie danych o źródłach technologii.
— Brzmi, jakbyście byli dobrze poinformowani.
— Niewystarczająco.
Kliszewski nalał sobie wody. Stevensowi nie zaproponował.
— Czego oczekujesz?
— Pełnego audytu.
— Jakiego?
— Finansowego, technologicznego i wojskowego. Dostępu ekspertów do wybranych instalacji i laboratoriów. Wspólnego nadzoru nad technologiami, które mogą naruszyć równowagę strategiczną.
Kliszewski odstawił szklankę.
— Czyli chcecie wejść na Lunę.
Stevens milczał przez chwilę.
— Luna jest jednym z elementów.
— A pozostałe?
— Zakłady energetyczne. Ośrodki badawcze. Stocznie. Programy napędowe.
— Co jeszcze? Kopalnie? Serwerownie? Mój gabinet?
— Jeżeli Polska nadal uważa się za część wspólnego systemu bezpieczeństwa, nie może budować całych obszarów wyłączonych z kontroli partnerów.
— Kontroli czy wiedzy?
— W tym przypadku różnica jest niewielka.
Kliszewski patrzył na niego przez moment.
— Kiedy sprzedawaliście nam broń z zamkniętym kodem, ograniczeniami użycia i serwisem zależnym od producenta, nikt nie pytał, czy nam to odpowiada.
— Dostawaliście zdolności, których nie potrafiliście zbudować sami.
— I płaciliśmy za nie.
— Płaciliście też za wejście do systemu, który gwarantował wam bezpieczeństwo.
— Gwarantował?
Stevens oparł się wygodniej.
— Edmund, nie jesteśmy na wykładzie z historii. Wiesz, gdzie znajdowałaby się Polska bez parasola sojuszniczego.
Kliszewski znał ten ton z historii rozbiorów. Rosyjscy dyplomaci również zapewniali kiedyś Polaków, że ograniczenie ich samodzielności służy ich bezpieczeństwu.
— Świat się zmienia, Art. Musimy mieć zdolności, które będą działały również wtedy, gdy cudzy serwis, zgoda albo aktualizacja przestaną być dostępne.
— Jakie zdolności?
— Polskie.
Stevens pochylił się.
— To nie jest odpowiedź.
— Jedyna, jaką dostaniesz.
Ambasador zamknął teczkę.
— Ludzie, którzy wspierali stabilność waszego kursu politycznego, nie ponosili kosztów po to, żebyście teraz urządzali eksperyment z suwerennością budżetową.
— Jakich ludzi masz na myśli?
— Nie udawaj naiwnego.
— Powiedz to bez eufemizmów.
Stevens ominął pytanie.
— Kontrakty, dostęp do technologii, gwarancje finansowe, obecność wojskowa i pozycja w strukturach międzynarodowych tworzą jeden system. Nie możecie wyjmować z niego wygodnych elementów i oczekiwać, że cała reszta pozostanie bez zmian.
— Brzmisz jak wierzyciel.
— Jeżeli chcesz tak na to patrzeć.
— To ty tak patrzysz.
Stevens przesunął teczkę bliżej siebie.
— Potrzebuję dokumentacji nowych projektów. Listy laboratoriów. Danych dotyczących napędów i źródeł energii. Zgody na wysłanie zespołu technicznego do obiektów orbitalnych.
— Potrzebujesz?
— W imieniu wspólnego bezpieczeństwa.
— Czyjego?
— Całego regionu.
— I jeśli odmówię?
Stevens patrzył na niego dłużej.
— Pogorszysz swoją sytuację.
Kliszewski poczuł zmianę oddechu. Stary odruch boksera. Przeciwnik jeszcze nie uderzył, ale już przeniósł ciężar ciała.
— Potraktuj to jako przyjacielską radę — dodał Stevens.
Prezydent otarł dłonie ręcznikiem.
— Chcesz dokumentacji?
— Tak.
— Kup sobie bilet do domu.
Stevens nie poruszył się.
— Uważaj.
Kliszewski odłożył ręcznik.
— Uznaję cię za persona non grata. Próbowałeś wymusić dostęp do tajnych programów państwowych i ingerować w decyzje mojego rządu. Masz dwanaście godzin na opuszczenie Polski.
Z twarzy Stevensa zniknęła uprzejmość.
— Nie rozumiesz, co robisz.
— Rozumiem wystarczająco.
— Wypisujesz swój kraj z systemu, który utrzymywał go przy życiu przez całe pokolenie.
Kliszewski wskazał drzwi.
— Nie jesteśmy niczyją własnością.
Stevens wstał, wygładził rękaw marynarki i zabrał teczkę.
— Będziesz żałował tej rozmowy.
— Być może.
Ambasador wyszedł.
Kliszewski został sam. Dopiero wtedy zauważył, że dłonie nadal ma zaciśnięte.
Kilka kilometrów dalej w serwerowni Ministerstwa Obrony Narodowej zaczęły pojawiać się legalnie wyglądające żądania dostępu. Certyfikaty, zgłoszenia serwisowe, kontrole zgodności. Wszystko miało właściwe podpisy i właściwe klucze.
Pierwszy alarm przyszedł dopiero wtedy, gdy ktoś dobrał się do segmentów technicznych.
— Wchodzą przez ścieżki audytowe — powiedział młody operator kontrwywiadu.
Mundur wisiał na nim zbyt luźno. Dłonie poruszały się po klawiaturze szybko.
Pułkownik stojący za jego krzesłem spojrzał na mapę sieci.
— Cel?
— Programy napędowe. Sokoły. Próbują wejść głębiej.
— Odcinać.
— Jeśli odetniemy wszystko, zatrzymamy część produkcji.
— Wolę zatrzymać produkcję niż oddać dokumentację.
Operator uderzył w klawiaturę.
Na ekranie zapalił się komunikat.
PRÓBA EKSPORTU DANYCH
— Próbują uruchomić transfer.
— Zatrzymaj.
— Mogę podmienić parametry. Jeżeli ktoś zbuduje układ według tych danych, rozwali go przy pierwszym uruchomieniu.
— Nie.
Operator obejrzał się.
— Panie pułkowniku…
— Nie wiemy, gdzie trafiłyby te pliki. Nie będziemy zabijać techników tylko dlatego, że ktoś próbuje ukraść dokumentację. Zerwij połączenie.
Chłopak zawahał się sekundę, potem wykonał polecenie.
Główna magistrala zgasła. Serwery przeszły w izolację.
— Co wyszło?
Operator przejrzał logi.
— Nic. Odciąłem połączenie, zanim wyszedł pierwszy pakiet.
— To potwierdzimy później.
Na drugim końcu serwerowni ludzie wynosili papierowe segregatory do pomieszczeń bez sieci. Państwo, które jeszcze rano działało jak każdy nowoczesny system, zaczynało odcinać własne nerwy, żeby nikt obcy nie mógł nimi poruszać.
— Ktoś bardzo źle przyjął rozmowę w Pałacu — powiedział pułkownik.
Stevens szedł korytarzem bez pośpiechu.
Minął pracownika kancelarii, odpowiedział na ukłon i dopiero przy bocznej klatce schodowej wyjął szyfrowany telefon. Urządzenie nie figurowało w systemie ambasady.
Wybrał numer zapisany jako ciąg znaków.
— Piesek zerwał się ze smyczy — powiedział po angielsku. — Cel wyszedł spod kontroli. Aktywować Hycla. Dwa priorytety do korekty przestrzeni operacyjnej. Wysyłam dane.
Rozmówca nie pytał o autoryzację.
Na ekranie pojawiły się dwa nazwiska.
EDMUND KLISZEWSKI
MAREK BOGDANOWSKI
Stevens zatwierdził transfer i schował telefon.
Na zewnątrz czekał samochód z dyplomatycznymi tablicami. Wsiadł bez oglądania się na Pałac.
W podziemnym centrum operacyjnym ABW major Marta Wolska ze Służby Kontrwywiadu Wojskowego obserwowała nietypowy ruch w sieci. Od czasu zabezpieczenia Oka pracowała przy wspólnych operacjach, w których wojsko i służby korzystały z Wstęgi i Horyzontu Zdarzeń.
Wstęga pozwalała odtwarzać przeszłość. Horyzont Zdarzeń, wojskowa nakładka wykorzystująca zasoby Oka, wyliczał możliwe warianty przyszłych wydarzeń. Wolska traktowała jego wynik jak ostrzeżenie, nie wyrok.
Na mapie Warszawy pojawiła się cienka linia transmisji wychodząca ze strefy prezydenckiej.
— Mam nietypowe szyfrowanie — powiedział analityk obok.
— Źródło?
— Pałac. Potem przekaźnik komercyjny.
Marta wyświetliła kolejność zdarzeń: wejście Stevensa, jego wyjście, a chwilę później pierwszą aktywację uśpionego kontaktu w prywatnej firmie ochrony. Potem kolejne.
— Ile?
— Kilkanaście w kilka minut.
— Pokaż powiązania.
Na mapie zapaliły się dwa czerwone znaczniki. Pałac Prezydencki i kolumna premiera.
— Co pokazuje Horyzont? — zapytała Marta.
— Dwa punkty zbieżne: Pałac i kolumna premiera. Model nadal ma luki.
— Szukaj potwierdzenia.
System wychwycił fragment transmisji. Zniekształcony, krótki.
PIESEK ZERWAŁ SIĘ ZE SMYCZY. CEL WYSZEDŁ SPOD KONTROLI.
AKTYWOWAĆ HYCLA.
DWA PRIORYTETY.
Wolska nacisnęła czerwone pole.
— Stan najwyższej gotowości dla ochrony władz. Hasło: Chronić Ul. Horyzont traktować jako ostrzeżenie. Każdy wariant potwierdzać ludźmi.
— Potwierdzasz? — zapytał analityk.
— Potwierdzam.
Na stanowiskach otworzyły się zamknięte kanały SOP, GROM-u i kontrwywiadu.
Wolska podniosła słuchawkę.
— Połącz mnie z szefem kontrwywiadu i ochroną prezydenta. Bez pośredników.
— Premier?
— Zmienić trasę natychmiast. Nie przez standardowy kanał.
Kilka godzin później w sali narad pachniało kawą.
Kliszewski nadal miał na sobie sportową bluzę. Obok siedział premier Marek Bogdanowski, ściągnięty z posiedzenia rządu bez pełnego wyjaśnienia.
Wolska położyła tablet na stole.
Major Wolska nie miała nazwiska znanego opinii publicznej. Kiedy włączyła ekran, rozmowy ucichły.
— Panie prezydencie, panie premierze. Kilka minut po wyjściu Stevensa z Pałacu pojawiła się transmisja, której nie było w żadnym oficjalnym kanale.
Na ekranie pokazała sieć połączeń.
— Mamy fragment.
Głośnik zatrzeszczał.
„Piesek zerwał się ze smyczy. Cel wyszedł spod kontroli. Aktywować Hycla. Dwa priorytety do korekty przestrzeni operacyjnej. Wysyłam dane”.
Nagranie urwało się.
— Dwa priorytety? — zapytał Bogdanowski.
Na ekranie pojawiły się nazwiska.
— Pan prezydent i pan premier.
Kliszewski siedział nieruchomo.
— Co znaczy „korekta przestrzeni operacyjnej”?
Szef kontrwywiadu odpowiedział krótko.
— Wyrok.
Premier zdjął okulary.
— Oficjalna operacja?
— Nie potrafimy jeszcze zamknąć całego łańcucha — powiedziała Wolska. — Kanał przechodzi przez prywatnych kontraktorów i ludzi mających dostęp do struktur państwowych.
— Stevens działa sam? — zapytał Kliszewski.
— Nie. Ma sieć. Kto w niej reprezentuje państwo, kto biznes, a kto własny interes, tego jeszcze nie wiemy.
Wolska wskazała kolejne aktywacje.
— Kontakty i dostęp przygotowano wcześniej. Rozmowa w Pałacu tylko uruchomiła operację.
Bogdanowski założył okulary.
— Jak szybko mogą uderzyć?
— Jeżeli ludzie są już w kraju, mogą zacząć w każdej chwili — odpowiedział szef kontrwywiadu.
Pułkownik wstał.
— Ewakuujemy panów i rodziny.
— Dokąd? — zapytał Kliszewski.
— Na „Gniazdo”.
— Stację orbitalną? — zapytał premier.
— Moduły mieszkalne działają. Na Ziemi każdy bunkier zostawia ślad. Na orbicie mamy większą szansę zniknąć.
— Moje dzieci są w różnych miejscach.
— Zespoły już jadą.
Bogdanowski zacisnął szczękę.
Kliszewski podszedł do mapy Warszawy. Miasto nadal żyło normalnie. Samochody poruszały się po ulicach, ludzie czekali na przystankach. Nikt na górze nie wiedział, że ktoś właśnie uruchomił polowanie na prezydenta i premiera.
— Jeśli wyjedziemy teraz, zobaczą, że się boimy — powiedział.
— Boimy się — odpowiedział pułkownik. — Chodzi o to, żebyśmy byli żywi wystarczająco długo, żeby odpowiedzieć.
— Jak pewna jest pani tego sygnału? — zapytał Kliszewski.
— Wystarczająco, żeby nie ryzykować pańskim życiem.
— Ma pani rodzinę?
— Tak.
— Ewakuowali ją?
— Nie jestem celem.
— Nie o to pytałem.
Wolska przez chwilę patrzyła na tablet.
— Nie.
— A mnie każe pani zabrać własną.
— Tak.
— Dlaczego?
— Bo jeśli pan zginie, moja rodzina obudzi się w kraju, któremu w kilka godzin odcięto głowę.
Kliszewski wrócił do stołu.
— Dobrze. Ewakuacja.
— Edmund… — zaczął Bogdanowski.
— Nie mamy czasu.
Prezydent zwrócił się do pułkownika.
— Zasada przejmuje operacyjne kierowanie siłami na Ziemi. Rząd działa dalej. Żadnych gwałtownych decyzji bez potwierdzenia.
— Tak jest.
— Stevens?
— Obserwujemy go do wyjazdu.
— Może znać wykonawców — zauważyła Wolska.
— Tym bardziej niech uważa, że niczego nie wiemy. Każdy jego kontakt może nas do nich doprowadzić.
— Definicja demokracji jest prosta w przemówieniach — powiedział Kliszewski. — Gorzej, kiedy ktoś silniejszy zaczyna mówić ci, co masz kupować i komu wolno zaglądać do twojego państwa.
Bogdanowski oparł dłonie na stole.
— I co wtedy?
— Wtedy sprawdzamy, czy to jeszcze demokracja.
Drzwi otworzyły się bez pukania.
— Transport gotowy — zameldował oficer ochrony. — Rodziny są podejmowane.
Kliszewski ruszył ku wyjściu.
Rozdział 4. Operacja „Hycel”
Warszawa. Pałac Prezydencki
John, dowódca sekcji uderzeniowej SAD CIA, sprawdził tętno na opasce.
Spokojne. Jak na ćwiczeniach.
Jego ludzie byli w Pałacu od kilku godzin. Część miała polskie mundury, inni poruszali się jako personel techniczny. Prawdziwe identyfikatory. Prawdziwe kody przejść. Ktoś przygotował im drogę dużo wcześniej.
W słuchawce odezwał się głos koordynatora.
— Cel opuszcza strefę wewnętrzną.
John sprawdził broń.
Kliszewski był dla niego nazwiskiem w pliku. Zdjęciem. Trasą. Człowiekiem, którego należało usunąć.
Nie musiał go nienawidzić.
Pierwsza sekcja miała zamknąć korytarz prowadzący z gabinetów. Druga odciąć dojście do szybu ewakuacyjnego. Reszta zabezpieczała wyjście.
Wszystko było gotowe.
Nie wiedzieli tylko, że po drugiej stronie ktoś już na nich czekał.
W centrum operacyjnym Horyzont Zdarzeń zestawił kolejne nieprawidłowości: identyfikator pojawiający się w dwóch miejscach, ruch w zamkniętym sektorze i krótką transmisję, której nie powinno tam być. Wolska zestawiła wskazania z meldunkami SOP z Pałacu.
Dowódca zmiany SOP otrzymał ostrzeżenie, zanim Kliszewski opuścił gabinet.
— Zmiana trasy — powiedział do mikrofonu.
— Transport czeka — odpowiedział oficer SOP.
— Niech czeka. Zamknąć północne przejście.
Kliszewski zatrzymał się.
— Co jest?
— Mamy potwierdzenie zagrożenia.
Dwóch operatorów GROM-u wysunęło się przed niego z karabinkami fuzyjnymi „Gryf-4”. Trzeci sprawdził boczne drzwi.
— Panie prezydencie, proszę za mną.
Pierwsze strzały padły w korytarzu.
Nie było już czasu na pytania.
Operator chwycił Kliszewskiego za bluzę i pchnął za masywny korpus biurka.
— Chronić Ul!
Seria uderzyła w tarczę rozłożoną nad prezydentem. Z sufitu posypał się tynk.
GROM odpowiedział ogniem.
John usłyszał strzelaninę przed ustalonym sygnałem.
— Sekcja pierwsza, meldunek.
W słuchawce odpowiedział trzask.
— Sekcja druga?
— Cel zmienił trasę. Idą do szybu.
John ruszył w stronę galerii.
Z przeciwnego końca korytarza wyszedł operator GROM-u z tarczą. Drugi prowadził ponad jego ramieniem fuzyjnego „Gryfa-4”.
John strzelił.
Pociski uderzyły w kompozyt. Operator nawet się nie cofnął.
Błękitna wiązka z „Gryfa-4” przecięła korytarz.
Człowiek obok Johna dostał w pierś i runął na kolana. Płyta kamizelki pękła przy krawędzi.
— Cofamy się! — krzyknął John.
Kolejny impuls wszedł w ścianę obok jego głowy. Odłamek marmuru rozciął mu policzek.
Teraz serce waliło już inaczej.
Nie myślał o Kliszewskim.
Myślał o wyjściu.
— Wszystkie sekcje, odwrót!
Nie wszyscy odpowiedzieli.
GROM szedł za nimi. Krótkie serie. Tarcze z przodu. Bez zatrzymywania się przy rannych napastnikach.
John rzucił granat hukowy.
Biały błysk odbił się od ścian. Wizjery GROM-u przyciemniły się, ale ludzie zwolnili na moment.
Wystarczyło.
John wpadł w boczny korytarz i zniknął w technicznej części Pałacu.
Za jego plecami walka trwała.
Kliszewskiego prowadzono do ukrytej windy. Pod butami chrzęściły łuski.
— Premier? — zapytał.
Dowódca ochrony nasłuchiwał meldunków.
— Kolumna zmieniła trasę.
— Atakują go?
— Jeszcze nie wiemy.
Na końcu przejścia pojawił się człowiek z bronią.
Strzelił pierwszy.
Pocisk uderzył w tarczę. Operator odpowiedział krótką serią. Napastnik obrócił się i upadł pod ścianą.
Drzwi windy otworzyły się.
Kliszewskiego wepchnięto do środka razem z dwoma ludźmi ochrony.
Dowódca został na korytarzu.
— Jedziesz z nami — powiedział prezydent.
— Zamykam sektor.
— To rozkaz.
— Pańskim zadaniem jest przeżyć, panie prezydencie. Moim dopilnować, żeby miał pan dokąd wrócić.
Drzwi ruszyły.
Kliszewski zobaczył jeszcze, jak mężczyzna odwraca się w stronę zadymionego korytarza.
Potem metalowa płyta odcięła widok.
Winda pojechała w dół.
Aleje Ujazdowskie
Kolumna premiera pędziła w stronę wojskowego sektora Okęcia.
Trasa zmieniała się od chwili alarmu. Dwa samochody SOP osłaniały opancerzone BMW. Marek Bogdanowski siedział z tyłu, zapięty pasem, z telefonem w dłoni, który od kilku minut nie pokazywał niczego poza komunikatami ochrony.
Pułkownik Rawicz obserwował ekran.
Pojawiło się ostrzeżenie Horyzontu Zdarzeń.
ATAK PRAWDOPODOBNY.
KIERUNEK: PRAWA STRONA.
Rawicz obrócił się natychmiast.
— Premierze, na podłogę!
— Co?
Pułkownik odpiął pas, chwycił go za ramię i ściągnął pomiędzy siedzenia.
— Nie podnosić się!
Z bocznej ulicy wypadł ciężki SUV bez tablic.
Uderzył w samochód otwierający kolumnę.
Wóz ochrony obróciło i rzuciło na mur.
Drugi SUV zrównał się z limuzyną.
Okna opadły.
Lufy karabinów wysunęły się niemal równocześnie.
Pierwsza seria uderzyła w bok BMW.
Szyba przy premierze zbielała. Pancerz zadudnił od kolejnych trafień.
Bogdanowski leżał na podłodze, przyciśnięty Rawiczem. Każde uderzenie przechodziło przez karoserię.
Kierowca walczył z autem. Jedna z przednich opon puściła.
— Trzymaj! — krzyknął Rawicz.
Limuzyna zjechała na chodnik.
Bokiem otarła betonową barierę, potem uderzyła w SUV napastników. Przez kilka metrów oba samochody tarły o siebie. Atakujący wpadli na latarnię.
Tylny wóz SOP odpowiedział ogniem.
Na skrzyżowaniu pojawił się trzeci samochód.
Miał zamknąć przejazd.
Żołnierz w tylnym wozie eskorty opuścił szybę i wysunął lufę karabinka. Błękitny impuls uderzył w przód SUV-a. Silnik zgasł, a samochód stoczył się na zaparkowane auta.
Z rozbitego samochodu ochrony nadszedł urywany meldunek o rannych. — Przebijamy się! — krzyknął Rawicz do radia. — Okęcie! Premier żyje! Mamy rannych!
Bogdanowski próbował podnieść głowę.
— Ilu było w pierwszym samochodzie?
— Proszę zostać na dole.
— Ilu?
Rawicz nie odpowiedział.
Za nimi jechał już tylko jeden wóz ochrony.
Pierwszy został na ulicy.
Kilkaset metrów dalej kierowca autobusu zobaczył czarne samochody przecinające skrzyżowanie na czerwonym.
Nacisnął hamulec.
Pasażerowie polecieli na poręcze.
Potem usłyszał broń.
— Na podłogę! — wrzasnął.
Ludzie rzucili się między siedzenia. Starsza kobieta upadła przy kasowniku. Ktoś zasłonił ją własnym ciałem.
Pocisk przeszedł przez przednią szybę i zatrzymał się w oparciu fotela za kierowcą.
Noc rozbłysła błękitnym impulsem. Jeden z SUV-ów zjechał z pasa i uderzył w zaparkowane samochody.
Kierowca złapał radiotelefon.
— Dyspozycja, strzelanina na Ujazdowskich! Czarne samochody, broń automatyczna…
Głośnik zatrzeszczał i umilkł.
Telefony pasażerów straciły zasięg.
Kierowca schował głowę za deską rozdzielczą.
Na ulicy walka przesuwała się już dalej.
Warszawa. Przestrzeń powietrzna nad Okęciem.
Dwa Sokoły pojawiły się wysoko nad Mazowszem. Krótki błękitny błysk i maszyny wyszły ze skoku, zwalniając niemal natychmiast. Kolejny przeniósł je nad południowe przedmieścia Warszawy.
Tym razem leciały ostrożnie. Rozkaz był jednoznaczny: zabezpieczyć przestrzeń powietrzną nad stolicą i korytarz ewakuacyjny. Sztab wstrzymał ruch cywilny.
— Grom Dwa do Grom Trzy. Biorę Okęcie. Ty pilnujesz centrum.
— Przyjąłem — odpowiedział Siwy. — Mam Belweder i okolice Pałacu.
Kosa przełączył łączność.
— Warszawa Wieża, tu Grom Dwa. Potwierdźcie status lotniska.
— Grom Dwa, Warszawa Wieża. Ruch cywilny wstrzymany na polecenie wojska. Starty zablokowane, przyloty przekierowujemy. Korytarz wojskowy pozostaje otwarty.
— Przyjąłem. Od tej chwili osłaniamy was z góry.
Sokół przesunął się nad południową część lotniska. Na ekranie Kosy pojawiły się pasy startowe, drogi kołowania i wieża kontroli lotów. Maszyna nadal pozostawała ukryta pod osłoną maskującą.
— Warszawa Wieża, Grom Dwa. Mam do was prośbę.
— Słucham.
— Spójrzcie przez okno na prawo, w stronę wojskowej części lotniska.
— Patrzymy. Co mamy zobaczyć?
— Mnie.
Kosa wyłączył maskowanie.
Kilkaset metrów od wieży pojawił się matowoczarny myśliwiec bez skrzydeł. Na kadłubie widniała biało-czerwona szachownica. Maszyna wisiała nieruchomo, chociaż nie miała żadnego widocznego układu pozwalającego jej utrzymywać się w powietrzu.
— O kurwa… — wyrwało się młodszemu kontrolerowi.
Na radarze nie było żadnego nowego obiektu, choć obaj kontrolerzy widzieli maszynę przez okno.
— Grom Dwa, widzimy was. Tylko na radarze jakoś nie bardzo.
— To dobrze. My was widzimy doskonale.
— Potwierdzam. A teraz proszę opuścić rejon podejścia.
— Przyjąłem. Miłej służby, panowie.
Sokół odsunął się od lotniska. W krótkim błękitnym błysku zniknął z pola widzenia.
Młodszy kontroler nadal patrzył przez szybę.
— Widziałeś to?
— Przecież stoję obok ciebie.
— To te nowe myśliwce?
Starszy kontroler wrócił do konsoli.
— Na to wygląda. Sprawdź lepiej, czy ten wojskowy transport ma już zgodę na start.
Kosa tymczasem wrócił na kanał formacji.
— Grom Trzy, Okęcie zabezpieczone. Co u ciebie?
— Spokojnie. Na razie.
— To dobrze. Bo jeszcze kawy nie zdążyłem wypić.
Siwy spojrzał na znacznik transportowca, który właśnie pojawił się na wojskowej płycie.
— Będziesz miał okazję po odprowadzeniu naszych pasażerów.
Okęcie. Sektor wojskowy
Kliszewski dotarł pierwszy.
Wysiadł z zamkniętego pojazdu ewakuacyjnego. Nadal miał sportową bluzę. Na rękawie został biały pył z Pałacu, a na dłoni cienka kreska zaschniętej krwi.
Kilka minut później na płytę wjechało uszkodzone BMW premiera.
Boczne szyby były mleczne od trafień. Samochód zatrzymał się nierówno.
Bogdanowski wysiadł i oparł rękę o dach.
Rawicz wyszedł za nim. Miał opatrunek na przedramieniu.
Nad lotniskiem krążyły Sokoły.
Kliszewski podszedł do premiera.
— Jesteś ranny?
— Nie.
— Rodzina?
— Jadą do punktu zbiorczego. Twoja?
— Też.
Bogdanowski odwrócił się do samochodu.
Przez chwilę patrzył na zbielałe szyby.
— Ilu zginęło?
— Nie mamy pełnego meldunku.
— Czterech ludzi jechało przede mną.
Kliszewski milczał.
Na wojskowej płycie czekał transportowiec G-3, przysłany z orbitalnego „Gniazda”.
Na kadłubie widniała biało-czerwona szachownica.
W środku przygotowano proste fotele z pasami dla ewakuowanych rodzin i władz.
Szef kontrwywiadu podszedł razem z major Martą Wolską.
— Pałac zabezpieczony — powiedział. — Część napastników nie żyje. Kilku uciekło.
— Dowódca? — zapytał Kliszewski.
Wolska otworzyła zapis na tablecie.
— W przechwyconych rozmowach pojawiało się imię John. Nie wiemy, czy prawdziwe. Wyszedł z Pałacu w pierwszych minutach walki.
— Przekażcie ustalenia Zasadzie.
— Już je otrzymał — powiedziała Wolska.
Od strony terminalu wbiegł oficer ochrony.
— Rodziny są w drodze. Pierwsza grupa już startuje z drugiego punktu.
— A rząd? — zapytał Bogdanowski.
— Zostaje na Ziemi. Zasada prowadzi część operacyjną. My przenosimy stanowisko na „Gniazdo”.
— Na jak długo?
Kliszewski popatrzył w stronę miasta.
— Dopóki nie będziemy wiedzieli, ilu ich jest.
— Musimy ruszać — przypomniała Wolska.
Prezydent nie odpowiedział od razu.
Jeszcze rano spierał się o kontrakty, dostęp do technologii i polityczne naciski. Teraz w Pałacu leżeli zabici, a na Ujazdowskich został rozbity samochód ochrony.
Bogdanowski odezwał się cicho.
— I co teraz?
— Najpierw wyjdziemy im z zasięgu — odpowiedział Kliszewski.
Weszli na pokład.
Drzwi zamknęły się za nimi.
Transportowiec uniósł się z płyty. Dwa Sokoły weszły po bokach i razem z nim zniknęły w chmurach.
Rozdział 5. Azyl w cieniu gwiazd
Stacja badawczo-bojowa „Gniazdo”. Orbita okołoziemska
Śluza dokująca „Gniazda” otworzyła się z głuchym sykiem.
Najpierw z transportowca wyszli operatorzy GROM-u. Na czarnych pancerzach zaschła krew. Żołnierze zajęli pozycje po obu stronach przejścia i sprawdzili wejścia do sektora mieszkalnego.
Dopiero za nimi pojawili się ludzie, których przewożono.
Pracownicy stacji znieruchomieli przy swoich stanowiskach. Jedni prostowali się odruchowo, inni odwracali wzrok. Nikt nie wiedział, jak powinno wyglądać przyjęcie prezydenta uciekającego z własnego pałacu.
Na przedzie szedł Edmund Kliszewski.
Nie miał garnituru ani krawata. Nadal nosił sportową, rozpiętą bluzę. Na rękawie pozostał biały pył z Pałacu, a na prawej dłoni ślady krwi po paznokciach wbitych w skórę podczas ewakuacji.
Kurczowo trzymał ramię żony.
Anna szła obok niego spokojniej, niż wskazywałyby okoliczności. Pomagała dzieciom przywyknąć do słabszego ciążenia i od czasu do czasu oglądała się, sprawdzając, czy nikt nie został z tyłu.
Za prezydencką rodziną szedł premier Marek Bogdanowski.
W jednej ręce niósł starą, zarysowaną skórzaną walizkę zabraną odruchowo z samochodu. Sam nie pamiętał, dlaczego tak mocno ją ściskał. Nie było w niej dokumentów, od których zależało bezpieczeństwo państwa. Była jednak jedynym przedmiotem należącym do świata, w którym rano wychodził do pracy, a wieczorem powinien wrócić do domu.
Drugą ręką obejmował zapłakaną najmłodszą córkę.
Weronika Bogdanowska szła kilka kroków za nimi. Poruszała się mechanicznie, patrząc pod nogi. Oczy miała czerwone od płaczu, lecz od dłuższego czasu nie uroniła łzy.
Obok szli dwaj dorośli synowie premiera ze swoimi rodzinami. Dzieci miały piżamy i kurtki narzucone w biegu. Wnuki trzymały się kurczowo ubrań rodziców. Jedno zapytało, kiedy wrócą do domu. Matka uciszyła je szeptem, zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć.
Nie wyglądali jak ludzie kierujący państwem. Wyglądali jak uchodźcy.
Najmłodszy z dzieci Kliszewskich, dwuletni chłopiec, zanosił się płaczem. Krzyk odbijał się od metalowych grodzi.
Na stacji nie było zwyczaju słuchać płaczu dzieci.
„Gniazdo” zbudowano dla naukowców, żołnierzy i techników. Miało laboratoria, stanowiska bojowe i ciasne kwatery personelu. Nikt nie przewidział tu dziecięcych łóżek ani miejsca, gdzie przestraszony dwulatek mógłby schować się przed światem.
Weronika spojrzała na wnuki i przypomniała sobie mały dom pod miastem. Niedzielne poranki, kiedy największym problemem był brak pieczywa albo spóźnienie któregoś z dzieci na obiad.
Wtedy również narzekała. Dom był za mały, samochód zbyt stary, a Marek za często zostawał w pracy. Teraz oddałaby wszystkie rządowe limuzyny i gabinety za jeden taki dzień.
Kliszewski nadal czuł na twarzy pył z rozbitego marmuru. Każdy krok przypominał mu o tym, co zostało na dole.
Jeszcze rano był prezydentem państwa, które odzyskiwało siłę.
Teraz czuł się jak uchodźca we własnym kraju.
Rodziny zatrzymały się przy wejściu do sektora mieszkalnego Alfa. Porucznik Katarzyna Radecka wskazała przygotowane kwatery. Były ciasne i pozbawione okien.
— To rozwiązanie tymczasowe — powiedziała Radecka. — Dostawimy łóżka i wydzielimy pomieszczenie dla dzieci.
Premier spojrzał na metalowe drzwi.
— Jak długo oznacza „tymczasowe”?
— Do czasu usunięcia zagrożenia na Ziemi.
Bogdanowski zacisnął szczękę.
— Czyli nie wiadomo.
— Nie, panie premierze.
Weronika weszła do kwatery pierwsza. Pomieszczenie miało dwa składane łóżka, mały stół i szafki. Najmłodsza córka premiera usiadła na łóżku, nie zdejmując płaszcza.
— To tylko na chwilę — powiedział Bogdanowski. — Służby na dole zajmują się napastnikami. Niedługo wrócimy.
Dziewczyna spojrzała na niego.
Nie uwierzyła.
Weronika również.
Premier sam nie wiedział, kiedy wrócą. Nie potrafił niczego im obiecać.
W sąsiednich kwaterach dorośli synowie próbowali uspokoić dzieci. Jedno z wnucząt płakało, bo podczas ewakuacji zostawiło w domu ulubioną zabawkę. Technik „Gniazda” stał przy drzwiach i wyraźnie nie wiedział, co zrobić.
Anna Kliszewska przejęła od niego butelkę z wodą i znalazła kubek.
Anna uspokoiła dziecko, a potem poprosiła technika o koce dla najmłodszych.
Kliszewski obserwował ją przez chwilę z korytarza.
Gdy rodziny zostały rozmieszczone, wyszedł razem z Bogdanowskim.
Przy wejściu stanął operator GROM-u. Trzymał broń przy piersi i obserwował korytarz.
Prezydent oparł dłoń o grodź. Dopiero teraz zauważył, że palce mu drżą. Zacisnął pięść. Nie pomogło.
Bogdanowski stał naprzeciwko.
— Spójrz na nich — powiedział cicho, wskazując drzwi kwater. — Przywiozłem tutaj dzieci w piżamach.
Głos mu się załamał.
— Moja córka cała się trzęsie. Wnuki pytają, czy ktoś wie, gdzie jesteśmy. Myślałem, że budujemy silne państwo. Okręty, stocznie, Lunę… A zamknąłem rodzinę w metalowej trumnie.
Kliszewski milczał.
— Jeśli znajdą tę stację… wystarczy jeden pocisk. Nie będzie kolumny ochronnej ani drogi ucieczki. Zginą wszyscy, których kocham.
Bogdanowski oparł się plecami o ścianę.
— Co ja zrobiłem? Do jakiego piekła ich wciągnąłem?
Usiadł na podłodze i ukrył twarz w dłoniach. Przez chwilę nie był premierem. Był człowiekiem, który nie wiedział, czy jego rodzina jeszcze wróci do domu.
Kliszewski patrzył na niego i niczego nie potrafił powiedzieć.
Telefon wiszący na ścianie zadzwonił.
Obaj mężczyźni spojrzeli na aparat.
— Odbierz — powiedział Bogdanowski.
— Dlaczego ja?
— Jesteś prezydentem.
— A ty premierem.
Telefon zadzwonił ponownie.
Drzwi kwatery Kliszewskich otworzyły się. Anna wyszła na korytarz.
— Na miłość boską, ciszej. Dzieci dopiero zasnęły.
Podeszła do aparatu i podniosła słuchawkę.
— Słucham?
Przez chwilę słuchała.
— Tak, jest tutaj.
Zasłoniła dłonią mikrofon i spojrzała na męża.
— Do ciebie.
Podała mu słuchawkę i wróciła do kwatery.
Bogdanowski patrzył za nią.
— Ona ma więcej siły niż my dwaj razem — powiedział.
Kliszewski przyłożył słuchawkę do ucha.
— Tak, słucham. Kto mówi?
— Dobry wieczór, panie prezydencie. Generał Zasada.
Głos był spokojny.
— Cieszę się, że dotarliście na stację. Na Ziemi zabezpieczamy najważniejsze obiekty. Nie wyprowadzamy ciężkiego sprzętu na ulice.
— Co z Pałacem?
— Zabezpieczony. Szukamy ludzi, którzy zdołali się wydostać.
— John?
— Nadal go nie mamy. Znajdziemy.
Kliszewski spojrzał na premiera.
— Co z rodzinami?
— Na „Gnieździe” są bezpieczne. Proszę nie wracać na Ziemię. Hryniewicz przygotuje wam stanowiska pracy.
— Jak długo?
— Nie wiem.
Kliszewski docenił odpowiedź. Przynajmniej Zasada nie próbował go uspokajać.
— Jest jeszcze jedna sprawa — powiedział Zasada. — Zajmę się ludźmi odpowiedzialnymi za „Hycla”. Udzielimy stosownej odpowiedzi.
— Czekam na raport — powiedział Kliszewski.
— Dostanie go pan.
Połączenie zostało przerwane.
Kliszewski odłożył słuchawkę.
Kliszewski spojrzał na drzwi kwatery. Za nimi spała jego rodzina.
Pod ich stopami przesuwała się Ziemia.
Rozdział 6. Kontra
Warszawa. Centrum Operacji Niejawnych ABW „Wisła”
Po rozmowie z prezydentem Zasada udał się na naradę sztabu.
Zasada spojrzał na oficerów zebranych przy stole.
— Panowie, próbowano zabić prezydenta i premiera. Służby wskazały najpilniejsze zagrożenia. Uruchomiono protokół „odpowiedzi”.
Dowódca sił pancernych nachylił się nad tradycyjną mapą leżącą na stole.
— Zgodnie z założeniami sztabu nasze jednostki wyszły z koszar. Obiekty strategiczne zostały zabezpieczone. Wszystkie jednostki pozostają w pełnej gotowości. Co mówi wywiad?
Tutaj włączył się szef wywiadu wojskowego, wezwany do odpowiedzi.
— Załączyliśmy symulację zdarzeń z Horyzontu Zdarzeń.
Widząc pytające spojrzenia niektórych zebranych, dodał:
— Horyzont Zdarzeń to wojskowa nakładka korzystająca z zasobów Oka Przeszłości. Wstęga odtwarza to, co się wydarzyło. Horyzont wskazuje możliwe następne zdarzenia. Możemy się do nich przygotować, zanim nastąpią.
— Horyzont ocenia prawdopodobieństwo kolejnego ataku na czterdzieści procent. Jeśli spróbują, mogą uderzyć tu i tu.
Oficer wywiadu wskazał długopisem na mapę.
— Ponadto ich cel może leżeć w tym miejscu.
Zasada odsunął krzesło od stołu. Nie słuchał już. Maszyna, którą rozpędzili politycy, ruszyła. Teraz resztę będą musieli posprzątać wojskowi.
„Powinienem rzucić palenie” — pomyślał, łapiąc się na tym, że znowu sięga po papierośnicę.
Po naradzie Zasada wrócił do gabinetu.
Fijałkowski, adiutant generała, położył przed nim tablet z pierwszymi raportami. Obok przesunął małe opakowanie miętowych cukierków.
Generał odruchowo sięgnął po papierośnicę. Zobaczył cukierki i zatrzymał rękę.
— Żona byłaby zadowolona — powiedział cicho.
Adiutant nic nie odpowiedział.
— Byłeś u niej?
— Tak, panie generale. Położyłem kwiaty. Takie jak pan kazał. Zawsze te same.
— Jaskry?
— Jak zawsze.
— To dobrze. Wybiorę się do niej, jak ten cyrk się skończy.
Adiutant zawahał się.
— Generale, to już tyle lat. Może warto…
Zasada podniósł wzrok.
— No mów. Oboje wiemy, że i tak powiesz.
— Może powinien pan kiedyś pozwolić sobie zapomnieć.
Zasada przez chwilę patrzył na oficera. Nie było w nim gniewu.
— Nie zapomnij o kwiatach w przyszły poniedziałek. Ja teraz muszę posprzątać ten bałagan.
Kiedy drzwi gabinetu się zamknęły, Zasada został sam. Na rogu biurka stało małe czarno-białe zdjęcie. Żona uśmiechała się z naręczem jaskrów. Nie żyła od dwunastu lat.
Podniósł szyfrowany telefon.
— Zlokalizować i zlikwidować. Potwierdzone grupy operacyjne „Hycla”. Bez zatrzymań.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Przyjąłem.
Zasada odłożył słuchawkę. Na ekranie został czerwony przycisk końcowej autoryzacji.
Kciuk zawisł nad szkłem.
— Boże, wybacz nam… bo nie wiemy, co robimy.
Nacisnął.
Na ekranach w centrum „Wisła” pojawił się komunikat:
ZLOKALIZOWAĆ I ZLIKWIDOWAĆ
Operacja „Retrospekcja: Delta”
Suwak czasu w aplikacji „Wstęga”, zakotwiczony w sygnaturze kwantowej obecnego szefa CIA na Europę, zaczął cofać się o całe lata. Ekrany rozbłysły siatką retrospektywnych powiązań z wyborów prezydenckich sprzed czterech lat.
— Mamy pełny zapis chronologiczny — zameldował Gawron, a jego oczy odbijały błękitne światło hologramu. — Cztery lata temu, lokale w Krakowie, Lublinie i Rzeszowie. Spójrzcie na sygnatury kontaktowe.
Na trójwymiarowej osi czasu zrekonstruowano nocne wydarzenia z tamtych wyborów. Obraz ze „Wstęgi”, wykorzystujący procesor Oka, pokazywał agentów CIA wchodzących do budynków komisji wyborczych po zamknięciu lokali. Polscy oficerowie widzieli, jak Amerykanie otwierają urny i wręczają torby z gotówką przekupionym przewodniczącym komisji. Na zbliżeniach widać było precyzyjną, brudną robotę: agenci CIA dopisywali długopisami dodatkowe krzyżyki na legalnych kartach oddanych na kandydatów demokratycznych, unieważniając ich głosy jako nieprawidłowe. Jednocześnie z czarnych toreb dyplomatycznych wyciągali przygotowane wcześniej, ostemplowane stosy kart z zaznaczonym głosem na posłusznego im kandydata. To była perfekcyjna inżynieria polityczna. Ten sabotaż dał im sfałszowany, sztuczny wzrost funkcjonalnego poparcia o równe siedem procent, co zagwarantowało Pentagonowi lukratywne, wielomiliardowe kontrakty na uzbrojenie.
Operacja „Amsterdam” (Szefostwo CIA na Europę). W tym samym czasie.
JW KOS 5097 (Komponent Operacji Snajperskich).
Na dachu luksusowego wieżowca, w gęstym deszczu, leżał polski operator sił specjalnych. Termomagnetyczna mata osłaniała go przed obserwacją z powietrza. Przed nim spoczywał smukły karabin snajperski „Grot-X” z elektromagnetycznym napędem pocisku i masywnym układem tłumienia odrzutu.
Broń nie używała prochu ani tradycyjnego mechanizmu uderzeniowego. Energię potrzebną do strzału gromadziły zasobniki w kolbie i pod lufą.
Strzelec poprawił specjalne okulary kwantowe sprzężone bezpośrednio przez satelitę z centralą. Wizjer dawał mu przewagę. Przebijał się przez rzeczywistość. Widział nie tylko obraz w czasie rzeczywistym, ale całą strukturę materialną budynku naprzeciwko. Jego wzrok przenikał przez zewnętrzną szklaną elewację, a potem przez dwie kolejne, grube na kilkadziesiąt centymetrów żelbetowe ściany nośne głęboko we wnętrzu wieżowca. W głębi tajnego, odizolowanego biura, schowany za trzema barierami z betonu, siedział szef CIA na Europę. Czuł się absolutnie bezpieczny. Nie stał przy oknie. Siedział przy masywnym biurku, przeglądając na holograficznym tablecie raporty z nieudanej próby zamachu na polskiego premiera i prezydenta. Obok niego stała sekretarka, podając mu kawę, a trzech agentów ochrony analizowało mapy satelitarne.
Polski strzelec nie musiał czekać, aż cel podejdzie do szyby.
— Cel namierzony. Trzy ściany osłonowe. Korekta grawitacyjna wprowadzona — szepnął snajper do mikrofonu krtaniowego.
Wcisnął spust. Karabin szarpnął krótko, a zamocowany w macie układ tłumienia przejął część odrzutu. Nie było błysku prochowego.
Z magnetycznych prowadnic wystrzelił siedmiocentymetrowy, zaostrzony pocisk z wolframowym rdzeniem. Uderzył w elewację, przebił kolejne betonowe przegrody i nie zatrzymał się we wnętrzu budynku. W korytarzach rozeszły się uderzenia i trzask pękających ścian.
Szef CIA na Europę nie zdążył nawet mrugnąć. Wolframowy pocisk uderzył w jego klatkę piersiową. Kamizelka nie zatrzymała go. Pocisk przeszedł przez ciało na wylot, zostawiając wypaloną dziurę o średnicy kilkunastu centymetrów, po czym przebił ścianę za plecami ofiary i opuścił budynek. Sekretarka i agenci zamarli, gdy ich szef osunął się na krzesło, a z wyrwanych w betonowych ścianach otworów posypał się gruz. Polski snajper złożył karabin do walizki i zniknął w deszczowej nocy.
Warszawa. Wilcza
Dwa bezgłośne transportery zatrzymały się od strony podwórza. Operatorzy GROM-u wysiedli w matowo-czarnych egzoszkieletach. Nie były częścią ich ciał. Pancerz wzmacniał ruch, stabilizował broń i niósł sensory, ale pod kompozytem nadal siedział człowiek.
Dowódca sekcji włączył wizjer „Narew”. Ściana przestała być ścianą. Widział pięć sylwetek, rozgrzane lufy, pracujący terminal i Johna przy bocznym wyjściu.
— Broń gotowa?
— Gotowe.
— Zero dyskusji.
Zamek zapadł się po uderzeniu emitera. Dwa granaty dyslokacyjne weszły przez otwór sekundę później. W pomieszczeniu nie było huku znanego ze zwykłych granatów. Powietrze zadrżało, jakby ktoś wyrwał z niego kawałek przestrzeni.
Pierwszy agent podniósł broń.
GROM otworzył ogień z karabinów fuzyjnych. Błękitne wiązki przecięły pokój. Kamizelka pierwszego człowieka zapaliła się na krawędziach. Drugi upadł razem z krzesłem. Ściana za nim sczerniała i spłynęła szklistym śladem.
John rzucił się za stół. Nie próbował się poddać. Wychylił pistolet i strzelił na ślepo.
Odpowiedziały dwie krótkie wiązki.
Ciało uderzyło o terminal. Kubek z kawą spadł chwilę później.
Ostatni człowiek próbował dokończyć kasowanie. Operator GROM-u strzelił przez obudowę stanowiska. Ekran zgasł razem z nim.
Cztery sekundy od wejścia.
— Wilcza czysta. John nie żyje. Serwery przejęte.
W centrum „Wisła” czerwony punkt zgasł.
Operacja „Żelazny Gniew”. Wrocław, Brochów
W niepozornym budynku na dawnych terenach przemysłowych Mosad prowadził komórkę techniczną. Z serwerów szły próby wejścia do sieci Doliny Kwantowej i programów procesorów nowej generacji. Po „Hyclu” Wstęga połączyła te działania z kanałami, które próbowały wyciągać polską technologię od miesięcy.
Przed budynkiem zgasły latarnie. NIL odciął łączność. Sekcja AGAT-u podeszła w ciemności.
— Trzech na parterze. Dwóch przy serwerach. Szef ochrony z tyłu.
Szturm rozpoczął się bez wezwania do poddania.
Ładunek przy zamku błysnął krótko. Drzwi puściły. AGAT wszedł z „Burzami” przy ramionach. Były to krótkie karabinki kinetyczne: energia fuzyjna rozpędzała w nich pociski ze stopu wolframu, dając im znacznie większą prędkość niż zwykła amunicja.
Dwaj ludzie ochrony wyskoczyli z bocznego pomieszczenia z pistoletami. Nie zdążyli złożyć się do strzału. Dwie potrójne salwy rzuciły ich na ścianę.
Na piętrze uruchomiono termiczne niszczenie dysków. Szef placówki sięgnął po Uzi.
Boczna ściana pękła po kierunkowym ładunku. Pierwszy operator wszedł przez wyrwę. Krótka seria zatrzymała ochroniarza. Szef placówki odwrócił broń, ale podlufowy emiter uderzył go w ramię. Mięśnie zablokowały się. Upadł obok biurka.
Ostatni programista sięgnął po zapasowy pistolet.
Strzał z bliska zakończył ruch.
— Serwery zabezpieczone. Węzeł Brochów zamknięty.
Operacja „Biały Szkwał”. Zatoka Gdańska
„Aegean Star” szedł pod cypryjską banderą i według dokumentów przewoził zboże. W ładowniach były serwery operacji propagandowych GRU, zrobotyzowane miny denne i podwodne drony przygotowane do ataku na magistrale łączności ze Skandynawią.
Z nocnej mgły wyszły czarne łodzie Formozy. Haki uderzyły o burtę. Liny napięły się.
Komandosi używali zwykłej amunicji prochowej; ich karabinki miały lekkie kompozytowe łoża i nowoczesne celowniki. Weszli trzema drogami. Jedna sekcja na mostek, druga do serwerów, trzecia do ładowni.
Rosyjski oficer przy pulpicie odwrócił się po broń. Wyciszona seria uderzyła go w pierś i rzuciła na metalową podłogę.
W ładowni uzbrojeni technicy GRU próbowali uruchomić pierwszą minę. Formoza weszła przez włazy techniczne. Ogień z krótkich karabinków przeciął przestrzeń pomiędzy kontenerami. Dwóch ludzi padło na worki ze zbożem. Trzeci próbował ręcznie odbezpieczyć ładunek.
Operator idący na szpicy strzelił mu w głowę.
Pozostali odrzucili broń dopiero wtedy.
Saperzy dopadli miny. Jedna była już uzbrojona. Odłączyli ją ręcznie od systemu statku.
— Mostek przejęty. Serwery nasze. Ładunki pod kontrolą.
„Aegean Star” zmienił kurs na wojskowy port.
Operacja „Kordon”. Konstancin-Jeziorna
Godzinę przed świtem trzy czarne furgonetki zatrzymały się pod kutą bramą rezydencji Ludwika Wawrzyńca. Nie było syren.
ABW wyłączyła alarm. Hydrauliczny rozpieracz otworzył wejście.
Wawrzyniec stał na piętrze ze szklanką whisky. Kiedy kroki weszły na schody, odwrócił się i upuścił szkło na marmur.
— Ludwik Wawrzyniec? Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jest pan zatrzymany.
— Co to ma być?! Jestem komisarzem unijnym! Chroni mnie immunitet! Wy prowincjonalni idioci, Berlin i Bruksela zniszczą was w pięć minut!
Dwaj funkcjonariusze zapięli mu kajdanki.
— Na jakiej podstawie mnie dotykacie?!
— Zdrada stanu, działanie na szkodę Rzeczypospolitej i współpraca z obcym wywiadem. Mamy trzy lata kontaktów, przelewów i przekazanych danych.
Wawrzyniec zbladł.
— To były konsultacje.
— Przekazywał pan parametry chronionych laboratoriów, listy ludzi programu, informacje o kontraktach i terminy decyzji rządu. Pośrednicy finansowani przez pańskie otoczenie pojawiają się również przy zapleczu „Hycla”. To nie były konsultacje.
— Żądam adwokata!
— Dostanie pan obrońcę. Teraz zabezpieczamy dokumenty.
Rozdział 7. Głos z cienia
Stacja badawczo-bojowa „Gniazdo”. Orbita okołoziemska.
Studio urządzono w jednym z pomieszczeń łączności. Za plecami Edmunda Kliszewskiego ustawiono godło Rzeczypospolitej i wąską biało-czerwoną flagę. Reszta pozostała taka jak na stacji: metalowa ściana, przewody przy podłodze i światło zbyt ostre dla człowieka, który od wielu godzin nie spał.
Czerwona lampka zapaliła się nad kamerą.
— Obywatele Rzeczypospolitej.
— Tej nocy w Warszawie doszło do skoordynowanej próby zamachu na najwyższe władze państwowe. Uzbrojeni ludzie zaatakowali Pałac Prezydencki i kolumnę przewożącą prezesa Rady Ministrów. Zginęli funkcjonariusze odpowiedzialni za nasze bezpieczeństwo.
— Rodzinom poległych składam wyrazy współczucia. Państwo nie zostawi ich samych. Mogę jednak potwierdzić najważniejsze: prezydent żyje, premier żyje, rząd działa.
— Rzeczpospolita trwa — powiedział. — Jutro rano nadal będzie działać.
Czerwona lampka zgasła.
Gniazdo. Następny poranek
Anna otworzyła oczy, kiedy coś walnęło w ścianę.
Z sufitu nie posypał się tynk, bo na Gnieździe tynku nie było. Za to w szafce zadzwoniły kubki. Po paru sekundach łupnęło znowu.
06:03.
— No pięknie.
Edmund spał. Oddech miał ciężki, chwilami przechodzący w chrapanie. Zajmował większą część łóżka, choć w kwaterze było tak ciasno, że człowiek nie miał gdzie postawić butów.
Anna zajrzała do dzieci. Dwulatek leżał na brzuchu z ręką wsuniętą pod poduszkę. Starsze dziecko spało obok telefonu, który wieczorem trzeba było trzy razy odbierać. Nie obudziło się żadne.
Znów huknęło.
— Edmund.
— Mhm.
— Oni nas rozbierają.
— Później się tym zajmę — mruknął i odwrócił się na drugi bok.
Szturchnęła go, ale tylko naciągnął kołdrę na głowę.
— Prezydent Rzeczypospolitej — powiedziała pod nosem. — Tylko spróbuj tak spać, jak się coś naprawdę stanie.
Narzuciła szlafrok. Na korytarzu żołnierz GROM-u wyprostował się tak szybko, jakby przyłapano go na drzemce.
— Pani prezydentowo?
— Ktoś tłucze w tę stację od szóstej. To ma tak być?
— Rozbudowa, proszę pani. Sektor trzeci.
— A nie można po śniadaniu?
Żołnierz przez sekundę zastanawiał się, czy to rozkaz.
— Mogę zadzwonić do dowódcy zmiany.
— Nie. Jeszcze pana przeniosą za nękanie budowlańców.
Zeszła do kantyny. Zapach kawy mieszał się z zapachem smażonych jajek. Przy długim stole siedzieli spawacze i monterzy, paru ludzi w mundurach, dwóch z twarzami szarymi po nocnej zmianie. Jeden trzymał w ręku kanapkę i zapomniał ugryźć.
— Dzień dobry — powiedziała Anna.
— Dzień dobry, pani prezydentowo.
— Ładny szlafrok! — zawołał ktoś spod ściany.
Siedzący obok monter kopnął go w kostkę. Anna popatrzyła na obu.
— Dziękuję. Gdybyście uprzedzili o hałasie, wstałabym wcześniej i ubrała się stosowniej.
Od automatu odwróciła się młoda oficer.
— Pani chce kawę?
Na naszywce miała RADECKA. Twarz przytomną, choć widać było, że też nie spała długo.
— Chętnie. Latte, jeśli działa.
— Działa tylko latte. Czarna chyba się obraziła.
Kiedy automat przestał charczeć, porucznik podała Annie kubek.
— W kantynie wszyscy mówią mi Kasia — powiedziała porucznik.
— Anna. Ale to chyba już pani wie.
— Coś mi się obiło o uszy.
Przy stole ktoś parsknął.
— Kowal — powiedziała Radecka, nawet się nie oglądając. — Jak już tak podsłuchujesz, zrób miejsce.
Spawacz odsunął krzesło.
— Niech pani siada. Będę miał co żonie opowiadać.
— O szlafroku nie wspominaj — uprzedziła Anna.
— Właśnie tego miałem nie wspominać.
Usiadła. Łyżeczka zadzwoniła o kubek, gdy kolejne uderzenie przeszło przez konstrukcję.
— Co wy tam robicie? — zapytała.
Kowal przełknął kawałek chleba.
— Dwa moduły mieszkalne, magazyn i zapasowy węzeł medyczny. Wczoraj przyszedł kolejny segment. Jeden pierścień montażowy stoi krzywo.
— Bardzo?
— Cztery milimetry.
— To nie można go przesunąć?
— Przesuwamy.
— Młotkiem?
— Hydrauliką.
— Czyli większym młotkiem.
Kowal uśmiechnął się i wrócił do śniadania. W kantynie znowu zaczęto rozmawiać. Ktoś zaklął na automat, ktoś zapytał o brakujące nakrętki.
Anna dopiła kawę. Za ścianą zadudniło po raz ostatni.
— O! — powiedziała. — Posłuchał.
— Niech pani nie chwali — ostrzegł Kowal. — Teraz będą go sprawdzać.
Gniazdo. Kawa na mostku
Kilka godzin później Anna krążyła po kwaterze. Edmund siedział nad raportami, dzieci miały już dość ciasnego pokoju, a jej nie było potrzebne kolejne zapewnienie, że mogą tu bezpiecznie czekać.
Zadzwonił telefon.
— Pani Anno? Z tej strony porucznik Radecka. Ta od popsutej kawy. Mam dziesięć minut przerwy. Wpadnie pani na mostek? Pokażę coś ciekawszego niż nasza kantyna.
— Wpadnę.
Odłożyła słuchawkę i sięgnęła po sweter.
— Dokąd? — zapytał Edmund, nie podnosząc głowy.
— Na kawę.
— Przed chwilą piłaś kawę.
— To będzie służbowa.
— A dzieci?
— Z tobą.
Podniósł głowę.
— Aniu, ja pracuję.
— No to będziesz pracował z dziećmi. Podobno potrafisz kierować państwem.
— To nie to samo.
— Wiem. Dlatego życzę powodzenia.
Zanim zdążył zaprotestować, zamknęła drzwi. Żołnierz stojący na korytarzu odwrócił twarz. Za późno. Anna widziała, że się śmieje.
Na mostku dyżurny sprawdził jej przepustkę i przepuścił pod opieką Radeckiej. Ekrany nad stanowiskami pokazywały ruch w rejonie stacji; na bocznej konsoli ktoś liczył zużycie paliwa przez transport. Nikt nie wyłączył pracy dlatego, że przyszła pierwsza dama.
Porucznik Radecka miała dwa kubki i kolorowe pismo położone na pustej części blatu.
— Skąd ty to wzięłaś?
— Wczoraj przywiózł transport. Obok filtrów, śrub i trzech skrzyń konserw. Nie pytaj, który geniusz wpisał to na listę wyposażenia.
Anna podniosła magazyn. Na okładce uśmiechała się aktorka, której twarz widziała ostatnio chyba miesiąc temu.
— Mądry człowiek.
— Musimy trzymać się razem. Tu co drugi facet uważa, że po pracy najlepiej porozmawiać o napędzie.
— U mnie w kwaterze to samo, tylko z ministerstwami.
Radecka skinęła na główny ekran, a potem ku przeszkleniu obserwacyjnemu. Z ciemności wynurzał się znajomy, szeroki kadłub.
— Twardowski — rozpoznała Anna.
— Nasz latający cukierek. Znowu przywieźli jedzenie, ludzi i połowę magazynu części zamiennych. Dzisiaj jeszcze moduł obronny, jeśli logistyk nie pomylił papierów.
— Dlaczego ciągle on? Nie macie tu bramy?
— Nie mamy czynnego przejścia. Transportowce też latają, ale Twardowski trzyma nam najpewniejszą regularną linię i osłonę. Jak zabraknie filtra, lekarza albo uszczelki, wszystkie oczy są na nim. O ile uszczelka jest w dobrym pudle.
Radecka przesunęła palcem po łączności.
— Gniazdko, Gniazdko do Cukiereczka. Słyszysz, kochany?
W głośniku zatrzeszczało.
— Tu Twardowski. Porucznik Zaorska. Kto tam znowu krzywdzi moje radio?
— Kasia. Zgadnij, kogo mam na kawie.
— Jeśli to ten technik z wąsami i gitarą, niech najpierw odda klucz dziesięć.
— Nie trafiłaś. Anię Kliszewską.
Przez moment w kanale było słychać wyłącznie pracę urządzeń.
— Poważnie?
Anna nachyliła się do mikrofonu.
— Dzień dobry, pani porucznik. Słyszałam, że pani przywozi nam kawę i wszystko inne, więc zapraszam, kiedy wyładujecie ten bałagan.
— Zaorska, wystarczy Anna — odpowiedziała pilotka. — Z kawą to nie obiecuję. Przywieźliśmy też części, których magazynier szuka od trzech tygodni. Będzie mnie trzymał przy doku do kolacji.
— O, jesteśmy imienniczkami — zauważyła Kliszewska.
— To tym bardziej proszę przyjść — odezwała się Kasia. — Babskie sprawy. Bez silników.
— Obiecujesz?
— Przysięgam na sprawny ekspres.
— To już mocne. Twardowski kończy, za dwadzieścia minut podejście.
Radecka wyłączyła mikrofon.
— Widzisz? Tu wszystko trzeba organizować przez radio.
— Nawet plotki.
W drzwiach mostka pojawiła się Weronika Bogdanowska. Rozejrzała się po konsolach.
— To tutaj uciekają żony polityków?
— A pani skąd wiedziała? — zapytała Kasia.
— Mąż od śniadania mówi, że pracuje. Pomyślałam, że ja też znajdę sobie zajęcie.
Anna podała jej magazyn.
— Siadaj. Właśnie ustalamy, kto rządzi na tej stacji.
— Ja bym się nie spieszyła — powiedziała Weronika. — W domu nawet pilot od telewizora trudno im oddać.
Gniazdo. Posiedzenie w kapciach
Edmund wszedł do prowizorycznej sali narad z laptopem pod pachą. Miał koszulkę bez rękawów, spodnie dresowe i minę człowieka, który za chwilę zapyta o numer telefonu do przedszkola.
Za nim wszedł dwulatek. Ciągnął pudełko dużych klocków. Dziewięcioletnie dziecko trzymało telefon obiema rękami i od progu szukało miejsca, gdzie nikt nie będzie przeszkadzał w grze.
Przy drugim końcu stołu siedział Marek Bogdanowski. Garnitur. Krawat. Włosy zaczesane. Na nosie okulary, na uszach słuchawki z mikrofonem. Przed nim otwarty laptop i kilka kartek. Rozmawiał z ministrami, pokazując coś palcem na ekranie.
W kącie, na poduszce, siedziała jego piętnastoletnia córka. Czytała książkę. Gdy ojciec spojrzał w jej stronę, przewróciła stronę trochę za głośno.
Edmund wskazał na nią brodą.
— Nadal?
Marek tylko westchnął i wrócił do słuchawek.
Prezydent rozłożył rzeczy na drugim końcu stołu. Dwuletni syn usiadł na podłodze i wysypał klocki. Starsze dziecko znalazło gniazdko do ładowarki, podłączyło telefon i zniknęło w grze.
Edmund spojrzał na premiera. Na idealnie zawiązany krawat. Na własną koszulkę.
Wyciągnął z apteczki plaster i zakleił nim kamerkę laptopa.
Założył słuchawki.
— Dzień dobry, panowie. Prezydent Kliszewski. Otwieram odprawę z kierownikami kancelarii i BBN. Kto ma raport?
— Panie prezydencie? Nie widzimy pana.
— Problemy z łącznością. Musicie się przyzwyczaić.
Bogdanowski podniósł brwi. Edmund bezgłośnie rozłożył ręce.
— Improwizuję — szepnął.
Marek zakrył mikrofon dłonią, żeby nie było słychać śmiechu.
Minęło pół godziny. Z jednego laptopa płynęła rozmowa o zabezpieczeniu urzędów, z drugiego o dostawach dla szpitali i pracy rządu. Obaj politycy mieli słuchawki. Przy stole poza nimi nie siedział nikt zainteresowany państwem. Dwulatek zbudował wieżę, rozwalił ją i rozpoczął budowę od nowa. Telefon starszego dziecka zamruczał elektroniczną melodią. Dziewczyna z książką nawet nie podniosła oczu.
Premier skończył pierwszy.
— Panowie, na dziś wystarczy. Pozostajemy w kontakcie. Proszę przesłać mi decyzje do podpisu.
Zdjął słuchawki. Wstał.
Edmund odwrócił się i zobaczył pod marynarką krótkie spodenki w kratkę. Na nogach premiera były rozdeptane kapcie.
— Ty… — zaczął.
— Co ja?
— I ty mi robiłeś miny za dres?
— U mnie przynajmniej kamera działa.
— Bo pokazujesz się tylko od pasa w górę.
— Trzeba umieć wykorzystać technologię.
Edmund spojrzał na piętnastolatkę.
— Widziałaś to od początku?
— Od początku — powiedziała bez odrywania wzroku od książki.
— I nie ostrzegłaś?
— Tata mówi, żebym się nie wtrącała w jego pracę.
Marek poprawił marynarkę. Edmund wybuchnął śmiechem.
— A co ty robisz z dzieciakami na odprawie? — zapytał premier.
— Ania poszła na plotki. Zostawiła mi ministerstwo edukacji pod opieką.
— Weronika też gdzieś przepadła.
— Może są razem.
— Jeśli tak, to my tu mamy jeszcze kilka godzin spokoju.
W tej chwili dwulatek przesunął wieżę pod nogę stołu. Klocki rozsypały się z trzaskiem. Premier spojrzał w dół.
— Co się stało?
— Reforma — powiedział Edmund.
Piętnastolatka zamknęła książkę na palcu i pierwszy raz tego dnia uśmiechnęła się do ojca.
Gniazdo. Kilka wieczorów później
„Gniazdo” wyglądało z zewnątrz jak ciemny, zbyt regularny kawałek nocy. Maskowanie odcinało większość odbić. Z daleka nie było czego oglądać.
Elvis i Wróbel wykonywali trzeci przelot patrolowy wokół stacji.
— Jeszcze jedno kółko i zasnę — powiedział Wróbel.
— Nie możesz zasnąć. Jesteś moim skrzydłowym.
— Tym gorzej.
Elvis przeciągnął Sokoła pod brzuchem stacji, obrócił maszynę i wyszedł po drugiej stronie. W próżni beczka nie miała sensu. Dlatego zrobił drugą.
— Nowacz, wieża widzi — odezwał się operator.
— To dobrze. Robię to specjalnie.
— Vane też będzie widział zapis.
— To gorzej.
Wróbel parsknął.
— Znowu się zakochałeś?
— Nie. Ja jestem człowiekiem stałym w uczuciach.
— Od kiedy?
— Od dzisiaj.
Elvis otworzył kanał stacji.
— Gniazdo, Grom Pięć. Mam prośbę o trzy minuty kanału ogólnego.
— Po co?
— Dla morale.
— Czyjego?
— Mojego.
Operator westchnął tak głośno, że usłyszeli go obaj piloci. Po chwili w słuchawkach pojawił się stary, romantyczny utwór Presleya. Bez słów w kanale operacyjnym, tylko muzyka puszczona z pokładowego odtwarzacza.
— Nowacz…
— To dla pani prezydentowej — powiedział Elvis. — Po takiej nocy należy jej się coś normalnego.
Wróbel spojrzał na ciemny kadłub Gniazda.
— Ty naprawdę chcesz umrzeć z ręki własnego dowódcy.
Elvis zrobił trzecią beczkę.
— Najpierw musi mnie złapać.
Na kanale pojawił się kobiecy głos.
— Grom Pięć?
Elvis znieruchomiał tak gwałtownie, że Sokół sam skorygował wektor.
— Tak… słucham.
— Anna Kliszewska. Chciałam podziękować za piosenkę.
Wróbel zakrył mikrofon rękawicą i zaczął się śmiać.
— Cała przyjemność po mojej stronie, pani prezydentowo.
— I proszę już nie robić beczek pod oknami. Dzieci próbują spać.
— Przyjąłem.
Kanał ucichł.
Wróbel odczekał dwie sekundy.
— No. Teraz już naprawdę się zakochałeś.
— Zamknij się.
Elvis wyrównał lot. Tym razem przez całe pół okrążenia nie zrobił ani jednej beczki.
Gniazdo. Dwie książki
Paczki od Zasady przychodziły z transportami wojskowymi. Nie co dzień i nie według rozkładu, który ktokolwiek pokazywał Annie. Raz była to prasa z Ziemi, innym razem kilka książek dla dzieci, czasem świeże kwiaty, zwykle mocno poobijane po drodze.
— Generał powinien pakować je jak części zamienne — powiedziała Anna, kiedy dwie łodygi złamały się przy wyjmowaniu z pudełka.
Żołnierz podał jej drugi kubek na wodę. Nie skomentował.
Któregoś popołudnia pod drzwi przyszedł Fijałkowski. To on przyniósł jej kiedyś do Belwederu kwiaty i zaproszenie na chrzest „Twardowskiego”. Teraz miał pod pachą dwie książki.
— Pan generał prosił, żebym przekazał je osobiście, pani prezydentowo.
— Co tym razem? Rozporządzenia?
— Nie. To z jego domu.
Podał książki. Jedna miała zagięty róg, druga małą, wyblakłą zakładkę. W środku, na pierwszej stronie, ktoś dawno temu zapisał ołówkiem datę.
— Pan generał mówił, że jego żona lubiła do nich wracać — powiedział Fijałkowski. — Jeżeli pani przeczyta, prosi, żeby je później oddać. Nie chce ich stracić.
Anna przytrzymała książki obiema rękami.
— Oczywiście.
Adiutant przestąpił z nogi na nogę. Nie wyglądał na człowieka, który przyleciał z Warszawy tylko po to, żeby stać w progu.
— Pan generał czyta? — zapytała.
— Nie wiem. Tych nie widziałem u niego otwartych.
— To dlaczego mi je przysłał?
Fijałkowski popatrzył na grzbiety.
— Powiedział, że pani tu utknęła z dziećmi i dwoma politykami. Uznał, że może się pani przydać coś, co nie ma pieczątki.
Anna parsknęła.
— Rozsądny człowiek.
— Bywa — odpowiedział Fijałkowski i zaraz się wyprostował.
Anna nie wypytywała o żonę generała. Wiedziała, że nie żyje. Odprowadziła adiutanta do drzwi.
— Proszę mu podziękować. Oddam obie.
— Przekażę.
Kiedy wyszedł, Anna odłożyła książki obok łóżka. Dwulatek podbiegł do jednej, ale zabrała ją, zanim zdążył otworzyć na środku.
— Ta jest pożyczona — powiedziała. — Dostaniesz swoją.
Chłopiec skrzywił się z niezadowoleniem. Anna podała mu książeczkę z twardymi kartkami. Dopiero wtedy mogła otworzyć pierwszą stronę starej powieści.
Warszawa. Ośrodek szkolenia GROM-u.
Kapitan Adam Zieliński nie lubił określenia „żołnierz nowej generacji”.
Za każdym razem, gdy słyszał je od ludzi z laboratoriów, miał ochotę zaprowadzić ich na strzelnicę i kazać czyścić broń po całym dniu ćwiczeń.
— Jeszcze raz — powiedział.
Sześciu operatorów stanęło na linii.
Nie mieli implantów. Nikt nie ciął im kości ani nie prowadził przewodów pod skórą. Cała „nowa generacja” siedziała na zewnątrz: egzoszkielet odciążający stawy, nakładki stabilizujące ruch, wizjer sklejający obraz z radaru i czujników oraz Gryf-4, który ważył tyle, że bez wspomagania człowiek szybko przestałby uważać go za karabin.
— Pakiet aktywny? — zapytał Zieliński.
— Aktywny.
— To nie znaczy, że umiecie strzelać. Znaczy tylko, że wasz mózg dostał cudze skróty.
Pierwszy operator skrzywił się.
— Kapitanie, wynik mam lepszy niż przed wgraniem.
— Papier też ma świetne wyniki. Nie daję mu broni.
Cele wysunęły się z osłon.
Gryf-4 odezwał się krótkimi, twardymi impulsami. Nie było klasycznego odrzutu, ale pancerz reagował przy każdym strzale, dociskając bark i biodra operatora do osi.
Pierwsza seria była niemal idealna.
Druga szybsza.
Przy trzeciej młody sierżant Żak strzelił jeszcze, zanim cel skończył się podnosić.
Zieliński natychmiast podniósł rękę.
— Stop.
Żak zamarł.
— Co?
— Skąd wiedziałeś, gdzie będzie cel?
— Wzorzec.
— Jaki wzorzec?
Żak otworzył usta. Zamknął.
— Nie wiem. Po prostu wiedziałem.
Zieliński popatrzył na lekarza stojącego za szybą.
Lekarz już zapisywał coś na tablecie.
— To właśnie mnie wkurwia — powiedział Zieliński. — Jak człowiek nie wie, skąd coś wie, to nie jest jeszcze lepszym żołnierzem. Jest problemem z karabinem.
Rozdział 8. Pusty maszt
Bruksela. Nadzwyczajne konsultacje NATO.
Generał Henryk Zasada wszedł na salę jako ostatni z polskiej delegacji. Na stole czekały materiały o zamachach w Warszawie, a obok nich zebrane naprędce oceny zagrożenia dla bezpieczeństwa sojuszu. Przygotowano również miejsce dla przedstawiciela Izraela, zaproszonego przez delegację amerykańską w charakterze gościa konsultacji.
Zasada nie zdjął rogatywki. Fijałkowski zauważył, że adiutant amerykańskiego przewodniczącego patrzy na nią już trzeci raz, ale nikt nie poprosił generała o zmianę nakrycia głowy.
— Chcielibyśmy oddzielić wydarzenia w Warszawie od kwestii wspólnych zdolności obronnych — zaczął przewodniczący. — Potrzebujemy informacji, które pozwolą ocenić sytuację.
— Zamachy były wymierzone w polskiego prezydenta i premiera — odparł szef delegacji tureckiej. — Trudno mi wyobrazić sobie bardziej bezpośrednią kwestię bezpieczeństwa.
Amerykański przedstawiciel rozłożył dłonie.
— Nie jesteśmy tutaj, żeby prowadzić śledztwo. Żadnemu państwu nie służy eskalacja oparta na niezweryfikowanych oskarżeniach.
Turek obejrzał notatki leżące przed nim, choć od początku znał ich treść.
— Skoro już o tym mowa, mam pytanie dotyczące zakupów uzbrojenia. Jeśli Turcja nie zdecyduje się kupić oferowanego systemu, też powinniśmy się spodziewać zamachu na naszego prezydenta?
Tłumacz skończył z niewielkim opóźnieniem. Kilka osób spojrzało na delegację amerykańską. Przewodniczący poprosił, żeby wrócono do porządku obrad. Przedstawiciel Izraela nie zabrał głosu.
— Polska dysponuje technologiami istotnymi dla całego sojuszu — odezwał się amerykański delegat. — W obecnej sytuacji ograniczanie wymiany informacji utrudnia współpracę.
Zasada siedział nieruchomo. Przed nim leżał zamknięty notes; ani razu nie sięgnął po długopis. Nie odpowiedział również wtedy, gdy przewodniczący skierował pytanie bezpośrednio do niego.
— Panie generale, potrzebujemy stanowiska Polski.
Fijałkowski pochylił się nieznacznie, ale Zasada powstrzymał go ruchem dłoni. Odczekał, aż sekretarz skończy odczytywać kolejną propozycję wspólnej grupy technicznej, po czym wstał.
Za stołem, przy ścianie, stała biało-czerwona flaga polskiej delegacji. Zasada zwrócił się ku niej i zasalutował. Potem, nie podając nikomu ręki, ruszył do wyjścia.
Fijałkowski został jeszcze chwilę, by zebrać dokumenty. Gdy rozmowy podjęto na nowo, podszedł do stojaka, zdjął flagę i złożył ją starannie. Kilku oficerów patrzyło, jak wychodzi z materiałem pod ramieniem.
Na korytarzu jeden z polskich dyplomatów dogonił generała.
— Panie generale, będą pytać, czy to oznacza wystąpienie z NATO.
— Nie otrzymałem rozkazu wystąpienia z NATO — odpowiedział Zasada. — Obrady dobiegły dla mnie końca.
W tej samej chwili w rosyjskiej placówce dyplomatycznej analityk oglądał obraz z korytarza transmitowany przez stację telewizyjną. Zasada wychodził przed zakończeniem posiedzenia, a za nim Fijałkowski niósł złożoną flagę.
— To oni jeszcze są w NATO czy już nie? — zapytał oficer dyżurny.
— Na razie nie ma żadnego komunikatu — odpowiedział analityk i cofnął nagranie do chwili, w której generał zasalutował fladze.
Rozdział 9. Tydzień na Lunie
Luna-1. Niewidoczna strona Księżyca.
Błękitne pęknięcie otworzyło się nad szarym horyzontem i wyrzuciło cztery czarne punkty. Sokoły zawisły na ułamek sekundy, po czym ich dysze grawitacyjne rozsunęły się synchronicznie. W próżni drgania maszyn dochodziły do pilotów przez fotele i pasy.
Wiktoria „Viki” Jasińska siedziała w kabinie Sokoła 01 i próbowała oddychać tak, jak kazali lekarze. Powoli, bez zaciskania szczęk. Oczywiście robiła odwrotnie.
Obręcz interfejsu neuralno-ruchowego obejmowała jej skronie chłodnym naciskiem. Maszyna nie prosiła o komendy. Czekała na zamiar, a zamiar był zawsze szybszy niż rozsądek.
Pod nimi rozciągała się niewidoczna strona Księżyca, surowa i pocięta kraterami. Daleko po lewej ukrywały się sektory Aitkena. Przed nimi, pod osłoną pól maskujących, leżała Luna-1. Z tej odległości bardziej przypominała fragment geologii niż bazę.
— Grom Jeden, kontrola Luna-1. Wektor podejścia stabilny. Proszę zejść do korytarza południowego. Prędkość względna trochę za wysoka.
Głos operatora był suchy, wojskowy, prawie znudzony.
Viki spojrzała na cyfry. Na Ziemi różnica byłaby drobiazgiem. Tutaj mogła skończyć się rozsmarowaniem najdroższej zabawki Rzeczypospolitej o obcą płytę lądowiska.
— Przyjęłam. Koryguję.
Pomyślała o hamowaniu. Sokół zareagował natychmiast, trochę za ostro. Kadłub zadrżał, wirtualny horyzont skoczył, a żołądek Viki spróbował zostać w poprzednim punkcie przestrzeni.
— Delikatniej, Jasińska — odezwał się Vane.
Vane mówił cicho. Jego Sokół trzymał pozycję trochę wyżej i z tyłu. Formalnie nadzorował formację. W praktyce ją osłaniał, co drażniło Viki bardziej, niż chciała przyznać.
— Korekta w normie — odparła.
— Korekta była agresywna. Norma jest dla ludzi, którzy przeżyli własną pewność siebie.
Kosa prychnął w kanale wspólnym.
— Panie pułkowniku, melduję, że moja pewność siebie ma się dobrze.
— To ją zapnij pasami. Za chwilę lądujemy.
Siwy milczał. Jego Sokół 03 trzymał formację najczyściej z całej trójki młodszych pilotów. Siwy wyglądał czasem, jakby spóźniał się za światem, a potem okazywało się, że to świat nie zauważył tego, co on zobaczył wcześniej.
— Siwy, status? — zapytała Viki.
— Stabilny. Mam tylko zakłócenie na dolnym paśmie.
— Z Luny?
— Z powierzchni.
Vane odezwał się od razu.
— Sprecyzuj.
— Pojedyncze echo. Może odbicie od krawędzi krateru. Pojawiło się i zgasło.
— Zapisz pakiet. Bez analizy w locie.
— Przyjąłem.
Viki chciała zapytać więcej, ale Luna-1 właśnie wyszła spod maskowania.
Najpierw zobaczyła cienkie linie prowadnic zatopionych w skale. Potem odsłoniły się płyty lądowiska, pancerne bramy i segmenty doków ukryte w załamaniach terenu. Baza nie miała ludzkiej symetrii. Wyglądała jak coś, co urosło pod powierzchnią, a później tylko częściowo pozwoliło się odkopać.
— Grom Jeden, kontrola Luna-1. Korekta przyjęta. Zezwalam na lądowanie. Utrzymać wyznaczony wektor. Pola stabilizujące przejmą was nad płytą.
— Przyjęłam — odpowiedziała Viki.
Na bocznym kanale pojawił się sygnał „Twardowskiego”. Korweta patrolowała rejon Luny i obserwowała podejście Sokołów.
— Grom, tu „Twardowski” — odezwała się Anna Zaorska. — Widzę, że dotarliście w komplecie.
— Dzięki, „Twardowski”. Miło wiedzieć, że ktoś tu jeszcze wierzy w nasze umiejętności.
— Nie wierzę — odparła Zaorska. — Dlatego patrzę na wasze wektory.
Kosa parsknął. Nawet Vane przez chwilę milczał.
Cztery Sokoły weszły nad płytę lądowiska. Pola stabilizujące chwyciły kadłuby i zaczęły sprowadzać maszyny w dół. Viki poczuła, że Sokół chce dokończyć manewr sam, z tą obcą precyzją, której nadal nie ufała do końca.
Zostawiła jednak rękę na zamiarze. Drążka ani przepustnicy tu nie było; trzymała w głowie kierunek i siłę ruchu. Maszyna odpowiedziała lekkim oporem, jak koń, który wie, że jeździec dopiero uczy się siodła, ale nie zamierza go zrzucić.
Przyziemienie było miękkie. Sokół dotknął płozy magnetycznej bez stuknięcia i przez moment Viki miała wrażenie, że to Księżyc podszedł bliżej.
— Grom Jeden na płycie.
— Grom Dwa na płycie — zameldował Kosa.
— Grom Trzy na płycie.
— Grom Cztery na płycie — powiedział Vane. — Wyłączamy aktywne pola. Nikt nie odpina obręczy, dopóki technicy nie potwierdzą wygaszenia.
— Zawsze pan psuje najlepszy moment — mruknął Kosa.
— Najlepszy moment to ten, po którym nadal masz wszystkie kończyny.
Śluzy hangaru zamknęły się za nimi. Sprężarki zaczęły napełniać pomieszczenie powietrzem.
Viki odpięła pasy dopiero po zielonym sygnale. Obręcz odsunęła się od skroni. Kiedy otworzyła owiewkę, poczuła ból karku. Dopiero potem zauważyła, że dłonie drżą jej mocniej, niż chciałaby komukolwiek pokazać.
Za technikami WAT-u i żołnierzami zabezpieczenia, którzy czekali przy wyjściu z hangaru, stał generał Bogdan Hryniewicz.
Czekał bez hełmu, z rękami splecionymi za plecami. Patrzył na Sokoły jak na broń, która może uratować państwo albo je przekląć.
Vane wyszedł ze swojej maszyny ostatni. W niższym ciążeniu poruszał się ostrożniej, ale bez niezgrabności. Człowiek, który uczył innych panowania nad maszyną, nie zamierzał dać się ośmieszyć grawitacji.
Na widok generała Vane wyprostował się i zasalutował.
— Panie generale.
Hryniewicz oddał salut, podszedł do pułkownika i objął go na powitanie.
— Marek, ty stary wariacie! — powiedział, klepiąc go po plecach.
— Dalej uczysz ludzi latać tak, jakby maszyna miała sumienie? — zapytał generał.
— Teraz uczę ich latać tak, jakby go nie miała.
Hryniewicz parsknął cicho.
Viki zdjęła hełm i zeszła z drabinki serwisowej. Buty dotknęły płyty za lekko i musiała poprawić równowagę. Vane oczywiście to zauważył. Nic nie powiedział, co było gorsze niż uwaga.
Hryniewicz przeszedł przed linią Sokołów. Przy maszynie Viki zatrzymał się i spojrzał na czarną kabinę.
— One reagują inaczej poza Ziemią?
Vane odpowiedział bez wahania.
— Szybciej.
— To dobrze?
— To zależy, czy pilot też.
— Witam na Lunie — zwrócił się Hryniewicz do pilotów. Oficjalnie zostajecie tutaj na tydzień. Szkolenie w warunkach księżycowych, loty nad niewidoczną stroną, dokowanie przy obcej infrastrukturze i awaryjne wejścia przez śluzy polowe.
— A nieoficjalnie? — zapytał Kosa.
Vane spojrzał na niego ostro, ale Hryniewicz odpowiedział spokojnie.
— Nieoficjalnie sprawdzimy, czy człowiek połączony z Sokołem pozostaje człowiekiem również wtedy, gdy pod spodem nie ma Ziemi.
Kosa przestał się uśmiechać. Siwy patrzył na tablet, jakby nadal widział tamto pojedyncze echo.
Vane stanął pół kroku obok Viki. Gest był drobny, prawie służbowy.
— Odprawa za chwilę. Najpierw lekarze sprawdzą wasze odczyty. Kosa, żadnych żartów przy neurologach.
— A jeśli neurolog zacznie?
— To znaczy, że nie jest neurologiem.
Hryniewicz odwrócił się w stronę pancernej grodzi prowadzącej do centrum bazy.
— Pułkowniku, pan ze mną. Chcę panu coś pokazać przed odprawą.
Vane zawahał się ledwie zauważalnie.
— Coś związanego ze szkoleniem?
— Z Księżycem. A na Lunie to nigdy nie jest to samo.
Ruszyli w stronę śluzy wewnętrznej. Viki patrzyła, jak znikają za pancernymi drzwiami. Miała wrażenie, że nie idą na odprawę, tylko wracają do rozmowy przerwanej wiele lat wcześniej.
Kosa stanął obok niej.
— Tydzień na Księżycu. Brak klubów, brak normalnej kawy, brak powietrza na zewnątrz. Zaczynam żałować, że nie zostałem przy MiG-ach.
— Ty nigdy nie latałeś MiG-iem — powiedział Siwy.
— Ale mogłem żałować hipotetycznie.
Viki podeszła do kadłuba Sokoła i położyła dłoń na czarnej powierzchni. Metal był chłodny. Pod palcami wyczuła delikatne drżenie.
— Coś cię gryzie? — zapytał Siwy.
— Wszystko.
— To zawęża analizę.
Podniósł tablet diagnostyczny. Na ekranie widniał zapis lotu i jeden krótki ślad na dolnym paśmie. Punkt pojawił się poza mapą aktywnych instalacji Luna-1.
— To wróciło przy lądowaniu — powiedział cicho. — Bardzo słabo. Kierunek południowy. Rejon Schrödingera.
Viki zmrużyła oczy.
— Błąd?
— Może.
— Ale nie myślisz, że błąd.
Siwy przez chwilę patrzył na zapis.
— Błędy zwykle nie mają geometrii.
Za ich plecami technicy podpięli Sokoły do diagnostyki. W hangarze znów rozległy się narzędzia i krótkie komendy obsługi. Ludzie próbowali oswoić cudzą technologię codzienną robotą.
Sokół znów drgnął pod jej dłonią. Viki spojrzała na Siwego.
— Też to widziałeś?
— Nie.
Spojrzał na ekran.
— Ale echo właśnie wróciło.
Rozdział 10. Cień Schrödingera
Pierwszy dzień szkolenia na Lunie zaczął się od małego błędu.
Vane kazał powtórzyć manewr pięć razy. Viki była na niego wściekła przez następne pół godziny.
Siedziała w kabinie Sokoła, z obręczą interfejsu obejmującą skronie, i ponownie schodziła nad niewielki krater testowy. Profil był ten sam. Miała tylko przestać szarpać maszyną przy ostatniej korekcie.
Za każdym razem Sokół robił dokładnie to, czego chciała. Tyle że odrobinę za gwałtownie.
Na Ziemi pilot czuł opór powietrza i ciężar maszyny. Tutaj miał próżnię, skałę pod sobą i Sokół reagujący szybciej niż mięśnie. Z maszyną bardziej się spierała, niż ją prowadziła.
— Powtórzyć — powiedział Vane.
Jego głos był spokojny, co drażniło ją jeszcze bardziej.
— Manewr wykonany w normie.
— W normie masz przeciążenie, nie intencję. Powtórzyć.
Kosa, lecący po prawej, milczał. To było podejrzane. Jeśli Kosa milczał, naprawdę się skupiał albo nie chciał ściągnąć na siebie uwagi Vane’a.
Siwy trzymał pozycję z tyłu. Jego Sokół poruszał się bez efektownych korekt, a wykres lotu miał najczystszy z całej trójki młodszych pilotów. Jak zwykle. To zirytowało Viki bardziej, niż powinno.
— Grom Jeden, schodzisz za ostro — odezwał się Vane.
— Widzę.
— Czujesz, że maszyna cię słucha, i mylisz posłuszeństwo z kontrolą.
Viki zacisnęła szczęki. Sokół odpowiedział lekkim drgnięciem pola.
Vane zauważył.
— O tym mówię.
Przez chwilę chciała wyłączyć kanał dowodzenia. Dziecinny odruch. Zostawiła go tam, gdzie powstał.
— Przyjęłam.
Sokół wszedł w kolejną pętlę szkoleniową.
Powierzchnia Księżyca przesuwała się pod nią szarą płaszczyzną poprzecinaną czarnymi cieniami kraterów. Viki tym razem nie szarpała korekty. Otworzyła zamiar i pozwoliła maszynie wejść w niego spokojniej.
Kadłub lekko przechylił się w osi. Zielony korytarz prowadzenia wrócił na właściwą linię.
— Lepiej — powiedział Vane.
Viki wolałaby, żeby znowu ją skrytykował.
— To była pochwała? — zapytał Kosa. — Proszę potwierdzić, bo historia może tego nie unieść.
— Kosa.
— Milczę.
— Za późno.
Siwy odezwał się po chwili i żarty natychmiast się skończyły:
— Mam ponowne echo z dolnego pasma.
— Lokalizacja? — zapytał Vane.
— Południowy sektor niewidocznej strony. Granica basenu Schrödingera. To samo, co przy lądowaniu, tylko silniejsze.
— Luna-1, potwierdzacie?
Kontroler odpowiedział po chwili:
— Negatyw. W aktywnej mapie nie mamy tam źródła. Basen Schrödingera oznaczony jako pusty sektor geologiczny. Możliwe odbicie od ściany krateru.
— Siwy?
— Odbicie od skały nie wraca pod takim samym kątem. To ma krawędź.
Viki poczuła, jak złość odpływa. Zostało skupienie.
— Krawędź czego?
— Czegoś, czego nie powinno tam być.
Przez kanał przebił się głos Hryniewicza. Musiał słuchać z centrum kontroli Luna-1.
— Pułkowniku Vane, proszę przejść na profil rozpoznawczy. Bez lądowania i kontaktu z powierzchnią. Chcę zobaczyć to echo.
— Panie generale, to szkolenie pilotów.
— Na Lunie szkolenie szybko przestaje być tylko szkoleniem.
Vane milczał przez moment. Nie lubił zmieniać planu w locie. Przy obcej technologii każdy przypadek mógł kosztować za dużo.
— Formacja Grom, zmiana zadania. Rozpoznanie pasywne. Kosa, prawa flanka. Siwy, sensory. Viki, prowadzisz niższy profil i nie szarpiesz maszyny.
— To rozkaz techniczny czy psychologiczny?
— Ratunkowy.
Sokół wyczuł jej napięcie i spróbował lekko skorygować kurs. Viki zgasiła impuls, zanim maszyna go wykonała. Nie musiała słyszeć komentarza Vane’a, żeby wiedzieć, że znowu miał rację.
Cztery myśliwce oderwały się od korytarza szkoleniowego i ruszyły nad niewidoczną stronę Księżyca.
Luna-1 została za nimi. Zniknęły prowadnice lądowisk i znane punkty kontrolne. Przed nimi rozciągał się teren, który przez większość historii ludzkości istniał tylko na mapach.
Niewidoczna strona Księżyca nie była ciemna. W niskim świetle wyglądała obco.
Słońce leżało nisko nad poszarpanymi grzbietami. Krater Schrödingera wyrósł z horyzontu powoli, ogromny i nieruchomy.
Wewnętrzne pierścienie wznosiły się z dna jak połamane żebra. Między nimi ciągnęły się pola pyłu i rozpadliny.
— Piękny widok — mruknął Kosa. — W sam raz na urlop.
— Skup się.
— Właśnie się skupiam. Jeśli coś tutaj żyje, ma bardzo zły gust.
Siwy nie odpowiedział. Dane z jego Sokoła spływały na wspólny obraz formacji, aż echo wróciło w tym samym sektorze.
— Mam go.
— Oznacz.
Na mapie pojawił się punkt na wewnętrznej krawędzi jednego z grzbietów Schrödingera, w strefie głębokiego cienia.
Viki zmniejszyła prędkość. Sokół wszedł nad krater po szerokim łuku.
— Za ciemno na optykę — powiedział Kosa.
— Termika? — zapytał Vane.
— Temperatura tła. Nic aktywnego.
— Radar?
Siwy zawahał się.
— Radar pokazuje skałę. Dolne pasmo pokazuje pod nią płaską powierzchnię.
— Maskowanie? — zapytała Viki.
— Albo zawalony strop.
Hryniewicz odezwał się z Luny:
— Prześlijcie obraz.
— Już idzie.
Przez kilka sekund słychać było tylko rozmowy w centrum kontroli.
— Panie generale? — zapytał Vane.
— Tego miejsca nie ma w architekturze Luna-1.
— Może to osobna instalacja.
— System pokazuje martwe sektory, stare zamknięcia i szyby techniczne. Tego nie pokazuje wcale. Jakby ktoś wyciął fragment pamięci.
Sokół Viki drgnął od jej ruchu.
— Ktoś ukrył to przed bazą?
— Albo przed nami — odpowiedział Hryniewicz.
Vane przerwał ciszę.
— Grom, ciasny krąg. Nie schodzimy poniżej dwóch kilometrów.
Zeszli nad wskazany sektor.
Cień krateru połknął światło. Kamery przeszły na wzmacnianie kontrastu, lidar i radar. Powierzchnia zmieniła się w mapę krawędzi i zagłębień.
Viki prowadziła ostrożnie. Pod nimi stok wyglądał jak zwykłe zawalisko. Głazy leżały u podstawy ściany, a pomiędzy nimi ciągnął się pył.
Siwy nałożył dolne pasmo.
Pod skałą pojawił się prostokątny zarys. Niepełny, częściowo zasypany, ale zbyt regularny, żeby był naturalny.
— Mamy konstrukcję — powiedział Siwy.
Kosa zniżył lot.
— Kosa, wysokość — ostrzegł Vane.
— Mam lepszy kąt. Zejdę trochę.
— Nie schodzisz.
— Jeśli złapię go z boku…
Bez eksplozji czy błysku jego Sokół nagle stracił płynność ruchu. Znacznik skoczył w dół, potem w bok. Pola kompensacyjne zaczęły wariować.
— Kosa! — krzyknęła Viki.
— Mam to!
Nie miał.
Sokół 02 zaczął obracać się wokół własnej osi. Powoli, ale coraz szybciej.
Vane zareagował natychmiast.
— Viki, podejdź od lewej i spróbuj ustabilizować obrót Kosy polem. Siwy, osłab zakłócenie od dołu. Ja wchodzę nad niego.
Viki rzuciła Sokoła w bok. Musiała podejść blisko maszyny Kosy, ale nie mogła uderzyć w nią własnym polem z pełną mocą.
Sokół odpowiedział szybciej niż strach.
Weszła w obszar zakłócenia. Coś ścisnęło ją za skroniami, a obraz w kabinie rozpadł się na szare płaty. Horyzont przesunął się pod niemożliwym kątem.
— Nie próbuj przełamywać zakłócenia ciągiem — powiedział Vane.
Jego Sokół minął ją od góry i rozłożył pole stabilizujące szerzej, niż przewidywała procedura.
— Zmniejsz korekty sterowania, Jasińska. Podawaj pole powoli.
— Zmniejszam.
Viki odpuściła gwałtowne korekty w interfejsie. Sokół wyrównał ruch na tyle, że mogła zbliżyć się do obracającej się maszyny.
Jej Sokół przeszedł przez zakłócenie bez kolejnego szarpnięcia.
Viki objęła maszynę Kosy bocznym polem stabilizującym. Vane skorygował jej obrót od góry, a Siwy krótkim impulsem ograniczył zakłócenie od dołu.
Obrót Kosy wreszcie ustał.
— Kosa, raport — powiedział Vane.
Odpowiedź przyszła po chwili.
— Żyję.
— To nie raport.
— Sokół stabilny. Główne systemy zielone. Dolne pasmo wariuje. Ja też, ale mniej.
Viki wypuściła powietrze.
— Grom Dwa, wracasz na trzy kilometry. Bez dyskusji.
— Przyjąłem.
Kosa tym razem nie żartował.
Viki czuła drżenie dłoni. Sokół odpowiadał na nie mikroruchami pola, jakby próbował uspokoić własnego pilota.
— Viki — odezwał się Vane na kanale prywatnym.
Nie użył jej numeru ani nazwiska.
— Słyszę.
— Dobrze wykonałaś manewr.
Viki milczała, a Vane po chwili dodał:
— Za drugim razem.
— To była pochwała?
— Informacja techniczna. Gdybyś trzymała wektor trochę dłużej, zakłócenie złapałoby również ciebie.
— Wiem.
— Teraz wiesz. Wtedy chciałaś wygrać.
Trafił za głęboko. Sokół Vane’a trzymał pozycję po jej lewej stronie, bliżej niż wymagała formacja.
— Nie potrzebuję niańki.
— Jestem dowódcą.
— Czasem różnica jest słabo widoczna.
— W takim razie lataj tak, żebym nie musiał jej pokazywać. — Zamknął kanał.
Kosa odezwał się ciszej niż zwykle:
— Siwy, powiedz mi, że przynajmniej mamy za to ładne zdjęcie.
— Mamy coś lepszego. Zakłócenie odsłoniło warstwę pod maskowaniem.
Siwy przesłał model terenu.
Algorytm odjął naturalną geometrię stoku. Pod warstwą skał i pyłu ukazały się linie zbyt regularne jak na geologię.
Długa prowadnica biegła wzdłuż zbocza. Obok niej widać było zarys ogromnej bramy. Dalej, za uskokiem, trzy półkoliste struktury rozmieszczone w równych odstępach.
— To stanowiska? — zapytał Kosa.
— Wyglądają jak doki albo wyrzutnie — odpowiedział Siwy. — Za duże dla Sokołów.
— Jak duże?
— „Twardowski” wszedłby na jedno z nich z zapasem.
Po tej odpowiedzi przez chwilę nikt się nie odezwał.
— Luna-1, widzicie to? — zapytał Vane.
Hryniewicz odezwał się po chwili:
— Widzimy.
— To część waszej bazy?
— Nie według map. Jest w Lunie sektor, którego nigdy nie otworzyliśmy. Martwe przejście za starymi grodziami. Uznaliśmy, że prowadzi do zawalonej części infrastruktury. System nie dawał mu żadnego znaczenia.
— A teraz?
— Teraz wygląda na to, że te dwa miejsca są połączone.
Viki spojrzała w stronę cienia pod stokiem. Wiedziała już, gdzie patrzeć, i przez moment widziała pod pyłem regularną geometrię.
— Panie generale — odezwał się Siwy. — Brama powierzchniowa nie jest całkiem zamknięta.
Kosa zaklął pod nosem.
— Powtórz — powiedział Vane.
— Górna krawędź zasypana, lewy sektor zawalony. Po prawej jest szczelina. Kilka metrów. Z zewnątrz prawie jej nie widać.
— Ślad ruchu?
— Nic świeżego.
Hryniewicz odezwał się ciszej:
— Mogła zostać tak po katastrofie.
Vane nie ciągnął tego dalej.
— Grom, wracamy na Lunę. Bez dalszego podejścia. Siwy, pełny pakiet danych do centrum. Kosa, trzymasz prawą stronę i nie schodzisz niżej. Viki, lewa osłona.
— Przyjęłam.
Cztery Sokoły zaczęły odchodzić od Schrödingera.
Viki wykonała manewr spokojnie. Za nimi cień krateru znowu zakrył konstrukcję.
Luna-1 czekała pod horyzontem. W centrum kontroli zapewne już budzono Orła, Frączaka i ludzi, którzy mieli wejść tam, gdzie piloci nie mogli.
— Vane — odezwała się Viki.
— Słucham.
— Jeśli ta baza była ukryta przed Luną, to kto ją zbudował?
Przez kilka sekund nie odpowiadał.
— To nie jest najgorsze pytanie.
— A jakie?
— Kto ją opuścił.
Rozdział 11. Drzwi, które nie chciały się otworzyć
Stał w dolnym sektorze Luna-1 przed czarną płytą wtopioną w ścianę. Korytarz był szeroki i niski. Nie miał klasycznych spoin ani paneli serwisowych. Materiał wyglądał, jakby odlano go w jednym kawałku.
Sama płyta miała wysokość kilku pięter. Jej powierzchnię przecinały trzy ukośne linie. Żadnego zamka, uchwytu ani szczeliny, którą można byłoby uznać za wejście.
Przez miesiące system Luny klasyfikował ten sektor jako martwe zakończenie techniczne. Bez schematu i bez ostrzeżenia.
— Próbował pan to otworzyć? — zapytał Orzeł.
Hryniewicz założył ręce za plecami.
— Najpierw delikatnie. Potem naukowo. Następnie niecierpliwie. Na końcu głupio.
— Skutek?
— Za każdym razem ten sam.
Na ekranie widać było trzy ukośne linie.
— Marecki próbował je odczytać. Zna część symboliki Luny i porównał je z tym, co mamy z Aitkena, ale nie znalazł tu polecenia ani ostrzeżenia. Dla niego to raczej oznaczenie sektora niż panel sterowania.
Orzeł przyjął to krótkim skinieniem. Marecki zrobił swoje. Reszta należała do ludzi, którzy potrafili sprawdzić, co kryje się za ścianą, nie pytając jej o zgodę.
Frączak przykucnął przy podstawie płyty. Obok niego porucznik inżynier Michał Nowak rozłożył sondę i przewody zasilające. Sierżant Jakub Chodera, podoficer techniczny Luna-1, sprawdzał dostęp do bocznej ramy grodzi.
— Spróbuj jeszcze na dolnej linii — powiedział Frączak.
Nowak przyłożył sondę. Urządzenie zapiszczało i zgasło.
— Sonda odbiera sygnał z przestrzeni za płytą, chociaż system Luny nie pokazuje tam żadnego sektora — powiedział Nowak.
Na odczycie nadal utrzymywał się sygnał po drugiej stronie płyty.
— I nie jest to zwykła ściana. Rama pracowała. Widać naprężenia.
Kilka kroków dalej stali Vane, Viki, Kosa i Siwy. To ich lot nad Schrödingerem doprowadził ekipę do tego miejsca. Siwy trzymał na tablecie model złożony ze skanów Sokołów.
— Jeśli dobrze składamy dane, za drzwiami zaczyna się korytarz albo szyb — powiedział. — Dalej mamy zawalony odcinek i dopiero za nim sektor pod Schrödingerem.
— Jak długi jest zawał? — zapytał Orzeł.
— Nie da się określić. Sygnał ginie w gruzie.
— Maskowanie? — zapytała Viki.
— Może. Ale gruz jest pewny.
Dwie sekcje GROM-u pod dowództwem porucznika Kaktusa zabezpieczały boczne wnęki. Orzeł wiedział, że wobec obcej technologii sama broń może nie wystarczyć.
Frączak przesunął skanerem po ramie.
— To nie blokada zamka — powiedział Frączak. — Rama jest zakleszczona. Całą konstrukcję ścisnęło z boku. Korytarz za nią musiał się skręcić razem ze skorupą.
Model pokazywał odkształcenie biegnące przez boczne ściany korytarza.
— Wstrząs?
— Ten materiał wytrzymał rzeczy, których nasza stal by nie wytrzymała. Zwykły wstrząs nie powinien go tak odkształcić.
— Hertzsprung? — zapytał Orzeł.
Frączak przez chwilę patrzył na linie naprężeń.
— To jedna z możliwości. Jeśli tamta instalacja rzeczywiście próbowała przestawić Księżyc, naprężenia mogły przejść daleko poza sam sektor. Nie potrafię powiedzieć, czy tak było. Mogę tylko powiedzieć, że ktoś kiedyś bardzo mocno skręcił ten kawałek Luny.
— Da się obejść płytę? — zapytał Orzeł Nowaka.
— Zasilaniem jej nie ruszę. Ale po prawej stronie jest pas konstrukcyjny. Możemy wejść bokiem, jeśli Frączak potwierdzi, że materiał przyjmie cięcie.
— Przyjmie — odpowiedział Frączak. — Niechętnie.
— Czyli młotek — powiedział Orzeł.
Frączak spojrzał na niego z urazą.
— Panie komandorze, jesteśmy Polakami w obcej bazie na Księżycu. Oczywiście, że mamy młotek.
Kosa parsknął śmiechem. Vane tylko pokręcił głową.
Frączak wrócił do skanów.
— Wejście da się wyciąć z boku. Dalej mamy zawał, do którego potrzebna jest ekipa górnicza.
Orzeł spojrzał na Romana Kozubka, specjalistę od fizyki pól i konwersji energii, który porównywał odczyty z czujników.
— Co z ciążeniem za grodzią?
— Brakuje wiarygodnych pomiarów. Dopóki tego nie sprawdzimy, musimy przyjąć naturalne ciążenie Księżyca — odpowiedział Kozubek.
— Wala i ludzie z Halemby odgruzowywali na Marsie przejście pod Olympus Mons, prowadzące do bramy na Cydonię — przypomniał Kozubek. — Znają podobne konstrukcje.
— Sprowadzić Walę z jego zmianą — zdecydował Orzeł.
— Przygotować wejście bokiem, bez uruchamiania głównego mechanizmu grodzi. Chodera organizuje sprzęt do cięcia. Frączak ocenia materiał, Nowak odpowiada za odizolowane zasilanie i sondy. Kaktus zabezpiecza korytarz. Wala kieruje pracami przy zawale.
Spojrzał na Vane’a.
— Piloci zostają na zewnątrz. Chcę oczy nad Schrödingerem. Bez lądowania i bez samowoli.
— Zrozumiałem — odpowiedział Vane.
Viki już otwierała usta, ale wystarczyło jedno jego spojrzenie. Zrezygnowała.
Później dogoniła go przy bocznej śluzie.
— Nie potrzebuję, żeby pan odpowiadał za mnie.
Vane zatrzymał się. Za nimi mechanicy prowadzili wózek ze sprzętem do hangaru.
— To dobrze. Odpowiadam za formację.
— Nad Schrödingerem wykonałam rozkaz. Uratowaliśmy Kosę. A pan dalej widzi tylko błąd.
— Bo błąd wraca po pilota. Sukces zapisują w raporcie i wszyscy są zadowoleni. Błąd zostaje w głowie. Jeśli człowiek ma szczęście, przypomina o sobie przed następnym razem.
Viki milczała.
— Jest pani dobra — dodał Vane ciszej.
Tych słów się nie spodziewała.
— Ale Sokół wzmacnia pilota. Także wtedy, kiedy pilot robi głupstwo. Niech pani nie myli odwagi z potrzebą udowodnienia czegoś maszynie.
Viki minęła Vane’a i ruszyła w stronę hangaru. Po przygotowaniu maszyn cztery Sokoły wystartowały na patrol nad Schrödingerem.
Kilka godzin później do dolnego sektora dotarł Grzegorz Wala z górnikami z Halemby. Byli tam również ludzie Chodery, zespół WAT-u i dwie sekcje GROM-u.
Wala miał na ramieniu skafandra wyblakłą naszywkę ratownictwa górniczego. Przywitał się z Orłem i Frączakiem, których znał z Marsa, i obejrzał ramę grodzi.
Chodera wskazał pas konstrukcyjny po prawej stronie.
— Tutaj przygotujemy wejście, omijając zakleszczone skrzydła.
Wala podszedł do ekranu Nowaka.
— Co mamy dalej?
— Pierwszy odcinek korytarza jest drożny. Potem zaczyna się zawał. Skan nie pokazuje, jak daleko sięga.
Wala przyjrzał się przekrojowi.
— Przygotować podpory i manipulator — polecił swoim górnikom. — Nikt nie rusza bloków, dopóki nie sprawdzimy, co trzyma strop.
— Najpierw skan, potem cięcie. Wchodzimy dopiero po zabezpieczeniu otworu — zarządził Orzeł.
Nowak uruchomił sondy. Na ekranach pojawił się nierówny zarys pustki po drugiej stronie ściany, a dalej ciemna masa rumowiska.
Ośrodek szkolenia GROM-u, godz. 03:17
Alarm poderwał żołnierzy na nogi.
Zieliński wybiegł na korytarz w spodniach od munduru i koszulce. Pierwszy strzał usłyszał, zanim dotarł do schodów.
Drugi przeszedł przez drzwi magazynu.
— Kto?
— Żak — krzyknął technik z dołu. — Ma broń!
Zieliński zaklął.
Sierżant Żak siedział jeszcze wieczorem przy tym samym stole co reszta. Narzekał na ból głowy i metaliczny smak po pakiecie. Lekarz kazał mu spać.
Teraz stał w warsztacie z karabinem przy ramieniu.
— Nie podchodzić! — krzyknął.
Przed nim leżał ranny instruktor. Żył. Krew szła z uda.
GROM zamknął oba końce korytarza.
Zieliński wychylił się tylko na tyle, żeby zobaczyć twarz sierżanta.
— Żak. To ja.
— Oni wchodzą przez ścianę.
— Kto?
— Widziałem to. Już było. Za chwilę wejdą.
Zieliński spojrzał na pustą ścianę warsztatu.
— Nic tam nie ma.
— Kłamiesz!
Żak strzelił. Pocisk fuzyjny przeszedł nad głową Zielińskiego i wypalił czarną smugę na betonie.
Operator po lewej już miał go w celowniku.
Zieliński pokręcił głową.
— Jeszcze nie.
— Kapitanie…
— Jeszcze nie.
— Żak, odłóż broń.
Sierżant płakał. Sam chyba o tym nie wiedział.
— Ja pamiętam, jak zginęliśmy.
Zieliński poczuł zimno pod żebrami.
Pakiet nie miał zawierać wspomnień. Tylko procedury, ruchy, reakcje.
— To nie jest twoje wspomnienie.
— Jest w mojej głowie!
Żak przesunął lufę w stronę rannego instruktora.
— Żak, odsuń broń! — krzyknął Zieliński.
Operator GROM-u strzelił. Krótka wiązka trafiła sierżanta w ramię. Karabin wypadł mu z dłoni, a on osunął się pod ścianę.
Dwaj komandosi obezwładnili Żaka. Jeden odsunął jego broń, drugi zacisnął opatrunek na ranie.
— Medyka! — rozkazał Zieliński. — Do obu rannych!
Kilka godzin później Żak leżał w izbie medycznej z unieruchomionym ramieniem. Ranny instruktor również przeżył.
Zieliński połączył się z doktor Martą Rosińską, lekarką zespołu Giewontu, która od pierwszych doświadczeń z Okiem zajmowała się reakcjami neurologicznymi badanych. Na ekranie oglądała wyniki skanów Żaka i zapis ostatniej sesji szkoleniowej.
— Prawdopodobnie dostał za dużo wzorców naraz — powiedziała. — Mózg zaczął układać je we wspomnienia wydarzeń, których nie przeżył.
— Da się to odwrócić?
— Jeszcze nie wiem. Potrzebuję wcześniejszych badań i zapisu pakietu.
— Jest przytomny?
— Tak. Pytał, czy instruktor żyje. Ale nadal twierdzi, że widział ludzi przechodzących przez ścianę.
Zieliński polecił wstrzymać wszystkie pakiety wojskowe do czasu wyjaśnienia incydentu.
Rozdział 12. Gruzowisko
Po ostatnim skanie przyszła kolej na cięcie.
Chodera nadzorował operatorów głowic tnących. Na czarnej powierzchni, obok zakleszczonej grodzi, pojawiły się cienkie, jasne linie. Drgania pracy narzędzi przenosiły się przez rękawice i podeszwy. Gdy cięcie dobiegło końca, manipulator przejął wycięty fragment ściany i odsunął go na bok.
Za nim zalegała ciemność.
Orzeł włączył reflektor na hełmie. Smuga światła zginęła na pyle. Drobiny oderwane od krawędzi dryfowały w próżni i przyklejały się do szyb.
— Próżnia. Sztuczne pole ciążenia nie odpowiada. Pozostaje naturalne przyciąganie Księżyca — zameldował Nowak.
— Krótkie kroki, linki aktywne — polecił Orzeł. — Kaktus, osłona. Wala, proszę prowadzić.
Wala pierwszy przecisnął się przez otwór i obejrzał najbliższy odcinek stropu. Za nim wszedł porucznik Kaktus z operatorem GROM-u, zabezpieczając przejście. Po ich sygnale dołączyło dwóch górników z Halemby, a następnie Orzeł, Frączak i Nowak.
Korytarz po drugiej stronie był niższy niż powinien. Strop opadł pod kątem, skręcony razem z bocznymi ścianami. Obcy materiał nie pękł jak beton. Ugiął się i zastygł w nowym kształcie, jakby ktoś próbował obrócić cały tunel względem reszty Księżyca.
Dalej przejście blokował zawał widoczny wcześniej na skanach Sokołów.
Bloki obcego materiału, księżycowa skała i poskręcane prowadnice utworzyły rumowisko bez wyraźnego punktu podparcia. Część elementów była zakleszczona pod dziwnymi kątami. Jeden niewłaściwy ruch mógł zmienić rozkład obciążeń całego zawału.
Górnicy Wali rozstawili podpory i sprawdzili kotwy. Jeden z nich podprowadził manipulator do mniejszego bloku, a Wala obejrzał podparcie skały powyżej.
— Powoli, kilka centymetrów — polecił operatorowi.
Manipulator chwycił blok. Kamień ruszył zbyt łatwo, a wraz z nim drgnęła płyta oparta o strop. Wala zauważył to, zanim wskazania obciążenia zaczęły rosnąć.
— Stop!
Trzech ludzi zamarło. W niskim ciążeniu nawet bezruch wymagał opanowania. Trzeba było wygasić ruch i pozwolić aktywnym butom złapać podłoże. Jedno szarpnięcie mogło posłać narzędzie albo człowieka przez korytarz.
Blok przesunął się jeszcze odrobinę i stanął.
W próżni nie słyszeli odgłosów zawaliska. Wala obserwował naciski na podporach i ruch szczelin między blokami.
— Cofnąć ramię. Powoli. Lewej podpory nie dotykać — polecił Wala.
Górnik obsługujący manipulator wycofał chwytak. Zakleszczony blok drgnął ponownie.
Frączak zaklął pod nosem.
— Ten blok nie ma stabilnego podparcia — powiedział Frączak.
— Dlatego go nie wyciągamy — odpowiedział Wala, obserwując podporę.
Orzeł stał kilka metrów dalej, przypięty linką do kotwy. Wala kierował zabezpieczaniem zawaliska, a Kaktus utrzymywał osłonę wojskową.
Przez następne godziny górnicy posunęli się zaledwie kilka metrów. Zakładali kolejne kotwy, podpierali większe fragmenty i odsuwali mniejsze manipulatorem. Wala sprawdzał każdą zmianę obciążenia, zanim pozwolił ruszyć następny blok.
Nowak nadzorował układ zasilania, a dwóch elektryków prowadziło przewód z Luny za ekipą. Mocowali go do sprawdzonych punktów na ścianach, z dala od miejsc pracy manipulatora.
— Zasilanie stabilne? — odezwał się Hryniewicz z centrum Luny.
— Na obecnym odcinku tak — odpowiedział Nowak. — Przed dalszym wejściem sprawdzę spadki na przewodzie.
Wala klęczał przy szczelinie pomiędzy dwiema płytami.
— Za środkowym blokiem jest pustka. Jeśli go wyciągniemy, prawa strona może pójść za nim.
— Ile stracimy? — zapytał Orzeł.
— Korytarz albo ludzi.
— Inna droga?
Wala wskazał górny pas konstrukcyjny.
— Może tamtędy.
Nowak uniósł małego robota inspekcyjnego.
— Człowiek nie przejdzie. Krecik powinien.
Robot wszedł w szczelinę powoli. Przez chwilę kamera pokazywała prawie wyłącznie ciemność, potem złapała pustkę po drugiej stronie zawału.
Korytarz opadał łagodnie i zakręcał ku południowi. W ścianach tkwiły przepalone przewody, a kilka grodzi zatrzymało się w połowie ruchu.
Wala przyjrzał się obrazowi.
Frączak powiększył jedną z grodzi. Wzdłuż ściany ciągnęła się deformacja podobna do tej przy czarnych drzwiach.
— To samo naprężenie. Cały sektor dostał skrętu.
Orzeł spojrzał na Hryniewicza widocznego w oknie komunikacyjnym.
— Czy Luna ma jakiekolwiek dane o gwałtownej zmianie orientacji Księżyca?
Hryniewicz zamilkł na moment.
— Główna instalacja Hertzsprunga wymagała ustawienia względem celu. My zakładaliśmy powolne korekty i kompensację naprężeń.
— A jeśli ktoś nie miał czasu?
— Największego bloku nie ruszamy — polecił Wala. — Podeprzemy go i przejdziemy górą.
Górnicy założyli dodatkowe kotwy, zabezpieczyli środkowy blok i przygotowali ciasne przejście pod odkształconym stropem. Wala sprawdził mocowania, zanim pozwolił kogokolwiek przepuścić.
Pierwszy przeszedł Wala, za nim Kaktus z drugim komandosem. Dopiero po potwierdzeniu drożności ruszył Orzeł; część wyposażenia ciągnął na lince.
W połowie przejścia krawędź jego pancerza zahaczyła o wystającą prowadnicę. Obróciło go bokiem. Linka napięła się, a pył podniósł wokół hełmu.
— Spokojnie — powiedział Wala. — Nie szarpać.
Orzeł znieruchomiał. Nie lubił sytuacji, w których jego życie zależało od człowieka mówiącego do niego tonem używanym wobec stropu.
Wala przesunął się bliżej, ustawił buty na zaczepach i uwolnił fragment pancerza.
— Teraz.
Orzeł przepchnął się dalej.
Po drugiej stronie korytarz rozszerzał się. Wzdłuż ścian biegły magnetyczne prowadnice. W bocznych wnękach leżały cylindryczne pojemniki i porzucone osłony. Nie znaleźli ciał ani śladów walki.
— Korytarz bez ruchu — zameldował Kaktus.
Frączak uklęknął przy jednej z wnęk i obejrzał materiał wokół złącza.
— Mechanicznie całe. Nowak?
Porucznik Nowak podłączył tester przez własny blok zabezpieczeń. Przed próbą sprawdził oddzielenie miejscowego obwodu od głównej magistrali.
— Główne zasilanie pozostaje odłączone. Mogę podać ograniczone napięcie wyłącznie na obwód oświetlenia.
Orzeł spojrzał na Frączaka.
— Materiał wokół złącza jest stabilny — potwierdził inżynier.
— Tylko ten obwód — polecił Hryniewicz przez łącze.
Nowak podał zasilanie.
Po chwili przy podłodze zapaliła się wąska linia światła. Dalej odpowiedziała następna. Zimny blask przesuwał się w głąb martwego tunelu.
W korytarzu zespół Orła dotarł do pierwszej wewnętrznej grodzi. Zatrzymała się w połowie ruchu. Za nią znajdowała się większa komora z trzema liniami transportowymi i pustymi stanowiskami serwisowymi.
Frączak puścił sondę dalej.
Na końcu komory otwierał się pionowy szyb prowadzący ku powierzchni. Górny fragment był zasypany, ale nad nimi czerniała szczelina powierzchniowej bramy.
— Mamy połączenie z powierzchnią — powiedział.
Wala skierował reflektor na ciemniejszy pas biegnący przez ścianę od posadzki do stropu.
Frączak przyłożył skaner. Na ekranie pojawił się wzór pęknięć obejmujący nie pojedynczą ścianę, lecz cały sektor.
— To nie jest lokalna awaria — powiedział. — Deformacja idzie jednym kierunkiem. Fragment skorupy próbował zmienić położenie względem głębszych warstw.
Hryniewicz odezwał się przez łącze z centrum Luny.
— Jeśli Hertzsprung był układem kierunkowym, naprężenia trzeba było rozprowadzać stopniowo.
— A jeśli ktoś próbował przestawić go szybciej? — zapytał Orzeł.
— Mógł doprowadzić do takich uszkodzeń.
— Cały sektor dostał boczny nacisk. Dlatego grodzie są zakleszczone — ocenił Wala.
— Po co mieliby ryzykować zniszczenie własnej bazy? — zapytał Orzeł.
— Żeby zdążyć wycelować — odpowiedział Hryniewicz.
— W co? — zapytał Orzeł.
— Tego nie wiemy — przyznał generał.
Za półotwartą grodzią ciągnęła się przestrzeń tak wielka, że reflektory nie sięgały przeciwległej ściany.
— Mamy hangar.
Rozdział 13. Hangar w cieniu
Do hangaru dotarli od dołu, odgruzowanym korytarzem prowadzącym z Luny. Główna brama powierzchniowa pozostawała częściowo otwarta, lecz dojście do niej od strony krateru nadal zasłaniały skały i uszkodzona konstrukcja.
Przez półotwartą grodź przeszedł porucznik Kaktus z drugim operatorem GROM-u. Żołnierze sprawdzili najbliższą część hali i dopiero wtedy przepuścili Walę.
Górnik obejrzał strop przy wejściu i zakleszczoną prowadnicę nad głowami. Po jego sygnale weszli Orzeł, Frączak, Nowak oraz inżynier z dodatkowymi czujnikami. Reszta ekipy zabezpieczała drogę powrotną przy gruzowisku. Przewód zasilający z Luny doprowadzono tylko do stanowisk roboczych.
Hangar znajdował się wyżej, pod powierzchnią, ale nie całkiem pod nią. Był wcięty w zbocze krateru i przykryty warstwą skały oraz materiału maskującego. Od zewnątrz wyglądał jak cień, geologiczny fałd, przypadkowe pęknięcie. Od wewnątrz był ogromną halą, na pierwszy rzut oka pustą.
Reflektory GROM-u przesunęły się po stropie, który ginął wysoko nad nimi, potem po bocznych ścianach i podłodze przeciętej szerokimi prowadnicami startowymi. Trzy główne stanowiska biegły w stronę powierzchniowej bramy. Każde było tak szerokie, że „Twardowski” mógłby stanąć na nim bez obcierania kadłubem o boczne ramiona.
Okrętów nie było. Pozostały po nich puste miejsca postojowe i uchwyty dokujące, których rozmiar wskazywał na jednostki większe od „Twardowskiego”.
— Trzy stanowiska startowe — powiedział Frączak. — Jednostki większe niż nasza korweta.
Ruszyli dalej.
Na ścianach nie było znaków, które ludzie potrafiliby odczytać. Pozostały za to pasy uszkodzeń, te same linie naprężeń, które widzieli w korytarzu. W jednym miejscu suwnica oderwała się od górnej prowadnicy i zawisła pod kątem, zaklinowana w ścianie. W innym pęknięty fragment platformy serwisowej sterczał nad pustką jak złamane żebro.
Jedna połowa bramy utknęła pod kątem, druga cofnęła się głębiej w ścianę. Między nimi pozostała szczelina wystarczająca, by mniejsze jednostki mogły wystartować albo uciec. Widać było przez nią czarne niebo, fragment stoku i gwiazdy. Żadnego powietrza, ruchu ani śladów świeżego lądowania.
Nowak przyłożył izolowaną sondę do złącza serwisowego przy pierwszym stanowisku. Zasilanie sondy pochodziło z jego własnego urządzenia; obce obwody pozostawały odłączone. Czytnik znalazł fragment uszkodzonego dziennika technicznego.
— Mam sekwencję stanów awaryjnych — zameldował Nowak.
Hryniewicz śledził odczyt przez łącze z centrum Luny.
— Widać, co się wydarzyło?
— Najpierw alarm strukturalny. Potem polecenie otwarcia bramy i rozpoczęcie ruchu skrzydeł. Następnie odłączenie reaktora i utrata zasilania tego sektora. Nie wiem, czy mechanizm zatrzymał się przez brak energii, czy przez odkształcone prowadnice.
Zapis potwierdzał próbę otwarcia zakleszczonej bramy, ale nie mówił, czy komukolwiek udało się opuścić bazę.
W bocznej ścianie Wala znalazł półotwartą grodź. W jej stronę prowadziły węższe tory.
Za grodzią znajdował się drugi hangar, niższy od głównej hali. Kaktus sprawdził wejście, zanim pozostali przeszli dalej.
Reflektory po kolei wydobywały z mroku czarne sylwetki ustawione w dwóch rzędach.
Dwanaście maszyn.
Obraz z kamer GROM-u dotarł do Viki patrolującej zewnętrzny stok krateru. Pozostałe trzy myśliwce utrzymywały wyznaczone sektory osłony.
Były podobne do Sokołów, ale nie identyczne. Starsze albo pierwotniejsze. Kadłuby miały ostrzejsze linie, mniej ludzkich adaptacji i osłon dołożonych przez WAT oraz polskich inżynierów. Kabiny wyglądały jak czarne krople wtopione w pancerz. Płozy magnetyczne były złożone, dysze pól zamknięte. Na skrzydłopodobnych stabilizatorach nie było znaków, numerów ani barw.
— Wygląda na to, że latamy na bardzo starym pomyśle — mruknął Kosa przez wspólny kanał.
Spod płozy najbliższej maszyny wystawał niedomknięty zaczep dokujący.
— Frączak, co możemy o nich powiedzieć?
— Kadłuby wyglądają na całe. Nie wiemy, co działa w środku.
— Nie ustaliliśmy jeszcze, czy maszyny są odłączone od instalacji hangaru — powiedział Nowak. — Bez tego niczego nie zasilamy.
Hryniewicz odezwał się przez łącze:
— Zabezpieczyć hangar. Żadnych prób uruchamiania, dopóki nie sprawdzimy instalacji.
Jedna z maszyn stała lekko przekrzywiona, jakby w chwili awarii system dokujący puścił nierówno. Inna miała otwarty panel serwisowy, a przy niej leżały dwa długie, cienkie narzędzia z uchwytami przystosowanymi do dłoni trochę innych niż ludzkie albo do nieznanych rękawic.
Wala wskazał otwarty panel i porzucone przy nim narzędzia. — Ktoś przerwał tutaj pracę.
Weszli do bocznej sterowni hangaru. Była mała w porównaniu z resztą instalacji. Trzy stanowiska, panoramiczna ściana obserwacyjna wychodząca na rząd maszyn, martwe panele i fotel albo jego odpowiednik, zbyt niski i głęboki, by człowiek mógł siedzieć w nim wygodnie bez adaptacji.
Na głównym pulpicie świeciła słaba linia. Pozostałe stanowiska były martwe.
Przy głównym pulpicie Nowak zatrzymał zespół i sprawdził miejscowym miernikiem, czy instalacja jest zasilana.
— Tego nie zasilałem. Nie wiem, skąd bierze energię.
Orzeł natychmiast uniósł broń. Operatorzy GROM-u rozsunęli się po bokach.
Linia na pulpicie pulsowała miarowo. Wyglądała raczej jak przebieg sygnału niż tekst lub oznaczenie alarmu.
Skaner zbliżony do obudowy wykrył pracę lokalnego rejestratora.
— W obudowie jest lokalny rejestrator. Wyświetla pozostałość zapisu, ale nie wiemy, jaki stan oznacza.
— Da się odczytać dane bez uruchamiania instalacji? — zapytał Hryniewicz przez łącze.
— Spróbuję odczytu złącza serwisowego własnym czytnikiem. Bez podawania zasilania na pulpit.
Sonda pracowała bez połączenia z magistralą bazy. Z rejestratora udało się skopiować fragment pamięci, a porównanie z mapami Luny i dokumentacją Hertzsprunga dało po kilku minutach niepełną sekwencję geometryczną.
— Wygląda na zapis zmian orientacji — powiedział Hryniewicz, oglądając wynik.
Na ekranie pojawił się niepełny model Księżyca z osią instalacji Hertzsprunga i trzema kolejnymi korektami orientacji. Przy ostatniej oznaczenia naprężeń gwałtownie wzrosły. W danych dotyczących sektora pod Schrödingerem pojawił się alarm uszkodzenia.
Potem zapis się urwał.
— Przy ostatniej korekcie przekroczyli obciążenia dopuszczalne dla tego sektora — ocenił Hryniewicz. — Dlaczego podjęli takie ryzyko, nie wiemy.
Za szybą sterowni stało dwanaście maszyn, a dalej trzy puste stanowiska dla większych jednostek. Zapis awarii nie wyjaśniał, co stało się z ich załogami.
Orzeł odebrał meldunek od Kaktusa o zabezpieczeniu przejścia.
— Obiekt zostaje pod kontrolą wojskową. Warty przy gruzowisku i przy wejściu od powierzchni. Bez samodzielnych wejść, prób uruchamiania maszyn i otwierania kabin. Wszystko dokumentujemy.
Po zakończeniu wstępnego rozpoznania Sokoły wróciły na Lunę. Kilka godzin później Orzeł zezwolił pilotom na krótkie oględziny zabezpieczonej części hangaru.
Viki weszła z Vane’em, Kosą i Siwym. W uszkodzonym sektorze nie było atmosfery ani sztucznego ciążenia; skafandry, aktywne buty i linki pomagały im poruszać się przy naturalnym przyciąganiu Księżyca.
Z bliska rozmiar hangaru przestawał być liczbą. Przy kolejnych kadłubach Viki musiała obracać głowę, żeby objąć wzrokiem ich rząd, a w słuchawkach słyszała własny oddech odbity od wnętrza hełmu.
Dwanaście kadłubów nie odbijało światła jak ziemski metal. Raczej je przyjmowały, wygładzały i oddawały słabsze, zimniejsze. Viki zatrzymała się metr od pierwszego myśliwca.
— Bez dotykania kadłubów — przypomniał Frączak przez łącze.
Obok Viki zatrzymał się Vane. Kosa i Siwy oglądali sąsiednie stanowisko.
Viki uniosła rękę ku najbliższej maszynie, ale zatrzymała ją, zanim dotknęła poszycia. Kabina różniła się od tej, w której sama latała. Nie potrafiła określić, co zmienili polscy konstruktorzy, a co pozostawało częścią pierwotnego projektu.
Z odczytu skanera przy prowadnicach Frączak ustalił stan blokad stanowisk.
— Sześć stanowisk ma zwolnione zaczepy, cztery tylko częściowo. Dwa pozostały zabezpieczone. Nie ustaliliśmy, czy przygotowywano start, czy prace obsługowe.
Orzeł wrócił do bocznego hangaru i zatrzymał się przy Vane’ie.
— Proszę przygotować dla pilotów opis różnic między tymi konstrukcjami a naszymi Sokołami. Na podstawie obserwacji, bez wejścia do kabin.
— Przyjąłem — odpowiedział Vane.
Orzeł przekazał Nowakowi polecenie dalszych pomiarów odłączonej instalacji. Wala miał wrócić z górnikami do podpór przy gruzowisku; zabezpieczenie przejścia nadal wymagało ich pracy.
Hryniewicz dotarł do hangaru godzinę później, w skafandrze. Przy wejściu Kaktus wskazał mu zabezpieczoną trasę między stanowiskami.
— Z pierwszego Sokoła odtworzyliśmy tylko część konstrukcji — powiedział Frączak. — Tutaj możemy porównać ją z wcześniejszymi maszynami.
W głównej hali Nowak pokazał generałowi odzyskany zapis awarii.
— Trzecia korekta orientacji zakończyła się uszkodzeniem sektora — powiedział Hryniewicz. — O motywach załogi nadal nic nie wiemy.
— Nadać obiektowi robocze oznaczenie Schrödinger-2. Dwanaście maszyn wpisać do ewidencji jako obiekty badawcze, nie jako sprawne myśliwce. Bez zgody nie wolno ich uruchamiać. Wyniki trafiają wyłącznie do uprawnionego zespołu.
Orzeł zwrócił się do Vane’a:
— Piloci pozostają na Lunie do końca wyznaczonego okresu. Loty w rejonie Schrödingera wyłącznie po zatwierdzonych trasach. Po ostatnim incydencie nie potrzebujemy kolejnego.
Po odprawie Wala wrócił do ludzi przy gruzowisku, a Kaktus zmienił obsadę posterunku przy wejściu. Oględziny hangaru na ten dzień zakończono.
Rozdział 14. Za pancerną szybą
Wieczorem, dzień przed planowanym odlotem z Luny, Viki przyszła do dawnego centrum dowodzenia Aitkena. W pomieszczeniu działały już systemy podtrzymywania życia; mogła zdjąć hełm i usiąść przy pancernej szybie.
Za szkłem leżała szara równina. Nisko nad jej horyzontem widać było fragment Ziemi. Na konsoli obok Viki stała puszka piwa przyniesiona z mesy.
Usłyszała kroki. Vane wszedł z własną puszką i zatrzymał się przy szybie.
— Znalazł mnie pan czy Siwy sprzedał moje miejsce pobytu?
— Siwy. Powiedział, że po Schrödingerze będziesz chciała zobaczyć Ziemię.
Viki przesunęła się, robiąc mu miejsce przy konsoli. Stanął obok, pozostawiając między nimi odstęp.
— W Powidzu było łatwiej — powiedziała po chwili.
— Z „Lalunią” też miałaś kłopoty.
— Twoja żółta maszyna gubiła olej.
— Ale dowiozła nas z powrotem.
Viki przyjrzała się puszce, zanim spróbowała piwa.
— To jest paskudne.
— Możesz oddać. Ja swojego nie polecam.
Przez dłuższą chwilę patrzyli na Ziemię i nie wracali do wydarzeń nad Schrödingerem.
— Kiedy Kosa wpadł w tamto pole, myślałam, że go stracimy — odezwała się w końcu.
— Przez chwilę też tak myślałem.
— Nie powiedziałeś tego przez radio.
— Miałem prowadzić pozostałych. Każde z was czekało na rozkaz.
Viki odstawiła puszkę. Wróciła pamięcią do manewru nad kraterem, do momentu, w którym chciała zejść niżej mimo ostrzeżenia.
— Gdybym była bliżej, mogłabym go wyciągnąć wcześniej.
— Albo pole złapałoby drugiego Sokoła. Nie wiedzieliśmy jeszcze, gdzie się kończy.
— Właśnie to mnie wkurza. Na ćwiczeniach zawsze wiadomo, co poszło źle. Tam nadal nie wiem.
Vane postawił swoją puszkę na konsoli.
— Nie potrzebuję, żebyś udawała, że się nie bałaś. Potrzebuję, żebyś przy następnym locie powiedziała mi, czego nie widzisz na przyrządach.
— Mówisz do mnie jak do kursanta.
— Gdybym traktował cię jak kursanta, nie powierzyłbym ci osłony Kosy.
Spojrzała na niego. Nie odpowiedziała od razu.
— Pamiętasz, co mówiłeś przy „Laluni”? Że latanie zaczyna się od marzenia.
— Pamiętam.
— Z Sokołem trudno o tym pamiętać. Potrafi wykonać manewr, zanim skończę go planować.
— Dlatego masz go kontrolować. A kiedy nie potrafisz powiedzieć, skąd wzięła się decyzja, zgłaszasz to po locie.
Viki nie odpowiedziała. Patrzyła na niego uważniej niż przed chwilą.
Sięgnęła po puszkę. Vane chciał przesunąć ją dalej od krawędzi konsoli i ich dłonie zetknęły się. Oboje cofnęli ręce.
— Jesteś moim dowódcą — powiedziała.
— Tak.
— Nie chcę, żeby to wpływało na decyzje w eskadrze.
— Nie będzie. A jeśli uznam, że nie potrafię tego oddzielić, zgłoszę to Orłowi.
Viki patrzyła na niego przez chwilę. Nie próbował obracać rozmowy w żart.
— Jutro wracamy do Powidza?
— Jeśli nie zmienią rozkazu. Odprawa o szóstej.
Vane podniósł hełm. Przy wyjściu zatrzymał się jeszcze na moment.
— Viki, dobrze wyciągnęłaś Kosę. To również wpiszę do raportu.
— A moje błędy?
— Te już wpisałem.
Kiedy wyszedł, zabrała obie puszki i odstawiła je do pojemnika przy wejściu. Przed powrotem do kwatery jeszcze raz spojrzała na Ziemię.
W tym samym czasie robot inspekcyjny pozostawiony w hangarze pod Schrödingerem rejestrował stan dwunastu maszyn. Żadnej z nich nie podłączono do zasilania.
Kabina jednego z obcych Sokołów otworzyła się sama.
W zapisie robota nie było polecenia otwarcia.
Rozdział 15. Martwy pilot
W hangarze pod Schrödingerem panowała próżnia, a sztuczne ciążenie pozostawało wyłączone. Kiedy kabina obcego Sokoła otworzyła się bez polecenia, Orzeł nakazał zamknąć dostęp do stanowiska.
Alarm z hangaru dotarł do Luny jeszcze podczas nocnej zmiany. Orzeł wstrzymał planowany na następny ranek odlot grupy Vane’a do Powidza. Odprawa o szóstej dotyczyła już otwarcia obcej kabiny, a po niej pilotów skierowano do zabezpieczonej części Schrödinger-2.
Kaktus ustawił osłonę GROM-u. Nowak sprawdził przewód robota inspekcyjnego i potwierdził, że nikt nie doprowadzał energii do maszyny. Nie potrafił stwierdzić, co poruszyło zamkiem kabiny. Nikt nie zbliżał się bez uprzęży i zabezpieczonej linki.
Vane, Viki, Kosa i Siwy oglądali obraz z kamery robota na ekranie w wydzielonej części hangaru. Nosili skafandry; nawet tutaj każdy gwałtowny ruch mógł oderwać człowieka od posadzki.
Nowak zakończył ponowny pomiar i spojrzał na Orła.
— Z naszej strony zasilanie jest odłączone. Co uruchomiło mechanizm, nie wiem.
Orzeł nie pozwolił nikomu zbliżyć się do odsłoniętej kabiny. Kaktus skierował robota inspekcyjnego ku maszynie, utrzymując żołnierzy poza stanowiskiem.
Hryniewicz obserwował operację z centrum dowodzenia Luny.
— Czy maszyna odebrała jakieś polecenie? — zapytał Orzeł.
— W naszych rejestratorach nic takiego nie ma — odpowiedział Nowak. — Sokoły pilotów pozostawały poza instalacją. Nie wykryłem połączenia z nimi.
Robot wspiął się po burcie. Kamera przesunęła się nad krawędzią kabiny, pokazała fotel oraz obręcz interfejsu, a potem znieruchomiała.
W fotelu spoczywała wysuszona postać w ciemnym kombinezonie lotniczym. Jej proporcje różniły się od ludzkich. Materiał osłaniał większość szczątków, a przy uszkodzonym kołnierzu widać było zapadnięte, wyschnięte tkanki.
Przy zagłówku obręcz interfejsu nadal obejmowała hełm. Jego tylna część była wyraźnie wydłużona, podobnie jak czaszki mumii odkrytych pod Olympus Mons. Nowak przesunął kamerę, nie dotykając postaci ani jej wyposażenia.
— Mamy szczątki w fotelu — zameldował.
Orzeł przyjrzał się obrazowi i polecił zapisać położenie szczątków. Nie pozwolił niczego pobierać przed przygotowaniem badania biologicznego.
— To był pilot? — zapytała Viki.
— Wszystko na to wskazuje — odpowiedział Hryniewicz. — Przyczyny śmierci na razie nie znamy.
Viki obserwowała kombinezon i nieruchomą obręcz przy hełmie. Jej własny Sokół miał podobny interfejs, choć kabinę przystosowano do ludzkiej anatomii. Nie wiedziała, czy tamten pilot zmarł podczas lotu, czy długo po powrocie do hangaru.
— Co z pozostałymi kabinami? — zapytał Orzeł.
— Najpierw zakończmy oględziny tej — odpowiedział Kaktus. — Pozostałe pozostają zamknięte.
Orzeł skierował uwagę na Nowaka.
— Da się sprawdzić zapis pamięci bez uruchamiania maszyny?
— Spróbuję odczytać sam nośnik przez izolowany czytnik. Żadnego połączenia z siecią Luny. Nie będę podawał energii na napęd ani na system kabiny.
— Przygotować stanowisko — polecił Orzeł.
Odczyt trwał kilka godzin. Znaczna część pamięci okazała się uszkodzona lub zabezpieczona. Udało się odzyskać fragmenty historii lotów oraz mapę nawigacyjną; nic nie wskazywało, aby podczas badania uruchomiono napęd lub interfejs pilota.
Na ekranie pojawił się Księżyc, a później Mars.
Pomiędzy oboma ciałami biegła linia kończąca się w podziemnym węźle czerwonej planety. Nie był to nowy szlak. Polacy zdążyli już wejść do marsjańskiej bazy, zasilić część systemów przez bramę z Luny i otworzyć drogę na Deimosa. Zapis Sokoła potwierdzał jednak coś, czego wcześniej mogli się tylko domyślać.
Maszyna należała do dawnego łańcucha transportowego.
Nowak wyświetlił historię lotów. Powtarzały się te same punkty: Luna, Mars, Deimos i powrót. Niektóre pozycje nie odpowiadały współrzędnym używanym przez ludzi.
— Ten egzemplarz wielokrotnie latał między bazami — powiedział Nowak.
— Jako myśliwiec? — zapytał Orzeł.
— Tego z zapisu nie ustalimy. Mógł pełnić także zadania eskortowe lub łącznikowe.
Frączak wskazał ostatni niepełny odcinek trasy.
— Dokąd prowadzi?
— Z Marsa ku Lunie. Dalej pamięć jest uszkodzona — odpowiedział Nowak.
Pod zapisami technicznymi komputer znalazł jeszcze krótki ciąg znaków. Przesłano go Mareckiemu, który porównał oznaczenia z dokumentacją języka Aitkena.
— Da się to przetłumaczyć? — zapytał Orzeł.
— Tylko fragment — odpowiedział Marecki.
Na ekranie pojawiły się dwa rozpoznane słowa:
POWRÓT NIEDOZWOLONY
Marecki sprawdził zapis jeszcze raz. Nie potrafił ustalić, czy był to rozkaz skierowany do pilota, czy ograniczenie dotyczące samej maszyny.
Nowak zakończył odczyt i fizycznie odłączył czytnik od nośnika. Kaktus wycofał robota poza kabinę.
Kabina Sokoła zamknęła się bez polecenia.
Osłony zasunęły się nad fotelem i szczątkami pilota. Kaktus polecił zachować ostatni zapis urządzeń.
Do kolejnych prób Orzeł nie dopuścił.
Patrol Sokołów. Rejon Luny.
Elvis i Wróbel przylecieli z Powidza jako zmiana patrolowa po pierwszym tygodniu lotów nad Luną. Nie uczestniczyli w odkryciu hangaru. Ponieważ odlot grupy Vane’a wstrzymano, obie grupy miały na razie wspólnie pełnić dyżury.
Ich sektor leżał poza zamkniętym obszarem Schrödingera. Przed startem sprawdzono trasę według ostatnich pomiarów, ale poza tym rejonem wciąż pozostawały niezbadane zakłócenia.
Luna-1. Wieża kontroli.
Hryniewicz wszedł do pomieszczenia dokładnie w chwili, gdy z głośnika poleciała gitara.
Zatrzymał się.
— Co to jest?
Operator nie odwrócił głowy.
— Patrol Sokołów, panie generale.
— Pytam o muzykę.
— Też patrol Sokołów.
Hryniewicz popatrzył na sześć znaczników krążących nad niewidoczną z Ziemi stroną Księżyca.
— Który?
Operator uśmiechnął się pod nosem.
— Elvis.
— Oczywiście.
Na zewnętrznym kanale Wróbel jęknął.
— Wyłącz to. Na próżni naprawdę nie trzeba cierpieć dodatkowo.
— Nie znasz się.
— Znam się na tym, że Vane zaraz cię udusi.
— Vane jest daleko.
— Vane słyszy — odezwał się pułkownik.
Muzyka ucichła.
— Widzisz? — powiedział Wróbel.
— Kapuś.
Formacja rozdzieliła się przy krawędzi starego krateru. Vane z Viki poszli wyżej. Kosa i Siwy zostali przy zachodnim sektorze. Elvis i Wróbel dostali południowy łuk.
Anomalia pojawiła się bez ostrzeżenia.
Sokół Elvisa szarpnęło w dół.
— Co jest?!
Wróbel zobaczył, jak czarna maszyna obraca się bokiem. Wektor lotu zniknął z jego projekcji, jakby ktoś wyrwał go z mapy.
— Elvis, wyjdź w górę!
— Nie mam góry!
Pole przy kraterze chwyciło maszynę drugi raz. Kadłub obrócił się o pełne sto osiemdziesiąt stopni. Alarmy nałożyły się na siebie.
Wróbel wszedł za nim.
— Nie! — krzyknął Vane. — Wróbel, odsuń się!
— Wyciągnę go.
— To nie jest rozkaz!
— Mam go!
Wróbel zbliżył się na kilkadziesiąt metrów. Jego Sokół dostał ten sam boczny cios. Pas zacisnął mu się na żebrach, a lewa część interfejsu zgasła.
Elvis zobaczył go przez zewnętrzną kamerę.
— Spierdalaj stąd.
— Zamknij się.
— Wróbel, spierdalaj!
Drugi Sokół zaczął obracać się razem z pierwszym.
Vane wszedł pomiędzy nich z boku, ale pole odrzuciło jego maszynę.
— Ograniczyć korekty sterowania! Nie próbujcie przebijać się przez pole siłą! — krzyknęła Viki.
Wróbel ograniczył korekty sterowania. Przez chwilę Sokół przestał się szarpać, lecz pole nadal ściągało go w bok. Kadłub uderzył w niewidoczną granicę. Pękła osłona napędu. Alarm kabiny przeszedł w ciągły ton.
— Wróbel, awaryjne odłączenie kabiny! — rozkazał Vane.
— Zostawiam go!
— Kabina, teraz!
Wróbel uderzył w mechanizm awaryjny. Zewnętrzny pancerz otworzył się wokół kokpitu. Sekcja kabiny odłączyła się od kadłuba, a resztę Sokoła pole szarpnęło w dół. Maszyna zniknęła za krawędzią krateru.
Viki zeszła pod kapsułę i złapała ją polem stabilizującym.
— Mam Wróbla.
Elvis nie zdążył.
Przez chwilę jego Sokół wisiał nieruchomo nad dnem krateru.
— Wróbel.
— Jestem.
— Pamiętasz Gniazdo?
— Elvis…
— Powiedz pani prezydentowej, że druga piosenka będzie później.
Sygnał urwał się.
Sokół uderzył w niewidoczną granicę pola. Kadłub złożył się w połowie, jakby trafił w ścianę. Potem pole puściło i czarny wrak spadł na dno krateru.
W słuchawkach nie było nic.
Wróbel szarpał się z pasami w odłączonej kabinie.
— Puśćcie mnie! On może żyć!
— Nie — powiedział Vane.
— Zejdziemy tam!
— Nie.
Tym razem Wróbel usłyszał w głosie Vane’a coś, czego wcześniej tam nie było.
Na Lunę wrócili bez dwóch Sokołów.
Viki postawiła kapsułę Wróbla na płycie jako ostatnią. Kiedy technicy otworzyli awaryjną sekcję, Wróbel wyszedł sam.
Nie odezwał się do nikogo.
Luna-1. Po powrocie patrolu.
W mesie Luny stało sześć krzeseł przy stole.
Kosa wszedł pierwszy i bez słowa odstawił szóste pod ścianę.
Siwy patrzył na ten ruch długo.
— Zostaw — powiedział.
Kosa zatrzymał się.
— Po co?
— Nie wiem. Zostaw.
Krzesło wróciło na miejsce.
Wróbel nie przyszedł na kolację.
Viki znalazła go w hangarze. Siedział na skrzyni z częściami pomiędzy dwoma pustymi stanowiskami. Jedno należało do Elvisa. Drugie do Sokoła Wróbla, który został na dnie krateru.
— Medyk cię szuka.
— Nie jestem chory.
— Nie powiedziałam, że jesteś.
Wróbel patrzył na pusty stojak S-1/05. Obok stał drugi, równie pusty.
— Wszedłem za nim.
— Wiem.
— Gdybym był szybszy…
— Zginęlibyście obaj.
— Tego nie wiesz.
— Ty też nie.
Wróbel zacisnął dłonie.
— Powiedział mi, żebym uciekał.
Viki usiadła obok.
— I pierwszy raz go posłuchałeś.
Wróbel parsknął krótkim, złym śmiechem. Zaraz przestał.
— Sukinsyn.
— Tak.
Przez chwilę siedzieli bez słowa.
Z drugiego końca hangaru ktoś wyłączył światła przy pustym stanowisku Elvisa.
Luna-1 i Gniazdo. Zabezpieczone łącze wojskowe.
Uroczystość odbyła się na Lunie, z pełnym ceremoniałem wojskowym. Rodzinę majora podłączono przez zamknięte łącze. Poza wojskiem nikt nie znał miejsca ceremonii.
Trumny nie było.
Na środku placu stał tylko hełm Elvisa, złożona flaga i fotografia majora Nowacza z czasów, kiedy latał jeszcze na samolotach, które potrzebowały pasa startowego.
Kompania honorowa stała nieruchomo. Za nią piloci. Vane, Viki, Kosa, Siwy i Wróbel.
Wróbel patrzył przed siebie. Nie mrugał.
Na ekranie za hełmem pojawił się prezydent Edmund Kliszewski. Stał przy mównicy na Gnieździe, z kartką w dłoni.
Spojrzał na rodzinę Nowacza. Potem na żołnierzy stojących na Lunie.
Otworzył usta. Nie powiedział nic. Jeszcze raz spojrzał na przygotowane przemówienie, złożył kartkę i opuścił rękę.
Anna Kliszewska stała za nim. Widząc, że mąż nie zacznie, przecisnęła się do mikrofonu.
— Major Nowacz był cudownym człowiekiem i wspaniałym żołnierzem — powiedziała. — Nie znałam go długo. Zapamiętałam go z piosenki, którą kiedyś puścił mi przez radio. I z tego, że potrafił rozśmieszyć ludzi w takim miejscu jak to.
Spojrzała na jego fotografię.
— Dziękuję, Elvis.
Anna odsunęła się. Prezydent nadal milczał.
Na Lunie nie oddano salwy honorowej. Kompania uczciła poległego, prezentując broń.
Rozdział 16.Gardło Fobosa
W centrum dowodzenia Luny generał Henryk Zasada wrócił do dokumentacji Fobosa. Wcześniejszy przelot „Twardowskiego” nad Stickney pozwolił rozpoznać ogromny szyb. Porównanie jego osłon z kraterem Hertzsprung doprowadziło później do uruchomienia księżycowych grodzi. Teraz trzeba było zdecydować, czy wolno wejść do środka Fobosa.
Na stole zestawiono skany Stickney, dokumentację Hertzsprunga i zarejestrowany przez sondę obraz sterowni Fobosa. Ostatni materiał pochodził z krótkiego rozpoznania przez uszkodzoną bramę na Marsie. Dzięki niemu wiedzieli, że przy wielkim szybie istniał węzeł sterowania, ale droga w głąb pozostawała nierozpoznana.
Na powierzchni Fobosa ziała szczelina o szerokości blisko dziewięciu kilometrów. Wzdłuż krawędzi biegły ślady regularnej konstrukcji, a jeden z segmentów wrót był wgnieciony do środka.
Znali już ten widok z przelotu korwety. Nowa wyprawa miała sprawdzić, co przetrwało głębiej, i czy mechanizm ma coś wspólnego z uruchomionym wcześniej Hertzsprungiem.
Hryniewicz stał po drugiej stronie stołu. Od kilku minut milczał, co Zasadzie wystarczało za komentarz.
— Puść jeszcze raz.
Technik przy bocznej konsoli uruchomił nagranie. Obraz z kamer optycznych korwety nałożył się na model topograficzny Fobosa. Szara skała ustąpiła miejsca cieniowi i regularnej krawędzi opadającej w głąb księżyca. Niecka znana astronomom jako Stickney otwierała się jak metalowe gardło rozerwane uderzeniem z zewnątrz. Przetrwała ćwiartka gigantycznej śluzy, wygięta do środka i czarna od osadu. Pozostałe segmenty zniknęły albo zapadły się tak głęboko, że sensory traciły ciągłość odczytu.
— Zatrzymaj.
Operator zatrzymał nagranie na uszkodzonym segmencie. Podświetlone krawędzie pokazywały kierunek deformacji, ale nie mówiły, co znajdowało się za nimi.
Zasada dotknął krawędzi projekcji. Dłoń przeszła przez hologram, rozbijając obraz na błękitne iskry.
— Segment jest wygięty do środka, a skała przetopiona — powiedział Zasada. — Orzeł wskazywał już na trafienie z zewnątrz.
— W sterowni Fobosa widzieliśmy również wypalone pulpity — przypomniał Hryniewicz. — Nie wiemy, czy zniszczył je atak, czy później odcięto je celowo.
— Hertzsprung pokazał, że podobne grodzie mogą być częścią większego mechanizmu — powiedział Zasada. — Ale nie wiemy jeszcze, jakie miał zadanie na Fobosie.
— I system od razu zażądał wektora celowania. Tutaj nie znamy nawet stanu mechanizmu.
Zasada powiększył obraz. Wzdłuż ścian szybu biegły zniekształcone linie: prowadnice, kanały energetyczne albo resztki konstrukcji przeciętej ogniem jak stal palnikiem.
— Z marsjańskiej sterowni mamy określenie „węzeł montażowy” — przypomniał Hryniewicz. — Pytanie, czy ten szyb służył do wynoszenia gotowych konstrukcji, czy miał jeszcze inne zadanie.
— Tego nie potwierdziliśmy — odpowiedział Zasada. — Znamy wejście i fragment sterowni, ale nie wiemy, co przemieszczało się wewnątrz.
— A po tym, co wydarzyło się przy Hertzsprungu, nie wolno zakładać, że to tylko urządzenie transportowe.
— Fobos ma niewiele ponad dwadzieścia kilometrów średnicy — zauważył Hryniewicz. — Szyb szeroki na dziewięć zajmuje znaczną część jego wnętrza.
— Zaczniemy od rozpoznania konstrukcji i stanu jej zabezpieczeń — zdecydował Zasada. — Bez prób uruchamiania.
Na bocznym ekranie pojawiła się twarz Mareckiego. Połączenie prowadzono przez „Giewont”. Doktor miał podkrążone oczy i szarą skórę człowieka, który od wielu godzin nie odchodził od aparatury.
— W sterowni Fobosa sonda odczytała dwa komunikaty: „KANAŁ MARS: UTRACONY” i „WĘZEŁ MONTAŻOWY: IZOLACJA” — przypomniał Marecki. — To mówi nam, jak system określał ten sektor, ale nie wyjaśnia przeznaczenia samego szybu.
— Czy z oznaczeń wynika coś więcej? — zapytał Zasada.
Marecki wyświetlił zapis z marsjańskiej bramy. Podczas tamtej próby pole zdeformowanej obręczy zatrzymało wracającą sondę; robot wydostał się dopiero po interwencji ludzi.
— Potwierdziliśmy połączenie Mars-Fobos. Sonda dotarła do tamtejszej sterowni, ale nie przeszła dalej. Pozostałe oznaczenia są uszkodzone. Nie mogę na ich podstawie rozstrzygnąć, czy gardziel była wyrzutnią.
— Zatem porównanie z Hertzsprungiem nadal pozostaje hipotezą — stwierdził Hryniewicz.
Marecki zawahał się. Orzeł, stojący dotąd w cieniu czarnej kolumny terminala, uniósł wzrok. Nie zdjął kombinezonu pokładowego; na rękawie pozostały księżycowy pył i smuga smaru.
— Co możemy powiedzieć bez zgadywania? — zapytał Orzeł.
— Oba obiekty mają ogromne zewnętrzne osłony. W Hertzsprungu procedura otwarcia uruchomiła korektę orientacji Księżyca i zażądała wektora celowania. Na Fobosie nie uzyskaliśmy takiego odczytu. Wiemy za to, że był powiązany z marsjańskim węzłem.