E-book
13.65
drukowana A5
21.22
Druga strona życia

Bezpłatny fragment - Druga strona życia

Więzień duszy


4
Objętość:
71 str.
ISBN:
978-83-8155-266-0
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 21.22

Życie ma wiele barw,

nie mamy wpływu na wybór koloru, ale od nas zależy, jaki ma padać odcień

Tak wiele uczy nas dzień. Tak wiele może pokazać nam czas. Czasem potrzebujemy lat, by zrozumieć rzeczy, które wydawały się dla ludzkiego rozumu niepojęte. Czasem jednak wystarczy niewiele, by dostrzec błędy. Błędy w naszym życiu. Dni, które dla jednych są długie, a dla innych zbyt krótkie, uczą nas życia. Mogłoby się wydawać, że jest ono tak zwyczajnie proste. Również nie dostrzegałam różnicy pomiędzy życiem a istnieniem. Czasem nawet nie mogłam odróżnić, co jest rzeczywistością, a co złudzeniem. Nie wiedziałam, czy to, co dostrzegałam, istnieje naprawdę, czy to tylko wytwór mojej rozbuchanej wyobraźni. Teraz już wiem, jak często się myliłam. Jesteśmy przecież aż ludźmi. To tak wiele, by móc odkryć odpowiedzi na wiele pytań. Bałam się. Właśnie tego się bałam. Prawdy, która może być inna, niż się spodziewałam. Bałam się, więc próbowałam uciec, nienawidziłam tego, próbowałam walczyć.


— Ann! Ann! Odezwij się! Proszę, otwórz te oczy! Spójrz na mnie.

— Scarlett, opanuj się, nie krzycz tak, proszę, bo zaraz nas stąd wyprowadzą. — Zack spojrzał na przyjaciółkę gniewnie i próbował ją objąć, tak by odeszła od łóżka.

— Ona nie otwiera tych cholernych oczu, Zack! Jak mam się nie denerwować i nie krzyczeć?!

— Proszę mnie przepuścić! — Lekarz, który wbiegł na salę, odsunął przyjaciół i podszedł do Annabell. Chwilę później wyjął igłę i zrobił dziewczynie zastrzyk

— Będzie dobrze — powiedział, patrząc na wbiegającą do sali matkę. — Twoja córka dostała ataku, straciła więc przytomność, ale wszystko wraca już do normy.

Matka Annabell nie mogła wyksztusić ani słowa. Łzy napłynęły jej do oczu. Objęła zimną i bladą dłoń Ann.

— Za jakiś czas odzyska przytomność i poczuje się znacznie lepiej.

Lekarz, który prowadzi przypadek dziewczyny, doskonale wie, co w tym momencie przechodzi rodzina. Phil Jones to przyjaciel państwa Cruger, sytuacja więc jest jeszcze bardziej napięta. Znali się już dużo wcześniej, przed chorobą dziewczyny, dzięki czemu jego pacjentka była pod jeszcze ściślejszą opieką.

Po chwili namysłu matka Ann odpowiedziała:

— Dobrze, zaraz przyjdzie Anthony, wtedy zajdziemy do ciebie.

— Nie ma problemu, Madison, będę czekał na was w gabinecie.

— Dzień dobry! Byliśmy przy Bell cały czas. Nie rozumiem, dlaczego tak nagle zaczęła się dusić. Jezu, jak ja się wystraszyłam! — Zniecierpliwiona przyjaciółka znowu zaczęła się denerwować. Poirytowany Zack złapał dziewczynę za rękę i rzekł:

— Wychodzimy, Scar! Natychmiast!

Oburzona dziewczyna wyrwała mu dłoń i ze złością ruszyła ku drzwiom.

— Przepraszamy panią, pani Madison.

— Nie trzeba. — Spojrzała na dwoje przyjaciół, po czym dodała: — Cieszę się, że tu jesteście. Ann nie czuje się samotna.

— Zostawimy was same, byście mogły pobyć razem. A i jeszcze jedno! — Scarlett odwróciła się i zawołała: — Ann jest dumna z nas wszystkich. Nie poddamy się bez walki!


Kochana Bell!

Od kiedy zachorowałaś, życie wywróciło się do góry nogami. Zmieniło się zbyt wiele. Chciałabym tyle Ci powiedzieć. Za tak wiele rzeczy przeprosić. Nie chcę jednak, byś odebrała to jako pozbycie się wyrzutów sumienia. Przyjeżdżam do Nowego Jorku, by się z Tobą zobaczyć. Mam nadzieję, że Ty również będziesz chciała ze mną porozmawiać.


— Co robisz? — Starszy brat podszedł do Cassandry i wyrwał jej list.

— Zostaw to! W tej chwili oddaj mi tę kartkę!

— Ukrywasz coś przed bratem? Nie wolno tak, Cassie.

— Nie mów do mnie Cassie — warknęła dziewczyna. — I w tej chwili masz przestać — dodała.

Chłopak był od niej przynajmniej o dwie głowy wyższy. Sama Cassandra mierzyła sto siedemdziesiąt jeden centymetrów. Tommy był mężczyzną, więc nie tylko wzrostem, ale i siłą przewyższał siostrę.

— Proszę cię, to list do Bell.

Spojrzał na nią badawczo, po czym oddał jej niewielką kartkę.

— Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Są telefony — odparł rozbawiony.

— List oddaje więcej emocji — burknęła.

Zapadła niezręczna cisza. Po chwili Tommy zagadnął:

— Nienawidzisz, kiedy tak do ciebie mówię, odkąd Bell jest w szpitalu.

— Za wiele się zmieniło — rzekła, po czym usiadła na kanapie. Mina dziewczyny jeszcze bardziej spochmurniała.

— Myślisz, że kiedykolwiek mi wybaczy? — zapytała nagle.

Tommy bez słowa objął ją mocno.

— Opowiedz mi lepiej, jak ona się czuje.

Spojrzała na niego zimnym wzrokiem. Jednak nie miała ochoty drążyć tematu. Widocznie zadałam niewłaściwe pytanie — pomyślała.

— Słyszałam, że z dnia na dzień jest coraz gorzej. Eric mówił, że ma częstsze ataki.

Nagle poczuła jeszcze większe przygnębienie.

— Dała nam nadzieję — zagadnęła.

— Pokazała, jak wielkie jest życie — dokończył brat.

Tommy wstał i ruszył w stronę wyjścia. Przy drzwiach odwrócił się do siostry i rzekł:

— Bell wybaczyła nam wszystkim. Tobie na pierwszym miejscu.

***

Szansa, którą dostałam, była niezwykła. Tak wielka, że aż nie do opisania. Postanowiłam żyć, nie istnieć. Chciałam cała stąpać po ziemi, nie tylko po części. Nie chodzi tu o moją chorobę. To mały przecinek w moim życiu. Byłam więźniem samej siebie. Moja dusza była roztrzaskana. Można rzec, że szukałam wszystkich jej kawałków. Zrozumiałam, że chodzi o to, by przestać istnieć. Zacznę więc wszystko od początku.


— Dobra, koniec tego bezsensownego gadania! Czas zaczynać!

— Matthew, proszę, odpuść. Wiesz, że nie lubię tej gry. Zresztą nie ma w tym nic zabawnego. — Spojrzała na wszystkich i ciągnęła dalej: — Rzucamy kostką jak w przedszkolu.

— Ann, nie zaczynaj — wtrącił się Zack. — Jak nie trafisz cyfry, musisz wykonać zadanie. No, chyba że wolisz grać na rozbierane. — Kolega zaśmiał się złośliwie.

— Matthew, pomóż mi, proszę — szepnęła dziewczyna.

— Wybacz, ale każdy ma swoją kolejkę.

Grupa zaniosła się śmiechem, po czym zrezygnowana dziewczyna odpowiedziała:

— Co mam zrobić?

— Może pocałować Zacka?! — krzyknęła Dakota.

— Oszalałaś chyba! — zdenerwował się Zack.

— Więc? Raz, raz, mówcie, co mam zrobić.

— Myślę, że powinnaś zdobyć numer telefonu tamtego chłopaka przy trzecim stole — Scarlett spojrzała na przyjaciółkę z nieodgadnionym uśmiechem.

Kawiarnia, w której siedziała Ann z przyjaciółmi, była niewielka. Przychodzili tam właściwie w każdą sobotę. Każde z osobna przygotowywało się do egzaminów. Wszyscy chcieli iść do college’u i zacząć kolejny etap w życiu. Tak przynajmniej wydawało się Annabell.

— Halo, halo! — zawołał Matthew. — Chcemy, żebyś zdobyła numer telefonu tego chłopaka. Masz zrobić to tak, by się nie zorientował, że w cokolwiek grasz. I jeszcze jedna ważna rzecz. Nie możesz go poprosić o numer. Masz go zdobyć, OK?

— Dzięki za pomoc. — Wystraszona Ann wstała i spojrzała na roześmiane towarzystwo. Dziewczyna uwielbiała rozmowy i żarty. Często to nawet i ona wpadała na szalone pomysły.

Przecież nie idę prosić go o rękę — pomyślała rozbawiona.

— OK, masz do dyspozycji czasu, ile chcesz — zagadnął Matthew i wyrwał dziewczynę z zamyślenia.

Eric, który pił aktualnie gorącą kawę, zakrztusił się tak, że zwrócił uwagę wszystkich zebranych.

— Chyba nie czujecie się najlepiej — wyjąkał — przecież my stąd nie wyjdziemy do rana.

Wszyscy wybuchli gromkim śmiechem.

— Masz rację — rzucił Matthew.

— Dobra! — krzyknęła Annabell. — Idę, cholera! Głupi pomysł, bezsensowne gry — powiedziała jakby do siebie.

— Hej — szepnęła, podchodząc do stolika.

Chłopak o ciemnoblond włosach i tak nieskazitelnie zielonych oczach uśmiechnął się. Po chwili odpowiedział:

— Witam, Ann.

— Nie przypominam sobie, bym się przedstawiała — odparła zaskoczona.

— A taki miałaś zamiar?

— Oczywiście. — Uśmiechnęła się nieśmiało, spoglądając, jak chłopak unosi kąciki ust.

— W takim razie jestem Ian.

Podała mu rękę i dokończyła:

— Miło mi cię poznać, Ian.

— Mnie również — odparł.

— Nie noszę przecież plakietki ze swoim imieniem…

— Twoją plakietką są kumple, którzy tak gorąco cię dopingują. Czyżbyś miała mnie poderwać, Ann?

Pytanie, które niemal doprowadziło do wybuchu, spowodowało również małe ukłucie strachu. Po chwili opanowała się i zaczęła kolejną próbę nawiązania rozmowy:

— To nie tak, jak myślisz. Miałam po prostu z tobą porozmawiać. Widzisz, oni wszyscy uwielbiają pastwić się nade mną — odparła dość niepewnie. Uśmiechnęła się lekko i zauważyła, że Ian wcale nie jest zły. Jego to chyba bawiło.

— Zachowujemy się dość… — zastanowiła się chwilę, po czym dodała — głośno. Przez co słychać wszystkie nasze głupoty.

— Hmm… Coś tam słychać, ale niezbyt mnie to interesowało — odparł zwyczajnie.

— Usłyszałeś jednak moje imię, czyli coś cię zainteresowało. — Spojrzała na niego pełna odwagi.

— Może albo po prostu za często wszyscy krzyczą: „Ann, dasz radę”. — Po tym zdaniu pokazał swoje białe zęby, uśmiechając się życzliwie. Poirytowana dziewczyna zerkała na grupkę, która była nieopodal, i wiedziała, że jej czas się kończy.

— Podeszłam, ponieważ chciałam o coś zapytać, ale cóż, nie doczekam się chyba odpowiedzi. — Jej spojrzenie było dość przenikliwe. Zainteresowało Iana.

— Skąd pochodzisz? — zapytała bezpośrednio.

Chłopak odstawił kawę na bok i zaczął:

— Jestem stąd. Mieszkam po prostu na obrzeżach.

— Ciekawe. Założyliśmy się, że nie pochodzisz z okolicy, a ja postanowiłam to sprawdzić.

— I?

— Wygrałam, bo od początku wiedziałam, że jesteś tubylcem.

— Skąd taka pewność? — Postanowił ciągnąć temat.

— Przychodzisz tu z reguły w środy. Musisz mieszkać niedaleko.

— Śledzisz mnie?

— Nie, pani za barem to moja ciotka. Przychodzę do niej dość często. Pomaga mi w utrzymaniu bezdomnych zwierząt — dodała po chwili.

Spojrzała za siebie i już wiedziała, że jej czas upłynął. Mieli dać mi więcej czasu, przegrałam — pomyślała.

— OK, ja już uciekam. Miło było cię poznać Ian. — Podała dłoń chłopakowi i wstała od stołu.

— Mnie również, Ann. — Odwzajemnił uścisk i wziął się za dopicie kawy, która właśnie już ostygła.

Annabell, zła na siebie, kroczyła powoli w stronę grupy, która już nie mogła doczekać się jej porażki. Teraz dopiero będą mi dogryzać — pomyślała poirytowana.

— Bell! — zaczął Zack — chyba jesteś skazana na… — przerwał po chwili, słysząc, jak ktoś równie głośno woła imię koleżanki.

— Ann! — Chłopak podbiegł do stołu, przy którym wszyscy siedzieli, i patrzył, jak dziewczyna zaczyna się tłumaczyć.

— Bo wiecie… — przerwała i po chwili zaczęła znowu: — Wyszło trochę niezręcznie…

— Ann! Wołam cię ze sto razy, a ty nie dosłyszysz niczym moja babcia. — Ian zaśmiał się i dał jej dwie małe karteczki. — Masz tutaj mój numer telefonu, w razie gdybyś potrzebowała pomocy przy bezdomnych zwierzakach.

Podał je i machając wszystkim, wyszedł z kawiarni.

— A już myślałam, że przegrałaś! — krzyknęła jedna z dziewczyn.

— Brawo! — zawołał Matthew.

Annabell podeszła do wieszaka i zaczęła zakładać kurtkę.

— Nie opowiesz nam nic? — zapytała Scarlett.

— Nie ma o czym mówić. Okazało się, że Ian ma podobne zainteresowania do moich.

— Dobra, ma telefon, wykonała zadanie. Nie zapomniała, co to podryw, ha! — Zack zaśmiał się złowieszczo. — Wychodzimy, dalej, dalej!

Kiedy wszyscy rozeszli się do domów, Matthew i Annabell zaszli do sklepu, by kupić prezent z okazji zbliżających się urodzin Zacka.

— Co mu powiedziałaś? — zapytał nagle.

Annabell zmieszała się i udała, że nie słyszy pytania.

— Nie wiem, o co ci chodzi. Spójrz, może powinniśmy kupić mu książkę — zmieniła szybko temat. — Eric uwielbia czytać — dodała po chwili.

— Halo! Moja siostra ma coś do ukrycia?

— Zachowujesz się, jakby to był jakiś szok, że rozmawiałam z chłopakiem — odparła.

— Tego nie powiedziałem, ale od rozstania z Jasperem nie spojrzałaś na żadnego chłopaka. — Zaśmiał się lekko.

— Jeszcze się z nim nie rozstałam. Mamy kryzys — rzuciła, oglądając się przez ramię, czy jej brat idzie za nią.

— Ann, przecież wiesz, że to sukinsyn. Typ, który uwielbia kobiety w liczbie mnogiej. — powiedział już poważniej.

— Dobra, nie zaczynaj — urwała roztargniona.

— No, ale — chłopak nie zamierzał się poddać — pan Ian wpadł ci w oko. — Zaśmiał się i ruszył do kolejnego działu z książkami.

— Proszę cię, Matt! Opanuj swoje podekscytowanie. Zagraliśmy w grę, wypełniłam zadanie i na tym koniec.

— Przecież wiesz, że cię znam. I jestem od ciebie starszy.

— I? — dodała ironicznie.

— Moja spostrzegawczość jest bystrzejsza, niż myślisz.

Annabell wybuchła gromkim śmiechem. Jej brat czasem był naprawdę upierdliwy. Wiedziała to doskonale. Kwestia czasu, nim wyciągnie z niej wszystkie informacje.

— Cholera jasna! Dobra. Rozmawialiśmy o bzdurach. W pewnym momencie nawet mnie wkurzył tą swoją pewnością siebie. — Dziewczyna zaczęła przemieszczać się po sklepie, oglądając wszystko, co wpadło jej do ręki.

— I tyle? — zapytał zrezygnowany.

— Tak, przyszłam więc do was, wiedząc, że nie zdobyłam tego numeru. Musiałam przyznać się do porażki.

— Zobacz, jaki bohater! Pomógł ci! — Brat żartował i śmiał się głośno.

Matthew podszedł do siostry, złapał ją za rękę i rzekł:

— Wiesz, że kocham cię ponad wszystko. Jestem po prostu zadowolony, jak widzę uśmiech na twojej twarzy, a dzisiaj się pojawił.

— To były żarty — upierała się przy swoim.

— Oczywiście — odparł krótko.

— Wybierzemy w końcu ten prezent? — zadała pytanie, po czym dodała: — Myślę, że książka to za mało.

Matthew spojrzał w zamyśleniu.

— Mam pomysł — oznajmił. Zrobię jeszcze portret. Może karykaturę. Co ty na to?

— Będziesz rysował? — Annabell zdumiona otworzyła szeroko oczy.

— Tak, myślę, że się ucieszy.

— Super! Wracasz do rysowania. Uwielbiam twoje szkice. — Rozpromieniona dziewczyna wybrała książkę, po czym podeszła do kasy.

— Nie podlizuj się. — Matthew spojrzał na siostrę podejrzliwie i dodał: — Zaproś Iana na urodziny. — Nie zdążył się odwrócić i dostał po głowie rękawiczkami.

***

— Dwie karteczki? Po co aż dwie — zastanawiała się Annabell, siedząc sama w domu. Przecież to tylko liścik. Żadne wyznanie miłosne — pomyślała i zaśmiała się.

— Jest numer! — Otworzyła za chwilę drugą kartkę.


Doskonale wiem, po co podeszłaś do mojego stolika. Ciekawa gra. Może umówimy się na kawę?


Zaskoczona czytała liścik kilka razy. Zarumieniła się jak w podstawówce. Umówić się na kawę? Cholera jasna! A myślałam, że nasza rozmowa wcale się nie kleiła.

Chwilę później mały Baster utknął za fotelem.

— Boże! Całkowicie o tobie zapomniałam! — Uśmiechnięta wzięła szczeniaka na ręce. — Chyba powinniśmy iść na spacer. To cud, że jeszcze nie narobiłeś na dywan. Mama dopiero by się wściekła — pomyślała.

Schodząc na dół, Ann schowała psa do jednej z bluz.

— Ci… — szepnęła. — Nawet nie próbuj piszczeć. Chyba nie chcesz, by nas zauważono? — pytała szczeniaka. Zabrała klucze z półki i poszła w stronę drzwi.

— Ann, kochanie. Mogłabyś tu przyjść? — zawołała matka.

— Mamo, troszkę mi się śpieszy. Umówiłam się z Cassandrą.

— Zajmie to chwilę. Proszę, byś podeszła i nie przeciągała tego.

— Przeciągała? — powtórzyła. — Ale czego? Idę.

Zdenerwowana dziewczyna owinęła psa tak, by nie było widać pyszczka.

— Co się stało, mamo?

— Muszę wyjechać na jakieś dwa tygodnie.

— Znowu? — odpowiedziała poirytowana.

— Proszę cię, nie zaczynaj. Wiesz przecież, że taką mam pracę.

— Mamo, za jakiś czas mam egzaminy. Również muszę poświęcić czas na naukę — odparła rozgoryczona.

— Nie porównuj egzaminów do pisarstwa. Wiesz, że nie zawsze jestem w stanie cokolwiek stworzyć w domu. Muszę ukończyć ten projekt. — Matka Annabell próbowała zakończyć tę rozmowę stanowczym tonem.

— Tylko że jak ty wyjedziesz, ojciec znowu popadnie w obłęd. Nie poradzę sobie z obowiązkami i tatą.

— Pomoże ci Matthew. Spokojnie, przecież jest starszy, zaopiekuje się więc częścią. Zresztą, proszę, nie dyskutujmy. Dobrze wiesz, że ode mnie zależy, byśmy mieli dach nad głową. Nie zapominaj więc, że gdyby nie moja praca, dobrze płatna, dodam, wylądowalibyśmy na ulicy — powiedziała już na tyle zła, by wstać i zacząć się pakować.

— Jasne. Nie jedziesz jutro ani pojutrze, tylko teraz, tak?

— Poinformowali mnie godzinę temu. Przecież to dwa tygodnie, córeczko, nie kilka lat. Nie panikuj.

Matka dostrzegła smutek w oczach Ann, postanowiła więc nie drążyć tematu i zagadnęła: — A co trzymasz w tym kłębku?

— Co? W jakim kłębku? — Dziewczyna całkowicie zapomniała, że trzyma psa na ręku. — Ach, w mojej bluzie? — zapytała.

— No tak. Co tam zapakowałaś?

— Nic takiego — odparła natychmiast.

Pies zaczął piszczeć i wierzgać.

— Ann, nie mów, że znowu przyprowadziłaś psa do domu.

— To tylko szczeniak, mamo. — Pies odchylił główkę i wyjrzał spod bluzy.

— O nie, moja droga panno. W tej chwili zaprowadzisz go do schroniska i zostawisz. Ile razy mam ci powtarzać? Żadnych zwierząt.

— Mamo, ale on… — Nie zdążyła dokończyć, ponieważ matka wtrąciła: — Dość, dostałaś jednego psa na dziesiąte urodziny. Chyba wystarczy? Mówisz, że masz wiele obowiązków przed egzaminami, a bierzesz jeszcze kolejne. — Zdenerwowana matka nie dała dojść do słowa córce.

— To Baster.

— Co? — Odwróciły się obie i zobaczyły Matthew stojącego w progu.

— Pies nazywa się Baster. I jest to prezent urodzinowy. Zack będzie zachwycony.

— Ann, to prawda? — zapytała pełna obaw pani Madison.

— Tak, mamo. Nie dałaś mi wytłumaczyć niestety.

Annabell niepewnie postanowiła się wycofać.

— Dobra, idźcie już. Muszę dokończyć się pakować. Pomożesz Matt siostrze przez te dwa tygodnie?

— Oczywiście. Poradzimy sobie — rzekł z szerokim uśmiechem.

Wychodząc z domu, siostra od razu zaczęła wypytywać brata. — Skąd wiesz, że mam psa? Skąd wiesz, jak się nazywa?! Nikomu nie mówiłam.

— Nie panikuj. Przypominam ci, że mieszkamy w tym samym domu, a ja znam cię jak własną kieszeń. — Zaśmiał się lekko i wziął szczeniaka na ręce. — Słodziak — dodał.

— Matt, proszę cię, ukrywałam go tak bardzo, że sama zapomniałam o jego istnieniu.

— Właśnie wtedy go znalazłem.

— Jak to? — zapytała zaskoczona.

— No tak. Ian chyba za bardzo cię rozkojarzył. — Uśmiechnięty zaczął drażnić się ze szczeniakiem.

— Co ty pleciesz, Matt. Przecież mam go już dobry miesiąc i zajmowałam się nim całkiem dobrze. — Zdenerwowana zabrała psa i ruszyła w stronę mieszkania Cassandry.

— Halo, nie obrażaj się. Mówię o tym, jak szedłem do ciebie, by powiedzieć, kiedy wyjeżdża mama. A ty byłaś tak zapatrzona w liścik, że postanowiłem nie przeszkadzać. Wtedy wyłonił się ten maluch.

Annabell spojrzała na brata i dodała:

— A ja powiedziałam: „O Baster, całkowicie o tobie zapomniałam”.

— Dokładnie tak było! — krzyknął zadowolony Matt.

— Przed tobą nie da się mieć tajemnic. Jesteś jak duch. — Dziewczyna żartobliwie trąciła brata i uśmiechnęła się szeroko.

— Uważaj więc. Mogę straszyć! — Wtrącił i zrobił groźną minę. Pies nagle zaczął szczekać i warczeć.

— Widzisz, nawet Baster uważa cię za ducha. Matt, nie byłeś zły, że mama wyjeżdża?

— Byłem, ale nie dałem jej tego po sobie poznać.

***

— Zack, wszystkiego najlepszego! Zaśpiewajmy sto lat dla naszego nieznoszącego dziewcząt kolegi!

— Halo, halo. Kocham dziewczyny! — zawołał Zack.

— Oczywiście, tylko wtedy, gdy są od ciebie dość daleko! — zawołała Cassandra.

— Bardzo śmieszne — wtrącił Eric. — Dzisiaj nasz Zack Grant kończy dziewiętnaście lat. Dajmy chłopakowi odetchnąć pełną piersią.

Nagle całe towarzystwo zaniosło się śmiechem. Po chwili każde z osobna dało prezent.

— Zaczynamy więc! Pierwsza wypadła Cassandra i Eric. Dostałem od was chyba największy prezent!

Zadowolony chłopak wziął pudełko. Gdy otworzył opakowanie, zobaczył tam małego kota. Krzyknął i odrzucił pudełko od siebie.

— Oszalałeś?! — zawołała przyjaciółka. — Chcesz go skrzywdzić?

Eric nie mógł wytrzymać ze śmiechu. Po chwili sam spadł z krzesła.

— Daliście Zackowi kota? — zapytała z pełnym zdziwienia uśmiechem.

— To nic, o to chodziło! — zawołał Eric.

— O to, bym oszalał? — Wystraszony Zack podszedł do pudła.

— Nie — wtrąciła się Cassandra. — Po prostu zamiast spędzać godzinami czas w łazience… Będzie ktoś, komu również będziesz musiał poświęcić cząstkę siebie.

— Więc plan z oddaniem Bastera odpada — szepnął Matt do Annabell.

— Dobra, czas na Scarlett! — zawołali wszyscy.

— Co my tutaj mamy. — Zack wziął się za rozpakowywanie prezentu. — Bilet na tor wyścigowy?

— Brawo! Ja też chcę! — zawołał Matthew z entuzjazmem.

— Ha! Kolego, nie masz szans.

— Moje urodziny wypadają dopiero za kilka miesięcy. Cholerka!

— Dobra już, dobra. Czas na nasz prezent — odezwała się Annabell.

— Książka? Świetnie! — Przeczytał tytuł z iskierką w oku.

— Tak, nawet nie wiesz, jak długo szukała jej Bell — zażartował Matt i mrugnął do siostry, tak by nikt tego nie zauważył.

— Jest i karykatura! Matthew wraca do szkicowania! Ekstra!

Przyjaciele spędzili miły wieczór. Annabell uwielbiała z nimi przebywać. Uważała, że ma wszystko. Pomimo problemów, które czekały ją w domu, miała za co dziękować.


Może faktycznie czasem brakuje mi sił — myślała przed snem — ale mam przyjaciół, którzy mnie wspierają. A kiedy mój ojciec nie radzi sobie z nałogiem, matka ucieka gdzieś w świat, to mam brata. Człowiek, który nigdy ze mnie nie zrezygnuje. I za rok idę do college’u.

— Ach, Baster, okazuję się, że szczęście nam sprzyja. Dobrze, że mama wyjechała. Dzięki temu mam jeszcze kilka dni na zastanowienie się, co z tobą zrobić.

Ann była wrażliwą osobą. Jej życie wydawało się całkowicie normalne. Nie dostrzegała niczego, co mogłoby zaburzyć jej spokój. Miała osiemnaście lat. Cóż takiego mogło ją złamać?

***

— Ann, zejdź na dół. Natychmiast! Proszę cię, zejdź! — Krzyki rozchodziły się w pomieszczeniach.

— Boże, Matt, co się stało? — Zdenerwowana dziewczyna podbiegła do brata.

— Ojciec wziął coś. Nie wiem ile i… — Brat zaczął się jąkać.

— Już dzwonię po pogotowie. Zaraz tu będą — pocieszała sama siebie.

— Ma usta pełne piany, Bell. On się cały trzęsie.

— Mów do niego. Matt, zrób coś. — Roztrzęsiona dziewczyna zaczęła płakać. Boże, nie zabieraj nam go. Pomóż wytrzymać mu do przyjazdu karetki — modliła się w myślach.

Minęło kilkanaście minut. Usłyszeli karetkę.

— Już są, Bell. Trzymaj jego głowę.

Ojciec trafił do szpitala — myślała, siedząc na sali. Poczekalnia była duża. Tylko Annabell i Matt zajmowali miejsca.

— Jest już z druga nad ranem. Trzymają go tak długo

— Spokojnie. Muszą zrobić wszystkie badania — odparł bez wyrazu.

— Powiedz, że wszystko się ułoży — szepnęła.

— Oczywiście. — Tuląc siostrę, dostrzegł w tle lekarza. — Phil! — zawołał.

— Tu jesteście. — Lekarz podszedł do rodzeństwa i rzekł: — Ojciec czuje się lepiej. Odzyskał przytomność. Szczerze? Nie wiem, jak mu się udało. Matthew, wyślijcie go na leczenie — odparł zrezygnowany.

— Nie da się — wtrąciła Annabell. — On myśli tylko o sobie. Nie rozumie, że przy tym my również cierpimy.

— Bell, spokojnie — odparł brat. — Nie osądzaj go tak pochopnie.

— Ile razy będziemy jeszcze w takim stanie? — zapytała ze złością.

— Jak mama się dowie, to całkowicie wróci za miesiąc.

— Nie powiemy jej. Poradzimy sobie z tym sami. — Spojrzał na lekarza porozumiewawczym wzrokiem i wstał. — Czy możemy go odwiedzić?

— Oczywiście, ale później jedźcie do domu, wyśpijcie się. Mam dzisiaj dyżur, więc go przypilnuję. Zostanie u nas pod obserwacją.

— OK, ale mam jeszcze kilka pytań. Czy moglibyśmy? — urwał Matt.

— Jasne, chodź do gabinetu.

— To ja pójdę do taty — zagadnęła Ann.

Dziewczyna nie wiedziała, co ma o tym myśleć. Matthew bronił ojca. Ale po tym, co im zrobił? Wszyscy rozumieli ciężką sytuację rodziny. Matka bardzo często wyjeżdżała, a ojciec odurzał się różnymi lekami. Kiedyś pracował w wojsku. Niedługo, bo kilka lat. Po wypadku, który trwale uszkodził mu nogę, nie mógł wrócić na swoje stanowisko. Anthony był więc w domu i choć sowicie mu to wynagrodzono, popadał w nałóg wraz z narastającymi problemami.

— Jeszcze trochę i naprawdę będziemy cię odwiedzać na cmentarzu — rzekła dziewczyna do ojca.

— Tam kończy się wszystko, moja droga — odparł.

— Szkoda, że twoje mądrości nie pomagają w życiu codziennym.

— Bell, nie zaczynaj proszę. Nie wiedziałem… — próbował dokończyć.

— Stop! — przerwała. — Czego nie wiedziałeś? Może tego, że to nie są żarty? I że trzeba wstać i wziąć się za siebie? Tato, my też cierpimy, do jasnej cholery!

— Nie prosiłem — wtrącił.

— O co?! — zawołała. — O to, by nie bolało?

— Nie — rzekł krótko.

— Miło, że myślisz o nas. — Zdenerwowana podeszła do okna. — Nie zapomnij, że to nie ty dałeś sobie życie i nie ty masz prawo je odbierać.

— Nie odebrałem, nie miałem takiego zamiaru. Chciałem — zatrzymał się na chwilę — nie myśleć o tym wszystkim.

— Pamiętaj, że przez to, co robisz, odejdę kiedyś. I wtedy oczy smutne otworzysz.

Po tych słowach wyszła z sali, nie widząc stojącego w drzwiach brata. Siedziała w aucie, czekając na Matta, pośpiesznie wycierając oczy — tak by nie wiedział, że płakała.

Kochała ojca, dlatego tak bardzo ją to bolało. Zastanawiała się, jak można być tak samolubnym. Przecież takim czynem rani wszystkich — pomyślała.

Annabell na tę chwilę nie pojmowała niczego. Depresja to choroba, ojciec w tym momencie nie myślał, jak często zadaje ból rodzinie. Takie osoby chcą się ukryć, a bardziej ukryć problemy, które ciągle narastają. Nie są samolubni, ale Bell pojmie to dopiero, gdy sama tego doświadczy.


Minęło kilka tygodni. Wszystko jakby wróciło do normy.

— Dzwoniłem do ciebie chyba setki razy.

Ian wysłał kolejnego SMS-a z prośbą o spotkanie. Może oddzwoni — pomyślał.

Ann siedziała w swoim pokoju. Nie miała ochoty nigdzie wychodzić, chociaż lubiła widywać się z Ianem. Widzieli się może trzy razy, ale to wystarczyło. Po urodzinach Zacka poszli na krótki spacer. Śmiali się i wygłupiali. Annabell po rozstaniu z Jasperem postanowiła być sama. Pokochała tego o trzy lata starszego od niej mężczyznę. Pamiętała, jaki był czuły, uśmiechnięty. Uniosła lekko kąciki ust. Jasper nie był mężczyzną dla mnie — poprawiła się.

Traktował ją jak powietrze, coś, co było potrzebne wtedy, kiedy on tego chciał. Zdradzał Annabell, a ona doskonale o tym wiedziała. Nigdy jednak nie poznała imienia dziewczyny, z którą spotykał się jej były chłopak.

— Teraz poznałam chłopaka całkowicie innego. Nie traktuje mnie jak zabawkę. — powiedziała już na głos. Łzy szybko zajęły miejsce w jej oczach.

Ian na urodzinach dał do zrozumienia, że się w niej zadurzył. Nie chciał jej pośpieszać. Nie przeszkadzało mu, że Annabell nie czuje jeszcze tego samego.

Dziewczyna podniosła telefon i wybiła numer.

— A może jest zły? — zapytała.

— Halo? — Usłyszała.

— Ian? — odpowiedziała pytaniem.

— W końcu się odezwałaś! Już myślałem, że zapomniałaś.

— Nie no, coś ty. Chciałam… — zaczęła się jąkać.

— Spokojnie, Bell. Nie musisz mi się tłumaczyć. Pomyślałem, że może w końcu znajdziemy dom dla twojego psiaka? — zagadnął.

— A co, nie ma gdzie mieszkać? — zapytała zaskoczona.

— Pewnie, że ma, ale za jakiś czas wraca twoja mama.

— Faktycznie, zapomniałam! — Zadowolona zaczęła szukać Bastera.

— Znajdziemy mu przytulne mieszkanko — pocieszył dziewczynę.

— Nie wątpię. Najpierw jednak muszę znaleźć psa.

— Zgubiłaś psa? Cha, cha! Bell, niedługo zgubisz samą siebie.

— Tak łatwo tego nie zrobię. — Zaśmiała się głośno.

— Uwielbiam twój śmiech — przerwał.

Annabell była zaskoczona. Postanowiła więc podać godzinę spotkania i pożegnała się z chłopakiem.

— Hej! — Brat wyrwał dziewczynę z zamyślenia.

— Jezu! Nie strasz ludzi! — krzyknęła.

— Przecież jestem jak duch. — Zaśmiał się.

— Potrafisz nim być — rzekła już z lekkim promykiem w oku.

— Znalazłem twoją zgubę. — Matt podał psa siostrze, po czym rzekł: — Lubisz tego chłopaka.

Zdziwienie Ann było tak wielkie, że przez chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć.

— To dobrze, pomoże ci.

— Co? Matt, dobrze się czujesz? — Siostra zaśmiała się.

Uśmiechnął się lekko i dodał:

— Jeśli będziesz czuła się samotna, Bell, postaraj się odwiedzić kogoś, kto jest jeszcze mocniej samotny.

Po tych słowach pocałował siostrę w czoło i wyszedł z pokoju. Ann jednak zdążyła zawołać:

— Przepraszam za wczoraj, nie chciałam tego powiedzieć. Wiesz, że jeżeli chodzi o tatę, zachowałam się dość… dość niemiło.

Matthew odwrócił się, łagodnie spojrzał na siostrę i uniósł lekko kąciki ust, po czym wyszedł.

Pokój Annabell był dość duży. Lubiła w nim przebywać — zwłaszcza wtedy, gdy rozmyślała. Właśnie, skąd Matt wiedział, że rozmawiałam z Ianem? Zdziwiona wybiegła za bratem, jednak w domu już nikogo nie było.

— Matt! Jesteś? — zawołała głośno, odpowiedziała jednak tylko głucha cisza.

Pojechał pewnie do taty — pomyślała. Nagle usłyszała, jak dzwoni telefon. Podeszła i podniosła słuchawkę.

— Matt, właśnie miałam do ciebie dzwonić. Daleko jesteś? Pojechałabym z tobą. Możesz po mnie wrócić?

— Ann? — Usłyszała męski głos. — Ann, to ty? Z tej strony Phil.

— Matt już dojechał do taty? Chciałam, żeby po mnie wrócił — odpowiedziała.

— Bell, twój brat miał wypadek w drodze do szpitala.

— Nic mu nie jest?! — zawołała wystraszona.

— Miał poważną operację, dostał krwotoku. Dopiero za jakiś czas dowiemy się, co dalej, czy da radę walczyć.

— Walczyć? Z czym? Boże, przecież jeszcze przed chwilą z nim rozmawiałam. Musiał jechać naprawdę szybko, jeżeli dojechał już do szpitala — odpowiedziała pośpiesznie, nie dowierzając swoim słowom.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 21.22