E-book
27.3
drukowana A5
56.82
Drugie życie

Bezpłatny fragment - Drugie życie

Tom I „Zagrożenie”


Objętość:
220 str.
ISBN:
978-83-8104-176-8
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 56.82

Kraina Tęczowego Mostu. Jedno z Królestw w świecie dla zmarłych kotów, a także psów. Przez wieki zwierzęta mieszkały w tym cudownym miejscu, prowadząc na ogół spokojne i szczęśliwe bytowanie. Jednak dwukrotnie wydarzyło się niepojęte — coś, co w żadnej mierze nie powinno spotkać martwego już kota. Według przepowiedni wkrótce nadejść ma potężne zagrożenie: coś, co jest w stanie zniszczyć mierną harmonię i pokój w tym świecie. Jedynymi istotami, które mają mieć szansę pokonać zagrożenie, jest dziewiątka wybrańców. O nich będzie ta opowieść

Prolog

Dlaczego nie mogli opuścić tej okolicy? Uciec jak najdalej, zmienić przeznaczenie, ratować życie? Co to za bzdury o ziemi, dziedziczonej po przodkach przez wiele dziesiątek lat?

On i tak nas znajdzie. Póki co, jesteśmy bezpieczni. Jeszcze żyjemy. Wciąż nas nie dostał w swoje łapy.

Strach i niepewność były dla Ottona oraz jego małej rodziny nieodłącznym towarzyszem życia. Odkąd kocurek przyszedł na świat wraz z dwójką rodzeństwa, wiedział, że nad pozornie szczęśliwymi kotami w okolicy wisi mroczny cień. Cień, zwany ludzkim okrucieństwem.

Ten człowiek pojawiał się nagle, zupełnie niespodziewanie, zwiastując śmierć i nieszczęście. Gdy na horyzoncie majaczyła jego potężna sylwetka, każdy uciekał gdzie pieprz rośnie, chował się w najciaśniejszych zakamarkach. Wszystkie koty wiedziały, że nie mają co liczyć na litość od tego wielkiego mężczyzny z pokaźnych rozmiarów brzuchem, o zimnym spojrzeniu i czerwonej twarzy. Mordowanie uważał za zabawę, rozrywkę. Mordowanie kotów, gdyż za to nie spłynie na niego żadna większa odpowiedzialność. Jakże niesprawiedliwe jest ludzkie prawo!

Za każdym razem wymyślał nowe, coraz to brutalniejsze metody na dręczenie biednej ofiary, która wpadła w jego olbrzymie łapska. Nie wystarczyło zwykłe trucie czy topienie. Wieszał koty na gałęziach, ciął nożem, wydłubywał oczy, obcinał uszy, ogony, kończyny. Rozbijał głowy o chodnik, dusił. Jego wyobraźnia była nieograniczona, jeśli chodzi o krzywdę zwierząt. Wśród kotów krążyły pogłoski, że jego ofiarami padło także kilka psów, lecz działo się to sporadycznie. Większość psów miała właścicieli. Bezpańskich kotów nie miał kto chronić. Mogły liczyć tylko na siebie.

— Dlaczego nie możemy stąd uciec, mamo? — pytała mała Sana niejednokrotnie. Odpowiedź matki zawsze brzmiała tak samo:

— Jeśli opuścimy nasz rewir, zaatakują nas obce koty. Nie mamy dokąd odejść.

Te słowa długo dźwięczały w uszach Ottona. Dark nie mówił nic, zawsze posępny i milczący, lecz Otto wiedział, że jemu także musi być ciężko.

Pewnego dnia stało się to, czego cała rodzina się obawiała — podczas jednego ze swych patroli człowiek zauważył Sanę, która nie zdążyła się schować na czas. Nim człowiek zdążył ją jednak schwytać, napadł na niego ojciec koteczki. Tylko element zaskoczenia sprawił, że morderca odpuścił. Teraz jednak było oczywiste, że kocia rodzina stanie się jego następnym celem.

— Musimy się ukryć w innym miejscu — powiedział ojciec Ottona, Darka i Sany — Tom. — Nie możemy opuścić naszego rewiru, lecz na szczęście mój przyjaciel pozwolił nam zamieszkać na jego terenie. Myślę, że człowiek nie będzie nas tam szukał.

— Obyś miał rację — westchnęła ciężko jego małżonka.


Przyjaciel Tom’a okazał się sympatycznym, jasnorudym kocurem o błękitnych oczach. Gdy rodzice ułożyli swoje pociechy do snu, długo rozmawiali ze swym wybawicielem i planowali dalszą przyszłość.

Otto nie mógł zmrużyć oka, więc zaczął kręcić się wokół legowiska. To dziwne, ale wcale nie czuł się tu bezpieczniej. Miał wrażenie, że morderca może w każdej chwili odsunąć spróchniałe deski ich nowego mieszkania i zaatakować…

— Widzę, że ty także nie możesz zasnąć.

Głos Darka sprawił, że Otto niemal podskoczył w miejscu ze strachu. Ze zdumieniem spojrzał na swojego brata, który leżał na legowisku obok Sany, całkowicie rozbudzony.

— Zgadza się. Ty również nie śpisz? — zapytał trochę bez sensu Otto.

Dark skinął głową.

— Rodzice nadal rozmawiają z tamtym rudym kocurem — zauważył, po czym bez słowa wstał i wyminąwszy Ottona ruszył w stronę drugiej przegrody.

— Chcesz tam wejść? — zdziwił się Otto. Dark nie odpowiedział, tylko stanął pod ścianą i zaczął nasłuchiwać. Otto zatrzymał się tuż obok niego i wówczas usłyszał stłumiony głos matki.

— …wczoraj ten morderca dopadł małe kocię, które mieszkało samotnie w starej szopie — mówiła. — Gdybyś widział, co mu zrobił… Trzymał jakieś ostre narzędzie, którym je dosłownie rozpruł na pół! Nie ma litości nawet dla dzieci… Ludzie to takie podłe stwory. Bardzo się cieszę, że użyczyłeś nam schronienia. Chciałabym, by dzieci moje i Tom’a mogły dożyć spokojnie sędziwego wieku.

Rudy kot roześmiał się cicho.

— To nic takiego. My, koty z naszego rewiru, powinniśmy trzymać się razem i wzajemnie ochraniać. Przecież jest nas coraz mniej…

— Kocięta są naszą przyszłą nadzieją. Muszą przeżyć tą czystkę. Och, dlaczego inni ludzie nie mogą zrobić z tym zabójcą porządku? Czy nie widzą, co się dzieje?

— Uspokój się, Tom — poprosiła cicho jego partnerka. — Nie spodziewaj się żadnej reakcji ze strony innych. Ludzie rzadko kiedy interesują się czymś, co jest położone dalej, niż czubek ich własnego nosa. Nie robią niczego, nie widząc w tym własnych korzyści.

— To tak samo, jak z większością kotów — uznał Tom. Jego przyjaciel poparł jego słowa krótkim:

— Tak, masz rację.


— Czy naprawdę Arin nie żyje? — żalił się Darkowi Otto następnego dnia o poranku. Podsłuchana w nocy rozmowa sprawiła, że do teraz przechodził go zimny dreszcz strachu i żalu.

— Naprawdę został zabity?

Dark skinął lekko głową.

— Jeśli wierzyć słowom matki, tak właśnie się stało. Nie mówmy niczego Sanie. Bardzo lubiła Arina…

Do kocurków podeszła ich matka, uśmiechając pogodnie. Wydawała się być spokojniejsza, niż zwykle, co ucieszyło jej synów.

— Przyjaciel waszego ojca jest naprawdę wspaniałym kotem. Właśnie wybrał się na polowanie — z obawy o nas zdecydował się wyruszyć w pojedynkę. Podejrzewa, że morderca mógłby rozpoznać kogoś z naszej rodziny, a po tamtym feralnym dniu, gdy niemal dopadł Sanę, zdaje się być na nas wyjątkowo cięty…

— To miłe, że przyjaciel taty tak o nas dba — stwierdził Otto. Dark tylko skinął głową, ale w jego oczach jawiła się podejrzliwość. Widząc to, Otto znów poczuł się niepewnie.

Nadbiegła Sana. Wystarczyło jedno spojrzenie na koteczkę by stwierdzić, że stało się coś złego. Z jej oczu wyzierał strach.

— Tata i tamten miły kocur… O coś się kłócą. Nie wygląda to dobrze.

— Zaprowadź nas do nich — poradziła matka.

Nim zdołali dotrzeć na miejsce, w połowie drogi spotkali się z Tom’em. Dyszał ciężko, a na jego plecach pyszczku widniały ślady pazurów.

— On… Nas zdradził! — wydusił, z trudem łapiąc oddech. — To wszystko było zwykłym przedstawieniem, on jest szalony! Zwabił do nas człowieka… Musimy uciekać!

— Ale dokąd? — przeraziła się jego partnerka. Zdrada rudego kocura zupełnie ją zaskoczyła.

— Szybko, morderca jest w pobliżu. Sana, nie ociągaj się. Biegnijcie!

Otto podążał za ojcem, zerkając w tył nerwowo. Wówczas zobaczył go — okropny, wielki morderca wynurzył się zza drzew. W ręku ściskał ostro zakończony pręt.

Wtem drogę zagrodził im ktoś. jasnorudy, błękitnooki kocur, zazwyczaj sympatycznie uśmiechnięty. Teraz jego oblicze wykrzywiała jakaś dziwna złość i ponura satysfakcja.

— Wszystko ci się układa w życiu, czyż nie tak? — zwrócił się do Toma. Także jego głos był zmieniony, przesiąknięty zgorzkniałością i gniewem. — Zakończę tę twoją idyllę…

Rzucił się w stronę Sany. Widząc to, Otto odepchnął siostrę i samemu został złapany przez nieobliczalnego kocura.

— Puszczaj mojego syna! — usłyszał mocny głos swojego ojca Otto. Kątem oka zauważył, że człowiek jest coraz bliżej.

— Uciekajcie — krzyknął Tom do swojej małej rodziny. — Zostawcie Ottona mnie. Uwolnię go i zaraz do was dołączymy.

Jego partnerka wiedziała, że nie ma żadnego celu w protestowaniu. Posłała mu ostatnie, rozpaczliwe spojrzenie i chwyciła w zęby popłakującą cicho Sanę. Dark zatrzymał się na chwilę, posyłając Ottonowi nieprzeniknione spojrzenie, po czym ruszył za matką, bezszelestnie niczym widmo.

— Zostaw Ottona — powiedział Tom surowo. — To tylko małe kocię.

— I co z tego? — prychnął kocur cynicznie. — Wyślę was wszystkich do piekła…

Otto przeklinał swoją bezsilność. Leżał tak, przygnieciony przez silną łapę szalonego kota, której ostre pazury wbijały się w jego ciało. „Tato, pomóż mi” — popiskiwał bezradnie, czując, jak łzy bólu i strachu spływają mu po pyszczku.

Tom nie namyślając się dłużej rzucił się na tego, którego do tej pory miał za najlepszego przyjaciela, a który okazał się zawistnym zdrajcą.

— Uciekaj — nakazał synowi, walcząc ile sił.

Otto wyczołgał się spod napastnika, gdy ten osłabił uścisk, powalony przez ciosy oszalałego ze złości Tom’a. Zamiast uciekać, jak powinien zrobić, stał tak i z przerażeniem obserwował walkę.

Tom z trudem powalił przeciwnika. Odwrócił się w stronę syna, który z zaskoczeniem zobaczył na jego obliczu nie radość czy triumf, a złość i strach.

— Co ty tu jeszcze robisz?! — zdenerwował się. — Miałeś uciekać…!

Nagle przerwał, a jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Otto cofnął się, widząc, że jego ukochany ojciec zalewa się krwią, a nad nim stoi morderca kotów, wbijając pręt w jego plecy.

Jeszcze jeden cios, choć ciało kocura było już nieruchome. Krew trysnęła na Ottona, który stał w miejscu, jak wrośnięty w ziemię i patrzył przerażonym wzrokiem na martwego ojca, masakrowanego w potworny sposób.

Przyjaciel Toma roześmiał się cicho i uciekł, nim człowiek zdążył dokończyć akt swego okrucieństwa. To sprawiło, że Otto otrząsnął się z osłupienia.

— Tato! — krzyknął przeraźliwie, zalany łzami.

Pręt człowieka minął go o cal. Owładnięty nieznośnym bólem i rozpaczą, zaczął uciekać na oślep, słysząc za sobą ciężkie kroki. Wiedział, że walczy teraz o własne życie. Przez krótką chwilę poczuł chęć, by podzielić los ojca, w końcu przez własną głupotę spowodował jego tragiczną śmierć, lecz wola przetrwania okazała się silniejsza niż wyrzuty sumienia. W końcu zaszył się w jakąś dziurę, gdzie człowiek nie zdołał go już dosięgnąć. Odszedł więc, klnąc cicho pod nosem, zamierzając powrócić do swojej wypełnionej gratami piwnicy i napić się szklaneczki czegoś mocniejszego.

Otto spędził w dziurze cały dzień, sparaliżowany strachem i rozpaczą. Gdy w końcu z niej wyszedł, rozejrzał się po okolicy i z lękiem ściskającym go za gardło stwierdził, że znalazł się na obcym terenie. Błąkał się po okolicy, nawołując matkę i rodzeństwo, zagubiony i bezradny. Krew ojca zaschła na jego sierści, zmył ją dopiero gdy natrafił na jakąś kałużę.

Nigdy jednak nie udało mu się odszukać swojej rodziny. Zatrzymał się u gościnnych kotów, które zaoferowały mu schronienie w tym obcym rewirze. Nie zapomniał jednak o swych bliskich. Jak potoczyły się ich losy? Mógł tylko mieć nadzieję, że są szczęśliwi i nigdy nie dowiedzą się, jak straszna śmierć spotkała Tom’a…

1. Pierwszy dzień w krainie Tęczowego Mostu

Biegł przez ciemne komnaty. Echo jego szybkich kroków odbijało się od ścian. Oddychał ciężko, z bólem i złością. Z całych sił starał się powstrzymać piekące pod powiekami łzy, niegodnie byłoby płakać. To nie jest rozwiązanie. Tę czarną rozpacz może ukoić tylko przemoc, zemsta, zniszczenie.

Jego umysł przeszyła nagle pewność. Jest silny, posiada niezwykłe umiejętności. Ale nawet jemu może przyjść zginąć z łap kogoś tak nieobliczalnego. Musi pozostawić po sobie ślad, zabezpieczenie. Jego zemsta zostanie dopełniona.

— Tylko poczekaj… — mruknął z nienawiścią, zaciskając zęby. Wpatrywał się w znajdującą się przed nim ścianę, a oczyma wyobraźni ujrzał oblicze istoty, którą tak bardzo gardził. — Jeśli myślisz, że twój postępek ujdzie ci na sucho… Pożałujesz, wszyscy pożałujecie, że ze mną zadarliście. Zobaczycie, do czego jestem zdolny. Nie znacie nawet ułamka moich zdolności.

Bez niej ten świat nie powinien istnieć. Nie powinien rozbrzmiewać w nim śmiech, nikt nie ma prawa dobrze się bawić, podczas gdy ona odeszła na zawsze. Samemu zdecyduję, jaki będzie. Samemu stworzę świat, który odzwierciedli ból mojej duszy.

Roześmiał się głośno, uszczęśliwiony tym, że udało mu się pozyskać nowy cel w życiu. Przysiągł sobie solennie, że dokona wszelkich starań, by urzeczywistnić pragnienia.

Prędzej czy później…


Pomarańczowoczerwony zegar wybił godzinę dziewiętnastą. Słysząc siedem uderzeń, władca krainy ognia spojrzał najpierw na ścianę, a następnie na swych gości. Wszyscy wyglądali na lekko zniecierpliwionych.

— To już pół godziny spóźnienia — stwierdziła biała kotka, która sprawowała władzę w Krainie Płatka Śniegu, zwanej też Królestwem Lodu. — Czy Bonita na pewno wie o spotkaniu?

— Oczywiście! Sam ją o nim poinformowałem — oświadczył gospodarz gniewnie. — Co też ją zatrzymuje?

— Sugeruję, by rozpocząć naradę bez niej — powiedział król elektryczności — Den. — W przeciwnym razie zmarnujemy tutaj czas. A musimy przecież wracać do swoich obowiązków.

— Racja — król ognia o imieniu Hono uniósł dumnie głowę. — A więc…

Jego wypowiedź przerwał odgłos otwieranych w pośpiechu drzwi. Do sali wpadła bura kotka z białą łatką pod szyją, odziana w kolorową szatę. Dyszała ciężko, jak po biegu.

— Przepraszam za spóźnienie, drodzy Antyczni Władcy — wymamrotała. Podniosła wzrok i napotkała osiem par zaciekawionych oczu. — Musiałam załatwić z jednym z podwładnych pewną nie cierpiącą zwłoki sprawę…

— W porządku — Hono nie zamierzał rozwodzić się dłużej nad spóźnieniem królowej Krainy Tęczowego Mostu. — Czekaliśmy na ciebie, Bonito. Spotkanie dotyczyć ma głównie Dogera, którego poczynania nie wróżą nic dobrego.

— Doger… — Bonita zacisnęła zęby na myśl o podłym władcy Królestwa Ciemności. — Przez cały ten czas pozostawał w cieniu, ale widocznie znudziła mu się bezczynność.

— Widziano jego sługusów w wielu królestwach, w tym moim — dodał Hono poważnym tonem. — Wyglądało na to, jakby czegoś szukali… Nie wiem, co ten podły pies może planować, ale należy zachować wzmożoną czujność.

— On jest z całą pewnością przepowiedzianym przed wiekami Ostatecznym Zagrożeniem.

Słowa drobnego, fioletowego króla wiatru, Kazego, zawisły w powietrzu niczym groźba. Antyczni Władcy oraz Bonita spojrzeli na niego uważnie.

— To możliwe, choć nie wykazuje żadnych szczególnych zdolności — mruknęła królowa wody, Misa. — Oprócz czaru śmierci…

— To nie on stworzył Vedruvetus. Nie sądzę więc, by można było nazwać to jego szczególną zdolnością — zaprotestowała Yuki, eteryczna królowa lodu.

— Chyba nie myślicie, że mamy mieć jeszcze jednego wroga? — przelękła się jedyna wśród władców suczka, królowa Hikari.

— Jakkolwiek ma być… Co z wybrańcami? — odziany w wytworną szatę władca elektryczności, Den, wycelował łapą w Bonitę. — To ty masz za zadanie wytypować wybrańców, prawda? Dlaczego nadal z tym zwlekasz? Na co ty tak właściwie czekasz?

— Na odpowiednie koty, rzecz jasna — odpowiedziała Bonita wesoło. — Większość z nich znajduje się już w świecie zmarłych, a na niektóre wkrótce ma nadejść czas.

— Poważnie? — Kaze uniósł brwi. — Tacy nowicjusze mają pozostać wybrańcami, którzy ocalą ten świat?

— Wybierz kogoś innego. Czas nagli! — oponował Den niecierpliwym tonem. Bonita była jednak stanowcza. Przekręciła głową, posyłając władcy surowe spojrzenie.

— To nie może być byle kto. Zaufajcie mi, a także im. Z pewnością przygotuję ich do tej roli, a w przyszłości zbiorą amulety i staną z wrogiem do równej walki.

— A ten najważniejszy? — wtrąciła Hana, królowa roślinności. — Ten, który ma być przywódcą wybrańców?

— Nadal tu nie trafił.

— Co za obłęd — westchnął Den. — Mam nadzieję, że wiesz, co robisz…


Na chmurnej drodze panował ruch. Jak co dzień, wiele kocurów, kocic oraz kociąt różnej narodowości, umaszczenia i wieku zmierzało w kierunku dobrze widoczniej każdemu z nich Złotej Bramy. Docierały tam, stojąc na puszystych, lekkich, aczkolwiek bardzo solidnych obłoczkach, które wiozły koty w jednym rzędzie do wejścia, niczym białe czarodziejskie dywany. Całe to miejsce wyglądało, w istocie, magicznie. Gdzie okiem sięgnąć, widoczna była bezgraniczna błękitna przestrzeń. Jedynie wysoka, wspaniała Złota Brama przerywała monotonię błękitu, a zmierzające w jej stronę koty jakby dopełniały ten cudowny widok.

Oczywiście każdy z obecnych pragnął znaleźć się już w Krainie Tęczowego Mostu, która była celem lotu chmurek oraz kotów na nich stojących. Rzecz jasna, nie były to zwyczajne, ziemskie koty, jak już można się było domyślić. Były to koty zaczynające właśnie drugie, pośmiertne życie. Wieczne, dlatego można tu było usłyszeć wiele radosnych pisków kotów, a w szczególności kociąt, zafascynowanych nowym, pięknym otoczeniem i kuszącą ideą życia bez zmartwień.

Pod bramą stał czarny kocur, z daleka wyglądający na śmiesznie małego, stojąc na tle okazałych wrót. To właśnie on miał za zadanie przepuszczać oczekujące na to koty do znajdującej się za bramą krainy.

W pewnym momencie zatrzymał się przed nim niewielki, biało-rudy kociak. Był dość urodziwy. Na jego pogodnym pyszczku wyróżniały się okrągłe, zielone oczy. Na szyi nosił czerwoną, aksamitną wstążkę.

— O, jak widzę, kolejny mały kawaler wybiera się do krainy… — uśmiechnął się czarny kocur sympatycznie, a lekko stremowany biało-rudy kociak odwzajemnił uśmiech nieśmiało. — Mógłbyś podać mi Kartę Tożsamości?

Kocurek spojrzał zdziwiony na kartkę, która pojawiła się znikąd w jego łapie. Zerknął na czarnego pytająco.

— Tak, chodzi mi dokładnie o to — oznajmił tamten.

Kociak drżącą łapą podał ją strażnikowi. Ten spojrzał na nią i odczytał głośno:

— Imię: Otto. Narodowość: polski kot. Przedział wiekowy: kociak. Data zgonu: 18 lipca 2007. Przyczyna: zatrucie.

Popatrzył na kocurka, który tymczasem wpatrywał się przymrużonymi oczami w Złotą Bramę przed nim. Odchrząknął cichutko, by Otto znów zwrócił na niego uwagę.

— Wszystko powinno się zgadzać. Ja jestem Carl, kot hiszpański. Jestem tu od 1969 roku, czyli spędziłem w krainie sporo czasu — Carl wyprostował się dumnie. — A żyłem trzy lata.

— To całkiem krótko — stwierdził Otto bez zastanowienia. — Co mam teraz zrobić?

Carl tylko wyszczerzył zęby w odpowiedzi i odsunął się bardziej na bok. Brama uchyliła się. Teraz perspektywa przejścia przez nią wydała się Ottonowi jeszcze bardziej nęcąca, niż wcześniej, gdy nie miał tego jeszcze w zasięgu ręki. Wiedząc instynktownie, co powinien zrobić, postąpił o krok do przodu.

— Hej, musisz o czymś jeszcze wiedzieć — odezwał się nagle Carl. Otto zerknął na niego niecierpliwie. — Kiedy znajdziesz się już w krainie, zaczep któregokolwiek kota i zapytaj go o królową Bonitę. Niech cię do niej zaprowadzi, a wtedy przedstaw się jej i opowiedz krótko o sobie. Królowa lubi poznawać nowych mieszkańców jej królestwa…

— Dobrze, dobrze — mruknął Otto pospiesznie, czując narastające w nim napięcie. — Czy mogę już tam wejść?

— Oczywiście. Powodzenia, życzę ci przyjemnego wiecznego pobytu!

Otto już nie odpowiedział, tylko wkroczył przez bramę do owego miejsca. Z początku ogarnęła go tylko cudowna, czysta jasność, ale po chwili zdołał już zobaczyć krainę. Jedyna myśl, jaka kołatała się teraz w jego głowie, brzmiała: „Co za piękne miejsce! Cudowne!” Wyglądała bardziej przyziemnie, niż przestrzeń przed bramą, lecz również niesamowicie. Spostrzegł po swojej lewej stronie park z niskimi, bajecznie kolorowymi drzewami, a na wprost siebie urocze miasteczko. Domy były zbudowane w sam raz dla kotów, a niektóre z nich miały naprawdę fantastyczne kształty. Pierwszy w oczy rzucił mu się czerwony dom w kształcie dorodnego jabłka. Otto pomyślał z radością, że prawdopodobnie na niego również czeka jedno z tych mieszkań.

Spojrzał w górę. Tam rozpościerało się niezwykle błękitne, bezchmurne niebo. Zupełnie inaczej, niż na Ziemi… Tam niebo nie miało chyba nigdy tak intensywnej barwy. Pod stopami kocurka rosła bujna pachnąca, krótka trawa, której odcień był, podobnie jak nieba, bardzo intensywny. Do miasta prowadziła schludna alejka.

„Pięknie, wspaniale!” — myślał Otto. Ale wtem przypomniał sobie o poleceniu Carl ‘a. Rozejrzał się i zauważył stojącego pod jednym z drzew brązowego kota, odwróconego do niego tyłem. Może być! Otto podbiegł do kociaka i zagadnął niepewnym głosem:

— Przepraszam bardzo, jak mam trafić do królowej?

Kiedy kociak odwrócił się, Ottonowi na moment odebrało mowę. Na widok tego znajomego pyszczka, teraz wyrażającego podobne zdumienie, powróciły wszystkie ziemskie wspomnienia.

Wreszcie Otto otrząsnął się, by zawołać radośnie:

— April!

— Otto? To naprawdę ty? Tak tęskniłam… Daję słowo!

Uścisnęli się. April i Otto wciąż doskonale się pamiętali. Niektóre koty traciły w znacznej części pamięć, trafiając do tego pośmiertnego świata. Najwidoczniej jednak przyjaźń April i Ottona była zbyt mocna, by cokolwiek było w stanie ją uszkodzić.

Otto puścił ją wreszcie i ze łzami szczęścia w oczach spojrzał raz jeszcze na ten wytęskniony od wielu dni pyszczek. Nie potrafił wyrazić słowami swojej bezgranicznej radości i wypełnionej na nowo pustki, która zaległa w jego duszy w chwili śmierci April. Ale w końcu wypadałoby coś teraz powiedzieć! Wymamrotał więc drżącym z przejęcia głosem:

— Wtedy, kiedy odeszłaś… To było dość niedawno, jakieś dwa tygodnie temu… Nie byłem w stanie pogodzić się ze stratą, jakiej doświadczyłem. Ale ty tu jesteś. Już na zawsze.

— Faktycznie — przyznała wesoło April. — Ale gdy zjawiłam się tu po śmierci, już wtedy spotkałam kogoś nam bliskiego!

Otto doskonale wiedział, o kogo jej chodzi.

— Mówisz o Milo? A więc zapewne Kari też tutaj jest? — kocurek chyba nigdy jeszcze nie był tak przejęty i uradowany.

— Tak — odpowiedziała April pogodnie. — Są tu wszystkie zmarłe koty, spójrz tylko!

I zaczęła oprowadzać kocurka po okolicach. Otto szedł za nią powolnym krokiem i rozmyślał. Kotka wcale się nie zmieniła, nie licząc niedużych białych skrzydeł na jej plecach, będących prawdopodobnie tutejszym atrybutem. Jak zawsze zastał ją uśmiechniętą i wesołą… Nawet przed swoją śmiercią mówiła do Ottona, (jej bliźniacza siostra Kari zaszyła się wówczas w kącie pod starym strychem i szlochała) by się nie martwił, bo po śmierci na pewno jest coś jeszcze. I że Milo już o tym wie. Nieco później, trzy dni po siostrze, tą samą drogą wyruszyła Kari. A teraz także on…

April przedstawiała Ottonowi różne koty. Większość z nich sprawiała wrażenie bardzo przyjacielskich.

— To jest Leon, mój bliski kolega — powiedziała, prowadząc Ottona w stronę rudego, przystojnego kocurka o zielonych oczach. — Mówi, że przybył tu 1 listopada 2004 roku. Leon, to jest Otto. Nowy.

— Cześć, Otto — kocurek uśmiechnął się do niego. — Miło cię poznać! Podoba ci się tutaj?

— Tak, bardzo — odpowiedział całkiem szczerze Otto.

Rozpoczęła się rozmowa. Wkrótce Leon poszedł coś zjeść, a April z Ottonem kontynuowali spacer. April wciąż poznawała go z mieszkańcami tego miejsca.

— To jest Santa, bardzo miła, ale moim zdaniem za bardzo przejmuje się swoim wyglądem. A oto Kei, straszny maruda, ale da się go lubić. Ta kocica po lewej nazywa się Khana. Urocza, prawda? Z kolei ten kocur, Ito, to przedziwny typ. Lepiej go unikać. Och, a tamta kotka, która spogląda na budynki, nazywa się Bew Ker.

Jak to możliwe, że April pamięta tyle imion? Otto zdał sobie ponuro sprawę, że większości już zapomniał.

I wtedy usłyszeli pełen radości krzyk. Zaskoczony Otto odwrócił się i z radością spostrzegł, że w jego stronę zmierzają Milo oraz Kari. Czego jeszcze mu potrzeba do pełni szczęścia?

Po bardzo długich powitaniach, całusach i uściskach
(w czasie czego Milo się rozpłakał, a Kari przewróciła i wpadła na Ottona, wpychając go przypadkowo na kłujące krzewy), April przypomniała o czymś:

— Otto, powinieneś przecież znaleźć królową i przywitać się z nią! To wiekowa tradycja.

— Faktycznie, niemalże o tym zapomniałem — westchnął Otto z wdzięcznością, rozmasowując sobie obolałą po zderzeniu z krzakiem łapę. — Wiecie może, gdzie ona jest? Carl mówił, żebym zapytał kogokolwiek.

— To zrozumiałe, że tak powiedział — Milo pokręcił głową. — W końcu zamek znajduje się w samym centrum.

April wyskoczyła na przód i orzekła, że to ona chętnie poprowadzi Ottona. Ale i tak poszli wspólnie — cała trójka nie mogła się nacieszyć obecnością Ottona, a on ich.

Korzystając z okazji przechodzenia obok domów, Milo zagadnął Ottona nieśmiało:

— Mam do ciebie pewną sprawę…

— Mów śmiało — zachęcał Otto.

— April mieszka z Kari, gdyż domki są dwuosobowe. Jedynie ja nie mam z kim mieszkać… — dodał, zarumieniony. — A może ty byś się na to zgodził?

— Co? Ja mam z tobą mieszkać? Oczywiście — Otto przystał na to z radością.

Przechodząc różnymi uliczkami Otto miał okazję ujrzeć znów mnóstwo dorosłych kotów, ale częstym widokiem były też kocięta całkiem nieduże. Niewiele kotów ma szczęście dożyć późniejszego wieku. Szczególnie te dzikie maluchy, zmuszone żyć na własną rękę.

Wtem ujrzał duży zamek. Musieli przejść już kawał drogi, gdyż wcześniej go nie dostrzegał. Był piękny, posiadał też sporo wieżyczek. Ta największa otoczona była trzema ozdobnymi chmurami, a napis na jednej z nich głosił: „Witajmy królową Bonitę”. Całokształt budził wrażenie. Do wejścia zmierzało z tuzin kotów. Zapewne nowi, pomyślał Otto. Stanęli w ogonku za ponurym, burym kocurem.

Gdy znaleźli się już w sali tronowej, ich oczom w pierwszej kolejności ukazał się wielki, wspaniały tron wysadzany szlachetnymi kamieniami- błękitnymi szafirami, czerwonymi rubinami, zielonymi szmaragdami, żółtymi topazami i fioletowymi ametystami. Na nim zaś siedziała ładna, dostojna bura kocica z białą łatką pod szyją. Posiadała skrzydła tak jak inne koty, ale były one większe i szczerozłote. Poza tym, nad jej głową lśnił królewski atrybut — złota aureola. Cała jej postać budziła w Ottonie respekt i podziw. Wyglądała doprawdy królewsko!

Kotka powiodła wzrokiem po zebranych. Nie spoglądała na nich władczo czy srogo, ale łagodnie i z zainteresowaniem. Z pewnością musi być dobrą i sprawiedliwą władczynią! Ciekawe, od ilu już lat…

Otto przerwał swoje rozmyślania gdy zauważył, że Bonita na niego patrzy. Wydawało mu się, że jej wzrok spoczął na nim nieco dłużej, niż na innych kotach.

Wreszcie rozpoczęły się powitania. Otto cieszył się, że są z nim jego przyjaciele, gdyż dodawali mu otuchy swoją obecnością. Kari uśmiechnęła się do niego, gdy spojrzał na nich niepewnie, a April szepnęła mu do ucha:

— Nie rób takiej miny, jakbyś szedł na ścięcie. Królowa jest równą babką, nie bój się jej!

Otto tylko wykrzywił usta w niezbyt przekonującym uśmiechu. Pamiętał, że Bonita spoglądała na niego chwilę dłużej. Czy to dobry znak, czy może też wręcz przeciwnie?

Po dziesięciu minutach kot stojący przed Ottonem podszedł do królowej spokojnie. Jak on może być taki opanowany? Otto wpatrywał się bezmyślnie w posadzkę pod swymi stopami, a jego nogi trzęsły się i były jak z waty. Wtem poczuł ciepły dotyk łapy na swoim ramieniu.

— Nie bój się — powiedział Milo. — Ja też się denerwowałem i płakałem, co irytowało koty stojące przede mną i za mną. Nie miałem absolutnie nikogo dla otuchy. Ty masz przecież nas.

— Opanuj się, Otto — April przewróciła oczami z niecierpliwością. — Daj spokój, to tylko królowa. Nie bądź tchórzliwy.

— Tylko?

— No, wiadomo że to władczyni i tak dalej. Ale ona też jest przecież kotem!

Otto nie odpowiedział, gdyż kot stojący przed nim właśnie odszedł od królowej.

— Idź — April popchnęła go lekko do przodu. Otto mógł już tylko podejść do majestatycznej kotki. Spojrzał na nią, stremowany. Ona patrzyła na niego wyczekująco, najwyraźniej to on powinien odezwać się pierwszy.

— Dzień… dobry, królowo — zaczął nieśmiało, a ona rzekła delikatnym głosem:

— Witaj, mów mi po prostu Bonita. Przedstawisz się?

— Tak, oczywiście — Otto nie miał pojęcia, o czym ma wspominać podczas swojej prezentacji, więc rzucił tylko:

— Jestem Otto, z Polski. Przybyłem tu dzisiaj.

— Och, kolejne kocię z Polski? W każdym razie, miło cię poznać. Myślę, że zostaniemy świetnymi przyjaciółmi — wyszczerzyła zęby i dodała, ściszając głos: — Jest w tobie coś niezwykłego, nie widziałam tego w innych… — zrobiła tajemniczą minę, po czym wyprostowała się i dodała dziarskim tonem:

— Jeśli być czegoś potrzebował, to przyjdź i powiedz. Pamiętaj też, żeby nie nadużywać skrzydeł — można z nich korzystać przez zaledwie godzinę dziennie. Nie bój się, nie gryzę. Zazwyczaj — uśmiechnęła się szeroko.

Kiedy kocięta opuściły zamek, April znów wyskoczyła na przód i oznajmiła:

— Bonita cię chyba bardzo lubi. Ciekawe…

— Naprawdę? To wam nie mówiła niczego szczególnego? — zdziwił się Otto. April przekręciła głową.

— Mi na przykład mówiła, że miło mnie poznać, żebym bawiła się dobrze i takie tam…

— A tobie powiedziała coś interesującego? — oczy Kari zaokrągliły się ze zdziwienia i ciekawości. Otto jej jednak nie słuchał. Uwagę jego bowiem przykuło niewyraźne, ciemne miejsce daleko za horyzontem.

— Co tam jest? — zapytał, nie odrywając wzroku od niezrozumiałego zjawiska.

— Ach, tam… — April stanęła tuż przy Ottonie z niewyraźną miną. — Tam znajduje się Królestwo Ciemności, zwane też Krainą Ciemnej Potęgi. Królestw jest podobno wiele, ale większość obszarów to głównie bezkrólewia, rządzące się swoimi prawami i zasadami. Ten świat jest duży. Nie zawsze bezpieczny. Myślę jednak, że tutaj nic nam nie grozi, w końcu zawsze mamy przy sobie Bonitę. Nie wszyscy mieszkańcy tego miejsca są aniołami, ale istnieją znacznie gorsze typy. Tam, na przykład — wskazała łapą zacienione miejsce. — Tam mieszkają trzy psy, z Dogerem na czele. One są tak bezwzględne, że…

Wzdrygnęła się. Otto postanowił jej więcej nie wypytywać o tę Ciemną Potęgę, skoro budzi to w niej taki strach. Zadał więc inne pytanie:

— Ale chyba nie wszystkie psy są złe, prawda? Koty też nie są idealne, lecz mają dobrych przedstawicieli… — wyszczerzył zęby. — W dodatku tacy z pewnością przeważają.

Odpowiedział Milo.

— Oczywiście, jest mnóstwo naprawdę przyjaznych psów. Mieszkają w Królestwie Światła, czy też inaczej mówiąc Krainie Słonecznej Budy. Powinieneś poznać niektóre z nich, koniecznie!

— Chętnie! A więc kiedy wybierzemy się w to miejsce?

April wydęła usta.

— To dość daleko. Ale możemy wybrać się tam pewnego dnia. Może zabierzemy również Leona? — zaproponowała.

— Pewnie — rozweselił się Otto. Wszystko wydawało się być tu tak wspaniałe…


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 56.82