E-book
27.3
drukowana A5
44.55
Dwa światy

Bezpłatny fragment - Dwa światy

kłamstwo i prawda


Objętość:
92 str.
ISBN:
978-83-8189-872-0
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 44.55

ROZDZIAŁ I

Dzieciństwo

Tak jak rybie brakuje powietrza, tak mi brakowało normalności.

Wszyscy naokoło wydawali się jacyś inni. Niby tacy sami, a zionęło

od nich obcym bytem. Wtedy jeszcze nie rozumiałem tego. Ale to miało

się zmienić.

Urodziłem się w Polsce w wielodzietnej rodzinie jako piąte z kolei

dziecko. Był to czas głębokiej komuny pięcioro czy więcej dzieci to była norma. Rodzice nadali mi imię Marian, chociaż miałem być Krzysztofem ale chrzestny Jędrzejczak pomylił się gdy podawał moje imię, był wtedy pijany. Rodzice nie byli zbytnio rozgarnięci. Ojciec Tadeusz nadużywał alkoholu, co w końcu doprowadziło go do alkoholizmu. Matka rodziła dzieci tak jak królik, mówiła że nawet nie zauważała kiedy dziecko się rodziło. A poza tym nie dbała zbytnio o porządek. Jedyną rzeczą

o którą dbała był jej żołądek. Oprócz mnie w rodzinie były: siostry

Helena, Czesława i Barbara. Miałem też braci: Henryka, Andrzeja i Stefana. Do trzeciego roku mojego życia nic szczególnego się nie wydarzyło. Zmieniło się to pewnego dnia, wtedy gdy najstarsza siostra Helena wzięła za ręce Czesławę, Barbarę, Henryka i mnie. Postanowiła

iść z nami ze Spalonego- gdzie mieszkaliśmy do Wiejkowa, był to

odcinek około 3 kilometrów.


Gdy wszyscy szliśmy weseli i zadowoleni, gdy tu nagle na drodze naprzeciwko nas pojawiło się trzech facetów w czerni. Zagadnęli do

nas, poczęstowali cukierkami i niepostrzeżenie przytknęli każdemu

z nas rękę z tyłu szyi. W tej samej chwili wraz z rodzeństwem znalazłem

się w ogromnej białej sali. Wszystkich nas położono na łóżkach lekarskich, przypięto pasami i unieruchomiono. Poczułem ukłucie

igły w okolicy lewego barku. Nikogo wtedy nie widziałem, czułem

jak słabnę. Nie wiedziałem też jak długo byłem nieprzytomny.

W tym czasie wprowadzono mi wirusa w DNA. Wymieniono krew, która była uprzednio spreparowana. Miałem wtedy tylko 3 lata, sądziłem że to wszystko to tylko sen. Gdy trochę oprzytomniałem ujrzałem przed sobą człowieka.

Zauważyłem że był bardzo chudy, miał bardzo dużą głowę, ogromne czarne oczy, w których mógłbym się przeglądać.

Człowiek ten spytał mnie.

— Jak się czujesz?

— Dobrze ale jak pan mówi skoro nie porusza ustami?

Prawdę mówiąc człowiek ten nie miał ust. W tym miejscu miał jedynie mały otwór.

— Po co mi pan to wszystko robi?

Zapytałem zaniepokojony.

— Wszystko co tobie i innym robimy jest po to, abyście wy ludzie stali się ponownie małpami. Tymi którymi od początku byliście. Mówię to wszystko, zdradzając tajemnice. Ale i tak o wszystkim co się tu dzieje zapomnisz.

— Proszę pana czy ja umieram?

— Przecież rozmawiam z panem, to chyba nie jestem zwierzęciem?

— To właśnie jest problem dla nas. Musimy go rozwiązać. Słuchaj dziecko za dużo chcesz wiedzieć.

W tej samej chwili położył rękę na mojej głowie, a ja ocknąłem się na drodze do Wiejkowa.

Maszerowaliśmy wszyscy dalej, z tym że Cześka zaczęła drapać się po szyi, twierdząc że ją mocno swędzi. Lecz nikt z nas nie zwracał na ten fakt zbytniej uwagi.

Był to rok 1961.A w 1962 roku moja rodzina przeprowadziła się do Recławia, to miejscowość oddalona około 5 km od Spalonego, a kilometr od Wolina, tam dopiero ja i inne dzieci zaczęliśmy doświadczać dziwnych, niezrozumiałych sytuacji.

Na ten przykład do Heńka co noc przychodziła zmora, gdy powiedział o tym matce, stwierdziła że tak się dzieje jak człowiek dojrzewa. Nie poprawiło to jego sytuacji, męczył się tak co noc. Ja miałem jeszcze gorzej, w nocy miałem straszne sny, śniły mi się diabły i duchy.

W dzień moją zabawą było rozmyślanie o latających talerzach i kosmitach. Na dodatek matka moja Genowefa upatrzyła sobie mnie i zmuszała do odmawiania co wieczór pacierza. Zauważyłem że czym gorliwiej się modliłem tym gorzej działo się w domu, to bardzo mnie frustrowało, nie mogłem zrozumieć tego że kochający bóg do którego tak gorliwie się modliłem nie pomaga mi w żaden sposób. Mówiłem do boga:

— Boże dlaczego tata pije i robi awantury? Dlaczego nie może być spokojnie?

Oczywiście bóg mi nie odpowiedział, postanowiłem jeszcze gorliwiej modlić się licząc na to że, w końcu bóg mnie wysłucha. Nie dość że bóg mnie nie wysłuchał, to jeszcze matka wymyśliła sobie że, jako przedstawiciel rodziny będę chodził co niedzielę na mszę do kościoła. Kościół znajdował się w Wolinie na wyspie Wolin. Gdy nadeszła niedziela posłuszny woli swojej matki wybrałem się w drogę do kościoła. Obawiałem się tego, ponieważ nie bardzo lubiłem boga, bóg mnie zawiódł i nie wiedziałem jak się zachować. Gdy już dotarłem ludzie stali nawet na zewnątrz. Przeciskałem się przez tłum chcąc dostać się do pojemnika z wodą święconą, gdy już byłem przy pojemniku wyciągnąłem rękę aby ją zanurzyć. Włożyłem ją i bardzo szybko wyciągnąłem z powrotem, ponieważ poparzyłem się i bardzo mnie bolało. Uciekłem z tego miejsca i z kościoła. Wracałem do domu zastanawiając się czy powiedzieć o tym fakcie rodzicom, jednak doszedłem do wniosku że jednak nic im nie powiem, wiedziałem że jestem inny, a gdy powiem prawdę nie będę tylko inny, lecz stanę się dziwolągiem i dziwadłem a przecież tego nie chciałem. Matka nadal wysyłała mnie co niedziele do kościoła, lecz nie wchodziłem tam, szedłem nad rzekę Dziwnę i tam rozmyślałem nad sensem życia, ogólnie nad wszystkim.

W mojej rodzinie nie było zbyt dużo miejsca do spania, spałem więc w łóżku z Andrzejem który był o rok ode mnie młodszy, którejś nocy gdy Andrzej chrapał i zgrzytał zębami ja nie mogłem zasnąć, czułem na sobie bardzo zimny powiew powietrza. Pochodził on zza mojej głowy, nakryłem się pierzyną lecz powiew zimna nie ustawał. Próbowałem wołać… MAMO…, ale nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Byłem też sparaliżowany, podczas gdy brat Andrzej smacznie sobie spał.

Jednak w jakiś sposób udało mi się wydobyć z siebie głos krzycząc: MAMO...Gdy matka przyszła powiedziałem że tu ktoś jest.

Matka przeszukała cały pokój i nic nie znalazła. Stwierdziła że, był to tyko zły sen. W tym czasie, jak to dzieci bardzo dużo czasu spędzaliśmy na zabawie. Ja sam bawiłem się w swoisty sposób. Nakładałem na siebie prześcieradło, stawałem na stołku i rozkładając ręce śpiewałem: PAN Z WAMI … udawałem księdza przed ołtarzem w kościele. Którejś z kolei nocy moja matka narobiła krzyku budząc wszystkich domowników. Mówiła że gdy szła w nocy przez pokój do ubikacji, mijając piec kaflowy, wtedy ktoś w zupełnej ciemności, ćwiknął ją rózgą po plecach. Ojciec Tadeusz przeszukał miejsce za piecem, było tam tyko drewno które się suszyło. Matka była strasznie wystraszona. Wysnuła taką teorię że może to być zmora, która wychodzi z suchego Wieczorka. Wieczorek był sąsiadem zza ściany.

Ja osobiście jako paroletnie dziecko mocno wierzyłem w to co mówiła matka. Ni miałem jeszcze innych wzorców do naśladowania. Byłem pod jej dominującym wpływem. Któregoś popołudnia ganiając się po podwórku z innymi dziećmi, usłyszałem jak moja starsza siostra Helena krzyczy:

— Wszelki duch pana boga chwali.

Pobiegłem za nią do domu i gdy stanąłem obok niej zapytałem. — Dlaczego krzyczysz do jakiegoś ducha?

— Bo widziałam na polu za rozdzielnią prądu ducha, pobiegłam do domu i powiedziałam o tym matce. A ona kazała mi tak powiedzieć. I powiedziała jeszcze że gdy duch odpowie chwal go sobie sam, będzie to zły duch. Pobiegłem w tamte miejsce gdzie powinien znajdować się duch. Zobaczyłem jak jakiś mężczyzna w białej koszuli po prostu załatwiał się na pustym polu.

Nie bardzo wiedziałem co myśleć o tym wydarzeniu. Bałem się duchów i ciemności a jednocześnie ciekawiło mnie to. Kiedy skończyłem siódmy rok życia nadszedł czas abym rozpoczął naukę w szkole podstawowej. W samej szkole czułem dosyć dobrze. Miałem kolegów i nauka szła mi w miarę dobrze. Było by tak prawdopodobnie do końca podstawówki, ale rodzice postanowili zapisać mnie na lekcję religii. I właściwie od tej pory zaczęły się moje kłopoty.

Chociaż jeszcze wtedy nie mogłem przypuszczać, jaki wpływ będą one miały na moje życie. Lekcje religii odbywały się poza szkołą, w salce przy kościele w Wolinie. Gdy po raz pierwszy siedziałem w ławce na lekcji religii, ksiądz zadał pytanie skierowane do wszystkich dzieci :

— Bóg wysłucha twojej modlitwy, a zły tata dostanie karę po śmierci.

— Ale ja chcę żeby bóg teraz ukarał tatę, bo ja teraz się boję i nie mogę spać w nocy.

— To jest sprawa boża kiedy i jak bóg wysłuchuje modlitw.

Odpowiedział mi ksiądz i mruknął pod nosem, coś w rodzaju co za wścibski bachor i wyszedł z salki. Nie byłem zadowolony z takiej odpowiedzi. Stwierdziłem jednocześnie że nie lubię księdza. Dalej chodziłem na lekcje religii, ale nie zabierałem głosu. Gdy kończył się rok szkolny miałem przystąpić do egzaminu ze znajomości katechizmu. Ponieważ nie przykładałem się do nauki religii, przegapiłem termin egzaminu. A miał się on odbyć w sobotę. Przyszedłem więc w niedzielę żeby mnie ksiądz przeegzaminował i wystawił świadectwo.

— Dlaczego nie przyszedłeś w sobotę?

— Bo myślałem… w tym momencie ksiądz mi przerwał

— Kogut myślał o niedzieli a w sobotę łeb ucięli.

Byłem zszokowany i zły, ale w końcu ksiądz przepytał mnie i wystawił świadectwo. Jakieś dwa tygodnie później, dowiedziałem się o tym że ksiądz który mnie egzaminował nie żyje. Ponoć umarł na zawał serca kąpiąc się w wannie. Ja nawet ucieszyłem się z tego powodu. Nie wiedziałem dlaczego mnie to cieszy, sądziłem że wszystkie dzieci tak samo odczuwają. Spytałem się nawet Krzyśka- kolegi z klasy, co myśli na ten temat. Miał odmienne zdanie, a ja po tym co mi powiedział stwierdziłem że jestem inny. W tym samym roku w czerwcu miała odbyć się komunia. Obawiałem się tego, ponieważ mogło mi to zaszkodzić. Z opłatkiem to jakoś bym sobie poradził, najbardziej jednak obawiałem się pokropienia wodą święconą. Gdy już nadszedł dzień komunii, znaleźliśmy się wszyscy w kościele.

Tam postarałem się abym stał w jak najdalszym rzędzie. W ten sposób uniknąłem pokropienia wodą święconą, sprytnie chowając się za kolegami. Gdy częstowali okrągłym wafelkiem, szybko wyjąłem go z ust unikając poparzenia. Myślałem że wszystko poszło dobrze, ale myliłem się. Gdy wyjmowałem wafelka z ust zobaczyła to koleżanka z klasy Boguśka Cycolewicz. Gdy cała ceremonia zakończyła się podeszła do mnie i powiedziała:

— Ja wszystko widziałam i powiem to księdzu.

— Co za to chcesz?

— Nic nie chcę

— Może Loda?

— Nie.

— A może chcesz się całować?

— To jest obrzydliwe, powiem wszystko księdzu i naszej pani.

Nie wiedziałem co mam jej jeszcze zaproponować. Bardzo się wkurzyłem i podnosząc głos powiedziałem:

Wymknąłem się z domu i poszedłem na film, był to mój pierwszy film w życiu. Gdy wróciłem do domu była już wielka afera. Matka wypytywała całe moje rodzeństwo o 5 zł., zapytała i mnie. Oczywiście że nie przyznałem się, obawiając się lania. Wtedy powiedziała:

— Skoro nikt z was nie wziął to stańcie tu w szeregu.

Zapytałem po co?

— Skoro wszyscy pocałowali a 5 zł. ktoś z was wziął to, te z was które fałszywie pocałowało ma śmiertelny grzech. I będzie się smażyło w piekle.

Przejąłem się tym bardzo mocno. Tak mocno że, gdy poszedłem spać miałem straszny sen. Śniło mi się że, leżałem na łóżku w swoim pokoju. Widziałem jak na tapczanie, gdzie spała moja matka stoi diabeł. Wyglądał tak jak opisywali go ludzie w swoich opowieściach. Miał rogi kozła, kopyta, czerwone oczy, długi ogon i cały porośnięty był sierścią. Trzymając w dłoniach ogniste widły dźgał nimi matkę. Była zwinięta w kłębek i z takiej pozycji prosiła go:

— Szatanie diable proszę nie zabijaj mnie ja mam dzieci.

— I co z tego ja też je mam. Jak śmiesz odzywać się do mnie, ty gruba suko. Myślałaś że, tym małym Jezuskiem z ołowiu możesz zrobić mi jakąkolwiek krzywdę?

W tym momencie odwrócił się w moją stronę i natychmiast znalazł się przy mnie.

— A ty co wstrętny robaku, widzicie go znalazł się świętoszek będzie tu figurki ołowiane całował.

W tym momencie podniósł ogniste widły i wbił je we mnie. Przeszedł przeze mnie prąd i natychmiast obudziłem się. Byłem cały spocony i roztrzęsiony, zastanawiałem się nad słowami diabła które wypowiedział do matki. Wtedy sądziłem że suka to samica psa, nie rozumiałem tego. Czyżby mój ojciec był psem? Postanowiłem opowiedzieć matce sen i przyznać się do kradzieży. Tak też zrobiłem. Powiedziała że nie dostanę lania ale grzech śmiertelny pozostanie. To stwierdzenie matki w niczym mi nie pomogło, poczułem się jeszcze gorzej.

W tym okresie obawiałem się jeszcze kary bożej. No i ten diabeł który straszył mnie we śnie. W tej kwestii nie miałem wsparcia ze strony rodziców. Musiałem sam rozwiązać ten problem. Podobne sny nawiedzały mnie dosyć często. Ale którejś nocy miałem całkowicie odmienny sen. Śniło mi się że na ławce w kuchni na której zazwyczaj stała woda w wiadrach, leżało w beciku dzieciątko Jezus. Becik razem z dzieciątkiem uniósł się na wysokość mojej głowy i wypłynął na zewnątrz domu. Był jasny, słoneczny, letni dzień. Szedłem za unoszącym się w powietrzu dzieciątkiem Jezus, aż znalazłem się na polanie w parku Bartnickich. Na tej polanie dzieciątko Jezus zmieniło się w białą jasno świecącą kulę. Z tej kuli usłyszałem w myślach jak do mnie mówi:

— Oto daję ci tego konia.

Ujrzałem natychmiast przed sobą pięknego białego konia. Głos z kuli zwrócił się do mnie tymi słowami:

— Wsiądź na niego.

Gdy już wsiadłem na tego konia. To z kuli wysunęła się długa biała ręka a głos powiedział:

— Daję ci tą białą kopię, jedź i walcz.

Ruszyłem więc naprzód i po kilku dziesięciu metrach napotkałem na swej drodze dwóch bijących się kolegów. Wjechałem pomiędzy nich rozdzielając ich kopią którą trzymałem w dłoniach. W tym momencie ponownie ukazała mi się biała jasno świecąca kula. Odebrałem z niej taki oto przekaz myśli:

— Słuchaj mnie uważnie ja opuszczam ciebie, dałeś mi to czego chciałem. Zrobiłeś to dla nas jak i również dla siebie. Teraz tego nie rozumiesz, lecz kiedyś w przyszłości będzie to dla ciebie zrozumiałe. Wyjawię tobie teraz całą prawdę, chociaż wiem że nic z tego nie zapamiętasz. Mam jednak taką nadzieję że, uda się tobie chociaż cokolwiek zapamiętać. Ty jesteś tym w którym pokładamy nadzieję od wieków. Jednak nie możemy oficjalnie tego tobie powiedzieć. A to dla tego ponieważ od razu byłbyś na celowniku.

Specjalnej grupy armii Stanów Zjednoczonych Ameryki, uzurpują sobie prawo do całego świata. Znają też przepowiednie dotyczącą ciebie która mówi że: Wybawiciel świata przyjdzie z północy, z Polski i będzie miał na imię Krzysztof. To po Polsku, a po Aramejsku Chrystus.

— Ale ja mam na imię Marian.

— Na razie tak, lecz później je zmienisz i zrobisz to samodzielnie. Znają oni również przypuszczalny czas narodzin oczekiwanego przez nas wybawiciela… czyli ciebie. Amerykanie dobrze wiedzą co z ciebie za ziółko. Wiedzą że jeśli ty będziesz żył, istnieje prawdopodobieństwo osiągnięcia celu przez ciebie. Nie mogą do tego dopuścić, będą podejmować próby eliminacji twojej osoby. Ja dzisiaj odchodzę zostawiam cię z niższą istotą która jest kobietą. Jest ona bardzo rozwiązła, myśli tylko o seksie. Według mnie nie będziesz miał zbytnich trudności, aby ją pokonać i wyrzucić z siebie. Będziesz jednak musiał odkryć w jaki sposób tego dokonać.

Biała kula znikła a sen w tym momencie się skończył. Kiedy się obudziłem zrozumiałem że nie był to zwyczajny sen. O czym miałem przekonać się już wkrótce. Od tej pory przestałem chodzić do kościoła. Zaprzestałem jednocześnie odmawiania codziennego pacierza. Zacząłem używać wulgarnych słów takich jak:

Dupa, cycki, jebać. W szkole zacząłem więcej wygłupiać się, przez co opuściłem się w nauce. Przechodziłem z klasy do klasy, lecz zbytnio nie przykładałem się do nauki. Nie można było o mnie powiedzieć że byłem złym uczniem. Po prostu byłem indywidualistą i chodziłem własnymi ścieżkami. Coraz mocniej odczuwałem że nie pasuje do tego świata. Zauważałem bezsens tego wszystkiego co wokół mnie się działo. Pewnie że rozmyślałem o sugestywnym śnie jaki miałem w wieku 9 lat. Bardzo mnie interesowało co oznaczał biały koń. Ważne też było dla mnie co oznaczała biała kopia, którą otrzymałem od dzieciątka Jezus. Wtedy nie byłem w stanie wyjaśnić sobie tego. Całymi dniami prowadziłem dialog z bogiem. Chciałem uzyskać od niego odpowiedź na moje pytania, ale odpowiedzi nie było. Bóg uporczywie uchylał się od odpowiedzi.

Sądziłem że to z mojej winy bóg milczy. Myślałem może to dla tego że jestem grzeszny a przez to niegodny odpowiedzi od niego. W końcu doszedłem do wniosku że prowadzę monolog. Czyli mówię sam do siebie. Denerwowało mnie to, przez co czułem się z lekka walnięty na umyśle. Musiałem bardzo uważać żeby nikt nie usłyszał jak mówię do siebie. Byłem w okresie dojrzewania i to, jak mnie inni widzą bardzo mocno mnie obchodziło. Tak dotrwałem do ostatnich wakacji w szkole podstawowej. Nie miałem zielonego pojęcia co dalej i co ze sobą zrobić? Jaką wybrać szkołę, no i wybrali mi ją rodzice. Matka powiedziała że pójdę do zawodówki do której chodził starszy brat Heniek. W ogóle nie interesowała mnie szkoła o tym kierunku. Dawali tam stypendium, które pokrywało opłatę za internat. Nie chciałem iść do tej szkoły. Przestałem więc o tym myśleć, postanowiłem wykorzystać ostatnie wakacje jak tyko będę mógł. Któregoś wieczoru matka przypomniała sobie że nie ma cukru w domu.

Wysłała więc mnie po dwa kilogramy do sklepu w Wolinie. Był wieczór na zewnątrz zaczęło się ściemniać. Gdy wyszedłem na drogę do Wolina i byłem w pobliżu małego — bo był jeszcze duży. Wtedy coś dziwnego się wydarzyło. Usłyszałem przeraźliwy szum i rozbłysk światła nad moją głową. Gdy podniosłem głowę do góry, ujrzałem ogromny dysk świecący jak słońce w biały dzień. Tak samo jak przed 12 laty znalazłem się na białej sali. Leżałem na łóżku i byłem skrępowany pasami, na rękach, nogach oraz biodrach. Po jakiejś chwili do łóżka podeszła wysoka i bardzo szczupła istota. Miała ona ogromne czarne oczy, którymi przeszywała mnie na wylot. Zapytała mnie.

— Jak się czuje nasz bohater?

— Źle.

Odpowiedziałem mocno poirytowany tą sytuacją.

— Przede wszystkim proszę mnie rozwiązać.

— Na razie jest to niemożliwe.

— Co zamierzacie ze mną zrobić?

— Musimy trochę zaingerować w twój mózg. Nie możemy spowodować twojej śmierci, wprowadzimy więc kilka blokad w synapsach twego mózgu.

— Nie rozumiem co to są synapsy i w ogóle po co to robicie?

— Czy mogę coś powiedzieć?

— Tak proszę.

— Pocałujcie mnie w sam środek dupy.

Drzwi do komory zasunęły się i w tej samej chwili znalazłem się w Szczecinie. Stałem przy drodze wylotowej z miasta. Byłem bardzo zdziwiony przecież przed chwilą dochodziłem do małego mostka na rzece Dziwnej.

Co się stało i jak się tutaj znalazłem? Nic z tego nie rozumiem. Postanowiłem zatrzymać okazję i jakoś dostać się do domu. Machałem ręką ale nikt się nie zatrzymywał. Aż nagle ujrzałem swojego starszego brata Heńka, on też mnie zobaczył.

— Cześć Maniek co tu robisz na ulicy?

— Łapię okazję do Wolina.

— Gdzie masz kurtkę?

Zapytał, ponieważ na dworze było zimno. Był przecież październik i to normalne że było zimno. Nie wiedziałem gdzie się podziała moja kurtka. Wymyśliłem na poczekaniu historyjkę. O dwóch dziewczynach z którymi uciekłem z domu. Niby jednej z nich pożyczyłem ją, a ona mi ją ukradła. Potem obydwie uciekły, a ja zostałem w swetrze na ulicy. Brat zaprosił mnie do siebie na stancję, poczęstował gorącą herbatą i kazał mi jechać do domu. Pożegnaliśmy się a ja jakoś dojechałem okazją do Recławia.

Poszedłem jeszcze na mały mostek i tam na dole skarpy znalazłem swoją kurtkę. Musiała spaść ze mnie podczas porwania przez obcych. Bo to że zostałem porwany było dla mnie jak najbardziej oczywiste. Martwiło mnie jedynie to że nic nie pamiętałem. Gdy zjawiłem się w domu, to ojciec z matką spytali mnie gdzie byłem przez cały tydzień. Zdziwiłem się, nie sądziłem że aż tak długo mnie nie było. Opowiedziałem im tą samą historyjkę co Heńkowi, lekko ją tylko upiększając. To co mnie zdziwiło, to że rodzice nie zgłosili tego faktu na milicję. Po tym wszystkim wiedziałem że coś dziwnego się ze mną dzieje. Nie wiedziałem dla czego ale w każdym człowieku widziałem przeciwnika. Miałem takie wrażenie że muszę walczyć, odpierać ataki zwłaszcza wtedy jeśli chodzi o wiarę i kościół.

W końcu przyszedł czas bierzmowania w kościele. Rodzice nakazali mi abym poddał się tej ceremonii. Nie rozumiałem ich nacisków dotyczących kościoła i wiary. Sami byli niewierzącymi ale jak mówili

— co ludzie powiedzą? Chociaż mieli swoich bogów. Bogiem ojca był Delir, a matki Penis. Nie interesowało ich czego ja potrzebuję, czym się interesuję i czy w ogóle wierzę w boga. W tym czasie nie raz nachodziła mnie taka myśl, że nie spłodził mnie ojciec Tadeusz tyko jakiś kosmita.

Uważałem że, stąd pochodzą moje wizje, przeczucia i sny. Byłem blisko sedna sprawy. Ale jednak cały czas krążyłem wokoło. Nie przypuszczałem kim tak naprawdę jestem. Nie mogłem wtedy podjąć żadnej decyzji, ponieważ miałem dopiero 15 lat. Ale już wtedy zakwitła we mnie myśl o buncie.

ROZDZIAŁ II

Zbuntowany

Poszedłem do szkoły zawodowej w Szczecinie, z której sam zrezygnowałem w połowie roku szkolnego. Wdałem się tam w kradzież razem z dwoma kolegami z klasy. Był to dla mnie trudny okres życia. Nie wiedziałem co się ze mną dzieje, nikomu też nie mogłem zwierzyć się z moich problemów. Rozumiałem to że inni też je mają. Postanowiłem że muszę w końcu podjąć jakąś konkretną decyzję. Doszedłem do wniosku że rozmówię się ostatecznie z bogiem. Udałem się w tym celu do kościoła w Wolinie.

Było to w zwykły dzień, w samo południe. Wszedłem do kościoła w którym nikogo nie było. Usiadłem w ławce i wpatrując się w obraz Jezusa z podniesioną do góry ręką powiedziałem:

— Boże jeśli w ogóle mnie słuchasz kiwnij lekko palcem. Dla mnie to wystarczy i nic więcej nie chcę. Czekam 5 minut. Wyczytałem o tobie że jesteś wszechmogący. Więc dla ciebie spełnienie tego o co proszę, nie powinno być problemem.?

Gdy minęło 5 minut a palec na obrazie nie poruszył się, wstałem i wyszedłem z ławki. Stanąłem na środku kościoła i na cały głos powiedziałem.

— NIE MA CIĘ, NIE ISTNIEJESZ I JUŻ NIGDY W HUJA MNIE NIE ZROBISZ.

Obróciłem się i wyszedłem z kościoła. Wtedy właśnie zrozumiałem że jestem sam i mogę liczyć tylko na siebie. Byłem w błędzie choć o tym jeszcze nie wiedziałem. W prawdzie dzieciątko Jezus ze snu opuściło moje ciało, ale pozostała we mnie jeszcze jedna istota. I to z tą istotą będę toczył nierówną walkę. I jak się później okaże wyniszczającą. W czerwcu 1975 roku ukończyłem drugą klasę zawodówki. Miałem dużo czasu i po mimo tego że nie dysponowałem gotówką, udało mi się zapoznać z bardzo miłą dziewczyną. Mieszkała ona w Karsiborze nie daleko od Międzyzdrojów.

Grażyna bo właśnie tak miała na imię, była bardzo ładną brunetką. Zakochałem się w niej tak mocno, że chodziłem całymi dniami oszołomiony. Takie uczucie było dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Chodziłem z Grażyną na spacery po plaży w Świnoujściu, bywałem z nią w kawiarni czerwony promyk. A pieszczoty i pocałunki sprawiały mi ogromną przyjemność. Tak minęły prawie całe wakacje. Wiedziałem że zaraz pójdę do szkoły i nie będę mógł tak często spotykać się z ukochaną. Postanowiłem iść na całość, zwłaszcza że czas uciekał. A na dodatek jeszcze nigdy tego nie robiłem. Czułem że będą z tym kłopoty. Był 25 sierpień, prawie koniec wakacji. Tego dnia byłem z Grażyną na plaży w Świnoujściu zacząłem ostrzej dobierać się do niej. Ta bardzo mocno wzbraniała się, ja jednak nie odpuszczałem. Ale w końcu uległa mówiąc:

— Jeśli tak bardzo ci zależy to możesz.

Włożyłem swoją prawą rękę w spodnie Grażyny i bardzo szybko wyciągnąłem ją z powrotem krzycząc:

— O kurwa, o kurwa, co do huja.

Zacząłem jednocześnie uciekać od niej. Nie mogłem tego zupełnie zrozumieć. Gdy już odbiegłem na bezpieczną odległość plułem i rzygałem. Odkryłem że Grażyna zamiast piczki ma penisa.

Po tym zdarzeniu około miesiąca byłem w szoku. Jeśli chodzi o dziewczyny to od tej pory obawiałem się ich. Zacząłem też podejrzewać że to co mi się przydarzyło jest dziełem szatana. I od tej pory próbowałem wyjaśnić tą kwestię. To znaczy kwestię boga i szatana, bo z dziewczynami miałem zamiar dalej praktykować. Tłumaczyłem sobie to co mi się przydarzyło jako przypadek, że po prostu miałem pecha. Lecz więcej z Grażyną nie spotkałem się, ponieważ czułem do niej żal i odrazę. Na jakiś czas postanowiłem odpocząć od dziewczyn. W tym czasie ukończyłem szkołę zawodową w Świnoujściu. Rozpoczęły się moje ostatnie wakacje w życiu, bo nie miałem zamiaru uczyć się dalej. Ale tym razem dysponowałem gotówką. Dostawałem co miesiąc w szkole 1700 zł. za praktykę pracując w stoczni. Pierwszy tydzień odpoczywałem, aż w końcu postanowiłem ponownie spróbować z dziewczynami. Trochę obawiałem się ale stwierdziłem że, przecież od tego się nie umiera. Wyszedłem w końcu z domu i pojechałem pociągiem do Międzyzdrojów. Na dworcu kolejowym było bardzo dużo wczasowiczów, ponieważ była to pełnia lata. Postanowiłem zakupić wcześniej bilet powrotny, aby nie stać w kolejce potem.

Podszedłem do kasy biletowej i stanąłem za jakąś dziewczyną. A ona obróciwszy się w moją stronę zapytała:

— Czy ma pan rozmienić 100 zł.?

— Tak zdaje mi się że mam.

Tak od słowa do słowa zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Bardzo szybko między nami zawiązała się nić sympatii.

— Przepraszam że zapytam, czy na długo pani przyjechała?

— Nie jestem żadną panią, jestem Magda.

— A ja Marian.

— Czy byłeś już w Międzyzdrojach?

— Jestem miejscowy znam teren jak własną kieszeń.

— Czy mógłbyś zaprowadzić mnie na plażę.

— Jak najbardziej zapraszam, proszę ze mną. Gdy już znaleźliśmy się na plaży Magda spytała mnie:

— Czy masz dziewczynę?

— Nie. Nie mam.

— A czy chcesz ze mną chodzić?

— Tak.

A po tym spotykaliśmy się co dziennie na plaży i oboje zakochaliśmy się w sobie. Obawiałem się kolejnej porażki, ale tym razem postanowiłem działać o wiele szybciej. Bez zbędnych ceregieli zaproponowałem Magdzie stosunek. Nie powiedziała nie ale, bardzo się wzbraniała. Byłem uparty i nie ustępowałem, ze łzami w oczach w końcu zgodziła się. Zadowolony włożyłem ostrożnie rękę do majtek i długo jej nie wyciągałem. Magda rozpłakała się. Wyciągnąłem rękę mówiąc:

— Co z tobą?

— Wstydziłam się powiedzieć tobie o tym.

— Bardzo mi przykro ale między nami wszystko skończone.

Zerwałem z Magdą a najgorsze było to że nie widziałem co o tym wszystkim mam myśleć. Przecież to już drugi przypadek. Chociaż nie wierzyłem w boga to oficjalnie byłem osobą wierzącą. Postanowiłem że pójdę do spowiedzi, aby dowiedzieć się co ksiądz o tym myśli. Wybrałem do tego celu kościół w Wolinie.

Tego dnia było dużo wiernych chcących się wyspowiadać. Gdy nadeszła moja kolej odmówiłem formułkę i przystąpiłem do wyznania swoich grzechów.

— A więc proszę księdza byłem zakochany w dziewczynie, która między nogami miała penisa. Pokochałem inną u której między nogami nie było nic. Miała tylko dziurkę do sikania, po prostu miała kozią piczkę. Co to oznacza proszę księdza? Ksiądz po chwili zastanowienia powiedział:

— Ja tu nic nie pomogę.”

— Co to oznacza?

— Prawdopodobnie jesteś opętany przez diabła i ja nie mogę dać ci rozgrzeszenia.

— To co ja mam robić?

— Musiałbyś poddać się egzorcyzmom, to tyle.

Wyszedłem z kościoła ale nie zwróciłem uwagi na ludzi, którzy wszystko słyszeli ponieważ bardzo głośno się spowiadałem. W ciągu kilku dni cała okolica wiedziała wszystko co powiedziałem księdzu na spowiedzi. Rad nie rad spakowałem torbę podróżną i wyjechałem na Śląsk, aby być jak najdalej od tego miejsca. W tym czasie budowała się tam huta Katowice. Znalazłem pracę w firmie Budo-stal Kraków i dostałem stancję opłacaną przez zakład. Zarabiałem bardzo dużo. To znaczy dwie średnie krajowe. Gdy moja sytuacja osobista ustabilizowała się pomyślałem o egzorcyście. Szybko jednak zrezygnowałem wiedząc jak na mnie działa woda święcona no i te krzyżyki i olejki. No pewnie że chciałem mieć normalną dziewczynę i założyć z nią rodzinę.

Nie chciałem też mieć spalonej twarzy. I w rezultacie zrezygnowałem z egzorcysty. A co do dziewczyn to liczyłem na to że, następnym razem trafię na normalną. Długo nie musiałem czekać, zapoznałem bardzo piękną dziewczynę. Na imię miała Wanda. Dziwiłem się temu, bo ja nie byłem aż tak mocno ładny. Jednak coś ją do mnie przyciągało. Byłem ostrożny, gdy przebywałem z nią obserwowałem i bacznie się jej przyglądałem. Nie chciałem przeżyć ponownie tego co z poprzednimi. Stwierdziłem w końcu że ma wszystko na swoim miejscu. Dałem jej jeszcze trochę czasu wypytując o wszystko. Doszedłem do wniosku że ta w końcu jest normalna. Od tej pory zacząłem śmielej odnosić się do niej. Gdy pewnego razu przebywaliśmy w pokoju na stancji, ośmieliłem się pieścić jej piersi. Obsunąłem swoje ręce niżej aż do pępka, Wanda odsunęła natychmiast moje ręce na bok. Nie dałem za wygraną, podniosłem jej bluzkę do góry i w okolicy pępka ujrzałem łechtaczkę. Narząd jej sięgał od krocza aż do pępka. Tego dla mnie było już za wiele. Wanda zamiast brzucha miała macicę. Natychmiast zakończyłem z nią znajomość. Wtedy dużo rozmyślałem i postanowiłem, że na jakiś czas zrezygnuję z dziewczyn.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 44.55