Dla Hanny i Andrzeja
„Dèyè mòn, gen mòn.” (Za górami są kolejne góry).
— Tradycyjne przysłowie haitańskie
PROLOG
Fort de Joux, Góry Jury, Francja
7 kwietnia 1803 roku, godzina szósta rano
Ziąb nie był dla niego prostym brakiem ciepła — stał się żywym drapieżnikiem, który z cierpliwością i metodycznością godną najdoskonalszego oprawcy wgryzał się w kości, z pogardą omijając nędzną, przetartą barierę utkaną z lichej wełny. Toussaint budził się właśnie w jego objęciach — w gęstym, lodowatym uścisku, który stanowił pierwszy, najdotkliwszy dowód istnienia. Oto jestem, wciąż oddycham, choć każdy ten oddech jest bezczelnie wydarty przeznaczeniu — pomyślał.
Przez osiem miesięcy zimno i ciemność stały się jego jedynymi towarzyszami. Byli towarzyszami wiernymi w swej niemowie, bezlitosnymi w swej obecności — jedynymi, których istnienia w tym kamiennym sarkofagu, wzniesionym na szczycie świata, mógł być pewien. Niezmiennymi jak wyrok.
Toussaint Louverture otworzył ciężkie powieki, choć czynność ta wydawała się pozbawiona sensu. W celi panował ten sam szary półmrok, który nie pozwalał odróżnić jawy od gorączkowego snu. Przez wąskie, zakratowane okno, osadzone głęboko w murze grubym na kilka stóp, sączyło się blade, anemiczne światło kwietniowego poranka. Dla kogoś, kto całe życie spędził kąpiąc się w płynnym złocie karaibskiego słońca, ten blask był obelgą. Góry Jury nie znały litości. Tutaj wiosna była jedynie mitem opowiadanym przez strażników; śnieg wciąż zalegał brudnymi płatami na stromych stokach za murami fortecy, a wiatr, który wył opętańczo między wieżyczkami, niósł ze sobą oddech wiecznej zimy.
Generał — bo tak wciąż o sobie myślał, zaciskając zęby, by nie szczękały z zimna — leżał nieruchomo na wąskim, twardym łóżku. Skóra na jego dłoniach, niegdyś sprężysta i silna, teraz przypominała wyschnięty pergamin rozpięty na szkielecie. Wpatrywał się w sufit, gdzie wilgoć malowała fantazyjne, mroczne mapy lądów, których nigdy nie odwiedzi. Kiedyś, w innym życiu, ten sam człowiek jednym skinieniem dłoni wprawiał w ruch armie, przed którymi drżały dumne korony Hiszpanii i Brytanii. Był pierwszym wśród czarnych, człowiekiem, który rzucił wyzwanie starym imperiom i zmusił je, by uznały jego władzę nad perłą Antyli. Teraz czuł, jak każda próba dźwignięcia głowy kończy się nudnościami i czarnymi plamami tańczącymi przed oczami.
Nagle jego klatką piersiową wstrząsnął kaszel. Był suchy, rwący, jakby w płucach zalęgło się stado wściekłych ptaków, próbujących wydostać się na zewnątrz przez gardło. Od stycznia choroba toczyła go bez ustanku, a komendant fortu, Baille, obserwował ten proces z biurokratyczną obojętnością. Wilgoć bijąca od kamiennych ścian, nasycona zapachem saletry i stęchlizny, sprawiała, że każdy haust powietrza stawał się bitwą. Toussaint prosił o drewno do kominka, gdy mróz ścinał wodę w misce — odpowiedziano mu śmiechem. Prosił o cieplejszą opończę, bo jego ciało, wychowane w upale, nie potrafiło utrzymać wewnętrznego ognia — kazano mu cieszyć się z łaski Konsula, który w ogóle go karmi. Kiedy błagał o lekarza, sędzia pokoju z Pontarlier orzekł, że więzień symuluje, by wymusić przywileje.
— Bez wątpienia to traktowanie zawdzięczam kolorowi mojej skóry — te słowa, skreślone w memoriale do generała Cafarelliego, paliły go teraz pod powiekami. Były oskarżeniem rzuconym w twarz cywilizacji, która na sztandarach wypisała hasła wolności, a dla niego przygotowała jedynie łańcuchy i wilgotny loch. Nikt nie odpowiedział na jego skargi. W Paryżu Toussaint Louverture był już trupem, któremu zapomniano tylko zabić gwoździe do trumny.
Spróbował usiąść, opierając się na drżących łokciach. Świat zawirował niebezpiecznie, a ściany celi zdawały się pochylać nad nim, chcąc dokończyć dzieła zniszczenia. Gorączka, jego najwierniejsza kochanka ostatnich tygodni, wróciła tej nocy z mściwą furią. Czuł, jak zimny pot perli się na jego czole, choć w celi było tak zimno, że jego oddech formował się w białe obłoczki. To był znak — organizm, niegdyś niezłomny, prowadził ostatnią, rozpaczliwą walkę z niewidzialnym wrogiem, którego nie mogła pokonać żadna strategia wojskowa.
Przez chwilę, w malignie, szukał wzrokiem Marsa Plaisira. Wierny służący był przez cztery miesiące jego jedyną kotwicą, jedynym mostem łączącym go z rzeczywistością. Mogli szeptać do siebie po kreolsku, przywołując zapachy plantacji trzciny cukrowej, smak dojrzałych mango i szum Morza Karaibskiego, które teraz wydawało się jedynie sennym majakiem. Potem, w mroźny styczniowy poranek, zabrano mu i to. „Zwolniony” — brzmiał oficjalny komunikat. Toussaint wiedział, co to oznacza w języku rewolucyjnej biurokracji: śmierć, deportację albo inny loch, gdzieś w głębi Francji. Od tamtej pory otaczała go cisza tak gęsta, że mógł usłyszeć bicie własnego, słabnącego serca. Nie było już nikogo, kto rozumiałby jego język, kto znałby pieśni voodoo mieszające się z katolickimi psalmami, kto rozumiałby duszę człowieka zawieszonego między dwoma światami.
Strażnicy budzili go co noc. Wchodzili z ciężkimi butami, szczękając kluczami, świecąc mu latarniami prosto w zmęczone oczy. Początkowo łudził się, że to zwykła rutyna garnizonowa. Szybko jednak pojął, że to wyrafinowana metoda tortur. Generał Ménard pisał o nim do Paryża z sadystyczną satysfakcją, odnotowując każdy przejaw słabości, każde „zaburzenie”. Napoleon chciał go złamać, zanim go zabije. Chciał, by wielki Louverture, „Czarny Spartakus”, skończył jako bełkoczący cień człowieka.
Napoleon. To nazwisko brzmiało w jego umyśle jak wystrzał z armaty. Toussaint zamknął oczy, a pod powiekami wypalił mu się obraz Pierwszego Konsula. Człowiek, który sam wykuł swój los z chaosu rewolucji, postanowił zniszczyć kogoś, kto zrobił dokładnie to samo. Mały Korsykanin, zazdrosny o blask słońca nad Saint-Domingue, wysłał ekspedycję Leclerca, by przywrócić niewolnictwo. W Paryżu nazywano to „przywracaniem porządku”. Dla Toussainta był to powrót do piekła, z którego wyprowadził swój lud.
Ale porządek, ten francuski, cmentarny porządek, nie chciał wrócić.
Toussaint wspominał ostatnie chwile na wyspie. Chaos pod Gonaïves, dym nad płonącym Cap-Français, desperackie starcia w dżungli, gdzie każda piędź ziemi była opłacona krwią. I zdrada. Ta najgorsza, ubrana w białą flagę i słowa o honorze. Generał Brunet zaprosił go na rozmowy, gwarantując bezpieczeństwo, a potem kazał skuć w kajdany jak pospolitego bandytę. Pamiętał twarz Suzanne, swojej żony, i przerażenie w oczach dzieci, gdy wpychano ich na pokład „Le Héros”. Od tamtej pory nie wiedział o nich nic. Ich los był czarną dziurą w jego pamięci, raną, która krwawiła mocniej niż płuca zniszczone przez infekcję.
— Aresztując mnie, pozbawiliście Rewolucję Haiti jedynie pnia — wycharczał teraz do pustej celi, powtarzając słowa, które rzucił oprawcom na pokładzie statku. — Ale korzenie są zbyt liczne. Zbyt głębokie. Odrosną, bo są karmione krwią wolnych ludzi.
Czy rzeczywiście tak było? Wieści ze świata zewnętrznego docierały do Fort de Joux jako zniekształcone echa. Strażnicy, z tą szczególną odmianą podłości, jaką daje władza nad bezbronnym, karmili go informacjami o klęskach powstańców. Mówili, że Leclerc zmarł na żółtą febrę — to była jedyna sprawiedliwość, w którą Toussaint mógł uwierzyć. Tropikalna gorączka, jedyna sojuszniczka wyzwoleńców, upomniała się o najeźdźcę. Ale na jego miejsce przyszedł Rochambeau. Potwór. Człowiek, który kazał trenować psy do rozszarpywania czarnoskórych, który urządzał bale na pokładach statków-widm, gdzie duszono więźniów oparami siarki.
Co z Dessalinesem? Czy Christophe wciąż trzymał góry? Czy płomień, który Toussaint rozpalił, wciąż lizał niebo nad wyspą, czy może został już zdeptany przez ciężkie buty francuskiej piechoty?
Uniósł się jeszcze wyżej, walcząc z grawitacją, która ciągnęła go ku ziemi. Podszedł do okna — te kilka kroków było dla niego jak marsz przez całą wyspę. Oparł czoło o zimne kraty. Za nimi rozpościerał się świat umarły dla jego zmysłów. Białe szczyty, które wydawały się ulepione z mąki i lodu, ciemne, posępne bory, szara mgła dławiąca doliny rzeki Doubs. To nie była jego wyspa. To był czyściec, w którym Napoleon zamknął go, by powoli zgasł.
A tam, daleko za linią horyzontu, za bezkresem oceanu, słońce uderzało właśnie w korony palm królewskich. Powietrze wibrowało od zapachu jaśminu, kawy i wilgotnej ziemi. Tam jego ludzie, których uczył maszerować w rytm europejskich werbli, ale bić się z afrykańską furią, wciąż spoglądali w stronę morza.
Kolejny atak kaszlu był tak silny, że Toussaint osunął się na kolana. Czuł w ustach metaliczny posmak krwi. Ściana była lodowata, ale dawała mu oparcie, którego nie mogły dać mu już nogi. Coś w nim pękło — ostatecznie i nieodwołalnie. Przez dziesięciolecia wierzył, że jest narzędziem w rękach Boga, że jego czarny lud jest nowym Izraelem prowadzonym przez pustynię niewolnictwa. Teraz, w tej lodowatej celi, otoczony przez milczenie i lód, ta wiara drżała jak płomień świecy w przeciągu.
Może Napoleon naprawdę wygrał? Może pycha korsykańskiego uzurpatora była silniejsza niż sprawiedliwość niebios?
Ale nie. Głęboko w trzewiach, tam gdzie nie dotarł mróz Jury ani rozpacz ostatnich miesięcy, tliła się iskra. To była wiedza, a nie tylko wiara. Wiedza o tym, że wolności nie da się „oddać”, raz poznana, staje się częścią krwi. Korzenie były zbyt głębokie. Nawet jeśli on, stary Toussaint, zgnije w tym bezimiennym grobie, Rewolucja Haiti znajdzie swoją drogę.
Wrócił na posłanie ostatkiem sił. Położył się, czując, jak serce bije coraz wolniej, z trudem przepychając krew przez zniszczone płuca. Patrzył na szczelinę w suficie, przez którą sączył się blask. Był to ostateczny paradoks jego losu: urodzony jako rzecz, własność plantatora, umierał jako generał armii; walczył o ideały Francji, a został przez tę Francję zamordowany; przyniósł wolność milionom, a sam kończył życie w klatce mniejszej niż wybieg dla psów.
Zamknął oczy. Przez moment nie czuł już mrozu. Widział słońce. Czuł zapach morza. Gdzieś w trzewiach fortecy zadzwonił dzwon. Jego dźwięk był ciężki, ołowiany, obwieszczał kolejny dzień więziennej rutyny, do której Toussaint Louverture nie zamierzał się już zastosować.
Obywatel Amiot, strażnik przydzielony przez ministerstwo do pilnowania najsłynniejszego więźnia Francji, wszedł do celi punktualnie o siódmej rano. W jego ruchach nie było nabożności, jedynie wyćwiczona, żołnierska rutyna. Niósł ciężką, cynową tacę, na której spoczywała dzienna racja żywnościowa: kilka twardych jak kamień sucharów, ochłap solonego mięsa, grudka zeschniętego sera i dzbanek kawy, która zdążyła już pokryć się mętnym kożuchem. Wszystko to było odmierzone z aptekarską, biurokratyczną pieczołowitością, jakby Amiot nie karmił człowieka, lecz doglądał egzotycznego zwierzęcia w cesarskiej menażerii. Postawił tacę na dębowym stole z głośnym brzękiem, który odbił się echem od wilgotnych ścian.
— Louverture! — zawołał szorstko, nie siląc się na żadną formę grzecznościową. Zgodnie z surowymi instrukcjami z Paryża, imiona, tytuły generalskie, a nawet słowo „obywatel” były tu surowo zakazane. Pozostało tylko nagie nazwisko, odarte z godności. — Pobudka. Śniadanie nie będzie na ciebie czekać.
Odpowiedziała mu cisza tak gęsta, że Amiot mimowolnie wstrzymał oddech. Zmarszczył brwi, a dłoń odruchowo powędrowała ku rękojeści korda. Więzień leżał na boku, tyłem do drzwi, z głową niemal dotykającą zimnego, wygasłego paleniska. Wyglądał, jakby wciąż trwał w swoim codziennym, pełnym bólu letargu, gdyby nie ta absolutna, nienaturalna nieruchomość klatki piersiowej.
— Louverture! Słyszysz mnie? — powtórzył Amiot, podchodząc do łóżka.
Kiedy położył dłoń na ramieniu więźnia, by nim potrząsnąć, poczuł pod palcami chłód, który nie był już tylko chłodem celi. Był to ostateczny mróz śmierci. Strażnik stał przez długą chwilę, porażony nagłym lękiem, który sprawił, że pot kroplami wystąpił mu na kark. Powoli, z wahaniem, obrócił ciało na plecy.
Spojrzał w twarz człowieka, który jeszcze rok temu władał całą wyspą, trzymając w szachu europejskie mocarstwa. Oczy Toussainta Louverture’a były przymknięte, usta zaś lekko rozchylone, jakby w ostatnim, niedokończonym tchnieniu. Wyglądał, jakby usnął przy kominku, daremnie szukając ciepła, którego Francja mu odmówiła. Jednak pokój, który teraz malował się na jego zastygłych rysach, był niemal nie do zniesienia — biła z niego godność, do której żaden strażnik, komendant ani nawet sam Napoleon nie mieli już dostępu. Ten człowiek, po miesiącach upokorzeń, wreszcie znalazł schronienie w miejscu, gdzie nie sięgały żadne dekrety.
Amiot cofnął się o krok, potem o kolejny, aż uderzył plecami o ciężkie, okute drzwi. Wyszedł na korytarz i zaryglował je odruchowo, choć w głębi duszy wiedział, że nie ma już kogo pilnować. Wielki Toussaint, „Czarny Spartakus”, wymknął się z klatki.
Wiadomość o śmierci więźnia uderzyła w komendanta fortu jak grom z jasnego nieba, choć od miesięcy patrzył, jak Louverture gaśnie. Dopiero teraz, gdy było już za późno na jakiekolwiek ratowanie pozorów, wezwano chirurga. Doktor Gresset przybył do fortu z miną człowieka znużonego poranną mgłą Jury. Przez osiem miesięcy więzień błagał o jakąkolwiek pomoc medyczną i przez osiem miesięcy ryglowano przed nim drzwi. Jego poprzednik, komendant Baille, w swoich listach do Paryża nie krył pogardy, pisząc z cynicznym przekonaniem, że „budowa ciała Murzynów w niczym nie przypomina budowy Europejczyków”, co miało czynić każdą próbę leczenia bezużytecznym trudem.
Gresset zbadał zwłoki z zawodową obojętnością, choć nawet on nie mógł zignorować stanu wyniszczenia organizmu.
— Zapalenie płuc — stwierdził krótko, wycierając dłonie w lnianą chustę. — Wynik długotrwałego wystawienia na mróz, chronicznego niedożywienia i braku ogrzewania w celi. Serce po prostu przestało bić pod naporem gorączki.
Oficjalny raport, przygotowany przez sędziego pokoju z kantonu Pontarlier pod dyktando władz, stał się jednak arcydziełem biurokratycznego fałszu. Nie było w nim ani słowa o mroźnych nocach bez dodatkowego koca, ani o celowym pozbawianiu więźnia snu, ani o metodycznym upokarzaniu. Zamiast tego wpisano jedno, bezpieczne i wygodne słowo: „apopleksja”. Było to określenie, które nie obciążało nikogo winą, zdejmując odpowiedzialność z barków rządu w Paryżu.
Minister Marynarki, otrzymawszy depeszę z Fort de Joux, czekał z jej upublicznieniem osiem dni. Dopiero 25 kwietnia 1803 roku w gazecie „Moniteur” pojawił się list dotyczący spraw Saint-Domingue. O śmierci człowieka, który przez dekadę spędzał sen z powiek kolonialnym gubernatorom, nie wspomniano ani słowem. Paryż chciał, by Toussaint po prostu przestał istnieć w świadomości publicznej — by zmarł tak, jak żył w ostatnich miesiącach: w ciszy i zapomnieniu.
Dopiero trzy dni później „Journal des Débats” wydrukowało krótką, niemal niedostrzegalną notatkę, najeżoną błędami w datach i faktach: „Donoszono z Besançon, pod datą 2. bieżącego miesiąca, że Toussaint Louverture, przetrzymywany w Fort de Joux, zmarł tam osiem dni temu.” Żadnego nekrologu, żadnych przyczyn. Wielki przywódca rewolucji został zredukowany do suchej wzmianki między ogłoszeniami o zaginionych koniach a reklamami paryskich medykamentów.
Ale wiadomości o wolności i śmierci podróżują szybciej, niż chcieliby tego tyrani. Nawet najgrubsze mury Fort de Joux i najszczelniejsze kordony cenzury nie były w stanie zatrzymać prawdy.
Fort de Joux, Francja
Noc z 7 na 8 kwietnia 1803 roku
Ciało leżało tam, gdzie je znaleziono — przy pustym kominku, w celi, która przez osiem miesięcy stanowiła cały wszechświat jednego człowieka. Strażnicy, zdezorientowani i pełni dziwnego niepokoju, nie wiedzieli, co począć. Wszystkie formalności musiały poczekać do rana, do przybycia kolejnych urzędników, którzy mieli zatwierdzić ten zgon odpowiednimi pieczęciami.
Wiatr wył między wieżyczkami fortecy, tnąc powietrze płatkami późnego śniegu. W górach Jury wiosna zawsze przychodziła z opóźnieniem, niechętnie, jakby sama ziemia stawiała opór zmianom pór roku. A w lodowatej celi, której ściany przesiąkły cierpieniem setek więźniów — od rycerzy, przez rebeliantów, aż po patriotów — duch człowieka, który zmienił bieg historii, zdawał się ulatywać w ciemność. Może ku słońcu, którego mu odmawiano? Może ku ukochanej wyspie, za którą tęsknił każdym uderzeniem serca? A może po prostu w nicość, która z taką samą obojętnością przyjmuje tych wielkich i tych małych tego świata?
Toussaint Louverture nie żył. Ale ziarno, które zasiał, już dawno wykiełkowało. Korzenie były zbyt głębokie, by mogły je wyrwać francuskie bagnety. Zbyt wielu ludzi zakosztowało wolności, by teraz, po jego śmierci, pokornie wrócić do jarzma.
Saint-Domingue
Kilka tygodni później
Wiadomość o śmierci Toussainta płynęła przez ocean wolniej niż niszczycielskie huragany, ale szybciej niż chcieliby tego ci, którzy próbowali ją zdusić.
Najpierw pojawił się cichy szept wśród marynarzy na statkach zawijających do portów z Francji. Potem głuche pogłoski w portowych tawernach Cap-Français i Les Cayes, przekazywane sobie znad szklanek rumu. Wreszcie — straszna pewność, która rozeszła się po wyspie niczym ogień po wyschniętej plantacji trzciny cukrowej.
— Toussaint nie żyje. Zamordowali go w lodowej fortecy — szeptali niewolnicy, pochylając głowy.
W obozach powstańców zapłonęły ogniska żałobne, rzucając krwawy blask na ściany dżungli. Na plantacjach, które wciąż znajdowały się pod twardą ręką Francuzów, wieść ta była przekazywana z ust do ust przy pracach nocnych. W niedostępnych górach, gdzie ukrywały się oddziały rebeliantów, generałowie i kapitanowie zbierali swoich ludzi, w milczeniu ostrząc szable. Wszyscy czuli, że śmierć Toussainta zmienia reguły gry.
Jedni mówili ze łzami w oczach, że to koniec — że bez jego genialnego umysłu rewolucja zgaśnie jak świeca na wietrze. Inni jednak, zaciskając pięści, twierdzili coś przeciwnego: że teraz dopiero zacznie się prawdziwa walka. Walka bezwzględna, totalna, pozbawiona dyplomatycznych kompromisów, które Toussaint zawsze starał się zawierać, wierząc w honor Francji.
W obozie powstańczym, ukrytym wysoko w górach nad Hauteur Rouge, major Emil Gołaszewski jeszcze nie wiedział o tragedii w Fort de Joux. Ale powietrze tego poranka wydawało mu się cięższe niż zwykle, nasycone napięciem, które zwiastowało nadchodzącą burzę. Stał na skraju urwiska, wpatrzony w linię horyzontu, gdzie morze spotykało się z niebem.
Wkrótce miał się dowiedzieć. I wkrótce miał stanąć przed pytaniem, które w tych burzliwych czasach zmieniało przeznaczenie tysięcy ludzi:
Jak daleko jesteś gotów się posunąć, by zapłacić cenę za wolność?
ROZDZIAŁ I
Nowy świt nad Hauteur Rouge
Góry nad Hauteur Rouge, Saint-Domingue,
Styczeń 1803 r.
Świt wstawał nad pasmem górskim Hauteur Rouge niczym obietnica wykuta w szczerym złocie, choć podszyta lękiem, który w tych stronach nigdy nie zasypiał. Emil Gołaszewski stał na samym skraju bazaltowego urwiska, wpatrzony w dolinę, która rozpościerała się pod jego stopami niczym olbrzymia, zielona paszcza drapieżnika. Mgła unosiła się leniwie z gęstwiny dżungli, tworząc mlecznobiałe, ciężkie smugi, które wschodzące słońce powoli rozpuszczało w swoim bezlitosnym blasku. Gdzieś tam, głęboko w dole, ukryty pod baldachimem tropikalnej roślinności, stacjonował francuski garnizon — wrogowie, którzy jeszcze przed kilkoma miesiącami byli jego sojusznikami, braćmi broni i jedynym gwarantem przetrwania.
Jak wiele może się zmienić w tak krótkim czasie — pomyślał, zaciskając dłoń na chłodnej rękojeści szabli. Jeszcze rok temu, maszerując przez europejskie pola bitew, był dumnym kapitanem Legionów Polskich, wiernym żołnierzem Republiki Francuskiej, głęboko przekonanym, że każda kropla krwi przelana pod dowództwem Napoleona przybliża go do wolnej ojczyzny. Teraz, w tym parnym i obcym kraju, nosił szarfę majora Armii Wyzwolenia Haiti. Dowodził ludźmi, którzy w imię honoru wybrali niepewny los buntowników ponad ślepe posłuszeństwo morderczym rozkazom.
Za jego plecami obóz, misternie ukryty wśród skalnych występów i gęstej, splątanej lianami roślinności, powoli budził się do życia. Emil słyszał stłumione, chrapliwe głosy wartowników schodzących z nocnej zmiany, metaliczny brzęk miedzianych kotłów kuchennych i odległe, przeciągłe rżenie jednego z nielicznych koni, jakie udało im się odbić Francuzom. Te pospolite dźwięki wojskowej codzienności tutaj, na krańcu cywilizacji, brzmiały inaczej — miały w sobie ciężar deklaracji. Każdy stukot, każde zawołanie było namacalnym dowodem na to, że przeżyli kolejną noc w tym wrogim raju.
— Znowu nie spałeś. — Głos Charlotte był cichy, ale przenikał przez poranny gwar z siłą wyroku.
Emil nie musiał się odwracać. Rozpoznałby ten krok, lekki i pewny, nawet pośród huku dział pod Mantuą. Czuł jej obecność każdą komórką swojego ciała — zapach jaśminu i ziół, który zawsze niosła ze sobą, był jedynym kojącym elementem w tym świecie przesiąkniętym prochem i krwią.
— Spałem — odparł, choć kłamstwo zabrzmiało blado w krystalicznym powietrzu poranka. — Przynajmniej tyle, by nie pomylić jawy z widmami przeszłości.
— Kłamiesz, Emilu. Twoje oczy mówią mi całą prawdę, której usta nie chcą wyszeptać.
Uśmiechnął się mimo woli, czując, jak napięcie w jego ramionach nieco odpuszcza. Charlotte miała dar bezbłędnego przebijania się przez wszystkie maski, jakie zakładał — te żołnierskie, twarde maski, które nosił przed swoimi ludźmi, by nikt nie dostrzegł w nim cienia zwątpienia. Podeszła bliżej i stanęła obok niego na krawędzi przepaści. W ostrym świetle wschodzącego słońca jej skóra miała odcień ciepłego, polerowanego brązu, a oczy — te niezwykłe, piwno-złote oczy — lśniły niczym bryłki najczystszego bursztynu. Miała na sobie prostą białą bluzkę z grubego płótna i długą spódnicę w głębokim kolorze indygo. Był to strój praktyczny, niemal surowy, a jednak biła od niej godność, która sprawiała, że w oczach Emila zawsze wyglądała jak królowa tego zapomnianego pasma gór.
— Myślisz o tym, co czeka nas w dolinach? — zapytała, nie odrywając wzroku od mgły dławiącej francuskie obozy.
— Myślę o tym, co zostawiliśmy za sobą na wybrzeżu. I jeszcze dalej, za oceanem.
Charlotte skinęła głową w milczeniu. Nie potrzebowała wyjaśnień; wiedziała, że „zostawienie” oznaczało w ich przypadku spalenie mostów, których nie da się odbudować. Zostawili za sobą bezpieczeństwo francuskiego żołdu, prestiż munduru, który budził strach w całej Europie, oraz przynależność do najpotężniejszego imperium nowożytnego świata. W zamian otrzymali wolność, która smakowała jak dym z pogorzelisk, góry pełne jadowitych węży i wojnę, która nie dawała nadziei na szybki koniec.
— Żałujesz? — szepnęła, a w jej głosie Emil usłyszał nutę, której wcześniej nie znał — cień obawy, że polski oficer może pewnego dnia zapragnąć powrotu do porządku, który porzucił.
Odwrócił się gwałtownie i ujął jej twarz w dłonie. Jego palce, stwardniałe od rękojeści broni, dotykały jej skóry z niemal nabożną delikatnością, jakby obawiał się, że Charlotte jest jedynie sennym majakiem, który rozpłynie się wraz z mgłą.
— Ani przez mgnienie oka — powiedział twardo. — Żałuję jedynie lat spędzonych w ślepym posłuszeństwie. Tego, że musiałem zobaczyć krew niewinnych na moich rękach, by wreszcie zrozumieć, gdzie bije moje serce.
Charlotte położyła dłoń na jego piersi, dokładnie tam, gdzie pod zniszczonym, poplamionym potem mundurem biło jego serce — żołnierskie, zmęczone, ale wreszcie wolne od kłamstw.
— Twoje miejsce jest tam, gdzie prowadzi cię sumienie, Emilu. Zawsze tam było, nawet gdy błądziłeś w obcych krajach.
Trwali tak przez dłuższą chwilę, dwoje wygnańców na krawędzi przepaści, złączeni losem, który był równie piękny, co tragiczny. Sielankę przerwał jednak ostry, metaliczny dźwięk rogu, który rozdarł ciszę poranka, wzywając na poranną zbiórkę. Magia chwili pękła, ustępując miejsca twardej konieczności.
— Czas iść — powiedział Emil, prostując plecy. — Moi żołnierze czekają na rozkazy.
— Nasi ludzie — poprawiła go z łagodnym uśmiechem, w którym kryła się stalowa determinacja. — Pamiętaj, że od dnia bitwy pod Hauteur Rouge ich losy są splecione także z moimi.
Obóz Pierwszej Brygady Polskiej Armii Wyzwolenia Haiti — nazwa dumna, choć dla wielu zapewne brzmiąca jak mrzonka — rozpościerał się na stromym zboczu góry. Miejsce zostało wybrane z prawdziwie inżynierską precyzją. Z trzech stron osłaniały je pionowe ściany bazaltu, z czwartej zaś gęsty, nieprzenikniony las palmowy, który Emil kazał strategicznie przerzedzić. Jedyna droga wiodła krętą, wąską ścieżką między głazami — wystarczyło dziesięciu zdeterminowanych strzelców, by utrzymać to przejście przeciwko całej kolumnie francuskiej piechoty.
Gdy Emil wkroczył na plac apelowy, kapitan Kornel Orzelski stał już na prawym skrzydle. Wyglądał jak posąg wykuty z gniewu — wyprostowany jak struna, z dłonią spoczywającą na rękojeści szabli. Jego twarz, głęboko poorana bliznami po ospie, w porannym świetle wydawała się jeszcze surowsza niż zwykle. Obok niego, z widocznym trudem trzymając pion, stał kapitan Tomasz Billewicz. Jego prawy rękaw, przypięty pasem do ramienia, skrywał kikut — bolesną pamiątkę po bitwie pod Hauteur Rouge. Billewicz, mimo utraty dłoni, z uporem odmawiał służby na tyłach, twierdząc, że polski oficer może dowodzić dopóki ma język w gębie i ogień w duszy.
— Brygada, baczność! — ryk Orzelskiego poniósł się echem po skałach.
Nastąpił synchroniczny stukot obcasów, brzęk broni i szelest zniszczonych mundurów. A potem zapadła cisza tak absolutna, że słychać było jedynie szum wiatru w koronach palm. Emil przechodził wzdłuż szeregu, lustrując twarze swoich ludzi. Znał je wszystkie. Widział w nich mapę polskiej tułaczki.
Sierżant Kamiński, stary weteran pamiętający jeszcze czasy Insurekcji Kościuszkowskiej, stał niewzruszony, choć jego oczy, otoczone siecią zmarszczek, patrzyły z ojcowską troską. Obok niego sierżant Radwański — człowiek, którego spojrzenie wciąż wydawało się błądzić po płonących ulicach Gonaïves. Kapral Szulc, którego ciało było jedną wielką kolekcją blizn z europejskich kampanii, oraz szeregowy Lewandowski, blady po niedawnej febrze, ale trzymający karabin z pewnością.
— Żołnierze! — zaczął Emil, a jego głos, choć nie podniesiony, niósł się bez trudu do ostatnich szeregów. — Mija właśnie miesiąc, odkąd wybraliśmy tę drogę. Miesiąc, odkąd rzuciliśmy wyzwanie imperium, któremu niegdyś przysięgaliśmy wierność.
Zatrzymał się przed Radwańskim, patrząc mu prosto w oczy.
— Wiem, że w niejednym z was nocą budzą się demony. Że pytacie samych siebie: czy jesteśmy zdrajcami? Czy zdradziliśmy orła na naszych czapkach, czy zdradziliśmy Francję, która obiecywała nam powrót do domu?
Cisza na placu stała się ciężka, niemal fizycznie odczuwalna. Żołnierze nie spuszczali wzroku, czekając na słowa, które uciszą ich własne sumienia.
— Odpowiadam wam: nie! Nie jesteśmy zdrajcami. Jesteśmy jedynymi, którzy pozostali wierni prawdziwemu żołnierskiemu honorowi. Odmówiliśmy udziału w rzezi bezbronnych. Odmówiliśmy bycia narzędziami w rękach ludzi, którzy wolność mają tylko na sztandarach, a w sercach niosą jedynie tyranię i niewolnictwo.
Emil położył dłoń na ramieniu Radwańskiego.
— Sierżant Radwański był w Gonaïves. Widział, jak podstępnie aresztowano generała Toussainta, człowieka, który zaufał słowu francuskiego oficera. Czy to jest ten honor, za który chcieliście ginąć? Czy to jest ta wielka cywilizacja, którą mieliśmy tu przynieść?
Radwański drgnął, a w jego oczach na moment błysnęła nienawiść do dawnych przełożonych. Emil wrócił na środek placu i uniósł głowę.
— Wybraliśmy stronę tych, którzy walczą o godność. Nie dlatego, że ich metody są zawsze czyste, ale dlatego, że ich sprawa jest święta. Człowiek traktowany jak rzecz ma prawo rozbić swoje okowy. My, Polacy, naród wyzuty z własnej ziemi, powinniśmy rozumieć to lepiej niż ktokolwiek na tym świecie.
Zrobił krótką pauzę, pozwalając, by słowa zapadły w umysły żołnierzy.
— Dziś kończymy czas trwania w defensywie. Od tej godziny nie jesteśmy już uciekinierami ukrytymi w lesie. Jesteśmy regularną armią, która zamierza wygrać tę wojnę. Będą straty, będzie głód i chwile zwątpienia. Ale będziemy mieli coś, czego nie dałby wam żaden żołd od Bonapartego: pewność, że walczymy po właściwej stronie historii.
Wyciągnął szablę. Stal błysnęła w słońcu niczym wyładowanie atmosferyczne.
— Za naszą i waszą wolność! To hasło wypisane było na naszych sztandarach od lat. Tutaj, na Haiti, nabiera ono swojego najpełniejszego, najkrwawszego sensu. Za wolność Polski, za wolność tej umęczonej wyspy, za godność każdego człowieka, który nosi kajdany!
Przez ułamek sekundy panowała martwa cisza. A potem zaczęło się od Kamińskiego. Stary sierżant jako pierwszy uniósł swoją broń ku niebu.
— Za naszą i waszą! — ryknął, a w jego głosie brzmiała moc dziesięciu bitew.
W ułamku sekundy dołączyli inni. Stu osiemdziesięciu trzech mężczyzn krzyczało jednym gardłem, a ich głos odbijał się od bazaltowych ścian Hauteur Rouge, niosąc się echem w dół, ku przerażonym francuskim placówkom. W tym krzyku było wszystko: determinacja wygnańców, gniew uciemiężonych i to magiczne, polskie braterstwo broni, które rodzi się tylko w ogniu najtrudniejszych wyborów. Emil stał pośród nich i czuł, jak gardło mu się ściska. Wiedział jedno: cokolwiek przyniesie jutro, ten świt był zwycięstwem.
Szpital polowy, nad którym pieczę sprawowała Charlotte, mieścił się w największym z obozowych szałasów — solidnej konstrukcji z bambusowych tyczek i szerokich liści palmowych, która oferowała jedyną realną ochronę przed palącym słońcem i gwałtownymi ulewami. Nie było tu sterylnych sal ani nowoczesnego ekwipunku, do którego przywykli europejscy chirurdzy w wielkich szpitalach Paryża czy Wiednia. Zamiast tego, w półmroku przesyconym eterycznym zapachem ziół i ostrym aromatem octu, stały równe rzędy prymitywnych prycz — drewnianych ram z materacami wyplatanymi z elastycznych lian.
Charlotte kroczyła między łóżkami z gracją, która wydawała się Emilowi niemal nierealna pośród tego nagromadzenia bólu. Sprawdzała bandaże ze zniszczonego płótna, dotykiem dłoni mierzyła gorączkę na czołach rannych, słuchała skarg i szeptanych w dwóch językach modlitw. Pomagał jej Terrence Malfroy — wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o smutnych oczach, który wciąż nosił w sobie ciężar beznadziejnych poszukiwań dwóch zaginionych synów, oraz doktor Jacek Bąkowski, jedyny dyplomowany medyk w brygadzie, którego wojna pozbawiła złudzeń, ale nie zawodowej rzetelności.
— Jak się dzisiaj czujemy, żołnierzu? — Charlotte pochyliła się nad młodym chłopakiem, którego noga, owinięta grubą warstwą lnianych pasów, spoczywała na podwyższeniu z klocka drewna.
— Lepiej, panno Charlotte — odparł młodzieniec, który nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat, a w którego oczach wciąż tlił się blask krakowskich przedmieść. — Rana już prawie nie rwie, tylko słońce czasem zanadto piecze przez dach.
— To dobry znak. Za kilka dni spróbujesz stanąć o własnych siłach.
Przeszła dalej, do kolejnej pryczy. Leżał na niej Haitańczyk — jeden z wolnych strzelców generał Jeanne-Tambour, ciężko ranny w potyczce z francuskim podjazdem. Jego ciemna skóra lśniła od potu i gorączki, a mętny wzrok błądził nieprzytomnie po konstrukcji dachu.
— Terrence — zawołała cicho, nie przerywając badania pulsu rannego. — Potrzebuję więcej febrifugu. Gorączka znów próbuje go nam odebrać.
Terrence skinął głową i ruszył po przygotowany wcześniej wywar z kory. Charlotte usiadła na krawędzi łóżka i ujęła szorstką dłoń Haitańczyka, mrucząc pod nosem słowa w języku kreolskim — rytmiczne, niskie dźwięki, które mogły być równie dobrze modlitwą, jak i starożytnym zaklęciem niosącym ukojenie. Emil stał w wejściu do szałasu, obserwując tę scenę w milczeniu. Widział, jak pacjenci — Polacy i synowie haitańskiej ziemi — spoglądają na nią z tą samą nadzieją. W tym duszny szałasie nie było różnicy między „nami” a „nimi”. Była tylko kobieta, która niosła ulgę, nie pytając o barwę skóry czy akcent, zanim wyciągnęła pomocną dłoń.
To właśnie ona — pomyślał Emil, poczuwszy nagły ucisk w piersi. To dzięki niej przestał widzieć mapy i flagi, a zaczął dostrzegać żywego człowieka. Pamiętał ich pierwsze spotkanie, kiedy jawiła mu się jedynie jako egzotyczna uzdrowicielka, traktowana przez francuskie dowództwo z pogardliwą pobłażliwością. Pamiętał proces kruszenia własnych uprzedzeń i ten moment, gdy pojął, że kocha ją nie pomimo jej inności, lecz właśnie za tę niezłomną mądrość i upór, z jakim walczyła o każde życie.
Charlotte podniosła wzrok i ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę. Uśmiechnęła się — tym jednym, jasnym uśmiechem, który zachowywała wyłącznie dla niego — po czym natychmiast wróciła do pracy. Emil wycofał się dyskretnie. Miał swoje obowiązki, a fortyfikacje nie mogły czekać.
Kapitan Tomasz Billewicz, mimo kalectwa, które dla większości oficerów oznaczałoby koniec kariery, okazał się w tych górach postacią absolutnie kluczową. Przed wojną studiował prawo i inżynierię wojskową w Warszawie, a teraz ta wiedza, przefiltrowana przez lata tułaczki, stała się gwarantem ich bezpieczeństwa. Stał na płaskim występie skalnym, z jedną ręką i skórzanym kikutem, którym sprawnie operował, kreśląc plany kawałkiem węgla na jasnym kamieniu.
— Tutaj wykopcie rów, głęboki na co najmniej półtora łokcia — wskazywał kikutem, wydając polecenia grupie żołnierzy. — Ziemię wyrzucajcie na zewnątrz, formując wał osłonowy. Musi być dość wysoki, by ukryć strzelca w pozycji klęczącej.
— A co z północnym podejściem, panie kapitanie? — zapytał jeden z saperów, ocierając brudne czoło. — Tam ściana lasu jest rzadsza.
— Północnego zbocza broni sama natura — odparł Billewicz ze swą typową, szorstką pewnością. — Spójrz na ten kąt nachylenia. Nawet górska koza połamałaby tam nogi, nie mówiąc o francuskiej piechocie w pełnym rynsztunku. Skupiamy się na wschodnim trakcie. Tam jest nasz słaby punkt, tam musimy postawić zasieki i kosze szańcowe.
Emil podszedł bliżej, przyglądając się prowizorycznemu planowi twierdzy Hauteur Rouge.
— Jak oceniasz postępy, Tomaszu?
— Z tymi ludźmi i przy tym upale? Tydzień, może dziesięć dni, bym mógł spać spokojnie — Billewicz wzruszył ramionami, a jego twarz wykrzywił grymas determinacji. — Gdybym miał pod ręką pełną kompanię saperów z narzędziami, uwinąłbym się w trzy dni. Ale pracujemy z tym, co mamy. Łopat starczy, ale kilofy nam się tępią na tym bazalcie.
— Porozmawiam z Jeanne-Tambour. Może w zdobyczach z magazynów w Port-de-Paix znajdzie się coś, co ułatwi wam robotę.
Billewicz skinął głową i natychmiast wrócił do dyrygowania pracami. Każdy kosz ziemi, każdy spleciony z kolczastych gałęzi płot mógł oznaczać różnicę między zwycięstwem a masakrą, gdy Francuzi wreszcie zdecydują się na uderzenie. A Emil wiedział, że uderzą — duma imperium nie pozwalała na tolerowanie „polskich zdrajców” w samym sercu rebelii.
Na drugim końcu obozu, w cieniu potężnego, rozłożystego drzewa mango, Vincent Marchand prowadził swoje codzienne lekcje. Był to widok osobliwy, niemal nierealny w tym wojennym otoczeniu — chudy mulat o skórze spalonej słońcem, siedzący przed grupą słuchaczy, którzy jeszcze rok temu byli jedynie numerami w księgach plantatorów. Trzymał w dłoni zaostrzony patyk, którym z niemal nabożną czcią kreślił litery na ubitej, czerwonej ziemi.
— A — mówił Vincent, a jego głos był spokojny i niezmordowany. — Pierwszy dźwięk wolnego człowieka. Pierwszy krok, by zrozumieć świat, którego nie pozwalano wam czytać. Powtórzcie za mną.
— A — odpowiedział chór ochrypłych głosów.
— Dobrze. Teraz B.
Emil zatrzymał się, by nie przerywać tej ceremonii. Wśród uczniów Vincenta widział dorosłych mężczyzn o dłoniach zrogowaciałych od pracy przy trzcinie cukrowej, którzy teraz z najwyższym trudem starali się zapanować nad drobnym patykiem. W pierwszym rzędzie siedziała mała Lulu Babette, z oczami wpatrzonymi w Vincenta jak w bóstwo.
— Monsieur Emil! — pisnęła dziewczynka, gdy tylko go dostrzegła. Zerwała się i podbiegła do niego, chwytając za skraj munduru. — Umiem już napisać swoje imię! Całe! Vincent mnie nauczył!
— Doprawdy? — Emil przyklęknął na jedno kolano. — To wielka rzecz, Babette. Pokażesz mi?
Dziewczynka z ogromną koncentracją zaczęła kreślić w pyle: B-A-B-E-T-T-E. Litery były koślawe, niepewne, ale biła z nich siła odzyskiwanej tożsamości.
— Widzisz? To jestem ja! — zawołała triumfalnie.
Emil poczuł, jak coś ściska go w gardle. Ta mała sierota, której świat odebrał wszystko, właśnie odzyskiwała prawo do własnego imienia. To nie była tylko lekcja alfabetu; to był akt oporu przeciwko systemowi, który chciał ich zredukować do roli bydła pociągowego.
— Papier byłby luksusem — szepnął Vincent, podchodząc do Emila, gdy lekcja dobiegła końca. — Ale na razie ziemia musi nam wystarczyć. Najtrudniej jest oduczyć ich kłamstwa, że są zbyt głupi na litery. To kłamstwo siedzi w nich głębiej niż strach przed batem.
Kuchnia polowa, położona w centrum obozu, była miejscem, gdzie wszelkie hierarchie przestawały istnieć wobec uniwersalnego głodu. Dowodził tu Jean-Pierre, potężny mężczyzna, który niegdyś służył w „wielkim domu” jednej z bogatszych plantacji. Miał rzadki talent do wydobywania smaku z najnędzniejszych racji.
— Dziś mamy ryż z fasolą, panie majorze — oznajmił Jean-Pierre, mieszając w wielkim kotle. — I odrobinę solonej wieprzowiny, którą przysłała generał Jeanne-Tambour. Podobno francuski konwój nie dotarł do celu.
Przy kuchni kręciło się kilkunastu żołnierzy. Jeden z nich, szeregowy Mazur, siedział na pniu i grał na harmonijce jakąś starą, polską melodię. Była smutna, pełna tęsknoty za krajem, o którym większość z nich już tylko śniła. Inni słuchali w absolutnym milczeniu, zapatrzeni w ogień, a w ich oczach Emil widział odbicie mazowieckich pól i białych brzóz, tak tragicznie odległych od tego parnego piekła.
— Graj dalej, Mazur — mruknął Emil, siadając na chwilę wśród swoich ludzi. — Dobrze jest przypomnieć sobie, jak brzmi dom, nawet jeśli dzieli nas od niego cały ocean.
Melodia niosła się nad obozem, mieszając się z szumem dżungli i odległymi odgłosami pracy saperów. Był to dziwny, wzruszający kontrapunkt dla zbliżającej się wojny — chwila czystej ludzkiej nostalgii, która przypominała im, że nie są tylko maszynami do zabijania, ale wygnańcami niosącymi w sercach cząstkę utraconego świata.
Kaplica — jeśli można było tak nazwać niewielki, sklecony naprędce szałas z bambusowym krzyżem nad wejściem — stała na wschodnich rubieżach obozu, w miejscu, gdzie dżungla zdawała się nieco rzadsza, ustępując pola skalistym urwiskom. Ojciec Krzysztof Kazimierczak siedział przed nią na płaskim kamieniu, czytając brewiarz przy gasnącym świetle późnego popołudnia. Nie był już młodym człowiekiem — jego czasy świetności należały do przeszłości. Był mężczyzną o twarzy pooranej głębokimi bruzdami i oczach, które widziały zbyt wiele ludzkiego cierpienia, by ferować pochopne osądy. Przed wojną był proboszczem w małej parafii pod Sieradzem; teraz był kapelanem zbuntowanej brygady, która walczyła u boku ludzi wyznających wiarę w zupełnie innych bogów.
— Emilu — powitał majora, nie odrywając wzroku od pożółkłych stron. — Rzadko cię tu widuję ostatnimi czasy. Obowiązki dowódcy są zazdrosnym bóstwem, nieprawdaż?
— Rzadko mam czas na rozmowę z Bogiem, ojcze — odparł Emil, siadając na sąsiednim kamieniu.
— Czas to tylko wymówka, którą dajemy Panu, żeby nas zanadto nie niepokoił sumieniem — Kazimierczak uśmiechnął się smutno, zamykając książkę. — Słyszałem okrzyki na placu. Za naszą i waszą wolność, tak? Mocne słowa. Ale czy wierzysz w nie tak mocno, jak oni?
Emil milczał przez chwilę, zbierając myśli. To pytanie dręczyło go od momentu, gdy podjął decyzję o dezercji.
— Ojcze, czy to, co robimy… czy to jest naprawdę słuszne? Nie w oczach świata, nie w raportach, które nas potępią, ale tak po prostu, przed Bogiem?
Kapelan zamyślił się, gładząc swoją siwiejącą brodę. Nie odpowiedział od razu; cenił ciężar takich pytań zbyt wysoko, by zbywać je gotową formułką z katechizmu.
— Słuszność to rzecz zdradliwa, Emilu. Francuzi wierzą, że mają rację, bo bronią porządku mocarstwa. Plantatorzy są pewni swego, bo strzegą własności. My zaś… my wierzymy, że bronimy wolności. Ale zapytaj mnie, kto ma rację przed Panem, a powiem ci: ten, kto broni godności żywego człowieka. Nie idei, nie flagi, ale konkretnego człowieka, którego chcą zmienić w bydlę. Tych rannych w szałasie Charlotte, tych dzieci uczących się liter u Vincenta. Jeśli kiedykolwiek stanę na sądzie ostatecznym, wolę tłumaczyć się z tego, że pomagałem niewolnikom rozbijać kajdany, niż z tego, że stałem ramię w ramię z ich oprawcami.
Emil poczuł, jak jakiś ciężar opuszcza jego piersi. Słowa kapelana były kotwicą, której potrzebował w tym morzu niepewności. Wstał, czując się dziwnie lżejszy.
— I pamiętaj, majorze — zawołał za nim Kazimierczak z błyskiem w oku. — Kiedy zechcesz pobłogosławić swój związek z panną Charlotte, przyjdź do mnie. Odprawię ceremonię, jakiej te góry nie widziały. Polsko-haitańską, z rumem zamiast mszalnego wina, jeśli będzie trzeba. Pan Bóg w swojej mądrości zrozumie intencję.
Zanim jednak słońce ostatecznie skryło się za szczytami, Emil udał się na plac ćwiczeń. Kapitan Orzelski prowadził tam szkolenie dla najmłodszych rekrutów, którzy jeszcze nie zaznali bezwzględności partyzanckiej walki w tropikach. Większość z nich przeszła chrzest bojowy w regularnych bitwach Europy, ale tutaj te doświadczenia były niemal bezużyteczne.
— Zapomnijcie o wszystkim, co wbijali wam do głów w Legionach! — ryczał Orzelski, krążąc między żołnierzami jak drapieżny ptak. — To nie pola pod Mantuą! Tutaj nie ma szyku, nie ma równej tyraliery. Wróg nie nadejdzie z frontu przy dźwięku bębnów. On wyłoni się z liści, uderzy i zniknie. Jeśli będziecie walczyć jak europejskie lalki, zginiecie, zanim zdążycie nabić karabiny!
Jeden z młodszych żołnierzy, szeregowy Kowalczyk, uniósł nieśmiało dłoń.
— Panie kapitanie, ale czy to nie jest… podlejsze? Walczyć z ukrycia, z krzaków, zamiast stanąć twarzą w twarz, jak na żołnierza przystoi?
Orzelski zatrzymał się gwałtownie i spojrzał na chłopaka z mieszaniną litości i gniewu.
— Podlejsze? — powtórzył cicho. — Co jest podlejsze, chłopcze? Strzelać zza drzewa, by chronić swoje życie, czy puszczać głodne ogary na kobiety i dzieci, jak robi to Rochambeau? Wróg, z którym się mierzysz, nie zna pojęcia honoru. Dla nich jesteś tylko zbuntowanym niewolnikiem o białej skórze. Nie szukaj rycerskich legend tam, gdzie płoną wioski. Szukaj sposobu, by przeżyć i zadać cios.
Emil skinął głową Orzelskiemu. To była brutalna lekcja, ale jedyna, która mogła uratować tym chłopcom życie. Prawdziwe uderzenie rzeczywistości nadeszło jednak dopiero po zmroku, wraz z przybyciem generał Jeanne-Tambour.
Wjechała do obozu w towarzystwie eskorty dziesięciu jeźdźców, budząc podziw samym swoim widokiem — wysoka, dumna, z czerwoną szarfą Armii Wyzwolenia przewieszoną przez francuski mundur. Usiedli w kwaterze Emila, przy jednej świecy i butelce mocnego, miejscowego rumu.
— Mam dla ciebie nowiny, majorze — zaczęła bez zbędnych wstępów. Jej twarz w migotliwym świetle przypominała maskę odlaną z brązu. — Rochambeau otrzymał posiłki. Trzy tysiące świeżych bagnetów wylądowało w Cap-Français. Ale to nie żołnierze są najgorsi. Przywieźli psy. Specjalnie szkolone bestie z Kuby, karmione ludzkim mięsem, by polowały na każdego, kto nie ma białej skóry.
Emil poczuł dreszcz obrzydzenia. Słyszał o tych psach, ale traktował to dotąd jako wojenną propagandę.
— To rzeź, nie wojna — mruknął, zaciskając pięści.
— Dla nas to walka o przetrwanie gatunku — poprawiła go Jeanne-Tambour. — Ale jest i druga strona medalu. Żółta febra. Dziesiątkuje ich szybciej niż nasze kule. Rochambeau wpada w obłęd, kazał powiesić własnego lekarza, bo nie potrafił zatrzymać pomoru. Musimy to wykorzystać. Będziemy uderzać w porty i składy żywności. Głodny i chory żołnierz nie pobiegnie za psem.
Kiedy generał odjechała, Emil długo nie mógł zasnąć. Wyszedł z chaty, szukając ukojenia w nocnym powietrzu. Charlotte czekała na niego przy dogasającym ognisku. Noc była parna, pełna dźwięków dżungli, które teraz wydawały mu się bardziej złowrogie niż kiedykolwiek.
— Myślisz o tym, co będzie potem? — zapytała cicho, podając mu kubek parzącego naparu z ziół. — Kiedy ta krew wreszcie przestanie płynąć?
— Potem? — Emil zapatrzył się w ogień. Przyszłość była dla niego pojęciem abstrakcyjnym, luksusem, na który wygnaniec nie powinien sobie pozwalać. — Marzę o małym domu, Charlotte. Gdzieś wysoko w górach, z dala od portów i armat. Z ogrodem dla ciebie i pokojem, w którym mógłbym wreszcie napisać listy do matki, które nie będą musiały kłamać.
Charlotte ujęła jego dłonie. Jej dotyk był ciepły, jedyna stała rzecz w jego rozpadającym się świecie.
— To piękne marzenie, Emilu.
— To nie jest tylko marzenie. To obietnica — Emil obrócił się ku niej, czując, że to jedyny moment, w którym może wypowiedzieć te słowa. — Charlotte Duval… jeśli przeżyjemy to szaleństwo, czy zostaniesz moją żoną? Czy będziesz budować ze mną ten dom, mimo że nie mam ci do zaoferowania nic poza tą szablą i nazwiskiem wygnańca?
Cisza, która zapadła, była długa, przesycona zapachem nocnego jaśminu. Charlotte patrzyła mu prosto w oczy, a w jej spojrzeniu Emil widział całą mądrość jej ludu i cały ból ich wspólnej drogi.
— Tak — szepnęła w końcu. — Ale pod jednym warunkiem. Musisz wracać. Z każdej bitwy, z każdego patrolu. Nie proszę o bohaterstwo, proszę o to byś szanował swoje życie.
Emil przyciągnął ją do siebie, chowając twarz w jej włosach. Tej nocy, pod niebem pełnym obcych gwiazd, wojna wydawała się odległa, choć wiedział, że czai się tuż-tuż.
Świt zastał ich na skraju urwiska. Słońce znów zaczęło swoją wspinaczkę, zalewając góry Hauteur Rouge krwawym blaskiem. Sielankę przerwał jednak kapitan Orzelski, nadbiegający od strony ścieżki. Był zdyszany, a jego twarz nie wyrażała już cynizmu, lecz głębokie przejęcie.
— Panie majorze! Mamy gości z południa. Cała kolumna uciekinierów z plantacji Moulène. Kobiety, starcy, dzieci… Mówią, że szukają Polaków, którzy walczą o wolność. Są w strasznym stanie, wielu ma rany od… od zębów.
Emil spojrzał na Charlotte, która już chwytała swoją torbę medyczną. Wiedział, że nowy dzień nie przyniesie odpoczynku. Przyniósł za to potwierdzenie ich wyboru.
— Idziemy — powiedział krótko, poprawiając pas szabli. — Pora pokazać im, że nie szukali na próżno.
Ruszyli w dół zbocza, ku obozowi, który budził się do walki, o której Europa miała nigdy nie usłyszeć. Wojna o godność właśnie wkroczyła w swoją najkrwawszą fazę.
ROZDZIAŁ II
Kapitan z wielkopolski
Cap-Français, Saint-Domingue,
Styczeń 1803 r.
Statek „La Victoire” zawinął do portu Cap-Français o świcie. Przybił do brzegu z trzystoma żołnierzami, ładunkiem amunicji i jednym kapitanem, który wiózł rozkazy zbyt tajne, by o nich wspominać.
Sebastian Wojciechowicz stał na dziobie, przypatrując się miastu. Z daleka zachwycało. Białe domy piętrzyły się na zboczach, utopione w soczystej zieleni tropikalnych ogrodów. Ponad dachami kamienic strzelały wieże kościołów, a w samym porcie wrzało życie: mrowie statków, rybackich łodzi, tragarzy i kupców. Gdyby Sebastian nie wiedział, co kryje się za tą fasadą, mógłby uznać, że trafił do raju.
Ale on wiedział.
Widział już taki świat — we Włoszech napatrzył się na to, co zostaje z kraju, gdy armia kończy „zaprowadzać porządek”. Pamiętał dymiące zgliszcza wsi i kopce trupów; oczy kobiet, w których nie zostało już nic, i dzieci, które przestały się uśmiechać. Saint-Domingue, jeśli wierzyć paryskim raportom, było najgorszym z tych piekieł — wojną bez końca i okrucieństwem, które nie znało miary. Pod powłoką piękna wyspa gniła od nienawiści.
Gdzieś tam, w głębi wyspy, w górach majaczących za miastem, ukrywał się człowiek, którego Sebastian musiał odnaleźć. Major Emil Gołaszewski. Zdrajca. Dezerter. Człowiek, który splamił honor polskiego oficera, przechodząc na stronę niewolników.
Sebastian zacisnął zęby. Rozkazy nie pozostawiały złudzeń: miał wybadać nastroje wśród polskich zbiegów, spisać raport, a w miarę możności — skłonić ich do powrotu pod francuskie sztandary. Instrukcje te podpisał własnoręcznie generał Leclerc, zanim jeszcze zabrała go żółta febra. Teraz jego następcą był Rochambeau — człowiek, o którego metodach krążyły opowieści budzące dreszcz zgrozy.
— Kapitanie Wojciechowicz! — usłyszał za plecami.
Głos należał do porucznika Marcela Dufresne’a, młodego Francuza przydzielonego mu na adiutanta. Był niski, rudy i tak nadgorliwy, że od pierwszej chwili budził nieufność.
— Słucham?
— Szalupa czeka. Generał Rochambeau spodziewa się pana w forcie punktualnie o dziesiątej.
Sebastian skinął głową i ruszył w stronę trapu. Za nim ruszyło dwudziestu legionistów oddanych pod jego komendę. Dobrzy żołnierze, przynajmniej większość. Ale czy wierni? To pytanie dręczyło go coraz mocniej, odkąd usłyszał o buncie pod Hauteur Rouge. Jeśli Gołaszewski potrafił zdradzić, to kto jeszcze?
Port w Cap-Français był kłębowiskiem, nad którym nikt już nie panował. Sebastian szedł ulicami prowadzony przez Dufresne’a i dwóch żandarmów. Dopiero teraz dostrzegł zniszczenia, których nie widać było z redy: osmalone mury, zabite deskami okna i ślady kul na fasadach kamienic. Ludzie przemykali pod ścianami z pochylonymi głowami, starając się nie patrzeć żołnierzom w oczy.
Białych twarzy było tu jak na lekarstwo, nawet jeśli wziąć poprawkę na portowy charakter miasta. Większość przechodniów miała ciemną skórę — niewolnicy, jak sądził Sebastian, albo ci, których zwano „wolnymi kolorowymi”. Patrzyli na niego z mieszaniną lęku i czegoś znacznie głębszego. Nienawiści? Być może. Ale błąkał się tam też cień nadziei, jakby wypatrywali czegoś, co dopiero miało nadejść.
— W mieście panuje spokój — odezwał się Dufresne, jakby wyczuł jego niepokój. — Przynajmniej ostatnimi czasy. Generał Rochambeau zaprowadził nowe porządki.
— Jakiego rodzaju porządki?
Dufresne uśmiechnął się w sposób, który sprawił, że Sebastian poczuł nieprzyjemny skurcz w dołku.
— Skuteczne, kapitanie. Nad wyraz skuteczne.
Wojciechowicz nie drążył tematu. Nie chciał wiedzieć — jeszcze nie teraz. Najpierw musiał pojąć, w co właściwie wdepnął, a dopiero potem rozstrzygnąć, ile prawdy jest w stanie udźwignąć.
Fort de la Liberté — ironia tej nazwy kłuła w oczy — był potężnym gmaszyskiem z białego kamienia. Górował nad portem niczym pięść zaciśnięta na gardle miasta. Mury ziały chłodem, bramy wydawały się nie do zdobycia, a z wałów szczerzyły się działa wymierzone zarówno w morze, jak i w ląd. Twierdza gotowa, by bić się z każdym.
Generał Donatien-Marie-Joseph de Vimeur, wicehrabia de Rochambeau, przyjął go w gabinecie na najwyższym piętrze. Pomieszczenie urządzono z przepychem — mahonie, perskie dywany, portrety Bonapartego i innych luminarzy Republiki — lecz wszystko to sprawiało wrażenie tymczasowości. Jakby ktoś na siłę próbował stworzyć ułudę ładu pośrodku tego rozgardiaszu.
Sam Rochambeau był mężczyzną po pięćdziesiątce, o lwich rysach twarzy i oczach tak wygasłych, jakby nic na tym świecie nie mogło go już poruszyć. Siedział za biurkiem zawalonym mapami, a za jego plecami wisiał wielki plan Saint-Domingue, gęsto podziurawiony szpilkami znaczącymi pozycje wojsk.
— Kapitan Wojciechowicz — rzucił na powitanie, nie podnosząc się z krzesła. — Słyszałem o panu. Służył pan pod Dąbrowskim we Włoszech, prawda?
— Tak jest, generale.
— I pod Bonapartem w Egipcie?
— Krótko, panie generale. Pod Piramidami dostałem postrzał i odesłano mnie do Francji.
Rochambeau skinął głową, jakby tylko potwierdzał to, co już dawno wyczytał w aktach.
— Polacy to dobrzy żołnierze. Bitni, twardzi, wierni. Przynajmniej większość — głos mu nagle stwardniał. — Dlatego doprawdy trudno pojąć to, co wydarzyło się pod Hauteur Rouge.
— Właśnie dlatego tu jestem, generale.
— Owszem. — Rochambeau wstał i podszedł do mapy. — Tutaj — dźgnął palcem w punkt ukryty w górach — zaszył się człowiek, który przewodzi buntownikom. Major Emil Gołaszewski. Oficer, dziedzic starego rodu, a teraz… zwykły wróg.
Sebastian postąpił krok naprzód, badając wzrokiem mapę. Góry wyglądały na matecznik — strome zbocza, nieprzebyte lasy i ledwie kilka bitych dróg.
— Ilu ma ludzi?
— Z naszych rachub wynika, że około dwustu Polaków. Do tego nieznana liczba rebeliantów, którzy do nich przylgnęli. — Rochambeau splunął z pogardą. — Mienią się „Pierwszą Brygadą Polską Armii Wyzwolenia Haiti”. Jakby niewolnicy w ogóle mogli mieć armię.
— Czego pan ode mnie oczekuje?
Rochambeau odwrócił się gwałtownie.
— Oficjalnie: ma pan zebrać wieści. Sporządzić raport o stanie dezerterów, ich sile i planach. Nieoficjalnie zaś… — zniżył głos — …chcę, by spróbował pan przemówić im do rozsądku. Porozmawiać….jak Polak z Polakami. Proszę im wyłożyć, że Francja zna łaskę. Że mogą wrócić do służby bez żadnych konsekwencji. Że jeśli złożą broń, zostaną potraktowani z pełnymi honorami.
Sebastian ściągnął brwi.
— A jeśli odmówią? — zapytał.
— Wtedy… — Rochambeau uśmiechnął się w sposób, który nie zwiastował niczego dobrego — …stanie się jasne, że nie ma już dla nich ratunku. Ze zdrajcami zaś postąpimy tak, jak na to zasługują.
Wojciechowicz nie prosił o wyjaśnienia. Mapa za plecami generała była aż nadto czytelna: szpilki, linie natarcia i te czerwone krzyżyki, które mogły oznaczać wszystko — od spalonych wsi po masowe groby. Sebastian czuł w kościach, że obietnice o łasce i przebaczeniu to tylko lep na muchy. Podły wybieg człowieka, który o honorze słyszał pewnie tylko w komediach. Wiedział jedno: Francuz kłamał tak gładko, jak gładko pił wino.
— Zrozumiałem, panie generale — odrzekł krótko.
— Wybornie. — Rochambeau opadł na krzesło. — Zapewnię panu ludzi, konie i prowiant. Porucznik Dufresne pozostanie do pana dyspozycji jako adiutant. I jeszcze jedno… — urwał, grzebiąc w papierach. — …jest ktoś, z kim powinien pan zamienić słowo.
Podał mu zalakowaną kopertę.
— Pułkownik Philippe Morel. Niby służy u Dessalinesa, ale powiedzmy, że łączą nas pewne… względy. Wie o pana misji i może się przydać.
Sebastian przyjął list, ważąc w dłoni nie tyle papier, co ciężar cudzych tajemnic. Szpieg. Rochambeau miał swojego człowieka w samym sercu rebelii albo kupił sobie jednego z dowódców powstańców.
— Dziękuję, generale.
— Nie ma za co. — Rochambeau machnął lekceważąco ręką. — Jeszcze nie. Podziękuje mi pan, gdy brygada wróci pod nasze sztandary. Albo gdy dostarczy mi pan głowę Gołaszewskiego na tacy. Innego obrotu spraw nie dopuszczam.
Sebastian zasalutował i wyszedł, czując na plecach wzrok generała — zimny, wyrachowany i zupełnie pozbawiony ludzkich odruchów.
Tej nocy w ciasnej kwaterze Sebastian nie zmrużył oka. Leżał na twardym sienniku, wpatrzony w sufit i wsłuchany w odgłosy miasta: dalekie pokrzykiwania, ujadanie psów i suchy trzask strzałów niosący się echem po portowych zaułkach. Saint-Domingue nie zasypiało nigdy, jakby trawiła je gorączka. Myśli Sebastiana, wbrew jego woli, uciekały ku przeszłości — ku dawnym wyborom i cenie, jaką przyszło mu płacić za każdy z nich. Pocieszał się tylko myślą o swoich legionistach. Oni go nie zawiodą. Nie byli jak Francuzi; ich słowo wciąż jeszcze coś znaczyło.
Wielkopolska, okolice Konina,
Jesień 1793 r.
Dzień, który obrócił jego świat w niwecz, zaczął się od łomotu do drzwi.
Sebastian miał wówczas niecałe osiemnaście lat. Jako syn Andrzeja Wojciechowicza, starego konfederaty barskiego i dziedzica skromnego folwarku na wschodnich rubieżach Wielkopolski, dorastał w cieniu wielkiej polityki. Po drugim rozbiorze te ziemie przypadły Prusom — nad ratuszem w pobliskim miasteczku zawisła obca flaga, a pruscy urzędnicy z drapieżną skrupulatnością zaczęli ściągać podatki, które z każdym miesiącem stawały się cięższe do uniesienia.
Ale tamtego dnia przybyszom nie chodziło o pieniądze.
Gdy Sebastian otworzył drzwi, ujrzał trzech mężczyzn w pruskich mundurach. Oficer, wysoki blondyn o lodowatym spojrzeniu, emanował taką pogardą, jakby przynosił ją ze sobą w genach.
— Herr Wojciechowicz? — spytał, kalecząc polszczyznę.
— Słucham?
— Mam rozkaz gubernatora. Wasz dom ma wystawić rekruta do armii Jego Królewskiej Mości. Czasu macie dwa tygodnie.
Sebastian poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy.
— Rekruta? Przecież… ojciec ledwie wstaje z łóżka, on nie może…
— Mało mnie obchodzi, kto pójdzie — uciął oficer. — Ma być jeden dorosły mężczyzna z tego majątku. Jeśli nie wybierzecie go sami, przyjdziemy z bagnetami. A dobra rodów, które stawiają opór… — zawiesił głos, uśmiechając się drapieżnie — …podlegają natychmiastowej konfiskacie.
Zanim Sebastian zdążył wykrztusić słowo, oficer odwrócił się na pięcie.
W dworku radzili do późnej nocy. Ojciec siedział przy stole, zgarbiony i jakby mniejszy; w kilka godzin postarzał się o dekadę. Rana spod Częstochowy — pamiątka po Konfederacji, której żaden cyrulik nie potrafił do końca wyleczyć — rwała go teraz bardziej niż zwykle. Matka, Hanna, łkała cicho w dłonie, a młodsze siostry, Zofia i Aniela, tuliły się do siebie w kącie izby, przerażone powagą chwili.
— Ja pojadę — wyrzekł w końcu Sebastian.
— Nie! — Matka zerwała się, jakby ją oparzono. — Nie oddam cię w ten jasyr! Jesteś moim synem, nie pruskim najemnikiem!
— Mamo… — ujął jej drżące ręce. — Jeśli nie pojadę, zabiorą nam wszystko. Wygnają was na bruk. Co się stanie z Zosią i Anielką? Gdzie się podziejecie?
Stary Wojciechowicz uniósł głowę. W jego oczach płonął wstyd, którego Sebastian nigdy wcześniej nie widział.
— To ja powinienem nieść ten krzyż — wychrypiał ojciec. — To mój obowiązek, nie twój. Ale te nogi już mnie nie niosą…
— Właśnie dlatego ja muszę. Jestem młody, mam krzepę. Przetrwam to. A gdy wybije godzina… gdy Polska znowu się upomni o swoje… — urwał. Brzmiało to jak marna pociecha. Nikt nie wiedział, czy ta godzina kiedykolwiek nadejdzie.
Nazajutrz zameldował się w pruskim garnizonie.
Służba u Prusaka okazała się czyśćcem. Nie przerażał go trud — wielogodzinne dryle, marsze do utraty tchu czy spartański chleb. Sebastian znosił to ze stoickim uporem, wiedząc, że tak trzeba. Prawdziwa męka kryła się w czymś innym: w spojrzeniach niemieckich oficerów i drwinach towarzyszy broni.
Był tylko polnische Sau, polską świnią, podejrzanym rekrutem z przymusu, którego należało pilnować na każdym kroku. Każdy jego gest był błędem, każde słowo — zarzewiem buntu. Awansował w żółwim tempie, nie z racji zasług, a wyłącznie dlatego, że potrzebowali kogoś, kto przetłumaczy rozkazy innym nieszczęśnikom wziętym w pruskie kamasze.
Przez trzy lata służył bez słowa skargi. Wykonywał komendy, meldował się o świcie, był cieniem żołnierza. A w środku, z każdym dniem, coś w nim nieodwołalnie stygło. Dumę zastępował chłodny, gorzki pancerz.
Aż pewnego dnia, w dusznej kantynie, usłyszał szept o Legionach.
Wieści nadeszły wiosną 1797 roku. Przyniósł je wędrowny kupiec, jeden z tych, którzy krążyli między ziemiami pruskimi a Italią, handlując drobiazgami i oferując plotki.
— Polacy skrzykują wojsko — szepnął, omiatając wnętrze karczmy czujnym, niemal lękliwym spojrzeniem. — Tam, w Italii, pod okiem generała Jana Henryka Dąbrowskiego. Mają własne mundury, własne orły i pieśń, od której serce rośnie… że jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy.
Sebastian słuchał go z zapartym tchem, jakby w tych słowach kryło się jedyne możliwe ocalenie. Legiony Polskie. Prawdziwe wojsko pod polską komendą, bijące się o własną sprawę. Odnalazłby tam wszystko, czego tak boleśnie brakowało mu w pruskim drylu: cel, sens i honor, którego nie musiałby się wstydzić przed lustrem.
Tej nocy klamka zapadła.
Dwa tygodnie później, gdy jego jednostka mozolnie pięła się przez alpejskie przełęcze, Sebastian po prostu przestał istnieć, zniknął. Wykorzystał zamieć i chaos przemarszu, by porzucić mundur, broń i wszystko, co wiązało go z nienawistnym zaborcą. Ruszył na południe — sam, przez zdradliwe góry, śniegi i lód, nie znając drogi ani języka tutejszych górali. Szedł nocami, za dnia kryjąc się w rozpadlinach; żywił się tym, co zdołał ukraść lub upolować w lesie.
Ucieczka do Italii zajęła mu trzy tygodnie. Trzy tygodnie dławiącego głodu, dojmującego zimna i nieustannego strachu przed pruskim patrolem, który oznaczałby stryczek.
Ale dotarł. I gdy wreszcie stanął przed generałem Dąbrowskim, by złożyć słowa legionowej przysięgi, poczuł, jak opada z niego kilkuletni ciężar. Nareszcie był u siebie.
Włochy Kampanie 1797–1800
Legiony stały się dla niego wszystkim, czego oczekiwał, i zarazem niczym z tego, co sobie wyobrażał.
Dąbrowski przyjął go bez zbędnych pytań o pruską przeszłość. Wystarczyło, że Sebastian był Polakiem, że znał żołnierskie rzemiosło i że przybył z własnej woli. W Legionach takich jak on nie brakowało: byli tu dezerterzy z obcych armii, wygnańcy, marzyciele i desperaci. Spajała ich jedna nadzieja — że u boku Francji wywalczą drogę do wolnej Ojczyzny.
Wojciechowicz szybko piął się po szczeblach hierarchii. Był pojętny, karny, a pruską szkołę walki potrafił obrócić przeciwko wrogom Republiki. Pod Mantuą dowodził już plutonem, po Castiglione mianowano go porucznikiem, pod Trebbią odebrał szlify kapitańskie. Każda bitwa zostawiała na jego ciele blizny, a w pamięci doświadczenie, każda mila marszu hartowała ducha.
Jednak wraz z awansami przyszły wątpliwości.
Legiony nie biły się o Polskę. Biły się o interesy Francji, o trwałość Republiki i o chwałę Bonapartego. Polski żołnierz szafował krwią pod Arezzo i Florencją, pod Neapolem i Rzymem, lecz sztandary, które tam zatykał, nie miały naszych barw. Bonaparte używał ich jak każdego innego narzędzia: rzucał tam, gdzie opór był najtwardszy, gdzie potrzeba było bitnego żołnierza, by oszczędzać własne pułki, albo tam, gdzie inne oddziały zaczynały szemrać. Byliśmy dla nich doskonałym ostrzem, ale tylko ostrzem w obcej dłoni.
Sebastian do dziś pamiętał noc po klęsce nad Trebbią. Siedzieli przy dogasającym ogniu, a kapitan Cyprian Godebski — żołnierz, który nie rozstawał się z piórem — recytował strofy, które dopiero co spłynęły mu na papier:
Bijem się o wolność — lecz czyja to sprawa?
Krwawim za Francję — a w zamian… obława.
Niosą nas sztandary, w piersi rana tkwi,
Wolność nam obiecują, a skąpią jej dni.
Gdy Napoleon wzrok zwróci ku wschodnim krainom,
Czy znajdzie tam Polskę, czy sady, co giną?
Czy powie: „Ojczyzna”, czy szepnie: „Mój łup”,
A nam legią całą — jeden wspólny grób?
Nikt nie wykrztusił z siebie słowa. Każdy znał odpowiedź i każdy lękał się jej udzielić.
Mimo to zostali. Bo i cóż innego mogli począć? Wrócić pod rządy Prusaka, cara czy Austriaka? Do krajów, które rozszarpały Rzeczpospolitą? Czy dezerterować po raz wtóry, by stać się tułaczem bez armii i celu?
Sebastian trwał przy sztandarze, tak jak pozostali. I kiedy przyszły rozkazy wysyłające Legiony na Saint-Domingue, wszedł na pokład. Wiedział już wtedy, że nie płynie bić się o Polskę. Nie przypuszczał jednak, że przyjdzie mu wystąpić przeciwko sprawie, która okaże się mu nadspodziewanie bliska.
Cap-Français, Saint-Domingue,
Styczeń 1803 r., noc
Sebastian otworzył oczy. Za oknem świt mozolnie rozpraszał mrok. Noc minęła niepostrzeżenie, upłynęła na karmieniu się wspomnieniami.
Wstał, obmył twarz zimną wodą z miednicy i spojrzał w lustro. Zobaczył w nim twarz surową, naznaczoną zmarszczkami, które nie pasowały do jego wieku. Oczy miał szare, chłodne i czujne — oczy kogoś, kto nawykł do skrywania uczuć. Lecz pod tą skorupą wciąż tlił się ów chłopak z Wielkopolski. Ten sam, który rzucił pruską służbę, bo nie mógł dłużej służyć wrogowi. Ten, który wierzył w Polskę, choć tej od lat nie było już na mapach.
I teraz ten chłopak miał polować na rodaków. Na ludzi, którzy — tak jak on niegdyś — postawili sumienie ponad dyscyplinę.
Czy to jeszcze był honor? Czy już zdrada? Sebastian nie znał odpowiedzi. Wiedział tylko, że ma misję i wypełni ją, choćby przyszło mu zapłacić najwyższą cenę.
Wyjął list do matki — kolejny, którego nigdy nie wyśle — i schował go do torby. Pisał do niej regularnie od lat, mając pełną świadomość, że te słowa nigdy nie dotrą do adresatki. Samo kreślenie liter dawało mu jednak złudzenie, że gdzieś tam, na końcu świata, ktoś na niego czeka; ktoś, kto chciałby wiedzieć, co się z nim dzieje i dlaczego postępuje tak, a nie inaczej.
Najdroższa Matko — zaczynał niezmiennie.
Piszę z miejsca, które jest przedsionkiem piekła, czyniąc rzeczy, których nie potrafię wytłumaczyć. Wiedz jednak, że staram się pozostać tym człowiekiem, którego wychowałaś. Człowiekiem honoru. Nawet jeśli czasem gubię sens tego słowa.
Schował pióro i wyszedł na dziedziniec. Wartownik przemierzał go miarowym krokiem, nucąc pod nosem jakąś bretońską melodię. Niebo nad Cap-Français usiane było gwiazdami — tymi samymi, które świeciły nad Polską i nad Italią. Ta myśl przynosiła mu osobliwą ulgę, a zarazem dławiła go w piersi. Gdzie był jego dom? Czy w ogóle jeszcze go miał? Czy stał się tylko wiecznym tułaczem, który nigdzie nie zagrzeje miejsca?
Może — pomyślał, wracając do kwatery — odpowiedź czeka tam, w górach. Wśród ludzi, którzy także służyli pod obcymi flagami, aż wreszcie wybrali własną ścieżkę.
Ubrał się, sprawdził broń i ruszył na spotkanie z pułkownikiem Morelem.
Mieli się spotkać w portowej kawiarni — podrzędnym lokalu, którego właściciel, wedle zapewnień Dufresne’a, uchodził za człowieka „dyskretnego”. Sebastian wolał nie dopytywać, co to w istocie oznacza.
Wewnątrz było niemal pusto. Kilku marynarzy piło rum przy szynku, stara kobieta leniwie zamiatała podłogę, a w kącie, przy oknie, siedział mężczyzna, który od razu przykuł jego uwagę.
Pułkownik Philippe Morel był Haitańczykiem — wysokim, szczupłym, o skórze barwy ciemnej miedzi i rysach zdradzających mieszaną krew. Miał na sobie cywilny surdut, lecz sposób, w jaki siedział — wyprostowany, z dłońmi spoczywającymi płasko na blacie — zdradzał wojskowy dryl. Przed nim leżała książka. Sebastian zerknął na okładkę i ze zdumieniem rozpoznał „O duchu praw” Monteskiusza. Obok parowała filiżanka kawy.
Ciemne, inteligentne oczy Morela śledziły każdy ruch Wojciechowicza. Bił z nich spokój kogoś, kto śmierć oglądał zbyt często, by się jej lękać, lecz życie cenił na tyle, by o nie walczyć.
— Kapitan Wojciechowicz? — odezwał się nienagannie po francusku, gdy Sebastian podszedł do stolika. Głos miał niski i kojący, podszyty akcentem, którego kapitan nie potrafił umiejscowić. — Proszę spocząć. Mam nadzieję, że podróż z Francji nie była nazbyt męcząca.
Sebastian spoczął na krześle, taksując rozmówcę uważnym spojrzeniem. Morel zupełnie nie przystawał do wyobrażeń, jakie kapitan snuł w drodze. Spodziewał się kogoś… może bardziej surowego, kogoś, komu z oczu patrzyłaby bezwzględność szpiega lub najemnika. Tymczasem siedzący przed nim człowiek wyglądał raczej na uczonego, który jedynie przez przypadek przywdział mundur.
— Zna mnie pan? — zapytał Sebastian.
— Znam pańską reputację — Morel uśmiechnął się lekko. — Dezerter z pruskiej armii, weteran Legionów, oficer, któremu można zawierzyć. Rzadkie to u człowieka zestawienie.
— Nie jestem pewien, czy „zawierzenie” to właściwe słowo. Spotykamy się z rozkazu generała Rochambeau.
— Rochambeau… — W oczach Morela coś błysnęło — pogarda czy może tylko smutne rozbawienie? — Owszem, pan generał ma swoje… sposoby. Ale proszę być spokojnym, kapitanie. Moje pobudki są znacznie prostsze niż jego.
— Mianowicie?
Morel pochylił się nad stołem, zniżając głos do szeptu.
— Chcę położyć kres tej wojnie. Jak najrychlej i przy jak najmniejszym rozlewie krwi. Rochambeau chce ją wygrać — ale wygrana w jego pojęciu oznacza rzeź. Pragnę wolności dla Saint-Domingue, lecz wolność wzniesiona na stosach trupów nie jest warta walki.
Sebastian milczał, ważąc w myśli te słowa.
— Jest pan oficerem Dessalinesa — odezwał się w końcu. — Dlaczego miałby pan wyciągać rękę do Francuzów?
— Ja nie pomagam Francuzom. — Morel wyprostował się dumnie. — Pomagam własnej sprawie. A przy okazji — o ile okaże się pan odpowiednim człowiekiem — być może pomogę i panu.
— Nie nadążam za panem.
— Niech pan posłucha, kapitanie. — Morel wziął głęboki oddech. — Ta wojna dogorywa. W Paryżu jeszcze o tym nie wiedzą, ale tutaj jest to jasne jak słońce. Francja przegrywa. Żółta febra zabija waszych ludzi częściej niż nasze kule. Rochambeau może szczuć nas psami i topić jeńców, ale to tylko przyśpiesza jego klęskę, zamiast ją oddalać.
— Skoro tak, to dlaczego Pan ze mną rozmawia, pułkowniku?
— Bo kiedy Francuzi stąd odejdą — a odejdą, to tylko kwestia czasu — padnie pytanie: co dalej? Dessalines to wybitny wódz, ale nie polityk. Jego wizja Haiti… — Morel zawahał się, jakby szukał właściwego określenia — …to wizja czystej zemsty. Zrozumiała, może nawet sprawiedliwa, ale na nienawiści nie zbudujemy trwałego państwa.
Sebastian zaczął pojmować, do czego zmierza rozmówca.
— Szuka pan sojuszników. Wśród Polaków.
— Szukam ludzi, którzy wiedzą, że wojna to tylko środek do celu, a nie cel sam w sobie. — Morel skinął głową. — Major Gołaszewski jest kimś takim. Wiele o nim słyszałem — o tym, jak po ludzku obchodzi się z jeńcami, jak bierze w obronę cywilów i jak odmawia udziału w masakrach. To rzadkie cnoty po obu stronach tego konfliktu.
— Skąd pan tyle wie o majorze?
— Mam swoje dojścia. — Morel uśmiechnął się enigmatycznie. — Zapewniam pana jednak: to nie są czcze plotki. Rozmawiałem z ludźmi, którzy go znają. Zarówno z moimi rodakami walczącymi u jego boku, jak i z Polakami, którzy pozostali w waszych szeregach, lecz wciąż wyrażają się pochlebnie o swoim byłym dowódcy. Gołaszewski nie jest szaleńcem ani zdrajcą. To człowiek, który dokonał trudnego wyboru i mężnie znosi jego skutki.
— I sądzi pan, że jesteśmy do siebie podobni?
— Tego nie wiem. Dlatego właśnie tu siedzę.
Sebastian wpatrywał się w Morela, usiłując przejrzeć jego zamiary. Ten człowiek był albo najzręczniejszym pokerzystą, jakiego w życiu spotkał, albo rzeczywiście wierzył w każde swoje słowo. A może jedno i drugie — na wojnie takie różnice często się zacierały.
— Czego pan ode mnie oczekuje?
— Na tę chwilę? Niczego. — Morel wstał, kładąc na stole parę monet za kawę, której żaden z nich nawet nie tknął. — Proszę wypełnić swoją misję. Niech pan odnajdzie Gołaszewskiego i na własne oczy przekona się, kim jest. A potem… potem porozmawiamy raz jeszcze.
Ruszył ku wyjściu, lecz w progu zatrzymał się na moment.
— Jeszcze jedno, kapitanie. Rochambeau zlecił by ich pan przekonał do powrotu. Ja zaś radzę co innego: niech pan pozwoli, by to oni przeciągnęli pana na swoją stronę.
Przez kilka kolejnych dni Sebastian dopinał szczegóły wymarszu. Do dwudziestu legionistów, którzy przypłynęli z nim z Europy, Rochambeau dołożył dziesięciu Francuzów ściągniętych z garnizonów w Cap-Français. Ci ostatni byli starymi wyjadaczami, ludźmi zahartowanymi w kolonialnym piekle. Patrzyli na polskiego kapitana z nieufnością, choć w ich spojrzeniach krył się też wymuszony respekt. Z Polakami sytuacja była znacznie trudniejsza.
Niektórych znał jeszcze z Włoch. Sierżant Michał Ziółkowski służył z nim pod Mantuą i Castiglione. Kapral Tomasz Kujawski był jego podwładnym podczas krwawej wyprawy do Egiptu. Inni byli młodsi — to nowicjusze, którzy dołączyli do wojska, gdy największa chwała Legionów zaczynała już blednąć. Oni nie pamiętali czasów, kiedy ta walka wydawała się mieć jasny cel.
Wszystkich ich jednak łączyło jedno: patrzyli na Sebastiana z niemym pytaniem, które wisiało w powietrzu jak dym po wystrzale. Co myślisz o dezerterach? Co ty byś zrobił na ich miejscu? Sebastian nie odpowiadał, bo sam nie był pewien.
Wieczorem przed wymarszem zebrał cały oddział w koszarach. Stali przed nim w dwóch rzędach — Polacy po jednej stronie, Francuzi po drugiej. Nie trzeba było być dowódcą, by dostrzec, że te dwie grupy szczerze się nie znoszą. Ale to nie miało teraz znaczenia; musieli iść ramię w ramię.
— Jutro ruszamy w góry. — zaczął, przechodząc powoli przed szeregiem. — Mamy sprawdzić, co dzieje się z polskimi dezerterami i — jeśli się uda — porozmawiać z nimi.
Sierżant Ziółkowski uniósł dłoń.
— Panie kapitanie, czy to prawda, co gadają w porcie? Że nasi biją się teraz razem z murzynami?
Sebastian zatrzymał się.
— Tak. To prawda.
Przez szeregi przeszedł szmer. Polacy wymieniali szybkie spojrzenia, Francuzi uśmiechali się z wyższością.
— I mamy ich namawiać do powrotu? — dopytywał Ziółkowski. — Po tym, jak nas porzucili?
— Mamy spróbować. — Sebastian spojrzał mu prosto w oczy. — Ale najpierw musimy zrozumieć, dlaczego to zrobili. Dlaczego ludzie, którzy tyle lat służyli Francji, nagle przeszli na drugą stronę.
— Bo to zdrajcy — wtrącił kapral Renard, jeden z Francuzów. — Tu nie ma nad czym dumać.
— Może. — Sebastian nie podniósł głosu. — A może jest coś, o czym nie wiemy. Coś, co zobaczymy dopiero na miejscu. Dlatego idziemy tam z otwartymi głowami, a nie z gotowym wyrokiem.
Renard chciał coś odburknąć, ale wzrok Sebastiana uciął dyskusję.
— Jeszcze jedno — kontynuował kapitan. — W górach zasady się zmieniają. Jesteśmy na terenie wroga, bez żadnego wsparcia. Każdy z was odpowiada za siebie i za kolegów. Żadnej samowolki, żadnego strzelania bez rozkazu. Kto złamie dyscyplinę, będzie miał do czynienia ze mną. Zrozumiano?
— Tak jest, panie kapitanie! — odpowiedzieli chórem.
Sebastian skinął głową. — Wyruszamy o świcie. Odpocznijcie.
Kiedy inni się rozeszli, Ziółkowski został. Był to mężczyzna po czterdziestce, z twarzą pociętą bliznami i oczami, które widziały zbyt wiele. Służył od lat — najpierw w wojsku koronnym, potem u Austriaków, w Legionach, a teraz tutaj. Nie miał rodziny ani ziemi. Nie miał nic poza tym mundurem. Był żołnierzem w świecie, który powoli przestawał rozumieć, po co tacy ludzie jeszcze istnieją. Sebastian czuł, że sierżant jest ostatnią kotwicą, która trzyma ten oddział w ryzach.
— Mogę mówić bez ogródek, panie kapitanie? — zapytał cicho.
— Mów.
— Ten Gołaszewski… Ludzie dobrze o nim mówią, nawet nasi. Podobno to człowiek honoru. Traktuje każdego sprawiedliwie, nieważne, pod jaką flagą tamten służy.
— I co z tego?
Ziółkowski zawahał się przez moment.
— Sam czasem myślę… czy my postępujemy słusznie? Widzi pan przecież, co Rochambeau wyprawia z jeńcami. Topi ich w morzu, panie kapitanie. Żywcem. I te psy… — wzdrygnął się na samo wspomnienie. — Służę Francji, bo Legiony jej służą. Ale czy o to nam chodziło? Kiedyśmy śpiewali, że Polska nie zginęła, czy komu przez myśl przeszło, że będziemy tu dla Napoleona szczuć ludzi jak zwierzynę?
Sebastian milczał przez długą chwilę.
— Nie wiem, Michale — odezwał się w końcu. — Nie wiem, po której stronie jest racja. Ale wiem, że mamy rozkazy i musimy je wypełnić. Potem… potem przyjdzie czas na osądy.
Sierżant skinął głową, choć w jego oczach nie było widać wiary w te słowa.
— Tak jest, panie kapitanie. Potem się zobaczy.
Wyszedł, zostawiając Sebastiana sam na sam z myślami, które nie dawały wytchnienia.
Jednak nie tylko kapitan nie mógł tej nocy zmrużyć oka. W koszarach, przy dogasających świecach, polscy żołnierze rozprawiali szeptem. Oficjalnie mieli zbierać siły przed wymarszem, w rzeczywistości jednak roztrząsali to, co wiedzieli i czego zdołali się domyślić.
— Słyszałem, że tym dezerterom wcale nie dzieje się krzywda — mruknął kapral Kujawski, wyciągnięty na pryczy. — Podobno miejscowi traktują ich jak swoich.
— Bo biją się razem — odparł szeregowy Chwaciński, młody chłopak z Łodzi. — W ogniu nikt nie patrzy na kolor skóry. Liczy się tylko ten, kto stoi obok, i ten, kto do ciebie mierzy.
— Mędrkujesz, Chwaciński — żachnął się ktoś z ciemności. — Od kiedy to z ciebie taki uczony?
— Od kiedy usłyszałem, że Francuzi topią ludzi w porcie.
Zapadła ciężka, duszna cisza.
— Widziałeś to na własne oczy? — spytał cicho Kujawski.
— Nie ja. Ale Adamski widział. Mówił, że łodzie wracały puste. Dziesiątki łodzi. Kiedy odbijały od brzegu, były wypełnione ludźmi. Wracały puste.
— Jezu Chryste…
Ziółkowski, który leżał najbliżej drzwi, uniósł się na łokciu.
— Dosyć tego — uciął krótko, ale stanowczo. — Nie nasza rzecz ich sądzić. Mamy rozkazy.
— Rozkazy — powtórzył Chwaciński z goryczą. — Takie same rozkazy mieli ci, co puszczali z dymem nasze wsie po Kościuszce. Takie same mieli Prusacy, kiedy nas brali w jasyr. Od kiedy to rozkaz zdejmuje z człowieka winę?
— Od kiedy jesteśmy żołnierzami.
— Żołnierzami, nie katami.
Ziółkowski milczał przez dłuższą chwilę.
— Idźcie spać — rzucił w końcu. — Jutro czeka nas długi marsz. Miejcie nadzieję, że to, co zastaniemy w górach, będzie lepsze niż wasze domysły.
Świece wypaliły się do końca, pogrążając koszary w mroku. Ale sny, które nawiedziły ich tej nocy, nie przyniosły nikomu spokoju.
Wyruszyli o świcie, zgodnie z rozkazem.
Kolumna opuściła Cap-Français, kierując się w głąb wyspy — początkowo szerokim, bitym traktem, który z każdą milą stawał się coraz gorszy, by w końcu zmienić się w wąski przesmyk ginący w gęstwinie. Sebastian jechał na przedzie, ramię w ramię z porucznikiem Dufresne’em. Francuz nie zamykał ust, z zapałem komentując wszystko, co mijali.
— Cudny kraj, nie uważa pan? — perorował, wskazując szerokim gestem na majaczące w oddali szczyty. — Szkoda tylko, że zamieszkany przez dzikusów.
Wojciechowicz milczał. Chłonął wzrokiem okolicę, starając się wyczytać coś z terenu, który lada chwila mógł stać się polem bitwy. Góry były strome, porośnięte nieprzebytym lasem, pełne zdradliwych parowów i jaskiń. Wymarzony teren dla wojny podjazdowej. Idealne miejsce, by zapaść się pod ziemię.
Po trzech godzinach mozolnego marszu dotarli do pierwszej osady. A raczej do tego, co z niej zostało. Sebastian zeskoczył z konia i stanął na samym środku placu.
Wioska została puszczona z dymem. Doszczętnie. Chaty, mały kościółek, nawet cembrowina studni — wszystko zrównane z ziemią, przysypane sadzą i popiołem. Tu i ówdzie w zgliszczach bielały przedmioty, które oszczędził ogień: stłuczony garnek, strzęp materiału, lalka upleciona z suchej trawy.
I ciała.
Ścieliły się gęsto między ruinami — mężczyźni, kobiety, dzieci. Niektóre zwęglone, inne… inne nosiły ślady ran, których nie zadał pożar. Sebastian widział już takie nacięcia w Europie. Dobrze wiedział, od jakiej pochodzą broni.
Podszedł do jednego z zabitych — starca leżącego na progu spalonej chaty. Wyglądało na to, że bronił domostwa do ostatniego tchu. Miał na sobie resztki skórzanego fartucha, a tuż obok jego dłoni spoczywał kowalski młot — marna broń przeciwko bagnetom. Sebastian przyklęknął i zamknął mu powieki.
— Co to, u diabła, ma znaczyć? — wyszeptał Ziółkowski, stając obok kapitana.
Z boku dobiegł ich głośny szloch. Jeden z młodszych legionistów — chłopak, który ledwie co pożegnał się z dzieciństwem — dławił się wymiotami za ruinami studni. Nikt nie rzucił złośliwej uwagi. Niektóre widoki po prostu nie mieściły się w głowie.
Dufresne jedynie wzruszył ramionami.
— Pacyfikacja — rzucił z taką obojętnością, jakby mówił o pogodzie. — Wioska sprzyjała buntownikom. Generał Rochambeau nakazał oczyścić teren.
— Oczyścić? — Sebastian gwałtownie uniósł głowę. — To byli cywile. Kobiety, dzieci!
— To byli wrogowie Republiki. — Dufresne zmierzył go badawczym, chłodnym spojrzeniem. — Czego się pan spodziewał, kapitanie? To jest wojna.
Wojciechowicz nie znalazł słów. Patrzył na małą dziewczynkę leżącą przy studni. Mogła mieć pięć lat. Jej palce wciąż kurczowo zaciskały się na słomianej lalce. Miała otwarte oczy, wpatrzone w niebo, które pozostało głuche na jej prośby.
To jest wojna — powtórzył w duchu. Czy aby na pewno?
Nie. To nie była wojna. Wojna miała swoje reguły, granice, choćby cień honoru. To, co widział przed sobą, było zimną rzezią — tępieniem ludzi nie za to, co zrobili, ale za to, kim się urodzili. I on, polski oficer, miał stać się trybem w tej maszynie.
Przez chwilę trwał w bezruchu, dławiąc w gardle żółć i wściekłość. Potem powoli ukląkł przy dziecku i zamknął mu oczy. To był pusty gest — dziewczynka nic już nie czuła — ale Sebastian potrzebował go, by nie oszaleć.
— Spoczywaj w spokoju — szepnął po polsku. — Gdziekolwiek jesteś, niech ci będzie lepiej niż tutaj.
W kolejnych dniach ten makabryczny obraz powracał jak echo. Spalone sady, trupy przy drogach, szubienice, na których gniły ciała wystawione na tropikalny upał. Wszędzie towarzyszył im ten sam odór: dymu, rozkładu i śmierci. Francuzi maszerowali przed siebie, jakby nie działo się nic nadzwyczajnego. Dla nich była to po prostu kolejna procedura w kolonialnym rzemiośle. Polacy szli w milczeniu, a każdy kolejny spalony dom wypalał w nich resztki wiary w sens tej wyprawy.
Polacy byli ulepieni z innej gliny. Sebastian widział to w ich stężałych rysach i dłoniach, które mimowolnie, niemal kurczowo zaciskały się na kolbach karabinów. Wielu z nich miało przed oczami własne wioski — te, które puścili z dymem Rosjanie albo Prusacy podczas rozbiorów. Pamiętali bliskich, którzy zaznali podobnego losu.
A teraz sami stali po stronie tych, którzy gotowali innym to samo piekło.
— Panie kapitanie — odezwał się cicho kapral Kujawski trzeciego dnia marszu. — Czy my naprawdę… czy musimy przykładać do tego rękę?
Sebastian przez dłuższą chwilę patrzył na kolejną spaloną osadę i stosy ciał, które przestały już przypominać ludzi.
— Nie — rzucił w końcu. — Nie musimy. I nie będziemy.
Od tego momentu prowadził ekspedycję inaczej. Omijali splądrowane wsie, nadkładali drogi, byle tylko nie przeciąć szlaku z francuskimi oddziałami karnymi. Szli własną ścieżką przez góry. Dla niepoznaki Sebastian tłumaczył to dbałością o skrytość przemarszu. W rzeczywistości chciał oszczędzić ludziom widoków, od których pękało serce. I chronił resztki własnego sumienia, które podpowiadało mu, że brnie w ślepą uliczkę.
Piątego dnia przekroczyli niewidzialną granicę. Szlak zwęził się nagle tak bardzo, że kolumna musiała jechać gęsiego. Gęstwina dżungli zamykała się nad ich głowami, tworząc duszny, zielony tunel, w którym panował nienaturalny półmrok. Sebastian, jadący na szpicy, poczuł nagle to znajome, mrowiące napięcie na karku — żołnierski instynkt, który niejednokrotnie ocalił mu życie we Włoszech.
Z zarośli dobiegł ledwie słyszalny trzask łamanej gałązki, a ułamek sekundy później powietrze rozdarł dźwięk, którego nie dało się pomylić z niczym innym. Jednoczesny, metaliczny chrzęst kilkudziesięciu odciąganych kurków.
Byli otoczeni.
Z gęstwiny po obu stronach ścieżki, zza pni potężnych mahoniowców i gąszczu paproci, wyłoniły się lufy muszkietów. Dufresne krzyknął cienko z zaskoczenia, zrywając karabin z ramienia, a za nim kilku francuskich weteranów gorączkowo rzuciło się do broni.
— Broń w dół! — ryknął Sebastian z taką mocą, że echo odbiło się od skał. — Nikt nie strzela!
— Kapitanie, to zasadzka! — wrzasnął Dufresne, blady jak płótno, wciąż celując w krzaki.
— Złóż broń, poruczniku, to rozkaz! — Sebastian odwrócił się w siodle, piorunując Francuza wzrokiem. — Jeśli padnie choć jeden strzał, rozerwą nas na strzępy. Nikt z nas nie wyjdzie stąd żywy.
Zarośla rozstąpiły się bezszelestnie. Na ścieżkę wyszło kilkunastu czarnoskórych partyzantów. Nie wyglądali na dziką hałastrę, przed którą ostrzegano ich w porcie — poruszali się z karnością wojska, mierząc w kolumnę z absolutnym, morderczym spokojem. Na ich czele stanął mężczyzna z głęboką blizną na policzku.
— Macie szczęście, że wasz dowódca ma więcej rozumu niż wy — powiedział po francusku mężczyzna z blizną, opuszczając nieznacznie lufę. — Siedzimy wam na ogonie od trzech dni. Mogliśmy was wystrzelać w wąwozie jak kaczki.
Sebastian powoli, by nie wykonać żadnego gwałtownego ruchu, uniósł puste dłonie.
— Dlaczego więc wciąż żyjemy? — zapytał, patrząc prosto w oczy dowódcy rebeliantów.
— Tylko dlatego, że widzieliśmy, jak zachowałeś się w tej spalonej wiosce w dolinie — odparł chłodno Haitańczyk. — Złożyłeś hołd naszemu zamordowanemu dziecku, zamiast pluć na popioły, jak mają to w zwyczaju wasi oficerowie. Tylko ten jeden gest sprawił, że nie dostaliście dzisiaj kul w plecy.
Sebastian przełknął ślinę. Zrozumiał, jak blisko ostatecznej krawędzi się znajdowali i jak bardzo uważnie na tej wyspie obserwowano każdy ruch białego człowieka.
— Jestem kapitan Sebastian Wojciechowicz — oznajmił dobitnie. — Chcę rozmawiać z majorem Emilem Gołaszewskim.
Strażnicy wymienili czujne spojrzenia. Mężczyzna z blizną postąpił krok naprzód.
— W jakim celu?
— Mam wieści od… od wspólnych znajomych.
To było ryzykowne, ale kapitan czuł, że tutaj prosta, żołnierska mowa zdziała więcej niż dyplomatyczne wybiegi.
— Jestem Polakiem — dodał, kładąc nacisk na to słowo. — Tak jak major Gołaszewski. Chcę zobaczyć, jaką drogę obrał. I zrozumieć, dlaczego to zrobił.
Cisza, która zapadła, wydawała się nie mieć końca. Wreszcie żołnierz z blizną, jakby oceniając ciężar słów Sebastiana, skinął głową.
— Oni zostają — wskazał ruchem głowy na Francuzów i spiętą resztę polskiego oddziału. — Pójdziesz ze mną. Sam.
Sebastian zsiadł z konia i bez słowa oddał swoją broń najbliższemu partyzantowi. Dufresne natychmiast zaczął głośno protestować, wyrzucając z siebie groźby o sądzie polowym i zdradzie, ale kapitan uciszył go jednym, lodowatym spojrzeniem.
— Czekajcie tutaj — rzucił do swoich ludzi. — Jeśli nie wrócę do jutra, ruszajcie z powrotem do Cap-Français.
Kiedy ruszyli w głąb dżungli, prowadzony przez partyzanta Sebastian niemal od razu poczuł zmianę, jakby przeszedł na drugą stronę lustra. Kiedy tylko minęli zewnętrzną linię czujek, zniknęły zgliszcza i trupy przy drogach. Zamiast nich ujrzeli pola — uprawne, zadbane, pełne ludzi pracujących z przedziwnym spokojem na twarzach.
Szli przeszło godzinę. Ścieżka pięła się stromo pod górę, klucząc między głazami, przez wezbrane potoki i ukryte w gąszczu polany. Virgile — tak właśnie przedstawił się ów człowiek z blizną, zbiegły niewolnik z plantacji trzciny — oszczędnie szafował słowami, lecz każde z nich miało swoją wagę.
Po drodze mijali kolejne osady, w których tętniło życie. Żadnych zgliszcz…
Ruszył za przewodnikiem w głąb krainy, którą kazano mu szpiegować. Czuł jednak, że rzeczywistość nijak się ma do raportów, które czytał w porcie.
— To wszystko wasze? — zapytał.
— Nasze. — Virgile przytaknął. — Sami siejemy, sami zbieramy. Nikt nie wylicza nam daniny, nikt nie przychodzi nocą, by porwać syna do wojska albo córkę do pańskiego dworu. Nikt nie ćwiczy biczem za opieszałość.
— Przecież jesteście w stanie wojny.
— Jesteśmy. — Virgile przystanął, spoglądając na dymiące w oddali wioski. — Ale wojna toczy się tam, na granicach. Tu jest dom. Tu żyjemy tak, jak żyć się powinno — jak wolni ludzie.
— A co z tymi, którzy nie chcą chwytać za broń?
— Nikt ich nie zmusza. Ale większość chce. Bo wiemy, co nam zgotują Francuzi, jeśli tu wrócą.
Dłuższą chwilę szli w milczeniu.
— Widziałeś spalone sady? — spytał Virgile po jakimś czasie.
— Widziałem.
— To wasza robota. Francuzów.
— Wiem.
Virgile zatrzymał się i spojrzał mu prosto w oczy.
— I co ty na to, kapitanie?
Sebastian szukał właściwych słów.
— Myślę, że to wcale nie jest wojna — wyznał wreszcie. — To mord. A ci, którzy w nim uczestniczą, nie są godni żołnierskiego miana.
Virgile skinął głową, jakby ta odpowiedź ostatecznie go do niego przekonała.
— Major Gołaszewski mówi to samo. Dlatego rzucił służbę.
— I wy mu tak po prostu ufacie? Białym przybyszom, którzy przypłynęli was podbić?
— Nie od razu. — Virgile uśmiechnął się z odrobiną goryczy. — Ale człowiek pokazuje, kim jest, przez to, co czyni, a nie przez to, skąd go wiatr przygnał. Major i jego ludzie udowodnili nam to już wiele razy.
Pod wieczór dotarli na grzbiet, z którego roztaczał się widok na całą dolinę. Sebastian znieruchomiał. U stóp góry rozpościerał się obóz. Nad namiotami łopotały dwie flagi: biało-czerwona i czerwono-niebieska, haitańska. Wszędzie widać było ludzi — żołnierzy w pełnym rynsztunku i cywilów pracujących wspólnie przy wznoszeniu konstrukcji.
Dostrzegł coś, co przypominało szpital polowy, oraz grupę ludzi pod drzewem, słuchających mężczyzny, który kreślił coś patykiem na ziemi. To nie był zwykły obóz wojskowy. To była osada. Żywa wspólnota ludzi, którzy nie tylko walczyli, ale i budowali coś trwałego.
— To nasza brygada — powiedział Virgile. — I wszyscy ci, którzy do nas przystanęli.
Sebastian patrzył, próbując pogodzić ten widok z obrazem, który odmalował mu Rochambeau. Zdrajcy? Dezerterzy? Ludzie bez honoru? A on widział ład, dyscyplinę i coś na kształt braterstwa. Polaków uczących Haitańczyków rzemiosła wojennego i Haitańczyków, którzy odwdzięczali się wiedzą o tej trudnej ziemi.
Widział zalążek świata, w którym człowieka sądzi się po czynach, a nie po maści skóry.
A ty? — zapytał samego siebie. Kim ty jesteś w tym porządku? Szpiegiem czy gościem? Wrogiem czy tylko zabłąkanym wędrowcem?
Nie znał odpowiedzi. Wiedział jednak, że droga, którą tu przybył, zamknęła się za nim głucho.
Przypomniał sobie słowa Morela:
— Niech pan pozwoli, by to oni przeciągnęli pana na swoją stronę.
Wtedy brzmiały jak czysta prowokacja. Teraz, gdy patrzył na ten obóz, zaczynały nabierać sensu.
— Chodź — rzucił Virgile. — Zaprowadzę cię do majora.
Sebastian ruszył za nim, schodząc w głąb doliny. Każdy krok przybliżał go do odpowiedzi na pytanie, które dręczyło go od chwili, gdy usłyszał o buncie pod Hauteur Rouge: czy ci ludzie postąpili słusznie? Patrząc na to, co tu zastał, na spokój bijący od mieszkańców i porządek w obozie, zaczynał podejrzewać, że prawda wygląda inaczej, niż mu wmawiano w Cap-Français. Czuł narastający niepokój — nie wiedział jeszcze, co pocznie z tym odkryciem.
ROZDZIAŁ III
Spotkanie w górach
Góry nad Hauteur Rouge, Saint-Domingue,
Styczeń 1803 r.
Virgile prowadził go przez obóz niespiesznie, jakby zależało mu na tym, by Sebastian nacieszył oczy każdym szczegółem. Wojciechowicz szedł za nim, pilnując, by jego twarz pozostała maską obojętności, lecz to, co widział, burzyło cały jego mozolnie budowany spokój. Ten obóz był… inny. Wymykał się wszelkim wyobrażeniom.
Spodziewał się chaosu. Zgrai zbiegłych niewolników i renegatów, żyjących na podobieństwo dzikich zwierząt, żywiących się byle czym i sypiających pod gołym niebem. Tak malowali ich francuscy oficerowie w Cap-Français — jako hordy, które ledwo potrafią utrzymać karabin, a co dopiero toczyć regularną wojnę. Zamiast tego zastał ład.
Namioty i szałasy stały w równych rzędach. Latryny wykopano z dala od ujęcia wody. Wartownicy na posterunkach zachowywali czujność i żołnierską postawę. Z kuchni polowej niósł się zapach gotowanego ryżu i fasoli. W kuźni czarnoskóry kowal o barczystych ramionach sprawnie naprawiał zamki karabinów i ostrzył bagnety. I ludzie. Przede wszystkim ludzie.
Polacy i Haitańczycy żyli tu jeden obok drugiego. Pracowali i rozprawiali ze sobą jak… jak towarzysze broni. Nie jak panowie i służba, nie jak zwycięzcy i pokonani. Jak równi sobie. To uderzało najmocniej.
— Tutaj. — Virgile przystanął przed większym namiotem. — Zaczekaj. Powiem majorowi, że przybyłeś.
Zniknął wewnątrz, zostawiając Sebastiana pod strażą dwóch żołnierzy — Polaka i Haitańczyka. Stanęli po obu stronach wejścia z bronią u nogi. Obserwowali go bez wrogości, ale i bez cienia poufałości. Sebastian czekał, wodząc wzrokiem wokół.
Obok przeszły kobiety z koszami pełnymi prania. Jedna z nich, o twarzy naznaczonej śladami ospy, zerknęła na niego ciekawie i rzuciła coś do towarzyszki po kreolsku. Obie zachichotały, niknąc między szałasami. Zaraz za nimi pędziła gromadka dzieci — ciemnoskórych i, ku zdziwieniu Sebastiana, kilkoro o jasnej cerze, być może mulatów, a może dzieci polskich legionistów. Przymykały między namiotami, pochłonięte zabawą, krzycząc wniebogłosy. Jeden z nich, może sześcioletni malec, wpadł prosto na Sebastiana i odbił się od jego nóg.
— Pardon, monsieur! — pisnął po francusku i pognał dalej, nie czekając na odpowiedź.
Sebastian odprowadził go wzrokiem, czując dziwny ucisk w piersi. Dzieci. Tu były dzieci. W samym sercu obozu wojskowego, w ogniu wojny, bawiły się tak, jak bawią się dzieci na każdej szerokości geograficznej. Podeszła do niego starsza kobieta, ich opiekunka.
— Przepraszam za niego. Malcy nie znają granic — powiedziała po francusku, choć z twardym, kreolskim akcentem.
— Nie ma za co przepraszać. — odparł Sebastian. — Po prostu… nie spodziewałem się zastać tutaj dzieci.
Kobieta popatrzyła na niego z politowaniem.
— A gdzie niby mają być? To ich dom. Tu przyszły na świat albo tutaj uciekły szukając opieki. Tu mają co jeść, gdzie spać i spędzać czas ze sobą. Wojna to rzecz dorosłych. Dzieci muszą być dziećmi.
Odeszła za swoimi podopiecznymi, zostawiając Sebastiana z kolejną gorzką myślą do przetrawienia. Wojna to rzecz dorosłych. W Cap-Français widział, co Francuzi robili z potomstwem „buntowników”. Pamiętał krwawe żniwo pacyfikacji — małe ciała obok dużych, bez różnicy, bez litości. A tutaj dzieci się bawiły. Ten kontrast palił żywym ogniem.
Nieco dalej, przy ognisku, starszy mężczyzna w sutannie rozmawiał z grupą żołnierzy. Polacy, sądząc po mundurach. Kapelan — domyślił się Sebastian. Słyszał, że wśród dezerterów jest ksiądz, który odprawia msze i spowiada zarówno katolików, jak i tych, którzy pokładają ufność w bóstwach Haitańczyków.
Kawałek dalej, pod rozłożystym drzewem, siedziała grupa ludzi — w większości czarnoskórych. Słuchali w skupieniu mężczyzny, który kreślił coś patykiem na ziemi. Szkoła? Tutaj, w samym środku wojny?
— Kapitanie Wojciechowicz.
Sebastian odwrócił się gwałtownie. W wejściu do namiotu stał człowiek, którego szukał: major Emil Gołaszewski.
Wyglądał na młodszego, niż Sebastian go sobie wyobrażał. Mógł mieć trzydzieści lat, może niewiele więcej. Trudno było to ocenić, bo jego twarz nosiła wyraźne ślady zmęczenia, a brzemię odpowiedzialności wyraźnie dodawało mu lat. Miał ciemne włosy, ostre rysy i oczy w kolorze stalowej szarości, które patrzyły bez strachu, ale i bez cienia wrogości. Przy boku nosił szablę — starą, zapewne rodzinną pamiątkę, z rękojeścią ozdobioną herbem, którego Sebastian nie potrafił rozpoznać.
— Majorze — powiedział Sebastian i zasalutował odruchowo.
Gołaszewski nie odpowiedział regulaminowym gestem. Skinął tylko głową — był to ukłon między równymi sobie ludźmi, a nie uprzejmość oddana podwładnemu przez przełożonego.
— Słyszałem, że chciał pan się ze mną widzieć — odezwał się po polsku. — Ciekaw jestem, co kapitan armii francuskiej ma do powiedzenia zdrajcy.
Ostatnie słowo wypowiedział bez goryczy, niemal z nutą rozbawienia. Jakby dawno przestało go ranić.
— Nie przyszedłem pana osądzać — odparł ostrożnie Sebastian. — Chciałem tylko spróbować to zrozumieć.
— Zrozumieć?
— Dlaczego pan to zrobił. Dlaczego ci ludzie poszli za panem. Co takiego zobaczyliście, że… że to — wskazał na obóz wokół nich — wydało się panom lepsze niż służba Francji?
Gołaszewski przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, jakby ważył każde słowo.
— Niech pan wejdzie — zaprosił go do środka. — Napije się pan kawy i wtedy porozmawiamy.
Namiot urządzono skromnie: łóżko polowe, stolik z mapami, dwa krzesła i skrzynia na rzeczy osobiste. Żadnych luksusów ani oznak wysokiej rangi, jeśli nie liczyć dokumentów piętrzących się na blacie. Gołaszewski nalał kawy z dzbanka stojącego na małym piecyku. Pachniała mocno i gorzko.
— Haitańska — rzucił, podając kubek Sebastianowi. — Lepsza niż pomyje, które serwują w Cap-Français.
Sebastian upił łyk. Napar był rzeczywiście wyborny — aromatyczny, z nutą czegoś, czego nie potrafił nazwać. Przez chwilę siedzieli w milczeniu, pijąc i mierząc się wzrokiem. Dwóch Polaków, którzy powinni być braćmi, a stanęli po przeciwnych stronach frontu.
Sebastian rozejrzał się po wnętrzu. Na skrzyni zauważył książkę Clausewitza O wojnie. Obok leżał stary polski modlitewnik z mocno wytartą oprawą oraz niedokończony list, pisany ojczystym językiem.
— Do kogo piszesz? — zapytał, zanim zdążył ugryźć się w język.
Gołaszewski spojrzał na papier.
— Do matki. Do Polski. — Uśmiechnął się smutno. — Nigdy ich nie wysyłam. Piszę tylko po to… żeby nie zapomnieć, kim kiedyś byłem.
— Rozumiem — szepnął Sebastian, myśląc o własnych listach wysyłanych do domu.
— Naprawdę?
— Tak. Sam piszę do matki. Od lat.
Gołaszewski powoli skinął głową, jakby ta nagła, niespodziewana nić porozumienia coś między nimi zmieniła.
— Pyta pan, dlaczego to zrobiłem — podjął w końcu. — Odpowiedź jest prosta: bo nie mogłem postąpić inaczej.
— Nie rozumiem.
— Widział pan, co Francuzi wyprawiają na tej wyspie?
Sebastian zawahał się.
— Widziałem… pewne rzeczy.
— Pewne rzeczy? — Gołaszewski uśmiechnął się krzywo. — Spalone wioski? Trupy przy drogach? Psy gończe szczute na kobiety i dzieci?
Sebastian nie odpowiedział. Nie musiał.
— Ja też to widziałem. — Gołaszewski zapatrzył się w kubek z kawą. — I przez jakiś czas wmawiałem sobie to samo, co pan pewnie powtarza sobie teraz: że to wojna, konieczność, że ci ludzie są wrogami Republiki. Ale potem… — Urwał nagle. — …potem trafiłem w miejsce, które zmieniło wszystko.
— Gdzie? — zapytał Sebastian.
— Do laboratorium.
Sebastian zmarszczył brwi, nie rozumiejąc.
— Do laboratorium?
— Był taki plantator, nazywał się Dubois. Prowadził… badania. Na niewolnikach. Sprawdzał, ile bólu jest w stanie znieść człowiek, zanim ostatecznie pęknie. — Głos Gołaszewskiego był beznamiętny, co sprawiało, że jego słowa brzmiały jeszcze groźniej. — Byłem tam. Widziałem narzędzia i to, co z tych ludzi zostało. Wtedy zrozumiałem.
— Co pan zrozumiał?
— Że nie ma tu żadnej misji cywilizacyjnej. Żadnej wielkiej sprawy, która mogłaby usprawiedliwić nasze czyny. Została tylko chciwość, okrucieństwo i kłamstwa, którymi się karmimy, żeby móc zasnąć. — Gołaszewski spojrzał mu prosto w oczy. — Ja nie mogłem już dłużej przełykać tych kłamstw. A pan?
Sebastian nie potrafił odpowiedzieć. Słyszał o Dubois — chyba każdy o nim słyszał. Były porucznik, plantator, którego rebelianci wymienili na jeńców; człowiek podobno obłąkany, trzymany pod strażą gdzieś w Cap-Français. Ale te szczegóły były nowe. I budziły grozę.
— Nie wiem — przyznał w końcu szczerze. — Nie wiem już, co myśleć. Przyjechałem tutaj z rozkazami, z konkretnymi przekonaniami… z pewnością, że stoję po właściwej stronie. A teraz…
— A teraz widzi pan, że świat jest nieco bardziej skomplikowany?
— Tak.
Gołaszewski skinął głową, jakby ta odpowiedź w zupełności mu wystarczyła.
— To dobry początek — stwierdził. — Wątpliwości bywają początkiem mądrości. Pewność to zazwyczaj jej koniec.
Wstał i podszedł do wyjścia, odchylając płachtę namiotu.
— Niech pan sam zobaczy. Niech pan porozmawia z moimi żołnierzami, z Haitańczykami, z kim pan tylko zechce. Proszę ocenić na własne oczy, czy jesteśmy zdrajcami, czy może… kimś zupełnie innym.
Sebastian podniósł się z miejsca, niepewny, czy to zaproszenie, czy może rzucona mu rękawica.
— A co potem?
— Potem wróci pan do swoich i zdecyduje, co zrobić z własnym życiem. — Gołaszewski spoważniał. — Nie będę pana więził ani do niczego przekonywał. Każdy musi tę decyzję podjąć w samotności. Ja już wybrałem. Teraz kolej na pana.
Sebastian spędził w obozie resztę dnia. Włóczył się między namiotami i szałasami, obserwował i słuchał, próbując pojąć to, co widzi. Nikt go nie niepokoił. Po paru minutach wartownicy przestali go śledzić, jakby uznali, że nie stanowi zagrożenia.
Trafił do szpitala polowego. W dużym namiocie kobieta o skórze w odcieniu jasnego hebanu opatrywała rannych. Polacy i Haitańczycy leżeli na sąsiednich posłaniach, doglądani z taką samą troską. Pomagała jej młoda dziewczyna, również ciemnoskóra, w białym fartuchu i z dłońmi umazanymi ziołową miksturą.
— Kto to jest? — zapytał żołnierza, który właśnie opuszczał namiot z zabandażowanym ramieniem.
— Charlotte Duval — odparł mężczyzna czystą polszczyzną, z wyraźnym krakowskim akcentem. — Kobieta majora. Najlepsza znachorka, jaką w życiu widziałem. A ta młodsza to Simone. Też zna się na rzeczy.
— Kobieta majora?
Żołnierz uśmiechnął się szeroko.
— Tak. Major ma wielkie szczęście, że na nią trafił. Ona ma do nas anielską cierpliwość.
Mężczyzna odszedł, zostawiając Sebastiana z jeszcze większym zamętem w głowie.
Sebastian wahał się tylko przez moment, po czym przekroczył próg szpitala.
Wewnątrz panował trudny do opanowania zgiełk. Łóżka ustawiono ciasno, ranni leżeli jeden obok drugiego, a w ciężkim powietrzu zapach ziół i alkoholu mieszał się z odorem choroby oraz cierpienia. Mimo to dało się wyczuć coś jeszcze — dziwny spokój. Jakiś wewnętrzny porządek, który trzymał ten chaos w ryzach.
Charlotte Duval zauważyła go niemal natychmiast. Podniosła głowę znad pacjenta i zmierzyła przybysza wzrokiem. Nie było w tym nienawiści, raczej chłodna, uważna ocena.
— Jesteś ranny? — zapytała po francusku.
— Nie. Ja tylko…
— W takim razie nie przeszkadzaj.
Wróciła do pracy, pochylając się nad nogą młodego Haitańczyka. Sebastian stał niezręcznie przy wejściu, czując, że zawadza. Wtedy podeszła do niego Simone, niosąc miskę wody i czystą szmatkę.
— Skoro już tu stoisz, to się przydaj — rzuciła, wciskając mu naczynie w dłonie. — Zanieś to temu człowiekowi pod ścianą. Trzeba mu obmyć twarz.
Sebastian posłuchał bez słowa sprzeciwu. Podszedł do wskazanego posłania, na którym leżał biały mężczyzna w strzępach polskiego munduru. Gorączka wyraźnie malowała się na jego policzkach. Kapitan zaczął delikatnie zmywać pot z czoła nieznajomego, czując przy tym dziwny rodzaj bliskości, niemal intymności.
— Dziękuję… — wychrypiał żołnierz, nawet nie otwierając powiek. — Dziękuję.
Charlotte podeszła, by sprawdzić stan chorego. Przyłożyła mu dłoń do czoła.
— Gorączka spada — oznajmiła, tym razem po polsku. — Przeżyje. — Przeniosła wzrok na Sebastiana. — To ty jesteś tym kapitanem? Tym od Rochambeau?
— Tak.
— I po co tu przyszedłeś? Szukasz słabych punktów, żeby wiedzieć, gdzie uderzyć?
— Nie. Próbuję po prostu zrozumieć.
Charlotte przyglądała mu się przez dłuższą chwilę.
— Zrozumieć — powtórzyła pod nosem. — To dobre słowo. Znacznie lepsze niż większość tych, które słyszę od ludzi noszących twój mundur.
— Mówisz po polsku? — zapytał zaskoczony.
— Trochę. Emil mnie uczy. — Na jej twarzy pojawił się pierwszy cień uśmiechu. — To trudny język. Ale brzmi pięknie.
— Jak to się stało, że… że jesteś tutaj? Przy majorze?
Charlotte milczała, jakby zastanawiała się, ile prawdy może wyjawić obcemu.
— Jestem tam, gdzie powinnam być — odparła w końcu. — Przy człowieku, który patrzy na mnie jak na ludzką istotę. To więcej, niż może powiedzieć o swoim losie większość kobiet na tej wyspie.
Wróciła do swoich zajęć, a Sebastian wyszedł na zewnątrz. Miał w głowie jeszcze więcej pytań niż wtedy, gdy wchodził do namiotu.
Pod drzewem lekcja wciąż trwała. Sebastian podszedł bliżej i przyjrzał się nauczycielowi. Był to mężczyzna o cerze w kolorze jasnego brązu — mulat, jak określiliby go Francuzi. Miał inteligentną twarz i dłonie kogoś, kto częściej trzymał w ręku pióro niż karabin.
Uczniowie, w większości dorośli mężczyźni, siedzieli w półkolu. Patrzyli z nabożną czcią na litery, które nauczyciel kreślił patykiem na ubitej ziemi.
— A — mówił mężczyzna. — Jak Ayiti. Jak wolność w naszym języku.
Powtarzali za nim — niepewnie, łamiąc sobie języki, ale z ogromną determinacją w oczach. Sebastian stał i patrzył, czując narastający ucisk w gardle.
Przypomniał sobie Wielkopolskę pod pruskim zaborem. Tam też zakazywano nauki w ojczystym języku. Też karano tych, którzy próbowali opowiadać dzieciom o polskiej historii. I tam również znajdowali się ludzie — odważni i uparci — którzy robili to wbrew wszystkiemu i wszystkim.
Nauczyciel zauważył go i na moment przerwał lekcję.
— Chcesz się przyłączyć? — zapytał po francusku, uśmiechając się lekko.
— Ja… nie, dziękuję. Tylko patrzę.
— Vincent Marchand — przedstawił się mężczyzna, podchodząc bliżej. — A ty jesteś tym polskim kapitanem, o którym zdążyli już usłyszeć chyba wszyscy w obozie.
— Sebastian Wojciechowicz.
Vincent skinął głową i usiadł na kamieniu przy ścieżce, gestem zapraszając Sebastiana, by zrobił to samo. Uczniowie wykorzystali przerwę na krótką powtórkę; szeptali między sobą, sylabizując litery, które przed chwilą poznali.
— Widzę, że jesteś zaskoczony — podjął Vincent. — Szkoła w samym środku wojny. Dorośli, którzy mozolnie uczą się alfabetu. To nie pasuje do obrazu, jaki odmalowano ci w Cap-Français, prawda?
— Nie — przyznał Sebastian. — Mówili mi, że spotkam tu dzikusów. Buntowników bez krzty kultury i dyscypliny.
Vincent zaśmiał się cicho, bez cienia złośliwości.
— Dzikusy. Tak nazywają nas ludzie, którzy topią więźniów w morzu i szczują psami dzieci. — Pokręcił głową. — Wiesz, kapitanie, na czym polega prawdziwe barbarzyństwo? To wcale nie brak umiejętności czytania. Prawdziwe barbarzyństwo to system, który z rozmysłem trzyma ludzi w ciemnocie, bo łatwiej panować nad kimś, kto nie zna alfabetu i własnych praw.
— Ty sam jesteś… wolny?
— Należę do tych, których określa się mianem gens de couleur libre. Wolni kolorowi. — Vincent wskazał na swoją jasnobrązową skórę. — Mój ojciec był białym plantatorem, matka niewolnicą. Dostałem wolność, wykształcenie, a nawet skromny majątek. Ale nigdy nie zyskałem pełnych praw. Nigdy nie traktowano mnie z szacunkiem należnym białym.
— I dlatego tu jesteś?
— Jestem tu, bo uwierzyłem w coś ważniejszego niż własna wygoda. — Vincent popatrzył na swoich uczniów z mieszaniną dumy i smutku. — Tym ludziom przez całe życie wmawiano, że są gorsi. Że nie potrafią się uczyć, myśleć ani marzyć. A teraz patrzą na te litery i wiedzą, że to kłamstwo. Rozumieją, że mogą stać się, kim tylko zechcą.
Sebastian milczał, ważąc w myśli każde usłyszane słowo.
— W Polsce — odezwał się w końcu — też nie brakuje takich, którzy myślą podobnie. Uważają, że chłopom nauka jest niepotrzebna. Że wystarczy, jeśli potrafią orać i zbierać plony.
— I co ty o tym sądzisz?
— Kiedyś… kiedyś po prostu o tym nie myślałem. Wydawało mi się to naturalne. Tak było od zawsze. — Sebastian wzruszył ramionami. — Ale teraz… sam już nie wiem.
Vincent uśmiechnął się szerzej.
— To najuczciwsza odpowiedź, jaką mogłeś mi udzielić. Nie wiem to początek mądrości.
Wstał i wrócił do swoich uczniów. Sebastian siedział jeszcze przez chwilę, patrząc, jak dawni niewolnicy z nabożnym skupieniem kreślą na piasku własne imiona.
Czy to jest to samo? — zapytał samego siebie w myślach. Czy ci ludzie biją się o tę samą sprawę, o którą biliśmy się my?
Pytanie nie dawało mu spokoju, a on wciąż nie potrafił znaleźć na nie odpowiedzi.
Wieczorem, tuż przed odejściem, Sebastian spotkał jeszcze kilka osób, które ostatecznie zburzyły jego dotychczasowe wyobrażenie o Saint-Domingue.
Najpierw natknął się na kapitana Kornela Orzelskiego — jak się wkrótce dowiedział, zastępcę Gołaszewskiego. Spotkali się przypadkiem przy studni, gdy obaj napełniali manierki.
— Słyszałem o tobie — zagaił Orzelski, przyglądając mu się z mieszaniną zaciekawienia i rezerwy. — Kapitan od Rochambeau. Ten, który szuka zdrajców.
— Szukam prawdy — odparował Sebastian.
— Dla Francuzów to jedno i to samo — Orzelski pociągnął spory łyk wody. — Ale nie dla nas.
Był w podobnym wieku co Gołaszewski, może nieco młodszy. Cechowała go niezwykle żywa twarz i ruchliwe spojrzenie. Mimo beznadziejnego położenia, w jakim się znajdowali, biła od niego energia i optymizm, który w samym środku krwawej wojny wydawał się wręcz niestosowny.
— Ilu was tu jest? — zapytał Sebastian. — Mówię o Polakach.
— Wystarczająco wielu, by Rochambeau nie mógł spać spokojnie. — Orzelski uśmiechnął się szeroko. — A ty? Jak myślisz, ilu waszych oficerów przewraca się w nocy z boku na bok, zastanawiając się, co my tutaj właściwie robimy?
Sebastian milczał, a to milczenie było bardziej wymowne od jakiejkolwiek deklaracji.
W tej samej chwili przy studni pojawiła się Simone — ta sama dziewczyna, którą Sebastian widział wcześniej w szpitalu. Niosła ciężki dzban. Skinęła Orzelskiemu głową, a kapitan odpowiedział jej uśmiechem, którego Sebastian nie mógł przeoczyć.
— Kapitanie — odezwała się najpierw po kreolsku, a potem przeszła na francuski: — Charlotte prosi o więcej wody dla rannych.
— Już niosę — odparł Orzelski, wyraźnie rozpromieniony, jakby łączyła ich zażyłość wykraczająca poza zwykłe obowiązki.
Sebastian obserwował tę scenę z rosnącym zdumieniem. Orzelski — polski szlachcic, jeśli wierzyć nazwisku — i haitańska kobieta, być może kapłanka voodoo, rozmawiali ze sobą jak starzy przyjaciele. Albo jak ktoś sobie znacznie bliższy. Ten obóz łamie każdą zasadę, jaką dotąd uznawałem za świętą — pomyślał.
Simone napełniła naczynie i odeszła, a Orzelski odprowadzał ją wzrokiem znacznie dłużej, niż wymagała tego zwykła uprzejmość.
— Zaskoczony? — zapytał, zauważywszy minę Sebastiana.
— Trochę.
— Przyzwyczaisz się. Albo i nie. — Orzelski wzruszył ramionami. — Tutaj nic nie wygląda tak, jak nas uczono w szkołach. I może właśnie dlatego to wszystko ma sens.
Odszedł ze swoją manierką, zostawiając Sebastiana z jeszcze większym zamętem w duszy.
Jako ostatniego spotkał pewnego starszego żołnierza, który najmocniej zapadł mu w pamięć. Sierżant — sądząc po szewronach na rękawie — siedział przy ognisku i czyścił karabin z wprawą człowieka, który robił to tysiące razy w życiu. Jego twarz była stara, pocięta gęstą siecią zmarszczek i blizn, a oczy sprawiały wrażenie, jakby widziały już zbyt wiele.
— Siadaj, kapitanie — rzucił starzec, nie podnosząc wzroku znad broni. — Ciepło ognia należy się każdemu.
— Kamiński. Sierżant Kamiński. Jestem w armii od… niech to diabli, sam już nie pamiętam. Za dużo lat, za dużo kampanii.
— I teraz służysz tutaj. Pod zdrajcą.
Kamiński uniósł głowę. W jego spojrzeniu nie było gniewu — tylko bezgraniczne znużenie i coś na kształt politowania.
— Zdrajca? — powtórzył pod nosem. — Major Gołaszewski to najlepszy oficer, pod jakim przyszło mi służyć. I jedyny, który traktuje nas jak ludzi, a nie jak mięso armatnie.
— Ale przecież złamał przysięgę…
— Jaką znowu przysięgę? — Kamiński splunął prosto w żar ogniska. — Przysięgaliśmy wierność Francji? Tej samej, która rzuciła nas tutaj, żebyśmy zdychali na febrę i polowali na ludzi jak na dziką zwierzynę? Przysięgaliśmy Polsce? Przecież Polski nie ma na mapach od dziesięciu lat. A może przysięgaliśmy honorowi? Gdzie pan widzi honor w szczuciu psami kobiet i dzieci?
Sebastian milczał, nie znajdując żadnego argumentu.
— Posłuchaj mnie, kapitanie — ciągnął Kamiński, wracając do polerowania lufy karabinu. — Wiem, po co tu przyjechałeś. Masz swoje rozkazy. Wrócisz do sztabu i napiszesz raport o tym, co tu zobaczyłeś. Ale zanim to zrobisz, odpowiedz sobie na jedno pytanie.
— Jakie?
— Gdyby ktoś napadł na twoją wieś, spalił ci dom, wyrżnął rodzinę i zakuł cię w dyby — co byś zrobił? Leżałbyś pokornie, czekając na śmierć? Czy biłbyś się do upadłego, żeby odzyskać to, co twoje?
Sebastian nie potrafił wykrztusić ani słowa. Stary żołnierz skinął głową, jakby to milczenie było dla niego najlepszą odpowiedzią.
— No właśnie — mruknął. — Właśnie tak.
Virgile odprowadził go aż do granicy terytorium zajętego przez powstańców.
Przez większość drogi szli w milczeniu. Mijali te same ścieżki, te same wioski i pola uprawne, którymi szli poprzednio. Jednak teraz Sebastian patrzył na to wszystko inaczej. Tam, gdzie wcześniej widział „rebeliantów”, teraz dostrzegał po prostu ludzi. Zamiast „kryjówek wroga” widział domostwa. Zamiast zagrożenia — tętniące wokół życie.
Na skraju lasu Virgile zatrzymał się.
— Twoi ludzie czekają tam — wskazał dłonią wzgórze, na którym Sebastian zostawił swój oddział. — Możesz iść.
— Dziękuję — zaczął Sebastian. — Za… za wszystko.
Virgile przyjął to krótkim skinięciem głowy.
— Powiem ci coś na drogę: to nasze czyny nas definiują, a nie słowa, które wypowiadamy. Pamiętaj o tym.
Odwrócił się i zniknął między drzewami, zostawiając Sebastiana samego na granicy dwóch zupełnie obcych sobie światów.
Kapitan stał tam przez długą chwilę, patrząc na zmianę to w stronę obozu, który właśnie opuścił, to ku wzgórzu, gdzie czekali jego żołnierze. Widział przed sobą dwie drogi i dwie wersje tego, kim mógłby się stać. Wiedział, że ta wizyta niczego nie kończy — to był zaledwie początek. Wróci do Cap-Français, złoży raport i dalej będzie wykonywał rozkazy, ale coś w nim pękło. Coś, czego nie dało się już zignorować.
Wątpliwości są początkiem mądrości — przypomniał sobie słowa Gołaszewskiego. Pewność to jej koniec.
Sebastian miał teraz w sobie więcej wątpliwości niż kiedykolwiek dotąd. I paradoksalnie czuł, że to dobry znak.
Ruszył przed siebie, w stronę wzgórza, gdzie porucznik Dufresne zapewne odchodził już od zmysłów, czekając na wieści. Za jego plecami słońce chowało się za szczytami gór, barwiąc niebo purpurą i złotem — kolorami krwi i nadziei, które na tej wyspie zawsze splatały się w nierozerwalnym uścisku.
ROZDZIAŁ IV
Człowiek bez ojczyzny
Granica terytorium powstańczego, Saint-Domingue,
Luty 1803 roku
Sebastian schodził łagodnym zboczem, zostawiając za plecami obóz powstańców. Słońce chyliło się już ku horyzontowi, barwiąc niebo odcieniami pomarańczy i głębokiej czerwieni. W powietrzu unosiła się duszna woń dżungli — zapach wilgoci, butwiejących liści i kwiatów, których nazw Sebastian nie potrafiłby wymienić. Gdzieś w gęstwinie wrzeszczała papuga, a może jakiś inny tropikalny ptak, którego głosu nie znał.
W jego głowie panował zamęt. Wszystko, co zobaczył — szkoła, szpital, dzieci bawiące się swobodnie między namiotami, Polacy i Haitańczycy żyjący ramię w ramię — kłóciło się z obrazem, który nosił w sobie od miesięcy. Z wizją krwawych dzikusów, którzy potrafią tylko mordować białych i palić plantacje. Z wyobrażeniem zdrajców, którzy przehandlowali honor za iluzję wolności. Kim oni właściwie są? — pytał samego siebie. I kim ja jestem, skoro nie potrafię już na to pytanie odpowiedzieć?
Na wzgórzu, gdzie Sebastian zostawił swój oddział, czekał porucznik Dufresne. Francuz siedział na kamieniu i z miną zdradzającą znudzenie bawił się pistoletem. Gdy tylko dostrzegł kapitana, zerwał się na równe nogi i ruszył mu na spotkanie.
— Kapitanie! Nareszcie! Zaczynałem się już martwić.
— Niepotrzebnie — uciął Sebastian.
— Nie było pana cały dzień. Co pan tam robił?
Sebastian zmierzył go chłodnym wzrokiem. Dufresne był młody — mógł mieć najwyżej dwadzieścia pięć lat — i biła od niego ta irytująca ambicja, która cechuje ludzi przedkładających karierę nad wszystko inne. Jego mundur był nieskazitelnie czysty, jakby chłopak nie spędził ostatnich godzin na czuwaniu w tropikalnym skwarze.
— Rozmawiałem — odparł krótko Sebastian. — Obserwowałem. Zbierałem informacje.
— I co? Czego się pan dowiedział? Ilu mają ludzi? Jak są uzbrojeni? Gdzie szukać słabych punktów?
— Wszystko znajdzie się w raporcie dla generała Rochambeau.
Dufresne wyglądał na rozczarowanego, ale nie ośmielił się nalegać. Sebastian rozejrzał się po biwaku — prowizorycznym obozowisku między skałami, gdzie żołnierze czekali na jego powrót. Polacy, jak to mieli w zwyczaju, siedzieli osobno. Sierżant Ziółkowski uniósł głowę i skinął mu krótko. W jego oczach Sebastian dostrzegł to samo pytanie, które sam sobie zadawał: I co teraz, panie kapitanie?
— Zbierać się! — rozkazał głośno. — Ruszamy do Cap-Français.
Marsz powrotny trwał cały dzień. Szli przez góry i dżunglę, mijając spalone wioski oraz pola, które niegdyś karmiły tysiące ludzi, a teraz leżały odłogiem. Był to dzień pełen milczenia, przerywanego jedynie krótkimi komendami. Sebastian szedł na przedzie, mając Dufresne’a u boku. Francuz kilkakrotnie próbował nawiązać rozmowę — o strategii, polityce, a nawet o kobietach z Cap-Français — ale Sebastian zbywał go półsłówkami, aż w końcu porucznik zrezygnował.
Za nimi podążało dwudziestu żołnierzy: dziesięciu Francuzów pod dowództwem sierżanta Marcela i dziesięciu Polaków, którymi kierował Ziółkowski. Podczas postoju na odpoczynek Ziółkowski przysiadł się do Sebastiana.
— Panie kapitanie — szepnął po polsku, upewniwszy się, że Francuzi ich nie słyszą. — Mogę o coś zapytać?
— Słucham.
— Jacy oni są? Ci nasi… Polacy po tamtej stronie?
— Są… inni, niż myślałem — przyznał w końcu. — Lepiej zorganizowani. Bardziej zdeterminowani. I wydało mi się to wszystko znacznie bardziej ludzkie.
— Ludzkie?
— Tak. Traktują się z szacunkiem. Wszyscy. — Spojrzał Ziółkowskiemu prosto w oczy. — Wiem, że to brzmi dziwnie. Ale tam, w ich obozie, nie widziałem podziału na panów i niewolników. Zobaczyłem wspólnotę.
Ziółkowski skinął głową, powoli trawiąc te słowa.
— A co z nami? — zapytał cicho. — Co my mamy?
Sebastian nie odpowiedział. Nie musiał.
Następnie natknęli się na francuski patrol.
Było ich dwudziestu — brudni, wycieńczeni, o spojrzeniach ludzi, którzy widzieli już zbyt wiele. Dowodził nimi porucznik Garnier, człowiek o twarzy gęsto porytej śladami po ospie i oczach wypranych z jakichkolwiek emocji.
— Kapitan Wojciechowicz? — zagaił Garnier, salutując z wyraźnym lekceważeniem. — Słyszałem, że myszkuje pan po tych górach.
— Misja wywiadowcza na rozkaz generała Rochambeau — uciął Sebastian.
— Ach, wywiad. — Garnier splunął pod nogi. — My też zbieraliśmy informacje. Wczoraj. W tej wiosce tuż za wzgórzem.
W tonie jego głosu było coś, co sprawiło, że Sebastiana przeszedł lodowaty dreszcz.
— I czego się dowiedzieliście?
— Znaleźliśmy rebeliantów. Albo tych, którzy im pomagali. Trudno teraz orzec. — Garnier wzruszył ramionami. — To już bez znaczenia.
— Co z nimi zrobiliście?
— To, co należało.
Sebastian nie pytał o szczegóły. Nie musiał. Skutki tej wizyty widział na własne oczy przez kolejne dwie godziny marszu: dopalające się chaty, ciała porzucone przy trakcie i ten specyficzny odór, którego nie sposób pomylić z niczym innym.
Najmocniej jednak uderzył go widok dziecka — może ośmioletniego — leżącego na skraju ścieżki. Miało martwe oczy wciąż otwarte, wpatrzone w bezchmurny błękit nieba, jakby pytało o sens swojego losu.
Tej nocy sen nie nadchodził. Sebastian leżał pod gwiazdami i wciąż wracał myślami do wioski, którą minęli. Myślał o ludziach, którzy tam mieszkali, i o tym, czy ktokolwiek z nich faktycznie sprzyjał powstańcom. Zastanawiał się, czy miało to w ogóle jakiekolwiek znaczenie dla ich oprawców.
To, co należało — powiedział Garnier.
Ale co tak naprawdę „należało” zrobić? I kto rościł sobie prawo, by o tym decydować?
Cap-Français, Saint-Domingue,
tego samego wieczora
Dotarli do celu pod wieczór. Miasto wyglądało dokładnie tak, jak Sebastian je zapamiętał — port pękał w szwach od okrętów, ulice zalewało wojsko, a w powietrzu wisiało duszne napięcie. Teraz jednak patrzył na to wszystko innymi oczami. Widział lęk w spojrzeniach czarnoskórych mieszkańców, którzy pospiesznie schodzili białym z drogi. Widział butę francuskich oficerów. Dostrzegł też szubienice na głównym placu — na razie puste, ale z pewnością nie na długo.
To jest nasza strona — pomyślał z goryczą. Właśnie ta.
Dufresne odłączył się od nich przy bramie fortu.
— Zamelduje się pan u generała, kapitanie? — zapytał.
— Tak. Natychmiast.
— Może powinienem pójść z panem? Jako świadek misji?
— Nie ma potrzeby. — Sebastian spojrzał na niego twardo. — To mój raport. Złożę go sam.
Dufresne poczuł się wyraźnie urażony, ale tylko skinął głową i odszedł. Sebastian odprowadził go wzrokiem — patrzył na jego nienaganną postawę, pewny krok i mundur, który wyglądał, jakby przed chwilą wyszedł spod igły krawca.
Dokładnie tak samo wyglądałem kilka lat temu — pomyślał. Pewny siebie. Przekonany o swoich racjach. Święcie wierzący, że wiem, co jest słuszne.
Dziś nie był pewien już niczego.
Rochambeau przyjął go w tym samym gabinecie co poprzednio. Te same mapy na ścianach, ten sam portret Napoleona, ten sam zapach cygar i starej skóry.
— Kapitan Wojciechowicz. — Generał nawet nie drgnął za biurkiem. — Mam nadzieję, że pański… rekonesans był owocny.
— Tak, panie generale.
— Zatem słucham. Co pan tam zobaczył?
Sebastian zawahał się przez ułamek sekundy — wystarczająco długo, by Rochambeau zmrużył oczy.
— Obóz jest dobrze zorganizowany — zaczął ostrożnie. — Fortyfikacje są prowizoryczne, ale spełniają swoje zadanie. Liczbę ludzi szacuję na około dwustu Polaków i podobną grupę Haitańczyków. Uzbrojenie standardowe: karabiny, pistolety, szable. Artylerii nie dostrzegłem.
— A morale?
— Wysokie. — To słowo wyrwało mu się, zanim zdążył je powstrzymać. — Są zdeterminowani. Wierzą w to, co robią.
Rochambeau zmarszczył czoło.
— Wierzą? W co niby?
— W wolność, generale. W niepodległość Haiti.
Cisza, która zapadła w gabinecie, stała się ciężka niczym tropikalny zaduch przed burzą.
— Ciekawe — wycedził w końcu Rochambeau, bawiąc się piórem. — Bardzo ciekawe. A co z Gołaszewskim? Rozmawiał pan z nim?
— Tak.
— I co?
Sebastian szukał słów, które oddałyby prawdę, a jednocześnie nie sprowadziły na niego kłopotów.
— Jest święcie przekonany o słuszności swoich racji. Nie sądzę, by dało się go namówić do powrotu.
— Próbował pan chociaż?
— Rozmawialiśmy. O Polsce, o wojnie, o pobudkach, jakimi się kierował.
Rochambeau wstał i podszedł do okna. Stanął tyłem do Sebastiana, przez dłuższą chwilę obserwując port.
— Co dokładnie pan mu powiedział, kapitanie?
Coś w tonie generała sprawiło, że Sebastiana przeszedł lodowaty dreszcz.
— Użyłem standardowych argumentów. Że Francja potrafi wybaczać. Że powrót do służby nie pociągnie za sobą konsekwencji. Że amnestia wciąż jest możliwa.
— A on?
— Odmówił. Stwierdził, że nie ma już do czego wracać.
Rochambeau odwrócił się gwałtownie. W jego oczach płonęło coś niepokojącego — zimna kalkulacja, która nie miała nic wspólnego z honorem oficera.
— Kapitanie Wojciechowicz, znam ludzi. Znam oficerów, znam żołnierzy i znam zdrajców. Wiem doskonale, kiedy ktoś nie mówi mi całej prawdy.
Sebastian zmusił się do zachowania spokoju.
— Generale, zameldowałem o wszystkim, co ustaliłem.
— Doprawdy? — Rochambeau uśmiechnął się, ale była to tylko drwiąca maska. — Dlaczego zatem odnoszę wrażenie, że coś pan przede mną ukrywa?
— Nie rozumiem…
— Spędził pan cały dzień w obozie wroga. Rozmawiał pan z dezerterami. A wraca pan z raportem, który brzmi dokładnie tak, jakbym sam go sobie napisał: że mają dwustu ludzi, że są uparci i że nie ma mowy o układach. — Rochambeau pochylił się nad blatem. — To zbyt gładkie, kapitanie. Zbyt… czyste.
Sebastian nie spuścił wzroku, choć czuł, jak serce wali mu w piersi niczym młot.
— Generale, przekazuję fakty. To, co widziałem i słyszałem. Nic ponadto.
Rochambeau wpatrywał się w niego przez długą chwilę, jakby usiłował przejrzeć go na wylot. W końcu skinął głową — powoli, z wyraźnym powątpiewaniem.
— Zatem stracony czas?
— Nie powiedziałbym tego, panie generale. Wiemy teraz więcej o ich liczebności, pozycjach i nastrojach. To istotne informacje.
Generał znów przytaknął, lecz w jego spojrzeniu wciąż czaiła się ta sama lodowata kalkulacja, która nie miała nic wspólnego z żołnierskim rzemiosłem.
— Dobrze, kapitanie. Niech pan spisze szczegółowy raport i dostarczy go do mnie jutro. A teraz… — wstał i podszedł do okna — …chcę, by zobaczył pan coś innego. Coś, co pomoże panu zrozumieć, z kim naprawdę mamy tutaj do czynienia.
To, co Rochambeau zamierzał mu pokazać, znajdowało się na dziedzińcu fortu. Sebastian szedł za generałem korytarzami, z każdym krokiem czując narastający ucisk w piersi. Głos Rochambeau, jego cierpki uśmiech i to, w jaki sposób cedził słowa, nie zapowiadało niczego dobrego.
Wyszli na plac i Sebastian zamarł. Pod murem stało dwudziestu mężczyzn — czarnoskórych, obnażonych do pasa, ze skrępowanymi rękami. Naprzeciw nich, w nienagannym szyku, zastygł pluton egzekucyjny z bronią u nogi. Nieopodal, na prowizorycznym podwyższeniu, siedział oficer prowadzący przesłuchanie.
— Co to ma być? — zapytał Sebastian, choć doskonale znał odpowiedź.
— Dalszy ciąg śledztwa — odparł spokojnie Rochambeau. — Schwytaliśmy ich ubiegłej nocy. Próbowali przemycić żywność dla buntowników.
— Za dostawę żywności czeka ich…?
— Śmierć? Oczywiście. — Rochambeau wzruszył ramionami. — To wrogowie Republiki, kapitanie. Każdy, kto wspiera rebeliantów, staje się naszym nieprzyjacielem. Bez wyjątków.
Sebastian patrzył na skazańców. Byli przerażeni — widział to w ich uciekających spojrzeniach, w drżeniu ramion i w ruchu warg tych, którzy szeptali ostatnie modlitwy. Jeden z nich był stary — mógł mieć sześćdziesiąt lat, może więcej. Inny był niemal dzieckiem — miał najwyżej siedemnaście lat.
Dzieci muszą pozostać dziećmi — przypomniał sobie słowa starej kobiety z obozu. Tutaj jednak dzieci traktowano jak wrogów.
Sebastian dostrzegł podobieństwo rysów — ten sam kształt czoła, ten sam wyraz oczu. Ojciec i syn. Stali obok siebie, ramię w ramię, jakby chcieli osłonić się nawzajem przed tym, co nieuchronne. Młodszy płakał cicho. Ojciec szeptał mu coś do ucha — pewnie słowa otuchy, których Sebastian nie mógł dosłyszeć. Widział jednak, jak starszy mężczyzna mocno ściska dłoń chłopaka. To był ostatni gest miłości, jaki im pozostał.
Mógłbym stać tam ja i mój ojciec — pomyślał nagle Sebastian. Gdyby pruskie władze w Wielkopolsce były tak bezwzględne jak Rochambeau. Gdyby zamiast przymusowego poboru wybrały masowe egzekucje.
Poczuł, jak coś w nim pęka. Coś, co dotąd pozwalało mu wierzyć w „słuszną sprawę” i „konieczne środki”. Coś, co pozwalało mu dotąd patrzeć na wojnę i znajdować dla niej usprawiedliwienie.
To nie była wojna. To było zwykłe morderstwo.
Przesłuchanie ciągnęło się przez całą godzinę. Kapitan Reynaud — o którego nazwisku Sebastian dowiedział się nieco później — stawiał pytania beznamiętnie, niemal mechanicznie. Gdzie ukryto obozy buntowników? Ilu mają ludzi? Skąd biorą broń? Kto pomaga im tutaj, w mieście?
Większość więźniów milczała — albo z niewiedzy, albo z uporu. Tych, którzy nie chcieli mówić, katowano pięściami i kolbami karabinów, a czasem chłostano batem. Sebastian widział na własne oczy, jak krew spływa im po plecach, a skóra pęka pod kolejnymi razami.
W końcu jeden z nich — ten stary — pękł. Zaczął wyrzucać z siebie nazwy, miejsca i imiona. Reynaud skrupulatnie wszystko notował, co jakiś czas z zadowoleniem przytakując głową. Kiedy skończył, dał znak plutonowi egzekucyjnemu.
— Czekajcie! — rzucił Sebastian, zanim zdążył ugryźć się w język. — Przecież ten człowiek mówił. Wyjawił wszystko, co wiedział.
Reynaud spojrzał na niego z wyraźnym rozbawieniem.
— I co z tego?
— Jak to co? Nie powinien zostać rozstrzelany. Skoro poszedł na układ…
— Kapitanie — Reynaud mówił takim tonem, jakby tłumaczył dziecku rzecz oczywistą — ten człowiek to buntownik. To, że zaczął sypać, niczego nie zmienia. Wykorzystamy te informacje, ale nie możemy zostawić go przy życiu. Jaki dalibyśmy tym czarnuchom przykład?
— Przykład czego?
— Tego, że zdrada popłaca. Że można wydać swoich i przeżyć. — Reynaud uśmiechnął się lodowato. — Lepiej, żeby wiedzieli, że czeka ich tylko śmierć. Wtedy przynajmniej niektórzy wybiorą szybką kulę zamiast długich tortur.
Sebastianowi zabrakło tchu, by odpowiedzieć. Pluton uniósł karabiny. Salwa uderzyła niczym nagły grzmot. Dwudziestu mężczyzn zwaliło się na ziemię niczym podcięte drzewa.
Ten stary — ten, który zdradził towarzyszy w nadziei na litość — padł ostatni. Dostał w brzuch, nie w serce. Przez kilka minut skręcał się w pyle, charcząc i brocząc krwią. Nikt nie podszedł, by go dobić.
Tej nocy Sebastian nie zmrużył oka. Leżał na twardej pryczy, wbijał wzrok w powałę i słuchał odgłosów nocnego miasta. Jednak zamiast gwaru ulic słyszał echo salwy. Zamiast blasku latarni widział padające ciała. Zamiast zapachu morza dławił go fetor krwi, odchodów i spalonego prochu.
Czy to naprawdę jest strona, po której chcę stać?
To pytanie drążyło go bez litości. Widział już oba oblicza tej wojny: obóz Gołaszewskiego, gdzie bawiły się dzieci, a dorośli mozolnie sylabizowali litery, oraz dziedziniec Rochambeau, gdzie zabijano za przemycanie jedzenia. Widział Charlotte, która z czułością opatrywała rannych, i Reynauda, który z obojętnością notował zeznania katowanych ludzi. Widział Vincenta kreślącego alfabet na piasku i pluton egzekucyjny celujący w związanych jeńców.
Która z tych dróg była słuszna? Odpowiedź wydawała się oczywista i właśnie dlatego była tak bolesna. Przyjęcie jej oznaczałoby bowiem, że wszystko, w co Sebastian dotąd wierzył — lojalność wobec Francji, misja cywilizacyjna, sens walki Legionów — było jedynie kłamstwem. Musiałby przyznać przed samym sobą, że przez te wszystkie lata służył złu, mając usta pełne frazesów o krzewieniu słusznych wartości.
A na to nie był jeszcze gotowy.
Następnego dnia udał się do swoich ludzi. Dziesięciu Francuzów pod wodzą sierżanta Marcela i dwudziestu Polaków pod dowództwem Ziółkowskiego kwaterowało w osobnej części fortu. Francuzi trzymali się na uboczu — jedli przy własnym ogniu, spali osobno, rozmawiali tylko ze sobą. Między nimi a Polakami wyrastał mur zbudowany z niechęci i pogardy.
Sebastian przyszedł do nich bez uprzedzenia. Chciał poczuć ich nastroje, sprawdzić, czy oni również widzą to, co on. Polacy siedzieli w kącie dziedzińca, przy nędznym palenisku. Przeżuwali to, co im wydzielono: twarde suchary i kawałki solonego połcia. Jedzenie było marne — z konsternacją zauważył, że gorsze niż w obozie powstańców. Tam jadano świeże owoce, ryż, czasem dziczyznę. Tutaj dostawali resztki z magazynów, które i tak w pierwszej kolejności trafiały do żołądków Francuzów.
Rozmawiali po polsku, ściszonymi głosami, jakby za wszelką cenę chcieli uniknąć podsłuchiwania ze strony Francuzów.
— …mówię ci, widziałem to na własne oczy. Topili ich. Całe łodzie wyładowane ludźmi wypływały w morze i wracały puste.
— Kurwa mać. I my mamy brać w tym udział?
— A co zrobisz Felicjan? Zdezerterujesz jak ci spod Hauteur Rouge?
Zapadła cisza. Sebastian zbliżył się do ogniska, a żołnierze momentalnie umilkli, mierząc go wzrokiem pełnym szacunku zmieszanego z niepokojem.
— Panie kapitanie — zaczął Ziółkowski, zrywając się na równe nogi. — Nie spodziewaliśmy się pana…
— Siadaj, sierżancie. Przyszedłem porozmawiać, nie robić inspekcję.
Ziółkowski usiadł, ale napięcie wcale nie zelżało. Sebastian przyjrzał się ich twarzom — były zmęczone, spalone słońcem i postarzałe znacznie bardziej, niż wskazywałaby na to metryka.
— O czym była mowa? — zapytał, przysiadając się do nich.
Wymienili szybkie spojrzenia. Nikt nie kwapił się do odpowiedzi.
— O tym, co tu oglądamy, panie kapitanie — odezwał się w końcu szeregowy Chwaciński, ten młody chłopak z Łodzi. — O topielcach. O psach szczutych na ludzi. O tym wszystkim.
— I co o tym myślicie?
Znów ta sama gra spojrzeń.
— Panie kapitanie — odezwał się ostrożnie kapral Kujawski. — Czy to pytanie dowódcy kierowane do podwładnych?
— Nie. To pytanie Polaka do Polaków. Co sądzicie o tej wojnie?
Kujawski z trudem przełknął ślinę.
— Myślę… myślę, że nie o taką wojnę prosiliśmy. Kiedy wstępowałem do Legionów, wyobrażałem sobie, że będę bił się o Polskę, a nie polował na czarnych na zlecenie Francuzów.
— Myślę tak samo — dorzucił Chwaciński. — Mój dziadek walczył pod Kościuszką. O wolność. A ja co tutaj robię? Patrzę, jak morduje się bezbronnych w porcie.
— Ale co nam zostało? — wtrącił inny żołnierz, starszy mężczyzna z głęboką blizną na policzku. — Dezercja? Chcecie skończyć z kulą w plecach jak ci od Gołaszewskiego?
— A może właśnie oni mieli rację? — Chwaciński rzucił mu wyzywające spojrzenie. — Może to my stoimy po złej stronie frontu?
— Cicho bądź! — syknął Ziółkowski, rozglądając się nerwowo wokół. — Chcesz, żeby nas postawili pod mur za zdradę?
Sebastian słuchał ich w milczeniu. Widział, że są rozdarci dokładnie tak samo jak on. Widzieli ten sam brud, czuli ten sam odór zgnilizny moralnej i zadawali sobie te same, przeklęte pytania.
— Nie mam zamiaru nikogo rozstrzeliwać — odezwał się w końcu kapitan. — Ani na nikogo donosić. Ale chcę, żebyście wiedzieli jedno: widziałem tych ludzi. Tych rzekomych zdrajców z Hauteur Rouge. Nie są tacy, jak ich nam opisywano.
— Widział ich pan? — Kujawski pochylił się gwałtownie do przodu. — Jak… jak oni tam żyją?
— Jak ludzie. Pod wieloma względami lepiej niż my tutaj. Mają szpital, szkołę, jakąś organizację. I mają coś, czego nam zaczyna brakować.
— Co takiego?
Sebastian przez moment szukał właściwego słowa, by nie zabrzmiało zbyt górnolotnie.
— Cel. Wiedzą, po co giną. My… my tylko wykonujemy rozkazy.
Cisza, która nastała po tych słowach, różniła się od poprzednich. Była cięższa, gęstsza. Każdy z nich trawił tę odpowiedź, szukając w niej potwierdzenia własnych lęków, które dręczyły ich od miesięcy.
— I co pan zamierza z tym zrobić, panie kapitanie? — zapytał wreszcie Ziółkowski.
Sebastian wstał i otrzepał mundur.
— Jeszcze nie wiem — przyznał zgodnie z prawdą. — Ale kiedy podejmę decyzję… dowiecie się o niej jako pierwsi.
Odszedł w mrok, zostawiając ich z myślami, których sam wciąż nie potrafił do końca uporządkować.
Tydzień później Sebastian dostał nowe rozkazy. Tym razem nie miał zapuszczać się w góry; wywiad miał prowadzić tu, w mieście.
— Mamy pewność, że buntownicy mają szpiegów w Cap-Français — oznajmił Rochambeau. — Wolni kolorowi, być może nawet niektórzy biali. Chcę, żeby pan ich wytropił.
— Jak mam to zrobić?
— Ma pan swoje dojścia. Ten pułkownik Morel, o którym wspominałem. Służy u Dessalinesa, ale cechuje go… elastyczność poglądów. Niech pan go wykorzysta. Proszę sprawdzić, kto w mieście pracuje dla rebeliantów.
Sebastian skinął głową, choć w głębi duszy czuł narastający opór. Morel. Człowiek, który sugerował mu, by dał się przeciągnąć na drugą stronę. Człowiek czytający Monteskiusza i marzący o zakończeniu wojny z jak najmniejszą liczbą ofiar. Czy miał go teraz zdradzić? Użyć jako przynęty do wyłapywania szpiegów?
— Zrozumiałem, panie generale — odrzekł.
Przytaknął, lecz wcale nie zamierzał ślepo wykonywać tego rozkazu.
Wychodząc z gabinetu, niemal zderzył się z Dufresne’em. Młody Francuz czekał na korytarzu z miną, którą Sebastian znał aż zbyt dobrze — z tą mieszanką ciekawości i gorliwości, typową dla karierowiczów w każdej armii świata.
— Kapitanie! Jak poszło?
— W porządku.
— Generał był zadowolony z raportu?
Sebastian przystanął i przyjrzał się porucznikowi. Dufresne był wzorcowym produktem francuskiego systemu kolonialnego — dobrze wychowany, ambitny i całkowicie pozbawiony wyrzutów sumienia. Dla niego ta wojna była jedynie okazją do zdobycia szlifów i orderów, a nie dylematem moralnym.
— Poruczniku — zaczął powoli Sebastian — mogę o coś zapytać?
— Oczywiście, panie kapitanie.
— Co pan sądzi o tym, co tu robimy? O tej całej wojnie?
Dufresne wyglądał na szczerze zaskoczonego.
— Co myślę? No cóż… przywracamy ład. Tłumimy rebelię. Bronimy interesów Francji. — Wzruszył ramionami. — To nasza misja, czyż nie?
— A metody? Te psy, topienie ludzi, egzekucje?
— Konieczność. Generał Rochambeau wie, co robi. Ci ludzie rozumieją wyłącznie siłę.
— Wyłącznie siłę — powtórzył Sebastian. — I właśnie dlatego mordujemy kobiety i dzieci?
Dufresne zmarszczył brwi.
— Kapitanie, z całym szacunkiem, ale to rebelianci. Ich kobiety rodzą buntowników, a ich dzieci na nich wyrosną. To jak… wyrywanie chwastów. Trzeba usunąć korzenie, bo inaczej odrosną.
Sebastian patrzył na niego przez dłuższą chwilę. Nie potrafił pojąć, jak ten młody człowiek może wygłaszać takie opinie bez mrugnięcia okiem. Jak można porównywać ludzi do chwastów i uważać to za logiczny wywód.
— Dziękuję, poruczniku — rzucił w końcu. — To było… pouczające.
Odszedł, zostawiając Dufresne’a z miną wyrażającą całkowite zmieszanie.
Tak właśnie wygląda zło, pomyślał Sebastian. Nie ma rogów ani kopyt. Nosi mundur i ma nienaganne maniery. Mówi o „konieczności” i „misji”, jakby to tłumaczyło każdą podłość. I nigdy — przenigdy — nie dręczą go koszmary. Sebastiana dręczyły co noc. Może właśnie to jeszcze pozwalało mu zachować resztki człowieczeństwa.
Z Morelem spotkał się w tej samej kawiarni co poprzednim razem. Pułkownik siedział przy tym samym stoliku, znów z książką w dłoniach. Sebastian rzucił okiem na tytuł: Rozważania o przyczynach wielkości Rzymian i ich upadku. A jednak to znowu Monteskiusz, uświadomił sobie po chwili. Pułkownik najwyraźniej miał jednego ulubionego autora.
— Kapitan Wojciechowicz — przywitał go Morel, odkładając lekturę. — Słyszałem, że odwiedził pan naszych wspólnych znajomych w górach.
— Odwiedziłem.
— I jakie wrażenia?
Sebastian spoczął na krześle, bijąc się z myślami. Zastanawiał się, ile może wyjawić. Ile powinien powiedzieć i komu tak naprawdę winien jest teraz lojalność.
— Inne, niż się spodziewałem — odparł ostrożnie.
— Domyślam się. — Morel uśmiechnął się blado. — Rochambeau zapewne roztaczał przed panem wizje krwiożerczych buntowników, którzy pożerają białych na śniadanie. A pan ujrzał szkołę, szpital i ludzi, którzy odnoszą się do siebie z szacunkiem.
— Skąd pan wie, co tam widziałem?
— Mam własne źródła, kapitanie. Tak samo jak pan ma swoje. — Morel pochylił się nad blatem. — Ale nie przyszedł pan tutaj, by pytać o moją sieć informatorów. Przyszedł pan, bo dostał pan rozkazy. Rozkazy, w których ja sam odgrywam główną rolę.
Sebastian znieruchomiał.
— Jak… skąd…?
— Wiem, że Rochambeau chce, bym pomógł panu wytropić szpiegów w mieście. Liczy na to, że podam panu nazwiska i adresy, które później przekaże pan francuskim żandarmom. — Morel mówił beznamiętnie, jakby omawiał prognozę pogody. — Pytanie brzmi: czy faktycznie pan to zrobi?
Sebastian milczał przez dłuższą chwilę.
— Nie wiem — przyznał w końcu szczerze.
— To uczciwe postawienie sprawy. — Morel przytaknął. — Pozwoli pan jednak, że zadam panu inne pytanie?
— Słucham.
— Co pan widział na dziedzińcu fortu przed trzema dniami?
Sebastian poczuł, jak żołądek zaciska mu się w twardy supeł.
— Skąd pan…
— Nieważne skąd. Co pan tam widział?
— Egzekucję. Dwudziestu ludzi rozstrzelanych za próbę dostarczenia żywności.
— A jeden z nich — ten starzec — zaczął współpracować. Mówił. Wydał towarzyszy. I mimo to posłali mu kulę w trzewia.
— Tak.
— Co pan o tym sądzi?
Sebastian nie odpowiedział. Nie było takiej potrzeby.
— Kapitanie Wojciechowicz — Morel spoważniał, a z jego twarzy zniknął cień uśmiechu — znalazł się pan na rozdrożu. Może pan nadal służyć u Rochambeau, sumiennie wypełniać rozkazy, asystować przy egzekucjach i wmawiać sobie, że to konieczność dziejowa. Może pan przymknąć oczy na to wszystko i pozostać wzorowym żołnierzem.
— Albo?
— Albo może pan wreszcie te oczy otworzyć. Ujrzeć tę wojnę taką, jaka jest w rzeczywistości, i zdecydować, po której stronie frontu chce pan stanąć.
— A jeśli nie chcę stawać po żadnej ze stron?
Morel pokręcił głową.
— To niemożliwe. W tej wojnie nie ma miejsca na bezstronność. Istnieje tylko wybór — albo służy pan systemowi, który topi bezbronnych w oceanie i szczuje psami dzieci, albo walczy pan przeciwko niemu. Trzecia droga nie istnieje.
Sebastian gwałtownie zerwał się z miejsca.
— Nie jestem zdrajcą! — rzucił ostro.
— Nie. Jeszcze nie. — Morel patrzył na niego ze stoickim spokojem. — Będzie pan musiał jednak sam zdecydować, co tak naprawdę oznacza zdrada. Złamanie przysięgi danej armii, która dopuszcza się rzezi? Czy może zdradę własnego sumienia, które podpowiada panu, że działania Francji to czyste zło?
Sebastian nie znalazł riposty. Wyszedł z kawiarni, z hukiem zatrzaskując za sobą drzwi. Morel, jak gdyby nigdy nic, wrócił do lektury Monteskiusza.
Przez kilka kolejnych dni Sebastian kontynuował swoje dochodzenie, choć robił to zupełnie inaczej, niż oczekiwałby od niego Rochambeau. Zamiast tropić szpiegów, po prostu obserwował. Przemierzał ulice Cap-Français, rozmawiał z kupcami, marynarzami i wolnymi kolorowymi, którzy nie zdążyli jeszcze uciec w góry. Wsłuchiwał się w ich opowieści, skargi i dławiący lęk.
Widział też rzeczy, których nigdy nie chciałby ujrzeć. Widział psy.
Słyszał o nich już wcześniej — o krwiożerczych ogarach, które Rochambeau kazał sprowadzić z Kuby. Podobno szkolono je wyłącznie do tropienia i rozszarpywania ludzi. Szeptano, że karmiono je ludzkim mięsem, by nabrały smaku w zabijaniu. Mówiono, że jeden taki pies wart jest tyle, co dziesięciu żołnierzy, bo sieje terror, jakiego żaden człowiek nie potrafiłby wywołać. Sebastian dotąd starał się puszczać te plotki mimo uszu.
Jednak opowieści to jedno, a naoczne świadectwo — zupełnie coś innego.
Doszło do tego na przedmieściach, w dzielnicy zamieszkanej głównie przez wolnych czarnoskórych. Sebastian trafił tam przypadkiem — a może wcale nie. Może podświadomie szukał czegoś, czego sam nie potrafił jeszcze nazwać. Szukał prawdy, a może dowodu na to, że rzeczywistość wygląda inaczej, niż się obawiał.
Tego dowodu jednak nie znalazł.
Najpierw dobiegły go krzyki. Potem szczekanie — dzikie, rozjuszone, nienasycone. Dopiero wtedy to ujrzał.
Plac między domami wypełniał tłum: francuscy żołnierze i gapie, którzy nie potrafili oderwać wzroku od makabrycznego widowiska. Na środku stała młoda kobieta, może dwudziestoletnia. Miała podartą suknię i twarz wykrzywioną przerażeniem. Przy jej nodze tuliło się dziecko — dziewczynka, najwyżej czteroletnia, która łkała cicho, zupełnie nie rozumiejąc, co się dzieje. Wokół nich krążyły trzy psy: wielkie, czarne bestie o ślepiach pozbawionych wszystkiego poza głodem.
Zwierzęta trzymało na smyczach dwóch żołnierzy. Oficer stał z boku z miną zdradzającą znudzenie i obojętność, jakby odprawiał nudną, codzienną rutynę.
— Ostatnia szansa — rzucił kapitan. — Powiedz nam, gdzie ukrywa się twój mąż, a puścimy was wolno. Ciebie i małą.
Kobieta płakała, trzęsła się na całym ciele, ale milczała. Przycisnęła córkę do piersi, jakby pragnęła własnym ciałem osłonić ją przed tym, co nadchodziło.
— Jak chcesz. — Oficer skinął głową.
Żołnierze puścili smycze. Sebastian odwrócił się i zaczął uciekać, zanim psy dopadły ofiarę. Jednak ten krzyk — jeden, ostatni, urwany nagle — słyszał jeszcze bardzo długo, zarówno w snach, jak i na jawie. I drugi głos, cieńszy, dziecięcy. Ten brzmiał w jego uszach najdłużej.
Potem przyszła kolej na „statki śmierci”. Tak o nich szeptali marynarze w portowych karczmach, gdy po kilku kieliszkach rumu zapominali o ostrożności. Mianem tym ochrzczono zwykłe łodzie — szalupy i barki, cokolwiek unosiło się na fali. Wypływały z portu o zmierzchu, przeładowane więźniami i całymi rodzinami. Wracały o świcie, puste.
— Topią ich — wyznał marynarz, którego Sebastian poczęstował rumem. — Wiążą kamienie u nóg i wyrzucają za burtę. Setki. Może tysiące. Kto by to zliczył?
— I ty bierzesz w tym udział?
Marynarz spojrzał na niego wzrokiem, w którym mieściło się wszystko: wstyd, lęk i całkowita rezygnacja.
— A co mam zrobić? Odmówić? Wtedy następnym razem to ja pójdę na dno z obciążeniem u nóg.
Sebastian nie był w stanie wydusić z siebie odpowiedzi.
Widział też „pokazowe egzekucje”. Odbywały się co kilka dni na placu głównym. Więźniów wyprowadzano przed tłum i rozstrzeliwano, wieszano lub ścinano, zależnie od humoru oficera. Celem nie była sprawiedliwość, lecz czysty terror.
— Niech widzą, co czeka rebeliantów — wyjaśnił mu Reynaud, ten sam, który prowadził przesłuchania. — Strach to nasza najskuteczniejsza broń.
Sebastian obserwował twarze gapiów — czarnoskórych mieszkańców zmuszonych do asystowania przy rzezi. Dostrzegł w nich lęk, owszem. Ale widział też coś innego, czego Reynaud najwyraźniej nie potrafił zauważyć. Nienawiść. Cichą, głęboką i niezwykle cierpliwą nienawiść, która czekała na odpowiedni moment. Nie da się kontrolować ludzi samym strachem — pomyślał. Prędzej czy później strach zmienia się w gniew, a gniew w rewolucję. Nie wypowiedział tego jednak na głos.
Dostrzegł jednak coś jeszcze — coś, co przywróciło mu nadzieję. W mrocznej uliczce, z dala od głównych dróg, stał się świadkiem sceny, która mogła go kosztować życie. Dwaj biali mężczyźni, z wyglądu przypominający kupców lub rzemieślników, przekazywali pakunki czarnoskórej kobiecie. Początkowo Sebastian sądził, że to przemyt broni. Ale wtedy usłyszał ich głosy.
— Tu jest żywność na tydzień. Leki dla dzieci. I ta mapa — droga przez góry, która omija patrole.
— Dziękuję — szepnęła kobieta. — Bóg zapłać.
— Niech Bóg nam wybaczy — odparł jeden z mężczyzn. — Za wszystko, czego nie zrobiliśmy wcześniej.
Sebastian cofnął się bezszelestnie. Ta scena — biali ludzie ryzykujący głowę, by pomóc uciekinierom — wyryła się w jego pamięci. Nie wszyscy są tacy sami — pomyślał. Nawet tutaj, w samym sercu francuskiego terroru, istnieli ludzie, którzy widzieli zło i próbowali mu się czynnie przeciwstawić. Być może on również mógłby stać się jednym z nich.
Dwa tygodnie po powrocie z gór Sebastian zwołał swoich ludzi. Nie wszystkich — jedynie Polaków. Ziółkowskiego, Kujawskiego, Chwacińskiego, Bystrzyckiego i pozostałych. Spotkali się w opuszczonej stajni na obrzeżach miasta, z dala od ciekawskich francuskich uszu.
Dochodziła północ. Księżyc przeświecał przez dziury w dachu, rzucając na zaścieloną słomą podłogę długie smugi bladego światła. W powietrzu unosił się ciężki zapach stęchlizny i starego nawozu, ale przynajmniej było tu bezpiecznie; nikt nie zaglądał w te strony od miesięcy. Sebastian rozstawił wartowników — dwóch na zewnątrz, jednego przy tylnym wyjściu. Nie zamierzał dać się zaskoczyć.
— Panie kapitanie — zaczął niepewnie Ziółkowski. — Czy to jest…?
— To tylko rozmowa między Polakami — przerwał mu Sebastian. — Nic ponadto. Przynajmniej na razie.
Wpatrywali się w niego wyczekująco. Dziesięć twarzy w trupim świetle księżyca — zmęczonych, spragnionych odpowiedzi na pytania, których dotąd bali się zadać głośno. Sebastian wiedział, że ryzykuje wszystko: karierę, wolność i życie. Wystarczyłby jeden donos, jeden żołnierz, który pobiegnie do Rochambeau, by wszyscy skończyli pod murem. Rozstrzelani niczym tamci przemytnicy żywności, których ciała wciąż gniły w masowym grobie za fortem.
Wiedział jednak również, że nie może już dłużej milczeć. Milczenie stało się formą współudziału. Każdy dzień, w którym udawał, że nie widzi zła, czynił go winnym.
— Przez ostatnie tygodnie byłem świadkiem rzeczy, o których wszyscy wiemy, ale o których nikt nie waży się mówić — zaczął powoli. — Psy. Topienie ludzi. Egzekucje niewinnych. Pytam was: czy tego właśnie chcemy? Czy za taką sprawę przelewaliśmy krew?
Zapadła głucha cisza.
— Wstępowaliśmy do Legionów, by bić się o Polskę — kontynuował. — O wolność i sprawiedliwość. A teraz staliśmy się narzędziem w rękach ludzi, którzy mordują kobiety i dzieci. Gdzie w tym honor? Gdzie nasz żołnierski etos?
— Nigdzie go nie ma — szepnął Chwaciński. — To nie jest honor.
— Więc co mamy robić? — zapytał Kujawski. — Zdezerterować? Jak ci spod Hauteur Rouge?
Sebastian zawahał się przez ułamek sekundy.
— Nie mówię o dezercji. Jeszcze nie. Mówię o tym, byśmy wreszcie przejrzeli na oczy. Byśmy przestali udawać, że nie dostrzegamy tego, co się tu wyprawia. Musimy zdecydować, po której stronie historii chcemy stanąć.
— A jeśli nas dopadną? Jeśli ktoś puści parę z ust?
— Tutaj nikt nie donosi — uciął Sebastian, wodząc wzrokiem po twarzach swoich ludzi. — Prawda?
Jeden po drugim przytaknęli ruchem głowy.
— Dobrze. — Sebastian wypuścił powietrze z płuc. — Na razie nic nie robimy. Obserwujcie, słuchajcie, myślcie. Ale chcę, byście wiedzieli jedno: kiedy nadejdzie czas wyboru — a to pewne, że nadejdzie — opowiem się po stronie polskiego honoru. Nawet jeśli będzie to oznaczało zdradę Francji.
Ziółkowski przyglądał mu się długo ze spojrzeniem, którego Sebastian nie potrafił jednoznacznie rozszyfrować.
— Panie kapitanie — odezwał się w końcu sierżant — służyłem z panem w Italii. Pod Mantuą i Castiglione. Widziałem, jak pan walczy i jak traktuje ludzi. Skoro pan mówi, że ta strona jest zła… wierzę panu na słowo.
— Ja też — dorzucił Kujawski.
— I ja — szepnął Chwaciński.
Pozostali również skinęli głowami. Sebastian poczuł, jak gardło mu się zaciska. Nie był sam. Ci ludzie, którzy towarzyszyli mu od lat, nie zawiedli go. Cokolwiek postanowi, pójdą za nim w ogień. To była ogromna odpowiedzialność, ale i wielka nadzieja.
— Dziękuję — powiedział cicho. — A teraz wracajcie do kwater, zanim ktoś zauważy waszą nieobecność.
Rozeszli się bezszelestnie, małymi grupkami, by nie wzbudzać podejrzeń. Sebastian został w stajni sam. Przez szparę w deskach patrzył na niebo nad Cap-Français. Człowiek bez ojczyzny — pomyślał. Tak go teraz nazwą. Zdrajca, dezerter, człowiek, który splunął na wszystko, czemu służył. Ale wiedział, że to pierwszy krok, by odzyskać coś cenniejszego niż kraj na mapie. Własny honor.
Tej nocy Sebastian zasiadł przy blasku świecy i chwycił za pióro.
Nie pisał raportu dla Rochambeau — ten mógł jeszcze poczekać. Zresztą i tak wypełnią go kłamstwa oraz półprawdy, które nie zdradzą niczego istotnego. Raport sporządzi rano, chłodną ręką i z twarzą niezdradzającą żadnych uczuć. Przekaże generałowi dokładnie to, co ten pragnie usłyszeć: że szpiedzy pozostają nieuchwytni, że potrzeba więcej czasu i że sytuacja jest pod pełną kontrolą.
Teraz przelewał na papier coś zupełnie innego. List. Do matki.
Wyciągnął arkusz — ten sam, którego używał do oficjalnych pism — i maczając stalówkę w kałamarzu, zaczął:
Najdroższa Mamo,
Piszę do Ciebie z miejsca znajdującego się w samym sercu wojny, której sensu przestaję dopatrywać.Czy pamiętasz jeszcze, jak uczyłaś mnie, czym jest honor? Mówiłaś, że prawdziwy szlachcic to człowiek, który bierze w obronę słabszych, stoi po stronie sprawiedliwości i nigdy nie idzie na układy z własnym sumieniem. Przez lata byłem przekonany, że rozumiem te słowa. Sądziłem, że służba w wojsku — w jakiejkolwiek armii — przynosi zaszczyt tak długo, jak długo wykonuję rozkazy i biję się dzielnie. Wierzyłem, że wierność sztandarowi znaczy więcej niż wierność prawdzie. Teraz widzę, jak bardzo byłem naiwny. Widziałem tu rzeczy, Mamo, które nie pozwalają mi zmrużyć oka. Rzeczy, które każą mi pytać, czy mundur, który noszę, jest mundurem żołnierza, czy może strojem kata. Widziałem psy szczute na kobiety i dzieci. Widziałem egzekucje niewinnych, katowanie więźniów i palenie wiosek. Przez cały ten czas wmawiałem sobie, że to tylko wojna. Że tak właśnie musi być. Że wróg zasługuje na każdy los, jaki go spotyka.Ale poznałem tego wroga, Mamo. Rozmawiałem z nim. I wiesz, co odkryłem? To są ludzie tacy sami jak my. Mają rodziny, marzenia i nadzieję. Mają dzieci, które się bawią, i starców snujących opowieści przy ogniu. Mają własną szkołę, w której uczą się czytać — bo odmawiano im tego przez całe wieki. Prowadzą szpital, gdzie opatrują rannych — zarówno swoich, jak i naszych.Czy to są dzicy, których winniśmy wybijać niczym wściekłe zwierzęta? Czy może ludzie walczący o to samo, o co my niegdyś walczyliśmy? Spotkałem tu Polaków, takich jak ja, którzy zadali sobie te same pytania. I oni dokonali innego wyboru. Postawili sumienie ponad rozkazy. Wybrali człowieczeństwo zamiast lojalności wobec armii dopuszczającej się zbrodni. Czy to zdrada? Zapewne tak — według kodeksu wojskowego, regulaminów i przysiąg. Ale czy jest to zdrada w obliczu prawa wyższego, tego, którego uczyłaś mnie w dzieciństwie? Tego, które mówi, że człowiek ma duszę i odpowiada za swoje czyny przed Bogiem? Że nie można zasłaniać się rozkazem, kiedy stanie przed Sądem Ostatecznym? Nie wiem jeszcze, co uczynię. Nie mam pewności, czy starczy mi odwagi. Wiem jednak jedno: nie potrafię już dłużej udawać, że nie widzę. Nie mogę być częścią machiny, która ściera ludzi na pył.Być może nigdy nie wyślę tych słów. Być może nigdy ich nie przeczytasz. Musiałem je jednak zapisać — dla siebie, jeśli nie dla Ciebie. Musiałem ujrzeć je na papierze, by mieć pewność, że są prawdziwe. By wiedzieć, że nie rozpłyną się o świcie, gdy znów założę mundur i ruszę wykonywać polecenia. Kocham Cię, Mamo. Kocham Ojca i siostry. Kocham nasz dom i naszą ziemię — wszystko, co porzuciłem, wstępując do pruskiej armii, i co zostawiłem ponownie, uciekając do Legionów. Ale kocham też honor. Nie mogę go splamić, nawet jeśli cena będzie oznaczać odwrócenie się od wszystkiego innego.Proszę, módl się za mnie. Będę potrzebował Twojego wsparcia.
Twój syn, Sebastian
Złożył arkusz i schował go do torby — tam, gdzie spoczywały dziesiątki innych, niewysłanych listów. Zdmuchnął świecę.
Za oknem Cap-Français trwało w niespokojnym śnie kolonii, która czuła, że jej czas nieubłaganie dobiega końca. Sebastian Wojciechowicz — człowiek bez kraju, żołnierz bez armii, Polak bez ojczyzny — leżał w mroku i rozmyślał o decyzjach, które przyjdzie mu wkrótce podjąć. I o ludziach, którzy być może pójdą za nim, dokądkolwiek te wybory go zaprowadzą.
Gdzieś w górach, w obozie Pierwszej Brygady Polskiej, Emil Gołaszewski również nie mógł tej nocy zmrużyć oka.
Stał przed namiotem, wpatrując się w gwiazdy. Myślał o człowieku, który go odwiedził — o kapitanie z Wielkopolski, który zamiast wydawać wyroki, wolał zadawać pytania. O Polaku stojącym po drugiej stronie frontu, który zapewne właśnie zaczynał rozumieć naturę tej wojny.
Noc była parna, wypełniona dźwiękami tropikalnej dżungli: jednostajnym cykaniem owadów, rechotem żab i głosem niewidzialnego ptaka, który wyśpiewywał swoją nocną pieśń. W obozie panował spokój — żołnierze spali, wartownicy trwali na posterunkach, a zaledwie kilka dogasających ognisk rzucało pomarańczowe plamy światła na płótna namiotów i szałasy z liści palmowych.
— Nie śpisz? — Charlotte wyszła na zewnątrz, szczelniej otulając się chustą.
— Rozmyślam.
— O czym?
— O tamtym kapitanie. O Wojciechowiczu. Zastanawiam się, co on teraz porabia.
Charlotte stanęła tuż obok, opierając głowę na jego ramieniu. Pachniała ziołami, których używała w szpitalu, i jakąś kwiatową nutą — haitańskim olejkiem, który zdobyła w tylko sobie znany sposób.
— Sądzisz, że przejdzie na naszą stronę? — zapytała cicho.
— Nie wiem. Ale dostrzegłem coś w jego spojrzeniu. Coś, co dobrze znam.
— Co takiego?
— Wątpliwości. Takie same, jakie dręczyły mnie, zanim podjąłem decyzję. — Emil westchnął ciężko. — Pamiętam to uczucie. Jakby cały znany ci świat rozpadał się nagle na drobne kawałki, a ty stoisz pośrodku tego gruzowiska i nie masz pojęcia, co z nimi począć.
— I co wtedy zrobiłeś?
— Wybrałem. Zapewne nie najlepiej i być może zbyt późno, ale dokonałem wyboru. I od tamtej pory przynajmniej wiem, kim jestem.
Charlotte milczała przez chwilę, wspólnie z nim obserwując niebo.
— Wątpliwości to dopiero początek — odezwała się w końcu. — Potrzeba jeszcze odwagi, by zamienić je w czyny.
— Wiem. — Emil objął ją mocniej. — Jednak każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. A on już go zrobił.
— Skąd ta pewność?
— Bo przyszedł. Bo chciał rozmawiać. Bo patrzył na nas nie jak na buntowników, ale jak na ludzkie istoty. — Emil uśmiechnął się blado. — To znacznie więcej, niż zrobiłaby większość Francuzów. To więcej, niż ja sam potrafiłem z siebie wykrzesać, gdy służyłem po tamtej stronie.
— Byłeś młodszy. Nie posiadałeś tej wiedzy, którą masz dzisiaj.
— On też jej nie ma. Jeszcze nie. Ale zaczyna się uczyć. I kto wie… — Emil urwał, szukając odpowiednich słów. — …może pewnego dnia stanie tutaj, obok nas. Po naszej stronie. Walcząc o to samo, o co my bijemy się każdego dnia.
— A jeśli nie stanie?
— Wtedy — Emil powoli wypuścił powietrze z płuc — pozostanie naszym wrogiem. I tak go potraktuję. Bez nienawiści, ale i bez cienia litości.
Charlotte skinęła głową. Rozumiała tę surową logikę. Na wojnie nie było miejsca na sentymenty — nawet wobec rodaka, który nie potrafił odnaleźć właściwej drogi. Trwali tak przez chwilę, patrząc na gwiazdy wiszące nisko nad Saint-Domingue. Charlotte uniosła głowę i spojrzała mu w oczy — tym swoim wzrokiem, który sprawiał, że reszta świata przestawała mieć znaczenie.
— Chodźmy do środka — szepnęła.
Emil skinął głową i pozwolił jej poprowadzić się do namiotu.
W namiocie panował półmrok, rozproszony jedynie przez srebrzystą smugę księżycowego blasku wpadającą przez szczelinę w płótnie. Charlotte zapaliła małą świecę. Jej wątły płomień rzucał miękkie, ciepłe refleksy na ich twarze, pogłębiając cienie w kątach skromnego schronienia.
Stali naprzeciw siebie tak blisko, że Emil czuł bijący od niej żar. Jej oddech rwał się w piersi, a oczy płonęły blaskiem, który nie pochodził od świecy. Wyciągnęła dłoń i musnęła jego policzek — z taką czułością, jakby chciała dowieść samej sobie, że on nie jest jedynie sennym marzeniem. Emil przymknął powieki, całym sobą lgnąc do jej dłoni.
— Charlotte…
— Ciii. — Położyła mu palce na ustach. — Nie mów nic. Nie tej nocy.
Pocałowała go powoli, z namiętnością, która nie wymagała żadnych deklaracji. Emil przyciągnął ją do siebie, czując, jak ich ciała jednoczą się w uścisku, pasując do siebie niczym dwa ogniwa tego samego łańcucha. Jej dłonie błądziły po jego klatce piersiowej, niecierpliwie szukając guzików munduru. On z kolei, z niemal nabożnym skupieniem, rozsupływał tasiemki jej sukni. Ubrania opadały na ubitą ziemię jedno po drugim — ciężkie płótno, len, wszystko, co dotąd stanowiło barierę.
Kiedy nie dzieliło ich już nic, Charlotte cofnęła się o krok. Pozwoliła, by na nią patrzył. Stała w złotym blasku świecy, dumna i piękna, wyzbyta wstydu czy lęku. Jej skóra lśniła niczym najciemniejszy jedwab, a spojrzenie mówiło wszystko to, czego nie zdołałyby wyrazić usta.
Emil ujął ją w ramiona i uniósł lekko, a ona oplotła go ramionami, oddając mu się z bezgraniczną ufnością. Złożył ją na posłaniu z koców i przez dłuższą chwilę po prostu przy niej trwał, pieszcząc dłońmi jej twarz, ramiona i każdy skrawek ciała, do którego zdołał dotrzeć.
— Kocham cię — wyszeptał.
— Wiem — odparła. — Pokaż mi jak bardzo.
I uczynił to.
Ich ciała odnalazły wspólny rytm — zrazu powolny, pełen wzajemnych pieszczot i urwanych westchnień. Charlotte wyginała się pod jego dotykiem niczym fala, a jej paznokcie wbijały się w jego plecy, zostawiając ślady, które rankiem staną się jedynym dowodem na realność tych chwil. Emil całował jej szyję, obojczyki i miejsce między piersiami, gdzie tętniło życie. Słyszał bicie jej serca — gwałtowne, mocne, zestrojone z jego własnym.
Tempo narastało, przypominając muzykę, która bierze swój początek w ciszy, by w końcu wypełnić całą przestrzeń. Charlotte wplotła palce w jego włosy, przyciągając go jeszcze bliżej, jakby chciała stać się częścią niego. Jej oddech stał się krótki, urywany, a z gardła wyrywały się dźwięki będące jednocześnie modlitwą i dziękczynieniem.
— Emil… — rzuciła jego imię w ciemność, jakby było zaklęciem chroniącym przed światem zewnętrznym.
Świat skurczył się do rozmiarów tego namiotu. Przestało istnieć Cap-Français, zniknął Rochambeau, Sebastian i jego moralne dylematy. Była tylko Charlotte — jej ciepło, jej zapach i głos szepczący słowa, których Emil nie musiał rozumieć, by pojąć ich wagę.
Kiedy wspólny szczyt minął, leżeli spleceni, zlani potem, chwytając ustami parne powietrze. Charlotte wtuliła się w jego ramię, słuchając, jak serce Emila zwalnia. On gładził jej gęste, kręcone włosy, myśląc, że gdyby śmierć miała przyjść jutro, ta jedna noc wystarczyłaby, by nadać sens całemu życiu.
— O czym myślisz? — spytała cicho, nie unosząc powiek.
— O tym, że mam nieprawdopodobne szczęście.
— Szczęście? — Uniosła głowę, a na jej ustach błąkał się nikły uśmiech. — W samym sercu tej pożogi?
— Właśnie dlatego. — Pocałował ją w czoło. — Bo mimo tej całej nienawiści wokół, mogę cię trzymać w ramionach. Mogę cię kochać i budzić się przy tobie.
Charlotte nie odpowiedziała. Zamiast tego złożyła na jego piersi krótki, czuły pocałunek i przymknęła oczy.
Za ścianami namiotu noc trwała dalej — parna, duszna, rozgwieżdżona. Pod tym samym niebem Polacy po obu stronach barykady wciąż szukali odpowiedzi na pytania o honor i zdradę. Jednak tutaj, w tym kruchym schronieniu, wszystkie pytania straciły moc. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. To dawało im siłę, by przetrwać nadchodzący świt.
ROZDZIAŁ V
Pierwsza krew
Góry nad Hauteur Rouge, Saint-Domingue,
Luty 1803 roku
Mgła opadła nisko nad wąwozem, spowijając skały i drzewa niczym ciężki, wilgotny całun. Sierżant Dawid Radwański leżał na brzuchu za głazem, obserwując drogę wijącą się w dole. Był nieruchomy niczym posąg — lata tropienia, polowań i żołnierki nauczyły go cierpliwości, której większość ludzi nie potrafiła pojąć. Potrafił tak trwać godzinami, oddychając płytko i nie poruszając nawet powieką.
Myślami błądził jednak daleko — w Gonaïves, gdzie wszystko się zmieniło. Dobrze pamiętał tamten dzień: aresztowanie Toussainta, twarze francuskich żołnierzy wykrzywione triumfem, a potem egzekucję. Haitańczycy ustawieni pod ścianą, powiązani, bezbronni. I rozkaz: ognia.
Radwański nie strzelał. On i jego podkomendni mieli tam jedynie pilnować porządku. Później, gdy wszyscy już odeszli, wrócił po ciała i wśród trupów znalazł jednego żywego. Młodego mężczyznę, może dwudziestoletniego, z kulą w ramieniu, ale wciąż oddychającego. Wyciągnął go stamtąd, opatrzył i pozwolił uciec. Nigdy nie dowiedział się, czy tamten przeżył, nie poznał nawet jego imienia. Ale ta jedna chwila, ta jedna decyzja, przewartościowała wszystko. Od tamtej pory wiedział, że niektórych rozkazów nie wolno wykonywać. I że istnieją rzeczy ważniejsze niż mundur czy wojskowa przysięga.
Dlatego teraz leżał tutaj, po drugiej stronie barykady, obserwując zbliżających się Francuzów.
Obok niego, również ukryty w gęstych zaroślach, spoczywał kapral Karol Szulc. Jego twarz, pociętą bliznami niczym stara mapa wojennych kampanii, cechowało najwyższe skupienie. W dłoniach ściskał sztucer — austriacki, zdobyczny, z celownikiem, który sam poprawiał podczas długich wieczorów przy świecy.
— Widzisz ich? — szepnął Szulc, ledwie poruszając wargami.
— Widzę — odparł Radwański. — Kolumna piechoty. Przynajmniej stu ludzi, może więcej. Idą powoli, ostrożnie. Wypuścili zwiad przodem.
— Francuzi?
— Tak. Regularne wojsko, żadna tam lokalna milicja.
Szulc zaklął pod nosem.
— Ile mamy czasu?
Radwański ocenił odległość, tempo marszu i ukształtowanie terenu.
— Godzinę. Może półtorej, jeśli się nie pospieszą.
— Wystarczy. Wracam do majora.
Szulc zaczął się wycofywać, centymetr po centymetrze, nie wydając przy tym najmniejszego dźwięku. Radwański został na pozycji. To była jego rola — oczy brygady, człowiek, który widział wszystko i wszystko zapamiętywał.
Emil przyjął raport w milczeniu. Stał przed namiotem w otoczeniu oficerów — Orzelskiego, Billewicza oraz kilku haitańskich dowódców, których przydzieliła im generał Jeanne-Tambour. Mapa wąwozu, przyciśnięta kamieniami, leżała rozłożona na prowizorycznym stole.
— Stu ludzi? — powtórzył Emil, wpatrując się w papier.
— Co najmniej — potwierdził Szulc. — Może i więcej. Maszerują w zwartej kolumnie, bez armat, ale z pełnym rynsztunkiem. To nie jest zwykły patrol, panie majorze. To ekspedycja karna.
— Cel?
— Trudno powiedzieć z całą pewnością, ale prą prosto na nas. Albo dokładnie wiedzą, gdzie nas szukać, albo mają diabelsko dobrego przewodnika.
Emil przesunął palcem po mapie, śledząc drogę nadchodzących Francuzów.
— Wąwóz Trzech Sosen — mruknął. — Tam ich zatrzymamy.
Orzelski pochylił się nad stołem.
— To dobre miejsce. Przesmyk jest wąski, zbocza strome. Można się tam bronić nawet niewielkimi siłami.
— Albo urządzić krwawą zasadzkę — dodał Billewicz. — Jeśli obsadzimy strzelcami krawędź zboczy…
— Właśnie o tym pomyślałem. — Emil wyprostował się. — Orzelski, weźmiesz pięćdziesięciu ludzi i zajmiesz pozycje na wschodnim stoku. Billewicz, ty weźmiesz dwudziestu na zachodni jako wsparcie ogniowe. Ja poprowadzę główne siły środkiem — my będziemy przynętą.
— Przynętą? — Orzelski uniósł brwi.
— Francuzi muszą uwierzyć, że napotkali regularny opór. Że biją się z naszymi głównymi siłami. Kiedy już ugrzęzną w walce, wy uderzycie z flank. Weźmiemy ich w ogień krzyżowy.
Haitański oficer, porucznik Antoine Beaufort — wysoki mężczyzna o surowym spojrzeniu — skinął głową z uznaniem.
— To dobry plan, majorze. Prosty i skuteczny.
— Prosty, owszem — zgodził się Emil. — Ale niełatwy. Ludzie, którzy zostaną ze mną w centrum, będą musieli przyjąć na siebie pierwszy impet uderzenia. Nie obędzie się bez strat.
Cisza, która zapadła po tych słowach, była gęsta i przytłaczająca.
— Zróbmy to — rzucił w końcu Orzelski. — Nie po to tu przyszliśmy, by chować się po krzakach.
Przygotowania zajęły godzinę. Emil patrzył, jak jego żołnierze zajmują wyznaczone pozycje — robili to bez słowa, sprawnie i w skupieniu. Polacy i Haitańczycy ramię w ramię; każdy wiedział, co do niego należy. Miesiące wspólnej musztry, patroli i obozowej codzienności procentowały właśnie teraz, gdy liczyła się każda sekunda.
Szedł przy nim porucznik Beaufort wraz ze swoim oddziałem — dwudziestką Haitańczyków, którzy mieli wzmocnić środek formacji. Byli to weterani walk o wolność, ludzie, którzy bili się o swoje na długo przed przybyciem Polaków na wyspę. Ich twarze przypominały zastygłe maski, w których nie było widać nawet cienia strachu.
— Majorze — odezwał się cicho Beaufort. — Moi ludzie są gotowi zginąć za wolność. Ale woleliby dożyć chwili, w której ją zobaczą.
— Ja również — odparł Emil. — Plan jest jasny: razić ich z dystansu, wciągnąć w pułapkę, a potem wykończyć uderzeniem z flank. Chcę, byśmy my wyszli z tego cało, a oni zostawili tu jak najwięcej trupów.
— Francuzi to dobrzy żołnierze.
— Zgadza się. Ale oni walczą dla żołdu. My walczymy o wolność. To różnica, która może przeważyć szalę.
Beaufort skinął głową, choć w jego oczach wciąż czaił się cień zwątpienia. Przeżył zbyt wiele bitew, by wierzyć w proste rozwiązania. Wiedział, że na polu walki śmierć zbiera żniwo bez względu na to, czy ktoś ginie za sprawę, czy za pieniądze. Kule nie rozróżniają motywacji.
— Niech Bondye ma nas w opiece — powiedział, używając kreolskiego określenia Boga.
— I Matka Boska Częstochowska — dodał Emil z gorzkim uśmiechem.
W tym zestawieniu było coś niemal groteskowego, a jednocześnie przejmująco prawdziwego. Dwóch mężczyzn z krańców świata, modlących się do różnych obliczy tego samego bóstwa, ruszających na spotkanie tej samej śmierci.
Sierżant Kamiński zbierał grupę wyznaczoną do osłony centrum.
— Słuchajcie uważnie — mówił, przechodząc powolnym krokiem przed frontem żołnierzy. — Za kilka godzin będziemy w piekle. Niektórzy z was nigdy nie byli w prawdziwym ogniu walki. Nie mówię o podjazdach i patrolach, ale o rzeźni, gdzie ołów lata gęsto jak grad, a człowiek obok pada z dziurą w czaszce. Dziś przekonacie się, z jakiej gliny was ulepiono.
Szeregowy Mariusz Broda — ledwie osiemnastoletni chłopak z ostatniego transportu — głośno przełknął ślinę.
— Panie sierżancie… jak to właściwie jest? Zabić kogoś?
Kamiński przystanął i spojrzał na młodzika. W jego spojrzeniu było coś starego i znużonego — wyraz twarzy człowieka, który odebrał życie zbyt wielu ludziom i wciąż pamięta każdego z nich.
— To prostsze, niż ci się zdaje — odparł szeptem. — I zarazem o wiele trudniejsze. Prostsze, bo gdy ktoś próbuje cię zarżnąć, twoje ciało samo wie, co robić. Trudniejsze, bo później musisz z tym żyć… każdego dnia.
— A pan… pamięta pan tego pierwszego?
— Pamiętam wszystkich. — Kamiński położył ciężką dłoń na ramieniu chłopaka. — Ale o tym pogadamy później. Teraz myśl tylko o jednym: jak przeżyć. Reszta przyjdzie sama.
Broda skinął głową. Wciąż był blady, ale w jego ruchach pojawił się pewien spokój.
— Tak jest, panie sierżancie.
Charlotte pożegnała się z Emilem przy namiocie szpitalnym.
Stała przed nim — drobna i silna jednocześnie. W jej oczach nie było łez, choć Emil widział w nich wszystko, o czym milczała.
— Wróć — powiedziała tylko.
— Obiecałem, że zawsze będę wracał.
— Wiem. Ale obiecaj jeszcze raz.
Wziął ją w ramiona i trzymał przez długą chwilę, wdychając zapach jej włosów: mieszankę ziół, mydła i jakiejś kwiatowej nuty, która kojarzyła mu się z domem — tym prawdziwym, którego nigdy nie miał.
— Wrócę — szepnął. — Daję ci słowo.
A potem, wbrew ich niepisanej zasadzie nieokazywania sobie czułości przy podkomendnych, pocałował ją namiętnie, jakby robił to ostatni raz w życiu. Odsunęła się i delikatnie dotknęła jego policzka.
— Idź już. Twoi ludzie czekają.
Wąwóz Trzech Sosen wyglądał dokładnie tak, jak Emil zapamiętał go z rekonesansu. Był to ciasny przesmyk między dwoma stromymi zboczami, szeroki na zaledwie trzydzieści kroków, z drogą wijącą się dnem niczym piaszczysta żmija. Nazwa pochodziła od trzech starych sosen rosnących na zachodnim stoku — wielkich, powykręcanych drzew, które przetrwały dziesiątki huraganów i wyglądały tak, jakby mogły przetrwać kolejne stulecie. To właśnie pod nimi ukryli się teraz strzelcy Billewicza.
Emil zajął pozycję na samym środku wąwozu, osłonięty prowizoryczną barykadą z głazów i powalonego pnia. Miał przy sobie czterdziestu ludzi — wystarczająco wielu, by sprawić wrażenie głównych sił, a jednocześnie na tyle mało, by w razie potrzeby mogli sprawnie się wycofać.
Przy boku czuł ciężar rodzinnej szabli, za pasem miał pistolet, a w dłoniach karabin. Był gotowy. A przynajmniej tak sobie wmawiał. W głębi duszy wiedział, że na śmierć i zabijanie nigdy nie można być w pełni gotowym. Nauczył się jednak udawać. Potrafił chować strach tak głęboko, że czasem sam o nim zapominał.
Szabla dziadka ciążyła mu u pasa — ta sama, która służyła pod Wiedniem, Kircholmem i Racławicami. Pokolenia Gołaszewskich przelewały nią krew wrogów, broniąc honoru rodziny i ojczyzny. Teraz Emil niósł ją do bitwy o wolność ludzi, o których istnieniu jego przodkowie nie mieli pojęcia. Co pomyślałby dziadek? — zastanawiał się czasem. Co powiedziałby, widząc wnuka walczącego u boku dawnych niewolników przeciwko Francji? Nie znał odpowiedzi, ale chciał wierzyć, że stary wojownik by zrozumiał. Że honor to nie tylko flaga i mundur, ale przede wszystkim czyste sumienie.
— Idą — szepnął Radwański, który właśnie wrócił z czatów.
Emil skinął głową.
— Wszyscy na pozycje. Cisza absolutna. Nikt nie strzela bez mojego znaku.
Żołnierze rozpłynęli się za osłonami. Cisza, która zapadła, stała się niemal namacalna — mącił ją tylko szum wiatru w koronach drzew i odległy śpiew ptaków, nieświadomych nadchodzącej rzezi.
Francuzi weszli w głąb wąwozu ostrożnie, ale bez nadmiernych obaw. Ich zwiad sprawdził drogę i uznał ją za bezpieczną. Nie dostrzegli Radwańskiego ani śladów polskiej obecności. Byli zbyt pewni siebie. To była typowa ekspedycja karna: mieli palić wioski i sterroryzować ludność, by przestała wspierać powstańców. Brutalne, skuteczne metody armii, która przestała pytać o sens rozkazów.
Emil obserwował ich przez szczelinę w barykadzie. Na czele kolumny kroczył oficer w błękitnym mundurze. Za nim, w równym szyku, maszerowali szeregowcy z karabinami na ramionach. Wyglądali na zmęczonych morderczym marszem przez góry, ale wciąż zdeterminowanych.
Ilu z nich wróci do domów? Odpędził tę myśl. Nie czas na filozofowanie. Teraz był tylko żołnierzem.
Francuzi zbliżali się. Dwieście kroków. Sto pięćdziesiąt. Sto. Emil uniósł dłoń. Pięćdziesiąt kroków. Opuścił rękę gwałtownie.
— Ognia!
Pierwsza salwa uderzyła z siłą gromu.
Czterdzieści karabinów wypaliło w jednym momencie, zmieniając czoło francuskiej kolumny w krwawe kłębowisko ciał i przeraźliwy wrzask. Oficer prowadzący oddział padł jako pierwszy — kula ugodziła go prosto w pierś, odrzucając w tył niczym bezwładną, szmacianą kukłę. Za nim, jeden po drugim, sypali się szeregowcy, niezdolni pojąć, co właściwie ich spotkało.
— Ładować! — wrzasnął Emil. — Żywo!
Żołnierze rwali się do pracy z wprawą wypracowaną podczas morderczych ćwiczeń. Patron, proch, przybitka, podsypka na panewkę. Pięć sekund, może sześć — wystarczająco krótko, by posłać drugą salwę, zanim Francuzi zdołali oprzytomnieć.
Jednak przeciwnik nie składał się z nowicjuszy. Kolejny oficer natychmiast przejął komendę, formując niedobitków w linię ognia.
— Celuj! Pal!
Francuska odpowiedź rąbnęła w prowizoryczną barykadę. Kamienie pryskały ostrymi odłamkami, a drewno jęczało pod gradem ołowiu. Tuż obok Emila zwalił się młody żołnierz — ten sam chłopak, Broda, który jeszcze rano dopytywał Kamińskiego o strach przed zabijaniem. Między jego brwiami widniała ciemna dziura, a w martwych już oczach zastygło bezgraniczne zaskoczenie.
Nie było jednak czasu na żałobę.
— Ognia! — rozkazał ponownie Emil.
Druga salwa zebrała jeszcze obfitsze żniwo. Francuzi zaczęli się cofać, desperacko szukając osłony za załomami skał. Ich dowódca wciąż żył — widać go było za głazem, gdy wymachiwał szablą i darł się wniebogłosy.
I właśnie wtedy uderzyły flanki ukryte na zboczach. Orzelski wybrał moment idealny.
Pięćdziesięciu strzelców na wschodnim stoku wypaliło jednocześnie, rażąc kolumnę z boku. Chwilę później dołączył do nich Billewicz z zachodu. Ogień krzyżowy — najgorszy sen każdego stratega — stał się faktem.
Francuzi znaleźli się w pułapce. Przed nimi stała nieugięta barykada, z boków sypał się nieustanny grad kul, a jedyna droga odwrotu była już niemal całkowicie zasłana ciałami poległych. Emil widział, jak ich zwarty dotąd szyk rozsypuje się w pył. Jedni próbowali desperackiego szturmu, inni rzucili się do panicznej ucieczki, jeszcze inni padali twarzą w błoto, udając martwych.
— Naprzód! — ryknął Emil, przeskakując przez barykadę z wyciągniętą szablą. — Za mną!
Ludzie ruszyli za nim bez cienia wahania. Niespełna czterdziestu mężczyzn z nasadzonymi bagnetami wpadło w przemieszane szeregi wroga niczym wilki w stado owiec.
Walka wręcz nie przypominała wymiany ognia. Była bliższa, brutalniejsza i przerażająco osobista. Emil sparował cios francuskiego piechura i odpowiedział błyskawicznym cięciem, które rozpłatało ramię przeciwnika. Mężczyzna zawył i upuścił broń, ale Emil nie zwolnił — gnał dalej, szukając kolejnego celu.
Obok niego walczył porucznik Beaufort. W dłoni dzierżył maczetę — broń, której Francuzi nie znali i której bali się ponad wszystko. Haitańczyk poruszał się z gracją tancerza, a każdy jego ruch był płynny i zabójczy. Maczetą wyczyniał rzeczy, o jakich szermierz z szablą nie mógłby nawet marzyć.
Nieco dalej Kamiński siał spustoszenie z gracją, która zdawała się przeczyć jego wiekowi. Każdy gest starego wiarusa był oszczędny i ostateczny. Bagnet błyskał w słońcu, a ciała padały jedno po drugim.
— Trzymać szyk! — pokrzykiwał sierżant. — Nie rozłazić się!
Jednak chaosu walki nie dało się już w pełni kontrolować. Ludzie mieszali się ze sobą, ścierając się w pojedynkę lub w małych grupach. Polacy i Haitańczycy — ramię w ramię, brocząc tą samą krwią — parli na wspólnego wroga.
Szeregowi Sztam i Wilk walczyli plecami do siebie, dokładnie tak, jak ich uczono. Sztam, wysoki blondyn z Mazur, natrafił na francuskiego grenadiera, który górował nad nim siłą. Przez chwilę wydawało się, że Polak zostanie zmiażdżony, ale wtedy Wilk — krępy brunet spod Kielc — pchnął bagnetem w plecy Francuza, ratując towarzyszowi życie. Nie było czasu na podziękowania. Ruszyli dalej, by zabijać i przeżyć. Tylko to się teraz liczyło.
Gdzieś z boku młody haitański chłopak — siedemnastolatek, który dołączył do powstania ledwie przed miesiącem — skręcał się w agonii z kulą w brzuchu. Zawodził, wołając matkę, ale w bitewnym zgiełku nikt nie mógł mu pomóc. Każdy bił się o własne życie.
Krew mlaskała pod podeszwami butów, a jęki konających mieszały się z powoli cichnącym rykiem starcia. I nagle — tak szybko, jak się zaczęło — wszystko ustało.
Ocalali Francuzi rzucili broń i unieśli ręce w górę. Z ponad setki ludzi, którzy weszli do wąwozu, zostało ich ledwie trzydziestu. Reszta zalegała na ziemi: martwi, umierający lub wijący się w męczarniach. W powietrzu unosił się ciężki zapach prochu, żelaza i czegoś znacznie gorszego — odoru, który Emil znał z każdej poprzedniej bitwy i którego nie potrafił wymazać z pamięci.
— Zebrać jeńców! — rozkazał ochryple. — Udzielić pomocy rannym — naszym i ich!
Żołnierze ruszyli do pracy. Jedni zabezpieczali broń, inni brali pod straż jeńców, jeszcze inni przeczesywali pobojowisko w poszukiwaniu tych, którym można było jeszcze pomóc. Emil stał na samym środku tego cmentarzyska, próbując uspokoić oddech. Rodzinna klinga spływała szkarłatem — krwią ludzi, których godzinę wcześniej nie znał, a którzy teraz spoczywali u jego stóp.
Walczymy o wolność — powtarzał sobie w myślach, jakby to było zaklęcie. Jednak patrząc na zmasakrowane ciała, czuł, że te słowa brzmią dziś wyjątkowo pusto.
Tymczasem na zachodnim zboczu kapral Szulc wciąż nie opuszczał pozycji. Oko miał mocno przyciśnięte do celownika. Był najlepszym strzelcem w brygadzie — może najlepszym, jakiego Emil kiedykolwiek spotkał. Zanim trafił do Legionów, polował w podkrakowskich lasach, tropiąc zwierzynę dla szlacheckich dworów. Strzelać nauczył się znacznie wcześniej niż czytać; rzemiosło to weszło mu w krew równie głęboko, jak modlitwy szeptane wieczorami przez matkę.
Twarz Szulca znaczyły głębokie blizny — pamiątki spod Castiglione, gdzie wybuch granatu niemal posłał go do grobu. Lekarze chcieli go odesłać do domu, ale on odmówił. Nie miał dokąd wracać. Nie miał nikogo, kto by na niego czekał. Został mu tylko karabin i oko, które wciąż widziało bezbłędnie.
Dostrzegł go w ostatniej chwili. Francuski strzelec, który przetrwał rzeź w dole, próbował teraz wspiąć się na zbocze, szukając dogodnego punktu. Był sprawny — poruszał się bezszelestnie, wykorzystywał każdy załom skały. Celował starannie. Za starannie.
Szulc zobaczył, jak Francuz unosi lufę i mierzy prosto w dół, w stronę Emila, który stał na środku wąwozu, wystawiony niczym idealny cel. Nie było czasu na krzyk. Nie było czasu na ostrzeżenie.
Szulc wstrzymał oddech — dokładnie tak, jak uczył go ojciec przed laty w galicyjskich lasach. Skorygował ustawienie celownika o milimetr, biorąc poprawkę na wiatr i kąt nachylenia. Pociągnął za spust.
Huk wystrzału poniósł się echem po ścianach wąwozu. Na dole nikt nie zrozumiał, co się stało — dopóki ciało francuskiego marudera nie stoczyło się ze zbocza i nie gruchnęło z łoskotem między trupy towarzyszy. Szulc powoli opuścił broń i wypuścił powietrze z płuc. Dwieście kroków. W słabym świetle, pod ostrym kątem, przez gęstwinę gałęzi. To był najlepszy strzał w jego życiu. I nikt nigdy nie miał się o nim dowiedzieć.
Po drugiej stronie wąwozu sierżant Kamiński walczył o życie — i to nie własne.
Janicki leżał przygnieciony bezwładnym cielskiem francuskiego grenadiera, który jeszcze przed chwilą próbował pchnąć go bagnetem. Chłopak miał niebywałe szczęście: ostrze ześlizgnęło się po żebrach i rozcięło ramię, omijając serce o centymetry. Janicki wykrwawiał się jednak szybko, będąc zbyt słabym, by zrzucić z siebie ciężar martwego wroga.
Kamiński dostrzegł to kątem oka, gdy sam odpierał atak kolejnego napastnika. To był ten moment, który znał z dziesiątek bitew — sekunda, w której trzeba podjąć ostateczną decyzję. Zostawić Janickiego i bić się dalej czy ryzykować wszystko, by wyciągnąć go z matni? Dla Kamińskiego wybór nigdy nie istniał.
— Cholera jasna… — mruknął, kończąc przeciwnika krótkim, celnym pchnięciem.
Ruszył biegiem przez bitewny chaos. Nie zważał na ciosy świszczące mu tuż przy skroniach. Kula drasnęła go w przedramię — poczuł pieczenie, ale nawet nie zwolnił. Inny bagnet minął go o włos, lecz sierżant nie miał czasu na odwet. Wiedział, że każda sekunda przybliża Janickiego do śmierci. Dotarł do niego w chwili, gdy chłopak zaczął wywracać oczami.
— Trzymaj się, szczeniaku! — ryknął, zwalając z niego trupa Francuza. — Nie zdychaj mi tutaj!
Jednym szarpnięciem wyrwał pas z munduru i zacisnął go na ramieniu Janickiego. Krew przestała tryskać, ale twarz chłopaka była już blada niczym płótno.
— Nosze! — wrzasnął Kamiński. — Potrzebuję noszy, do jasnej cholery!
Dwaj żołnierze nadbiegli z prowizoryczną płachtą rozpiętą na karabinach. Ułożyli rannego i popędzili w stronę szpitala, gdzie Charlotte i doktor Bąkowski szykowali się na najgorsze. Kamiński odprowadził ich wzrokiem przez ułamek sekundy, po czym wrócił do walki. Tak właśnie robili żołnierze: bili się, ratowali kogo mogli i szli dalej.
Rachunek wystawiony przez bitwę był bezlitosny. Francuzi stracili ponad siedemdziesięciu ludzi — zabitych, ciężko rannych i wziętych do niewoli. Reszta rozproszyła się w górach. Większość z nich nigdy nie odnajdzie drogi do swoich — dopadną ich powstańcze patrole albo pochłonie bezlitosna dżungla.
Pierwsza Brygada Polska opłakiwała ośmiu zabitych; szesnastu rannych trafiło pod opiekę medyków.
Emil stał przed rzędem ciał przykrytych płaszczami. Jeszcze rano ci ludzie jedli z nim śniadanie, żartowali i narzekali na pogodę. Teraz byli tylko pustymi powłokami. Mariusz Broda, osiemnastolatek z dziurą w czole. Kapral Stanisław Mazur, ten, który tak pięknie grał na harmonijce — teraz z rozszarpanym brzuchem. Szeregowy Jan Kwieciński, dwudziestoparolatek z raną w piersi. I pięciu innych, których imiona Emil powtarzał w myślach niczym litanię.
— Panie majorze. — Orzelski stanął tuż obok. — Trzeba ich pogrzebać, zanim… zanim upał zrobi swoje.
— Wiem. — Emil nie odrywał wzroku od poległych. — Zbierz ludzi. Wykopcie groby na wzgórzu, tam, skąd widać dolinę. Znajdź ojca Kazimierczaka. Musimy ich pożegnać z honorami.
— A co z tamtymi? Z trupami Francuzów?
Emil milczał przez chwilę.
— Pochowajcie ich również. W osobnym miejscu, ale z należytym szacunkiem. Byli wrogami, ale też zasługują na pochówek.
Orzelski skinął głową i odszedł. Emil został sam wśród ciał swoich ludzi, z pytaniami, na które nikt na tej wyspie nie znał odpowiedzi.
Szpital polowy stał się przedsionkiem piekła.
Charlotte uwijała się między posłaniami — tymi prawdziwymi i prowizorycznymi, upchniętymi wszędzie, gdzie tylko starczyło miejsca. Oceniała głębokość ran, rzucała krótkie polecenia i robiła wszystko, co było w ludzkiej mocy, jednocześnie modląc się za tych, dla których ratunku już nie było.
W pracy wspierała ją Simone Lauret. Podobnie jak Charlotte, dziewczyna była uzdrowicielką i kapłanką voodoo. Pracowały ramię w ramię, niemal bez słów, rozumiejąc się nawzajem niczym rodzone siostry.
— On odchodzi — szepnęła Simone po kreolsku, wskazując na młodego Polaka z rozszarpanym brzuchem.
— Wiem — odparła Charlotte. — Ale nie pozwólmy mu odejść w samotności.
— Nie. Nikt nie powinien umierać sam.
Simone usiadła przy konającym i ujęła go za dłoń. Mruczała pod nosem jakąś pieśń — może modlitwę, może zaklęcie, a może po prostu słowa pocieszenia. Chłopak nie rozumiał ani słowa, ale czuł jej obecność i ciepło drugiego człowieka, które pozwalało mu przetrwać ostatnie chwile.
Doktor Bąkowski operował na drzwiach zdjętych z zawiasów, które służyły mu za stół. Jego ręce, aż po łokcie zbrukane krwią, poruszały się szybko i bezbłędnie. Wydobywał kule, cerował poszarpane ciało i amputował kończyny, których nie sposób było już uratować.
— Następny! — ryknął, nie odrywając wzroku od pacjenta. — Terrence, więcej bandaży! I dajcie rumu, musimy jakoś uśmierzyć ich ból!
Terrence Malfroy dwoił się i troił, starając się być w kilku miejscach naraz. Donosił opatrunki, przytrzymywał rannych pod nożem chirurga i pomagał Charlotte, a przy tym znajdował czas, by pocieszyć tych, którym medycyna nie miała już nic do zaoferowania.
Szeregowy Janicki, którego z matni wyciągnął Kamiński, leżał na jednym z łóżek. Był blady niczym płótno, ale zachowywał przytomność. Charlotte właśnie kończyła opatrywać jego ramię.
— Będę żył? — zapytał cicho.
— Będziesz — odpowiedziała, nie przerywając pracy. — Straciłeś mnóstwo krwi, ale sierżant Kamiński w porę zacisnął tętnicę. Zawdzięczasz mu życie.
— Wiem. — Janicki przymknął powieki. — Broda nie miał tyle szczęścia.
Charlotte milczała. Cóż mogła mu powiedzieć? Że śmierć wybiera na ślepo i nie ma w tym żadnej sprawiedliwości ani wyższego sensu? Zawiązała ostatni supeł na bandażu.
— Odpoczywaj. Za parę dni staniesz na nogi, a za miesiąc… za miesiąc wrócisz do służby, jeśli taka będzie twoja wola.
— Wrócę — wychrypiał Janicki. — Muszę. Za Brodę i za całą resztę.
Charlotte skinął głową i ruszyła dalej. Kolejnym pacjentem był Francuz — młody chłopak, może dwudziestoletni. Rana w jego podbrzuszu już cuchnęła gangreną. Charlotte od pierwszego spojrzenia wiedziała, że to koniec, ale wiedziała też, że musi spróbować złagodzić jego cierpienie.
— Spokojnie — szepnęła po francusku, biorąc go za rękę. — Jestem przy tobie.
Chłopak wbił w nią wzrok — oczy miał wielkie, pełne przerażenia i nieznośnego bólu.
— Maman? — wycharczał. — Maman, c’est toi?
— Oui, mon fils — skłamała bez wahania, mocniej ściskając jego palce. — C’est moi. Je suis là.
Zmarł kwadrans później, kurczowo trzymając ją za dłoń i szepcząc imię matki, której nie dane mu było już zobaczyć. Charlotte zamknęła mu powieki i pozwoliła, by po jej policzku spłynęła jedna łza. Tylko jedna. Potem wstała, by zająć się następnym rannym. Tak wyglądała wojna i tak wyglądało powołanie, któremu postanowiła służyć.
Doktor Bąkowski na moment przerwał pracę, by zwilżyć gardło wodą. Jego dłonie, mimo całego doświadczenia, lekko drżały z wycieńczenia. Terrence stał tuż obok, podając mu kubek. Młody Haitańczyk obserwował lekarza z mieszaniną podziwu i głębokiego zmęczenia.
— Ilu jeszcze? — zapytał Terrence.
— Trzech czeka w kolejce. Może czterech, o ile ten z raną głowy nie umrze. — Bąkowski osuszył kubek jednym haustem. — Wytrzymasz jeszcze?
— Muszę.
— To nie jest odpowiedź.
Terrence milczał przez chwilę, wpatrując się w swoje zakrwawione dłonie.
— Myślę o synach — odezwał się w końcu. — Kiedy tu jestem, przy tych wszystkich opatrunkach, operacjach i konających… myślę tylko o nich. O tym, że gdzieś tam żyje dwóch chłopców, którzy mnie potrzebują. Muszę przetrwać, żeby ich odnaleźć.
Bąkowski skinął głową z ciężkim westchnieniem.
— To powód równie dobry jak każdy inny. Może nawet lepszy od większości, jakie słyszałem.
— A pan, doktorze? Co pana trzyma przy życiu?
Bąkowski uśmiechnął się gorzko.
— Przysięga. Primum non nocere. Po pierwsze nie szkodzić. Dopóki mam kogo ratować, dopóty czuję, że sam jeszcze istnieję.
— A kiedy nie da się już nikogo uratować?
— Wtedy… — Lekarz odstawił naczynie i wrócił do stołu operacyjnego. — …wtedy robi się wszystko, co w ludzkiej mocy. I modli, by to wystarczyło.
Nachylił się nad kolejnym rannym — polskim żołnierzem z kulą tkwiącą głęboko w udzie — i znów chwycił za narzędzia. Terrence stanął tuż obok. Podawał skalpele, przytrzymywał bezwładne ciało i robił wszystko, co było w jego mocy. Nic więcej nie dało się już zrobić.
Pogrzeb odprawiono o zachodzie słońca.
Na wzgórzu górującym nad obozem wykopano osiem grobów — tam, skąd rozpościerał się widok na całą dolinę i pasmo gór na horyzoncie. Niebo płonęło pomarańczą i głęboką czerwienią, spływając na ziemię ostatnim blaskiem dnia. Tuż obok, w osobnym rzędzie, czerniały mogiły francuskich żołnierzy, których ciała udało się zebrać z pobojowiska.
Cała brygada stanęła na wzniesieniu: Polacy w wyczyszczonych mundurach, Haitańczycy w tym, co akurat mieli na grzbiecie, oraz kobiety i dzieci z obozu. Wszyscy trwali w ciężkim milczeniu, wpatrując się w proste, drewniane krzyże wbite w świeżo ubitą ziemię.
Ojciec Kazimierczak wystąpił przed szereg, trzymając w dłoniach krzyż oraz brewiarz.
— Bracia i siostry — zaczął, a jego głos niósł się czysto nad zgromadzonym tłumem. — Zebraliśmy się tutaj, by pożegnać naszych poległych. Ośmiu Polaków, którzy oddali życie za sprawę, w którą wierzyli. Za wolność — waszą i własną.
Zamilkł na chwilę, przesuwając wzrokiem po twarzach żołnierzy.
— Nie zamierzam was przekonywać, że śmierć przychodzi łatwo. Tak nie jest. Nie powiem też, że ból szybko minie, bo to kłamstwo. Ale powiem wam jedno: ci ludzie nie zginęli na darmo. Polegli, walcząc o coś większego niż oni sami. I to — być może — jest jedyna pociecha, jaką dziś mogę wam zaoferować.
Otworzył księgę i zaczął czytać po łacinie:
— Requiem aeternam dona eis, Domine, et lux perpetua luceat eis…
Polacy pochylili głowy. Wielu z nich szeptem powtarzało słowa modlitwy, którą znali od dziecka — te same pacierze za zmarłych, jakie ich matki i babki recytowały nad grobami ojców na dalekiej, polskiej ziemi.
Kiedy Kazimierczak skończył, wydarzyło się coś, czego nikt z Polaków się nie spodziewał. Z tłumu wyłonił się stary Haitańczyk — houngan, kapłan voodoo, którego imienia żaden z Europejczyków nie potrafił poprawnie wymówić. Był wysoki i przeraźliwie chudy, a jego twarz, pocięta gęstymi bruzdami zmarszczek, skrywała oczy, które zdawały się sięgać wzrokiem poza świat materialny.
Ojciec Kazimierczak skinął mu głową i ustąpił miejsca.
Houngan stanął nad mogiłami i zaczął śpiewać. Była to dziwna, monotonna melodia, zupełnie inna niż wszystko, co legioniści słyszeli do tej pory. Słowa brzmiały obco — może był to język kreolski, może jeden z afrykańskich dialektów, a może oba naraz. Ale sama pieśń… pieśń przemawiała własnym głosem. Płynął z niej żałobny smutek, podszyty jednak niespodziewaną nadzieją. Była to modlitwa równie prawdziwa, co łacińskie wersety księdza, choć wyrażona w innej tradycji.
Haitańczycy dołączyli do śpiewu. Najpierw kilku, potem kolejna grupa, aż wreszcie głosy wszystkich zlały się w potężny chór, który odbijał się echem od skalistych zboczy.
Polacy słuchali w osłupieniu. Niektórzy z niepokojem — to, co działo się przed ich oczami, było dziwne i sprzeczne ze wszystkim, czego ich uczono. Ale inni zaczęli rozumieć. Kapral Szulc, gorliwy katolik, który zawsze krzywo patrzył na pogańskie zabobony, stał nieruchomo z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Dopiero gdy śpiew ucichł, poczuł na policzkach chłód łez.
To nie są poganie — pomyślał, wycierając twarz wierzchem dłoni. To są ludzie, którzy modlą się za moich braci. Po swojemu, ale szczerze.
Obok Szulca trwał Radwański z twarzą zastygłą w surowym bezruchu, jakby wykutą w granicie. Myślał o tamtym człowieku z Gonaïves — o tym, którego ocalił. Czy on także odmawia teraz modlitwę za poległych? Czy może sam leży już pod ziemią, zabity w jednej z niezliczonych potyczek tej wojny?
Sierżant Kamiński trzymał się z tyłu, uważnie obserwując młodszych żołnierzy. Widział w ich oczach strach, niepewność i pytania, na które nikt nie potrafił odpowiedzieć. Pamiętał doskonale, jak sam się czuł po pierwszej bitwie — jeszcze pod Kościuszką. Tak dawno, że wydawało się to wspomnieniem z zupełnie innego życia. Wtedy też stał nad grobami towarzyszy i zastanawiał się, czy to wszystko było warte swojej ceny.
Szeregowi Sztam i Wilk stali ramię w ramię, jak zawsze. Nie rozmawiali — nie czuli takiej potrzeby. Przeżyli, podczas gdy ich koledzy zostali w wąwozie. Tylko to się teraz liczyło.
Nieco dalej, z dala od pozostałych, stał Ti-Pierre — młody Haitańczyk, którego brat zginął w walce, wołając matkę. Nie płakał. Zapewne nie miał już łez albo po prostu chował je na później, na chwilę, kiedy wreszcie zostanie sam. Ojciec Kazimierczak podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu. Był to milczący gest, prosty i szczery. Chłopak nie odwrócił głowy, ale też nie odsunął się. W takich momentach granice między ludźmi traciły jakiekolwiek znaczenie.
Po ceremonii Emil został przy grobach sam, wpatrując się w gasnące słońce. Orzelski podszedł do niego i stanął tuż obok.
— Jak się trzymasz? — zapytał cicho.
— Sam nie wiem — przyznał Emil. — Wygraliśmy, ale wcale nie czuję się jak zwycięzca.
— Nikt się tak nie czuje po czymś takim. — Orzelski wskazał dłonią świeże kopce. — Broda miał niespełna osiemnaście lat. Mazur jeszcze nie tak dawno grał nam na harmonijce. Kwieciński marzył, by po wojnie otworzyć w Krakowie piekarnię. To nie są liczby w raporcie, Emil. To ludzie, których znaliśmy.
— Wiem o tym.
— Mimo to jutro znów ruszymy do walki. I pojutrze też. I tak będziemy trwać aż do samego końca.
Emil odwrócił się ku przyjacielowi.
— Czy to ma w ogóle sens, Kornel? Ta wojna, ta sprawa… czy to wszystko jest cokolwiek warte?
Orzelski milczał przez chwilę, ważąc słowa.
— Nie wiem, czy ma to głębszy sens — odparł w końcu. — Wiem jednak, że jest konieczne. Wiem, że ci ludzie — wskazał na obóz w dole, na Haitańczyków i Polaków żyjących wspólnie — zasługują na wolność. I wiem, że jeśli my o nią nie zadbamy, nikt inny tego za nas nie zrobi.
— Za naszą i waszą wolność?
— Właśnie tak. Za naszą i waszą.
Emil skinął głową. Nie było w tym pocieszenia, ale poczuł pod stopami twardy grunt. Znalazł powód, by rano znów wstać i stawić czoła rzeczywistości.
— Chodźmy — rzucił. — Charlotte pewnie czeka z kolacją. Musimy też uradzić, co robić dalej.
Ruszyli w dół zbocza, zostawiając za sobą milczące groby i cienie poległych. Za ich plecami słońce skryło się za szczytami, kończąc dzień, który dla nich zmienił wszystko, choć dla losów świata nie znaczył niemal nic.
Wieczorem, przy ognisku rozpalonym przed namiotem, Emil siedział z Charlotte. Jedli w milczeniu — prosty posiłek z ryżu i fasoli, okraszony skrawkami solonej wieprzowiny. Potrawa smakowała niczym tektura, ale Emil przełykał kolejne kęsy, bo wiedział, że musi. Ciało potrzebowało paliwa, nawet jeśli w duszy panowała pustka.
Charlotte obserwowała go uważnie znad swojego talerza.
— Ilu? — zapytała w końcu.
— Ośmiu poległych. Szesnastu rannych, a trzech z nich pewnie nie dotrwa do świtu.
— Wiem o tym. Ale pytam o coś innego. Ilu ludzi sam zabiłeś?
Emil przymknął powieki.
— Nie liczyłem.
— Kłamiesz.
— Tak. Kłamię. — Otworzył oczy i spojrzał jej prosto w twarz. — Sześciu. Może siedmiu — jeden mógł to przeżyć.
Charlotte skinęła głową, jakby ta informacja była ważna, choć wcale jej nie zaskoczyła.
— Co teraz czujesz?
— Gniew. Ulgę. Pustkę. Sam nie wiem. — Wzruszył ramionami. — Wszystko naraz. To nie byli źli ludzie, Charlotte. To byli żołnierze, którzy po prostu wykonywali rozkazy. Sam byłem jednym z nich jeszcze rok temu.
— Ale teraz już nie jesteś taki jak oni.
— Nie. Teraz jestem tym, który ich wyrzyna.
Charlotte ujęła go za rękę. Jej dłoń była ciepła i szorstka.
— Emil, posłuchaj mnie. Ta walka to nie jest to samo, co oni tu wyprawiają. Oni bili się o to, by zakuć ludzi w kajdany. Ty walczysz, by ich wyswobodzić. To ma fundamentalne znaczenie.
— Doprawdy? Kiedy patrzę na tego martwego chłopaka… tego Francuza, który umierał, wołając matkę… nie widzę w nim wroga. Widzę dziecko. Czyjegoś syna.
— Ja też. — Charlotte mocniej ścisnęła jego palce. — Widziałam go. Trzymałam go za rękę, gdy odchodził. I płakałam nad nim. Ale to nie zmienia faktu, że jego armia przybyła tutaj, by przywrócić niewolnictwo. Że jego generał szczuje psami kobiety, a rząd topi więźniów w morzu.
— Więc co? Mamy mordować te dzieci za grzechy ich ojców?
— Nie. — Charlotte pokręciła głową. — Mamy walczyć z systemem, który sprawia, że dzieci muszą ginąć za błędy swoich ojców. Jeśli po drodze niektórzy z nich polegną… to wielka tragedia. Ale nie wolno nam przez to składać broni.
Emil milczał długo, trawiąc jej słowa.
— Kiedy stałaś się taka mądra?
— Zawsze taka byłam. Ty po prostu zacząłeś mnie słuchać.
Uśmiechnął się — był to jego pierwszy uśmiech od wielu godzin.
— Kocham cię.
— Wiem. Ja ciebie też.
Siedzieli przy ogniu, trzymając się za ręce i patrząc na gwiazdy, które jedna po drugiej wykwitały na nocnym niebie. Gdzieś w obozie ktoś zaczął grać na flecie — była to smutna, prosta melodia, która nie potrzebowała żadnych słów. Jutro znów nadejdzie czas walki. Jutro znów trzeba będzie podejmować decyzje, po których nikt nie poczuje się czysty. Jutro ktoś zginie, a ktoś inny będzie łkał nad świeżą mogiłą.
Jednak tej nocy liczyło się tylko to: żar ogniska, splot dłoni i bliskość drugiego człowieka. To wystarczyło, by rano znów mieć siłę do działania.
Terrence Malfroy czuwał w szpitalnym namiocie przy łóżku żołnierza, który wreszcie zapadł w sen.
Czuł wycieńczenie sięgające aż do szpiku kości; był tak strudzony, że ledwo trzymał otwarte powieki. Mimo to nie mógł jeszcze pozwolić sobie na odpoczynek. Nie teraz, gdy ranni wciąż wymagali opieki.
Miał dłonie umazane krwią — polską, haitańską i francuską. Na pobojowisku krew traciła barwy narodowe; stawała się po prostu czerwona, ciepła i życiodajna, a jednocześnie niosła śmierć, gdy wypływała z ciał zbyt wartko.
Myślał o synach. Jak zawsze. Christian i Roger.