E-book
12.29
drukowana A5
49.22
drukowana A5
kolorowa
75.72
Dziedzictwo

Bezpłatny fragment - Dziedzictwo


5
Objętość:
284 str.
ISBN:
978-83-8155-533-3
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 49.22
drukowana A5
kolorowa
za 75.72

Dla mojej mamy — najwspanialszej kobiety na świecie, będącej dla mnie natchnieniem do dalszego pisania.

Z dziennika

Kilka lat temu, gdy byłam młodsza i głupsza, a życie wydawało się błahą przygodą, ktoś całkiem mi obcy szturchnął mnie lekko ramieniem na ulicy i, przepraszając, uśmiechnął się szeroko. Doskonale pamiętam ten dzień. Jakbym mogła o nim zapomnieć? Dał początek całej mojej historii. Dzień był szary i zimny, z nieba siąpiła mżawka wielkości główki od szpilki, zamarzając na ulicy. Trzęsłam się z powodu wysokiej gorączki. Ramiona zaplecione na piersi, skostniałe palce i długi, bladoróżowy szal ciasno opleciony wokół chudej szyi. Mężczyzna po czterdziestce uśmiechnął się szeroko, jego policzki zaokrągliły się, a zewnętrzne kąciki oczu uniosły, ukazując drobne zmarszczki. Wzrok rozpromienił posępną twarz, nieznajomy skinął głową i odszedł. Na sercu poczułam przyjemne ciepło. Ten jeden mały gest odmienił mój początek przeklętego dnia. Ten jeden mały gest wyraził więcej niż tysiąc bezużytecznych słów. To był mój pierwszy dzień w pracy, dzięki temu mężczyźnie nie był ostatnim.

CZĘŚĆ I

Nieuniknione

Brat stanął przeciwko bratu, wypowiedział wojnę i ruszył do boju. Sycząca jadem nienawiść zarażała spojrzeniem napotkane istoty. Zawiść kłębiła się nad głowami. Srebrne, przecinające niebo nici uderzały, podjudzając do ataku. Historia zatoczyła koło, stawiając przed człowiekiem pytanie: mieć czy być?


Dzikie i spragnione ofiar płomienie trawiły wszystko na swojej drodze. Kłębiły się, buchając wysoko, ukazując swoją potęgę. W mgnieniu oka pożerały i topiły, zamieniając w nicość, nie pozostawiając za sobą najmniejszego życia, które zdołałoby przetrwać trwającą apokalipsę. W powietrzu unosiły się resztki spalonych, lekkich kawałków tego, co strawiła pożoga. Strzępy życia opadały na osmoloną ziemię. Były martwe.

Nieustanne krzyki ludzi towarzyszyły walącym się betonowym ścianom drapaczy chmur. Widok z lotu ptaka na zielone niegdyś połacie lasów pokrywał brunatny potok bulgoczącej od temperatury lawy. Nagle głośny grzmot wystraszył dzikie zwierzęta, bezbronne i zdezorientowane uciekały w popłochu, nie wiedząc, że to koniec.

Ziścił się najgorszy ze scenariuszy. Koryta rzek wyschły, wyjawiając wszelkie nieodkryte tajemnice. Panika i chaos doszczętnie zawładnęły umysłem bezbronnego człowieka. W ostatnich godzinach, błagając o kolejną szansę, każdy szukał w sobie odrobiny wiary. Modlił się o cud. Na próżno. Uciekający ulicami ludzie wpadali na siebie, depcząc po ciałach stratowanych wcześniej ofiar, nie zwracając uwagi na innych. Sytuacja przerastała wszelkie wyobrażenia o sądzie ostatecznym. Żadna z religii nie opisywała końca w tak brutalny sposób.

Zagubione dziecko w tłumie szturmujących ludzi ściskało kurczowo w dłoni swój biały, sportowy bucik. Przerażone widokiem nie wiedziało, co się dzieje. Po drugiej stronie ulicy kobieta w zielonej sukience rozpaczliwie szukała złamanego obcasa swoich ulubionych czarnych szpilek, lekko porysowanych na czubkach, do których żywiła jedynie sentyment pierwszej w jej życiu randki. Oddychała szybko. Popychana przez uciekających ludzi upadła. Jej klatka piersiowa unosiła się gwałtownie i równie szybko opadała. Płuca rzęziły, wydając piskliwy i chrapliwy odgłos. Sapiąc z przerażenia, zdjęła drugi but i stanęła twardo na bosych stopach. Jej wzrok sięgnął małej dziewczynki. Widząc płaczące dziecko, nie zawahała się, podbiegła do niego chwiejnym krokiem i ujęła maleńką, rozgrzaną od gorączki rączkę. Zacisnęła swoje palce na jej dłoni. Pot spływał po zjeżonej od strachu skórze kobiety.

Nagle rozbrzmiał kolejny huk walącego się wieżowca. Potężne bryły budynku spadały z impetem na uciekający tłum, miażdżąc bezlitośnie napotkane ofiary. Kłębiący się w powietrzu pył z gruzowiska ograniczał widoczność. Nic poza czubkiem własnego nosa nie dało się dostrzec. Wpadał do oczu i gardła, zatykając nos, wysuszając śluzówkę. Krztusili się i mdleli, po omacku szukając ucieczki. Niewiedza, co się znajduje w pobliżu, powodowała ogromną histerię pośród tłumu. Betonowa ulica zaczynała pękać wzdłuż pod ich stopami, pochłaniając niewinne dusze. Rozdzierający huk wpadał do uszu, powodując uczucie mdłości.

— Zamknij oczy i przytul się — powiedziała kobieta do zagubionego dziecka, zabierając je na ręce. Po jej policzkach spływały łzy, zostawiając czyste ślady na brudnej skórze. Była przerażona, ale bicie serca tej małej istoty uspokajało ją. Zdawała sobie sprawę z tego, jaki może być ich koniec.

Mała dziewczynka przywarła kurczowo do jej piersi. Wypuściła z dłoni bucik i założyła swoje drobne rączki na szyję nieznajomej. Nie zamknęła oczu pomimo lęku. Oddech miała ciężki od wysokiego stężenia pyłu. Powoli zapadała w sen. Nad ich głowami zebrały się ciężkie, ciemne chmury, powodując dookoła mrok. Ogromne kule gradu spadały, zadając bolesne rany, by po chwili zastąpił je kwaśny deszcz. Jasne światło błyskawic rozświetlało co jakiś czas przestrzeń, ukazując twarze przerażonych ludzi, na oślep przedzierających się w tłumie.

Tuż przed oczyma kobiety szczelina w jezdni poszerzyła się gwałtownie, a lewy pas zapadł się na parę metrów w dół, zbierając ludzkie żniwo.

— Jestem przy tobie, nie puszczę cię. Obiecuję — szeptała w kółko do ucha dziewczynki.

— Mamo — jęknęła dziewczynka, pociągając nosem z tęsknotą.

— Jestem przy tobie. Trzymaj się mocno i nie puszczaj.

Niepokój

Jeden świat się kończy, drugi dopiero zaczyna. W myśl tej dewizy staramy się żyć, jak gdyby nic się nie stało. Nie możemy się cofnąć. Nie możemy zapomnieć. Pozostało nam podnieść głowę i dalej żyć.


Nie potrafię usnąć tej nocy. Jakby moje ciało mówiło, że coś jest nie tak, tylko sama nie wiem, co. Dręczące myśli o minionych wydarzeniach sprzed kilku tygodni pełzają w mojej głowie niczym jadowity wąż. Wiercę się nieustannie pod pierzyną, starając się zapaść w sen, ale bezskutecznie. Czuję narastający niepokój i drżenie wokół piersi. Edward leży na plecach, jego twarz wygląda na spokojną. Jest środek nocy, a ja nie zmrużyłam oka ani na minutę. Kiedyś matka dałaby mi na to lekarstwo zmieszane z letnią owocową herbatą. Gładząc po włosach i nucąc cichutko kołysankę, zaczekałaby, aż zapadnę w spokojny sen.

Próbuję jeszcze raz. Przyciskam głowę do poduszki, a krawędzią cieniutkiej pierzyny przysłaniam odkryte ucho. Zamykam powieki. Staram się wykreować kolorowy obraz marzeń sennych, tak jak uczył mnie kiedyś Edward.

Z ciemności wyłania się powoli widmo snu. Stoję sama przed ścianą czegoś zielonkawego. Wysokiego i szerokiego. Obracam się kilka razy wokół własnej osi, zieleń podąża za moim wzrokiem. Obraz powoli się wyostrza. To las, bujny i gęsty. Drzewa rosną wysoko, muszę zadrzeć brodę, aby zobaczyć ich uginające się czubki. Liście cichutko szumią nad moją głową, grają dobrze znaną mi melodię, unosi się swobodnie na wietrze. Gdzieś już ją słyszałam. Zapach wilgotnej ściółki trąca mnie po nosie. Znów mam swoje długie, brązowe włosy do połowy pleców, lekko rozwiane podmuchem wiatru fale wznoszą się delikatnie i opadają, łaskocząc po szyi. Spoglądam z zaciekawieniem w dół. Moje stopy są bose. Przyodziana w jedwabną, białą sukienkę na koronkowych ramiączkach, osłaniającą uda kroczę po udeptanej, wąskiej na szerokość bioder ścieżce. Wczesny poranek jest słoneczny i ciepły. Za to chłodny i wilgotny piach po nocy masuje skórę bosych stóp. Normalnie o tej porze w wolny dzień spałabym jeszcze zakopana pod pierzyną, leniuchując do późnego popołudnia. Tym razem jest inaczej. Rześkie powietrze w gąszczu wypełnia moje płuca. Strumienie pełnego słońca na niebie przedzierają się niczym złoczyńcy pragnący wedrzeć się w ciemność, by zawładnąć tym światem. Rozświetlają maleńkie krople rosy na liściach. Mienią się w promieniach jak diamenty na kolii dostojnej hrabiny. Przypatruję się uważnie, rejestrując w pamięci całe otoczenie. Gdybym tylko potrafiła malować, wzięłabym pędzel w dłonie i utrwaliła scenerię na bawełnianym płótnie. Gdybym zdołała pięknie pisać, ułożyłabym piosenkę.

Podążam w głąb gęstego lasu, w powietrzu latają owady, bzycząc koło ucha i rozrywając błogą ciszę przy mojej twarzy. Potężne pnie drzew pokryte zieloną gąbką rosną prosto, jakby natura kształtowała je od linijki. Wzdłuż ścieżki wysokie paprocie sięgają uda. Idąc, dotykam opuszkami palców czubków liści. W oddali, pomiędzy pniami drzew, dostrzegam małe poletka fioletowych kwiatów. Pięknie wyglądałyby w szklanym wazonie. Maszeruję powoli w ich kierunku, zamierzając zerwać kilka z nich.

Z prawej strony dobiega szelest zza krzaków oddalonych o kilka moich kroków. Przemieszczam spojrzenie w źródło odgłosu. Wilk. Tuż obok mnie. Jego ślepia są przenikliwe, paraliżują mnie i pochłaniają moją duszę. Zastygam w bezruchu. Jedno oko ma zielone, drugie niebieskie. Srebrzysta sierść na jego grzbiecie lśni w strugach przedzierającego się słońca pomiędzy liśćmi drzew w kształcie łez. Przecież nic mi nie zrobi. Jest taki piękny i skupiony. Spokojnie stawiam krok po kroku. Zwierzę rusza w tym samym kierunku. Tuż przy mojej nodze. Jest na wyciągnięcie dłoni, pogładziłabym futro, zatapiając palce głębiej, jednocząc się z nim. Pod sierścią poruszają się zarysowane wyraźnie mięśnie, na opuszkach czuję gorąc jego skóry. Pilnuje mnie.

Wychodzę powoli z gęstego lasu. Kilka metrów przede mną rozpościera się spokojne jezioro bez krzty fałdy. Na jego lustrzanej tafli bardzo wyraźnie odbija się drewniany budynek, stojący na palach. Na skórze odczuwam niespokojny dreszcz biegnący przez całe ciało. Zostawiam ślady na piasku. Podchodzę bliżej i zanurzam bose stopy w jeziorze. Nagle chłodna woda sięga palców. Bawię się chwilę, wodząc stopą po powierzchni. Przenoszę wzrok na środek jeziora. Włoski na karku stają dęba. Coś jest nie tak.

— To nie mój sen — szepczę do siebie. — Nie chciałam jeziora, nie chciałam tego przeklętego miejsca.

Wlepiam spojrzenie w balkon mojego mieszkania, szyba jednego skrzydła jest roztrzaskana, a drugie skrzydło w całości wyłamane. Cofam się natychmiast. Za plecami słyszę zbliżające się warczenie. Odwracam się gwałtownie. Wilk toczy pianę, jego kły są żądne mojej krwi. Położony na przednich łapach, czeka w gotowości na odpowiedni moment do ataku. Przełykam ślinę i wycofuję się w stronę wody. Wilk zapiera się o podłoże i skacze znienacka do mojej szyi. Upadam, woda osacza nasze ciała. Ciężar stworzenia przygniata mnie. Usiłuję walczyć, odepchnąć go. Chwyta w kły mój przegub ręki. Wrzeszczę z bólu. Krwawię. Czołgam się po piasku, jestem w połowie zanurzona w wodzie. Zwierzę puszcza rękę, usiłuje sięgnąć mojej szyi. Krzyżuję ręce na twarzy, wstrzymuję oddech i zanurzam się w wodzie. Jego łapy brutalnie depczą moje ciało. Wbija kły, szarpie, gryzie. Brakuje mi tchu, z ust uciekają bąbelki powietrza. Lada moment się uduszę. Wilk otwiera złośliwie pysk i zbliża się do mojej twarzy.


Zgięta w pół siadam na łóżku, otwieram szeroko oczy, chwytam się za szyję, klnąc w duchu na twory mojego umysłu. Jest cała, nadgarstki również. To tylko sen. Nie mam zamiaru wracać do miejsc, w których mnie zraniono. Czasem odnoszę wrażenie, jakby ktoś wpychał się do mojego mózgu, wtłaczając mi te obrazy, usiłując przestraszyć. Muszę wstać, moje serce jest niespokojne. To na nic. Jeżeli sen ma być tylko męczarnią, wolę nie spać.

Nie chcąc zbudzić Edwarda, opuszczam po cichu stopy na zimną podłogę. Przyjemny chłód posadzki jest orzeźwieniem na upalną noc. Gorące lato na dobre się rozgościło, nie odpuszczając nawet na sekundę. Wychodzę bezszelestnie na taras, wdychając całą piersią nocne, wilgotne powietrze. Gwiazdy pięknie świecą swym blaskiem na czystym od chmur niebie. Zastanawiam się, jak tam jest. Czy mogłabym kiedyś tam polecieć, sięgnąć nieba, przekroczyć granicę?

— Nie potrafisz spać?

— Edward! Wystraszyłeś mnie. — Łapię się za serce, uspokajając jego szybkie bicie. — Nie bardzo, jestem jakaś… niespokojna. — Spoglądam na jego zmierzwione od poduszki włosy, sterczące na różne strony. — Ładnie wyglądasz w świetle księżyca.

Kąciki jego ust unoszą się, ukazując szeroki uśmiech. Stoi półnagi oparty o framugę balkonowych drzwi. Oczy przepełnia szczęście. Czupryna mieni się od padającego na nie blasku srebrnej kuli. Jego rany prawie się zagoiły, tak jak i moje. Chociaż ślad po nich zaraz zniknie, to niewielkie blizny pozostaną — szczególnie te wyryte głęboko w sercu.

— Zaparzę herbaty — mówi.

— Dziękuję.

Odwraca się plecami i wchodzi do środka.

— O matko! — Zakrywam dłonią usta, tłumiąc jęk przerażenia, jaki mnie nagle ogarnia.

— Co? — Wraca na taras ze zmarszczonymi brwiami.

Otwieram usta. Nie potrafię nic wykrztusić, to trzeba zobaczyć. Wskazuję tylko palcem w niebo nad jego głową. Nad dach domu. Edward podchodzi do mnie i kieruje wzrok we wskazane przeze mnie miejsce.

— Cholera! — warczy.

— Czy to jest…? — Urywam, wytężając wzrok. — Czy to…?

— Ziemia… A raczej jej szczątki… — Spuszcza głowę.

— Przecież to niemożliwe! To niemożliwe prawda?! Edward?

Tuż obok najjaśniejszej z gwiazd na niebie, w miejscu, gdzie powinna znajdować się Ziemia, widzę nie kulę, a szczątki przypominające pas drogi mlecznej. Diabeł wie, na ile kawałków tak naprawdę się rozpadła. Oblane czerwienią pozostałości zwiastują najgorszy z możliwych scenariuszy — zagładę.

— A co z ludźmi? — pytam zdławionym głosem, przenosząc wzrok na Edwarda.

Milczy. Jest w takim samym szoku jak ja.

Nie jestem w stanie ustać na nogach, muszę usiąść. Muszę się o coś oprzeć i to jak najszybciej, szok zawładnął moim ciałem. Łzy cisną mi się do oczu. Wiem, że to nie mój dom, nigdy nim nie był, ale moja dusza zawsze była w pewien sposób z nim związana. W końcu to stamtąd pochodzimy. Ziemia była domem dla moich rodziców, dziadków i pradziadków. A teraz już jej nie ma. Nie istnieje, rozpadła się na kawałki jak rozbity talerz o podłogę, tłukący się na milion części.

— Za wcześnie… — szepcze smutnym głosem. Wciska dłonie do kieszeni dresowych spodni i spuszcza głowę, głęboko wzdychając.

— Co zrobimy? — pytam, ciągnąc go za nogawkę spodni.

— Nie możemy nic zrobić. To koniec.

Wstaję z ziemi. Ogarnia mnie smutek. Edward otacza mnie swoimi szerokimi ramionami, przytulając mocno do piersi moją głowę. Na policzku wyczuwam bicie jego niespokojnego serca, jakby rwało się do płaczu. Czuję, jak z tym walczy, jak stara się stłamsić to uczucie.

— Dlaczego powiedziałeś „za wcześnie”? — Zadzieram brodę, spoglądając mu w twarz.

Milczy jak zaklęty, przywiera bardziej do mojego ciała, splatając ręce na moich plecach.

Doskonale wiem, że coś przede mną ukrywa. On pewnie zdaje sobie sprawę z tego, że i tak będzie musiał mi powiedzieć.

— Edwardzie? — Ujmuję jego twarz w dłonie i patrzę błagalnie w oczy. — Proszę…

Jego klatka piersiowa unosi się wolno, wypełnia się powietrzem i opada. Zaczyna powoli:

— Udało mi się zhakować zablokowane pliki na pamięci twojej mamy.

— Mogłeś powiedzieć…

Nie dając mi dokończyć, kładzie palec na moich ustach.

— Wiem, ale nie chciałem tego robić, nie miałem pewności.

— A teraz?

— Teraz mam jej więcej.

Patrzymy oboje na obraz nieuchronnego końca Błękitnej Planety.

— Co się mogło wydarzyć? Jaka była przyczyna? — pytam cicho z żalem. Nie oczekuję od niego odpowiedzi. Stało się.

— Matka Ziemia miała widocznie dosyć ingerencji człowieka w naturę — zaczyna. — To były lata jej eksploatacji. Ogromne koncerny pozyskujące złoża ropy, gazu, złota i innych cennych dla mas surowców miały za nic, jaki może to powodować skutek. Ich działania na coraz to większych głębokościach skorupy ziemskiej były ogniwem zapalnym. Prawdopodobnie jeden z gigantów wykonujących odwierty natknął się na spore rozwarstwienie skorupy.

— Gaz? — pytam.

— Tak.

— Nie mieli szans… — Nie potrafię powstrzymać łez cisnących się do oczu. Na samą myśl, co przeszli ci ludzie, zbiera mnie na wymioty. Mam ochotę krzyczeć, wyżyć się i coś roztrzaskać.

— To i tak była kwestia czasu, planeta była niestabilna, skorupa by nie wytrzymała.

Słucham uważnie jego słów, stara się wytłumaczyć cały proces zachodzący na Ziemi. Mimo jego wysiłku mój umysł nie ogarnia takich tematów. Z tego, co zrozumiałam, to po prostu zachłanność człowieka doprowadziła do katastrofy. Wcześniej czy później i tak by do tego doszło. Było za późno na usunięcie szkód wyrządzanych latami.

— Daniel wiedział? — dopytuję cicho.

Wzrok Edwarda ucieka, jakby w głowie szukał odpowiednich słów.

— Mama wiedziała? — drążę. Domyślam się, że to ona musiała przewidzieć szybszy koniec Ziemi, ale chcę to usłyszeć od kogoś innego. Muszę mieć potwierdzenie. — Symulacja miała sprawdzić nie hologramy, a stabilność planety… Zgadłam? Na usterkę natknęła się przypadkiem. Doskonale wiedziała, do czego prowadzi. Zataiła to przed Danielem, aby zniweczyć jego plany.

Ogarniają mnie kolejne dreszcze, lodowate wstrząsy.

— Była naprawdę bardzo mądra — mówi cicho z lekkim uśmiechem, w oczach dostrzegam chęć pocieszenia i smutek zalewający tęczówki. — Jej symulacja przewidziała zagładę ludzkości… — Urywa, jego wargi drżą. Przełyka ślinę. — Wyliczyła też dokładnie, ile osób zdołano by ocalić.

Zamieram w jego objęciach. Czy ja się nie przesłyszałam?

— Ocalić? Przecież projekt nie przewidział ratowania ludzi, tylko ocalenie rasy poprzez… — urywam, jest mi gorąco, policzki oblewają się czerwienią.

— Tak było na początku. Przejrzałem wszystkie zapiski na plikach. Daniel pod namową twojej mamy pozwolił jej na uratowanie pewnej grupy ludzi przewidzianej w pierwotnej symulacji.

— Nie rozumiem, pierwotnej?

— Ta, którą widzieliśmy, którą przerwała Luna w domu Daniela, była drugą symulacją.

— Znalazła błąd w obliczeniach?

— Pierwotnie Ziemia miała przetrwać jeszcze około dziesięć lat. Można by przez ten czas ewakuować około dwadzieścia pięć tysięcy osób z całego globu. Na tyle dostała funduszy. Taki plan wymaga ogromnego wkładu finansowego i poświęcenia własnego czasu. Sama dokładała swoje zapewnienie o opiece nad rozbitkami.

— Tylko tyle… Teraz jest już za późno. — Kieruję wzrok na szczątki planety.

— Elio, nie jesteśmy w stanie cofnąć czasu. Zdarzenie, jakie miało miejsce, jest okropne i smutne. Mnie również to zabolało. Teraz musimy pamiętać o istnieniach żyjących na Jawirze, oni też są ważni. Nie można dopuścić, aby podzielili losy Ziemian.

— Tylko jak to zrobić?

Pytanie, na które trzeba znaleźć odpowiedź. Musi istnieć złoty środek, w przeciwnym wypadku historia zatoczy koło. Nie od razu. Nie dożyjemy tego z Edwardem, nasze dzieci również tego nie doczekają. Jestem pewna, że jeśli niczego nie zrobimy, to tak jakbyśmy nie chcieli zmian. Nieodłączną cechą człowieka jest pazerność. Ludzkość zawsze będzie zmierzała ku samozniszczeniu.

Nadzieja

Ocalenie jest blisko, na wyciągnięcie ręki. Tylko od nas samych zależy, czy dopuścimy tę szansę do siebie i wypłyniemy na powierzchnię, aby zaczerpnąć świeżego powietrza.

Utonąć może każdy nie wszyscy potrafią pływać.


— Startuj, do jasnej cholery! — krzyczał jeden z trójki pilotów. Pot lał się strumieniem po purpurowej od wysokiego ciśnienia twarzy.

— Wciśnij ten guzik! — nalegał drugi.

Mężczyzna siedzący za sterami ogromnego statku przetarł gorączkowo spocone od nerwów czoło. Czuł ogromną presję wywieraną przez kolegów z pracy. Rozumiał ich. Ręce dygotały mu ze strachu. W jego dłoniach spoczywał los ludzi na pokładzie. Nie miał pojęcia, ilu ich jest, natomiast miał świadomość, że jeden fałszywy ruch może spowodować katastrofę. Ćwiczył kilka lat, przygotowując się na różne możliwości, niestety żadne naukowe książki i symulatory nie uczyły, jak opanować maszynę w takich warunkach. Nie spodziewał się, że ten dzień kiedykolwiek nastąpi. Misja była tajna, tylko nieliczni mieli wiedzę na temat projektu Salutis. Mężczyzna napiął energicznie mięśnie, zacisnął zęby, klnąc w duchu na swój żywot i na obecny świat.

— Startuj, bo zginiemy! — poganiał pilot z purpurową twarzą.

— Już! — wrzasnął za sterami, uspokajając roztrzęsione dłonie. Złapał za ster i wcisnął kilka przycisków szalenie migających na pomarańczowo.

Wszystkie klapy transportera zamknęły się jednocześnie. Nastąpił gwałtowny wstrząs. W uszach dzwoniło i dudniło. Pas startowy po prawej stronie kokpitu zapadł się, zniknął. Do ich uszu dobiegły głośne wybuchy dochodzące z zewnątrz. Kolejny mocny wstrząs spowodował poszerzenie wyrwy. Bok statku powoli tonął, osuwając się w śmiercionośną przepaść.

— Cholera! Trzymajcie się, będzie nieciekawie! — wrzasnął pilot w stronę kolegów.

— Jedna z turbin przestała działać! Nie działa, cholera, zginiemy! — panikował mężczyzna, wciskając kolejno guzik po guziku, by tchnąć życie z powrotem w maszynę.

— Nie mamy na to czasu! — Przeżegnał się drugi pilot. Wyciągnął spod koszuli srebrny krzyżyk z Jezusem i ucałował z zamkniętymi oczami, szepcząc po cichu błagalne słowa. Akty religijne od dawna były zabronione, jednak w obecnej sytuacji nawet zagorzali strażnicy prawa ulegali swojej naturze.

— Patrzcie! — Radiowiec wskazał palcem na wyjście z budynku bazy lotniczej.

Tłum spanikowanych ludzi zmierzał w ich kierunku, w nadziei, że odnajdą tam ratunek.

— Przepraszam… — Pilot zamknął oczy i z zaciśniętą szczęką zresetował komputer pokładowy zielonym przyciskiem.

Ogromna bryła stali osuwała się w głąb czarnej przepaści. Tuż za nią wyrwa rozszerzała się jak bakteria, pochłaniając wszystko, co ją otaczało. Kamienie spadały z impetem, uszkadzając poszycie kadłuba statku. Wewnątrz maszyny rozbrzmiał przeraźliwy piszczący chrzęst rozpruwanej od zewnątrz grubej stali.

Żal

Czy jesteśmy stworzeni do wielkich rzeczy? Czy to kolejne kłamstwa wbijane nam do głów podczas szkolnej nauki? Czy wmawiano nam, że jesteśmy solą tej ziemi, tamtej Ziemi, łudząc się, że będzie wiecznie trwać i gatunek ludzki będzie tym najwyższym? Czy to tylko kolejny haczyk przemysłowej machiny, a w rzeczywistości po cichu jesteśmy wrzucani do młynka na ludzkie mięso po to, by nabić ich kabzy?


Godzinami wpatruję się w wyświetlany z urządzenia na dłoni przypominającego winogrono mały hologram Błękitnej Planety. Krótka symulacja ukazuje piękno jej oblicza, niebieskawych pól wód i zielonych plam kontynentów. Kręci się wolno w całej swej okazałości, po czym nagle jej życie gaśnie, ukazując nieuchronne widmo zniszczenia.

Nigdy w życiu nie byłabym w stanie wyobrazić sobie przekrętu na globalną skalę, który w pewnym momencie uświadamia mi, że moje życie było jego częścią i… jednym wielkim kłamstwem. Starannie uknutym i zmanipulowanym jeszcze na długo przed moimi narodzinami. Następnie odziano w te kłamstwa małe dziecko i karmiono nimi, patrząc jak rośnie. Napawając się owym widokiem, by ponownie zedrzeć ze mnie obłudę i pozostawić nagą. Okradziono mnie z wolności na rzecz czyjegoś widzimisię, chytrego planu.

Zastanawiam się, co by było, gdyby moja matka nie przyszła do Daniela z propozycją rządowego spisku. Najprawdopodobniej bym się nie narodziła na Jawirze albo zginęłabym razem z innymi na Ziemi? Być może w ogóle bym nie istniała? Na te pytania nikt mi już nie odpowie, ale chyba to i dobrze. Z każdej beznadziejnej sytuacji mogę stworzyć coś odwrotnego. Dlatego napiszę własny scenariusz, ja podyktuję jego warunki. Wszelkie ingerencje osób trzecich uznam za zagrożenie i uparcie będę walczyła o swoje.

Otwieram drugą dłoń z podobnym małym urządzeniem. Pojawia się hologram mojej planety. Jesteśmy na początku drogi do jej poznania. Życie w niewiedzy było łatwe. Wszystko wydawało się w porządku, w najdziwniejszych snach nie wyśniłabym takiego scenariusza. Teraz, żyjąc w pełnej świadomości tego, gdzie jestem i co się dookoła dzieje, zmieniło się moje postrzeganie świata. Od czasu do czasu jestem niepewna o swój los. Czuję, jakbym nie miała prawa tutaj przebywać. Zdaję sobie sprawę, co mama zostawiła na moich barkach — ogromną odpowiedzialność za losy ludzi. Zapewne chciałaby, abym się w to zaangażowała. Sama również tego chcę, lecz nie mogę zapominać o dwóch istnieniach, jakie za parę miesięcy przyjdą na ten świat — dziki świat. Pragnę, aby te dzieci, jako nowe pokolenie, mogły żyć spokojnie bez kłamstw i lęku o jutro.

— Jawir. Czym ty do cholery jesteś? Błogosławieństwem czy przekleństwem? — pytam sama siebie, oglądając dokładnie dwa globy. Ich widok powoduje we mnie niepokój.

— Nadzieją — odpowiada zdecydowanie Edward.

Jest spokojny, na twarzy nie rysują się żadne emocje. Stoi obok oparty o ścianę z rękoma skrzyżowanymi na klatce piersiowej. Nie wiem, jak długo tak patrzy. Lubię, gdy tak stoi i wpatruje się, jest wtedy bardzo pociągający, gdy skupia uwagę na czymś, będąc przy tym poważnym. Wokół jego osoby emanuje dziwna aura pewności siebie. Zastanawiam się, jak tego dokonuje, chciałabym się od niego nauczyć tej cechy. Dawno temu ogarnęła mnie bezradność i smutek. Nie potrafię się podnieść, chociaż szukam sposobu.

— Obyś się nie mylił.

Zamykam obrazy z powrotem w urządzeniach i chowam do kieszeni dżinsów. Chyba powinnam przestać myśleć o tym, co się stało i zacząć żyć własnym światem. Stanie się to dopiero wtedy, gdy będę pewna, że nastąpił koniec maczania wielkich łapsk Daniela w nasze istnienie.

Czas łagodzi ból

Najlepszym lekarstwem na smutek i złe emocje jest praca. Nie miałam jednak pojęcia, że robótki w ogrodzie mogą być tak wyczerpujące. Wieczorem padnę jak kłoda do łóżka, jeśli tylko dociągnę się przytomna do niego. Po dwóch godzinach kopania małą łopatą w ziemi dłonie oraz ramiona zaczynają pobolewać od tych samych monotonnych ruchów. Chociaż, patrząc na przeorany teren, praca wydaje się nie mieć końca, to efekt finalny zawsze jest wart włożonego wysiłku. Co jakiś czas zerkam na niebo i zastanawiam się, czy można było uniknąć katastrofy? Edward stanowczo temu zaprzeczył.

Cieszę się, że w końcu mogę zająć się ogrodem, który zostawił w moich rękach. Od czasu wcześniejszych wydarzeń nie wróciłam jeszcze do swojego mieszkania. Nie mam na to ochoty, a tym bardziej siły. Edward zajął się rozbitą balkonową szybą i zdemolowanym wnętrzem. Tina zagląda tam czasem, z troską sprawdzając, czy nie zalęgło się jakieś robactwo. Jeśli zdołam pozbierać się do kupy, pewnego dnia wrócę do niego. Pełna obaw i żalu, wrócę. Zabiorę swoje rzeczy. Zamknę raz na zawsze ten rozdział i rozpocznę nowe życie. W tej chwili nie chcę o tym myśleć, wspomnienia bolą i trudniej leczą się rany.

Drążąc większą dziurę pod owocowe drzewko, natykam się na spory kawałek kamienia do złudzenia przypominający posadzkę w laboratorium. Jawir skrywa przed nami wiele tajemnic. Ten głaz jest tego dowodem, jest cudem natury, albo po prostu zwykłym pospolitym tworem, jakich niewątpliwie musi być tutaj mnóstwo, nie wnosząc nic, poza swoim wyglądem.

Szarpię dłońmi kamień parę dobrych minut, usiłując wydobyć go z ziemi.

— No, wyłaź, cholero! — wykrztuszam przez zaciśnięte zęby, szarpiąc coraz to energiczniej. Ostatnie mocne pociągnięcie i upadam na plecy razem z ciężką bryłą, która ląduje z impetem na mojej klatce piersiowej i przygniata biust. Zrzucam z siebie głaz i łapię swobodnie oddech.

— Żyjesz czy wrzucić cię już do tej dziury i zasypać?

Otwieram oczy, Edward stoi nade mną z założonymi rękoma, rzucając cień na moją twarz.

— Zakopać — mówię zdyszana.

— Miałaś wołać, gdy będę ci potrzebny — burzy się, a na czole, tuż nad brwiami, pojawia mu się pozioma kreska.

— Wiem. — Rozkładam ręce na boki, kładąc je na gorącą trawę. Łaskocze moją skórę.

Edward podaje mi dłoń. Chwytam, zapieram się ręką o ziemię i wstaję.

— Sama dałam sobie radę — uśmiecham się lekko.

— Właśnie widzę. — Zbliża się szybkim krokiem.

— Spójrz. — Wskazuję palcem na wydobyty kamień. — Taki sam jak w podziemiach, prawda?

— Masz rację. — Nachyla się do mojego ucha.

— Jesteś w stanie wykorzystać go do źródełka?

— Źródełka?

Całuje mój płatek ucha, delikatnie zasysając go i przygryzając.

— No tak, mówiłam ci o małym wodospadzie i źródełku we wschodniej części ogrodu.

Wskazuję rękawicą miejsce, które wydaje się najlepsze na źródełko.

— Ach… tak… myślę, że się nada.

Przechodzi powoli do karku, całuje obojczyk.

— Edward, jestem cała brudna i przepocona — jęczę.

— Lubię, gdy jesteś brudna i przepocona.

— Świntuch. — Śmieję się lekko. — Więc co z tym źródełkiem?

— Zrobimy, gdzie tylko zechcesz.

— Super. — Podskakuję z radości i całuję Edwarda w policzek, brudząc go niechcący ziemią z rękawic.

— Gdzie to drzewko? — pyta, zmywając czarną smugę.

— Przy drzwiach.

— Napij się wody, a ja dokończę.

Siadam na wiklinowym, podwieszanym fotelu w kształcie łezki i oddycham z ulgą. Mogę zatracić się w dźwiękach natury i chociaż na chwilę przestać myśleć o Ziemi. Obserwuję, jak Edward kopie większą dziurę, aby korzenie młodego drzewka mogły się zmieścić. Natyka się na kolejny, tym razem mniejszy, tajemniczy kamień. Wyciąga znalezisko i usadawia w otworze małą jabłonkę. Ma być symbolem odrodzenia i upamiętnienia tych, co zginęli. Co roku, gdy puści owoce, będzie to dla nich hołd.

Życie toczy się dalej

Słoneczny, ciepły poranek pozwala na odrobinę relaksu. Delikatne promienie wdzierają się przez ogrodowy ratanowy baldachim, muskając moje policzki. Idealny dzień na błogie lenistwo w ogrodzie. Nogi oparte o stół, ciało lekko osunięte na fotelowej poduszce. Wokół cisza i delikatny dźwięk pluskającej wody. Odkładam na stolik długopis oraz dziennik oprawiony brązowym, zamszowym materiałem. Przeczesuję dłonią włosy i związuję w wysoki kucyk na czubku głowy. Kitka majta delikatnie wprawiona w ruch kołysaniem głowy, ociera się o szyję, łaskocząc ją. Podchodzę do nowo wybudowanego źródełka, zanurzam w nim dłonie, nabierając wody.

— Elio…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 49.22
drukowana A5
kolorowa
za 75.72