E-book
70.88
drukowana A5
96.62
Dysautonomia i inne choroby cywilizacyjne

Bezpłatny fragment - Dysautonomia i inne choroby cywilizacyjne

Mapa drogowa dla odzyskania wolności. Autentyczna historia odwrotu


Objętość:
223 str.
ISBN:
978-83-8467-332-4
E-book
za 70.88
drukowana A5
za 96.62

Od Autorki: Słowo powitania

Drogi Czytelniku,

Oddaję w Twoje ręce moją kolejną już książkę. Nie jest to jednak kolejny suchy poradnik medyczny ani zbiór gotowych, podręcznikowych definicji. To, co za chwilę przeczytasz, to żywe świadectwo, osobisty manifest wolności oraz destylat z moich 79 lat istnienia na tej Ziemi.

Jako immunolog, diagnosta kliniczny z 25-letnim stażem oraz wieloletnia badaczka psychosyntezy, przez dekady uczyłam się patrzeć na człowieka jak na nierozerwalną całość — naczynie połączone, w którym biologia, umysł i dusza posługują się dokładnie tym samym językiem. Ta książka powstała z potrzeby serca, spisywana na gorąco na balkonie i w tramwajach, na gładkich, białych kartkach mojego notatnika — bez narzuconych z góry linii czy cudzych schematów.

Zapraszam Cię w podróż, która rewolucjonizuje dotychczasowe spojrzenie na chorobę. Przejdziemy razem przez mroczny tunel trudnych diagnoz organicznych — od Hashimoto i zespołu Sjögrena, przez fibromialgię, aż po globalną plagę współczesnej dysautonometrii (POTS) — aby na samym końcu odkryć szeroko otwarte drzwi do samouzdrowienia. Pokazuję w tej książce biologiczną „linię prostą” i dowodzę, że Twoje ciało nigdy nie choruje „kawałkami”. Ono po prostu z genialną, choć często tragiczną mądrością adaptuje się do warunków, w jakich przyszło mu żyć od najwcześniejszego dzieciństwa.

Jeśli od lat odbijasz się od ścian gabinetów lekarskich, czując bezsilność wobec paternalizmu i redukcjonizmu, który traktuje Cię jak zepsutą maszynę — ta książka jest dla Ciebie. Daję Ci do ręki konkretne, suwerenne narzędzie: „Paszport wstępu”, który przywróci Ci głos i status pełnoprawnego partnera w procesie diagnostycznym.

Chcę, aby ta opowieść zdjęła z Ciebie paraliżujący ciężar strachu i poczucia winy. Pragnę, abyś odnalazł w sobie odwagę do uciszenia wojennej syreny alarmowej w swoim układzie nerwowym, aktywował swój naturalny „hamulec bezpieczeństwa” i powrócił do Uniwersalnej Miłości, która jest najsilniejszym lekiem immunomodulującym. Prawdziwe zdrowienie nie oznacza bowiem braku odchyleń w wynikach krwi — to powrót do suwerenności, odzyskanie własnej podmiotowości i usłyszenie najgłębszej komendy Twojego ciała: „Spocznij. Jesteś wolny”.

Usiądź wygodnie, weź głęboki oddech i pozwól sobie na powrót do Źródła.

Autorka

Wprowadzenie

Ta książka to kolejna publikacja poświęcona syntezie — a więc łączeniu w całość nie tylko problemów medycznych, ale przede wszystkim samego człowieka. Po latach rozdzielania go na czynniki pierwsze nie da się już tak dalej postępować. Traktując pacjenta jako zbiór odseparowanych elementów, gubimy jego istotę i niszczymy strukturę jedności.

Ludzkiego organizmu nie można dzielić na pojedyncze objawy i specjalizacje; należy pokazywać sieć wzajemnych zależności. Dostrzegam nie tylko sam problem medyczny, ale również sytuację pacjentów, którzy krążą między specjalistami, nie otrzymując spójnego obrazu własnego zdrowia.

Swoje książki oparłam na własnym doświadczeniu, na pytaniach, które nieustannie mnie prowadzą, oraz na konkretnych lukach, jakie dostrzegałam przez lata. Wynikają one zarówno z braku „edukacji o sobie na przestrzeni życia”, jak i z traktowania człowieka jako zbioru odrębnych bytów: narządów czy układów. Te niepołączone ze sobą elementy uczyniły z nas przedmiot eksploracji sam w sobie, zamiast części większego systemu — spójnej całości duszy i ciała.

W tej konkretnej pozycji odniosę się do zjawiska, które od lat obserwuję u siebie i które dzięki temu mam pod stałą kontrolą. Kiedy jednak zgłaszam te symptomy specjalistom, nie otrzymuję konkretnej odpowiedzi, a jedynie propozycję kolejnego dysocjowania mnie na części. Zaczyna się proces zlecania kolejnych badań, które krok za krokiem gubią odniesienie do mnie jako całości — w tym do moich przeżyć i mojej historii. To właśnie historia naszego życia napędza psychiczne doświadczanie rzeczywistości, a ono bezpośrednio zmienia profil biochemiczny organizmu.

Mamy do czynienia z zaklętym kręgiem: psychika wpływa na układ nerwowy, ten na poszczególne narządy i układy, a wszystko to przekłada się na parametry funkcjonowania organizmu badane laboratoryjnie. Zaczęłam go analizować od własnego pytania: co właściwie dzieje się z moim organizmem, skoro przewlekłe zmęczenie nie daje się łatwo wyjaśnić? Szybko zauważyłam, że podobny schemat od lat powtarza się u wielu innych ludzi.

Obserwując swoją historię chorowania i proces stawiania diagnoz (o ile w ogóle udawało się je w gabinecie uzyskać), dostrzegłam, że masa objawów krąży między wieloma jednostkami chorobowymi. Diagnoza rozpościera się niczym pajęczyna między drzewami i rzadko ogląda światło dzienne. Zwykle pozostaje w sferze podejrzeń, przy okazji pojawia się pomysł na kolejne badanie, a ostateczne rozpoznanie oddala się w nieskończoność.

Wynika to z faktu, że w medycynie wytworzył się proceder jednostronnego zadawania pytań, ukierunkowany na odpowiedzi według schematu myślenia o „części”, a nie o całości. Brakuje przestrzeni na wypowiedź pacjenta, na jego opis przeżywania choroby oraz powiązanie jej z własnym sposobem myślenia i emocjami. Pacjent reaguje przecież nawet na konkretne uwagi lekarza, takie jak: „to może się przekształcić w coś groźnego!”. I w tym momencie człowiek zostaje ukierunkowany na „najgorsze” — pojawia się strach przed chorobą, unikanie, a w efekcie przestawienie metabolizmu na tryb przetrwania, czyli reakcję „walcz albo uciekaj”.

To już kolejna książka z serii moich syntez. Dotyczy ona poszukiwania coraz głębszych połączeń między objawami, aby dotrzeć do głównego nurtu płynącego między nimi — niczym rozwidlenie rzeki, która penetruje grunt i dociera do najdalszych zakątków lądu. Ten nurt przypomina rozgałęzienia układu nerwowego w organizmie, który przesyła impulsy do wszystkich narządów i tkanek.

Mam tę wyjątkową okazję, by od dziesięcioleci być obserwatorką samej siebie. Na mojej drodze zawodowej najpierw poznałam fizjologię, a potem zaczęłam zgłębiać ludzką psychikę. Trudne doświadczenia z dzieciństwa, które miały miejsce między 2. a 8. rokiem życia, wryły się głęboko w moją sferę reagowania na sytuacje stresowe. Tym samym zaczęły odbijać swoje ślady także w moim fizycznym ciele i biochemicznym metabolizmie.

Emocje, które są energią w ruchu (e-motion), stanowią pierwszą i fundamentalną reakcję stymulowanego przez nie układu nerwowego. Jeśli nie zostaną odreagowane w odpowiednim czasie, miejscu i w odpowiedni sposób, mają ogromną tendencję do zatrzymywania się w ciele niczym depozyty energetyczne. Gromadzimy w sobie zasoby — niczym w banku — które jako energia utrzymywana przez lata generują konkretne, fizyczne skutki. O tym pisałam już w wielu książkach, a teraz podsumuję to w szerszym kontekście: zarówno indywidualnym, jak i globalnym, odnoszącym się do współczesnej populacji.

W swoich opisach korzystam przede wszystkim z własnego doświadczenia, przedstawiając kliniczny obraz swojego indywidualnego przypadku. Niemniej jednak, ponieważ od 30 lat zajmuję się człowiekiem jako całością, włączam w te opisy także wiele przypadków moich klientów, z którymi pracowałam w ramach mojej praktyki Psychosyntezy — psychologii z duszą.

Chcę jeszcze raz wyraźnie podkreślić: nie zajmuję się leczeniem. Pomagam każdej osobie odnaleźć własne drogi na przestrzeni życia i znaleźć rozwiązania problemów, które z czasem zaowocowały konkretnymi skutkami. Skutki te dotyczyły zarówno sfery zewnętrznej — relacji partnerskich czy problemów wychowawczych — jak i osobistych, wewnętrznych doświadczeń, które po latach przyniosły problemy ze zdrowiem fizycznym.

Moim głównym obszarem zainteresowania są choroby autoimmunologiczne. Są one bardzo mocno związane z tym, co wydarzyło się w moim życiu. To wręcz modelowy przykład opisu naukowego, jako że od ponad 50 lat jestem naukowcem z pasji. Ten indywidualny przykład wyraźnie pokazuje, jaki wpływ na jakość naszego dorosłego funkcjonowania ma dzieciństwo i jakie problemy zdrowotne stają się później naszym udziałem.

Ta książka stanie się właśnie taką syntezą. Pokaże drogi ujawniających się patologii i konsekwentne ich pączkowanie w sytuacji, gdy pierwotne przyczyny nie zostały należycie „zaopiekowane”. Problem ten nie dotyczy wyłącznie nas osobiście — jest ewidentny w całej współczesnej populacji, która działa jak lustro odbijające to, co wynieśliśmy z najwcześniejszego okresu naszego istnienia.

Zapraszam więc gorąco do kolejnych rozdziałów. Krok za krokiem ukażę w nich drogę od zdrowego urodzenia, przez przewlekłe i postępujące choroby autoimmunologiczne, aż po ujawnienie się syndromów, które choć są już wyraźnie widoczne w społecznym zwierciadle, wciąż stanowią coraz bardziej niezrozumiały problem dla współczesnej medycyny.

Otoczenie jako lustrzane odbicie w wewnętrznym świecie dziecka

Na wstępie rozpocznę od fundamentalnych informacji, które pomogą zrozumieć, że wszystko krąży wszędzie i że nasz organizm, otoczenie oraz relacje są ze sobą ściśle powiązane.

Dr Niki Gratrix w trakcie jednego z webinarów konferencji pt. Microbiome Masterclass w 2017 roku zaprezentowała konieczność rozwiązywania problemów emocjonalnych i zalegających przez lata traumatycznych doświadczeń. Powinny być one rozwiązywane już w okresie dzieciństwa, kiedy powstały, aby nie przechodziły na całe życie dorosłej osoby i nie były przekazywane na kolejne pokolenia.

Emocjonalne traumy kodują się w pamięci komórkowej ciała jako zamrożona energia negatywnych przeżyć, do których zwykle nikt nie zagląda, ponieważ bolą. Tymczasem właśnie one, związane z fizyczną, psychiczną bądź seksualną przemocą, odrzuceniem czy zdeptaniem poczucia godności dziecka, prowadzą w wieku dorosłym do depresji i przewlekłych chorób. Wśród nich dominują choroby autoimmunologiczne, takie jak choroba Hashimoto, reumatoidalne zapalenie stawów, fibromialgia czy cukrzyca. Dotyczą one zwykle kobiet, choć nie ograniczają się tylko do nich.

Emocje grają bowiem ważną rolę w aktywności układu odpornościowego. Będąc energią w ruchu (e-motion), w tym przypadku osłabiają jego funkcjonowanie. Mają wpływ nie tylko na równowagę między dopaminą a adrenaliną, ale pobudzają struktury mózgowe do produkcji neuroprzekaźników i hormonów (takich jak kortyzol czy insulina). Podwyższają poziom histaminy, wpływają na układ GABA, wywołując poczucie mgły mózgowej, nieustanny niepokój, ale także potrzebę objadania się. Tym samym powodują stan nazywany „brainbiome” — stan zapalny mózgu — i mogą prowadzić do chorób neurodegeneracyjnych, jak Parkinson i Alzheimer.

Tak więc nierozwiązane problemy emocjonalne manifestują się w fizycznych chorobach i przechodzą na kolejne pokolenia. Mówi się więc coraz częściej o psychologicznych przyczynach mających swoją manifestację w parametrach biochemicznych.

A teraz w telegraficznym skrócie wrócę do mojego dzieciństwa i jego odbicia w tym, co zaczęło się dziać w moim organizmie na przestrzeni lat, oraz w wymuszonym przez nie leczeniu zaistniałych problemów.

Urodziłam się zdrowa, w domu, pod opieką położnej. Z najwcześniejszego dzieciństwa nie pamiętam szczegółowo konkretnych sytuacji. Natomiast moje ciało dokładnie zapamiętało odczucia z tego okresu.

Był listopad, tuż po moich drugich urodzinach, gdy mrok tamtego wieczoru odbił się głębokim piętnem w całym moim ciele „na całe życie”. Był to paniczny, wręcz atawistyczny strach przed utratą życia, niczym odebranie oddechu. Wtedy to zabrano mego ojca, podejrzanego o działania przeciw komunistycznej Polsce — a tak naprawdę o działania dla odzyskania niepodległości. To drugie uznano jednak dopiero po latach, wtedy, gdy nie było go już na świecie. Ta pierwsza państwowa decyzja wryta została we mnie, aby ciało zapamiętało ją na zawsze. Taka była wtedy bowiem rzeczywistość — zdeptać godność człowieka do spodu, do samej istoty jego istnienia. Tymczasem to właśnie w niej kryje się jego duchowa tożsamość.

Emocje puszczone na żywioł

W trakcie wczesnego okresu życia dziecko konfrontowane jest z całą paletą własnych doznań. Uczy się ich odróżniania i kontrolowania. Z reguły nie dochodzi do ekstremalnych sytuacji, kiedy to stawiane jest w okolicznościach dramatycznych — i to dzień po dniu. W moim życiu tak właśnie się wydarzyło, przez co nie tylko nie miałam kiedy ich wyrażać, ale tym bardziej uczyć się nad nimi panować. Nie było też nikogo, kto mógłby dać mi troskę, wyjaśnić cokolwiek czy zaopiekować się mną, by ukoić mój codzienny strach. Musiałam go połknąć i zatrzymać w sobie.

Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że przechowuję depozyty energetyczne, które niszczą wszystko, nie wybierając jakichkolwiek priorytetów. Tak więc zapracowywałam na życie i choroby tym, czego nie mogłam odreagować, a co jednocześnie powodowało specyficzne dla dziecka „bóle brzuszka”.

Miałam więc w sobie — niczym w banku — zasoby na całe życie. Niestety, nie były to zdrowe zapasy, budujące jakość mojego istnienia, a wprost przeciwnie: coś, co od zarania moich dziejów niszczyło już od podstaw fundamenty, na których miałam wyrosnąć. I tak wzrastałam w atmosferze strachu i terroru, a on robił swoje energetyczne porządki wewnątrz mnie samej.

Ówczesna medycyna, mimo że skupiona na dziecku, była jednak objawowa. Lekarkę interesowały moje bóle żołądka, choć nie przywiązywała żadnej wagi do ich pochodzenia, a raczej tylko do samych skutków. Stosowany wtedy żel aluminiowy miał w zasadzie stać się ochroną moich śluzówek w tej części przewodu pokarmowego, jednakże nie leczył przyczyny jego codziennego zasilania. A prowokatorem tej sytuacji był paniczny strach, przeżywany dzień po dniu.

I tak dotrwałam do 12. roku życia, gdy po raz kolejny znalazłam się w szpitalu dziecięcym. Tam zajęto się moją gruntowną inspekcją i wtedy, nie znajdując żadnych zmian narządowych, po raz pierwszy sformułowano rozpoznanie: nerwica wegetatywna. Było to dokładnie 68 lat temu.

Państwo doktorstwo: moje obecne gratulacje! To było dobre rozpoznanie kierunkowe, choć w tamtych czasach nic się pod nim nie kryło pod kątem jakiegokolwiek leczenia. Nadal więc piłam żel aluminiowy i przykładałam do bólu własne dłonie.

Jeśli kierunek — to dokąd on prowadzi?

I tak, mając już wyznaczony kierunek pod względem medycznym, moje „zaopatrzenie” na dalszą drogę nie zyskało wiele w związku z leczeniem codziennych dolegliwości. W tym nastoletnim okresie skupiałam się na dojrzewaniu, a ponadto byłam zajęta nauką w szkole i wreszcie egzaminem dojrzałości. Mimo delikatnej postury moja psychika jakoś się trzymała, aby przetrwać ten trudny czas dla nastolatki tak doświadczonej u zarania swego życia. Dokonałam wtedy wyboru studiów, a następnie, jeszcze przed ich ukończeniem, dostałam propozycję pozostania na uczelni. To było coś, co wyryło we mnie drogę na całe życie — badania w nauce, ale i poza nią, aby zgłębiać to, dlaczego choruję. Nie było to jednak podejście powierzchowne, typu stosowanego u mnie żelu aluminiowego na głęboką ranę psychiki. Szukałam konsekwencji nie tyle w samym leczeniu, ile w powrocie do utraconej wewnętrznej harmonii — co w medycynie nazywane jest homeostazą. Ja sięgałam głęboko w psychikę.

Po latach poznawania mechanizmów biochemicznych poczułam, że dotarłam do spodu tego, co wyznaczono w tej dziedzinie wiedzy, ale nie znalazłam tam niczego, co odpowiadałoby na moje pytania. To było dno, do którego dotarłam po 25 latach. Wydawało się, że już więcej nic mnie nie czeka i nie znajdę niczego, co byłoby panaceum na moje zdrowotne problemy.

Tego dnia leżałam na sofie i robiłam jedno z ćwiczeń Psychosyntezy menedżerskiej i organizacyjnej. I wtedy, w tym konkretnym momencie, uświadomiłam sobie, że z dna widać tylko niebo. Stamtąd rozpościera się widok do góry.

Dotarło do mnie, że jestem prowadzona jak na sznurku i zaopiekowana, aby podążać za swoją prawdą. To było przewodnictwo z góry. A przede wszystkim otwierał się inny poziom mnie samej, nazwany potem przeze mnie „immunologią duszy”. Potrzebowałam bowiem szczególnej odporności na ten okres życia, znacznie przekraczającej dotychczasowe paradygmaty nauki, a nadającej sens własnemu istnieniu i artykułowaniu swojej prawdy.

Wkraczałam powoli w 50. rok mojego istnienia, a tak naprawdę w okres przełomu. Biologia odchodziła w przeszłość, aby otworzyła się przyszłość zbudowana na doświadczeniach z minionego okresu — po to, by zrozumieć je w znacznie szerszej perspektywie.

Pięć tematów, a może i więcej — jeden korzeń

Tematy, którymi się obecnie zajmę, wywodzą się z moich diagnoz zbieranych przez lata. Te z kolei dojrzewają w kolejne, jeszcze wiszące w powietrzu, ale coraz bardziej realne rozpoznania. Dla mnie są one tylko jak szyld na bramie, gdyż nie stanowią powodu do strachu, a raczej podsumowanie życiowego doświadczenia — pewną syntezę syntez dokonywanych przez lata.

Ostatnio wypracowałam bowiem dla siebie „paszport wstępu” do gabinetu lekarskiego. Kładę wtedy na biurku kartkę z moją życiową drogą: od zgłębiania fizjologii, przez diagnostykę, aż po leczenie, opisaną w telegraficznym skrócie. Wskazuję tam również kierunek ewentualnych poszukiwań do potwierdzenia przez specjalistów. Jest to mój glejt do rozmowy, aby nie zbaczać na manowce i nie deprecjonować drogi, którą podążam. Dokonałam przecież przez lata podsumowania moich badań oraz uzyskanych wyników i możemy teraz, jako partnerzy, podjąć kolejny krok. Dla mnie jest to bilans wieloletnich obserwacji klinicznych „na sobie”, które od lat potwierdzają zbierane dane.

W dalszej części tego rozdziału opiszę dysautonomię, fibromialgię, zespół Sjögrena, tachykardię, rozstrzenie oskrzeli oraz przewlekły nieżyt przewodu pokarmowego, aby pokazać to, co je łączy. Z racji mojej własnej historii i zgłębiania jej znaczenia, przywołam tu ujawniane chronologicznie diagnozy, aby potem dokonać kolejnych syntez.

Najbardziej uderzające jest podobieństwo między historią z fibromialgią sprzed 20 lat a tym, co obserwuję dzisiaj: objaw jest realny, pacjent cierpi, ale ponieważ mechanizm nie mieści się łatwo w jednej specjalizacji, problem zostaje przesunięty do psychiatrii. I wtedy, zamiast pytania: „co dzieje się w całej sieci regulacyjnej organizmu?”, pojawia się pytanie: „co jest nie tak z psychiką?”.

A przecież właśnie tutaj wyłania się mój bardzo charakterystyczny sposób patrzenia: nie przeciwstawiać psychiki ciału, tylko zobaczyć ich połączenie. To jest zupełnie coś innego — to, co znajduje się na styku realnego doświadczenia, z którym powinna skonfrontować się współczesna medycyna, widząca w pacjencie całą istotę.

Kilka dni temu skontaktowała się ze mną pewna pani, która znalazła mnie niedawno w Internecie. Mogła przecież porozumieć się przez stronę internetową czy po prostu e-mail, jednak ona chciała usłyszeć mnie bezpośrednio. To, czego dowiedziałam się, słuchając jej, odzwierciedlało ten sam schemat sprzed niemal 20 lat: skierowanie do psychiatry i leczenie, jakie zaordynowano mi w tamtych czasach.

Ta rozmowa z kobietą, która zadzwoniła po książki o fibromialgii, jest niezwykle wymowna. Jej zdanie: „Bóg mi Panią przysłał” pokazuje, jak bardzo ludzie szukają kogoś, kto nie powie im kolejny raz: „to nic takiego” albo „proszę iść do psychiatry”, tylko dostrzeże ich doświadczenie i spróbuje zrozumieć wzajemne powiązania.

W międzyczasie napisałam kolejną książkę, bardzo istotną dla każdego pacjenta, który nie znajduje zrozumienia w obowiązującym systemie lecznictwa. Publikację tę dedykowałam poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, co łączy objawy, które współczesny system rozdziela między różnych specjalistów.

Dysautonomia oraz kilka innych wyjątkowo popularnych diagnoz, obecnych niemal na porządku dziennym we współczesnych czasach, mogą być bardzo dobrym punktem wyjścia do opowieści, którą właśnie prezentuję. Potraktuję ją jako jeden z elementów większej sieci, a nie jako kolejną, nową etykietę diagnostyczną. Jej wartością będzie coś innego: łączenie tego, co zostało rozdzielone.

„Zobaczcie więcej” — czyli nie zatrzymujcie się na objawie, nazwie choroby ani na jednej specjalizacji. „Zobaczcie to, co jest pomiędzy” — czyli relacje, zależności, przejścia, wspólne mechanizmy, wpływ jednego układu na drugi, a także doświadczenia człowieka, które nie mieszczą się w pojedynczej rubryce diagnostycznej.

I dlatego moja własna droga ma tutaj kluczowe znaczenie: immunologia → medycyna → psychosynteza → praca z ludźmi → własne doświadczenia choroby → obserwowanie innych ludzi → ponowne składanie tego w całość. To nie jest przypadkowy zbiór zainteresowań. To jest właśnie droga syntezy.

Można by nawet powiedzieć, że moje ostatnie książki mają wspólny podtytuł, którego nie trzeba dosłownie drukować: „Zobaczcie to, co jest pomiędzy”.

Dysautonomia bardzo naturalnie wpisuje się w ten kierunek. Każda kolejna informacja uruchamia bowiem u mnie połączenie z czymś, co już wiem. Ta książka będzie się tworzyła nie przez „dokładanie faktów”, lecz przez odkrywanie mapy połączeń.

Zanim jednak przejdę do tego wątku, muszę wyjaśnić coś najbardziej istotnego, według czego dokonywałam syntezy. I tu wprowadzę wątek Psychosyntezy — psychologii z duszą.

Psychosynteza jako fundament

Od 30 lat specjalizuję się w psychosyntezie, po wcześniejszych 25 latach pracy w naukach medycznych, głównie w immunologii i diagnostyce klinicznej. Psychosynteza to psychologia całego człowieka — jego wszystkich sfer funkcjonowania oraz połączenia ciała i duszy. Została stworzona przez włoskiego lekarza, dr. Roberto Assagioli, i obroniona w 1910 roku na uniwersytecie jako kontynuacja psychoanalizy, wprowadzająca jednak do niej aspekt duchowy. Nie dotyczy to religii, lecz sfery psyche — z greckiego: dusza, sfera duchowa. Tym obszarem nie zajmuje się niestety nauczana w Polsce psychologia, choć psychosynteza i psychologia transpersonalna są wykładane w różnych ośrodkach akademickich na świecie. Jestem w Polsce jej pionierką i wprowadziłam hasła dotyczące psychosyntezy do Encyklopedii Pedagogicznej XXI wieku. Jestem też wymieniona w amerykańskiej historii psychosyntezy wydanej w 2010 roku. O tej dziedzinie napisałam już kilka książek, więc tutaj przywołam jedynie zastosowanie, jakie nadałam jej we własnym życiu.

Praktykując psychosyntezę na sobie, uświadomiłam sobie najważniejszą tendencję, która nam, jako jednostkom, jest wmuszana od zarania naszych dziejów — zarówno w wychowaniu, na wielu szczeblach edukacji, jak i w leczeniu. Jesteśmy traktowani jak pojedyncze części: osobno ciało, osobno sfera duchowa, a w medycynie — każdy narząd z osobna. Nasz sposób myślenia stał się redukcjonistyczny, ukierunkowuje nas na izolowane elementy, a nie na całość. Z tego powodu nie możemy znaleźć odniesień do całości ani w sobie, ani w otoczeniu, ani w opiece medycznej. Leczony jest nasz objaw, zamiast obserwowania nas jako cierpiącego człowieka.

Tymczasem rozczłonkowanie na coraz drobniejsze cząstki spowodowało utratę obrazu całości, a teraz trzeba ją ponownie złożyć. Niewielu jednak tego doświadcza, bo dominujący sposób myślenia rozkłada nas na czynniki pierwsze, nie składając ich z powrotem.

Ja po prostu składam człowieka w całość. Nie dodaję wiedzy specjalistycznej, nie zgłębiam choroby jako takiej, bo nie to jest moim zadaniem. Jestem osobą, która widzi połączenia między tym, co specjaliści dostrzegają wyłącznie osobno.

Nie konkuruję z neurologiem, endokrynologiem, immunologiem czy kardiologiem w zakresie ich szczegółowej wiedzy. Moją rolą jest zrobić coś innego. Odpowiedzieć na pytanie: „Co oni widzą osobno — a co się dzieje pomiędzy?”.

To właśnie jest oś mojej książki, a nawet szerzej — charakterystyczna cecha mojego pisania. Moja specjalizacja to widzenie połączeń.

Dla jasności pokażę to w punktach:

— Jeden specjalista widzi swój układ.

— Drugi specjalista obserwuje swój.

— Trzeci dostrzega kolejny objaw.

Zamykają się oni w swoich przestrzeniach, budując struktury pasujące do tego, czym się akurat zajmują. Bywa, że oddalają się od siebie, choć czasem także nieświadomie przybliżają. Chcą jednak zachować swoje status quo, dlatego nie komunikują się ze sobą. Ja tymczasem pytam: co ich i co te układy łączy?

— Co dzieje się pomiędzy układami?

— Co powtarza się w różnych chorobach?

— Gdzie przebiegają wspólne mechanizmy?

— Czego nie widać, kiedy patrzymy wyłącznie przez pryzmat jednej specjalizacji?

I dlatego moje określenie „zobaczcie więcej oraz to, co jest pomiędzy” jest znacznie trafniejsze niż „synteza wiedzy specjalistycznej”. To nie jest moja funkcja.

Ja tworzę mapę połączeń. Dla mnie takim naturalnym koordynatorem mógłby być lekarz internista, który ma szerszą wiedzę o całości, a przynajmniej o jej części fizycznej.

Tak — i właśnie to, „co łączy”, powinno być punktem wyjścia, a nie założeniem, że już dziś trzeba znać wszystkie elementy tej mapy.

Dysautonomia, fibromialgia i zespół Sjögrena mogą być trzema „wejściami” do obserwowania tego samego człowieka z różnych stron. A jeśli w trakcie pracy pojawi się czwarty, piąty czy kolejny element, który zacznie się logicznie łączyć z pozostałymi, nie trzeba go na siłę wykluczać tylko dlatego, że nie było go w pierwotnym planie.

To zresztą bardzo pasuje do mojego sposobu pracy: najpierw pojawia się pytanie, potem informacje zaczynają się układać, a dopiero z tego wyłania się całość.

I zrobię jedną rzecz od samego początku: nie napiszę rozdziału wyłącznie „o dysautonomii, fibromialgii i Sjögrenie”. Zostawię sobie otwartą przestrzeń na odkrycie, co rzeczywiście jest wspólnym mianownikiem i co łączy jeszcze inne diagnozy czy objawy.

Dzięki temu ta książka będzie mogła przekazać coś znacznie ciekawszego. Nie: „oto trzy choroby”, tylko: „oto trzy różne nazwy — zobaczmy, co znajduje się pomiędzy nimi”. Co je łączy? A może jest coś więcej? To jest dokładnie moje miejsce.

Ja nie diagnozuję. Robię coś wcześniejszego: nazywam możliwość, którą pacjent może następnie zweryfikować z lekarzem.

W praktyce wygląda to tak:

Pacjent ma zestaw objawów → nie wie, jak je połączyć → ja pokazuję możliwe połączenie → pacjent zyskuje punkt zaczepienia → lekarz otrzymuje konkretniejszy kierunek do rozważenia i zbadania → lekarz stawia albo wyklucza diagnozę.

To jest zupełnie inna funkcja niż diagnozowanie.

I właśnie dlatego irytuje mnie „nadwrażliwość” niektórych specjalistów. Jeżeli pacjent mówi: „Zastanawiam się, czy moje objawy mogą mieć związek z dysautonomią; czy warto to sprawdzić?”, to nie oznacza przecież: „Stwierdziłam u siebie dysautonomię i oczekuję, że pan/pani ją potwierdzi”.

A jednocześnie istnieje druga strona, którą zauważam na forach: pacjent bez nazwy problemu może latami krążyć po systemie, ponieważ nikt nie połączył jego objawów w jeden wzorzec. To jest ewidentnie mój przykład. Na żadnym zaświadczeniu do innego specjalisty nie mam wpisanych konkretnych diagnoz, tylko kierunki. Czyli te diagnozy tak naprawdę nigdy oficjalnie nie zaistniały. Żaden lekarz przez 70 lat nie powiedział ostatniego słowa.

I tutaj właśnie pojawia się moja rola: nie daję diagnozy, daję język — punkt zaczepienia, którym można zapytać o własny problem.

„Punkt zaczepienia” dokładnie opisuje funkcję moich książek o chorobach. Nie zastępuję lekarza — pomagam pacjentowi dotrzeć do lekarza z lepiej sformułowanym pytaniem.

Inaczej mówiąc, w nowej książce bardzo wyraźnie oddzielę trzy rzeczy:

— Obserwację — „mam takie i takie objawy”.

— Hipotezę / możliwe połączenie — „czy może istnieć wspólny mechanizm?”.

— Diagnozę — którą pozostawia się lekarzowi i odpowiednim badaniom.

To pozwala mi zachować dokładnie to, czym się zajmuję: widzenie połączeń bez uzurpowania sobie prawa do diagnozowania.

I paradoksalnie właśnie dlatego moja książka może być dla pacjenta tak użyteczna. Nie mówi mu „masz tę chorobę”, tylko „oto pojęcie, którego być może warto użyć, aby rozpocząć właściwą rozmowę i właściwe poszukiwania”.

Dlatego rozróżnienie między „wskazaniem kierunku” a „stawianiem diagnozy” jest dla mnie tak ważne.

Ja nie mówię: „mam zespół Sjögrena”. Opisuję w istocie: mam konkretny objaw — wysychanie błon śluzowych — i w związku z tym chciałabym sprawdzić określony kierunek diagnostyczny.

Ostatnio jedna z lekarek wybrała inny kierunek. Miała do tego prawo, ale problem pojawił się wtedy, gdy wynik nie wniósł niczego nowego do poszukiwania przyczyny, a następny krok również nie został wykonany. W efekcie pacjent pozostaje dokładnie w tym samym miejscu.

I to jest chyba jeszcze ciekawsze dla powstającej książki niż sama historia choroby. Mogę bowiem pokazać mechanizm:

Pacjent → obserwuje objaw → próbuje połączyć go z innymi symptomami → proponuje możliwy kierunek → specjalista wybiera inny kierunek → badanie wychodzi prawidłowe → poszukiwanie wraca do punktu wyjścia.

A pacjent traci czas oraz, niestety, coraz częściej pieniądze, gdyż musi zapłacić sam za kolejne badania.

Jednocześnie trzeba tutaj zachować tę granicę, którą bardzo dobrze widzę: prawidłowa zonulina nie wyklucza celiakii, a objawy i badania mają swoje ograniczenia. Tak samo wysychanie błon śluzowych nie oznacza automatycznie zespołu Sjögrena. Dlatego właśnie nie chodzi o to, żeby pacjent „miał rację zamiast lekarza”. Chodzi o coś znacznie bardziej konstruktywnego:

„Mam taką obserwację. Czy ten kierunek diagnostyczny ma sens? Jeśli nie — dlaczego? Co jeszcze powinniśmy sprawdzić?”

I wtedy pacjent uczestniczy w procesie, zamiast być jego biernym przedmiotem. To jest bardzo bliskie temu, co od lat robię: uczę człowieka zadawać lepsze pytania. Nie odpowiadam na wszystkie pytania medyczne. Pomagam mu zobaczyć, jakie pytanie w ogóle warto zadać.

Pacjent ma coś, czego lekarz nie może mieć: ciągłą obserwację własnego organizmu i własnej historii. Lekarz ma natomiast wiedzę medyczną, doświadczenie kliniczne, możliwość badania i diagnostyki. Te dwa rodzaje wiedzy powinny się spotkać, a nie walczyć ze sobą czy się wykluczać.

Dysautonomia, fibromialgia, zespół Sjögrena, niedoczynność tarczycy, tachykardia, rozstrzenie oskrzeli, przewlekły nieżyt przewodu pokarmowego: o czym będzie ta książka?

W tym obszernym rozdziale przywołam objawy poszczególnych jednostek chorobowych. Spojrzę na nie jednak nie tylko z poziomu fizyczności — poobserwuję je znacznie głębiej, bo to moja domena od lat badana „na sobie”. Pokażę nie tyle opisy książkowe, ile moje własne refleksje, oparte na osobistej historii.

Zacznę od fibromialgii, bo ona jest dla mnie wyjątkowo ważnym przykładem całościowego oddziaływania na organizm. Pokazuje skutki obecne w ciele, które odkryłam, obserwując jej objawy, ale i drogę powrotną do zdrowia na własnym przykładzie. Jestem obecnie 19 lat po jej ujawnieniu i 17 lat po powrocie do zdrowia, który osiągnęłam, bazując na własnej drodze odkrywania przyczyn.

Fibromialgia

Szacuje się, że fibromialgia dotyczy 2–8% populacji. Kobiety są dotknięte nią dwukrotnie częściej niż mężczyźni. Przypuszcza się, że może ona pozostać niezdiagnozowana u co najmniej 75% dotkniętych nią osób. Diagnozuje się ją jednak w krajach zachodnich i Stanach Zjednoczonych znacznie częściej niż w Polsce. Jeszcze około 20 lat temu był to temat niemal nieznany wśród reumatologów, w tym akademickich.

Fibromialgia uważana jest za niesprawność charakteryzującą się przewlekłym, uogólnionym bólem i zwiększoną reakcją bólową na ucisk, a także zmęczeniem, problemami ze snem i z pamięcią. Niektóre osoby zgłaszają również zespół niespokojnych nóg, problemy z jelitami (zespół jelita drażliwego) lub pęcherzem (nietrzymanie moczu), a także drętwienie i mrowienie.

Wrażliwość

W fibromialgii osoby są szczególnie wrażliwe na dźwięki, hałas, jaskrawe światło, jak też na obecność różnych drażniących substancji w bieliźnie, kosmetykach, powietrzu, meblach czy np. na smog elektromagnetyczny (telefony, laptopy), co objawia się zaburzeniami dermatologicznymi. Nasilają się objawy świądu skóry, uczucie palenia czy podrażnienia bez zaczerwienienia. Najmniejszy nacisk na skórę może wywołać ból. Niektóre osoby są również wrażliwe na zmiany temperatury, jak i nadmierne zatłoczenie i konieczność konfrontacji z innymi ludźmi.

Mimo że w klasycznym podejściu została uznana za chorobę, niektórzy lekarze i ośrodki uważają ją za zespół napięciowy, niewywołujący szczególnych zmian w podstawowych (zwykle badanych) parametrach biochemicznych ciała, lub wywołujący tylko zmiany przejściowe.

Fibromialgia często wiąże się z depresją, lękiem i zespołem stresu pourazowego (PTSD). Występują również inne rodzaje przewlekłego bólu, pojawiające się w określonych miejscach w ciele. Inne objawy mogą obejmować przedłużone skurcze mięśni, osłabienie kończyn, ból nerwów, kołatanie serca i czynnościowe zaburzenia jelit.

Punkty spustowe (czułe), punkty tkliwości

„Punkty czułe” na ciele są cechą przypisywaną często fibromialgii, gdyż osoba czuje ból, gdy są one naciskane. Punkty te mogą być umiejscowione z tyłu głowy, na łokciach, ramionach, kolanach i biodrach. Istnieje 18 takich możliwych punktów czułych.

Mgła fibro (fibro fog)

Wiele osób doświadcza dysfunkcji poznawczych (znanych jako „fibro fog”), które mogą wynikać z upośledzenia koncentracji, problemów z krótko- i długotrwałą pamięcią, jak też z paraliżu w działaniu (rodzaju zagubienia, poznawczego przeciążenia, niemożności ruszenia z miejsca). Objawia się to niezdolnością do wykonywania kilku zadań w jednym czasie. Osoba czuje zamroczenie i trudności z zapamiętywaniem. Są to odczucia „włóknistej mgły”, która pojawia się w mózgu, jakby coś przeszkadzało w przesuwaniu się myśli. Odczucie to zostało nazwane od mgły, jakiej czasami doświadczają osoby z fibromialgią.

Przyczyny powstawania mgły fibro nie zostały nadal w pełni wyjaśnione, ale mogą mieć związek z bezpośrednim działaniem bólu na mózg lub brakiem tlenu w tkankach mózgowych.

Jelita

Zespół jelita drażliwego (IBS) może towarzyszyć fibromialgii, włączając w to takie objawy jak: bóle brzucha, wzdęcia, gazy i biegunki. Stan ten może mieć poważny wpływ na jakość życia codziennego, powodując niepokój i pogarszając stan fizyczny oraz psychiczny.

Przewlekły ból

Przewlekły ból określa się czasem jako ból mięśniowo-powięziowy. Chociaż fibromialgia jest klasyfikowana na podstawie obecności przedłużonego, rozpowszechnionego bólu, może być on zlokalizowany w konkretnych obszarach, takich jak stawy skroniowo-żuchwowe, barki, szyja, plecy na całym obszarze, biodra lub inne przestrzenie. Niektórzy lekarze wiążą jej objawy z reumatoidalnym zapaleniem stawów (u 20–30% osób) oraz układowym toczniem rumieniowatym.

HISTORIA

Termin „fibromialgia” został użyty do opisu tego rodzaju objawów dopiero w 1976 roku przez dr. P.K. Hencha. Wcześniej obok niego stosowano wiele innych nazw, w tym „reumatyzm mięśniowy”, „zapalenie włókniste”, „reumatyzm psychogenny” oraz „neurastenia”.

Nazwa ta została jednak wymyślona już wcześniej przez badacza Mohammeda Yunusa jako synonim zapalenia mięśni. Po raz pierwszy w publikacji naukowej zastosowano ją w 1981 roku, choć już w 1977 roku Smyth i Moldofsky opublikowali artykuł o podobnych objawach, używając określenia fibrositis.

Słowo „fibromialgia” pochodzi od łacińskiego fibra (włókno) oraz greckich słów myo (mięsień) i algos (ból). Termin ten dosłownie oznacza więc „ból mięśni i włóknistych tkanek łącznych”. W 1984 roku zaproponowano połączenie między fibromialgią a innymi pokrewnymi stanami. Z kolei w artykule z 1987 roku na łamach Journal of the American Medical Association użyto terminu „zespół fibromialgii”, określając ten stan jako „kontrowersyjny”. American College of Rheumatology (ACR) opublikował swoje pierwsze kryteria klasyfikacji fibromialgii w 1990 roku, choć nie są to ściśle kryteria diagnostyczne.

Przyczyna fibromialgii nie została jednoznacznie określona. Uważa się, że stanowi ona połączenie czynników genetycznych i środowiskowych. Czynniki środowiskowe mogą obejmować stres psychiczny, traumę oraz niektóre infekcje. Sam ból wydaje się wynikać z procesów zachodzących w ośrodkowym układzie nerwowym, a stan ten określa się jako „zespół centralnej sensytyzacji” (centralnego uczulenia).

Fibromialgia jest klasyfikowana jako zaburzenie przetwarzania sygnałów bólowych w ośrodkowym układzie nerwowym. American College of Rheumatology uważa ją za funkcjonalny zespół somatyczny, natomiast komisja reumatologów europejskich — za zaburzenie neurobiologiczne. Międzynarodowa Klasyfikacja Chorób (ICD) wymienia fibromialgię w sekcji „chorób układu mięśniowo-szkieletowego i tkanki łącznej” pod kodem M79.7 jako funkcjonalny zespół somatyczny, a nie zaburzenie psychiczne. Choć zaburzenia psychiczne i niektóre dolegliwości fizyczne często współistnieją z fibromialgią — szczególnie lęki, depresja, zespół jelita drażliwego i objawy przewlekłego zmęczenia — ICD stwierdza, że powinny być one diagnozowane oddzielnie.

Powstało jednak kilka hipotez wyjaśniających to zjawisko, w tym wspomniane „uczulenie centralne”. Teoria ta zakłada, że osoby z fibromialgią mają niższy próg bólu z powodu zwiększonej reaktywności wrażliwych na ból komórek nerwowych w rdzeniu kręgowym lub mózgu. Dane doświadczalne wskazują, że ból w tym zespole wynika przede wszystkim z nieprawidłowego funkcjonowania szlaków jego przetwarzania.

Stres uważa się za kluczowy czynnik wywołujący rozwój fibromialgii. Może ona współwystępować z zaburzeniami na tle chronicznego zmęczenia, zespołem stresu pourazowego (PTSD), zespołem jelita drażliwego (IBS) oraz depresją.

W przeglądzie systematycznym piśmiennictwa stwierdzono istotny związek między wystąpieniem fibromialgii a doświadczeniem przemocy fizycznej i seksualnej — zarówno w dzieciństwie, jak i w wieku dorosłym. Wykazano również, że uraz psychiczny bywa powiązany z FM, przy czym zależność tę wykryto także w zespole przewlekłego zmęczenia.

Niektórzy autorzy sugerują, że ponieważ wystawienie na stresujące warunki może trwale zmienić funkcję osi podwzgórze-przysadka-nadnercza (PPN), rozwój fibromialgii może wynikać bezpośrednio z zaburzeń wywołanych przewlekłym stresem oddziałującym na tę oś.

W kilku badaniach stwierdzono na przykład nieprawidłowości metaboliczne w obrębie struktur podwzgórza u osób z fibromialgią. Ponieważ ten obszar mózgu odgrywa zasadniczą rolę w utrzymaniu funkcji poznawczych, regulacji snu i percepcji bólu, sugerowano, że wspomniane zaburzenia mogą bezpośrednio odpowiadać za pojawienie się objawów chorobowych.

Jak wspominałam powyżej, podwzgórze oraz powiązany z nim czynnościowo hipokamp stanowią kluczowe części układu limbicznego — regionu, który reguluje emocje i przechowywanie pamięci długotrwałej, obejmującej całą przeszłą wiedzę i wszystkie życiowe doświadczenia.

Układ ten odgrywa ważną rolę w konsolidacji informacji z pamięci krótkotrwałej do długotrwałej oraz w pamięci przestrzennej, umożliwiającej nawigację wspomnieniami oraz lokalizację obiektów i ludzi. Ma to szczególne znaczenie w przypominaniu sobie bolesnych wspomnień i traumatycznych doświadczeń ukrytych w nieświadomości — często głęboko „zakopanych”, aby ich ponownie nie doświadczać, bo przecież „bolą”. W sytuacji, gdy wypłyną one na zewnątrz, właśnie ta pamięć przestrzenna pozwala na dokładne określenie miejsca i osób włączonych w dawne, traumatyczne zdarzenie. Wynika z tego, że nic nie może być w nas tak naprawdę ukryte, ponieważ „prawda jest zapisana” w strukturach organizmu i można ją dokładnie umiejscowić, ale także wyzwolić i uwolnić z ciała.

Struktury te są również zaangażowane w pamięć deklaratywną. Są to wspomnienia, które można wyrazić słowami, takie jak fakty i liczby. Autorzy kilku prac uważają, że istnieją co najmniej trzy powody dbania o te obszary mózgu: zakodowana w nich pamięć, ryzyko pojawienia się depresji przy ich zaniedbaniu oraz problemy z gospodarką estrogenową.

O fibromialgii wydałam już kilka książek. Odsyłam czytelnika do sięgnięcia po zamieszczone tam opisy w celu poszerzenia wiedzy, szczególnie że dotyczą one mojego własnego przypadku. Mimo że w świecie nauki stale nie ma zgody na zaliczenie jej w pełni do chorób z autoimmunoagresji, z mojego punktu widzenia — a przede wszystkim z praktyki na sobie, dogłębnej obserwacji i zastosowanych technik prowadzących do zdrowienia — fibromialgia jest ewidentnym przykładem właśnie tego rodzaju schorzenia.

Badania potwierdzające klasyfikację fibromialgii jako choroby z autoimmunoagresji wykazują w niej wyższe stężenie kortyzolu w osoczu, wyższy poziom hormonu ACTH i zwiększenie odpowiedzi na stres. Stanowi to silne potwierdzenie hipotezy o osłabieniu ujemnego sprzężenia zwrotnego osi PPN.

W fibromialgii obserwowano również nieprawidłowości w autonomicznym układzie nerwowym, zmienność rytmu serca (HRV) oraz problemy dotyczące układu odpornościowego. Były one podobne do tych spotykanych w przypadku przewlekłego zmęczenia oraz nawracających stanów zapalnych. Jedno z badań wykazało np. podwyższony poziom cytokin prozapalnych w fibromialgii, co może bezpośrednio zwiększać wrażliwość na ból i przyczyniać się do problemów z nastrojem. Stwierdzono również zwiększone stężenia niektórych interleukin.


KONTROWERSJE WOKÓŁ UZNANIA FIBROMIALGII ZA CHOROBĘ


Jako zaburzenie zdefiniowane stosunkowo niedawno i wciąż nie do końca poznane, fibromialgia nadal jest diagnozą, która bywa kwestionowana. Dr Frederick Wolfe, główny autor artykułu z 1990 roku, który po raz pierwszy zdefiniował wytyczne diagnostyczne dotyczące fibromialgii, stwierdził w 2008 roku, że nie jest ona chorobą, lecz fizyczną reakcją na depresję i stres. Z kolei w 2013 roku uznał, że „istnieje wiele czynników, które wywołują te objawy — niektóre z nich są psychologiczne, a niektóre fizyczne, i istnieją one na pewnym kontinuum”.

Podobne opinie wysuwają także inni członkowie społeczności medycznej, którzy nie uważają fibromialgii za chorobę z powodu braku zmian w badaniu fizykalnym oraz braku obiektywnych testów diagnostycznych.

Inaczej postrzegają to neurolodzy i specjaliści zajmujący się bólem, którzy widzą w fibromialgii dysfunkcję mięśni i tkanki łącznej, a także funkcjonalne nieprawidłowości w ośrodkowym układzie nerwowym. Reumatolodzy definiują ten syndrom w kontekście „centralnej sensytyzacji” — a więc zwiększonej reakcji mózgu na normalne bodźce przy jednoczesnym braku pierwotnych zaburzeń w mięśniach, stawach czy tkance łącznej. Z drugiej strony psychiatrzy często postrzegają fibromialgię jako rodzaj zaburzenia afektywnego, podczas gdy medycyna psychosomatyczna widzi ją jako zaburzenie somatoformiczne.

Wartość fibromialgii jako oddzielnej jednostki klinicznej pozostaje więc kwestią sporną, ponieważ żadna ostra granica nie rozdziela jej od takich zespołów jak zespół przewlekłego zmęczenia, zespół jelita drażliwego czy przewlekłe bóle mięśniowe.


FIBROMIALGIA JAKO ZESPÓŁ NAPIĘCIOWY WYNIKAJĄCY Z AUTOAGRESJI


Warto przyjrzeć się głębiej objawom charakterystycznym dla chorób z autoimmunoagresji, szczególnie tym dotyczącym sfery psychiki. Wiele z tych aspektów opisałam w książce „Fibromialgia — zrozumieć i pożegnać”. Tutaj powrócę do niektórych z nich, aby przywołać dowody na to, jak pewne zachowania i postawy wpływają na zaistnienie i utrwalenie się choroby w ciele.

Fibromialgia jest ściśle związana z lękiem, stresem, strachem, napięciem i perfekcjonizmem. Zdarza się to najczęściej u kobiet, które przez lata pozostawały samotne (także w dzieciństwie), jak również zostały obarczone w rodzinie — zarówno w domu rodzinnym, jak i potem we własnym — nadmierną odpowiedzialnością, bez poczucia duchowego oparcia czy przewodnictwa. Muszą one domyślnie stać się „głową rodziny”, niemniej mają poczucie, że nie są w stanie podołać nadmiernym obowiązkom, zrzuconym na nie przez otoczenie. Mogło się tak zdarzyć w okresie, gdy były dziećmi, a matka nie dawała sobie rady z codziennością (np. samotnie wychowując potomstwo, co zdarzało się po wojnie lub w innych okolicznościach, kiedy męża nie było w domu). W takiej sytuacji dziecko przejmowało na siebie obowiązki ponad swoje siły. Tego rodzaju sytuacje spotyka się też w opisach osób, które są potomkami niosącymi tego typu doświadczenia w swojej pamięci genetycznej.

Opisana powyżej nadmierna odpowiedzialność objawia się w ciele w postaci somatycznych przeciążeń, czyli napięć. Pojawia się narastający miesiącami, a następnie latami ból tkanek włóknistych: mięśni, ścięgien i powięzi. Osoba ta nie zdaje sobie sprawy, że pączkuje w niej niewypowiedziana złość i niezgoda, których nie ma odwagi wyartykułować, obawiając się reakcji rodziny czy partnera — reakcji, która w jej mniemaniu mogłaby być jeszcze bardziej dotkliwa. Może też nie mieć warunków do wypowiedzenia swojej skargi, bo brakuje wokół niej rozumiejącej osoby, lub — jeśli nawet ktoś taki jest — nie pojmuje procesów dziejących się w tym ciele przez dziesiątki lat.

Taka osoba cierpi więc w milczeniu, zaciskając zęby (co z czasem objawia się bólami w stawach skroniowo-żuchwowych). Narastające latami napięcie wywołuje coraz większe przeciążenia i chora wpada w błędne koło: coraz bardziej rozproszonych bólów, potęgującego się zmęczenia oraz strachu, że nie zdąży lub nie potrafi czegoś zrobić. To prowokuje negatywne myślenie o sobie, nasilające się, przygnębiające emocje, a w konsekwencji bezsenność i depresję.

Ten obraz psychicznych objawów ma swój bezpośredni rezonans w biochemii ciała, a ta prowadzi do fizycznych konsekwencji. Sporadycznie mogą pojawić się podwyższone parametry stanów zapalnych (takie jak białko ostrej fazy CRP, czynnik reumatoidalny czy OB).

Te fizyczne konsekwencje pogłębia dodatkowo nastawienie otoczenia, które nie rozumie tego, co kobieta przeżywa, jak i personelu medycznego. Lekarze, z braku skutecznych alternatyw dla farmakoterapii (która z powodu wysokiej wrażliwości pacjentki bywa nieskuteczna, a często wręcz szkodliwa), odsyłają ją do domu lub do psychiatry. Nie dają jej przy tym nadziei na poprawę, a tym bardziej na wyzdrowienie.

Tymczasem istnieje wiele użytecznych technik, na przykład rehabilitacyjnych. Wszystkie dotknięte problemem tkanki włókniste, mięśnie, ścięgna, więzadła i powięzi potrzebują bowiem głębokiego rozluźnienia.

Ten poziom pracy z ciałem nie jest jednak wystarczający do uzyskania pełnego uzdrowienia, a stanowi jedynie wstępny etap całego procesu. Potrzebne są kolejne narzędzia, w tym szczególnie psychologiczne, które można rozpocząć „od zaraz”. Tym sposobem nie tylko pomaga się pacjentowi w kolejnych etapach uwalniania napięć na głębszych poziomach (do czego sama praca manualna bywa za słaba), ale także dociera się do traumatycznych doświadczeń, w tym tych z dzieciństwa. Pozwala to uwolnić zablokowane emocje i stopniowo przywracać mechanizmy samoregulacyjne organizmu. Wiele z tych metod opisałam we wspomnianych już książkach; tutaj przywołuję te informacje skrótowo.

Niezwykle ważna dla osoby z fibromialgią jest świadomość, że przebaczenie ludziom, którzy ją porzucili lub obarczyli nadmierną odpowiedzialnością, mogłoby zdjąć z jej barków poczucie fizycznego przeciążenia (w tych miejscach odczuwa zwykle najsilniejsze bóle). Część z tego ciężaru ma bowiem charakter wyobrażeniowy i pochodzi z czasów dzieciństwa, kiedy ten mechanizm powstał.

Zazwyczaj osoba chorująca potrzebuje też konstruktywnej samotności. Ma ona bowiem nieustanne poczucie, że musi zasłużyć na miłość czy zainteresowanie, zrobić wszystko, co jej nakazano lub co sama wzięła na swoje barki. Nigdy nie myśli o sobie i o tym, co się w niej dzieje z powodu decyzji, które podjęła — decyzji o stałym „służeniu innym” w celu zaskarbienia sobie ich miłości i uwagi. Taka osoba, pracując ze sobą, musi w pierwszej kolejności poradzić sobie z lękiem przed opuszczeniem. Aby uzdrowić ten stan, potrzebuje przede wszystkim zadbać o siebie i postawić własne potrzeby na pierwszym miejscu. Ona tymczasem boi się być sama, dlatego potrzebuje świadomie skonfrontować się z własnym wewnętrznym poczuciem osamotnienia.

Osoby z fibromialgią były najczęściej w dzieciństwie opuszczone, zaniedbane fizycznie bądź psychicznie, pozbawione miłości, a także nierzadko doświadczały nadużyć seksualnych. Taka osoba w dorosłym życiu podświadomie szuka miłości ojca lub matki, ale potrzebuje jej już z wyższego wymiaru — z przestrzeni duchowej. Tutaj techniki duchowego uzdrawiania, w tym odnalezienie w sobie głębi własnej wiary i łączności z wyższymi wymiarami, są bezcenne. Wymagają one pracy własnej przy wsparciu duchownych lub psychologów transpersonalnych, którzy pomogą dotrzeć do tych obszarów poprzez neutralne techniki, nieobciążone żadnym dogmatem. To bowiem sama osoba potrzebuje odnaleźć swoją drogę, która jest w niej zapisana. Nikt nie może bezprawnie ingerować w cudze życie i duchową podróż. Całkowite uzdrowienie jest jak najbardziej do osiągnięcia.

BLOK EMOCJONALNY

W niektórych badaniach stwierdzono, że fibromialgia występuje częściej u osób, które od bardzo wczesnych lat zmagały się z głębokim poczuciem winy. Takie jednostki podświadomie czują się wewnętrznie złamane i winne samemu faktowi, że żyją. Miałam do czynienia z takim przykładem w trakcie prowadzenia warsztatów „teatru wewnętrznego” z dziećmi w szkole — jedna z dziewczynek opowiedziała wówczas, że żyje wyłącznie dla mamy, bo w przeciwnym razie w ogóle nie chciałaby istnieć. W rezultacie taka osoba, gdy dorośnie, czuje się niezwykle podatna na zranienie i łatwo można ją „złamać”. Zwykle zmuszona jest mocno się usztywnić dla własnej ochrony. To z kolei wywołuje konkretne objawy permanentnego trzymania napięcia w ciele, chroniczne obciążenie układu ruchu i wszystkie opisywane wcześniej konsekwencje zdrowotne.

BLOK MENTALNY

Mentalny blok, który steruje życiem osoby z fibromialgią, opiera się na poczuciu głębokiego braku miłości i troski. Chora ma w sobie zakodowane przekonanie, że nikt jej nie kocha. W procesie zdrowienia kluczowe jest uświadomienie sobie, że to jedynie jej własna opinia — subiektywny osąd, który sama na pewnym etapie stworzyła. To specyficzny sposób myślenia i zniekształcona percepcja umysłu każą jej budować przekonania, które jej nie służą. Jeśli pacjentka uwolni w sobie oczekiwanie, że musi otrzymać to wszystko od innych, zacznie stopniowo uwalniać także zaburzenia mięśniowo-powięziowe, które temu procesowi towarzyszą.

INNE PROBLEMY TOWARZYSZĄCE FIBROMIALGII

W przebiegu fibromialgii często spotyka się dodatkowe dolegliwości zdrowotne, które z poziomu medycyny objawowej bywają odczytywane w błędny sposób, a następnie leczone nieefektywnie. W ujęciu psychosomatycznym mogą one oznaczać:

— Ból gardła — podświadomą niezdolność do wyrażania swoich prawdziwych uczuć i potrzeb.

— Problemy z płucami — lęk przed życiem i głębokie poczucie niegodności.

— Kaszel — wewnętrzną potrzebę gwałtownego uwolnienia czegoś, co człowieka wręcz zadławiło; czego nie mógł głośno wyrazić, by wyjaśnić jakąś sprawę lub swoje zachowanie.

— Zgaga — bycie dosłownie pożeranym przez paraliżujący strach oraz poczucie, że nie można swobodnie i z ufnością płynąć z prądem życia.

— Nudności — kategoryczne odrzucenie jakiegoś aspektu dotyczącego samej siebie lub innej osoby.

— Problemy trawienne — chroniczne uczucie zmęczenia, przeciążenia oraz emocjonalnej niemożności „strawienia” jakiegoś trudnego problemu bądź relacji.

WIELOWYMIAROWA OCENA

Autorzy niektórych badań postulują, aby nie kategoryzować sztywno fibromialgii wyłącznie jako choroby somatycznej czy zaburzenia psychicznego. Zamiast tego proponują stosowanie podejścia wielowymiarowego, które w równym stopniu uwzględnia objawy fizyczne, czynniki psychologiczne, przewlekłe stresory psychospołeczne oraz subiektywne przekonania pacjenta dotyczące samego siebie i pierwotnego źródła jego problemów. Właśnie tego rodzaju podejście zaczynają wdrażać pojawiające się coraz częściej (choć wciąż zbyt rzadkie) ośrodki holistycznego wsparcia i medycyny integracyjnej.

Choroba Hashimoto

Zacznę od kilku zdań kluczowych dla zrozumienia choroby Hashimoto.

Chorobę Hashimoto nazywa się autoimmunologicznym zapaleniem tarczycy. Bywa, że poziom jej hormonów wraca po jakimś czasie do normy, jednak proces destrukcji tkanki toczy się dalej.

Schorzenie to atakuje osoby w różnym wieku, które mogą zmagać się z objawami takimi jak przewlekły kaszel, zespół jelita drażliwego, niepokój, bóle mięśni czy utrata włosów. Symptomy mogą obejmować również depresję, huśtawki nastroju, mgłę mózgową, przewlekłe zmęczenie, wahania wagi oraz inne problemy żołądkowo-jelitowe.

Niedoczynność tarczycy i choroba Hashimoto nie są tą samą jednostką chorobą. Hashimoto może prowadzić do niedoczynności, niemniej oba te stany różnią się znacząco. Mimo że wiele przypadków niedoczynności tarczycy leczy się po prostu syntetycznymi hormonami, aż 97% z nich uważa się za spowodowane właśnie chorobą Hashimoto. Sama niedoczynność pojawia się, gdy dochodzi do niewystarczającego stężenia hormonów w organizmie (co zwykle odzwierciedla wysokie TSH oraz niskie poziomy wolnych frakcji fT4 i fT3).

Choroba Hashimoto jest postępującym procesem autoimmunologicznym, w trakcie którego układ odpornościowy atakuje zdrowe komórki własnego gruczołu, co z czasem wywołuje niedoczynność. Ten autoimmunologiczny wzorzec generuje objawy wyzwalane przez różnorodne czynniki, co wymusza głęboką zmianę stylu życia. Proces ten narasta przez wiele lat, stąd uchwycenie go na wczesnym etapie może skutecznie przeciwdziałać dalszemu postępowi niszczenia narządu.

U chorych pojawia się także wielokrotna nadwrażliwość pokarmowa — na przykład na gluten, nabiał (laktozę, kazeinę), a także soję czy orzeszki ziemne. Objawy te mogą nasilać się stopniowo, w miarę stałego spożywania wspomnianych składników pożywienia. W organizmie dochodzi do nieprawidłowego funkcjonowania limfocytów T, które stymulują wytwarzanie przeciwciał przeciwko tyreoglobulinie (anty-Tg) i peroksydazie tarczycowej (anty-TPO), a te niszczą komórki pęcherzykowe tarczycy. Następuje przewlekłe limfocytowe zapalenie tarczycy.

Sama tarczyca może początkowo nie zmieniać swoich rozmiarów lub ulec powiększeniu (tworząc tzw. wole tarczycowe). Mogą pojawiać się też zaburzenia czucia, pamięci oraz wahania emocjonalne. Gdy problem przedłuża się i nie zostanie zaopiekowany, dochodzi do utrwalonej niedoczynności narządu.

Obecnie w literaturze mocno podkreśla się, że wyjątkowo ważnym aspektem ujawniania się tych objawów jest zwiększona przepuszczalność jelitowa (tzw. zespół nieszczelnego jelita). Dochodzi wtedy do przenikania do krwioobiegu różnego rodzaju toksyn i antygenów. Mogą one wbudowywać się w receptory dla hormonów tarczycy na zasadzie konkurencji, wywołując ich blokowanie. To samo zjawisko dotyczy także trzustki i insuliny, co prowadzi do dysfunkcji konkretnych gruczołów, hormonalnej nierównowagi i pociąga za sobą ewidentne skutki w całym organizmie.

Niedoczynność jest najczęstszym zaburzeniem czynności tarczycy — występuje u około 5% dorosłych kobiet i około 1% mężczyzn, a choroba Hashimoto stanowi jej najczęstszą przyczynę. Choć częstość występowania choroby Hashimoto zwiększa się z wiekiem (zwłaszcza u osób po 60. roku życia), dotyka ona również osoby młode i dzieci, wykazując silną tendencję do występowania u członków tej samej rodziny. U kobiet ujawnia się nierzadko wkrótce po porodzie. Wtedy czasami samoistnie przechodzi w stan utajenia, by wcześniej czy później znowu się odezwać. U co drugiej osoby prowadzi ostatecznie do trwałej niedoczynności tarczycy.

Schorzenie to częściej współistnieje z innymi chorobami autoimmunologicznymi (np. cukrzycą typu 1, celiakią i nietolerancją glutenu, reumatoidalnym zapaleniem stawów, bielactwem czy niedokrwistością złośliwą).

Drastyczny wzrost zachorowalności we współczesnym świecie to między innymi wynik przetworzonej diety oraz zanieczyszczeń środowiska. Smog, w którym żyjemy — a dokładniej mówiąc, zawarte w nim metale ciężkie — głęboko zaburza nasze procesy odpornościowe. Choroby te mają również wyraźne uwarunkowania genetyczne. Szczególnie zagrożone są osoby z rozwiniętą autoagresją w innych narządach oraz te, u których w wywiadzie rodzinnym występowały już problemy z tarczycą. Zdarza się na przykład, że matka cierpi na chorobę Gravesa-Basedowa wywołującą nadczynność, a córka rozwija Hashimoto prowadzące do niedoczynności. Nie da się stąd zaprzeczyć, że autoimmunologiczne zapalenie tarczycy należy do schorzeń stricte rodzinnych.

Gdy układ immunologiczny błędnie rozpoznaje białka tarczycowe jako wrogie i niszczy je, upośledzeniu ulega aktywność enzymu odpowiedzialnego za prawidłową syntezę hormonów. Objawy choroby Hashimoto są często bagatelizowane, ponieważ rzadko towarzyszy im bezpośrednie doświadczanie fizycznego bólu. Są one przy tym niejednoznaczne: obok bólów stawów pojawiają się obfite miesiączki, sucha skóra, ciągłe zmęczenie, nieustanne uczucie zimna (szczególnie dłoni i stóp), senność, osłabienie, stany depresyjne, zaburzenia pamięci, niewyjaśnione zwiększenie masy ciała, zaparcia, niskie ciśnienie tętnicze czy wysoki poziom cholesterolu. Choroba bywa trudna do wczesnego zdiagnozowania, a standardowe leczenie akademickie skupia się niemal wyłącznie na usuwaniu skutków, a nie pierwotnej przyczyny schorzenia.

Mimo iż szacuje się, że na problemy z tarczycą cierpi ponad 300 milionów ludzi na całym świecie, uważa się, że nawet połowa z nich może nie mieć świadomości swojej choroby. Tymczasem przy niskim poziomie hormonów tarczycy niezwykle trudno jest odpowiednio ustabilizować stężenie glukozy we krwi, co bezpośrednio przekłada się na gospodarkę lipidową (cholesterol) oraz kontrolę masy ciała.

W diagnostyce przyjmuje się zasadę, że jeśli osoba dorosła ma podwyższony poziom TSH przy jednoczesnym prawidłowym lub obniżonym stężeniu wolnych hormonów fT3 i fT4, prawdopodobnie jej niedoczynność jest wynikiem toczącego się procesu Hashimoto. W celu weryfikacji wykonuje się wtedy badania laboratoryjne na obecność wspomnianych przeciwciał tarczycowych.

W ujęciu holistycznym coraz głośniej mówi się o tym, że bezpośrednim czynnikiem wyzwalającym ten autoimmunologiczny proces może być osłabienie odporności na skutek przewlekłego stresu, głębokich problemów psychicznych, długotrwałego przemęczenia lub przebytych infekcji.

Choroby tarczycy a zespół Sjögrana: wspólny mianownik suchości

Choroby tarczycy, takie jak Hashimoto i niedoczynność, mogą powodować zaburzenia wzroku, w tym suchość gałek ocznych, zaburzenia ostrości widzenia, podwójne widzenie i obrzęk powiek. Do powszechnych symptomów należą także zwiększona wrażliwość na światło, szybsza męczliwość wzroku, a także łzawienie oczu, pieczenie i ból.

Czy niedoczynność tarczycy może powodować — oprócz suchości oczu — także suchość gardła i krtani? Czy zjawiska te mają ze sobą coś wspólnego? Okazuje się, że zaskakująco więcej, niż mogłoby się wydawać.

Te uciążliwe objawy związane z wysychaniem błon śluzowych są kluczowymi cechami zespołu Sjögrena — kolejnej systemowej choroby autoimmunologicznej. Badania naukowe i kliniczne jednoznacznie sugerują, że istnieje silny, genetyczny i immunologiczny związek między zespołem Sjögrena a niedoczynnością tarczycy na tle autoagresji.

Oba te stany chorobowe bardzo często współistnieją u tego samego pacjenta, stanowiąc kolejne wejście do tej samej mapy połączeń w organizmie. Gdy układ odpornościowy traci orientację, rzadko zatrzymuje się na jednym narządzie; atakując tarczycę, potrafi jednocześnie skierować swoje siły przeciwko gruczołom łzowym i ślinowym, odbierając ciału jego naturalne nawilżenie.

Zespół Sjögrena

Zespół Sjögrena to przewlekła choroba autoimmunologiczna, w której układ odpornościowy atakuje przede wszystkim gruczoły zewnątrzwydzielnicze, odpowiedzialne za produkcję wilgoci. Często prowadzi to do charakterystycznych objawów, takich jak nasilona suchość oczu, jamy ustnej, a czasem także skóry oraz innych błon śluzowych organizmu. Wiele osób odczuwa również przewlekłe zmęczenie, bóle stawów i ogólny dyskomfort, ponieważ ogólnoustrojowy stan zapalny może wpływać nie tylko na same gruczoły.

Te dwa schorzenia — zespół Sjögrena oraz niedoczynność tarczycy na tle Hashimoto — bardzo często występują razem, ponieważ choroby autoimmunologiczne mają tendencję do kumulowania się. Wspólne podłoże genetyczne, te same szlaki immunologiczne oraz permanentny stan zapalny znacząco zwiększają prawdopodobieństwo, że osoba z jedną zdiagnozowaną chorobą z autoagresji rozwinie kolejną.

Dlatego tak ważne jest regularne monitorowanie organizmu — w tym wykonywanie badań laboratoryjnych tarczycy, testów na obecność specyficznych przeciwciał oraz uważne obserwowanie sygnałów płynących z ciała. Standardowe leczenie akademickie łączy w sobie terapię hormonalną (w przypadku niedoczynności tarczycy) z ukierunkowanym łagodzeniem objawów suchości, bólu i zmęczenia, a także ze zmianami w stylu życia, które wspierają ogólną równowagę odpornościową.

Szeroko pojęte zaburzenia pracy tarczycy — czyli wszystkie stany chorobowe tego narządu, w tym nadczynność, niedoczynność oraz choroba Hashimoto — doprowadzają do głębokiego rozchwiania gospodarki hormonalnej organizmu, co bezpośrednio i niekorzystnie wpływa na skład oraz stabilność filmu łzowego. Bardzo charakterystyczne w tej grupie schorzeń są również zaburzenia częstotliwości mrugania, co dodatkowo potęguje problem.

Wszyscy pacjenci zmagający się z tymi syndromami wymagają szczególnej troski o zapewnienie dobrostanu na powierzchni oka. Kluczowe staje się codzienne dbanie o higienę brzegów powiek, regularna substytucja łez za pomocą odpowiednich preparatów nawilżających, a także nowoczesna, nieinwazyjna terapia suchego oka oparta na wykorzystaniu światła widzialnego.


ALERGIE I NIETOLERANCJE POKARMOWE — PODEJŚCIE FIZYCZNE, PSYCHOSOMATYCZNE I DUCHOWE


Z perspektywy fizycznej (materialnej) alergia powstaje jako reakcja nadwrażliwości systemu odpornościowego na substancję ją wywołującą (alergen), która oddziałuje niekorzystnie na ciało. System odpornościowy rozpoznaje ją jako wroga i produkuje przeciwciała klasy IgE, aby chronić organizm. Przeciwciała te wyzwalają wydzielanie określonych substancji chemicznych do krwioobiegu, między innymi histaminy. To ona bezpośrednio wywołuje reakcję alergiczną, obejmującą często nos, gardło, oczy, płuca, skórę i przewód pokarmowy. Każdy kolejny kontakt z tym samym alergenem uruchamia podobną odpowiedź immunologiczną.

Uważa się powszechnie, że alergie wynikają z nadmiernej, nieprawidłowej reakcji układu odpornościowego na powszechne substancje, z którymi organizm miał już wcześniej kontakt. Standardowa medycyna opiera się głównie na odczulaniu oraz podawaniu środków przeciwhistaminowych. Tymczasem alergie są zjawiskiem znacznie bardziej skomplikowanym. Wymagają one złożonego, wieloaspektowego podejścia, a nie tylko skupiania się na sferze fizycznej i usuwaniu objawów — to ostatnie stanowi bowiem jedynie koniec całego łańcucha przyczynowo-skutkowego.

Reakcja alergiczna może przybrać ostry przebieg, zupełnie niepodobny do tego obserwowanego podczas pierwszego kontaktu. Ciało wykazuje immunologiczną nadwrażliwość, która choć lokalizuje się w określonym obszarze lub układzie, wpływa negatywnie na cały organizm. Alergia staje się w istocie nabytą, nieprawidłową odpowiedzią obronną na czynniki środowiskowe (takie jak pyłki, pokarmy, kurz czy mikroorganizmy) w ilościach, które na większość ludzi nie mają żadnego wpływu.

Możliwe jest rozwinięcie uczulenia na niemal wszystko w świecie materialnym. Alergia nie jest jednak wyłącznie reakcją narządową czy skórną; ma swoje głębokie korzenie. Bywa, że jej początek tkwi w traumatycznych doświadczeniach z przeszłości. Powodują one, że w człowieku przez całe życie narasta nieświadomy strach przed określoną substancją lub okolicznościami, które towarzyszyły tamtemu trudnemu wydarzeniu. Jeśli pierwotny uraz był wystarczająco silny lub został wzmocniony przez dodatkowe wydarzenie emocjonalne bądź fizyczne, może zamanifestować się jako fizyczna alergia — również w następnym pokoleniu. Dlatego likwidowanie samego objawu nie rozwiązuje problemu, a jedynie odracza w czasie nawarstwiające się skutki.

Alergie są jednym z doświadczeń zapisanych w naszej „księdze życia”, opisującej indywidualną i niepowtarzalną historię każdego człowieka. Są ściśle powiązane z jakością naszych myśli, a także z blokowaniem emocji oraz odczuwania. Powstają na podłożu ograniczających przekonań, utrwalonych zachowań i przekazywanych z pokolenia na pokolenie nawyków, nad którymi nie sprawujemy świadomej kontroli — i na które reagujemy alergicznie, zamiast podjąć próbę ich zmiany.

Choć stosuje się środki farmakologiczne, aby zmniejszyć uciążliwość alergii, w ten sposób likwiduje się objawy jedynie tymczasowo. Powracają one regularnie, zmuszając pacjenta do brania leków przez całe życie. Ponadto zaobserwowano, że te same rodzaje alergii pojawiają się u potomstwa. Powinno to zwrócić naszą uwagę na fakt, że leczenie jednopoziomowe (skupione wyłącznie na fizyczności) nie przynosi realnego wyzdrowienia, a problem zaczyna być przedwcześnie etykietowany jako choroba uwarunkowana genetycznie.

Konwencjonalna praktyka medyczna, dążąc do natychmiastowego pozbycia się objawów, w dłuższej perspektywie może prowadzić do pogorszenia stanu pacjenta. Zrozumienie człowieka, oparte na uważnym wysłuchaniu osoby zmagającej się z alergią, pozwala na wdrożenie znacznie bardziej efektywnego leczenia wspomagającego metabolizm i detoksykację. Dzięki temu układ odpornościowy zyskuje przestrzeń do mniej intensywnej reakcji.

To jednak wciąż za mało, aby trwale uwolnić się od alergii, ponieważ nieustannie pomija się to, co znajduje się głębiej. Jedynym sposobem na całkowite rozwiązanie problemu jest zastosowanie odpowiednich technik psychologicznych, a właściwie psychoduchowych. Skoro przyczyna leży głęboko, musimy dokopać się do pierwotnego urazu i trwale go odkodować.

Jeżeli ma zaistnieć prawdziwy proces zdrowienia, musimy dopuścić do głosu wszystkie poziomy swojego istnienia. Należy uwzględnić elementy umysłu i duszy w powstawaniu alergii, a także połączyć je z ich namacalnymi efektami w ciele oraz w środowisku — czyli z tym, co robimy i co na nas wpływa.

Równoległa praca z umysłem, ciałem, duszą i otoczeniem jest doświadczeniem wzrastania świadomości, polegającym na głębokim zrozumieniu i uzdrowieniu całości siebie. Duch wpływa na umysł, a umysł wpływa na ciało. Zaniedbanie tych poziomów w procesie przywracania wewnętrznej równowagi (homeostazy) sprawia, że żadna terapia nie będzie działać długofalowo. Zajęcie się wyłącznie ciałem, z pominięciem duszy i osobistych przeżyć, nie pozwoli pacjentowi zrozumieć istoty swojego problemu ani odzyskać utraconej harmonii.

Musimy więc jako pacjenci, lekarze i terapeuci zacząć myśleć o całym zaburzonym systemie, a przede wszystkim — skupić się na zdrowiu, zamiast koncentrować się na chorobie. Jak myślimy, tak nam się dzieje! Dzięki takiej zmianie wektora zdrowienie staje się szybsze, bardziej kompleksowe i trwałe.

Wprowadzenie aspektu duchowego pozwala odnaleźć ukrytą siłę oraz głębsze znaczenie kryjące się za chorobą, co stanowi potężne wsparcie w procesie leczenia. Choroba bywa w istocie najlepszym nauczycielem duszy. Pema Chödrön — znana nauczycielka duchowa — uważa, że „nic nie opuszcza naszego życia, dopóki nie nauczy nas tego, co musimy zrozumieć”. To stwierdzenie jest znacznie bliższe prawdzie niż wyłącznie fizyczne działania, a przy tym niezbędne każdemu człowiekowi do wewnętrznej transformacji.

Coraz więcej osób zaczyna rozumieć to głębokie znaczenie schorzeń, w tym alergii. Tylko poprzez jednoczesne zbadanie duchowego i fizycznego doświadczenia jesteśmy w stanie uświadomić sobie życiowe, a stąd ewolucyjne przesłania, które te dolegliwości wnoszą do naszego życia.

Musimy jako jednostki, ale przede wszystkim jako lekarze, uświadomić sobie, że nic nie dzieje się bez przyczyny — a zwłaszcza bez tej głębokiej, pierwotnej przyczyny. Dawny uraz lub trwający przewlekle stres wywołują bowiem na planie fizycznym nie tylko potężne obciążenie nadnerczy. Prowadzą również do ograniczenia wydolności innych narządów, na przykład do upośledzenia metabolicznych czynności wątroby, wywołując ogólne złe samopoczucie. Całe ciało z tego powodu staje się przepełnione toksycznością, co w konsekwencji prowokuje i nasila objawy alergiczne. Gdy w organizmie gromadzą się toksyny, rodzi się stan zapalny leżący u podstaw biologicznej, fizycznej i biochemicznej nierównowagi.

Z tego powodu świadome zmniejszenie ekspozycji na toksyny środowiskowe i dietetyczne stanowi kluczowy, aktywny czynnik, który stymuluje wątrobę oraz nerki do regeneracji na ich podstawowym, fizycznym poziomie.

Alergie — perspektywa holistyczna

Ważne jest, aby wiedzieć, że nie wszystkie dolegliwości są całkowicie własne. Od przodków dziedziczymy słabości oraz predyspozycje, które sprawiają, że jesteśmy podatni na pewne schorzenia. Jeśli stworzymy ku temu odpowiednie warunki, one zaistnieją także w naszym życiu.

Jako jednostki jesteśmy odpowiedzialni za nasze zdrowie, a więc za identyfikowanie i uzdrawianie własnych słabości oraz za zajęcie się nimi osobiście. Dotyczy to wszystkich obszarów: ciała, emocji, myślenia i duszy. Nawet jeśli podatność na alergię pochodzi od prababci, dziadka czy ojca, obecnie jest ona naszą własną. Możemy z tym żyć, leczyć przewlekle objawy i przekazać ten wzorzec kolejnemu pokoleniu, albo zająć się przyczyną i ją uwolnić. Podstawą jest jednak głęboka refleksja: przyjrzenie się temu, jak myślimy, jak reagujemy i co robimy. Wtedy dostrzeżemy ukryte drogowskazy zapisane w nas — tuż pod objawami.

Obecność choroby i jej symptomów wymaga ponownej weryfikacji życiowych wyborów, których dokonaliśmy. Zachęca do wyrażania emocji, a nie do ich tłumienia. Pomaga rozpoznać, które nawyki, myśli, postawy i przekonania nie służą zdrowiu oraz dobremu samopoczuciu, lecz umacniają chorobę w ciele — zarówno na planie indywidualnym, jak i pokoleniowym.

Zrozumienie, że negatywne myśli i emocje bezpośrednio przyczyniają się do złego stanu fizycznego, nie jest nowe. Już wiele lat temu Louise Hay wydała książkę (przetłumaczoną na język polski pt. „Możesz uzdrowić swoje życie”), w której uczyła o psychosomatycznych przyczynach chorób oraz o roli afirmacji w uwalnianiu się od negatywnych wzorców myślenia w celu odzyskania zdrowia.

W książce „Alergie i awersje” dr Narayan Singh wyjaśnia psychologiczny kontekst wielu alergii. W licznych przypadkach dotyczy on dysfunkcyjnego wychowania w rodzinie lub odrzucenia dziecka ze strony matki. W innej publikacji, zatytułowanej „Listy do matki”, Marcel Proust napisał znamienne słowa: „Wolę mieć napady kaszlu i duszności, zdusić w sobie słowa, niż nie podobać się tobie”. Te przykłady obrazują wyraźnie emocjonalne i psychologiczne pochodzenie reakcji fizycznych, które w konsekwencji mogą manifestować się jako alergie lub choroby z autoimmunoagresji.


STRES PSYCHICZNY I JEGO WPŁYW NA OSOBY CIERPIĄCE NA ALERGIE


Nowe badania wskazują, że nawet niewielkie stresy i lęki mogą znacznie pogorszyć reakcję alergiczną człowieka na niektóre alergeny. Co więcej, dodatkowy wpływ stresu i lęku wydaje się utrzymywać w czasie, przez co drugi dzień ataku alergicznego u napiętego człowieka bywa znacznie gorszy.

Reakcje alergiczne są wyjątkowo częstą chorobą przewlekłą w Stanach Zjednoczonych, a roczne koszty ich leczenia sięgają ponad 3 miliardów dolarów. Dlatego też od ponad 30 lat prowadzi się tam intensywne badania nad zależnością między stresem a odpornością.

PSYCHICZNE I EMOCJONALNE BLOKADY

Alergie są wyrazem „nietolerancji”. Choć normalnie myślimy o nich wyłącznie w kontekście fizycznym, w rzeczywistości przekładają się one na rodzaj nietolerancji w strukturach umysłowych i emocjonalnych. To właśnie te sfery stanowią podstawę tego, co ostatecznie wyraża się w ciele. Już sama nazwa wskazuje: objawy psychosomatyczne to problemy, które pojawiają się najpierw na poziomie psychiki, a w konsekwencji manifestują się w ciele.

Zauważono na przykład, że osoba zmagająca się z alergią może odczuwać silną niechęć do kogoś i podświadomie nietolerować obecności tej osoby. Może mieć też trudności z przystosowaniem się do sytuacji, w których dany człowiek się pojawia. Bywa często zbyt wrażliwa, defensywna i łatwo ją zastraszyć, co świadczy o głębokim wewnętrznym konflikcie. Część jej osobowości (podosobowość) kocha lub podziwia dany obiekt bądź osobę, podczas gdy inna część jej tego zabrania i to odrzuca. Osoba z alergią może czuć miłość i przywiązanie, ale jednocześnie pozostawać w emocjonalnym uzależnieniu. Jedna część chce bliskości, a inna twierdzi, że powinna żyć w pojedynkę, co rodzi potężne poczucie winy.

Często też rodzice osób z alergią reprezentowali skrajnie odmienne poglądy w wielu dziedzinach. Powodowało to konflikt w dziecku, wywoływało wewnętrzną dysharmonię i zaburzało procesy metaboliczne. Taka niespójna postawa dorosłych rodziła nieustanny strach i brak poczucia bezpieczeństwa, a to jest wyjątkowo silnym czynnikiem stresogennym.

Strach prowokuje wiele problemów wewnętrznych i zewnętrznych, dlatego ludzie podświadomie starają się uciec od tego, czego się obawiają. Gdy lęk manifestuje się jako uczulenie, ciało może odrzucić na przykład konkretne jedzenie, które kojarzyło się z przyczyną strachu lub ze stanem towarzyszącym pierwotnemu urazowi. W ten sposób organizm wysyła jasny komunikat, że nie akceptuje narażenia na daną substancję, sytuację lub osobę.

Wiele zaburzeń — na przykład żołądkowych — bywa przejawem obrony narządu przed kimś lub czymś, czego człowiek się boi bądź nie toleruje. Alergik może opierać się nowym pomysłom i opiniom. Trudno mu poradzić sobie z faktami, które zaprzeczają jego planom, nawykom czy sposobom myślenia. Wewnętrznie krytykuje te sytuacje, co uniemożliwia mu porzucenie mentalnych schematów. Fizycznie może to odczuwać jako dosłowne „chwycenie za gardło”.

Osoby z alergiami bywają bardzo krytyczne wobec siebie i otoczenia. W psychosyntezie mówi się w tym kontekście o podosobowości Wewnętrznego Krytyka. Ludzie ci mają ogromne problemy z dokonywaniem wyborów. Trudność ta wynika zazwyczaj z emocjonalnego niezrównoważenia, zakorzenionego w dawnym, nierozwiązanym urazie i wynikającej z niego wrażliwości. W odpowiedzi na to zranienie zwiększa się ich nietolerancja na innych — objawia się to unikaniem ludzi lub obwinianiem ich. Osobie z alergią trudno jest wybaczyć, puścić stare urazy i przyjąć nowy, wolny od uprzedzeń punkt widzenia.

Będąc krytycznym w stosunku do siebie i świata, warto się zastanowić, ile w naszej codzienności jest skarg, osądów, narzekania i negacji. Postawa opierająca się na permanentnym „szukaniu dziury w całym” predysponuje do pojawienia się alergii jako fizycznej negacji rzeczywistości lub otaczających nas ludzi. Z tego powodu aktywna zmiana umysłu — ukierunkowanie go na wdzięczność za to, że trudna sytuacja pokazuje nam nasz własny wewnętrzny problem — jest konieczna, by uwolnić się od osądów, a tym samym od „alergii” na drugiego człowieka. Można to osiągnąć między innymi poprzez regularną medytację czy pracę z afirmacjami.

W ujęciu psychosomatycznym zapalenie krtani — choć medycznie oznacza częściową lub całkowitą utratę głosu — jest w istocie wiadomością od ciała, które obawia się otwartej komunikacji. Chce ono coś zakomunikować, ale człowiek boi się, że nie zostanie usłyszany lub zaakceptowany. Zamiast wypowiedzieć to, co czuje, zadławia swoje słowa, a te tkwią w gardle, wywołując fizyczny ból. Słowa te starają się jednak wydostać na zewnątrz w inny sposób — na przykład poprzez prowokowany, gwałtowny kaszel.

Zaciśnięcie lub zwężenie gardła oznacza, że osoba czuje się ograniczona, poddana presji lub wręcz „chwycona za krtań”, by zmusić ją do określonego działania czy wypowiedzi.

Z kolei ból przy przełykaniu to sposób, w jaki ciało pyta: „Jakiej osoby lub jakiej sytuacji nie jesteś w stanie przełknąć?”. Być może stoi za tym konkretny uraz emocjonalny, trudność strawienia czegoś z przeszłości lub absolutna niezdolność do zaakceptowania czyjejś postawy. Zapalenie gardła może wskazywać na stłumiony gniew, ukrytą agresję oraz nieświadome wchodzenie w postawę ofiary.

Alergia nigdy nie wygaśnie, dopóki nie nauczymy się patrzeć na świat pozytywnie — jako na miejsce, które wspiera nasz rozwój (w tym poprzez ludzi, którzy nas otaczają) — zamiast nieustannie się bać, karmić negatywnymi jakościami i żyć w poczuciu ciągłego zagrożenia.

MENTALNE BLOKADY

Jeśli cierpisz na alergie, warto, abyś zgłębiła sytuację i powody, dla których podświadomie odczuwasz wrogość. Przyjrzyj się temu, jakie są Twoje prawdziwe doznania, myśli, ukryte oczekiwania, a może obszary emocjonalnego podporządkowania.

Bywa, że niektóre osoby stają się uczulone na produkty, które tak naprawdę bardzo lubią — na przykład na nabiał. Uwielbiają lody, ale nie mogą ich jeść z powodu gwałtownej reakcji organizmu. W takim przypadku kluczowe jest przyjrzenie się, czy podświadomie nie odrzuciłaś w życiu prawa do czystej przyjemności, ponieważ radość i nagradzanie siebie były zakazane lub piętnowane w Twoim dzieciństwie.

Z kolei uczulenie na kurz lub na sierść zwierząt warto przeanalizować pod kątem lęku przed byciem atakowaną przez innych. Pojawia się tu potrzeba uczciwego zbadania własnych, stłumionych myśli związanych z agresją. Obawy dotyczące intencji innych ludzi są bowiem bezpośrednim odzwierciedleniem tego, co dzieje się w naszym wnętrzu.

Podobnie jak we wspomnianych wcześniej „Listach do matki” i bolesnych odczuciach Marcela Prousta, powinniśmy zweryfikować nasze najgłębsze przekonania. Nie możemy dopuszczać do tego, by ciało chorowało z powodu lęku przed brakiem akceptacji ze strony otoczenia. To właśnie sztywny system zakazów blokuje nas przed otwartym wyrażaniem tego, co czujemy. Zamiast ślepo wierzyć, że alergia jest wywoływana wyłącznie przez szkodliwe wpływy zewnętrzne, warto pomyśleć o tym, co wydarzyło się tuż przed pojawieniem się reakcji alergicznnej — na przykład na 24 godziny przed atakiem. W interesie każdego pacjenta leży sprawdzenie, kto lub co w jego otoczeniu stało się w tamtym momencie „nie do zniesienia”. Nie jesteśmy bowiem w stanie zmienić innych ludzi. Jedyną drogą do wolności jest przyjąć ich dokładnie takimi, jakimi są, bez narzucania im własnych oczekiwań.

Dolegliwości związane z gardłem bezpośrednio dotyczą trudności z autentycznym wyrażaniem siebie. Ponieważ gardło stanowi w ciele energetyczne i fizyczne centrum kreatywności, w przypadku problemów z tym obszarem konieczne jest, abyśmy dali sobie pełne pozwolenie na projektowanie własnego życia według osobistych potrzeb. Musimy nauczyć się akceptować z miłością wszystko, co powołujemy do istnienia — w tym każdą podjętą przez nas decyzję. Tylko wtedy będziemy w stanie połączyć się z własną indywidualnością i z szacunkiem przyjąć unikalność innych.

Warto mieć świadomość, że gardło tworzy pomost pomiędzy sercem a głową. Dawanie sobie przyzwolenia na życie w zgodzie ze swoją prawdziwą naturą otwiera przepływ dla twórczej ekspresji. Jeśli czujemy się w życiu duszeni, to dzieje się to wyłącznie za sprawą naszej własnej percepcji. Potrzebujemy odłączyć się od cudzych oczekiwań, a także od przemożnej chęci kontrolowania wpływu, jaki inni ludzie i ich potrzeby wywierają na nas. Dzięki temu zaczniemy mądrze gospodarować własną energią i znacznie łatwiej przyjdzie nam „przełykać” codzienne problemy w relacjach.

W pewnych sytuacjach również żołądek odmawia posłuszeństwa — nie chce właściwie trawić lub gwałtownie zwraca to, co zostało do niego wprowadzone. W ten sposób narząd ten jasno nam komunikuje, że czas odpuścić i pozwolić sprawom dziać się naturalnie. Musimy zaakceptować fakt, że nie mamy kontroli nad drugim człowiekiem, i obdarzyć bliskich większym zaufaniem. Czyniąc to, zyskamy też pewność, że nasze ciało doskonale wie, co robi, i pozwolimy mu wykonać jego autonomiczną pracę. Nie musimy mentalnie instruować organizmu, jak ma trawić pokarm — on posiada tę mądrość od zawsze.

Dokładnie ta sama zasada dotyczy naszych przyjaciół i rodziny. Każdy z nich ma swoją własną, odrębną perspektywę na życie. Żołądek anatomicznie i emocjonalnie znajduje się w bliskim sąsiedztwie serca. Serce, które kocha i akceptuje ludzkie różnice, wywiera natychmiastowy, kojący wpływ na splot słoneczny, co ułatwia zdrowe procesy trawienne. Z kolei myślenie o innych w sposób deprecjonujący (gdy kogoś dosłownie „nie trawimy”) skutecznie blokuje nasz rozwój, wywołując fizyczny skurcz i blokadę metaboliczną. Stając się bardziej tolerancyjnymi wobec ludzkich postaw, staniemy się fizycznie bardziej tolerancyjni wobec żywności, którą przyjmujemy.

Duchowy aspekt życia

Choroba jest sposobem, w jaki dusza przekazuje nam informacje o braku akceptacji, niezadowoleniu czy działaniu wbrew sobie i duchowym prawom. Wyraża ona nieświadome uczucia i wewnętrzne konflikty poprzez fizyczne objawy. Mówi nam, że tkwimy w relacji lub sytuacji, która sprawia, że tracimy integralność oraz to, kim naprawdę jesteśmy.

Choroba to wołanie duszy o pomoc — sygnał informujący o konieczności wprowadzenia zmian. Jako nauczyciel daje nam możliwość dowiedzenia się więcej o naszej prawdziwej naturze i zrozumienia motywacji stojących za naszymi działaniami. Celem tej życiowej lekcji jest przewartościowanie priorytetów oraz rozpoznanie destrukcyjnych wzorców zachowań względem siebie i innych ludzi.

Musimy zdać sobie sprawę, że każda choroba, każde zdarzenie czy napotkana osoba ma dla naszego rozwoju wyjątkowe znaczenie. Życie jest bowiem szkołą, a naszym obowiązkiem — podobnie jak w ławie szkolnej — jest rzetelne odrabianie „lekcji życia” i wyciąganie z nich wniosków.

Aby dokonało się uzdrowienie na głębokich poziomach, musimy zmienić fundamentalne przekonania dotyczące samych siebie, egzystencji oraz sensu naszych doświadczeń. Proces ten wymaga zrozumienia, że na przykład alergie nie są dziełem przypadku ani zjawiskiem pozbawionym znaczenia. Wręcz przeciwnie: posiadają one w sobie klucz do osobistej transformacji na poziomie psychicznym i duchowym. W zależności od indywidualnego systemu przekonań każda osoba realizuje przecież swój własny cel i podąża unikalną ścieżką.

W nowoczesnej psychologii przyjmuje się, że wszystkie elementy świata materialnego niosą w sobie konkretną energię archetypową. Odkrycie i zrozumienie archetypów rzeczy oraz doświadczeń — w tym również substancji, na które jesteśmy uczuleni — daje wyraźne wskazówki, jakie cechy powinniśmy w sobie rozwijać lub transformować. Pozwala to na ekspresję naszej istoty w pełnej okazałości, a więc także na poziomie duszy.

Na przykład koty w ujęciu symbolicznym są silnie związane z cechami archetypowej kobiecości oraz z jej twórczym potencjałem. Ludzie, którzy zmagają się z alergią na te zwierzęta, często mają głęboki problem z własną kreatywnością lub ich twórcza ekspresja została w jakiś sposób stłumiona (na przykład poprzez wyśmianie) przez niewłaściwą edukację czy autorytarny system wychowania w najwcześniejszych latach. Mogli oni również doświadczyć paraliżującego poczucia bezsilności. Osoby te często dostrzegają i podziwiają kobiece cechy u innych, natomiast podświadomie zabraniają wyrażania tej części w sobie.

Uzdrowienie alergii na koty odbywa się więc w strukturach własnej psychiki. Wymaga ono aktywnego zaangażowania w rozwijanie twórczych, emocjonalnych i powiązanych z pierwiastkiem kobiecym jakości. U każdego proces ten przyjmie inną formę — może to być powrót do bliskiego kontaktu z naturą lub ponowne odkrywanie własnych artystycznych uzdolnień. Potrzebny jest do tego mądry terapeuta lub doradca rozwoju osobistego i duchowego, który stworzy bezpieczną przestrzeń na uwolnienie nagromadzonych ograniczeń, również poprzez oczyszczający płacz.

Nierzadko w nietolerancjach i alergiach pokarmowych kluczowe znaczenie ma nasza psychiczna zdolność do „trawienia” życiowych doświadczeń, a także do sprawnego „wydalania” sytuacji lub bolesnych wspomnień, które już nie karmią naszego wewnętrznego potencjału.

Alergie mają bezdyskusyjnie duchowe korzenie, a ich wspólnym mianownikiem jest strach. Lęk potrafi zablokować człowieka w stanie permanentnego, psychofizycznego napięcia. Stan ten wynika bezpośrednio z chronicznego odczuwania zagrożenia. Chora podświadomie oczekuje najgorszego, jakby nieustannie stała nad krawędzią przepaści, gorączkowo planując reakcję na potencjalną katastrofę i zamartwiając się o przyszłość swoją oraz bliskich. W tym ujęciu to strach (aspekt duchowy) wywołuje nadwrażliwość na życiowe wydarzenia, towarzyszące im emocje czy myśli. Ciało na samym końcu tego procesu staje się po prostu wiernym odzwierciedleniem tego nadwrażliwego ducha.

Ta systemowa nadwrażliwość powoduje, że sam układ odpornościowy nieustannie balansuje na krawędzi, przez co zaczyna reagować w sposób skrajnie przesadzony. Wykraczając poza swoją naturalną funkcję, jaką jest walka z realną infekcją, układ immunologiczny wytacza ciężkie działa przeciwko pospolitym alergenom, uwalniając do organizmu potężne dawki mediatorów zapalnych. Właśnie wtedy pojawiają się namacalne reakcje alergiczne: uporczywy świąd, wysypka, kichanie, skurcze oskrzeli czy obrzęki, będące bezpośrednią konsekwencją tej kaskady reakcji.

Większość z nas nosi w sobie duchowe korzenie strachu. Ten głęboko zakorzeniony lęk jest rezultatem braku głębokiego zaufania do siebie, do innych ludzi oraz do Siły Wyższej (Boga). Strach ten od pokoleń wiąże się z podświadomym lękiem przed karą. Od dzieciństwa zresztą byliśmy systematycznie straszeni przez matki i babcie z najróżniejszych powodów, co idealnie obrazuje zakorzenione w języku powiedzenie: „Bój się Boga!”. Konsekwencją takich komunikatów było sukcesywne duszenie w nas naturalnej odwagi do poznawania siebie i świata, a na dalszych etapach życia — drastyczne obniżenie poczucia własnej wartości.

Duchowe podłoże alergii, a co za tym idzie również większości chorób z autoimmunoagresji, to przedłużony stres, niepokój i strach. Stany te demolują układ odpornościowy w wyniku długofalowego, destrukcyjnego wydzielania kortyzolu przez nadnercza.

Leczenie, a właściwie proces zdrowienia, to z natury długodystansowa podróż. Musimy rozpocząć drogę powrotną prowadzącą do samych siebie. Wymaga to przebaczenia sobie własnych dotychczasowych postępowań, a także wybaczenia osobom, które nas w przeszłości odrzuciły, porzuciły, wykorzystały lub złamały nam serce. Alergie bywają bowiem dziedziczone w rodzie i naszym zadaniem jest zatrzymanie tego destrukcyjnego przekazu pokoleniowego.

Bardzo bliskie mechanizmy wiążą się z astmą. Na planie fizycznym polega ona na patologicznym usztywnieniu ścian komórkowych pęcherzyków płucnych, co drastycznie blokuje swobodny dopływ tlenu oraz prawidłowe uwalnianie dwutlenku węgla, rodząc duszność. Duchowym korzeniem astmy jest ten sam głęboki strach i egzystencjalny niepokój. Ona również może zostać odziedziczona, przez co wymaga świadomego uwolnienia transgeneracyjnego zapisu (w czym pomaga psychogenealogia). Bardzo często u jej podstaw leży paraliżujący lęk przed wchodzeniem w bliskie związki lub paniczny strach przed ponownym porzuceniem.

ŻYCIOWE SYTUACJE A ALERGIE

Rozmowy o życiu osobistym i trudnych sytuacjach życiowych ujawniają często drastycznie niską samoocenę oraz destrukcyjne wzorce wychowania. Mogą one wywoływać chroniczne poczucie wstydu — na przykład z powodu sposobu ubierania w dzieciństwie. Takie osoby dorastają w przekonaniu, że są brzydkie, wadliwe i w efekcie niezasługujące na miłość.

Czasem pacjenci zgłaszają się z zupełnie innym, pozornie niezwiązanym problemem — na przykład z zaburzeniami snu. Dopiero pogłębione konsultacje ujawniają u nich liczne alergie i nadwrażliwości: na pleśń, perfumy, chemiczne środki czyszczące, gluten czy orzeszki ziemne. Dokładny wgląd w historię życia pozwala zlokalizować źródło problemu, którym nierzadko okazuje się rozwód rodziców w dzieciństwie. Choć relacje z ojcem, który odszedł, mogą na powierzchni układać się poprawnie, w głębi podświadomości wciąż generują one potężny gniew i niechęć. Nabranie odwagi do nawiązania autentycznego kontaktu i emocjonalnego wyjaśnienia sprawy potrafi sprawić, że niektóre alergie znikają bezpowrotnie.

Analizując historie wielu ludzi, można odnaleźć zastanawiające i powtarzalne zależności między alergiami a sytuacją życiową. Dobrze obrazuje to opisany w literaturze przypadek dziewczynki, którą matka w wieku 11 lat posłała do szkoły z internatem. Wkrótce po tym fakcie rozwinęło się u niej silne uczulenie na sierść zwierząt. Dziecko czuło się głęboko niespokojne, odizolowane i żywiło ogromną urazę do matki. Objawy alergiczne zniknęły, kiedy dziewczynka wróciła do domu rodzinnego, jednak pojawiły się z niszczycielską siłą kilka lat później — dokładnie wtedy, gdy porzucił ją partner.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 70.88
drukowana A5
za 96.62