E-book
13.65
drukowana A5
37.95
drukowana A5
Kolorowa
67.49
Dwa stadiony

Bezpłatny fragment - Dwa stadiony

Kryminał z duszą


Objętość:
277 str.
ISBN:
978-83-8155-690-3
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 37.95
drukowana A5
Kolorowa
za 67.49

1. Brudna robota

Mężczyzna stojący pod ścianą domu usłyszał odgłos biegu. Wyraźnie zaniepokojony odwrócił się gwałtownie w kierunku, z którego dobiegał hałas. Na razie nie widział źródła dźwięku. Zamarł w oczekiwaniu, kto lub co wyłoni się zza rogu budynku. Gdy po chwili okazało się, że są to dwa ogromne wilczury, odetchnął z widoczną ulgą. Podobne odczucia zdawały się mieć również zwierzęta, bo w przyjaznych zamiarach poczęły zbliżać się do człowieka. Ten sięgnął do przewieszonego przez ramię marynarskiego worka i wyciągnął z niego kiełbasę. Rozdzielił ją sprawiedliwie na oba psy, które chwyciwszy w pyski zdobycz, raźnym krokiem pobiegły w ciemność rozciągającego się za domem ogrodu. Mężczyzna skonstatował, że na chwilę, która powinna być wystarczająca, będzie miał spokój z wilczurami.

W mroku, jaki panował pod ścianą domu, zbliżył się do jego frontu. Ostrożnie wyjrzał zza węgła budynku. Odległa latarnia uliczna w niewielkim stopniu rozpraszała ciemności panujące na podwórku. W taką ciemną, chmurną noc niewiele dawała również słaba żarówka umieszczona nad wejściem do domu.

Skulony z zimna człowiek mocniej naciągnął na głowę kaptur bluzy dresowej i, trzymając się najciemniejszych miejsc pod ścianą, zbliżył się do schodów prowadzących do drzwi. Omiótł wzrokiem podwórko i widoczne między sztachetami ogrodzenia fragmenty chodnika. W zasięgu oczu nie było żywego ducha, co ze względu na porę i pogodę nie powinno było dziwić. Ulice takich miast jak to wyludniają się dużo przed północą, a zwłaszcza ulice tak oddalone od centrum.

Mężczyzna wziął głęboki oddech i sięgnął do kieszeni. Jakby zniecierpliwiony szybko pokonał dwa stopnie i znalazł się przed drzwiami. Wyciągnięty z kieszeni klucz niełatwo było wprowadzić do zamka, tym bardziej że ochronione jedynie lateksowymi rękawiczkami palce zdążyły już zgrabieć od przenikliwego późnojesiennego wiatru. W końcu klucz znalazł się na właściwym miejscu i mężczyzna delikatnie przekręcił go, starając się przy tym jak najmniej hałasować. Podobnie ostrożnie nacisnął klamkę i uchylił drzwi, za które wsunął głowę. Przez chwilę pozostał w tej pozycji, nasłuchując, czy z wnętrza domu nie dobiegną jakieś dźwięki. Zadowolony z wyników nasłuchu i przyzwyczaiwszy wzrok do ciemności, przekroczył próg i starannie zamknął za sobą drzwi.

Panująca cisza i mrok sprawiły, że cicho westchnął z ukontentowaniem. Tego właśnie oczekiwał. Ciemności były jednak takie, że niemal po omacku przesuwał dłonie po ścianie. Wkrótce pod palcami poczuł zimny metal klamki. Nacisnął ją. Niczym kot przecisnął swoje ciało przez niewielką szparę między uchylonymi drzwiami a framugą, co było o tyle łatwe, że ciało to nie było imponujących rozmiarów. Z ulgą oparł się na zamkniętych drzwiach po drugiej ich stronie.

Moment stał nieruchomo, po czym zdecydowanym ruchem sięgnął do worka. Przez chwilę usiłował coś w nim wymacać, klnąc przy tym pod nosem. Niecierpliwie przewracał zawartość bagażu. W końcu trafił na poszukiwany przedmiot i gwałtownie go wyciągnął, jakby w obawie, że znowu go zgubi. Widocznie jednak w zgrabiałych palcach nie do końca jeszcze odzyskał czucie, bo wyjęta z worka latarka z hukiem spadła na posadzkę. Znowu zaklął siarczyście i rzucił się do rozpaczliwego przeszukiwania podłogi wokół siebie. Mimo ciemności dość szybko trafił na zgubę. Wyprostował się i odetchnął.

Włączenie latarki nie przyniosło jednak spodziewanego efektu w postaci silnej wiązki światła. Mężczyzna pomyślał, że upadek musiał spowodować odłączenie się jednej baterii od obwodu. A może to z powodu zimna nastąpiło osłabienie ogniw. Na rozmontowanie i złożenie urządzenia z powrotem nie miał jednak czasu.

Zadowalając się mdłym światłem ledwie rozpraszającym ciemności, zaczął lustrować stojące pod ścianą pomieszczenia metalowe regały, będące idealną ilustracją składów narzędzi, w których jedynie stały użytkownik wie, co gdzie leży. Setki, jeśli nie tysiące, śrub, nakrętek i wkrętów mieszały się z dziesiątkami, jeśli nie setkami, rozmaitych kluczy płaskich i nasadowych, młotków, przecinaków i śrubokrętów.

Mężczyzna westchnął zrezygnowany, ale w tym samym momencie jego wzrok natrafił na solidny przedmiot w kształcie litery L. Jego radość nie mogłaby być większa, gdyby na ulicy znalazł bryłkę złota. I z taką prędkością, z jaką sięgnąłby po to znalezisko, wyciągnął rękę w kierunku zauważonego przedmiotu. Tyle że zamiast poczuć w dłoni chłód metalu, odczuł dotkliwy ból. W ostatniej chwili udało mu się powstrzymać, by nie krzyknąć. Rzut oka na bolące miejsce wystarczył, by stwierdzić, że skóra na dłoni została rozdarta czymś ostrym. Mężczyzna zaklął i skierował wątłe światło latarki na regał. Winowajca, wetknięty uchwytem między inne narzędzia zwykły śrubokręt, ukazał się natychmiast. W innej sytuacji byłby trzaśnięty tak, że przebiłby ścianę budynku. Teraz jednak poszkodowany ograniczył się do wytarcia jego zakrwawionej końcówki wziętą z innej półki brudną szmatą. To samo zrobił z widocznymi kroplami krwi. Następnie szmata opasała krwawiącą dłoń.

Drugie podejście do wyciągnięcia narzędzia z półki okazało się skuteczne i po chwili mężczyzna z kluczem do szpilek w jednaj ręce, a latarką w drugiej zbliżył się do prawego przedniego koła znajdującego się w pomieszczeniu mercedesa. Rzut oka przez szybę samochodu wystarczył, by stwierdzić, że pojazd stoi na wstecznym biegu i prawdopodobnie hamulcu postojowym, a alarm nie jest włączony. Mężczyzna położył na podłodze latarkę i przypasował klucz do pierwszej szpilki. Mimo że napierał z całych sił, na ile to było możliwe ze zranioną ręką, śruba nie chciała ustąpić. Dopiero szarpnięcie sprawiło, że w końcu obróciła się o pół obrotu. Z trudem wyprostował się, ale zaraz znowu się pochylił i nałożył klucz. Po kilku obrotach śruby ocenił, że wystarczy.

Pozostałe cztery szpilki dały się poluzować z mniejszym nakładem sił. W świetle latarki przyjrzał się swemu dziełu. Jedynie uważne przypatrzenie się kołu pozwoliłoby zauważyć, że śruby zostały zluzowane. A przecież wiedział, że na przyglądanie się im kierowca nie będzie miał czasu… Mimo tej obserwacji zrezygnował z odkręcenia szpilek w lewym kole.

Starannie wytarł klucz i odłożył go na półkę z narzędziami, tym razem uważając, by nie nadziać się znowu na przeklęty śrubokręt. Stwierdziwszy, że nigdzie nie widać plam krwi, wyszedł ostrożnie na korytarz. Przez chwilę stał, usiłując się skoncentrować i uspokoić. Jeden nieostrożny ruch czy hałas mógł zniweczyć jego plan. Podszedł do drzwi wejściowych i nieco je uchylił. Światła nie wpadło wprawdzie zbyt wiele, ale wystarczyło, żeby rozproszyć ciemności. Delikatnie otworzył zamaskowane boazerią drzwiczki, za którymi ukazała się skrzynka z bezpiecznikami. Po kilku sekundach wahania nacisnął przyciski na każdym z nich. Żarówka przed domem zgasła. Odczekał chwilę i po omacku nacisnął przyciski zamykające obwód elektryczny. To jednak sprawiło, że nie tylko zapaliło się światło przed domem, ale i gdzieś z jego głębi dobiegł dwukrotny przeciągły pisk urządzenia elektronicznego.

Mężczyzna zamarł, a w duchu zaklął. Tego nie przewidział. Skulony jak zwierzę gotowe do natychmiastowej ucieczki odczekał moment. Na szczęście nic nie wskazywało, że kogokolwiek z domowników ten dźwięk obudził. I było raczej pewne, że nie obudzi ich zwykłe poranne dzwonienie ruskiego budzika elektronicznego, które było w stanie podnieść z grobu umarłego. Mężczyzna oczami wyobraźni widział migające na jego wyświetlaczu zera, wiedział bowiem doskonale, że wyładowana bateria nie mogła utrzymać jego funkcji.

Ostrożnie wysunął się za drzwi. Zaskoczyło go to, że w czasie jego niedługiego, jak mu się wydawało, pobytu w domu aura z jesiennej zmieniła się w zimową. Prosto w twarz leciały mu wielkie płaty mokrego śniegu, a trawa właśnie pod nim znikała. Zamknął drzwi na klucz, naciągnął mocniej kaptur na głowę i ruszył drogą, którą przyszedł. Zaraz za rogiem domu spotkał znajome psy, które patrzyły na niego wyczekująco. Wyciągnięte z worka pęta kiełbasy przekonały je do rezygnacji z roli cerberów i mężczyzna mógł pospiesznie ruszyć w ciemność ogrodu.

Prześliźnięcie się przez naderwaną siatkę nie stanowiło problemu i po chwili znalazł się w innej scenerii.

Zniknął w miarę wypielęgnowany trawnik, a pojawiło się coś, co okoliczni mieszkańcy nazywali ogrodami, a co, mimo że znajdowało się w mieście, z miejskimi ogrodami nie miało nic wspólnego. Były to zwykłe pola — na których uprawiane były warzywa i ziemniaki — teraz zupełnie już puste. Niestety, na skutek padającego obficie śniegu powoli stawały się grzęzawiskiem. Mimo że mężczyzna zrezygnował z pierwotnego zamiaru przejścia przez całe te ogrody do głównej ulicy, musiał pokonać pewien odcinek niezbyt komfortowej drogi. Do butów niemal natychmiast przylepiło się błoto. Poruszał się z trudem, ślizgając się co chwila.

Dlatego odetchnął z ulgą, gdy w końcu trafił na żwirówkę, którą doszedł do ulicy. Na szczęście nie było na niej żywego ducha, a w oknach rzadko rozrzuconych domów nie paliły się światła. Mimo to prawie biegł, by jak najszybciej opuścić te puste ulice i znaleźć się tam, gdzie przechodzień w środku nocy nie wzbudziłby wielkiej sensacji.

Po kilkunastu minutach dotarł do czegoś, co przy odrobinie fantazji można było nazwać początkiem centrum miasta. Co prawda nogi miał coraz bardziej mokre, ale roztapiający się śnieg zmył z butów błoto, co mężczyzna uznał za okoliczność korzystną. Od czasu do czasu patrzył na mijane latarnie uliczne. Nawet ktoś o artystycznej duszy nie mógłby powiedzieć, że płatki śniegu tańczą w ich świetle, bo spadały one raczej z gracją pierwszych konstrukcji lotniczych. Jednak w latarnianych smugach światła, zwłaszcza w pobliżu żarówek, opad wydawał się jeszcze obfitszy.

Na szczęście dla mężczyzny żadnemu z kierowców nielicznych przejeżdżających samochodów nie przyszło do głowy, aby zaproponować mu podwiezienie. Widocznie byli skupieni na tym, by nie wpaść w poślizg na jezdniach pokrytych śnieżną breją. Zima zaskoczyła nie tylko suwalskich drogowców, ale również i kierowców, którzy nie byli jeszcze przyzwyczajeni do warunków zimowych, a jedynie nieliczni z nich byli tak zamożni jak właściciel mercedesa — z którego domu mężczyzna wracał — by zmieniać opony na zimowe. Ale może to i lepiej, że tego nie robili, bo gdy się dokonuje takiej zmiany, z pośpiechu albo nieuwagi można nie dokręcić szpilek.

Z tych rozmyślań wyrwał mężczyznę widok starego, pocarskiego aresztu z czerwonej cegły, ciągle jeszcze użytkowanego. Mimowolnie przyspieszył kroku i ponownie przeanalizował wydarzenia z ostatnich godzin.

Wydawało się, że niczego nie przeoczył. Szmaty ze śladami krwi pozbędzie się zaraz w jakimś osiedlowym śmietniku, podobnie zrobi z rękawiczkami. Nie wydaje się również, by gdziekolwiek w domu mogła zostać krew. Jeśli coś go niepokoiło, to mokre buty, ubranie i nieco ubłocone nogawki spodni. Ten problem musiał jakoś rozwiązać na wypadek, gdyby policja jednak zjawiła się rano w miejscu, do którego zmierzał.

Właśnie wszedł między bloki największego osiedla w mieście. Do jednego ze śmietników wrzucił szmaty, a do drugiego rękawiczki, które dla pewności, hamując odruch wymiotny, wepchnął głębiej pod śmieci wypełniające kontener. Sprawnie poruszał się osiedlowymi chodnikami, brnąc w mokrym śniegu. „Niemal zaspy” — pomyślał i uśmiechnął się z powodu skojarzenia. „Zaspy zawsze są wrogami kierowców” — dodał niemal na głos.

Po chwili doszedł do właściwych drzwi. Dla pewności zajrzał na klatkę, czy nikogo na niej nie ma, ale jak mógł się spodziewać, była zupełnie pusta. Szybko wbiegł na pierwsze piętro i wyciągniętym z kieszeni kluczem otworzył zwykły łucznik.

Nie wszedł jednak od razu, bo powstrzymała go nie tylko ciemność panująca w przedpokoju, ale i woń alkoholu, tak silna, jak gdyby miał wejść do polmosu czy bimbrowni, a nie mieszkania. Przyczyna tego nie była trudna do odgadnięcia. Gdy już w końcu przemógł odrazę i wsunął się do wnętrza, w pokoju w świetle stojącej za oknem latarni zobaczył niski stół zastawiony butelkami i kieliszkami. Zalegające wokół niego cztery ciała młodych mężczyzn świadczyły o tym, że żaden z nich nie okazał się godnym przeciwnikiem flaszek z ruskimi nalepkami, które nie tylko dumnie stały na stole, ale i w dużej części były pełne.

Zdjął przemoczoną dżinsową kurtkę i bluzę dresową z kapturem. Niedbale cisnął je pod rozgrzany grzejnik.

Rzucone ubranie nie powinno wzbudzać podejrzeń, bo podobnie potraktowane były kurtki i bluzy innych, które walały się gdzie popadnie. Oni jednak mieli na sobie spodnie. Tymczasem on musiał je zdjąć. Nie było jednak innego wyjścia. Spodnie zostały zdjęte, błoto z ich nogawek zostało zmyte, a następnie trafiły one do pozostałych części garderoby.

Teraz pozostało najważniejsze. Mężczyzna usiadł przy stole i sięgnął po prawie pełną butelkę wódki. Chwilę zastanawiał się, ale ostatecznie wziął pierwszy lepszy kieliszek. W końcu alkohol dezynfekuje, więc nie miało znaczenia, kto z tego naczynia wcześniej pił. Wychylił od razu całą zawartość kieliszka i skrzywił się z niesmakiem.

Niespecjalnie przepadał za wódką, zwłaszcza ruską. Z obrzydzeniem pomyślał, że to dopiero początek. Ale nie miał wyjścia, musiał działać ostrożnie. Nie mogło być wątpliwości, że cały wieczór i noc spędził w towarzystwie znajomych. Wypił kolejny kieliszek. Wstręt nie był dużo mniejszy niż za pierwszym razem, ale czuł, jak powoli opadają emocje, a myśli zaczynają płynąć spokojniej. Ani nie trząsł nim strach, ani nie miał wątpliwości — facet zasłużył na swój los. Wypił trzeci kieliszek. I od razu czwarty. Zaczął odczuwać błogi spokój i rozpływające się po ciele ciepło. W głowie pojawił się przyjemny szum.

W zasadzie mógł jeszcze wszystko odwrócić. Wystarczyło wrócić i dokręcić szpilki. Kolejny kieliszek. Nie, nie zrobi tego. Rano obudzi się sam albo zostanie obudzony przez któregoś z kolegów. Wszyscy będą pchać się do radia. A tam w Piątce, niedawno uruchomionej lokalnej rozgłośni, podekscytowany spiker będzie informował, że na drodze krajowej numer 653 w drodze do pracy na przejściu granicznym w Ogrodnikach zginął szef oddziału celnego na tym przejściu, który wpadł w poślizg na łuku drogi i uderzył w drzewo. I że policja bada przyczyny, ale do wypadku doszło prawdopodobnie z powodu znacznego przekroczenia dozwolonej prędkości. Może za jakiś czas zrozpaczona żona powie w mediach, że mąż tak ostrożnie jeździł, ale akurat tego dnia zaspał i musiał się spieszyć…

2. „Laguna”

Adam zerknął nerwowo na wiszący nad barem zegar. Zbliżała się dwudziesta trzecia, więc zaraz powinna się pojawić.

Niestety, dzisiaj sala była pełna i nie mógł wymknąć się, żeby zobaczyć ją, gdy przyjdzie do klubu. Niby przypadkowe spotkania w korytarzu prowadzącym na zaplecze pozwalały na wymianę uśmiechu, powiedzenie „Cześć”. Tylko tyle, na więcej Adam nigdy się nie odważył, choć podejrzewał, że po tych paru miesiącach korytarzowej znajomości dziewczyna go zauważała i jakby wyróżniała spośród innych tym swoim niezwykłym uśmiechem.

Mężczyzna ciągle jednak nie mógł rozgryźć zasad, na jakich funkcjonowała ona w firmie, wolał więc nie ryzykować zrobienia czegoś, co mogłoby ściągnąć na niego niezadowolenie szefostwa. Był cierpliwy i wiedział, że prędzej czy później osiągnie swój cel. Zdawał sobie sprawę, że kelnerowanie w nocnym klubie, które owszem, przynosiło sporo kasy, ale nie było szczytem marzeń, kiedyś się skończy. Niemożliwe, żeby żaden z szefów nie zauważył, że obwód jego bicepsa jest niewiele mniejszy niż u Schwarzeneggera i że można lepiej go wykorzystać niż do biegania z tacą po sali. Dzisiaj loża szefów była jednak pusta.

— Ty, „Koksu”, patrz, „Swetru” idzie! — szepnął uwijający się przy butelkach i kieliszkach chłopak przypominający tyczkę. — To co, ty czy ja? Kto idzie obsłużyć szanownego pana?

— „Chudy”, idź ty — mruknął Adam. — Nie mogę patrzeć na te ścierwo…

Spoglądając za idącym sprężystym krokiem kolegą, nie mógł się nie uśmiechnąć. Oczami wyobraźni widział go w przedwojennym kelnerskim fraku z ręcznikiem przewieszonym przez ramię. Wiedział też, że gdy „Chudy” podejdzie do stolika, z tym swoim warszawskim akcentem zapyta: „To co zwykle szanownemu panu?”, a gdy tamten odpowie, że tak, w głębokim ukłonie, niemal ze strzeleniem obcasami powie: „Służę szanownemu panu”. „Swetru” jednak jak zwykle nie zauważy popisów „Chudego”, tylko będzie niecierpliwie wgapiał się w scenę. Adam był już pewien, że ten stały czwartkowy klient przychodził tu jedynie dla niej. To go zresztą nie dziwiło, bo gdy dziewczyna zaraz pojawi się na scenie, znowu jak zwykle przyciągnie wzrok wszystkich. Na razie jednak przy rurze wyginała się prawie już zupełnie rozebrana Klaudyna, która niespecjalnie interesowała „Swetru”, podobnie zresztą jak i innych gości, spośród których ledwie paru uważnie śledziło jej popisy. Czas Klaudyny jako striptizerki mijał.

— Ty, „Koksu” — dusząc się ze śmiechu, rzucił „Chudy”, który zdążył już wrócić za bar — powiem Klaudzi, żeby zaczepiła „Swetru”. Coś tam wygrzebał z kieszeni, jak podszedłem. Ma co najmniej stówę. Niech i Klaudzia coś sobie zarobi.

Adam roześmiał się, ale w gruncie rzeczy się zaniepokoił. Wydało mu się podejrzane, że gość, który pewnie za dychę kupił sobie, umożliwiające mu wejście do lokalu, lakierki od Chińczyków na Stadionie Dziesięciolecia, który zawsze przychodzi w tym samym rozciągniętym tureckim swetrze i nigdy nie zamawia więcej niż setki, najwyżej dwóch wódki, nagle ma jakieś większe pieniądze.

— Racja, „Chudy” — powiedział pospiesznie. — Jak go poskrobie paluszkiem po łapce, to szmaciarz nam tu jeszcze orgazmu dostanie. Ale Klaudzi stówa wpadnie.

Widok „Chudego” szepcącego coś do biegnącej przez salę nagiej Klaudyny i wskazującego głową na „Swetru” rozweselił nieco Adama, ale nie uspokoił całkowicie. W napięciu czekał na przerwę w występach. Wkrótce Klaudyna, już ubrana, wraz z resztą dziewczyn, które do tej pory występowały, wyszły na salę i rozeszły się między stolikami gości. Kobiety miały dobre oko, bo niemal natychmiast dwóch czy trzech panów się podniosło, by rozmówić się z menadżerem, a one wróciły na zaplecze. Klaudyna, jak ostatnio zwykle to się zdarzało, została na sali. Adam z przyjemnością patrzył na zaskoczenie, a nawet pewien przestrach „Swetru”, gdy dosiadła się do jego stolika. Wystraszony mężczyzna gorączkowo próbował cofnąć dłoń, kiedy Klaudyna nakryła ją swoją. Czy się wahał? Tego Adam nie był już w stanie ocenić. Być może w podjęciu decyzji pomogło mu to, że do stolika obok podeszła Sandra, bodaj najpiękniejsza ze striptizerek. Adam nie dziwił się reakcji gościa. Musiałby być chyba z kamienia, żeby nie skierować na nią wzroku. W tej sytuacji Klaudynie nie pozostało nic innego, jak wstać i wrócić na zaplecze. Jej konto dzisiaj nie stanie się bardziej zasobne. Niestety, to oznaczało również, że pieniądze wciąż pozostawały w kieszeni „Swetru”.

Adam często się zastanawiał, jak to jest z tymi ludźmi. To, że przychodzili tu faceci ze swoimi dziewczynami, partnerkami, a może i żonami, był jeszcze w stanie zrozumieć. Ot, jakaś atrakcja, egzotyka, może zakazany owoc. Ale że te dziewczyny, partnerki, żony pozwalały tym facetom na obmacywanie nagich atrakcyjnych kobiet, tak jak teraz robił to właśnie mężczyzna w rozpiętej marynarce siedzący okrakiem na krześle, tego już pojąć nie mógł. Jakim sposobem siedząca obok tego faceta kobieta, która jak przypuszczał Adam, mogła być nawet jego żoną, była w stanie znieść, że jej facet na jej oczach nie tylko ściska tyłek dziewczyny, ale i pcha łapę między jej nogi? Czy to striptizerka powinna odsuwać tę rękę, czy to raczej kobieta powinna tak trzasnąć faceta w gębę, że ten spadłby z krzesła? Kiedyś Adam był przeświadczony, że takie rzeczy możliwe są jedynie w niemieckich pornosach, ale odkąd sprowadził się do stolicy i zaczął pracę w „Lagunie”, przekonał się, że nie.

Również dwie pozostałe striptizerki mogły być zadowolone z dzisiejszego wieczoru, bo znaleźli się frajerzy, którzy nie odmówili sobie możliwości poobmacywania przez moment za stówę pięknych dziewczyn. Być może gdyby wiedzieli, co ich czeka za chwilę, zostawiliby te stówy w kieszeni dla kogoś innego. „Swetru” niestety był tego świadom. Niecierpliwie wiercił się na krześle nad drugim, o dziwo, tego wieczoru kieliszkiem wódki. Adam postanowił nie spuszczać go z oka.

— Szanowni Państwo — popłynął z głośników głos menadżera — a teraz przed państwem w niezwykłym występie tajemnicza Olimpia!

Temu, że na sali zapadła cisza, Adam się nie dziwił. Tak było za każdym razem, gdy dziewczyna przez salę szła na scenę. Właściwie nikt nie był obojętny. Trudno było wytłumaczyć, dlaczego tak się działo. Nie tylko Sandra była od niej wyższa, zgrabniejsza, ale nawet podstarzała Klaudyna zdawała się nad nią górować. Olimpia miała jakby nazbyt duże krągłości, ktoś złośliwy mógłby wręcz się dopatrzyć lekkiej nadwagi. A jednak te rzekome mankamenty podczas jej występów stawały się atutem. To prawda, że i Sandra, i Klaudyna potrafiły wić się przy rurze niczym węże. Jednak Olimpia miała w sobie coś takiego, czego mężczyzna nie potrafił nazwać. Potrafił za to to odmalować. Z czasów, kiedy na skutek wiary rodziców, że syn ma talent malarski, znalazł się w liceum plastycznym, Adam zapamiętał pewien obraz polskiego malarza: Taniec wśród mieczów czy jakoś tak się nazywał. W ziemię wbite są cztery miecze, a pomiędzy nimi tańczy pokazana od tyłu naga dziewczyna. Promienie słoneczne przebijają się przez korony drzew, padają na jej ciało, jakaś szczególna, jak mówił nauczyciel, gra światła i cieni. Być może. Ale dla Adama Olimpia to była właśnie ta dziewczyna z obrazu. Było w niej coś niezwykłego, tajemniczego. Może również dlatego, że jako jedyna występowała w masce zasłaniającej oczy i część twarzy. I chociaż podczas występu oczywiście zdejmowała swój orientalny strój, to maski nie zdejmowała nigdy.

— Ty, „Koksu”, patrz! — przerwał rozmyślania Adama „Chudy”. — „Swetru” zaraz odleci!

Rzeczywiście, gość był niespokojny, niemal podskakiwał na krześle, co więcej, zamiast patrzeć, jak Olimpia zdejmuje kolejne części garderoby, rozglądał się po sali, jakby kogoś szukał. Wreszcie zerwał się z krzesła i pobiegł do menadżera, który pojawił się w sali. Adam nie mógł uwierzyć własnym oczom: szmaciarz wyciągnął z kieszeni banknoty i rozmawiał z menadżerem, co chwilę wskazując na Olimpię, która była coraz bliżej finału swojego występu. Obok niego przemknął się „Chudy”, wracając do baru z sali.

— „Koksu”, nie uwierzysz — rzucił w biegu — „Swetru” wyciągnął sto pięćdziesiąt i zamówił sobie Olimpkę zaraz na początek! Ej, co ty robisz? Lejesz na blat!

Adam nie uważał się za kogoś, kto łatwo ulega emocjom. Ale jeśli raz przekroczył granicę, nic nie było w stanie powstrzymać go od zrealizowania powziętej decyzji. Tak jak wtedy, gdy złamał szczękę sąsiadowi rodziców, kiedy jego dzieciak wywalił do niego jęzor.

— Leję, gdzie chcę — powiedział spokojnie. — Gówno ci, „Chudy”, do tego.

— Ej, „Koksu”, no co… — zaczął „Chudy”, ale gdy napotkał wzrok kolegi, wolał nie kończyć.

Przez to spięcie Adam nie widział końca występu Olimpii. Zobaczył ją tylko, jak biegła na zaplecze, i menadżera, który kiwnął do niej na znak, że ma już klienta. Dziewczyna nie była tym zaskoczona: tak było właściwie zawsze. Idąc po chwili do stolika towarzystwa, które zamówiło sobie występ Sandry, a które było coraz bardziej wesołe, Adam zauważył, że wracająca z zaplecza ubrana Olimpia dwa razy się upewniała, czy ma się rozebrać właśnie przed tym gościem. Niestety, okazało się, że wszystko się zgadza, i Adam po chwili ujrzał, jak swoim tanecznym krokiem dziewczyna podchodzi do „Swetru”. Ze złośliwą satysfakcją pomyślał, że zaraz trzeba będzie gościa reanimować.

Olimpia zaczęła swój taniec. Niemal natychmiast zrzuciła z siebie orientalny stanik. Jej kształtne, obfite piersi znalazły się kilkanaście centymetrów od oczu mężczyzny. Adam zauważył jednak, że ten, zamiast gapić się na nie, a może nawet wyciągać do nich łapy, patrzy wyżej, na ukrytą pod maską twarz dziewczyny. Nie zrobiło na nim nawet specjalnego wrażenia to, że Olimpia ściągnęła szarawary, a po kilku chwilach stringi. Wyglądał jednak na coraz bardziej zdenerwowanego. W końcu zrobił to, co goście zazwyczaj robili w takich sytuacjach, to znaczy wyciągnął rękę ku dziewczynie. Było przyjęte, i striptizerki zawsze przestrzegały tego zwyczaju, że klienci mogli dotykać ich tyłków i ud po zewnętrznej stronie. Stanowczo jednak odsuwały ręce klientów od wewnętrznej strony ud i od piersi. Ponieważ ręka „Swetru” wędrowała w zakazane strefy górne, Olimpia chwyciła ją i skierowała niżej. W tym momencie gość zerwał się, drugą, wolną ręką chwycił maskę dziewczyny i pociągnął ją do góry. Przez chwilę wpatrywał się w odsłoniętą twarz, po czym puścił maskę i nim ktokolwiek zdążył zareagować, rzucił się do drzwi wyjściowych.

Adam jedynie przez mgnienie oka widział przerażone i zaskoczone spojrzenie Olimpii. To wystarczyło jednak, by podjął decyzję. Błyskawicznie sięgnął do kieszeni spodni. Pod palcami wyczuł znajomą okładzinę rękojeści. Czerwoną okładzinę. Nie miał wątpliwości, że nie będzie musiał straszyć uciekiniera ostrzem swojego wiernego towarzysza, ale z Żądłem, bo tak nazwał swój nóż na cześć mieczyka Bilba Bagginsa, czuł się pewniej.

„Swetru” oczywiście nie wziął pod uwagę ochroniarzy na bramce i tego, że jeśli nawet nie widzieli wszystkiego, co się dzieje w klubie, to na pewno zwrócą uwagę na wybiegającego gościa. Na wszelki wypadek Adam pobiegł więc za nim. „Swetru” wielkimi krokami, przeskakując po kilka stopni, sadził po schodkach do wyjścia.

Hałas zainteresował oczywiście stojących dzisiaj na bramce Sebę i Zdzicha. Odwrócili się w kierunku gościa gotowi go zatrzymać. Adam zwolnił kroku i rzucił:

— W porządku, puśćcie.

„Swetru” jakby się zawahał, ale widocznie wolał nie czekać na zmianę decyzji i między ochroniarzami skoczył do drzwi. Adam przyspieszył kroku i znalazł się niemal za jego plecami. To pozwoliło mu zauważyć, że gość pobiegł nie w kierunku rynku, ale Piwnej.

— A temu co? — zaciekawił się Seba.

— Jak to co? Napięcia nie wytrzymał. Poleciał sobie ulżyć.

Śmiech bramkarzy przekonał Adama, że na razie nie będą oni dociekać prawdziwej przyczyny pospiesznego opuszczania lokalu przez gościa. Była to okoliczność sprzyjająca, bo i on musiał błyskawicznie z niego wyjść, jeśli chciał zrealizować swój plan.

— Zaraz wracam. Muszę się przewietrzyć — rzucił do bramkarzy, i nie czekając na ich reakcję, szybkim krokiem poszedł w kierunku Piwnej.

Za rogiem zaczął jednak biec. Na dość ciemnej, wąskiej staromiejskiej ulicy nie było przechodniów. Oprócz jednego, który biegł ile sił. Adam nie mógł pozwolić, by dobiegł do placu Zamkowego, gdzie na pewno jacyś ludzie byli.

— Niech pan zaczeka! — krzyknął. — Czegoś pan zapomniał!

Czy „Swetru” zastanowił się, czy rzeczywiście czegoś nie zapomniał, czy zaskoczyło go wołanie, dość, że zwolnił biegu. To wystarczyło, by Adam był już przy nim. Uciekinier chyba się zorientował, że może być w niebezpieczeństwie, bo szarpnął się do dalszego biegu. Jednak to uniemożliwił mu stalowy uścisk dłoni Adama na ramieniu. Dłoń ta nie tylko go unieruchomiła, ale i odwróciła w przeciwnym kierunku, niż zamierzał się poruszać.

— Masz się odczepić od Olimpii, pieprzony szmaciarzu! — wysyczał przez zaciśnięte zęby. — Bo jak nie, to przejedziesz się do Pruszkowa! Zrozumiano?

Przerażenie w oczach „Swetru” wskazywało, że wszystko rozumie aż nazbyt dobrze. Napastnik nie zamierzał jednak na tym poprzestać.

— A to, żebyś nie zapomniał!

Adam preferował używanie rąk do takich czynności. W tej jednak sytuacji, ponieważ prawą rękę ciągle miał zajętą trzymanym ramieniem „Swetru”, skorzystał z innej metody, równie skutecznej. Przeciwnik prawdopodobnie nie spodziewał się takiego ataku, gdyż nie wykonał żadnego uniku. Krótkie uderzenie głową wystarczyło, by Adam niemal usłyszał trzask gruchotanych kości nosa. „Swetru” jęknął, zakrył dłońmi twarz i osunął się na bruk ulicy. Adam nie wyładował jeszcze całej wściekłości. Dla pewności wymierzył potężnego kopniaka w odsłonięty brzuch przeciwnika.

— Żadnych psów. Zrozumiałeś, szmaciarzu? — wysyczał.

— Nie… nie… bij — wyjęczał „Swetru”. — Zro-zu-miałem.

Adam się rozejrzał. Ulica nadal była pusta. Włożył rękę do kieszeni. Od razu wyczuł drewno rękojeści Żądła. Wystarczyło wyciągnąć nóż z kieszeni, nacisnąć przycisk i wbić ostrze w ciało szmaciarza, żeby na zawsze pozbyć się problemu. Adam był jednak pewien, że problem ten już rozwiązał. Przygładził włosy, odwrócił się i ruszył z powrotem.

***

— Kurde, człowieku, żyjesz?

Mężczyzna niczego nie był pewien, więc nie odpowiedział od razu. Zdawało mu się, że kobiecy głos, który docierał do jego uszu, gdzieś już słyszał. Zawsze było tak, że o wiele łatwiej zapamiętywał dźwięki niż obrazy. Zresztą na razie widział jak przez mgłę, tym bardziej że wokół było ciemno.

— Chyba…

— „Koksu” cię tak urządził? Zresztą nieważne. Możesz wstać?

Tego również nie był pewien. Jedyne, czego udało mu się dokonać od spotkania z górą mięśni, to podczołganie się pod ścianę kamienicy i oparcie się o nią plecami.

— Pomogę ci — szeptała pospiesznie kobieta. — Nie możesz tu zostać… Weźmiemy taksówkę.

Mężczyzna miał wątpliwości, czy jakikolwiek taksówkarz zechce zabrać człowieka umazanego krwią. Chciał jednak jak najprędzej znaleźć się z dala od tego przeklętego miejsca. Spróbował podciągnąć nogi i dźwignąć się, opierając plecy o ścianę. Poczuł ból w brzuchu i zawroty głowy. Pewnie by upadł z powrotem, gdyby kobieta go nie podtrzymała.

— Kurde, człowieku, trzeba było za mnie zapłacić tę stówę…

3. Nocne królestwo

Jan podniósł wzrok znad ekranu laptopa. Dochodziła dwudziesta trzecia. To oznaczało, że prawdopodobnie cały dom już śpi. Na wszelki wypadek postukał jeszcze przez parę minut w klawisze. Potem ściągnął z uszu słuchawki i zaczął nasłuchiwać. Oprócz szumu jadących ulicą samochodów i dzwonków ostatnich tramwajów nie było nic słychać. Mimo to postanowił się upewnić, że nikt nie będzie mu przeszkadzał w tym, co zamierzał robić.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 37.95
drukowana A5
Kolorowa
za 67.49