Wstęp
Nie jest to tomik o dziecku jako etapie do przekroczenia. Nie o przyszłości, którą trzeba zaplanować, ani o potencjale, który należy ukształtować.
To zapis obecności — tej najwcześniejszej, zanim pojawi się język, zanim świat zacznie zadawać pytania, zanim ktoś spróbuje coś wyjaśnić.
Dziecko w tych tekstach nie jest projektem ani zapowiedzią. Jest byciem. Całym. Istniejącym bez potrzeby uzasadnienia. Jego wrażliwość nie wynika z braku ochrony, lecz z otwartości, która jeszcze nie nauczyła się oddzielać siebie od świata.
Ten tomik nie tłumaczy dzieciństwa. Pozostaje przy nim. Przy spojrzeniu, które nie zna jeszcze osądu. Przy ciszy, która nie jest pustką. Przy ciele, które reaguje szybciej niż myśl i pamięta dłużej niż słowa.
Pojawiające się tu odniesienia do psychologii, rozwoju czy relacji nie mają charakteru wykładu. Są jedynie próbą nazwania tego, co i tak wydarza się poza teorią — w napięciu ramion, w tonie głosu, w rytmie obecności. Tam, gdzie dziecko słyszy wszystko, zanim zostanie cokolwiek powiedziane.
Podział na części nie wyznacza drogi rozwoju. Jest raczej kręgiem — od istnienia przedjęzykowego, przez dziecko jako nauczyciela bycia, po odpowiedzialność dorosłego, która nie polega na formowaniu, lecz na uważnym trwaniu. Dalej — ku temu, co wspólne wszystkim ludziom, zanim pojawią się różnice, narracje i podziały.
To nie jest książka z odpowiedziami. Nie podaje rozwiązań. Nie zamyka tematów.
Jeśli coś w tych tekstach poruszy — być może nie dlatego, że zostało zrozumiane, lecz dlatego, że zostało rozpoznane. A jeśli pojawi się cisza — możliwe, że właśnie ona jest właściwą reakcją.
Bo wrażliwość dziecka nie domaga się komentarza. Wystarczy, że nie zostanie zagłuszona.
Magdalena Parekh
Wrocław, 2026
Pierwszy człowiek
Nie był przygotowaniem.
Nie był szkicem ani szkłem do oszlifowania.
Był początkiem.
Był tym, co istnieje, zanim pojawi się pytanie „kim będziesz?”.
Czas nie był dla niego miernikiem,
lecz oddechem —
spokojnym i pełnym,
jak sen o świecie, którego jeszcze nikt nie nazwał.
Trzymaliśmy go jak gliniany dzban
i nie zauważyliśmy iskry,
która już w nim była.
Sądziliśmy, że trzeba ją dopiero zapalić.
Nie znał naszych słów,
ale znał znaczenie dotyku.
Nie miał teorii —
ale był dowodem.
Pierwszy człowiek nie pytał o sens życia.
On nim był.
I milczał z taką obecnością,
że wszystkie odpowiedzi stawały się zbędne.
Zanim wymyślono słowa
Zanim wymyślono słowa,
świat komunikował się dotykiem.
Bez gramatyki, bez szyku —
a jednak z całkowitą jasnością.
Nie istniały nazwy,
lecz rytmy ciała wyrażały znaczenia.
Bez zdań — tylko kontakt,
który niósł bezpieczeństwo.
Współczesna wiedza mówi: „neurony lustrzane”,
„przedsłowna regulacja emocji”,
ale wówczas była tylko obecność —
nienazwana, a wystarczająca.
Milczenie było światłem.
Nie tłumaczyło.
Nie wymagało.
Umożliwiało wzrost.
Zanim nadano światu język,
był on już poznany.
Nie przez opisy,
lecz przez obecność.
Lustro, które jeszcze nie ocenia
Twarz dziecka nie zna jeszcze osądu.
Odbija to, co widzi — nie to, co powinno być.
Nie koryguje.
Nie przekształca.
To lustro nie zniekształca proporcji.
Nie dodaje zmarszczek ideologii
ani filtrów doświadczeń.
Jest jasne jak źrenica przed pierwszym lękiem.
Psychologia powie: „neurony lustrzane”,
„bezpieczna baza emocjonalna”.
Ale to po prostu spojrzenie,
które widzi bez interpretacji.
Obecność tego spojrzenia
jest próbą prawdy dla dorosłego.
W nim odbija się to,
czego nie chce zobaczyć sam.
Zanim nauczy się oceniać,
to spojrzenie leczy.
Zanim nauczy się bać,
pozwala być sobą bez granic.
W brzuchu świata
Jeszcze nie było słów,
ale była rytmiczna odpowiedź.
Nie istniała twarz,
ale istniała relacja.
Ciemność nie była nicością.
Była kołyską —
gęstą od dźwięków,
które uczyły odróżniać „bliskość” od „pustki”.
Ciało czuło świat
przez puls drugiego ciała.
Światło jeszcze nie miało kierunku,
ale dotyk już znał kierunek bezpieczeństwa.
To nie był początek myślenia.
To był początek czucia.
Zanim język zaczął układać świat,
został on zapisany rytmem serca.
Bycie nie zaczyna się od imienia.
Zaczyna się od odpowiedzi.
Od przestrzeni,
która mówi „jesteś” —
bez słów, bez warunków.