E-book
15.75
drukowana A5
66.89
Dwie strony medalu

Bezpłatny fragment - Dwie strony medalu


Objętość:
334 str.
ISBN:
978-83-8467-544-1
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 66.89

ROZDZIAŁ 1 - 
Dziewczyna z osiedla Kazimierzowskiego

Szesnastoletnia Kasia urodziła się 19 lutego 1958 roku w Krakowie, lecz jej dzieciństwo i młodość należały przede wszystkim do Nowej Huty. Mieszkała na osiedlu Kazimierzowskim i właśnie tam znajdował się cały jej codzienny świat: blok, znajome podwórka, ławki, trzepaki, sklepy i drogi, którymi każdego dnia chodziła do gimnazjum i wracała do domu.

Miała sto pięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i była bardzo drobna. Wyglądała młodziej, niż wskazywała metryka. Ludzie, którzy jej nie znali, mogli wziąć ją za trzynastolatkę. Kasia wiedziała o tym. Czasami ją to irytowało, szczególnie kiedy ktoś zwracał się do niej jak do dziecka, lecz zazwyczaj nie protestowała. Prostowanie cudzych wyobrażeń wydawało jej się kolejną rzeczą, o którą nie warto było się spierać.

W gimnazjum miała koleżanki, które bardzo ją lubiły. Nie należała do dziewcząt, wokół których bez przerwy coś się działo. Nie potrzebowała tego. Wystarczało jej kilka bliskich osób, rozmowy podczas przerw i poczucie, że następnego ranka spotka te same znajome twarze.

Nie lubiła kłótni. Kiedy rozmowa stawała się zbyt ostra, odczuwała napięcie niemal fizycznie. Miała wtedy ochotę jak najszybciej zakończyć spór. Nieraz ustępowała nawet wówczas, gdy była przekonana, że racja leżała po jej stronie.

— Daj spokój. Nie warto — mówiła.

Koleżanki znały ją właśnie taką. Łagodną, cierpliwą, czasem może zbyt ustępliwą. Kasia natomiast nie uważała tego za słabość. Była przekonana, że jeżeli drobne ustępstwo mogło zapobiec awanturze, należało ustąpić. Po co ranić się słowami z powodu rzeczy, o których za kilka dni nikt nie będzie pamiętał?

Nie wiedziała jeszcze, że ta zasada nie sprawdzała się zawsze. Istniała różnica pomiędzy ustąpieniem komuś w sprzeczce a pozwoleniem mu na przekroczenie granicy. Kasia dopiero uczyła się ją dostrzegać.

We wrześniu 1974 roku miała szesnaście lat i siedem miesięcy. Lato właśnie ustępowało miejsca jesieni. Wieczorami powietrze było chłodniejsze, a osiedle Kazimierzowskie szybciej pogrążało się w ciemności. Kasia lubiła tę porę dnia. Kiedy wracała do swojego pokoju i zamykała za sobą drzwi, codzienny gwar pozostawał gdzieś poza nimi.

Własny pokój oznaczał dla niej spokój.

Tamtej nocy położyła się spać jak zwykle. Nie spodziewała się niczego niezwykłego. Dom był przecież miejscem, w którym człowiek nie musiał zachowywać czujności.

Dlatego nie usłyszała, kiedy brat po cichu wszedł do jej pokoju.

Spała.

Kiedy się przebudziła, przez pierwszych kilka sekund nie rozumiała, co się dzieje. Sen nie ustąpił od razu. Ciemność pokoju, ciepło pościeli i czyjaś obecność zlewały się w jedno niejasne wrażenie. Dopiero potem rozpoznała brata.

Poczuła przede wszystkim zdziwienie.

Co on tutaj robi?

To pytanie pojawiło się wcześniej niż strach. Kasia próbowała zrozumieć sytuację według zasad świata, który znała. To był jej brat. Byli w domu. Ona przed chwilą spała. Wszystkie te fakty były zwyczajne, a jednak nie pasowały do tego, co właśnie się działo.

Brat przekroczył jej intymną granicę, kiedy nie mogła wcześniej wyrazić świadomej zgody. Kasia początkowo nie potrafiła nawet nazwać tego, co się wydarzyło. Nie miała gotowych słów ani uporządkowanych myśli. Pozostało w niej przede wszystkim poczucie, że stało się coś, czego nie rozumiała i czego się nie spodziewała.

Następnego ranka obudziła się we własnym łóżku. Przez moment wszystko wydawało się zwyczajne. Nic jej nie bolało. Nie zauważyła żadnych obrażeń. Wstała, ubrała się i spojrzała przez okno na znajome osiedle. Ludzie szli do pracy, ktoś przechodził chodnikiem, gdzieś otwierały się drzwi klatki schodowej. Dzień rozpoczął się tak, jak rozpoczynały się wszystkie inne dni.

I właśnie ta zwyczajność najbardziej ją dezorientowała.

Skoro nic jej nie bolało, dlaczego wciąż o tym myślała?

Przez następne dni zastanawiała się, czy powiedzieć mamie. Kilka razy była już blisko. Wchodziła do kuchni i widziała mamę zajętą codziennymi sprawami. Wystarczyłoby usiąść przy stole i powiedzieć kilka słów.

„Mamo, muszę ci coś powiedzieć”.

Układała to zdanie w głowie, ale nigdy nie wypowiedziała go na głos. Zawsze znajdował się jakiś powód. Nie teraz. Mama jest zmęczona. Ktoś może wejść. Jutro będzie lepsza chwila.

Myślała też, że może najrozsądniej byłoby o wszystkim zapomnieć. Nic jej nie bolało, nie miała żadnych obrażeń. Rano wychodziła do gimnazjum, po lekcjach spotykała znajome dziewczyny, a potem wracała na osiedle Kazimierzowskie. Wszystko wyglądało tak samo jak wcześniej.

Tylko od czasu do czasu przypominała sobie tamtą noc. Wtedy zajmowała się czymś innym.

Mniej więcej tydzień później spotkała na podwórku znajomego chłopaka. Znali się od dawna, więc zatrzymała się przy nim bez zastanowienia. Rozmawiali o szkole i wspólnych znajomych.

Potem rozmowa zeszła na dziewczyny z osiedla. Chłopak powiedział, że wiele z nich ma już swoich chłopaków i że są znacznie śmielsze od Kasi.

— A ty — dodał po chwili — czasami wyglądasz i zachowujesz się, jakbyś miała trzynaście lat.

Kasia poprawiła rękaw swetra.

— Wiem, jak wyglądam.

Powiedziała to spokojnie i spojrzała gdzieś ponad jego ramieniem. Po drugiej stronie podwórka kilka dzieci biegało między blokami. Ktoś prowadził rower. Z otwartego okna dochodziły urywki rozmowy.

Chłopak mówił dalej. Próbował żartować. Zasugerował, że mogliby częściej spotykać się tylko we dwoje. Przy nim, przekonywał, nie musiałaby być taka nieśmiała i mogłaby poczuć się bardziej dorosła.

Kasia przesunęła czubkiem buta niewielki kamyk leżący na chodniku.

— Czyli chcesz mi pomóc? — zapytała.

W jej głosie nie było ani kpiny, ani zachęty. Chciała jedynie usłyszeć, jak zabrzmią jego własne słowa, kiedy będzie musiał je potwierdzić.

Chłopak uśmiechnął się i wzruszył ramionami, jakby właśnie o to chodziło.

Kasia przez chwilę nic nie odpowiedziała.

— Muszę już iść — powiedziała.

Ruszyła w stronę swojego bloku. Tym razem nie zastanawiała się, czy wypadało odejść.

Następnego dnia po lekcjach szła z koleżankami, słuchając ich rozmowy, lecz sama odzywała się niewiele. Kiedy przyszła pora się rozstać, Ewa spojrzała na nią uważniej.

— Coś się stało?

— Nie.

Odpowiedź przyszła automatycznie. Ewa już miała odejść, kiedy Kasia niespodziewanie dodała:

— Właściwie… poczekaj.

Usiadły na ławce. Przez chwilę Kasia obracała w palcach pasek szkolnej torby.

— Skąd człowiek wie, że jest na coś gotowy?

— Na co?

— No… na bycie z kimś. Tak naprawdę.

Ewa nie roześmiała się. Powiedziała, że chyba nie istnieje określony wiek ani chwila, w której człowiek nagle powinien coś zrobić tylko dlatego, że inni już to zrobili.

Kasia poczuła ulgę. Opowiedziała jej o rozmowie z chłopakiem z podwórka. Nie powtórzyła wszystkiego słowo w słowo. Powiedziała tylko, że zaproponował jej bliższą relację i próbował przekonać ją, że dzięki temu przestanie zachowywać się jak dziecko.

— A ty tego chcesz? — zapytała Ewa.

Kasia nie odpowiedziała od razu.

— Chcę kiedyś być z kimś blisko — powiedziała w końcu. — Jestem tego ciekawa. Ale chyba nie chcę robić czegoś tylko po to, żeby ktoś uznał mnie za dorosłą.

Kiedy wypowiedziała te słowa, zabrzmiały zaskakująco prosto.

Wieczorem spotkała chłopaka ponownie. Tym razem sama do niego podeszła.

— Myślałam o tym, co powiedziałeś.

Chłopak uśmiechnął się.

— I?

Kasia poczuła znajome napięcie. Dawniej właśnie w takim momencie najchętniej zmieniłaby temat albo powiedziała coś nieokreślonego, żeby nikogo nie urazić.

Tym razem została na miejscu.

— Nie chcę.

Uśmiech zniknął z jego twarzy.

— Przecież mówiłaś…

— Niczego ci nie obiecałam.

Zdziwiło ją, jak spokojnie zabrzmiał jej głos.

— Możemy dalej być kolegami — powiedziała. — Ale nie namawiaj mnie więcej.

Odeszła.

Tego wieczoru po raz kolejny zobaczyła mamę w kuchni. Stanęła w drzwiach.

— Kasiu? Coś chciałaś?

Kasia niemal powiedziała „nie”. Słowo było już gotowe. Tym razem je zatrzymała.

Weszła do kuchni, odsunęła krzesło i usiadła naprzeciwko mamy.

— Tak — odpowiedziała cicho. — Chcę ci coś powiedzieć.

Mama odłożyła to, co trzymała w rękach, i spojrzała na Kasię.

— No dobrze. Mów.

Kasia siedziała ze spuszczonym wzrokiem.

— Tylko się nie denerwuj.

— Dobrze. Co się stało?

— Pamiętasz tamtą noc w zeszłym tygodniu?

— Którą?

— Jak wszyscy już spali.

Zapadła cisza.

— Brat przyszedł wtedy do mojego pokoju.

Mama znieruchomiała.

— Po co?

— Nie wiem. To znaczy… wiem.

Dalsze słowa nie chciały przejść jej przez gardło.

— Zrobił ci coś? — zapytała mama ciszej.

Kasia spuściła głowę.

— Przekroczył granicę. Taką… której nie powinien.

Kasia zaczęła mówić szybciej.

— Nic mnie nie boli. Naprawdę. Nie miałam żadnych obrażeń. Następnego dnia normalnie poszłam do szkoły. Myślałam nawet, że skoro nic mi nie jest, to może najlepiej zapomnieć.

— Kasiu.

— I dlatego wcześniej ci nie powiedziałam. Nie wiedziałam, czy w ogóle powinnam. Bałam się, że zrobisz awanturę.

Mama wyciągnęła rękę, ale zatrzymała ją w połowie.

— Mogę?

Kasia skinęła głową. Mama przykryła jej dłoń swoją.

— Posłuchaj mnie. To, że nic cię nie bolało, nie znaczy, że nic się nie wydarzyło.

Kasia poczuła ucisk w gardle.

— Ale ja nie krzyczałam.

— Spałaś.

— Potem też nie wiedziałam, co zrobić.

— To nie ty masz się z tego tłumaczyć.

— Nie jesteś na mnie zła?

— Na ciebie? Nie.

Mama powiedziała, że od tej chwili najważniejsze będzie bezpieczeństwo Kasi. Brat nie będzie wchodził do jej pokoju bez pozwolenia ani zostawał z nią sam na sam. Kasia nie będzie musiała z nim rozmawiać ani niczego mu wyjaśniać.

— Powiesz tacie? — zapytała.

— Tak. Ale najpierw mówię o tym tobie. Nie chcę, żeby sprawy zaczęły dziać się za twoimi plecami.

Mama zapowiedziała też, że zasięgnie porady lekarza i dowie się, gdzie mogą otrzymać dalszą pomoc. Nie zamierzała zaskakiwać córki żadnym badaniem ani rozmową.

— Będziesz wiedziała wcześniej, co się będzie działo — zapewniła. — I będę z tobą.

Potem znalazła kartkę i zapisała kilka rzeczy: rozmowę z ojcem, zapewnienie Kasi bezpieczeństwa w domu, konsultację lekarską oraz uzyskanie informacji, gdzie można zgłosić to, co się wydarzyło, i otrzymać pomoc.

— A jeśli nie będę chciała wszystkim o tym opowiadać? — zapytała Kasia.

— Nie będziesz opowiadała wszystkim. Tylko tym osobom, którym trzeba, żeby ci pomóc.

Następnego dnia rodzice porozmawiali z bratem bez Kasi. Została w swoim pokoju, ale przez zamknięte drzwi docierały do niej urywki rozmowy.

— Co ona ci powiedziała? — usłyszała głos brata.

Po chwili odezwał się ponownie.

— Przecież nic jej nie zrobiłem. Nic jej nawet nie jest.

Kasia spuściła wzrok. Dokładnie tego argumentu sama używała przez ostatni tydzień. Teraz, kiedy usłyszała te słowa z jego ust, zabrzmiały zupełnie inaczej.

— To było nieporozumienie — mówił brat. — Ona robi z tego nie wiadomo co.

Próbował zaprzeczać, pomniejszać znaczenie tego, co się wydarzyło, a potem tłumaczył, że nie chciał jej skrzywdzić.

Wtedy Kasia wyraźnie usłyszała głos mamy:

— Nie rozmawiamy teraz o tym, jak ty chciałeś to widzieć. Rozmawiamy o granicy, której nie miałeś prawa przekroczyć.

Rodzice postawili jasne zasady. Nie wolno mu było wchodzić do pokoju Kasi bez jej pozwolenia, zostawać z nią sam na sam ani próbować nakłaniać jej do wycofania tego, co powiedziała.

Po rozmowie kroki brata zatrzymały się przed jej drzwiami.

Rozległo się ciche pukanie.

— Kasia?

Nie odpowiedziała.

— Chciałem tylko…

Urwał.

Kasia patrzyła na drzwi.

— Nie chcę teraz rozmawiać — powiedziała.

Za drzwiami przez chwilę panowała cisza.

— Dobra.

Kroki oddaliły się korytarzem.

Kasia nie poczuła triumfu. Nie chciała, żeby rodzina dzieliła się na strony. Chciała tylko, żeby tamta noc nigdy się nie wydarzyła. Tego zmienić nie mogła.

Mogła jednak zrobić coś, czego wcześniej prawie nigdy nie robiła.

Mogła powiedzieć: nie.

I nie dodawać do tego żadnego usprawiedliwienia.

Minęło kilka dni.

Pewnego popołudnia Kasia zauważyła Elżbietę, jedną ze swoich najbliższych koleżanek, stojącą nieco dalej z chłopakiem. Rozmawiali ze sobą cicho. W pewnej chwili chłopak objął Elżbietę, a ona przytuliła się do niego z naturalnością, która zwróciła uwagę Kasi.

Nie było w tym nic niezwykłego. A jednak Kasia zatrzymała na nich wzrok trochę dłużej.

Przypomniała sobie rozmowę z Ewą.

Kiedy chłopak pożegnał się i odszedł, Kasia podeszła do Elżbiety.

— Ela?

— Co?

Kasia zawahała się.

— Mogę cię o coś zapytać? Tylko się nie śmiej.

Elżbieta spojrzała na nią z zaciekawieniem.

— No pytaj.

— Ty i on… jesteście razem?

Na twarzy Elżbiety pojawił się lekki uśmiech.

— Chyba tak.

Kasia przez moment przyglądała się czubkom swoich butów.

— A skąd wiedziałaś, że chcesz z nim być?

— Nie wiem. Po prostu dobrze mi z nim.

Ta odpowiedź wydała się Kasi zbyt prosta.

— Ale naprawdę dobrze? Nie dlatego, że inne dziewczyny też mają chłopaków?

Elżbieta spoważniała.

— Kasiu, co ty właściwie chcesz wiedzieć?

Kasia zaczerpnęła powietrza.

— Czy między wami jest już… coś więcej?

Elżbieta zrozumiała niedopowiedzenie.

— O takie rzeczy pytasz?

— Tak.

Kasia poczuła ciepło na policzkach, ale tym razem nie wycofała pytania.

— Zastanawiam się, kiedy człowiek powinien zacząć dorosłe życie. Ewy już o to pytałam, ale chciałam wiedzieć, co ty myślisz.

Elżbieta milczała przez chwilę.

— Nie wiem, czy istnieje jakieś „powinien”.

— Ale przecież nie można czekać wiecznie.

— A dlaczego nie?

Kasia wzruszyła ramionami.

— Bo wszyscy mówią, że inni już są bardziej doświadczeni. Czasami mam wrażenie, że tylko ja ciągle się nad wszystkim zastanawiam.

— Może inni też się zastanawiają, tylko o tym nie mówią.

Kasia spojrzała na nią.

To zdanie utkwiło jej w pamięci.

— A ty? — zapytała.

Elżbieta uśmiechnęła się lekko.

— Nie będę ci opowiadać o wszystkim, co jest między mną a nim. Ale powiem ci jedno: nie wybieraj sobie terminu tylko dlatego, że ktoś twierdzi, że już czas.

— To skąd mam wiedzieć?

— Chyba wtedy, kiedy nie będziesz musiała pytać wszystkich dookoła, czy już powinnaś.

Kasia zmarszczyła brwi.

— Bardzo mi pomogłaś.

Elżbieta roześmiała się. Kasia również.

Po chwili jednak Elżbieta dotknęła jej ramienia.

— Mówię poważnie. Możesz być czegoś ciekawa i nadal nie być gotowa. Możesz też kogoś lubić i czegoś nie chcieć. Jedno drugiego nie wyklucza.

Kasia przytaknęła.

Jeszcze niedawno szukała jednej odpowiedzi — wieku, chwili, jakiejś niewidzialnej granicy oddzielającej dziewczynę od dorosłej kobiety.

Teraz powoli zaczynała podejrzewać, że takiej granicy nie było.

I być może właśnie dlatego nikt nie mógł jej przekroczyć za nią.

ROZDZIAŁ 2 - Katarzyna

Zima przyszła do Nowej Huty na dobre. Śnieg leżał przy krawężnikach osiedla Kazimierzowskiego, na chodnikach pozostawały ciemne ślady butów, a popołudnia kończyły się tak szybko, że Katarzynie czasem wydawało się, iż ze szkoły wraca już wieczorem.

Do siedemnastych urodzin brakowało jej niespełna dwóch miesięcy. I właśnie tej zimy nagle przestało jej się podobać własne imię. Nie całe. Tylko jego zdrobnienie.

Kasia.

Przez szesnaście lat było czymś naturalnym. Kasia w domu, Kasia w szkole, Kasia na podwórku. Teraz jednak „Kasia” zaczęło brzmieć w jej uszach dziecinnie.

Pewnego dnia Elżbieta zawołała za nią:

— Kasia, zaczekaj!

Katarzyna odwróciła się.

— Możesz mówić do mnie Katarzyna?

Elżbieta parsknęła śmiechem.

— Od kiedy?

— Od teraz.

— A co się stało z Kasią?

— Nic. Po prostu Katarzyna brzmi lepiej.

Elżbieta przyjrzała jej się z udawaną powagą.

— Dobrze, pani Katarzyno.

Obie się roześmiały, lecz Katarzyna nie żartowała. Pełne imię oznaczało dla niej coś nowego. Coraz częściej zastanawiała się, kim właściwie chce być. Nie chciała już bez końca słyszeć, że wygląda młodziej, niż wskazuje jej wiek. Nie chciała również udowadniać komukolwiek swojej dorosłości. Chciała ją po prostu poczuć.

Myślała o zakochaniu. Nie o chłopaku wybranym dlatego, że wypadało kogoś mieć. Marzyła raczej o tym, żeby naprawdę czekać na spotkanie z kimś, przypominać sobie jego słowa i cieszyć się na jego widok. Chciała wiedzieć, jak to jest być dla kogoś ważną. I chciała sama kogoś wybrać.

Zbliżał się sylwester. Elżbieta urządzała niewielkie spotkanie. Katarzyna wypytywała, kto przyjdzie, aż w końcu zorientowała się, że wśród zaproszonych nie było nikogo, z kim sama chciałaby spędzić ten wieczór.

Wtedy pomyślała o Marku.

Marek miał siedemnaście lat i mieszkał w sąsiednim bloku na osiedlu Kazimierzowskim. Znali się właściwie od dzieciństwa, choć nigdy nie byli bliskimi przyjaciółmi. Należeli raczej do tych znajomych, którzy przez lata mijali się na tym samym podwórku i wiedzieli o sobie wystarczająco dużo, żeby powiedzieć „cześć”.

Był spokojny i nie należał do chłopaków, którzy musieli być najgłośniejsi w grupie. Katarzyna właśnie to w nim lubiła.

Spotkała go po południu niedaleko jego bloku.

— Cześć.

— Cześć, Kasia.

Zatrzymała się.

— Katarzyna.

Marek spojrzał na nią zaskoczony.

— Co?

— Wolę, kiedy mówi się do mnie Katarzyna.

Przez sekundę spodziewała się żartu. Marek jednak tylko skinął głową.

— Dobrze. Katarzyna.

Spodobało jej się, jak zwyczajnie to przyjął.

— Masz już jakieś plany na sylwestra?

— Jeszcze nie. Dlaczego pytasz?

— Elżbieta urządza spotkanie. Pomyślałam, że może poszedłbyś ze mną.

Marek przez chwilę milczał.

— Chętnie.

Katarzyna próbowała ukryć uśmiech.

Sylwester zaczął się dla niej od lekkiego zdenerwowania, ale obawy zniknęły szybko. Marek zachowywał się tak, jakby znał wszystkich od dawna. Potrafił powiedzieć każdemu coś zabawnego, ale nigdy nie robił tego czyimś kosztem.

Największe zaskoczenie przyszło, gdy zaczęła grać muzyka.

— Zatańczysz? — zapytał.

— Ostrzegam, że mogę cię nadepnąć.

— W takim razie będę uważał na buty.

Marek tańczył znakomicie. Katarzyna szybko przestała zastanawiać się nad każdym krokiem. Prowadził pewnie, ale nie narzucał się. Kiedy coś jej nie wychodziło, obracał to w żart i tańczyli dalej.

Jeszcze bardziej podobało jej się to, że ani razu nie próbował decydować za nią. Kiedy proponował kolejny taniec, pytał. Jeśli chciała odpocząć, nie robił z tego problemu. Drobiazgi, a jednak Katarzyna je zauważała.

O północy, wśród śmiechu i życzeń, Marek powiedział:

— Szczęśliwego Nowego Roku, Katarzyna.

Znów użył pełnego imienia.

— Szczęśliwego Nowego Roku, Marek.

Później odprowadził ją pod samą klatkę. Kiedy odszedł, Katarzyna zorientowała się, że chciałaby zobaczyć go ponownie.

Po sylwestrze Marek nie zniknął z jej życia. Zaczęli spotykać się na spacerach, a czasami czekał na nią po szkole.

Za pierwszym razem zapytała:

— Co tutaj robisz?

— Stoję.

— Widzę. Dlaczego?

— Czekam.

— Na kogo?

Marek rozejrzał się przesadnie.

— Miała tędy przechodzić taka jedna Katarzyna. Niewysoka, poważna, czasami trochę zbyt dużo pyta.

— Bardzo zabawne.

— O, właśnie przyszła.

Katarzyna próbowała wyglądać na oburzoną, lecz już się uśmiechała.

Podczas kolejnych spacerów odkrywała Marka na nowo. Nie wiedziała wcześniej, że uwielbiał absurdalne żarty. Mijając któregoś dnia wyjątkowo nierówno zaparkowany samochód, zatrzymał się.

— Popatrz. Człowiek próbował zaparkować w Krakowie, ale przednie koła już są w Warszawie.

Katarzyna parsknęła śmiechem.

— Jesteś głupi.

— A jednak ze mną spacerujesz.

— To chwilowy błąd.

— Jutro go naprawisz?

Spojrzała na niego.

— Jutro też możesz przyjść.

Któregoś styczniowego popołudnia mróz stał się tak dokuczliwy, że schronili się przy herbacie. Marek zapytał wtedy, dlaczego nagle tak zależy jej na pełnym imieniu.

— Wszyscy ciągle traktują mnie jak młodszą, niż jestem. A „Kasia” zaczęło mi brzmieć jak imię małej dziewczynki.

Marek przyjrzał jej się.

— Ja nie widzę małej dziewczynki.

Katarzyna przestała mieszać herbatę.

Później wracała do tego zdania wielokrotnie. Marek nie próbował jej przekonywać, że powinna się zmienić. Po prostu traktował ją tak, jak chciała być traktowana.

Elżbieta zauważyła wszystko wcześniej, niż Katarzyna chciała przyznać.

— Podoba ci się — powiedziała.

— Jest sympatyczny.

— Nie powiedziałam, że jest sympatyczny. Powiedziałam, że tobie się podoba.

— Nie lubię cię.

— Oczywiście.

Nie wszystko układało się idealnie. Pewnego dnia Marek nie przyszedł pod szkołę. Nie było go również następnego dnia. Katarzyna najpierw się martwiła, potem zaczęła się złościć. Kiedy wreszcie spotkała go na osiedlu, dowiedziała się, że był chory.

— Martwiłaś się? — zapytał.

— Nie.

— Oczywiście.

— Po prostu zastanawiałam się, gdzie jesteś.

— Czyli się martwiłaś.

— Nie przyzwyczajaj się.

Ale już się uśmiechała.

Luty zbliżał się szybko. Kiedy powiedziała Markowi, że dziewiętnastego skończy siedemnaście lat, zapamiętał datę.

W dniu urodzin Katarzyna przez cały czas zerkała w stronę okna. Po lekcjach wyszła przed szkołę, ale Marka nie było. Ruszyła więc w stronę domu.

Po kilkudziesięciu metrach usłyszała za sobą:

— Pani Katarzyno!

Marek biegł w jej stronę z niewielką papierową paczką.

— Myślałam, że zapomniałeś.

— Ja? Musiałem coś odebrać.

Podał jej prezent. W środku znajdował się niewielki notes w twardej oprawie.

— Dlaczego notes? — zapytała.

— Bo ciągle o czymś myślisz. Czasami mam wrażenie, że masz w głowie więcej pytań, niż jesteś w stanie zadać.

Na pierwszej stronie napisał: „Dla Katarzyny. Żeby miała gdzie zapisywać wszystkie swoje pytania.” Niżej widniała data: 19 lutego 1975.

Katarzyna przeczytała dedykację kilka razy.

— Napisałeś „Katarzyny”.

— Ryzykowałem, że inaczej prezent zostanie odrzucony.

Kiedy wróciła do domu, mama zauważyła notes od razu. Ojciec odłożył gazetę, gdy usłyszał, że prezent jest od Marka. Rodzice wymienili krótkie spojrzenia, gdy Katarzyna zbyt szybko zapewniła, że Marek jest bardzo porządnym chłopakiem.

— Przyprowadź go kiedyś — zaproponowała mama.

Kilka dni później Marek przyszedł z wizytą. Początkowo był tak grzeczny, że Katarzyna ledwie go poznawała. Siedział prosto, odpowiadał pełnymi zdaniami i niemal nie żartował.

— Długo znasz Katarzynę? — zapytał ojciec.

— Z widzenia właściwie od dziecka. Ale lepiej dopiero od sylwestra.

— Podobno dobrze tańczysz.

Marek spojrzał na Katarzynę.

— Widzę, że wywiad już przeprowadzono.

Ojciec po raz pierwszy się uśmiechnął.

Od tej chwili rozmowa zaczęła przypominać normalne spotkanie. Mama zwróciła uwagę, że Marek ani razu nie powiedział „Kasia”. Zawsze używał imienia Katarzyna.

Później, kiedy zostali sami w pokoju, Marek zauważył notes na biurku.

— Używasz?

— Oczywiście.

— Mogę zobaczyć?

— Nie.

Marek uniósł ręce.

— Dobrze. Nie pytam.

I naprawdę nie zapytał ponownie.

Wieczorem mama powiedziała Katarzynie:

— Najbardziej podobało mi się, jak się do ciebie odnosi. Słucha cię. I chyba zwraca uwagę na to, co dla ciebie ważne.

Katarzyna pomyślała o swoim imieniu, notesie i o tym, że jej odmowa została przyjęta bez dyskusji.

— Tak — odpowiedziała. — Taki jest.

Kilka dni później podczas spaceru Katarzyna powiedziała Markowi, że nie chce już nazywać ich tylko znajomymi.

— Chciałabym, żebyśmy byli razem. Naprawdę razem.

Marek wyciągnął do niej rękę, ale zatrzymał gest.

— Mogę?

Katarzyna spojrzała na jego dłoń i uśmiechnęła się.

— Możesz.

Sama wsunęła swoją dłoń w jego.

Po chwili Marek zapytał:

— Mogę cię pocałować?

Serce zaczęło jej bić szybciej.

— Tak.

Pocałunek był krótki i trochę nieporadny. Kiedy się odsunęli, oboje się uśmiechnęli.

Wieczorem Katarzyna napisała w notesie: „Dzisiaj Marek został moim chłopakiem.” Potem dopisała: „Myślałam kiedyś, że istnieje jedna granica, po której przekroczeniu człowiek staje się dorosły. Chyba jej nie ma.”

Ich związek rozwijał się spokojnie. Pewnego dnia Katarzyna przyznała Markowi, że nigdy wcześniej nie miała chłopaka.

— To teraz ja ci coś powiem — odpowiedział. — Ja też nigdy wcześniej nie miałem dziewczyny.

Katarzyna popatrzyła na niego ze zdziwieniem.

— Ty?

— A co w tym dziwnego?

— Myślałam, że jesteś wielkim znawcą kobiet.

— Zostałem zdemaskowany.

Roześmiała się.

— Czyli oboje zaczynamy od zera.

— Wygląda na to, że tak.

— W takim razie będziemy się uczyć razem. Siebie. Tego, co lubimy, czego nie lubimy, kiedy chcemy być blisko, a kiedy nie.

— To brzmi rozsądnie.

— Moglibyśmy nawet trochę poczytać.

— O nie.

— Dlaczego?

— Ty już masz notes. Jeszcze zrobisz z naszego związku przedmiot szkolny.

Katarzyna roześmiała się.

— Naprawdę chciałabym, żebyśmy się nie spieszyli.

— Ja też.

— Nawet jeśli będę się zastanawiać nad wszystkim dziesięć razy?

— Wtedy będziemy się zastanawiać jedenaście.

Katarzyna spojrzała na niego.

— Razem?

— Razem.

Po chwili spoważniała.

— Jest jeszcze jedna rzecz. Chcę, żebyśmy sobie coś obiecali.

— Co takiego?

— Że nigdy nie będziemy zgadywać, czego chce drugie z nas. Jeżeli nie będziesz wiedział, czy czegoś chcę, zapytasz mnie. A ja zrobię to samo.

— Dobrze.

— I żadnego obrażania się za „nie”.

— To też dobrze.

— Bo można najpierw czegoś chcieć, a potem zmienić zdanie.

— Oczywiście.

— Nawet w ostatniej chwili?

— Nawet wtedy.

— A jeśli któreś z nas nie będzie pewne?

Marek pomyślał przez moment.

— To się zatrzymujemy.

— Bez tłumaczenia?

— Możesz mi powiedzieć dlaczego, jeśli będziesz chciała. Ale nie musisz.

Katarzyna patrzyła na niego w milczeniu.

— Podoba mi się ta odpowiedź.

— To teraz moja zasada — powiedział Marek. — Ty też nie możesz zakładać, że ja zawsze czegoś chcę tylko dlatego, że jestem chłopakiem.

Katarzyna spoważniała.

— Masz rację.

— Ja też mogę nie być pewny albo po prostu nie mieć ochoty.

— I wtedy mówisz mi „nie” albo „nie teraz”.

— Dokładnie.

Marek wyciągnął dłoń.

— Umowa?

Katarzyna podała mu swoją.

— Umowa.

Przez chwilę siedzieli w ciszy. Katarzyna nadal opierała głowę o ramię Marka. Słyszała jego spokojny oddech i czuła, że tym razem żadnemu z nich nie spieszy się do wypełnienia ciszy słowami.

Po pewnym czasie podniosła głowę.

Marek spojrzał na nią.

Ich twarze znalazły się blisko siebie, ale Marek nie zrobił nic więcej.

— Mogę cię pocałować? — zapytał.

Katarzyna uśmiechnęła się lekko.

— Możesz.

Pochylił się i pocałował ją krótko.

Kiedy się odsunął, Katarzyna przez moment patrzyła na niego, jakby nad czymś się zastanawiała.

— Co? — zapytał.

— Teraz moja kolej.

— Twoja kolej na co?

— Na pytanie.

Marek uśmiechnął się.

— Słucham.

— Mogę cię pocałować?

Tym razem to on został zaskoczony.

— Możesz.

Katarzyna sama przysunęła się i pocałowała go. Potem odsunęła się pierwsza.

— Nasza umowa działa? — zapytał Marek.

Katarzyna pomyślała chwilę.

— Działa.

— Nie było dziwnie?

— Nie. Wiesz, co mi się w tym podoba?

— Co?

— Że oboje możemy zaczynać.

Marek skinął głową.

— I oboje możemy zatrzymać.

— Właśnie.

Katarzyna ponownie oparła głowę o jego ramię. Bliskość nie polegała na tym, że jedna osoba wykonywała kolejne kroki, a druga jedynie pozwalała, żeby się wydarzały. Ona również mogła wybierać. Mogła powiedzieć „tak”, mogła powiedzieć „nie”, mogła sama zapytać.

— Marek?

— Tak?

— Przytulisz mnie jeszcze?

— Chętnie.

Objął ją dopiero wtedy, kiedy usłyszał pytanie.

Innego dnia, kiedy wyszli razem na spacer, Marek przez pierwszych kilka minut trzymał ręce w kieszeniach. W końcu wyjął jedną.

— Katarzyna?

— Tak?

— Mogę cię wziąć za rękę?

Katarzyna spojrzała na jego wyciągniętą dłoń. Byli parą i trzymali się już wcześniej za ręce, ale teraz rozumiała, że zgoda z wczoraj nie musi automatycznie oznaczać zgody dzisiaj.

— Możesz.

Sama wsunęła dłoń w jego dłoń.

Po kilkunastu krokach roześmiała się cicho.

— Co? — zapytał Marek.

— Podoba mi się, że pytasz.

— Przecież się umówiliśmy.

— A gdybym powiedziała „nie”?

Marek wzruszył ramionami.

— To szedłbym obok ciebie.

— I tyle?

— A co miałbym zrobić?

Katarzyna uśmiechnęła się.

Po chwili sama rozluźniła palce i puściła jego rękę. Marek nie próbował jej zatrzymać. Przeszli tak kilka metrów.

Wtedy Katarzyna wyciągnęła dłoń w jego stronę.

— Marek?

— Tak?

— Mogę teraz ja?

Spojrzał na nią i uśmiechnął się.

— Możesz.

Tym razem to Katarzyna chwyciła go za rękę.

Ten drobny gest sprawił jej zaskakująco dużo radości. Nie dlatego, że trzymali się za ręce, lecz dlatego, że każde z nich mogło zarówno wyciągnąć dłoń, jak i jej nie wyciągać.

Wieczorem znów otworzyła notes. Przez chwilę obracała długopis w palcach, a potem napisała: „Coraz lepiej rozumiem, że dorosłość nie zaczyna się od jednego wielkiego wydarzenia.”

Zastanowiła się i dopisała: „Może zaczyna się wtedy, kiedy człowiek potrafi powiedzieć, czego chce, usłyszeć, czego chce druga osoba, i nie bać się słowa «nie».”

Przeczytała zdanie jeszcze raz.

Nie czuła się nagle kimś innym. Nadal była siedemnastoletnią Katarzyną z osiedla Kazimierzowskiego, która czasem za długo się zastanawiała i miała w głowie więcej pytań niż odpowiedzi.

Tylko że teraz nie musiała szukać wszystkich odpowiedzi sama.

Marek też zaczynał od zera.

I oboje mogli uczyć się bliskości powoli, krok po kroku, nie wyprzedzając własnych decyzji.

Katarzyna zamknęła notes.

Po raz pierwszy od dawna nie chciała przyspieszać czasu.

Chciała zobaczyć, co wydarzy się dalej.

ROZDZIAŁ 3 — Po drugiej stronie czasu

Nowy rok rozpoczął się dla Katarzyny inaczej niż wszystkie poprzednie.

Nie wydarzyło się nic, co można byłoby zaznaczyć w kalendarzu czerwonym ołówkiem. Nadal mieszkała na osiedlu Kazimierzowskim, chodziła tymi samymi ulicami, rano wychodziła do gimnazjum i wracała do tego samego domu. A jednak coś się zmieniło.

Był Marek.

Po sylwestrze nie zniknął z jej życia. Przeciwnie — coraz częściej spotykali się bez szczególnego powodu. Czasami czekał na nią, czasami ona na niego. Innym razem spotykali się przypadkiem i taki przypadek kończył się długim spacerem. Nie składali sobie wielkich obietnic. Po prostu coraz częściej byli razem.

Katarzynie podobało się, że niczego nie musiała przyspieszać. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej pytała koleżanki, kiedy właściwie powinna rozpocząć dorosłe życie. Teraz coraz rzadziej szukała odpowiedzi u innych. Zaczynała pytać samą siebie: czego chcę? Co jest dobre dla mnie?

Dziewiętnastego lutego skończyła siedemnaście lat. Właśnie wtedy coraz wyraźniej zaczęło jej przeszkadzać zdrobnienie „Kasia”. Chciała być Katarzyną. Nie dlatego, że jedno imię mogło uczynić ją dorosłą, ale dlatego, że pełna forma zaczynała pasować do tego, jak sama chciała o sobie myśleć.

Marek przyniósł jej niewielki bukiet i notes. Na pierwszej stronie nie napisał niczego. Powiedział, że miejsce jest dla niej i dla rzeczy, które uzna za ważne.

Wieczorem Katarzyna zapisała w nim jedno zdanie:

„Chcę nauczyć się sama wybierać.”

Nie wiedziała jeszcze, jak wiele razy w następnym roku będzie do tych słów wracała.

Wiosną ich znajomość rozwijała się spokojnie. Marek nadal potrafił rozśmieszyć ją wtedy, kiedy najmniej miała ochotę się uśmiechać. Katarzyna natomiast coraz lepiej poznawała jego spokojniejszą stronę. Przy niej potrafił przyznać, że czegoś się boi albo że nie zna odpowiedzi. Ona również uczyła się mówić to, co naprawdę myśli, nawet jeśli oznaczało to drobną sprzeczkę.

W domu dorastanie miało znacznie mniej romantyczną postać. Katarzyna zaczęła regularnie robić zakupy, sprawdzać, czego brakuje w kuchni, pilnować wydawanych pieniędzy, sprzątać swój pokój i łazienkę, zmywać naczynia, rozwieszać pranie, zmieniać pościel i pomagać przy gotowaniu. Najważniejsze było jednak to, że z czasem mama coraz rzadziej musiała jej przypominać o obowiązkach.

Katarzyna zaczynała sama widzieć, co należy zrobić.

Latem postanowiła zarobić pierwsze własne pieniądze. Znalezienie zajęcia nie było łatwe. Kilka razy usłyszała odmowę, ale nie zrezygnowała. Kiedy dostała pierwszą wypłatę, długo liczyła banknoty i monety, choć doskonale znała kwotę. Nie chodziło o pieniądze. Chodziło o poczucie, że sama na nie zapracowała.

Część odłożyła. Za część kupiła mamie drobny prezent.

Tego samego lata nauczyła się przygotowywać prosty obiad. Pierwsza zupa była za słona, ziemniaki rozgotowane, a ojciec jadł w podejrzanym milczeniu. Katarzyna jednak próbowała dalej. Po kilku tygodniach potrafiła przygotować posiłek bez pomocy mamy i zaczęła odczuwać satysfakcję, kiedy rodzina siadała przy stole, a ona wiedziała, że tym razem to dzięki niej wszystko było gotowe.

Zmieniała się również jej relacja z Markiem.

Nie musieli już zastanawiać się, czy są razem. Byli.

Marek stawał się dla niej kimś więcej niż chłopakiem, który świetnie tańczył i potrafił rozbawić całe towarzystwo. Zaufanie do niego budowało się z drobiazgów. Jeśli obiecał, że przyjdzie, przychodził. Jeśli nie mógł, uprzedzał. Jeśli Katarzyna potrzebowała pobyć sama, nie obrażał się.

We wrześniu Marek skończył osiemnaście lat. Żartował z własnej pełnoletności, ale Katarzyna widziała, że również on zaczyna poważniej myśleć o przyszłości. Oboje powoli odkrywali, że dorosłość nie pojawia się w jednej chwili wraz z datą urodzin.

Jesienią Katarzyna zaczęła zastanawiać się nad własną przyszłością. Otworzyła notes od Marka i na jednej ze stron napisała dużymi literami: „CO CHCĘ ROBIĆ?”. Rozmawiała z nauczycielką, rozważała dalszą naukę i pracę. Kiedy ojciec próbował podsunąć jej własne rozwiązanie, wysłuchała go, lecz po raz pierwszy spokojnie powiedziała, że sama podejmie decyzję.

Coraz lepiej rozumiała, że można nie być pewnym i mimo to wybierać samodzielnie.

Pod koniec roku, gdy ponownie spadł śnieg, Katarzyna zobaczyła swoje odbicie w sklepowej witrynie. Nadal miała sto pięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i drobną sylwetkę. Obcy ludzie czasami dawali jej mniej lat. Dawniej szukałaby w lustrze dowodów na to, że wygląda jak dorosła kobieta.

Tym razem poprawiła tylko szalik i poszła dalej.

Miała własne oszczędności. Potrafiła zrobić zakupy, ugotować obiad, zająć się domem, powiedzieć rodzicom, czego chce, i nie zgodzić się z Markiem bez lęku, że przez jedno odmienne zdanie straci jego uczucie.

Nauczyła się, że samodzielność nie oznacza samotności.

Niedługo później sama skończyła osiemnaście lat.

Nie obudziła się następnego ranka jako inna osoba. Granica między dzieciństwem a dorosłością nie przebiegała o północy. Dorastała już od dawna.

Kiedy patrzyła na miesiące spędzone z Markiem, trudno było jej wskazać jeden moment, w którym zwykła sympatia zmieniła się w miłość. Uczucie rosło ze spacerów po osiedlu Kazimierzowskim, z czekania na siebie, z rozmów przeciągających się do późna, z drobnych kłótni i przeprosin, z żartów oraz z ciszy, która z czasem przestała być niezręczna.

Marek znał jej drobne przyzwyczajenia. Wiedział, że kiedy się martwiła, bawiła się palcami, że nie lubiła być popędzana i że czasami potrzebowała kilku minut ciszy, zanim odpowie na ważne pytanie. Ona nauczyła się rozpoznawać jego milczenie.

Najbardziej lubiła właśnie tę bliskość. Nie potrzebowała przy nim niczego udowadniać.

Ich uczucie stawało się także coraz bardziej intymne. Katarzyna odkrywała, że czułość ma wiele postaci. Czasem wystarczała dłoń Marka na jej dłoni, jego ramię, o które mogła oprzeć głowę, albo pocałunek, po którym przez chwilę oboje milczeli. Bliskość nie musiała oznaczać pośpiechu. Oboje nauczyli się pytać, słuchać i zatrzymywać wtedy, kiedy któreś tego potrzebowało.

Katarzyna nigdy nie opowiedziała Markowi o bracie. Ta część przeszłości pozostawała zamknięta głęboko w niej. Nie potrafiła jeszcze znaleźć dla niej słów.

Z Markiem natomiast coraz swobodniej rozmawiała o tym, czego pragnie teraz. Kiedy któregoś wieczoru powiedziała mu, że chciałaby być z nim jeszcze bliżej, nie potraktował jej słów jak obietnicy, której nie można cofnąć. Oboje wiedzieli, że każde „tak” ma znaczenie tylko tak długo, jak długo naprawdę pozostaje „tak”.

Ich większa bliskość przyszła bez wielkich deklaracji. Było w niej trochę niepewności, trochę śmiechu i dużo czułości. Katarzyna odkrywała, że romantyzm nie musi przypominać scen z książek. Może kryć się w pytaniu, czy wszystko jest dobrze, w cierpliwości i w tym, że druga osoba przyjmuje „nie” równie naturalnie jak „tak”.

Kochała Marka.

I właśnie dlatego wydarzenie, które nastąpiło później, tak bardzo ją zaskoczyło.

Pewnego dnia mama poprosiła ją o kupienie jarzyn. Katarzyna poszła na targowisko jak wiele razy wcześniej. Przy jednym ze stoisk, kiedy odsunęła się, żeby przepuścić kobietę z torbą, młody mężczyzna przypadkowo nadepnął jej na stopę.

Cofnął się natychmiast i zaczął przepraszać.

Nazywał się Andrzej.

Nic jej się nie stało, ale jego zakłopotanie ją rozbawiło. Andrzej powiedział, że powinien zaprosić ją na kawę, żeby przeprosić porządnie.

Katarzyna odmówiła.

Miała Marka. Nie szukała nikogo.

Wróciła do domu i niemal przestała myśleć o przypadkowym spotkaniu.

Tydzień później ponownie poszła na targowisko.

Stała przy stoisku z warzywami i wybierała marchew, kiedy poczuła na sobie czyjś wzrok. Najpierw było to tylko ledwie uchwytne wrażenie, że ktoś ją obserwuje.

Podniosła głowę.

Andrzej stał kilka metrów dalej.

Rozpoznała go natychmiast.

Ku własnemu zdziwieniu poczuła krótkie, mocniejsze uderzenie serca. Nie był to strach. Raczej nagłe poruszenie, które pojawiło się szybciej niż świadoma myśl. Palce, którymi przed chwilą przebierała marchew, zatrzymały się.

Mogli przejść obok siebie.

Nie zrobili tego.

Andrzej uśmiechnął się pierwszy. Katarzyna odpowiedziała niewielkim uśmiechem i zorientowała się, że mogła odwrócić wzrok, ale tego nie zrobiła.

Kiedy podszedł bliżej, mimowolnie wyprostowała plecy i poprawiła torbę na ramieniu.

Rozmawiali swobodniej niż poprzednio. Teraz mogła mu się spokojniej przyjrzeć. Był od niej starszy, choć nie umiała powiedzieć dokładnie o ile. Miał spokojny głos, patrzył prosto w oczy i nie próbował wypełniać każdej ciszy słowami.

Był zupełnie inny niż Marek.

Ta myśl pojawiła się sama.

Marek wypełniał ciszę żartem. Andrzej pozwalał jej trwać. Marek znał Katarzynę od dawna. Andrzej patrzył na nią tak, jakby dopiero chciał ją poznać.

Jego spojrzenie nie było nachalne, a jednak Katarzyna czuła jego uwagę niemal fizycznie. Stała się świadoma własnej postawy, włosów opadających przy policzku, dłoni trzymającej torbę, nawet sposobu, w jaki oddychała.

Denerwowało ją to.

I jednocześnie podobało jej się.

W pewnej chwili Andrzej powiedział, że jest śliczną kobietą.

Przez moment nie odpowiedziała.

Najpierw poczuła ciepło na policzkach, potem na szyi. Gdzieś pod żebrami pojawiło się napięcie podobne do tego, które przychodziło przed ważną odpowiedzią. Mocniej zacisnęła palce na uchwycie torby.

Najbardziej poruszyło ją jedno słowo.

Kobieta.

Nie dziewczyna.

Kobieta.

Przez większość dorastania była drobna i wyglądała młodziej niż rówieśniczki. Dawniej bardzo pragnęła, żeby ktoś zobaczył w niej dorosłą kobietę. Teraz wiedziała już, że nie potrzebuje obcego człowieka, żeby potwierdził jej dorosłość.

A jednak ciało zareagowało wcześniej niż rozsądek.

Podziękowała. Własny głos zabrzmiał jej ciszej niż zwykle.

Andrzej zapytał, czy często robi tutaj zakupy. Odpowiedziała, że czasami, choć w rzeczywistości przychodziła regularnie. Nie chciała mówić mu, kiedy można ją tu spotkać.

Andrzej nie dopytywał.

Ta powściągliwość jeszcze bardziej obudziła jej ciekawość.

Katarzyna poprawiła włosy i dopiero po chwili zauważyła własny gest. Natychmiast opuściła rękę.

Miała Marka.

Kochała Marka.

A jednak pod spojrzeniem Andrzeja prostowała się, uśmiechała trochę częściej i czuła przyjemne ciepło.

Andrzej ponownie zaproponował kawę.

Katarzyna odmówiła.

Uszanował jej odpowiedź bez nalegania.

Powinna była odczuć wyłącznie ulgę. Tymczasem obok ulgi pojawiło się niewielkie, niemal zawstydzające rozczarowanie. Nie chciała, żeby nalegał, a jednocześnie jakaś część niej chciała, żeby rozmowa trwała jeszcze kilka minut.

Pożegnała się.

Kiedy Andrzej wypowiedział jej imię, znów poczuła krótkie poruszenie. Pamiętał je z poprzedniego spotkania.

Odeszła zbyt szybko. Dopiero przy następnym rzędzie stoisk zauważyła, że wciąż trzyma marchewkę, za którą nie zapłaciła. Zawróciła natychmiast. Kiedy uregulowała należność i podniosła głowę, Andrzeja już nie było.

Rozejrzała się.

Raz.

Potem drugi.

Dopiero wtedy zrozumiała, że go szuka.

Poczuła ulgę.

A sekundę później rozczarowanie.

Wracając do domu, próbowała uporządkować myśli. Nie zrobiła nic złego. Spotkała człowieka, porozmawiała z nim, odmówiła kawy i odeszła.

Tylko że jej ciało nie zapomniało spotkania równie szybko jak rozsądek. Kiedy przypominała sobie słowa Andrzeja, znów czuła delikatne ciepło na twarzy. Kiedy wracało jego spojrzenie, pod żebrami pojawiało się znajome napięcie.

Wieczorem spotkała Marka.

Kiedy go zobaczyła, poczuła coś zupełnie innego. Nie nagłe uderzenie serca i nie świadomość bycia obserwowaną. Ciepło przyszło spokojniej. Gdy Marek ją objął, napięcie w ramionach niemal natychmiast zniknęło.

Znajomy zapach. Znajome ciepło. Znany rytm oddechu.

Przy Andrzeju była świadoma siebie.

Przy Marku mogła na chwilę o sobie zapomnieć.

Kochała go. Nie miała co do tego wątpliwości.

A jednak gdzieś pod spokojem pozostało wspomnienie krótkiego przyspieszenia pulsu na targowisku.

Katarzyna zaczynała rozumieć, że ciało może zareagować, zanim człowiek zdecyduje, co o tej reakcji myśli. Rumieniec nie był decyzją. Szybsze bicie serca również nie. Tak samo jak przyjemność płynąca z czyjegoś spojrzenia.

Decyzja zaczynała się później — w tym, co człowiek robił z własnym poruszeniem.

Przez następne dni próbowała przekonać siebie, że spotkanie niczego nie zmieniło. Nadal czekała na Marka, cieszyła się jego obecnością i szukała jego dłoni podczas spacerów.

A jednak Andrzej pojawił się w jej myślach.

Najbardziej niepokoiło ją to, że obaj mężczyźni budzili w niej zupełnie inne uczucia.

Marek był bliskością, która miała pamięć.

Andrzej był nieznanym.

Nie wiedziała, jaki jest, kiedy się złości. Nie znała jego wad, nie widziała go zmęczonego ani rozdrażnionego. Nie wiedziała, czy dotrzymuje obietnic. Mogła więc dopowiadać sobie resztę.

Marek był człowiekiem.

Andrzej na razie był możliwością.

Kilka dni później Marek zauważył jej roztargnienie. Nie naciskał. Ufał jej.

I właśnie to zaufanie zaczęło ciążyć Katarzynie bardziej niż pytania.

Kiedy mama ponownie poprosiła ją o zakupy, Katarzyna przed wyjściem pomyślała, że może kupić wszystko gdzie indziej.

Mimo to poszła na targowisko.

Dopiero przed wejściem przyznała sama przed sobą, że chce sprawdzić, czy Andrzej tam będzie.

Był.

Tym razem pierwszą reakcją Katarzyny nie było zaskoczenie.

Była nią radość.

Krótka i natychmiast stłumiona, ale prawdziwa.

Andrzej również ją zauważył. Uśmiechnął się, a ona poczuła znajome ciepło na twarzy.

Wtedy pomyślała o Marku.

Jakby obaj znaleźli się nagle w tej samej przestrzeni jej myśli.

Znane i nieznane.

Spokój i napięcie.

Miłość i ciekawość.

Andrzej nie zrobił niczego, co pozwoliłoby jej się na niego zezłościć. Nie próbował jej dotknąć, nie nalegał, nie wypytywał. Był po prostu zainteresowany.

A Katarzyna zauważyła, że zależy jej na tym zainteresowaniu.

Zauważyła też coś bardziej niewygodnego. Przed wyjściem dłużej niż zwykle wybierała bluzkę.

Wiedziała już dlaczego.

Kiedy Andrzej pożegnał ją słowami „do zobaczenia”, zabrzmiało to tak, jakby kolejne spotkanie było czymś oczywistym.

Przez następne tygodnie widywali się jeszcze kilka razy.

Nigdy się nie umawiali.

Przynajmniej oficjalnie.

Katarzyna jednak zaczęła chodzić na targowisko o podobnej porze. Powtarzała sobie, że tak jest wygodniej, ale wiedziała, że zaczyna tworzyć przypadki.

Nie mogła już twierdzić, że Andrzej po prostu pojawia się na jej drodze.

Ona również pojawiała się na jego.

Któregoś dnia zapytał, czy w jej życiu jest ktoś.

Katarzyna odpowiedziała prawdę.

Tak.

Ma na imię Marek.

Kocham go.

Wypowiedziała te słowa przede wszystkim dla siebie.

Andrzej przyjął je spokojnie. Nie próbował podważać jej związku ani przekonywać jej, że powinien dostać szansę.

Powiedział jedynie, że w takim razie Marek ma szczęście.

Katarzyna powinna była poczuć ulgę.

Zamiast tego poczuła smutek.

Wieczorem długo patrzyła na notes, który dostała od Marka na siedemnaste urodziny.

„Chcę nauczyć się sama wybierać.”

Kiedy zapisywała te słowa, wybór wydawał się czymś prostym. Człowiek rozważa możliwości i podejmuje decyzję.

Teraz zaczynała rozumieć, że najtrudniejsze wybory pojawiają się wtedy, kiedy żadna odpowiedź nie pozostawia człowieka obojętnym.

Marek był prawdziwy.

Były wspólne spacery, kłótnie, przeprosiny, pierwsze „kocham cię”, jego cierpliwość i jego wady. Była bliskość, której nauczyli się razem.

Andrzej był niemal samym pytaniem.

Katarzyna nie wiedziała, jak wyglądałby zwyczajny dzień z nim. Nie wiedziała, czy potrafiłby ją rozśmieszyć, kiedy byłoby jej źle. Nie wiedziała, jak się złości ani czy po kilku tygodniach nadal by ją interesował.

Przy Marku znała odpowiedzi.

Przy Andrzeju mogła je wymyślać.

Kilka dni później podczas spaceru Marek objął ją i pocałował. Katarzyna poczuła znajome ciepło, bliskość i czułość.

A razem z nimi pojawił się wstyd.

Nie dlatego, że nie chciała pocałunku Marka.

Chciała.

Właśnie to komplikowało wszystko najbardziej.

Kochała go i jednocześnie myślała o Andrzeju.

Marek odsunął się odrobinę i spojrzał jej w oczy. Powiedział, że ostatnio czasami wydaje mu się, jakby była gdzieś daleko.

Katarzyna odpowiedziała, że jest tutaj.

Marek przyznał, że wie, ale czasami ma wrażenie, że tylko trochę.

Wtedy po raz pierwszy naprawdę się przestraszyła.

Nie Andrzeja.

Nie własnej ciekawości.

Przestraszyła się tego, że konflikt, który dotąd rozgrywał się wyłącznie w niej, zaczyna być widoczny również dla Marka.

Zrozumiała, że próbując niczego nie stracić, może zacząć tracić właśnie to, co było dla niej najważniejsze.

A jednocześnie wiedziała już, że nie wystarczy po prostu powiedzieć sobie, żeby przestała myśleć.

Dorosłość, której tak długo pragnęła, okazała się bardziej skomplikowana niż sądziła.

Nie polegała na tym, że człowiek zawsze wie, czego chce.

Czasem polegała na tym, że musi uczciwie spojrzeć na własne pragnienia, nawet jeśli odpowiedź nie jest wygodna.

Katarzyna wróciła tego wieczoru do domu, otworzyła notes i długo siedziała nad pustą stroną.

W końcu napisała:

„Nie wybieram tego, co czuję. Wybieram to, co z tym zrobię.”

Odłożyła pióro.

Za oknem osiedle Kazimierzowskie powoli cichło.

Katarzyna nie znała jeszcze odpowiedzi.

Ale pierwszy raz nie próbowała przed sobą udawać, że nie istnieje pytanie.

ROZDZIAŁ 4 - Trzy dni

Marek wyjechał z rodzicami tylko na trzy dni. Katarzyna wiedziała o wyjeździe wcześniej. Kiedy się żegnali, przytulił ją długo i powiedział, że szybko wróci. Patrzyła za nim z tęsknotą i nie miała wątpliwości, że go kocha.

Następnego ranka długo stała przed lustrem. Nie musiała iść na targowisko. W domu niczego szczególnie nie brakowało. Mimo to ubrała się, poprawiła włosy i wyszła.

Przez całą drogę próbowała nazywać to zwyczajnym spacerem. Im bliżej była targowiska, tym mniej wierzyła we własne tłumaczenia. Szukała Andrzeja.

Zobaczyła go między straganami. Serce zareagowało szybciej niż myśl. Andrzej również ją zauważył i uśmiechnął się. Tym razem ich spotkanie nie było już przypadkiem.

Rozmawiali długo. Katarzyna nie spieszyła się do domu. Kiedy Andrzej zaproponował, żeby poszła z nim, wiedziała, że powinna odmówić. Zamiast tego zgodziła się.

W jego mieszkaniu targowiskowy gwar został za drzwiami. Zostali sami. Początkowo rozmawiali, lecz cisza pomiędzy zdaniami szybko nabrała innego znaczenia. Kiedy Andrzej dotknął jej dłoni, Katarzyna jej nie cofnęła. Obcy dotyk był wyraźny właśnie dlatego, że nie miał w sobie znajomości i spokoju Marka.

Kiedy Andrzej ją pocałował, odpowiedziała. Bliskość rozwijała się dalej za jej zgodą, a Katarzyna reagowała na nią z intensywnością, której się po sobie nie spodziewała. Nie przestała pamiętać o Marku. Mimo to nie odeszła.

Po wszystkim długo siedziała w milczeniu. Jedno zdanie nie dawało się już ominąć: zdradziła Marka.

Najtrudniejsze było to, że żal nie wymazywał przyjemności. Kochała Marka, a jednocześnie wspomnienie Andrzeja nie budziło wyłącznie wstydu. Było w nim coś intensywnego i nowego, do czego jej myśli wracały wbrew rozsądkowi.

Marek wrócił po trzech dniach. Katarzyna wtuliła się w niego mocno i poczuła, jak bardzo za nim tęskniła. Jego bliskość była spokojna, znajoma i czuła. Nie powiedziała mu o Andrzeju.

Przez kilka dni omijała targowisko. Potem wróciła. Chciała sobie wmówić, że tylko sprawdzi, czy pierwsze spotkanie nie urosło w jej pamięci do czegoś większego, niż było naprawdę. Andrzej był tam. Katarzyna została z nim ponownie.

Od tej chwili pierwszego spotkania nie mogła już nazywać chwilą słabości. Andrzej wiedział o Marku. Marek nie wiedział o Andrzeju.

Zaczęło się podwójne życie. Z Markiem Katarzyna spacerowała po osiedlu, śmiała się z jego żartów, rozmawiała o przyszłości i szukała w nim spokoju. Z Andrzejem spotykała się dla napięcia i intensywności, którą przy nim odkrywała.

Różnica między oboma mężczyznami stawała się coraz wyraźniejsza także w ich intymności. Marek był delikatny i uważny. Jego czułość dawała Katarzynie poczucie bezpieczeństwa, choć nie zawsze prowadziła ją do pełnego spełnienia. Andrzej był bardziej zdecydowany i intensywny; Katarzyna pozwalała na tę szorstkość tylko w granicach, które akceptowała. Przy nim jej reakcje były silniejsze.

Nie chciała jednak sprowadzać ich do prostego porównania. Marka kochała. Andrzeja pragnęła. Z czasem zaczęła rozumieć, że najważniejszy problem tkwi również w niej samej: Markowi nigdy otwarcie nie powiedziała, czego potrzebuje i co sprawia jej największą przyjemność.

Tajemnica tymczasem robiła się coraz trudniejsza do utrzymania. Elżbieta widziała ją kiedyś rozmawiającą z Andrzejem. Marek zauważał jej roztargnienie. Katarzyna zaczęła mylić własne wymówki i coraz częściej rozglądała się, czy na ulicy nie ma znajomej twarzy.

Pewnego dnia Marek przypadkiem zobaczył ją z Andrzejem. Katarzyna przedstawiła ich sobie, mówiąc, że Andrzej jest znajomym z targowiska. Obaj zachowywali się uprzejmie. Tylko ona wiedziała, jak wiele kryje się pod tą zwyczajną rozmową.

Po tym spotkaniu powiedziała Andrzejowi, że dłużej nie mogą ryzykować w taki sposób. Marek w końcu coś odkryje, a ona nie chciała go stracić.

— Kocham go — powiedziała Andrzejowi.

Słowa zabrzmiały dziwnie w mieszkaniu drugiego mężczyzny, ale były prawdziwe.

Ponieważ Andrzej mieszkał sam, Katarzyna zaproponowała nocne spotkania. Wydawało jej się, że pod osłoną ciemności unikną znajomych, sąsiadów i przypadkowych spotkań. Ustalili, że nie będą widywać się według stałego rytmu i że na ulicy pozostaną zwykłymi znajomymi.

Im więcej zasad wymyślali, tym bezpieczniejszy wydawał im się plan.

Pierwszy raz Katarzyna przyszła do Andrzeja nocą kilka dni później. Na klatce schodowej każdy krok wydawał jej się za głośny. Kiedy jednak znalazła się w jego mieszkaniu i zamknęły się drzwi, napięcie ustąpiło. Nikt ich nie widział.

Potem był drugi raz i trzeci. Katarzyna poznała nocną drogę do jego bloku. Ostrożność powoli zamieniała się w rutynę. Skoro przez pewien czas nic się nie wydarzyło, oboje zaczęli wierzyć, że znaleźli sposób niemal niemożliwy do odkrycia.

Pewnej nocy Katarzyna wracała wyjątkowo późno. Zbliżając się do swojego bloku, zobaczyła stojącą przed wejściem postać.

Marek.

Zatrzymała się. On również ją zauważył.

— Gdzie byłaś? — zapytał.

Prawda była prosta. Jeszcze kilkanaście minut wcześniej była u Andrzeja. Katarzyna spojrzała jednak na Marka i pomyślała tylko o tym, że może go stracić.

— U Elżbiety.

— O tej porze?

— Zasiedziałyśmy się.

Marek przyglądał jej się przez chwilę.

— Chciałem ci zrobić niespodziankę.

Katarzyna spróbowała się uśmiechnąć.

— Udało ci się.

Objął ją. Na moment zesztywniała.

— Zmarzłaś?

— Trochę.

Marek przyciągnął ją mocniej. Jego czułość była trudniejsza do zniesienia niż pytania.

— Odprowadzę cię na górę.

— Nie trzeba. Jest późno. Ty też powinieneś wracać.

Marek pocałował ją w czoło.

— Dobranoc, Katarzyna.

— Dobranoc.2

Weszła do domu przekonana, że jej uwierzył.

W pokoju otworzyła notes i napisała:

„Dzisiaj pierwszy raz skłamałam Markowi prosto w oczy.”

Wtedy do pokoju weszła mama.

— Katarzyno, gdzie byłaś?

— U Elżbiety.

Mama spojrzała na nią.

ROZDZIAŁ 5 — Pęknięcia

— Elżbieta właśnie dzwoniła. Szukała ciebie.

Katarzyna patrzyła na matkę i przez kilka sekund nie potrafiła odpowiedzieć.

Jeszcze przed chwilą była przekonana, że najtrudniejszą rozmowę tej nocy ma już za sobą. Spotkała Marka przed blokiem, spojrzała mu w oczy i powiedziała, że była u Elżbiety. Uwierzył.

Teraz jedno zdanie matki zniszczyło całe alibi.

— Dzwoniła?

— Tak.

Katarzyna zamknęła notes.

— Może wcześniej.

— Przed chwilą.

Matka nie podnosiła głosu. Stała przy drzwiach i przyglądała się córce. W jej spojrzeniu nie było jeszcze oskarżenia. Było oczekiwanie.

Katarzyna gorączkowo szukała odpowiedzi.

— Pokłóciłyśmy się.

— Z Elżbietą?

— Trochę.

— I dlatego powiedziałaś Markowi, że byłaś u niej?

Katarzyna poczuła, że każde następne zdanie może tylko pogorszyć sytuację.

— Nie chciałam mu tłumaczyć.

— Czego?

Nie odpowiedziała.

Matka weszła głębiej do pokoju.

— Katarzyno, nie pytam cię, czy masz osiem lat i wolno ci wychodzić z domu. Jesteś dorosła. Pytam, dlaczego wracasz w środku nocy i kłamiesz.

To słowo zabolało.

Kłamiesz.

— Nie chcę teraz o tym rozmawiać.

Matka patrzyła na nią jeszcze chwilę.

— Dobrze. Ale będziemy musiały.

Wyszła.

Następnego dnia prawie nie rozmawiała z matką. Przy śniadaniu obie zachowywały się tak, jakby nocna rozmowa nie miała miejsca. Mama przygotowywała herbatę, Katarzyna kroiła chleb. Zwyczajność była jednak pozorna.

Po południu przyszedł Marek. Przyniósł dwa jabłka i od progu oznajmił, że jedno jest prezentem, a drugie zapłatą za możliwość wejścia.

Katarzyna roześmiała się. Potrzebowała tego śmiechu.

Marek nie wyglądał na podejrzliwego. Nie sprawdzał, czy była u Elżbiety, nie wypytywał i nie szukał sprzeczności. Przyjął jej słowa jako prawdę.

Katarzyna po raz pierwszy pomyślała, że podejrzliwość Marka byłaby łatwiejsza do zniesienia niż jego zaufanie.

Przez kilka dni nie widziała Andrzeja. Nie poszła na targowisko i nie wychodziła nocą. Próbowała wrócić do dawnego rytmu. Pomagała w domu, robiła zakupy, spotykała się z Markiem.

Po kilku dniach zaczęła jednak tęsknić za Andrzejem i za częścią siebie, którą przy nim odkryła.

W końcu poszła do niego za dnia.

Andrzej otworzył drzwi i przez chwilę wyglądał tak, jakby nie wiedział, czy powinien się ucieszyć.

— Myślałem, że już nie przyjdziesz.

— Marek prawie mnie złapał.

Opowiedziała mu o spotkaniu przed blokiem, kłamstwie dotyczącym Elżbiety i telefonie.

Andrzej słuchał w milczeniu.

— To może powinniśmy przestać — powiedział w końcu.

— Chcesz?

— Nie.

To jedno słowo przyniosło jej ulgę.

— Ja też nie.

Po chwili Andrzej zapytał:

— Zostawisz kiedyś Marka?

— Nie.

Odpowiedziała niemal natychmiast.

— Nawet się nie zastanowiłaś.

— Bo znam odpowiedź.

— A ja?

Katarzyna milczała.

— Co ze mną?

— Nie chcę cię stracić.

— To nie jest odpowiedź.

Miał rację.

— Kocham Marka.

Andrzej skinął głową.

— Wiem.

Tym razem zabrzmiało to inaczej.

— A mnie?

Katarzyna nie odpowiedziała.

Andrzej odsunął się.

— Czyli jestem od tego drugiego.

— Nie mów tak.

— Z nim masz życie. Ze mną przychodzisz, kiedy nikt nie widzi.

— Od początku wiedziałeś o Marku.

— Wiedziałem. Na początku myślałem, że mi to wystarczy. Już nie jestem pewien.

Katarzyna po raz pierwszy zrozumiała, że plan chroniący jej dwa światy wymagał od Andrzeja pozostawania w jednym z nich na zawsze.

Z Markiem tymczasem działo się coś przeciwnego. Nie oddalał się. Stawał się jeszcze bliższy.

Coraz częściej rozmawiali o przyszłości: gdzie chcieliby kiedyś pojechać, czego spróbować, jak wyobrażają sobie pracę i własne mieszkanie.

Kiedy Katarzyna wyobrażała sobie przyszłość, widziała Marka.

Andrzeja widziała tylko w teraźniejszości.

Pewnego wieczoru została z Markiem sama. Jego bliskość była jak zawsze delikatna i uważna. Katarzyna znała jego czułość, ale teraz zauważała także własny niedosyt.

Po wszystkim Marek pogładził ją po włosach.

— Dobrze ci?

Katarzyna już miała odpowiedzieć jak zwykle.

— Marek…

— Co?

— Chciałabym czasem, żebyśmy…

Urwała.

— Żebyśmy co?

Chciała powiedzieć mu, że potrzebuje czasem większej intensywności, że nie zawsze osiąga z nim spełnienie i że chciałaby nauczyć się z nim rozmawiać również o własnych potrzebach.

— Nic.

— Katarzyna.

— Naprawdę nic.

Marek przyglądał jej się przez chwilę.

— Ostatnio często zaczynasz mówić i się zatrzymujesz.

— Wydaje ci się.

— Możliwe.

Nie pytał dalej.

Kilka dni później matka zatrzymała ją w kuchni.

— Chcę z tobą porozmawiać.

Katarzyna usiadła.

— Nie będę cię śledzić ani wypytywać sąsiadów. Ale jeśli masz jakiś problem, możesz mi powiedzieć.

— Nie mam problemu.

— Dobrze.

Matka wstała.

— Tylko tyle?

— Jesteś dorosła. Nie mogę podejmować za ciebie decyzji. Mogę tylko powiedzieć, że człowiek zwykle zaczyna się naprawdę bać wtedy, kiedy musi pamiętać, komu powiedział którą wersję historii.

Mama wyszła z kuchni.

Spotkania z Andrzejem stały się rzadsze, ale bardziej napięte. Andrzej zaczął pytać, dlaczego zawsze musi czekać na dogodną dla Katarzyny chwilę i dlaczego nigdy nie mogą spędzić razem całego dnia.

Pewnego wieczoru powiedział:

— Chciałbym kiedyś obudzić się i nie zastanawiać, o której musisz zniknąć.

Katarzyna nie odpowiedziała.

— Nie proszę cię, żebyś teraz wybierała.

To „teraz” zostało między nimi.

Po raz pierwszy zrozumiała, że Andrzej być może czeka nie na kolejne spotkanie, lecz na decyzję.

Następnego dnia poszła do Elżbiety.

Od czasu nocnego telefonu trochę jej unikała. Teraz zamierzała zachowywać się normalnie.

Rozmowa początkowo dotyczyła szkoły, znajomych i planów na weekend.

W pewnym momencie Elżbieta zapytała:

— Co u Marka?

— Dobrze.

— Nadal jesteście razem?

— Oczywiście. Dlaczego miałoby być inaczej?

Elżbieta wzruszyła ramionami.

— Elżbieta, o co chodzi?

— O nic.

— Znam cię.

— Właśnie ja też znam ciebie.

Zapadła cisza.

— Twoja mama powiedziała mi, że podobno byłaś u mnie tamtej nocy.

Katarzyna znieruchomiała.

— Co jej powiedziałaś?

— Prawdę. Że cię nie było.

— Mama coś jeszcze mówiła?

— Nie.

Elżbieta spojrzała na nią uważnie.

— Nie musisz mi mówić, gdzie byłaś. Ale przestań używać mojego imienia, kiedy kłamiesz.

— Masz rację.

Katarzyna wstała.

— To ja pójdę.

— Katarzyna.

Zatrzymała się.

— Co?

Elżbieta zawahała się.

— Widziałam cię jeszcze raz.

Katarzyna poczuła chłód.

— Gdzie?

— Nie ma znaczenia.

— Z kim?

Elżbieta patrzyła jej prosto w oczy.

— Z Andrzejem.

Katarzyna nie próbowała zaprzeczyć.

Elżbieta zrobiła krok w jej stronę.

— Wiem, że nie byłaś wtedy u mnie.

Przerwała.

— I chyba wiem, gdzie byłaś.

ROZDZIAŁ 6 — Cisza między nimi

Katarzyna nie poszła do Andrzeja od razu.

Przez kilka dni odkładała rozmowę, chociaż wiedziała, że jest konieczna. Po spotkaniu z Elżbietą coś się zmieniło. Tajemnica przestała należeć wyłącznie do niej i Andrzeja. Matka wiedziała, że córka kłamie. Elżbieta wiedziała o Andrzeju. Marek nie znał prawdy, ale coraz częściej dostrzegał, że Katarzyna czegoś mu nie mówi.

Trzy pęknięcia.

Matka.

Elżbieta.

Marek.

I każde powstało z tego samego powodu.

W końcu po południu poszła do Andrzeja.

Kiedy otworzył drzwi, uśmiechnął się i odsunął, robiąc jej miejsce.

Katarzyna nie weszła.

— Możemy porozmawiać?

Andrzej natychmiast spoważniał.

— Tutaj?

— Tak.

Stała na klatce schodowej, jakby przekroczenie progu mogło zmienić jej decyzję.

— Przez jakiś czas nie będę przychodziła.

Andrzej milczał.

Katarzyna mówiła dalej, zanim zabrakło jej odwagi.

— Wszystko zaczyna się rozsypywać. Mama wie, że ją okłamuję. Elżbieta wie o tobie. Marek też widzi, że coś jest nie tak.

— Powiedziałaś mu?

— Nie.

Na twarzy Andrzeja pojawiło się coś pomiędzy ulgą a rozczarowaniem.

— Chcesz z nim zostać.

— Tak.

Odpowiedziała bez wahania.

— Muszę naprawić to, co zepsułam.

— Ze mną też?

To pytanie ją zatrzymało.

— Nie wiem.

Andrzej odwrócił wzrok.

— Czyli znowu mam czekać.

— Nie proszę cię o to.

— A o co?

Katarzyna nie potrafiła odpowiedzieć.

Nie chciała powiedzieć: „czekaj na mnie”, ponieważ byłoby to egoistyczne.

Nie potrafiła też powiedzieć: „zapomnij o mnie”.

— Potrzebuję czasu.

Andrzej uśmiechnął się smutno.

— Czasu dla Marka.

— Dla siebie.

— I dla Marka.

Katarzyna nie zaprzeczyła.

Andrzej oparł dłoń o framugę.

— Jak długo?

— Nie wiem. Kilka tygodni. Może dłużej.

— A potem?

— Andrzej, właśnie tego nie wiem.

Po raz pierwszy od początku ich znajomości stali tak blisko, a jednak Katarzyna pilnowała, żeby go nie dotknąć.

Wiedziała, co mogłoby się wydarzyć, gdyby weszła do środka.

Andrzej również to wiedział.

— Wejdź chociaż na chwilę — powiedział.

Katarzyna spojrzała przez otwarte drzwi.

Jeszcze niedawno nie potrzebowałaby drugiego zaproszenia.

— Nie.

— Boisz się mnie?

— Siebie.

Andrzej zamilkł.

Katarzyna zrobiła krok do tyłu.

— Nie przychodź też na targowisko specjalnie po to, żeby mnie spotkać.

— Nigdy nie powiedziałaś, że przychodzę tam dla ciebie.

— Teraz mówię.

— Dobrze.

Zabolało ją, że zgodził się tak łatwo.

Przez moment sama miała ochotę cofnąć własną decyzję.

Nie zrobiła tego.

— Do widzenia, Andrzej.

Nie powiedziała „żegnaj”.

Nie potrafiła.

Najpierw poszła do Elżbiety.

Tym razem nie przygotowywała żadnej historii.

— Okłamałam cię — powiedziała.

Elżbieta patrzyła na nią spokojnie.

— Wiem.

— I wykorzystałam twoje imię, żeby okłamać Marka i mamę.

— To też wiem.

Katarzyna spuściła wzrok.

— Przepraszam.

Elżbieta nie odpowiedziała od razu.

— Nie jestem zła dlatego, że masz swoje tajemnice. Masz do nich prawo. Jestem zła, bo zrobiłaś ze mnie część kłamstwa, nawet mnie o tym nie pytając.

Katarzyna skinęła głową.

Nie próbowała się usprawiedliwiać.

— Masz rację.

Elżbieta przyjrzała jej się.

— To wszystko?

— Tak.

— Nie powiesz mi, kim jest Andrzej?

Katarzyna zawahała się.

Mogła znowu zamknąć drzwi.

Tym razem uchyliła je odrobinę.

— Jest kimś, z kim nie powinnam była się tak zbliżyć.

Elżbieta zrozumiała.

Nie potrzebowała szczegółów.

— Marek wie?

— Nie.

— Powiesz mu?

Katarzyna poczuła ciężar tego pytania.

— Nie wiem.

Elżbieta westchnęła.

— Tego akurat nie naprawisz samymi przeprosinami.

Katarzyna wiedziała.

Z matką było trudniej.

Przez kilka dni pomagała jej więcej niż zwykle. Robiła zakupy, przygotowała obiad, posprzątała kuchnię.

Dopiero po kilku dniach zorientowała się, że zachowuje się tak, jakby dobrymi uczynkami mogła wykupić własne kłamstwo.

Mama również to zauważyła.

— Katarzyno.

— Tak?

— Nie musisz myć podłogi drugi raz w tym tygodniu.

Katarzyna zatrzymała mop.

— Jest brudna.

— Nie jest.

Spojrzały na siebie.

Mama pierwsza się uśmiechnęła.

— Jeśli chcesz mnie przeprosić, możesz po prostu powiedzieć „przepraszam”.

Katarzyna oparła mop o ścianę.

— Przepraszam.

— Za co?

To pytanie było trudniejsze.

— Za to, że cię okłamałam.

Mama skinęła głową.

— Dziękuję.

Katarzyna czekała na dalsze pytania.

Nie przyszły.

— Nie zapytasz, gdzie byłam?

— Chcesz mi powiedzieć?

— Nie.

— W takim razie nie będę wyciągała tego z ciebie siłą.

Katarzyna poczuła ulgę.

Mama jednak dodała:

— Ale nie myl mojego szacunku do twojej prywatności z przekonaniem, że wszystko jest w porządku.

Katarzyna spojrzała na nią.

— Martwisz się?

— Tak.

— Dlaczego?

— Bo ostatnio zachowujesz się tak, jakbyś cały czas pilnowała, żeby różni ludzie nie spotkali się ze sobą.

Katarzyna zamarła.

Mama wróciła do przygotowywania kolacji.

Nie powiedziała nic więcej.

Został Marek.

Najważniejszy.

I właśnie dlatego najtrudniejszy.

Katarzyna zaczęła spędzać z nim więcej czasu.

Nie po to, żeby odwrócić jego uwagę.

Przynajmniej tak sobie mówiła.

Chciała przypomnieć sobie ich zwyczajność.

Spacerowali. Chodzili razem na zakupy. Pewnego popołudnia Marek pomagał jej przynieść cięższą torbę do domu i przez pół drogi narzekał, że marchew jest zdecydowanie zbyt ciężkim warzywem.

Katarzyna śmiała się jak dawniej.

Przy nim nadal było jej dobrze.

Może nawet lepiej, odkąd nie musiała już planować kolejnego nocnego wyjścia do Andrzeja.

Po raz pierwszy od wielu tygodni potrafiła spędzić cały wieczór z Markiem bez spoglądania na zegarek.

Zaczęła też mówić.

Nie o Andrzeju.

Jeszcze nie.

Ale o sobie.

Pewnego wieczoru, kiedy zostali sami, wróciła do rozmowy, którą wcześniej przerwała.

— Pamiętasz, kiedy chciałam ci coś powiedzieć i się wycofałam?

Marek spojrzał na nią.

— Który raz?

Katarzyna skrzywiła się.

— Aż tak źle?

— Trochę.

Usiadła bliżej.

— Chodziło o nas.

Marek przestał żartować.

Katarzyna mówiła powoli. Opowiedziała mu, że czasami potrzebuje w ich intymności czegoś innego. Większej pewności, większej intensywności, mniej obawy, że każdy śmielszy gest może być dla niej za dużo.

Nie wspomniała, skąd tak dobrze to wie.

Marek słuchał.

— Dlaczego wcześniej mi nie powiedziałaś?

— Wstydziłam się.

To była prawda.

Nie cała.

Ale prawda.

— Myślałem, że skoro nic nie mówisz, wszystko ci odpowiada.

— Wiem.

Marek wziął ją za rękę.

— To mi mów.

Katarzyna spojrzała na niego.

— A jeśli ci się nie spodoba?

— To powiem.

— A jeśli mnie się coś nie spodoba?

— Ty powiesz.

Proste.

Tak proste, że niemal bolało.

Katarzyna pomyślała o wszystkich rzeczach, których nie dała Markowi szansy się nauczyć.

Mijały dni.

Potem tygodnie.

Nie widziała Andrzeja.

Na początku liczyła czas.

Trzy dni.

Pięć.

Osiem.

Dwanaście.

Potem przestała.

Relacja z matką powoli odzyskiwała zwyczajność. Elżbieta nadal czasami patrzyła na nią tak, jakby miała ochotę o coś zapytać, ale nie naciskała.

Z Markiem było inaczej.

Lepiej.

Katarzyna zaczęła mówić mu więcej o własnych potrzebach. On słuchał. Czasami się mylili. Czasami śmiali się z własnej niezręczności. Czasami odkrywali, że coś, czego jedno chciało spróbować, drugiemu wcale nie odpowiadało.

Ale rozmawiali.

I właśnie tego wcześniej zabrakło.

Katarzyna zaczęła mieć nadzieję, że może naprawdę potrafi wrócić.

Nie do czasu sprzed Andrzeja.

Tego już nie było.

Ale do Marka.

Pewnego popołudnia mama poprosiła ją o jarzyny.

Katarzyna wzięła torbę.

Dopiero na schodach zrozumiała, dokąd musi pójść.

Na targowisko.

Przez chwilę chciała wrócić i powiedzieć, że źle się czuje.

Nie zrobiła tego.

Poszła.

Targowisko wyglądało dokładnie tak samo jak wcześniej.

Ci sami sprzedawcy.

Podobne głosy.

Skrzynki z jabłkami, ziemniakami i marchewką.

Katarzyna kupiła wszystko, czego potrzebowała.

Nie zobaczyła Andrzeja.

Poczuła ulgę.

I coś jeszcze.

Rozczarowanie.

Ruszyła w stronę wyjścia.

Wtedy usłyszała za sobą:

— Katarzyna.

Zatrzymała się.

Nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć, kto wypowiedział jej imię.

Przez kilka sekund stała nieruchomo z torbą pełną warzyw.

Potem powoli odwróciła głowę.

Andrzej był kilka kroków od niej.

Nie podszedł bliżej.

Dotrzymał słowa.

Katarzyna również została na swoim miejscu.

Patrzyli na siebie.

Całe tygodnie rozsądku nagle skurczyły się do kilku metrów dzielących ich na targowisku.

I Katarzyna zrozumiała, że naprawienie własnego życia nie oznaczało, że pragnienie po prostu zniknie.

ROZDZIAŁ 7 - Przypadek

Elżbieta nie szukała Andrzeja.

Spotkała go przypadkiem.

Wracała do domu sama, co w ostatnich tygodniach zdarzało jej się coraz częściej. Jej związek właśnie się skończył. Rozstanie nie było gwałtowne. Nie było wielkiej awantury ani dramatycznego pożegnania. Po prostu pewnego dnia oboje przyznali, że od dłuższego czasu bardziej próbują podtrzymywać coś, co już się skończyło, niż naprawdę być razem.

Mimo to samotność przyszła szybciej, niż Elżbieta się spodziewała.

Najbardziej odczuwała ją w drobiazgach. Nie miała już do kogo pójść wieczorem. Nikt nie czekał na nią po zajęciach. Nie było komu opowiadać rzeczy nieważnych.

Tego dnia zauważyła Andrzeja niedaleko targowiska.

Rozpoznała go od razu.

Wiedziała, kim jest. Nie wiedziała tylko, kim dokładnie był dla Katarzyny.

Andrzej również na nią spojrzał, ale minąłby ją zapewne bez słowa, gdyby Elżbieta się nie zatrzymała.

— Andrzej?

Odwrócił się.

— Tak?

— Znam cię.

Uśmiechnął się lekko.

— To stawia mnie w niekorzystnej sytuacji, bo ja ciebie nie znam.

— Elżbieta.

Przez chwilę nic nie mówił. Potem zrozumiał.

— Przyjaciółka Katarzyny?

— Tak.

W jego twarzy pojawiła się ostrożność.

Elżbieta mogła zapytać wprost o Katarzynę. Nie zrobiła tego. Zamiast tego zaczęli rozmawiać.

Po kilku minutach Andrzej zaproponował kawę.

Elżbieta zawahała się. Wiedziała wystarczająco dużo, żeby odmówić. Jednocześnie była ciekawa człowieka, dla którego Katarzyna ryzykowała związek z Markiem, przyjaźń i zaufanie własnej matki.

— Jedną — powiedziała.

Poszli do kawiarni.

Andrzej miał dwadzieścia pięć lat. Elżbieta osiemnaście, tyle samo co Katarzyna. Siedem lat różnicy nie wydawało jej się ogromnym dystansem, a jednak przy Andrzeju wyraźnie czuła, że rozmawia z mężczyzną starszym od chłopaków, których dotąd znała. Był spokojniejszy, bardziej bezpośredni i pewniejszy siebie.

Rozmawiali długo. Dopiero później pojawił się temat Katarzyny.

— Wiesz, że ma Marka? — zapytała Elżbieta.

— Wiem.

— I to ci nie przeszkadzało?

Andrzej spojrzał w filiżankę.

— To bardziej skomplikowane.

Elżbieta niemal się roześmiała.

— Ludzie zawsze mówią, że coś jest skomplikowane, kiedy nie chcą powiedzieć wprost, co robią.

Andrzej spojrzał na nią z zainteresowaniem.

— Ty zawsze tak rozmawiasz?

— Tylko kiedy ktoś odpowiada wymijająco.

Kawa, która miała trwać kilkanaście minut, przeciągnęła się znacznie dłużej.

Elżbieta opowiedziała o swoim rozstaniu. Nie planowała tego. Andrzej nie pocieszał jej banalnymi zdaniami. Słuchał.

Kiedy wychodzili z kawiarni, Elżbieta zauważyła, że przestała myśleć o nim wyłącznie jako o „Andrzeju Katarzyny”.

Stał się Andrzejem.

Spotkali się ponownie.

Tym razem już nie przypadkiem.

Elżbieta nikomu o tym nie powiedziała. Zwłaszcza Katarzynie.

Początkowo tłumaczyła sobie, że przecież Katarzyna ma Marka i sama postanowiła naprawić swój związek. Nie może zatrzymywać Andrzeja dla siebie.

Wiedziała jednak również, że gdyby spotkania były dla niej zupełnie obojętne, nie ukrywałaby ich przed przyjaciółką.

Po niedawnym rozstaniu uwaga Andrzeja działała na nią szczególnie mocno. Przy nim nie czuła się jak dziewczyna, którą właśnie zostawił chłopak. Czuła się zauważona jako dorosła kobieta.

Z każdym spotkaniem dystans malał.

Któregoś wieczoru Andrzej zaprosił ją do siebie.

Elżbieta wiedziała, co może oznaczać przyjęcie tego zaproszenia.

Poszła.

Ich pierwsza bliskość zaskoczyła ją intensywnością. Andrzej również w tej sferze różnił się od chłopaków, których znała wcześniej. Lubił zdecydowanie i kontrolowaną szorstkość, ale zwracał uwagę na jej reakcje i granice. Elżbieta odkryła, że taka intensywność jej odpowiada.

Po wszystkim długo leżała w ciszy.

Nie czuła żalu.

To właśnie ją zaskoczyło.

Było jej dobrze. Bardzo dobrze.

Andrzej leżał obok.

— O czym myślisz? — zapytał.

Pierwszą osobą, która przyszła jej do głowy, była Katarzyna.

— O niczym.

Dopiero wtedy zrozumiała ironię sytuacji. Jeszcze niedawno była oburzona, że Katarzyna wykorzystała jej imię jako alibi. Teraz sama zaczynała tworzyć tajemnicę przed Katarzyną.

Spotkała się z Andrzejem ponownie. A potem jeszcze raz.

Bliskość z nim podobała jej się coraz bardziej. Nie chodziło tylko o fizyczną przyjemność. Podobało jej się również to, kim stawała się przy nim: mniej ostrożna, bardziej zdecydowana, jakby rozstanie należało już do odległej przeszłości.

Andrzej niewiele mówił o Katarzynie. Elżbieta również o nią nie pytała.

Do czasu.

Pewnego wieczoru zauważyła w jego mieszkaniu drobiazg należący do Katarzyny.

— To jej?

Andrzej zawahał się o sekundę za długo.

— Kiedy ostatnio tu była?

— Jakiś czas temu.

— Jak długo?

— Elżbieta…

— Pytam tylko.

— Powiedziała, że przez pewien czas nie będzie przychodziła.

Elżbieta poczuła coś nieprzyjemnego.

— Czyli czekasz?

— Nie wiem.

Odpowiedź zirytowała ją bardziej, niż powinna.

Przecież sama nie przyszła tutaj po miłość.

Tak przynajmniej sobie mówiła.

Kilka dni później spotkała Katarzynę. Rozmawiały jak dawniej. Katarzyna wyglądała spokojniej i opowiadała o Marku, o tym, że zaczęli więcej ze sobą rozmawiać i że coś pomiędzy nimi się poprawia.

— A ty? — zapytała Katarzyna. — Jak się czujesz po rozstaniu?

— Lepiej.

— Kogoś poznałaś?

Elżbieta poczuła napięcie.

— Dlaczego pytasz?

— Bo wyglądasz inaczej. Jakbyś znowu była zadowolona.

— Może jestem.

— To dobrze.

Katarzyna powiedziała to szczerze.

Elżbieta mogła wtedy wypowiedzieć imię Andrzeja.

Nie zrobiła tego.

• • •

Któregoś wieczoru Katarzyna złamała własne postanowienie.

Nie planowała tego. Przez wiele tygodni nie odwiedzała Andrzeja. Relacje z matką i Elżbietą powoli się uspokajały, z Markiem znów potrafiła rozmawiać, a życie zaczynało odzyskiwać porządek.

A jednak tego dnia pomyślała o Andrzeju.

Poszła do niego bez zapowiedzi.

Kiedy stanęła przed drzwiami, przez chwilę chciała zawrócić.

Zapukała.

Andrzej otworzył.

Jego twarz powiedziała jej wszystko, zanim zdążył wypowiedzieć choć jedno słowo.

— Katarzyna…

— Mogę wejść?

Nie odpowiedział od razu.

Katarzyna spojrzała ponad jego ramieniem.

W głębi mieszkania stała Elżbieta.

Przez kilka sekund żadna z kobiet się nie odezwała.

Elżbieta pobladła.

— Katarzyna…

Katarzyna patrzyła na przyjaciółkę, potem na Andrzeja.

Spodziewała się zazdrości.

Nie przyszła.

Pojawiła się złość.

Nie na Elżbietę.

Na Andrzeja.

— Od kiedy? — zapytała.

Elżbieta spuściła wzrok.

— Katarzyna, chciałam ci powiedzieć.

— Nie ciebie pytam.

Spojrzała na Andrzeja.

— Od kiedy?

Andrzej odpowiedział.

Katarzyna słuchała spokojnie. Właśnie ten spokój zaczął niepokoić Andrzeja.

— Nie jesteś zła? — zapytał.

— Jestem.

— Na Elżbietę?

— Nie. Na ciebie.

Andrzej zmarszczył brwi.

— Przecież powiedziałaś, że nie będziesz przychodzić.

— Powiedziałam.

— I że chcesz naprawić związek z Markiem.

— Tak.

— Więc czego ode mnie oczekiwałaś?

Katarzyna nie miała dobrej odpowiedzi. Nie miała prawa wymagać od niego wierności, której sama nigdy mu nie obiecała.

A jednak chciała go zranić. Chciała zobaczyć, czy jego pewność siebie choć na chwilę zniknie.

Spojrzała na Elżbietę. Potem ponownie na Andrzeja.

— Skoro już wszystkie tajemnice spotkały się w jednym pokoju — powiedziała — może przestańmy udawać.

Andrzej patrzył na nią uważnie.

— Może zostaniemy dzisiaj wszyscy razem.

Zapadła cisza.

Elżbieta pierwsza zrozumiała znaczenie tej propozycji.

— Mówisz poważnie?

Katarzyna spojrzała na nią.

— Nie wiem.

Była to najprawdziwsza odpowiedź, jakiej tego wieczoru udzieliła.

Pomysł nie wynikał z zazdrości ani nawet z pożądania. Był prowokacją, próbą odebrania Andrzejowi pewności, że to on ustala charakter relacji z obiema kobietami.

— A jutro? — zapytała Elżbieta.

To jedno pytanie wystarczyło.

Katarzyna poczuła, jak znika pewność, z którą jeszcze przed chwilą wypowiedziała swoją propozycję.

Jutro nadal będzie przyjaźniła się z Elżbietą. Nadal będzie kochała Marka. Nadal będzie musiała pamiętać, że przyszła tutaj z zamiarem zemsty na Andrzeju.

— Nie wiem — odpowiedziała.

Andrzej milczał.

— No co? — rzuciła Katarzyna. — Przed chwilą nie miałeś nic do powiedzenia.

— Bo próbuję zrozumieć, czego właściwie chcesz.

— Powiedziałam.

— Nie. Powiedziałaś, co proponujesz. To nie jest to samo.

Elżbieta podeszła bliżej.

— Kaśka…

— Katarzyna.

Elżbieta zatrzymała się.

— Dobrze. Katarzyna. Spójrz na mnie.

Katarzyna w końcu spojrzała.

Nie zobaczyła w twarzy przyjaciółki triumfu ani wstydu.

Był smutek.

— Chcesz tego? — zapytała Elżbieta. — Czy chcesz ukarać jego?

Katarzyna nie odpowiedziała.

Elżbieta zrozumiała.

— W takim razie nie rób ze mnie narzędzia do zemsty.

Te słowa zabolały.

Katarzyna odwróciła się do Andrzeja.

— A ty jesteś zadowolony?

— Z czego?

— Z tego wszystkiego. Najpierw ja, potem Elżbieta. Wygodnie.

— Sama powiedziałaś, że przestajesz przychodzić.

— Więc od razu znalazłeś następną?

Elżbieta drgnęła.

— Następną?

Katarzyna natychmiast zrozumiała okrucieństwo tego słowa.

— Nie chciałam…

— Właśnie chciałaś.

Elżbieta sięgnęła po płaszcz.

— Ela…

— Nie jestem „następną”, Katarzyna.

Andrzej próbował coś powiedzieć, ale Elżbieta uciszyła go spojrzeniem.

— Ty też teraz nic nie mów.

Założyła płaszcz.

Katarzyna poczuła, że sytuacja wymyka jej się z rąk. Przyszła tutaj zła na Andrzeja. Chciała go sprowokować, a zraniła Elżbietę.

— Przepraszam — powiedziała.

Elżbieta zatrzymała się przy drzwiach.

— Za co?

Katarzyna zamilkła.

— Za to, co powiedziałam.

— A za resztę?

— Nie wiem jeszcze.

Elżbieta skinęła głową.

— To przynajmniej jest szczere.

Wyszła.

Drzwi zamknęły się cicho.

Katarzyna została sama z Andrzejem.

— Jak długo z nią sypiasz? — zapytała.

Andrzej odpowiedział.

— Podoba ci się?

— Tak.

Odpowiedź zabolała ją znacznie mniej, niż przypuszczała.

Wtedy zrozumiała, że rzeczywiście nie jest zazdrosna. Nie chciała Andrzeja wyłącznie dla siebie.

— Wiedziałeś, że jest moją przyjaciółką.

— Wiedziałem.

— I nie pomyślałeś, że powinieneś mi powiedzieć?

— A ty powiedziałaś Markowi o mnie?

Katarzyna znieruchomiała.

— To co innego.

— Dlaczego?

Nie znalazła odpowiedzi.

— Ty chciałaś wrócić do Marka — powiedział Andrzej. — Powiedziałaś, żebym cię nie szukał. Nie obiecałem ci, że będę czekał.

— Ale Elżbieta…

— Jest dorosła. Tak samo jak ty. Sama zdecydowała, że chce się ze mną spotykać.

Katarzyna odwróciła wzrok.

Najbardziej drażniło ją to, że w części miał rację.

— Idę.

— Katarzyna.

— Co?

— Przyszłaś tutaj po kilku tygodniach. Zobaczyłaś mnie z Elżbietą i w ciągu kilku minut byłaś gotowa zrobić coś, czego wcześniej nawet nie planowałaś.

— Nie analizuj mnie.

— Ktoś powinien.

— Nie ty.

Ruszyła do drzwi.

Andrzej nie próbował jej zatrzymać.

• • •

Elżbietę dogoniła przed blokiem.

— Ela!

Elżbieta szła dalej.

— Zaczekaj.

W końcu się zatrzymała.

— Przepraszam.

— Już mówiłaś.

— Teraz wiem za co. Nie miałam prawa potraktować cię jak kogoś, kogo Andrzej wziął zamiast mnie.

Twarz Elżbiety trochę złagodniała.

— Nie jestem twoim zastępstwem.

— Wiem.

— I nie zrobiłam tego, żeby ci coś udowodnić.

— Wiem.

— Podoba mi się.

Katarzyna przyjęła te słowa spokojnie.

— Domyśliłam się.

— Bardzo.

Katarzyna przez chwilę patrzyła na przyjaciółkę.

— To właśnie jest najdziwniejsze.

— Co?

— Że rozumiem. Za dobrze rozumiem.

Ruszyły powoli.

Nie szły już tak blisko siebie jak dawniej, ale szły razem.

Po kilku minutach Elżbieta odezwała się pierwsza.

— Co teraz?

Katarzyna długo nie odpowiadała.

Jeszcze godzinę wcześniej nie potrafiłaby odpowiedzieć. Teraz jednak zaczynała rozumieć, że decyzja właściwie zapadała w niej od kilku tygodni.

Przecież dlatego przestała odwiedzać Andrzeja.

Nie dlatego, że przestała go pragnąć.

Nie dlatego, że to, co między nimi było, nagle straciło znaczenie.

Odeszła, ponieważ życie zbudowane z nocnych wyjść, wymówek i pilnowania własnych kłamstw zaczęło ją męczyć bardziej, niż sama przed sobą przyznawała.

A kiedy przestała spotykać się z Andrzejem, wydarzyło się coś, czego się nie spodziewała.

Z Markiem zaczęło być lepiej.

Nie samo z siebie.

Katarzyna po raz pierwszy zaczęła mówić mu o tym, czego wcześniej się wstydziła. O swoich potrzebach, o pragnieniu większej spontaniczności i o tym, że sama delikatność nie zawsze jej wystarczała.

Marek nie obraził się. Nie potraktował tego jak krytyki.

Słuchał.

Uczyli się siebie od nowa.

Andrzej potrafił obudzić w Katarzynie intensywność, której wcześniej nie znała, lecz z Markiem mogła ją nazwać i próbować budować w relacji, w której poza pożądaniem istniały wspólna historia, przywiązanie, codzienność i miłość.

Dopiero teraz zauważyła, jak długo myliła dwie rzeczy.

Pragnąć kogoś nie znaczyło jeszcze chcieć z nim żyć.

Z Andrzejem chciała chwil.

Z Markiem chciała następnego dnia.

I kolejnego.

— Ty zrobisz z Andrzejem to, co uważasz za właściwe — powiedziała w końcu.

Elżbieta spojrzała na nią.

— A ty?

— Ja już chyba wybrałam wcześniej. Tylko nie chciałam tego nazwać.

— Marka?

Katarzyna skinęła głową.

— Kocham go.

— A Andrzej?

Katarzyna zastanowiła się.

— Nadal mnie pociąga. Pewnie jeszcze długo będzie. Ale to nie jest to samo.

— Co nie jest tym samym?

— Chcieć do kogoś przyjść i chcieć przy kimś zostać.

Elżbieta opuściła wzrok. Być może to zdanie dotyczyło teraz również jej.

Katarzyna nie pytała.

Po chwili powiedziała:

— Właściwie nie powinnam mówić, że wracam do Marka.

— Dlaczego?

— Bo ja cały czas z nim jestem.

To zabolało ją, kiedy wypowiedziała te słowa.

Marek nie wiedział przecież, że w jej głowie odbywały się powroty, odejścia i wybory, o których on sam nie miał pojęcia.

— Więc co zrobisz? — zapytała Elżbieta.

Katarzyna spojrzała przed siebie.

— Spróbuję naprawdę z nim być.

Elżbieta nie odpowiedziała.

Katarzyna również zamilkła.

Obie wiedziały, że pozostawało jeszcze jedno pytanie.

Najtrudniejsze ze wszystkich.

Czy można naprawdę być z Markiem, nadal nie mówiąc mu prawdy o Andrzeju?

• • •

Następnego dnia Andrzej nie szukał Katarzyny.

Wieczorem spotkał się z Elżbietą.

Katarzyna o tym wiedziała.

Dotąd mogła sobie wyobrażać, że Andrzej pozostaje gdzieś poza jej życiem, nieruchomy, czekający na jej powrót.

Teraz wiedziała, że jego życie biegnie dalej.

Bez niej.

I że biegnie obok życia jej najlepszej przyjaciółki.

Nie poczuła zazdrości.

Poczuła ciężar decyzji, którą wreszcie nazwała.

Wybrać Marka było łatwiej niż powiedzieć Markowi, czego właściwie dokonała, zanim go wybrała.

ROZDZIAŁ 8 - Dwa domy

Minął kolejny rok.

Katarzyna miała dziewiętnaście lat. Marek również. Elżbieta, jej rówieśniczka, coraz rzadziej przypominała dziewczynę, która jeszcze niedawno zastanawiała się, czy po rozstaniu potrafi zacząć wszystko od początku.

Andrzej skończył dwadzieścia sześć lat.

Czas nie rozwiązał wszystkich problemów. Pozwolił jednak niektórym z nich ucichnąć, a innym zmienić znaczenie.

Katarzyna i Elżbieta znowu były dobrymi przyjaciółkami.

Nie stało się to jednego dnia. Nie było jednej wielkiej rozmowy, po której wszystko zostało wybaczone i zapomniane. Przyjaźń wracała drobnymi krokami: wspólnymi zakupami, herbatą wypitą bez pośpiechu, krótkimi wizytami, które z czasem znów zaczęły przeciągać się do późnego wieczora.

Obie pamiętały, co wydarzyło się wcześniej. Nie próbowały udawać, że przeszłość nie istnieje. Po prostu przestały pozwalać jej decydować o każdym następnym dniu.

Elżbieta zakochała się w Andrzeju mocniej, niż początkowo zamierzała.

Najpierw pociągała ją jego pewność siebie. Z czasem zaczęły mieć znaczenie rzeczy znacznie mniej efektowne. Dowiedziała się, że Andrzej zostawia filiżankę dokładnie tam, gdzie wypił kawę, że potrafi długo szukać kluczy leżących na stole i że rano nie należy zadawać mu ważnych pytań, zanim się naprawdę obudzi.

Poznała również jego milczenie, zmęczenie i gorszy humor.

Poznała człowieka poza tajemnicą i poza namiętnością.

I właśnie w nim zakochała się najbardziej.

Pewnego wieczoru powiedziała Katarzynie, że chce się do niego przeprowadzić.

Katarzyna przez chwilę obserwowała przyjaciółkę.

— Jesteś pewna?

— Boję się, ale jestem.

— To chyba wystarczy.

Elżbieta uśmiechnęła się.

— A ty?

— Co ja?

— Nie przeszkadza ci to?

Katarzyna wiedziała, o co naprawdę pyta.

Pomyślała o Andrzeju. Wspomnienie nadal istniało, ale nie było już zaproszeniem.

— Nie — odpowiedziała. — Chcę, żebyś była szczęśliwa.

I mówiła prawdę.

Przeprowadzka odbyła się w sobotę.

Elżbieta posiadała zadziwiająco dużo rzeczy jak na osobę, która przez większość życia zajmowała jeden pokój. Andrzej nosił pudła, Katarzyna pomagała je rozpakowywać, a Marek został zatrudniony do przenoszenia najcięższych toreb.

Po trzeciej oznajmił, że Elżbieta potajemnie kolekcjonuje cegły.

— Książki — odpowiedziała.

— To jeszcze gorzej. Cegły przynajmniej nie próbują człowieka wychowywać.

Andrzej roześmiał się.

Katarzyna spojrzała na obu mężczyzn.

Marek i Andrzej stali obok siebie, trzymając pudło pełne książek Elżbiety. Było w tym obrazie coś niemal nierzeczywistego. Dwaj mężczyźni, którzy przez pewien czas zajmowali zupełnie różne miejsca w jej życiu, teraz zachowywali się jak dobrzy znajomi.

Tylko jeden z nich znał całą historię.

Andrzej spojrzał na Katarzynę.

Ich wzrok spotkał się na moment.

Żadne niczego nie powiedziało.

Wieczorem rzeczy Elżbiety stały już obok rzeczy Andrzeja. Dwie szczoteczki do zębów, dwa płaszcze w przedpokoju, jej książki na jego półkach, kosmetyki w łazience.

Drobiazgi mówiły więcej niż deklaracje.

Elżbieta nie przyszła już do Andrzeja w odwiedziny.

Została.

Pierwsze tygodnie wspólnego mieszkania szybko odebrały ich związkowi część romantycznej idealizacji.

Elżbiecie wcale to nie przeszkadzało.

Andrzej okazał się człowiekiem, z którym można było przeżyć nie tylko pełen emocji wieczór, lecz także zwyczajny poniedziałkowy poranek. Czasami się sprzeczali: o zakupy, pieniądze, niewyniesione śmieci albo mokry ręcznik pozostawiony nie tam, gdzie powinien.

Elżbieta odkrywała, że miłość nie oznacza nieustannego zachwytu.

Bywała zmęczona Andrzejem.

On bywał zmęczony nią.

A potem siadali razem przy stole i nadal chcieli dzielić ten sam następny dzień.

Ich bliskość zachowała intensywność, którą Elżbieta lubiła, ale coraz ważniejsza stawała się dla niej zwyczajna czułość. Andrzej potrafił objąć ją w kuchni bez żadnego dalszego zamiaru, przykryć kocem, kiedy zasnęła, pamiętać o jej ulubionej herbacie.

Z takich rzeczy zaczęła budować wyobrażenie rodziny.

Któregoś wieczoru zapytała, czy chciałby kiedyś mieć dzieci.

Andrzej odpowiedział dopiero po chwili.

— Kiedyś tak.

— A ze mną?

Spojrzał na nią poważnie.

— Jeżeli pytasz, czy potrafię sobie wyobrazić z tobą rodzinę, to tak.

Elżbieta niczego więcej nie potrzebowała.

Katarzyna i Marek dojrzewali jako para inaczej.

Mieli po dziewiętnaście lat i oboje zaczynali rozumieć, że dorosłość nie pojawia się nagle wraz z urodzinami. Jednego dnia rozmawiali o wspólnym mieszkaniu, następnego liczyli pieniądze przed wyjściem do kawiarni.

Katarzyna nie chciała już przyspieszać.

Zmieniała się również ich intymność.

Dawniej Marek był tak skupiony na delikatności, że czasami bardziej uważał, żeby nie zrobić niczego niewłaściwego, niż próbował zrozumieć, czego Katarzyna rzeczywiście potrzebowała. Ona natomiast milczała i oczekiwała, że sam się domyśli.

Teraz zaczęła mówić.

Uczyła się nazywać swoje potrzeby, mówić, kiedy chce więcej pewności, a kiedy potrzebuje spokoju i czułości. Marek słuchał. Nie traktował jej słów jak krytyki, lecz jak możliwość lepszego poznania kobiety, którą kochał.

Z czasem przestała porównywać go z Andrzejem.

To okazało się ważniejsze niż wszystko inne.

Przez długi czas sądziła, że musi wybierać pomiędzy bezpieczeństwem a intensywnością. Teraz rozumiała, że sama stworzyła ten podział. Z Markiem mogli wspólnie budować własny język bliskości, bez kopiowania kogokolwiek.

Pewnego wieczoru Marek zażartował, że Katarzyna stała się wymagająca.

— Narzekasz? — zapytała.

— Nie. Chwalę się, że robię postępy.

Roześmiała się.

— Robisz.

Marek spoważniał.

— Naprawdę?

Katarzyna usłyszała w tym pytaniu coś więcej niż żart. Potrzebował wiedzieć, że jest jej z nim dobrze.

— Naprawdę.

Przytuliła się do niego.

I po raz pierwszy od dawna nie pomyślała o tym, czego jej brakuje.

Myślała o tym, co mają.

Zmieniała się także na zewnątrz.

Od dawna drażniło ją, że mimo dziewiętnastu lat wciąż wygląda znacznie młodziej. Była niewysoka, drobna, miała delikatne rysy i zdarzało się, że obcy brali ją za piętnasto- czy szesnastolatkę.

Kiedyś ją to zawstydzało.

Teraz zaczęło ją irytować.

Coraz odważniej eksperymentowała z ubiorem. Wybierała mocno dopasowane legginsy, krótkie spódnice i bardziej wyraziste stroje, których jeszcze rok wcześniej nie odważyłaby się założyć. Chciała, żeby lustro pokazywało jej kobietę, którą sama już się czuła.

Nie zawsze osiągała zamierzony skutek.

Na osiedlu zdarzało się, że zaczepiali ją piętnasto- lub szesnastoletni chłopcy, przekonani, że jest ich rówieśniczką. Próbowali zagadywać albo popisywać się przed kolegami.

Katarzynę czasem to bawiło, częściej drażniło.

Pewnego dnia jeden z nich zebrał się na odwagę i zaproponował spacer.

— Ile masz lat? — zapytała.

— Szesnaście. A ty?

— Dziewiętnaście.

Chłopak natychmiast stracił wcześniejszą pewność siebie.

Katarzyna uśmiechnęła się.

— No właśnie.

I poszła dalej.

Nie flirtowała z nimi. Dla niej granica była jasna: ona była dorosłą kobietą, oni nadal niepełnoletnimi chłopcami.

Sytuacje te uświadamiały jej jednak pewną sprzeczność. Próbowała ubiorem powiedzieć światu, że dorosła, podczas gdy jej twarz i drobna sylwetka nadal mówiły wielu ludziom coś innego.

Marek oczywiście zauważył zmianę.

Nie próbował decydować, co powinna nosić. Czasami tylko patrzył na nią dłużej, kiedy pojawiała się ubrana odważniej niż dawniej.

Katarzyna znała to spojrzenie.

Podobało jej się.

Jeszcze bardziej podobało jej się jednak to, że Marek nigdy nie traktował jej stroju jak pozwolenia na cokolwiek. Mogła wyglądać odważnie i nadal sama decydowała o swojej bliskości.

Pewnego dnia Elżbieta obejrzała ją od góry do dołu.

— Co się z tobą stało?

— Nic.

— Rok temu nie wyszłabyś tak nawet wyrzucić śmieci.

Katarzyna spojrzała na siebie.

— Rok temu byłam inna.

— A teraz?

Zastanowiła się.

— Teraz chyba przestałam przepraszać za to, że chcę się sobie podobać.

Elżbieta uśmiechnęła się.

Z czasem obie pary zaczęły odwiedzać się coraz częściej.

Powstał rytuał: kolacja, herbata, rozmowy, żarty Marka i odpowiedzi Andrzeja. Ku zaskoczeniu Katarzyny obaj mężczyźni naprawdę się polubili.

Marek cenił Andrzeja za spokój i doświadczenie. Andrzej lubił jego humor i naturalność.

Dla Katarzyny właśnie to było najtrudniejsze.

Im lepiej układały się relacje całej czwórki, tym wyraźniej czuła obecność tajemnicy.

Elżbieta także ją czuła.

Któregoś dnia przyszła do Katarzyny sama.

— Myślisz czasem o tym, żeby mu powiedzieć?

Katarzyna od razu wiedziała, kogo ma na myśli.

— Nie.

— Nigdy?

— Nie wiem.

Elżbieta usiadła naprzeciwko.

— Marek zaczyna traktować Andrzeja jak przyjaciela.

— Wiem.

— I nie czujesz się z tym źle?

— Czuję.

— Więc może powinien wiedzieć.

Katarzyna odwróciła wzrok.

— A potem co? Rozbijemy wszystko, co udało nam się zbudować?

— Nie wiem.

— Właśnie.

Elżbieta przez chwilę milczała.

— Boję się tylko, że im dłużej będziesz czekała, tym bardziej ta prawda będzie dotyczyła nie przeszłości, tylko teraźniejszości.

Katarzyna poczuła złość, choć wiedziała, że przyjaciółka nie mówi tego przeciwko niej.

— To moja sprawa.

— Była tylko twoją sprawą, kiedy Andrzej był kimś spoza naszego życia. Teraz mieszkam z nim. Marek przychodzi do nas. Andrzej przychodzi do was. Ja wiem. Andrzej wie. Tylko Marek nie wie.

— I tak zostanie.

Elżbieta spojrzała na nią uważnie.

— Jesteś pewna?

Katarzyna nie odpowiedziała.

Wieczorem długo o tym myślała.

Wiedziała, czego Elżbieta od niej oczekiwała.

Prawdy.

Tylko że prawda nie była już dla Katarzyny prostym przeciwieństwem kłamstwa.

Minęło zbyt wiele czasu.

Marek kochał ją. Ona kochała Marka. Nauczyli się ze sobą rozmawiać, planowali przyszłość, a ich bliskość stała się wreszcie czymś, czego nie musiała porównywać z żadnym innym mężczyzną.

Andrzej należał do życia Elżbiety: do jej mieszkania, poranków i planów.

Przeszłość ułożyła się w dziwny sposób.

Katarzyna długo zadawała sobie pytanie, czy ma prawo pozwolić jej pozostać przeszłością.

W końcu podjęła decyzję.

Marek nigdy się nie dowie.

Nie powiedziała tego Elżbiecie.

Nie powiedziała Andrzejowi.

Powiedziała to tylko sobie.

Od tej chwili przestała każdego dnia na nowo podejmować tę samą decyzję.

Życie ruszyło dalej.

Któregoś wieczoru kolacja odbywała się u Elżbiety i Andrzeja.

Marek przyniósł oranżadę i wręczył ją gospodarzowi z miną człowieka przekazującego niezwykle kosztowny prezent.

— Liczyłem na samochód — powiedział Andrzej.

— Przy następnej wizycie.

— Jaki?

— Zabawka. Nie ustaliliśmy skali.

Elżbieta przewróciła oczami.

Wieczór był udany.

Rozmawiali o pracy, mieszkaniach i pieniądzach. W pewnej chwili temat zszedł na przyszłość.

Elżbieta i Andrzej wspomnieli o większym mieszkaniu.

Marek spojrzał na Katarzynę.

— Ja też bym chciał kiedyś mieszkać razem.

— Ja też.

— Ale najpierw muszę zostać milionerem.

— To może nie czekajmy — odpowiedziała Katarzyna. — Chciałabym dożyć.

Śmiali się wszyscy.

Później zaczęli mówić o rodzinie i dzieciach.

Andrzej, jako najstarszy, był najbliżej tego etapu. Miał dwadzieścia sześć lat i bardziej uporządkowane życie.

Marek miał dziewiętnaście.

Katarzyna widziała, że kiedy rozmowa schodziła na utrzymanie rodziny, stawał się cichszy.

W drodze do domu powiedział:

— Chciałbym kiedyś mieć z tobą rodzinę.

Katarzyna zatrzymała się.

— Kiedyś?

— Tak. Ale nie chcę ci obiecywać, że za rok będę gotowy. Nie będę.

Wzięła go za rękę.

— Ja też nie.

— Czyli mamy plan?

— Jaki?

— Najpierw dorosnąć.

Katarzyna uśmiechnęła się.

— Myślałam, że już jesteśmy dorośli.

— To najwyraźniej ktoś źle nas poinformował.

Z czasem oba związki zaczęły przypominać dwa domy znajdujące się blisko siebie.

Elżbieta i Andrzej mieli wspólne mieszkanie. Katarzyna i Marek nadal mieszkali osobno, lecz pojawiło się między całą czwórką coś rodzinnego.

Odwiedzali się bez okazji.

Pożyczali sobie rzeczy.

Pomagali w zakupach.

Bywało, że Katarzyna patrzyła na nich wszystkich i niemal wierzyła, że właśnie tak będzie wyglądała przyszłość.

Ona z Markiem.

Elżbieta z Andrzejem.

Wspólne niedziele.

Święta.

Może kiedyś dzieci.

Był tylko jeden problem.

Fundament tej przyszłości zawierał pęknięcie, którego Marek nie widział.

Pewnego popołudnia Katarzyna została sama z matką w kuchni.

Mama obierała jabłka. Katarzyna wycierała umyte naczynia i odkładała je do szafki.

Była to jedna z tych zwyczajnych chwil, w których ważne pytania pojawiają się bez ostrzeżenia.

— Katarzyno?

— Tak?

— Pamiętasz tamtą noc?

Ręka Katarzyny zatrzymała się nad szufladą.

Nie musiała pytać którą.

— Pamiętam.

Mama odłożyła nóż.

— Dowiem się kiedyś, gdzie wtedy byłaś?

Katarzyna patrzyła przez chwilę na trzymaną w dłoni ściereczkę.

Mogła powiedzieć.

Mogła opowiedzieć o Andrzeju, nocnych wyjściach, Marku i dwóch życiach, które przez pewien czas próbowała prowadzić jednocześnie.

Nie chciała.

Nie dlatego, że nadal była tamtą dziewczyną.

Właśnie dlatego, że już nią nie była.

Odłożyła talerz.

— Chciałam jeden raz się zepsuć.

Mama spojrzała na nią uważnie.

— Zepsuć?

— Tak wtedy o tym myślałam.

— I udało ci się?

Katarzyna zastanowiła się.

— Nie wiem.

Podeszła do okna.

Osiedle Kazimierzowskie wyglądało znajomo. Te same bloki, chodniki, ludzie wracający z zakupami.

Tutaj dorastała.

Tutaj przez lata próbowała zrozumieć, kiedy dziewczyna staje się kobietą.

Kiedyś wydawało jej się, że istnieje jakaś granica, którą wystarczy przekroczyć.

Teraz wiedziała, że nie.

— Chyba odkryłam tylko, że człowiek nie psuje się od jednego dnia — powiedziała.

Mama podeszła bliżej.

— Stało ci się wtedy coś złego?

Katarzyna odwróciła się.

— Nie.

— Ktoś cię skrzywdził?

— Nie.

Mama patrzyła na nią jeszcze przez chwilę.

— To najważniejsze.

Katarzyna poczuła ulgę.

— Nie będziesz więcej pytać?

— Pewnie będę chciała.

— Mamo…

— Chcieć zapytać i zapytać to dwie różne rzeczy.

Katarzyna roześmiała się cicho.

Mama wróciła do jabłek.

— Jesteś dorosła. Nie muszę wiedzieć wszystkiego.

— Naprawdę tak myślisz?

— Nie. Jestem twoją matką. Chciałabym wiedzieć wszystko.

Obie się roześmiały.

Po chwili mama dodała:

— Ale nauczyłam się, że nie wszystko mi się należy.

Katarzyna podeszła i objęła ją.

Mama przez moment była zaskoczona, potem przytuliła córkę.

Nie pytała więcej.

Wieczorem Katarzyna spotkała się z Markiem.

Spacerowali po osiedlu. Marek opowiadał o czymś, co wydarzyło się tego dnia. Katarzyna słuchała jego głosu i patrzyła na znajomy profil.

Miała dziewiętnaście lat.

Całe życie wydawało jej się jeszcze przed nią.

Nie mogła wiedzieć, ile planów spełnią. Czy naprawdę kiedyś zamieszkają razem. Czy założą rodzinę. Czy Elżbieta zostanie z Andrzejem. Czy za dwadzieścia lat nadal cała czwórka będzie siadała przy jednym stole.

Jednego była pewna.

Nie powie Markowi.

Nie jutro.

Nie za rok.

Nigdy.

Nie uważała tego za zwycięstwo.

Nie czuła również dumy.

Była to cena decyzji, którą podjęła.

Marek zatrzymał się.

— Co tak na mnie patrzysz?

— Nic.

— Znowu „nic”.

Katarzyna uśmiechnęła się.

— Lubię na ciebie patrzeć.

— To patrz. Bezpłatnie.

Roześmiała się.

Marek objął ją ramieniem i ruszyli dalej.

Katarzyna przysunęła się do niego.

Sekret poszedł razem z nimi.

Z czasem miał stawać się coraz starszy.

Mieli zmieniać mieszkania, obchodzić kolejne urodziny, podejmować dorosłe decyzje. Elżbieta miała budować życie z Andrzejem. Katarzyna z Markiem.

Przy wspólnych stołach miały pojawiać się nowe talerze, nowe twarze, być może kiedyś dzieci.

A pomiędzy nimi miała istnieć historia, której nigdy nie opowiedzą do końca.

Nie każda tajemnica znika dlatego, że została wyznana.

Niektóre pozostają z człowiekiem na całe życie.

Katarzyna wybrała właśnie taką.

ROZDZIAŁ 9 — Cena milczenia

Koniec szkoły przyszedł szybciej, niż Katarzyna się spodziewała.

Jeszcze niedawno razem z Elżbietą siedziały w ławce i zastanawiały się, jak będzie wyglądało dorosłe życie. Teraz odbierały ostatnie świadectwa, żegnały nauczycieli i ludzi, z którymi spędziły kilka ważnych lat.

Elżbieta miała już Andrzeja i mieszkanie, które coraz bardziej uważała za własny dom.

Katarzyna miała Marka.

Ale chciała mieć również coś swojego.

Pracę.

Własne pieniądze.

Poczucie, że potrafi utrzymać się bez proszenia kogokolwiek o pomoc.

Nie czekała długo. Niedługo po ukończeniu szkoły znalazła zatrudnienie w firmie ubezpieczeniowej.

Pierwszego dnia przyszła znacznie wcześniej.

Biuro zrobiło na niej ogromne wrażenie. Telefony, segregatory, biurka ustawione w równych rzędach, elegancko ubrani ludzie, rozmowy prowadzone zawodowym tonem.

Katarzyna dostała własne miejsce.

Usiadła przy biurku i przez chwilę patrzyła na swoje nazwisko.

Była dumna.

Pensja była bardzo dobra jak na jej wiek i niewielkie doświadczenie. Szybko okazało się również, że dobrze radzi sobie z klientami. Potrafiła słuchać, spokojnie wyjaśniała warunki umów i nie traciła cierpliwości, gdy ktoś po raz trzeci zadawał to samo pytanie.

Po kilku tygodniach zaczęła wierzyć, że naprawdę znalazła swoje miejsce.

Był tylko jeden problem.

Szef.

Na początku jego zainteresowanie można było pomylić z życzliwością.

Częściej niż innych pytał Katarzynę, jak sobie radzi. Chwalił jej wygląd, zatrzymywał się przy jej biurku, proponował dodatkowe rozmowy po godzinach.

Katarzyna początkowo nie przywiązywała do tego większej wagi.

Potem komplementy stały się zbyt osobiste.

Rozmowy coraz mniej dotyczyły pracy.

Szef zaczął szukać okazji, żeby zostać z nią sam na sam.

Katarzyna reagowała chłodno.

Nie pomagało.

Któregoś dnia poprosił ją do gabinetu.

Rozmowa zaczęła się od wyników.

Pochwalił ją.

Potem zmienił temat.

Zasugerował, że w firmie nie wszyscy rozwijają się równie szybko, a on ma duży wpływ na premie, stanowiska i przyszłość pracowników.

Katarzyna słuchała coraz bardziej spięta.

Nie powiedział wprost, czego oczekuje.

Nie musiał.

Kiedy wyszła z gabinetu, wiedziała już, że nie chodziło o jej wyniki.

Najgorsze przyszło później.

Zaczęła zauważać zachowanie innych kobiet.

Jedna milkła, kiedy szef wchodził do pokoju.

Druga nigdy nie zostawała z nim sama.

Jeszcze inna pewnego dnia powiedziała Katarzynie:

— Nie walcz z nim.

Katarzyna spojrzała na nią zdumiona.

— Dlaczego?

Kobieta sprawdziła, czy nikt ich nie słyszy.

— Bo niczego nie wygrasz, a pracę stracisz.

Wtedy Katarzyna zrozumiała.

Nie była pierwsza.

Zaczęła pytać ostrożniej.

Odpowiedzi przychodziły niechętnie.

Jedna z kobiet przyznała, że szef od dawna przekracza granice.

Inna powiedziała tylko:

— Mam kredyt. Nie mogę sobie pozwolić na bohaterstwo.

Jeszcze inna miała dzieci.

Pensje w firmie były bardzo dobre.

Szef doskonale o tym wiedział.

Właśnie dlatego wiele kobiet milczało.

Katarzyna wróciła tego dnia do domu wściekła.

Nie tylko na niego.

Na cały mechanizm, który pozwalał mu czuć się bezkarnie.

Przez kilka dni zastanawiała się, co zrobić.

Bała się.

To była jej pierwsza poważna praca. Dobrze zarabiała. Lubiła swoje obowiązki. Nie chciała zaczynać wszystkiego od początku.

Marek zauważył, że coś się dzieje.

Katarzyna tym razem nie popełniła dawnego błędu.

Powiedziała mu.

Nie wszystko jednego wieczoru. Najpierw opowiedziała o komentarzach. Potem o rozmowie w gabinecie. Wreszcie o innych kobietach.

Marek chciał natychmiast działać.

Katarzyna go zatrzymała.

— To moja sprawa.

Nie oznaczało to, że chciała zostać sama.

Oznaczało, że sama chciała zdecydować, co zrobi dalej.

Zaczęła zapisywać daty, sytuacje i słowa, które padały. Zachowywała dokumenty i wszystko, co mogło mieć znaczenie. Nie chciała opierać się wyłącznie na pamięci.

Następnie znalazła adwokata.

Na pierwsze spotkanie przyszła zdenerwowana.

Spodziewała się pytań o to, dlaczego wcześniej nie zareagowała mocniej.

Usłyszała inne.

Co dokładnie się wydarzyło?

Kiedy?

Kto mógł to widzieć?

Czy inne pracownice miały podobne doświadczenia?

Po raz pierwszy Katarzyna zobaczyła swoją sytuację nie jako coś wstydliwego, lecz jako sprawę, którą można uporządkować.

To zmieniło bardzo wiele.

Adwokat nie obiecywał łatwego zwycięstwa.

Katarzyna również go nie oczekiwała.

Postanowiła jednak nie ustępować.

Kiedy szef ponownie próbował wykorzystać swoją pozycję, spotkał już inną Katarzynę.

Nie przestraszoną dziewczynę zastanawiającą się, czy przesadza.

Kobietę, która wiedziała, gdzie przebiega jej granica.

Sprawa nabrała formalnego charakteru.

W firmie wybuchło zamieszanie.

Niektórzy zaczęli omijać Katarzynę.

Inni patrzyli na nią z podziwem.

Byli też tacy, którzy szeptali, że sama sprowadziła na siebie problemy.

Najtrudniejsze było zachowanie kobiet, które wcześniej opowiedziały jej o własnych doświadczeniach.

Kiedy pojawiła się możliwość oficjalnego zeznawania, część z nich się wycofała.

Katarzyna początkowo nie potrafiła tego zrozumieć.

Potem zobaczyła strach.

Jedna utrzymywała rodzinę.

Druga spłacała mieszkanie.

Trzecia pracowała w firmie od wielu lat i nie wierzyła, że w innym miejscu dostanie podobną pensję.

Nie były słabe.

Miały po prostu bardzo wiele do stracenia.

Katarzyna przestała je osądzać.

Sama również miała wiele do stracenia.

Różnica polegała na tym, że zdecydowała się zaryzykować.

Sprawa trafiła do sądu.

Nie wyglądało to tak, jak Katarzyna wyobrażała sobie wcześniej sądowe zwycięstwa.

Nie było jednego dramatycznego momentu.

Były dokumenty.

Pytania.

Odpowiedzi.

Kolejne terminy.

Nerwowe oczekiwanie.

Próby podważania jej wiarygodności.

Katarzyna czasami wracała do domu całkowicie wyczerpana.

Marek był przy niej.

Elżbieta również.

Andrzej, ku jej zaskoczeniu, nigdy nie próbował udzielać jej wielkich rad. Pewnego dnia powiedział tylko:

— Dobrze, że się nie dałaś zastraszyć.

Katarzyna zapamiętała te słowa.

W końcu zapadło rozstrzygnięcie korzystne dla Katarzyny.

Nie czuła triumfu od razu.

Najpierw przyszła ulga.

Dopiero później zrozumiała, co właściwie zrobiła.

Szef stracił stanowisko.

Człowiek, którego przez lata chroniła pozycja, pieniądze i strach pracownic, przestał mieć nad nimi władzę.

W firmie atmosfera zmieniła się niemal natychmiast.

Najbardziej zaskoczyły Katarzynę kobiety.

Jedna po drugiej zaczęły do niej podchodzić.

Niektóre dziękowały.

Inne przepraszały, że nie miały odwagi jej poprzeć.

Jedna z najstarszych pracownic powiedziała:

— Powinnam była zrobić to kilka lat temu.

Katarzyna pokręciła głową.

— Nie musisz mnie przepraszać.

— Bałam się o pracę.

— Wiem.

Kobieta miała łzy w oczach.

— Ty też się bałaś.

Katarzyna nie zaprzeczyła.

Właśnie to było najważniejsze.

Nie wygrała dlatego, że się nie bała.

Wygrała mimo strachu.

Z czasem w firmie zaczęto mówić o niej jak o bohaterce.

Katarzyna nie lubiła tego określenia.

Nie czuła się bohaterką.

Była młodą kobietą, która chciała wykonywać swoją pracę bez płacenia za nią ceny, której nikt nie miał prawa od niej żądać.

Ale dla części koleżanek stała się kimś więcej.

Dowodem, że można powiedzieć „nie”.

Że dobrze płatna praca nie daje przełożonemu prawa do przekraczania granic.

Że strach może uciszyć człowieka na długo, lecz nie musi uciszać go na zawsze.

Pewnego dnia po pracy Katarzyna spotkała się z Elżbietą.

Usiadły w kawiarni.

Elżbieta długo jej się przyglądała.

— Co?

— Nic.

— Ela.

— Pamiętam cię z gimnazjum.

Katarzyna się uśmiechnęła.

— Ja ciebie też.

— Wtedy zastanawiałaś się nad wszystkim po sto razy.

— Nadal się zastanawiam.

— Ale teraz robisz rzeczy, których wtedy byś się bała.

Katarzyna spojrzała przez okno.

— Teraz też się bałam.

— I zrobiłaś.

To zdanie zostało z nią.

Wieczorem wracała przez osiedle Kazimierzowskie.

To samo osiedle.

Te same bloki.

A jednak Katarzyna nie była już tą samą osobą.

Przez lata wydawało jej się, że dorosłość poznaje się po wyglądzie, miłości, bliskości z mężczyzną albo odwadze przekraczania kolejnych granic.

Teraz rozumiała ją inaczej.

Dorosłość czasami polegała właśnie na postawieniu granicy.

I pozostaniu przy niej, kiedy ktoś silniejszy próbował ją przesunąć.

ROZDZIAŁ 10 - Propozycja

Katarzyna sądziła, że wraz z zakończeniem sprawy przeciwko przełożonemu najtrudniejszy okres jej zawodowego życia dobiegł końca.

Miała dwadzieścia jeden lat i po raz pierwszy od wielu miesięcy chciała po prostu wrócić do zwyczajności. Przychodzić rano do biura, zajmować się klientami, wracać do domu i nie zastanawiać się, czy następny dzień przyniesie kolejną rozmowę z adwokatem, następne pytania albo następny szept za plecami.

Nie wiedziała jeszcze, że sprawa, którą uważała za zakończoną, właśnie zaczynała żyć własnym życiem.

Kilka dni po odsunięciu dotychczasowego szefa zebrała się rada nadzorcza firmy. Katarzyny tam nie było. O samym posiedzeniu dowiedziała się później.

Rozmowa nie dotyczyła już tylko człowieka, który stracił stanowisko. Pojawiły się pytania znacznie bardziej niewygodne.

Jak długo trwały niewłaściwe zachowania? Dlaczego nikt wcześniej ich nie zatrzymał? Dlaczego pracownice bały się mówić? Jak mogło dojść do sytuacji, w której bardzo dobrze płatne stanowiska stały się narzędziem nacisku? I dlaczego dopiero młoda pracownica, zatrudniona od stosunkowo niedawna, zmusiła firmę do zmierzenia się z problemem, o którym część ludzi wiedziała od lat?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 66.89