Jesień
1
Karyia wyjrzała niepewnie na pustą, rozległą przestrzeń tundry. Wciągnęła do płuc powietrze. Było chłodne. Zbyt chłodne. Wciąż jeszcze powinni mieć co najmniej jeden księżyc.
Nawet nie drgnęła, kiedy spomiędzy gęstwiny leszczynowego gaju wyłoniła się masywna, włochata sylwetka. Jej ostry róg poruszał się wraz z pyskiem, zwierzę węszyło. Czuła jego niepokój. Jednorożec włochaty, młody osobnik, dźwigał na swoich barkach nie tylko pana, krępego dwarfa. Objuczony pakunkiem dyszał z wyczerpania. Karyia czuła, że oprócz niepokoju, dręczy go też zmęczenie. Spojrzała w górę, na jeźdźca, nie powinna tego robić. Szybko odwróciła wzrok, gdy reszta grupy, jeden za drugim, zaczęli wyłaniać się z gęstwiny.
Anyia sprężystym krokiem minęła ją prawie niepostrzeżenie. Szturchnęła w ramię. Gruby warkocz włosów jak kolor słońca zahaczył o ramię Karyi. W ułamku sekundy zapoznała się z nowym otoczeniem. Nigdy nie byli tak daleko w kierunku Mórz Śródziemia. Anyia nie powinna być tak beztroska. Powinna zachować czujność.
Zbliżyła się w stronę włochatej bestii. Wystraszone dziecko, to wszystko, co widziała w jego oku. Pyskiem zahaczył o jej ramię, pozwolił, aby pieściła mu czoło i brodę. Wyjęła z torby garść świeżych owoców jarzębu, by nieco ulżyć maluchowi odrobiną żywności. Czuła, jak zaczyna się uspokajać i sama też zrobiła się spokojniejsza. Wtedy Anyia zerknęła na nią, jakby chciała przed czymś ostrzec. Ostry ból przeszył jej plecy. Mok Thar zeskoczył i jeszcze w locie z impetem kopnął ją w plecy.
Instynktownie napięła mięśnie ud i bioder. Zachwiała się. Krępa sylwetka jednego dwarfa, jak bardzo nie byłby umięśniony i silny, nie była w stanie wytrącić z równowagi kogoś takiego, jak Karyia. Kogoś, kto nie był ani czystym dwarfem, ani ludziem.
Piskliwy dźwięk obelg Mok Thara uderzył ją po uszach. Przeszył ją lęk. Była wyższa od niego. Miała zahartowane ciało, które grupa dwarfów trenowała do jednego, do polowań na megabestie. Młody jednorożec, objuczony pakunkiem suszonego mięsa swoich krewnych był przykładem na to, że Karyia mogła poradzić sobie z o wiele większym zagrożeniem.
Coś jednak było w pisku dwarfa. Przeszył ją paniczny strach, sparaliżował aż do szpiku kości. Jakby straciła kontrolę nad ciałem. Anyia zbliżyła się, ale zachowała dystans. Również zamarła w bezruchu. Mok Thar uniósł w górę prawą dłoń i zacisnął w pięść. Lewą postukał po rogu muflonu, który miał przymocowany do biodra. To jeszcze bardziej ją przeraziło. Karyia przyklęknęła, wiedziała, co zaraz ją spotka. Kara za brak dyscypliny. Ból. Nikt jej nie pomoże.
Krępy dwarf już brał zamach, gdy koścista sylwetka wyłoniła się cicho i sprawnie z gęstwiny gaju leszczynowego i pochwyciła jego rękę. Cichy pisk, prawie szept niósł ze sobą nutę złego przeczucia. Grak Bezok spoglądał w dal, ale jego oczy były przeszklone i zasłonięte popielatą chmurą, nie mógł widzieć od dawna. Nie oczami.
Dwarfy wymieniły ze sobą kilka piskliwych skrzeknięć. Nie rozumiała w pełni ich śpiewnej mowy. Znała pojedyncze słowa, głównie polecenia, których ich uczyli. Potrafiła jednak wyczuć wyraźnie emocje. Grak Bezok był przepełniony lękiem. Kościstym palcem wskazywał w niebo, gdzie w oddali zbierały się złowieszcze chmury. Nie mógł ich widzieć, a jednak. Gestem dał do zrozumienia, jak bardzo niepokoi go lodowaty wiatr, który niósł się z północnych rejonów o jeden księżyc zbyt wcześnie. Wreszcie zamaszyście wskazał na rozległą, pustą tundrę i dopiero w tym momencie dotarło do niej, że nie słyszy odgłosu życia. Drobne zwierzęta, wszystkie gdzieś zniknęły.
Grak poklepał po zadzie jednorożca i położył rękę na ramieniu Mok Thara. Dwarf od razu się uspokoił i Karyia odczuła, że wraca jej władza w nogach. Szybko oddaliła się w kierunku Anyi. Obie wyszły na prowadzenie. Tak było zdecydowanie lepiej.
— O czym rozmawiali? — Młodsza siostra zbliżyła się, by nikt nie mógł usłyszeć, o czym szepce. Chwyciła starszą za ramię. Musiała przecież wiedzieć, że za taki kontakt też grozi im kara. Karyia delikatnie ją odsunęła. Była w tym geście zarazem matczyna troska, jak i lęk przed gniewem Mok Thara.
— Mam złe przeczucia, Anyia — odpowiedziała zdawkowo i czujnie spoglądała przed siebie. Młodsza siostra zignorowała jej ostrzeżenie.
— Grak wygląda na przestraszonego. To nowość.
— Nie czujesz, że coś jest nie tak? — Karyia nie kryła irytacji.
— Zimno. Pusto. Co to może oznaczać? — Anyia zastanowiła się przez moment. Karya mogła wyczuć, że także i w niej buduje się niepokój. To dobrze. Będzie przygotowana.
Szli dalej w milczeniu. Na otwartym terenie mogli przemieszczać się znacznie sprawniej. Mok Thar na barkach młodego jednorożca mógł pokonać taką odległość, o jakiej dwarf czy ludź na swoich nogach mogli tylko pomarzyć.
Po kilku godzinach marszu grupa zatrzymała się i wszyscy nerwowo spoglądali na chaotyczne tropy mamutonów. Kilkudziesięciu zaniepokojonych dwarfów, kilkoro ludzi, młody jednorożec włochaty i dwie hybrydy. Tylko Grak Bezok siedział spokojnie na skalnym ułomku, węszył swoim szóstym zmysłem. Gdy Karyia wpatrywała się w niego z oddali dłuższą chwilę, by wyczuć, co ma w głowie, zerknął w jej kierunku. Uśmiechnął się. Skinął dłonią, zachęcił, aby podeszła. Nie mógł jej widzieć. Nie przejmowała się tym jednak, chwilę potem była przy nim, skulona, wyczekiwała na to, co ma do powiedzenia.
Starzec wyjął zamocowaną do pleców włócznię z leszczynowego drewna. Jak gdyby nigdy nic, zaczął ją polerować. Już dawno nie brał udziału w polowaniu. Broń służyła mu za podparcie, gdy wykrzywione od choroby kolana odmawiały dalszego posłuszeństwa w marszu.
— Karyia — powiedział piskliwym, harmonijnym głosem dwarfa. Spojrzała na niego skupiona. On jeden ze wszystkich dwarfów, których znała, nie miał nic przeciwko temu, żeby patrzeć w jego twarz. Wiedziała, że nie widzi. Nie mógł widzieć przez mgłę, jaka wiele lat temu zasnuła mu oczy. Nie mógł widzieć oczami. Zawsze jednak wiedział, widział swoich szóstym zmysłem, czuł, przewidywał, prorokował.
— Grak Bezok — odparła cicho, by zachęcić go do rozmowy. Jej głos był pusty i bezdźwięczny w porównaniu z głosem dwarfa. Starzec uśmiechnął się ponownie. Znał dobrze język, którym posługiwali się ludzie. Z nim jednym mogła porozmawiać, za rozmowę z ludźmi z grupy groziła jej kara.
— Spójrz na Mok Thara — zaczął i wskazał palcem w stronę grupy. Karyia tylko zerknęła kątem oka. Mok Thar był zajęty, więc nie zwracał na nią uwagi. W umięśnionych dłoniach trzymał ciało ludzkiej kobiety. Miała bladą skórę, jak zimowe futro zająca. Zębami wpił się w jej szyję i ssał łapczywie gorącą krew. Kobieta nawet nie zająknęła, choć jej twarz krzywił grymas bólu. Karyia czuła, jak cierpi. Tymczasem starzec kontynuował:
— Duchem Mok Thara kieruje chciwość. Mamutony dałyby nam tyle dóbr, że moglibyśmy ze spokojem zjawić się na Lodowym Zjednoczeniu jako zwycięzcy. Nawet wy dwie nie jesteście warte tyle, co jeden dorosły mamuton. — Palcem wskazał w stronę Anyi, która dyskretnie próbowała nie zwracać na siebie uwagi gdzieś na obrzeżach obozu. Włosy jej stanowiły jednak tak silny kontrast do włosów pozostałych dwarfów i ludzi, że trudno jej było nie zauważyć. Karyia słuchała dalej słów Grak Bezoka:
— Mamy jednakże tego młodego, wystraszonego jednorożca. Ty i Anyia umożliwiłyście jego schwytanie. — Karyię przeszył dreszcz na myśl o tamtym polowaniu. Były przynętą i jednocześnie nagonką na nieduże stado jednorożców. Jeden z dwarfów, młody mężczyzna pełen życiowej energii w swojej nadmiernej brawurze podszedł zbyt blisko i tylko szybko reakcja Karyi sprawiła, że uszedł z życiem. Szybko jednak nie dojdzie do pełni zdrowia.
Mok Thar zajęczał głośno, przepełniony uniesieniem, odepchnął ludzką kobietę a dwarfka, która miała wysoką pozycję w grupie chwyciła ją delikatnie i zaczęła spijać z jej szyi krew. Ludzka kobieta cierpiała z bólu, ale nie próbowała się wyrywać. To i tak by jej nie pomogło. Ludzie byli w grupie niczym więcej, jak źródłem największego przysmaku dwarfów, krwi. Karyia z przerażeniem patrzyła na to, jak kolejka dwarfów wysysa życie z tych kilku ludzi, którzy towarzyszyli grupie. Współczuła im. Nie mogła im jednak pomóc. Ona, choć sama była hybrydą człowieka, nigdy nie była wykorzystywana w ten sposób. Płynęła w niej krew dwarfa. Nikt nie ośmieliłby się tego.
Grak Bezok musiał wyczuć jej zmartwienia, bo szturchnął ją dłonią i mówił dalej. On jeden, który nie korzystał z ludzkiej krwi. On jeden, który czuł cierpienie tych zwierząt.
— Powinniśmy wracać Karyia, zbierać się na północ. Chłód ciągnie wcześniej, niż powinien. To wszystko… — zawahał się. Wziął głęboki wdech. Po chwili pisk znowu wydobył się z jego ust:
— Czuję coś, czego nie potrafię nazwać. — Karyia nie rozumiała go. Mówił do niej, ale nie oczekiwał odpowiedzi. Siedziała u jego stóp i pozwalała mu głaskać swoje ciemne włosy.
— Grak Bezok? — Ośmieliła się zapytać, gdy starzec milczał zamyślony dłuższą chwilę i pieszczota jego kościstej dłoni osłabła.
— Tak dziecko? — Wyczuła szczerą opiekuńczość w jego głosie i poczuła się bezpieczniej.
— Co się stanie z nami? Ze mną i z Anyią, gdy dotrzemy do Lodlantydy?
— Nie martw się tym dziecko — odparł zdawkowo, ale widziała zmartwienie na jego twarzy. Smutek.
Mok Thar stanął nad nimi jak wielkie drzewo z krain południa. Zasłonił krępym cielskiem czerwone słońce, które zniżyło się coraz bardziej i już miało chować się za horyzontem. Nawet Grak Bezok czuł respekt przed tym dwarfem. Wymienili się spojrzeniami, potem piskami, Karyia nie rozumiała zbyt wiele. Wiedziała, że się sprzeczają. Mok Thar robił się agresywny, nie miała odwagi się oddalić. Miała tylko nadzieję, że nie wyładuje na niej swojego gniewu, że Grak ją ochroni, jak robił to wielokrotnie wcześniej.
Skuliła się bardziej w nadziei, że stanie się niepozornie mała, ale była to złudna nadzieja. Była wyższa od dwarfów i wyższa nawet od ludzi. Krępa jak dwarfy, z umięśnionymi udami, które przystosowane były przez ciężki trening do morderczych sprintów i kopnięć.
Nagle wszystko zniknęło, cisza. Tylko pisk dwarfki, która przerażona biegła w stronę centrum ich obozu. Za wcześnie na rozpoczęcie polowania, jeszcze słońce nie zaszło, jeszcze księżyc w pełni nie zawisł na nieboskłonie.
Grupa dwarfów zamarła i patrzyła w kierunku, skąd dochodził hałas. Jednorożec zaczął prychać nerwowo, jakby chciał zerwać się do biegu. Tuż za dwarfką rozproszone stado panter grotowych polowało. Było zbyt późno, żeby uniknąć konfrontacji. Śmierć zawisła w powietrzu.
2
Każdej pełni księżyca rodzina dwarfów przygotowywała się do nocnego polowania. Składali pieczołowicie cały swój dobytek w pakunki ze skór, starannie splecione sprawnymi rękoma doświadczonych dwarfek. Liczyli dokładnie żywność, która pozostała z poprzednich polowań. Sprawdzali tropy okolicznej zwierzyny. Konsultowali stare mapy lodowych Krain Północy, zapisane głęboko w pamięci starszyzny.
Po krótkiej naradzie wyruszali przez rozległe, święte gaje leszczynowe, które były dla nich ważnym źródłem pokarmu w czasach, gdy zwierzyna zawodziła.
Każda grupa dwarfów chciała upolować wielkie, niebezpieczne zwierzę. Muflon? Megaloceros? Nie, prawdziwie ambitna grupa chciała czegoś więcej. Chciała mieć za sobą polowanie na naprawdę dużego zwierza. Na bestię. Powód do dumy na corocznym zgromadzeniu dwarfów z całego kontynentu w Lodlantydzie. Taki choćby jednorożec włochaty, wielkie zwierzę stadne. Każdy, kto upolowałby jednego, byłby uznany za wielkiego dwarfa. Nie było to jednak proste. Zwierzęta gromadziły się w stadach, które broniły młodych i bywały agresywne. Jeden ruch wielkiego łba i ostry róg rozrywał ciało dwarfa, jakby był to wiosenny, świeży liść leszczyny.
Mok Thar miał jednak pomysł. Słyszał na ostatnim Zjednoczeniu, że w Krainach Wschodu, które graniczyły ze światami Mórz Śródziemia, hoduje się specjalny rodzaj wojowników, hybrydy ludzi i dwarfów. Zdobycie ich jednak nie było tanie. Mok Thar ruszył więc już wczesną wiosną na południe, do krain ludzi. Ludzie to delikatne zwierzęta, podobne tylko trochę do dwarfów, ale niezbyt silne i niezbyt mądre. Mieszkają przez cały rok w miastach z roślin, nad morskimi wybrzeżami. Żywią się tym, co wyciągną ze słonej wody. Fisz. To obrzydliwe.
Ludzie jednak w całej swej obrzydliwości i nieporadności mają najsłodszą krew ze wszystkich zwierząt. Dlatego są bardzo cenne, jako materiał przetargowy.
Wystarczyło dziesięciu dwarfów, uzbrojonych w maczugi, topory i włócznie, żeby z jednego miasta ludzi pozyskać ich taką ilość, aby dwarfy ze wschodu zgodziły się wymienić ich na dwie kobiety hybrydy. Mieszańce. Musiał nabyć dwie, bo tak je szkolono do polowań na bestie, parami. Córki ludzkiej kobiety i dwarfiego samca.
Większość dwarfów uważała, że to obrzydliwe. Jak można mieszać krew ludzi i nasienie dwarfów, żeby powstało coś tak paskudnego? Początkowo wszyscy byli raczej sceptyczni i uznali, że Mok Thar postradał zmysły. Szybko przekonali się, że nie mają racji. Obrzydliwe hybrydy, Anyia i Karyia, okazały się świetnie wyszkoloną zwierzyną do polowań. Wyższe od dwarfów, ale prawie tak samo umięśnione. Wytrzymałe na klimat Północnych Krain. Sprawne w walce i to bez uzbrojenia. O nie, dwarfy ze wschodu stwierdziły jednoznacznie, żeby nie dawać im do rąk broni. Jedna hybryda, twierdzili, mogłaby w mgnieniu oka pozbyć się całej grupy dwarfów, jak bardzo nie byliby doświadczonymi wojownikami.
Mok Thar bał się swoich nowych zwierząt, ale szybko zauważył, że reagują dobrze na polecenia i jak tylko okaże się im siłę, potrafią czuć respekt i są posłuszne. Dlatego postanowił wypróbować je od razu na stadzie jednorożców. Trofeum jednorożca, jego róg, jego mięso, jego skóry, każdy dwarf, który na Lodowym Zgromadzeniu w Lodlantydzie pokazywał się z czymś takim, był od razu uznany za wielkiego wojownika i mógł liczyć nawet na to, żeby zimę spędzić w lodowym pałacu, u boku samego królu.
Gdyby jednak pokazał się z ciosami mamutona… Wtedy mógłby liczyć nawet na sam tron.
Grak Bezok, starszy szaman który przeżył już dziesiątki zjednoczeń i widział prawie całą Krainę Północy wiedział, że to szaleństwo. Mamuty były mądrymi zwierzętami, największymi ze wszystkich bestii. Kilkakrotnie zdarzyło się, że doświadczona grupa dwarfów, przy odrobinie szczęścia mogła oddzielić od reszty stada mamutonów jakiegoś schorowanego, starego osobnika. Cena jednak zazwyczaj była wysoka. Życie jednego lub kilku dwarfów, poległych w tej nierównej walce z bestią. Grak Bezok wiedział, że Mok Tharem kieruje chciwość. Mieli już ze sobą młodego jednorożca, co praktycznie gwarantowało im miejsce w pałacu. Przywódca chciał jednak czegoś więcej.
Tropy mamutonów skierowały ich daleko na południe, co samo w sobie było nietypowe. Mok Thar wiedział, że zwierzęta migrują by uciec tylko od najsroższych zim. Czyżby przeczuwały coś, czego zwykły dwarf nie potrafi dostrzec?
Tropy nagle zrobiły się chaotyczne w pobliżu rzeki, która wypływała ze skalnych wzgórz. Idealne miejsce na obóz wypadowy do nocnego polowania. Coś jednak musiało przestraszyć mamutony, bo wyraźnie rozpierzchły się w tym miejscu na wszystkie strony. Grube kołtuny brunatnej sierści zalegały nad plażą rzeki, w jej zakolu. Coś zaszło je od drugiej strony, były w pułapce. Część zwierząt w panice i desperacji weszła w rwący strumień i zniknęła w jego nurcie. Reszta popędziła wzdłuż rzeki, brzegiem na złamanie karku.
Grak Bezok nigdy nie widział czegoś takiego. Mamuton był największym zwierzęciem, królem wszystkich bestii. Brunatna sierść, widoczna na tle śniegów z daleka ostrzegała, żeby się nie zbliżać, podczas gdy drobniejsze zwierzęta miały sierść białą jak śnieg, by nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Dwarfy były jedynymi istotami, które ośmielały się atakować mamutony. Chyba, że…
Starcowi przeszła przez głowę niepokojąca myśl, ale szybko uznał ją za głupią. Byli zbyt daleko na południe, może pół księżyca drogi dzieliło ich od wybrzeży Mórz Śródziemia, gdzie rezydowali ludzie. Tylko jedno zwierzę, oprócz dwarfów, mogło poradzić sobie w starciu z mamutonem. Pantera grotowa. Gigantyczny kot, który jednym machnięciem łapy mógł rozszarpać na strzępy dwarfa, który nieopatrznie by się do niego zbliżył. Pantery żyły jednak w skalnych rejonach wysokich gór, daleko na północy, gdzie raczyły się mięsem megalocerosów i jednorożców. Spotkanie ich tak daleko na południe byłoby czymś niespotykanym.
Starzec wolał nie mieć racji, dlatego odrzucił od siebie tę myśl. Zagłębił dłoń w gęste, ciemne włosy siedzącej u jego stóp hybrydy. Karyia. Hybrydzie podobała się ta pieszczota, siedziała zrelaksowana mimo tego wszystkiego, co musiała przejść, aby stać się tym, kim jest.
Nagle pisk przerażenia młodej dwarfki, Bryny, wypełnił powietrze dookoła. Grak Bezok wytężył słuch. Oczy już dawno odmówiły mu posłuszeństwa i musiał polegać na innych zmysłach. Słyszał, jak cała grupa zamiera, wyraźnie przerażona. Ziemia dudniła, jakby wielkie zwierzęta galopowały z każdej strony. Wciągnął do płuc powietrze i wyczuł zapach, którego nie chciał czuć. Piżmo grotowej pantery. W szkołach Lodlantydy dwarfy uczy się od maleńkości tego zapachu, żeby w trakcie letnich wędrówek były przygotowane na najgorsze. Przeczucie go nie myliło, stado grotowych panter, wielkie stado, szarżowało w stronę ich grupy. Wielka, doświadczona samica biegła na przedzie. Tuż obok kilka młodszych osobników, co najmniej trzy samce i jedna młoda samica, zaczęły tworzyć łowną formację. Muszą działać szybko, jeśli chcą ujść z życiem.
Co może jednak zrobić dwarf w obliczu takiego zagrożenia? Dawno nie czuł tak bardzo przytłaczającej bezsilności. On, stary ślepiec od lat uczony, aby unikać tych zwierząt. Czy właśnie nadeszła śmierć? Dla nich wszystkich? Jak mogli tak bardzo zignorować przeczucia, które mówiły im wyraźnie, że coś niedobrego się zbliża? Jak on, stary, doświadczony dwarf mógł być tak naiwny? Obóz blisko skał, gdzie mieli ograniczoną widoczność? Zestarzał się, przestał być czujny.
Poczuł pod dłonią jak napinają się mięśnie na karku Karyi. Była przestraszona, ale czujna. Tak, hybrydy. To ich jedyna nadzieja. Nawet one, jak bardzo nie byłyby silne i wyszkolone, nie mają szans w starciu choćby z jedną panterą. Mogą jednak kupić im trochę czasu, żeby najmłodsze i najsilniejsze dwarfy uciekły w dół rzeki. To może się udać. Ostatnia nadzieja.
Grak Bezok spojrzał w kierunku, gdzie jeszcze kilka chwil wcześniej słyszał beztroskie popiskiwania Mok Thara. Przywódca zamilkł, musiał sparaliżować go strach.
— Karyia — powiedział w stronę hybrydy i wyczuł, jak ta w skupieniu spogląda w jego kierunku.
— Grak Bezok — odparła spokojnym, pytającym głosem. Panowała nad lękiem. Była dobrze przeszkolona. Mogła ich uratować. Zaufał jej w tej chwili. Pochwycił swoją leszczynową włócznię, o którą dbał tyle lat, ale która służyła mu jedynie za podporę. Nie powinien tego robić. Dwarfy ze wschodu ostrzegały wyraźnie. Wspominały o incydencie, gdzie hybryda dostała do rąk broń i źle się to skończyło. Chciał jednak zwiększyć jej szanse, a przez to szanse reszty grupy. Wyciągnął włócznię w kierunku hybrydy. Karyia tylko czekała cierpliwie, choć wrzaski Bryny zaczęły wypełniać im całą przestrzeń.
Grak Bezok wziął sprawy w swoje ręce. Karyia zrozumiała szybko. Wiedziała, że czas nie jest po ich stronie. To było mądre zwierzę, choć Mok Thar twierdził inaczej. Uważał hybrydy za obrzydliwe mieszańce, które trzeba trzymać na krótkiej smyczy.
Starzec powstał na kamieniu i zaczął popiskiwać słowa, których Karyia zrozumieć nie mogła. Wreszcie nastąpiło poruszenie w grupie. Mok Thar wzdrygnął się. Spoglądał w kierunku Karyi, która zaczęła biec w stronę Bryny. Wyjął starannie wyciosany instrument, zrobiony z rogu muflonu, który przymocowany był do jego biodra. Ręka mu zadrżała i róg wypadł, uderzając głucho o ziemię. Karyia zadrżała. Ten róg, ten dźwięk. Mok Thar niezdarnie schylił się i pochwycił instrument, tym razem pewniej. Przyłożył do ust, nabrał w płuca i przeponę tyle powietrza, ile tylko był w stanie i zadął.
Bardzo niski dźwięk był kontrastem z piskliwymi jękami Bryny. Pantera właśnie ją dopadła. Potężna łapa uderzyła ją w plecy i dwarfka upadła cała we krwi, bez ruchu. Bestia zawyła i całe stado panter zmieniło formację. Otoczyło grupę i pozostała im tylko jedna droga ucieczki, rwący nurt wezbranej od jesiennych opadów rzeki.
Właśnie to musiały czuć mamutony, pomyślała Karyia, gdy jej nogi ruszyły pędem w stronę bestii. Stado panter osaczyło je i zmusiło do odwrotu.
Wtem dźwięk rogu dotarł do jej uszu i Karyia poczuła, jak nagle się uspokaja. Mięśnie jej nóg się naprężają, pewnie chwyta leszczynową włócznię w dłonie. Widzi, jak dwarfy zrywają się do ucieczki. Widzi jak Anyia, bez broni, bez żadnej pomocy zaczyna pędzić w stronę Bryny, która leży bez ruchu przygnieciona grubą łapą pantery. Na ten widok wielka samica pantery waha się i zaczyna węszyć w powietrzu.
Nogi niosą ją same. Nagle opuszcza ciało i przestaje czuć ból, strach, czy chłód. Dźwięk rogu. Czy Anyia czuje tak samo? Chyba tak. Może patrzeć na jej sylwetkę, jej gruby, złoty warkocz, który unosi się tuż za nią. Ciało obleczone w wełnę i skóry muflonu, naprężone mięśnie.
Bestia już nie jest taka straszna. Gdy widzi dwie szarżujące na nią hybrydy, chwyta w paszczę swoją zdobycz, młodą dwarfkę i zaczyna się wycofywać, ale Anyia jest już tuż obok. Jednym sprawnym susem wskakuje panterze na plecy, obejmuje ją udami, zaciska pierścień ramion wokół jej szyi, aż bestia puszcza swoją zdobycz, rozwścieczona.
Nawet widok siostry w tak dużym niebezpieczeństwie nie sprawia, że się boi. Potrzebuje jeszcze tylko kilku sekund, żeby dobiec do bestii. Ściska mocniej leszczynową dzidę, zaczyna przyjmować postawę do ciosu. We dwie może dadzą radę. Może powstrzymają bestię.
Pantera zaczyna się wyrywać i szarpać, widać wyraźnie, że Anyia ma problem, aby utrzymać się na jej grzbiecie. Jeśli upadnie, to może oznaczać jej koniec. Bestia uderzy ją i przeora szponami.
Jest już w odległości rzutu, gdy pantera rusza w kierunku rzeki. Szarpie gwałtownie całym ciałem i Anyia traci uchwyt. Zdąży jeszcze wyszarpać garść sierści z karku zwierzęcia i z impetem leci w górę, by po chwili zanurzyć się w chłodnych odmętach rwącej rzeki.
Karyia, wciąż niesiona niewysłowioną siłą, którą dał jej dźwięk rogu, wpada w szał. Rozkłada ramiona i wydaje z siebie okrzyk, jakiego nie byłby w stanie wydać żaden dwarf. Zapiera się na umięśnionym udzie, bierze zamach. Włócznia Grak Bezoka niczym pocisk z procy szybuje prosto w bestię. W ułamku sekundy trafia ją w udo i wbija się głęboko, uszkadzając tętnicę. Pantera odwraca cielsko, wydaje przeraźliwy okrzyk bólu i z wbitą dzidą zaczyna uciekać w kierunku skał, skąd przybyła.
Pozostałe koty wpadają tymczasem w sam środek obozu. Karyia odwraca się, by zobaczyć prawdziwy chaos. Przerażony jednorożec, który warczy by odgonić od siebie młodego samca. Chce uciekać, ale nie może wyrwać się z więzów. Mok Thar jest kilka metrów dalej, wymachuje toporem przed młodą samicą. Stoi plecy w plecy z innym, masywnym dwarfem, który próbuje odepchnąć od siebie kolejną bestię. Ta zdąży wpić się w jego szyję i Karyia widzi, jak tryska z niej krew. Dwa pozostałe samce skaczą od dwarfa do dwarfa. Jeden cios łapy powala każdego. Przegrywają to starcie.
Nim Karyia zdąży zareagować, ziemię przeszywa dudnienie. Nie zwraca jednak na nie większej uwagi. Wypełnia ją gniew i rozrywają sprzeczne uczucia, nawet, jeśli jakby odległe. Chce skoczyć do wody, za Anyią, która odpłynęła gdzieś w dół rzeki. Jednocześnie czuje, że musi walczyć, musi biec w stronę najbliższego ze zwierząt i walczyć do skutku, choćby do śmierci.
W całym tym chaosie nikt nie zauwa jak nadchodzi wielka samica mamutona. Jej masywne cielsko porusza się zwinnie, wprawia całą ziemię w drgania. Widocznie była gdzieś niedaleko, w skalnych załomach, zmęczona poprzednim starciem ze stadem panter, odpoczywała. Warczące pantery wybiły ją ze snu i przybyła na ratunek własnemu stadu, które już dawno nie istnieje.
Młodą panterę tylko ucieczka ratuje przed starciem z wielkimi ciosami mamutona. Zwierzę nie zdąży zrobić uniku, matrona szarpie wielkim łbem i pantera szybuje wysoko w górę, jęcząc z bólu i przerażenia. Reszta kotów waha się. Tylko przez moment rozważają, czy czasem nie zaatakować mamutona. Nie ma jednak ich matki w pobliżu. Zniknęła między skałami, zostawiając za sobą krwisty ślad.
Pierwsza wycofuje się młoda kotka i pędzi w kierunku, gdzie zniknęła jej matka. Pozostałe dwa samce pędzą tuż za nią. Jeden, którego mamuton uderzył swoim ciosem, nie ma tyle szczęścia. Z impetem uderza o podłoże. Słychać trzask łamanych kości.
Mamuton podbiega do niego i przygniata masywną, owłosioną stopą.
Karyia nie wie, co ma dalej robić. Nie może w pełni kierować swoim ciałem. Znajduje się jakby gdzieś z boku, nieustraszona, bez bólu, bez zmęczenia. Czeka na polecenia dwarfów, ale nie żadnych nie słyszy. Może tylko oddać się instynktowi, który nią kieruje. Pędzi za oddalającym się stadem panter grotowych.
Widzi jeszcze, jak Mok Thar wydaje z siebie świergotliwe piski i gestami nawołuje pozostałe przy życiu dwarfy. Widzi, jak resztkami sił otaczają starą, wycieńczoną samicę mamutona z każdej strony, jak wbijają w jej cielsko kolejne włócznie, jak atakują ją toporami. Czuje jeszcze, jak wielkie zwierzę poddaje się. Stara, słaba samica, wycieńczona starciem z grotowymi panterami poddaje się i pada pod naporem dwarfskich ciosów. Karyia nie może tylko dostrzec, gdzie jest Grak Bezok.
3
Pędziła krwawym tropem, niesiona siłą, której nie rozumiała i nie potrafiła kontrolować. W jej głowie tymczasem pędziła gonitwa myśli. Co się wydarzyło? Co się stało z Anyią? Powinna była pobiec wzdłuż rzeki, powinna była spróbować ją ratować. Nurt był wyjątkowo silny tej jesieni, rzeka głęboka, dno śliskie i kamieniste. Dlaczego nie może sprawić, żeby nogi niosły ją tam, gdzie ona chce?
Tymczasem coś kazało jej biec za panterami. Nie czuła bólu, nie czuła zmęczenia. Po prostu biegła. Otoczenie zmieniało się, z płaszczyzny tundry wyrosły skalne pagórki i teren podniósł się tak, że musiała wkładać w bieg wiele wysiłku. Nabierała w płuca tyle powietrza, ile tylko była w stanie pomieścić.
W pewnym momencie wszystko dookoła zrobiło się rozmyte i niewyraźne, widziała tylko tropy krwi i ślady stóp pantery, które robiły się coraz mniej wyraziste. Jeszcze jeden zakręt, jeszcze jedno wzniesienie. Gęste zarośla jeżynowe, wydeptana ścieżka. Jaskinia tuż przy rzecznym zakręcie.
Schyliła się na czworaka, żeby zmieścić się do wąskiego przejścia, które musiały wydeptać mieszkające tutaj zwierzęta i nagle poczuła jak ogarnia ją zmęczenie. Wróciła w ułamek sekundy do swojego ciała, wyczerpanego i wymęczonego. Wszystkie mięśnie nóg, nawet te najmniejsze, palił żywy ogień. Ledwo co mogła złapać oddech.
Wślizgnęła się do środka mrocznej groty i trochę po omacku, trochę korzystając z węchu, dotarła do niej. Wielka samica pantery. Doświadczona matka, która musiała mieć za sobą niezliczoną ilość polowań, niezliczoną ilość zabitych ofiar. Teraz czekała ją już tylko śmierć.
Bestia oddychała jeszcze, ale jej oddech był słaby i charczący. Karyia zbliżyła się ostrożnie, nie czuła się zagrożona. Przeciwnie. Czuła wyraźnie, jak zwierzę się jej boi, ale nie jest nawet w stanie się poruszyć, zdane na łaskę losu. Coś zamruczało i poruszyło się w półmroku. Drobne kocięta próbowały dostać się do matczynych piersi. Pantera miała miot, młode poruszały się niezdarnie.
Nie była w stanie już myśleć. Przygniotło ją gigantyczne zmęczenie. Doczołgała się do zwierząt. Pantera przestała na nią reagować, zbyt wycieńczona, wykrwawiała się. Karyia oparła się o jej wciąż ciepłe i żywe cielsko. Było przyjemnie miękkie. Dotknęła dłonią umięśnionego zadu. Wyczuła włócznię, która wystawała z głębokiej rany tam, gdzie ją wbiła.
— No już — powiedziała spokojnym głosem do zwierzęcia, które wzdrygnęło się z bólu i zaczęła gładzić go po szorstkiej sierści.
Powieki miała ciężkie niczym głazy, zaczynała odpływać w sen. Uderzył w nią głód i pragnienie. Uderzył w nią smutek i tęsknota, troska o Anyię, o Grak Bezoka. Dlaczego przybiegła tutaj, za umierającą panterą, zamiast zostać z grupą, zamiast walczyć, zamiast szukać Anyi? Nie rozumiała tego i nie mogła sobie tego darować.
Jednakże znała dobrze to uczucie, gdy nagle staje się kimś obcym dla swojego ciała i ból przestaje mieć znaczenie. Dźwięk rogu muflonu. To ten dźwięk wyrywał z ciała jej duszę, by mogła spoglądać na siebie z boku, jakby była kimś zupełnie innym. Nie czuła wtedy bólu, ani zmęczenia. Wstępowała w nią jakaś naddwarfska siła.
Przypomniała sobie nagle całą Wschodnią Krainę dwarfów, a w zasadzie tylko miasto nad Jeziorem Czarnym, gdzie żyła od urodzenia przez te kilkanaście lat, gdzie surowe, mądre dwarfy uczyły ją dzień w dzień, od świtu do zmierzchu, jak ma walczyć, nawet objuczona ciężkimi kamieniami i kawałkami skór. Jak ma walczyć ramię w ramię ze swoją siostrą, z Anyią, z pozostałymi hybrydami.
Przypomniała sobie, jak dwarfy dęły w mufloni róg i nagle opuszczała ciało, a potem na jedno piskliwe polecenie rzucała się na grupę ludzi, które dwarfy hodowały dla ich słodkiej krwi. Nawet grupa uzbrojonych w najlepszą broń dwarfów ludzi nie była w stanie jej powstrzymać. Łamała im kości, gruchotała twarze w dziwacznym, bitewnym szale, bez bólu i zmęczenia. Gołymi rękami, kopiąc i dusząc. Ale gdy moc rogu muflonu mijała, padała wycieńczona, przygnieciona własnym grzechem. Zabijanie było złe. Nie chciała tego. Nigdy już nie będzie zabijać. Tak powtarzała sobie od lat.
Pantera westchnęła głęboko, jakby w odpowiedzi na jej myśli, które powoli zamieniały się w sen. Zaczęła oddychać płytko i pochrapywać. Zwierzę zasnęło. To była matka, która wiedziona instynktem chciała tylko wykarmić swoje młode. Teraz zginie powoli od rany zadanej włócznią Grak Bezoka. Tylko dlatego, że ona nie potrafiła się kontrolować.
— No już, śpij — Karyia powiedziała szeptem i pogładziła umięśniony zad. Nie była już w stanie nawet mówić. W tym momencie chciała już tylko zasnąć, razem z matką kociąt i już więcej się nie obudzić. Już nigdy więcej nie poddawać się sile dźwięku muflonu, nigdy więcej zabijać dla czyjejś wygody albo chciwości. Grak Bezok wiedział, że Mok Thar jest chciwym dwarfem, że chce więcej, niż potrzebuje grupa. Grak Bezok to mądry dwarf, który chce jak najlepiej dla grupy, jak najlepiej dla niej i dla Anyi.
No właśnie, co z Anyią? To była ostatnia myśl, jaka nawiedziła ją przed snem. Ta jedna myśl, ta jedna osoba, która dawała jej siłę i chęć do życia. Anyia. Musi iść, musi wracać wzdłuż rzeki. Nurt porwał siostrę, ale ona jest silna, jest hybrydą. Hybrydy są silne. Musi iść brzegiem rzeki, aż znajdzie Anyię, całą i zdrową. Ale jeszcze nie teraz. Nastał zmierzch, nie ma więcej sił, nie może nawet wstać.
Nie, zdrzemnie się tylko momencik, tylko kilka chwil, kilka głębszych oddechów. Potem zaczerpnie wody z rzeki, tak bardzo chce się pić. Może znajdzie coś do jedzenia w gęstych zaroślach jeżyn, które okalały wejście do jaskini, tak. Jest już noc, ale przejrzysta a księżyc w pełni oświetla drogę.
Chłód wilgotnej jaskini przeszył jej stopy, wtuliła się mocniej w ciało wielkiej pantery.
— Tylko krótka drzemka… — powiedziała do siebie na głos, po czym odpłynęła głęboko w niebyt snu.
4
Z koszmarnych snów wyrwały ją kocie popiskiwania. dwa szkraby, wielkości dorodnych, pustynnych zajęcy, nerwowo szturchały jej nagie stopy.
Ocknęła się, otrząsnęła i rozejrzała po mrocznej jaskini. Widziała wyraźnie to przestronne miejsce, widziała kontury kości zwierząt, które pantera musiała tutaj zaciągnąć. Mały kociak ugryzł ją w wielki palec u stopy.
— Aua! — skarciła go i odepchnęła delikatnie. — Jesteś głodny? — zapytała, chwyciła kociaka w dłonie i uniosła w górę. — Przepraszam, jesteś głodna? — poprawiła się, gdy zobaczyła, że to młoda kotka.
Drugi z maluchów zaczął skomleć jeszcze głośniej widząc, że Karyia się ocknęła. Czuła ich głód. Czuła ich strach. Zerknęła w bok, na wielkie cielsko pantery matki. Brzuch nie poruszał się od oddechu, nie było też słychać, jak charczy. Ciało bestii było sztywne i chłodne. Odeszła do Matki.
Karyia delikatnie odłożyła młodego kociaka i wstała na nogi. Bolały ją wszystkie mięśnie. Język i usta miała wysuszone. W brzuchu zaburczało głośno. Zrobiła kilka kroków w stronę wyjścia z groty i poczuła, jak lodowate powietrze z zewnątrz kłuje ją w odsłonięte ramiona. Nie miała ze sobą nic. To wszystko, co posiadała, pozostało w obozie dwarfów.
Kociaki niezdarnie ruszyły za nią i były tuż przy jej nogach, ocierając się i miaucząc.
— Już dobrze. Poszukamy czegoś do jedzenia — powiedziała do nich, schyliła się i pogłaskała. Samiczka odważnie oddała się tej pieszczocie, ale samczyk wycofał się i zasyczał.
— Ojej, ale jesteś straszny! — Karyia zachichotała. — Dam ci na imię Mok — powiedziała głośno i oficjalnie, aż echo odbiło się od wilgotnych ścian groty. Kotkę wzięła na ręce. Pod dłońmi czuła, że jej brzuch jest pusty. Jak długo spała w tej jaskini?
Wyczołgała się pod niskim stropem, potem przez gęste zarośla jeżynowe. Kociaki wahały się, czy wyjść za nią. Mok wycofał się, ale w zamian zaczął skomleć jeszcze głośniej i jeszcze bardziej przeraźliwie. Zignorowała go, musiała znaleźć coś do picia, potem będzie miała czas zająć się zwierzakami.
Kotka, odważniejsza, powoli, krok za krokiem, ruszyła za nią na świat zewnętrzny, którego nigdy wcześniej nie widziała. Tymczasem w zagłębieniu skalnym, na rzecznym wybrzeżu, zalegała warstewka świeżego śniegu.
Kotka była nie mniej zdziwiona, niż Karyia. Mała nigdy nie widziała śniegu. Przyszła na świat może jeden księżyc wcześniej, późną, chłodną jesienią. Tyle samo powinno dzielić ich od pierwszego śniegu. Niemożliwe przecież, żeby spała tak długo.
Zaśmiała się na tę myśl. Wiedziała z opowieści Graka, że wiele zwierząt chowa się na zimę w głębokich grotach i zapada w długi sen. Grak mówił, że robią tak ursodony, najniebezpieczniejsze z bestii, jakie zamieszkiwały krainy północy. Żaden dwarf nie uszedł z życiem w starciu z tym potworem. Żadna inna bestia, nawet mamuton, nie mogła się mu równać. Czy i ona spała, jak jeden z nich? Była hybrydą, nie była normalnym dwarfem, ani nawet człowiekiem. Może mogła zapaść w głęboki sen. Posmutniała na tę myśl.
Jeśli spała przez jeden księżyc, to Anyia oddaliła się już znacznie i będzie miała trudności, żeby ją odnaleźć. Nawet nie dopuściła do siebie myśli, że Anyi mogło się coś stać. Wtedy młoda kotka otarła się o jej nagą łydkę. No tak, nie mogła spać tak długo. Przecież kociaki umarłyby z głodu. Widocznie przespała całą noc, wymęczona długim biegiem. Najwyżej dwie noce.
— Zaraz znajdziemy coś do picia, chodź. — powiedziała do kotki. — Jak masz na imię? — zapytała i zamyśliła się. Gdyby miała córkę, jak mogłaby dać jej na imię? Szybko skarciła się za taką myśl. Podeszła do brzegu rzeki i obmyła twarz rześką wodą. Hybrydy nie mogły mieć dzieci, to było surowo zabronione. Tylko dwarfki mogły rodzić, jak choćby Byrna. Byrna była drobną dwarfką, nigdy nie nadużywała swojej władzy w stosunku do Karyi i Anyi. Nawet ludzi traktowała dobrze i często dbała, aby nie brakowało im żywności. Nie miała dzieci. Kilka księżyców wcześniej miała urodzić swojego pierwszego, malutkiego dwarfika, ale krew opuściła jej macicę i malutka dziewczynka urodziła się bez ducha, cała sina.
Bryna płakała długo, bo cieszyła się bardzo na myśl o tym, że zostanie matką. Miała już nawet wymyślone imię, Yra. Tak, to było dobre imię.
— Śmiało Yra, spróbuj — Karyia popchnęła kotkę w stronę rzeki, gdzie strumień nie był zbyt wartki. Zwierzę było bardzo ostrożne, węszyło długo. Wreszcie zanurzyło pyszczek i zaczęło pić łapczywie.
— Prawda, że smaczne?
Karyia wypiła tyle wody ile była w stanie, ale teraz głód zaczął dokuczać jej jeszcze bardziej. Rozejrzała się po skalistej dolinie. Jeżynowe zarośla były już puste, rośliny przygotowywały się do zimy.
— Musimy coś zjeść Yra. Prawda? Jesteś głodna? — spytała a kotka w odpowiedzi spojrzała na nią i zamiauczała głośno. — No i musimy zanieść wody twojemu odważnemu i strasznemu bratu, Mok na pewno umiera z pragnienia!
Nabrała wody w dłonie i ostrożnie wczołgała się z powrotem do groty. Kociak czekał tuż przy niskim stropie i pił łapczywie oblizując jej dłonie.
— Sama woda nam nie wystarczy, ale obawiam się, że będzie ciężko coś znaleźć do jedzenia. Gdybyśmy tylko byli w leszczynowym gaju. Tam mielibyśmy orzechów pod dostatkiem — myślała głośno. — Tylko wy chyba nie jecie orzechów, prawda? — zastanawiała się głośno. Pantery grotowe były jednym z najstraszniejszych drapieżników, nie wyobrażała sobie, żeby jadły coś innego, niż mięso i ciała swoich ofiar.
Kiedy zamieszkiwała w mieście nad Czarnym Jeziorem, dwarfy miały surowe zasady, co do tego, co mogą jeść hybrydy, takie jak ona. Mięso było surowo zabronione. Każda upolowana przez nią zwierzyna trafiała do ust i żołądków dwarfów. Jej zostawały orzechy i rośliny oraz mniejsze dobra leszczynowego gaju. Zwykle po takiej diecie cierpiała bardzo i każdego ranka bolał ją mocno brzuch, jakby miała urodzić jednorożca. Te rzadkie chwile, gdy Byrna litowała się nad nimi i dawała im skosztować kostny szpik lub jaja były dla niej ulgą. Ale nie chciała jeść mięsa. Zwierzęta, które zabijała, cierpiały. Nie chciała tego.
Nie była pewna, co dalej robić. Wiedziała tylko, że musi powrócić do miejsca, gdzie mieli obóz. Powinna znaleźć coś do jedzenia, może orzechy. Może znajdzie coś dla tych dwóch maluchów.
— Yra, posłuchaj mnie uważnie — uklęknęła przy kotce i zaczęła tłumaczyć jej swój plan — na chwilę oddalę się, ale obiecuję, że powrócę tutaj jak najszybciej — głaskała kotkę po okrągłej główce, by ją nieco uspokoić — wtedy pochowamy waszą mamę, nakarmię ciebie i brata i będziesz mogła rozpocząć swoje życie.
Po dłuższym czasie, niechętnie, wstała wreszcie i odeszła. Kotka podążała za nią jakiś czas, ale wreszcie zatrzymała się i tylko pomiaukiwała smutno. Karyię bolał jej smutek. Nie widziała jednak innego wyjścia.
Wędrowała długo, nagie stopy zaczęły odczuwać chłód pierwszego śniegu. Niebo zasnute chmurami wyglądało, jakby miało sypnąć w każdej chwili kolejną jego porcją. Skuliła ramiona i przyspieszyła kroku, żeby nieco się rozgrzać. Jej brzuch głośno zaburczał.
Po kilku godzinach marszu wzdłuż brzegu rzeki natrafiła wreszcie na znajomy wyłom i za jego rogiem zobaczyło to, co pozostało z jej obozu. Na środku sterczał korpus mamutona, pozbawiony kłów, ogołocony z większości skór i mięsa.
Cała polana była wymalowana brunatną, skrzepniętą krwią mamutona i dwarfów. Nie było jednak śladu po jej grupie. Nie było śladu po panterach. Tylko pustka.
Karyia rozejrzała się po obozie. Zdążyli wypatroszyć mamutona, ale zostawili sporo za sobą. Nie powinni tak robić. Grak Bezok na pewno był niepocieszony takim marnotrawstwem i takim brakiem szacunku dla życia tej samicy. Normalna grupa dwarfów wykorzystałaby najmniejszy fragment ciała tego kolosa, każdy włosek sierści i każdą kosteczkę. Ale nie grupa Mok Thara. On się spieszył, miał swoje plany. Był chciwy.
Rozejrzała się za tropami dwarfów, ale mogła tylko wywnioskować, że grupa, to, co z niej zostało, zebrali się, wypatroszyli mamutona i ruszyli pospiesznie na południe wzdłuż rzeki, w ciągu jednego tylko dnia. Czyżby szukali Anyi? A ona? Dlaczego nie ruszyli za Karyią? Uznali, że umarłam, że podążyłam do groty pantery i zostałam zamordowana?
Rozmyślała tak i jej uwagę przykuły tropy stóp i krwi, które prowadziły gdzieś za obóz, w kierunku skalnych ułomków, przesłaniających widok. Podążyła tym śladem. Dwarfy. Nie żyją. Ośmioro. Pięć kobiet, jeden mężczyzna i dwóch młodocianych dwarfów. Każdy z rozszarpaną szyją, głową, niektórzy bez kończyn. Ułożyli ich obok siebie, bez poprawnego rytuału. Jak Grak Bezok mógł pozwolić na coś takiego? Zadała sobie pytanie i sekundę potem uderzyła w nią odpowiedź.
Potrzebowała chwili, żeby rozpoznać jego twarz, przeoraną szponami pantery. Jego oko, za popielatą mgłą, puste i bez życia. Leżał razem z innymi, najstarszy dwarf w grupie, jedyny, który się do niej odzywał.
Uklęknęła nad jego ciałem i zapłakała cicho. Potem spojrzała w niebo i wydała z siebie głośny, gniewny okrzyk.
Każdy, nawet najgorszy dwarf, zasługiwał na to, aby zostawić jego puste ciało w miejscu osłoniętym od sił natury. Natura przeżarłaby ciało deszczem i wiatrem, potem drobne zwierzęta zaczęłyby na nim ucztować, wreszcie pojawiłyby się one, cała grupa hien grotowych. Każdy więc dwarf zasługiwał na to, aby jego ciało osłonić od sił natury i umieścić w domu, w grocie, pośród dóbr, które posiadał za życia.
Nie zastanawiała się długo. Anyia musiała poczekać. To trzeba zrobić dobrze. Trzeba to zrobić tak, jak zrobiłby Grak Bezok.
Założyła na obolałe nogi buty jednej z dwarfek, zrobione z utwardzonej skóry megalocerosa i wyściełane wełną muflonu. Od razu ulżyło jej stopom. Ubrała się cieplej w skórzane kostiumy, które nosiły kobiety, a które im już nie będą potrzebne. Potem spojrzała jeszcze raz na ciało Grak Bezoka i uniosła je na ramieniu. Czekała ją długa droga.
Zabrała z obozu tylko kawał wątroby i kość z podudzia mamutona, spakowała go sobie do torby, którą nosił ze sobą starzec. Potem zaniosła go z powrotem do groty, gdzie zostawiła dwoje młodych kociąt. Przez kilka godzin drogi łkała cicho. Dotarło do niej, że Grak Bezok odszedł bezpowrotnie. Jedyna rzecz, jaka ją ucieszyła to ta, że wśród martwych dwarfek nie było Byrny.
5
Marsz powrotny do groty, z ciałem dwarfa na ramieniu, pozbawił ją resztek sił. Próbowała być delikatna, gdy odłożyła bezwładnego Grak Bezoka na ziemię.
— Już wkrótce powrócisz do Matki — powiedziała cicho i łza spłynęła jej po policzku. Wciągnęła ciało do groty. Mok i Yra, gdy tylko wywęszyły swoją tymczasową mamusię, zaczęły piszczeć i miauczeć wniebogłosy.
— Już jestem. Przecież obiecałam, że wrócę. — Karyia chwyciła w dłonie młodą kotkę i przytuliła. — Mam coś dla was — powiedziała i wyjęła z torby kawałki mięsa mamutona. Kociaki jednak tylko węszyły ciekawskie i lizały kawałki wątroby. Były zbyt małe, żeby jeść samodzielnie.
Karyia ułożyła ciało Grak Bezoka obok cielska grotowej pantery. Kto by pomyślał, że szaman zostanie pochowany w ten sposób, z duchem jednej z najniebezpieczniejszych bestii.
Karyia starannie ułożyła ciało i zaczęła rozkładać dookoła najważniejsze atrybuty jego dobytku. Talizmany z zajęczych zębów, perły i kamienie wróżebne. Kocięta, zaciekawione przeszkadzały jej w tym i nie mogła już dłużej odwlekać, by się nimi zająć.
— Już was nakarmię — powiedziała, a maluchy wyglądały, jakby zrozumiały, co ma na myśli. Zamilkły i tylko wpatrywały się w nią zaintrygowane, jak wyjmowała z plecionej torby kolejne tajemnicze przedmioty. Ułożyła stos z pogruchotanych, wysuszonych kości zwierząt, które skończyły w żołądkach mieszkających tutaj panter. Uderzyła o siebie dwa ciemne kamienie i snop iskier rozjaśnił grotę. Mały Mok aż przewrócił się ze strachu.
Wkrótce ogień płonął, kości trzaskały a Karyia przygotowała miseczkę, którą Bryna wystrugała z kawałka brzozowego drewna.
Gdy wywar ze szpiku kości i wątroby mamutona rozgotowywał się powoli, Karyia przygotowała ceremonię, aby pożegnać Grak Bezoka i pozwolić mu odejść na tamten świat. Czekało ją jeszcze dużo pracy. Wiedziała, że musi przynieść do groty także pozostałe ciała poległych dwarfów, zanim hieny rozszarpią ich na kawałki i zaciągną do swojego legowiska.
Usiadła przy ognisku. Oświetlona grota zrobiła się przytulna. Zanurzyła kawałek wypolerowanej kości w rozgotowanym rosole, skosztowała. Miał idealną konsystencję. Odczekała, aż trochę ostygnie i położyła miseczkę pod nos dwójki czekających kociąt.
— No, śmiało — zachęciła je.
Zwierzęta były nieufne wobec nowego rodzaju pokarmu. Do tej pory znały tylko mleko matki. Gęsty, ciepły rosół z mamutona był dla nich czymś nowym, ale głód wygrał. Yra zanurzyła pyszczek w wywarze, zasmakowała i zaczęła łapczywie jeść, jakby głodowała od tygodni. Kilka sekund później w ślad za nią poszedł mały Mok. Kociaki syciły się szczęśliwe i Karyia czuła, jak bardzo są zadowolone.
Sama chwyciła w dłonie kawałek pękniętej kości z podudzia mamutona. W jej wnętrzu był szpik o łagodnym smaku, bardzo sycący. Wreszcie mogła odsapnąć i nasycić się czymś więcej, niż tylko orzechami i naparami z ziół.
Zastanawiała się, czy po takiej kolacji będzie bolał ją brzuch następnego ranka. Prawie każda roślina, którą jadła, źle na nią wpływała. Dwarfy ze wschodu mówiły, że to typowe dla hybryd, że normalnie powinny one odżywiać się mięsem i częściami zwierząt, jajami i owadami. Mówiły też, że taka dieta doda hybrydom zbyt wiele sił i staną się niebezpieczne. Dlatego mimo wszystko zalecano, aby hybrydy karmić wyłącznie roślinami.
Mok Thar bardzo pilnował tych zaleceń. Karyia prawie nie jadała mięsa, tylko odrobinę jaj i owadów, dlatego każdego ranka cierpiała bardzo. Znosiła to cierpienie. Wiedziała, że zwierzęta cierpią tak samo, jak cierpią dwarfy, jak cierpią hybrydy i jak cierpią ludzie, gdy zabija się ich dla mięsa, albo gdy używa się ich krwi, jak mieli to w zwyczaju robić dwarfy.
Rozmyślała jeszcze długo i nawet nie zauważyła, jak kociaki ułożyły się cicho tuż koło jej nóg, żeby skorzystać z ciepła jej ciała i poczuć odrobinę matczynego bezpieczeństwa. Głaskała ich delikatną sierść, dłonią czuła ich okrągłe, pełne brzuszki.
— Nie martwcie się. Nie zostawię was tutaj — oznajmiła im. Widziała już zbyt wiele cierpienia, osamotnionych zwierząt, bez matek, bez nadziei.
Gdy sama miała już pełny żołądek, jej powieki zrobiły się ciężkie. Dołożyła do ogniska trochę suchych kości, które wyglądały jak kości muflonu, ułożyła starannie kamizelkę i położyła sobie pod głowę. Leżąc spoglądała na pustą skorupę ciała Grak Bezoka, który bez ruchu spoglądał na sklepienie jaskini, ze splecionymi na brzuchu dłońmi, tak, jak uczył ją, gdy uczestniczyli w pogrzebie dwarfa z grupy.
Wiedziała, że ma jeszcze dużo pracy, ale potrzebowała odpoczynku. Bolały ją wszystkie mięśnie. Nie zniesie więcej. Już bez wyrzutów sumienia, zasnęła głęboko. We śnie po raz kolejny widziała Grak Bezoka, który opowiadał jej o odległych krainach, o krainie ludzi na wybrzeżach Mórz Śródziemia. Mówił o tym, jak ludzie z bezkresu tak słonej wody, że nie można jej pić, wyjmują drobne, oślizgłe zwierzęta i żywią się nimi tak, jak dwarfy orzechami i mięsem megalocerosów.
Opowiadał o dwarfach ze wschodu, mówił, jak są mądrzy. To właśnie stamtąd pochodziła ona, to stamtąd pochodziła Anyia. Niestety nie miała dobrych wspomnień związanych z tamtym miejscem.
Wreszcie mówił o Lodowym Zgromadzeniu, corocznym, zimowym zebraniu dwarfów z całej Krainy Północy w królestwie Lodlantydy.
— Dwarfy, gdy tylko nadejdzie wiosna — opowiadał swoim piskliwym, śpiewnym głosem — rozchodzą się po całej Krainie Północy. Jedne wędrują daleko na wschód, żeby służyć w Scholarium. Wielu przemierza góry na południu i wędruje ciepłymi rejonami w poszukiwaniu ludzi o najsłodszej krwi. Odważne dwarfy szukają dużej zwierzyny na rozległych tundrach północnej krainy. Szukają sposobów, aby ją upolować. Megaloceros, nawet ten o największym porożu, które mogłoby pomieścić na sobie wszystkie dwarfy z naszej rodziny, to nic. Jednorożec, to prawdziwa zdobycz. Kilka rodzin dwarfów potrafi upolować nawet mamutona… — Tu przerywał zamyślony, a jego zamglone oczy spoglądały na coś, co tylko on sam mógł widzieć w swoim umyśle.
— Gdybyśmy tylko nauczyli się, jak polować na pantery… O wiele więcej dwarfów, młodych dwarfów, wróciłoby na zimę na lodowe zjednoczenie.
Karyia nigdy nie doświadczyła, czym była Lodlantyda, ale z opowieści Graka wyobrażała sobie wielkie grotowe pałace, zrobione z bloków zamarzniętej, słonej wody, gdzie w bogactwie skór, suszonego mięsa i orzechów leszczyny dwarfy oddawały się całonocnym tańcom, opowiadały sobie historie swoich wędrówek, dzielili się tym, czego nauczyli się podczas lata. Uczyli się polować. Uczyli, jak karmić ludzi, aby ich skóra zrobiła się jasna, a krew nabrała słodkiego smaku. Budowali pałace z brył słonego lodu. Niektóre rodziny wymieniały się młodymi dwarfami, które kolejnej wiosny wędrowały wraz z nimi.
Gdy następowała już pełnia zimy, najbardziej odważny dwarf, który mógł się pochwalić największymi osiągnięciami, który przyniósł ze sobą trofea mamutona, albo jednorożca, był wybierany przez zjednoczonych dwarfów na króla. Podczas rytuału wypijał krew młodego ludzia o najbielszej skórze, aż ten mdlał bez życia. Potem zamieszkiwał w pałacu, gdzie wszystkie chętne młode dwarfki dotrzymywały mu towarzystwa i przyjmowały jego nasienie nowego pokolenia dwarfów. Przez całą zimę żywił się prawie wyłącznie krwią najmłodszych, najbielszych z ludzi.
Grak opowiadał, że czasami król był dobry i dzielił się z innymi dwarfami po równo wszystkim tym, co na zjednoczenie dostarczono. Mówiono wtedy o ciepłej zimie. Każda rodzina dwarfów otrzymywała po równo ze wspólnego skarbca, nawet najsłabsza z rodzin, która polować potrafiła jedynie na zające, mogła liczyć na nowe skóry, rzeźbioną broń z kości czy nawet na krzemienne narzędzia. Najbiedniejsze i najsłabsze z rodzin mogły wtedy po raz pierwszy skosztować słodyczy ludzkiej krwi.
Zdarzało się jednak, że król był okrutny. Gromadził wtedy najwspanialsze dobra w pałacu. Rozkazywał najmocarniejszym dwarfom, aby strzegli jego wnętrza, zbierał więcej młodych ludzi, niż potrzebował i zachowywał dla siebie.
Karyia wyobrażała sobie, co to musiał być za widok, gdzie gromadziło się więcej dwarfów, niż nawet w samym Scholarium.
Gdy się zbudziła po długim, głębokim śnie, czuła się o wiele lepiej. Kocięta już stały na swoich nóżkach i domagały się więcej jedzenia, wstała więc i zaczęła przygotowywać śniadanie.
Tak minęły jej najbliższe dni. Kilkukrotnie gotowała rosół z kości, wątroby i narządów mamutona. Sama jadła szpik i resztki mięsa. Czuła się bardzo dobrze bez orzechów, brzuch wcale jej nie bolał, miała dużo siły i energii. Potrzebowała jej, bo kilka godzin marszu dzieliło ją od miejsca, gdzie leżały poległe dwarfy. Wędrowała żwawym krokiem, aż skóra z cholewki przetarła się do bosej pięty.
Brała na ramię jednego z dwarfów. Wciąż nie było w pobliżu śladów hien, ani nawet młodych panter, które rozpierzchły się po walce z mamutonem. Możliwe, że nawet nie przeżyły do tej pory, ale nie było to jej zmartwieniem.
Każdego dnia przynosiła do jaskini jedno ciała dwarfa, układała starannie obok poprzednich tak, jak opowiadał jej Grak, że robi się na ceremoniach w Lodlantydzie. Dłonie spłatała im na brzuchu, potem u głowy rozkładała talizmany z kości i szlachetnych kamieni.
Wreszcie wszyscy byli już w jaskini. To była pora, żeby wyruszyć. Straciła już i tak zbyt wiele czasu. Potrzebowała tylko jeszcze jednego. Oznaczyć grotę znamionami dłoni, aby każdy kolejny dwarf, któremu przyjdzie tutaj zawędrować, mógł dołożyć swój znak w podzięce za życie i jako hołd dla zmarłych, którzy odeszli na łono Matki.
Trochę żółtej ochry rozbełtała w wodzie i zaznaczyła swoją dłoń w widocznej części skalnej ściany. Tak powstał mały cmentarz, gdzie różne zwierzęta straciły życie przez grotową panterę, potem sama pantera straciła życie w tym miejscu, wreszcie dwarfy spoczęły tutaj obok tych wszystkich stworzeń. Pośród nich Grak Bezok.
Spojrzała na niego ostatni raz, gdy z cielska pantery wyjmowała leszczynową, grawerowaną włócznię. Wciąż ostra jak kieł hieny grotowej. Nasączona krwią pantery. Wzięła ją niechętnie, bo wciąż miała w głowie nawoływania dwarfów o tym, że hybryda nie może mieć ze sobą broni, bo to zbyt niebezpieczne. Chciała jednak coś, co będzie jej przypominać Grak Bezoka. On sam jej ją wręczył, więc nie byłaby to kradzież.
Zaraz po sutym śniadaniu wyszła na zewnątrz groty, by jeszcze raz rozejrzeć się po skalistej dolince. Strumień rzeki wezbrał, bo pierwszy śnieg zdążył już stopnieć. Ziemia była wilgotna i miękka. Dwie młode pantery grotowe, Yra i Mok stały pewnie na nóżkach tuż obok swojej nowej mamy, gotowe by iść tam, gdzie pójdzie i ona.
— Będę za wami tęsknić — powiedziała im i pogłaskała, po czym ruszyła wzdłuż brzegu rzeki, dobrze sobie znaną trasą. Nie odwracała głowy, by spojrzeć na młode kocięta. Wiedziała, że same mają małe szanse na to, aby przetrwać, ale nie mogła przecież tutaj zostać. Kto wie, może wróci ich starsza siostra i bracia, którzy im pomogą.
Potrzebowała już tylko trzech godzin, by dotrzeć na miejsce, gdzie szkielet mamutona wyróżniał się na tle płaskiej doliny. Zrobiła co mogła, zebrała z cielska tyle mięsa, ile była w stanie. Mogła tylko liczyć na to, że Matka wybaczy jej to marnotrawstwo.
Wtedy zza skalnego ułomku w oddali wychylił się powoli płaski, cętkowany pysk. Tylko przyspieszyła kroku, ruszając dalej na południe, wzdłuż strumienia.
6
Rzeka była jej przewodnikiem. Wiła się się przez pagórkowate płaszczyzny bezkresu tundry. Widok był dobry. Słońce rozświetlało otoczenie, ale czuła, że to ostatnie jego promienie. Daleki horyzont zakrywały brudnoszare chmury, które nieść musiały ze sobą wielkie zaspy śniegu.
Ta okolica nie była najlepszą, aby znaleźć schronienie w obliczu niechybnej zamieci. Nie mogła jednak postąpić inaczej. Co mogła zrobić? Chciała za wszelką cenę znaleźć Anyię. Niestety wszelkie tropy urwały się już dawno i mogła tylko przypuszczać, że gdzieś wzdłuż rzeki odzyska ślad.
— To nie wygląda dobrze — powiedziała na głos. Bez grupy mogła mówić swobodnie i zaczynała się do tego przyzwyczajać. Nie było w pobliżu Mok Thara, który spoglądałby na nią surowo i który karciłby ją za używanie ludzkiej mowy.
Usłyszała poruszenie w pobliskich zaroślach. Przez moment przeszło jej przez myśl, że może coś ją śledzi, bestia, której nie chciałaby spotkać. Wtedy z zarośli wyskoczyła Yra i popędziła w jej kierunku. Zaraz za nią pojawił się Mok. Kociaki cały czas podążały za nią.
— Co tutaj robicie? — zdziwiła się. Ulżyło jej w sercu. Jeśli małe pantery pójdą razem z nią, to jest dla nich nadzieja, że chociaż one przeżyją. Zaczęła mówić ponownie, na głos, a mały Mok i Yra słuchali uważnie, jakby Karyia przekazywała im największe życiowe prawdy.
— Chmura dotrze do nas w ciągu kilku godzin, jeszcze długo przed zmierzchem — tłumaczyła im, wcale nie zwalniając kroku. Wzięła na ręce małego Moka, bo wyczuwała, że długi marsz zaczął go męczyć. Wyrywał się, ale zignorowała go. Głaszcząc jego cętkowane, szorstkie futro, kontynuowała:
— Te ciemne, chmury, zmarszczone jak wełna muflonu, niosą ze sobą wielką ilość śniegu. Nie zdążymy przed nimi uciec. — Gdy to powiedziała, jej czoło zmarszczyło się zmartwione. Bez grupy nie wiedziała, czy sobie poradzi.
Jednakże nie było to dla niej nic nowego. Kilka lat spędziła w ostępach Scholarium, na dalekim wschodzie Północnych Krain. Najmądrzejsze z dwarfów, te o najbystrzejszym umyśle, zamieszkiwały to miejsce i próbowały odkryć sposoby na to, aby życie było znośniejsze.
Setki cykli temu to one stworzyły podwaliny pod Leszczynowy Gaj, który porastał obecnie prawie cały pas Północnej Krainy i ciągnął się od wschodu, aż po brzegi Lodlantydy na zachodzie. Gaj wykarmił wielkie rzesze dwarfów, a co ważniejsze, rzesze zwierząt, na które dwarfy polowały.
To, co najbardziej zajmowało dwarfy ze wschodu, to były bestie północy, największe zagrożenie, jakie mógł sobie wyobrazić przeciętny dwarf. Gdyby tylko nauczyć się, jak polować na bestie, gdyby tylko znaleźć sposób na to, aby powstrzymać atak choćby tylko pantery grotowej, już nie wspominając o ursodonach.
Obie te bestie stanowiły najwyższą klasę zagrożenia dla życia dwarfów w Północnych Krainach. Zamieszkiwały okolice jaskiń, więc dwarfy mogły nauczyć się, jak ich unikać. W bezpośrednim starciu nie miały z nimi większych szans. Od kilku dobrych cykli potwory te zaczęły migrować, na Lodowym Zjednoczeniu pojawiły się wzmianki o tym, że obserwowano je coraz dalej na południu.
Karyia zatrzymała się w zakolu rzeki, osłoniętym od otwartej tundry wysokim brzegiem.
— Tutaj przenocujemy — oznajmiła i zaczęła przygotowywać wszystko, co potrzebowała, aby rozbić mały obóz.
Kociaki wiedziały już, że będą miały przerwę, napoiły się rześkiej wody rzecznej, po czym zaciekawione zaczęły badać okolicę. Karyia zebrała trochę drobnego, suchego opału, który rzeka zgromadziła w zakolu i szybko rozpaliła ogień. Ciepło ogniska było przyjemną odmianą od chłodnego powietrza, które dęło coraz mocniej z północy. Karyia nie znosiła chłodu. Przypominało jej o zimach spędzonych na wschodzie.
Z podróżnej torby wyjęła resztki żywności i dobytku. Trochę kości mamutona, wypełnionych odżywczym szpikiem. To było wszystko, co posiadała. Zbyt mało na pożywną kolację.
Kolejny powód do zmartwień. Skąd ona teraz weźmie żywność? Może sama wytrzyma jeszcze choćby przez pół księżyca, ale Mok i Yra? Te kociaki nie przeżyją długo bez jedzenia.
Mogła spróbować zapolować na zająca. Nawet jednak, gdyby wiedziała, jak się do tego zabrać, nie chciała tego robić. Nawet najmniejszy z zajęcy czuł ból. Nie chciała zadawać bólu. Robiła już tego zbyt wiele, wbrew swojej woli. W Scholarium szkolono ją do zadawaniu skutecznie bólu i śmierci. Szkolono ją do zabijania wielkich bestii. Mogła bez problemu rzucić się w kierunku starego samca megalocerosa, z gołymi rękami. Miała tak silne mięśnie ud, że była w stanie wyprzedzić bestię na krótkim dystansie, wskoczyć na jego wysoki zad i złapać ją za poroże. W ten sposób kontrolowała bestię tak, aby dwarfy mogły ją spokojnie zatłuc dzidami i młotami.
Nikt jednak nie uczył jej, jak ma przeżyć sama na pustkowiu.
— Gdybyśmy tylko byli w leszczynowym gaju — westchnęła głośno. — Jest tam teraz cała fura orzechów — powiedziała i wykonała rękami gest, który miał to pokazać. Kocięta słuchały zaciekawione.
— Mogłabym zrobić dla nas potrawkę. Może wy mi powiecie, jak mamy zdobyć coś do jedzenia? Przecież jesteście mistrzami w polowaniu, żadne zwierzę wam nie straszne, nawet mamuton.
Tylko pogłaskała Yrę i Moka, które zaczęły łasić się do jej nóg. Wyczuwała, że zaczynają robić się głodne i wkrótce będą domagać się posiłku.
Rozejrzała się jeszcze raz po okolicy. Rzeka odgradzała ją od pustki tundry. Niskie, krzaczaste sosny, które gdzieniegdzie wyrastały z wciąż jeszcze ciepłej gleby, mogły dostarczyć trochę orzeszków, ale to zbyt mało. No i czy Mok i Yra mogłyby je jeść?
Po raz pierwszy, odkąd opuściła grupę dwarfów, zaczęło ogarniać ją zwątpienie. Co ma teraz robić? Wędrować dalej na południe, wzdłuż rzeki?
Spojrzała w tamtą stronę. Połacie tundry robiły się coraz bardziej pagórkowate, a w oddali, wiele długości przed nią, teren wznosił się coraz wyżej i wyżej. Czy będzie w stanie przebyć coś takiego?
Mogła wracać na północ, ale dokąd? Mok Thar na pewno ruszył na południe. Może nawet odnalazł Anyię i teraz bezpiecznie podróżowała wraz z nim. Chciała w to wierzyć. Minęło już tyle dni, że wątpiła coraz bardziej, że ją odnajdzie.
— Co robić? — zapytała cicho swoich kocich towarzyszy. Zamiast odpowiedzi, Yra tylko uniosła łepek w górę i zaczęła węszyć. Jej nozdrza pantery były o wiele bardziej wyczulone, niż jej własny, hybrydzi nos. Wiedziała o tym dobrze.
— Coś wyczułaś? — zapytała i wstała na nogi, aby zerknąć ponad skarpę, która odsłaniała ich od drugiej strony rzeki. Długo nie musiała szukać. Parę długości dalej, kilka niewyraźnych sylwetek wyróżniało się na tle wciąż jeszcze zielonego stepu. Hieny. Stado musiało podążać ich śladem.
Karyię ogarnął strach. Nie miała co jeść, nie wiedziała, co robić. Do tego wszystkiego pojawiły się jeszcze one, królowe Krain Północy. Grotowe hieny. Wiedziała dobrze jeszcze z czasów, gdy zamieszkiwała na wschodzie, że aktywność hien na stepach zmieniła się. Zaczęły wędrować dalej na południe, dwarfy obserwowały je głęboko w leszczynowych gajach. Wypłoszone zimnem i brakiem żywności migrowały.
Zbierały się wtedy w wielkie stada samic, które wędrowały razem. Gdy tylko jakiś mamuton zakończył żywot lub poległ w walce z mocarniejszym przeciwnikiem, wkraczały i usuwały po nim wszelki ślad. Gdy podobny los spotkał jednorożca, robiły tak samo. Ale w stosunku do innych zwierząt były mniej ostrożne. Nie czekały na to, aż Matka zabierze ich do siebie. Mogły okrążyć potencjalną ofiarę, po czym cierpliwie czekać, aż z wyczerpania, ze strachu i z głodu padnie nieprzytomna. Coraz częściej też polowały.
Dwarfy raportowały, że widziały, jak hieny grotowe atakują muflony. Aktywnie polowały. Zmieniały się wraz z pogodą. Nie czekały na padlinę. Gdy chłodne wichury Północnych Mórz przynosiły zimę do Krain Północy coraz wcześniej każdego cyklu, one robiły się bardziej śmiałe, odważniejsze, agresywniejsze. Kolejne zagrożenie do już i tak obszernego bestiariusza, z jakim musiała się liczyć w Północnych Krainach.
Znalazła się w trudnym położeniu. Jeśli wróci na północ, ryzykuje starcie ze stadem hien. Na południu nie wie, co ją czeka, ale i tak nie może wyruszyć, nie teraz, gdy brunatna chmura pełna śniegu zbliża się coraz bardziej.
Hieny ich nie zaatakują, nie teraz, gdy jest w pełni sił. Nie, gdy rozpali wielkie ognisko, bo ognia boi się większość bestii, może prócz ursodonów, które mogą zdmuchnąć ognisko jednym tylko rykiem.
Dołożyła do ogniska więcej suchych konarów. Siedziała wystraszona ale co kilka chwil wstawała, by zerknąć zza brzegu, co robią hieny. Wreszcie zniknęły z pola widzenia. Musiały wiedzieć, że je dostrzegła. Wciąż jednak ich zapach docierał do jej nozdrzy wraz z zimnym powietrzem z północy.
Nie była w stanie usiedzieć na miejscu wiedząc, że stado tych bestii czai się gdzieś w ukryciu i pewnie z każdą chwilą zbliża się do nich coraz bardziej i coraz silniej ich osacza.
— Musimy iść — oznajmiła wreszcie i zaczęła pakować swój skromny dobytek do podróżnej torby ze skór.
Yra i Mok nie były zadowolone z takiego obrotu sprawy, ale ruszyły posłusznie za przybraną mamą, która wstała w pośpiechu i pozostawiła ognisko samo sobie. Nie powinna tak robić, to było zabronione. W ten sposób ogień mógł rozprzestrzenić się na wielkie połacie stepu. Ogromne przestrzenie leszczynowego gaju umarły w taki sposób.
Nie przejmowała się tym jednak. W głębi duszy chciała, żeby ogień rozprzestrzenił się, żeby wystraszył hieny i kupił jej trochę czasu. Chciała tylko odnaleźć Anyię. Razem na pewno wiedziałyby co dalej robić. Nawet widok Mok Thara ucieszyłby ją w tym momencie. Pewnie skarciłby ją tym swoim piskliwym skrzekiem, potem uderzył, ale przygarnął. Dwarfki nakarmiłyby ją orzechami i ziołami. Może nawet pomogłyby się zająć kociakami. Przecież na pewno na Lodowym Zjednoczeniu wszyscy chcieliby zobaczyć młode pantery, jak są przyjazne i potulne, zupełnie jak dwarf, który przeżył tylko kilka cykli, odkąd wyszedł z matczynego łona.
Żwawym krokiem ruszyła wzdłuż rzeki, aż kocięta z trudem za nią nadążały. Czuła tylko, że musi iść. Potknęła się o gładki, rzeczny kamień. Nawet nie zwolniła kroku. Patrzyła przed siebie i nie odwracała głowy. Łudziła się, że jeśli nie będzie patrzeć, to zagrożenie zniknie.
Przy jednym z rzecznych zakoli, gdzie strumień robił się szeroki i płytki, postanowiła nawet, że przejdzie na drugi brzeg. Może zmyli tak węch hien, może północny wiatr odegna ich zapach i zgubią ich ślad.
Wtedy, nagle, na odległość kilku rzutów dzidą, dostrzegła sylwetkę wielkiej samicy hieny. Otaczały ich. Ale hiena zmierzała czujna w innym kierunku. Nie była zainteresowania nią, nie w tej chwili.
Kolejna sylwetka wyróżniła się na tle stepowej trawy, potem następne.
Karyia zamarła w bezruchu. Wysoka postać musiała być tym, czym jej się zdawało, że jest. Była daleko, taka daleko, że ledwo co mogła dostrzec jej zarys. Zbyt szczupła, aby był to dwarf. Zbyt niska, by była to Anyia. Człowiek. Samotny, stawał twarzą w twarz z grupą głodnych hien grotowych.
7
“Ludzie to ohydne zwierzęta”, zwykł mawiać Mok Thar, a przez jego piskliwy głos aż czuła mrowienie na karku. Rozumiała dobrze te kilka słów w języku dwarfów. “Człowiek” brzmiało w ludzkim języku jak “tss-ha”, trochę jak wąż który wydaje z siebie syczący dźwięk. Słowu towarzyszył subtelny gest zaciśniętej pięści. W ten sposób dwarfy podkreślały, że mowa o zwierzęciu, o czymś gorszym i niższym, niż one same. Zaciśnięta pięść kojarzyła się Karyi z bólem, jaki Mok Thar zadawał jej w ten sposób.
Nieustannie słyszała z ust Mok Thara “tss-ha” w połączeniu z “ohydny”. Rozumiała, że ma na myśli także i ją oraz Anyię.
— Jesteś ohydny ludziu — wrzeszczał do grupki, którą ze sobą prowadzili. Potem brał jednego z nich, najpierw sprawdzając dokładnie, który z nich ma najbardziej bladą skórę. Zwykle były to samice. Chwytał taką mocno za ramię i głowę, potem wpijał się jej głęboko w szyję i ssał długo, aż do nasycenia. Z brudną od świeżej krwi twarzą krzyczał wniebogłosy, zadowolony.
Dwarfy twierdziły, że ludzka krew nie tylko, że jest najsmaczniejsza z krwi wszystkich zwierząt, ale też wzmacnia ciało i dobrze robi na samopoczucie. Dlatego każda szanująca się rodzina dwarfów miała ze sobą stadko młodych ludziów, najczęściej kobiet, ale Mok Thar trzymał także mężczyzn.
Zwierzęta te musiały mieć ścisłą dietę, która nie mogła zawierać mięsa, a jedynie rośliny i niewielkie ilości owadów. Na takiej diecie ich skóra bledła, a krew nabierała słodkawego posmaku.
Nie trzeba nadmieniać, że traktowani w ten sposób ludzie nie żyli długo. Dwarfy przemieszczały się przez cały okres ciepłego cyklu, co wymagało dużo energii. Gdy ludzie umierali, zwykle pozostawiano ich na pastwę hien, bo dwarfy uważały ich mięso za żylaste i gumowate, paskudne w porównaniu z mięsem choćby młodego muflonu.
Karyia zastanawiała się często, dlaczego ludzie są tacy ohydni. Grak opowiadał jej, że zjadają drobne, obślizgłe zwierzęta, które mieszkają w odmętach słonej wody Mórz Śródziemia, co już samo w sobie było dziwne. Opowiadał, że nie potrafią polować na megalocerosy i zadowalają się owadami, które w rodzinie dwarfów służyły głównie za pokarm dla ich ludzi.
Najgorszą jednak zbrodnią ludzi był ogień. Wykorzystywali go w sposób zakazany. Podpalali wielkie połacie gęstych zadrzewień, jakie okalały wybrzeża Mórz Śródziemia. Usuwali rośliny. Po co? Dlaczego tak męczyli Matczyne łono? Nikt nie wiedział. Grak zastanawiał się, że w ten sposób dają żywność dla małych zwierząt, na które polowali, bo świeża trawa odrasta na wypalanych łąkach. Podobnie przecież robiły dwarfy, sadząc leszczynowy gaj. Nikt jednak nie brał na poważnie tego, że ludzie mogliby być tak dalece inteligentni jak dwarfy.
Wystarczyło zapytać pierwszego z brzegu scholara ze wschodu, a wytłumaczyłby, że mózg przeciętnego ludzia jest mniejszy niż mózg dwarfa. Potrafią mówić, ale ich mowa jest płaska, bez dźwięków i nie używają rąk, przez co porozumiewają się ze sobą tylko połowicznie. Ludzie są przydatni jedynie jako źródło odżywczej krwi, poza tym to ohydne zwierzęta.
W żyłach Karyi płynęła krew człowieka. Urodziła ją ludzka matka, którą Karyia pamiętała w jednym wspomnieniu, gdy była jeszcze bardzo mała. Karmiła ją wtedy swoją piersią, a Karyia czuła spokój, jakiego nie zaznała już nigdy potem. Wkrótce zmarła, wymęczona warunkami i tym, jak ją traktowano, a Karyia została sama, z Anyią.
Płynęła w niej też krew dwarfa. Jej ojciec był jednym ze scholarów, ale nie mogła wiedzieć który to. Dwarfy ze wschodu mieszały własne nasienie z księżycową krwią ludzkich kobiet. Tworzyły w ten hybrydy. Nie wszystkim dwarfom się to podobało. Wielu uważało takie praktyki za ohydne i godne zakazania.
Nikt jednak nie mógł zaprzeczyć, że hybryda łączyła w sobie inteligencję i siłę dwarfa, z gibkością i zwinnością ludzia, jak bardzo paskudnym zwierzęciem by nie był. Przy odpowiednim treningu stawała się niepowstrzymaną bronią, która mogła mieć zastosowanie w polowaniu na największe bestie Krain Północy, na pantery, uzbrojona może nawet na ursodony.
Czy tym właśnie była? Maszyną do zabijania bestii? Nie czuła się tak, gdy szła szybkim krokiem, wystraszona, podparta o leszczynową włócznię Grak Bezoka. Yra i Mok ledwo co za nią nadążały i musiała co jakiś czas ich poganiać lub nieść.
Gdy zobaczyła dzikiego człowieka, który niechybnie będzie musiał stawić czoło wielkiej samicy hieny grotowej, poczuła przypływ empatii. To było tylko zwierzę, które cierpi tak samo jak dwarf, tak samo, jak ona.
Z tej odległości widziała już, że to młody samiec, uzbrojony w procę, spanikowany, szuka pod ręką kamienia, który mógłby służyć za pocisk. Musiał mieć za sobą tyle samo cykli, co ona sama. Długie, ciemne włosy związane miał w luźną kitę, jego skóra była ciemna, o wiele ciemniejsza, niż skóra ludzi, których znała ze swojej grupy.
Człowiek wziął zamach i wystrzelił kamieniem prosto w samicę, jednak chybił. Wyraźnie nie miał w tym za dużej wprawy.
Zbliżyła się jeszcze bardziej do całego zdarzenia. To nie była jej walka. Powinna pozostawić człowieka na pastwę hien. Tym bardziej, że sama była wystraszona. Tym bardziej, że miała ze sobą dwa kociaki, które wymagały jej opieki. Musiała też niezwłocznie ruszać na południe, bo z każdą chwilą traci szanse na odnalezienie siostry.
Głos rozsądku kazał się jej oddalić, ale serce mówiło co innego. Czuła jego strach, czuła ból tego człowieka i wiedziała dobrze, co go spotka. Hiena rozszarpie mu gardło, jej siostry rozerwą go na strzępy. Pozostanie po nim tylko krwawy ślad nad rzeką, a i ten zniknie po jesiennym wezbraniu.
Wkroczyła w nurt rzeki, która sięgała jej do kolan. Podpierała się dzidą, aby nie upaść. Wiedziała, że kociaki nie pójdą za nią na drugą stronę, są zbyt małe i boją się pływać. Usłyszała, jak zaczynają za nią skomleć, ale nie miała czasu na to, żeby je uspokoić. Hiena miała człowieka w zasięgu skoku. Bestia przysiadła i spoglądała na niego, jakby czekała, aż strach sparaliżuje mu kończyny i nie będzie w stanie się bronić.
Dlaczego postanowiła mu pomóc? Czy to dźwięk rogu muflonu? Nie usłyszała żadnego. Nie czuła też tego dziwnego rozdzielenia, gdy patrzy na siebie tak, jakby była drugim dwarfem. Nie czuła się nieustraszona, przeciwnie. Serce waliło jej jakby miało zaraz wypaść z piersi, a oddech zrobił się płytki i szybki. Jakże by chciała usłyszeć teraz dźwięk rogu, który dodawał jej sił, który usuwał ból.
Poczuła, że strach zaczyna paraliżować jej kończyny. Miała za sobą jednak lata szkoleń i morderczych treningów na wschodzie. Walczyła z gorszym przeciwnikiem. Nie musiała się zastanawiać nad tym, co robi. Automatycznie zaczęła kontrolować oddech, brała głęboki wdech, potem powoli wypuszczała powietrze z płuc. Stanęła pewnie na nogach i ruszyła w kierunku hieny. Dzidę chwyciła mocno w dłonie, wycelowała jest zaostrzony koniec.
Bestia dostrzegła ją, ale pozostała niewzruszona. Węszyła w powietrzu, dookoła zaczęły pojawiać się inne zwierzęta z jej stada. Królowa czekała na starcie.
Karyia była już bardzo blisko, mogła teraz zobaczyć człowieka, którego chciała obronić. Przyjemnie oliwkowa skóra pasowała do jego ciemnego zarostu na twarzy. To była dla niej nowość. Zarost na twarzy ludzia, zupełnie taki, jaki mają dwarfy!
Miał na sobie o wiele więcej mięśni, niż ludzie z grupy, których znała. Wyglądał lepiej, wcale nie wydawał się jej ohydny. Przeciwnie, na jego widok poczuła, jak ciepło wypełnia jej serce i łono. Strach jakby zbladł, rozluźniła mięśnie twarzy, a naprężyła ud i ramion.
Reszta trwała może kilka sekund. Samica hieny, prawdziwa królowa Krain Północy, zerwała się w mgnieniu oka i skoczyła wysoko w powietrze, prosto na przerażonego samca człowieka. Prawie w tym samym momencie Karyia złapała leszczynową dzidę, wyprężyła ciało i rzuciła ją z impetem niczym pocisk z procy, prosto w klatkę piersiową bestii.
Leszczynowa dzida była tylko kawałkiem drewna, ale Grak dbał o nią, regularnie ostrzył jej szpic i w ogniu utwardzał, aż zmieniała się w węgiel. Była pięknie wygrawerowana, zawierała w sobie mądrości, które Grak z pamięci, własnoręcznie zdobił na niej, kodem, który rozumiały tylko najstarsze z dwarfów.
Dzida przeszyła brunatną skórę hieny, wpiła się głęboko między jej żebra, ale ominęła serce i bestia zdążyła powalić człowieka na ziemię swoimi masywnymi łapami oraz impetem skoku.
Karyia już biegła w tamtą stronę. Rzuciła się, rękami do przodu robiąc salto tuż przed pyskiem zaskoczonej bestii, ręką zdążyła wyjąć z dłoni człowieka procę. Odskoczyła na niewielką odległość, gdzie miała pod ręką odpowiednie kamienie, które nadawały się na pociski. Wzięła dwa z nich. Walczyła z głosem, który mówił jej, że hybryda nie powinna używać broni bez pozwolenia. Z drugiej strony wiedziała dobrze, jak ma jej używać. Ćwiczyła to godzinami od najmłodszych lat.
Potrzebowała tylko tyle czasu, ile zajmują dwa mrugnięcia oka, aby załadować pierwszy pocisk, rozpędzić go nad głową do niebotycznej prędkości i wystrzelić z wielką precyzją w stronę łba bestii. Nie mogła spudłować. Pysk hieny był tuż nad głową człowieka, jeden błąd i zabiłaby tego, którego chciała ochronić.
Hiena, przypadkowo, wzdrygnęła się w tym samym momencie, odchyliła czoło i pocisk tylko odbił się od jej czaszki rykoszetem.
Karyia zdążyła jednak załadować kolejny kamień i drugi pocisk, wycelowany z jeszcze większą precyzją poleciał znowu w stronę bestii. Tym razem trafił bezbłędnie. Hiena zachwiała się otumaniona. Otrzepała głowę, jej świeża krew rozbryzgnęła się na wszystkie strony.
To tylko rozwścieczyło królową, ale Karyia spodziewała się takiej reakcji. To jeszcze nie koniec. Rzuciła się w jej stronę. Wiedziała, że jest teraz oszołomiona, ma spowolnione reakcje i będzie mogła zaatakować bezpośrednio. Stanęła pewnie na jednej nodze, a drugą wystrzeliła prosto w pysk zwierzęcia, kopnięciem tak mocnym, że głowę odrzuciło mu w drugą stronę i słychać było trzask gruchotanych kości.
Hiena zachwiała się na nogach, zrobiła kilka niezdarnych kroków do tyłu, jakby chciała się wycofać. Człowiek był uwolniony od jej uścisku, ale wciąż leżał, sparaliżowany strachem.
Karyia tymczasem była już obok hieny i wyjmowała z jej rany dzidę Graka. Bestia zawyła z bólu i zamachnęła się potężną łapą. Karyia nie zdążyła zrobić uniku, poczuła wielki ból w miejscu, gdzie łapa uderzyła ją w klatkę piersiową. Zabrakło jej tchu i jedyne, co mogła zrobić, to upaść na ziemię.
Gdyby tylko ktoś zadął w mufloni róg, wtedy nie czułaby bólu, wtedy mogłaby powstać, mogłaby walczyć. Ból był jednak tak silny, że trudno jej było choćby tylko utrzymać dzidę w ręku.
Całe szczęście bestia miała dość. Odwróciła się chwiejnie na nogach. Siostry jej stada, widząc tę porażkę, zaczęły dyskretnie się wycofywać.
Karyię ogarnął tak silny ból, że czuła, jak ciemność ją otacza i zabiera jej myśli. Spojrzała w bok, na człowieka. Żył, powoli dochodził do siebie, usiadł i rozglądał się dookoła. Gdzieś z zarośli wychyliła się drobna postać ludzkiej dziewczynki i podbiegła do ludzia.
Spojrzała na drugą stronę rzeki i zamarła. Zdążyła jeszcze tylko zauważyć, jak hiena łapie w zęby małego Moka, potrząsa nim na boki i ten przestaje się ruszać z pękniętym karkiem. Yra tylko warczała bezsilna, a Karyia odeszła w ciemność, przerażona jeszcze bardziej, wściekła na własną bezsilność.
8
Czuła przyjemne ciepło, gdy na moment ocknęła się z głębokiego snu. Była to dla niej miła odmiana po ostatnim księżycu, gdy pierwszy śnieg i północne wiatry przenikały ciało aż do szpiku kości. Nie znosiła chłodu.
Usłyszała zgiełk, cichą, ludzką mowę, ale akcent, który trudno jej było zrozumieć.
— To dwarfka? — pytał głos ludzkiej kobiety.
— Przecież widzisz, że jest za wysoka — odpowiedział mu głos ludzkiego mężczyzny.
Chciała podnieść się i usiąść, ale przy jednym ruchu powstrzymał ją kłujący ból, który palił lewą część jej klatki piersiowej, który promieniował aż do serca. Zawyła z bólu i zrobiło jej się słabo. Czuła, że zaraz zemdleje. Widziała jeszcze tylko, jak podbiega do niej mała dziewczynka i zdążyła wymamrotać do dziecka:
— Ayia? — Po czym zasnęła ponownie.
Dręczyły ją koszmary. Nie mogła się z nich wybudzić. Całe jej dotychczasowe życie przemknęło jej przez umysł. Narodziny w Scholarium, daleko na wschodzie Krain Północy. Córka ludzkiej kobiety, zrodzona z nasienia starannie wyselekcjonowanego dwarfa, jednego ze scholarów. Karmiona tylko krótko mlekiem matki, która wkrótce zmarła z wycieńczenia. Gdy została sama, dwarfy poiły ją miksturami o ohydnym smaku, gorzkimi, które miały za zadanie wzmocnić ją, wzmocnić jej krew i zahartować ciało.
Miała zaledwie kilka lat, gdy zaczęto poddawać ją treningom, morderczym treningom, by jeszcze bardziej ją wzmocnić, by stworzyć z niej to, czym była obecnie, maszyną do zabijania, hybrydą.
Wtedy poznała Anyię. Trenowała razem z nią, choć była od niej nieco starsza. Dwarfy ćwiczyły hybrydy w parach, żeby nauczyć ich skoordynowanych polowań, tak, jak polują wargi lub niektóre pantery grotowe.
Od samego świtu wypuszczały je w teren, gdzie wielkie stada megalocerosów przemierzały pustkowia tundry. Uczyli reagować na polecenia. Warunkowali w nich reakcje.
Po kilku latach, które Karyia spędziła razem z Anyią, w których wspierały się wzajemnie, były sobie podporą i nie zginęły tylko dzięki wspólnemu wsparciu, nauczyły się reagować na dźwięk rogu muflonu.
To było coś, czego Karyia nie rozumiała, czego bała się, coś, co zabierało jej jestestwo. Gdy tylko usłyszała ten przenikliwy, niski dźwięk, nagle, w ułamku sekundy, wszystko stawało się inne. Traciła kontrolę nad własnym ciałem, tak jakby wychodziła na zewnątrz siebie i spoglądała na siebie z boku. Przestawała czuć zmęczenie i ból. Mogła bez wysiłku biec w stronę stada megalocerosów, wskoczyć na kark najwyższego byka i trzymać go za rogi, jak gdyby nigdy nic.
Gdy zwierzę kopnęło ją w udo, nie czuła bólu, ale długo musiała odchorowywać złamanie, które nawet dziś dawało jej się jeszcze we znaki.
Niewiele hybryd przeżywało tak długo, jak one z Anyią. Większość ginęła młodo, jeszcze jako małe dzieci. Niektóre zmarły w bólach po zaaplikowaniu przez dwarfy jakiejś testowej mikstury, która miała je wzmocnić. Wywar z cętkowanej amanity, albo wężowych jagód.
Inne umierały podczas polowań, czasami bezpośrednio na miejscu, czasami z powodu obrażeń i wycieńczenia.
Przy życiu zostawały tylko najsilniejsze hybrydy i te stawały się najbardziej cenne. Gdy osiągały wiek kilkunastu cykli, dwarfy selekcjonowały je dalej i przenosiły w głębokie ostępy, które okalały Czarne Jezioro. Znajdował się tam obóz szkoleniowy, o którym wiedziały tylko nieliczne, wtajemniczone dwarfy. Obóz, gdzie morderczym treningom nie było końca. Pamiętała stamtąd rzeczy, o których wolałaby zapomnieć.
To wtedy została naznaczona. Na skórze oznakowano jej punkty, które miały mieć specjalne znaczenie w dalszym szkoleniu. Tatuaże. Wbijano w nie igły wyrwane z korpusy jeży. Przypalano.
To wtedy zaczął się okres treningu, o którym wolałaby zapomnieć. Często budziła się w nocy, z czołem mokrym od chłodnego potu, gdy sen przywodził jej z pamięci wydarzenia z tamtego miejsca. Masa ludzi i trochę bardziej niebezpiecznych zwierząt. Bizony. Ludzie, którzy nie przeszli selekcji, dawano im uzbrojenie i uczono, jak z nimi walczyć. Jak skutecznie uderzać, żeby uszkodzić ich ciało, żeby usunąć ducha. Uczono, jak skutecznie polować na ludzi.
Gdyby nie Anyia, nie wytrzymałaby, nie zniosłaby tego i po prostu by się poddała, dałaby się zabić bizonowi lub podłożyła pod topór ludzkiego samca. To Anyia, gdy wieczorem miały chwilę spokoju i leżały w swojej stajni w grocie, wraz z resztą hybryd, bez nadzoru dwarfów, pocieszała ją i mówiła, że to nic złego. Nie robią nic złego, bo przecież to nie ich wina. To wina mufloniego rogu, który tak każe im robić.
Karyia podziwiała Anyię za jej podejście. Zaprzyjaźniły się. Stały się nieodłączne w czasie polowań. Stały się niepowstrzymane. Ludzie byli takimi kruchymi zwierzętami, gdy pod wpływem jednego kopnięcia pękały im głośno kości, a krew tryskała z ich ciał. Z jakiegoś powodu dwarfy ze Scholarium nie piły ludzkiej krwi. Dlatego Karyia była początkowo zdziwiona, gdy Mok Thar ugryzł jednego z ludziów i wyssał mu krew, jakby pił wodę ze strumienia.
Coś było dziwnego, jakieś napięcie między nim, Mok Tharem, który przybył pewnego późnowiosennego dnia do bram Scholarium, zaopatrzony w pokaźne stado młodych ludziów, a między dwarfami, które tam mieszkały. Potrafiła to wyczuć, choć nie rozumiała zbyt wiele z piskliwej, śpiewnej mowy dwarfów.
Dwarfy ze wschodu nie cierpiały dwarfów z północy. Niechętnie oddali oni Karyię i Anyię, sprzedali za całe stado ludzi. Mok Thar był początkowo wniebowzięty, uradowany swoim nowym nabytkiem. Na próbę zabrał hybrydy tropem wielkiego stada bizonów, bo jak zapewniali go w Scholarium, to na te zwierzęta specjalizowano je w polowaniu.
Karyia poddawała się berserkowi na dźwięk rogu muflonu, razem z Anyią wskakiwały bykom na plecy, szarpały za rogi, zwalały z nóg, jakby to były młode megalocerosy, które dopiero co wyszły z matczynego łona, a nie wielkie, doświadczone w boju byki, tłuste od mięśni i sadła.
Mok Thar był uradowany. Pełen entuzjazmu poprowadził grupę dalej, tym razem tropem prawdziwej bestii. Jednorożce kudłate. Nigdy wcześniej, jak twierdził, nie był w stanie upolować żadnego. Wiele grup dwarfów specjalizowało się w polowaniach na jednorożce, ale było to ryzykowne zadanie, które często kończyło się dla nich śmiertelnie.
Gdy jednak do akcji wkroczyły hybrydy, one, sprawa wyglądała inaczej. Karyia nigdy nie walczyła z jednorożcem, Anyia też nie. Największe zwierzęta, z jakimi miały do czynienia, to były wielkie byki megalocerosów, hodowane specjalnie w Scholarium do szkolenia hybryd. Jednorożec był o wiele większy. Jego ciało pokrywały długie włosy, za które mogła się złapać, by wspiąć się na jego wysoki kark. Anyia naganiała go, zwinnie robiąc uniki od uderzeń jego rogu.
Trafili na typowe stado, matkę z dwójką młodych. Młode, raczej bezradne, tylko chaotycznie odpierały ataki dwarfów, ale nawet one zdołały poważnie ranić jednego z nich.
Matka natomiast stanowiła inny rodzaj wyzwania. Jej potężne cielsko mogło zmiażdżyć dwarfa niczym robaka, gdyby nadepnęła go swoją grubą jak konar nogą. Jej długi róg, który ostrzyła regularnie na konarach leszczynowych i głazach, mógł przeszyć miękkie ciało dwarfa w ciągu mgnienia oka.
Dzidy nie robiły na niej większego wrażenia, bo jej gruba, owłosiona skóra stanowiła prawdziwą barierę i trudno było uszkodzić jakiś ważny jej organ. Każdy, klasyczny atak, który zadziałałby na megalocerosa czy muflona, jednorożca tylko rozwścieczał i dodawał mu sił.
Każde jednak zwierzę ma swój czuły punkt. Wpajano to Karyi i innym hybrydom w Scholarium. Pokazywano naskalne szkice bestii, uczono, gdzie je atakować. Jednorożce miały swój czuły punkt, były to okolice pachwin i brzucha, tuż za przednimi nogami. Problem w tym, że zwykle te miejsca są zasłonięte i nie można łatwo ich dosięgnąć. Trzeba zmusić jednorożca, aby te miejsca odsłonił.
Karyia siedziała na grzbiecie bestii, mocno trzymając jego długich i grubych włosów. To sprawiało, że zwierzę się denerwuje i próbuje zrzucić ją z siebie.
Anyia prowokowała je z przodu, by wreszcie wymusić na bestii przyjęcie postawy obronnej. Gdy jednorożec jest zaatakowany przez panterę grotową, może w obronie przysiąść na zadzie, podnieść do góry przednie nogi na kilka chwil, by użyć swojego cielska jak młota, przygnieść zwierzę, które nie zdąży uciec.
Anyia miała tylko tyle czasu, ile zajmuje kilkukrotne mrugnięcie oczami. Jednorożec przysiadł na zadzie, przeniósł ciężar cielska do tyłu i uniósł przednie nogi do góry. Karyia zeskoczyła z jego grzbietu prawie w tym samym czasie, Anyia zdążyła już podskoczyć do bestii i z impetem kopnąć zwierzę dokładnie w punkt, gdzie tętnica pulsuje w pachwinie pod cienką warstwą skóry.
Karyia nie była pewna, czy zdąży, ale jej ciałem kierował ktoś inny, wpływał na nią dźwięk rogu muflonu. Po prostu skoczyła, by oddać cios, gdy jednorożec zwalał się swoim cielskiem i masywnymi łapami na Anyię.
Bestia zawyła z bólu, gdy kolejne kopnięcie uderzyło ją w żebra po drugiej stronie, nieco dalej, niż kopnięcie Anyi. Obie odskoczyły w ostatniej chwili, łapy spadły na ziemię, a bestia potknęła się i przewróciła z bólu na bok. Teraz dostępne było całe jej podbrzusze i gardło. Wystarczyło kilka kopnięć, potem atak uzbrojonych w dzidy dwarfów, które czekały na ten moment.
Karyia zdążyła jeszcze wskoczyć na kark młodego samca jednorożca, przerażonego tą całą sytuacją i ujarzmić go. W ten sposób grupa stała się polującymi na jednorożce, a nie lada był to wyczyn i powód do chwały na Lodowym Zjednoczeniu w Lodlantydzie.
Całe jej życie przemknęło jej przed oczyma, gdy w półśnie walczyła z bólem i cierpieniem. Przypomniała sobie jeszcze Anyię, która wpada w odmęty głębokiej rzeki. Wtedy nadszedł głęboki sen. Coś mówiło jej, że jej ukochana siostra żyje.
Zima
9
Przebudziła się wreszcie po długim półśnie. Co jakiś czas wstawała, gdy mała dziewczynka sprzątała coś wokół niej, radośnie przy tym nucąc pod nosem. Miała złociste włosy, choć trudno było to dostrzec w dziwnym, zielonkawym świetle groty. Takie same włosy, jak włosy Anyi. Tylko ludzie mogli mieć włosy w tym kolorze, rzadko też hybrydy. Czuła się więc bardzo dobrze i bezpiecznie, bo zdawało jej się przez ten czas, że Anyia jest przy niej, mała Anyia, zupełnie jak za starych czasów ich treningów.
— Niech słońce dziś świeci — przywitała ją wezwaniem, którego nauczyła się potajemnie od ludzi, których znała. Z trudem mogła mówić i tylko wydała z siebie cichy szept. Dziewczynka wstrzymała oddech.
Mogła teraz przyjrzeć się jej nieco lepiej. Była szczupła i wysoka. Znacznie bardziej szczupła, niż Anyia. Trzymała coś w rękach, chyba zabawkę, albo jakieś drobne zwierzę. Nie odpowiedziała, tylko dłonią potarła o dłoń Karyi.
Karyia podciągnęła się z trudem na niskim, ale miękkim łożu, na którym spała. Wciąż ból przygniatał jej klatkę piersiową. Odczuła silne pragnienie i jakby na zawołanie, dziewczynka podała jej kubek, pełen lodowatej wody.
Napiła się, a potem ze zdziwieniem badała, z czego zrobione jest naczynie. Było wypolerowane, to nie mogło być drewno, ani nawet kamień.
— Dziękuję — powiedziała i oddała dziewczynce pusty kubek.
— Mama mówi, że jesteś dwarfką. — Po chwili dziewczynka oznajmiła, usiadła tuż obok jej nóg i z zaciekawieniem wpatrywała się jej w twarz, czekając na odpowiedź. Karyia uśmiechnęła się.
— Jestem hybrydą — odparła, już z mniejszym trudem. Gardło zaczynało dochodzić do siebie.
— Hyryną? — Dziecko próbowało powtórzyć słowo, którego nigdy nie słyszało.
— Moja mama była człowiekiem, tak, jak ty — odparła i wskazała ją dłonią. Mój tata był dwarfem.
Dziewczynka zrobiła wielkie oczy i zamilkła. Nie mogła zrozumieć, o czym Karyia mówiła. Nie minęło kilka chwil, gdy w grocie zjawił się młody chłopak. Pamiętała dobrze jego twarz w kolorze kory młodego świerku. Szczupła sylwetka prezentowała się dumnie w grubym, zimowym futrze. Zrobiło jej się ciepło i przyjemnie na sercu. Policzki zarumieniły się.
Dziewczynka to dostrzegła. Wstała zadziornie, podeszła do chłopaka, chwyciła go za rękę i powiedziała tylko:
— Zostawię was samych. — Po czym wyszła z groty. W powietrzu nastała cisza. Karyia zawstydziła się, chciała uciec, ale nie była w stanie. Czekała więc tylko na to, co chłopak zrobi.
— Jak się czujesz? — zapytał opiekuńczym głosem, zbliżył się i uklęknął przy jej łóżku. Z tej odległości widziała na jego brodzie świeże kryształki lodu. Na brwiach miał topniejący śnieg. Pomyślała, że musi już być zima na dobre i zdziwiła się, że w grocie jest tak przyjemnie ciepło. Gdzieś musiał palić się wielki ogień, co tłumaczyłoby przytłumione, choć zielonkawe światło. Nie czuła jednak dymu, przeciwnie. Powietrze było rześkie i przyjemnie wilgotne.
— Ja… Tak, lepiej. Dziękuję — odparła i schyliła głowę.
— Jestem Soren — powiedział i uśmiechnął się w taki sposób, że zrobiło jej się jeszcze cieplej. — Na pewno jesteś głodna — dodał. Nagle uświadomiła sobie, że czuje tak silny głód, iż mogłaby zjeść jednorożca z rogiem. Tylko nieśmiało skinęła głową. Soren już był przy niej z wypolerowaną misą, która parowała jak gorące źródła z wysokich gór.
Usiadł przy jej łożu, blisko, trzymał misę tuż przy jej twarzy. Zanurzał w niej małą chochlę i zbliżał do jej ust, żeby mogła jeść. Karmił ją. Zawstydziła się, ale jadła bez słowa. Gęsty napar o intensywnym smaku i zapachu, którego nie znała. Przypomniała sobie, jak przez ostatnie dni, które tutaj spędziła, budziła się w półśnie i ten sam chłopak karmił ją tym samym wywarem. Potem podawał jej gorący napar ziołowy, taki sam, jak podał jej teraz, gdy już się nasyciła. Opiekował się nią, jak nikt nigdy wcześniej.
Jedyne, co mogła powiedzieć, to:
— Dziękuję. — Schyliła czoła przy tych słowach i złożyła przed sobą dłonie, dotykając czoła, tak samo, jak dwarfy robiły, gdy wyrażały swoją niewysłowioną wdzięczność.
Soren tylko uśmiechnął się, odłożył naczynia i zbliżył się do niej. Dłonią dotknął jej dłoni, jak wcześniej zrobiła to mała dziewczynka.
Jego dłoń była delikatna, w porównaniu z grubymi dłońmi dwarfów. Człowiek. Widziała w życiu tak wiele tych zwierząt, ale żaden nie wyglądał jak ten tutaj samiec. Zabiła ich dziesiątki, może setki. Znała każdy czuły punkt ich delikatnych ciał. Uchwyciła zaciekawiona jego dłoń, potem dotknęła przedramienia. Nie miał zbyt wiele mięśni. Jego skóra była zdrowa i gładka. Jak Mok Thar mógł mówić, że to ohydne zwierzęta?
— To ja dziękuję tobie — odparł wreszcie i zawstydzony delikatnie odsunął jej rękę. — Uratowałaś mnie przed hieną. Uratowałaś też Velę. — Wskazał palcem gdzieś w dal groty, gdzie prawdopodobnie przebywała mała dziewczynka. — Gdyby nie ty, pewnie oboje byśmy zginęli. — Kontynuował, a jego słowa zaczęły rozmywać się w jej umyśle. To był dziwny, ludzki akcent, jakiego nie znała. Mowa zupełnie pozbawiona dźwięku, nic, co można porównać z piskliwym śpiewem krystalicznej mowy dwarfów.
Poczuła zmęczenie, gdy tak mówił do niej. Czy znowu zaśnie? Odczuła potrzebę bliskości. Chciała, żeby położył się z nią, gdzie mogłaby otulić jego kruche ciało swoim ramieniem i opleść udami. Kiedyś sypiały tak razem z Anyią, gdy były jeszcze małe. Przytulone. Znikała wtedy cała samotność i poczucie pustki.
Ile spała? Jak długo tutaj przebywała? W tej dziwnej grocie, takiej, jakiej nigdy jeszcze w życiu nie zaznała?
Minęło dobrych kilka dni, zanim wstała samodzielnie z łoża i postanowiła sprawdzić, jak wygląda Matka, na zewnątrz groty. Dotknęła ścian groty, nie czuła, że to skała. To bardziej przypominało jej w dotyku drewno. Nigdzie wewnątrz obszernego, okrągłego pomieszczenia nie było ognia. Nie było też żadnych wnęk, przez które do środka mogłoby wpadać światło słońca. Mimo tego zielonkawa poświata rozświetlała pomieszczenie. Wyglądało to tak, jakby same ściany, te dziwne, jakby drewniane ściany, były jej źródłem.
Wychyliła się zza podwójnej warstwy płótna, które przypominało jej w dotyku grubą wełnę muflonu, ale taką, jakiej nigdy wcześniej nie widziała.
Wtedy jej oczy uderzył blask tak silny, że od razu oślepła. Schyliła głowę. Nieograniczona, jasna biel. Cały świat pokryty był grubą warstwą śniegu, która odbijała słoneczne promienie prosto do jej oczu. Tylko ciemne sylwetki ludzkich ciał, które przemieszczały się powoli dookoła wielkiego ogniska kontrastowały na tle tej białej pustyni. I drzewa. Gigantyczne konary, jakich nie widziała nawet w lasach okalających Scholarium. Wyglądały, jak dęby, ale nie mogła być pewna.
Spojrzała w górę. Nad jej głową także wystawały nagie konary drzewa. Odwróciła się, by zobaczyć, że grota, z której właśnie wyszła, była takim wielkim drzewem. Wydrążona starannie wewnątrz, jak jaskinia, ale o wiele przytulniejsza, ciepła i przyjemnie wilgotna. Gdyby tylko dwarfy mogły to zobaczyć.
Soren z małą Velą już zbliżali się do niej, gdy tylko wyszła na zewnątrz kilka kroków.
— Zmarzniesz, to nierozsądne wychodzić na zewnątrz w takim stroju. — Dziewczynka skarciła ją, a Soren roześmiał się i powiedział:
— Zaraz znajdziemy jej coś cieplejszego, nic się nie martw Vela.
Rzeczywiście, przeszył ją chłód, oddech zamieniał się w chmurę pary. Słońce było wysoko, ale nie pomagało zbytnio się rozgrzać. Miała na sobie jedną warstwę ubrań z lekkiego materiału, kolejna nowość dla niej. Ktoś musiał ubrać ją we śnie. Zawstydziła się na myśl, że mógł to być Soren, nie chciała, żeby widział jej tatuaże, których tak się wstydziła, bo było to znamię. Dwarfy naznaczyły ją. Nie chciała, żeby widział jej blizny, zwłaszcza tę jedną, która ciągnęła się przez połowę pleców, bliznę po spotkaniu z rogiem bizona gdzieś w odległych czasach.
Nie miała nic przeciwko, żeby wrócić do przytulnego wnętrza dębowego konaru. Przeciągnęła się jak pantera. Nie zauważyła, jak do środka weszli inni ludzie, tym razem samice w różnym wieku. Mała Vela, jej matka, która miała równie piękne i jasne włosy, co ona. Potem starsza już samica, nieco zgarbiona, ale szczupła i wciąż pełna werwy. Trzy ludzkie pokolenia zajęły się nią, rozebrały, umyły i ubrały w znacznie cieplejsze ciuchy.
Co to był za materiał? Ciepły i miękki. Tak dobrze dopasowany, nie to, co skóra megalocerosa. Ludzie na każdym kroku ją zaskakiwali. Mieszkali w wielkich drzewach, o wnętrzach rozświetlonych bez ogniska. Jedli i pili z naczyń o gładkiej strukturze. Karmili ją gęstym wywarem o dziwnym zapachu, ale bardzo sycącym.
A teraz rozmawiali ze sobą wesoło, zupełnie tak, jak rozmawiają ze sobą grupki dwarfów. Ludzka mowa co prawda pozbawiona jest śpiewu, brakuje jej też gestów. Mimo wszystko. Miała nieodparte wrażenie, że te zwierzęta nawet w połowie nie są tak ohydne, jak twierdził Mok Thar. Tylko posmutniała. Zabiła ich tak wielką ilość. A teraz one są dla niej tak dobre, jakby była samą królową Lodowego Zjednoczenia.
Chciało jej się płakać, gdy tak stała w pięknym, dopasowanym stroju. Ludzkie samice zauważyły to i zaczęły troskliwie dopytywać się, czy coś nie tak. Pytały, czy ten kolor stroju odpowiada, czy ten krój, czy nie za małe. Nawet tak drobna, trywialna rzecz była dla nich ważna, byle tylko ona, hybryda, nie była smutna.
— Dziękuję — powiedziała cicho, pochyliła się i dłonie złożyła na czole, by wyrazić jak najbardziej swoją wdzięczność. Nie wiedziała, dlaczego nie zostawili jej tam, na pastwę hien. Ją, ohydną hybrydę, która nadawała się tylko do mordowania. Przygarnęli ją jak swoją.
Gdy wszystkie ludzkie samice miały już jasność, że jej łzy są łzami wzruszenia, nastała cisza a ich twarze spoważniały.
— Musisz dziecko przygotować się na radę starszych — powiedziała spokojnie starsza kobieta. — To nie będzie dla ciebie przyjemne, ale będziemy tam razem z tobą, by przedstawić twój przypadek — dodała i zamyśliła się. Karyia nie rozumiała do końca, co ma na myśli. Wyczuła zagrożenie. Zmarszczyła swoje szerokie brwi, które tak bardzo odznaczały się w porównaniu z płaskimi brwiami ludzi.
Kobiety od razu zauważyły jej konsternację. Matka Veli zaczęła jej tłumaczyć, co ją czeka.
— Usiądźmy. Co tydzień zbieramy się, by przedstawić starszyźnie matron bieżące sprawy. — Próbowała mówić powoli i wyraźnie akcentowała słowa, żeby Karyia mogła dobrze ją zrozumieć. — Jesteś naszą najważniejszą, bieżącą sprawą — dodała.
Karyia wciąż nie rozumiała, co od razu zauważyła starsza z samic. Troskliwa mądrość patrzyła z jej niebieskich oczu. Powiedziała spokojnie, prostymi słowami:
— Będziemy decydować drogie dziecko, co dalej z tobą począć.
10
Ludzie mieszkali w lesie, który był dla nich miastem. Wielkie konary dębów i starych buków, ogołocone z gałęzi, stanowiły dla nich domy, które wewnątrz, pozornie, wyglądały jak małe groty, do których przywykli dwarfowie. Karyia nigdy wcześniej nie widziała czegoś takiego. To był gaj, taki sam, jak gaj leszczynowy, pielęgnowany przez pokolenia dwarfów w Krainie Północy. Jednakże był to gaj zupełnie inny. Kwatery ciągnęły się jak okiem sięgnąć, częściowo przysypane warstwami świeżego śniegu. Nawet najstarsze leszczyny były tylko skromnymi krzakami w porównaniu z grubymi konarami wiekowych dębów.
Dopiero gdy dotarli do wzniesienia, które musiało znajdować się gdzieś w centrum tego leśnego miasteczka, Karyia zobaczyła wielką, kopułowatą konstrukcję, która przypominała jej kamienne struktury, wzniesione przez dwarfy nad Czarnym Jeziorem z menhirów i głazów.
We wnętrzu było przyjemnie ciepło. W zielonkawym świetle, które nie miało swojego wyraźnego źródła, mogła dostrzec, że sklepienie kopuły, wysoko nad jej głową, zbudowane było z silnie splecionych gałęzi, które wiły się wokół siebie szczelnie. Cała ta konstrukcja to była plecionka żywych drzew.
Zebrała się wewnątrz masa ludzi, ubranych w najróżniejsze stroje. Karyia nigdy nie widziała tak licznego zgromadzenia. Musiały ich być całe kopy, upakowane ciasno, jeden obok drugiego. Młodzi, starzy, samice i samce. Tylko najmłodszych było jakby mniej, jakby nie interesowało ich to, co miało się tutaj wydarzyć.
Wesoły zgiełk przyprawiał ją o lęk, siedziała więc tylko cicho koło kobiet, które już poznała. Ta niepewność ciągnęła się w nieskończoność. Wreszcie starsza kobieta, która siedziała obok, wstała i przecisnęła się przez ciasny tłum na sam środek, gdzie pusty krąg czekał cierpliwie na pierwszą mówczynię.
— Niech słońce wam dziś świeci siostry i bracia! — powiedziała głośno, gdy dotarła na miejsce. Dźwięk odbił się od ścian, wzmocnił i Karyia mogła słyszeć bardzo wyraźnie, co kobieta mówi.
Tłum odpowiedział zdawkowo i zamilkł. Wszyscy oczekiwali. Czuła, że ludzie spoglądają w jej stronę, a kobieta, która się nią opiekowała, matka Sorena, próbuje osłonić ją własnym ciałem przed niechcianymi spojrzeniami. Bezskutecznie.
— Jak widzicie, nasz gość już wydobrzał — staruszka zaczęła i wskazała w stronę Karyi. Teraz już każdy na nią patrzył. Poczuła wielkie napięcie, jakby zaraz miała zmierzyć się z całym tym tłumem. Nigdy nie walczyła z tak wielką liczbą ludzi. Nie sądziła, żeby była w stanie sobie poradzić. Staruszka kontynuowała:
— Wiem, że macie liczne pytania, co do naszego gościa. Spróbuję odpowiedzieć na wszystkie, na ile tylko będę w stanie. Proszę jednak, bądźcie wyrozumiali.
— To dwarfka! — W pierwszym rzędzie siedział mężczyzna o ciemnych włosach, wykrzyczał to na głos i Karyia odczuła w jego słowach obelgę. Ludzie nie lubili dwarfów.
— Daj mi proszę dokończyć Rian. — Staruszka odpowiedziała spokojnie. Wzięła głęboki wdech. Rękoma zaczęła gestykulować, by podkreślić swoje słowa:
— Nasz gość ma na imię Karyia — wypowiedziała jej imię ze śmiesznym akcentem. — Wiem, że obawiacie się, czy to dwarfka. Sądzimy, że nie jest do końca ani dwarfką, ani człowiekiem. Jest hybrydą.
Gdy tłum usłyszał te słowa, przeszła przez niego fala oburzonego zgiełku. Karyia mogła wyczuć narastającą wściekłość. Coś strasznego kryło się za tym określeniem, “hybryda”, coś, czego nie rozumiała do końca. Lęk zaczął w niej narastać, poczuła nagłą potrzebę, by uciec z tego miejsca i biec co sił przed siebie. Poruszony tłum jednak by jej na to nie pozwolił. Dlatego skuliła się jeszcze bardziej w nadziei, że w ten sposób przestaną ją dostrzegać.
— Musicie wiedzieć, zanim dokonacie osądu, że obecna tutaj Karyia zna dobrze ludzką mowę. Wyraża się z jednym z akcentów naszych sióstr z Krainy Wysp, albo Krain Wschodnich, po drugiej stronie Wschodniej Zatoki.
Głos starszej kobiety, choć pozbawiony dźwięczności, niósł ze sobą przekaz pełen siły i pewności. Ludzie słuchali jej. Staruszka czekała dłuższą chwilę, by tłum mógł dobrze przetrawić to, co powiedziała. Dla Karyi ta chwila dłużyła się w nieskończoność.
— Musicie też wiedzieć, zanim dokonacie wyboru, że obecna tutaj Karyia, własne życie naraziła, by ocalić życie Sorena, syna Borena.
Gdy tłum to usłyszał, znowu przeszła przez niego fala szumu i stłumionych głosów. Staruszka powiedziała to, o czym wszyscy wiedzieli od dawna, ale jej słowa nadały temu faktowi oficjalnego tonu.
— Czy Soren mógłby tutaj podejść? — zapytała staruszka i rozglądała się w tłumie za chłopakiem. Karyia poczuła wreszcie delikatną nadzieję na to, że będzie miała sojusznika, który ją wesprze. Opiekował się nią bez słowa skargi, gdy tego potrzebowała. Wiedziała, że teraz też się nią zaopiekuje, że pomoże jej i wstawi się w jej obronę. Spoglądała dyskretnie to w lewo, to w prawo, ale nigdzie nie było śladu Sorena.
Jego matka, która siedziała obok niej, wstała i pokiwała przecząco głową.
— Jest dziś na patrolu razem z grupą wypadową. Mają zbadać tropy stada wargów — powiedziała.
Karyia usłyszała słowo “warg”, którego nie słyszała tak dawno. Kolejne z bestii Krain Północy. Niewielkie w porównaniu z hienami, ale znacznie bardziej mordercze. Uczyła się o nich w Scholarium. Nawet widziała tam osobniki, które hodowano dla celów treningowych. Zawsze atakują stadem, otaczają ofiarę, naganiają. Walka z nimi przypomina walkę z chmarą szerszeni.
Otrząsnęła się z tej myśli, rozczarowana, że nie będzie Sorena, tylko skuliła głowę.
— Może Vela przemówi. — Nagle matka odezwała się i Karyia uświadomiła sobie, że mała dziewczynka siedzi koło niej i trzyma ją mocno za rękę. Jakim cudem nie poczuła tego wcześniej? Była zbyt wystraszona.
Dziecko ucieszyło się i spoglądało na staruszkę, która tylko uśmiechnęła się i zachęciła ją, by wyszła do niej na środek zgromadzenia.
Vela była pełna energii. Wstała, wyszeptała Karyi do ucha, żeby się o nic nie martwiła, że ona ją obroni przed tym stadem rozwścieczonych ludzi, tak, jak ona obroniła ją przed stadem rozwścieczonych hien. Po czasie, jaki jest potrzebny na mrugnięcie oka, była już na środku i przygotowywała się do przemówienia.
Karyia czuła entuzjazm dziewczynki. Nagle poczuła się dużo lepiej i pewniej.
— Karyia nie jest żadnym dwarfem, tylko hyryną — powiedziała głośno i kopuła wzmocniła jej głos, aż dotarł do uszu wszystkich zgromadzonych. — To była wielka samica hieny, ogromna, jak mamuton — rękami próbowała pokazać, z jak dużym zwierzęciem mieli do czynienia. — I dookoła było całe stado, wszystkie głodne i wściekłe — Karyi wydawało się, że Vela zawarczała, co trochę przypominało głos hieny grotowej. Nie było to jednak straszne, raczej urocze w jej wykonaniu. — Soren chciał mnie obronić i kazał schować się w krzakach. Ale on jest chudy i mały, w porównaniu z hyryną — powiedziała to na jednym wydechu, szybko wzięła kolejny wdech i dodała: — z Karyią. W jej drobnych ustach jej imię wreszcie brzmiało tak, jak powinno. Miała dobry akcent.
Dziewczynka długo opowiadała, pełna energii. Nie mogła ustać w miejscu, tylko przemieszczała się od punktu do punktu w kręgu, jakby chciała dotrzeć do każdego ze zgromadzonych osobiście. Gestykulowała prawie tak, jak robią to dwarfy, gdy ze sobą rozmawiają, ale znacznie bardziej chaotycznie i nieporadnie.
Opowiadała żywo o tym, jak hiena rzuciła się na Sorena, jak powaliła go na ziemię. Z podziwem wspominała Karyię, która pojawiła się znikąd, która skokiem zwinnej pantery wyrwała z rąk Sorena procę i z odwagą wystrzeliła prosto w łeb zdziwionej hieny.
Jej historia nabierała barw i szczegółów. Mówiła, że Karyia strzelała kamień za kamieniem prosto w twarz hieny. A gdy zabrakło jej pocisków, a bestia wciąż nie chciała puścić Sorena ze swojego uścisku, Karyia podbiegła do niej i zaczęła kopać ją własnymi stopami. Tutaj Vela zaczęła naśladować kopnięcia i unosiła do góry nogi tak, że prawie straciła równowagę i upadła.
Cały tłum słuchał z zapartym tchem relacji dziewczynki. Co jakiś czas ktoś się zaśmiał, ale Vela nie zwracała na to uwagi, tylko kontynuowała. Karyia poczuła ulgę. Miała ze sobą choć jednego sprzymierzeńca. Może więc nie będzie tak źle i poradzi sobie z tym tłumem. Wsparło ją małe dziecko. Szczupła, wysoka dziewczynka, która byłaby tak cennym nabytkiem dla dwarfa, spragnionego ludzkiej krwi.
Wreszcie dziecku wyczerpał się temat i Vela zamilkła. Staruszka, uśmiechnięta, podziękowała jej i odesłała na miejsce. Potem zaprosiła kolejnego mówcę.
Rian, ten, który wcześniej oskarżył Karyię o bycie dwarfką, wyrwał się z pierwszego rzędu i już stał na środku, zanim jeszcze staruszka zdążyła opuścić krąg.
— Zna nasz język, czy też nie zna — zaczął przemawiać, a w jego głosie było czuć wyraźnie niechęć. To uczucie Karyia znała aż za dobrze. Większość dwarfów okazywała jej to samo. Mężczyzna kontynuował:
— Może i zna naszą mowę. Może i uratowała Sorena i jego siostrę Velę. Ale na Matkę, toż to dwarfka! — Splunął, gdy wypowiedział to słowo. — Nosi w sobie nasienie dwarfa. Jest śmiertelnie niebezpieczna, co zresztą pokazało starcie z hieną. Jaki człowiek byłby w stanie pokonać hienę-matkę, no jaki? — zapytał i zaczekał na reakcję tłumu. Nie było żadnej, prócz pojedynczych przytakiwań.
— Dziś może zachowuje się normalnie, ale skąd możecie wiedzieć, że jutro nie wpadnie w szał i nie wymorduje nas gołymi rękami i nogami, jak zrobiła to z hieną. Nie można ufać dwarfom! — wykrzyczał ostatnie zdanie.
Cały dobry nastrój, w jaki wprawiło Karyię przemówienie Veli, nagle znikł. Dziecko już siedziało obok niej, wyraźnie oburzone tym, co słyszy z ust mężczyzny. Ściskało dłoń Karyi. Ten drobny gest, ten uścisk delikatnej rączki, dodawał Karyi otuchy i przynosił ulgę. Nagle poczuła, że ludzie, choć tacy delikatni, mogą być tak samo opiekuńczy jak i okrutni.
Najgorsze jednak było to, iż zdawała sobie sprawę z tego, że mężczyzna ma rację. Przecież ona została stworzona przez dwarfów, była maszyną do zabijania. Mordowała ludzi. Gdyby tylko oni się o tym dowiedzieli. Nikt by jej z tego nie wybronił. Musiałaby uciekać. Z rozmyślań wybił ją pełen nienawiści ton Raina, który na koniec swojej przemowy powiedział chłodnym tonem:
— Za to, co dwarfy robią ludziom, ona zasługuje na to, by zepchnąć ją z klifu na Wybrzeżu Skał.
Po tych słowach usiadł na miejscu, a przez tłum przeszła fala zgiełku.
Karyia wiedziała, że mężczyzna ma rację. Ona nie zasługiwała na tę dobroć, jaką ludzie ją otoczyli. Nie po tym, co robiła im pobratymcom. Taka kara byłaby dla niej uwolnieniem od poczucia winy, które przygniatało ją od wielu cykli. Nie zasługiwała na to, by odnaleźć Anyię. Potem ogarnął ją smutek, bo na myśl przyszło jej wspomnienie, gdy mały Mok ginie w paszczy hieny a Yra próbuje mu pomóc. Zapłakała rzewnie.
Rozmyślała nad tym i tylko połowicznie była świadoma tego, co dzieje się wokół. Ludzie dyskutowali jakiś czas, niektórzy zwrócili uwagę na to, że ona, hybryda, płacze tak, jak płaczą ludzie. Potem zaczęli rzucać na centralną scenę kamienie, jedni czerwone, inni białe. Kilku młodszych mężczyzn, którzy siedzieli gdzieś z przodu, wyszło na środek i zaczęli zbierać kamienie w dwie odrębne kupki. Jej los ważył się na jej oczach.
11
W centrum ludzkiego zgromadzenia znajdował się pusty krąg, a w nim dwa stosy kamieni. Ludzie decydowali o sprawach bieżących. Ludzie decydowali, co dalej począć z hybrydą, która nagle, z niejasnych przyczyn, znalazła się wśród nich.
Kopuła pomieszczenia, w którym odbywało się całe to zebranie, zbudowana została ze starannie prowadzonych i przycinanych pędów lipowych, które łączyły się na szczycie, przeplatały tysiącem ściegów i wiązały między sobą.
Dach tej żywej konstrukcji, uśpionej tylko na czas zimy, był szczelny i nawet najmniejszy promyk słońca nie był w stanie przebić się bezpośrednio do środka, by być świadkiem tego, co się tutaj działo. Mimo tego wnętrze nie było mroczne i ciemne, o nie. Wypełniał je zielonkawo żółty blask, który wydawał się bić bezpośrednio ze ścian i sufitu. Delikatny blask, który przypominał światło, jakie dają świetliki na mokradłach, ale bardziej rozproszony i jednak jaśniejszy.
Dwa stosy kamieni, jeden czerwony, drugi biały. Stosy rosły coraz bardziej, gdy młodzi ludzie zbierali kamyki i układali starannie jeden na drugim. Rosły w tym samym tempie i nabrały ostatecznie podobnego kształtu. Miały ten sam rozmiar. Zdania obecnych były podzielone równo.
Jedna z matron przerwała tę chwilę oczekiwania i zarządziła przerwę w zebraniu, aż do następnego razu. To była wola większości. Jeśli stosy wyglądały na takie same, nikt nie liczył kamieni, by sprawdzić, która strona wygrała. Decyzję podejmowano tylko wtedy, gdy jeden ze stosów był wyraźnie większy lub mniejszy od drugiego i wszyscy zebrani zgadzali się co do tego faktu. Los Karyi pozostał w zawieszeniu.
Gdy wszyscy wyszli na zewnątrz kopuły i rozeszli się do swoich spraw, Karyia stanęła w oczekiwaniu i czekała cierpliwie, aż babka Sorena zakończy rozmowy z pojedynczymi ludźmi, którzy mieli do niej jeszcze jakąś sprawę.
Dzień był mroźny, słońce minęło zenit i powoli zniżało się ku horyzontowi. Ludzie mijali ją i mogła wyraźnie dostrzec podział opinii na ich twarzach. Jedni, szczególnie samice, uśmiechały się subtelnie, wyrażając swoją aprobatę. Pozostali, zwłaszcza samce, patrzyli na nią z pogardą, ale za tą maską mogła wyczuć wyraźnie tę szczyptę lęku. Większość ludzi bała się jej.
Kiedy babka Sorena wreszcie uwolniona od obowiązków podeszła do niej, Karyia była już wychłodzona, zarówno przez zimne powietrze, jak i chłodne, ludzkie spojrzenia. Jedyne ciepło, jakie czuła, to było ciepło drobnej dłoni, która trzymała ją za jej rękę, Vela.
— Chodźmy kochanie się wygrzać — powiedziała starsza kobieta, zmęczona i zmartwiona tym, co się stało. Nim się obejrzały, były już w przytulnym wnętrzu konaru, który tak dobrze znała, bo był jej domem przez ostatnie dni. W rękach trzymała to wypolerowane naczynie, które tak bardzo ją zadziwiło. Gorący napar przyjemnie ogrzewał jej dłonie. Mogłaby tak siedzieć godzinami, nie myśleć o niczym i niczym się nie przejmować.
— Dziś zjemy tutaj — oznajmiła babka Sorena. Jej córa, matka Sorena i mała Vela krzątały się i coś przygotowywały. Karyia mogła siedzieć i słuchać spokojnego, pozbawionego śpiewu głosu starej kobiety. Oczekiwała czegokolwiek, mądrości, rady, wyjaśnień. Zamiast tego dostała jedynie niespokojne milczenie i zmartwioną minę staruszki.
— Dlaczego ludzie się mnie boją? — Karyia wreszcie odważyła się przerwać ciszę, bo nie mogła dłużej znieść milczenia. Niestety znała odpowiedź bardzo dobrze. Chciała jednak usłyszeć to z ust człowieka. Chciała usłyszeć oskarżenie, na które zasługiwała i otrzymać karę, która jej się należała.
Staruszka tylko spojrzała w jej oczy pełnym zatroskania spojrzeniem i westchnęła. Vela tymczasem znalazła się tuż obok Karyi, chwyciła jej dłoń i zaczęła bawić się jej palcami. Jednocześnie odpowiedziała na pytanie:
— Boimy się dwarfów, nie hyryn.
Karyia, pomimo tego, co usłyszała, uśmiechnęła się w duchu. Głos Veli miał w sobie nieco tej dźwięczności, której brakowało mowie ludzi, a którą przesycona była mowa dwarfów. Sposób, w jaki nie potrafiła wymówić słowa “hybryda” sprawiał, że nie czuła się taka straszna. Z drugiej strony Vela, jako jedyny człowiek, mogła bez problemu wypowiedzieć jej imię z odpowiednim akcentem. Czy to był akcent ludzi, od których pochodziła ona sama?
Tak, dotarło do niej, że to jest właśnie jej rodzina, jej krewni, ludzie. Jest tak samo dwarfką jak i człowiekiem. Nie pamięta swojej ludzkiej matki, nie pamięta dwarfskiego ojca. Mimo to jest mieszanką ich krwi i nasienia. Świadoma swoich przewinień przyjmie na siebie karę taką, jaką jej wymierzą.
Vela mówiła do niej ciągle, strumieniem nieprzerwanym jak wezbrane roztopami rzeki. Znaczenie słów zaczęło zanikać i liczyła się tylko obecność tej małej i wsparcie, jakie jej dawała. Nie wyczuwała od niej najmniejszego nawet ziarenka lęku. Bał się jej każdy tutaj człowiek. Nawet staruszka babka nie mogła ukryć tej obawy, która tkwiła jej gdzieś głęboko w sercu, obawy przed dwarfami.
Vela natomiast cieszyła się z jej towarzystwa, jakby to była kuzynka, czy nawet starsza siostra. Bawiła się jej dłońmi. Potem zaczęła rozczesywać jej długie, ale zaniedbane włosy. Zaplotła na nich setki małych warkoczyków, a Karyia poddała się tej odprężającej pieszczocie, niczym mała Yra, która uwielbiała, jak Karyia drapała ją po jej łebku i za uszkami.
Minęło tak w milczeniu sporo czasu. Kobiety posiliły się gorącym, gęstym wywarem. Pełne napięcia oczekiwanie zaczęło robić się już nieznośne dla Karyi i chciała jakoś zareagować i coś powiedzieć. Tym razem ona się bała. Bała się, że powie coś nie tak, że straci kontrolę.
Vela musiała to wyczuć i zapytała:
— Karyia?
Zamiast odpowiedzieć, Karyia tylko uśmiechnęła się subtelnie i spojrzała małej w oczy. To były śliczne, drobne oczka, w kolorze przejrzystego nieba. Oczka pełne niewinnej nadziei.
— A jak to jest mieć tatę dwarfa?
To było pytanie, które wybiło jej rozpędzone myśli na inny tor. Jak to jest mieć ojca dwarfa? Jak to jest w ogóle mieć ojca i rodzinę? Dom, do którego można wrócić, gdzie czekają ze wsparciem i miłością członkowie kilku pokoleń? Co może odpowiedzieć dziecku na coś takiego? Prawdę o swoim życiu? O tym, jak była sierotą, jak zmuszano ją, gdy była jeszcze młodsza od Veli, do dźwigania głazów przez nierówny teren, jak uczono efektywnie zabijać coraz większe zwierzęta? Wreszcie bestie północy?
Mała Vela musiała wyczuć, jak Karyia robi się coraz bardziej smutna. Musiała dostrzec tę łzę, która zaczęła kręcić się w jej oku.
— Nie smuć się Karyia — powiedziała szeptem prosto w jej ucho. Wymówiła jej imię z idealnym akcentem, nawet nieco śpiewnie. — Możesz zostać moją siostrą — dodała i wtuliła się w nią, zniknęła głęboko w jej piersiach i ramionach, zupełnie, jak robiła to nocami mała Yra.
Tym razem łza smutku zmieniła się w łzę wzruszenia. Karyia załkała cicho. Załkała za małym kociakiem Mokiem. Za Yrą. Załkała za Anyią, którą utraciła. Czy jeszcze kiedyś ją zobaczy? Zaczynała w to wątpić. Wreszcie załkała za całą rzeszą ludzi, którzy musieli zginąć z jej rąk. Jak mogła być dla nich tak okrutna? Oni są tacy dobrzy, tacy opiekuńczy. Nigdy nie czuła od nikogo tyle ciepła i dobroci. Tyle miłości.
W pewnym momencie do wnętrza domu wszedł jakiś młody chłopiec. Vela poderwała się podekscytowana i spoglądała na niego. Miał wiadomość. Mówił o tym, że ekipa wypadowa jeszcze nie wróciła, a już powinna. Soren nie powrócił. Wszyscy dookoła się zmartwili.
Po dłuższej chwili mała Vela zwróciła się do niej po raz kolejny, tym swoim zaczepnym pytaniem:
— Karyia?
Gdy dała jej znać, żeby kontynuowała, dziecko zapytało nieśmiało:
— A ty wiesz, jak pokonać wargi?
Babka Sorena i jego matka skarciły ją za to pytanie, jakby to było największe tabu. Grupa wywiadowcza ruszyła rano, żeby zbadać tropy tych zwierząt, które pokazały się niebezpiecznie blisko ich miasteczka. Czy Karyia wiedziała, jak pokonać te niebezpieczne bestie? Wiedziała o nich wszystko. Wiedziała, że polują watahami, zorganizowanym stadem, które potrafi dynamicznie zmieniać strategię łowczą w trakcie ataku na ofiarę. Wiedziała, że przez to są o wiele bardziej niebezpieczne, niż hieny, a czasem nawet bardziej niebezpieczne niż samotne pantery grotowe.
Wiedziała, że przez ostatnie zimy, które zaczynały się wcześnie i trwały długo, wargi łączyły się w wielkie watahy, często liczące nawet czterdzieści sztuk zwierząt. Jak można walczyć z tak zorganizowanym i nieprzewidywalnym organizmem? Bestią? To też wiedziała.
Grupą wargów przewodziła zwykle największa wadera i basior, najsilniejsza samica i samiec. Jeśli coś im się stanie, zorganizowania strategia łowcza stada rozpada się.
Wiedziała wreszcie, jak zaatakować czuły punkt osobnika warga, precyzyjnym kopnięciem w czubek nosa. Atak na pojedyncze zwierzę jest dużo prostszy, niż w przypadku hieny, która jest o wiele większa niż warg. Celne kopnięcie w nos dezorientuje zwierzę i można łatwo powalić je, by odsłonić jego gardło, pachwiny i podbrzusze. Wiedziała to wszystko. Można było więc powiedzieć, że wie, jak pokonać wargi. Nie odezwała się jednak słowem.
Przypomniało jej się to, co powiedział Rein na zgromadzeniu ludzi, gdy ważył się jej los. Mówił o tym, że żaden człowiek nie miałby szans w starciu z hieną matką, jak ona to zrobiła. Może właśnie dlatego się jej bali. Potrafiła walczyć z hienami i je zabijać. Jeśli pokaże, że potrafi też walczyć z wargami, będą bać się jej jeszcze bardziej. Nawet mała Vela może zacząć się jej obawiać.
Zacisnęła usta. Kobiety milczały, aż wreszcie matka Sorena przerwała ciszę i zmieniła temat:
— Martwię się o nich. Co, jeśli coś im się stało? Bestie zaczynają zapuszczać się coraz dalej na południe, jak te hieny.
W tych kilku zdaniach było tyle uczuć, było tyle lęku i zmartwień. Karyia już wiedziała, co może zrobić. Już wiedziała dobrze, co powinna zrobić. Chociaż tyle mogła, by odpłacić się za tę całą dobroć, jaką otrzymała od tego stadka ludzi. Nieśmiało, łamaną ludzką mową zaproponowała:
— Dopóki nie spadł świeży śnieg, łatwo będzie pójść ich tropem.
Zachęcona tym, że kobiety spojrzały na nią pełne nadziei dodała:
— Pójdę sprawdzić, co się z nimi stało. — Po czym wstała, chwyciła pewnie włócznię, którą otrzymała w spadku po Grak Bezoku i spojrzała w stronę wyjścia z domu.
12
Nie chciały jej wypuścić. Zbliżał się już zmierzch. Twierdziły, że to niebezpieczne. Z drugiej strony mogła wyczuć, że chcą tego, chcą, żeby wyruszyła za grupą zwiadowczą, za ich synem i znajomymi. Wyczuwała, że chcą, aby ktoś stanął w ich obronie i im pomógł. Już raz pomogła Sorenowi. Karyia była więc zdolna do tego, żeby pomóc mu jeszcze raz.
Z drugiej strony wyczuwała od nich, że chcą, aby wyruszyła z wioski, bo przeczuwają, że na następnym zgromadzeniu wyniki głosowania o to, co zrobić z Karyią, mogą być zgoła inne. Większość może uznać Karyię za zagrożenie, które należy zlikwidować.
Nie przejmowała się tym jednak. Wzięła duży łyk odżywczego wywaru, po którym czuła się bardzo dobrze. Wyszła z ciepłego wnętrza na zewnątrz, by trafić na pierwszą przeszkodę, lodowaty wiatr, niosący ze sobą suche powietrze z północy. Przeszył wszystkie warstwy jej odzienia i uszczypał silnie w samą skórę. To też zignorowała. Oraz słońce, które powoli chowało się za horyzont samotnych drzew.
Nikt jej nie zatrzymywał. Ludzie pochowali się w swoich domostwach, by na noc schronić się przed zimnem i mrokiem. Przed bestiami, które czyhały na nich za każdym drzewem i krzewem. Odnalazła pierwszy trop zaraz za wyjściem z miasteczka. Świeży. Widziała ślady stóp kilkorga ludzi. W grupie miały być dwie kobiety i pięciu mężczyzn, w tym Soren. Jedne z tych śladów to były jego ślady. Właśnie dla niego wyruszyła samotnie na poszukiwania, tuż przed zapadnięciem nocy, co samo w sobie było nie do pomyślenia dla człowieka. Ale nie dla dwarfa. Dwarfy polowały nocami, zwykle podczas pełnego księżyca. Zwierzęta wtedy robią się aktywne, niektóre odwrotnie, są ospałe i łatwo je złapać.
Najniebezpieczniejsze z bestii północy także uaktywniały się nocami. Dla Karyi więc to nie było nic nowego, ani nic strasznego. Podążała wyraźnym tropem, utrzymywała dobre tempo żwawego marszu. Dzięki temu mogła oszczędzić energii, ale też w miarę szybko skrócić dystans między grupą wypadową.
Wreszcie zrobiło się ciemno i tylko słabe, rozproszone światło, które odbijało się od świeżego śniegu, umożliwiało jej dalszy marsz.
Głos puszczyka wypełnił wnętrze rzadkiego lasu. Spojrzała w górę. Ptak zainteresował się tylko na moment jej osobą. Potem odleciał bezszelestnie.
Wiedziała, że to dobry znak. Polował. Jeśli polował, to musiały tu być aktywne myszy. Jeśli były myszy, to oznaczało brak większych drapieżników, jak lisy. Nie oczekiwała więc niczego niespodziewanego.
Po kilku godzinach marszu trafiła wreszcie na ślady obozowiska. Ludzie rozbili je przy lekkim wzniesieniu terenu, żeby północny wiatr nie dawał im się we znaki w czasie odpoczynku. Ogień był starannie wygaszony, ale odsłonięty, aby w razie czego łatwo było wygrzebać jakiś kawałek rozżarzonego drewna i rozpalić ponownie ognisko.
Śnieg dookoła był wydeptany. Nie mogła dostrzec niczego dziwnego. Ludzie zatrzymali się tutaj jeszcze przed południem. Rozpalili ogień, posilili się i ruszyli dalej na północ.
Nie zwlekała dłużej, ruszyła do przodu wciąż jeszcze świeżym tropem. Ciemność robiła się coraz bardziej gęsta, bo czyste, gwiaździste niebo zaczęły spowijać ciemne chmury. Zbierało się na śnieg.
Tylko przyspieszyła kroku. Świeży śnieg zasypie trop i stanie się niemożliwym odnalezienie grupy. Zrobiło się też bardzo zimno. Utrzymywała dobre tempo, więc jej organizm nie odczuwał tego tak bardzo, rozgrzany żwawym marszem. Musiała tylko iść dalej.
Dotarła wreszcie do rzeki, do znanej już jej dobrze rzeki, nad którą utraciła kontakt z Anyią. Strumień ciągnął się w nieskończoność nocy i przerywał jej ciszę swoim monotonnym szumem. Ludzie tutaj zatrzymali się. Uzupełnili zapas wody. Rozglądali się za czymś.
Pomimo tego, że było dość ciemno, na białym śniegu mogła dostrzec wyraźnie to, co musiało tak zmartwić ludzi. Trop warga. Duży osobnik, dorosły i doświadczony. Jeden. Oznaczało to zwiadowcę, badał okoliczny teren, szukał nowych możliwości do polowań. Dwarfy działały w taki sam sposób. Ludzie podążyli jego tropem wzdłuż rzeki.
Ich ślady urywały się, gdy brzeg zrobił się kamienisty i stromy. Wiatr wywiał stąd resztki śniegu i pozostawił tylko nagie, śliskie głazy, wypolerowane wiosennymi wezbraniami. Rzeka zmieniała się w niski wodospad.
Zdjęła okrycia z nóg. Nagą stopą mogła lepiej wyczuć to, po czym stąpa i bezpieczniej przejść na drugą stronę. Zastanawiała się, czy nie ominąć wzniesienia i nie pójść dookoła. Ryzykowała jednak, że zgubi trop. Czas też nie był po jej stronie. Jeśli ludzie trafili na dużą watahę wargów, to nie mieli z nimi żadnych szans. Nie bez jej pomocy.
Zaryzykowała i weszła nagą stopą do strumienia, opierając się o dzidę Grak Bezoka. Poczuła jak milion drobnych ostrzy próbuje przebić jej skórę drobinkami lodowych sopli. Parła jednak do przodu, krok po kroku. Soren gdzieś tam był. Człowiek, który opiekował się nią bez słowa. Człowiek, który ją karmił, gdy nie była w stanie się ruszyć. Mężczyzna, który ją zaakceptował. Tylko dla niego tam szła, nocą, przez lodowatą rzekę. Tropem pojedynczego warga, który prawie na pewno wracał do swojego stada.
Czy ludzie szli tą samą drogą, przez to kamieniste wzniesienie nad rzeką? Zdziwiła się. To było karkołomne, ale wszelkie tropy prowadziły tutaj. Po co tak ryzykowali? Mogli przecież spokojnie obejść dookoła, lub nawet powrócić do miasteczka, zebrać większą grupę i zrobić zasadzkę na wargi. Pomogłaby im, jeśli tylko by chcieli.
Zamyśliła się przez co straciła skupienie i noga poślizgnęła się na gładkim kamieniu. Gdyby nie włócznia Grak Bezoka, wpadłaby cała do rzeki. Oparła się jednak na niej i zanurzyła w strumieniu tylko po pas. Jej ludzki strój, który miała na sobie, zrobiony z włókien roślinnych, nie ze skór, jak stroje dwarfów, w mgnieniu oka nasączył się wodą. To nie było dobre w jej sytuacji.
Wygramoliła się z wody, przeszła ostrożnie jeszcze po kilku kamieniach i wspięła się wreszcie na szczyt skalistego brzegu. Rozpościerał się przed nią las, mroczny las i nieskończona połać białego śniegu. Były też ludzkie tropy, bardzo wyraźne na polance nad brzegiem. Mogła spojrzeć w stronę rzeki i dostrzec wodospad, który wcale nie był tym, czym jej się zdawało wcześniej.
Zapora oddzielała rozległe jezioro. To nie była zapora zbudowana przez ludzi. Zębniki miały tutaj żeremie. Wielkie zwierzęta, ale łagodne i bezpieczne. Żywiły się drewnem i pędami. Budowały tamy na rzekach Krainy Północy, czasem tworząc olbrzymie jeziora. Obgryzione konary w oddali były ich znakiem rozpoznawczym.
Warg mógł zainteresować się zapachem zębników, które stanowiłyby dla niego łatwą zdobycz. Dwarfy nie znosiły ich mięsa. Twierdziły, że śmierdzi jak obślizgłe zwierzęta, które ludzie wyławiają ze słonej wody i jedzą.
Wargi musiały być mniej wybredne. Jeśli mieszkała tutaj duża rodzina zębników, to wargi mogły liczyć na prawdziwą ucztę.
Nie mogła dłużej zwlekać, bo wilgotne ubranie zaczęło zamarzać na jej nogach. Musiała ruszać dalej. Jeśli nie trafi szybko na obozowisko ludzi, na ognisko, to ryzykuje odmrożenia. Przyspieszyła kroku, mimo wysokich zasp. Teraz poruszała się już marszobiegiem, przez co marnowała dużo energii. Dzięki temu jednak wciąż była rozgrzana i jej organizm funkcjonował, a nogi nie zaczęły odmarzać.
Przeczuwała, że ludzie muszą już być gdzieś blisko. Nasłuchiwała jakichkolwiek odgłosów obozowiska. Wypatrywała odległej łuny ogniska, która powinna wyróżniać się na tle ciemnych zadrzewień.
Odnalazła trop ludzi, który wciąż był wyraźny. Przemieszczali się wolniej. Ktoś z grupy musiał doznać urazu, gdy wchodzili na kamienisty brzeg tamy zębników. Jeden z tropów był inny, jakby ktoś powłóczył nogą.
Ludzie musieli być bardzo blisko. Znaleźli dobre miejsce i rozbili obóz. Rozpalili duży ogień, żeby zniechęcić potencjalne wargi i inne bestie. Na pewno gdzieś tam czekają z gorącym naparem, by o świecie wyruszyć wraz z rannym człowiekiem z powrotem do miasteczka drzew.
Miała nadzieję, że to nie Soren ucierpiał. Chciała, żeby był cały i zdrowy. Myśl o nim sprawiła, że zrobiło jej się przyjemnie ciepło. Ale traciła też skupienie. Zrobiła się senna. Wiedziała, że musi utrzymać tempo, inaczej zamarznie.
Nagle trop się podzielił i musiała się zatrzymać, żeby przemyśleć, co robić dalej. Dwoje z grupy ludzi ruszyło dalej tropem warga, a pozostała część skręciła w innym kierunku.
To było dla niej jeszcze bardziej tajemnicze. Dlaczego się rozdzielili? Przecież to bez sensu. Powinni trzymać się razem i rozbić obóz na noc.
Stała tak przez jakiś czas i zastanawiała się, którym tropem podążyć, gdy pojawiły się pierwsze płatki śniegu. Leniwie opadały z nieba i topiły się na jej dłoni i twarzy. Nie miała wiele czasu. Wkrótce spadnie śnieg i trop zniknie.
Pomyślała tylko, że dwoje ludzi, którzy ruszyli za tropem warga prawdopodobnie będzie jej bardziej potrzebować. Ruszyła.
Gdy poruszyła nogą, poczuła mrowienie. Jej ciuchy zamarzły na kość i mróz dawał się we znaki. Ryzykowała. Powinna sama rozpalić gdzieś ogień, wyschnąć, wygrzać się, odpocząć.
Z każdym głębokim wydechem traciła sporo wilgoci. Coraz bardziej testowała swoje ciało i jego możliwości. Coraz bardziej zbliżała się do jego limitów.
Śnieg zaczął sypać mocniej i wtedy usłyszała ten dźwięk, który tak dobrze znała jeszcze z czasów, gdy przebywała z dwarfami. Dwarf, gdy wychodził z ciemnej jaskini i w jego oczy uderzało jasne słońce, wypuszczał z siebie nagle głośno powietrze. Mówiono, że duchy jaskini go opuszczały. Kichał. Ktoś w pobliżu kichnął. Usłyszała to wyraźnie. Przyspieszyła, choć praktycznie nie miała już sił.
Tak, trafiła na ludzi. Jeden, starszy, pochylony nad czymś, czego nie mogła dostrzec i drugi, młodszy. Stał, spoglądał w dół, w tym samym kierunku.
— Niech słońce wam dziś świeci! — wykrzyczała do nich, a w jej głosie nie brakowało radości.
Dwójka najpierw spojrzała zdziwiona i przestraszona w jej kierunku. Na pewno usłyszeli jej dziwny akcent. Zbliżyła się do nich. To był Soren.
— Karyia? — zapytał zdziwiony. Jego ojciec wstał na równe nogi i podparł się o swoją dzidę. Jakże była szczęśliwa, że ze wszystkich ludzi trafiła akurat na nich.
— Co tu robisz? — zapytał mężczyzna. Chciała odpowiedzieć, chciała wytłumaczyć. Język zaczął jej się plątać. Ogarnęło ją silne zmęczenie. Miała ochotę tylko się położyć i zasnąć.
Pochyliła się, bo zabrakło jej już tchu. Wtedy zobaczyła na śniegu drobną kulę, wielkości może małego dziecka dwarfa. Ale nie był to człowiek ani dwarf. Pantera grotowa. Tutaj.
— Jeszcze żyje — powiedział Soren i zaczął wyjmować z torby narzędzia do rozpalania ognia.
13
— Nie mam pojęcia, co ta mała bestia robi tutaj — zastanawiał się na głos mężczyzna o bogatym, gęstym zaroście w kolorze suchego popiołu. Ojciec Sorena. Mówił raczej rzadko, jeśli już miał coś do powiedzenia, zwykle były to konkrety i krótkie zdania.
— Dobijemy ją? Żeby nie cierpiała? — Soren pytająco spojrzał na ojca. Siedzieli naprzeciwko siebie, ognisko rozświetlało ich twarze. Karyia zamarła na te słowa.
— Nie… — powiedziała cicho i dwoje mężczyzn zamilkło. Oczekiwali czegoś więcej, ale Karyia tylko wzięła kociaka do siebie, na kolana i zbliżyła się z nim do Sorena.
Siedzieli blisko siebie. Wilgoć z jej ubrania zaczęła odparowywać w gorącym powietrzu, jakie biło od żaru ognia. Głaskała małą panterę za uszkami, tak, jak kociak lubił. Nie była ranna. Za to wycieńczona i strasznie wychudzona.
— To Yra — powiedziała po dłuższej chwili, ale mężczyźni tylko bardziej się zdziwili. — Nie mam pojęcia, jak tutaj dotarła. Biedactwo musiało błądzić przez te śniegi.