Powozem
Drynda była rozklekotana, ale jechała. Po raz ostatni odwróciłem głowę, by ujrzeć oddalający się Londyn, kształtem coraz bardziej przypominający zbryloną masę. Z wielką niechęcią przystałem na propozycję kuzynki, Elizabeth Lewis, która od miesięcy namawiała mnie do przyjazdu na wieś. Mówiłem jej wonczas, że nie ma mowy, że nauka, co zresztą było podłym z mojej strony kłamstwem, bowiem pod płaszczykiem nauki krył się hulaszczy tryb życia, a że dał się on we znaki moim rodzicom, to już mój błąd w słabym maskowaniu. Trochę więc za przyczyną onych wybryków zostałem wykopany z domu butem tak maminym, jak i ojcowskim. Jechałem więc rozklekotanym powozem na walijską wieś, gdzie ani szynków, ani domów uciech, ani nic.
Stangret pracujący u nas od czterdziestu lat, był to człowiek zaufany i oddany. Nie bez powodu ojciec wydał polecenie, aby to właśnie on, stary George Purcell, zawiózł mnie do wsi Lanyville.
Kiedy mgły londyńskie zanikły, mogłem podziwiać roślinność w pobliżu traktu. Na początku droga wiła się pomiędzy wspaniałymi rzędami topoli. Moje oczy łapczywie chwytały zieloność, ponieważ permanentne mgły przyzwyczaiły mnie do dwukolorowego tła, jakże dusznego i na dłuższą metę męczącego. Tymczasem George Purcell smagał batem konie, które niosły mnie ponad wybojami, wywołując w głowie wrażenie lotu. Miałem żal do ojca, że nie pozwolił mi skorzystać z kolei. Co prawda wyszłoby drożej, ale za to szybciej, przyjemniej i na pewno bezboleśnie. Podług papy podróż dorożką miała mi wyjść na dobre. Cokolwiek miał na myśli. Piękny i wygodny truizm pchał mi się na usta, lecz skasowałem możliwość, by wybrzmiał. Szalone są kolory, gdy pęd oszukuje oczy. We mgle możliwości zredukowane są do rzeczywistości noir. Londyn jawił się w mojej głowie jako grzech, a im większa odległość dzieliła mnie od miasta, tym większa wrażliwość na sprawy związane z imponderabiliami, lub z nich wyrastające.
Będąc ateuszem z krwi i kości nie mogłem mego zachwytu nad przyrodą odnieść do absolutu, aczkolwiek istniała podskórna pokusa, by euforię przyoblec w szatę metafizyki, i rzeczywiście tak robiłem, a jeśli ktoś nazwałby mnie podówczas hipokrytą, miałby ku temu solidne podstawy. Natomiast woźnica mój, George Purcell, mając inne fantazmaty i namiętności, umieszczał je w kobiecych częściach ciała, najczęściej tych najdelikatniejszych. Moglibyśmy nie spotkać się podczas wymiany myśli w górnolotnej dyskusji, lecz bylibyśmy zgodni, tkwiąc po uszy w brudnych wodach domu publicznego, w którym osoba płci pięknej w pełnym rozkroku, w pozycji półleżącej podsycałaby nasze skłonności podstępnym miauczeniem. Takim to więc sposobem, chociaż osadzeni na przeciwległych segmentach, cudownie żeśmy się dopełniali.
Sekundy czyniły minuty, minuty czyniły godziny, a z godzin zrobiony jest dzień i noc. Niebo zaszło nocą, kiedy woźnica postanowił zajechać do zajazdu. Koniom podano porcje owsa, my zaś weszliśmy do wnętrza owego przybytku, w którym aż grzmiało od ludzkiego przeładowania.
— Spędzimy tu noc, jeśli panicz nie ma nic przeciwko — rzekł, patrząc mi w oczy, George. Skinąłem głową, dając tym samym przyzwolenie.
Gdy woźnica ustalał ze szczupłym i niesamowicie schludnym właścicielem szczegóły naszego pobytu noclegowego, mój wzrok uciekł mi nieco w lewo, odsłaniając taki oto widok: pomiędzy dwiema parującymi od alkoholu męskimi łbami zajaśniało oblicze niewieście, i choć jasnym było, iż to dziwka zwykła, akcent sceny spoczywał na niedorzeczności, gdyż między profesją owej pani a jej fizys tkwił wyczuwalny kryzys. Oto z jej twarzy wychylał się nos i nie należał on do nosów jakie posiadają damy lekkich obyczajów. Nos komplikował sprawę do tego stopnia, że aż utknąłem w zapatrzeniu, i nawet gdy George mówił mi, że możemy pójść na górę na pokoje, mój umysł wskoczywszy na wysokie obroty nie potrafił dostroić się do spraw bieżących.
— Ach tak, na górę — rzekłem, wyrwawszy spojrzenie z obrazu złożonego z dwóch samców i kobiety. Lecz ci samczykowie podli zdążyli wyłapać moje patrzenie i już to wystarczyło im, aby wszcząć awanturę. Podeszli i jeden z nich powiedział:
— Pan szuka guza, czy jeno lima?
Tu wkroczył George Purcell z bagażem doświadczeń i mądrości, i takim oto sposobem załagodził sytuację:
— Proszę wybaczyć nam brak roztropności, wszak jesteśmy zmęczeni podróżą i jedyne czego chcemy, to odpoczynku.
Pijaki prawdopodobnie nie zrozumieli nic z tego, co rzekł im mój woźnica, lecz ton w jakim wyłożył im nasz punkt widzenia, uspokoił ich skutecznie. Bolesne było oderwanie oczu od owego nosa tajemniczej damy, i gdyśmy szli po skrzypiących schodach na piętro domu, prowadzeni przez właściciela oświetlającego sobie drogę ogryzkiem świeczki, zatęskniłem już za widokiem białogłowy, za tym wymykającym się logice nosem, za twarzą mającą w sobie pierwiastek szlachetności, który tę twarz wywyższał.
Pokój, w którym mieliśmy spędzić noc, był całkiem spory; ucieszył niezmiernie fakt istnienia okna. Księżycowa srebrność wpadała ukośnym pasem na przydzielone mi łoże. Po wieczornej toalecie rzuciłem się na posłanie, lecz jakież było zdziwienie, gdy miast miękkości, me plecy zaznały koszarowej wręcz twardości. Noc minęła jednak bez problematycznych bodźców, i już o piątej rano siedziałem znów w powozie, obracając w pamięci obraz dziewki otoczonej alfonsami.
Droga w pewnym momencie zaczęła być sprawą wielce nużącą, a widoki za oknem wywoływały wymioty. Oczywiście miałem na podorędziu zioła pomagające cofnąć podbramkową sytuację brzuszną, lecz nie skorzystałem z nich, bowiem mój organizm sam przywołał się do porządku i po paru minutach mogłem o sobie rzec, żem nowo narodzony.
Cały dzień jechaliśmy polami, dolinami, pagórkami, czasem przytrafił się jakiś bukowy lasek, czasem jakieś miasteczko, lecz przeważały wsie i natura w jej dziewiczej postaci. W pewnej chwili tak rzuciłem w kierunku Georga:
— Azaliż krew mnie zaleje z powodu długości podróży, czy może jednak nie zaleje?
Sługa, człek poczciwy, ale deczko przygłuchawy, odparł:
— Za przeproszeniem milorda; że co?
— A nic — rzekłem, machnąwszy ręką. Zacząłem myśleć o wyglądzie: czy mój surdut aby nie wydziela smrodu związanego z potem? I gdym powąchał się pod pachą, odpowiedź przyszła sama. Kuzyneczka Eli będzie musiała zorganizować mi beczkę gorącej wody, bowiem już dzień w podróży powoduje znaczne uchybienia w dziedzinie zwanej schludnością, a tu już drugą dobę jechaliśmy, przecinając Królestwo Brytyjskie wszerz.
W pięknym kraju przyszło mnie żyć — przeleciała myśl z gatunku tych podniosłych, a wyszła ona nie bez powodu. Otóż zmuszony siłą rzeczy do patrzenia na otoczenie, zostałem, mimo niedogodności, jakby oczarowany i zainfekowany estetyką. Ciekawe, co na ten temat powiedziałby sir George Purcell — pomyślałem. W tym momencie moja dłoń przypadkiem powędrowała do piersi, a miałem schowaną na czarną godzinę piersiówkę z zacnym trunkiem. Łyknąłem więc bez zastanowienia, co było mądrym posunięciem, bowiem jesienne chłody mocno pracowały na swą renomę, a wspomniany łyk pociągnął za sobą falę ciepła rozlewającą się po ciele. Jak dobrze mi podówczas było, niech poświadczy fakt, iż wpadłem w sen głęboki a krzepiący. Dopiero tubalny głos Purcella wyrwał mię z owych miękkości, tak charakterystycznych dla krainy Morfeusza.
— Konie muszą odpocząć — rzucił woźnica. Z pewną niechęcią opuściłem wóz, i, gdym znalazł się na zewnątrz pod rozłożystym dębem, zauważyłem, że mgła, o której myślałem, iż przypisana jest tylko Londynowi, spowija część jakże sielskiego krajobrazu.
— Pragnę zauważyć, iż niedaleko jest miasteczko. Jeśli panicz uzna to za potrzebne, możemy tam zajechać i pokrzepić się, tak jak robią to teraz konie — powiedział George.
— A czy jest tam dom uciech?
Woźnica milczał czas jakiś, widocznie rozważał, czy mądrym posunięciem będzie wplątanie mnie w sprawy, które stanowiły część mego nałogu.
— O ile mi wiadomo, dom uciech jest w owym miasteczku, ale pański ojciec rzekł…
— Dobrze wiem, co rzekł mój ojciec — przerwałem służącemu. — A pytam jeno z czystej ciekawości, nie zaś z chęci odwiedzenia rzeczonego miejsca.
Gdy konie podreperowały swoje mechanizmy odpowiedzialne za siłę oraz posłuszeństwo, ruszyliśmy prosto we mgłę, w jej skłębiony biały ośrodek.
Otóż była to mgła totalna, taka, jaką można spotkać we wspomnianym Londynie, mgła pochłaniająca i magiczna. Magiczna dlatego, że to co znajdzie się w jej obszarze, podlega inności. Owa inność to między innymi swego rodzaju zachwyt odbierający świadomość oraz wolę. Ludzie będący we mgle zachowują się inaczej, jakby jakaś siła sterowała nimi, co skutkowało często katastrofą; bywały bowiem przypadki, że osoba która weszła we mgłę, opuszczała ją z poważnym deficytem zdrowotnym prowadzącym do śmierci. Na szczęście nam nic takiego się nie stało, a doświadczony i przezorny George Purcell dowiózł mnie na miejsce, do walijskiej wsi Lanyville.
Rodzinne łono
Kuzynka wystartowała na spotkanie ze mną zaraz jak tylko opuściłem powóz. Rzuciła się na mnie z taką siłą, żem upadł. Dziwna ambiwalencja towarzyszyła mi w tamtej chwili; byłem bowiem uradowany końcem podróży, uradowany widokiem dawno niewidzianej kuzynki, lecz z drugiej strony zeźlił mnie fakt, iż leżałem w błocie pod bądź co bądź słodkim ciężarem kuzyneczki. Gdy cmoknięcia i przytulaski dobiegły końca, Eli pomogła mi wstać, i ciągnąc mnie za rękę poprowadziła do domu.
Otóż przed wystawnym, dużym i starym domem, stała cała służba: ludzie od kuchni, stajenni, praczki, szwaczki, kelnerzy i inni pomocnicy. Rodzina stała na podwyższeniu schodkowym, a składała się z ojca Elizabeth, pana Normana, jego małżonki czyli pani Jane, małej i zasuszonej ale wystrojonej jak stróż w boże ciało pani Harriet, oraz jej męża sir Edwarda. Ci staruszkowie to rodzice Normana. Z boku po lewej stronie stał paląc fajkę sir Miles, brat pani Jane, natomiast za nim, nieco w cieniu, skrywała swe oblicze panna Kathy, córka sir Milesa. Dom zaś podłużnością swą wszedł mi do głowy jako parodia prostokąta, ale możliwe, że zaistniał w mym postrzeganiu wówczas rodzaj ignorancji, lub swoistego błędu, bowiem zbyt mało uwagi poświęciłem owej okazałej budowli. Chyba każdy zrozumie, iż bardziej interesowali mię ludzie, nie zaś przyroda wielce nieożywiona, która jedyne co mogła uczynić w sferze ciekawości, to zapodawać niemy sygnał istnienia.
Prócz jakże ożywionej i rzekłbym, iż namolnej kuzynki Eli, mój wzrok co rusz uciekał ku Kathy, która takoż była mą kuzynką, jeno lichsze oplatały nas macki pnącz. Trzeba to zmienić — rzekłem sobie.
Nagle odezwał się pan Norman:
— Radzi jesteśmy, że zdecydowałeś się zaszczycić swą obecnością rodzinę, paniczu Dzbanku.
Wtrącić tu muszę, iż rzeczywiście dano mi na imię Dzbanek, a fakt iż może wywołać to salwę śmiechu, spływa po mnie, ile to już razy wyśmiewano się z mego imienia, zliczyć nie potrafię. Co do Normana, ojca Eli, to wyglądał ów jegomość następująco: włos gruby, jasny, pod blond podpadający, wąsiska obfite, zresztą tak jak nochal, który jednak deczko wspomnianymi wąsiskami zamaskowany, nie wzbudzał u badacza urody abszmaku bądź wstrząsu psychicznego. Mówił on w sposób tak wyraźny, iż można było odnieść wrażenie, iż pragnie zabić interlokutora dykcją oraz dobitną wymową. Kiedy skończył, doświadczyłem ulgi porównywalnej do tej, kiedy opróżnisz pęcherz po pięciogodzinnym wstrzymywaniu.
Wchodząc do środka chawiry poczułem zapach dostojności. Niezwykle trudno wytłumaczyć, na czym ów zapach polega, czy może jakie nuty zapachowe na myśl przywodzi, natomiast nie dało się ukryć, iż wciągnęła mię ta woń bez reszty, i stałem czas jakiś z rozdziawioną twarzą, delektując się rzeczonym pachnidłem. Jedyne co mogę dodać, to fakt, iż ów zapach na pewno ma wiele wspólnego z ubraniami, a być może to właśnie one są jego źródłem, kto wie.
Kuzynka swoim zwyczajem pociągnęła mię w głąb domiska. Chata, choć nie miastowa, nie ustępowała kamienicom w obszerności, a nawet je deklasowała, ponieważ pomieszczeń było tam co niemiara, aż mi w głowie szumiało.
— Tu jest jak w labiryncie — rzekłem przytłoczony, na co Eli rzekła, żebym nie przesadzał.
Czekał mnie powitalny obiad, lecz przed oną uroczystością, kuzyneczka postanowiła pokazać mi swój pokój.
Pomieszczenie duże, z oknem od wschodniej strony, wychodzącym na parczek i ogród. Z boku, jakby w zapomnieniu stał okryty ciemnym materiałem fortepian.
— Grasz coś? — zagaiłem, choć domyślałem się odpowiedzi.
— Dawniej grywałam, ale że zmuszano mię do tej czynności nazbyt często, to zaczęłam działać na przekór wszystkim, aż w pewnym momencie moja nauczycielka od muzyki rzuciła książką z nutami i podniesionym tonem powiedziała: ja z barbarzyńcami nie mam zamiaru pracować! I jak stała, tak wyszła, jeno drzwi furknęły.
— Ja też teraz nie grywam, chociaż przyznam, że znam parę kawałków Beethovena, Mozarta, czy Haydna.
Kuzynka obrzuciła mię wówczas zazdrosnym spojrzeniem, mówiącym coś w stylu: lepiej się nie wymądrzaj, bo tego nie lubię.
— A oto mój portret, namalowany przez tutejszego malarza — rzekła, wskazując dłonią na znajdujący się na przeciwległej ścianie obraz, może nie nędzy i rozpaczy, ale na pewno nie wyzierał z niego smak ni talent, jeno czyste rzemiosło, nic więcej. Oczywiście esencyję mego spostrzeżenia przemilczałem, a powiedziałem tylko:
— Całkiem całkiem.
Już myślałem, że to tyle z atrakcji onego pomieszczenia, gdy nagle Eli wyciągnęła spod łóżka gitarę i zagrała na niej jakiś hiszpański motyw. Doznałem mini szoku, bowiem dźwięki te poruszyły głęboko ukrytą strunę mej duszy i aż usiadłem z wrażenia, co zdarzało mi się niezwykle rzadko.
— To było… — zabrakło mi słów.
— Był tu przejazdem Wiktor del Zmoro, pewien artysta z Hiszpanii, i to jemu zawdzięczam umiejętność zagrania tego utworu.
— Zazdroszczę — oświadczyłem trochę wbrew sobie, i w momencie przyrzekłem w duchu, iż już tego rodzaju gaf nie popełnię.
Eli wpadła na kolejny pomysł, lecz wpadłem jej w słowo:
— Czekaj, a czy mógłbym wziąć kąpiel?
— Teraz?
— Tak, to chyba normalne po prawie trzydniowej podróży, zresztą jestem błotem oblepion.
Do łaźni odprowadzony zostałem przez piękną, młodziutką służącą, jak się potem okazało o imieniu Doris. Kiedy zamknęła za sobą drzwi, zdjąłem surdut, przepoconą koszulę, a cylinder, z którym niezmiernie rzadko brałem rozbrat, położyłem na krześle. Będąc w stroju adamowym wszedłem do beczki aż po szyję. Przyjemność jaka mi wówczas towarzyszyła ciężko do czegoś porównać, są bowiem różne rodzaje bodźców sprawiających ciału uciechę, lecz ten typ nie ma żadnych odpowiedników. Pławiłem się w ciepłej wodzie niczym największy szczęściarz, a wszystkie myśli, jakie mi przychodziły do głowy podnosiłem do rangi arcy.
Z zadumy wyrwały mnie drzwi i ich denerwujące skrzypienie; otworzywszy oczy zobaczyłem wspomnianą służącą, która przyniosła mi ubranie na zmianę. Jaka ona jest piękna — pomyślałem i bliski uwolnienia słów na zewnątrz, przygryzłem wargę. Nie przystoi człowiekowi z pewną rangą bratać się z dołami społecznymi — przeleciało mi przez głowę. Posłałem jej spojrzenie zawierające w sobie pewną dozę ciekawości, tak przynajmniej mi się wydawało, i gdy zniknęła za drzwiami, przezwyciężyłem rozleniwienie płynące z ciepłej wody, wstałem, i założywszy na rozgrzane ciało warstwy codziennego ubioru, gotów byłem do podbijania serc niewieścich, jak i do odwiedzin szynków, lecz w momencie przyszło otrzeźwienie: przecież jestem na wsi, tu nie ma wspomnianych rozrywek. Moja mina musiała wpaść w antybananowość, bo, gdy wyszedłem poza łazienkowe okoliczności i spotkałem na swej drodze Eli, ta rzekła:
— A coś ty taki zły?
— Ja? Zły? Nonsens — odparłem i poszedłem do przydzielonego mi pokoju, który był tuż obok pokoju Elizabeth.
Mój gust związany z odzieniem polegał mniej więcej na tym, że prawie nigdy nie rozstawałem się z cylindrem. Był to kapelusz wysoki, pokryty atłasem w kolorze czerni. Jakże dobrze było mi na duszy, gdy chodząc po nocnym Londynie z przyjaciółmi, wzbudzałem u przedstawicielek płci przeciwnej śmiech, lecz nie ten drwiący, a wynikający raczej z zawstydzenia elegancją, jaka biła z każdej strony mego jestestwa. Tak i teraz pragnąłem być najlepszą wersją samego siebie, i przeglądając się w lustrze jak panna, wpadałem czasem w rodzaj zażenowania. Ale jesteś niemęski — mógłby rzec mi wówczas ojciec, gdyby widział to, co widziałem w odbiciu.
Obiad
Do stołu zasiadłem po drugiej. Stół był długi, pasował w sam raz do pokoju zaprojektowanego tak, aby można było organizować w nim biesiady, spotkania towarzyskie lub tak zwane rodzinne zloty. Na szczęście posadzono mnie obok Elizabeth, a po drugiej stronie miałem pannę Kathy. Natomiast gdym podniósł głowę, mogłem dostrzec, siedzącą naprzeciw damę Jane, oraz seniorkę, Harriet. Obie wystrojone w ciężkie suknie. Ich bufiaste rękawy jakimś cudem nie stykały się z potrawami, których na blacie było zatrzęsienie. Dosyć ciężko wytrzymywałem spojrzenia pani Harriet, bowiem ta kobieta badała mnie jakbym eksponatem muzealnym co najmniej był, choć z punktu widzenia metryki to właśnie ona winna przebywać za szybką.
Me rozkminy przerwane zostały dźwiękiem uderzania łyżeczką o brzeg filiżanki.
— Przepraszam bardzo — rzekł sir Edward. — Jako najstarszy spośród zebranych pragnę powitać i uprzejmością rozmiękczyć naszego gościa, będącego de facto członkiem naszej rodziny, rodziny korzeniami sięgającej czasów Plantagenetów. Czy wiesz, drogi, że płynie w nas błękitna krew?
Początkową nieśmiałość prędko zredukowałem do malutkiego robaczka, dlatego bez żadnego problemu sformułowałem taką oto odpowiedź:
— A czy szanowny wuj wie, iż w przyrodzie błękitną krew mają również ośmiornice? Nie po drodze mi z abominacją, dlatego pozwoli wuj, iż nie przyczynię się do rozrostu entuzjazmu.
Sir Edward zbladł, mimo iż jego naturalnym kolorem był biały, a zebrani zaczęli tuszować niezręczność wymuszonymi kaszlnięciami, chrząknięciami, bądź zaczynem nowych wątków. Wuj młodszy, czyli ojciec Eli rzekł:
— Jedzmy, póki ciepłe.
Jak na rozkaz zaczęła się symfonia uderzeń sztućców o talerze, co dawało cudowny efekt. Natomiast samo żarcie, że tak powiem, niesamowicie mi smakowało. Otóż brown windsor była tak sycąca, że aż brakowało miejsca na drugie danie. Bo czy zupa na bazie jagnięciny potrafi zostawić smakosza w stanie nienasycenia? Pytanie retoryczne.
— Jaki jest rzeczywisty powód twojego do nas przyjazdu? — przerwała pasmo spożywczego mileczenia pani Harriet. Owa dama byłaby zwykłą starszą panią, gdyby nie usta, które potraktowane szminką uwydatniały się ponad miarę, czyniąc z tej części ciała element parodystyczny.
— Niech mama nie niepokoi gościa, przecież dopiero co przyjechał — rzekła sztucznie poruszona pani Jane.
— Ale żaden problem, odpowiem na wszystkie pytania świata. Otóż, jeśli mam być szczery, to przyjechałem tu po to, aby odetchnąć od życia w Londynie.
— Jakież muszą w tym Londynie panować straszne warunki, skoro aż tak wymęczyły naszego młodego człowieka? — drążyła temat Harriet Duże Usta.
— Za dużo wina oraz dziewek — walnąłem prosto z mostu.
Spostrzegłem, jak czerwień wstydu i zażenowania oblewa oblicza Harriet i sir Edwarda. Starsze państwo reprezentowało inne czasy, w których nadmierna nonszalancja traktowana była jak obraza. Co tu dużo mówić, sprawiło mi to sporą satysfakcję, iż doprowadziłem ich, a zwłaszcza panią Harriet Duże Usta do wrzenia.
— Szczerość jest cnotą, ale może być również oznaką niedojrzałości — powiedział dostojny wuj Norman. — Ale jeśli już padły z twych ust takie słowa, to czy mógłbyś przybliżyć nam, oczywiście w przystępny sposób, okoliczności twego upadku moralnego?
Upadku moralnego? Ten wuj chyba za bardzo wczuł się w rolę moralizatora — pomyślałem.
— Życie studenckie pokochałem miłością bezgraniczną, a że w skład onego życia, prócz nauki rzecz jasna, wchodziły liczne wycieczki do szynków zakończone ostrą popijawą, i takoż liczne odwiedziny domów publicznych, to mój ojciec w końcu uznał, że najlepszym dla mnie rozwiązaniem będzie czasowy pobyt na wsi. Ot, cała historia — powiedziałem na jednym wydechu.
— Brawo! — zapiszczała kuzynka Eli — niech żyje szczerość i swoboda!
— Elizabeth! — krzyknęła pani Jane.
Milczący do tej pory pan Miles zabrał głos:
— Sądzę, iż każda epoka miała swych urwisów i zawsze istnieli ludzie, mówiący, iż w ich czasach bla bla bla. Dlatego to co powiedział panicz Dzbanek uważam za tak bardzo ludzkie i tak bardzo prawdziwe, że mam ochotę uścisnąć jego prawicę.
Elegancja pana Milesa zaburzona była jego dość długą i gęstą rudą brodą, niekoniecznie współgrającą z całością. W jakiś tajemniczy sposób imponował mi ten człowiek, i wcale nie z powodu wygłoszonej przed chwilą mowy. Skinąłem głowę w jego kierunku, chcąc mu powiedzieć, że zakumałem ów przekaz i że otwarty jestem na wszystko, nie wykluczając współpracy przy czymś wielkim.
Tymczasem na stół wjechał dzik z jabłkiem w pyszczku. Zaczęliśmy odkrawać sobie znakomite kąski. Jako dżentelmen najpierw odkroiłem część dla Eli, potem zaś dla siebie.
— A któż stoi za tak pysznie przyrządzoną dziczyzną? — zapytałem z ustami pełnymi rzeczonego mięcha.
Nikt nie odpowiedział na wyżej postawione pytanie. Czyżby rodzina Eli odczuwała do mnie niechęć? — przeszedł mi przez głowę śnieg z deszczem.
Spożywaliśmy pokarm przekreślając totalność ciszy różnymi mlaśnięciami, dźwiękami jakie wydaje talerz, gdy uderzy się weń widelcem lub nożem. Szczęk mini oręża, a w przypadku metalowych zębów — patrz sir Edward i lady Harriet — szczęk szczęk, takich czasów dożyłem, że prawda jako wytrącający z homeostazy kamyk, jest sprawą wartą grzechu tylko wówczas, kiedy zdecydujesz się na towarzyskie samobójstwo; oni cię wykopią zanim dokończysz zdanie mówiące o tym, że białe są śniegi zalegające na polach Walii.
Pani Jane dbała jednak jako tako o dobrą atmosferę, ponadto czułem, że jest w niej sporo dobrej jakości jakości lecz przeklęte standardy manier uniemożliwiają jej pełne rozwinięcie skrzydeł, na których mogłaby polecieć na sam szczyt góry Ararat. Tak, myślę, że ona jako jedna z nielicznych potrafiłaby przeciwstawić się złu a takoż przeprowadzić rodzinę przez męki czasów apokaliptycznych. Była to kobieta ładna, mająca świadomość, że jej najlepsze lata minęły bezpowrotnie, i że przed sobą ma określony czas, o którym wiedziała tylko tyle, że istnieje, jednak ciężar przemijania zdawał się jej nie dotykać, a przynajmniej potrafiła dobrze grać w grę pod tytułem dobra maska do podłej sytuacji. Czy należała do wąskiego grona optymistów? Śmiałem wątpić. Lady Jane nosiła siwe pasma włosów, chociaż sposób na pozbycie się ich, to znaczy owych pasm, by się znalazł, ale widocznie przywiązanie do tego co tu i teraz było silniejsze. Moja wewnętrzna erotyka przybliżała jej obraz w chwilach pobudzenia seksualnego, o którym za nic w świecie nie można było publicznie mówić, i widziałem w niej (o zgrozo!) dobry materiał na kochankę.
Było dla mnie niezwykle frustrujące, że sprawy seksu zostały zepchnięte do wnętrza człowieczego. Przecież aby uniknąć masturbacji należałoby ową sferę właśnie wyprowadzić z wnętrza, z tej ciemnej nory chłopięcych marzeń prosto do sfery międzyludzkiej, aby ów temat rozciągnąć między ludźmi i tym samym zdjąć z niego nalot demoniczności. Bo kto uczynił z seksu sprawę dla reportera, jeśli nie ludzie uzbrojeni w krzyże i dekalog. Seks, będący zachowaniem tak zdrowym i potrzebnym, jak oddychanie, czy wydalanie, wpadł w pułapkę na myszy, i nie będąc myszą stał się nią, i wepchnięto go do wspomnianej nory.
Pani Jane, a w zasadzie ciotka Jane, przywodziła mi na myśl — myśl nieczystą, brudną, błotem oblepioną. Patrzyłem na nią pomiędzy kęsami i prosiłem jakiegoś boga, aby zesłał na mnie bat, który przywoła marnotrawnego syna do porządku.
— Jutro odwiedzimy Lukasa Moonfoxa — szepnęła Eli, wyrywając mnie z letargu.
— Lukasa? Czy ja go znam?
— Nie znasz, ale poznasz — uśmiechnęła się ładnie kuzyneczka.
Lukas Moonfox
Po wyjątkowym i sytym obiedzie, który trwał do szóstej wieczór, padłem nieprzytomny na łóżko i zapadłem w płytki, rwany sen. Okropne koszmary targały mną bez litości, dlatego śniadanie i pierwsza kawa wypita w towarzystwie sir Milesa i jego córy, przebiegły jakby obok, gdyż ja, a w zasadzie moja głowa spowita bielą mleczną, tkwiła jeszcze w reminiscencji snu, za co, gdybym mógł, wypłaciłbym sobie liścia. Istną bowiem głupotą jest przywiązywanie uwagi do snów, i niech mi nikt nie mówi, że jest inaczej.
Z ogromnym trudem rozstałem się z ciepłem salonu, gdzie sir Miles roztaczał wokół siebie miłą woń tytoniu, natomiast Kathy coraz częściej zaczęła zerkać w moją stronę, co odczytywałem jako sygnał do uruchomienia pierwszego lodołamacza. Eli wręcz wywlokła mię z domu na zewnątrz.
Wieś owa jakoś nie łączyła się z sielskością, co stanowiło pewne zaskoczenie, biorąc pod uwagę fakt, iż prawie wszystkie wsie, w którch byłem, przywodziły na myśl miłą a jednocześnie naiwną aurę; otóż ta mieścina brała udział w czymś głębszym, czymś co nie pozwalało na wtrącenie jej do lochu określoności. Wszelkie lęki istniejące w świadomości, dotyczyły zwykle rzeczy niemających żadnego związku z tym co poznane, nazwane i ugruntowane. Dlatego usilnie dążyłem do poznania prawdy na temat otaczającego mnie świata, a zjawiska, o których Eli chciała mi powiedzieć za pomocą swego kolegi, Lukasa, traktowałem z buta. Bo jak inaczej nazwać spirytyzm, jeśli nie bujdą na kołach, stworzoną dla ciemnoty po to, by jeszcze bardziej zaciemnić to, co tak naprawdę jest li tylko wymysłem chorych umysłów.
Szliśmy drogą, a po obu stronach ciągnęły się drewniane płotki, ponieważ prawie na każdym podwórzu chodziły sobie owce po trawce i namiętnie ją skubały. Oczywiście ci co posiadali większe stada, wyprowadzali je wyżej, w góry, a ludzi pilnujących zwierzynę nazywano bugalionami.
Gdy opłotki skończyły się, ich miejsce zajęły olchy i jawory, dlatego ta część drogi przypadła mi do gustu najbardziej. Cóż jednak było takiego we wspomnianych drzewach, że wzbudzały mój zachwyt? Może to, że jak byłem małym chłopcem, drzewa odgrywały istotną rolę. Miałem skrytkę na brzozie, z dębowej gałęzi skakałem do rzeki w porze letniej, a moją pierwszą lekturą był Król Olch Johanna Wolfganga Goethego. Po przeczytaniu onej ballady zachorowałem. Miałem gorączkę, majaczyłem, myślałem, iż jestem bohaterem tego utworu, i w ogóle męczyłem się strasznie, jednocześnie Króla Olch zapamiętałem jako coś niedoścignionego, coś, co nigdy nie zostało wymazane z mojej pamięci, mimo swoistej drastyczności dzieła. Chłonąłem pełną piersią dziwną ponurość olch, a Eli śmiała się ze mnie, tak jak ja mógłbym śmiać się z niej i jej fioła na punkcie spirytyzmu.
W pewnym momencie skręciliśmy w lewo, w miejsce zakrzewione dziką roślinnością; droga sprawiała wrażenie zaniedbanej, jakby ludzie nie zapuszczali się tutaj. Pokonaliśmy nieznacznych rozmiarów pagórek, a za nim, w dole, chałupka licha; nikt by nie uwierzył, iż właśnie w niej pomieszkiwał Lukas Moonfox.
Człowiek ten był zwalisty i miał zarazem w sobie coś magnetycznego. Jego kwadratowość twarzy wtryniała mnie w koszmar geometrii, gdzie każdy element otoczenia musiał mieć swój odpowiednik w konkretnej figurze, ot, takie zboczenie neurotyka. Chwaliłem go w duchu za brak modnego zarostu, a ja, jako praktykujący nonkomformista, z automatu odrzucałem wszelkie nowinki z tak zwanego wielkiego świata, w którym od zawsze rządził pozbawiony empatii papier. Dość miałem zawracania głowy nowymi prądami, manierami, kulturowymi zapłodnieniami i tym podobnymi. Ucieszył mię zatem odpowiedni wygląd sir Lukasa Moonfoxa, i nim wypowiedział swe pierwsze zdanie w mojej obecności, już zdążyłem umiejscowić go w panteonie gwiazd.
— Rozumiem, że oto sir Dzbanek w całej rozciągłości — powiedział tubalnie Lukas.
W rozciągłości? A cóż to za lapsus, nie lepiej brzmiałoby zdanie: a oto sir Dzbanek podświetlony nimbem oświecenia, czy coś w ten deseń… — myślałem podniecony.
Szliśmy onym zakrzewionym traktem w stronę starego młyna, a Eli trajlowała jak opętana. Miałem jednak sposób na oną werbalną rozwiązłość, a polegał on na wytrącaniu nakręconej lali, lub wtrącaniu swych trzech dolców, aby z monologu powstał chaos, który każdemu prędzej czy później da się we znaki. Tak więc po paru minutach równowaga wróciła na dawne tory.
Tymczasem mijaliśmy bardzo starą, winem porośniętą i biednie wyglądającą chatkę, w której mieszkała ponoć miejscowa pasterka, o której mówiło się, że jest opętana. Kiedy zapytałem kuzynkę, czy mogłaby przybliżyć mi ów temat, ta zbladła, i z osoby gadatliwej, na parę chwil przeobraziła się w milczka. Idący po mojej drugiej stronie Lukas takoż ucichł, co sprawiło, żem obiecał sobie, że nie odpuszczę, i zrobię wszystko co w mej mocy, by wpuścić nieco światła na tajemnicze zagadnienie.
Którym bez wątpienia jest opętanie. Czy człowiek dysponujący mózgiem może stwierdzić, iż istnieje taka opcja, by wnętrze ludzkie, i nie chodzi mi tu tylko o fizyczność, lecz o całą resztę spiętą klamrami konstytucji powstałej na bazie pamięci, tożsamości i wiedzy, więc wracając, czy istnieje taka opcja, by wspomniane wnętrze przeznaczone tylko na jedną jaźń, jedną osobę, jeden układ, mogło pomieścić jakimś cudem kogoś lub coś innego, przybyłego z zewnątrz?
Kiedy wypowiedziałem to na głos, Lukas roześmiał się w głos.
— Błądzisz człowieczku, błądzisz — rzekł i poklepał mnie po plecach, co odczytałem jako gest zrodzony z kordialności i życzliwości. Ale tylko na pierwszy rzut oka, bo potem cała ta szopka w jego wykonaniu zapachniała mi tanią zagrywką protekcjonalności.
Pokonaliśmy jeszcze dwa lekkie wzniesienia i dotarliśmy na miejsce.
— Oto stół dębowy — powiedział uroczystym tonem Lukas, wskazując na dębowy pień, który rzeczywiście przypominał stół. Staliśmy czas jakiś i patrzyliśmy na wystającą z ziemi figurę. Wyobrażałem sobie, że w przeszłości rosło tu duże drzewo, latem dające cień, natomiast teraz spoglądałem na nielichy fragment dawnej wspaniałości. Dookoła pnia leżały głazy różnej wielkości, zupełnie płaskie na górze, służące prawdopodobnie do siedzenia. Lukas pierwszy usiadł na jednym z nich, i powiedział, żebyśmy zrobili to samo. Gdy moja zadnia część styknęła się z zimną powierzchnią martwej natury, doświadczyłem czegoś dziwnego: otóż jakiś prąd przeszedł od stóp aż po głowę. Kiedy minęły dreszcze, uzmysłowiłem sobie, iż mam w sobie coś, czego nie miałem wcześniej, a mianowicie ogromną chęć do działania, i pewien solidny apetyt na, mówiąc już totalnie ogólnie — życie.
Siedzieliśmy we trójkę, a dłonie trzymaliśmy na blacie dębowego niby stołu.
— Gdy dam wam znak, złapiemy się za ręce — rzekł poważnie Lukas. Ów człek zamknął oczy i zaczął wypowiadać słowa zupełnie mi obce. Rzuciłem pytające spojrzenie w stronę Eli, a ta odpowiedziała mi kiwnięciem głowy, jakby chciała przez to powiedzieć, że spoko oko kuzyn, sprawa jest pod kontrolą.
— Teraz — powiedział Lukas i chwyciliśmy się za dłonie. Miałem zamknięte oczy, gdy doznałem uczucia, jakby jakaś siła unosiła mię. Oczywiście były to jeno złudzenia, a moje czujne oko mocno stąpającego po ziemi ignoranta, tkwiło w przygotowaniu, by wyłapać wszelkie nieścisłości, magiczne sztuczki czy zwykłe oszustwa. Nie pomagał fakt, iż musieliśmy mieć zamknięte oczy, natomiast dobrze wiedziałem, że ma to wywołać stan dyskomfortu i na bazie lęku mag miał budować numer prestidigi.
Moonfox strzelał pojedynczymi wyrazami, mającymi przywołać ducha. Wołał:
— Manfredzie, Manfredzie, przybądź, słyszysz, przybądź, duchu udręczony, Manfredzie, och Manfredzie!
Trwało to podług mego poczucia czasu krótko, i po około trzech minutach uścisk Lukasa zelżał, a ja otworzyłem oczy.
Pierwsze co zauważyłem, to malujący się na bladym obliczu kuzyneczki strach. Już chciałem zapytać, o co chodzi, kiedy wybrzmiał baryton Lukasa:
— Poczuliście coś?
— Ja nic — rzekłem.
— A ty? — zwrócił się do Eli Moonfox.
Elizabeth milczała parę sekund, by w końcu wybuchnąć nienaturalnym śmiechem. Szczerze mówiąc musiałem wznieść niewidzialną fortecę, by groza bijąca ze wspomnianego śmiechu nie zatruła mię lękiem. Lukas natomiast wykrzywił usta w sposób pozwalający zinterpretować to jako uśmiech podstępu.
Miles i jego fajka
Spotkanie z Lukasem skończyło się, gdy jakaś rozczochrana, odziana w połatany szlarok osoba płci żeńskiej, zawołała go do domu.
— Ale mówiłaś, że mam dziś wolne — wpadł w nerwy Lukas.
— Nie dyskutować, do domu, marsz!
Gdy zwalisty facet zniknął nam z pola widzenia, zapytałem:
— To była jego mać?
— Gorzej. Siostra. Ona powinna być w szpitalu dla osób obłąkanych, lecz z niego uciekła. Zadręcza Lukasa jakimiś idiotycznymi zabawami, a kiedy brat nie spełnia życzeń siostrzyczki, ta wpada w furię.
— Czy Lukas nie może iść z tym do bobbies?
— Nie, ponieważ sam jest poszukiwany.
— O rany, a co takiego zrobił?
— Dokonał gwałtu na nieletniej w Edynburgu — szepnęła lekko zarumieniona Eli.
Staliśmy koło dębowego stołu, mając w pamięci krótki, acz intensywny seans, i wspólnie postanowiliśmy wrócić do domu.
W dali majaczył las, przed i za nami rozciągał się pofałdowany teren, brzozy lekko zaszumiały potraktowane niezdecydowanym wiaterkiem. Słońce natomiast bawiło się tego dnia w chowanego i częściej siedziało skryte za ciężką fasadą ołowianych chmur.
— Czy inni twoi znajomi takoż mają problemy z prawem?
— Tak. Jest tu na przykład golibroda, który golił równo w stolicy, ale nigdy nie dał się złapać. Są panie lekkich, ale już wypadły z branży z racji wieku. Na końcu wsi, za owym największym pagórkiem mieszka morderca.
— Żartujesz…
— Chciałabym.
— Jak ma na imię?
— Wiliam Frog.
Zauważywszy charakterystyczny żywopłot otaczający posiadłość państwa Lewisów, skręciłem, poszedłem wzdłuż onego żywego płotu, i wyciągnąłem z kieszonki surduta tytoń. Skręciłem sobie na szybko małego pyrtka, i spaliłem go w obecności takoż palącej Eli. Z tym że ona miała długi elegancki ustnik, do którego przymocowany był całkiem już dopalony papieros.
Miejsce przy żywopłocie stało się z czasem kultowe; każdy wypad poza dom poprzedzaliśmy swoistym rytuałem, niezwykle dla nas istotnym.
Spowijała nas bezbarwna, acz wyczuwalna chmura nikotynowa, gdyśmy weszli do salonu. Siedział tam przy małym stoliczku sir Miles. Czyżby podczas naszej nieobecności cały czas przebywał w onym, bądź co bądź, najprzyjemniejszym i najbardziej jasnym z powodu wielu okien, pokoju?
— Witam wuja — powiedziałem, wystawiając rękę na modłę indiańską.
— Witam Dzbanka — odparł bezgestowo Miles. — Gdzie zgubiłeś Elizabeth?
Jego pytanie sprawiło, że odwróciłem się, i odnotowałem, iż po Eli ani śladu. Przecież szła ze mną cały czas. Pewnie poszła do swego pokoju. Trochę zburzyło to plan, bowiem miałem zapytać ją o sesję, i o jej samopoczucie po.
Tymczasem Miles delektował się dymem fajczanym.
— Palenie tytoniu fajkowego w fajce jest dla mnie sensem życia — powiedział sir Miles. — Otóż fajka, którą trzymam w dłoni, zrobiona jest z wrzośca drzewiastego, i należy do rodzaju bent. Niesamowicie istotnym elementem sztuki palenia jest niewątpliwie nagar. Wyobraź sobie, młody człowieku, że ścianki główki fajczanej pokryte są nalotem, który składa się z warstwy spalonego tytoniu oraz spalonego drewna. To właśnie jest wspomniany nagar. Nalot spełnia ważne funkcje, ponieważ po pierwsze chroni element fajki przed zwęgleniem, oraz wchłania pewną ilość wilgoci powstającej w trakcie palenia. Niektórzy moi znajomi smarują wnętrze główki miodem, lecz uważam to za swego rodzaju fanaberie. Nie ma dobrego palenia bez ubicia tytoniu i umiejętnego rozżarzenia. Moim ulubionym elementem celebracji jest nie tyle co wciąganie dymu do ust, czy nawet do płuc, co zapach, który jest tak subtelny i tak niepowtarzalny, że nie dziwię się, iż palaczy z roku na rok przybywa. Zobacz; rozstaliśmy się ponad dwie godziny temu, gdy poszedłeś gdzieś razem z Elizabeth, po czym wróciłeś, i zastałeś mię w tym samym miejscu. Co robiłem przez ten czas? Opalałem. Paliłem. Pławiłem się w dymie. Ale, zaraz… czuję, że panicz również sobie podpala.
— Tak, ale to jeno tytoń zawinięty w bibułę. Na fajkę jestem chyba jeszcze za młody.
— Nie ma czegoś takiego, jak bycie za młodym na palenie fajki, drogi przyjacielu.
W tym czasie wróciła Eli. Miast zwiewnej kiecki, jaką miała na sobie wcześniej, założyła suknię bardziej elegancką, na szczęście bez krynoliny.
— Gdzieś zniknęła? — zapytałem szczerze zdziwiony.
— Nie wypada mi mówić — rzekła zarumieniona.
Zrozumiałem, że chodziło pewnie o sprawy kobiece, dlatego uciąłem temat. Ciekawiło mię jednakowoż coś zgoła innego.
— Miałem cię zapytać wcześniej, lecz nie było ku temu okazji… co przeżyłaś, zaraz po seansie spirytystycznym?
Eli znowu schowała głowę w piach, widocznie podług jej rozumowania strusizm to sposób na obchodzenie trudnych tematów.
— Czy dobrze rozumiem, że spotkaliście się dziś z tym, pożal się Boże, medium, sir Moonfoxem? — zapytał pośród siwizny dymu, Miles.
Zerknąłem na Eli, która przejęła pałeczkę prowadzenia wątku, i tak odparła, patrząc prosto w przesłonięte welonem mgły oczy swego wuja:
— Nie ma szanowny wuj żadnych podstaw, by tak surowo traktować pana Moonfoxa, a jeśli jest wuj w posiadaniu jakichś, obciążających wspomnianego człowieka wiadomości, proszę mówić.
Miles z właściwą sobie flegmą poczekał, aż teatr dymu dobiegł końca, i rzekł:
— Panienka chyba nie chce, bym zasunął prosto z mostu, a musi panienka wiedzieć, iż owszem, jestem w posiadaniu obciążających Moonfoxa informacji.
Elizabeth aż otworzyła usta ze zdziwienia.
— Ale jak… skąd wuj… kiedy… — jąkała się zawstydzona.
— A ty skąd? — zaptytał Miles.
— Toż cała wieś o tym wie, że Lukas zgwałcił nieletnią.
— A więc jeśli cała wieś wie, to w takim razie na jakiej podstawie panienka zakładała, że ja się nie dowiem?
— Na podstawie wuja specyfiki, oraz faktu, iż często buja w obłokach, otoczony obłokami z fajki.
Miles uśmiechnął się na owe słowa, co stanowiło rzadki obrazek, bowiem nie często obdarowywał świat pogodnym ustawieniem twarzy.
— Dobrze wiedzieć jak jestem odbierany przez przedstawicielkę młodszej części tkanki społecznej.
— Czy wuj zgłosił już Lukasa na policję? — ciągnęła temat Eli.
— Ja? A czemu miałbym to zrobić?
— Moralność i te sprawy…
— Otóż moralność i te sprawy mało mnie obchodzą, a jeśli już to tylko w sytuacjach podbramkowych, że tak to ujmę, tymczasem proszę was, abyście dali mi chwilkę wytchnienia, muszę bowiem dopalać fajkę.
Opuściliśmy salon i przechodząc przez duży pokój z fortepianem stojącym na środku, zaczepiła nas panna Harriet:
— Przepraszam was, czy widzieliście gdzieś mego syna, Normana? — zapytała swymi nienaturalnie obfitymi ustami.
— Ja niestety nie widziałem — odparłem.
— Ja też nie — odpowiedziała Eli.
— W takim razie będę musiała zajrzeć do salonu, może tam siedzi.
— Nie, tam jest tylko sir Miles ze swą fajką — rzekłem i od razu uświadomiłem sobie, że popełniłem swego rodzaju gafę.
Panna Harriet popatrzyła na mnie, lecz to nie oczy mnie badały, a usta duże i karykaturalne. Śmiech zaczął napierać od wewnętrznej strony na usta, moje usta, mam nadzieję, że nie tak wielkie, jak usta panny Harriet. Z jednej strony powaga, majestat i godność starszej pani, z drugiej żabiość, parodia i żart.
Ruiny
Elizabeth należała do ludzi neurotycznych; zdążyłem zauważyć, że nie cierpiała mówić o swoich uczuciach, co było zrozumiałe, ja też bowiem zaliczałem się to tej grupy. Poranne mgły majaczyły nam przed oczami, kiedy pokonywaliśmy trawiastą rosę w pogoni za nieuchwytnością czegoś pozbawionego kształtu, nazwy i nawet sensu. Co ma wspólnego wytwór wyobraźni młodych umysłów z dorosłością, w skład której wchodzą definicje, układy, pieniądze i robienie wrażenia? Co prawda blisko mi było do tego naszpikowanego logiką świata ludzi pozbawionych marzeń, lecz Elizabeth permanentnie zarażała mnie spontanem i energią, która o dziwo była we mnie, i wcale nie aktywowała się tylko wonczas, gdy w grę wchodził alkohol i dziewki z burdelu. Rozciągnięty pomiędzy światami dotykałem zmysłami ściany; wiedziałem, że czas ucieka, i że trzeba podjąć jakąś decyzję. Nie teraz, jeszcze nie teraz — podpowiadał pewien głos, pewnie rozsądku, albo nierozsądku, cholera wie.
Gnaliśmy niczym rącze konie, jak poparzeni, jak nienormalni. Łączył nas wówczas duch przygody, młodzieńczej beztroski i swoistej nonszalancji. Pobyt na wsi u kuzynki coraz bardziej mi się podobał. Ceniłem u Eli pomysłowość, szybkość w podejmowaniu decyzji i brak kalkulacji. Kiedy padł pomysł buszowania w ruinach zamku w Conwy? Sam nie wiem, ale nim zdążyłem uporządkować bieg wydarzeń, staliśmy w otoczeniu średniowiecznych murów, pamiętających zamierzchłe czasy. Ostrożnie wspięliśmy się na najwyższą wieżę, by po chwili umierać z zachwytu nad widokiem, który zapierał dech w piersi.
Zamek zbudowany na wzniesieniu, nad rzeką Conwy, należał do największych budowli obronnych Walii. Z okna wieży widzieliśmy całą okolicę otoczoną wieńcem mgły. Rzeka wysyłała nam srebrno-złote odblaski, a to za sprawą słońca, które jakimś cudem wyszło zza miedzianej fasady chmur, lecz tylko na krótką chwilkę, bo potem ponownie wycofało się i oddało pole stalowej, końca nie mającej tkaninie. Dwa mosty, w tym jeden nowy — kolejowy, niczym przecinki na wstążce wpadającej do morza. Owa wstążka najbardziej oddawała nam, oglądającym, magię krajobrazu, bowiem w niej przeglądał się świat, i w swej lekko zniekształconej, lustrzanej formie obierał kierunek na przyszłość.
Eli przywarła do mnie, gdy mrok wieczoru zamykał przed nami widowisko. Musieliśmy powoli zejść na dół, a że wnętrze baszty było wtedy ciemne jak noc, stąpaliśmy jakby przybyło nam co najmniej dwadzieścia lat.
Przypominający dawny dziedziniec — plac, porośnięty tu i ówdzie krzakami bzu i pokrzywami, był całkiem spory, a z górujących nad nami wieży co rusz wylatywały ptaki nocy: sowy i nietoperze.
— Ale tu klimatycznie — rzekła Eli.
— Wybiorę się tu kiedyś z farbami i ze sztalugą — oznajmiłem dumnie.
— To ty malujesz?
— No cóż, zdarza się — rzekłem z manierą w głosie.
Tymczasem mój wzrok zarejestrował coś, co spowodowało, że zapomniałem z kim i po co tu przybyłem. Musiałem stać tak w osłupieniu dobrych kilka minut, co wynika z relacji kuzynki, która najadła się wówczas strachu.
— Ona była zrobiona z mgły — oto moje pierwsze słowa, gdym odzyskał przytomność.
— Kto? — pytała zaniepokojona Eli.
Nie potrafiłem powiedzieć. Czułem, że tkwię w jakimś kokonie, w którym ciepło i błogo, ale nie tak błogo, jak wonczas, kiedy ukazała mi się w szczątkowej odsłonie, mimochodem. Kto? Nie wiedziałem, bardziej czułem, co w ogóle kłóciło się z tym, co sobą reprezentowałem i kim byłem. Kuzynka pociągnęła mnie za rękę, inaczej stałbym tam pewnie przez całą noc.
— Kiedy zdążyłeś się nażłopać, i czym, do diabła? — nie dawała spokoju Eli.
— Bo ja wiem? — odpowiadałem jak głupi. Bo głupota przylgnęła do mnie, niczym rzep; dopiero upływ czasu przyczynił się do zmiany natężenia onej tępoty.
Byliśmy już blisko domu, gdy mogłem sformułować w miarę logiczną odpowiedź:
— Słuchaj, prawdopodobnie trafiła mię strzała amora.
— Co?
— Słuchaj dalej: otóż zobaczyłem tam pewną postać, która była przeźroczysta. Czysta, tak w zasadzie należałoby ją określić. Pozbawiona ludzkich skaz. Nasz kontakt był dogłębny… to znaczy… sam nie wiem co gadam. Poczułem takie ciepło, taką rozkosz, gdy na to coś patrzyłem, że, kiedy zniknęła, zacząłem panikować w sercu, że już jej nigdy…
Musiałem przestać mówić, bowiem łzy same napływały do oczu. Elizabeth pokręciła głową, i rzekła:
— Dziwa, jeśli mówisz prawdę, dziwa nad dziwami.
Było po ósmej wieczór, kiedy weszliśmy do domu. Myślałem, iż uda mi się dostać do pokoju, bez konieczności zdawania relacji z tego gdzie, z kim, i kiedy. Niestety, drogę na korytarzu zatarasowała nam pani Jane. Pod przemożnym wpływem nerwów jej ładna buzia nieco zbrzydła.
— Gdzie, jeśli można wiedzieć, szwendają się młodzi, gdy pora nocna i niebezpieczna? — zapytała, chcąc być surową i poważną.
Bardzo wówczas chciałem zagrać pierwsze skrzypce, i odpowiedzieć jako pierwszy, lecz nie potrafiłem. Biedna Eliza musiała sama odpierać napór podejrzeń i wścibskości.
— A panicz Dzbanek coś wyjątkowo milczący — zauważyła pani Jane.
— Oj tam oj tam — zajechałem szczytem mych możliwości, i już chciałem czmychnąć do pokoju, gdy pani Jane wytoczyła dalsze działa:
— Pić trzeba umieć — oświadczyła z uśmieszkiem szelmy.
— Co mama opowiada, my nic nie piliśmy! — uderzyła tonem oburzenia Eli.
— Elizabeth, wzywam cię do opamiętania!
Cisza nastała, jakby właśnie grom uderzył. Bo w gruncie rzeczy uderzył: głos pani Jane przytłoczył mnie do tego stopnia, że gotów byłem przyznać się do wszystkiego, byle tylko odzyskać intymność czterech ścian pustego pokoju. Niespodziewanie jednak matka Eli wykrzywiła usta w przedziwnym grymasie, i w momencie opuściła teren korytarza.
Wykorzystałem okazję i zamknąłem drzwi pokoju. Runąłem na łoże niczym drzewo zwalone chyżym ostrzem drwala. Tajemnicze zdarzenie z ruin zamku Conwy stanęło przed moimi oczyma. Czy jestem wariatem, czy właśnie zaczynam chorować na schizofrenię? — rozmyślałem wtulony w pachnącą walijskim wiatrem poduchę.
Nigdy wcześniej nie doświadczyłem emocji tak silnych i tak nieuporządkowanych. Mimo trudu sklasyfikowania onych targających mną bodźców, w żadnym wypadku nie można było stwierdzić, iż są one przykre. Ogrom szczęścia, jaki pojawił się, kiedy to coś stanęło w zasięgu mego wzroku, pociągnął za sobą wzruszenie, lęk, że już nigdy nie zaznam tak pięknych chwil, oraz złość wynikająca z przeświadczenia o tym, jak bardzo nie znamy świata uczuć, a przecież mogą one przybierać gargantuiczne rozmiary i bezpośrednio wpływać na jakość życia. Jesteśmy jak kury, a powinniśmy być jastrzębiami — myślałem.
Nie potrafiłem odmalować w wyobraźni tajemniczej postaci, wiedziałem wszak jedno: postać była kobietą, i nie ulegało to wątpliwości. Czy tak wygląda zakochanie? A jeśli tak, to w kim, w czym się zakochałem? Noc wlokła się straszliwie, a łóżko było wyjątkowo niewygodne. Co rusz wstawałem i podchodząc do okna sprawdzałem, czy zjawa nie czeka przypadkiem na zewnątrz, zaglądając przez szybkę. Chciałem nawet obudzić Eli i zwymiotować jej całą treść intymnych przeżyć, jednakowoż zawsze byłem przeciwnikiem zbytniej emocjonalności, poskromiłem więc jakimś cudem wewnętrzne rozbuchanie, i zamknąwszy oczy czekałem na sen.
Sen w końcu przyszedł i był twardy niczym człowiek, który całe swe życie spędził na morzu jako majtek. Śniłem o onym widziadle, z tym że we śnie zjawa o dziwo zawadziła kształtem o konkret, mogłem zatem zobaczyć jej twarz tak piękną, jak piękny może być jesienny poranek walijskiej wsi.
Knajpa pod sympatycznym gnomem
Ranek rzeczywiście należał do wspaniałości. Gdy otworzyłem oczy, ujrzałem przed sobą Eli odzianą w zwiewną kieckę z motywami roślinnymi.
— Jaki nowy pomysł zawitał do twej szalonej głowy? — zapytałem ochrypłym głosem.
— Coś sobie przypomniałam.
— Enigmatyczność zawsze na czasie — zażartowałem.
— Wiadomość ta na pewno rozjaśni twe oblicze. Otóż wyobraź sobie, że jest w naszej wsi knajpa. I wieczorem udamy się do niej.
— I mówisz mi to dopiero teraz?
Błyskawicznie wstałem z łóżka, pognałem obmyć twarz nad misą z zimną wodą, zjadłem śniadanie w kuchennej części domu, i w zasadzie gotów byłem na nowy dzień.
Do kuchni weszła pani Jane.
— Dzień dobry, pani Jane — rzekłem z niekłamanym uśmiechem.
— O, słyszę, że rozmowność paniczowi powróciła, ciekawe, ciekawe.
— Jeśli pije pani do mojego picia, to jest pani w błędzie. Niczego nie piłem, zresztą niby gdzie, przecież ta wieś to nie Londyn, na Boga!
— Elizabeth dobrze wie, że jest tu miejsce, w którym można by się zeszmacić. Wie również to, że ma zakaz wstępu do rzeczonej knajpy.
Dobrze, że w kuchni nie było Eli, bowiem gdyby usłyszała to co powiedziała jej matka, pewnie doszłoby do awantury.
— Dlaczego? Przecież ma osiemnaście lat, więc z punktu widzenia prawa może stanowić o sobie sama.
— Osiemnaście lat to najgorszy wiek, wiem coś o tym, bo sama przez to przechodziłam.
— Właśnie — krzyknąłem — i jak to wówczas wyglądało? Czy nie burzyła się pani przeciw zasadom i twardym regułom starszyzny?
— Owszem, burzyłam się, lecz teraz chwalę mą matkę, że powstrzymywała moje zapędy miłosne.
— A czy nie sądzi pani, iż wyszumienie się w wieku, w którym jest pani córka, a moja kuzynka, wpływa korzystnie na późniejsze życie?
— Czy możesz łaskawie rozwinąć tę oryginalną myśl?
— Otóż życie pod permanentną kontrolą, prędzej czy później przyniesie taki oto skutek, że cała tłumiona do tej pory energia właściwa młodym ludziom, wybuchnie w najmniej oczekiwanym momencie.
Pani Jane rzuciła mi spojrzenie, które mówiło: zgadzam się z tobą, lecz nie mogę o tym głośno mówić, bowiem posiadam inny plan na mą córę.
— Czy masz czas na szerszą rozmowę? — zapytała miększym tonem pani domu.
Przecież rozmawiamy — pomyślałem, lecz domyśliłem się, że matka Eli chce wciągnąć mnie w spisek przeciwko własnemu dziecku.
— Chętnie, ale mamy z Eli zaplanowaną…
— Czekaj czekaj, młody człowieku, czyli chcesz mi powiedzieć, że Eli jest taka dobra, że zagospodarowała twój czas od rana do wieczora?
Powiedziała: młody człowieku, na bank chciała wywołać we mnie rodzaj uniżenia wynikającego z różnicy wieku. Zawsze uważałem taki zabieg za nędzny. Przecież liczba przy nazwisku o niczym istotnym nie mówi, czyż nie?
— Tak, w istocie Eli jest bardzo dobrą kuzynką — oświadczyłem rzeczowo. Zdążyłem również zauważyć, iż pani Jane wrzuciła mnie w grząski grunt dyskusji, dlatego byłem bliski paniki.
Tymczasem szliśmy, szurając stopami po lśniącym parkiecie, w kierunku salonu, tego salonu, w którym tak namiętnie przesiadywał, paląc, sir Miles. Nie wiem czy przeczuwał nadejście huraganu, wiem natomiast, że już go tam nie było.
Gdy usiadłem przy stole tak długim, że żeby usłyszeć co mówi gość siedzący na drugim jego krańcu trzeba krzyczeć, usłyszałem co następuje:
— Młodzieńcze. Tak się składa, że ojciec twój przysłał cię tu, aby naprawić szkody, jakie wyrządził w tobie Londyn. Otóż musisz wiedzieć, że zobowiązani jesteśmy naprawić cię. Jednakowoż ostatnimi dniami wymykałeś się z domu niczym marcujący kot. Tak się nie godzi, mój drogi. Tu obowiązują pewne zasady, o których na razie mało wiesz, bo nikt tobie o nich nie powiedział. Ale spokojnie, po to jestem ja, po to jest wuj Norman. W stosownym czasie zostanie ci wszystko powiedziane.
W stosownym czasie — ogromnie niecierpiałem tego określenia. W ogóle mowa pani Jane stawała się z sekundy na sekundę coraz straszniejsza. I nie chodziło o treść, lecz o sposób, w jaki nawijała makaron na moje obolałe uszy. Belfer wszedł w nią i stała się nim w momencie. Jakaż to katastrofa!
— Czy zdajesz sobie sprawę, jaka odpowiedzialność ciąży na mych barkach? — kontynuowała — czy potrafisz wczuć się w moją rolę?
— Myślę, że tak.
— O, czyżby? W takim razie powiedz, co mam z tobą uczynić.
— Prosze wsłuchać się w zdanie, które przed chwilą szanowna pani wypowiedziała: co mam z tobą uczynić. A co czyni się z dojrzałymi, stanowiącymi o sobie ludźmi, co można z nimi, jak to mówicie, zrobić? Wziąć pod pachę, przenieść z punktu A do punktu B, postawić tu, przenieść tam? Przecież nie jestem rzeczą! Wracając do pytania: nic bym nie zrobił na pani miejscu, prócz rozmów, które zawsze są potrzebne.
— Dlatego rozmawiamy.
— Doceniam.
Nasze spojrzenia znów na siebie wpadły. Echa urody pobrzmiewały tylko wtedy, gdy układ światłocienia był korzystny. Czy piękno jest wówczas, gdy zewnętrzne czynniki ułożą się przypadkiem w odwzorowanie pierwowzoru? Bzdura. Czekałem na dalsze kąśliwości wymykające się z ust matki, córki i żony, tymczasem pauza trwała już chyba z dwie minuty.
— Czy mogę wrócić do planów? — zapytałem z nadzieją na rychły koniec tej dziwnej konfrontacji światów.
Pani Jane tkwiła w nicniemówieniu, natomiast jej warga uległa wywinięciu, co dało efekt piorunującej wręcz brzydoty. Co pani jest — chciałem zapytać, lecz bałem się, że pytanie przywoła na ziemię odlot pani Jane, dlatego zrezygnowałem z zaspokojenia ciekawości, i dałem przysłowiowego, albo nawet nie-przysłowiowego — dyla.
— Co się stało? — zapytała Eli, gdyśmy wpadli na siebie. Korytarz był długi, tak jak nasze marzenia podlane syropem klonowym.
— Twoja matka chciała abym uklęknął i przyjął zasady, jakie panują ponoć w tym domu.
— Boję się, że da nam szlaban na wychodzenie…
— Żadnego szlabanu nie będzie. Nie dam się zamknąć w klatce — powiedziałem z oburzeniem, które wykipiało. Czułem, że jeśli natychmiast nie opuszczę tych murów choćby na chwilę, oszaleję, i dojdzie do czegoś, co być może będzie przypominać trudną do usunięcia tłustą plamę.
Wywiało mnie. Stałem przed domem, a ogrodnicy przycinali żywopłot. Spodziewałem się, że zaraz przyjdzie Elizabeth, lecz zamiast niej stanął obok mnie wuj Miles. Fajkowy dym uwodził czarował, malował, a Miles z miną cynika obserwował moje zmagania z nałogiem.
— No zapal sobie, nie męcz się już tak chłopcze — powiedział, wypuszczając z ust obłoczki dymu.
Miles takoż należał do zwolenników cylindrów, więc nosił je namiętnie, do tego obowiązkowo laseczka z białą główką pasująca zresztą do butów. Frak jego totalnie nasączony waniliowym tytoniem, stanowił ten element stroju, który działał silnie na płeć piękną. Miałem się o tym przekonać w niedalekiej przyszłości, podczas uroczystej kolacji wystawionej na cześć gości.
Namówiony przez wuja zrobiłem sobie skręta i zapaliłem, co rusz odwracając się i sprawdzając czy czujne oko pani Jane nie łyska gdzieś w ukryciu.
— Gdzie właściwie podziewa się panna Kathy? — zapytałem pomiędzy jednym dymem a drugim.
— Pobiera nauki. Dziś ma spotkanie z panem Wrightem, który łacinę i francuski ma w małym palcu. Bardzo zdolny jegomość. Potem przyjdzie panna Beckham i przez bite trzy godziny będzie granie na pianinie.
— Szkoda, że mnie nie będzie, chętnie bym posłuchał, jak gra pańska córka.
— To raczej niemożliwe. W obecności osób trzecich przeżywa stres.
— Na swoim przykładzie wiem, że tremę można przewalczyć, jeśli bardzo się tego pragnie.
— Gra pan na czymś?
— Grałem. Na pianinie. Ale to przeszłość.
Przez jakiś czas cisza między nami dawała poczucie przestrzeni i swobody.
— A właściwie to dlaczego pan nie chodzi z nami? — rzuciłem pytaniem jak rękawiczką, lecz w tym wypadku chodziło o wzmocnienie przyjaźni, a nie o pojedynek.
— Nie zapominaj, że jestem twoim wujem.
Gdy to usłyszałem, zawstydziłem się i zamknąłem w sobie. Trwało to na szczęście zbyt krótko, by przykre emocje zdążyły zapuścić korzenie. Przyznałem w duchu rację wujowi, że będąc wujem, nie powinien wchodzić w rolę błazna skorego do łamania zasad tak bardzo przecież podkreślanych przez panią domu.
Nagle wystrzeliła z drzwi Elizabeth i w locie oświadczyła, że prędko prędko, nie ma czasu, i że w ogóle trzeba w gaz. Pognałem za nią, bez wiadomości, bez podstaw, bez przyczyny. Wiatr wydłużał jej włosy, a one miziały kraniec mego nosa. Kiedy znaleźliśmy się za olchami, Eli powiedziała:
— Podczas gdy rozmawiałeś z wujem Milesem, ja toczyłam wojnę z panią matką.
— Rezultat?
— Brak.
— To znaczy?
— Powrót do domu nacechowany będzie dramatyzmem.
Rozmawiając na tematy błahe dotarliśmy pod chatę Lukasa Moonfoxa. Zapukałem i momentalnie sezam się otworzył a w środku zobaczyłem oblicze rzeczonego chłopa. Na planie dalszym jego zafiksowana siostra, wyglądająca jak monstrum z krainy koszmarów, natomiast nie to było najgorsze. Otóż syf, jaki panował w domku drewnianym przyrównać można tylko do stajni Augiasza, chociaż możliwe jest, iż sam Augiasz obrażonym by został takim zestawieniem.
Gdy siostra Lukasa połączyła kropki, i wyniuchała, że jej brata chcą wypożyczyć na całą noc, wpadła w szał i zagroziła, że: jeśli pójdziesz gdzieś z tymi cymbałami, ja zrobię natychmiastowy wypad, i tyle mnie widziałeś, podły draniu, na co Lukas, że: a rób se babo co ci się żywnie. Tak więc wyglądał rozłam w relacji rodzeństwa, z tym że trzeba przyznać Lukasowi, iż poświęcił lwią część ze swego żywota, by roztoczyć nad siostrą przysłowiowy parasol.
Szliśmy we trójkę, a że zbliżał się wieczór i mroki zapanowały nad ziemią, musieliśmy znaleźć dach nad głową i coś do picia, bowiem zmęczyła nas jesienna wędrówka. Oczywiście celem była wspomniana wcześniej Knajpa pod wesołym gnomem.
Gdym otworzył drzwi, gorąc i woń alkoholu uderzyły w nos; powietrze można było kroić nożem a nad głowami biesiadników unosiła się mgła ciężkiego i gryzącego dymu. Cała masa reminiscencji wpadła na mą głowe: różne akcje z szynków i inne takie. Lukas pchnął mnie, bom na chwilkę stanął. Ruszyłem więc w kierunku wolnego stolika, a że w knajpie przesiadywała prawie cała wieś, miałem problem.
Mordy uczestników knajpianego spotkania przywoływały sceny z innych spelun, w których alfonsi, dziwki, ludzie zajmujący się ciemnymi interesami, oraz zrujnowani handlarze, którzy przepijali swe ostatnie pieniądze. W otoczeniu przedstawicieli walijskiej śmietanki towarzyskiej czułem na swych barkach ciężar bycia kimś spoza. Być może mieli mnie również za luminarza, lub za inteligenta lubiącego ulegać zeszmaceniu. Zerknąłem na Eli; dziewczyna dumnie nosiła swe nazwisko, nawet w klatce z drapieżnikami. Lukas natomiast, jako swój, pewnie w ogóle nie odczuwał onych spojrzeń, które, gdyby się tak na nich zatrzymać — sprawiały fizyczny ból.
No więc kiedyśmy wsiedli na drewnianą tratwę o wdzięcznej nazwie beer, popłynęliśmy do Dionizosa na mocną, nocną imprę. Ciężko określić ile czasu zabrała nam knajpa pod wesołym gnomem, ale intensywność doznań sprawiła, że zatraciliśmy się w pijackich śmiechach, żartach, pieśniach, a gdy dołączyli do nas ludkowie, którzy po paru głębszych przestali widzieć w nas przybyszów zakłócających imprezową homeostazę, karuzela przyspieszyła tak, że niektórych wywaliło na zewnątrz, patrz Eli i jej wymioty: podtrzymywałem jej głowę za budynkiem, aby mogła spokojnie wyrzucić całą balową niestrawność. Potem ujrzałem Lukasa wywijającego na stole. Potem ktoś kogoś poczęstował poczęstunkiem zatytułowanym kułak, a potem chlusnęła krew i oblała Lukasową białą koszulę. Eli nie mogąc opanować ataku śmiechawy, wylała sąsiadowi piwo, co poskutkowało tym, iż rzeczony sąsiad wyzywał Eli od najgorszych, ja zaś zmuszony zostałem do wypłacenia gościowi karnego, co rozjuszyło jego kamratów, i z miłej atmosfery zrobiło się prawdziwe piekło, a odgórny rozkaz brzmiał wówczas: uciekać. Oczywista, że rozkaz padł z mych ust, inaczej wątpie, żeby udało nam się opuścić przybytek rozpusty bez szwanku.
Panujący na zewnątrz mróz nieco otrzeźwił, natomiast śmiech dalej był znakiem rozpoznawczym naszej grupy. Ponure olchy były straszne na tle księżyca.
— Jestem niezmiernie ciekaw, co powie twoja matka, jeśli zobaczy nas w takim stanie — rzekłem.
— Szczerze? Mam ją gdzieś — powiedziała Eli i wybuchła potężnym rechotem.
Z naprzeciwka szła ku nam postać. Na początku myślałem, że to jakiś wieśniak płci męskiej idzie w stronę knajpy, ale kiedy doszło do mijanki, ujrzałem oblicze niewiasty. To była ta pasterka, która wypasa owce w górach, a teraz zapewne wracała ze zmiany do domu. Popatrzyła na mnie w sposób ponury, lecz ponurość ta miała w sobie coś ślicznego… Serce mi przyspieszyło; pasterka wywołała inny obraz, a raczej doświadczenie z zamkowych ruin, i ową rozkosz, która na krótki czas owładnęła mną.
— Co z tobą? — zatroszczył się Moonfox.
— Nic takiego. Chwilowy zawrót głowy.
Z każdym krokiem byliśmy bliżej domu. Bałem się konfrontacji z matką Elizabeth i aby odsunąć stresogenne myśli, rzekłem:
— Powiedz mi, Lukas, co chciałeś osiągnąć, kiedy wczoraj zaprowadziłeś nas pod ów pień, na którym odprawiałeś swoje czary?
— Chciałem wywołać ducha.
— I wywołałeś?
— A czy poczułes coś?
— Kompletnie nic — i wówczas spojrzałem na Eli, która mimo upojenia alkoholowego, stanęła jak wryta. Twarz kuzynki przypominała jezioro zmarszczone kamieniem wrzuconym w sam jego środek. Czy było jej bliżej do płaczu niż do śmiechu — trudno orzec, wiem natomiast, iż zakotłowało się tam srogo.
Tymczasem posiadłość Lewisów otworzyła przed nami żywopłotowe wrota. Złapałem kuzynkę pod rękę, i, powiedziawszy do Lukasa bywaj, ruszyłem z otwartą przyłbicą na spotkanie Zasad i Taktu.
Jane Lewis
Blablablablabla. Panna Jane de Lewis dzieliła się ze mną pogmatwanymi treściami, z nadzieją, że poprzez ich obrazowość, przejrzę na oczy. Bliski utraty cierpliwości, chwytałem w locie idiotyzmy, które na mini chwilkę dodawały mi sił na przyszłość. Ileż to razy stawiany w roli osoby mającej odbyć swego rodzaju konfrontację ze swymi słabościami, ulegałem nim, i karmiąc audytorium kłamstwami, dokonywałem tym samym publicznego eskapizmu. Tym razem możliwościom odcięto ramiona, co było jednoznaczne z zagotowaniem mej osoby. Ograniczony do pozycji pionowej, odkrywałem karty z bezczelnością cynika. Byłem czerwony i z czerwieni czerpałem wiedzę. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że siedzieliśmy w okolicznościach kuchennych, a krzątające się wokół kucharki wpychały mię swą obecnością w otchłań żenady.
— Ależ droga pani Jane, moje intencje wcale nie były złe — grzmiałem osadzony na podstawie zgliwiałej serdeczności.
Panie kucharki puszczały sobie spojrzenia pełne treści, podczas gdy pani Jane wystawiała moją osobę na pośmiewisko. Maria, Milda i Melinda, bo tak brzmiały imiona ślicznych pań kuchennych, pewnie dziękowały w duchu swej szefowej, iż zezwoliła na bierne uczestniczenie w onym cyrku. Dość już, błagam — wyłem wewnątrz, lecz mamiłem otoczenie maską twardziela, oraz faceta całkowicie opanowanego. Jednakowoż drżałem w środku jak różowe galarety podane białymi, lecz spracowanymi dłońmi pań kuchennych.
— Jest wielce naganne, iż dopuściłeś do sytuacji, w której moja córka szlaja się po knajpie, pijąc i robiąc z siebie pośmiewisko. W dodatku pozwoliłeś, by towarzyszył wam ten nicpoń, Lukas Moonfox. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, iż człowiek ten poszukiwany jest przez policję?
— Doprawdy? — rzekłem z klamstwem na wierzchu, zwisającym wzdłuż nogi. Oczy pani Jane zwęziły się w szparki i szparko oświadczyła, iż wieczorem odbędzie się spotkanie właściwe, podczas którego mam okazać skruchę, inaczej…
Inaczej co? — dopytywałem w alternatywie, bowiem w rzeczywistości spuściwszy głowę, chłonąłem jej wzburzenie nosem i ustami.
— … inaczej zostaną wobec ciebie wyciągnięte konsekwencje.
Gdy pani Jane opuściła kuchnie, Milda postawiła gar na stole przy którym wciąż siedziałem. Jej podwinięty rękaw roboczego fartucha ujawnił przedramię ozdobione kreskami blizn. Niektóre nacięcia musiały być głębokie i świeże, sądząc po sączących się ranach. Dziewka wyłapała mój wzrok badający skutki jej autoagresji, i puściła pąsa, po czym zniknęła za kredensem, za którym było pomieszczenie przeznaczone dla służących.
Co do służby, to wielce przypasowała mi wspomniana już Doris. Ta młodziutka dziewczyna zajmowała się różnymi sprawami, wyglądało więc na to, iż nie jest przypisana do jednej tylko funkcji. Widziałem ją gdy podawała do stołu, przy miednicy z ciuchami przeznaczonymi do prania, w trakcie kuchennych czynności, jak i przy zbieraniu jabłek w ogrodzie. Często łapałem się na tym, iż mój wzrok błądził po górach i dolinach jej piękna, często też widziałem ją w mych fantazjach, a nawet w snach. Czy traktować to jako zły znak zakochania? Lepiej nie nazywać rzeczy po imieniu, ponieważ konkrety prowadzą zwykle do problemów. A może tak tylko mi się wydaje?
Z niecierpliwością czekałem na porę, gdy ciemności pokryją ziemię, antycypowałem, że spadnie wówczas na mnie młot, tak jak w średniowieczu na czarownice. Kto będzie przewodził onemu spotkaniu, o którym wspomniała dziś panna Jane? A może właśnie ona będzie grała pierwsze skrzypeczki, jak rano, gdy maltretowała werbalnie każdą cząstkę mej osoby? Czy po to żem przybył na wieś, by zrobiono ze mnie mielone? Bunt wkradł się do mego serca, a pannę Jane wykreśliłem z listy osób będących po stronie dobra i uczciwości.
Tymczasem co rusz prześladowała mnie w myślach sytuacja z ruin zamku, kiedy doszło do euforii i dziwnego uniesienia. Za nic w świecie nie potrafiłem tego powiązać z niczym. Część mnie mocno powiązana z dialektyką tkwiła w ślepym zaułku, natomiast romantyczna strona kipiała od nagromadzenia emocji. Co prawda odkąd sięgałem pamięcią ignorowałem istnienie romantycznej zony, nawet przed sobą samym, lecz z biegiem czasu zacząłem uczciwiej podchodzić do tego, co ma miejsce w mym tak zwanym wnętrzu. Z jednej strony pragnąłem o tym powiedzieć wujowi Milesowi, z drugiej wstyd odbierał mi śmiałość.
Dosyć — rzekłem w głos, i postanowiłem wyjść z domu, nie mówiąc o tym Eli.
Na dworze jesienność w pełnej krasie: kolory tęczy na ziemi, a drzewa szponciły tam, gdzie piękno gubiło rytm i przewracało się na chwilkę. Nagie gałęzie przypominały o istnieniu gnomów i innych takich. Ktoś wylał kwas cytryny, a niebo weszło w fazę gry o burość. Szare twarze ludzi zmazywały z nich niepowtarzalność. Ogrodnicy zwozili gałęzie na ognisko, a koń zarżał. Szedłem traktem w stronę olch, które wzbudzały we mnie strach. Czy nie ma innej drogi na wieś? — puściłem pytanie w powietrze, kiedy mijałem cichą burzę ich nieładu.
W pewnym momencie skręciłem w lewo i wszedłem w krzaki. Zauważyłem kolczaste łodygi i stwierdziłem, że przecież wcześniej ich tu nie było. Cóż to do cholery? — zakląłem, i gdy pokonałem niewielkich rozmiarów pagórek, ujrzałem chatę Lukasa.
Załomotałem pięścią w drewno starych desek. Przygotowany do ponowienia zasygnalizowania obecności, zostałem rozbrojony gwałtownym uchyleniem drzwi. Mina Lukasa świadczyła o czymś złym. Zaprosił mnie gestem do środka. Dopiero po chwili zorientował się, że nie ma ze mną Elizabeth.
— Została w domu, a ja wyrwałem się na chwilę, bo po wczorajszym ciotka Jane wpadła w rodzaj inkwizycyjnego szału — zwięźle objaśniłem sytuację. On natomiast od razu przeszedł do konkretu, mówiąc o zniknięciu Brygidy.
— Moja siostra zrobiła jak mówiła — ciągnął ponuro Moonfox.
— Ale chyba nie uczyni żadnego głupstwa?
Lukas spojrzał na mnie, i skwitował to wymownym milczeniem. Potem znaleźliśmy się przy dębowym pniu, gdzie Lukas zapragnął skontaktować się z duchem, który mógłby przekazać wiadomość o zaginionej siostrze. Usiadł na próchniejącym zydelku i gestem nakazał abym zrobił to samo. Cholerne wzywanie duchów! Niechęć jako wierna towarzyszka trzymała mię za rękę, kiedy Moonfox zapadał się w goecji, inkantując szeptem bądź półszeptem. Jego oblicze zmieniło kolor na mleczny a w oczach pojawiły się źrenice istoty nie z tego świata, źrenice istoty na wskroś złej. Serce zaczęło galopem uciekać z onej matni, gdzie nawet światło dzienne uległo mrocznym wpływom. Dłonie Moonfoxa spoczywały na wspomnianym dębie, lecz z czasem zaczęły drżeć, i wówczas nastąpiła mała apokalipsa: liście spoczywające do tej pory na trawie uniosły się, tworząc tornado: odskoczyłem na bok, a Lukas dosłownie poleciał na parę metrów do góry, by wylądować w sam środek onej wirującej liściastej rury.
Jeśli istnieje magia, to wówczas tam była, a jej macki tańczyły w powietrzu, z powietrzem, dla powietrza. W końcu tęgi mąż upadł z hukiem, a całe listowie momentalnie wróciło do pozycji leżącej.
Podbiegiem uczyniłem Lukasa bliższym; otóż powoli wracał on do żywych, a jego oczy stały się oczami zwykłego śmiertelnika.
— Czy możesz mi powiedzieć, świadkiem czego właściwie byliśmy? — zawołałem ciekawością ścięty.
— Idź do domu, proszę, idź — wybełkotał srogo oszołomiony Lukas.
Serce inkwizycji
— Dlaczego mi to zrobiłeś — zapytała Elizabeth ze łzami w oczach, kiedyśmy wpadli na siebie w westybulu.
— Mówisz o czym teraz? — grałem głupka, którym byłem.
— Jesteś głupkiem — wykrzyczała.
— Owszem, jestem.
— Jeśli jeszcze raz wyjdziesz z domu beze mnie, nasza przyjaźń doza uszczerbku — mówiła głośno kuzynka. Zbyt głośno.
Otóż po chwili zjawiła się pani Harriet Duże Czerwone Usta.
— A cóż to za krzyki i brewerie? — rzekła skrzekliwie.
— To nasze sprawy — powiedziała Elizabeth.
Harriet chciała coś powiedzieć, coś, co stanowiłoby błyskotliwą odpowiedź doświadczonej kobiety, lecz zamiast tego wydała z siebie dziwny długi dźwięk i odeszła.
— Twoja babcia zawsze poprawia mi humor — rzekłem szeptem.
Tymczasem nadszedł wieczór. Siedziałem w swym pokoju zatopiony w rozmyślaniu o dziwnym zdarzeniu z udziałem Moonfoxa, gdy ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłem je i ujrzałem Doris.
— Pani Jane kazała przypomnieć paniczowi o spotkaniu rodzinnym, w głównym salonie — oświadczyła.
— Raczy mnie panienka oświecić; który to salon główny? — zapytałem, robiąc z siebie kretyna. Doris tłumaczyła mi swymi okrągłymi, apetycznymi ustami, a ja, miast słuchać słów, badałem urodę dziewki.
Ten dom posiadał dwa salony: jeden z fortepianem, drugi z kominkiem, i to właśnie w tym drugim miałem stawić się na… przesłuchanie?
Gdy wszedłem do pomieszczenia doświadczyłem lekkiego pomieszania zmysłów. Światła kandelabrów były zbyt skąpe, by skąpać swym blaskiem tak dużą przestrzeń, dlatego istniały tak zwane czarne plamy, które odbierały mej świadomości zdolności przystosowawcze. Mimo wszystko po paru chwilach dostrzegłem stół, a za nim od lewej: pannę Harriet Duże Usta, pana sir Edwarda, pana Normana, pannę Jane, pannę Kathy i pana Milesa. Musiał upłynąć kwadrans, by pojawiła się Elizabeth, która zajęła miejsce przy babci.
Wystąpienie sir Normana sprawiło, że bliski omdlenia, wznosiłem modły do nie-wiadomo-kogo, by ów mąż przestał w końcu mówić. Tak jak wspomniałem, Norman należał do ludzi ciężkich, nie tylko fizycznie, lecz również psychicznie. Uwydatniony, asymetryczny wąs niczym gruba portiera opadająca na scenę podczas trwania akcji. Facet rozgniatał na miazgę tych szybkich, tych, dla których konkret stanowił rodzaj radzenia sobie z rzeczywistością. Sir Norman permanentnie zahaczał o didaskalia, starannie dbał o kontekst, o podtekst, i o wszystko to, co należało do poboczności. Otóż rozmówca zmuszany do słuchania tego wszystkiego, zapominał w tym czasie o swej kwestii, i takim sposobem sir Norman osiągał towarzyskie zwycięstwa. Tym razem jednak trafiła kosa na kamień. Nie uległem czarowi rozwleczonej narracji, a stałem zwarty i gotowy do ataku. Usta Normana ćwiczące wygibasy, czyniące wysiłek. Patrzyłem: ślimaczył się, ślinił i silił na pogromcę obskurantyzmu. Brawo, brawo miły panie!
Otoż stałem tam jak winowajca oczekujący kary. Łowiłem wzrokiem łaskawość, lecz jak na złość nie uświadczyłem jej, nawet w pięknych gotycko-owocowych oczach Eli. Jeśli miałbym wyodrębnić treść, samo mięso z onych wianków splecionych ze słów obłych jak dupa małpy, to rzekłbym: poproszę o powtórkę. Przyznać muszę, iż całkowicie wyłączyłem umysł, gdy pan Norman kładł, niczym murarz, do mej głowy stalą podbite słowa-szyny pod tytułem odpowiedzialność. Sraka! Chciałem zwymiotować mu pod nogi i rzec: oto ma odpowiedź, lecz przyzwoitość wciąż wybrzmiewała głosem ojca. Gdy Norman skończył, doznałem prawdziwej ulgi: uffnąłem wonczas głośno, co nie spodobało się pani Jane.
— Przepraszam — rzekłem.
— Bardzo dobrze słyszeć z twych ust słowo przepraszam. Bo jest za co. Zebraliśmy się dziś po to, aby, tak jak powiedział to mój małżonek, ustalić pewne zasady, których złamanie będzie związane z odpowiednią karą. Czy jest coś, o czym powinniśmy wszyscy wiedzieć, a co zostało sprytnie przez ciebie schowane za fasadą bujd?
Długom milczał, nim wybrzmiała odpowiedź:
— Nie.
Kłamstwo to rozszerzona wersja prawdy, dlatego robiłem wszystko, żeby żyć w szerokim świecie. Wciąż żyłem tym, co wydarzyło się gdy siedzieliśmy z Lukasem przy dębowym stole. Nadnaturalność wydarzenia wywindowała je ponad całą resztę błahostek, do których zaliczałem również one rodzinne spotkanie, będące de facto wezwaniem na czerwony dywanik. Czerwone Usta pani Harriet w permanentnym ruchu. Sir Miles puszczający do mnie oczko. Zawstydzona Kathy oraz wystrzelona emocjonalnie Eli. Łono rodziny Lewis.
— Propozycja jest następująca: w najbliższą niedzielę pójdziesz z nami do kościoła. Musisz wiedzieć, drogi Dzbanku, że życie w duchu ewangelicznym jest dla nas niesłychanie istotne. Poza tym porzucisz londyńskie nawyki, i obiecasz nam, że od dziś nie będziesz odwiedzać szynku. Mam na myśli ten jeden konkretny szynk, do którego wieczorami ciągnie cała wieś. Czy wszystko jest zrozumiałe? — pytała pani Jane.
— Tak — powiedziałem.
— Ja natomiast — odezwała się skrzecząco panna Harriet Duże Usta — pragnę zapytać was, gdzie jest mój mąż.
Cisza i jakaś niezręczność zapanowały w dużym salonie, gdzie w kominku iskierki wesoło grały w berka.
— Przecież papa siedzi tuż obok mamy — rzekła, hamując irytację, panna Jane.
— A, tu żeś jest nicponiu — zaskrzeczała Harriet, pragnąca obrócić oną wpadkę w żart. Jej mąż uśmiechnął się delikatnie i oświadczył:
— Ja zawsze przy twoim boku, kochanie.
Miles w tym czasie pstryknął głośno palcami, jakby chciał powiedzieć: kończyć już ten żałosny spektakl.
— Czy chciałbyś coś dodać, szanowny Milesie? — zwróciła się do fajkarza pani Jane.
— Tak, chciałbym coś dodać… a właściwie nie dodać, a odjąć i umiejscowić w kontrze to, co zamierzam wygłosić. Otóż czym zawinił panicz Dzbanek?
Usta Jane i usta Normana zaczęły zabawę w zasznuruj mnie jak najszybciej.
Chciałem wówczas przeciąć napięcie wynikające z długiej ciszy, lecz mimo wszystko milczałem.