E-book
15.75
drukowana A5
52.86
Dwie strony medalu

Bezpłatny fragment - Dwie strony medalu

Książka została utworzona przy pomocy AI


Objętość:
207 str.
ISBN:
978-83-8467-667-7
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 52.86

Rozdział I — Miejsce przy stole

Katarzyna weszła do sali rady pięć minut przed rozpoczęciem posiedzenia. Przy długim stole leżały już teczki z materiałami. Odnalazła swoją, usiadła i przez chwilę patrzyła na puste krzesło pod ścianą.

Kiedyś siadała właśnie tam, jako wolny słuchacz. Mogła słuchać, robić notatki i czekać, aż ktoś zechce poznać jej zdanie. Dzisiaj przed jej miejscem stała tabliczka z nazwiskiem. Przy sąsiednim czekała druga, z nazwiskiem Elżbiety.

Ela weszła z kubkiem herbaty i zatrzymała się przy drzwiach.

— Przyszłaś wcześniej. To źle wróży.

— Chciałam przeczytać materiały, zanim ktoś zacznie je streszczać.

— Czyli bardzo źle.

Usiadła obok. Miały po trzydzieści trzy lata, a czasem Kasię nadal zdumiewało, jak wiele wydarzyło się od dni, w których dzieliły szkolną ławkę. Wtedy Ela potrafiła spokojnie rozwiązać zadanie, nad którym Kasia zdążyła już pokłócić się z nauczycielem. Ich sposób pracy niewiele się zmienił.

Kasia otworzyła teczkę na stronie oznaczonej zakładką.

— Widziałam liczby z oddziału północnego.

— Ja też. Dlatego poprosiłam o dane z ostatnich trzech lat, a nie tylko z ostatniego kwartału.

— Nie ma ich w materiałach.

— Wiem.

Zanim Kasia zdążyła odpowiedzieć, do sali weszli pozostali członkowie rady. Przewodniczący przywitał się z nimi tak samo jak z resztą obecnych i zajął miejsce u szczytu stołu.

Po omówieniu bieżących wyników dyrektor finansowy wyświetlił na ekranie propozycję zmian. Oddział północny miał zostać połączony z centralnym. Według przedstawionych wyliczeń firma ograniczyłaby koszty, a klientów można było obsługiwać zdalnie lub przenieść do większej placówki. W tabeli znalazła się również liczba stanowisk do likwidacji.

Kasia przeczytała ją dwa razy.

— Kiedy pracownicy się o tym dowiedzą? — zapytała.

Dyrektor finansowy odwrócił się od ekranu.

— Po podjęciu decyzji. Na tym etapie mówimy o propozycji.

— Propozycji z gotowym terminem zamknięcia.

— Termin jest potrzebny do obliczenia oszczędności.

— A dane o klientach? Ilu rzeczywiście da się przenieść do centrali?

— Mamy szacunki.

Ela zamknęła teczkę.

— Poproszę o źródło tych szacunków. W materiałach są zestawienia kosztów, ale nie widzę analizy utrzymania klientów po przeniesieniu.

Przewodniczący skinął na dyrektora finansowego. Ten zaczął wyjaśniać przyjęte założenia. Ela zapisywała liczby i zadawała kolejne pytania. Kasia znała ten ton: spokojny, precyzyjny, niepozwalający ukryć braku odpowiedzi pod pewnym głosem.

Wreszcie dyrektor finansowy przyznał, że część wyliczeń opiera się na wynikach placówek w większych miastach.

— Oddział północny działa w innym miejscu i obsługuje innych klientów — powiedziała Ela. — Nie możemy uznać tych wyników za wystarczający dowód.

Kasia przesunęła palcem po tabeli. Pamiętała swój pierwszy sprzeciw wobec rady i miesiące, w których odsunięto ją od ważnych decyzji. Miała wtedy rację, ale nie przygotowała ludzi ani liczb, które pomogłyby jej rację obronić.

— Chcę pojechać do oddziału — powiedziała. — Porozmawiać z zespołem i zobaczyć, jak pracują.

— Przed ogłoszeniem planu? — spytał jeden z członków rady.

— Tak.

— To może wywołać niepokój.

— Zamknięcie placówki też go wywoła. Tylko później.

Przewodniczący splótł dłonie na stole.

— Ile czasu potrzebujecie?

Kasia zerknęła na Elę. Ta nie odpowiedziała od razu. Sprawdziła coś w notatkach.

— Dwa tygodnie — powiedziała. — Przygotuję analizę klientów i warianty kosztowe. Kasia sprawdzi pracę oddziału. Potem przedstawimy wspólne wnioski.

Kasia już miała zaprotestować przeciw dwóm tygodniom. Chciała zacząć następnego dnia, wrócić z rozwiązaniem przed końcem tygodnia i zamknąć temat. Powstrzymała się. Analiza Eli mogła zmienić sens tego, co zobaczy na miejscu.

Rada zgodziła się wstrzymać decyzję.


Wieczorem w domu Kasia postawiła torbę przy drzwiach kuchni. Marek kroił jabłko na nierówne części, a ich dziecko tłumaczyło mu z wielką powagą, dlaczego największy kawałek powinien przypaść osobie, która pierwsza o niego poprosiła.

— To zasada czy negocjacje? — spytała Kasia.

— Zależy, kto pyta — odparł Marek.

Później, kiedy w domu zrobiło się ciszej, opowiedziała mu o oddziale. Marek słuchał, wycierając umyte kubki.

— Pojedziesz tam jutro? — zapytał.

— Chciałam. Obiecałam jednak Eli, że najpierw ustalimy, jakich danych potrzebujemy.

— Brzmisz, jakby cię to kosztowało.

— Bo kosztuje.

Odstawił kubek.

— W piątek jest przedstawienie. Będziesz?

Kasia spojrzała na kalendarz wiszący nad stołem. Data była zakreślona grubym niebieskim kołem. Tym razem nie potrzebowała przypomnienia.

— Będę. Jeśli będę jechać do oddziału, wrócę wcześniej albo pojadę w inny dzień.

— Dobrze.

Powiedział tylko tyle. Wiedziała, że czekał na odpowiedź, na której będzie mógł polegać.


Następnego ranka Ela zadzwoniła, zanim Kasia dotarła do biura.

— Mam już część danych — oznajmiła bez wstępu. — Oddział ma droższy lokal, niż wynikało z prezentacji, ale lepiej utrzymuje klientów niż dwie placówki, do których chcą ich przenieść.

— Czyli zamknięcie nie ma sensu?

— Tego jeszcze nie wiemy. Rozmawiałam z finansami. Poprosiłam też o warunki nowej umowy najmu.

Kasia przystanęła przed przejściem dla pieszych.

— Sama zadzwoniłaś do właściciela budynku?

— Tak. Mogę negocjować czynsz bez czekania, aż wrócisz z oddziału.

W głosie Eli nie było triumfu ani prośby o uznanie. Miała swój obszar odpowiedzialności i właśnie wykonywała pracę, którą uważała za potrzebną.

— Masz rację — powiedziała Kasia. — Ja porozmawiam z ludźmi na miejscu. Spotkajmy się po południu.

— I Kasia?

— Co?

— Nie obiecuj im, że uratujemy oddział. Jeszcze tego nie wiemy.

Zapaliło się zielone światło. Kasia ruszyła wraz z tłumem.

— Nie obiecam — odpowiedziała.

Po rozłączeniu przez kilka kroków myślała o tym, co powie pracownikom. Mogła obiecać im rozmowę, uczciwe przedstawienie wyników i decyzję opartą na pełniejszych danych. To było mniej efektowne niż zapewnienie, że wszystko będzie dobrze. Właśnie dlatego musiała dotrzymać każdego z tych słów.

Rozdział II - Przypadkowe spotkanie

Pod koniec pierwszego dnia w oddziale północnym Kasia wiedziała już, że będzie musiała zostać dłużej, niż planowała. Pracownicy początkowo odpowiadali ostrożnie. Dopiero kiedy przestała pytać o wyniki i zaczęła pytać, jak wygląda ich zwykły dzień, usłyszała o klientach, którzy nie korzystali z obsługi zdalnej, o telefonach odbieranych po godzinach i o umowach, których nie dało się przenieść do innej placówki jednym podpisem.

Ela spędziła większość popołudnia nad dokumentami. Wieczorem usiadła na brzegu hotelowego łóżka i zdjęła buty.

— Jeśli zobaczę jeszcze jeden arkusz z podpisem „dane orientacyjne”, wyrzucę komputer przez okno.

Kasia, stojąca przed lustrem, uniosła brwi.

— Ty? Powiedziałabyś mu najpierw, z którego piętra spadnie.

— Potem bym go wyrzuciła.

Roześmiały się. Obie były zmęczone. Kasia zadzwoniła do Marka przed kolacją. Ich dziecko chciało wiedzieć, czy widziała już coś ciekawego. Opowiedziała o psie śpiącym przy wejściu do oddziału, pomijając długie rozmowy i stos dokumentów. Kiedy Marek przejął telefon, przypomniał jej o piątkowym przedstawieniu.

— Pamiętam — powiedziała. — Wrócę jutro wieczorem.

Ela zadzwoniła do Andrzeja, gdy Kasia była w łazience. Rozmowa trwała krótko. Andrzej spytał, czy zjadła coś poza kanapką kupioną na stacji. Przyznała, że jeszcze nie. Obiecała poprawę i rozłączyła się z uśmiechem.

Godzinę później zeszły do restauracji kilka ulic od hotelu. Zamówiły kolację i po raz pierwszy tego dnia postanowiły nie rozmawiać o pracy.

— Naprawdę? — spytała Ela, kiedy Kasia położyła telefon ekranem do dołu. — Wytrzymasz?

— Przynajmniej do deseru.

Kelner postawił na ich stoliku trzy szklanki z napojami, których nie zamawiały. Zanim zdążyły go zatrzymać, podszedł jeden z mężczyzn siedzących obok.

— Przepraszam. To chyba miało trafić do nas.

Miał ciemną marynarkę, rozpięty kołnierzyk koszuli i taki rodzaj uśmiechu, który mówił, że pomyłki kelnerów zdarzają mu się wyjątkowo często.

— Proszę zabrać wszystko — powiedziała Kasia. — Mamy już swoje zamówienie.

— Wszystko? To dość surowy wyrok.

— Można się odwołać u kelnera.

Mężczyzna się roześmiał. Przedstawił się jako Paweł i wrócił do stolika, przy którym czekali na niego dwaj znajomi. Po chwili kelner przyniósł właściwe napoje. Paweł uniósł swoją szklankę w przepraszającym toaście. Kasia odpowiedziała mu krótkim skinieniem.

— Lubi takie wejścia — zauważyła Ela.

— Kelner?

— Paweł.

Kasia wzruszyła ramionami. Zaczęły rozmawiać o mieście. Ela znalazła wcześniej informację o lokalu z muzyką na żywo, ale żadna nie miała ochoty szukać go po całym dniu pracy. Kończyły deser, kiedy Paweł podszedł ponownie. Tym razem zapytał, czy nie przeszkadza.

— Usłyszeliśmy, że szukacie miejsca, w którym można potańczyć — powiedział. — Właśnie tam idziemy. To dziesięć minut stąd.

Pozostali dwaj mężczyźni wstali i również się przedstawili. Robert był wysoki, siwiejący na skroniach, mówił spokojniej od Pawła. Łukasz sprawiał wrażenie najmniej zainteresowanego robieniem dobrego wrażenia; zamiast opowiadać o lokalu, podał jego nazwę i pokazał zdjęcie szyldu w telefonie. Wszyscy trzej wyglądali na ludzi między trzydziestym piątym a czterdziestym rokiem życia.

Ela popatrzyła na Kasię.

— Godzina — powiedziała.

— Godzina — zgodziła się Kasia.

Napisały mężom, dokąd idą. Potem zapłaciły własny rachunek i wyszły z restauracji razem z mężczyznami.

Lokal był niewielki, ciepły i głośny. Zespół grał stare piosenki w nowych aranżacjach; część gości siedziała przy stolikach, inni tańczyli między sceną a barem. Paweł znalazł wolne miejsce pod ścianą. Zanim przyniesiono zamówione napoje, zaprosił Kasię do tańca.

— Od razu? — zapytała.

— Jeśli poczekam, uznasz, że brakuje mi odwagi.

— A może sprawdzam, czy umiesz tańczyć.

— To jeszcze gorzej.

Przyjęła wyciągniętą dłoń. Lubiła taniec i po całym dniu wypełnionym rozmowami o kosztach poczuła ulgę, kiedy mogła przez chwilę nie układać odpowiedzi. Paweł prowadził pewnie, nie przyciągając jej zbyt blisko. Dobrze słuchał muzyki. Jeszcze lepiej obserwował ją.

— Masz minę kogoś, kto na co dzień wydaje polecenia — powiedział, kiedy utwór zwolnił.

— A ty mówisz to każdej kobiecie, z którą tańczysz?

— Tylko tym, które wyglądają, jakby zaraz miały poprawić mi sposób prowadzenia.

— Nie poprawię. Jeszcze.

Roześmiał się. Kasia też się uśmiechnęła. Nie zamierzała udawać przed sobą, że komplementy były jej obojętne. Potrafiła jednak przyjąć je bez robienia z nich obietnicy.

Przy stoliku Robert zaproponował taniec Eli. Odmówiła pierwszej piosenki, bo chciała dopić herbatę. Przy następnej odłożyła filiżankę.

Robert był cierpliwym partnerem. Kiedy tłum na parkiecie zgęstniał, przesunął się tak, by Ela miała więcej miejsca. Nie próbował zagłuszać muzyki opowieściami o sobie.

— Długo jesteście w mieście? — zapytał dopiero po chwili.

— Do jutra.

— Szkoda. Zdążyłbym pokazać wam kilka lepszych miejsc.

— Jedno wystarczy na ten wyjazd.

— To następnym razem.

Powiedział to lekko, ale obserwował jej reakcję. Ela odpowiedziała uśmiechem, który niczego nie obiecywał. Robert nie naciskał. Przez chwilę naprawdę dobrze się bawili.

Kiedy wróciły do stolika, Łukasz przysunął Kasi krzesło.

— Paweł cię nie zamęczył?

— Musiał się trochę postarać.

— Widziałem. Teraz będzie o tym mówił przez tydzień.

Paweł położył rękę na piersi w udawanej urazie. Łukasz wydawał się mniej wygadany, ale uważny. Zapytał Elę, czy podoba jej się muzyka, i wysłuchał odpowiedzi bez przerywania. Po kolejnym utworze sam zaprosił ją na parkiet.

— Nie chcę odbierać Robertowi partnerki — powiedział.

— To ja decyduję, z kim tańczę — odparła Ela, podając mu rękę.

Łukasz skinął głową, jakby właśnie usłyszał ważną wskazówkę.

Przez następną godzinę zmieniali partnerów. Kasia zatańczyła z Robertem, który okazał się dowcipniejszy, niż sugerowała jego powaga. Ela tańczyła z Pawłem, ale po jednej piosence wróciła do stolika, zostawiając go na parkiecie z rozbawionym wyrazem twarzy. Mężczyźni flirtowali otwarcie: chwalili uśmiechy, pytali o ulubioną muzykę, próbowali przedłużyć wieczór. Kasia i Ela odpowiadały, czasem żartem, czasem odmową.

Kasia zauważyła pierwszą dziwną rzecz, kiedy Paweł wrócił do niej po wolniejszym utworze.

— W takim razie czym się zajmujesz, skoro tak dobrze umiesz przekonywać ludzi? — zapytał.

— Różnymi rzeczami.

— Zarządzasz zespołem?

— Bywa.

— Dużym?

Popatrzyła na niego uważniej.

— To ma znaczenie dla następnego tańca?

— Jestem ciekawy.

— Ja też. Na przykład tego, dlaczego trzeci raz pytasz mnie o pracę.

Paweł uniósł ręce w geście poddania.

— Słusznie. Koniec pytań zawodowych.

Tymczasem Robert usiadł obok Eli. Rozmawiali o podróżach, potem o tym, czy lepiej mieszkać w dużym mieście, czy w mniejszym. Opowiedział jej o znajomym, który podobno stracił pracę po połączeniu dwóch placówek firmy.

— Ludzie zwykle dowiadują się ostatni — powiedział. — Chociaż dyrekcja wie wcześniej.

Ela obróciła w palcach łyżeczkę.

— Zależy od firmy.

— Pewnie tak. Ty powiedziałabyś im od razu?

— Gdybym miała co powiedzieć.

— Nawet zanim zapadnie decyzja?

Odstawiła łyżeczkę. Pytanie pasowało do ich pracy zbyt dokładnie. Robert czekał na odpowiedź, lecz Ela zapytała go o nazwę firmy, w której pracował jego znajomy. Nie pamiętał.

Później, gdy cała piątka stała przy barze, Łukasz wspomniał o kosztach wynajmu lokali w tej części miasta. Wypowiedział kwotę zbliżoną do tej, którą Ela widziała po południu w dokumentach oddziału. Mogła być zasłyszana. Mogła być zgadywaniem. Zapisana w pamięci Eli dołączyła jednak do pytania Roberta i dociekliwości Pawła.

Ela znalazła Kasię przy stoliku.

— Chodź ze mną do toalety.

— Aż tak źle tańczę?

— Właśnie dlatego musimy porozmawiać na osobności.

Kiedy zostały same, Ela opowiedziała o Robercie i Łukaszu.

— Paweł kilka razy pytał o mój zespół — powiedziała Kasia. — Ale mógł zwyczajnie podtrzymywać rozmowę.

— Mógł. Robert też mógł przypadkiem zapytać, czy uprzedziłabym pracowników o zamknięciu placówki.

Kasia przestała się uśmiechać.

— Użył słowa „zamknięcie”?

— Tak. Wcześniej opowiedział historyjkę o znajomym, którego firma połączyła dwa oddziały.

— To sprawdźmy, czy potrafią rozmawiać o czymś innym.

Wróciły. Kasia zaproponowała następny taniec Łukaszowi i zaczęła opowiadać o książce, którą czytała w pociągu. Słuchał przez chwilę, po czym spytał, czy często podróżuje służbowo w tym kierunku. Ela została przy stoliku z Pawłem. Mówiła o muzyce, a on dwukrotnie próbował wrócić do pytania, na jak długo przyjechały. Kiedy usłyszał, że wyjeżdżają następnego dnia, zapytał, czy zdążą „załatwić wszystko w oddziale”.

Ela nie użyła przy nim tego słowa.

— W jakim oddziale? — spytała.

Paweł zawahał się zaledwie na sekundę.

— Mówiłaś, że jesteście tutaj w pracy.

— To prawda.

Pochylił głowę, prosząc o kolejny taniec. Odmówiła.

Na parkiecie Łukasz zerknął na telefon. Nie przerwał tańca, lecz po piosence powiedział Kasi, że musi odpisać na pilną wiadomość. Odchodząc, zostawił komórkę na stoliku. Ekran rozświetlił się, zanim zdążył po nią wrócić.

Kasia zobaczyła nazwisko dyrektora finansowego.

Nie czytała wiadomości. Wystarczyło jej to, co widziała. Łukasz wrócił, odwrócił telefon ekranem do blatu i po raz pierwszy tego wieczoru stracił swobodę.

Kasia usiadła obok Eli.

— Łukasz dostał wiadomość od naszego dyrektora finansowego.

Ela spojrzała w stronę parkietu. Robert stał tam z Pawłem. Obaj obserwowali stolik.

— Chodźmy po płaszcze — powiedziała.

Paweł podszedł do nich, kiedy wstawały.

— Już wychodzicie? Obiecali następną dobrą piosenkę.

— Dziękujemy za wieczór — odparła Ela.

Robert zatrzymał się przy stoliku.

— Spotkamy się jeszcze jutro?

— Nie sądzę — powiedziała Kasia.

Paweł spróbował się uśmiechnąć, ale Kasia zwróciła się do Łukasza:

— Dyrektor finansowy naszej firmy często pisze do ciebie wieczorami?

Zapadła cisza. Zespół zaczął kolejny utwór, ludzie wokół nich rozmawiali i tańczyli, lecz żaden z trzech mężczyzn nie podchwycił żartu.

— Znamy się — odpowiedział Łukasz.

— Od dawna? — spytała Ela.

— Jakiś czas.

— Czy on wiedział, że dziś z nami rozmawiacie?

Łukasz popatrzył na Pawła. Ten nieznacznie pokręcił głową. Kasia zauważyła ten gest.

— Wyjdźmy — powiedziała do Eli.

Dopiero na zewnątrz usłyszały za sobą kroki. Łukasz wyszedł bez płaszcza, więc musiał się spieszyć.

— Zaczekajcie. To wygląda gorzej, niż było.

— Więc powiedz, jak było — odpowiedziała Ela.

Łukasz potarł dłonią kark.

— Mieliśmy z wami pogadać. Zobaczyć, co myślicie o oddziale. Tylko tyle.

— Kto wam to zaproponował? — spytała Kasia.

Wymienił nazwisko dyrektora finansowego.

— Powiedział, że zna was z pracy — dodał. — Nie podał tego jako tajemnicy.

— A pomyłka kelnera? — zapytała Ela.

Łukasz spojrzał na nią zdumiony.

— O tym nie wiem. Paweł załatwiał spotkanie.

Nie próbowały wyciągać z niego więcej na ulicy. Ela powiedziała, że jeśli będzie chciał złożyć pełne wyjaśnienie, firma skontaktuje się z nim oficjalnie. Wróciły razem do hotelu.

W windzie Kasia oparła się o ścianę.

— Myślałam, że przez pierwszy kwadrans po prostu dobrze się bawię.

— Ja też — powiedziała Ela.

Kasia wyjęła telefon. Chciała od razu zadzwonić do przewodniczącego rady. Ela nie zatrzymała jej ręki, ale poprosiła:

— Najpierw zapiszmy wszystko osobno. Co powiedzieli, kiedy zaczęli pytać o oddział, co Łukasz przyznał na ulicy. Rano porównamy notatki.

— Zawsze musisz mieć rację w najmniej przyjemnym momencie?

— Nie zawsze. Dziś się staram.

W pokojach usiadły do notatek. Kasia zapisała nazwisko, które zobaczyła na ekranie telefonu Łukasza, i jego słowa wypowiedziane przed lokalem. Oddzieliła to, co wiedziała, od własnych podejrzeń. Potem zadzwoniła do Marka. Powiedziała mu, że wydarzyło się coś niepokojącego w związku z pracą i że wróci jutro zgodnie z planem. Ela również porozmawiała z Andrzejem.

Rano miały zająć się oddziałem. Teraz wiedziały, że ktoś próbował poznać ich zamiary, zanim same skończyły zbierać informacje. Nie znały jeszcze powodu. Wiedziały za to, że ich odpowiedź nie może powstać przy stoliku w lokalu ani w gniewnej rozmowie przez telefon.

Rozdział III — Liczby których brakowało

Kasia obudziła się przed budzikiem. Przez kilka sekund patrzyła na zasłony hotelowego pokoju, próbując przypomnieć sobie, dlaczego zasnęła tak późno. Potem zobaczyła notes leżący na stoliku.

Otworzyła go na zapisanej w nocy stronie. Przy słowach Łukasza postawiła znak zapytania. Przy nazwisku dyrektora finansowego — dwa.

Telefon zawibrował. Wiadomość od Marka zawierała zdjęcie dziecięcych butów stojących na kuchennym stole.

Twierdzi, że w ten sposób na pewno nie zapomni ich zabrać do przedszkola. Ja twierdzę, że potrzebuję kawy.

Kasia odpisała, że pomysł jest skuteczny, choć wymaga umycia stołu. Po chwili Marek zapytał, czy wszystko w porządku.

Porozmawiamy, kiedy wrócę. Sprawa w pracy jest poważniejsza, niż myślałam.

Tym razem odpowiedź przyszła od razu.

Będę dziś w domu. Zadzwoń, jeśli będziesz mnie potrzebowała wcześniej.

Kasia odłożyła telefon. Nie chciała ukrywać przed Markiem poprzedniego wieczoru, ale opowiadanie o nim między pobudką dziecka a wyjściem do przedszkola wydawało się złym pomysłem.

Ela czekała na dole przy stoliku z dwoma filiżankami.

— Zamówiłam ci kawę — powiedziała. — Jeśli wolisz herbatę, wypiję obie.

— Wypiję kawę. Ty spałaś?

— Trochę.

Wyjęły notesy. Przez kilka minut czytały na zmianę swoje zapiski. Zgodne były słowa Łukasza wypowiedziane na ulicy: „Mieliśmy z wami pogadać” i „Zobaczyć, co myślicie o oddziale”. Obie zapamiętały też, że podał nazwisko dyrektora finansowego. Różniły się szczegóły wcześniejszych rozmów, bo każda słyszała innych mężczyzn.

— Nie dopisujmy sobie nawzajem tego, czego nie słyszałyśmy — powiedziała Ela. — Zachowajmy osobne notatki.

Kasia skinęła głową.

— A z nim co zrobimy?

— Najpierw skończymy pracę tutaj. Po powrocie przedstawimy przewodniczącemu to, co wiemy.

— Dyrektor finansowy może w tym czasie przygotować własną wersję.

— Może. Dlatego wyślijmy przewodniczącemu wiadomość już teraz. Krótką. Że podczas wyjazdu doszło do zdarzenia, które wymaga poufnej rozmowy po powrocie.

Kasia otworzyła pocztę.

— Napiszę.

— Przeczytam przed wysłaniem.

— Tego się spodziewałam.

W oddziale północnym kierowniczka placówki, pani Sadowska, wprowadziła je do niewielkiego pokoju z oknem wychodzącym na parking. Na stole przygotowano zestawienia klientów, grafik pracowników i listę umów oczekujących na odnowienie.

— Nie chciałam wysyłać nazwisk zwykłą pocztą — wyjaśniła. — Tutaj możecie je zobaczyć.

Ela podziękowała i zaczęła przeglądać dokumenty. Kasia została z kierowniczką.

— Wczoraj rozmawiałyśmy o tym, co się zmieniło w pracy oddziału — powiedziała. — Dziś chcę zapytać, co zmieniłaby pani, gdyby placówka miała działać dalej.

Pani Sadowska przez chwilę obracała długopis w dłoniach.

— Mamy pustą połowę magazynu. Płacimy za nią, choć nie korzystamy z niej od ponad roku. Prosiłam o zgodę na zmianę warunków najmu.

— Komu wysłała pani wniosek?

— Do centrali. Przez finanse.

Ela podniosła wzrok znad dokumentów.

— Kiedy?

Kierowniczka odnalazła kopię pisma. Wniosek miał datę sprzed ośmiu miesięcy. Dołączono do niego odpowiedź, w której polecono zaczekać do następnego przeglądu kosztów. Podpis należał do zastępcy dyrektora finansowego.

— W materiałach rady nie było wzmianki o tej możliwości — powiedziała Ela.

— Myślałam, że ją odrzucono — odparła pani Sadowska.

Ela zrobiła notatkę. Nawet po obniżeniu czynszu oddział mógł się okazać za drogi. Chciała jednak wiedzieć, dlaczego rady nie poinformowano o wcześniejszym wniosku.

Kasia poszła z kierowniczką na salę obsługi. Przy jednym ze stanowisk starsza kobieta prosiła pracownika o wyjaśnienie pisma, które dostała z centrali. Mężczyzna mówił powoli, wskazując kolejne punkty. Kobieta kilka razy pytała o to samo. Kiedy w końcu schowała dokument do torebki, podziękowała mu po imieniu.

— Dzwoniła wcześniej na infolinię — powiedziała kierowniczka, gdy klientka wyszła. — Nie zrozumiała odpowiedzi, więc przyszła tutaj.

Kasia zapisała, ile trwała rozmowa. Jedno spotkanie nie rozstrzygało o losie placówki, ale pokazywało rodzaj pracy, której nie było w tabeli z wynikami.

Przed południem dołączyła do Eli. Na stole leżały już trzy stosy papierów.

— Znalazłaś coś? — spytała.

— Część kosztów przypisano temu oddziałowi dopiero w ostatnich dwóch kwartałach. Wcześniej były rozliczane centralnie.

— Błąd?

— Nie wiem. Mogła się zmienić zasada księgowania.

— A ktoś o tej zmianie napisał w materiałach dla rady?

— Nie znalazłam.

Ela podała jej wydruk. Jedna z pozycji obejmowała utrzymanie systemu używanego przez kilka placówek, choć w zestawieniu całe obciążenie przypisano północnemu oddziałowi.

— Możesz wykazać, że to zniekształciło wynik? — zapytała Kasia.

— Muszę dostać dokument opisujący podział kosztów. I sprawdzić pozostałe placówki.

Zadzwonił telefon Kasi. Na ekranie pojawił się numer z centrali. Dyrektor finansowy.

Kasia odebrała i włączyła głośnik.

— Dzień dobry. Jak przebiega wizyta? — zapytał.

— Rozmawiamy z zespołem i przeglądamy dane — odpowiedziała.

— Mam nadzieję, że nie zajmujecie ludziom całego dnia. Przy takim obciążeniu oddziału każda godzina kosztuje.

Ela napisała na kartce: Zapytaj o podział kosztów.

— Dlaczego koszt utrzymania wspólnego systemu znalazł się w całości w zestawieniu tego oddziału? — spytała Kasia.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

— Nie znam teraz szczegółu, o którym mówisz.

— Prześlemy numer pozycji.

— Dobrze. Sprawdzę to po waszym powrocie. Wolałbym, żebyście nie wyciągały wniosków z pojedynczego wiersza.

— My też — wtrąciła Ela. — Dlatego poprosimy o zasady podziału kosztów między placówkami.

— Oczywiście. Przygotuję dokumenty.

Rozłączył się pierwszy.

Po południu spotkały się z właścicielem budynku. Ela prowadziła rozmowę. Nie obiecywała przedłużenia umowy ani nie mówiła, że oddział zostanie zamknięty. Zapytała o możliwość zmniejszenia wynajmowanej powierzchni, okres wypowiedzenia i koszt przeniesienia archiwum.

Właściciel początkowo utrzymywał, że podział lokalu jest niemożliwy. Potem przyznał, że pół roku wcześniej oglądał pustą część z potencjalnym najemcą.

— Dlaczego nie doszło do umowy? — spytała Ela.

— Potrzebowałem zgody państwa firmy na zmianę sposobu korzystania z wejścia.

— Czy ktoś o tę zgodę wystąpił?

— Wysłałem propozycję do centrali. Nie dostałem odpowiedzi.

Ela poprosiła o kopię wiadomości. Właściciel zgodził się ją przesłać.

Kiedy wyszły na ulicę, Kasia odetchnęła głęboko.

— Ile takich rzeczy jeszcze znajdziemy?

— Tyle, ile sprawdzimy — odpowiedziała Ela.

— Zaczynam rozumieć, dlaczego chciałaś dwóch tygodni.

— Powiedz to jeszcze raz, kiedy wrócimy do biura. Najlepiej przy świadkach.

Kasia roześmiała się, ale zaraz spoważniała.

— Wczoraj dyrektor finansowy wysłał za nami trzech ludzi. Dziś dzwonił, żeby sprawdzić, czego się dowiedziałyśmy. A w dokumentach są koszty, których nikt nam nie wyjaśnił.

— To są trzy osobne fakty — powiedziała Ela. — Mogą się łączyć. Musimy to sprawdzić.

— Wiem. Po prostu nie podoba mi się, że ktoś uznał nas za tak łatwe do podejścia.

Ela zatrzymała się.

— Myślałam o tym całą noc. Dobrze mi się z Robertem tańczyło. Przez jakiś czas mu wierzyłam.

— Mnie też dobrze się bawiło.

— To nie znaczy, że zrobiłyśmy coś złego.

— Nie — odpowiedziała Kasia. — Ktoś wykorzystał zwykły wieczór, żeby nas przepytać.

Do domu Kasia wróciła po dwudziestej. Marek siedział przy stole z kartką, na której narysowano scenę i kilka postaci o znacznie większych głowach niż tułowiach.

— Próba generalna — wyjaśnił. — Usłyszałem całą kwestię chyba osiemnaście razy.

— A ja?

— Usłyszysz w piątek. Na żywo.

Kiedy dziecko zasnęło, Kasia opowiedziała Markowi o kolacji, tańcach i pytaniach mężczyzn. Nie pominęła tego, że początkowo dobrze się bawiła. Marek słuchał, trzymając dłonie na kubku z herbatą.

— Zatańczyłaś z nimi i powiedziałaś mi o tym — podsumował. — Nie o to jestem zły.

— Wiem.

— Jestem zły, że ktoś zaplanował spotkanie bez waszej wiedzy. I że musiałaś zgadywać, dokąd to zmierza.

— Ela była ze mną.

— Dobrze, że była.

Marek zapytał, czy zamierzają zgłosić sprawę radzie.

— Tak. Mamy notatki z wczoraj i dokumenty z oddziału. Nie chcę mieszać podejrzeń z tym, co możemy wykazać.

— Brzmisz jak Ela.

— Przez całe gimnazjum próbowała mnie tego nauczyć.

— W końcu miała wyniki.

Kasia szturchnęła go łokciem. Potem przyciągnęła do siebie kartkę z rysunkiem przedstawienia i położyła ją na wierzchu swoich dokumentów.

Następnego ranka Ela przyszła do biura przed Kasią. Na jej służbowej skrzynce czekał plik od działu finansowego, zatytułowany „Zasady podziału kosztów”. Otworzyła go, przejrzała pierwszą stronę, a potem sprawdziła datę utworzenia dokumentu.

Była wczorajsza.

Nie przesądzało to, kiedy zasady zaczęły obowiązywać. Ktoś mógł przygotować nowy plik na jej prośbę. Ela zapisała datę w notesie i otworzyła zestawienie dla pozostałych placówek.

Po kilku minutach zobaczyła, że ten sam koszt systemu wykazano także w centrali.

Zadzwoniła do Kasi.

— Przyjdź do mnie, zanim pójdziemy do przewodniczącego — powiedziała.

— Co masz?

— Pytanie, na które finanse będą musiały odpowiedzieć przy obu z nas.

Przewodniczący rady przyjął je przed południem. Na stole położyły dwie osobne notatki z wieczornego spotkania, kopię pisma kierowniczki oddziału oraz zestawienia kosztów. Ela przygotowała jedną stronę z pytaniami, na które nie znalazła odpowiedzi.

Przewodniczący przeczytał najpierw wiadomość, którą wysłały dzień wcześniej. Potem odsunął ją na bok.

— Proszę zacząć od tego, co się wydarzyło w restauracji — powiedział.

Kasia opowiedziała o pomyłce z napojami, zaproszeniu do lokalu i rozmowach podczas tańca. Mówiła rzeczowo, choć przy wzmiance o trzech mężczyznach poczuła irytację.

— Początkowo uznałyśmy spotkanie za przypadkowe — powiedziała. — Później każdy z nich zaczął pytać o naszą pracę. Pytania dotyczyły także oddziału północnego.

Ela przytoczyła słowa Roberta o zamknięciu placówki i pytanie Pawła, czy zdążą załatwić sprawy w oddziale. Kasia opisała powiadomienie z nazwiskiem dyrektora finansowego. Na końcu każda odczytała ze swoich notatek słowa Łukasza wypowiedziane przed lokalem.

Przewodniczący nie przerwał im ani razu.

— Czy macie od któregoś z tych mężczyzn kontakt? — zapytał.

— Nie — odpowiedziała Ela. — Zapamiętałyśmy ich imiona. Mamy nazwę lokalu i godzinę rozmowy z Łukaszem. Powiedział, że firma może skontaktować się z nim oficjalnie.

— Nie zażądałyśmy numeru — dodała Kasia. — Zależało nam wtedy, żeby odejść.

— Rozumiem.

Przewodniczący zamknął notes Kasi.

— To poważna sprawa. Potrzebuję ustalić, kto zlecił kontakt z wami i w jakim celu. Do tego czasu nie będę opierał się wyłącznie na jego słowach ani na waszym przypuszczeniu, że mężczyźni mieli wydobyć informacje.

— Łukasz przyznał, że mieli nas pytać o oddział — powiedziała Kasia.

— I to właśnie sprawdzimy.

Ela przesunęła ku niemu zestawienia.

— Jest jeszcze druga sprawa. Podczas wizyty znalazłyśmy rozbieżności w materiałach, na podstawie których rada miała rozważać zamknięcie placówki.

Wskazała koszt systemu przypisany oddziałowi północnemu, a następnie pozycję w zestawieniu centrali. Ta sama kwota pojawiała się w obu miejscach.

Przewodniczący długo patrzył na kartki.

— Czy to podwójny koszt w wyniku całej firmy?

— Nie potrafię tego jeszcze stwierdzić — odpowiedziała Ela. — Możliwe, że to dwa różne ujęcia tej samej kwoty w raportach na różne potrzeby. Jednak w prezentacji dla rady koszt obciąża oddział północny. Nigdzie nie wyjaśniono, że występuje również w zestawieniu centrali.

— A czynsz? — zapytał.

Ela pokazała wniosek pani Sadowskiej.

— Osiem miesięcy temu oddział prosił o zgodę na zmianę warunków najmu. Właściciel budynku złożył później własną propozycję. Żadna z tych informacji nie trafiła do materiałów rady.

— Właściciel to potwierdził?

— W rozmowie z nami. Obiecał przesłać kopię swojej wiadomości.

Przewodniczący odłożył długopis.

— Gdybym otrzymał te informacje przed posiedzeniem, zadawałbym inne pytania.

Kasia przypomniała sobie dzień, w którym pierwszy raz sprzeciwiła się radzie. Mówiła wtedy szybko, pewna, że oczywisty błąd w propozycji wystarczy, by ją zatrzymać. Tym razem pozwoliła Eli dokończyć wyjaśnienie.

— Nie prosimy dziś o decyzję, że oddział ma pozostać otwarty — powiedziała Ela. — Prosimy o wstrzymanie prac nad jego zamknięciem, dopóki nie dostaniemy pełnych danych.

— I o zabezpieczenie dokumentów źródłowych — dodała Kasia. — Chcemy mieć pewność, że będziemy pracować na tych samych zestawieniach, które widziała rada.

Przewodniczący skinął głową.

— Zarządzę zachowanie obecnych wersji raportów oraz danych, na których je oparto. Poproszę osobę spoza pionu finansowego o sprawdzenie sposobu rozliczenia kosztów. Propozycja dotycząca oddziału pozostanie wstrzymana.

Ela zapisała to w notesie.

— Co z dyrektorem finansowym? — spytała.

— Porozmawiam z nim jeszcze dziś. Nie chcę, żeby dowiedział się o waszych zarzutach z plotek. Będzie miał możliwość wyjaśnienia obu spraw, ale najpierw zabezpieczymy materiały.

Kasia oparła dłonie na stole.

— Proszę nie traktować spotkania w lokalu jako niezręcznego sposobu zbierania opinii. Ktoś celowo wszedł w nasze życie poza pracą.

Przewodniczący spojrzał na nią.

— Traktuję to poważnie. Nie powinnyście były zostać postawione w takiej sytuacji.

Nie brzmiało to jak obietnica, że wszystkie problemy znikną. Kasia przyjęła te słowa właśnie dlatego.

Kiedy zbierały dokumenty, przewodniczący zatrzymał Elę.

— Proszę przesłać mi także listę pytań, które przygotowała pani do raportu. Tę pełną, nie tylko tę skróconą na jedną stronę.

— Wyślę przed końcem dnia.

— I jeszcze jedno. Obie prowadziłyście tę sprawę. Na następnym posiedzeniu obie przedstawicie wyniki.

Kasia spojrzała na Elę. Ta odpowiedziała krótkim skinieniem.

Na korytarzu minęły dyrektora finansowego. Wyszedł właśnie z windy i zwolnił na ich widok.

— Jak było na północy? — zapytał.

— Pracowicie — odpowiedziała Ela.

— Widziałem, że dostałyście wyjaśnienie kosztów.

— Dostałyśmy dokument — powiedziała Kasia. — O wyjaśnienia jeszcze poprosimy.

Nie zatrzymały się. Za plecami usłyszały, jak sekretarka przewodniczącego zaprasza go do środka.

Dopiero przy końcu korytarza Ela wypuściła powietrze.

— Zabrzmiało to groźnie.

— Które z nas? — spytała Kasia.

— Ty.

— Powiedziałam prawdę.

— Wiem. Dlatego nie zamierzam cię poprawiać.

Ruszyły do swoich gabinetów. Przed nimi były dwa tygodnie pracy nad przyszłością oddziału i wyjaśnienie spotkania, które ktoś zorganizował bez ich zgody. Po raz pierwszy od wyjazdu Kasia miała poczucie, że obie sprawy trafiły tam, gdzie można je było rzetelnie zbadać.

Rozdział IV — Granice zaufania

Dyrektor finansowy wyszedł z gabinetu przewodniczącego po czterdziestu minutach. Sekretarka widziała, jak zatrzymał się przy windzie, odczytał wiadomość w telefonie i dopiero wtedy nacisnął przycisk. Nie podszedł do gabinetu Kasi ani Eli.

O rozmowie dowiedziały się jeszcze tego samego dnia, ale tylko tyle, ile przewodniczący postanowił im przekazać. Wysłał krótką wiadomość: dyrektor przyznał, że zna Łukasza i poprosił go o spotkanie z obiema kobietami podczas ich wyjazdu. Zaprzeczył, by zlecił mężczyznom flirtowanie lub zdobywanie poufnych danych. Twierdził, że chciał poznać ich opinię poza oficjalnym posiedzeniem.

Kasia przeczytała wiadomość dwa razy.

— „Poza oficjalnym posiedzeniem” — powtórzyła, stojąc w progu gabinetu Eli. — Przecież mógł przyjść do nas i zapytać.

— Wtedy wiedziałybyśmy, kto pyta — odpowiedziała Ela.

Na ekranie jej komputera były otwarte trzy zestawienia. Każde przedstawiało koszt tego samego systemu w inny sposób. Kasia przysunęła krzesło.

— Ustaliłaś, skąd podwójna pozycja?

— Jeszcze nie. Raport dla oddziału pokazuje cały koszt. Raport centrali również. W księdze głównej płatność występuje raz, więc firma nie zapłaciła dwa razy. Problem jest w tym, jak pokazano wynik oddziału radzie.

— Czyli można było przedstawić go jako mniej rentowny, niż jest.

— Tak. Ale nie wiem jeszcze, czy ktoś zrobił to celowo.

Kasia spojrzała na stos wydruków.

— Potrzebujesz pomocy?

— Potrzebuję dostępu do starszych wersji raportu. Przewodniczący wyznaczył do sprawdzenia rozliczeń osobę z kontroli wewnętrznej. Umówiłam się z nią jutro rano.

— Beze mnie?

Ela oderwała wzrok od ekranu.

— Tak. Zajmę się dokumentami. Ty miałaś dziś rozmawiać z kierownikami dwóch placówek, do których chcą przenieść klientów.

Kasia otworzyła usta, po czym je zamknęła. Rzeczywiście miała te rozmowy w kalendarzu. Przywiozła z oddziału pytania, na które Ela nie mogła odpowiedzieć za nią.

— Przyślę ci notatki po spotkaniach — powiedziała.

— A ja ci swoje.

Kasia wstała. Przy drzwiach odwróciła się jeszcze.

— Wiesz, że nie musisz pytać mnie o zgodę na takie spotkanie.

— Wiem — odparła Ela. — Dlatego nie pytałam.

Kontrolerka nazywała się Joanna Bielska. Następnego ranka weszła do gabinetu Eli z własnym laptopem i pustym notesem. Nie pracowała w pionie finansowym; zwykle sprawdzała przebieg procesów między oddziałami i centralą.

— Przewodniczący poprosił mnie o weryfikację danych, które trafiły na radę — powiedziała. — Potrzebuję wiedzieć, co pani zauważyła, bez zgadywania, dlaczego tak się stało.

Ela przesunęła ku niej wydruki.

— To potrafię zrobić.

Przez ponad godzinę porównywały daty, nazwy pól i numery wersji. Pierwsze zestawienie sporządzono przed zmianą zasad przypisywania kosztów. Drugie, pokazane radzie, powstało później. Bielska znalazła w systemie także trzeci plik, przygotowany pomiędzy nimi. W tym pliku koszt wspólnego systemu podzielono między placówki.

— Kto zatwierdził ostatnią wersję? — spytała Ela.

Bielska sprawdziła historię dokumentu.

— Zastępca dyrektora finansowego. Potem plik trafił do dyrektora. Nie widzę tu uwag do tej pozycji.

— Możemy ustalić, dlaczego zmieniono sposób prezentacji?

— Zapytam osoby, które przygotowywały raport. Zachowam wszystkie trzy wersje.

Bielska zamknęła laptop.

— Zwrócę się także o korespondencję dotyczącą czynszu. Jeśli centrala dostała propozycję właściciela budynku, powinna być zarejestrowana.

Ela podziękowała. Gdy została sama, nie poczuła triumfu. Nowy plik oznaczał kolejne pytanie, nie gotową odpowiedź. Zadzwoniła do Kasi dopiero po zapisaniu ustaleń.

Kasia odebrała w drodze do drugiej placówki.

— Udało się?

— Znalazłyśmy wcześniejszą wersję raportu. Koszt był w niej podzielony.

— A potem ktoś wrzucił wszystko na północ?

— Tak. Bielska ustala, kto podjął decyzję i dlaczego. Nie musisz wracać do biura. Dokończ rozmowy.

Po drugiej stronie rozległ się dźwięk zamykanych drzwi samochodu.

— Pierwszy kierownik powiedział mi, że nie przyjmie tylu klientów bez dodatkowej osoby. W planie finansowym nie ma nowego stanowiska.

— Zapisz jego szacunek czasu obsługi.

— Już zapisałam. Potrafię pracować pod twoją nieobecność.

— Wiem. Właśnie dlatego do ciebie zadzwoniłam.

Wieczorem Ela znalazła Andrzeja w kuchni. Przygotowywał kolację i słuchał wiadomości przez słuchawki. Zdjął je, gdy weszła.

— Wyglądasz, jakbyś przez cały dzień kogoś przesłuchiwała.

— Czytałam dokumenty. To podobna praca, tylko dokumenty rzadziej zmieniają temat.

Usiadła przy stole. Andrzej postawił przed nią talerz, ale nie wrócił od razu do gotowania.

— Chcesz opowiedzieć mi o tamtym wieczorze jeszcze raz? — zapytał.

Ela podniosła wzrok.

— Powiedziałam ci wszystko.

— Wierzę ci. Wczoraj byłem bardziej zajęty tym, że tańczyłaś z obcymi mężczyznami, niż tym, że ktoś was celowo wciągnął w tę sytuację. Przepraszam.

Przez chwilę obracała widelec w dłoni. Pamiętała jego pytania po powrocie: czy Robert ją obejmował, czy długo z nim rozmawiała, dlaczego w ogóle poszły do drugiego lokalu. Odpowiedziała na każde, choć pod koniec rozmowy była już zmęczona.

— Potrzebuję, żebyś mi wierzył także wtedy, gdy nie podoba ci się to, co opowiadam — powiedziała.

Andrzej usiadł naprzeciwko.

— Wiem. Kiedyś sam sprawiłem, że zaufanie między nami stało się trudne. Nie chcę teraz używać mojego lęku jako powodu, żeby cię kontrolować.

Ela dotknęła jego dłoni.

— Byłam ostrożna. Kasia była ze mną. Wróciłyśmy razem.

— I obie zobaczyłyście, o co im chodziło.

— Tak. Tylko przez jakiś czas naprawdę myślałam, że poznaję kogoś przypadkiem. To mnie wciąż złości.

Andrzej ścisnął jej palce.

— Mogę być zły razem z tobą. Jeśli będziesz chciała.

— Możesz. Po kolacji.

— To jedz, zanim wystygnie. Złość lepiej znoszę po ciepłym posiłku.

Ela uśmiechnęła się i wzięła pierwszy kęs.

W piątek Kasia patrzyła na zegar częściej, niż chciała. O siedemnastej miało zacząć się przedstawienie dziecka. Zapisała tę godzinę w kalendarzu i nie przyjęła żadnego spotkania po piętnastej trzydzieści.

O czternastej zadzwoniła pani Sadowska. Przesłała wreszcie kopię wiadomości od właściciela budynku, ale prosiła o rozmowę w sprawie pracowników.

— Pytają, czy mają szukać nowej pracy — powiedziała. — Nie umiem im odpowiedzieć.

Kasia zamknęła drzwi gabinetu.

— Proszę powiedzieć im prawdę: decyzja o zamknięciu została wstrzymana. Sprawdzamy dane i rozwiązania, dzięki którym oddział mógłby działać dalej. Nie obiecam dziś więcej.

— Chcą wiedzieć, kiedy dostaną odpowiedź.

— Za tydzień spotkam się z zespołem. Jeśli do tego czasu nie będziemy mieć decyzji, powiem im, na jakim etapie jesteśmy.

Po rozmowie przesłała ustalenia Eli. Ta odpisała niemal natychmiast: Bielska znalazła wiadomość właściciela budynku w skrzynce zastępcy dyrektora finansowego. Została odebrana, ale nie przekazana dalej. Na razie nie było wiadomo, czy trafiła do dyrektora.

Kasia zaczęła pisać odpowiedź, gdy do gabinetu wszedł asystent z prośbą o pilne spotkanie z przewodniczącym. Zerknęła na zegar. Dochodziła piętnasta.

— Ile potrwa? — zapytała.

— Nie wiem. Chodzi o oddział.

Wyjęła telefon i zadzwoniła do Eli.

— Przewodniczący chce nas widzieć. Ja mogę zostać najwyżej do szesnastej. Potem jadę na przedstawienie.

— Przyjdę teraz. Powiemy mu od razu, ile mamy czasu.

Przewodniczący nie zgłosił sprzeciwu, gdy usłyszał o terminie. Przedstawił im pierwsze ustalenia Bielskiej: prezentacja dla rady nie zawierała informacji o możliwym zmniejszeniu czynszu, a przyjęty sposób pokazania kosztu systemu zawyżał obciążenie oddziału. Kontrola miała jeszcze wyjaśnić, kto i na jakiej podstawie zatwierdził zmianę raportu.

— Dyrektor finansowy mówi, że o niektórych szczegółach nie wiedział — dodał przewodniczący. — Co do spotkania z mężczyznami, podtrzymuje, że prosił o nieformalną rozmowę. Uważa, że wasze zachowanie wobec nich należy oddzielić od sprawy raportu.

Kasia poczuła, jak napina jej się kark.

— Nasze zachowanie?

— Takiego użył sformułowania — powiedział przewodniczący. — Nie przyjąłem tej sugestii jako wyjaśnienia. Zleciłem oddzielne ustalenie, jak zorganizowano spotkanie i kto kontaktował się z mężczyznami.

Ela położyła na stole dłoń.

— Nie zgadzamy się, by prywatny wieczór służył ocenie naszej pracy. To on kazał nas wypytywać. Potwierdził, że poprosił o spotkanie.

— Rozumiem — odpowiedział przewodniczący. — Chciałem, żebyście wiedziały, co powiedział. Będziecie miały możliwość odnieść się do jego wyjaśnień, zanim rada cokolwiek rozstrzygnie.

Kasia wstała kilka minut przed szesnastą. Dawniej zostałaby, żeby dopowiedzieć jeszcze jedno zdanie, a potem następne. Teraz miała przy sobie Elę, która znała sprawę równie dobrze.

— Muszę jechać — powiedziała. — Ela zostanie, jeśli pojawią się dalsze pytania.

— Zostanę — potwierdziła Ela.

Przewodniczący skinął głową, a Kasia wyszła.

Na sali przedszkolnej znalazła miejsce obok Marka chwilę przed rozpoczęciem. Światła przygasły. Ich dziecko wyszło na scenę, zobaczyło oboje rodziców i na moment zapomniało pierwszego zdania.

Marek pochylił się do Kasi.

— Znam je już na pamięć. Mam podpowiedzieć?

— Jeśli podpowiesz, nigdy ci tego nie wybaczy.

Dziecko przypomniało sobie kwestię bez pomocy. Kasia patrzyła, jak mówi ją z powagą, a potem dyskretnie sprawdza, czy rodzice nadal siedzą w tym samym miejscu.

Po przedstawieniu Marek podał jej papierowy kwiat zrobiony podczas zajęć.

— Dostałem polecenie, żeby oddać ci go natychmiast — wyjaśnił.

Kasia przyjęła kwiat ostrożnie, jakby wykonano go z czegoś znacznie mniej trwałego niż papier i klej.

Telefon w jej torebce zawibrował. Nie wyjęła go, dopóki nie wyszli z dzieckiem na zewnątrz.

Wiadomość od Eli była krótka: przewodniczący zlecił dalszą kontrolę, a rada nie podejmie decyzji o oddziale przed jej zakończeniem. Pod spodem Ela dopisała: Bielska zajmie się dokumentami w poniedziałek. Ty zajmij się dziś domem.

Kasia pokazała ekran Markowi.

— Dobre wiadomości? — zapytał.

— Mamy czas, żeby ustalić prawdę.

Schowała telefon. Dziecko złapało ją za jedną rękę, Marka za drugą i zaczęło opowiadać o wszystkim, co wydarzyło się za kurtyną. Kasia słuchała aż do końca, choć znała już najważniejszą część historii: tym razem widziała występ od pierwszej kwestii.

Rozdział V — Trzy dni u siebie

W poniedziałek rano Kasia złożyła wniosek o trzy dni urlopu. Zrobiła to przed otwarciem służbowej poczty. Potem zadzwoniła do mamy.

— Wszystko w porządku? — usłyszała po drugim sygnale.

— Tak. Chciałam cię o coś poprosić. Czy mogłabyś wziąć nasze dziecko do siebie na trzy dni? Od środy do piątku.

Po drugiej stronie rozległ się szelest odkładanej gazety.

— Na trzy dni? Wyjeżdżacie?

— Nie. Chcemy z Markiem zostać w domu. W naszym mieszkaniu. Mieć kilka dni tylko dla siebie.

Mama nie odpowiedziała od razu. Kasia odruchowo przygotowała wyjaśnienia: że dawno nie odpoczywali, że Marek często brał na siebie opiekę, że dziecko lubi nocować u babci. Żadnego nie zdążyła wypowiedzieć.

— Mogę — powiedziała mama. — Ale najpierw zapytajcie dziecko, czy chce zostać na dwie noce. Ostatnio tęskniło przed zaśnięciem.

— Zapytamy. I możemy przywieźć je dopiero w środę po śniadaniu.

— Dobrze. Przygotuję pościel. Tę z małymi łódkami.

— Nadal ją masz?

— Nie wyrzuca się rzeczy, które ktoś lubi.

Kasia uśmiechnęła się. Po rozłączeniu spojrzała na kalendarz. Trzy puste dni wyglądały w nim obco.

Marek zadzwonił w porze obiadowej.

— Mama się zgodziła — powiedziała Kasia.

— Na cały ten śmiały plan?

— Na trzy dni. Pod warunkiem, że zapytamy naszego młodego człowieka o zdanie.

— Słusznie. A gdzie chcesz jechać?

— Nigdzie.

— Kasia.

— Mówię poważnie. Chcę spędzić urlop z tobą w naszym własnym mieszkaniu. Bez walizek, tras i hotelowych śniadań. Moglibyśmy obudzić się i zdecydować, co zrobić z dniem dopiero po kawie.

— To brzmi podejrzanie jak odpoczynek.

— Może spróbujemy.

Marek roześmiał się cicho. Potem spytał, czy w pracy będzie mogła naprawdę wziąć wolne. Wiedział, że raport z kontroli nie był jeszcze gotowy.

— Ela prowadzi swoją część. Bielska ma dokumenty. Moje rozmowy z kierownikami są zapisane. Jeśli wydarzy się coś wymagającego decyzji, wrócę do tego po urlopie.

— Zapiszę sobie te słowa — powiedział Marek. — Mogą się przydać.

Wieczorem dziecko wysłuchało propozycji z powagą, jakby chodziło o długi wyjazd za granicę. Zapytało, czy u babci nadal jest pościel w łódki i czy może zabrać pluszowego psa.

— Możesz — powiedział Marek. — Możesz też do nas zadzwonić.

— A wy będziecie w domu?

— Tak — odpowiedziała Kasia.

— To dlaczego ja mam być u babci?

Kasia usiadła obok na dywanie.

— Bo chcemy z tatą spędzić trochę czasu razem. Ty czasem lubisz mieć babcię tylko dla siebie. My też chcielibyśmy pobyć we dwoje.

Dziecko rozważyło tę odpowiedź.

— Babcia robi naleśniki na kolację.

— Wiem — powiedział Marek. — To silny argument.

Zgoda zapadła pod warunkiem, że pluszowy pies będzie mógł spać na łóżku, a w piątek rodzice przyjadą przed kolacją. Mama Kasi zaakceptowała oba warunki.

Kiedy dziecko zasnęło, Marek znalazł Kasię przy stole. Otworzyła służbowy kalendarz i przesuwała spotkania.

— Miałaś skończyć po dziesięciu minutach — przypomniał.

— Kończę.

— To już trzeci raz.

Kasia zamknęła komputer. Marek stanął za jej krzesłem i położył dłonie na jej ramionach.

— Czego się boisz? — zapytał.

— Że jeśli wyjadę z pracy na trzy dni, sprawa oddziału pójdzie dalej beze mnie.

— Pewnie pójdzie. Ela pracuje, nawet kiedy nie patrzysz.

Kasia prychnęła, ale nie zaprzeczyła.

— To ważna sprawa.

— Wiem. Dla ciebie i dla ludzi w oddziale. Te trzy dni też są ważne dla nas. Sam nie chcę być tylko osobą, która zostaje z dzieckiem, kiedy ty rozwiązujesz kryzys.

Odwróciła krzesło w jego stronę.

— Nigdy tak o tobie nie myślałam.

— Wierzę. Czasem jednak tak wygląda nasz tydzień. Chciałbym, żebyś wzięła ten urlop również ze mną, a nie tylko obok mnie.

Kasia objęła go w pasie. Nie prosił o więcej uwagi dla pozoru. Mówił jej, czego potrzebuje, zanim uraz zdążyłby się między nimi rozrosnąć.

— Wezmę go z tobą — powiedziała.

Ela dowiedziała się o urlopie następnego dnia. Kasia przyszła do jej gabinetu z notatkami ze spotkań w dwóch placówkach i wykazem spraw, do których mogła wrócić w poniedziałek.

— Środa, czwartek i piątek — oznajmiła. — Telefon służbowy zostawię w domu, ale wyłączony.

— Znakomicie — odpowiedziała Ela.

— Możesz udawać, że jest ci choć trochę przykro.

— Nie. Liczyłam, że wreszcie to zrobisz.

Kasia położyła przed nią dokumenty.

— Nie chcę przerzucać na ciebie mojej pracy.

Ela przejrzała pierwszą stronę.

— Nie przerzucasz. Kontrolą zajmują się Bielska i przewodniczący. Sprawy oddziału mamy podzielone. Jeśli będzie potrzebna decyzja z twojego zakresu, poproszę o przesunięcie terminu do poniedziałku.

— Możesz też podjąć ją sama, jeśli należy do twojego zakresu.

— Właśnie to zamierzam robić.

Kasia usiadła naprzeciwko. Przez kilka minut ustalały szczegóły: kontakt z panią Sadowską, dane od kierowników, pytania do finansów. Żadna nie wspomniała o mężczyznach z lokalu. Tamta sprawa nie zniknęła, ale nie musiała zajmować każdej rozmowy.

Kiedy Kasia wychodziła, Ela zapytała:

— Dokąd jedziecie?

— Do naszego mieszkania.

— Daleko?

— Z biura jakieś dwadzieścia minut.

Ela roześmiała się i odłożyła długopis.

— Dobrego wyjazdu.

W środę rano mama Kasi otworzyła drzwi, zanim zdążyli zadzwonić. Dziecko wbiegło do środka z pluszowym psem pod pachą. Zanim Kasia zdjęła płaszcz, z kuchni dobiegło pytanie o naleśniki.

Mama odebrała torbę z ubraniami.

— Macie coś zaplanowane?

— Nie — odpowiedział Marek. — To nasz jedyny punkt programu.

— W takim razie nie stójcie w drzwiach. Przyjedźcie w piątek przed kolacją, jak obiecaliście.

Kasia pożegnała dziecko. Dostała szybki uścisk i dokładny opis tego, jak należy ułożyć pluszowego psa na noc. Kiedy z Markiem wrócili do samochodu, spojrzała na puste tylne siedzenie.

— Dziwnie — powiedziała.

— Bardzo.

— Myślisz, że damy radę przez trzy dni?

— Chciałbym sprawdzić.

W mieszkaniu panowała cisza. Kasia postawiła klucze na szafce, a Marek bez pytania włączył ekspres do kawy. Zwykle o tej porze jedno z nich szukało zapomnianej bluzy, drugie sprawdzało, czy w torbie jest ulubiona zabawka.

Wypili kawę przy kuchennym stole. Marek zaproponował spacer. Kasia chciała najpierw posprzątać.

— W sobotę też będziemy mieli podłogę — powiedział.

— A jeśli do tego czasu sama się nie umyje?

— Przyznam ci rację.

Wyszli bez celu. Minęli park, w którym zazwyczaj zatrzymywali się przy placu zabaw, i poszli dalej. W księgarni Marek oglądał albumy o starych miastach, Kasia znalazła powieść, którą zamierzała przeczytać od miesięcy. Kupili obie książki. Obiad zjedli w małej restauracji, do której nigdy nie wchodzili, bo zwykle spieszyli się z dzieckiem do domu.

Po powrocie Kasia położyła się na kanapie z nową książką. Obudziła się godzinę później. Marek siedział na podłodze, oparty plecami o kanapę, i czytał swój album.

— Zasnąć w pierwszym rozdziale to surowa ocena — powiedział.

— Nie pamiętam jeszcze pierwszego rozdziału.

— To możesz go przeczytać drugi raz. Jesteś na urlopie.

Wieczorem ugotowali kolację, którą zwykle odkładali na dni bez pośpiechu. Kroili warzywa obok siebie, mijali się przy kuchence, sprzeczali o ilość pieprzu. Później tańczyli w kuchni do piosenki puszczonej z telefonu Marka. Początkowo Kasia droczyła się z nim o kroki. Kiedy utwór zwolnił, przestała się odsuwać. Przesunęła dłonią po jego karku, a on przyciągnął ją bliżej.

— Teraz sprawdzasz, czy umiem tańczyć? — spytał.

— Teraz nie interesują mnie kroki.

Pocałowała go pierwsza. Marek odpowiedział bez pośpiechu, aż oparła się plecami o kuchenny blat. Przez moment oboje się śmiali: jego dłoń trafiła na pozostawioną tam łyżkę, która z hałasem upadła na podłogę.

— Możemy ją podnieść — powiedział.

— Później.

Ujęła jego twarz w dłonie i pocałowała go znowu. Lubiła, że po tylu wspólnych latach wciąż umiał ją zaskoczyć, choć znał jej gesty i wiedział, kiedy za żartem kryje się pragnienie. Przeszli do sypialni, zostawiając na stole niedopitą herbatę. Nie musieli ściszać głosów z obawy, że obudzą dziecko. Rzadko mieli taką swobodę; tej nocy korzystali z niej bez poczucia, że powinni się spieszyć.

Rano Marek obudził ją pocałunkiem w ramię. Kasia odwróciła się ku niemu i przez chwilę leżeli blisko, patrząc na światło wpadające przez niedomknięte zasłony.

— O której musimy wstać? — zapytała.

— Nie musimy.

Taka odpowiedź spodobała jej się bardziej niż wszystkie plany, które mogliby ułożyć na ten dzień.

Tego samego wieczoru Ela i Andrzej odprowadzili swoje dziecko do łóżka. Andrzej miał następnego dnia wolne przed południem. Zapytał, czy Ela chciałaby zjeść z nim śniadanie poza domem, zanim pojedzie do biura.

— Mogę wyjść dopiero o dziewiątej — odpowiedziała.

— To zjemy o dziewiątej. Dziecko odprowadzę wcześniej.

Ela zawahała się. Na poranek umówiła rozmowę z Bielską, ale spotkanie zaczynało się dopiero po jedenastej.

— Dobrze — powiedziała. — Tylko bez telefonu na stole.

— Mojego czy twojego?

— Obu.

Andrzej wyciągnął rękę. Uścisnęła ją, a potem oboje schowali telefony do kieszeni, jakby próbowali wykonać ćwiczenie jeszcze przed śniadaniem.

Rano wybrali kawiarnię po drugiej stronie miasta. Andrzej opowiedział o pomyśle zmiany godzin swojej pracy. Chciał częściej odbierać dziecko, ale obawiał się, że jego przełożony uzna to za brak zaangażowania.

— Powiedziałeś mu, czego potrzebujesz? — zapytała Ela.

— Jeszcze nie.

— To brzmi znajomo.

— Ktoś, kogo znam, ma zwyczaj czekać, aż problem sam się rozwiąże?

— Ktoś, kogo znam, świetnie wytyka to innym.

Rozmawiali długo. O przedszkolu, o wakacjach, które ciągle odkładali, i o tym, jak łatwo było im po trudnym dniu zajmować się wyłącznie sprawami do załatwienia. Ela opowiedziała, że Kasia i Marek spędzają trzy dni sami w swoim mieszkaniu.

— Brzmi przyjemnie — powiedział Andrzej.

— Kasia musiała się tego nauczyć. Ja chyba też.

— My moglibyśmy zacząć od wspólnego popołudnia.

Ela spojrzała na godzinę.

— W przyszłym tygodniu? Wybierz dzień, a ja sprawdzę swój kalendarz.

— Wybierzemy razem wieczorem.

Nie była to wielka obietnica. Andrzej zapamiętał ją jednak lepiej niż niejeden plan urlopowy.

Wieczorem, kiedy dziecko zasnęło, znalazł Elę przy otwartym oknie w sypialni. Rozpięła mankiety koszuli i próbowała zdjąć z dłoni pierścionek, który zaczepił się o nitkę. Andrzej podszedł, uwolnił materiał i zatrzymał na chwilę jej rękę w swojej.

— Udało nam się dziś zjeść śniadanie bez telefonów — powiedział.

— A teraz próbujesz dostać pochwałę?

— Próbuję zaprosić cię bliżej.

Ela położyła dłoń na jego piersi. Czuła pod palcami ciepło i szybkie bicie serca. To ją rozbroiło bardziej niż zręczna odpowiedź. Pocałowała go, a potem jeszcze raz, kiedy odsunął się tylko po to, by spojrzeć jej w twarz.

— Na pewno masz dziś ochotę? — zapytał.

— Gdybym nie miała, powiedziałabym ci.

Przyjął odpowiedź i objął ją mocniej. Ela lubiła jego bezpośredniość, szczególnie teraz, kiedy starał się zamieniać dawne podejrzenia w pytania, na które naprawdę czekał na odpowiedź. Przez uchylone okno dochodziły odgłosy miasta. Zamknęła je, a on zgasił górne światło. Nie potrzebowali już rozmowy o czwartkowym śniadaniu. Pozostali przy sobie długo, odkrywając na nowo bliskość, której nie dało się wpisać między odbiór dziecka a kolejne spotkanie w kalendarzu.

Później Andrzej poszedł sprawdzić, czy w dziecięcym pokoju jest spokojnie. Wrócił z informacją, że pluszowy miś leży na podłodze, ale jego właściciel śpi. Ela przesunęła się na łóżku, robiąc mu miejsce.

— Podnieś misia rano — powiedziała.

— Taki miałem plan.

Drugiego dnia pobytu dziecka u babci Kasia odebrała od niego telefon. Usłyszała o naleśnikach, spacerze i pluszowym psie, który najwyraźniej bardzo dobrze się tam czuł. Gdy rozmowa dobiegła końca, przez chwilę patrzyła na wygaszony ekran.

— Tęsknisz? — zapytał Marek.

— Tak. A jednocześnie chciałabym, żebyśmy mieli jeszcze jeden taki dzień. Można jedno i drugie?

— Właśnie masz dowód.

Usiedli na balkonie. Marek nalał im herbaty. Kasia opowiedziała o tym, co od czasu narodzin dziecka zmieniło się w jej pracy, i o tym, jak bardzo bała się wtedy, że każda prośba o pomoc będzie wyglądała jak słabość. Marek nie przerwał jej ani razu.

— Zaczęłaś oddawać mi więcej miejsca przy dziecku dopiero wtedy, kiedy uwierzyłaś, że naprawdę chcę je mieć — powiedział.

— Wcześniej próbowałam wszystko zaplanować za nas oboje.

— Nadal czasem próbujesz.

— Wiem.

Marek oparł łokcie na balustradzie.

— Ja też popełniam błędy. Kiedy mówiłem ci o przedstawieniu, bałem się, że znów zostanę sam na widowni. Zamiast powiedzieć ci o tym wprost, kilka razy tylko przypominałem godzinę.

— Powinieneś był powiedzieć.

— Tak. A ty przyjechałaś. Widziałem, ile cię to kosztowało, kiedy wyszłaś ze spotkania w pracy.

Kasia pokręciła głową.

— Najtrudniejsze było uznać, że Ela sobie poradzi.

— Poradziła sobie.

— I ja też.

Wieczorem położyli się spać później niż zwykle. Nie musieli nastawiać budzika ani planować następnego poranka. Marek przyciągnął Kasię do siebie, a ona pozwoliła sobie zostać blisko, bez myśli o tym, co jeszcze powinna zrobić.

W piątek przed kolacją odebrali dziecko od babci. Przy drzwiach stała torba, większa niż ta, którą przywieźli. W środku były rysunki, książka i słoik dżemu.

— To dla was — powiedziała mama Kasi. — A to — wskazała na małą papierową łódkę — zostało zrobione dla mnie, ale ktoś zmienił zdanie.

Dziecko wręczyło łódkę Kasi.

— Byliście grzeczni w domu?

— Przeważnie — odpowiedział Marek.

— Ja byłam grzeczna cały czas — dodała Kasia.

— Tata mówi inaczej.

Mama Kasi roześmiała się i odprowadziła ich do samochodu. Zapytała cicho córkę, czy odpoczęli.

— Tak — powiedziała Kasia. — Dziękuję, że nam pomogłaś.

— Chętnie. Ale następnym razem uprzedź mnie wcześniej. Chcę mieć czas kupić więcej mąki na naleśniki.

Po powrocie do mieszkania dziecko rozłożyło rysunki na podłodze. Telefon Kasi leżał tam, gdzie zostawiła go trzy dni wcześniej, w szufladzie biurka. Wyjęła go dopiero, kiedy Marek z dzieckiem zaczęli przygotowywać kolację. Była wiadomość od Eli: kontrola trwa, w oddziale bez zmian, porozmawiają w poniedziałek.

Kasia odpisała jednym zdaniem: Dziękuję. W poniedziałek będę.

Potem schowała telefon. W kuchni Marek właśnie tłumaczył, dlaczego dżem od babci można otworzyć dziś, choć naleśniki planowali dopiero na jutro. Poszła im pomóc w tej decyzji.

Rozdział VI — Wersja dla rady

W poniedziałek Kasia znalazła na biurku kubek z kawą i kartkę zapisaną równym pismem Eli: „Raport nie uciekł. Ja też nie”.

Przeczytała ją dwa razy, zanim włączyła komputer. Przez trzy dni nie otwierała służbowej skrzynki. W piątek, kiedy zobaczyła wiadomość od Eli, odpowiedziała i schowała telefon. Dopiero teraz miała sprawdzić, ile wydarzyło się bez niej.

Po kilku minutach Ela stanęła w drzwiach.

— Jak urlop?

— Odpoczęłam. Mieliśmy puste mieszkanie, dobrą kolację i czas na rzeczy, które zwykle odkładamy.

— Brzmisz zadowolona.

— Jestem. Chociaż zdziwiłabyś się, jak długo wytrzymaliśmy bez żadnego planu.

— Nie próbuj mi tego opowiadać w godzinach pracy. Mogę zacząć zazdrościć.

Kasia wskazała kartkę.

— Dziękuję. Co się stało w oddziale?

— Pracuje normalnie. Pani Sadowska dostała potwierdzenie, że rada nie podejmie decyzji przed zakończeniem kontroli. Dziś po południu Bielska pokaże nam ustalenia dotyczące raportów. A przed chwilą dzwonił przewodniczący. Chce, żebyśmy przyszły razem.

— Wiesz dlaczego?

— Powiedział tylko, że rozmawiał z jednym z mężczyzn z lokalu.

Kasia odłożyła długopis. Odpoczynek nie sprawił, że tamten wieczór przestał ją drażnić. Miał jednak jedną zaletę: mogła teraz myśleć o nim bez chęci natychmiastowego wejścia do gabinetu dyrektora finansowego.

— Najpierw przejdziemy przez dokumenty — powiedziała.

Ela uniosła brwi.

— Taką kolejność sama bym zaproponowała.

Joanna Bielska przyszła z segregatorem, który ledwo mieścił się pod jej ramieniem. Położyła na stole trzy raporty i arkusz z datami ich przygotowania.

— Ustaliliśmy, skąd wzięła się różnica — zaczęła. — Na potrzeby wewnętrznego przeglądu przygotowano dwa warianty przypisania kosztu systemu. W pierwszym rozdzielono go między placówki. W drugim całość przypisano oddziałowi północnemu, żeby zobaczyć, jak wyglądałby wynik przy skrajnym obciążeniu.

— Dlaczego? — zapytała Kasia.

— Taką analizę zlecił zastępca dyrektora finansowego. Samo przygotowanie wariantu było dopuszczalne. Problem pojawił się później: to właśnie ten wariant trafił do prezentacji dla rady bez informacji, że jest wariantem skrajnym.

Ela przesunęła bliżej arkusz z datami.

— Kto wybrał go do prezentacji?

— Zastępca dyrektora finansowego przesłał oba pliki dyrektorowi. W wiadomości napisał, czym się różnią. Dyrektor odpowiedział: „Użyjcie drugiego. Pokażmy koszt decyzji o utrzymaniu placówki”.

Kasia spojrzała na Bielską.

— Tylko że rada miała zdecydować, czy placówkę utrzymać. Musiała znać rzeczywisty koszt, zanim zobaczyła wariant skrajny.

— Zgadzam się — powiedziała kontrolerka. — W raporcie z kontroli zapiszę, że prezentacja mogła wprowadzić radę w błąd. Decyzję o odpowiedzialności poszczególnych osób podejmie rada po ich wysłuchaniu.

— A propozycja właściciela budynku? — spytała Ela.

Bielska otworzyła kolejną teczkę.

— Wiadomość dotarła do zastępcy dyrektora. Przesłał ją następnego dnia dyrektorowi z pytaniem, czy rozpoczynać negocjacje. Odpowiedzi nie znaleźliśmy. Dyrektor twierdzi, że chciał zaczekać na ocenę całego oddziału.

— Rada nie wiedziała, że można obniżyć czynsz — powiedziała Ela.

— Nie wiedziała — potwierdziła Bielska. — Potrafię wykazać brak tej informacji w materiałach. Nie potrafię stwierdzić, co dyrektor zamierzał osiągnąć, dopóki nie przedstawi pełnego wyjaśnienia.

Kasia wstała i podeszła do okna. Przez ostatnie dni wyobrażała sobie, że znajdą jedną liczbę, która wyjaśni wszystko. Tymczasem znaleźli kilka kolejnych decyzji, każdą wymagającą osobnego pytania.

— Co powinniśmy przedstawić pracownikom? — zapytała.

Bielska zamknęła segregator.

— To wasza decyzja. Ja mogę powiedzieć, które wyliczenia są potwierdzone. Na dziś żaden z wariantów zamknięcia nie uwzględnia jednocześnie zmiany czynszu i kosztu dodatkowych stanowisk w placówkach, które miałyby przejąć klientów.

Ela zapisała to zdanie.

— Przygotujemy taki wariant — powiedziała. — Z własnymi założeniami i z zaznaczeniem, czego jeszcze nie wiemy.

Przewodniczący przyjął je godzinę później. Nie miał przed sobą materiałów finansowych. Na biurku leżała jedna kartka z odręcznymi notatkami.

— Skontaktował się ze mną Łukasz — powiedział. — Zadzwonił na numer podany przez sekretariat po tym, jak poprosiliśmy lokal o przekazanie mu wiadomości.

Kasia usiadła obok Eli.

— Potwierdził, co mówił na ulicy?

— Tak. Przedstawił też kilka szczegółów. Według niego dyrektor finansowy poprosił Pawła o zorganizowanie wieczornego spotkania z wami. Paweł zaprosił Roberta i Łukasza. Mieli dowiedzieć się, jak oceniacie oddział i czy zamierzacie zakwestionować propozycję jego zamknięcia.

— Czy dyrektor kazał im nas podrywać? — zapytała Ela.

— Łukasz twierdzi, że Paweł powiedział: „Będzie łatwiej, jeśli najpierw dobrze się z nimi pobawimy”. Nie słyszał, by dyrektor finansowy użył takich słów. Dlatego nie przypiszę mu ich bez dalszego potwierdzenia.

Kasia zacisnęła palce na oparciu krzesła. Ważne było dla niej, kto wymyślił flirt, ale równie ważny pozostawał cel spotkania.

— Dyrektor wiedział, że spotkają się z nami bez przedstawienia nam jego udziału? — zapytała.

— Łukasz twierdzi, że tak. Widział wiadomość, w której Paweł napisał dyrektorowi, że „dziewczyny niczego się nie spodziewają”. Poprosiliśmy go o zachowanie tej korespondencji. Zgodził się przekazać ją osobie prowadzącej wyjaśnienia.

Ela pochyliła się lekko do przodu.

— Czy rozmawiał pan także z Pawłem?

— Nie. Wysłaliśmy prośbę o kontakt. Każdemu damy możliwość przedstawienia własnej wersji.

Przewodniczący odłożył kartkę.

— Chcę zapytać, czy przed posiedzeniem rady potrzebujecie innego sposobu pracy z dyrektorem finansowym. Nie musicie uzgadniać z nim analiz sam na sam. Dokumenty można przekazywać przez kontrolę wewnętrzną.

— Tak będzie lepiej — powiedziała Ela. — Mamy jeszcze kilka pytań do danych. Wyślemy je na piśmie.

— Ja też tego chcę — dodała Kasia.

Kiedy wyszły, zatrzymały się przy oknie na korytarzu.

— Łukasz jednak się odezwał — powiedziała Kasia.

— Może zrozumiał, że nie chce dłużej uczestniczyć w tej historii.

— Albo chce ochronić siebie.

— Jedno nie wyklucza drugiego.

Kasia spojrzała na nią z ukosa.

— Przez trzy dni naprawdę się za tobą nie stęskniłam. Zaczynam nadrabiać.

— Masz dziś wolne miejsce w kalendarzu po siedemnastej? — zapytała Ela.

— Nie. Obiecałam Markowi, że wrócę na kolację.

— Doskonale. W takim razie dokończymy raport jutro.

Przez kolejne dwa dni pracowały osobno. Ela przeliczała wariant zmiany czynszu i sprawdzała, ile kosztowałoby zatrudnienie dodatkowej osoby w każdej z dwóch placówek. Kasia rozmawiała z kierownikami o przepływie klientów. Jeden z nich przyznał, że przyjęcie całej grupy z oddziału północnego oznaczałoby dłuższe kolejki. Drugi mógł przejąć część umów, ale tylko tych, które nie wymagały osobistej obsługi co miesiąc.

W środę po południu spotkały się nad wspólnym arkuszem.

— Jeśli oddział zostanie, potrzebuje mniejszego lokalu i zmiany sposobu obsługi kilku spraw — powiedziała Ela. — Przy tych warunkach jego wynik się poprawia. Jeśli go zamkniemy, centrala nadal oszczędza, ale mniej, niż podano radzie, bo musimy doliczyć ludzi i przeniesienie archiwum.

— A klienci?

— Nie mam uczciwej liczby tych, którzy odejdą. Możemy pokazać przedział, oparty na wynikach podobnych placówek. Ty możesz wyjaśnić radzie, dlaczego ten przedział jest tu niepewny.

Kasia przejrzała notatki.

— Pani Sadowska ma propozycję, jak wykorzystać pustą część lokalu, jeśli właściciel zgodzi się na podział. Chcę, żeby sama ją przedstawiła.

Ela podniosła wzrok.

— Na radzie?

— Na spotkaniu roboczym przed radą. Zna ten oddział lepiej od nas obu.

— Dobry pomysł. Umówię termin.

Kasia dopisała nazwisko kierowniczki obok własnego. Dawniej zawiozłaby na posiedzenie cudzą propozycję i wygłosiła ją jak najlepiej. Tym razem chciała, żeby rada usłyszała osobę, która będzie odpowiadać za jej wykonanie.

Czwartek zaczął się od telefonu Pawła. Numer przekazał mu sekretariat przewodniczącego, ale zamiast zadzwonić tam ponownie, odnalazł służbowy kontakt do Kasi. Kiedy przedstawił się w słuchawce, przez moment miała ochotę się rozłączyć.

— Przewodniczący prosił, żebyś skontaktował się z osobą prowadzącą wyjaśnienia — powiedziała.

— Wiem. Już to zrobiłem. Chciałem jeszcze przeprosić ciebie i Elę.

Kasia podeszła do okna gabinetu.

— Za co dokładnie?

— Za to, że udawałem przypadkowe spotkanie. Za pytania o pracę podczas tańca. Nie powinienem był was w to wciągać.

Mówił inaczej niż w lokalu. Bez żartów, bez prób wywołania uśmiechu.

— Kto wpadł na pomysł pomyłki kelnera? — zapytała.

— Ja. Kelner nie wiedział, po co to robię. Poprosiłem, żeby najpierw postawił nasze napoje na waszym stoliku. Powiedziałem, że znam jedną z was i zrobię jej niespodziankę.

Kasia poczuła nieprzyjemny skurcz w żołądku. Tamten drobny przypadek zapamiętała jako początek wieczoru. Teraz wiedziała, że od pierwszej chwili ktoś kierował jego przebiegiem.

— Powiedziałeś to osobie prowadzącej wyjaśnienia?

— Tak. Pokazałem też wiadomości od dyrektora finansowego.

— W takim razie nie mamy więcej do omówienia.

— Rozumiem.

Kasia zakończyła rozmowę. Nie poczuła ulgi. Przeprosiny Pawła były potrzebne, ale nie cofały wieczoru, w którym ona i Ela musiały same odkryć jego zamiary.

Zadzwoniła do Eli i opowiedziała jej dokładnie, co usłyszała.

— Zapisałaś rozmowę? — zapytała Ela.

— Zaraz zapiszę.

— Ja powiadomię przewodniczącego, że kontaktował się z tobą bezpośrednio.

— Dobrze. A potem wrócimy do oddziału.

— Wrócimy — potwierdziła Ela.

Wieczorem Kasia przyszła do domu przed Markiem. Dziecko siedziało na dywanie i budowało z klocków coś, co miało być jednocześnie zamkiem i parkingiem. Dołączyła, choć szybko okazało się, że postawiła wieżę w miejscu przeznaczonym na wjazd.

— Tu nie można — usłyszała.

— To gdzie mogę?

Dziecko wskazało jej wolny fragment dywanu. Kasia zbudowała tam niską ścianę i czekała na dalsze instrukcje.

Marek stanął w drzwiach pokoju.

— O, nowa pracownica budowy.

— Mam ograniczone uprawnienia — odpowiedziała.

Później, kiedy dziecko zasnęło, powiedziała mu o telefonie Pawła. Marek objął ją od tyłu, gdy stała przy oknie.

— Chcesz, żebym coś powiedział? — zapytał.

— Nie. Chcę przez chwilę tak postać.

Oparła się o niego. Jego bliskość nie usuwała gniewu, ale przypominała jej, że tamten wieczór nie należał do Pawła ani do dyrektora finansowego. Należał do niej i Eli, wraz z chwilą, w której rozpoznały podstęp i wyszły.

— Jutro spotykamy się z panią Sadowską — powiedziała po chwili. — Chcę, żeby miała głos w sprawie swojego oddziału.

— To brzmi jak decyzja, którą podejmiesz nawet bez mojej opinii.

— Masz jakąś?

— Mam. Dobrze, że wróciłaś wcześniej. Jutro też spróbuj.

Odwróciła się w jego ramionach.

— Spróbuję.

Pocałował ją, jakby przyjmował tę odpowiedź na razie, nie na zawsze.

W piątek rano pani Sadowska weszła do sali konferencyjnej z własnym planem zmniejszenia powierzchni oddziału. Na pierwszej stronie umieściła szkic lokalu. Na drugiej — nazwiska pracowników i zadania, które mogliby przejąć, jeśli część klientów obsługiwano by inaczej.

— Nie obiecuję, że utrzymamy wszystkie stanowiska przy dotychczasowym sposobie pracy — powiedziała. — Mogę jednak zaproponować zmianę bez zamykania miejsca, do którego ludzie przychodzą od lat.

Ela poprosiła ją o wyjaśnienie kosztów. Kasia zapytała o czas potrzebny na wdrożenie. Pani Sadowska odpowiedziała na oba pytania, a tam, gdzie brakowało danych, zapisała je do sprawdzenia.

Po spotkaniu Kasia i Ela zostały same przy stole.

— Nie muszę przedstawiać jej pomysłu za nią — powiedziała Kasia.

— Nie musisz. Ale będziesz musiała stanąć obok, kiedy rada zada trudniejsze pytania.

— Stanę.

Ela zamknęła teczkę. Na poniedziałek wyznaczono posiedzenie, podczas którego rada miała wysłuchać wyników kontroli oraz wariantów przyszłości oddziału. Nie wiedziały jeszcze, jakie stanowisko zajmie dyrektor finansowy po ujawnieniu korespondencji z Pawłem. Wiedziały, z czym same wejdą do sali: z liczbami, które można sprawdzić, z propozycją pani Sadowskiej i z osobnymi notatkami o tym, co wydarzyło się w lokalu.

— Pamiętasz nasze pierwsze wspólne wystąpienie przed klasą? — zapytała Ela.

— To, kiedy powiedziałam wszystko dwa razy szybciej, niż ćwiczyłyśmy?

— A ja nie zdążyłam pokazać połowy plansz.

— Tym razem zaczniesz ty — powiedziała Kasia.

Ela uśmiechnęła się.

— Wiem. Już przygotowałam pierwszą stronę.

Rozdział VII — Posiedzenie

W poniedziałek rano Ela przyszła do sali rady z teczką, w której dokumenty ułożyła w kolejności wystąpienia. Kasia miała własne notatki, a pani Sadowska trzymała zwinięty szkic lokalu. Dyrektor finansowy siedział już przy stole. Kiedy weszły, przerwał rozmowę z jednym z członków rady.

Przewodniczący wskazał im miejsca.

— Dzisiaj rozpatrzymy dwie sprawy — powiedział po otwarciu posiedzenia. — Najpierw przyszłość oddziału północnego. Następnie wyniki kontroli materiałów przedstawionych radzie oraz okoliczności nieformalnego spotkania z dyrektorkami. Nie będziemy mieszać oceny oddziału z oceną zachowania osób, które przygotowały wcześniejszy raport.

Kasia odnalazła wzrokiem krzesło pod ścianą. Nadal stało w tym samym miejscu. Przez lata zdążyła przywyknąć do własnego miejsca przy stole, ale tego ranka wspomnienie pierwszych posiedzeń wróciło z niezwykłą wyrazistością. Wtedy chciała zabrać głos jak najprędzej. Teraz poczekała, aż przewodniczący zwróci się do Eli.

— Proszę zacząć.

Ela wstała. Nie patrzyła na Kasię, gdy otwierała prezentację.

— W materiałach, które otrzymali państwo przed poprzednim posiedzeniem, wynik oddziału północnego przedstawiono przy pełnym przypisaniu kosztu wspólnego systemu. Kontrola ustaliła, że był to wariant skrajny. Wykorzystanie go bez objaśnienia zniekształciło porównanie z innymi placówkami.

Na ekranie pojawiły się dwa zestawienia. Ela wskazała różnicę między nimi, a potem sposób, w jaki obliczyła koszty przeniesienia klientów. Mówiła wolno tam, gdzie liczby wymagały uwagi, i szybko tam, gdzie wystarczało odczytać wniosek. Jeden z członków rady przerwał jej pytaniem o nowe stanowiska w placówkach, które miały przejąć klientów.

— Rozmawiałyśmy z oboma kierownikami — odpowiedziała. — Jeden potrzebowałby dodatkowej osoby. Drugi mógłby przejąć tylko część umów. Te koszty znajdują się w załączniku. Poprzedni wariant ich nie obejmował.

— Czy po ich doliczeniu zamknięcie nadal daje oszczędność?

— Tak, przy niektórych założeniach. Znacznie mniejszą niż wykazano poprzednio. W innych wariantach oszczędność znika po uwzględnieniu kosztu przeniesienia i utraty części klientów. Nie podam jednej liczby tam, gdzie nie mamy pewności.

Dyrektor finansowy poruszył się na krześle, lecz przewodniczący nie udzielił mu jeszcze głosu.

Ela pokazała kolejną stronę.

— Sprawdziłyśmy również możliwość zmniejszenia powierzchni oddziału. Właściciel budynku jest gotów rozmawiać. Potwierdził to na piśmie. Przy niższym czynszu wynik placówki poprawia się bez przenoszenia wszystkich klientów.

Kasia obserwowała twarze członków rady. Niektórzy dopiero teraz zobaczyli, że mają przed sobą więcej niż wybór między zamknięciem a pozostawieniem wszystkiego po staremu.

— A ilu klientów odejdzie, jeśli zamkniemy oddział? — zapytał ktoś z końca stołu.

Ela zamknęła plik.

— O tym opowie Katarzyna. Jej zespół rozmawiał z placówkami, które miałyby ich przejąć, oraz z pracownikami oddziału.

Kasia wstała. Ela usiadła, nie próbując dopowiadać za nią.

— Nie potrafimy podać dokładnej liczby — zaczęła Kasia. — Możemy pokazać przedział, ale samo porównanie z innymi miastami byłoby zawodne. W oddziale północnym część klientów wraca do tych samych pracowników z pytaniami, których nie rozwiązuje pierwsza rozmowa przez telefon.

Opisała sposób obsługi, czas potrzebny na spotkania i ograniczenia obu placówek, do których planowano przenosiny. Nie opowiedziała całej historii kobiety, którą widziała przy stanowisku. Jej danych ani okoliczności sprawy nie potrzebowała do przedstawienia tego, co zauważyła: osobista obsługa stanowiła część usługi, za którą klienci zostawali w firmie.

— Jeśli utrzymamy oddział w nowej formule — powiedziała — będziemy musieli sprawdzać wyniki co kwartał. Nie proszę państwa o zgodę na przedłużenie obecnej sytuacji bez zmian.

— Kto wykona te zmiany? — spytał przewodniczący.

Kasia odwróciła się do pani Sadowskiej.

— Osoba, która kieruje oddziałem, przygotowała własny plan. Poprosiłam ją, żeby sama go przedstawiła.

Pani Sadowska rozwinęła szkic lokalu na stole. Przez pierwsze zdanie mówiła ciszej od Kasi i Eli. Potem jeden z członków rady zapytał o podział magazynu, a ona pokazała na rysunku ścianę, wejście i miejsce na archiwum. Wyjaśniła, które czynności pracownicy mogliby wykonywać inaczej, ilu tygodni potrzebuje na zmianę organizacji i jak zamierza informować klientów.

— W pani planie wszyscy zachowują pracę? — zapytał ten sam członek rady.

Pani Sadowska opuściła szkic.

— Nie mogę tego zagwarantować przy obecnej liczbie klientów. Mogę zagwarantować, że przedstawię każdej osobie propozycję zadań i uczciwy termin rozmowy. Potrzebuję też decyzji rady, zanim zacznę obiecywać cokolwiek zespołowi.

Kasia widziała, że odpowiedź kosztowała ją więcej niż opis lokalu. Właśnie dlatego chciała, by pani Sadowska siedziała przy stole.

Po kilku kolejnych pytaniach przewodniczący zarządził przerwę. Pani Sadowska wyszła pierwsza, żeby napić się wody. Ela podeszła do niej na korytarzu.

— Dobrze pani wyjaśniła, czego jeszcze nie wie — powiedziała.

— Bałam się, że usłyszą tylko to.

— Usłyszeli plan. I warunki, które muszą przyjąć, żeby był uczciwy.

Kasia stanęła obok nich.

— Dziękuję, że pani przyjechała.

Pani Sadowska zwinęła szkic.

— Powiem moim ludziom, że rada nas wysłuchała. Czy coś więcej mogę im dziś powiedzieć?

— Jeszcze nie — odpowiedziała Kasia. — Po decyzji zadzwonimy do pani razem.

Po przerwie Joanna Bielska przedstawiła ustalenia kontroli. Potwierdziła historię trzech wersji raportu i odczytała wiadomość, w której dyrektor finansowy polecił wykorzystać wariant skrajny. Pokazała też korespondencję dotyczącą czynszu.

Przewodniczący zwrócił się do dyrektora.

— Proszę wyjaśnić, dlaczego do prezentacji dla rady wybrał pan ten wariant.

Dyrektor finansowy poprawił okulary.

— Chciałem pokazać pełne ryzyko utrzymywania słabego oddziału. Nie kwestionuję, że należało wyraźniej opisać przyjęte założenia. Odpowiadam za ostateczną prezentację.

— Czy znał pan także wariant z podziałem kosztów? — zapytała jedna z członkiń rady.

— Tak.

— Dlaczego go pan nie dołączył?

— Uważałem, że przy decyzji o dalszym utrzymywaniu placówki rada powinna znać wariant ostrożny.

— Powinna znać oba — odpowiedziała.

Dyrektor finansowy skinął głową. Nie zaprzeczył.

Kasia czekała na pytanie o czynsz. Zadał je przewodniczący.

— Otrzymał pan propozycję właściciela budynku. Dlaczego nie znalazła się w materiałach?

— Nie była ofertą, którą moglibyśmy przyjąć bez negocjacji. Uznałem, że najpierw trzeba zdecydować, czy w ogóle potrzebujemy tego oddziału.

Ela pochyliła się do mikrofonu.

— A decyzję o tym rada miała podjąć bez wiedzy, że czynsz można negocjować?

Dyrektor odwrócił głowę w jej stronę.

— Przyznaję, że powinna pani o tym wiedzieć.

— Rada również — powiedziała Ela.

Przewodniczący zanotował odpowiedź. Następnie poprosił panią Sadowską, Kasię i Elę o opuszczenie sali na część dotyczącą oceny pracy dyrektora finansowego. Zanim wstały, wyjaśnił, że wrócą, by odnieść się do sprawy spotkania w lokalu. Ocena dokumentów i decyzja o odpowiedzialności zostaną podjęte bez ich udziału.

Na korytarzu Kasia usiadła przy oknie. Ela stanęła obok.

— Pani Sadowska dobrze sobie poradziła — powiedziała Kasia.

— Tak.

— Ty też.

— Ty również. Zwłaszcza z tym, czego nie da się policzyć.

Kasia wyciągnęła telefon. Miała wiadomość od Marka: Wieczorem robię kolację. Dziecko pyta, czy znów będziesz na widowni, ale dziś nie mamy przedstawienia.

Odpisała, że wróci, gdy skończy się posiedzenie. Nie obiecała konkretnej godziny.

Wezwano je po niespełna godzinie. Pani Sadowska wróciła do oddziału, gdy skończyła swoją część; na korytarzu zostały tylko Kasia i Ela.

Przewodniczący wskazał leżącą przed nim korespondencję. Ustalono, że Paweł otrzymał od dyrektora finansowego prośbę o nawiązanie kontaktu z obiema dyrektorkami podczas ich wyjazdu. W wiadomościach padały pytania o ich ocenę zamknięcia oddziału. Paweł opisał również własny pomysł z pomylonymi napojami i zaproszeniem do lokalu.

— Nie mamy dowodu, że to dyrektor polecił im flirtować — powiedział przewodniczący. — Mamy potwierdzenie, że wiedział, iż spotkanie ma wyglądać na przypadkowe, i że oczekiwał informacji o waszej pracy.

Kasia spojrzała na dyrektora finansowego.

— Dlaczego nie zapytał pan nas w biurze?

— Sądzę, że na oficjalne pytanie odpowiedziałyby panie tak samo jak na posiedzeniu — odparł. — Chciałem wiedzieć, co naprawdę myślicie, zanim sprawa trafi na radę.

— Właśnie to powiedziałyśmy na posiedzeniu — odpowiedziała Ela. — Po sprawdzeniu danych, których pan nam wcześniej nie pokazał.

— Przyznaję, że wybór sposobu kontaktu był niewłaściwy.

— To nie był tylko niewłaściwy sposób kontaktu — powiedziała Kasia. — Kiedy tańczyłyśmy z tymi mężczyznami, nie wiedziałyśmy, że ktoś ich przysłał. Pan wiedział.

Dyrektor finansowy otworzył usta, ale przewodniczący uniósł dłoń.

— Obie strony zostały wysłuchane. Jeśli chce pan coś dodać do wyjaśnień, proszę zrobić to na piśmie przed końcem dnia.

Potem zwrócił się do Kasi i Eli.

— Wasze notatki oraz przekazana korespondencja pozostaną w aktach sprawy. Nikt nie będzie oceniał waszych kwalifikacji zawodowych na podstawie tego, że przyjęłyście zaproszenie do lokalu. Rada zajmie się sposobem, w jaki zorganizowano spotkanie.

Kasia poczuła, że dopiero teraz rozluźnia zaciśniętą dłoń. Ela zapytała o termin decyzji. Przewodniczący wyznaczył dodatkowe posiedzenie na następny dzień. Tego samego dnia rada miała też rozstrzygnąć, czy przyjąć plan dalszej pracy oddziału z etapami kontroli.

Po wyjściu z sali nie rozmawiały od razu. Przy windzie Ela spytała:

— Masz jeszcze siłę iść na kolację z nami wszystkimi?

Kasia pokręciła głową.

— Dziś chcę wrócić do Marka i dziecka. Ty jedź do Andrzeja.

— Taki miałam zamiar.

Uścisnęły się krótko i każda ruszyła w swoją stronę.

Marek otworzył Kasi drzwi z drewnianą łyżką w ręce.

— Skończyliście?

— Na dziś.

Z kuchni dobiegł głos dziecka, które chciało wiedzieć, czy mama może już obejrzeć nowy rysunek. Kasia zdjęła płaszcz, usiadła przy stole i obejrzała go od początku do końca. Dopiero gdy dziecko poszło umyć ręce, opowiedziała Markowi o posiedzeniu.

— Jutro rada podejmie decyzję o dyrektorze finansowym i oddziale — powiedziała. — Dzisiaj chyba pierwszy raz naprawdę wysłuchano pani Sadowskiej.

Marek odłożył łyżkę.

— A ciebie?

— Też. Kiedy powiedziałam, co znaczyło dla mnie tamto spotkanie.

Podszedł bliżej i pocałował ją w skroń. Chciała na chwilę zatrzymać go przy sobie, ale z łazienki rozległo się wołanie o ręcznik. Marek poszedł go podać. Kasia patrzyła za nim, a potem zajrzała do garnka i zamieszała kolację. Ich wieczór nie potrzebował uroczystej oprawy.

Ela wróciła później. Andrzej zostawił zapalone światło w kuchni i przygotował dla niej talerz. Ich dziecko już spało.

— Chcesz teraz opowiedzieć czy najpierw zjeść? — zapytał.

— Najpierw zjeść. Potem opowiedzieć. A później chciałabym przez godzinę nie słyszeć słowa „raport”.

— Mogę to zrobić.

Przysiadł naprzeciwko. Ela opowiedziała mu o pani Sadowskiej, o pytaniach rady i o tym, co dyrektor powiedział o spotkaniu w lokalu. Andrzej nie poprosił o dodatkowe szczegóły tańca. Pytał, czy rada wysłuchała obu kobiet i czy Ela będzie mogła dalej wykonywać swoją pracę bez bezpośrednich rozmów z dyrektorem finansowym.

— Jutro się dowiemy, co postanowią — odpowiedziała. — Dzisiaj wreszcie mogłam pokazać wszystkie warianty. I sama odpowiedzieć na pytania.

— Wiedziałem, że potrafisz.

— Ja też. Mimo to dobrze było tam stanąć.

Kiedy skończyła jeść, Andrzej zabrał talerz. Ela podeszła do niego od tyłu i objęła go w pasie.

— Obiecałeś mi godzinę bez raportu — przypomniała.

— Zacząłem ją liczyć, kiedy skończyłaś ostatnie zdanie.

Odwrócił się do niej. Pocałowała go powoli, pozwalając, by napięcie całego dnia ustępowało czemuś prostszemu. Potem zgasił światło w kuchni. Rozmowę o jutrze zostawili na jutro.

Rozdział VIII — Odpowiedzialność

Nazajutrz Kasia przyszła do pracy przed Elą. Nie z niecierpliwości. Dziecko obudziło ją wcześniej, bo nie mogło znaleźć papierowej łódki przywiezionej od babci. Łódka leżała pod stolikiem w salonie. Kiedy ją odnaleźli, powrót do łóżka nie miał już sensu.

W gabinecie czekała wiadomość od sekretariatu rady. Posiedzenie zaplanowano na jedenastą. Kasia przeczytała porządek obrad: decyzja dotycząca oddziału północnego, następnie wnioski z kontroli i sprawa dyrektora finansowego. O tej drugiej części rada miała obradować bez udziału dyrektorek.

Ela zjawiła się z własnym kubkiem herbaty.

— Spałaś? — spytała.

— Dopóki nie rozpoczęły się poszukiwania łódki.

— Ważna misja.

— Zakończona sukcesem. Twoja noc?

— Andrzej pomógł mi przestać powtarzać w głowie pytania rady. Nie pytał o wynik, którego jeszcze nie znałam.

Kasia spojrzała na porządek obrad.

— Tym razem nie musimy niczego dopowiadać. Wszystko leży przed nimi.

— Oprócz decyzji — powiedziała Ela. — Tę muszą podjąć sami.

Przewodniczący zaprosił je do sali po krótkiej części organizacyjnej. Na stole były wczorajsze zestawienia oraz plan pani Sadowskiej. Dyrektora finansowego nie było.

— Rada przejrzała oba warianty — powiedział przewodniczący. — Chcemy rozważyć sześciomiesięczny plan działania oddziału. Przed głosowaniem musimy wiedzieć, jakie warunki będą uczciwe wobec zespołu i firmy.

Ela otworzyła notatnik.

— Najpierw zgoda na rozpoczęcie negocjacji z właścicielem budynku. Bez niższego czynszu plan pani Sadowskiej nie osiągnie zakładanego wyniku.

— Ile dajecie sobie czasu na rozmowy? — zapytała członkini rady.

— Sześć tygodni na uzyskanie pisemnych warunków. Jeżeli nie dojdziemy do porozumienia, wrócimy z nową analizą, zanim zapadną decyzje dotyczące ludzi.

Kasia wskazała na plan obsługi klientów.

— Drugi warunek to regularny pomiar czasu i rodzaju spraw załatwianych na miejscu. Nie chcemy oceniać oddziału wyłącznie według wartości umów. Za miesiąc będziemy mogli pokazać, jaką pracę wykonuje zespół i czy nowa organizacja zmniejsza koszty bez pogarszania obsługi.

— Kto przedstawi wyniki? — zapytał przewodniczący.

— Pani Sadowska, razem z nami — odpowiedziała Kasia. — Odpowiada za wdrożenie. Ela sprawdzi koszty, ja obsługę i wpływ zmian na zespół.

Jeden z członków rady przesunął ku sobie szkic lokalu.

— Czy pracownicy wiedzą, że nawet przy utrzymaniu placówki nie ma gwarancji wszystkich stanowisk?

— Nie obiecywałyśmy im tego — powiedziała Ela. — Dziś czekają na informację, czy w ogóle dostaną czas na zmianę. Jeżeli rada przyjmie plan, jeszcze dziś pani Sadowska zorganizuje spotkanie. Przekażemy im warunki, termin kolejnego przeglądu i to, czego nadal nie wiemy.

Przewodniczący zarządził głosowanie. Kasia patrzyła na dłonie podnoszące się kolejno przy stole. Nie liczyła ich na głos. Wynik ogłosił sekretarz: rada zgodziła się na sześciomiesięczny plan pod warunkiem rozpoczęcia negocjacji czynszu, comiesięcznego przedstawiania danych i ponownej oceny po trzech miesiącach.

Nie była to obietnica, że oddział zostanie na zawsze. Była to decyzja, którą pani Sadowska mogła tego dnia przekazać ludziom bez zgadywania, co oznacza.

— Zadzwonimy do niej teraz? — spytała Kasia, kiedy wyszły z sali.

— Razem — odpowiedziała Ela.

Pani Sadowska odebrała po pierwszym sygnale.

— Oddział dostaje sześć miesięcy na wprowadzenie planu — powiedziała Kasia. — Za trzy miesiące rada sprawdzi wyniki. Rozpoczynamy rozmowy o czynszu.

Po drugiej stronie przez moment słychać było tylko oddech.

— A pracownicy?

Ela przejęła głos.

— Proszę powiedzieć im dokładnie to. Nie ma jeszcze gwarancji dotyczących wszystkich stanowisk. Przygotujemy z panią harmonogram rozmów i zadania na pierwszy miesiąc.

— Zwołam zespół po południu — powiedziała pani Sadowska. — Dziękuję, że nie kazaliście mi czekać do końca dnia.

Po południu przewodniczący poprosił obie dyrektorki do gabinetu. Tym razem na biurku nie było stosu dokumentów, tylko jedna kartka z uchwałą rady.

— Dyrektor finansowy złożył dziś rano dodatkowe wyjaśnienie — powiedział. — Przyjął odpowiedzialność za wybór skrajnego wariantu raportu i brak informacji o możliwości obniżenia czynszu. W sprawie spotkania podtrzymał, że nie polecił Pawłowi ani jego znajomym flirtować. Przyznał, że wiedział o zamiarze nawiązania kontaktu bez ujawniania jego udziału.

Kasia nie zapytała, czy za taki opis wydarzeń grozi mu nagana. Zaczekała na ciąg dalszy.

— Rada uznała, że utraciła zaufanie do sposobu, w jaki przedstawił nam dane. Zdecydowała o odsunięciu go od przygotowywania materiałów i kierowania pionem finansowym. Dalsze ustalenia dotyczące zakończenia jego pracy zostaną przeprowadzone przez osoby do tego upoważnione. Na razie obowiązki przejmuje wyznaczona zastępczyni, pod nadzorem kontroli wewnętrznej.

Ela spojrzała na uchwałę.

— Czy możemy dostać potwierdzenie, do kogo kierować pytania o dane?

— Dziś otrzymacie je na piśmie. Nie będziecie musiały uzgadniać niczego z nim.

Przewodniczący odłożył kartkę.

— Rada osobno oceniła spotkanie w lokalu. Nie mamy podstaw, by przypisać mu szczegółowy pomysł Pawła na flirt i pomyłkę kelnera. Mamy jego wiadomości wskazujące, że oczekiwał informacji od was podczas spotkania, które miało wyglądać na przypadkowe. To wystarczyło, by uznać sposób działania za niedopuszczalny.

Kasia poczuła ulgę, ale nie satysfakcję. Wolałaby, żeby nikt nie urządził tamtego wieczoru. Decyzja rady nie mogła tego zmienić.

— Czy informacja o spotkaniu będzie przekazywana w firmie? — zapytała Ela.

— Tylko osobom, które muszą ją znać, aby wykonać swoje obowiązki. Ogłoszenie o zmianie w finansach będzie dotyczyło zakresu obowiązków i ciągłości pracy. Szczegóły dotyczące waszego prywatnego wyjścia nie są treścią komunikatu do pracowników.

— Dobrze — powiedziała Ela.

Przewodniczący przyjrzał się im obu.

— Zgłosiłyście sprawę, mimo że wiedziałyście, iż trzeba będzie opowiedzieć o własnym wieczorze przed radą. Nie było to łatwe. Doceniam sposób, w jaki oddzieliłyście swoje obserwacje od podejrzeń.

Kasia już miała powiedzieć, że to przede wszystkim zasługa Eli. Zatrzymała się. Ona również pracowała nad dokumentami, rozmawiała z ludźmi i stanęła przed radą. Mogła przyjąć słowa przewodniczącego bez odbierania niczego przyjaciółce.

— Chciałyśmy, żeby rada dostała pełny obraz — odpowiedziała.

Ela skinęła głową.

Wiadomość o zmianie w pionie finansowym dotarła do pracowników przed końcem dnia. Kasia i Ela nie rozsyłały własnych wyjaśnień. Odpowiadały tylko na pytania dotyczące danych potrzebnych do pracy oddziału. Nowa osoba odpowiedzialna za finanse przysłała im harmonogram przekazania dokumentów.

Pod wieczór pani Sadowska zadzwoniła ponownie.

— Spotkałam się z zespołem. Jedna osoba pytała, czy może już przestać szukać pracy. Powiedziałam, że nie podejmę za nią takiej decyzji. Dwie inne zaproponowały zmiany w grafiku, których sama nie zauważyłam.

— To dobrze, że powiedziały pani o tym od razu — odpowiedziała Kasia.

— Dobrze. Chociaż po spotkaniu miałam ochotę usiąść na schodach i już się nie ruszać.

Ela, która słuchała przez głośnik, odezwała się:

— Proszę jutro zebrać ich propozycje. Dzisiaj może pani odpocząć. My też kończymy.

Po rozłączeniu Kasia zamknęła notes.

— Naprawdę kończymy?

— Raport na dziś jest gotowy. W domu czeka na mnie Andrzej i dziecko. Ty chyba też masz dokąd wrócić.

Kasia odsunęła krzesło.

— Mam. Tylko dziwnie zostawiać tę sprawę w połowie.

— To już nie połowa — powiedziała Ela. — Znamy decyzję. Teraz trzeba ją wykonać, krok po kroku.

Marek zastał Kasię w mieszkaniu przed sobą. Przygotowała kolację razem z dzieckiem. Na blacie stały miski, z których każda zawierała trochę inny zestaw składników, ponieważ mały pomocnik uznał mieszanie wszystkiego od razu za nudne.

— Rada zdecydowała? — zapytał Marek, kiedy dziecko poszło po serwetki.

Kasia opowiedziała mu o sześciu miesiącach dla oddziału i odsunięciu dyrektora finansowego.

— To koniec? — spytał.

— Jego udziału w tej sprawie. Dla pani Sadowskiej dopiero zaczyna się trudna część. Dla nas też.

Marek spróbował sosu, który stał najbliżej.

— A dla ciebie osobiście?

— Chyba mogę wreszcie przestać odtwarzać w głowie wieczór w lokalu. Przewodniczący powiedział wprost, że nie powinnam była zostać w takiej sytuacji.

— Mówiłem ci to wcześniej.

— Wiem. Dzisiaj usłyszałam to również od kogoś, kto mógł podjąć decyzję w pracy.

Marek odstawił łyżeczkę i przyciągnął ją do siebie. Pocałował ją powoli, dopóki z drugiego pokoju nie dobiegło pytanie, gdzie są serwetki. Kasia roześmiała się przy jego ustach.

— Po kolacji — szepnęła.

— Zapamiętam — odpowiedział.

Kiedy dziecko wróciło, oboje nakładali już jedzenie na talerze.

Ela przyszła do domu z piekarni, niosąc małą torbę z ciastkami. Andrzej siedział na podłodze przy dziecku, które układało obrazek z puzzli. Nie pytał jej o decyzję rady, dopóki nie zawiesiła płaszcza i nie usiadła obok nich.

— Oddział dostał sześć miesięcy — powiedziała. — Dyrektor finansowy został odsunięty.

Andrzej odłożył kawałek układanki.

— A ty jak się z tym czujesz?

Ela pomyślała przez chwilę.

— Cieszę się, że nie ukryto błędu w raporcie. Żal mi czasu, który wszyscy na to stracili. I jestem dumna z tego, jak pracowałyśmy z Kasią. Wszystkie trzy rzeczy naraz.

— To brzmi uczciwie.

— Ty miałeś dziś porozmawiać z przełożonym o godzinach pracy.

— Rozmawiałem. Od przyszłego miesiąca dwa razy w tygodniu będę kończył wcześniej i odbierał dziecko. W inne dni zacznę wcześniej. Zgodziliśmy się sprawdzić ten układ przez trzy miesiące.

Ela uśmiechnęła się.

— Widzisz? Nie tylko rada potrafi ustalić okres próbny.

— Mój pomysł był lepszy. Nikt nie kazał mi przygotować prezentacji.

Wieczorem, gdy dziecko zasnęło, usiedli z ciastkami przy kuchennym stole. Andrzej opowiedział, jak długo zbierał się do rozmowy. Ela przyznała, że do ostatniej chwili bała się wystąpienia przed radą, choć miała wszystkie liczby.

— Jutro znów będziesz dyrektorką od trudnych pytań — powiedział Andrzej.

— A ty wrócisz do domu wcześniej niż zwykle. Przynajmniej w niektóre dni.

— Czy to zaproszenie?

— Zależy, jak wykorzystasz te godziny.

Uśmiechnął się i przysunął krzesło. Pocałowali się nad pustymi talerzykami, powoli, bez widowni i bez pytań, na które trzeba było przygotować odpowiedź. Potem zgasili światło w kuchni.

Następnego ranka Kasia i Ela pojechały do oddziału północnego. Pani Sadowska miała już listę propozycji zespołu. Przy pierwszej z nich dopisano termin, przy drugiej potrzebną zgodę, przy trzeciej nazwisko osoby, która chciała wziąć odpowiedzialność za zmianę.

— Zaczęli jeszcze wczoraj — powiedziała kierowniczka.

Ela przyjrzała się kartce.

— To dobrze. Wpiszmy też, czego nie będziemy robić, dopóki nie skończą się negocjacje czynszu.

Kasia poszła z panią Sadowską na salę obsługi. Pracownicy mieli pytania. Odpowiadała na te, na które znała odpowiedź, przy pozostałych zapisywała imię osoby, której obiecała wrócić z informacją.

Nie było wielkiego zakończenia. Nikt nie oklaskiwał decyzji rady. Ktoś cieszył się z dodatkowego czasu, ktoś inny wciąż rozważał zmianę pracy. Oddział działał, a za trzy miesiące rada miała sprawdzić pierwsze wyniki.

Kasia wróciła do pokoju, w którym Ela omawiała z kierowniczką koszt podziału lokalu. Położyła obok ich dokumentów własną listę pytań.

— Zaczynamy? — spytała.

— Już zaczęłyśmy — odpowiedziała Ela. — Masz coś do dodania?

Kasia przysunęła krzesło. Miała. Tym razem jednak najpierw wysłuchała, do czego doszły bez niej.

Rozdział IX — Rok później

Rok później Kasia wysiadła z samochodu przed oddziałem północnym i przez chwilę przyglądała się oknom. W jednym stała doniczka z wielką paprotką. W drugim ktoś przykleił kartkę z godzinami spotkań dla klientów. Podczas ich pierwszej wizyty w tym miejscu kartki dotyczyły przede wszystkim cięć.

— Spóźnimy się przez tę paprotkę? — zapytała Ela, wysiadając po drugiej stronie.

— Sprawdzam, czy ją podlewają.

— Rada będzie zachwycona tą metodą oceny wyników.

Rada miała otrzymać tego dnia końcowe rozliczenie rocznego planu. Po trzech miesiącach od uchwały potwierdziła, że oddział realizuje pierwsze cele, po sześciu zezwoliła na dalszą działalność pod warunkiem kontroli wyników przez następne pół roku. Teraz żadna z kobiet nie chciała oprzeć wystąpienia na zdaniu, że placówka „jakoś sobie poradziła”.


Pani Sadowska czekała już w środku. Wyglądała na niewyspaną, lecz gdy prowadziła je obok stanowisk obsługi, odpowiadała na pytania pracowników bez zaglądania do notatek. Na ścianie wisiał nowy plan dyżurów. Jedno ze stanowisk zamknięto w połowie dnia; wtedy ktoś z zespołu przechodził do rozmów telefonicznych z klientami, którzy wcześniej czekali na odpowiedź całymi dniami.

— Nie wszyscy zostali — powiedziała kierowniczka, gdy zamknęły drzwi małego pokoju. — Pani Błaszczyk wybrała pracę bliżej domu. Nie obsadziliśmy jej stanowiska w tym samym wymiarze. Pozostałym zaproponowaliśmy inne godziny, a dwie osoby przeszły szkolenie do nowych zadań. Nikt nie usłyszał od nas, że musi przyjąć warunki bez pytania.

Ela otworzyła teczkę.

— W raporcie zapiszę również odejście pani Błaszczyk. W tabeli wygląda to jak oszczędność, ale decyzja miała swoje przyczyny.

Pani Sadowska przesunęła do niej kartkę.

— Wczoraj rozmawiałam z nią przez telefon. Powiedziała, że w nowej pracy kończy przed piątą. Możesz to dopisać do swojej tabeli.

— Nie mogę. Ale mogę jej pogratulować, kiedy ją spotkam.

Na stole leżały liczby. Nowa umowa najmu obniżyła koszt lokalu na dwa lata, a przeniesienie części archiwum zwolniło pokój, za który nie trzeba było już płacić. W pierwszym półroczu oszczędności niemal pochłonęły koszty szkolenia. Dopiero ostatnie miesiące przyniosły wynik, który można było utrzymać bez ograniczania obsługi. Ela znała każde przesunięcie w tych zestawieniach, bo to ona odrzuciła tańszy wariant zakładający zamknięcie dyżuru dla starszych klientów.

— Rada może zapytać, dlaczego nie wybrałyśmy go od razu — powiedziała Kasia.

— Odpowiem, że właśnie ci klienci najczęściej musieli przychodzić osobiście. Zaoszczędzilibyśmy na papierze, a zwiększylibyśmy kolejki i liczbę skarg. Sprawdziłyśmy to przez osiem tygodni.

— Nie próbuję ci podsunąć odpowiedzi.

— Wiem. Mówię ci, którą przedstawię.

Kasia zamknęła usta. Miała zwyczaj wchodzić w cudze zdanie, gdy wyczuwała zbliżające się pytanie rady. Tego ranka nie było takiej potrzeby. Ela przygotowała odpowiedź i wzięła za nią odpowiedzialność wiele miesięcy wcześniej.

Pod koniec wizyty jeden z pracowników zatrzymał je przy wyjściu.

— Pani dyrektor, mam prośbę o zmianę grafiku w następnym miesiącu — zwrócił się do Eli. — Pani Sadowska mówiła, że musi pani zatwierdzić wymiar godzin.

— Proszę najpierw przejść z nią przez plan całego zespołu — odpowiedziała Ela. — Jeśli będzie się zgadzał, podejmę decyzję do czwartku.

Kasia już sięgała po kalendarz, zanim zdała sobie sprawę, że nikt jej o nic nie pytał. Schowała telefon.

W samochodzie Ela nalała sobie herbaty z termosu. Z kubka unosiła się para.

— Wolałabym, żebyś przed radą nie mówiła za mnie o grafiku i kosztach — powiedziała spokojnie.

— Zamierzałam tylko zapytać o termin.

— Wiem. I dlatego mówię ci to teraz, a nie wtedy, kiedy staniemy przy stole. Zostaw mi moje pytania.

Kasia opuściła osłonę przeciwsłoneczną, choć nie świeciło słońce.

— Masz rację. Przepraszam.

— Za pytanie nie musisz. Za odruch, który powtarza się od tygodni, trochę tak.

Kasia przyjęła uwagę. Pomyślała o dniu, w którym razem przyniosły tu listę niewiadomych. Wtedy prawie każde pytanie kierowano do niej. Teraz ludzie wiedzieli, za co odpowiada Ela. Jeżeli Kasia miała naprawdę szanować tę zmianę, musiała dopuścić ją również w drobnych rozmowach.

— Dzisiaj przedstawiasz decyzje dotyczące kosztów i zespołu — powiedziała. — Ja odpowiadam za klientów. Przy pytaniach o harmonogram odeślę radę do ciebie.

Ela upiła łyk herbaty.

— Właśnie tak.

W południe Kasia dostała wiadomość od Marka: „Gorączka wróciła. Zostajemy w domu. Lekarka przyjmie nas po czwartej”. Dziecko chorowało od dwóch dni. W nocy budziło się z kaszlem; Marek wziął pierwszy dzień wolnego, Kasia drugi poranek, a potem zamienili się, żeby mogła przyjechać na spotkanie.

Kasia odpisała, że zaraz zadzwoni. Przeszła do pustej sali konferencyjnej.

— Jak wysoko? — zapytała, gdy Marek odebrał.

— Mniej niż w nocy, ale znów rośnie. Pije wodę. Leży na kanapie i twierdzi, że moje czytanie jest za wolne.

— Mogę wrócić po radzie. Jeśli potrzebujesz wcześniej, powiem Eli, żeby skończyła beze mnie.

— Chcę, żebyś pojechała na posiedzenie. Już ustaliliśmy, kto dziś jest w domu. Potrzebuję tylko, żebyś po nim rzeczywiście wróciła. Bez telefonu w samochodzie na parkingu przez kolejne czterdzieści minut.

Marek nie podnosił głosu. Kasia poczuła jednak, że w tym ostatnim zdaniu mieszczą się wszystkie razy, kiedy obiecała wrócić zaraz i zostawała, by dopisać jeszcze jeden akapit.

— Wrócę — odpowiedziała. — Wyślij mi, co powie lekarka, jeśli będziecie u niej wcześniej.

— Jasne. A kiedy wejdziesz do domu, przejmujesz czytanie. Ja mam zamiar posłuchać, jak radzisz sobie z oceną tempa.

Rozłączyła się i ustawiła w telefonie przypomnienie na godzinę, o której musiała wyjść. Nie chodziło o to, żeby Marek jej pilnował. Sama chciała dotrzymać słowa.

Przed radą Ela poprosiła o możliwość rozpoczęcia wystąpienia. Przewodniczący spojrzał na porządek obrad, po czym skinął głową. Nie wyznaczał jej kolejności wcześniej i nie potrzebowała jego zachęty.

— Przed rokiem rada dała oddziałowi sześć miesięcy pod warunkiem zmiany kosztów i kontroli wyników — zaczęła. — Po pierwszym przeglądzie utrzymała plan na kolejne pół roku. Dzisiaj proszę o ocenę całych dwunastu miesięcy, wraz z kosztami przejścia, odejściem jednej osoby i zmianami w obsłudze. Oddział osiągnął przyjęty wynik w ostatnich miesiącach. W skali całego roku nie przedstawię go jako zysku, którego jeszcze nie było.

Jeden z członków rady poprosił o zestawienie kosztów czynszu. Ela pokazała pisemne warunki wynegocjowanej umowy i porównanie z poprzednią. Przy pytaniu o szkolenie wyjaśniła, dlaczego dwa miesiące wyższych wydatków były konieczne, żeby nowy grafik zadziałał. Nie szukała wzrokiem Kasi.

— Co się stanie, jeśli liczba klientów spadnie jesienią? — zapytała członkini rady.

— Mamy trzy progi reakcji — odpowiedziała Ela. — Przy pierwszym zmieniamy liczbę godzin przeznaczonych na telefony. Przy drugim wracamy do rady z planem wykorzystania wolnych stanowisk. Przy trzecim musimy ponownie rozważyć wielkość lokalu. Nie będę obiecywać, że każda z tych decyzji będzie łatwa.

Kasia przedstawiła dane o czasie obsługi i skargach. Nie wszystkie wyniki były lepsze. Liczba oczekujących rosła przez pierwsze tygodnie po zmianie grafiku, potem spadła poniżej poziomu sprzed reorganizacji. Pani Sadowska opowiedziała, które pomysły wyszły od pracowników i z których zrezygnowała po rozmowach z zespołem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 52.86