Mundial, mimo postępującej komercjalizacji i coraz wyraźniejszego spadku ekskluzywności, pozostaje świętem futbolu. Raz na cztery lata reprezentacje z całego globu walczą o miejsce w kronikach, a miliony kibiców oklaskują swoich idoli, opłakują ich porażki i kłócą się o decyzje sędziów. A przecież mistrzostwa świata to nie tylko wydarzenia boiskowe. To także historia rywalizujących sąsiadów, którzy nie chcieli zgodzić się na porażkę i ostatecznie razem zorganizowali turniej. Opowieść o francuskiej kolonii, która doprowadziła do jednej z największych sensacji w dziejach piłki nożnej. Dumnej Argentyny balansującej między różnymi koncepcjami futbolu, Niemców zazdroszczących Polakom Roberta Lewandowskiego czy Urugwaju przekonanego, że jego mundialowa historia jest bogatsza, niż zwykle przyjmuje reszta świata.
Tą książką chcemy nieśmiało dołożyć swoją cegiełkę. Nie jest ona przewodnikiem po turnieju ani skarbem kibica opisującym kadry i największe gwiazdy poszczególnych drużyn. Nie jest to także historyczna podróż przez wcześniejsze mundiale — śp. Leszek Jarosz zawiesił poprzeczkę tak wysoko, że pychą byłaby próba zrobienia czegoś równie dobrego. Razem z kolegami z redakcji Mistrzowie Polski postanowiliśmy pójść inną drogą i pokusić się o nieoczywiste przedstawienie każdego z uczestników mistrzostw. W przypadku jednych skupiliśmy się na historiach z przeszłości, u innych opisaliśmy wydarzenia całkiem świeże, a czasem spojrzeliśmy także w przyszłość ambitnych projektów — jak ten, który tworzy obecnie Arabia Saudyjska.
Droga na Mundial to 48 opowieści o uczestnikach mistrzostw świata. Autorskie spojrzenie na reprezentacje, ale także ich traumy, ambicje i nieoczywiste postacie, które zmieniły historię futbolu. Każda droga ma swój początek. W przypadku wielu nacji awans na mistrzostwa świata poprzedziły lata niepowodzeń, a dla innych sam udział w turnieju dawno przestał być sukcesem.
Mistrzostwa świata to arena, na której spełniają się piłkarskie marzenia. Jeśli, drogi Czytelniku, trzymasz tę książkę w rękach, jedno z naszych właśnie się spełnia. Przyjemnej lektury!
Paradoks Iranu. Futbol w cieniu polityki
Marcin Pietkiewicz
21 listopada 2022 roku reprezentacja Iranu stanęła na murawie stadionu Chalifa w Dosze, by rozpocząć kolejny mundial. Rywalem była Anglia, jeden z faworytów turnieju i drużyna, którą wielu widziało w gronie kandydatów do medalu. Miliony widzów z całego świata czekały na widowisko sportowe, ale chyba nawet bardziej na polityczny manifest, którego oczekiwano od Irańczyków. Gdy z głośników popłynęły pierwsze dźwięki hymnu Islamskiej Republiki Iranu, zawodnicy w czerwonych koszulkach stali w ciszy. Żaden z nich nie otworzył ust. Kamery telewizyjne długo zatrzymywały się na twarzach piłkarzy, jakby realizatorzy nie byli pewni, czy wolno pokazywać ten moment zbyt długo. Na trybunach pojawiły się gwizdy, ale też pojedyncze oklaski. Jedni kibice próbowali skandować, inni patrzyli na murawę w milczeniu. Przed telewizorami miliony ludzi próbowały odczytać sens tej ciszy. Mundial dopiero się zaczynał, a Iran bez kopnięcia piłki był już na nagłówkach portali z całego świata.
Kilka tygodni wcześniej kraj ogarnęła fala protestów po śmierci Mahsy Amini, młodej kobiety zatrzymanej przez policję obyczajową za rzekome naruszenie zasad dotyczących stroju. Jej śmierć szybko przestała być jednostkową tragedią. Stała się symbolem gniewu, który narastał od dawna i wreszcie wylał się na ulice. Demonstracje zaczęły się w Teheranie, ale szybko rozlały się na inne miasta. W Internecie krążyły nagrania ze starć z policją, relacje o ofiarach, wezwania do protestu i obrazy kobiet, które publicznie zrzucały chusty. W takiej atmosferze reprezentacja Iranu przygotowywała się do mundialu. Piłkarze wiedzieli, że jadą na turniej w chwili, gdy ich kraj przeżywa jeden z najpoważniejszych kryzysów społecznych ostatnich lat. Każde ich zachowanie miało zostać odczytane. Każda mina, każde zdanie, każda cisza.
Kapitan reprezentacji Ehsan Hajsafi na konferencji prasowej złożył kondolencje rodzinom ofiar protestów i podkreślił, że kadrowicze „są z ludźmi w Iranie”. W wielu państwach taka wypowiedź zostałaby uznana za gest empatii. Jeszcze mocniej wybrzmiał głos Sardara Azmouna, jednego z najbardziej rozpoznawalnych piłkarzy tego pokolenia, który w mediach społecznościowych pisał o wstydzie i o tym, że nawet wyrzucenie z kadry byłoby niewielką ceną wobec cierpienia kobiet i protestujących. Jego słowa potwierdziły, że irański piłkarz nie jest po prostu sportowcem. Jest jednocześnie reprezentantem państwa, twarzą społeczeństwa i uczestnikiem konfliktu, od którego nie da się uciec.
Nie był to jednak pierwszy taki moment. Historia irańskiego futbolu jest pełna sytuacji, w których sport stawał się sceną dla spraw znacznie większych niż wynik. Najsłynniejszy przykład pochodzi z 1998 roku, gdy Iran na Mistrzostwach Świata we Francji trafił do grupy ze Stanami Zjednoczonymi. Samo zestawienie tych drużyn wystarczyło, by mecz natychmiast został uznany za jedno z najbardziej politycznie obciążonych spotkań w historii mundiali. Od rewolucji islamskiej w 1979 roku oba państwa pozostawały w konflikcie dyplomatycznym. Retoryka po obu stronach była ostra, a wzajemne relacje wykraczały poza chłód polityczny. Dla zachodnich mediów było to spotkanie o ogromnym ładunku symbolicznym. Dla wielu Irańczyków — możliwość pokazania swojej wyższości nad „amerykańskim szatanem”, jak nazywano wówczas USA. Sam awans na tamten mundial zapisał się w kronikach irańskiej piłki nożnej. W barażu z Australią Irańczycy zremisowali pierwszy mecz 1:1, a w rewanżu w Melbourne przegrywali już 0:2. Wydawało się, że marzenie o mundialu nie zostanie zrealizowane. Tymczasem w drugiej połowie zdobyli dwa gole i wyrwali remis 2:2, który dał im awans dzięki bramkom wyjazdowym. W Iranie spotkanie to do dziś funkcjonuje jako „mecz stulecia”. Już wtedy było widać, że reprezentacja narodowa nie jest zwykłą drużyną piłkarską, ale nośnikiem emocji, które potrafią jednoczyć społeczeństwo.
Na mundialu we Francji przed meczem ze Stanami Zjednoczonymi Irańczycy wyszli na murawę z białymi kwiatami dla rywali. Ten gest, prosty i z pozoru niewinny, stał się jedną z najbardziej pamiętnych scen tamtego turnieju. Miał symbolizować pokój i normalność, próbę oddzielenia ludzi od państw, sportowców od konfliktu dyplomatycznego. Iran wygrał 2:1 po bramkach Hamida Estiliego i Mehdiego Mahdavikii. W kraju wybuchła euforia. Ulice wielu miast zapełniły się ludźmi świętującymi zwycięstwo, które dla wielu znaczyło więcej niż trzy punkty. Był to niewątpliwie symboliczny moment, który nie przyniósł jednak sportowego happy endu. Iran mimo pokonania USA, zakończył swój udział w turnieju na fazie grupowej.
Na tym właśnie polega paradoks tej reprezentacji. Sportowo od lat należy do najsilniejszych drużyn Azji. Regularnie kwalifikuje się na mistrzostwa świata, ma stabilną pozycję na kontynencie, jej piłkarze coraz częściej trafiają do mocniejszych europejskich lig, a jednak mundialowa historia pozostaje opowieścią ubogą w sukcesy. Drużyna przyjeżdża z nadziejami, wzbudza zainteresowanie, po czym po trzech meczach wraca do domu. Nigdy nie wyszła z grupy. Na mistrzostwo Azji czeka od 1976 roku. Kiedy mówi się o Iranie, znacznie częściej wracają sceny pozaboiskowe niż konkretne sportowe osiągnięcia. Czy piłkarze staną po którejś ze stron konfliktu? Czy zdecydują się na polityczne manifesty? A może w ogóle reprezentacja nie zostanie dopuszczona do gry? Tego typu pytania przytłaczają te o walory taktyczne czy konkretne wybory personalne w kadrze narodowej.
Czysto sportowy wymiar tej historii pozostaje w tle, a przecież w ostatnich latach dokonywała się spora zmiana w postrzeganiu futbolu w tym kraju. Iran przez lata próbował znaleźć model, który pozwoli mu przetrwać starcia z silniejszymi rywalami, a zarazem nie odbierze mu przewagi nad zespołami z Azji. Najmocniej było to widać za kadencji Carlosa Queiroza. Portugalczyk uczynił z tej drużyny zespół zdyscyplinowany, cierpliwy i niezwykle trudny do złamania. Jego Iran nie chciał prowadzić otwartej gry z mocniejszymi przeciwnikami. Starał się przetrwać, ograniczać przestrzeń, minimalizować ryzyko i czekać na jeden moment, który może odwrócić losy meczu. To podejście miało sens, bo na poziomie mundialu Iran nie był drużyną zdolną do dominacji nad Hiszpanią, Portugalią czy Argentyną. Mógł natomiast sprawić, by rywal tego poziomu długo musiał zapracować na wygraną. Najbardziej wymowny był mecz z Argentyną na mundialu w 2014 roku. Iran przez niemal całe spotkanie utrzymywał bezbramkowy remis i bardzo długo wyglądał jak drużyna, która jest w stanie wywalczyć sensacyjny punkt. Dopiero w doliczonym czasie gry Lionel Messi zrobił to, co wielcy piłkarze robią w takich momentach najczęściej — jednym zagraniem rozstrzygnął spotkanie. Cztery lata później w Rosji Iran znów był blisko. Zdobył cztery punkty w grupie z Portugalią, Hiszpanią i Marokiem, a więc wynik, który w wielu innych turniejach wystarczyłby do awansu. W końcówce meczu z Portugalią Mehdi Taremi miał sytuację, po której Iran mógł po raz pierwszy w historii wejść do fazy pucharowej mistrzostw świata. Przez ułamek sekundy wydawało się, że właśnie dzieje się coś przełomowego. Piłka trafiła jednak w boczną siatkę.
Po Katarze Iran zaczął szukać nieco innej drogi. Selekcjoner Amir Ghalenoei podjął próbę odejścia od skrajnego pragmatyzmu i większą chęć dominowania z piłką, ale to są już kwestie drugiego planu. W Iranie trudno skoncentrować się wyłącznie na wydarzeniach boiskowych. Tu selekcjoner nie odpowiada wyłącznie za wyniki, a piłkarz nie odpowiada wyłącznie za formę. Każdy ruch kadry natychmiast zostaje wpisany w szerszą narrację. W Iranie mecz rzadko zaczyna i kończy się na boisku. Kadra gra pod presją sportową, społeczną i polityczną jednocześnie. Gesty piłkarzy są natychmiast interpretowane, a sam fakt bycia reprezentantem oznacza funkcjonowanie w polu napięć, którego europejskie drużyny zwykle nie znają. Sportowo Iran ma argumenty, by przestać być „drużyną eliminacji”. Chce mierzyć coraz wyżej, osiągać coraz więcej. Trudno jednak skupić się na ambitnych celach, gdy kraj znajduje się w stanie wojny ze współgospodarzem mundialu. I znowu boisko schodzi na dalszy plan…
Przeklęta ziemia gospodarzy. O dwóch najbardziej traumatycznych klęskach Brazylii
Paweł Pierlak
Myślisz mundial, mówisz Brazylia. Żaden kraj nie wygrał mistrzostw świata częściej, żaden nie zbudował wokół tego turnieju równie silnej części własnej piłkarskiej tożsamości. Pięć złotych medali to dorobek, z którym nie może równać się żaden inny kraj. Brazylijczycy na hasło „mundial” nie mają jednak wyłącznie pozytywnych wspomnień. Co więcej, te najbardziej pamiętne turnieje — rozgrywane na ich własnej ziemi — kończyły się historycznymi kompromitacjami. Gdy ciśnienie na trofeum było największe, piłkarze Canarinhos dwukrotnie nie wytrzymali presji. W 1950 i 2014 roku Brazylia przegrała nie tylko spotkania. Przegrała swoje własne wyobrażenie o tym, czym powinna być na oczach świata.
Po raz pierwszy mistrzostwa świata w Brazylii rozegrane zostały w 1950 roku, gdy powrócono do mundialowych zmagań po 12-letniej przerwie spowodowanej wybuchem II wojny światowej. Brazylia przystępowała do nich jako bezapelacyjny faworyt. O tym, jak mocny był wówczas ten zespół, niech świadczy fakt, że w rozgrywanym rok wcześniej Copa América strzelili 46 goli w 8 meczach, a w decydującym spotkaniu pokonali Paragwaj aż 7:0.
Organizatorzy turnieju stworzyli nietypowy format rozgrywania mistrzostw świata. Po tym jak w 1934 i 1938 roku nie było fazy grupowej, a od razu tworzono drabinkę pucharową, tym razem wrócono do podziału na grupy. Wątpliwości budził jednak dalszy system, w którym zwycięzcy grup tworzyli kolejną, czterozespołową grupę finałową, a zespół z pierwszego miejsca otrzymywał puchar dla najlepszej drużyny globu. Można spierać się, czy taki format rzeczywiście zwiększał szanse gospodarzy, ale dla tej historii ważniejsze jest coś innego: Brazylia miała poczucie, że cały turniej prowadzi ją prosto do koronacji. To właśnie dlatego późniejsza porażka tak mocno wrosła w narodową pamięć.
Dla gospodarzy wszystko układało się zgodnie z planem. Fazę grupową zakończyli z dwoma zwycięstwami oraz jednym remisem, którym nikt się jednak nie przejmował, ponieważ w starciu ze Szwajcarią, rozgrywanym w São Paulo, Flavio Costa dokonał sporych rotacji w składzie, dając zagrać głównie miejscowym zawodnikom. Prawdziwą siłę pokazali jednak w dwóch pierwszych meczach fazy finałowej. Do mistrzostwa świata potrzebny był im tylko remis w ostatnim meczu z Urugwajem, który najpierw zremisował 2:2 z Hiszpanią, a w starciu ze Szwecją rzutem na taśmę zwyciężył. Wyniki w rundzie finałowej ułożyły się tak, że mecz pomiędzy Szwecją i Hiszpanią decydował o brązowym medalu, a starcie Brazylii z Urugwajem — o złocie.
Brazylijczycy przed „finałem” byli pewni siebie do tego stopnia, że gubernator stanowy, Angelo Mendes de Moraes podczas wygłaszania mowy przed meczem pogratulował piłkarzom wygrania całego mundialu, a gazeta „O Mundo” w dzień finałowego starcia wydrukowała zdjęcia reprezentacji Canarinhos z nagłówkiem: „Oto mistrzowie świata”. Kapitan Urugwaju, Obdulio Varela podobno tak się wściekł, widząc te gazety, że wykupił wszystkie, rozłożył je w pokoju i zachęcił kolegów z reprezentacji, aby oddali na nie mocz.
Kluczowe, jak się później okazało, wydarzenie przed samym finałem miało miejsce w szatni Urugwaju. Z powodów wojny w Europie Ameryka Południowa była kilka kroków w tyle w kwestii nowinek taktycznych, jednak dzięki swojemu trenerowi w Peñarolu, Węgrowi Imre Hirschlowi Varela dowiedział się o nowych sposobach bronienia. Konkretnie chodzi tu o szwajcarski „rygiel”, czyli system 1-3-3-3 (Szwajcaria zagrała też w ten sposób w zremisowanym meczu z Brazylią). Varela miał być zachwycony postawą Szwajcarii, która jako jedyna zdołała zatrzymać ofensywę gospodarzy. Za to Brazylia pod wodzą Flavio Costy grała swoim zwyczajowym systemem W-M (przekładając to na cyferki, moglibyśmy opisać to ustawienie jako 3-2-2-3).
Kiedy rozległ się pierwszy gwizdek na Maracanie oficjalnie znajdowało się 173 850 widzów. I mimo że nieoficjalnie mówi się, że w rzeczywistości liczba ta mogła sięgać nawet 200 tysięcy, to i tak po dziś dzień jest to rekord frekwencji na jakimkolwiek meczu piłkarskim. Cała Brazylia była gotowa do świętowania, jednak w najczarniejszych myślach nie spodziewali się tego, co później zobaczyli na własne oczy.
Gospodarze od początku przejęli kontrolę nad meczem, ale do przerwy nie zdołali wyjść na prowadzenie. Udało się to dopiero dwie minuty po zmianie stron za sprawą króla strzelców mundialu, Ademira. Brazylijczyków dzieliły od zwycięstwa 24 minuty, kiedy wszystko zaczęło sypać się, jak domek z kart. Najpierw do siatki trafił napastnik Schiaffino, a decydujący cios zadał prawoskrzydłowy Ghiggia. „Tylko trzy osoby zdołały uciszyć Maracanę — Frank Sinatra, Jan Paweł II i ja” — powtarzał później strzelec bramki na 2:1.
Ceniony brazylijski dziennikarz Nelson Rodrigues nazwał klęskę z Urugwajem „naszą Hiroszimą”, co celnie oddawało nastroje, jakie zapanowały w narodzie. Pomocnik reprezentacji Canarinhos Zizinho przyczyn porażki dopatrywał się w ustawieniu W-M. „W ostatnich czterech meczach mistrzostw świata po raz pierwszy w życiu grałem w tym systemie. Hiszpania stosowała W-M, Szwecja stosowała W-M, Jugosławia stosowała W-M. Pokonaliśmy drużyny, które grały W-M. Ale Urugwajczycy grali inaczej. Mieli jednego obrońcę głębiej i drugiego przed nim” — mówił w wywiadzie z Alexem Bellosem. Ponadto warto zauważyć, że dwie bramkowe akcje Urugwaju były efektem ataków prawą stroną, którą zabezpieczać miał pomocnik Danilo. Tego jednak ciągnęło do przodu i przez to często powstawała tam luka.
Brazylijczycy za winnych porażki uznali jednak trzech zawodników — Bigodę, Juvenala i Barbosę. Przypadkowo, czy nie — fakty są takie, że było to trzech czarnoskórych zawodników Canarinhos. Najgorzej miał ten ostatni — bramkarz, którego obwiniano za błąd przy decydującym trafieniu Ghiggii. Brazylia tak zraziła się do czarnoskórych golkiperów, że następnym o takim kolorze skóry, który trafił do kadry był dopiero w 1999 roku Dida. Barbosa został już na zawsze skreślony. W 1993 roku nie pozwolono mu odwiedzić kadry Brazylii, ponieważ obawiano się, że przyniesie pecha przed nadchodzącymi MŚ 1994, a 20 lat po „Maracanazo” — jak nazywa się porażkę z Urugwajem — robiąc zakupy w sklepie pewna kobieta wskazała na niego palcem i powiedziała do syna: „Spójrz na niego. To człowiek, przez którego płakała cała Brazylia”. W 2000 roku, jeszcze przed śmiercią Barbosa wypowiedział słynne słowa: „W Brazylii maksymalna kara, jaką można orzec, to 30 lat. Moja trwała 50”.
Na okazję do rehabilitacji przed własną publicznością Brazylia musiała czekać aż 64 lata. W 2014 roku po raz drugi uzyskali prawo zorganizowania mistrzostw świata. Naród zwariowany na punkcie piłki nożnej dostał od losu drugą szansę, aby odegrać się za dawne wydarzenia. Na własnej ziemi liczył się tylko złoty medal.
Seleção rozpoczęło turniej od… gola samobójczego. Marcelo strzelił pierwszą bramkę na turnieju, ale do własnej siatki, jednak później było już lepiej. Podopieczni Luiza Felipe Scolariego wygrali swoją grupę z bilansem dwóch zwycięstw i jednego remisu. W 1/8 finału po rzutach karnych pokonali Chile, a w ćwierćfinale okazali się lepsi od Kolumbii (2:1). Ostatnią przeszkodą w drodze do finału byli Niemcy. Brazylijczycy mogli patrzeć optymistycznie na ten pojedynek, ponieważ reprezentacja Canarinhos ostatnią porażkę u siebie w meczu o stawkę poniosła 39 lat temu, gdy w rozgrywkach Copa América przegrali z Peru.
To, co stało się w Belo Horizonte, przeszło najśmielsze oczekiwania wszystkich. Pokolenie, które dorastało na opowieściach o porażce z Urugwajem w 1950 roku przeżyło swoje Maracanazo. Niemcy zdeklasowali Brazylijczyków, wygrywając aż 7:1. To był mecz, w którym zespołowi Joachima Löwa wychodziło dosłownie wszystko. Die Mannschaft objęli prowadzenie w 11. minucie, a po pół godziny gry było 5:0. Pomiędzy 20. a 30. minutą gry Brazylijczycy dostali zbiorowego zaćmienia. W tym przedziale czasowym rywale strzelili im cztery bramki. Nie tylko Brazylia, ale i cały piłkarski świat był w ciężkim szoku. Siedem straconych bramek nie było tylko wynikiem. Było rozpadem drużyny na oczach własnych kibiców.
Brazylijczycy zagrali naiwnie. Selekcjoner Luiz Felipe Scolari w 2002 roku wygrywał z tą reprezentacją mistrzostwo świata dzięki m.in. świetnej organizacji gry w defensywie. W turnieju rozgrywanym na własnej ziemi być może dał się ponieść emocjom i przeszarżował. Die Mannschaft tworzyli zagrożenie wykorzystując wolną przestrzeń po ich prawej stronie za plecami bardzo ofensywnie grającego Marcelo. To Brazylia prowadziła grę, mając wyższe posiadanie piłki, oddając więcej strzałów (w tym także celnych), notując więcej dośrodkowań, podań w pole karne, wykonując więcej rzutów rożnych oraz mając więcej niebezpiecznych ataków. Ale po stracie piłki zostawiali sporo wolnej przestrzeni. A Niemcy Joachima Löwa byli mistrzami w jej wykorzystywaniu.
Brazylijczycy mogą zastanawiać się, co by było, gdyby Neymar nie doznał kontuzji w meczu z Kolumbią po brutalnym faulu Zúñigi, czy Thiago Silva — inny niekwestionowany lider kadry — nie był zawieszony za kartki. Ale równie dobrze mogą dziękować Bogu, że Niemcy w pewnym momencie odpuścili. „Powiedzieliśmy sobie jasno, że musimy nadal być skoncentrowani i nie będziemy próbować upokorzyć Brazylii” — mówił Mats Hummels w szatni w trakcie przerwy w meczu. Do poleceń nie zastosował się jedynie André Schürrle, który po wejściu z ławki wyczuł szansę, że dobrym występem może wywalczyć sobie miejsce w wyjściowej jedenastce na finał i strzelił dwa gole, a Brazylię było stać jedynie na honorowe trafienie w samej końcówce meczu, które nie wystarczyło kibicom nawet na otarcie łez.
Wśród przyczyn tak wysokiej porażki Brazylii wymienia się stan emocjonalny piłkarzy Canarinhos. Spoczywała na nich ogromna presja, aby przynieść całemu narodowi Puchar Świata zdobyty na własnej ziemi, a szybko wyprowadzane ciosy rywali położyły ich na deski. Ogromnym ładunkiem emocjonalnym — jak zaznaczali piłkarze — był brak Neymara. Kontuzja gwiazdora reprezentacji była naprawdę poważna. Jak sam piłkarz później opowiadał, lekarz powiedział mu, że gdyby otrzymał uderzenie dwa centymetry bliżej boku, prawdopodobnie do końca życia nie mógłby już chodzić. Narracja wokół reprezentacji Brazylii przez cały mundial toczyła się wokół Neymara. Po jego kontuzji w kraju zapanowała żałoba. Można było odnieść wrażenie, że gospodarze jeszcze przed pierwszym gwizdkiem w Belo Horizonte dźwigali nie tylko presję ze strony Niemców, ale też własny strach przed powtórką z historii.
Dla Seleção było to wyrównanie najwyższej porażki od blisko 100 lat, gdy w 1920 roku przegrali 0:6 z Urugwajem. Fakt, że stało się to w najgorszych możliwych okolicznościach — w półfinale mistrzostw świata, przed własną publicznością, na oczach milionów kibiców przed telewizorami — tylko dopełnia obraz ogromnej tragedii. Następnego dnia gazeta „O Globo” wystawiając noty pomeczowe, każdemu zawodnikowi przyznała ocenę 0. Nie brakowało też nawiązań do słynnego Maracanazo. „Extra” — inna brazylijska gazeta — złożyła ironiczne gratulacje wicemistrzom świata z 1950 roku, że już nie do nich należy największa klęska w dziejach brazylijskiego futbolu. „Folha de São Paulo” pisała natomiast, że jeśli tamten mecz z Urugwajem był tragedią, to ten z 2014 roku jest upokorzeniem. Maracanazo zostało przykryte przez Mineirazo, jak nazwano porażkę z Niemcami na stadionie Estádio Mineirão w Belo Horizonte.
Klęska z Niemcami zebrała swoje żniwa i zmusiła do przeprowadzenia rewolucji w kadrze narodowej. Selekcjoner Luiz Felipe Scolari zrezygnował ze swojej funkcji tuż po turnieju. 10 zawodników z kadry powołanej na turniej później nie zagrało już ani minuty w reprezentacyjnej koszulce. Zmiany były jednak konieczne, ponieważ Scolari powołał na mundial głównie wiekowych piłkarzy. Tylko dwóch zawodników z wyjściowej jedenastki przeciwko Niemcom było przed 26. urodzinami (Oscar i Bernard), natomiast aż czterech miało już „trójkę z przodu” (Júlio César, Maicon, Dante, Fred). Gdy Júlio César niespełna cztery lata później ogłosił zakończenie reprezentacyjnej kariery, napisał: „Nawet dzisiaj, kiedy kładę się spać, nie mogę przestać o tym myśleć. Już wyobrażam sobie dzień mojej śmierci, za wiele lat, kiedy w wiadomościach ogłoszą: «Júlio César, bramkarz z przegranego meczu 1:7, nie żyje»”. Obie klęski różniło wiele: format turnieju, epoka, przeciwnik, sposób gry i skala wyniku. Łączyło je jednak to, że wydarzyły się w miejscu, w którym Brazylia chciała potwierdzić własną wielkość. Maracanazo i Mineirazo nie są tylko dwoma bolesnymi datami. To dwa momenty, w których najbardziej utytułowana reprezentacja świata przekonała się, że mundial u siebie bywa nie przywilejem, lecz wyzwaniem i presją, która potrafi złamać nawet największych.
Farbowane kangury. Niby Australia, a reprezentuje Azję
Mateusz Wiśniewski
Geografia to prosty przedmiot szkolny. Dzieci na początku swojej edukacji uczą się, gdzie leży Polska. Zaraz potem dowiadują się, że największą jednostką podziału lądów na Ziemi jest kontynent, a na mapie świata wyróżniamy ich siedem. Najmniejszym z nich jest Australia, do której dokooptowywany jest obszar zwany Oceanią. I może siedmiolatek nie wymieni wszystkich państw leżących na wyspach znajdujących się na Oceanie Spokojnym, za to będzie potrafił wskazać ojczyznę kangurów. Później ten siedmiolatek obejrzy z rodzicami mecz Australii na Mistrzostwach Świata 2026 i będzie się zastanawiał, dlaczego kadra Socceroos poleciała do Ameryki Północnej jako reprezentant innego kontynentu — Azji.
Takie pytanie potencjalnie może też zadać widz w każdym wieku. Jeśli Australia sama w sobie jest kontynentem, to skąd się wzięła Azja? Geograficznie niby nie jest tak daleko, ale Australijczycy kulturowo i historycznie różnią się od Azjatów. Australia, a formalnie Wspólnota Australii to przecież była kolonia brytyjska. Mówi się tam po angielsku, a i imigrantów najwięcej było zawsze z państw europejskich. Można nawet powiedzieć, że Australia jako reprezentant Azji po prostu głupio brzmi. Sytuacja nie jest tożsama z przypadkiem Izraela, który występuje pod egidą UEFA ze względów stricte politycznych. Temat australijski jest trochę bardziej złożony.
Powodem takiego stanu rzeczy jest poziom piłkarski w Konfederacji Piłkarskiej Oceanii (OFC), a co za tym idzie — przepisy FIFA dotyczące zasad kwalifikowania się na mistrzostwach świata. Każda z sześciu kontynentalnych federacji ma określoną pulę miejsc, jakie da się wywalczyć w eliminacjach. Najsłabszą pod względem jakości drużyn jest właśnie ta najmniejsza, która obecnie zrzesza 16 członków z regionu. Nie ma już w tym gronie Australii. Już, bo do końca 2005 roku przebywała w tym towarzystwie. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie odrzucenie przez azjatycką konfederację wniosków o członkostwo Australii i Nowej Zelandii w 1964 roku. Tam ich nie chcieli, więc pacyficzne państwa założyły swoją federację. I tak przez prawie czterdzieści lat piłkarze z kraju kangurów brali udział w Pucharze Narodów Oceanii, a także rywalizowali o przepustkę na mundial z Nową Zelandią czy Tahiti. Gdzieś w siedzibie krajowego związku piłkarskiego mieszczącej się w Sydney z pewnością znaleźlibyśmy półkę z zakurzonymi trofeami za kontynentalne rozgrywki. Piłkarze Socceroos w historii zdobywali je czterokrotnie. Jedno nawet na pożegnanie z federacją. W 2004 roku Australia pokonała w finałowym dwumeczu Wyspy Salomona, a już dwa lata później opuściła oceaniczne towarzystwo. Po co mierzyć się z reprezentacjami Kiribati czy Vanuatu, jak można toczyć boje z Japończykami lub Irańczykami. Nikt nie powinien być zaskoczony, że druga para przeciwników pod względem poziomu piłkarskiego to inna liga.
Patrząc natomiast we wspomniane reguły kwalifikacyjne, wszystko prezentuje się klarownie. Do Mistrzostw Świata 2026 piłkarska federacja Oceanii nie mogła się pochwalić gwarancją ani jednego mundialowego biletu. Dzięki zwiększeniu liczby uczestników do 48, drużyny z tamtej części piłkarskiego świata mają możliwość wywalczenia bezpośredniego awansu na światową imprezę poprzez kontynentalne eliminacje. Wcześniej takiej opcji po prostu nie było. Zwycięzca kwalifikacji dostawał promocję, tyle że do kolejnego etapu walki o mundial. Nawet pokonanie wszystkich oponentów nie powodowało, że odpowiedzialny za logistykę człowiek w związku piłkarskim musiał szukać bazy treningowej czy biletów lotniczych. Nie wystarczało więc być najlepszą drużyną na własnym podwórku. Zasady zmuszały do rozegrania meczu bądź meczów przeciwko drużynom z innego zakątka świata. To było bardzo problematyczne dla australijskiej federacji. Mocna kadra, zmuszona ze względów geograficznych do grania ze słabymi ekipami wyspiarskich krajów, miała ogromne trudności z dostaniem się na światowy czempionat poprzez baraż interkontynentalny.
To trochę tak, jak wychowywanie się na małym osiedlu, na którym większość dzieci jest młodsza. Musisz grać z nimi w piłkę, bo rodzice nie pozwalają Ci opuścić terenu. Przewyższasz poziomem wszystkich pozostałych, choć wiesz, że to Cię niczego nie uczy. A kiedy idziesz do szkoły, to okazuje się, że chłopcy z innego osiedla ogrywają Cię bez ceregieli, bo mieli większe możliwości rywalizacji. Do takiego wniosku doszli też decyzyjni Australijczycy.
Na mistrzostwa przed zmianą obozu reprezentacja z Antypodów pojechała tylko dwa razy — w 1974 roku wybrała się do Republiki Federalnej Niemiec po awansie wywalczonym w łączonych eliminacjach drużyn ze strefy Azji i Oceanii, zaś w 2006 roku wywalczyła przepustkę, pokonując Urugwaj po rzutach karnych w dwumeczu barażowym. We wcześniejszych latach marzeń o występie na mistrzowskiej imprezie pozbawiały ją Szkocja, Argentyna, Iran i właśnie Urugwaj. Australia wreszcie powiedziała basta — a może raczej done — i doszła do porozumienia z Azjatycką Federacją Piłkarską (AFC). Może to być uważane za paradoks, bo Australia zamieniając macierzystą federację na jej azjatycki odpowiednik czysto piłkarsko utrudniła sobie zadanie. Łatwiej zapakować parę bramek Fidżi niż walczyć o punkty z Japonią. Zadowolony z pewnością jest przewoźnik narodowy — Qantas Airways — gdyż lot do Arabii Saudyjskiej czy Jemenu jest o wiele dłuższy niż podróż do Nowej Zelandii. Patrząc jednak z trochę odleglejszej perspektywy, łatwiej było zająć jedno z czterech miejsc przewidzianych dla uczestników azjatyckich eliminacji niż powierzać los mundialu kwestii rozstrzygnięcia dwumeczu. A teraz jest jeszcze łatwiej, bo po zwiększeniu liczby uczestników Azja ma aż 8 bezpośrednich przepustek. Australijski gambit związany ze zmianą federacji bardzo szybko okazał się trafiony. Od Mistrzostw Świata 2010 w Republice Południowej Afryki piłkarzy Socceroos oglądamy na każdym turnieju. Nowym dominatorem eliminacji w Oceanii została Nowa Zelandia, która przez długi czas borykała się z takim samym problemem, co wcześniej sąsiad.
Wróćmy jednak do samego procesu, jakim było wstąpienie do AFC. Nie odbyło się to przecież na pstryknięcie palcem, bo w takiej sytuacji co chwilę na świecie reprezentacje zmieniałyby federacje na własne widzimisię. Australijscy dyplomaci piłkarscy musieli przekonać do swojego pomysłu zarówno władze azjatyckiej federacji, jak i zniwelować sprzeciw krajowych związków swoich przyszłych rywali, a także uzyskać zgodę „Wielkiego Brata” — FIFA. Australia nie musiała zbyt długo przekonywać największych reprezentacji tej części świata — te szybko pojęły, że zwiększenie rywalizacji sportowej może wydatnie pomóc w promowaniu ich futbolu po zyskaniu dużego gracza. Swoje poparcie wyraził także ówczesny prezes federacji — Mohammad bin Hammam. Nietrudno jednak sobie wyobrazić, że nie wszyscy członkowie AFC byli zadowoleni z potencjalnego nowego przeciwnika. Przeciwko roszadom były te słabsze piłkarsko kadry, które bały się marginalizacji swojej roli. Trzeba pamiętać, że zmiana federacji na azjatycką oznaczała, iż kluby z Australii także będą partycypować w pucharach kontynentalnych, takich jak azjatycka Liga Mistrzów. Głosy sprzeciwu sukcesywnie były jednak wyciszane, aż po paru latach starań i szukania sojuszników udało się wprowadzić proces na drogę formalną. W 2005 roku w Kuala Lumpur odbyło się głosowanie nad przyjęciem kandydatury Australii, które zakończyło się sukcesem. Decyzja była jednogłośna. Pozostało więc poczekać na zgodę FIFA i można było oficjalnie odtrąbić pełen sukces. W 2006 roku reprezentacja Socceroos weszła już jako reprezentant Azji i mogła zacząć budować swój wizerunek na tym rynku.
O tym, że federacja osiągnęła wymierne korzyści związane z awansami na mistrzostwa świata, już pisaliśmy. Warto jeszcze wspomnieć o Pucharze Azji, gdyż na tym polu Australijczycy również zdążyli osiągnąć sukcesy. Największym z nich niewątpliwie było mistrzostwo kontynentu zdobyte na własnych boiskach. W 2015 roku azjatycki czempionat odbył się właśnie w Australii i choć gospodarze wyszli z grupy dopiero z drugiego miejsca (pierwsza była Korea Południowa), to w dalszych fazach turnieju byli niezwyciężeni. Po pokonaniu do zera Chin oraz Zjednoczonych Emiratów Arabskich o końcowy triumf zmierzyli się ponownie z Tygrysami Azji. Bohaterem Australijczyków został James Troisi — strzelec zwycięskiego gola w dogrywce — dzięki któremu Socceroos mogli na stadionie w Sydney wznieść premierowe trofeum. Sukces przed własną publicznością świetnie smakował, tym bardziej że cztery lata wcześniej Australijczycy ulegli w finale turnieju Japończykom (też po dogrywce).
Zmiana federacji z perspektywy czasu przyniosła Australijczykom ogromne korzyści. Rywalizacja z lepiej zorganizowanymi futbolowo państwami sprawiła, że futbol na Antypodach bardzo się rozwinął. Rósł poziom piłkarski, rozrastała się infrastruktura. Bez opisanego powyżej impulsu byłoby o to bardzo trudno. Obecnie Australia jest jedną z najlepszych reprezentacji w strefie azjatyckiej. Pomyśleć, że gdyby nie udało się dopiąć zmiany federacji z Oceanii na Azję, to Socceroos najprawdopodobniej kisiliby się jak ogórki w beczce, dominując rozgrywki o Puchar Narodów Oceanii, ale mając problemy z wywalczeniem kwalifikacji na największą futbolową imprezę świata. A brak awansów oznaczałby, że publiczność mogłaby nie poznać Ange’a Postecoglou czy zobaczyć pięknego gola Tima Cahilla w meczu grupowym z Holandią na Mundialu w Brazylii. Biorąc jednak politykę FIFA z rozszerzaniem mistrzostw świata, Australia ma „autostradę na mundial” w strefie azjatyckiej i podobnie byłoby w oceanicznej.
Japońsko-koreańska rywalizacja, która zakończyła się wspólnym mundialem
Marcin Pietkiewicz
Co powinieneś zrobić, gdy nie potrafisz dostać się na wymarzony turniej? Logiczne rozwiązanie to praca nad poprawą jakości swojej gry i pokonanie kwalifikacyjnych rywali. Alternatywnie — możesz postarać się, by zostać jego gospodarzem. Reprezentacja Japonii przez lata nie była w stanie awansować na piłkarskie mistrzostwa świata, a na jej drodze często stawała Korea Południowa. Japończycy wyrazili więc zainteresowanie organizacją własnego turnieju, co popierał ówczesny prezydent FIFA, João Havelange. Pomysł miał jednak jedną wadę. Koreańczycy, najwyraźniej niechętni temu, by lokalny rywal zyskał spektakularny przywilej, również postanowili zawalczyć o organizację mundialu.
Niewielu kibiców zdaje sobie pewnie sprawę, że wybór dwóch gospodarzy mistrzostw w 2002 roku nie był objawem wzajemnej przyjaźni, a raczej wynikał z chęci uniknięcia „wojny” między tymi nacjami. Rywalizacja była zacięta, a rozwiązanie wzbudziło potężne emocje. Co więcej, sam kompromis był swoistym wotum nieufności wobec Havelange’a, który publicznie deklarował, że nie pozwoli na wybór dwóch gospodarzy. Japończycy zamierzali wydać 5,5 miliarda dolarów na budowę i remonty stadionów (Koreańczycy około jednej czwartej tej kwoty), a także ponad 60 milionów dolarów na promocję własnej kandydatury. Ostatecznie musieli jednak zadowolić się połowicznym sukcesem. 31 maja 1996 roku Korea Południowa i Japonia wywalczyły miejsce na mistrzostwach świata jako współgospodarze pierwszego mundialu XXI wieku. Był to kolejny przełom w ciekawej historii wyboru organizatorów największej piłkarskiej imprezy na Ziemi.
O organizację pierwszych oficjalnych mistrzostw świata starało się aż sześć państw. Węgry, Włochy, Holandia, Hiszpania oraz Szwecja zgłosiły swoje kandydatury, jednak od początku za faworyta uznawano Urugwaj. Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych był najmocniejszą reprezentacją globu, zwycięzcą turniejów olimpijskich z 1924 i 1928 roku, które w tamtej epoce miały rangę nieformalnych mistrzostw świata. W 1930 roku kraj obchodził setną rocznicę uchwalenia konstytucji i chciał uczcić jubileusz organizacją wydarzenia o znaczeniu międzynarodowym. FIFA otrzymała od Urugwajczyków obietnicę budowy stadionów oraz pokrycia kosztów pobytu i podróży uczestników. Co więcej, gdyby mundial zakończył się finansową klapą, Urugwajczycy mieli zrekompensować poniesione straty. Wybór właśnie tego państwa bronił się sportowo, ale w oczach osób decyzyjnych był także bezpieczniejszy pod względem ekonomicznym. Podróż z Europy do Ameryki Południowej była kosztowna, długa i logistycznie skomplikowana, ale to samo działało w drugą stronę, gdyby Brazylia, Argentyna czy Urugwaj miały uczestniczyć w turnieju organizowanym na Starym Kontynencie.
Ograniczony udział europejskich potęg w pierwszym mundialu przeważył przy wyborze gospodarza mistrzostw świata 1934. Kandydatura Szwecji wydawała się mocna, jednak rząd włoski zadeklarował przeznaczenie 3,5 miliona lir włoskich na organizację turnieju w Italii. Rozegranie najważniejszej imprezy piłkarskiej w faszystowskich Włoszech Benito Mussoliniego spotkało się ze sporą krytyką w kierunku prezydenta FIFA Julesa Rimeta. Francuz przy wyborze kolejnego gospodarza preferował więc „spokojniejszą” opcję. Ojczyzna Rimeta zdobyła 19 na 23 możliwe głosy, wygrywając z Niemcami i Argentyną. Ta druga nacja domagała się równego traktowania Europy i Ameryki Południowej, sugerując, by turnieje odbywały się na zmianę na obu kontynentach. Zasady — szczególnie te niepisane — okazały się łatwe do naginania wedle własnych korzyści.
Dyskusje nad wyborem gospodarza mundialu 1942 uprzedził wybuch II wojny światowej, jednak za faworyta uchodziła Brazylia. Jej konkurentem mogli być Niemcy, którzy z oczywistych względów nie mieli prawa oczekiwać przychylności władz piłkarskich. Te zadecydowały o rozegraniu mistrzostw jak najszybciej po zakończeniu zmagań wojennych — planowo w 1949 roku. Brazylijczycy posiadali w swoich rękach wszelkie argumenty — szykowali się do organizacji od kilku lat, a jednocześnie państwo nie było zniszczone działaniami wojennymi. Jedyną zmianą było przesunięcie zawodów na 1950 rok. Ciekawe, że już wtedy pojawił się pomysł skrócenia okresu między mistrzostwami. Kolejny mundial miał odbyć się w 1951 roku, a jedynym kandydatem do jego organizacji była Szwajcaria. Ostatecznie rozgrywki miały miejsce trzy lata później, a czteroletni odstęp został utrzymany.
Wydawać by się mogło, że organizacja piłkarskich mistrzostw świata to wielki prestiż, o który toczy się zażarty bój. Tymczasem w 1950 roku na kongresie FIFA w Rio de Janeiro, gdy wybrano gospodarza mundialu 1958 roku, kandydat był jeden — Szwecja. Było to o tyle zaskakujące, że po raz kolejny walki nie podjęły państwa Ameryki Południowej, które domagały się wcześniej równego traktowania z Europą. To zmieniło się przed turniejem 1962, gdy po wycofaniu Niemiec Zachodnich w boju pozostały Argentyna oraz Chile. Nieoczekiwanie stosunkiem głosów 32:11 wybrano ten drugi kraj. Mimo trzęsienia ziemi i sporych wątpliwości, czy Chile podoła wyzwaniu, po trzech edycjach przerwy mistrzostwa wracały do Ameryki. Z tym wyborem wiąże się zresztą jedna z najsłynniejszych opowieści w historii mundiali. Przez lata powtarzano, że Chilijczycy przekonali FIFA słowami: „Ponieważ nie mamy nic, zrobimy wszystko”. Dziś trudno rozstrzygnąć, czy dokładnie tak brzmiała ta wypowiedź w pierwotnej formie, ale sama legenda dobrze oddaje klimat tamtej kandydatury. Logika wskazywała, że inni są lepiej przygotowani i mają lepsze perspektywy na organizację udanego turnieju, jednak działacze pokusili się o nieoczywisty krok.
Koncepcja Europa–Ameryka była od tej pory podtrzymywana. Anglia była zdecydowanym faworytem do organizacji mundialu w 1966 roku mimo konkurencji ze strony Hiszpanii oraz Niemiec Zachodnich. Ostatecznie pokonała tych ostatnich 34:27. Państwa z Ameryki Południowej uszanowały przyjętą regułę, ale rywalizacja o organizację kolejnych mistrzostw rozegrała się między Argentyną oraz Meksykiem. Znowu ci pierwsi uchodzili za faworyta, ale zostali przegłosowani 32:56.
Ważnym dniem w historii mistrzostw świata był 6 lipca 1966 roku. Wtedy właśnie wybrano gospodarzy trzech kolejnych mundiali. Niemcy, Argentyna oraz Hiszpania dopięły swego. Wybór był formalnością, bowiem obie europejskie nacje porozumiały się, by wzajemnie wspierać swoje kandydatury i nie wchodzić sobie w drogę. Po tym rozdaniu FIFA przez dłuższy czas trzymała się ustalonego porządku. Mundial 1974 trafił do Republiki Federalnej Niemiec, która nie miała poważniejszej konkurencji i mogła oprzeć swoją propozycję na nowoczesnej atmosferze i zapleczu finansowym. Cztery lata później turniej wrócił do Ameryki Południowej. Gospodarzem została Argentyna, choć w tym przypadku sama decyzja sportowo-organizacyjna szybko zeszła na dalszy plan. Mundial 1978 odbywał się bowiem w cieniu wojskowej junty, a turniej stał się dla reżimu okazją do poprawy własnego wizerunku. Trudno nie odnieść wrażenia, że wybierając kolejnych organizatorów, FIFA była mocno nielogiczna. Raz stawiała na bezpieczne kandydatury, chcąc unikać jakichkolwiek kontrowersji, by w innym przypadku postawić na państwo, które miało wewnętrzne problemy i wzbudzało międzynarodową krytykę. Oczywiście, były to inne dekady, często inne osoby dokonujące wyboru, ale za każdym razem był on subiektywny. Próba narzucenia konkretnych zasad działała jedynie w teorii.
Hiszpania, wybrana jeszcze w pakiecie decyzji z 1966 roku, zorganizowała mundial 1982. Była to edycja przełomowa nie tylko dlatego, że turniej wrócił do Europy. Po raz pierwszy wystąpiły na nim 24 reprezentacje, co dobrze oddawało rosnące ambicje FIFA i postępującą globalizację futbolu. Jeszcze ciekawszy był jednak przypadek mistrzostw z 1986 roku. Ich gospodarzem miała być Kolumbia, lecz z powodów ekonomicznych wycofała się z organizacji. FIFA musiała szukać rozwiązania awaryjnego i ponownie zwróciła się ku Meksykowi. Ten stał się pierwszym krajem w dziejach, który zorganizował mundial po raz drugi. Decyzja wydawała się ryzykowna, zwłaszcza że kraj dotknęło potężne trzęsienie ziemi, ale ostatecznie Meksykanie udowodnili, że są w stanie unieść ciężar imprezy.
W 1990 roku mistrzostwa wróciły do Italii, chociaż grono kandydatów było rekordowo liczne. Na różnych etapach rozmów dotyczących organizacji turnieju przewijały się Iran, ZSRR, Jugosławia, Austria, Anglia, Francja, Grecja, Niemcy Zachodnie, Jugosławia oraz Włochy. Mocnym kandydatem wydawał się Związek Radziecki, co byłoby kolejnym krokiem w kierunku zdobywania „nowych rynków” dla światowej piłki. Warto zwrócić uwagę, że samo głosowanie nad wyborem gospodarza mundialu 90. miało miejsce w maju 1984 roku, czyli zanim ZSRR znalazł się u progu rozpadu. FIFA obawiała się jednak tego wyboru, szczególnie po bojkocie radzieckich igrzysk olimpijskich 1980 przez państwa z bloku zachodniego i „rewanżu” cztery lata później, gdy kraje bloku wschodniego nie brały udziału w igrzyskach organizowanych w Los Angeles. FIFA nie mogła pozwolić sobie na podobne kontrowersje, stąd wygrana Włoch stosunkiem głosów 11 do 5.
Cztery lata później FIFA zdecydowała się na ruch znacznie odważniejszy. Mundial 1994 przyznano Stanom Zjednoczonym, choć piłka nożna nie należała tam do najważniejszych sportów i to najdelikatniej rzecz ujmując. Dla władz światowego futbolu ważniejsze od tradycji okazały się jednak potencjał rynku, siła marketingowa i perspektywa przyciągnięcia zainteresowania milionów amerykańskich kibiców. „Jest oczywiste, że FIFA uznaje potrzebę znalezienia sposobów, by uczynić tę grę bardziej atrakcyjną dla Stanów Zjednoczonych i reszty świata. To pokazuje gotowość FIFA do zerwania z tradycją i podnoszenia jakości gry” — zapowiadał w 1990 roku Scott LeTellier, prezes Komitetu Organizacyjnego Mistrzostw Świata 94’. W tamtym czasie poważnie rozważano radykalne zmiany w postaci chociażby rezygnacji z rozgrywania dwóch 45-minutowych połów i wprowadzenia czterech kwart po 25 minut. Pomysłodawcą takiej koncepcji był sam prezydent FIFA João Havelange. Pokazuje to, że światowa organizacja nie chciała uczyć Amerykanów, jak powinno się grać w piłkę, a wręcz planowała dostosować własne zasady do standardów sprawdzonych m.in. w NBA. Pomysły Havelange’a zostały zbojkotowane, ale część z nich przesunięto jedynie w czasie — już wtedy proponował poszerzenie liczby uczestników turnieju do 32. Konkurentami USA w walce o mundial były Maroko oraz Brazylia, ale wydatek ponad 500 milionów dolarów przesądził o wyborze amerykańskiej kandydatury. Ta otrzymała 10 głosów, przy 7 dla przedstawiciela Afryki i 2 dla państwa z Ameryki Południowej.
Maroko z determinacją walczyło o organizację pierwszego afrykańskiego mundialu, jednak to Francja wygrała rywalizację o turniej 98’ stosunkiem głosów 12 do 7. Ciekawe, że FIFA po raz drugi w historii postawiła na Francuzów zamiast promować Marokańczyków, którzy dotychczas zawzięcie walczyli o swoją szansę. Być może nawet zbyt zawzięcie, bowiem po latach pojawiły się doniesienia o łapówkach dla głosujących na ten kraj. O ile więc w przypadku Stanów Zjednoczonych ich wybór tłumaczono chęcią promocji futbolu na nowym kontynencie, o tyle ta sama reguła nie działała w kontekście Maroka i rynku afrykańskiego.
João Havelange wielokrotnie powtarzał, że nie zgodzi się na organizację mistrzostw w więcej niż jednym kraju. W pewnym momencie pojawił się pomysł, by mundial 2002 zorganizować na terenie aż trzech państw. Koncepcja z dokooptowaniem Korei Północnej okazała się jednak utopią niemożliwą do realizacji z powodów politycznych. Prezydent FIFA długo wspierał samodzielną kandydaturę Japonii. Jego wsparcie prawdopodobnie okazało się jednak niedźwiedzią przysługą, bowiem konkurenci Brazylijczyka niejako na złość zaczęli wspierać Koreę Południową. Lennart Johansson — ówczesny prezydent UEFA, mający aspiracje, by zastąpić Havelange’a w światowej organizacji (w głosowaniu z czerwca 1998 roku przegrał stosunkiem głosów 80 do 111 z Seppem Blatterem) — poparł Koreę Południową, co doprowadziło do impasu w prowadzonych rozmowach. Rywalizacja była zacięta. Pelé wspierał Japończyków, Diego Maradona stawał po stronie Koreańczyków. Gdy ci pierwsi zaproponowali budowę wirtualnych stadionów, czyli obiektów z ogromnymi ekranami, na których kibice mogliby wspólnie oglądać mecze rozgrywane w innych miejscach (czyli de facto nowoczesnych stref kibica), drudzy najpierw podchodzili do tego z ironią, by następnie zadeklarować, że sami też są w stanie wprowadzić tego typu innowację — z zastrzeżeniem, że całość środków zyska FIFA. Po decyzji o podzieleniu mundialu na dwa państwa obie strony początkowo ostrożnie oceniały pomysł, a Ken Naganuma, przewodniczący japońskiego komitetu ds. przetargów zamiast okazywać radość, opowiadał o wielu problemach, które trzeba będzie rozwiązać. Przed Mundialem 2002 relacje japońsko-koreańskie były dalekie od sielanki, bo wciąż obciążała je pamięć o japońskiej kolonizacji Korei z lat 1910–1945 oraz spory o status Koreańczyków mieszkających w Japonii i wzajemne uprzedzenia. Jednocześnie pod koniec lat 90. nastąpiło polityczne ocieplenie. W październiku 1998 roku premier Keizō Obuchi i prezydent Kim Dae-jung ogłosili budowę „nowego partnerstwa”, a Japonia wyraziła „głęboki żal i serdeczne przeprosiny za kolonialne rządy”. Wspólna organizacja mundialu stała się politycznym narzędziem poprawy relacji, ale nie zlikwidowała głębokiej historycznej nieufności między oboma państwami.
Mundial 2006 wrócił do Europy. Gospodarzem zostały Niemcy, które pokonały Republikę Południowej Afryki jednym głosem. Sama końcówka wyboru do dziś należy do najbardziej kontrowersyjnych w historii. Kluczowe okazało się wstrzymanie od głosu Charliego Dempseya z Oceanii, który zgodnie z sugestią własnej federacji miał oddać głos na RPA. We wcześniejszych rundach głosowań odpadły kandydatury Anglii oraz — znowu — Maroka. Cztery lata później FIFA wykonała kolejny symboliczny krok. Turniej w 2010 roku po raz pierwszy odbył się w Afryce, a jego organizację powierzono Republice Południowej Afryki. Marokańczycy latami walczyli o pierwszy afrykański mundial, a gdy FIFA zgodziła się na taki wybór, przegrali czterema głosami z RPA. Teoretycznie istniała jeszcze kandydatura Egiptu, ale tej nie poparła nawet jedna głosująca osoba.
W 2014 roku mistrzostwa wróciły do Ameryki Południowej, a gospodarzem została Brazylia — jako jedyny kandydat. Cztery lata później turniej trafił do Rosji, co już na etapie przyznania praw organizacyjnych budziło liczne kontrowersje. Konkurenci? Anglia, Holandia/Belgia oraz Portugalia/Hiszpania. Ta ostatnia opcja była najpoważniejszą alternatywą dla Rosjan, jednak w drugiej rundzie głosowania wszystko było już jasne. Jeszcze więcej emocji wywołał Katar. Mundial 2022 był pierwszym rozegranym na Bliskim Wschodzie, ale co ciekawe — historia mogła zatoczyć koło. Swoje kandydatury zgłosiły bowiem Japonia oraz Korea Południowa. Ponownie osobno, tym razem jednak nikt nie wpadł na pomysł kolejnej „narzuconej współpracy”. Szans nie miała także Australia, z kolei Indonezja po raz kolejny ograniczyła się do zapowiedzi bez złożenia oficjalnej oferty. Katar rywalizował jedynie z USA, ale przekonał działaczy właściwie nieograniczonym budżetem na budowę stadionów i organizację turnieju. Amerykanie nie musieli rozpaczać, bowiem wbrew zapowiedziom, że co drugi mundial odbędzie się w Europie, zostali gospodarzem turnieju 2026 wraz z Kanadą i Meksykiem, przy mistrzostwach z udziałem aż 48 drużyn. Kto był konkurentem? Oczywiście Maroko, które i tym razem musiało obejść się smakiem.
Jeszcze bardziej niezwykły będzie mundial 2030. FIFA zatwierdziła, że głównymi gospodarzami turnieju będą Hiszpania, Portugalia i Maroko (tak, doczekali się!), a dodatkowo Urugwaj, Argentyna i Paragwaj zorganizują po jednym meczu jubileuszowym z okazji stulecia mistrzostw świata. W praktyce oznacza to, że rocznicowa edycja zostanie rozpisana na sześć państw i trzy kontynenty. Trudno o lepszy dowód na to, jak bardzo mundial oddalił się od swojej dawnej, znacznie prostszej formuły. Następny mundial? Arabia Saudyjska, przyjęta przez aklamację w grudniu 2024 roku. Trzeci w XXI wieku zorganizowany w Azji.
Piłka nożna trafia do kolejnych nowych miejsc — powiedzą jedni. Wygrywają ci, którzy zapłacą najwięcej — uznają inni. Wybory gospodarzy mistrzostw świata często wzbudzały kontrowersje, o czym na przełomie tysiącleci przekonała się Japonia, która walczyła o swój moment, ale musiała się nim podzielić z Koreą Południową. Mundial 2002 miał być symbolem współpracy. W rzeczywistości był efektem rywalizacji, która zaszła tak daleko, że FIFA nie potrafiła wskazać jednego zwycięzcy. Japonia dostała swój mundial, ale nie na własnych warunkach. Korea Południowa również dopięła swego, choć musiała zaakceptować dzielenie się sceną z największym regionalnym rywalem. Ostatecznie obie strony mogły ogłosić sukces, ale trudno nie odnieść wrażenia, że był to sukces połowiczny. O trofeum mistrza świata walczy się na murawie, wywalczenie prawa do organizacji mistrzostw to jednak skomplikowany proces, w którym sam futbol odgrywa marginalną rolę. Do kibiców trafia jedynie slogan „był jeden kandydat, ale to najlepszy możliwy wybór”. Tego, co dzieje się za kulisami, możemy się już tylko domyślać.
Ściany pomagają gospodarzom. Jak Korea Południowa dotarła do półfinału na MŚ 2002?
Paweł Pierlak
W historii mistrzostw świata nie brakuje przypadków, gdy opinia publiczna jednogłośnie twierdzi, że sędziowie sprzyjali gospodarzom. Już po drugim turnieju tej rangi, w 1934 roku twierdzono, że Włosi zostali najlepszą drużyną na świecie za sprawą wpływów Benito Mussoliniego. Bardzo podobna narracja dominuje odnośnie do mundialu w 1978 roku w Argentynie, gdy władzę w kraju również przejęła dyktatura, a triumf sportowy miał być postrzegany jako sukces całego państwa. Ówczesny selekcjoner reprezentacji Polski, Jacek Gmoch twierdzi nawet, że niemożliwym było pokonanie Argentyńczyków na tym turnieju. W XXI wieku najbardziej kontrowersyjna była natomiast droga Korei Południowej na współorganizowanych przez nią Mistrzostwach Świata w 2002 roku. Gospodarze zajęli 4. miejsce na turnieju, a wśród piłkarskiej społeczności panuje przekonanie, że dwunastym zawodnikiem Koreańczyków byli sędziowie. Ile w tym jest prawdy?
Walka o światowy czempionat w pierwszym turnieju nowego tysiąclecia została zapisana w kronikach jako „Mistrzostwa Świata 2002 Korea i Japonia”, mimo że według zasad to Japonia powinna być pierwsza, zgodnie z kolejnością alfabetyczną. Niemniej jednak, Korea Południowa mocno walczyła o „pierwszeństwo” i ostatecznie dopięli swego, a oficjalna wersja głosi, że w języku francuskim — jednym z oficjalnych w FIFA — to Korea jest pierwsza w alfabecie (Corée/Japon). Władze Korei traktowały tę sprawę poważnie, bowiem uważały to za zadośćuczynienie za to, że w latach 1910—1945 byli pod okupacją Japonii. Choć oba kraje organizowały wspólnie największy turniej piłkarski na świecie, to wzajemnie się nie znosiły. W Korei wówczas japońska muzyka, filmy czy anime były zakazane. Korea Południowa widziała więc w organizacji turnieju coś więcej niż jedynie ugoszczenie najlepszych futbolowych reprezentacji.
Korea Południowa trafiła do „polskiej” grupy. Pierwsze spotkanie Biało-Czerwoni rozegrali właśnie z gospodarzami turnieju, które zakończyło się porażką 0:2 dla Polaków. Wspominając MŚ 2002, uczestnicy tamtych wydarzeń twierdzą, że zlekceważyli Koreę Południową. Piotr Świerczewski w książce „Mistrzowskie rozmowy” po latach wspominał, że Polacy przed spotkaniem z Koreą Południową byli przekonani, iż trafiają na przeciwnika słabszego fizycznie, niższego, mniej ogranego i dodatkowo obciążonego presją gospodarza turnieju. Taką ocenę mieli słyszeć również od sztabu. Mundialowa rzeczywistość bardzo szybko zweryfikowała jednak te wyobrażenia.
W Polsce niesprawiedliwie tworzono obraz Korei Południowej jako reprezentacji o niewielkim potencjale piłkarskim, której awans do fazy pucharowej już był niespodzianką. W rzeczywistości jednak powyższa wypowiedź Piotra Świerczewskiego pokazuje tylko, jak nieprzygotowana pojechała na mistrzostwa świata reprezentacja Polski. Korea Południowa przed mundialem zajmowała w rankingu FIFA 22. miejsce, czyli wyższe od Polaków aż o 17 pozycji. Choć ranking nie odzwierciedla idealnie siły reprezentacji, to można traktować go jako dość ogólny wyznacznik, a według niego na mundial przyjechało 14 słabszych drużyn. Co więcej, żadna azjatycka drużyna nie znajdowała się wyżej w rankingu FIFA od Korei Południowej.
Od 1986 roku Koreańczycy byli regularnym uczestnikiem mistrzostw świata. Kwalifikowali się na każdy turniej, jednak ani razu nie potrafili wyjść z grupy. Przed mundialem we własnym kraju podpisali kontrakt z Guusem Hiddinkiem, który wcześniej prowadził PSV, Fenerbahce, Valencię oraz Real Madryt, zdobył wiele trofeów, w futbolu reprezentacyjnym był selekcjonerem Holandii, z którą na wcześniejszym mundialu zajął 4. miejsce, a w fazie grupowej spuścił lanie Korei Południowej, wygrywając 5:0. Doświadczony trener pracę z Tygrysami Azji rozpoczął od początku 2001 roku. Na 12 miesięcy przed inauguracją mundialu, w czerwcu 2001 roku Korea wzięła udział w Pucharze Interkontynentalnym. Wprawdzie swoje zmagania zakończyli na fazie grupowej, ale w trzech meczach zdobyli 6 punktów. Bilans bramek zadecydował, że znaleźli się za Francją i Australią (którą pokonali). Zwycięstwo odnieśli także z Meksykiem. W zimie, na pół roku przed startem MŚ zameldowali się natomiast na Gold Cup, czyli turnieju pomiędzy reprezentacjami ze strefy CONCACAF. W grupie z USA i Kubą zdobyli tylko punkt, ale dało im to przepustkę do fazy pucharowej. W ćwierćfinale znów pokonali Meksyk po rzutach karnych. W półfinale musieli już jednak uznać wyższość Kostaryki, a w meczu o 3. miejsce nie dali rady Kanadzie. W meczach towarzyskich przed Mistrzostwami Świata 2002 prezentowali się raczej przyzwoicie. W ostatnim półroczu z dziewięciu sparingów przegrali tylko z Francją (2:3) oraz Urugwajem (1:2), a potrafili zremisować z Anglią (1:1), dość wysoko wygrać ze Szkocją (4:1) czy zrewanżować się Kostaryce (2:0) za porażkę na turnieju Gold Cup.
Faza grupowa mistrzostw świata potwierdziła, że z Koreą Południową trzeba się liczyć. Piłkarze napędzani dopingiem kibiców nie potrzebowali (jeszcze) pomocy sędziów, aby dobrze rozpocząć turniej. Po zwycięstwie z Polską (2:0) zremisowali z USA (1:1). W ostatniej kolejce w meczu z Portugalią potrzebowali co najmniej remisu, aby znaleźć się w fazie pucharowej, natomiast ich rywale musieli wygrać, aby awansować do następnej rundy (byłaby też na to szansa przy remisie, ale wówczas musieli liczyć na porażkę USA z Polską). To pierwszy mecz, w którym można dopatrywać się ingerencji gospodarzy w decyzje sędziego. Angel Osvaldo Sanchez z Argentyny w 27. minucie pokazał czerwoną kartkę João Pinto, a w 66. minucie wyrzucił z boiska kolejnego Portugalczyka — Beto. Zespół Antonio Oliveiry grając w dziewiątkę, stracił w końcu bramkę. Istnieje również teoria, że sędziowie w meczu Polski z USA bardziej przychylnie patrzyli na nasz kraj, ponieważ Koreańczykom na rękę była strata punktów Amerykanów.
Zwycięstwo w grupie nie dało Koreańczykom spodziewanych przywilejów, ponieważ w 1/8 finału trafili na reprezentację Włoch. „Wiedziałem, że sytuacja nie jest dobra, gdy kilka godzin wcześniej odpadli Japończycy. Miałem złe przeczucia. Powiedziałem wtedy mojemu asystentowi, Pietro Ghedinowi: «to zły znak, poczekaj, aż zobaczysz, co się stanie»” — wracał pamięcią do tamtych wydarzeń ówczesny selekcjoner Italii, Giovanni Trapattoni. Już w 4. minucie Koreańczycy otrzymali rzut karny, którego jednak nie wykorzystali. Włosi objęli prowadzenie w 18. minucie, ale na 120 sekund przed końcem podstawowego czasu gry Korea wyrównała. Największa kontrowersja miała miejsce w dogrywce, gdy arbiter ukarał drugą żółtą kartką Francesco Tottiego i w konsekwencji wyrzucił go z boiska, podczas gdy według kibiców na całym świecie Włochom należał się rzut karny. W 117. minucie Koreańczycy zdobyli złotego gola. Do siatki trafił Ahn Jung-Hwan, który grał wówczas w Perugii. Z tym golem wiąże się ciekawa historia, ponieważ prezes włoskiego klubu oświadczył, że rozwiązuje kontrakt z zawodnikiem. „Nie mam zamiaru płacić pensji komuś, kto zrujnował marzenia włoskich kibiców i zadał cios naszemu futbolowi” — oświadczył. Luciano Gaucci. Później wycofał się ze swoich słów i ustalono oficjalną wersję, że o zwolnieniu Ahna zadecydowano już przed mundialem.
Trapattoni był wściekły, włoska prasa oskarżała Byrona Moreno o wydrukowanie meczu, ale czy rzeczywiście tak było? „Nie było tak, jak niektórzy sugerują, że Byron Moreno ewidentnie sprzyjał Korei Południowej i starał się nie zauważać kompletnie przewinień zawodników Guusa Hiddinka. One były często odgwizdywane, podobnie jak w przypadku włoskim. Tutaj był balans. (…) Nie było tak, że jeśli Koreańczycy faulowali w ten sam sposób, co Włosi to Byron Moreno nie gwizdał. Nie odniosłem w ogóle takiego wrażenia” — oceniał na kanale YouTube Piłkarzyki w specjalnym materiale dedykowanym spotkaniu Korei Południowej z Włochami Adam Targowski, sędziujący mecze w niższych ligach i często pełniący rolę eksperta w sprawach kontrowersji sędziowskich w mediach.
Ten punkt widzenia jest o tyle cenny, że warto skonfrontować powszechnie zapamiętaną narrację z chłodną oceną pracy sędziego. Jak Adam Targowski oceniał kluczowe kontrowersyjne decyzje? Rzut karny dla Korei Południowej był zasłużony. Włoski obrońca trzyma rywala w polu karnym przy rzucie rożnym, nie jest w ogóle zainteresowany piłką, a współtwórca kanału Piłkarzyki zwraca uwagę, że na mundialu 2002 od fazy pucharowej sędziów uczulano na takie przewinienia. Kim Tae-Jung powinien otrzymać czerwoną kartkę za uderzenie łokciem Alessandro Del Piero, gdy wymierzył mu cios w odwecie za trzymanie za koszulkę. Największą kontrowersją było natomiast wyrzucenie z boiska Francesco Tottiego, mimo że kontakt napastnika z Koreańczykiem był oczywisty, aczkolwiek podyktowanie rzutu karnego nie było w tej sytuacji oczywiste. Zresztą, nawet sam selekcjoner Włochów przyznawał, że rozumie brak wskazania na „wapno”, ale nie jest w stanie pojąć, dlaczego Byron Moreno uznał symulkę Tottiego.
„Ja w takie oczywiste szycie, takie podszyte pieniędzmi, osobiście nie wierzę” — podsumował Adam Targowski. Z jego materiału wynika wniosek, że choć Italia została skrzywdzona przez sędziego, który tamtego dnia popełnił wiele błędów, to Włosi, sfrustrowani wynikiem, z wielu sytuacji zrobili propagandę. Squadra Azzurra przy lepszej skuteczności wygrałaby ten mecz, a selekcjoner Korei, Guus Hiddink był zdziwiony ich bardzo defensywnym nastawieniem przy bronieniu prowadzenia. „Wszystkie europejskie drużyny, które odpadają, są zbyt defensywne, jakby się bały. To straszne, że tak grają” — mówił po meczu.
W ćwierćfinale również nie obyło się bez skandalów sędziowskich na korzyść Korei Południowej. Gospodarze dotrwali do rzutów karnych z Hiszpanami, a w nich okazali się lepsi i awansowali do półfinału. Największe kontrowersje były przy dwóch nieuznanych bramkach dla Hiszpanii. Przy pierwszym trafieniu La Furia Roja wiele osób nie miało pojęcia, gdzie sędzia Gamal Al-Ghandour z Egiptu dopatrzył się faulu, natomiast Adam Targowski znów zwraca uwagę na nakaz dla sędziów, aby bardziej zwracali uwagę na trzymanie za koszulki w polu karnym, a przy tej bramce Baraja naciągnął koszulkę Kim Tae-younga, więc — zdaniem aktywnego arbitra — są podstawy, aby obronić decyzję arbitra, choć nie uważa jej jednoznacznie za słuszną. Trudno też dopatrywać się, że Al-Ghandour celowo nie chciał uznać bramki Hiszpanów, ponieważ gwizdek wybrzmiał jeszcze zanim reprezentant Hiszpanii oddał strzał. Podobnie było przy drugim nieuznanym golu. Guus Hiddink zauważył również, że jego obrońcy odpuścili już Fernando Morientesa, który po gwizdku trafił do siatki. Błąd sędziego asystenta był jednak ogromny, ponieważ piłka wyraźnie nie wyszła za linię końcową, a ten zasygnalizował, iż futbolówka opuściła boisko. Decyzja ta miała ogromną wagę, ponieważ miało to już miejsce w dogrywce, a na mundialu w 2002 roku panowała zasada „złotego gola”. Dyskusje wywołał też konkurs jedenastek, gdy bramkarz Koreańczyków Woon-jae Lee obronił strzał Joaquina, ewidentnie wychodząc obiema stopami przed linię. Niemniej jednak, wówczas przepis ten był „martwy” i z tamtego okresu można znaleźć mnóstwo takich przykładów.
Z materiału na kanale Piłkarzyki możemy wyciągnąć podobne wnioski, jak z meczu Korei Południowej z Włochami. To był bardzo słaby występ sędziego (z Hiszpanią również arbitra liniowego z Trynidadu i Tobago), który mylił się w obie strony, jednak kluczowymi decyzjami pomógł Koreańczykom. Przez przebieg całego spotkania autor filmu nie dopatruje się jednak oczywistego wspomagania gospodarzy, co stoi w przeciwieństwie do twierdzeń opinii publicznej. Gamal Al-Ghandour też nie miał sobie nic do zarzucenia. „To jeden z najlepiej posędziowanych przeze mnie meczów w życiu. Nie mam żadnych wyrzutów sumienia, bo i brak ku takowym powodów. Mimo że jako zespół sędziowski popełniliśmy kilka poważnych błędów. Od obserwatora otrzymałem ocenę 8,7/10. Nie wiem, dlaczego po tak wielu latach Hiszpanie dalej są na mnie wściekli. Ja nie robiłem błędów, tylko sędziowie liniowi” — mówił w wywiadzie dla Canal+. Wśród argumentów za korupcją wymienia się fakt, że Egipcjanin niedługo po MŚ 2002 zakończył karierę, natomiast wówczas miał już 45 lat, więc nie był już najmłodszym arbitrem.
Korea Południowa w półfinale zmierzyła się z Niemcami, ale ich nie zdołała już przejść. Przegrała też w meczu o 3. miejsce z Turcją. Niemniej jednak półfinał i tak był wielkim sukcesem dla kraju. Korea została pierwszą azjatycką reprezentacją, która dotarła do strefy medalowej na mistrzostwach świata.
Osiągnięcie to przez większość świata nie zostało docenione tak, jak powinien być doceniony awans do półfinału mundialu kraju, któremu daleko do bycia futbolową potęgą. Sukces odtrąbiono natomiast w Korei Południowej, a nad selekcjonerem Guusem Hiddinkiem piano z zachwytu i zrobiono z niego narodowego bohatera. Holender zmienił nie tylko zespół, ale także całą kulturę w koreańskim futbolu. Zbudował reprezentację według własnej koncepcji — odsunął kilku zawodników, którzy byli wcześniej liderami kadry, a postawił na nieoczywiste nazwiska. Wiele decyzji nie podobało się kibicom, ale selekcjoner konsekwentnie robił swoje. Wykorzystał możliwość, że dostał więcej czasu przed turniejem niż sternicy innych reprezentacji. Na czteromiesięcznym zgrupowaniu jego wybrańcy ćwiczyli nie tylko zgranie i odpowiednie schematy. Hiddink postawił przede wszystkim na motorykę i fizyczną gotowość zespołu, co wyraźnie odróżniało go od poprzednich selekcjonerów. Koreańczycy odbyli pełnowartościowy okres przygotowawczy do mistrzostw świata, dlatego podczas turnieju imponowali wydolnością — o czym najlepiej przekonali się Polacy — oraz świetną organizacją gry w defensywie. „Gdybyśmy mieli jeszcze w ofensywie takiego gracza jak Son Heung-min, zdobylibyśmy złoto” — taką tezę postawił 20 lat po turnieju Guus Hiddink.
Przygotowanie fizyczne, nastawienie mentalne, zgranie, organizacja gry, doping kibiców, ale także korzystne decyzje sędziów — to były kluczowe czynniki sukcesu Korei Południowej na Mistrzostwach Świata w 2002 roku, dzięki czemu to oni, a nie Japonia są pierwszym skojarzeniem jako gospodarz turnieju. A taki był cel Koreańczyków. Jaki udział miało w tym wsparcie sędziów — już każdy musi odpowiedzieć sobie sam.
Haiti — bezdomna reprezentacja z wielkimi marzeniami
Filip Bujakowski
Swoje mecze „domowe” rozgrywają na Curaçao, około 800 kilometrów od ojczyzny. Tyle że Haiti od lat pozostaje państwem upadłym, najbiedniejszym w obu Amerykach, w którym o władzę walczą nie politycy, lecz gangsterzy. Selekcjoner nigdy nie widział tego kraju na własne oczy, za to pomógł skompletować wybrakowaną kadrę, sprowadzając do niej piłkarzy z zagranicy. Trudno wyobrazić sobie, jak w takich warunkach można w ogóle grać w piłkę. Jeszcze trudniej pojąć, jak da się awansować na mistrzostwa świata i odnieść największy sportowy sukces od dekad. Dla haitańskich zawodników nie ma jednak rzeczy niemożliwych. Choć na co dzień mierzą się nie tylko z rywalami ze strefy CONCACAF, lecz także z polityką i biedą, ich największymi atutami pozostają zaangażowanie, determinacja i odrobina szczęścia.
To ostatnie Haitańczykom niezwykle przydało się 19 listopada 2025 roku, dzień po narodowym święcie upamiętniającym bitwę pod Vertières. Ekipa z Karaibów w ostatnim meczu mundialowych eliminacji grała wtedy z Nikaraguą. Już w pierwszej połowie rywalizacji z trafień cieszyli się Louicius Deedson i Ruben Providence, którego nazwisko po angielsku oznacza „opatrzność”. Ta najwyraźniej czuwała nad prowadzącymi Haitańczykami także po przerwie, gdyż ich bramka była jak zaczarowana, a kolejne strzały reprezentantów Nikaragui zawsze ją omijały. Haiti zatem wygrało i znalazło się na pierwszym miejscu w grupie, gwarantującym bezpośredni awans na najważniejszą imprezę czterolecia. Ostatni gwizdek arbitra nie był jednak sygnałem do rozpoczęcia wielkiej fety, lecz do jak najszybszego uruchomienia transmisji rozgrywanego równolegle drugiego grupowego starcia. Honduras grał w nim z Kostaryką i był o jedną bramkę od zwycięstwa i zajęcia fotela lidera na ostatniej prostej eliminacyjnego wyścigu. Wszyscy piłkarze, trenerzy i wpatrzeni w telefony kibice przekonali się jednak, że żaden gol nie padł, a remis oznaczał przypieczętowanie awansu Haiti. Wszyscy gracze w niebieskich koszulkach — dotychczas skupieni wokół niewielkiego ekranu i w napięciu obserwujący ostatnie minuty drugiego meczu decydującego o ich losie — wreszcie mogli odetchnąć z ulgą. Rozbiegli się po stadionie, skakali i śpiewali wspólnie ze swoimi nielicznymi kibicami, którzy przez pełne 90 minut wymachiwali narodowymi flagami z wizerunkiem palmy, czapki frygijskiej i armat. Niektórzy po prostu położyli się na murawie i zaczęli płakać, jeszcze inni z ogromnym wzruszeniem i radością wymieniali uściski.
Haitańczycy mieli ogromne powody do radości. Poza sięgnięciem piłkarskiego nieba, o którym marzy każdy kopiący piłkę na podwórku dzieciak, dali też dowód ogromnej determinacji i stali się symbolem nadziei mimo przeciwności. Reprezentują bowiem kraj, który od kryzysu społecznego z 2019 roku stał się miejscem pozornie pozbawionym powodów do radości. Przez ostatnie kilka lat Haiti widziało wiele. Zabójstwo prezydenta, terroryzm, brutalne rządy gangów i gwałtowne protesty to tylko wierzchołek góry lodowej, jaką jest ten pogrążony w permanentnym kryzysie i anarchii kraj. Od 52 lat jego mieszkańcy nie widzieli natomiast jednego: awansu swoich ulubieńców na mistrzostwa świata, co od 1974 roku i pięknej przygody w Niemczech wydawało się tylko iluzją. Po tak długim czasie ponownie nabrała ona bardziej konkretnych kształtów, a mieszkańcy wyspy w archipelagu Wielkich Antyli znowu, choć przez chwilę, mogą nią żyć. Złośliwi powiedzą oczywiście, że Haiti na turniej nigdy by się nie dostało, gdyby nie złote bilety dla organizatorskiego trio z Ameryki Północnej. Będą mieć trochę racji, ale dla Haitańczyków takie okoliczności naprawdę nie mają znaczenia. Sprzyjające warunki to jedno, a historyczny sukces i choć drobne uszczęśliwienie swojego narodu to już coś zupełnie innego i znacznie ważniejszego.
Tego sukcesu zapewne nie byłoby, gdyby nie zaangażowanie trenera Sébastiena Migné. Ten 53-letni Francuz, zamiast uciekać z „haitańskiego Titanica”, postanowił przejąć nad nim stery w czerwcu 2024 roku, a zatem właśnie wtedy, gdy zdawał się on być na niemożliwym do zmiany kursie kolizyjnym. Szkoleniowiec nie mógł nawet postawić stopy w kraju, którego federacja zdecydowała się go zatrudnić. Szybko okazało się także, że jego zadaniem tak właściwie nie jest wybranie piłkarzy zasługujących na powołanie z szerokiego katalogu graczy dostępnych i czekających na wezwanie, lecz ich znalezienie. Selekcjoner-skaut zabrał się więc do pracy. Grających na Haiti piłkarzy obserwować nie mógł z obawy o swoje bezpieczeństwo, a także z prozaicznego braku jakichkolwiek lotów międzynarodowych. Musiał więc kontaktować się z miejscowymi trenerami i ufać ich rekomendacjom, co najwyraźniej się nie powiodło, bo reprezentacja do dziś jest oparta wyłącznie na graczach z lig zagranicznych. Poza tym, rozpoczął poszukiwania na własną rękę, próbując przekonać zawodników o haitańskich korzeniach do dołączenia do budowanej kadry. I tu nie wszystko było po jego myśli. Jak wyznał w wywiadzie dla BBC Sport, wszelkie formalności były czasem nie do załatwienia przez niedostępność jakichkolwiek placówek dyplomatycznych w kraju. Trener nie dawał jednak za wygraną i w końcu dopiął swego. Jego poszukiwania obejmujące haitańską diasporę w Europie i piłkarzy z haitańskimi korzeniami pokazały, jak wielki był niewykorzystywany dotychczas potencjał kadrowy reprezentacji. Dzięki zawziętości trenera dołączył do niej pierwszy i aktualnie jedyny reprezentant Haiti z Premier League, czyli Jean-Ricner Bellegarde grający dla Wolverhampton Wanderers. Kolejne wzmocnienia to Josué Casimir z francuskiego Auxerre czy Hannes Delcroix ze szwajcarskiego Lugano. Były to strzały w dziesiątkę, o czym świadczy chociażby niesłabnąca rola całej trójki w kadrze i ich ciągłe występy w pierwszej jedenastce.
Ich dołączenie do drużyny przyniosło jednak korzyści nie tylko zespołowi, lecz także im samym. Są to co prawda piłkarze, którzy na Haiti mają status gwiazd, a ich wpływ na partnerów jest ogromny, ale sami nie są pozbawieni problemów. Każdy z nich grał wcześniej dla innego kraju (odpowiednio Francji, Belgii i Gwadelupy), ale tam tylko przechodził przez kolejne kadry młodzieżowe, by na końcu nie wywalczyć miejsca w seniorach, zostać odrzuconym i zapomnianym. Haiti było więc dla nich kołem ratunkowym, szansą na reprezentacyjne nowe otwarcie. Haiti potrzebowało ich, a oni potrzebowali Haiti, aby nareszcie znaleźć się w miejscu, gdzie będą naprawdę potrzebni, gdzie ktoś będzie na nich liczył. Ci odnalezieni przez trenera Migné gracze nie zawsze mają też silną pozycję w swoich klubach. Dotyczy to chociażby Delcroixa, który jako piłkarz Burnley w narodowych barwach raz na kilka miesięcy grał więcej niż na Wyspach Brytyjskich, gdzie notorycznie grzał ławę. Z kolei Bellegarde twierdzi, że decyzja o dołączeniu do kadry była dla niego szansą, by wzmocnić się emocjonalnie i w ten sposób rozwinąć jako piłkarz. W wywiadzie dla klubowych mediów Wolves w grudniu 2025 roku mówił o innej piłce i mentalności, które spotkał w nowej drużynie. Widział też potencjał, by doświadczenie zebrane tam pomogło mu w walce o kolejny wyjątkowo trudny cel — utrzymanie w Premier League ze swym klubem. „Eliminacje do mistrzostw świata były wymagające, a wielu ludzi nie wierzyło w nas, ponieważ nie byliśmy faworytami” — wspominał. „Ostatecznie jednak udało się nam, gdyż byliśmy zjednoczeni, fani zaczęli nas wspierać i nakręcać się energią, którą dawaliśmy im z murawy”.
W piłce, jak w każdym innym sporcie zespołowym, najbardziej liczy się jednak kolektyw. Drużynowe efekty tych decyzji i „transferów” do reprezentacji w postaci zbudowania ekipy zdolnej do awansu na mistrzostwa świata przewyższyły wszelkie oczekiwania, zwłaszcza że nie są one dziełem przypadku. Haiti nigdy wcześniej nie miało do dyspozycji tylu graczy z najlepszych lig świata i zdaniem Patrice’a Dumonta, tamtejszego byłego senatora mocno zainteresowanego futbolem, stworzyło grupę najlepszą od co najmniej 20 lat. Nie jest to zresztą opinia odosobniona, można wręcz zarzucać jej nadmierną ostrożność. Piłkarze z Ameryki Środkowej zdołali przecież osiągnąć to, co nie przez 20, ale przez 52 lata pozostawało jedynie w sferze marzeń.
Nieco inaczej jest w przypadku selekcjonera. W odróżnieniu od swoich piłkarzy, absolutnych debiutantów na mistrzostwach świata, przeżył już on jeden mundial, w 2022 roku. Jako asystent Rigoberta Songa pomagał Kameruńczykom jak najlepiej pokazać się na turnieju w Katarze. Zadanie można oceniać jako częściowo wykonane — ekipa z André Onaną, Karlem Toko Ekambi czy Bryanem Mbeumo w składzie zdołała zainkasować 4 punkty w 3 grupowych meczach. Do pełni szczęścia zabrakło awansu do fazy pucharowej, ale to wymagałoby wyprzedzenia mocnych Brazylii lub Szwajcarii. Sébastien Migné mógł więc być z siebie zadowolony, szczególnie że był to jeden z jego pierwszych poważnych sukcesów w profesjonalnej piłce. Przez wiele lat kariera Francuza była bowiem raczej jednym wielkim niewypałem i serią niezbyt imponujących zdarzeń. Jako piłkarz grał on w niższych ligach angielskich i francuskich, a z Leo Messim i innymi magikami futbolu łączył go tylko niski wzrost. Już przed trzydziestką musiał więc zmienić swoje plany i postanowił spróbować swoich sił jako członek sztabu szkoleniowego. Rola ta była dla niego jednoznaczna z życiem piłkarskiego Odyseusza, który za swoimi przełożonymi czy lepszymi ofertami przez lata pracował w niejednym mieście, kraju i kontynencie. Niższe ligi francuskie, przygody w Strasburgu czy Lens, a wreszcie posady w Omanie, Kongo, Togo, Kenii czy Gwinei Równikowej okazały się być dla niego ledwie przedsionkiem do prawdziwej osobistej Itaki. Stała się nią reprezentacja Haiti, w której Migné widział szansę i ciekawy projekt, a jego znajomi — dowód jego szaleństwa. Francuz nie zważał jednak na głosy krytyki i zrobił swoje, a zdziwienie i niezrozumienie otoczenia, o którym wielokrotnie wspominał w wypowiedziach medialnych, szybko przerodziły się w podziw i niedowierzanie. Nic dziwnego, skoro Migné na Haiti w 21 meczach zanotował aż 13 zwycięstw i 4 remisy. To bilans, którego nie powstydziłoby się wielu, szczególnie jeśli mieliby dowodzić reprezentacją skazywaną na porażkę, której odbierano jakiekolwiek szanse i perspektywy.
Jej zatrudniony w 2024 roku przywódca pokazał jednak, że wszystko jest możliwe. Przy okazji udowodnił swoją wartość jako pierwszego selekcjonera, która wcześniej była mocno niepewna i chwiejna. Wszystko za sprawą wyjątkowo nieudanej kadencji w Kongo, która była jego pierwszą, a przed Haiti jedyną, pracą w reprezentacji bez bezpośrednich przełożonych. Trwała ona przez nieco ponad rok (zdaniem Kongijczyków zapewne o rok za długo) i była kompletną klapą. Pod wodzą Francuza Kongijczycy nie wygrali ani razu. Gdy już remisowali, to w sparingach lub ze słabymi Demokratyczną Republiką Konga i Ugandą, a poza tym tylko przegrywali. Porażki te, na czele z upokarzającym 1:5 przeciwko Ghanie i odpadnięciem z Pucharu Narodów Afryki kosztem Libii, przesądziły o losie trenera. Został on zwolniony i przez kolejne 6 lat nikt nie odważył się ponownie powierzyć mu samodzielnego kierowania losami kadry narodowej. Jedynymi, którzy mu zaufali, byli Haitańczycy, a o zaletach tej decyzji dziś nie trzeba już nikogo przekonywać.
Zarówno sam szkoleniowiec, jak i jego piłkarze mogą traktować reprezentację i osiągane w niej sukcesy jako ogromną szansę. Teraz, po awansie na mistrzostwa świata, Haitańczycy nie muszą już nic nikomu udowadniać. I tak osiągnęli swoje marzenia, a wszystko, co uda im się zrobić podczas rozgrywek, będzie tylko pięknym zwieńczeniem tej niesamowitej historii. Gracze z Karaibów mają też fantastyczne wzory do naśladowania w postaci swoich poprzedników, którzy w 1974 roku przetarli haitańskie szlaki prowadzące na mundial. Na nim nie ugrali już zbyt wiele, wyjeżdżając z Niemiec z kompletem porażek na koncie i bólem 14 straconych bramek w pamięci. Nie było jednak tak, że nie przynieśli swoim kibicom żadnych chwil radości i nie postarali się napsuć krwi rywalom. Szczególnie pamiętny pod tym względem był mecz z Włochami, który na stałe zapisał się w historii mistrzostw świata. Przekonani o swojej wyższości gracze z Półwyspu Apenińskiego z wybitnymi Fabio Capello czy Giannim Riverą na czele zupełnie zlekceważyli teoretycznie słabszych przeciwników. Już przed spotkaniem nie widzieli innej opcji niż triumf, traktując pokonanie Haitańczyków jako formalność. Wyszli na mecz otwierający grupowe zmagania, myśląc nie o najbliższym wyzwaniu, ale już o kolejnych meczach z Argentyną i Polską. Chcieli bez wysiłku wygrać, ale Haiti miało inne plany. Przez całą pierwszą połowę heroicznie się broniło, a wyczyny golkipera, Henry’ego Franciliona, były wprost niewiarygodne. Największy cud zdarzył się jednak tuż po przerwie, niecałą minutę od wznowienia zawodów. Zarabiający na piłce 200 dolarów miesięcznie Emmanuel Sanon prześcignął ustawioną wysoko defensywę Italii, dopadł do posłanej prostopadle futbolówki, ominął wychodzącego z bramki Dino Zoffa i wpakował piłkę do pustej bramki. Strzelił gola temu włoskiemu golkiperowi, który od prawie dwóch lat pozostawał niepokonany i którego eksperci, kibice i media uważali za najlepszego bramkarza na świecie.
Potem Włosi otrząsnęli się i odwrócili losy starcia, ostatecznie wygrywając 3:1. Sam fakt straty bramki i niespodziewanych tarapatów trudno było jednak zaakceptować, zwłaszcza że okazał się on zwiastunem późniejszej mundialowej klęski zespołu. Squadra Azzurra tylko zremisowała z Argentyną, i to po prezencie od rywali w postaci bramki samobójczej w ich wykonaniu. W meczu o wszystko z Polską na nasze szczęście było jeszcze gorzej, a Andrzej Szarmach i Kazimierz Deyna na dobre pogrzebali włoskie plany, wyrzucając ich z turnieju. A Haiti? Po pięknej walce w pierwszym meczu monachijski Stadion Olimpijski był już dla nich mniej szczęśliwy, gdyż stał się areną siedmiobramkowego lania otrzymanego od Biało-Czerwonych. Zakończenie turnieju ponownie było nieco bardziej pozytywne. Argentyna nie zdominowała Haitańczyków aż tak bardzo, a poza tym Sanon zdobył drugą mundialową bramkę we własnej karierze i w dziejach kraju, którego sportową legendą pozostał do czasów współczesnych.
Czy w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Meksyku czeka ich powtórka z rozrywki? Nie jest to wykluczone. Grupa z Brazylią, Marokiem i Szkocją także nie stwarza wielkich nadziei na awans, ale sprawienie choć niewielkiej niespodzianki i postawienie się któremuś z rywali jest jak najbardziej w zasięgu. Na tę chwilę trudno tylko wskazać kogoś, kto wzorem Sanona mógłby wcielić się w rolę niekwestionowanego reprezentacyjnego lidera. Pytanie tylko, czy naprawdę jest to problem, czy może raczej dowód ogromnego braterstwa i drużynowego nastawienia, które trener Sébastien Migné i jego podopieczni wielokrotnie wymieniają jako swój główny atut.
Jak widać, życie pisze Haitańczykom przeróżne, często najczarniejsze scenariusze pełne zawodów, nieoczekiwanych zwrotów akcji i kolejnych przeciwności. Ci nie zamierzają być jednak ich niewolnikami i sami piszą swoją własną, unikatową historię. Już teraz mogłaby ona doczekać się oscarowej ekranizacji. Warto jednak poczekać do lata i nadchodzącego mundialu, gdy Haitańczycy ponownie pokażą swoje umiejętności przed całym światem i dopiszą do niej kolejny, oby jak najpiękniejszy, rozdział.
Z pustyni na mundial. Jak Jordania rozwija się piłkarsko?
Jan Pietrzak
Terytorium Jordanii jest pokryte pustyniami w około 80%. Największa z nich, Wadi Rum, jest jedną z głównych atrakcji tego kraju, a od 2011 roku znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Widoki, jakie tam są, przypominają zdjęcia wykonane przez łaziki kosmiczne, wysłane na Marsa. Nie bez powodu to właśnie tam kręcono między innymi Marsjanina w reżyserii Ridleya Scotta. Piłkarsko przez lata Jordania także była taką pustynią. Nie cieszyła się jednak nawet ułamkiem podobnego zainteresowania. Żadnego znanego piłkarza grającego w Europie, żadnych sukcesów reprezentacji na azjatyckim kontynencie i żadnych szans na awans na mistrzostwa świata. Kiedy jednak mundial został rozszerzony do 48 zespołów, nadarzyła się okazja. Nie tyle prezent, ile szansa, do której najpierw trzeba było dojrzeć.
Jordania ogłosiła swoją niepodległość (wtedy jeszcze jako Transjordania) w 1946 roku. Piłka nożna pojawiła się tam dość wcześnie. Zasługi w tym można upatrywać wśród Brytyjczyków, dla których Jordania przez lata była protektoratem. Pierwszy swój mecz rozegrała w 1953 roku z reprezentacją Syrii, choć odbył się on w Egipcie. Jordańczycy przegrali go 1:3. To był burzliwy okres w historii tego kraju. Kilka lat wcześniej zakończyła się pierwsza wojna izraelsko-arabska, po której do Jordanii napłynęli palestyńscy uchodźcy. Ślady tych napięć było widać także w futbolu. Symbolicznym przykładem pozostaje Al-Wehdat SC, klub założony w obozie dla uchodźców w Ammanie, przez lata utożsamiany z palestyńską częścią społeczeństwa. Rywalizacja sportowa bywała tam czymś więcej niż walką o punkty. Stawała się odbiciem sporów i pęknięć obecnych w kraju.
Nieprzypadkowo właśnie reprezentacja była miejscem, w którym te napięcia można było choć częściowo oswoić. Klubowa piłka potrafi podbijać podziały, bo żywi się lokalnością, pamięcią i symbolicznym konfliktem. Kadra działa odwrotnie: próbuje przykryć różnice wspólną flagą, hymnem i wspólną opowieścią o państwie. W Jordanii ten mechanizm miał szczególne znaczenie.
Napięcia te zanikały, kiedy do gry wchodziła reprezentacja kraju. Pierwszy raz przystąpiła do rywalizacji o mundial na turniej w 1986 roku w Meksyku. Tam Jordańczycy nie mieli większych szans. Wygrali zaledwie 1 mecz, z Katarem. Zajęli przedostatnie miejsce w swojej grupie, ale tylko dlatego, że z rozgrywek wycofał się Liban. Podobnie było w późniejszych latach, gdzie Jordania pełniła rolę statystów na azjatyckiej scenie. Powolne, ale dobre zmiany zaczęły być dostrzegalne dopiero na początku XXI wieku. W 2004 roku Jordańczycy po raz pierwszy zagrali w Pucharze Azji. W fazie grupowej mierzyli się z Kuwejtem, Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi i jednym z największych faworytów do wygranej w turnieju — Koreą Południową. I Jordania nie przegrała tam żadnego spotkania. Na początek zremisowali z półfinalistami ostatniego mundialu, później pokonali Kuwejt, a na koniec podzielili się punktami z ZEA. To wystarczyło do zajęcia drugiego miejsca i wyjścia z grupy. W ćwierćfinale zagrali z Japonią i postawili jej twarde warunki. Dopiero po siedmiu kolejkach rzutów karnych to Japończycy ostatecznie przeszli dalej, a potem wygrali cały turniej. Dla Jordanii to był ogromny sukces i sygnał, że są w stanie walczyć z mocniejszymi od siebie. Sam turniej nie zmienił jeszcze ich miejsca w azjatyckiej hierarchii, ale zostawił po sobie ważny sygnał: zespół z tego kraju potrafi być czymś więcej niż tylko tłem dla innych.
Niewiele brakowało, a zobaczylibyśmy Jordanię na mundialu w Brazylii w 2014 roku. Eliminacje poszły im nieźle, w swojej grupie ustąpili miejsca tylko potęgom na kontynencie — Australii i Japonii. W play-offach z Uzbekistanem, zakończonym thrillerem w serii rzutów karnych, wywalczyli sobie możliwość rywalizacji w barażach interkontynentalnych. I na tym etapie brutalnie zderzyli się z rzeczywistością. W pierwszym meczu z Urugwajem polegli aż 0:5 i mogli już zapomnieć o debiucie. Wciąż jednak to był znak, że Jordania piłkarsko robi postępy. W tamtym okresie byli już stałym bywalcem Pucharu Azji, gdzie grali z różnym skutkiem. Położono duży nacisk na szkolenie młodzieży. Jordania nie jest tak zasobnym krajem Bliskiego Wschodu jak Katar, który może sobie pozwolić na wykupywanie zawodników z innych krajów. Zaczęto tam budować centra szkolenia młodzieży, w których miały być rozwijane nowe talenty. Według raportu AFC Grassroots z 2025 roku, w szkolnych turniejach gra dwa tysiące dzieci w 150 zespołach, w różnych kategoriach wiekowych. Dużo daje im pomoc w ramach programu FIFA Forward. Stara się zapewnić odpowiednie warunki do gry, poprzez renowację sztucznych nawierzchni. To liczby, które nie zrobią wielkiego wrażenia na największych, ale w jordańskiej skali były dowodem, że futbol staje się coraz ważniejszy.
Aktualnie mamy do czynienia z najlepszym pokoleniem w piłkarskiej historii Jordanii. Jego twarzą stał się Mousa Tamari. Prawy skrzydłowy wyjechał do Europy w 2018 roku, a jego klubem został APOEL Nikozja. Pięć lat później stał się pierwszym (i jak dotąd jedynym) w dziejach kraju piłkarzem, który zagrał w jednej z pięciu najsilniejszych lig na Starym Kontynencie. Trafił do Montpellier, a w lutym 2025 roku został wykupiony przez Stade Rennais za osiem milionów euro. Jego kariera miała znaczenie nie tylko sportowe, ale też symboliczne. Pokazywała, że jordański piłkarz może przestać być regionalną ciekawostką, a zacząć funkcjonować w obiegu poważnej europejskiej piłki. To zresztą jedna z największych różnic między Jordanią a bogatszymi państwami regionu. Tam, gdzie inni mogli przyspieszać rozwój pieniędzmi i zapleczem, Jordańczycy musieli działać skromniej i cierpliwiej. Tym większe znaczenie miał każdy piłkarz, który potrafił wybić się ponad lokalny kontekst i stać się twarzą całej generacji.
2024 rok to data przełomowa dla jordańskiego futbolu. Wtedy to zagrali w Pucharze Azji, rozgrywanym w Katarze. W fazie grupowej przyszło im powalczyć z Koreą Południową, Bahrajnem i Malezją. Al-Nashama, czyli Rycerscy, zaczęli turniej bardzo dobrze, pokonując bez trudu Malezyjczyków 4:0. W drugiej kolejce Jordania była o włos od sensacji. Do przerwy prowadziła z Koreą 2:1. Wiele wskazywało na to, że ekipa z Heung-min Sonem na czele będzie musiała uznać wyższość Jordanii. Zwycięstwo odebrał im jednak Yazan Al-Arab, który w doliczonym czasie strzelił gola samobójczego. Stracone 3 punkty na sekundy przed końcowym gwizdkiem najwidoczniej ich podłamały. W ostatnim meczu przegrali z Bahrajnem 0:1. 4 punkty i 3. miejsce w grupie okazały się jednak wystarczające do awansu do kolejnej rundy. W 1/8 finału zmierzyli się z Irakiem. A tam Jordańczycy zafundowali dreszczowiec z prawdziwego zdarzenia. Do 90. minuty ich sąsiedzi prowadzili 2:1. Pozostał wciąż doliczony czas gry. Jordania zmobilizowała się na ostatnie minuty i przechyliła szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Najpierw Al-Arab, ten sam od samobója z Koreą, doprowadził do remisu. A w 7. minucie dodatkowego czasu Nizar Al-Rashdan wprowadził swój kraj do ćwierćfinału. Dla nich to już było wyrównanie najlepszego wyniku w historii występów w Pucharze Azji. Ale mieli ogromną szansę go poprawić, bowiem następnym rywalem był Tadżykistan. Wbrew pozorom, to był dla nich trudny mecz, a Tadżykowie tanio skóry nie chcieli sprzedać. Ostatecznie to jednak Jordania zameldowała się w półfinale po skromnym zwycięstwie 1:0. A tam szansa na zemstę — czekała na nich Korea Południowa. Do przerwy utrzymywał się bezbramkowy remis, podopieczni Jürgena Klinsmanna nie mieli pomysłu na Jordańczyków. Koreańczycy oddali trzy razy mniej strzałów od rywali. Wszystko rozstrzygnęło się po przerwie. Jordania, mając w tej części meczu zaledwie 22% posiadania piłki, strzeliła dwa gole i pokonała wielkiego faworyta. W finale zagrali z Katarem. Mecz na Lusail Stadium był owiany niemałymi kontrowersjami. Katarczykom przyznano aż 3 rzuty karne — wszystkie wykorzystane przez Akrama Afifa. Jordańczycy tym razem polegli 1:3. Ta porażka bolała, ale nie zmieniała najważniejszego: Jordania przestała być drużyną z marginesu azjatyckiego futbolu i weszła do ścisłej rozmowy o tym, kto naprawdę liczy się na kontynencie.
Ogromny sukces w Pucharze Azji to fundament obecnej reprezentacji Jordanii, już uczestnika mundialu. W czerwcu 2025 roku zagwarantowali sobie miejsce na największej, piłkarskiej imprezie czterolecia. Do przedostatniej kolejki Jordańczycy rywalizowali o bilet do Ameryki z Irakijczykami. Zwycięstwo z Omanem, a także porażka ich sąsiadów z Koreą Południową przypieczętowała kolejny, historyczny sukces Al-Nashama. To dla nich znaczące osiągnięcie, nawet jeśli jest to niemała zasługa reformy mistrzostw świata, a co za nią idzie, zwiększenia liczby miejsc dla Azji o dwa (wyłączając baraże interkontynentalne). Sam nowy format niczego jednak nie gwarantuje. Trzeba było wejść w te eliminacje z odpowiednią jakością, dojrzałością i odpornością. Jordania to zrobiła. Podopieczni Jamala Sellamiego nie lecą na ten turniej po to, by zawojować świat. W grupie z Argentyną, Austrią i Algierią będzie im o to niezwykle ciężko. Dla Jordanii sam udział w mistrzostwach jest dowodem, że z kraju przez lata obecnego na marginesie da się stać reprezentacją, której obecność na turnieju nie jest przypadkiem.
Rozdział domknięty po latach. Cabo Verde (w końcu) na mundialu
Marcin Pietkiewicz
W marcu 2013 roku Republika Zielonego Przylądka pojechała do Malabo na mecz, który z pozoru nie różnił się od setek innych spotkań afrykańskich kwalifikacji mistrzostw świata. Mały archipelag miał walczyć o punkty z reprezentacją silniejszą, bardziej doświadczoną i grającą przed własną publicznością. Pojedynek dostarczył sporych emocji, ale zakończył się zgodnie z przewidywaniami — a przynajmniej tak się wówczas wydawało — Gwinea Równikowa wygrała 4:3. W tabeli grupy B sytuacja wydawała się jasna. Na jej czele znajdowała się Tunezja z kompletem punktów, a Republika Zielonego Przylądka z zerowym dorobkiem zamykała stawkę. Pół roku i trzy kolejne mecze później to jednak Kabowerdeńczycy świętowali sensacyjny triumf w grupie i awans do decydującej fazy eliminacji. Droga na mundial stanęła otworem, a wcześniej niewyobrażalny scenariusz stał się prawdopodobny. Niedługo później wielki sukces zamienił się w jeden z największych dramatów w dziejach tej nacji.
Kilka dni po meczu w Malabo federacja Republiki Zielonego Przylądka złożyła protest dotyczący występu jednego z zawodników gospodarzy. Emilio Nsue, który grał wcześniej w młodzieżowych reprezentacjach Hiszpanii, nie miał jeszcze zatwierdzonej zmiany federacji. Wynik spotkania zweryfikowano jako walkower 3:0 dla Cabo Verde. Drużyna, która schodziła z boiska pokonana i pozbawiona większych nadziei, kilka dni później dopisała sobie trzy punkty. Tunezja zaczęła roztrwaniać przewagę, a Kabowerdeńczycy zanotowali dwa kolejne zwycięstwa. We wrześniu 2013 roku przyszła kulminacja tej historii. W decydującym spotkaniu w Rades pokonali Tunezję 2:0 i sensacyjnie wygrali grupę, zapewniając sobie awans do ostatniej rundy eliminacji mistrzostw świata. Mały archipelag uwierzył, że mundial przestał być fantazją, a niemożliwe nie istnieje — wyglądało na to, że 180 minut dzieli ich od wywalczenia biletu na turniej. Los napisał niezwykłą historię, w której drużyna była u progu piłkarskiego piekła, ale wróciła pod bramy niebios. Kilka tygodni później okazało się jednak, że wspaniałomyślny los bywa także przewrotny.
Tym razem to Republika Zielonego Przylądka znalazła się po drugiej stronie biurokratycznej tragedii. W meczu z Tunezją na boisku pojawił się Fernando Varela, który według przepisów powinien pauzować za wcześniejszą czerwoną kartkę. Sprawa szybko trafiła do FIFA, a decyzja okazała się bezlitosna. Zwycięstwo anulowano, a spotkanie zweryfikowano jako walkower dla Tunezji. To, co futbol wcześniej dał po administracyjnym błędzie rywala, kilka miesięcy później odebrał w niemal identyczny sposób. W kilka dni archipelag przeszedł drogę od euforii do upokorzenia, a historia, która mogła stać się najpiękniejszą w dziejach tamtejszej piłki, zamieniła się w bolesne memento. Sama Tunezja nie potrafiła z tego skorzystać, przegrywając później dwumecz o awans z Kamerunem.
Kampania kwalifikacyjna z 2013 roku była wielkim zaskoczeniem, ale nie wzięła się z niczego. Kilka miesięcy wcześniej, podczas Pucharu Narodów Afryki, Republika Zielonego Przylądka zremisowała z RPA i Marokiem, a także pokonała Angolę. Przygoda zakończyła się dopiero na etapie ćwierćfinału. Niemalże udane eliminacje mundialu potwierdzały rosnący potencjał zespołu. Problem polegał na tym, że drużyna nie poszła za ciosem. W czterech kolejnych edycjach Pucharu Narodów Afryki wygrała zaledwie jedno spotkanie, a dwa razy w ogóle nie zdołała awansować na turniej. Pewną nadzieję przyniosły kwalifikacje mistrzostw świata 2021. Cabo Verde do końca biło się o pierwsze miejsce w grupie, a o wszystkim miał rozstrzygnąć dopiero ostatni mecz. Remis 1:1 z Nigerią nie był wynikiem kompromitującym, wręcz przeciwnie — potwierdzał, że zespół potrafi rywalizować z faworytem jak równy z równym. Nie wystarczył jednak, by wyprzedzić rywala. To rywale awansowali dalej, ale kilka miesięcy odpadli po barażowym dwumeczu z Ghaną. Dla kabowerdeńskiej kadry była to kolejna lekcja cierpliwości i przypomnienie, że w afrykańskich eliminacjach sam poziom sportowy rzadko bywa jedynym warunkiem sukcesu. Do awansu nie wystarczy remis z faworytem grupy — trzeba także konsekwentnie punktować z tymi teoretycznie słabszymi. Każdy moment dekoncentracji może okazać się decydujący w ostatecznym rozrachunku.
Selekcjonerem Republiki Zielonego Przylądka był już wtedy Bubista. Powierzenie mu reprezentacji oznaczało w pewnym sensie powrót do źródeł. Nie chodziło o kolejnego doświadczonego szkoleniowca z importu, jakich w afrykańskich federacjach nie brakuje, lecz o człowieka wychowanego w realiach kabowerdeńskiego futbolu. Pamiętał czasy, gdy kadra dopiero próbowała zaznaczyć swoją obecność na mapie kontynentu i dobrze wiedział, jak krucha potrafi być pozycja tak niewielkiego kraju w rywalizacji z afrykańskimi potęgami. Jako piłkarz obserwował jej powolny rozwój, jako trener dostał zadanie znacznie poważniejsze niż tylko uporządkowanie drużyny czy wprowadzenie nowocześniejszych rozwiązań taktycznych. Chodziło o nadanie ciągłości historii, która przez lata składała się z nagłych wzlotów i równie gwałtownych upadków.
Pierwszym sprawdzianem dla nowego selekcjonera stały się eliminacje do kolejnego Pucharu Narodów Afryki. Republika Zielonego Przylądka nie była w nich traktowana jako faworyt, ale zespół stopniowo budował swoją pozycję. Grał twardo, z dużą dyscypliną i wyraźnym planem, starając się wykorzystywać doświadczenie zawodników występujących w ligach europejskich. Ten model nie zawsze dawał futbol efektowny, za to przynosił coś ważniejszego — stabilność wyników. Awans na turniej finałowy stał się dowodem, że wyspiarska reprezentacja może funkcjonować nie tylko jako jednorazowa sensacja, lecz jako zespół zdolny do regularnej rywalizacji na poziomie kontynentalnym.
Zawody w Kamerunie w 2022 roku przyniosły kolejną nieoczywistą historię. W pierwszym meczu Kabowerdeńczycy pokonali Etiopię i od początku pokazali, że nie przyjechali tam wyłącznie po zebranie doświadczenia. Bubista z powodu pozytywnego wyniku testu na COVID-19 został zamknięty w hotelowym pokoju i oglądał spotkanie w telewizji, pozbawiony możliwości bezpośredniego kontaktu z zespołem. Drużyna wyszła więc na boisko bez swojego selekcjonera, a mimo to zdołała wygrać. Ostatecznie jej przygoda zakończyła się w 1/8 finału. Na drodze stanął Senegal, który kilka tygodni później sięgnął po mistrzostwo Afryki. Ta porażka nie zostawiła jednak po sobie poczucia niedosytu podobnego do tego, które towarzyszyło drużynie po mundialowych eliminacjach sprzed lat. Tym razem ważniejsze było to, że Cabo Verde znów zaznaczyło swoją obecność na poważnym turnieju. W końcu optymistycznie można było patrzeć w przyszłość. Nadzieja nie wygasła także w kwalifikacjach mistrzostw świata. O losach pierwszego miejsca w grupie znów decydował ostatni mecz, a Kabowerdeńczycy pozostawali w grze do samego końca. Remis 1:1 z Nigerią potwierdził ich konkurencyjność, ale nie wystarczył, by wyprzedzić faworyta. Dla Bubisty i jego piłkarzy była to kolejna lekcja cierpliwości. W Afryce sama droga na mundial bywa niemal równie wymagająca jak późniejszy turniej.
Tamta kampania nie przyniosła awansu, ale zostawiła po sobie poczucie, że zespół ma potencjał i przy cierpliwym podejściu, będzie rósł w siłę. W kolejnych latach kadra wyglądała dojrzalej niż w poprzednich cyklach. Przestawała być drużyną pojedynczych zrywów, a stawała się zespołem zdolnym regularnie punktować i utrzymywać się w grze przez całą kampanię. Właśnie ta stabilność, czyli coś, czego przez długi czas brakowało kabowerdeńskiej piłce, okazała się największą zmianą w porównaniu z wcześniejszymi pokoleniami. W eliminacje do mundialu 2026 Kabowerdeńczycy wchodzili z większą wiarą niż kiedykolwiek wcześniej. Kadra była dojrzalsza, coraz więcej zawodników funkcjonowało w silniejszych ligach europejskich, a sama federacja sprawiała wrażenie lepiej zorganizowanej niż w czasach, gdy jeden administracyjny błąd potrafił zniweczyć wysiłek całej drużyny. Republika Zielonego Przylądka nadal nie należała do głównych faworytów afrykańskich kwalifikacji, ale nikt nie traktował jej już jak egzotycznego dodatku do stawki. Zespół Bubisty zyskał reputację drużyny trudnej do pokonania — uporządkowanej, zdyscyplinowanej i potrafiącej wykorzystać najmniejszy moment słabości przeciwnika.
W miarę jak kolejne mecze układały się po myśli Cabo Verde, w kraju zaczęła wracać atmosfera przypominająca tę z 2013 roku. Różnica była jednak zasadnicza. Tym razem nie chodziło o jeden wielki wieczór ani nagły zwrot akcji. Awans dojrzewał powoli: od punktu wywiezionego z trudnego terenu, przez cierpliwie wywalczone zwycięstwo, aż po spotkania, w których zespół coraz wyraźniej narzucał własne warunki. Kabowerdeńczycy zaczęli wyglądać jak drużyna, która nie tylko potrafi zaskakiwać, ale umie też wyciągać wnioski z własnych niepowodzeń.
Droga do mundialu 2026 stała się symbolicznym zamknięciem pewnej epoki. Trzynaście lat wcześniej Cabo Verde było o krok od największego sukcesu w swoich dziejach, zanim jeden błąd administracyjny odebrał mu szansę na walkę o awans. Tamta historia przez lata pozostawała punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń piłkarzy. Była ostrzeżeniem, ale też przypomnieniem, że warto mierzyć wysoko. Symboliczną klamrą stała się rywalizacja z Kamerunem — tym samym, z którym Kabowerdeńczycy mieli zmierzyć się w decydującym dwumeczu w 2013 roku. Gdy 8 czerwca 2024 roku Nieposkromione Lwy wygrały 4:1, łatwo było uznać, że historia znów zmierza w znajomą stronę. Rewanż to już jednak zupełnie inny scenariusz — zwycięstwo 1:0 po golu urodzonego w Rotterdamie Dailona Livramento. Tym razem obyło się bez uchybień biurokratycznych, co domknęło historię niedokończoną ponad dekadę wcześniej.
„Prawo Bosmana” — jak sądowy spór belgijskiego piłkarza odmienił piłkę nożną
Michał Jeleń
We współczesnym futbolu naturalne wydaje nam się, że piłkarz po wygaśnięciu kontraktu z klubem może w pełni samodzielnie wybrać nowego pracodawcę. Z takich możliwości korzystali Robert Lewandowski, przechodząc z Borussii Dortmund do Bayernu Monachium, Kylian Mbappé zamieniając PSG na Real Madryt, czy Andrea Pirlo odchodząc z Milanu na rzecz Juventusu. Kiedyś, i to jeszcze w końcówce XX wieku, było to nie do pomyślenia. Sytuacja zmieniła się, gdy pewien belgijski piłkarz postanowił wejść na drogę sądową przeciwko swojemu byłemu klubowi, Królewskiemu Belgijskiemu Związkowi Piłki Nożnej i UEFA. Nazywał się Jean-Marc Bosman, a to, co między innymi wywalczył, do dzisiaj znamy pod nazwą „Prawo Bosmana”.
Bosman nie był specjalnie wybitnym piłkarzem. Ot, jednym z wielu, z których składają się kadry klubów w rodzimej pierwszej czy drugiej lidze. Zdecydowanie nie znajdował się co tydzień na okładkach gazet. W 1988 roku podpisał kontrakt z RFC Liège, gdzie grał przez dwa lata. W 1990 roku po wygaśnięciu jego obecnej umowy chciał przejść do USL Dunkerque, gdzie proponowano mu znacznie większe zarobki. W świetle dzisiejszych przepisów nie dość, że podpisałby korzystniejszy kontrakt, to jeszcze zgarnąłby sumę za jego podpis, bo nowy klub nie musiałby płacić sumy odstępnego. Jednak wówczas tak nie było. Dunkierka, chcąc podpisać kontrakt z Bosmanem wciąż musiała zapłacić jego byłemu klubowi.
Na początku XX wieku zawodnik musiał prosić klub o transfer, a gdy ten odmówił, nie było żadnej możliwości odwołania. Pierwsza zmiana nastąpiła w 1960 roku po tzw. sprawie Easthama. Od tego momentu zawodnik mógł opuścić klub, z którym wygasła jego umowa, chyba że zaoferowano mu nowy kontrakt. Nie określono jednak, jaka kwota musi zostać zaoferowana zawodnikowi. Jeżeli do 26 kwietnia przed końcem kontraktu klub przedstawił zawodnikowi ofertę kontraktu, mógł żądać za niego opłaty, nawet jeżeli propozycja została odrzucona. Jeśli transfer nie dochodził do skutku, klub musiał ponownie zaproponować zawodnikowi kontrakt proponowany do 26 kwietnia. Piłkarz znowu mógł odmówić podpisania umowy, ale do nowego klubu za darmo mógłby przejść dopiero po dwóch sezonach przerwy w grze.
Liège postawiło zaporowe warunki: trzysta tysięcy franków za transfer, co przekraczało możliwości klubu z Dunkierki. Transfer nie doszedł do skutku, a Bosman został zesłany do rezerw, a jego pensja zmniejszona o 70% (ze 120 tysięcy franków, do 30 tysięcy). Belg nie miał zamiaru tak tego zostawić. Uznał takie działania za złamanie artykułu 48 Traktatu EWG brzmiącego „zapewnia się swobodny przepływ pracowników wewnątrz Wspólnoty”. Efektem były trzy oddzielne pozwy do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, które następnie połączono w jedno orzeczenie. Przeciwko RFC Liège, Królewskiemu Belgijskiemu Związkowi Piłki Nożnej i UEFA. Za kwestie prawne odpowiadali prawnicy Luca Misson i Jean-Louis Dupont.
Sprawa nie miała jednak szybkiego rozwiązania. Dopiero 15 grudnia 1995 roku wydano decyzję sądu, która oznaczała zwycięstwo Bosmana, którego wsparła nawet sama FIFA. Nie będziemy zagłębiać się tu w kwestie prawnicze, a skupimy się na tym jakie zmiany w piłce pociągnęło to za sobą. Bo skutki były znacznie większe niż mogło się wydawać i nie dotyczyły tylko głównego zainteresowanego. Główną zmianą było wprowadzenie całkowicie wolnego transferu po wygaśnięciu kontraktu. Klub nie miał już żadnej władzy nad zawodnikiem i nie mógł wymagać jakiejkolwiek opłaty. To zawodnicy byli od tego momentu postawieni w pozycji siły. Mogli negocjować lepsze warunki kontraktowe, aby nie opuścić drużyn za darmo, a gdy się na to decydowali, mogli negocjować wyższe sumy za podpis wynikające z tego, że pomijano kwotę odstępnego dla poprzedniego pracodawcy. Raj związany z zarobkami piłkarzy poniekąd rozpoczął się od batalii prawnej pospolitego belgijskiego piłkarza. Nieodwracalnie zmienił się więc układ sił w negocjacjach na linii zawodnik — klub. Kolejnymi efektami zmian było uregulowanie kwestii wolnego zawodnika i wolnych transferów w 2001 roku przez FIFA, UEFA i Komisję Europejską. Wówczas zadecydowano, że już 6 miesięcy przed wygaśnięciem obecnego kontraktu zawodnik może negocjować nową umowę z dowolną drużyną. Wprowadzono także znane nam dzisiaj okna transferowe.
Równie ważną zmianą, która była efektem sprawy Bosmana było zniesienie limitu obcokrajowców dla krajów członkowskich Unii Europejskiej. Od tego momentu kluby z krajów członkowskich UE nie mogły wliczać w limit obcokrajowców zawodników mających obywatelstwo jakiegokolwiek innego państwa członkowskiego UE. W efekcie możliwe było tworzenie wielonarodowych zespołów bez prawie żadnych ograniczeń. Zmiana ta wpłynęła też na pozyskiwanie zawodników spoza Europy. Skoro limit obcokrajowców nie dotyczył już większości zawodników z krajów Starego Kontynentu, tak otwierała się furtka na sprowadzanie zawodników z Ameryk, Afryki czy Azji. Dodatkowo poszczególne ligi zaczęły wprowadzać inne przepisy, np. dotyczące liczby wychowanków w kadrze, chcąc przynajmniej w jakimś stopniu wymusić na klubach korzystanie z zawodników krajowych.
Bosman poświęcił na walkę 5 lat, mnóstwo pieniędzy, zdrowia i w zasadzie karierę piłkarską. Po wygraniu sprawy sądowej otrzymał odszkodowanie wynoszące około 400 tysięcy euro, co jednak w większości zostało wykorzystane na opłacenie kosztów prawnych. Fortuna została szybko zaprzepaszczona też przez złe inwestycje, jak np. ta w specjalną linię koszulek „Who’s the Boz”. Belg liczył na wsparcie innych zawodników korzystających z wywalczonego przez niego prawa, ale jedyną koszulkę sprzedał synowi jednego ze swoich prawników. Bosman stracił też rodzinę i popadł w alkoholizm. W pewnym momencie żył z datków innych piłkarzy i z zasiłku socjalnego, z którego jednak został wykluczony w 2013 roku. Miał też problemy z agresją. Bosman całkowicie odmienił życie piłkarzy, od jego nazwiska nazwano nawet prawo, ale on sam na tym nie skorzystał. Piłkarsko szybko został zapomniany, a wspominanie Prawa Bosmana jest dzisiaj raczej ciekawostką, nie przywołującą skojarzeń związanych z osobą, która była inicjatorem zmian.
Efekty przyszły szybko. W 1996 roku Edgard Davids po wygaśnięciu kontraktu z Ajaxem Amsterdam przeszedł do AC Milanu, zostawiając klub, w którym się wychowywał z niczym. Było to jedno z pierwszych dużych nazwisk, które skorzystało ze zmian w przepisach. Różnice były też natychmiastowo widoczne w kadrach zespołów. Drużyny były wielonarodowe, a lokalnych zawodników często zastępowano lepszymi piłkarzami z zagranicy. Dzisiaj jest to dla nas całkowicie normalne, ale wówczas było to odwrócenie piłkarskiej rzeczywistości do góry nogami. Historie jak ta Celticu, który zdobył Puchar Europy Mistrzów Klubowych z kadrą złożoną niemal z samych zawodników wywodzących się z okolic 30 kilometrów od siedziby klubu stały się praktycznie niemożliwe do powtórzenia. Z czasem zaczęły coraz mocniej pogłębiać się różnice między bogatymi a biednymi klubami. Podczas gdy bogaci stawali się bogatsi, tak biedniejsi wciąż tracili, nie mając argumentów do zatrzymywania swoich najlepszych zawodników. Rewolucja w futbolu, odwracająca do góry nogami wszelkie zakulisowe podstawy rozpoczęła się od belgijskiego zawodnika, o którym mało kto słyszał. To jednak on stał się inicjatorem zmian, które dały piłkarzom możliwość decydowania o sobie, a także znacząco zwiększyły ich zarobki. Jak jednak mówił sam zainteresowany: „Piłkarze są niezwykle przepłacani, ale gdybym cofnął czas, zrobiłbym to samo”.
Dlaczego Anglia odmawiała gry na mistrzostwach świata?
Paweł Pierlak
Do eliminacji nadchodzących mistrzostw świata przystąpiło 201 krajów. Obecnie mundial to największy turniej w futbolu reprezentacyjnym, a wziąć udział w turnieju finałowym chce każdy. Blisko sto lat temu sprawy wyglądały jednak inaczej. Nie każdy kraj patrzył na mistrzostwo świata przychylnym okiem i kompletowanie uczestników nie było tak proste jak dzisiaj. Za naród najbardziej niechętnie podchodzący do rozgrywek mających wyłonić najlepszy zespół globu uważani są Anglicy, którzy odmówili udziału w trzech pierwszych edycjach i zadebiutowali dopiero w 1950 roku. Dlaczego Brytyjczycy tak długo nie wykazywali zainteresowania mundialem?
Zacznijmy od tego, że Anglia nie stała się piłkarską potęgą dopiero w późniejszych latach. To na Wyspach wymyślono dyscyplinę sportu, która dziś cieszy się największą popularnością na całym świecie. To Anglicy uważani są za wynalazców futbolu. Pierwszy oficjalny mecz ich kadra narodowa rozegrała w 1872 roku przeciwko Szkocji, a więc na długo zanim powstał pomysł organizacji mistrzostw świata.
Futbol na Wyspach Brytyjskich rozwijał się znacznie szybciej niż w innych częściach Europy oraz świata. W 1884 roku rozegrany został pierwszy turniej pod nazwą British Home Championship, w którym Anglia mierzyła się ze Szkocją, Walią i Irlandią w systemie ligowym. Rok po pierwszym turnieju Domowych Mistrzostw Brytyjskich w angielskiej piłce zalegalizowano zawodowstwo, co oznaczało, że piłkarze mogli oficjalnie otrzymywać wynagrodzenie za uprawianie tej dyscypliny sportu.
Piłka nożna na świecie nie nadążała za postępem Anglików. Międzynarodowy Komitet Olimpijski, który wówczas organizował najbardziej globalny turniej piłki nożnej w ramach Igrzysk Olimpijskich nie dopuszczał gry zawodowców. Pierwsze oficjalne zawody o mistrzostwo olimpijskie w tej dyscyplinie odbyły się w 1908 roku w Londynie. Zwyciężyła reprezentacja Wielkiej Brytanii, uformowana z amatorskich piłkarzy Anglii (była to więc reprezentacja Anglii; wówczas Walia, Szkocja oraz Irlandia również mogły wystawić swoją drużynę, ale każdy kraj występowałby pod egidą Wielkiej Brytanii). Cztery lata później w Sztokholmie Anglicy obronili tytuł, natomiast trzeba pamiętać, że na obu Igrzyskach Olimpijskich w turnieju piłki nożnej startowały tylko kraje europejskie. Od 1924 roku Anglia nie startowała jednak w turnieju ze względu na ograniczenie dotyczące zawodowych piłkarzy.
Spory na temat przepisów dotyczących zawodowstwa w futbolu Angielska Federacja Piłki Nożnej toczyła również z FIFĄ (która, swoją drogą, powstała 41 lat później). FIFA współpracowała z MKOl-em i również trzymała się zasady, aby piłkarze nie pobierali wynagrodzenia za grę. W wyniku tego nieporozumienia Anglia dwukrotnie opuszczała szeregi FIFA. Najpierw na lata 1920—1924, a następnie 1928—1946.
Ostatecznie Światowa Federacja Piłkarska odłączyła się jednak od Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego i na pierwszych oficjalnych Mistrzostwach Świata w 1930 roku dopuszczono możliwość gry zawodowych piłkarzy, a FIFA na turniej odbywający się w Urugwaju zaprosiła wszystkie chętne reprezentacje, które należą do jej struktur. Anglia — ani żadna z drużyn z Wysp Brytyjskich — nie wzięła udziału w inauguracyjnym mundialu, ponieważ wówczas nie należała do FIFA.
Turniej mający na celu wyłonić najlepszą reprezentację na świecie nie cieszył się jednak takim zainteresowaniem, jak się mogło wydawać. Przyjechało tylko 13 państw: Urugwaj, Argentyna, Brazylia (którą przez wewnętrzne spory w federacji reprezentowali tylko piłkarze z Rio), Chile, Boliwia, Peru, Paragwaj, USA, Meksyk, Francja, Jugosławia, Rumunia oraz Belgia. Dla porównania — dwa lata wcześniej na Igrzyskach Olimpijskich w Amsterdamie w turnieju piłki nożnej wzięło udział 17 reprezentacji. Większość krajów europejskich nie wyrażała chęci do udziału w turnieju. Początkowo nawet Europa nie miała ani jednego przedstawiciela, ale po zaoferowaniu zwrotu kosztów podróży (aby dojechać do Urugwaju, kraje europejskie musiały odbyć dwutygodniową podróż statkiem) przez organizatorów imprezy niektórzy dali się przekonać. Najlepsi jednak zignorowali zaproszenie: Włochy, Węgry, Niemcy, Austria, Hiszpania czy Czechosłowacja. Przekalkulowali, że nie opłaca im się zamykać na dwa miesiące coraz bardziej dochodowych rozgrywek ligowych i nie przyjechali.
Ponadto futbol nie był wówczas profesjonalny, więc mało który reprezentant swojego kraju mógł pozwolić sobie na kilkutygodniowy wyjazd na turniej i tymczasowe porzucenie swojego głównego źródła dochodów. „40 dni w podróży, a do tego 17 kolejnych samego turnieju to zbyt długi okres. W wielu przypadkach kosztowałoby to naszych piłkarzy utratę pracy, dlatego jesteśmy zmuszeni odmówić udziału w mistrzostwach” — taki komunikat wystosował niemiecki związek piłki nożnej. Przykładowo w Rumunii sam król, który przychylnie patrzył na pokazanie kraju na arenie międzynarodowej, zagwarantował piłkarzom zwolnienie z pracy i pokrył ich wynagrodzenie w tym czasie.
Pierwszy mundial nie został oceniony jednoznacznie pozytywnie. „Mistrzostwa świata są skończone. Triumfalnie dla Urugwaju, ale tak naprawdę szczęśliwie dla wszystkich, bo trzeba powiedzieć, że rozwój tych rozgrywek wiązał się z atmosferą nie tylko nieprzyjazną, ale i pełną niewdzięczności. (…) Tytułowi mistrza świata nadaje się przesadne znaczenie, a sam turniej pozostawia w naszych sercach smutne i bolesne wspomnienia” — pisała argentyńska gazeta „El Grafico”. Anglicy (i nie tylko oni) mogli mieć poczucie, że odpuszczając wyjazd do Urugwaju na pierwsze mistrzostwa świata, nic szczególnego ich nie ominęło. Choć nie bez znaczenia w powyższym cytacie jest fakt, iż to Argentyna przegrała w finale z Urugwajem.
Synowie Albionu nie wystąpili także na dwóch kolejnych mistrzostwach świata, choć w 1938 roku, ciągle nie będąc członkiem FIFA, otrzymali zaproszenie na mundial. Powodem był brak jednej drużyny. Austria, która zakwalifikowała się na turniej na trzy miesiące przed startem imprezy, została przyłączona do III Rzeszy, a najlepsi piłkarze reprezentacji przeszli do kadry Niemiec. Anglicy odmówili jednak zaproszenia, ale zainteresowali się światowym czempionatem na tyle, że wysłali swoich ludzi, aby przyglądali się boiskowym wydarzeniom we Francji.
Dla Anglików turniejem największej rangi wciąż były British Home Championship, mające dłuższą tradycję, a za najbardziej prestiżowe starcia uznawali mecze z reprezentacją Szkocji. Niemniej jednak niedługo po obu mundialach rozgrywanych w 1934 oraz 1938 roku Anglia mierzyła się z ówczesnym mistrzem świata. 14 listopada 1934 roku na Highbury przyjechali Włosi, którzy triumfowali na własnej ziemi. Wyspiarze zaprosili ich na mecz o „rzeczywiste mistrzostwo świata”. To nie było puste hasło, ponieważ oba kraje podeszły do tej potyczki z ogromną determinacją. Każdemu z piłkarzy Squadra Azzurra obiecano nawet premie w wysokości około 150 funtów, samochód marki Alfa Romeo oraz zwolnienie ze służby wojskowej. Anglia wcale nie musiała być uważana za faworyta, ponieważ w maju 1934, jeszcze przed Mistrzostwami Świata przegrali dwa wyjazdowe mecze z Węgrami i Czechosłowacją (oba po 1:2). Mecz zakończył się jednak zwycięstwem Synów Albionu 3:2. Anglia została nieoficjalnym mistrzem świata i utwierdziła się w przekonaniu, że ich futbol jest najlepszy. Co więcej, brutalny styl gry Włochów — dokładnie taki sam, jaki prezentowali na mundialu — skłonił Wyspiarzy do zastanowienia się, czy rozgrywanie meczów międzynarodowych z reprezentacjami spoza Wysp Brytyjskich w ogóle ma sens.
Kolejną edycję mistrzostw świata znowu wygrali Włosi i po raz kolejny doszło do meczu o nieoficjalne mistrzostwo świata z „wynalazcami futbolu”, tyle że tym razem zagrano na terenie Italii (w Mediolanie). Skończyło się remisem 2:2, natomiast drugi gol dla Włochów padł po oczywistym zagraniu ręką, którego nie dopatrzył się sędzia. Do ważnego spotkania dla Anglii po MŚ 1938 doszło także w październiku. W ramach jubileuszu 75-lecia istnienia Football Association reprezentacja rozegrała mecz z jedenastką FIFA w skład której wchodziły gwiazdy europejskiego futbolu. Rezultat? 3:0 dla Anglii.
Na kolejne mistrzostwa świata — z powodu wybuchu II Wojny Światowej — musieliśmy czekać 12 lat. W 1950 roku Anglia po raz pierwszy zdecydowała się zgłosić chęć udziału w turnieju o Złotą Nike. FIFA poszła im nawet na rękę i uznała, że nadal rozgrywane British Home Championship będą jedną z grup eliminacyjnych, a na turniej awansują dwa najlepsze zespoły tego turnieju. Anglia jako triumfator wywalczyła więc sobie przepustkę na MŚ 1950 rozgrywane w Brazylii, gdzie jechała jako jeden z głównych faworytów do złota. Od września 1946 do kwietnia 1949 roku Anglia przegrała tylko jeden z dziewiętnastu meczów, w tym potrafiła rozbić Portugalię 10:0 czy Holandię 8:2.
W pierwszym meczu Anglicy poradzili sobie z Chile i przed starciem z amatorami z USA apetyty wzrosły. „Tylko dwa narody nie potrafią grać w piłkę: Eskimosi i Amerykanie” — pisała gazeta „Daily Herald”. Szansę na zwycięstwo Amerykanów wyceniano na 500:1. Jak na złość, Anglia sensacyjnie przegrała z USA 0:1, a „Daily Herald” na pierwszej stronie napisał: „Zawiadamia się wszystkich pogrążonych w żałobie kibiców, że dnia 29 czerwca 1950 roku umarł futbol angielski”. W rzeczywistości Synowie Albionu byli znacznie lepszym zespołem, ale mieli mnóstwo pecha w tym meczu. Reprezentacja USA oddała tylko dwa strzały, a Anglikom nie przyznano dwóch rzutów karnych w mocno kontrowersyjnych okolicznościach. W ostatnim meczu Wyspiarze dali się jeszcze pokonać Hiszpanii. Choć z dwoma punktami zajęli drugie miejsce w grupie (lepszym bilansem bramek wyprzedzili Chile i USA) to system rozgrywania MŚ 1950 zakładał awans tylko jednego zespołu do rundy finałowej.
Co ciekawe, w Anglii wcale nie rozpoczęła się narodowa histeria. Większy szum niż porażka z amatorami z USA wywołała pierwsza przegrana w krykieta z Indiami Zachodnimi, która miała miejsce tego samego dnia, co też sugeruje, że w kraju nie traktowano występu na mistrzostwach świata śmiertelnie poważnie, jako konieczność pokazania światu, kto gra najlepiej w piłkę nożną. Wśród przyczyn bardzo słabego występu na mundialu wskazuje się fatalną organizację wyjazdu przez Anglików. Na mecz z USA przyjechali ponoć już przebrani w stroje meczowe. Zawodnicy skarżyli się na jedzenie w hotelu i wielu z nich się rozchorowało, a do Brazylii nie wzięli ze sobą opieki medycznej.
Na kolejnych mundialach wcale nie było lepiej. Podczas czterech turniejów w latach 1950—1962 wygrali zaledwie trzy z czternastu meczów, a jej najlepszym rezultatem był ćwierćfinał (na MŚ 1954 oraz MŚ 1962). Anglia w tych latach ponosiła również inne bardzo bolesne porażki. W 1953 roku na Wembley przyjechała reprezentacja Węgier, nazywana później Złotą Jedenastką i zmiażdżyła Anglików, wygrywając 6:3. Rok później w Budapeszcie było aż 7:1 dla Madziarów, a w 1958 roku w wyjazdowym spotkaniu z Jugosławią ponieśli porażkę 0:5.
Występy na mistrzostwach świata oraz dotkliwa porażka z Węgrami na Wembley sprawiła, że w Anglii coraz więcej osób działających w futbolu zaczęło dostrzegać problemy. Wyprawa do Brazylii otworzyła oczy piłkarzom. „W części naszych najlepszych klubów zawodnicy nie widzieli piłki między jedną sobotą a drugą. Wychodzono z założenia, że to wzmagało głód gry” — pisał w autobiografii Stanley Matthews, wówczas gwiazda reprezentacji Anglii, nawiązując do tego jak technicznie uzdolnieni byli Brazylijczycy.
Zeznania trenerów, dziennikarzy oraz piłkarzy prowadzą do jednego wniosku — Anglia, zamykając się na świat i skupiając się głównie na lokalnych rozgrywkach, zatrzymała się w rozwoju. Tamte czasy były oczywiście zupełnie inne od obecnych. Nie było innej możliwości podpatrzenia sposobu gry zespołów z innych krajów niż zmierzenie się z nimi lub oglądanie ich na własne oczy. Anglicy takich spotkań rozgrywali o wiele mniej niż inne zespoły, więc wiele trendów ich omijało. Nie przejmowali się też brakiem gry w mistrzostwach świata. Angielski pisarz, Arthur Hopcraft w książce „The Football Man” zaznaczał, że jako dziecko nie do końca wiedział, czym jest mundial. Podejrzewał, że może mieć coś wspólnego z olimpiadą. Tom Finney, reprezentant Anglii w latach 1946—1958 podczas mundialu w 1938 roku miał szesnaście lat i mówił, że nie miało dla niego większego znaczenia, kto został mistrzem świata. „Nie zwracaliśmy uwagi na zagraniczną piłkę i zagranicznych piłkarzy. Angielski futbol był bezwstydnie lokalny, rzadko zatrudniano u nas zawodników z południa, a gdyby w tamtych czasach zapytać nastolatków z Preston, kto strzelił gola dla Włoch w meczu z Węgrami, to skwitowaliby to milczeniem, bardzo zdziwieni pytaniem” — przyznawał po latach. Nie ma lepszego dowodu, iż na Wyspach Brytyjskich zainteresowanie mistrzostwami świata początkowo było bardzo niewielkie.
To nie tak, że w Anglii nikt nie zauważał problemu. Osoby, które jeździły po świecie i zderzały ze sobą angielski futbol z wizją innych nacji na tę dyscyplinę sportu próbowały otworzyć oczy Anglikom, ale ich głos nie był na tyle silny, aby doprowadzić do zmian. Już w 1931 roku w „Athletic News” pojawił się artykuł zatytułowany „Otwórzmy oczy i drzwi. Świat nam ucieka, a my zostajemy z tyłu” autorstwa Ivana Sharpe’a. „W Austrii widziałem futbol tak piękny, że mogłyby się na niego zdobyć tylko połączone reprezentacje Anglii i Szkocji” — mogli przeczytać Anglicy. „Nasze uparte odwracanie się plecami od tego, co robi reszta świata, zaczyna być po prostu żałosne” — dodawał Sharpe. Poza dziennikarzem w podobne tony uderzał Jimmy Hogan, były piłkarz Boltonu i Burnley, który przez dwadzieścia lat pracował jako trener w Europie Zachodniej.
Anglia potrzebowała jednak doświadczyć tego na własnej skórze, aby zmienić podejście, które później zaowocowało zdobyciem mistrzostwa świata w 1966 roku we własnym kraju. Odmawianie gry na mundialach i zamknięcie się we własnej bańce opóźniło rozwój angielskiego futbolu o kilka dekad.
Ćwierć wieku czekania. Norwegia wraca na piłkarską mapę świata
Marcin Pietkiewicz
27 czerwca 1998 roku, stadion Orange Vélodrome. Reprezentacja Norwegii uskrzydlona grupowym zwycięstwem przeciwko Brazylii mierzy się z faworyzowaną Italią. Skandynawowie liczą na kolejną niespodziankę, ale Christian Vieri pokonuje Frode Grodasa, eliminując Norwegów z turnieju. Henning Berg, Ole Gunnar Solskjaer czy Ståle Solbakken nie przypuszczali wtedy, że to ich ostatni mundial w karierze. Marzenia o kolejnym turnieju kilka lat później wybije im z głowy drużyna Jerzego Engela. Norwegowie przez kolejne ćwierć wieku zostali ograniczeni do roli średniaka, który przez okno podziwia, jak inni bawią się na pięknym balu. Swoją zadrę miał także Alf-Inge Haaland, który regularnie występował przed francuskim turniejem, ale dla którego nie znalazło się miejsca w kadrze na mundial. Dwa lata później urodzi mu się syn, który doprowadzi do odrodzenia norweskich marzeń.
Norwegia w latach dziewięćdziesiątych należała do najbardziej niewygodnych rywali w europejskim futbolu. Drużyna Egila „Drillo” Olsena słynęła z perfekcyjnie zorganizowanej defensywy, fizyczności oraz gry opartej na szybkich przejściach do ataku. W składzie znajdowali się m.in. Ronny Johnsen z Manchesteru United, Tore André Flo z Chelsea, Erik Mykland czy młody Ole Gunnar Solskjaer, dopiero budujący swoją legendę na Old Trafford. Norwegowie potrafili regularnie sprawiać problemy największym — w latach dziewięćdziesiątych kilkukrotnie pokonywali nawet reprezentację Brazylii. Tym bardziej bolesne okazało się to, że kraj na ponad dwie dekady zniknął z wielkiej sceny.
Po Mistrzostwach Świata w 1998 selekcjonerem reprezentacji Norwegii został Nils Johan Semb, który w dobrym stylu wywalczył awans na Euro 2000. I tym razem Skandynawowie pokusili się o niespodziankę, rozpoczynając zmagania od zwycięstwa z Hiszpanią. Porażka z Jugosławią oraz remis przeciwko Słowenii zakończyły się jednak odpadnięciem na poziomie fazy grupowej. Kolejnym krokiem miał być awans na Mundial w Korei i Japonii. Na drodze zespołu Semba stanęli jednak Biało-Czerwoni. Po porażce 2:3 w meczu domowym, Norwegia została rozbita 0:3 na Stadionie Śląskim. Kryszałowicz, Olisadebe i Żewłakow pokazali, że to Polska jest na fali wznoszącej i po szesnastu latach przerwy znowu zagra na wielkim turnieju piłkarskim. Role się odwróciły, jednak Norwedzy nie zamierzali akceptować takiego stanu rzeczy. Wiedzieli, że pewne procesy wymagają czasu i cierpliwości.
Rozwój norweskiego futbolu przebiegał wielotorowo. Największa zmiana dokonała się poza stadionami — w systemie szkolenia. Zamiast jak najszybciej zawężać grupę utalentowanych piłkarzy, Norwegowie starają się utrzymać ją szeroko jak najdłużej, bo wiedzą, jak wielu zawodników dojrzewa później — fizycznie, mentalnie, a czasem po prostu potrzebuje więcej czasu, by wejść na właściwe obroty. Zbyt wczesna selekcja eliminuje wielu zawodników, którzy dojrzewają później. Norweski model szkolenia przez długi czas opierał się na filozofii, która w wielu krajach wydawała się zbyt idealistyczna. Federacja świadomie ograniczała wczesną selekcję i unikała nadmiernej presji na wynik w najmłodszych kategoriach wiekowych. W praktyce oznaczało to brak tabel w dziecięcych ligach oraz nacisk na rozwój indywidualny zamiast rywalizacji. Krytycy twierdzili, że taki system produkuje zbyt mało zawodników gotowych do gry na najwyższym poziomie. Z czasem jednak Norwegowie zaczęli go modyfikować, zachowując szeroką bazę szkoleniową, a jednocześnie wprowadzając bardziej profesjonalne środowisko treningowe dla najbardziej utalentowanych piłkarzy.
W norweskich mediach często przewija się liczba ponad dwustu pełnoetatowych pracowników zatrudnionych w akademiach czołowych klubów. Wokół szkolenia młodych piłkarzy powstał tam rozbudowany ekosystem. Analiza gry, przygotowanie motoryczne, wsparcie medyczne, kontrola obciążeń i indywidualne programy treningowe tworzą środowisko, w którym rozwój zawodnika nie zależy już od jednego trenera czy konkretnego rocznika. Norweskie kluby stosunkowo odważnie wprowadzają młodych piłkarzy do pierwszych drużyn. Wiedzą, że taka inwestycja musi się zwrócić — nie tylko sportowo, lecz także finansowo. Dlatego coraz więcej środków przeznaczają na metody treningowe zwiększające efektywność uczenia się. Oprócz klasycznej analizy wideo czy monitoringu obciążeń pojawia się trening percepcji i podejmowania decyzji wspierany technologią, w tym rozwiązaniami VR. Nie chodzi jednak o to, by technologia zastąpiła boisko. Jej zadaniem jest powtarzanie w kontrolowanych warunkach sytuacji, które w meczu pojawiają się jedynie przez ułamki sekund: skanowania przestrzeni, wyboru najlepszego rozwiązania pod presją czy właściwego momentu zagrania piłki. Tam, gdzie przewagi fizycznej nie da się już znacząco zwiększyć, różnicę zaczyna robić szybkość myślenia i jakość decyzji — elementy, które można trenować równie systematycznie jak technikę czy wytrzymałość.
Najbardziej widocznym symbolem zmiany stały się jednak kluby. Norweskie drużyny zaczęły regularnie punktować w europejskich pucharach i — co kluczowe — bazują przede wszystkim na własnych zawodnikach, unikając kosztownych angaży obcokrajowców. Najlepszym symbolem tej zmiany stało się Bodø/Glimt. Kjetil Knutsen został trenerem tej drużyny w 2018 roku i otrzymał pełen kredyt zaufania. Nie musi obawiać się o pracę, gdy w danym sezonie zespół nie zdoła wywalczyć tytułu mistrzowskiego czy nie osiągnie oczekiwanego wyniku w pucharach. Historia Bodø/Glimt jest w norweskiej piłce symbolem tego, jak bardzo zmienił się sposób myślenia o rozwoju klubów. Drużyna z miasta liczącego zaledwie pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców nie próbowała konkurować finansowo z bogatszymi ligami. Zamiast tego postawiła na stabilność, długofalową pracę trenerską i rozwój własnych zawodników. Efekty przyszły szybciej niż ktokolwiek się spodziewał. Bodø zaczęło regularnie zdobywać mistrzostwa Norwegii, a w europejskich pucharach potrafiło rywalizować z klubami z dużo większych lig. Najgłośniejszym sygnałem tej zmiany było zwycięstwo 6:1 nad Romą José Mourinho w Lidze Konferencji Europy, ale także wyjątkowa kampania w Lidze Mistrzów z sezonu 2025/26, gdy norweski klub pokonywał gigantów pokroju Manchesteru City czy Interu.
Ståle Solbakken ma do dyspozycji wielu graczy z najsilniejszych europejskich lig. Martin Ødegaard opuścił Norwegię w 2015 roku, miesiąc po swoich szesnastych urodzinach. Mimo że nie zdołał przebić się w Realu Madryt, udowodnił swoją wartość w lidze angielskiej jako czołowy zawodnik Arsenalu. Alexander Sørloth grał w Niemczech i Anglii, ale swoje miejsce odnalazł w lidze hiszpańskiej, gdzie związany był z Villarrealem, a następnie Atletico. Julian Ryerson to podstawowy zawodnik Borussii Dortmund, Sandre Berge odgrywa istotną rolę w Fulham. Do tego dochodzą Kristoffer Ajer z Brentford, Jørgen Strand Larsen z Crystal Palace czy Torbjørn Heggem z Bolonii. Norwegia ma wielu doświadczonych i ogranych w silnych ligach zawodników, ale także kilka młodszych postaci jak Antonio Nusa, Sverre Nypan oraz Oscar Bobb. W sezonie 2025/26 dziewiętnastu zawodników tej nacji regularnie wybiegało na boiska pięciu najsilniejszych europejskich lig. Kilku z nich odgrywa w nich role pierwszoplanowe i gdyby połączyć ich potencjał z piłkarzami Bodø/Glimt, stworzyć można zespół, który będzie groźny dla każdego rywala.