RODZICOM.
ZA WSZYSTKO.
PODZIĘKOWANIA
Pragnę podziękować tak wielu osobom, że… niech każdy myśli, że są one tylko dla niego. Tak będzie sprawiedliwie. Ale kilka osób muszę zmieścić.
Dziękuję przede wszystkim „Mariti” — mojej żonie — za zrozumienie, że podczas pisania nie siedziałem koło niej, lecz przebywałem bardzo daleko stąd, w krainie po Drugiej Stronie Góry (a tam nie ma zasięgu).
Dziękuję moim rodzicom za życie oraz za wspieranie mnie z innej dalekiej krainy…
Dziękuję wszystkim pisarzom, których powieści przeczytałem. Szczególnie Siri Petersen, której magiczne „Krucze Pierścienie” dały mi ostatecznego kopniaka do tego, żeby spróbować samemu… (wciąż mam nadzieję, że Peter Jackson je zekranizuje).
Dziękuję także tym wszystkim przyjaciołom, którzy kibicowali mi podczas pisania „Drugiej Strony Góry”.
Dziękuję również wszystkim przyjaciołom z młodości. Także tym, z którymi wymieniałem się pierwszymi powieściami. Od tego się zaczęło.
Dziękuję też naszemu ukochanemu shih-tzu, Ferbiemu za 16 (!!!) dotychczasowych lat jego życia. Nie jest już taki szybki jak pinu Surini, ale jest tak samo czarno-biały. Jako „Ferb” pozostanie na zawsze z nami. A jego lata życia płyną jemu i nam tak, jak czas w krainie Entha i Surini czyli… inaczej.
No i dziękuję każdemu, kto zdecydował się na podróż do krainy po „Drugiej Stronie Góry”.
WPROWADZENIE
Niniejsza powieść jest o wartościach, które w swojej uniwersalności przekraczać mogą czas i przestrzeń. Jest ona dla wszystkich, którym są one bliskie i którzy wciąż jeszcze znajdują ich drobiny w chaosie dzisiejszego świata. Jest o MIŁOŚCI i HONORZE.
Jest też dla każdego, kto kocha i szanuje naturę, którą zostawił nam w spadku Bóg… lub „Pierwsi”. Kto czuje z nią WIĘŹ. A żeby tę WIĘŹ odnaleźć musi tylko razem ze mną wkroczyć do górzystej krainy po DRUGIEJ STRONIE GÓRY.
A osobiście dla mnie ta powieść (przed jej napisaniem) jest też trochę jak ŻYCIE — sam jeszcze nie wiem JAK I KIEDY się one skończą…
MOTTO
„I każda rzecz pod słońcem istnieje w harmonii
Ale słońce jest zaćmione przez księżyc…”
Pink Floyd (ECLIPSE)
„Nikt nas nie oprowadził po tej krainie
I nikt nie wie gdzie, co i jak
Lecz jest tu coś, co się porusza i coś co próbuje
Wspiąć się ku światłu”
Pink Floyd (ECHOES)
PROLOG
Góry gdzieś w Europie (ostatnie dni września A.D. 1307)
Jaques i Armand jechali przez te przeklęte, dzikie góry już trzeci dzień. Wciąż im się wydawało, że są jeszcze zbyt blisko uczęszczanych szlaków, chociaż od wczoraj nie spotkali ani jednego człowieka. Nie trafili jednak dotąd na miejsce odpowiednie do złożenia w nim skrzyni i kielicha. Mistrz kilka razy powtórzył nim wyruszyli: „Nikomu ani słowa gdzie one spoczną — mają tam bezpiecznie doczekać lepszych czasów”. Mieli znaleźć odpowiednie, odosobnione miejsce, oznaczyć je, zapamiętać dobrze drogę i wrócić do Templum. I tylko ich trójka będzie wiedzieć gdzie są ukryte.
— A może tamta? — Jaques wskazał na miejsce położone wysoko pod szczytem góry. — Tylko jedna, wąska, zarośnięta ścieżka a sama góra ma kształt… kopuły. Kopuła Na Skale — co Ty na to?
— Myślę, że tak. Tak, to chyba to miejsce… Wejdźmy tam. Zobaczymy jak jest w środku.
Wejście pod szczyt zajęło im prawie godzinę. Było na tyle wąsko, że szli przed końmi, które niosły cenny ładunek. Kiedy dotarli na miejsce, zobaczyli grotę w kształcie oka. Chyba obaj pomyśleli o tym samym bo jednocześnie spojrzeli na siebie: Oko Boga.
— Tak, to tu. Wchodzimy — Armand pierwszy to powiedział.
Grota nie była zbyt duża. W jej tylnej części znaleźli niszę, którą można było poszerzyć, a potem ponownie zamurować, w czym byli przecież niedościgłymi mistrzami. Potem nie będzie żadnego śladu działania ludzkiej ręki.
— Dobra bracie Jaques, zaczynamy.
Złożyli drogocenne przedmioty pod samą ścianą. Jaques wyszedł przed grotę, żeby przynieść narzędzia, a Armand zaczął szukać odpowiednich kawałków skał potrzebnych do wykonania zadania. Jaques stał jeszcze odwrócony, kiedy usłyszał z tyłu głos Armanda:
— Jaques! Dzieje się coś dziwnego.
I to były ostatnie słowa jakie od niego usłyszał. Kiedy się odwracał, poczuł straszliwe drżenie całej groty. Prawie zwaliło go z nóg. Zobaczył jeszcze gęstą, białą mgłę, która pojawiła się nie wiadomo skąd i właśnie pochłaniała Armanda. Trwało to krótką chwilę, przez którą wydawało mu się, że w oparach mgły widzi zarys całego pasma górskiego. Potem ujrzał oślepiający błysk. Gdy w końcu otworzył oczy, w grocie nie było ani Armada ani Graala oraz Arki. Pozostała jedynie pusta kamienna ściana. Podszedł do niej i sprawdził czy nie ma w niej jakichś wierzei. Opukał każdy jej kawałek. Nie znalazł. Jaques padł w końcu oniemiały na kolana. Myślał w kółko tylko o jednym: „Co ja teraz powiem Mistrzowi de Molay?!”. Wpierw pogłoski o bliskim końcu Zakonu a teraz jeszcze i to!!! Bardzo długo nie wstawał z kolan i modlił się. Bo tylko modlitwa mu pozostała… Było tak, jakby Oko Boga zamknęło się za Armandem. W końcu wstał, poprawił swój miecz u boku i wyszedł przed grotę. Zaczynało zmierzchać. Zabrał oba konie i zaczął schodzić z góry. Po drodze pomyślał sobie, że na nowej pieczęci ich przeobrażającego się Zakonu może trzeba będzie teraz umieścić obrazek jednego rycerza i dwóch koni, a nie jednego z dwoma jeźdźcami, jak dotychczas. Gdyby nie to, że zgubił Armanda wraz z Graalem i Arką to śmiałby się do łez. Gdyby nie to… Poprawił wodze trzymane w ręku i nie oglądając się już za siebie ruszył w drogę.
***
-...coś dziwnego.
Jaques jakby rozpłynął się na oczach Armanda w gęstej, mlecznej mgle. Kiedy drżenie ustało, a mgła ustąpiła, zobaczył kamienną ścianę. Ale nie groty, tylko góry. I do tego zrobiło się nagle tak bardzo jasno, jasno jak w… dzień? Przecież, na Boga, wciąż był w jaskini! Coś go tknęło i odwrócił się powoli, a miecz, ruchem wyćwiczonym tysiącami powtórzeń, jakoby samoistnie pojawił się w jego dłoni. Ale zaraz potem potem ręka z mieczem bezwładnie opadła ku ziemi.
Bo zobaczył przed sobą… panoramę gór i lasów rozciągających się aż po kres horyzontu. I były to góry obce, niepodobne do tych przez które dotąd wędrowali. Inne były drzewa i krzewy, inne ptactwo. A pod sobą widział z góry rzekę i most na niej, za którym widział owo pasmo gór. Dotarło do niego, że stoi na półce skalnej położonej po drugiej stronie groty. Jakimże cudem? Spojrzał za siebie i zamarł. Arka i kielich były na miejscu. Ale po… jego stronie. Poszukał więc jakiegoś przejścia na drugą stronę. Nie było takiego. Padł na kolana. Z czym teraz Jaques wróci do Mistrza De Molay? I to samotnie. Było tak jakby Oko Boga zamknęło się za Jaquesem. Długo nie wstawał z kolan, pogrążony w modlitwie. Bo tylko modlitwa mu już pozostała… Nie wiedział ani tego gdzie jest jego towarzysz, ani nie wiedział gdzie jest sam. W końcu podniósł się, wsunął miecz do pochwy i zabrał kielich. Skrzynia była za duża i zbyt ciężka, żeby ją zabrać w pojedynkę — wróci po nią kiedy indziej. Nazbierał gałęzi, przykrywał ją nimi, aż stwierdził, że nie jest pod nimi widoczna. Zaczynał się zmierzch. Jeszcze raz spojrzał na piękny widok pasma gór przed nim, wsunął kielich za pazuchę i zaczął schodzić z góry.
I już nie obejrzał się za siebie.
1. NARADA UTU
Powoli podchodził pod wiatr. Tak cicho jak jeszcze nigdy. Ale Duch i tak go wyczuwał. Stał nieruchomo i węszył. Nie patrzył w jego stronę, ale jednak węszył. Enth nigdy jeszcze nie był tak blisko niego… Wyciszył myśli, żeby Duch Gór go nie usłyszał. Dlatego łowili je tak bardzo nieliczni Łowcy. Bo byli zbyt głośni.
Ale Enth jest już tak blisko… A raczej był blisko.
— Enth!
Duch w mgnieniu oka zniknął. Wtopił się w tło drzew nie ruszając się z miejsca. Został po nim tylko lekki ruch liści w miejscu, z którego zaczął się oddalać. Potem już nic. Enth zawsze pragnął umieć tak znikać.
— Enth! Wszędzie cię szukam. Musiałem z Ariny wyciągać gdzie ciebie poniosło. A ty tu biegasz sobie po lesie jak essi po trzecim piwie.
— Dzięki, Bothe. Właśnie spłoszyłeś Ducha. Bliżej już nigdy nie będę… Mam nadzieję, że warto było, bo mam zamiar cię zabić, przyjacielu. Niech cię bumi zeżre!
— Surini. Przybyła do Nicosis.
Więc jednak warto było. Z tego jednego, jedynego powodu warto. A uśmiechnięta gęba Bothego tylko mu to potwierdzała … Wiedział, że Enth od razu mu wybaczył. Dlatego też szczerzył się teraz jak stary, szczerbaty Torgo.
— A jednak cię zabiję.
Próbował być poważny i trzymać fason, ale Bothe dalej się bezczelnie szczerzył.
— Dobra Enth, ale dopiero jak dotrzemy do Nicosis. Bo teraz to chyba ruszamy?
Spośród drzew zawtórował mu rechot jakiejś essi. Ruszyli.
Kiedy dotarli do osady, Arina czekała na nich. Na ich widok zerwała się z kamienia na którym siedziała. Zanim (nadal wyszczerzony) Bothe zdążył się odezwać, podniosła rękę. Była bardzo zaniepokojona.
— Surini przyniosła jakieś wieści. Nie wiem wszystkiego, ale starszyzna zaraz ogłosiła Ognisko Narady.
Bothe i Enth spojrzeli po sobie. Ognisko Narady? Za ich życia zdarza się to po raz pierwszy…
— Podsłuchałam tylko coś o ptakach roni, które przyleciały z kraju Lesu.
Bez słowa przyspieszyli, żeby zdążyć na Naradę. Bothe szedł obok Ariny w ciszy, co mu się nie zdarzało, bo każdą chwilę z nią wykorzystywał na głupkowate zaczepki. A ona je bardzo lubiła. Ale tym razem także szła w milczeniu. W historii ich ludu Ognisko Narady prawie zawsze oznaczało coś złego…
Kiedy doszli do chaty Narad, dym z jej ogniska obwieszczał właśnie początek rozmów. Dookoła okrągłej chaty zebrał się już spory tłum mieszkańców. Nie wchodzili, bo ci którzy mogli uczestniczyć byli już wewnątrz. Ich trójka była ostatnia.
Przed wejściem stał niesamowicie szybki pinu Surini. Enth długo nie potrafił przetrawić dlaczego ona dotąd go jeszcze nie skosztowała? Wiedział od niej, że pinu jest już na to gotowy. Ale potem sam go polubił. Zresztą z wzajemnością. Ferb (bo takie imię mu nadała) zarżał i trącił Entha pasiastym łbem w ramię. Pogłaskał go po karku i wszedł za innymi do środka. Zaraz za wejściem nieopatrznie spojrzał w stronę Surini. I, jak zawsze, utonął w jej miodowych oczach. Spaliły mu serce. Jak zawsze.
Ognisko Narady właśnie się zaczęło.
***
— Przekroczyli most na Wielkiej Rzece. Weszli na tereny Lesu. Ich wódz, Sathi rozesłał roni po wszystkich plemionach. Będą walczyli z Torgo, mimo że nie są z nami w Sojuszu. Są na tyle dumni, że nie chcą pomocy… na razie. Jechałam tu na pinu, bo nasze ptaki zmogła jakaś choroba. Dethas podejrzewa, że to robota szpiegów Torgo. Chcą opóźnić naszą ewentualną pomoc dla ludu Lesu. Zawsze im mówiliśmy, że Sojusz da im bezpieczeństwo. Ale wiecie jacy oni są uparci i dumni — jak bumi. Tylko jedzą lepiej od nich… — Surini wzruszyła ramionami.
Pierwszy raz podczas jej przemowy rozległy się śmiechy, pomimo całej powagi sytuacji. Wszyscy wiedzieli, że wielkie bumi „zeżrą wszystko” co im wpadnie w zasięg krótkiej trąby. Te leniwe i uparte zwierzęta, wykorzystywane były jako siła pociągowa, przydatne też bywały podczas zwalania drzew, a w trakcie wojny używano ich jako taranów. Bardzo przyjazne i łagodne ale strasznie nienażarte. Surini kontynuowała:
— Wódz Sathi chce tylko nas ostrzec. Myśli, że poradzą sobie z Torgo. Ale my wiemy, że oni przygotowywali się do wojny od bardzo wielu zim. Dzikie Plemiona coraz częściej najeżdżają ich ziemie więc doszli do wniosku, że łatwiej im będzie podbić Lesu. Bo wtedy mogliby zburzyć mosty, ufortyfikować rzekę i odgrodzić się od Dzikich. A że Torgo nie układają się z nikim i wolą podbijać słabszych od siebie, więc myślimy, że po Lesu przyjdzie czas na plemiona naszego Sojuszu…
Po Chacie Narad przeszedł szmer. Żyli jeszcze tacy, którzy pamiętali ostatnią wojnę z Torganami. Była straszna i wyniszczająca. Torgo zaskoczyli ich wtedy, bo ominęli tereny innych plemion i doszli do ziem Utu poprzez południowy skraj lasów i zaatakowali od strony rzeki. Sojusz jeszcze wtedy nie istniał, więc Utu walczyli sami. Walka trwała wiele miesięcy, ale wygrali i wypędzili resztki armii Torgo. Było to prawie 50 zim temu, ale ci, którzy wówczas przelewali krew wciąż pamiętają brutalność wojowników Torgo. To właśnie wtedy powstał Sojusz Trzech Plemion. Jedynie Lesu wciąż uważali, że w razie wojny poradzą sobie sami. Ale nie wzięli pod uwagę, że Torgo cały ten czas poświęcili na rozbudowę swojej armii i teraz są jeszcze bardziej gotowi do ataku. Ich wódz, Goth to wnuk wodza z tej poprzedniej wojny z Utu. Chce ziem po drugiej stronie Wielkiej Rzeki. Ale jednocześnie chce też zemsty za porażkę dziadka oraz jego śmierć.
— Nasz wódz, Dethas sądzi, że po zwycięstwie nad Lesu sięgnie on po nasze ziemie i że wojna jest nieunikniona. Proponuje jak najszybciej zwołać wiec na Górze Krwi. — Szmer wśród wojowników przeszedł ponownie, jeszcze głośniej. Wiedzieli, że to oznacza, że decyzje muszą zapaść w bardzo krótkim czasie — najwyżej dwóch, trzech dni.
— A co na to lud Zema? — Varth wbił wzrok w Surini.
Wytrzymała spojrzenie i odpowiedziała:
— Wiedzą już o wszystkim, a wódz Anthu zgadza się na wiec. Ich roni dotarły do mnie z wieściami jeszcze wczoraj. Czekamy tylko na was…
Varth westchnął głęboko i skinął jej głową. Dziewczyna wiedziała, że jej rola dobiegła końca. Pozostało czekać na decyzję Rady Utu i wrócić z nią do Vicosis. Wstała, skłoniła głowę i wyszła na zewnątrz.
Ale zdążyła jeszcze wyszukać czarne oczy Entha i dać się im spalić do samego serca… jak zawsze.
Jego przyjaciel Bothe (nie wiadomo czemu) szczerzył się w takich chwilach. Natomiast Arina mrugała wtedy do niej. Też nie wiedzieć czemu. Ale dziś byli wyjątkowo poważni. Wyczuwali wagę sprawy. Surini podeszła do Ferba i przytuliła się do jego pasiastej szyi. Dziś tylko on jakoś dziwnie szczerzył pysk… Uśmiechnęła się do swoich myśli. Czekała.
Varth podniósł swą wielką dłoń, żeby uciszyć gwar w chacie.
— Moi zastępcy, wojownicy, Uzdrowiciele — co o tym sądzicie?
W zaległej ciszy, po chwili pierwszy odezwał się Urthu, mędrzec, Uzdrowiciel oraz… ojciec Entha:
— Wodzu, skoro mamy Twe pozwolenie to powiem swoje zdanie w tej sprawie. WIĘZI podpowiadają, żeby trzymać się z daleka od nie naszej (jak dotąd) wojny. Ale oprócz bycia Uzdrowicielem jestem też i Utu! WIĘZI z Pierwszymi zawsze podpowiadają rozwiązania pokojowe… Natomiast nasze doświadczenia oraz znajomość ludu Torgo mówią, że wojny nie da się uniknąć. Są zbyt agresywni, a WIĘZI z Pierwszymi zerwali już wieki temu. Myślę, że należy przynajmniej wziąć udział w wiecu. Jeśli Torganie pokonają Lesu, to potem wzmocnią swoje siły i prędzej czy później przyjdą tu. Sojusz musi wspólnie zadecydować co dalej. Takie jest moje zdanie. Rzekłem.
Cisza jaka zapadła po tych słowach sprowokowała Vartha do pytania:
— Czy ktoś ma inne zdanie niż Urthu? Bo wyczuwam, że większość z was chyba nie.
Kiedy nikt się nie odezwał, spytał ponownie:
— A więc wiec na Górze Krwi?
Odpowiedział mu jednolity ryk wielu gardeł:
— Góra Krwi! Góra Krwi!! Góra Krwi!!!
Na zewnątrz chaty Surini zamknęła oczy. Już wiedziała jaką odpowiedź zawiezie swojemu ludowi.
2. OPOWIEŚĆ URTHU
Enth wyszedł przed Chatę Narad jeszcze przed wszystkimi. Nogi same go niosły do celu.
— Witaj, Surini.
— Witaj Enth. — Odpowiedziały mu miodowe oczy dziewczyny.
Od pierwszego spotkania, od pierwszego spojrzenia w ich głębię już nigdy nawet nie pomyślał o innej dziewczynie. Jej gęste, rude włosy przeplecione białym pasmem, (dzięki któremu nosiła przydomek „Surini Białe Włosy”), krągłe kształty oraz duże, pełne piersi — wszystko to ciągnęło go do niej. Ale nawet bez tego wszystkiego to i tak najbardziej urzekły go te oczy w kolorze miodu…
— Szkoda tylko, że to tak złe wieści sprowadziły Cię do nas.
— Tak Enth, czekają nas trudne czasy. Tylko najstarsi pamiętają podobne. Szczególnie Wasi…
— Nasi najstarsi wojownicy oraz Uzdrowiciele wiele nam opowiadali o tamtej wojnie z Torgo. I to dzięki nim jesteśmy tak biegli w walce. Szkolili swoich synów i córki, a potem oni nas. A i wasz lud po zawarciu Sojuszu skorzystał też na tym.
— Wasi wojownicy podzielili się wiedzą z naszymi i teraz nasi mistrzowie szkolą następnych. Dobrze też, że moja Matka, Lirime pozwoliła mi, poza nauką Uzdrawiania, uczyć się też władania łukiem i sztyletem. Moja babka, Lirime-Su w życiu by na to nie pozwoliła. Ale czasy się zmieniają. A wy, mężczyźni nie zawsze przecież możecie być przy nas…
I już prawie wyrwało się Enthowi (jak najgłupszej z essi) jak bardzo by chciał być już zawsze obok niej. Ale na szczęście obok pojawiła się para ich cieni — Arina i wyszczerzony (jakżeby inaczej) Bothe. Arina mrugając do Surini powiedziała:
— A nasze ptaszki ćwierkają tu jak kosy o świcie…
— A wiecie, że kosy łączą się w pary na całe życie? — Bothe był niezastąpiony.
— Jak wy? — Surini też potrafiła się odciąć.
— Ja? Z nim?! Z tym gburem? — Arina przewróciła oczami — Chyba wpierw Motyle Snu musiałyby mnie uśpić!
— One same by się uśpiły, gdyby zobaczyły Cię z bliska. — Bothe zalał się łzami z własnego dowcipu.
A po chwili rozcierał swoje ramię — Arina potrafiła całkiem mocno przyłożyć.
Tym razem Surini i Enth też się roześmiali. Arina także. Nawet Ferb zarżał radośnie.
Ktoś przerwał im ich słowne przepychanki.
— Młodzi wojownicy i wojowniczki. Mamy mało czasu bo Surini musi zawieźć wiadomość dla swego ludu, a ja mam wam coś ważnego do przekazania.
Ojciec Entha, Urthu stał oparty o swoją laskę oznaczającą jego przynależność do międzyplemiennego Klanu Uzdrowicieli. Każda z nich była kunsztownie rzeźbiona i zakończona Okiem Pierwszych.
Enth spojrzał nań pytająco. Ojciec odpowiedział mu skinieniem. Już kiedyś rozmawiali o pewnych sprawach i Urthu przyrzekł, że więcej mu powie jak „przyjdzie na to pora”. Chyba właśnie nadeszła…
— Chodźcie ze mną. Rinthe już czeka. Jest tu w innej sprawie już od dwóch dni więc wykorzystamy to, że jesteście w komplecie.
Bothe spojrzał na Arinę: „w komplecie”? Przecież on nie należy do zamkniętego kręgu Uzdrowicieli. I nawet Enth należy do niego jakby tylko w połowie. Bo po wielu miesiącach rozmów ojciec zgodził się złamać tradycję i pozwolił mu szkolić się we władaniu bronią (tak jak Lirime pozwoliła córce) i teraz był zwiadowcą, wojownikiem i łowcą. Ale Arina wzruszyła tylko ramionami. Ona też nie wie. Poszli więc za Urthu do jego chaty. Przed nią czekał już na nich Rinthe z ludu Zema, uczeń ich Uzdrowiciela, Varlotha.
— Rinthe, a ty dalej nie rośniesz? — Bothe już wrócił do swojej zwykłej formy. Rinthe (jak na przedstawiciela swego rosłego plemienia) był tylko trochę niższy od Bothego.
— Wiesz Bothe Kamienne Drzewo — Taki był jego przydomek ze względu na to, że jeśli już kogoś uderzył, to tak jakby ten drugi oberwał kamieniem lub najtwardszym konarem drzewa dai. — Ręka Pierwszych błogosławi tych mądrych, a że mają ciężkie ręce, więc my nie rośniemy tak jak… wy.
Bothe z uznaniem wyszczerzył zęby — potrafił docenić kiedy ktoś celnie mu się odcinał. Ale ostatnie słowo i tak musiało należeć do niego:
— Żeby tylko te ręce zbyt mocno cię nie docisnęły, bo niedługo nie będzie ciebie widać nawet wśród krzaków dogu.
Były to niskie krzaczki z których zbierali słodkie owoce o tej nazwie.
Bothe zamknął Rinthego w swoim potężnym uścisku i poklepał go po plecach.
— Chodźcie. — Uzdrowiciel stał w drzwiach chaty i wskazywał na wnętrze.
Weszli. Kiedy się już rozsiedli, on i Enth postawili przed wszystkimi czarki z miodem robionym przez żółte pszczoły. Uzdrowiciel uśmiechnął się pod nosem widząc skrzywienie Bothego.
— Tak, to żółty miód. Dziś musicie mieć lekkie głowy. Czerwony i niebieski zostawiam wam na kiedy indziej.
Bothe westchnął jedynie, ale i tak sięgnął po naczynie.
Ojciec Entha usiadł przy nich, dosypał do swojego miodu trochę leśnych ziół i zaczął mówić.
— Wpierw sprawa Surini. Kiedy już wyruszysz w drogę nie będziesz sama. Od razu podniósł rękę, ucinając gestem protest dziewczyny, zanim jeszcze otworzyła usta.
— Tak wiem, że Ferb jest najszybszym pinu w okolicy. Ale wiadomości dla Twojego ludu są na tyle ważne, że (jak ustaliliśmy z wodzem) pojadą z Tobą Enth i Bothe. Dla bezpieczeństwa, ale i po to, żeby ktoś z was zdołał dostarczyć wieści gdybyście się rozdzielili lub gdyby napadli na was szpiedzy Torgo. Dam wam też dwa młode roni do wyszkolenia. Jadąc z wami poznają drogę między naszymi plemionami. A w towarzystwie chłopaków będą też spokojniejsze. Później one same przygotują następne kruki… ptaki. — Urthu za późno ugryzł się w język.
Wszyscy oprócz Entha, który znał już to słowo jednocześnie podnieśli głowy. Ojciec chłopaka westchnął i mówił dalej.
— Za chwilę i tak poznacie więcej dziwnych słów… A co do wyjazdu — wszystko jasne?
— Jasne! — Przytaknęli zgodnym chórem.
Tylko Bothe musiał oczywiście dorzucić:
— Jasne jak… żółty miód.
Parsknęli wszyscy, łącznie z Urthu.
— A ja? — tym razem zapytał Arina.
— Ty jesteś mi potrzebna na miejscu. Rinthe musi wrócić do swoich. A z Surini jadą Bothe… Enth. — Tu spojrzał na syna i dodał, mrugając do niego. — Tylko… wróć.
Teraz już wszyscy ryknęli śmiechem. Oprócz Entha, który wbił wzrok w drewna stołu oraz Surini, której twarz jakimś cudem stała się bardziej czerwona od jej włosów.
— No, teraz to nawet te żółte siki bumi zaczęły mi smakować. — Bothe rżał jak pinu na widok samicy w rui.
Uzdrowiciel spoważniał.
— Skoro sprawa wyjazdu jest wyjaśniona, to teraz najważniejsze.
Śmiech umilkł jak ucięty mieczem.
— Znacie słowa, które są obce dla naszych plemion i nawet dla Torgo, ale istniejące w naszej Wspólnej Mowie od setek zim: „jesis” i „merte”?
Kiedy skinęli głowami pytał dalej:
— Ale wiecie co one znaczą?
Tym razem pierwszy odezwał się Rinthe.
— Przyjęte jest, że „jesis” oznacza kogoś o dobrym, szlachetnym sercu.
— A „merte” mówimy jak na przykład wdepniemy w łajno bumi. — dodał Bothe.
— W sumie dobrze. Prawie dobrze. Ale nie wiecie jak się te słowa u nas pojawiły. Więc nadszedł czas, żebyście się tego dowiedzieli… Uzdrowiciel wziął łyk miodu i zaczął opowieść.
3. OKO BOGA
— Wiele setek zim temu (w spokojniejszych czasach) nasz lud Utu odwiedził obcy wędrowiec. Zszedł z gór pewnego wieczoru. Miał przy sobie jedynie długi miecz i naczynie o dziwnym dla nas kształcie — potem okazało się, że mówił o nim „kielich” albo „Graal”. Ubrany był w pancerz, na którym narzucony miał długi płaszcz z czerwonym „Krzyżem”.
Tego wieczoru zapukał do drzwi chaty naszego Uzdrowiciela, Dathuna. Akurat tam, bo stała ona z samego brzegu osady. Dathun wpuścił go i od tego dnia ten wędrowiec zamieszkał wśród naszych. Z początku traktowali go nieufnie: szata, pancerz, miecz… Ale kiedy zobaczyli, że jest dobrym człowiekiem, że pomaga im w pracach oraz stara się uczyć naszej mowy — zaakceptowali go. Uzdrowiciel przez rok nauczał go naszych zwyczajów oraz mowy. Wtedy też obcy powiedział mu, że nazywa się Armand de Saint-Omer, jest „rycerzem” (ichnim wojownikiem) i jednocześnie służy swojemu Bogu (podobnie jak nasi Uzdrowiciele służą Pierwszym). Z początku twierdził, że jedynie pochodzi z bardzo daleka, z innego plemienia i zabłądził do nas gubiąc w drodze swojego towarzysza podróży o imieniu „Jakues”. Bardzo zaprzyjaźnili się z Dathunem, który widząc, że obcy ma do tego talent wziął go na swojego pomocnika (mimo, że miał już ucznia).
Po latach, pewnego dnia wędrowiec postanowił opowiedzieć naszemu Uzdrowicielowi o sobie wszystko. Skłoniły go do tego: ich wielka przyjaźń, zbliżająca się starość oraz to, że wciąż nie potrafił on odkryć sposobu JAK wrócić do swego ludu. Wszyscy myśleli, że przybył po prostu z bardzo daleka, z miejsca w którym panują inne obyczaje oraz mowa. A prawda była taka, że zszedł na nasze ziemie z góry, którą znacie. Którą my nazywamy „Okiem Pierwszych”, bo jej grota ma taki właśnie kształt. Okazało się, że rozstali się z kompanem nie „w drodze”, ale w grocie wewnątrz tej góry. Jakieś siły (magia, Pierwsi lub jego Bóg) sprawiły pojawienie się w grocie mgły, która pochłonęła jego towarzysza. A kiedy opadła i razem z nią skończyło się również dziwne trzęsienie się całej góry, obcy zobaczył, że nie jest już wewnątrz groty, tylko stoi na półce skalnej tej samej góry, ale jakby… POZA grotą. Z jej drugiej strony.
Przez te wszystkie lata, które spędził u nas, wiele razy wracał na tę górę. Wpierw sam a potem razem z Dathunem. Znalazł grotę wyglądającą identycznie, jak ta do której wtedy weszli razem ze swoim kompanem. Znalazł ją, ale… po DRUGIEJ STRONIE GÓRY. Tyle, że drogi po tamtej stronie były inne niż te, którymi tam dotarł. Inne były rośliny, drzewa, zwierzęta. Zupełnie inne od tych w jego krainie.
Ich bumi nazywał „słoniami” (tylko trąby miały dłuższe). Nasze pinu w jego krainie to były pasiaste „konie” (albo „zebry”), essi nazywał „małpkami” a Duchy Gór to u nich „wilki”. Tyle, że w jego stronach nie potrafiły one znikać, wtapiać się w tło (natomiast potrafiły to inne, mniejsze zwierzęta: „kameleony”). Zaś na roni mówił… „kruki”. Nasze są podobno jednak dużo większe.
Strony obcego były więc może w jakiś sposób podobne, ale jednocześnie zupełnie inne od naszych. Dla niego był to po prostu inny… świat. Nasz świat. Doszli z Dathunem do wniosku, że te dwa (zupełnie obce sobie) światy nie dzieli odległość tylko jakaś magia. Tak, MAGIA.
Armand wyjawił też naszemu Uzdrowicielowi, że razem z nim do naszego świata trafiły również dwa przedmioty o ogromnej wartości dla jego ludu. Tak wielkiej, że u nich niektórzy gotowi byli zabijać za ich posiadanie. Jeden — ten „kielich” (który czasem też nazywał „Graalem”) miał moc uzdrawiania a drugi — skrzynia, którą ukrył na Górze Oka i zwał ją „Arka” — moc zabijania. Te przedmioty mieli na rozkaz ich wodza („mistrza”) w swojej krainie ukryć przed złymi ludźmi, żeby (jak mówił) „doczekały lepszych czasów”. Ale jakimś zrządzeniem i one i on sam trafiły do plemienia Utu.
Potem (setki razy, z obu stron góry) próbował razem z Dathunem w jakiś sposób „otworzyć” grotę. Sam ją nazywał „Okiem Boga”, tak jak my naszym „Okiem Pierwszych”. Opukiwali ściany, tupali, krzyczeli zaklęcia, modlili się, walili w kamienie. Tak przez lata. Ale to wszystko nic nie dało. Armand w końcu pogodził się z myślą, że już nigdy nie powróci do swego świata. Wtedy poprosił Uzdrowiciela, żeby ukryli gdzieś „kielich” i „skrzynię”. Na wypadek gdyby (już po jego śmierci) jakimś cudem pojawili się inni „rycerze” szukający tych przedmiotów. Wtedy nasz lud miał im je zwrócić. Ale jedynie pod warunkiem, że znaliby jego pełne imię, mieli na sobie płaszcze z czerwonymi „krzyżami” oraz należeli (tu trudne słowa) do „Zakonu Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona”. Siebie powinni zwać „templariuszami”. Tylko im można było je oddać. Nikomu innemu.
A tak przy okazji — właśnie stąd wzięło się to słowo „jesis”. U nas oznacza „Dobrego Człowieka”. Bo obcy opowiadał wiele razy o ich Mędrcu-Uzdrowicielu, Jezusie (my wymawiamy to „jesis”). Był on im wzorem oraz podobno najlepszym człowiekiem w ich świecie. Zabraniał zabijania, uzdrawiał, nakazywał żyć w zgodzie a na koniec oddał za nich życie. Jego mieli za swego patrona. Żyli w zgromadzeniu, które nazywali „zakonem”. Dathunowi dziwne jedynie było, że mieli kogoś takiego za wzór, sami też byli dobrymi ludźmi, a jednocześnie wielkimi wojownikami. Ale przecież jednak odbierali innym życie… Armand wytłumaczył jednak, że robili to tylko w ostateczności i w obronie innych, ubogich oraz w obronie swego ludu i ich Boga przed bardzo złym plemieniem (tacy ich Torgo). To plemię od początku swego istnienia pragnie podbić ich świat. Ich czarownik spisał nawet taką niby „świętą” księgę, w której nakazuje swoim podbijać ziemie wszystkich innych plemion. Mają to robić zbrojnie albo też (kiedy wiedzieliby, że nie mają szans wygrać) udając pokojowe zamiary.
Dathun zrozumiał wtedy, że przecież i u nas są Uzdrowiciele oraz wojownicy. A tamci byli tak jakby wojownikami broniącymi ich ludu, Uzdrowiciela oraz Boga.
„Kielich” i „skrzynię” przenieśli i ukryli wspólnie na innej górze położonej na terenie Utu, ale blisko granicy z plemieniem Zema. Od tej chwili o tym miejscu wiedzieli wyłącznie wodzowie oraz Uzdrowiciele naszego ludu. Każdy wódz oraz każdy Mędrzec przekazywali tę tajemnicę swoim następcom. Po śmierci Dathuna i Armanda pozostało tak przez następne setki lat aż do dziś. Z biegiem czasu w pamięci plemienia pozostało jedynie tych kilka dziwnych słów. Nikt jednak potem nie pamiętał skąd się one wzięły. Tylko wodzowie i Uzdrowiciele doskonale to wiedzieli. Ale ze względu na wielką moc„Graala”i „Arki” oraz na zagrożenie, że i u nas znaleźliby się tacy, którzy chcieliby je posiąść, a przede wszystkim na obietnicę złożoną Armandowi, zachowali to w tajemnicy.
Przez wzgląd na ich wielką przyjaźń Dathun oraz Armand zostali pochowani obok siebie. W tej samej grocie, w której ścianach podobno wcześniej razem zamurowali oba przedmioty. „Czekają tam na lepsze czasy”. Bo dotąd nikt nie szukał ani ich ani zaginionego „templariusza”. Wewnątrz groty są dwa kopce. Na szczycie kopca Uzdrowiciela wetknięta jest jego laska, a na kopcu „rycerza” jego miecz. A na obu wyryto napisy, jakie przed śmiercią kazali przygotować: „Szukajcie Oka i Krzyża”. A teraz pytajcie.
4. DRZEWO ROZSTAŃ
Cisza przedłużała się. Zatkało ich. Opowieść wydawała się im tak niemożliwa, że nie wiedzieli co powiedzieć.
Pierwszy ocknął się Bothe.
— A to drugie słowo: „merte”?
Urthu zaśmiał się.
— Wiedziałem, że o to właśnie zapytasz. W mowie obcego to przekleństwo. A wymawiał je „merde”. Mówił, że pochodzi z języka jego plemienia — „Franków”.
— A dlaczego nam to opowiedziałeś, Enth-Nu? — Zadała pytanie Surini — Przecież tajemnicę, jak mówiłeś dotąd znali tylko Uzdrowiciele i wodzowie. Nikt z nas nie jest wodzem. Jesteśmy tylko waszymi uczniami. A Enth i Bothe są wojownikami. No i należymy do różnych plemion. Więc czemu my?
— Z opowieści rycerza o sile kielicha i skrzyni wynikało, że posiadają one ogromną moc dawania lub odbierania życia. Mogą więc pochodzić od jego Boga. Lub nawet (jak doszli do wniosku z Dathunem) od… Pierwszych. Bo zbyt łatwo te przedmioty przeniknęły do naszego świata razem z Armandem. Zgodzili się też co do tego, że należy je ukryć aby czekały na współbraci Templariusza. Uzgodnili, że jeśli przez sto zim nikt po nie nie zejdzie z Góry Oka, to nasz lud stanie się ich właścicielem. Ale miało to nastąpić dopiero po tym czasie. Zawsze tylko wódz oraz Uzdrowiciel Utu wiedzieli o wszystkim. Ale potem była wojna z Torgo, po zakończeniu której powstał Sojusz Trzech Plemion. Nasi uznali, że nadszedł czas podzielić się wiedzą z ludami Viri oraz Zema. I od tego dnia trzech wodzów i trzech Uzdrowicieli wiedziało o sprawie. A wspólnie już zadecydowali, że w razie zagrożenia wojną z Torgo dopuszczą do tajemnicy również swoich uczniów. Wszystko po to, żeby przedmioty nie wpadły w łapy najeźdźców. A ponieważ Armand zszedł z gór jednak na naszej ziemi i u nas ukrył „Graala” i „Arkę”, uzgodnili więc, że nasz wódz oraz ja wyznaczymy dodatkowo po jednej osobie. Varth wybrał Bothego. Ja mojego syna. — Westchnął. Po chwili mówił dalej:
— Wiadomo wszystkim, że Enth bardziej wolał zostać wojownikiem niż moim następcą. Ale już mu wybaczyłem, że wybrał inną drogę. A pomogła mi w tym trochę historia przyjaźni naszego Dathuna z wojownikiem z innego świata. Widocznie dopóki istnieją złe plemiona to tak już musi być. Musimy żyć w pokoju z kim się da, ale w razie wojny mamy prawo, a nawet obowiązek zabijać. W świecie obcego jest tak samo. A Arina dobrze radzi sobie jako moja uczennica, jej WIĘŹ z Pierwszymi jest coraz mocniejsza, a jej wiedza przyszłej Uzdrowicielki wciąż się pogłębia.
— Dziękuję Enth-Nu za dobre słowa. — Wtrąciła Arina — Więc ostatecznie o tym wszystkim wiesz Ty i nasza (szybko policzyła) dziesiątka?
Urthu zawahał się przez moment, ale zaraz odpowiedział:
— Tak Arino. Kiedyś ustaliliśmy z Lirime i Varlothem, że to wszystko przekaże wam, to z nas u którego uda się was zgromadzić. Stąd nasze nagłe spotkanie. I dlatego też nawet Surini i Rinthe nic dotąd nie wiedzieli. Mimo, że oboje są uczniami Uzdrowicieli, a Surini córką Lirime.
— Co dalej? — Enth podniósł głowę znad czarki.
— Teraz pojedziecie z Surini i Bothe, tak jak zostało ustalone. Zbliża się wojna. Dopiero po waszym powrocie oraz po nowych wieściach od Lesu okaże się co dalej. Pamiętajcie, że w walce może polec każdy z wodzów lub wojowników… Wtedy pozostali będą strzec tej tajemnicy.
Urthu zwiesił głowę i zakończył:
— Teraz już ruszajcie. Wasze pinu mają już przytroczone zapasy na dwa dni. Roni — Uśmiechnął się — kruki też czekają. A w sakwach Surini jest pismo od Vartha dla Dethasa.
Uściskali go po kolei i wyszli z chaty.
Uzdrowiciel długo stał w progu. W myślach wciąż jeszcze mówił do nich: „Nie mogę Cię stracić synu. Nie chcę stracić nikogo z Was. Jesteście przyszłością naszych plemion. Niech Pierwsi strzegą Was w drodze!”
Arina i Rinthe odprowadzili ich do pinu, przywiązanych kawałek dalej. Surini sprawdziła mocowania zapasów i dała wody zwierzętom. Obaj wojownicy przejrzeli swoje uzbrojenie, sprawdzili ostrza mieczy i sztyletów oraz cięciwy krótkich łuków. Przytroczyli dodatkowo pałki chinte, bo były poręczne i lekkie, mimo że zrobiono je z bardzo twardego drewna pochodzącego z drzew dai. Również łęczyska łuków były z niego zrobione. Kolczug i tarcz nie brali, żeby nie obciążać pinu. Nie zapomnieli natomiast o grubszych kocach, które chroniły nie tylko przed chłodem, ale również przed mgiełką rozsiewaną przez Motyle Snu.
— Włócznie? — Bothe gdy chodziło o walkę był rzeczowy i precyzyjny.
— Za długie i za ciężkie. — Enth od razu także wszedł w rolę.
— Proc chyba tez nie bierzemy?
— Nie. Na długi dystans łuki muszą wystarczyć.
— No to w drogę. A Ty, Mały Listku nie zbałamuć tego malucha, Rinthego. — Bothe pokazał zęby.
— Rinthe też musi dziś jechać do siebie… niestety. — Arina pokazała mu język. Ale jednocześnie spojrzała mu w oczy. Odrobinę zbyt długo. A mówiły one: „Tylko wróć!”.
Rinthe tylko westchnął i wzruszył ramionami. Tymczasem Enth jakby odruchowo obejrzał się na Surini. Ale ona nadal sprawdzała prowiant. Przynajmniej tak to wyglądało… A naprawdę bała się spojrzeć w jego oczy, bo za każdym razem coraz bardziej czuła, jak topią jej serce.
— Wracajcie zdrowi. Chodź, Rinthe. — Arina szybko się odwróciła i odeszła, żeby nie widzieli jej zaszklonych oczu. Będzie jej brakować żartów „tego gbura”.
Odwiązali pinu i wsiedli na nie. Arina na Ferba, Enth na swego Soto, a Bothe na swoją „Pszczółkę” (jego pinu przecież nie mogło mieć normalnego imienia). Ruszyli w stronę gór. Szybko minęli osadę, potem przekroczyli rzekę nad którą była położona i dotarli do wodospadu spadającego z gór obok wejścia do wąwozu. Natomiast po drugiej jego stronie rosło drzewo, które jakby wyrastało prosto ze skał góry i miało tylko dwie grube gałęzie obsypane listowiem. Jedna celowała w stronę osady, a druga wskazywała zacienione wejście do wąwozu, który prowadził w góry. Dlatego też mieszkańcy Nicosis nazwali je „Drzewem Rozstań”, bo jego gałęzie wskazywały wędrowcom tak jakby dwie różne drogi.
A wśród tego listowia siedziała oswojona przez Arinę „małpka” essi. Siedziała i darła się wniebogłosy, jakby w ten sposób żegnała ich mały oddziałek. To była granica „jej” terenu. Potem wróci do osady, do jej ukochanej pani. Znała tylko te okolice. Od momentu kiedy Arina znalazła ją na skraju lasu (malutką jeszcze i bardzo wyczerpaną) aż do dziś nigdy już nie opuściła doliny. Wszyscy ją lubili mimo jej straszliwego psocenia.
— Kiedy indziej obedrę cię z futra. — Bothe wyszczerzył zęby, na co essi odpowiedziała mu tym samym. Tylko dodała „od siebie” kilka fuknięć — mieli podobne charaktery — też musiała mieć ostatnie zdanie.
Cała trójka spojrzała po raz ostatni w stronę odległej osady. Zdawało się, że na jej skraju widzą jeszcze postać Urthu. Potem minęli „małpkę” skrzeczącą na nich z Drzewa Rozstań i zagłębili się w cień wąwozu.
5. PRZEZ GÓRY
Ferb pędził jakby goniły go Duchy Gór. Soto i Pszczółka ledwo nadążały za jego ogonem. Czuł, że wraca do domu. Ale odcinek, który pokonali nie był długi — zaczynało zmierzchać, a sama droga była dotąd uciążliwa poprzez kamienie oraz wiele zwalonych drzew. Musieli jednak jechać ile się da, potem krótki odpoczynek w nocy i znów w drogę.
Pierwsze słowa zamienili z sobą dopiero tuż przed zmierzchem, w malutkiej kotlince, którą wybrali na nocleg. To było idealne miejsce na odpoczynek. Bezpieczne, bo otoczone z trzech stron wysokimi stromymi skalnymi ścianami oraz zarośnięte gęstym listowiem drzew i krzaków. Kosy śpiewające wśród gałęzi darły się tak głośno, że nikt nie mógł usłyszeć rozmów ich trójki. A Enth na wszelki wypadek dodatkowo zatarł ich ślady gałęziami przywiązanymi do długiego ogona Soto. Zaczął ich zacieranie daleko od kotlinki, poza zasięgiem krzyku.
Kiedy wrócił, Surini już rozpaliła małe ognisko. Na tyle małe, żeby podgrzać placki shimi, ale żeby jednocześnieóz daleka nie było widać i czuć dymu. Bothe w tym samym czasie zdjął juki z ich pinu, napoił je i przywiązał tak, żeby miały jak najwięcej liści w zasięgu pysków. Dopiero wtedy usiedli do posiłku. Bothe był trochę milczący bez Ariny i jej essi. Ale jego apetyt „nie tęsknił”, więc wprost pożerał placki popijając żółtym miodem, którego tak nie cierpiał. Ale często spoglądał w stronę miodowego drzewa, które wypatrzył niedaleko nich. Kręciły się przy nim niebieskie pszczoły. Miód od nich był mocniejszy nawet od czerwonego. A co dopiero od tych sików bumi, które musiał pić. Urthu specjalnie właśnie ten najsłabszy kazał włożyć im do juków. Mieli być cały czas czujni. Aż do powrotu do Nicosis. Bothe, jako młody wojownik wiedział, że Uzdrowiciel ma rację. Ale i tak te niebieskie pszczoły przyciągały jego wzrok.
— Żółty też da się pić. — Enth zagadnął w sumie tylko po to, żeby nie myśleć o miodowych oczach Surini siedzącej obok.
„I dlatego zagadałem o… miodzie. Dobre.” — Zaśmiał się sam z siebie.
— Bothe Kamienne Drzewo to wie. Tylko, że jest uparty. Jak każdy z was. — Niestety, ale uśmiech Surini też go rozpraszał.
— Co myślicie o tej historii z Dathunem? — Bothe również zapragnął odwrócić swe myśli od niebieskich pszczół.
— Nasz lud, aż do czasu Sojuszu, nic o tym nie wiedział. A moja matka, Lirime też mi nie opowiadała o tym obcym. Tylko w pewnym momencie ugięła się, postawiła się swojej babce Arisu i pozwoliła mi złamać tradycje i uczyć się używać sztyletu oraz łuku. Potem nie odzywały się do siebie przez dwie zimy. Powiedziała, że nadchodzą krwawe czasy, że ludzie naszego świata zrywają Więzi i dlatego nasze plemiona będą potrzebować więcej wojowników. Oraz to, że przy boku naszych kobiet może czasem nie być mężczyzn… — Surini wbiła ząbki w placek — I teraz myślę, że mówiła to pod wpływem tej historii.
— A ja dopiero niedawno trochę się dowiedziałem od ojca. Kiedy był już pewny, że niedługo i tak dowiem się wszystkiego. — Enth zamyślił się na chwilę. — Jeśli istnieje ten drugi świat, inny od naszego to musi być sposób, żeby znów otworzyć przejście. Aż dziwne, że przez tyle zim we dwóch tego nie mogli uczynić. To jakaś sprawka Pierwszych albo… Boga tego Armanda. A może ich wspólna? Kiedyś to może nam się uda…
— My jesteśmy za młodzi. — Bothe był sceptyczny. — Skoro nasz Uzdrowiciel-Mędrzec nie dał rady…
— A ja bym chciała odwiedzić tę waszą Górę Graala. Tam gdzie oni spoczywają. — Oczy dziewczyny błyszczały.
— No to Enth Cię tam zabierze. Prawda, Enth? — W końcu Bothe znów poczuł się jak rybka w wodzie. Wyszczerzona rybka.
— Pewnie. — Enth trochę za szybko mu odpowiedział, czym tylko jeszcze poszerzył uśmiech przyjaciela.
— Czas odpocząć. Do brzasku niedaleko. — Surini wyczuła w którą stronę zmierza ta rozmowa.
— Racja. Biorę pierwszą wartę. — Enth zaczął zasypywać ognisko.
— No to ja drugą. Dobrze, Białe Włosy? — Zapytał Bothe.
— Może być. Ja ostatnią. Ale, bez żartów — masz mnie obudzić! Nie chcę być traktowana jak… dziewczyna. Też chcę czuwać jak wy.
— No i plan upadł… — Bothe zachichotał cicho.
Był słowny. Prawie. Obudził ją tylko trochę później niż ona chciała. Ale jednak obudził. Potem była trochę na niego zła. Ale tylko trochę.
Tuż przed brzaskiem ruszyli w dalszą drogę. Jechali szybko, ale jednocześnie chłonęli piękno ich krainy. Krainy wiecznej wiosny. Mijali niezliczone góry, potoki, wodospady spadające w ogromnej ilości ze szczytów. A wszystko pokrywały masy kolorowych kwiatów. Widywali stada górskich jeleni, mnóstwo essi oraz cały ogrom różnego ptactwa. Ujrzeli nawet parę wielkich orłów unoszących się wysoko nad szczytami. A raz pojawił się jeden samotny, stary Duch Gór. Szedł daleko od nich, dumnie i powoli. Nawet się nie maskując na tle drzew. Jak mówił o nich obcy? „Wilki, tylko większe.”
Po południu dotarli do drewnianego mostu na Średniej Rzece będącej granicą plemion Viri i Utu. Tam zrobili krótki postój. Zjedli trochę suszonego mięsa, napoili zwierzęta i wjechali na tereny ludu Surini. Od czasu powstania Sojuszu Trzech Plemion ich wodzowie nie stawiali straży na punktach granicznych. Tak więc most przebyli nie spotykając nikogo. Z daleka widzieli już płaską Górę Krwi, na której niedługo ich plemiona spotkają się na wiecu.
Dzięki Surini wiedzieli, że przed wieczorem dotrą nad potok, gdzie zrobią ostatni postój. Jutro powinni dotrzeć do Vicosis — głównej osady ludu Viri. Kiedy byli już blisko celu Surini nagle zatrzymała Ferba. Wpatrywała się w coś na ziemi przed nimi. I ROZMAWIAŁA o tym czymś ze swoim pinu. Teraz wyraźnie było widać WIĘŹ między nimi.
— Co się stało? — Enth wychylił się z grzbietu Soto zaniepokojony.
— Ślady. A Ferb czuje obce zapachy. To nie są ślady pinu żadnego z plemion Sojuszu. Ani ślady kopyt pinu Lesu. Te są większe i głębsze.
— Bo te kopyta mają na sobie żelazo. — Bothe już zdążył im się przyjrzeć. — Tylko jedno plemię ma żelazo na kopytach swoich zwierząt… Torgo.
6. MOTYLE SNU
— Torgo? Tutaj? — Miodowe oczy Surini stały się okrągłe.
— Wojna jest chyba bliżej niż myślimy. — Enth spoważniał.
— Do Twojej osady jest już blisko, ale musimy być czujni do samego końca. — zgodził się z nim Bothe. — Na postoju żadnego ogniska, a pinu będą musiały być cały czas gotowe do jazdy.
— Tak. Jedziemy ile się da, aż do samego zmierzchu. A z pierwszymi promieniami słońca ruszamy dalej. Surini — prowadź.
Ruszyli. Podczas jazdy dalej przypatrywali się bacznie okolicy, ale tym razem z niepokojem. Już nie zwracali uwagi na piękno krajobrazu. W miarę możliwości trzymali się daleko od drzew i zarośli. Jechali traktem lub poprzez niskie krzaki dogu. W pewnym momencie dziewczyna odwróciła się do nich, żeby powiedzieć, że są już bardzo blisko miejsca postoju. Nic jednak nie powiedziała, tylko jej oczy stały się większe a uśmiech zamarł na ustach. Enth natychmiast spojrzał za siebie. I od razu sięgnął po miecz powieszony skośnie na plecach. A Bothe jak wielki cień stanął u jego boku. W zasięgu strzału z łuku galopowało za nimi czterech jeźdźców. Ich pinu (całe czarne, a nie pasiaste jak ich własne) miały metalowe osłony na piersiach i bokach. Jeźdźcy także okuci byli w żelazo. Gdy zobaczyli, że zostali zauważeni to natychmiast przyśpieszyli.
— Po dwóch na głowę. Pestka z dogu. — Bothe poklepał swoją Pszczółkę po pasiastej, czarno-białej szyi.
Ale w tym momencie nadleciała pierwsza strzała. Wbiła się w trawę kilka kroków przed nimi. Torgo wyraźnie nie chcieli honorowej walki. Jak to oni. Enth już wiedział, że jednak będą musieli uciekać. Byli na otwartym terenie. Nie mieli pancerzy ani tarcz. Natomiast wrogowie byli opancerzeni, łącznie z ich wierzchowcami. Na szczęście, przez ten brak dodatkowego obciążenia ich pinu będą o wiele szybsze. Tak Enth prędko podsumował w myślach wszystkie „za i przeciw”.
— Łąka Snu! Tam! Szybko, jest blisko. — Surini rozwiała w ten sposób wszelkie wątpliwości. Poza tym i tak już ruszyła.
— Dobre! Powinno się udać. — Bothe zaśmiał się.
Od razu zrozumieli o co jej chodziło. Bez namysłu pojechali za dziewczyną. Faktycznie, kilkadziesiąt kroków od traktu zaczynała się ogromna łąka. Na takich łąkach żerowały Motyle Snu, które przestraszone wzbijały się w powietrze i strzepywały w ten sposób ze swoich skrzydeł pyłek z kwiatów mających mocno nasenne właściwości. Jedyny problem to pytanie czy Torgo wiedzieli o tym. Nie wiedzieli. Bo natychmiast, bez wahania, zjechali z traktu na łąkę i ruszyli za nimi w pogoń wyjąc straszliwie. Przestali szyć z łuków, bo uciekinierzy szybko zwiększyli dystans między nimi.
Pierwsze motyle już wzbijały się do góry. Były we wszystkich kolorach. Brakowało tylko jednego. „Gdzie te żółte, merde!” — zaklął w myślach Enth. — „Są, są! I to całe setki!” Rzeczywiście, powietrze nad polem kwiatów, dotąd wielobarwne teraz szybko stawało się żółte — motyli było bardzo dużo.
— Surini, wolniej! — Bothe zachował rozsądek.
„Tak, ma rację, wolniej!” — Enth zrozumiał o co chodziło przyjacielowi. Ferb był zdecydowanie najszybszym pinu wśród plemion Sojuszu. Dlatego też był już sporo przed nimi. A za jego kopytami wzbijały się następne chmury motyli, ale niestety… przed ich dwójką. Jeszcze trochę, a wjadą prosto w pył z ich skrzydeł. A działał błyskawicznie…
Na szczęście dziewczyna albo sama się zreflektowała albo usłyszała głos Bothego i już powoli wytracała szybkość. Nie mogła się zatrzymać bo ją samą by uśpiło. Ale mogła pozwolić im się dogonić, żeby jechali w jednej linii. Przy okazji obejrzała się na Torgo. Jeden już zniknął wśród kwiatów. Drugi jechał dalej, ale chwiał się już na swoim wierzchowcu. A przed pozostałymi wyrosła już ogromna, żółta chmura pyłu…
— To działa! — Krzyknęła Surini. Nie mogli jednak zwolnić. Bo obudziliby się za kilka godzin. I to razem z wojownikami Torgo. Na szczęście łąka nagle się skończyła. Zatrzymali się poza jej skrajem. Przed sobą mieli las, a za sobą łąkę. Całą żółtą. Motyli Snu musiało być naprawdę dużo.
— Dobranoc, chłopaki. — Bothe wydyszał to zmęczony galopem. Trochę też kręciło mu się w głowie — jechał przecież ostatni…
— Żeby was nie korciło czekać tu na nich aż się obudzą. — Surini jakby odgadła ich myśli. — Jedziemy dalej. Mamy teraz kilka godzin przewagi.
— Chyba jednak nie. — Odpowiedź Bothego ją dziwiła. Spojrzała na niego, ale on właśnie patrzył w stronę lasu.
— Przywitaj się z naszymi gośćmi. — Dodał po chwili.
Spojrzała tam gdzie on. A tam, na skraju lasu, stali następni wojownicy Torgo. Kilkanaście kroków od nich. Siedmiu — dziesiętnik i sześciu ludzi. Widocznie wcześniej się rozdzielili. A ci tutaj widzieli z daleka efekt ich manewru na łące i po prostu… czekali. A oni wjechali prościutko na nich.
Teraz za ich trójką była Łąka Snu, przed nimi nowi wrogowie, a oni sami byli już zmęczeni. Jednak Enth i Bothe ponownie wyciągnęli swoje miecze zza pleców. Tym razem dziewczyna nie protestowała. Wyciągnęła własny łuk.
— Za godzinę pył opadnie. Może postoimy i poczekamy chwilkę. — Bothemu powoli wracał oddech.
— Oni chyba mają inne zdanie — Tym razem to Enth roześmiał się, kiwając jednocześnie głową w stronę lasu.
Dziesiętnik Torgo szczeknął krótki rozkaz. Wojownicy ruszyli w ich kierunku. Pięciu wyciągnęło miecze z pochew, szósty zaś rozwinął arkan i skierował się w stronę Surini. Pozostali jechali na wprost: dwóch na Entha, a trzech do Bothego. Dziesiętnik pozostał na miejscu. Tym razem nie wyciągnęli łuków — widocznie chcieli wziąć jeńców (dziewczynę na pewno).
— No chociaż nie musimy już uciekać. Roni od Twojego ojca po tym galopie pewnie już zarzygały całą klatkę.
— Szkoda naszych pinu. Ja zsiadam. — Enth zrobił to i klepnął Soto w zad. Zwierzę oddaliło się skubać trawkę. Zaraz za nim potruchtała Pszczółka. Bothe już stał przy boku przyjaciela i przeciągał swoje potężne ramiona.
— I nawet teraz będę od nich wyższy. — Stwierdził krótko.
Torgo najwyraźniej pasowała taka sytuacja bo zatrzymali wierzchowce i też z nich zsiedli. Tylko ten z arkanem tego nie zrobił — za to kręcił już nim koła nad głową. Ignorował strzały, które w międzyczasie posyłała mu Surini. Sprawnie ich unikał przechylając się na boki. Nagle rzucił sznurem w jej stronę. Musiał być w tym dobry, bo trafił już za pierwszym razem. Sznur zacisnął się na ramionach dziewczyny. Wtedy wojownik nim szarpnął. Surini z krzykiem spadła z Ferba na ziemię. Ale szarpnięcie przetoczyło ją jeszcze kawałek dalej i w efekcie uderzyła głową w kamień ukryty wśród traw. Znieruchomiała bez oznak zycia. Enth to zobaczył i z bojowym okrzykiem ruszył w jej stronę. Jego dwóch przeciwników szybko przecięło mu drogę. Musiał walczyć. Ale to była chwila, w której ich dowódca szybko zrozumiał, że popełnił błąd wysyłając aż trzech w stronę większego z wojowników Utu.
Ruchy Entha były błyskawiczne. Cięcie zadane przez pierwszego Torgo było skierowane w stronę szyi i zadane od prawej do lewej. Zostało ono zablokowane jego mieczem postawionym pionowo. Chłopak jednocześnie wystawił lewą stopę po łuku w przód, a w jego dłoni pojawił się sztylet, który trafił w bok przeciwnika. Idealnie w szczelinę pomiędzy płytami pancerza. Potem płynnym ruchem przeciągnął mieczem po szyi Torgo. Jego ostrze było specjalnie kute do takich ruchów. Miecz był trochę krótszy i lżejszy od innych, ale za to bardzo ostry. Torgo padając już był martwy. Drugi zawahał się tylko na moment, widząc niesamowitą szybkość ruchów wroga. I to go zgubiło. Enth (nie zmieniając ułożenia ostrza) pchnął mieczem nad padającym wojownikiem. Przeszył gardło drugiego na wylot. I już biegł w stronę Surini. Ale wojownik, który ją złapał miał ją już przerzuconą przez grzbiet swego pinu i oddalał się w stronę lasu. Z krwawiącym sercem (wiedział, że nie ma szans pieszo) zawrócił do przyjaciela. I jeszcze w biegu ustalił szybko, że jeden z przeciwników Bothego leży martwy, a drugi krwawi z nogi. Ale wciąż we dwóch atakowali go, wściekli, że wielki wojownik mimo swej postury jest szybszy niż sądzili. A brak pancerza tylko mu pomagał. Enth jednak nie zdążył dobiec…
Bo nagle obaj Torgo padli jednocześnie w trawę. Każdemu z pleców i karków wystawało po kilka strzał. Bothe, także zaskoczony opuścił swój miecz (również kuty na jego miarę — wielki i ciężki). Enth zatrzymał się dwa kroki od niego i obejrzał za siebie.
Wzdłuż linii drzew stało ponad dwudziestu wojowników Viri w ich pięknych, haftowanych tunikach bojowych z wyszytymi wizerunkami orłów w locie. Ich pinu miało tak samo haftowane czapraki. A Torgo, który porwał Surini sam został złapany na arkan i teraz leżał skrępowany na ziemi. Tylko jego dowódcy nigdzie nie było widać. Dwunastnik jednej z drużyn wydał rozkaz i jego łucznicy opuścili broń. Enth i Bothe spojrzeli po sobie.
— No to teraz dopiero ci z łąki się zdziwią, jak się obudzą… — Bothe wciąż łapał oddech po walce.
Ale powiedział to do pleców przyjaciela. Enth biegł już tam, gdzie leżała nieprzytomna Surini. Kamienne Drzewo westchnął i poczłapał powoli za nim.
7. PUSTY TRAKT
— Surini! Nie teraz! Nie rób mi tego! — Enth zupełnie zapomniał, że patrzy na niego dwudziestu sześciu wojowników Viri. Oraz jeden Torgo. I Bothe, który właśnie doczłapał.
— Kocham Cię. Nie umieraj! — Te słowa Enth wyszeptał do ucha nieprzytomnej dziewczyny myśląc, że nikt tego nie usłyszy.
— No, nareszcie! — Bothe miał jednak bardzo dobry słuch. I szczerzył się radośnie jak essi na widok owoców. Bo wcześniej widział uspokajające gesty jednego z Viri, więc wiedział już, że życiu Surini nic nie grozi. Była tylko nieprzytomna.
Enth wziął ostrożnie w dłonie głowę dziewczyny. I zdrętwiał. W ognistej czerwieni jej włosów, krwi nie było widać. A było jej całkiem sporo. Dopiero teraz chłopak ocknął się i spojrzał na jej pobratymców. Stali dookoła i uśmiechali się. „Tajemnica” tej pary była znana całemu Sojuszowi… Jeden z dwunastników, pokazał Enthowi swoje dłonie, także całe we krwi. Odezwał się we Wspólnej Mowie:
— Już ją obejrzałem. Rozcięcie i guz. Będzie żyć. Zabierzemy ją do Lirime. Uleczy ją. Moja kuzynka ma twardą głowę.
Enth słyszał już o nim. Rothas był jej dalekim kuzynem, a jednocześnie synem wodza Dethasa. Do tego był też jego pierwszym zastępcą. Zasłużył na to swoim wyszkoleniem bojowym oraz zaangażowaniem. Ojciec nic mu w życiu nie ułatwiał — jego syn musiał być godny tego stanowiska. I podobno był.
Tymczasem Ferb podszedł do swojej pani, obwąchał jej głowę i trącił delikatnie łbem w ramię. Zarżał żałośnie kilka razy.
— CO POWIEDZIAŁEŚ? — Surini otworzyła oczy.
— Nic, nic. Cieszę się, że żyjesz. — Enth odetchnął głęboko.
— Pytałam… Ferba. — Uśmiechnęła się słabo. — Wiem! — Pogłaskała zwierzę po pysku. Ale patrzyła przy tym na chłopaka.
Bothe spoglądał to na jedno to na drugie z nich. Kilka razy. Potem potrząsnął niedowierzająco głową.
— Nie, no nie wierzę. I cała „zabawa” od początku? Niech Was bumi obsika!
Viri zarechotali całym oddziałem. A ich drugi dwunastnik, Athune Środek Tarczy (z łuku zawsze trafiał tam gdzie chciał) powiedział:
— Chodźcie. Potok już blisko. Tam zrobimy postój i nocleg. Pogadamy.
A do swoich ludzi dodał jeszcze:
— Weźcie też to gówno bumi — wskazał na związanego Torganina. — Ośmiu zostaje i jak tylko pył opadnie do końca, zbiera z łąki pozostałe odchody. Tylko ostrożnie — widzieliście jak to działa…
— A mówiłem, że się zdziwią! — Powiedział Bothe.
Potok był faktycznie już za lasem. Tam rozpalili ogniska, a dowódcy Viri rozstawili straże. Wszystkie pinu, łącznie z tymi wojowników Torgo zostały napojone. Enth sprawdził też oba „kruki” od ojca. Były poobijane i osowiałe, ale całe — na szczęście pręty klatki zostały wcześniej owinięte suknem. Kiedy siadali do ognisk nadjechali ludzie Athune z czterema pozostałymi jeńcami, poprzerzucanymi przez grzbiety ich pinu. Oraz piątym… jednym ze swoich. Okazało się, że biedak kichnął w pewnym momencie i obudził kilkadziesiąt motyli wokół siebie. Reszta oddziału będzie miała z niego ubaw przez wiele zim. Wracali z twarzami całymi we łzach od śmiechu. Już nawet zdążyli po drodze swemu kompanowi nadać przydomek: Lothar — „Śpiący Motyl”. Wszyscy obudzą się nad ranem — pył z Kwiatów Snu działał błyskawicznie i trzymał w letargu nawet przez połowę dnia.
Surini wciąż leżała. Miała już obandażowaną głowę. Była przytomna, ale zakazali jej wstawać, bo cały czas kręciło się jej w głowie. Bothe wykorzystał chwilę, gdy w pobliżu nie było Entha i naopowiadał dziewczynie jak to chłopak „biegł za jej porywaczem pieszo i… prawie go dogonił, podczas gdy biedny Bothe musiał walczyć z pięcioma (?!) Torgo”. Surini uśmiechała się tylko, bo śmiech zwiększał jej ból głowy.
Potem usiedli przy ogniskach. Wojownicy przy dwóch, ich dowódcy razem z Enthem i Bothe oraz leżącą Surini przy trzecim.
Rothas kazał nalać miodu. Bothe z westchnieniem ulgi zauważył jego czerwony kolor. Dowódca zaczął mówić.
— Zaraz po tym jak Surini została wysłana do was, dotarły do nas pogłoski o zwiadowcach Torgo na naszym terenie. Widocznie Goth chciał ustalić czy jesteśmy przygotowani do wojny. A jego ludzie mieli mu dostarczyć jeńców. Dlatego mój ojciec wysłał mnie i Athune, żebyśmy patrolowali szlak, którym miała wrócić Surini. Nie wiedzieliśmy tylko, że dostanie od was eskortę… No i nikt oprócz was nie wpadł na pomysł takiego wykorzystania Łąki Snów. — Rothas zaśmiał się głośno. — To było niezłe. Mieliśmy dzięki temu mniej roboty. A teraz mamy pięciu martwych Torgo i pięciu związanych. A jedyna nasza „ofiara” to Lothar (uśmiech rozjaśnił jego surowe rysy). Dziesiętnik niestety uciekł. Tyle dobrego, że wraca bez jeńców, bez oddziału i bez wieści… więc może tego nie przeżyć. Zauważyłem też, że macie dla nas parę roni. Z naszych ocalał tylko jeden ptak. Ale on szybko wyuczy te dwa od was. Niedługo znów będziemy mogli wysyłać wiadomości także tą drogą. A za dwa lub trzy dni spotykamy się na Górze Krwi? — Zapytał.
— Odpowiedź od naszego wodza jest w sakwach Surini. Ale z tego co słyszeliśmy w trakcie narady, to spokojnie możemy ci rzec, że tak. — Odparł Enth.
— No to wychodzi na to, że rano zabieramy Surini oraz wieści do Vicosis, a wy wracacie do swoich?
— Tylko jej dobrze pilnujcie! — Bothe mrugnął porozumiewawczo do obu dwunastników Viri.
Enth chciał zaprotestować w obliczu rozstania z dziewczyną, ale rozmyślił się. Wiedział. Że Rothas ma rację. Ich misja została zakończona. Surini zaś będzie w dobrych rękach. I będzie bezpieczniejsza w towarzystwie dwóch oddziałów własnego plemienia. Skinął więc tylko głową w milczeniu.
Dokończyli posiłek i położyli się spać. Rano, po obudzeniu zobaczyli oszołomione miny czterech „śpiochów z łąki”. Rozglądali się po obozie i byli w ciężkim szoku widząc się związanymi oraz w otoczeniu kilkudziesięciu wrogich zbrojnych. A i Lothar — „Śpiący Motyl” kiedy się budził, to zobaczył nad sobą kilkanaście uśmiechniętych gęb ze swojego oddziału.
Athune przekazał im na drogę część żywności swojego oddziału i dorzucił jeszcze do tego „zdobyte przecież przez Utu” cztery czarne pinu Torgo wraz z ich uzbrojeniem. Jeńców zaś i resztę ich ekwipunku zabrali ze sobą. Dla Surini Viri przygotowali posłanie z płótna umocowane na oszczepach i przywiązane do pinu dwóch ludzi z oddziału Rothasa.
Enth i Bothe uścisnęli przedramiona z Athune i Rothasem, a ich wojowników pożegnali uderzeniem pięści w okolice swoich serc. Tamci odpowiedzieli w ten sam sposób. A kiedy Bothe już wyściskał Surini, podszedł do niej Enth.
— Trzymaj się Surini Białe Włosy. Przepraszam, że nie dobiegłem.
— Ale biegłeś. I to się liczy. — Jej uśmiech był olśniewający.
— Pamiętasz, że SŁYSZĘ poprzez WIĘZI to co „mówi” mi Ferb? A on rozumie i przekazuje mi więcej niż myślisz… Do zobaczenia wkrótce Enth. Może na Górze Graala?
A Bothe zaczął się śmiać. Długo i głośno.
W tym momencie gwizd dowódców ruszył całą kolumnę z miejsca. Ruszyli w drogę z każdą chwilą oddalając się i znikając wśród drzew.
Wciąż trawiąc ostatnie słowa dziewczyny, chłopak stał jeszcze długo i wpatrywał się w pusty już trakt.
8. DUCH GÓR
Bothe jednak nie był gburem. Wiedział kiedy powinien się zamknąć. Jechał powoli w kierunku ich stron rodzinnych. Czekał cierpliwie aż Enth do niego dołączy. Jego samego zresztą także dopadły tęskne myśli o czarnowłosej Arinie. Stało się tak jak myślał — niedługo usłyszał kłusującego Soto. Enth zrównał się z przyjacielem i dalej jechali już obok siebie. Bez słów. Nie były potrzebne. Chłonęli piękno gór w krainie ludu Viri. Były one trochę niższe niż u nich czy też u Zema. Ale przecinało je za to wiele potoków i można było w nich spotkać bardzo dużo różnorakiej zwierzyny: jelenie górskie, „kruki” roni, „małpki” essi, kosy oraz masę innych gatunków. Grzyby wysokością prawie dosięgały brzucha pinu. Lasy były bardzo gęste, pełne drzew piwnych (z których cały rok ściekały ich soki, zbierane potem na zacier potrzebny do wyrobu piwa) oraz drzew, w których mieszkały pszczoły wszystkich czterech barw. Wśród nich były także i te czarne, z których miodu robiono trucizny. Niebawem minęli Górę Krwi i dotarli do okolic, w których widzieli wcześniej parę wielkich orłów. Tam przy rzece granicznej napoili ich pinu i zjedli szybki posiłek. Potem przekroczyli most i wjechali na ziemie Utu.
Dopiero wtedy rozwiązały im się języki. Omówili wszystkie kwestie związane z przewidywaną wojną. Obśmiali się do łez na wspomnienie Lothara — „Śpiącego Motyla”. Obaj też mieli podobne zdanie, że z sojusz z Viri to był bardzo dobry ruch. To ciekawy, honorowy, bitny lud, podobny do Utu. Plemię Zema było bardziej zamknięte w sobie — może dlatego, że od zawsze mieszkali w wysokich, niedostępnych górach. Chociaż równie honorowe i waleczne jak dwa pozostałe. Lesu zaś to plemię ludzi dobrych, dumnych, wolących żyć w lasach i na równinach niż w górach. Otwarci dla innych, ale wolący życie w „swoim stadzie”. To lud handlarzy, rolników i zdolnych rzemieślników. Ale z wściekłymi Torgo nie mieli żadnych szans. Tylko, że to do nich nie docierało. Niestety…
Soto i Pszczółka czuły już dom. Przyspieszyły same, bez zgody jeźdźców. Ale oni nie mieli nic przeciwko temu, bo w ten sposób wkrótce dojechali do znanej im kotlinki, w której mieli zrobić postój. Jutro będą w Nicosis.
Zrobili wszystko podobnie jak uprzednio. Ale teraz to Bothe zatarł ślady, zamiatając je ogonem Pszczółki. Enth rozpalił ognisko, a kiedy Kamienne Drzewo wrócił, sam ruszył w las porastający zbocza góry w poszukiwaniu drewna na opał. Przygotowanie posiłku zostawił Bothemu.
Oddalał się od obozu wchodząc coraz dalej pomiędzy drzewa i głazy. Nie zauważył przy tym, że od dłuższej chwili zamilkł śpiew kosów, że ustało bzyczenie niebieskich pszczół, że nie spotkał żadnej zwierzyny. W końcu jednak ta cisza zaczęła mu podejrzanie „dzwonić” w uszach. Zatrzymał się. Zaczął nasłuchiwać. Po pewnym czasie zdecydował się jednak ruszyć dalej. Ale nie uczynił tego. Zastygł nieruchomo z jedną ręką sięgającą po kawałek drewna leżący u jego stóp.
Na wysokości jego twarzy, cztery kroki od niego, wśród liści krzaków otworzyła się para oczu wpatrzonych w niego. Wielkie źrenice ogromnego zwierza. Od razu zrozumiał do kogo one należały. Do Ducha Gór. Tego samego, starego, dumnego samca, którego mijali w drodze do kraju Viri. Podszedł Entha bez jednego szelestu, bez żadnego dźwięku. Władca gór, król polowań, wódz zwierząt. Wolny, dumny i niewidzialny… kiedy tylko tego chciał.
Chłopak stał (wciąż bez ruchu) i oceniał swoje szanse: czy ma chwycić za miecz czy może sztylet. Ale wtedy, na jego oczach, poza źrenicami zwierza pojawiły się powoli jego uszy, a po chwili przednie łapy, potężny tułów i na końcu tylne łapy i ogon. Jakby chciał, żeby Enth go zobaczył… A on właśnie bardzo, bardzo wolno zmieniał kierunek ruchu ręki i zaczął nią sięgać za swoje pochylone barki. Po miecz.
— „Bardzo dobrze — walcz! Tego chcę. Zabij. Szybko i bez okrucieństwa.” — USŁYSZAŁ w głowie Enth.
— „Tak, SŁYSZYSZ mnie. Bo ja wybrałem ciebie. Tobie pozwolę się zabić. Jeśli tylko zdołasz…”
Myśli oszołomionego Entha galopowały w jego głowie jak szalone. Czy właśnie dzieje się to o czym latami marzył? Czy to robota WIĘZI? W tym czasie jego ręka, wyuczonym ruchem, nadal powoli sunęła w stronę rękojeści miecza.
— „Nie uciekasz? Więc dobrze wybrałem. Jestem gotów na śmierć. Jeśli mnie zabijesz to będziesz mnie musiał potem skosztować. Wtedy nadal będę żyć… w Tobie. WIĘZI na to pozwalają. A jeśli to ja pokonam Ciebie, na pewno zrobię to samo. Ale wówczas ty będziesz żyć we mnie. Nie martw się, zrobię to szybko i bez okrucieństwa.”
— „Dlaczego?!” — Odruchowo pomyślał Enth.
— „Dlaczego?! Bo moje dni się kończą. Bo wolę umrzeć w walce niż zdechnąć w jakiejś jamie ze starości. Bo WIĘZI tego chcą. A Ty już raz próbowałeś mnie podejść. Tak, wtedy to byłem ja! I prawie Ci się udało. Gdyby nie ten drugi, krzykliwy, wielki jak iberu człowiek. Więc chyba też jesteś gotów? Czy tak właśnie jest? Czekam…”
Ogon Ducha Gór zaczął miarowo uderzać w ziemię. A on sam podniósł się na przednich łapach wyczekująco… Jego tułów sprężył się do skoku. Sierść najeżyła. Warkot w gardle narastał.
— „Czy jestem? Jak jeszcze nigdy dotąd… jestem!!!” — Enth pomyślał to bez zastanowienia.
Atak nastąpił błyskawicznie. I bez ostrzeżenia. Wybicie z potężnych tylnych łap i jeden długi skok w stronę gardła człowieka. Obnażone kły. Ogłuszający ryk.
Enth miał tylko jeden, jedyny moment na wszystko. Ale dokonał tego — zrobił kilka rzeczy jednocześnie. Jego lewa dłoń wypuściła kawałki drewna. Prawa w tym czasie złapała za miecz, a ciało rzuciło się w prawą stronę. W trakcie upadku ręka z wyciągniętym już mieczem cięła od dołu podgardle „wilka”. Posoka wylała się natychmiast. Ale zwierz zdołał jeszcze, lądując na trawie, dosięgnąć łapą boku chłopaka. Trzy pazury przeszły przez kaftan i głęboko rozorały skórę.
— „A to na pamiątkę.” — Usłyszał jego śmiech. — „Dokończ!”
Pomimo krwi lejącej się z rany zwierzę rzuciło się jeszcze raz w jego stronę. Ale w tym czasie Enth zdołał wstać, pomimo okropnego bólu i drętwienia boku. Zamiast uciekać zrobił krok w przód. I trafił. Przebił serce Ducha Gór, który zatrzymał się z mieczem wbitym w pierś i otwartą paszczą tuż przed twarzą chłopaka. Ogromne, obnażone kły zwierzęcia były tylko o dwie długości dłoni od warg człowieka.
— „Dziękuję za dobrą śmierć. Pamiętaj — skosztuj!”
To było ostatnie co USŁYSZAŁ. U jego stóp leżał ogromny, umierający szlachetny Duch Gór. Jego oddech powoli gasł, a źrenice zachodziły mgłą. Enthowi zresztą też. Zwalił się bezwładnie obok niego. Pysk Ducha przy twarzy wojownika. I jeszcze przez chwilę patrzyli sobie w oczy. A potem obu ogarnęła ciemność.
9. SERCE WILKA
— Czyli nie jest dobrze… — Enth ocknął się i zobaczył nad sobą zatroskaną twarz Bothego. Twarz, która po raz pierwszy nie miała nawet śladu uśmiechu.
— No, essi to to nie było! — Westchnął z ulgą jego przyjaciel. — Żyjesz! Jak usłyszałem ten ryk, to pierwszy raz w życiu miałem ciarki. No, ale z takiej paszczy to nic dziwnego… — wskazał głową w bok.
Enth przekręcił z wysiłkiem głowę i dwa kroki dalej zobaczył ogromne cielsko Ducha Gór. Leżało na boku koło ogniska. Dopiero teraz, kiedy ujrzał dogasające polana oraz pierwsze przebłyski promieni słonecznych nad górami, zrozumiał, że już jest poranek.
— Jak ty go sam tu… Przyniosłeś go?!
— No co ty! Nawet dla mnie jest na to za ciężki. Musiałem go tu przywlec. Za ogon, za łapy, za łeb. Pół nocy mi to zajęło. Wpierw jednak przyniosłem ciebie i opatrzyłem twoją ranę. A potem, jak się już upewniłem, że to ty żyjesz a on nie (i że nie jest na odwrót), to zasnąłem na chwilę. Niedawno też się obudziłem. I od razu jeszcze raz sprawdziłem czy to przypadkiem nie ożyło. — Nadepnął na ogon zwierza, jakby wciąż mu nie dowierzał.
— Zostało trochę mięsa od Viri, chcesz?
— A gdzie jego serce? — Na słowa o mięsie odruchowo spojrzał na pierś Ducha Gór, była rozcięta i… pusta. — Gdzie serce?! — Powtórzył głosniej.
Bothe był zdziwiony wybuchem przyjaciela, ale sięgnął poza grzbiet zwierzęcia i wyciągnął stamtąd miecz Entha, wciąż wbity w serce i pomachał nim przed jego nosem.
— W sam środeczek. Normalnie jak Athune.
Enth z ulgą opadł na trawę. Ale po chwili znów się uniósł na łokciach — przypomniał sobie bowiem o złożonej obietnicy. A nie wiedział czy był jakiś określony czas na jej spełnienie. Dlatego też chyba musiał zrobić to od razu. Oraz także dlatego, żeby się jednak nie rozmyślić.
— Daj mi je Bothe.
— Też bym je chciał oglądać wiele razy i pękał z dumy, ale… Enth, co ty wypra…
Bothe już nie dokończył.
Bo jego przyjaciel odłożył miecz i wbił zęby w surowe, ale jeszcze ciepłe serce Ducha Gór. Ani przez chwilę nie pomyślał o jego smaku, a jedynie o spełnieniu przyrzeczenia które złożył. Było spore, więc chwilę mu to zajęło. A kiedy kończył ostatni kawałek, wtedy dopiero stwierdził, że Bothe wciąż się nie odzywa. Poszukał go wzrokiem. A on właśnie wyłonił się zza krzaka. Cały blady i zielony jednocześnie.
— A to mięso od Virińczyków było takie dobre… Teraz będę musiał jeść jeszcze raz. — Jęknął. — Uprzedzaj chłopie następnym razem! Chodziło o jakiś zakład czy co? To na pewno sprawka Rinthego, tylko ci Zemańczycy mają takie chore pomysły.
— Bothe, przepraszam. Nie o zakład chodziło. Bardziej o… obietnicę.
— Obietnicę?! Komu mogłeś obiecać coś takiego? No chyba, że Surini… No, gadaj! Komu?!
— Jemu. — Enth skinął głową w stronę cielska.
Bothe chyba nie zrozumiał.
— Jemu? Co to za imię… zaraz — Jemu? — Oczy Kamiennego Drzewa robiły się po chwili prawie tak wielkie jak oczy Ducha.
— Tak Bothe, jemu. Pamiętaj, że prawie zostałem Uzdrowicielem… SŁYSZAŁEM GO w mojej głowie. Jak ciebie teraz.
— SŁYSZAŁEŚ? Ale, że co… że WIĘZI?!
— Tak, WIĘZI. Ojciec nauczył mnie otwierać na nie umysł. Ale kiedy już było pewne, że nie pójdę jego drogą, zupelnie o tym zapomniałem. Wybierając drogę wojownika byłem pewny, że straciłem możliwość zdobycia tych umiejętności na zawsze. Pogodziłem się z tym. A teraz Duch Gór pokazał mi, że jednak tak nie jest… ROZMAWIALIŚMY. Tak jak z Tobą teraz. Tylko, że w głowie. Bez słów. To było… dziwne. Dziwne i piękne zarazem. Pamiętasz jak spłoszyłeś mi jednego? To ten sam. To on wtedy zniknął. A teraz mnie rozpoznał. Mówił nawet o tobie. Nie, nie chcesz wiedzieć — Enth roześmiał się, widząc jak Bothe już otwiera usta do następnych pytań.
— To znaczy że ja jego mogę nawet nie widzieć, a wy w tym czasie będziecie sobie o mnie plotkować? — Bothe był prawie obrażony. — Siedząc obok mnie? — Spojrzał odruchowo w bok i wzdrygnął się.
— Myślę, że nie. No może czasem. One unikają nas, ludzi. Temu kończył się czas, a pragnął umrzeć w walce. To dla mnie ogromny zaszczyt i honor. Chociaż też mogłem umrzeć… Ale w końcu sam się przecież na to zgodziłem.
— A co, pytał? — Śmiech Bothe zamarł mu na ustach, kiedy zobaczył, że to nie był żart. — A jakbyś odmówił mu walki?
— Czuję, że wtedy by odszedł. Byłby rozczarowany, ale zrobiłby to. Po prostu by zniknął. A kiedy z nim walczyłem, widziałem go! Pokazał mi się. A mógł atakować w całkowitej niewidzialności — wtedy nie miałbym żadnych, nawet najmniejszych, szans.
— Więc one także cenią honor? — Bothe zdumiony pokręcił głową.
— Myślę, że nasze gatunki łączy więcej niż myślimy, Bothe… — Zamyślił się na chwilę, bo przypomniał sobie jak Urthu mówił mu, że obcy opowiadał Dathunowi
— Uzdrowicielowi Utu iż o odważnych wojownikach w jego krainie mówiono, że mają „wilcze serca”.
W tym momencie Soto i Pszczółka podeszły do ciała zwierza, obwąchały go i zaczęły żałośnie rżeć jakby na pożegnanie Ducha Gór. Bothe spojrzał na przyjaciela pytająco, ale on rzekł:
— Nie, ich nie SŁYSZĘ. Tylko jego.
— No dobra Enth. Serca już nie ma. — Bothe znów skrzywił się z niesmakiem. — Ale co z resztą?
— Nie wiem. Ale myślę, że możemy jego łeb zabrać ze sobą do osady. Ale resztę ciała chyba musimy pochować tu w górach, gdzie był jego dom.
Enth spróbował wstać, ale ból w boku nie pozwolił mu na to. Zdołał jedynie usiąść.
— No, jasne. Ty wrócisz jako ranny bohater, ale przywlec go tutaj i zakopać muszę ja. Dobra. Ale wpierw muszę jeszcze zjeść trochę tego mięsa od Viri.
Bothe już wstawał, ale zastygł na chwilę i spojrzał w stronę przyjaciela.
— Zaraz, ale on miał tylko… jedno serce?
10. DOM RODZINNY
Wybrali miejsce na zboczu góry niedaleko ich obozowiska. Duch Gór był ciężki nawet bez głowy. Bothe zaciągnął go do naturalnego zagłębienia, a potem przykrył kopcem z kamieni, żeby inni mieszkańcy pobliskich lasów nie zakłócili spokoju ich władcy. Ranny Enth pomagał tylko nosić mniejsze kamienie, pilnował pinu i zagasił ognisko. Przed południem mogli ruszać dalej.
Soto musiał przyklęknąć, żeby jego pan dał radę na niego wsiąść. Zabrali ze sobą łeb władcy gór. Popędzili wierzchowce, żeby nadrobić czas — Enth nalegał na to pomimo swojej rany. W ten sposób przed wieczorem dojechali do Drzewa Rozstań.
Tam na chwilę zatrzymali się, żeby z daleka spojrzeć na Nicosis. Na potok wijący się krętym strumieniem, wypływający z małego wodospadu koło Drzewa Rozstań. Na bumi szukające trąbami czegokolwiek do zjedzenia. Na górskiego jelenia gapiącego się ciekawie na nich z pobliskiego lasu. Na ptaki latające i śpiewające nad okolicą. Na mrowie kolorowych motyli nad łąką. Na dym unoszący się z otworów szczytowych chat osady. Na okolicę, która ich urodziła, wychowała i wykarmiła. Na dom rodzinny.
Kamienne Drzewo westchnął głęboko i powiedział:
— Jesteśmy. Wszędzie jest pięknie, ale własne gniazdo to…
Nie dokończył, bo jakaś mała włochata kulka śmignęła jak błyskawica z Drzewa Rozstań prosto na ramię olbrzyma i wczepiła się weń jazgocząc przy tym straszliwie.
— Dobra, małpo — wystarczy! — Bothe zapamiętał jak nazywano essi w dalekiej krainie Armanda. Wziął ją za ogon i rozbujał go wraz ze zwierzątkiem na jego końcu. A ono piszczało i fukało z radości — uwielbiało tę zabawę.
— Dziś jeszcze nie zdejmę z ciebie futra — Wyszczerzył radośnie zęby i fuknął jej w nosek. Rozdarła się przy tym jeszcze bardziej. I „przywitała” się jeszcze z Pszczółką — pociągając ją mocno za uszy, na co zwierzę (jak zawsze) zarżało i kłapnęło zębami w tył, żeby chwycić jej ogon. Wtedy dopiero szczęśliwa essi wyrwała się i pognała pędem do osady, przeskakując przy tym po drodze wysokimi susami głazy, kłody oraz krzaki dogu. Pędziła z nowinami do swojej pani.
— Ma szczęście, że ma tak mało mięsa… — Bothemu na jej widok oraz na widok osady wrócił dobry humor.
— Widzę, że dogadujecie się tak doskonale, że nawet WIĘZI nie są potrzebne. — Enth zaczął się śmiać, ale od razu przestał i skrzywił się, bo prawy bok przypomniał mu o ranie.
Przejechali przez potok i wkrótce zatrzymali się przed Chatą Narad. A tam już czekała na nich spora grupa mieszkańców na czele z Urthu i Ariną z essi siedzącą na jej ramieniu. Był także wódz Varth.
Enth kazał Soto klęknąć i z trudem zsunął się z niego na ziemię. Uśmiechy momentalnie przygasły wszystkim. Szczególnie Uzdrowicielowi, który od razu zabrał się do rzeczy.
— Chodź synu. Żyjesz, a to najważniejsze. Obejrzę ten bok za który się trzymasz, a Ty opowiesz mi skąd wzięła się ta rana.
— Mogę nawet teraz pokazać tego, który to uczynił.
Chłopak chwycił zdrową ręką za worek z płótna przytroczony do boku Soto i z wysiłkiem wytrząsnął jego zawartość na trawę. Ogromny łeb zwierzęcia potoczył się prosto pod nogi wodza. Szmer przeszedł po zebranych przed chatą. Za ich życia nikt nie upolował Ducha Gór. A próbowało wielu wojowników, łowców i tropicieli. Nawet Varth, zdumiony tym co widzi, spojrzał z uznaniem na młodego wojownika-tropiciela. Wszyscy zaś wlepiali wzrok w wielką czaszkę sięgająca poza kolana ich wodza. A że swoją posturą dorównywał on Bothemu, więc mogli wyobrazić sobie resztę zwierzęcia.
Jedynie Arina i Urthu na ten widok (jednocześnie) spojrzeli na Entha. Ich wzrok pytał o to samo… Chłopak z uśmiechem skinął im głową. Zrozumieli się bez słów — tak WIĘZI miały w tym swój udział.
Wieczorem, przy ognisku Bothe musiał mieszkańcom opowiedzieć całą historię ich wyprawy — dokładnie i ze szczegółami. Głównie mówił o Duchu Gór oraz oraz o Łące Snu i Lotharze — „Śpiącym Motylu”.
W tym czasie ojciec Entha zdejmował mu opatrunek, żeby obejrzeć ranę. Była czysta. Był też zadowolony z efektu działań Bothego. Przemył tylko ranę leczniczym wywarem z ziół i zabandażował ją ponownie. Klepnął syna w ramię i usiadł obok niego.
— Mów. Jak to się stało i co Ci powiedział?
— Było tak, jak mnie uprzedzałeś ojcze. USŁYSZAŁEM go w głowie. To było jak zwykła rozmowa. Tyle, że bez słów. Zaproponował mi walkę. A ja ją przyjąłem. On nie żyje, a ja tak. Przedtem jednak musiałem mu obiecać, że go skosztuję.
— Chciał tego?! — Przerwał mu Urthu. — Przepraszam synu, ale to ważne. Powiedz: sam tego chciał?!
— Tak, on sam. Musiałem mu przed walką złożyć obietnicę.
— I co — wypełniłeś ją? — Uzdrowiciel w napięciu czekał na odpowiedź.
— Tak. Skosztowałem jego serce. To źle, ojcze?
Urthu zamilkł. Wpatrywał się w syna z niepokojem, ale też i… dumą? Dopiero po dłuższej chwili mówił dalej.
— To się dopiero okaże. SŁYSZEĆ naszych „braci” to jedno. Wszyscy Uzdrowiciele to potrafią. Niektórzy nasi uczniowie także, jak… Surini. Ale, żeby skosztować ich serc — do tego trzeba mieć ich zgodę i odwagę. Bo różne potem mogą być skutki. Dlatego dotąd nikt tego nie próbował.
— To co teraz? — zapytał Enth.
— Jutro my jedziemy na wiec na Górze Krwi. Wódz, jeden z jego zastępców, ja oraz Bothe. Jest zmęczony, ale chce jechać, a Varth mu pozwoli. Po tym co opowiadaliście o Torgo, bierzemy ze sobą dwie drużyny wojowników. Ruszamy rano. Ty zostajesz! Wystarczy ci na razie wrażeń. Zajmie się tobą Arina. Zapewne też ma wiele pytań do ciebie na temat tego, co czułeś, widziałeś i SŁYSZAŁEŚ. Teraz śpij, to ci jest najbardziej potrzebne. — Ucałował go w czoło i wyszedł z izby.
Rano odwiedziła go Arina i przekazała mu pożegnanie od Bothego, który razem z innymi wyjechał już o świcie. Zaglądała do niego przez kilka dni. Zmieniała mu opatrunki i wiele rozmawiali. O ich wyprawie, o Surini, o Bothe. Umówili się też, że odtąd częściej będą wśród swoich przyjaciół nazywać zwierzęta nazwami pochodzącymi z dalekiej krainy obcego rycerza. Ale przede wszystkim rozmawiali o WIĘZIACH. Tak upłynął im czas aż do powrotu wysłanników Utu z Góry Krwi.
11. GÓRA KRWI
Bothe przez całą drogę musiał wciąż od nowa opowiadać historię ich wyprawy. Mimo iż nie był przy samej walce Entha z Duchem Gór, to już został uznany za centralną postać tej opowieści. Co osobiście absolutnie mu nie przeszkadzało…
Podczas jazdy kilkakrotnie wracali zwiadowcy przedniej straży z wiadomościami czy coś zauważyli. Ale jak dotąd więcej podjazdów Torgo nie widziano w okolicy.
Ale i tak jechali w szyku bojowym: jedna drużyna z przodu, w środku Varth, Uzdrowiciel i Bothe dowodzący strażą ochraniającą wodza, potem druga drużyna. A wszyscy mieli pancerze, hełmy, tarcze na ramionach (prawy szereg na prawych, lewy odwrotnie) oraz komplet uzbrojenia: łuki, włócznie, miecze.
Kiedy drugiego dnia przed południem dojeżdżali do Góry Krwi, z daleka widzieli, że na miejscu są już wojownicy jednego z plemion. Tak jak sądzili, byli to Virińczycy — mieli tu najbliżej. Ich ludzie już otoczyli górę ochronnym kołem, aby zapewnić bezpieczeństwo wodzom Sojuszu na czas ich rozmów. Inne plemiona, po przybyciu na miejsce, będą kolejno wzmacniać ich swymi oddziałami. Łącznie spodziewano się prawie setki zbrojnych.
Gdy podjechali do stóp góry zostali powitani po trzykroć powtórzonym „Utu! Utu! Utu!”. Odpowiedzieli zwyczajowym trzykrotnym „Viri! Viri! Viri!”. W razie walki każde z plemion krzyczało nazwę własnego ludu. Ale teraz, zgodnie z tradycją, witali swoich sojuszników.
Varth i Urthu od razu ruszyli ścieżką między głazami pod górę. Tam, na częściowo płaskim szczycie czekali już na nich Dethas i Lirime. Jak niegdyś ustalono, do rozmów na Górze Krwi przystąpić mogło po czterech ludzi z każdego plemienia Sojuszu: wódz, jeden z jego zastępców, Uzdrowiciel oraz jedna dodatkowo wyznaczona osoba. Do Virińczyków mieli jeszcze dołączyć Surini oraz syn wodza, Rothas. Natomiast ze strony Utu będą to Bothe oraz Sithu — zastępca Vartha. Zrobią to dopiero po dopilnowaniu rozstawienia straży oraz rozłożenia obozu pod górą.
Varth i Urthu wymienili uściski przedramion z Dethasem, Lirime zaś złożyli ukłon (wszystkie plemiona Sojuszu szanowały kobiety oraz starszych). Dethas spojrzał w niebo i rzekł:
— Dziś piękna pogoda. Chyba zostajemy tutaj?
Z jaskini wydrążonej w wierzchołku góry, do której wchodziło się bezpośrednio z małego płaskowyżu korzystano jedynie podczas złej pogody lub nocą. W obu miejscach były przygotowane miejsca na ogniska oraz grube kłody drewna do siedzenia wokół nich. Zostali na zewnątrz. Byli co do tego zgodni. Była naprawdę piękna pogoda, a widok na lasy poniżej Góry Krwi oraz na oddalone pasmo gór był oszałamiający.
— Jak się czuje Surini? — Zapytał Urthu.
— Ma ogromnego guza, ale już nie kręci się jej w głowie. A przynajmniej nie z tego powodu… — Puściła oko i zaśmiała się Lirime. I od razu było widać, że uśmiech Surini odziedziczyła po matce.
Cała czwórka wybuchnęła śmiechem. Wśród trzech plemion chyba tylko tych dwoje młodych nie zdawało sobie sprawy, że o ich uczuciu do siebie wiedzą już naprawdę wszyscy.
— Zaraz po zakończeniu wiecu będziemy musieli razem z Varlothem jechać do Urthu na dzień lub dwa. — Lirime zwróciła się do wodzów.
— Ach wy, Uzdrowiciele i te wasze „sprawy”… — Odparł ze śmiechem Varth.
— Widzę kurz na trakcie prowadzącym od północy.
— Przerwał im Dethas patrzący właśnie w tamtą stronę. Zbliżali się wojownicy ludu Zema.
Niedługo wszyscy byli w komplecie. Straże zostały rozstawione. A dwunastka przedstawicieli plemion siedziała wokół ogniska na Górze Krwi. Ze strony Zema przybyli: ich wódz Anthu, Uzdrowiciel Varloth, jego uczeń Rinthe oraz jeden z zastępców wodza — Birthus. Zaczął się wiec.
Ponieważ Góra Krwi stała w granicach Viri, pierwszy zaczął Dethas.
— Od razu przejdę do rzeczy. Torgo, których pojmaliśmy dzięki Surini, Bothemu oraz Enthowi zostali przesłuchani. Z tego co od nich wyciągnęliśmy oraz z wiadomości od Lesu, przesłanych nam poprzez ich roni wynika iż Torgo już ponad połową swojego wielkiego plemienia przeszli przez Wielką Rzekę na ziemie Lesu.
— Połową całego plemienia? — Wyrwało się Kamiennemu Drzewu.
— Tak Bothe. Wychodzi na to, że na naszą stronę rzeki przesiedlić się chcą wszyscy Torgo. Potem zburzą mosty, ufortyfikują brzeg rzeki i zaczną podbijać nas…
Szmer przeszedł po zebranych. Wódz Viri ciągnął dalej.
— Lesu już zostali zepchnięci od swoich żyznych pól przy rzece oraz lasów w góry. Niedługo będą musieli walczyć o przetrwanie swego ludu. Podobno Torganie są jeszcze gorsi niż te kilkadziesiąt zim temu. Zabijają przy najmniejszym oporze. Resztę biorą w niewolę. Oceniamy, że mamy najwyżej dwie z trzech pór roku na przygotowanie obrony. Bardziej nawet jedną. Torgo mogą przestać skupiać się na Lesu i ruszyć na nas jedną z kilku dróg. Od północy, poprzez wysokie góry w stronę Zema, lub (jak poprzednio) od południa, skrajem lasów w stronę Utu. Mogą też wykończyć Lesu i ruszyć prosto na nas. W każdym przypadku my będziemy okrążeni, bo Torgo mogą także ruszyć wszystkimi tymi drogami naraz. A to dlatego, że mają prawie sto tysięcy zbrojnych…
Zapadła grobowa cisza. Nie odezwał się nikt.
— Dobrze słyszeliście: sto tysięcy.
— Merde! — To znowu był Bothe. — My wszyscy (nawet razem z Lesu) tylu nie mamy. Skąd ich wzięli — ulepili z gówna bumi?
— Widocznie od czasu poprzedniej wojny postawili na zwiększenie liczebności własnego ludu. Zwyczajnie — przez rozród, ale i poprzez branie niewolników z Dzikich Plemion. Myśleliśmy, że Sojusz nas zabezpieczy przed Torgo. Ale może się tak nie stać. Co uważacie?
Wstał Varloth, Uzdrowiciel Zema. Pociągnął się za swoją długą brodę i powiedział:
— Podobnie jak Urthu myślę, że tym razem WIĘZI nam wybaczą, ale chyba musimy gotować się do walki. No i wysłać kogoś do Lesu, żeby ich przeprowadził przez góry w bezpieczne miejsce. To rolnicy i rzemieślnicy. Sami nie dadzą rady. A i my nie możemy rzucać się na Torgo bez planu. Rzekłem.
Teraz odezwał się milczący dotąd Varth.
— Oto co musimy. Ufortyfikować wszystkie nasze osady. Rozstawić posterunki na wszystkich możliwych drogach. Przeprowadzić szybko manewry. Kowale muszą pracować dzień i noc nad uzbrojeniem. Musimy też przeszkolić kobiety i młodych w walce najprostszą bronią. Przygotować ukryte warownie wysoko w górach. Natychmiast uruchomić nasz stary system przekazywania wiadomości — ogniska na szczytach gór. Do tego roni i gońcy na najszybszych pinu. I ustalić miejsca, w których wspólnie moglibyśmy się bronić. Rzekłem.
Wszyscy zgodnie przytakiwali podczas tej przemowy. A na koniec wstał jeszcze Anthu, wódz Zema i powiedział:
— Varth Żelazna Dłoń powiedział już chyba wszystko to, co wszyscy myślimy. Niech nam przyniosą dużo jadła. Długa noc przed nami… Rzekłem.
— Zgadzam się. Jutro, po ustaleniu szczegółów taktyki wrócimy do siebie. Rzekłem. — Zakończył Dethas Orle Szpony.
Lirime zrobiła to pierwsza, ale po chwili cała dwunastka, w jednym rytmie zaczęła miarowo uderzać rękami w drewniane ławy. A że wiatr niósł dźwięk daleko, to u stóp góry wszyscy wojownicy, jak jeden mąż, spojrzeli w stronę jej szczytu i jednocześnie pomyśleli to samo: „A więc wojna!”.
A wtedy odgłos uderzeń setki mieczy o pancerze poniósł się jeszcze dalej…
Góra upomniała się o krew.
12. DWIE KSIĘGI
Enth otworzył oczy i wyczuł czyjąś obecność w swojej izbie. Po śpiewie ptaków poznał, że już jest rano, ale zamknięte okiennice sprawiły, że wewnątrz wciąż panował półmrok.
— Arina, rana już mnie prawie nie boli. I jest czysta. Daj pospać.
Odpowiedział mu tylko cichy dziewczęcy chichot.
— No dobra — sprawdź jeszcze raz.
Odwinął opatrunek i przekręcił się na zdrowy bok, twarzą do ściany. Poczuł delikatne dłonie sprawdzające szwy na jego boku. Po chwili usłyszał:
— Faktycznie, czysta. Arina ma sprawne ręce. Dobra robota.
Zerwał się, żeby spojrzeć za siebie i jęknął z bólu. Zrobił to zdecydowanie za szybko — bok zarwał go jak wodze rwą pinu podczas jego osadzania w czasie galopu. Ale jednak przezwyciężył ból i przekręcił się na plecy. I spojrzał prosto w miodowe oczy…
Przez dłuższą chwilę (oboje nawet nie zdawali sobie sprawy jak długo) widzieli jedynie wzajemnie swoje odbicia w źrenicach. Ten magiczny moment przerwał głos Lirime.
— Surini, sprawdziłaś już? Obudził się?
— Tak, Mamo. — Dziewczyna odpowiedziała wciąż patrząc mu w oczy.
Weszła Lirime, a zaraz za nią Urthu, Bothe oraz Arina. Obsiedli łoże chłopaka i przekazali mu relację z wydarzeń ostatnich kilku dni. Potem ojciec Entha wysłał po coś Bothego, a syna zapytał:
— Czujesz się już na tyle dobrze, żeby z nami wyjechać na kilka dni pod Górę Graala? Mamy tam coś do załatwienia. Chcemy zabrać ze sobą ciebie i dziewczyny — chciały zobaczyć miejsce spoczynku Dathuna i Armanda. A po drodze omówimy sprawy dotyczące wojny.
— Pewnie, że mogę! Ale zabierzemy też Bothego — przyda nam się jego miecz.
— Mieliśmy go nie zabierać tym razem, ale może masz rację. Skoro Torgo dotarli aż do naszych granic, to może lepiej go zabrać. — Odpowiedział Urthu.
— To dobry pomysł. Jego siła i poczucie humoru są znane w całym Sojuszu, weźmy go ze sobą — dodał Varloth.
— Kogo? — Bothe stanął w progu z tarczą na ramieniu.
— Masz? — Odpowiedział mu pytaniem Urthu.
Bothe potrząsnął ramieniem i wyszczerzył zęby. Zresztą pozostali także dziwnie się uśmiechali. Tylko zdziwiony Enth wodził po nich wzrokiem nic nie rozumiejąc. Jego ojciec wyjaśnił:
— Pamiętasz, jak kazałem ci odpoczywać, a Arinę prosiłem, żeby cię pilnowała? Miałeś nie łazić po osadzie. Nie chodziło tylko o twoją ranę. Wódz był pod takim wrażeniem twojego męstwa, że natychmiast kazał kowalom i zbrojmistrzowi zrobić dla ciebie nową tarczę. Pokaż mu Bothe.
A on obrócił się lewym bokiem do Entha i tarcza ukazała się teraz w całej okazałości. Zrobiona była z pięknego, polerowanego, bardzo twardego drewna pochodzącego z drzew dai. Miała wzmocnione metalem brzegi. Tło tarczy miało jaskrawoczerwoną barwę. Ale najważniejszy był jej środek. Bo większość tła zasłaniał przepięknie wykonany czarną farbą wizerunek łba Ducha Gór z obnażonymi kłami oraz oczami jakby wpatrzonymi wściekle w kogoś, kto właśnie patrzy na tarczę. Jeśli ten ktoś przesuwał się w bok, to (za sprawką umiejętności rzemieślników) oczy wilka podążały za nim. Entha wprost zatkało. Aż poczuł coś miękkiego na sercu. A na wspomnienie ślepiów prawdziwego Ducha, włoski na jego ramionach same się podniosły.
— Chyba mu się podoba. — Zarechotał jego przyjaciel. — No to ma szczęście, bo chociaż jest dla mnie za mała i zbyt lekka to mi też się podoba…
— Jest… jest piękna! — Enthowi wróciło mowę.
Bothe zdjął ją z ramienia i podał Enthowi, który zaraz wstał z łoża i przymierzył tarczę. Była lekka, tak samo jak jego miecz, więc będzie mu łatwo nią władać. Ale bardzo twarde drewno oraz wzmocniony rant zapewnią dobrą ochronę ciała.
— Od razu każę wykonać takie same dla mojej drużyny.
— Nie musisz. Varth czeka tylko na twoją akceptację i sam to zleci. On też jest dumny, że ma takich wojowników. — Zaśmiał się ojciec.
— A już myślałem, że Enth-Nu nie wspomni o mnie. — Bothe udał skromną dziewoję.
Teraz wszyscy się roześmiali. Najgłośniej Surini. A jej oczy wpatrzone w Entha błyszczały jak gwiazdki.
— Bothe, jeśli możesz to odnieś ją do zbrojmistrza. Niech jego ludzie wezmą wzór i zrobią jeszcze tyle sztuk, ile im każe wódz. — Poprosił Urthu.
A kiedy olbrzym wyszedł, mówił dalej. Pytanie, które zadał synowi padło w dziwnym, obcym języku. Enth odpowiedział mu w takim samym.
— No widzę, że nie zapomniałeś języka Franków, którego cię uczyłem… To dobrze. — Wrócił do własnego narzecza. — Wszyscy Uzdrowiciele nim władamy. A sprawa, którą mamy na Górze Graala dotyczy też tego. Kiedyś wspomniałem ci o dwóch księgach napisanych wspólnie przez Dathuna i rycerza. Pisali je wspólnie, ale każdy we własnym języku. Każdy z nich mówił wtedy płynnie językiem przyjaciela, ale pisali we własnych. Być może są w tych księgach ważne wskazówki dla potomnych. Musimy je przejrzeć na miejscu. Chyba, że ktoś komu to zleciłem ma już gotowe kopie.
Zdziwione miny wszystkich sprawiły, że musiał to im wyjaśnić.