E-book
9.56
drukowana A5
38.81
drukowana A5
Kolorowa
66.44
Dzieci psychiatryka

Bezpłatny fragment - Dzieci psychiatryka

Historie z ich życia


Objętość:
244 str.
ISBN:
978-83-8126-529-4
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 38.81
drukowana A5
Kolorowa
za 66.44

Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.


Podziękowania


Pragnę podziękować Marcinowi, który pomógł mi w zakupie laptopa i przygotował go do pracy twórczej. Niestety, nie ma go już wśród nas i bardzo nam go brakuje. Dziękuję mojemu Mariankowi, który we mnie wierzył i pomógł mi zrealizować moje marzenie, czyli wydanie książki. Podziękowania nie mogą ominąć mojego syna Mariusza, który dzielnie mnie dopingował, oraz jego dziewczyny Karoliny, która pomogła mi przy korekcie tekstu. Dalsze podziękowania kieruję do dzieci, które mi zaufały i podzieliły się swoimi przeżyciami. Dziękuję Natalii, która podarowała mi swój pamiętnik.

I. Jak i dlaczego?

Żadne dziecko nie rodzi się złe, ale różne czynniki powodują, że nagle gdzieś po drodze się zagubi i czasami nie widzi wyjścia z trudnej sytuacji. Nie zawsze umiemy takiemu dziecku pomóc. Ale od początku…

Kiedy mały człowiek się urodzi, jest taki bezbronny i tak bardzo kochany. Rodzice się o niego troszczą, poświęcają mu czas, zaspokajają jego potrzeby. Tylko spróbowaliby to zlekceważyć, gdy mały jest głodny i „poprosi” o posiłek… Zacznie wrzeszczeć jak syrena alarmowa, dając o sobie znać sąsiadom, a może i od razu opiece społecznej.

Pomińmy sytuacje, gdy matka ma depresję poporodową i robi dziecku krzywdę albo kolejne dziecko przychodzi na świat w patologicznej rodzinie. Analizuję zwyczajny dom i kochających rodziców.

Mały człowiek jest kochany, zadbany i ma wszystko, czego potrzebuje. Takie niemowlę jest naprawdę słodkie. Pachnie mlekiem i oliwką dla dzieci. Wygląda tak rozkosznie, gdy słodko śpi z wyciągniętymi nad główką rączkami. Wielokrotnie sprawdzamy, czy regularnie oddycha, a gdy kichnie lub kaszlnie, kontrolujemy, czy wszystko z nim w porządku. Gdy płacze, tulimy je i sprawdzamy, czego potrzebuje. Natychmiast realizujemy nasz plan opieki. „Słodziaczek” je i rośnie ku uciesze rodziców. Im większy, tym więcej wymaga naszej uwagi i naszego czasu. Kiedy potrafi już samodzielnie dotrzeć w różne miejsca, niekoniecznie bezpieczne i dla nas pożądane, wtedy zaczynają się schody…

Opieka nad dzieckiem nie jest łatwa — to praca na pełny etat. W dobie równouprawnienia wiedzą to matki i ojcowie. Gdy dziecko się rozwija, przychodzi okres poznawczy i trzeba wykazywać się ogromną cierpliwością, ale i siłą fizyczną. Taki maluch ma zazwyczaj niespożyte siły witalne. Ciekawy świata angażuje nas do działania, czy nam się to podoba, czy nie. Jesteśmy jego pierwszymi nauczycielami i to my zdajemy egzamin z życia, a nie nasze dziecko. Nadchodzi moment, gdy kończy się hodowanie, a zaczyna wychowanie. Wychowując, bierzemy pełną odpowiedzialność za cechy, jakie wpoimy naszemu dziecku, wartości, jakie mu przekażemy, i to, jak nauczymy je postrzegać życie. Nie wystarczy już tylko dziecko nakarmić, przewinąć i ułożyć do snu. Od jego najwcześniejszych lat powinniśmy zadbać, by uczyło się odróżniać dobro od zła.

Jeśli dwulatek/trzylatek na naszych oczach kopie psa, a my jesteśmy bierni, dlaczego później mamy pretensje, że w szkole kopie kolegów, a następnie swoich rodziców? Skoro wiemy, że jest to niewłaściwe zachowanie, to dlaczego pozwalamy się tak zachowywać naszym dzieciom?

„Och, to tylko zabawa, to jeszcze dziecko” — usłyszymy usprawiedliwiający ton rodziców.

Dziecko to nie maszyna, zrozumie, gdy wyjaśnimy mu prostymi słowami, najlepiej na najbliższym mu przykładzie, dlaczego tak nie wolno. Jaki to przykład? Bardzo prosty. Każdy człowiek odczuwa ból, nawet tak mały — zapewne nieraz się uderzył, przewrócił i głośno płakał. Skopany pies też odczuwa ból i nie jest to miłe. Opowiadając to dziecku, uwrażliwiamy je na krzywdę, okrucieństwo i zwyczajną głupotę. To nie jest zabawa. Zabawa jest wtedy, gdy dziecko rzuca psu patyk, a nie, kiedy go tym patykiem bije.

Dlaczego małych ludzi nie traktuje się poważnie?

Dziecko to przecież mały człowiek, a nie lalka. To nieprawda, że dzieci nic nie rozumieją, choć często tak zakładamy. Rozumieją bardzo dużo, tylko kierowany ku nim przekaz powinien być prostszy niż pod adresem dorosłych i bardziej komunikatywny. Gdy opowiadamy dziecku bajkę, okazuje się, że przekaz i ukryty morał był dlań zrozumiały. Dlaczego więc w tym samym tonie nie wyjaśnić przypadku kopniętego psa? Dzieci łatwo i szybko się uczą, ale nie wybierają. To my, dorośli, jesteśmy swego rodzaju filtrem ich nauki. Jeżeli nie zareagujemy prawidłowo, to dziecko wyciągnie naukę, że kopanie czy bicie psa stanowi świetną zabawę, bo zwierzak piszczał i tak śmiesznie uciekał. I nie zrobi nam się wtedy głupio?

„No tak — usłyszymy od rodziców — ale moje dziecko nie kopało żadnego psa”.

Oczywiście, to nie musi być pies, to może być kot — noszony tak, że oddaje posiłek sprzed tygodnia — to może być mucha, której maluch odrywa skrzydełka, albo jeszcze inny przykład „okrutnych zabaw”. Takie zachowania zaowocują później nieprawidłowościami w nawiązywaniu kontaktów z rówieśnikami, a nawet w relacjach rodzinnych. Potrzebny jest prosty przekaz: nie bawimy się, krzywdząc zwierzęta, bo to nieludzkie. I może spowodować trudne następstwa. Dziecko może zacząć krzywdzić ludzi.

Nasze dziecko się rozwija, rośnie, a wraz ze wzrostem i wiekiem rosną też dziecka potrzeby, ale i zachcianki. Nieraz można zobaczyć w sklepie scenę, gdy młody człowiek kładzie się na podłodze, wierzga nogami i wrzeszczy, że chce to czy tamto. Niejednokrotnie rodzice ulegają takiemu szantażowi, bo wstyd, bo mnie stać, czy też dla świętego spokoju. Nieważne, że nas stać — nauczmy nasze dzieci rezygnować. Rozmawiajmy i przygotowujmy dziecko do wizyty w sklepie z zabawkami. Opowiedzmy mu bajkę, jak to Ola była w sklepie i o nic nie poprosiła albo poprosiła, ale mama nie mogła jej tego kupić.

Uczmy dzieci prawidłowych zachowań przed zdarzeniem, a nie wtedy, gdy sytuacja stanie się podbramkowa. Dorośli potrafią analizować, jak ustrzec się przed wypadkiem, konfliktem, przegraną i tym podobnymi. Nauczmy tego nasze dziecko. Niech ono również będzie przygotowane na trudne zdarzenia. Kiedy nauczy się rezygnować, będzie odporniejsze na porażki i niepotrzebny stres w przyszłości. Być może uchronimy je przed nadmiernym przeżywaniem swoich niepowodzeń i nauczymy doceniać osiągnięcia.

Bezkrytyczne zaspokajanie dziecięcych zachcianek może skrzywić mu charakter. Nie warto w taki sposób psuć naszych dzieci, i to od najmłodszych lat. Umieć rezygnować to zaleta, a nie wada. Wielu majętnych biznesmenów w praktyce mogło dać swoim dzieciom wszystko od razu, wiedzieli jednak, że jest to niewychowawcze. Pójściem na łatwiznę można młodego, niedoświadczonego człowieka tylko zepsuć. Jest nawet takie przysłowie: „Łatwo przyszło, łatwo poszło”. Brak szacunku do przedmiotów i pieniędzy nie nauczy młodych osób prawidłowych zachowań. Będą nieczuli na ludzką krzywdę, obojętni na cierpienie innych. Dlatego dzieci tych biznesmenów — mimo wielkich fortun, które odziedziczą — podejmują pracę już od najmłodszych lat, najpierw dorabiając, na przykład roznoszeniem gazet, a później poznając przedsiębiorstwo ojca od podstaw, niejednokrotnie pracując na stanowisku poniżej ich kwalifikacji i nie zaniedbując przy tym nauki. W ten sposób uczą się pokory i szacunku, a w przyszłości stają się filantropami i darczyńcami. Przecież to nie oni zarobili te wielkie pieniądze, lecz ich rodzice.

Dziecko staje się coraz starsze i idzie do przedszkola, potem do szkoły. W środowisku patologicznym rodzice przestają interesować się dziećmi dość wcześnie. Zostają rzucone na głęboką wodę nawet jako kilkulatki. Biorą wtedy górę najniższe instynkty: żeby przeżyć, trzeba jeść, a jeśli nie ma, trzeba ukraść. Jedzenie to nie wszystko, bo trzeba jeszcze mieć w czym chodzić — i tu pojawia się problem odzieży i obuwia. Nie wszyscy mają kochane babcie. I znów trzeba ukraść. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Za którymś razem zostaje się przyłapanym i pojawia się konflikt z prawem, a potem lawina zdarzeń: kurator, dom dziecka albo ośrodki wychowawcze, resocjalizacyjne, a w międzyczasie narastająca frustracja, często beznadzieja. Dołączają używki, narkotyki, samookaleczenia i w końcu szpital psychiatryczny. Co dalej? Analizujmy…

Jeśli chodzi o tak zwanych normalnych rodziców, tych majętnych i mniej majętnych, problem przejawia się inaczej — na pociechy często przelewane są niespełnione ambicje: skoro ja tego nie miałem, to niech ma moje dziecko. W tym miejscu znów pojawia się nauka rezygnacji: nie za wszelką cenę. Dajmy młodemu człowiekowi szansę zdobycia czegoś własnymi rękami. Bezkrytyczne podsuwanie luksusowych dóbr materialnych nie wychowa nam dziecka, a tylko zepsuje. Obserwując takie relacje, można zauważyć, że często wiąże się z tym oczekiwanie całkowitego posłuszeństwa, poddaństwa i bezwzględnej wdzięczności. Gdy dziecko zaczyna się buntować, obrażamy się i zaczyna się wypominanie: „Ja ci przecież tyle dałem…”. Tak naprawdę nie wychowujemy dziecka, tylko niewolnika. Dziecko nie umie sobie radzić w takich sytuacjach.

Dzieci, które są silniejsze emocjonalnie, nie bacząc na konsekwencje, zażądają więcej, bo nie umieją rezygnować. Tak naprawdę gówno je obchodzi, dlaczego starzy nagle nie chcą dawać. Pojawia się konflikt, ale łatwo go rozwiązują, kradnąc lub sprzedając swoje luksusowe gadżety, a nawet handlując prochami. Dalszy mechanizm wchodzenia na drogę przestępstwa jest podobny, no może z pominięciem domu dziecka. Natomiast słabsze jednostki zamykają się w sobie, okaleczają, zaczynają przygodę z alkoholem czy narkotykami. Zwyczajnie cierpią. Narastają konflikty, problemy w szkole, ucieczki… Okazuje się, że tak naprawdę nie znamy naszego dziecka. Ten ciągły pośpiech, ten brak czasu i zwyczajny wyścig szczurów oddala nas od wartości rodzinnych. Oczywiście, łatwiej jest kupić dziecku kolejny wypasiony gadżet, niech się sobą zajmie — my przecież jesteśmy bardzo zmęczeni po pracy…

Tak, to prawda, jesteśmy diabelnie zmęczeni, ale to nas ani nie usprawiedliwia, ani nie zwalnia z bycia rodzicami. Nieprawdą jest, że nasze dzieci nie chcą z nami rozmawiać, czy też nie umieją z nami rozmawiać. To my nie umiemy nawiązywać więzi z naszymi pociechami. Trzeba tylko stworzyć korzystną atmosferę, a wiele dowiemy się o naszym dziecku. Nie wystarczy szablon: „Co tam w szkole?” lub „To teraz do nauki”. Rozmowa jest potrzebna każdemu, a szczególnie naszym dzieciom. Oby rówieśnicy nie zostali jedynymi rozmówcami i doradcami, z którymi nasze dziecko będzie analizować swoje rozterki. Przecież oni mają tak samo ograniczoną wiedzę życiową jak nasze dziecko i nieraz głupsze pomysły.

Rodzice winni być przyjaciółmi dziecka, ale nie kolegami. Przyjaciel lub przyjaciółka zaufa nam w każdej trudnej sytuacji, zwierzy się ze swoich rozterek, zawsze zapyta o radę. Nawet gdy to, co powie, nie będzie nam się podobało lub będzie niepopularne, rozmawiajmy o tym, używajmy argumentów. Może uda się nasze dziecko uchronić, ostrzec, przekonać. Może to my zostaniemy ostrzeżeni przed dalszym ciągiem zdarzeń. Wtedy możemy być czujni, bardziej uważni, ale bądźmy też dyskretni, ponieważ przesadne inwigilowanie dziecka może prędko spowodować utratę zaufania. „To ja im się zwierzyłem, żeby mieć nad głową domowego kuratora?” Nastolatki szczególnie boją się śmieszności. Środowisko nastolatków to kolejny czynnik frustracji naszych dzieci, ale o tym później.

Dlaczego rodzice mogą być przyjaciółmi, ale nie kolegami?

Muszą mieć autorytet! Zasady, których dziecko ma przestrzegać, wbrew pozorom dają mu poczucie bezpieczeństwa. Jeśli rodzina funkcjonuje na bazie zdrowo określonych ograniczeń, ale nie jak w „państwie policyjnym”, to — mimo złudnego niezadowolenia — nasza pociecha czuje się bezpiecznie.

W jaki sposób wyciągać od dziecka informacje?

Na pewno nie za wszelką cenę. Trzeba stworzyć atmosferę i odpowiednio rozwijać przyjaźń. Nawet jeśli obecnie dużo pracujemy, to mamy przecież czas wolny. Gdyby to był nasz niemowlaczek, to mimo naszego zmęczenia i tak wyegzekwowałby poświęcenie mu drogocennego wolnego czasu. Nieprawdaż? To dlaczego czujemy się zwolnieni z poświęcania czasu nastolatkowi?

Zbyt wcześnie odchodzimy na rodzicielską emeryturę. Zmieniły się jedynie czynności, ale wciąż mamy obowiązki. To, że nie zmieniamy pieluch i nie musimy karmić, nie zmienia faktu, że nadal mamy do czynienia z dzieckiem — i to trudniejszym, bo niejednokrotnie chce zgrywać dorosłego.

Jak budować więź, gdy dziecko jest w tym trudnym okresie buntu?

Nie jest to łatwe. Nadal są w cenie wspólne posiłki, kiedy to dorośli rozmawiają, a dziecko ma słuchać. Nie, to rodzice muszą słuchać, co dziecko ma do powiedzenia, wymieniać myśli i spostrzeżenia. Jest to okazja, by dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy. A czasami naszemu dziecku może się coś zwyczajnie wymsknąć i będzie okazja, by temat rozwinąć. Taki posiłek trzeba przygotować i znów pojawia się okazja do rozmowy, testowania, a co najważniejsze, niekoniecznie musimy wtedy patrzeć sobie w oczy. Może wówczas poruszymy drażliwe czy wstydliwe tematy?

Musimy nauczyć nasze pociechy mówić nam prawdę, ale my, rodzice, musimy nauczyć się właściwie na nią reagować. Kiedy młody człowiek w końcu zbierze się na odwagę, chce o coś szczególnego zapytać albo coś przykrego nam wyznać, to nie wybuchajmy krzykiem i pretensjami. Nie ma sytuacji bez wyjścia czy kompromisów. Jeśli w danej chwili nie umiemy odpowiedzieć na pytanie czy znaleźć rozwiązania, to odłóżmy to na jakiś czas, ale zapewnijmy nasze dziecko, że znajdziemy sposób, aby mu pomóc rozwiązać problem. Uspokójmy, że go nie olaliśmy, że po prostu nie jesteśmy Wikipedią i również musimy uzupełnić wiedzę albo potrzebujemy konsultacji. Wówczas nie stracimy zaufania nastolatka.

W tym czasie dzieci mają tendencje do wyolbrzymiania problemów, ale to przede wszystkim rodzice mają być koordynatorami ich działań i zachowań. Później może to być szkoła, a dopiero na samym końcu grono kolegów i koleżanek. Nigdy odwrotnie. Jak kiedyś wykazywaliśmy się cierpliwością w troszczeniu się o potrzeby niemowlęcia, tak teraz tej cierpliwości potrzeba nam dużo więcej. Podejmowaliśmy już wyzwania, gdy uczyliśmy maluszka siusiać do nocnika, i też nie było łatwo. W tym wypadku to tylko inne czynności.

Bywa tak, że źle odczytujemy sygnały wysyłane przez dzieci. Zmiana zachowania powoduje, że natychmiast pragniemy je karcić, dyscyplinować i zmuszać do szybkiej poprawy. To tak, jakbyśmy próbowali niszczyć objawy choroby, nie docierając do jej przyczyny. Trzeba poznać przyczynę zmiany zachowania naszego dziecka, a nie zostawiać je same sobie z nawarstwionymi problemami, do których i my dołożyliśmy swoją cegiełkę. Zmiana zachowania nastolatka czy nastolatki to próba zwrócenia na siebie uwagi. Nie każde dziecko jest tak odważne, aby poprosić o pomoc wprost. Zwracanie na siebie uwagi przybiera różne formy: sięganie po używki, kradzieże, pierwsze konflikty z prawem, imponowanie rówieśnikom niekoniecznie mądrymi pomysłami, prostytucja (niezależnie od płci) i wiele innych rzeczy działających destrukcyjnie na młodzież.

Ważnym elementem obciążającym dzieci jest niezrealizowana ambicja rodziców, albo wręcz jej przerost. Często wybieramy za dziecko, nie pytając o zdanie. Aby zapewnić mu lepszą przyszłość czy lepszy start w życiu, fundujemy szeroki wachlarz zajęć pozalekcyjnych, bo nas na to stać. Nieważne, czy naszemu dziecku się to podoba i czy tym się akurat interesuje, ale jest to na przykład modne i dobrze wygląda w oczach naszych znajomych. Oczywiście, jest się czym chwalić podczas spotkań towarzyskich. Jak by to wyglądało? Rodzina z dziada pradziada prawnicy, a dziecko chce zostać artystą? To nie do pomyślenia. Po co pytać, kiedy i tak jest wszystko ustalone.

Kiedy dziecko wzrasta w takiej atmosferze, od najmłodszych lat narasta w nim frustracja — i okazuje się po latach, że wykonuje świetny zawód, którego nie lubi. Nie umie nawiązać prawidłowych relacji ze swoim partnerem lub partnerką albo zwyczajnie nie potrafi być szczęśliwe. Rodzice zastanawiają się wówczas: „Gdzie popełniliśmy błąd? Nie tak cię wychowaliśmy”. Nadmiar różnorodnych zajęć (sportowe, językowe, rozwijające umysł, muzyczne i wiele innych) narzuconych przez nadmiernie ambitnych rodziców sprawia, że dziecko traci swoją tożsamość, a niekiedy i chęć do życia. Rodzice są zapracowani, więc „trzeba wypełnić czas pociechom, żeby się nie nudziły i przypadkiem nie sięgnęły po substancje zabronione”. A samotne i sfrustrowane to nie sięgają?

Gdy rodzice dowiadują się, że dziecko od miesięcy bierze narkotyki, że ma głęboką depresję, że się samookalecza, uprawia prostytucję czy tłucze inne dzieciaki w szkole, to dopiero jest zaskoczenie! Krótkowzroczność, despotyzm, brak właściwych kontaktów (rozmów) powoduje, że rodzice dowiadują się o problemach swojego dziecka jako ostatni. Jaka wówczas następuje konsternacja, bo przecież taki wstyd… Jaki? Rodzice powinni się za siebie wstydzić, a nie za dziecko. Co musiał przeżywać ten młody człowiek, żeby zrobić coś takiego? Coś, czym w końcu zwrócił na siebie uwagę… Gdzie byli rodzice, nauczyciele, koledzy, że nie widzieli, jak bardzo się miota? W najgorszym wypadku — kiedy próba samobójcza się powiedzie — nic już nie będziemy w stanie zrobić. Przy odrobinie dobrej woli każdej ze stron wszystko inne da się naprawić.

Skrajnym przykładem, który zapadł mi w pamięć, jest historia dość zamożnych ludzi, którzy dowiedzieli się, że ich córka od dwóch lat bierze narkotyki. A dowiedzieli się dopiero, gdy zaczęła wyprzedawać drogie sprzęty, żeby zapłacić za towar. Konsternacja, niedowierzanie, wstyd. Brakowało jej dwóch miesięcy do pełnoletniości. Mogli przeczekać te dwa miesiące i „odesłać w świat”, jak czyni to wielu rodziców dowiadujących się o wyczynach swoich pociech. Oni jednak postanowili o nią zawalczyć. Jeden ośrodek, drugi i następny. Nic nie pomagało, bo ciągle uciekała i wracała na stare śmieci. Doszli do wniosku, że muszą jej pomóc za wszelką cenę. Matka zrezygnowała z pracy i na czas detoksykacji zamknęła ją w domu. Później wszyscy uczestniczyli w terapii rodzinnej i w międzyczasie rodzice uczyli się, jak najlepiej ją wspierać. Ale zrobili coś jeszcze — przenieśli się do innego miasta, oddalonego o setki kilometrów, i wspólnie zaczęli wszystko od nowa. Dali swojej córce kolejną szansę. Po latach dziewczyna wyszła za mąż, ma synka i wspomina, ile zawdzięcza swoim rodzicom.

Nie każdy tak potrafi, chce i może? Nie zawsze problemy dotyczą narkotyków. Nie wszystkie historie kończą się happy endem. Jeżeli młoda osoba trafi do jakiegokolwiek ośrodka, to zawsze istnieje szansa na ratunek. W Polsce powstaje obecnie bardzo dużo placówek wychowawczych, resocjalizacyjnych czy psychiatrycznych oddziałów szpitalnych. W nich właśnie dostają szansę i rodzice, i dzieci.

To głównie na rodzicach spoczywa obowiązek wychowania dzieci. Później może pomóc szkoła, Kościół czy inne instytucje. Rodzice chętnie scedowaliby wychowanie dziecka na szkołę, ale głównym celem szkoły jest kształcić, a dopiero potem wychowywać. Wśród nauczycieli znajdują się osoby wzbudzające zaufanie i bywa, że dziecko ma lepszy kontakt z nauczycielem czy nauczycielką niż z rodzicami. Nie jest to jednak regułą.

To krótkie wprowadzenie pozwala mi zasygnalizować problemy i drogę, które mogą sprawić, że młodzi ludzie trafią do szpitala psychiatrycznego. Co ich tam czeka? Jakie obowiązują tam zasady? Kto z nimi pracuje? Co opowiadają o sobie? Jakie są ich plany i marzenia? Jakie przeżywają emocje? Tego wszystkiego możecie się dowiedzieć, czytając dalsze części. Oto kilka prawdziwych historii, które opowiedziały pogubione dzieci…

II. Natalia

Udaję na terapii. Słucham, odpowiadam na pytania, kiwam znacząco głową. Chyba się na to nabierają… Tak naprawdę znów chcę być sobą, dawną Natalią. W dupie mam ich zrozumienie, rady, rozmowy. I tak ich gówno obchodzi, co ze mną będzie. Przecież będzie tak samo. Ta cholerna beznadzieja. Cholernie brakuje mi ćpania. Bardziej niż alkoholu i fajek. Chociaż nie, fajek tak samo. Alkoholu też. Nienawidzę tu być i tych wszystkich ludzi. Ale tamtego równie mocno nienawidzę…

Odkąd pamiętam, byłam Twoją małą księżniczką. Sadzałaś mnie na kolanach, opowiadałaś o wspaniałym życiu, jakie mnie czeka. Miałam wszystko i nie chodzi o przedmioty. Miałam Twoją miłość. Myślałam, że kochacie mnie obie, Ty i babcia, ale w końcu musiałam dowiedzieć się prawdy…

Gdy miałam siedem lat, babcia pierwszy raz nazwała mnie w złości znajdą. Nie wiedziałam, co to znaczy i o co jej chodziło. Może to coś dobrego? Nadeszła okazja, żeby się tego dowiedzieć. Z okazji Dnia Babci mieliśmy za zadanie napisać coś ciekawego o swojej seniorce. A jakże, napisałam i ochoczo odczytałam to całej klasie. Zszokowałam wszystkich na samym początku. „Po moim urodzeniu babcia chciała mnie spuścić w kiblu i jestem cholerną znajdą, której ojciec jest kryminalistą”… Nauczycielka natychmiast kazała mi przestać. Nie rozumiałam dlaczego. Po następnej lekcji pojawiła się matka, wezwana przez dyrektorkę. Mama była na mnie zła, a ja wciąż nie wiedziałam, co takiego zrobiłam. Zabrała mnie ze szkoły i przez całą powrotną drogę milczałyśmy. Czułam przez skórę, że zrobiłam coś nie tak. Było mi głupio, ale teraz wiem, że to nie ja powinnam czuć się źle.

Matka była bardzo piękną kobietą. Wysoka blondynka, ciemne oczy, zawsze opalona. Do tego nienaganna figura. Umiała dbać o siebie. Mężczyźni ją uwielbiali, a ona nie stroniła od ich towarzystwa. Dzięki niej miałam codziennie nowe, piękne zabawki i wszystko to, czego może pragnąć mała dziewczynka. Matka była świetną aktorką. Kochała przede wszystkim pieniądze, a mężczyźni byli tylko narzędziem do ich zdobycia. Najlepsi byli tacy, którzy je mieli. Porządny samochód, dom, pracę, a najlepiej dobrze prosperującą firmę. Kiedyś poznała bogatego Włocha. Rozkochała go do tego stopnia, że chciał podarować jej cały świat. Dużo podróżowała pociągami pierwszej klasy, potem samolotami, a nawet jachtami. Opływałyśmy w bogactwa i żyłyśmy w luksusie. Pamiętam, że miałam piękny, różowy pokój, pełno najnowszych zabawek i markowe ciuchy. Przy tym mnóstwo koleżanek, które patrzyły na wszystko z nieukrywaną zazdrością. Miałam wszystko poza jednym. Brakowało mi matki, bo i tak większość czasu spędzałam z babką — matką mojej matki. Babka regularnie wlewała mi jad do ucha, że matka bardziej kocha tego faceta niż mnie, a ja jestem tylko niechcianym bachorem i zerem. Często też w złości wymierzała mi bolesne kuksańce.

Matce trudno było usiedzieć w jednym miejscu, a Włoch musiał pracować. Pod pretekstem opieki nade mną wracała do kraju. Jej mężczyzna wysyłał pokaźne sumy na konto, a mama co noc imprezowała z innym. Ja natomiast dalej byłam skazana na opiekę i towarzystwo babki.

Sielanka trwała może rok, ale przyszedł czas zmian. Coraz bardziej zamykałam się w sobie, na swój sposób przeżywając samotność i zagryzając tęsknotę batonikami. Odsuwałam się od rówieśników, a oni ode mnie. Odsunęli się też z innego powodu. Bardzo utyłam i stałam się nieatrakcyjnym pulpetem. Dzieci potrafią być bardzo okrutne, a odrzucenie niezmiernie boli. Nie wybierano mnie do gry w siatkówkę, nie chcieli ze mną wracać ze szkoły, nikt nie zapraszał do zabaw pod blokiem. Nie tak dawno księżniczka, a teraz żebraczka prosząca o chwilę towarzystwa. Nie było litości. Dzieci wyzywały mnie od grubasów, baleronów i tym podobnych. Wracałam zapłakana i zgnębiona. Chciałam wyżalić się matce, przytulić i słuchać zapewnień, że wszystko będzie dobrze. Matki nigdy nie było, a babka na poczekaniu wymyślała coraz to nowe kłamstwo. Chciała wiedzieć, ale nie pomóc. Głośno się śmiała i mocniej utwierdzała w przekonaniu, że jestem gruba i brzydka, nikt mnie nie chce i tylko zabieram tlen roślinom. Uciekałam do swojego pokoju, długo płakałam w poduszkę, a potem zagryzałam swój ból kolejnymi słodyczami.

Pewnego dnia matka, wraz ze swoim kochankiem, zabrała mnie do zoo. Byłam tego dnia taka szczęśliwa, mimo że nie okazywała mi szczególnego zainteresowania. Do pewnego momentu… Wychwyciłam jej spojrzenie w chwili, gdy patrzyła na mnie z nienawiścią i obrzydzeniem. Nie wiem dlaczego, ale odruchowo zaciskałam moje grube piąstki. Po powrocie — jak zwykle — zostałam sama. Rozpłakałam się tak żałośnie, że nie potrafiłam przestać. Płakałam z żalu i złości, wbijając szpilki w zdjęcia mojej matki. Szczególnie napiętnowałam jej oczy, które na mnie tak parzyły… Chciałam ją ukarać, zemścić się, dać jej poczuć, co znaczy cierpienie. Ale jej nie było, a i tak naprawdę nic bym jej nie zrobiła.

Ten dzień spowodował we mnie wewnętrzną przemianę. Coś we mnie pękło i przestałam jeść. Tak bardzo się w sobie zacięłam, że bardzo szybko i bardzo dużo chudłam. Trwało to ponad trzy miesiące i doszłam do wagi trzydziestu dwóch kilogramów. Znajomi mnie nie poznawali, a ja zaczęłam wyglądać bardzo atrakcyjnie i zyskiwałam nowych kolegów. Natomiast babka, aby mi dalej dokuczać, utwierdzała mnie w przekonaniu, że nadal jestem gruba i brzydka. Zdarzało się, że mdlałam, a babka dalej wlewała swój jad. Może liczyła, że któregoś dnia zniknę? Bywały chwile, które były dla mnie bardzo trudne. Matka i jej facet zabierali mnie do restauracji. Byłam taka głodna, ale bardziej bałam się znów przytyć. Odmawiałam, a oni nalegali. Kończyło się to moim histerycznym zachowaniem, a im było przeze mnie głupio. Później w ogóle zrezygnowali z mojego towarzystwa. Zaczęłam podupadać na zdrowiu. Miałam ziemistą cerę, wypadały mi włosy i coraz częściej omdlewałam.

Mimo to dalej nie jadłam, szaleńczo robiłam brzuszki i płakałam. Łzy i ból to była moja codzienność. Na polecenie dyrektorki szkoły matka zaprowadziła mnie do lekarza. Po badaniach lekarz orzekł jednoznacznie, że cierpię na anoreksję. Otrzymałam skierowanie do szpitala psychiatrycznego…

III. Klaudia

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 38.81
drukowana A5
Kolorowa
za 66.44