PROLOG
Dawno temu Matka Przełożona powiedziała mi, że do wszystkiego można się przyzwyczaić.
Do twardego łóżka, zimnej herbaty, do czyjejś nieobecności… nawet do strachu.
Nie miała racji.
Do strachu nie można się przyzwyczaić. Człowiek może jedynie nauczyć się chować po kątach, oddychać ciszej, stawiać kroki ostrożniej.
Mówią, że czym mniej posiadasz, tym z drobniejszych rzeczy potrafisz się cieszyć. A kiedy nie masz nic, cieszą cię nawet marzenia.
Kiedy byłam mała, wyobrażałam sobie siebie w roli księżniczki mieszkającej na zamku.
Bo gdzie zamek tam i książę…
Trzeba uważać, czego sobie życzymy, bo los bywa przekorny.
*
Światła drogich lamp raziły mnie w oczy. W sali było głośno i duszno. Wiktor zaprosił mnóstwo ludzi; polityków, celebrytów, których na co dzień znałam jedynie ekranu telewizora. Zapach drogich perfum i dymu papierosowego wdzierającego się do wnętrza z tarasu sprawiał, że ledwo łapałam oddech. Suknia, w której wyglądałam tak, jakbym pozowała na okładkę magazynu, nieludzko opinająca się wokół mojego ciała, również mi tego nie ułatwiała. Musiałam wyglądać jak idealna kobieta u boku cudownego mężczyzny.
Czułam coraz większą suchość w ustach i kiedy kelner podszedł do mnie z tacą pełną szampana, z ulgą wyciągnęłam w jego kierunku rękę, marząc o łyku czegoś chłodnego. Wiktor był szybszy.
— Moja żona nie powinna pić alkoholu — powiedział dumne. — Staramy się o dziecko.
Goście zaczęli klaskać i prześcigać się w zachwytach:
— Nareszcie! Brawo! Cudownie!
Cudownie? — krzyczałam w myślach. Oni nie wiedzieli, co to dla mnie oznacza.
Kelner podał mi kieliszek z sokiem, a ja uniosłam go do ust, czując na sobie wzrok wszystkich obecnych. Nie było w nim serdeczności, była zawiść. Widzieli kochającego męża i żonę szczęściarę, a teraz usłyszeli jeszcze plan na powiększenie rodziny. Życie godne pozazdroszczenia.
Na sali pociemniało i pojawił się tort. Oczywiście musiał być najlepszy, jak wszystko, na co Wiktor wydawał pieniądze. Był wysoki na trzy poziomy, zdobiony płatkami złota i delikatnymi, białymi różami, a na nim dwadzieścia pięć płonących świeczek. Goście ponownie zaczęli klaskać, a ktoś krzyknął:
— Sto lat!
— Oby nie — mruknęłam półgłosem, siląc się na uśmiech, za którym skrywała się żółć i gorycz. Ledwo to powiedziałam, a Wiktor wbił palce tak mocno w moje biodro, że aż pociemniało mi w oczach. Jęknęłam cicho, a on w odpowiedzi zacisnął palce jeszcze mocniej.
Popatrzył na mnie tym swoim spojrzeniem, które wszyscy brali za pełne miłości. Ja wiedziałam, co naprawdę oznacza. „Zamknij się, graj swoją rolę, od tego jesteś”.
Chór gości w akompaniamencie pianina śpiewał: „Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam!”
Stałam przed tortem, starając się, by mój uśmiech wyglądał tak, jakby to naprawdę był najszczęśliwszy dzień mojego życia. A w głowie miałam tylko jedną myśl: jeśli miałabym spędzić sto lat, żyjąc w ten sposób, wolałabym umrzeć dzisiaj, tu i teraz.
Zdmuchnęłam świeczki, życząc sobie, żeby to wszystko wreszcie się skończyło.
Rozdział 1
— SUKIENKA OD DIORA
Muzyka ucichła, światła zgasły, a goście wrócili do swoich domów. Jedni upojeni alkoholem, drudzy zadowoleni po ubiciu interesu życia, jeszcze inni ze ściśniętym od zazdrości gardłem.
Stałam przed lustrem, odpinając powoli zamek sukni. Materiał ześlizgnął się z moich ramion i opadł ciężko na podłogę. Zamknęłam oczy. Nie lubiłam patrzeć w lustro, bałam się tego, co widziałam. Wzięłam głęboki oddech i powoli otwarłam oczy. Na biodrze rozlewał się już ciemny, świeży krwiak. Dokładnie w tym miejscu, gdzie zacisnął swoje palce. Na brzuchu kolejne — żółknące już siniaki. Na udzie wyraźny ślad dłoni. Dior zakrywał wszystko. Dior sprawiał, że wyglądałam jak milion dolarów. Dior był kotarą, za którą Wiktor ukrywał to, co robił mi, kiedy muzyka cichła.
Na imprezę urodzinową miałam włożyć inną sukienkę. Dwa dni wcześniej przymierzałam taką w kolorze szampana, z odkrytymi plecami. Jednak wydarzył się „incydent” — tak to później nazwał. Popchnął mnie na drzwi sypialni, nie myśląc, że futryna zostawi na moich plecach siniaka wielkości pięści.
Zauważył go następnego dnia i wściekł się na mnie.
— W tej sukience nie możesz wyjść — powiedział z obrzydzeniem. — Plecy masz do niczego.
Zupełnie jakby to była moja wina.
Zamówił kieckę od Diora. Zapłacił za nią fortunę, a kiedy mnie w niej zobaczył, uśmiechnął się szeroko zadowolony z siebie.
— Nie masz co narzekać — oznajmił. — Gdyby nie ten siniak, nie wyglądałabyś tak zjawiskowo.
Zamiast przeprosin dał mi nową suknię, a zamiast skruchy — wątpliwy komplement. W jego świecie wszystko miało swoje uzasadnienie, nawet przemoc. A ja… nauczyłam się przyjmować wszystko, czym zechciał mnie obdarować, niezależnie od tego, czy był to kolejny siniak, czy sukienka mająca go zakryć. Słowo „obdarować” to w tym przypadku spore nadużycie, nic bowiem z tych rzeczy nie było moją własnością.
W oczach mojego męża on był właścicielem wszystkiego — nawet mnie samej.
— Znowu się nad sobą użalasz? — rzucił oschle.
— Nie — odpowiedziałam szybko, by przypadkiem nie sprowokować kolejnego „incydentu”. Sięgnęłam po szlafrok, by zasłonić nim dowody tego, jak nisko upadłam.
— Nie ubieraj się — powiedział, nie patrząc na mnie — weź prysznic i czekaj na mnie w łóżku.
Ścisnęło mnie w żołądku na myśl o tym, co czekało mnie za chwilę.
Rozdział 2
— KSIĘŻNICZKA
Nie miałam złego dzieciństwa, mimo że dorastałam w domu dziecka. Pamiętam zapach kapuśniaka unoszący się na stołówce, chłód na korytarzu i znoszone buty po starszej koleżance… Czekałam, kiedy z nich wyrośnie, bo wizerunek myszki Miki wyszyty na ich bokach, choć przytarty ze starości, był cenniejszy niż dodatkowa porcja lodów. Były przyjaźnie, pani Halinka z kuchni, pyszne ciasteczka, które dla nas piekła, śmiechy dzieci i kłótnie o drobiazgi. Jednak nie było rąk, które utuliłyby do snu, gdy przychodziły koszmary, Ani ust, które szeptałyby słowa pocieszenie, kiedy w trakcie snu starsze koleżanki obcięły mi włosy. Były wychowawczynie i mnóstwo innych dzieci, tak samo zagubionych, jak ja, ale nie było mamy, ani taty, którzy powtarzaliby, że jestem ważna.
Kiedy skończyłam trzynaście lat, wychowawczyni wręczyła mi kopertę. To był list od mojej matki. Pisała, że wiedziała o zbliżającej się śmierci i że chciała pożegnać się w jedyny sposób, jaki był jej dany. Wtedy po raz pierwszy uwierzyłam, że nie byłam niechciana, że nie oddano mnie z obojętności. Wracałam do tych słów zawsze wtedy, gdy było najciężej — żeby przypomnieć sobie, że ktoś mnie kochał, choćby przez tę krótką chwilę.
Szybko się nauczyłam, że jeśli sama o siebie nie zadbam, nikt tego nie zrobi. Skończyłam liceum, choć wielu z nas w momencie osiągnięcia pełnoletności rzucało szkołę i opuszczało sierociniec. To była zwykła ucieczka, kończąca się pracą byle gdzie, byle przetrwać. Ja chciałam czegoś więcej. Chciałam udowodnić, że dam radę.
Kiedy opuszczałam dom dziecka, dostałam kilka tysięcy na start i obietnicę comiesięcznego wsparcia przez jakiś czas. Dla innych to może niewiele, dla mnie było to wtedy jak fortuna. Nauczyłam się żyć skromnie, więc każdy grosz odkładałam, liczyłam, planowałam.
Pracowałam w małym sklepiku, a dodatkowo dorabiałam sprzątaniem i roznoszeniem ulotek. Każda złotówka miała dla mnie znaczenie, każda była krokiem ku temu, żeby stworzyć sobie życie inne niż za murami placówki. Normalne.
To właśnie dzięki oszczędnościom i wsparciu sióstr zakonnych, mogłam rozpocząć studia zaoczne. Nie chciałam już być tylko „dziewczyną z bidula”. Chciałam coś znaczyć, coś osiągnąć. Kiedy nadszedł czas wyboru studiów, nie mogłam pozwolić sobie na luksus kierowania się marzeniami. Chciałam zostać cukiernikiem, ale musiałam wybrać coś praktycznego, co da mi szansę na dobrze płatną pracę i upragnioną samodzielność.
Wybrałam zarządzanie.
Nie było łatwo — zaoczne studia oznaczały, że w tygodniu pracowałam, a w weekendy siedziałam na uczelni, często do późnej nocy. Jednak dla mnie to nie był ciężar, tylko droga do czegoś lepszego.
I wtedy pojawił się on — Wiktor.
Miałam wówczas dwadzieścia dwa lata i poczucie, że dzień ma zbyt mało godzin, by ze wszystkim zdążyć. On miał trzydzieści dwa. Dojrzały, pewny siebie, z tym spokojem, jaki mają ludzie, którzy nigdy nie musieli wybierać między kupnem biletu miesięcznego a ciepłym posiłkiem.
Pamiętam aż za dobrze tamten listopadowy wieczór. Deszcz ze śniegiem siekł prosto w twarz, a wiatr był tak silny, że wyginał mi stelaż taniej parasolki, którą w końcu i tak schowałam do torby. Stałam przy wyjściu z metra, ubrana w zbyt lekką kurtkę z lumpeksu, z dłońmi skostniałymi z zimna tak, że ledwo byłam w stanie utrzymać plik śliskich od wody kartek. Roznosiłam ulotki szkoły językowej. Ludzie mijali mnie, odwracali wzrok, traktowali jak powietrze. Niektórzy nawet odpychali moją wyciągniętą rękę, jakbym chciała im coś zabrać, a nie wręczyć. Musiałam rozdać wszystko, inaczej facet z agencji potrąciłby mi połowę i tak marnej stawki. Chciało mi się krzyczeć z bezsilności, a po policzkach spływał mi tusz do rzęs rozmyty lodowatą wodą.
I wówczas nad moją głową nagle przestało padać.
Podniosłam wzrok, a nade mną rozpościerał się wielki, czarny parasol. Trzymał go mężczyzna w idealnie skrojonym płaszczu. Pachniał drogim męskim perfumem.
— Wygląda pani, jakby miała pani zaraz zamarznąć — oświadczył, jakby odkrył Amerykę.
— Serio? — prychnęłam.
Jego głos był niski, ciepły i przyjemnie spokojny.
— Muszę to rozdać… — dodałam, zawstydzona swoją reakcją i wyglądem przy okazji.
Spojrzał na mokry plik w moich dłoniach, a potem przeniósł wzrok na moją twarz. Nie było w tym spojrzeniu obrzydzenia ani litości, której tak nienawidziłam. Było coś innego. Nie wiem co, ale poczułam, że moje serce szybciej zabiło.
— Ile tego jeszcze jest? — zapytał.
— Z pięćdziesiąt… może sześćdziesiąt sztuk.
Bez słowa wyciągnął rękę i wyjął ulotki z mojej ręki. Schował je pod płaszcz, zupełnie nie dbając o to, że mokry papier zniszczy mu ubranie. Zgłupiałam. Stałam i patrzyłam na niego z otwartymi ustami.
— A teraz pójdzie pani ze mną napić się czegoś ciepłego, zanim dostanie pani zapalenia płuc — oznajmił tak, jakby wydawał mi polecenie służbowe. Był przy tym tak cholernie opiekuńczy, że po prostu skinęłam głową.
Zabrał mnie do małej, przytulnej kawiarni tuż za rogiem. Siedziałam tam, w moich przemoczonych butach, czując się jak intruz, a on zamówił dla mnie wielki kubek gorącej czekolady i patrzył, jak moja twarz odzyskuje kolory. Pytał o moje studia, o pracę, słuchał o moich planach na zarządzanie z takim zainteresowaniem, jak rozmawia się z równorzędnym partnerem biznesowym, a nie z przemoczoną dziewczyną z ulicy.
Od tamtego wieczoru traktował mnie jak księżniczkę. Czułam się przy nim wyjątkowa, pierwszy raz w życiu naprawdę ważna. To on sprawiał, że przestawałam czuć się dzieckiem z bidula…
Nie widziałam wtedy tego, co nadchodziło. Może nie chciałam widzieć zauroczona, zafascynowana jego uwagą i tym, że w końcu byłam dla kogoś ważna. Wierzyłam w każdą jego obietnicę, w każdy uśmiech. I tak właśnie małymi krokami weszłam w złotą klatkę.
Na początku wszystko wyglądało jak w bajce. Szybki, ale niezwykle wystawny ślub — z suknią jak z katalogu i z muzykami, których Wiktor kazał sprowadzić specjalnie dla mnie. Mówił, że nie ma sensu czekać, skoro jesteśmy sobie przeznaczeni. Brzmiało to jak największa deklaracja miłości, jakiej można by oczekiwać po mężczyźnie.
Niedługo po ślubie moje studia zaczęły mu przeszkadzać. Obejmował mnie i szeptał, że nie muszę się tak męczyć.
„Po co ci to, kochanie? Ja pracuję. Tobie niczego nie zabraknie”.
Brzmiało troskliwie, ale broniłam swoich marzeń, więc zmienił narrację. Coraz częściej słyszałam: „Bądź przy mnie. Potrzebuję cię. Brakuje mi ciebie. Niczego więcej nie oczekuję, tylko bądź przy mnie.”. Uwierzyłam, że jestem mu to winna, że tak powinno być. Rzuciłam studia, tłumacząc sobie, że może kiedyś wrócę.
Z czasem coraz rzadziej widywałam koleżanki. „Spotkacie się innym razem” — powtarzał, a ja kiwałam głową, bo jego argumenty były nie do odparcia. Zawsze okazywało się, że już zaplanował jakiś wyjazd, ważne spotkanie, na którym powinnam mu towarzyszyć, kolację — niespodziankę. Trudno było mu odmówić.
Później drobiazgi z mojego dawnego życia zaczęły znikać jeden po drugim — popołudnia w bibliotece, spacery po parku, zakupy z koleżankami. Wiktor zawsze miał alternatywę: coś, ważniejszego, ciekawszego, piękniejszego… I stale powtarzał, że „dla mnie wszystko”.
Tylko że powoli to „wszystko” zamykało mnie w czterech ścianach jego świata. Z dala od mojego.
Po pół roku byłam już całkowicie jego. Bez studiów, bez pracy, bez znajomych. On miał być wszystkim — i rzeczywiście, tak było, choć coraz częściej budziłam się w nocy z nieprzyjemnym poczuciem, że czegoś mi brakuje.
Któregoś dnia odezwała się do mnie przyjaciółka z sierocińca. Pisała, że organizuje urodziny i że bardzo chciałaby mnie zobaczyć. Serce zabiło mi mocniej — pierwszy raz od kilku miesięcy ktoś pamiętał o mnie, nie o „żonie Wiktora”.
Pochwaliłam mu się tym, a on skrzywił się tak, jakbym powiedziała coś niedorzecznego.
— Po co ci to? — spytał. — Nie bądź dzieckiem. Masz mnie. Chcesz imprezy? Zorganizuję ci bal!
— To tylko urodziny — próbowałam mu tłumaczyć. — Pojadę na chwilę, wrócę wieczorem.
— Nie bądź dzieckiem — warknął. — Nie pojedziesz tam.
Pierwszy raz sprzeciwiłam się jego woli. Powiedziałam, że pojadę, choćby chciał mnie zatrzymać siłą. I wtedy… wtedy zobaczyłam w jego oczach coś przerażającego. Jego ręka uniosła się szybciej, niż zdążyłam zorientować się, że coś złego się dzieje.
Świat się zachwiał, a ja uświadomiłam sobie, że nie chodzi o to, by mnie zatrzymać, ale by pokazać, że moja wola jest już tylko wspomnieniem.
Po tym pierwszym ciosie był czuły jak nigdy wcześniej. Przepraszał, przynosił kwiaty, obiecywał wyjazd, mówił, że to się więcej nie powtórzy. Tłumaczył, że był zmęczony, że poniosły go nerwy, że to moja uparta natura wywołała tę niepotrzebną burzę. Słuchałam, wierzyłam, a w sercu miałam nadzieję, że to naprawdę był przypadek, jednorazowe potknięcie. Rozpieszczał mnie tak, że prawie uwierzyłam, iż wszystko było tylko złym snem.
Dałam wiarę nawet temu, że mój stary telefon się zepsuł i że oddał go do naprawy, a przecież Wiktor nie naprawiał rzeczy, on kupował nowe…
Kiedy uderzył ponownie, miał już wymówkę. „Sama mnie sprowokowałaś”, „To twoja wina, że tracę nad sobą panowanie”. Zamiast przepraszać, zwalił winę na mnie. A ja — zawstydzona, zlękniona — uwierzyłam, że faktycznie to ja przesadziłam i że powinnam milczeć, żeby nie budzić w nim furii.
Z czasem przestał się fatygować. Nie było kwiatów, skruchy, nie było nawet tłumaczeń. Ciosy spadały tak, jak deszcz tamtego listopadowego dnia — mocno, bezlitośnie, jak przystało na żywioł. Nie szukał już pretekstów. Nie musiał. Wiedział, że i tak nigdzie nie odejdę …bo nie miałam dokąd.
Wśród swoich znajomych zwracał się do mnie „skarbie, kochanie, najdroższa”. Za zamkniętymi drzwiami jego głos tracił całe to ciepło. Potrafił stanąć nade mną i z tym swoim władczym uśmieszkiem przypominać mi, skąd mnie wziął. Wypominał mi, że jestem nikim. Dziewczyną z sierocińca, bez korzeni, bez historii i bez grosza przy duszy. „Gdyby nie ja, dalej stałabyś w tym deszczu” — powtarzał, a ja z każdym dniem coraz bardziej w to wierzyłam.
Zostałam sama.
W więzieniu, w którym dałam się zamknąć na własne życzenie. Przez to cholerne, głupie pragnienie, żeby w końcu być dla kogoś ważną.
Rozdział 3
— JEDNO CIAŁO
Leżałam obok niego nieruchomo, jakby nadal przygniatał mnie ciężarem swojego ciała i tego, co przed chwilą ze mną zrobił. On spał spokojnie, odwrócony do mnie plecami. Oddychał spokojnie, jak ktoś przekonany o tym, że wszystko jest w najlepszym porządku.
Czułam każdy siniak, ale najbardziej bolało to, że pozwoliłam sobie wmówić, iż jestem mu coś winna. Szlafrok leżał zmięty na ziemi splątany z resztkami mojej godności.
Wstałam po cichu, żeby go nie zbudzić. Wyszłam do łazienki i zamknęłam za sobą drzwi. Ostrożnie otwarłam koszyczek z przyborami higienicznymi, wyjęłam jego zawartość i podnosząc drugie dno, wyciągnęłam ukryty blister pigułek oraz szarą kopertę.
Szybko połknęłam tabletkę, a list na ułamek sekundy przytuliłam do serca. Wszystko schowałam i odłożyłam na miejsce. Spuściłam wodę w toalecie i wróciłam do sypialni.
On zdecydował, że będziemy mieli dziecko. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że w dzisiejszych czasach możliwe jest jeszcze coś takiego. Ja na samą myśl o tym, że skazałabym niewinną istotę na los podobny do mojego, dostawałam mdłości. Już dawno udało mi się załatwić tabletki, przy okazji rutynowej wizyty u lekarza. Pozwolił mi na nią, bo udałam, że mam problemy żołądkowe. Dla niego było to tak obrzydliwe, że natychmiast umówił mnie na wizytę. Nie mogłam dopuścić do tego, by niewinne dziecko trafiło do mojego piekła.
Rano wyszedł jak zawsze. Zadowolony z siebie, elegancki, nienaganny…
Ledwo zamknęły się drzwi, a do pokoju zajrzała Teresa. Zachowywała się cicho z obawy, że on wróci. Przyniosła miseczkę z wodą i krem w małym słoiczku. Znałam zapach tej maści aż za dobrze.
— Pani się odwróci — poprosiła łagodnie. — Posmaruję.
Nie miałam siły protestować. Usiadłam na brzegu łóżka i poczułam jej ostrożne palce na moich plecach. Chłód maści koił ból, ale jednocześnie potęgował poczucie wstydu.
— Nie może tak być — szepnęła przerażona. — Pani musi coś zrobić. Albo chociaż powiedzieć mu, że… że ma przestać — dodała rwącym się głosem.
Uśmiechnęłam się tylko. Gdybym powiedziała mu, że ma przestać, pewnie oberwałabym ze zdwojoną siłą, a gdyby on przypadkiem dowiedział się, że Teresa wie…
Na samą myśl przebiegł mnie dreszcz. Kryształowy Wiktor wiele by zrobił, by zachować swój „nienaganny wizerunek”.
— Lepiej czasem milczeć — odpowiedziałam, zaciskając zęby.
— Pani Nadio… — zaczęła, lecz przerwałam jej ruchem głowy.
Nie chciałam, by ktokolwiek jeszcze cierpiał przez niego. Gosposia spuściła wzrok, wytarła dłonie w fartuch i już nic więcej nie powiedziała. Jednak jej troska była dla mnie przypomnieniem, że na tym świecie istnieje jeszcze jakaś dobroć.
— Zje pani śniadanie? — zapytała łagodnie, będąc już prawie przy wyjściu.
Pokiwałam głową.
Kobieta wyszła, ale zanim zamknęła za sobą drzwi, spojrzała na mnie jeszcze.
— Jeśli mogłabym pani jakoś pomóc… — zawiesiła głos.
— Dziękuje — odparłam cicho.
Doceniałam jej dobroć, ale byłam realistką. Nikt nie mógł mi pomóc.
Spojrzałam na swoje ramiona, na siniaki rozlewające się jak atrament pod skórą.
W uszach wciąż dźwięczały mi jego słowa, powtarzane raz za razem: „Widzisz, jesteśmy jednym ciałem”.
Jedno ciało? Jeśli naprawdę tak było, to dlaczego on nie nosił żadnych śladów? Dlaczego tylko ja krwawiłam i drżałam przy każdym ruchu?
Wiedziałam już, że to nie miłość. Ona nie zostawia takich znaków.
Weszłam do łazienki. Odkręciłam zimną wodę i opłukałam nią twarz. Tak robi się, kiedy człowiek chce się obudzić po strasznym śnie. U mnie nie pomagało, ale chłód lodowatej wody przypominał mi, że nadal czuję, że wciąż jestem człowiekiem.
Wyjęłam zawartość tajnej skrytki, moje koło ratunkowe, jedyna rzecz, która pomagała mi przetrwać.
Szara koperta, zmięta i zniszczona, zawierała mój największy skarb. Otwarłam ją i wyjęłam list.
Moja Najdroższa Córeczko,
piszę te słowa, bo wiem, że nie będzie mi dane zostać przy Tobie tak długo, jak bym chciała. Musisz wiedzieć, że zawsze Cię kochałam i że nie zostawiłam Cię samej na tym świecie z własnej woli.
W moim życiu działo się dużo złego. Musiałam uciekać. Nie mogę ci zdradzić tego, co mnie do tego zmusiło, ale musisz wiedzieć, że próbowałam ratować nas obie. Nie wszystko potoczyło się tak, jak planowałam. Los zaprowadził mnie do zakonnic, które dały mi dach nad głową i opiekę, dopóki nie nadszedł Twój czas … i mój również.
Nie zostawiam Cię z obojętności. Zostawiam Cię, bo choroba odbiera mi siły i wiem, że niedługo odejdę. Chciałabym zostać, patrzeć, jak dorastasz, słyszeć Twój śmiech i uczyć Cię wszystkiego, co potrafię, ale nie mogę.
Pamiętaj o jednym. Byłaś dla mnie najjaśniejszym światłem i powodem, by iść dalej, choć droga była kręta.
Żyj pięknie, Córeczko. Niech te słowa przypominają Ci, że Twoja matka nigdy nie przestała Cię kochać. Ani przez jedną krótką chwilę.
Mama
Znałam słowa tego listu na pamięć, ale jego treść, a nawet sam widok kształtnych liter zapisanych ręką mojej mamy, dodawał mi otuchy w najczarniejszych chwilach mojego życia.
Dopóki nie przeczytałam tych słów, byłam wściekła na cały świat. Myślałam, że ktoś wyrzucił mnie jak niepotrzebny balast. Ale ten list wszystko zmienił. Dał mi siłę, by się nie poddać. Obiecałam sobie, że wyrwę się z bidula i udowodnię wszystkim, że jestem coś warta.
Zeszłam wolno do kuchni. Nasza gosposia przygotowywała chyba jakieś ciasto, bo na blacie stały poukładane w rzędzie składniki. Uwielbiałam piec, ale Wiktor twierdził, że to zajęcie dla tych z “niższej klasy społecznej”. Tęskniłam za tym, ale za każde ciasto płaciłam wieloma siniakami. Wybrałam spokój.
Na jednym z krzeseł dostrzegłam stos świeżych ręczników, a między nimi jakiś pakunek. Teresa rozejrzała się uważnie, jakby chciała się upewnić, że Wiktora na pewno nie ma, po czym włączyła mikser i odkręciła wodę w kranie. Kuchnię wypełnił hałas.
— To dla pani — szepnęła. — Listonosz pytał, czy ktoś odbierze, więc wzięłam. Patrzyłam na kamerę — dodała ciszej. — Ale chyba udało się tak stanąć, żeby nie było widać, co biorę.
Zamarłam. Paczka, adresowana do mnie. Niewielka, owinięta w szary papier. Serce waliło mi tak, jakby zaraz miało wyskoczyć.
— Nie powinna pani tego otwierać tutaj — dodała, wciąż półgłosem. — Gdyby sprawdził nagrania…
Skinęłam głową.
Kobieta wróciła do swojego zajęcia, wyłączyła mikser, opłukała ręce i zakręciła wodę.
— Zaraz zaniosę do łazienki świeże ręczniki, jeśli miałaby pani ochotę na kąpiel — powiedziała już całkiem głośno. — Proszę zjeść śniadanie, a ja wszystko przygotuję.
Zabrała cały stosik z krzesła i wyszła z kuchni.
Z wrażenia nie mogłam nic przełknąć i mieszałam tylko widelcem w jajecznicy, czekając w napięciu na jej powrót.
Chwile później zjawiła się, marszcząc czoło na widok pełnego talerza.
— Nie smakuje? To pani niech weźmie kąpiel, a ja przygotuję coś innego — oznajmiła.
Uśmiechnęłam się do niej wdzięczna za to, co dla mnie robiła.
Wchodziłam po schodach najwolniej, jak potrafiłam, na wypadek, gdyby Wiktor jednak patrzył na kamery. Ale w środku cała się trzęsłam. Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi łazienki, przekręciłam klucz w zamku i osunęłam się na podłogę.
Paczka leżała przede mną, zapakowana w papier — starty mocno na rogach, związana zwykłym sznurkiem. Już miałam go zerwać, gdy zauważyłam ciemny odcisk pieczęci.
„Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia …”
Wpatrywałam się w stempel, a serce podchodziło mi coraz wyżej gardła.
To tam zostawiła mnie mama.
Zamarłam w połowie ruchu. W mojej głowie natychmiast pojawiła się myśl, co by było, gdyby Wiktor wrócił wcześniej i mnie z tym przyłapał…
Zaczęłam szarpać sznurek, zanim strach zdążył mnie całkowicie sparaliżować.
W środku znajdowała się książka, niewielki medalik na cienkim łańcuszku i zdjęcie kobiety, której twarz do złudzenia przypominała moją. Duże, piwne oczy w ciemnej oprawie, pieprzyk tuż nad ustami… i długie brązowe włosy. Kobieta ze zdjęcia uśmiechała się do mnie. Nie mogłam oderwać od niej wzroku, ale chwile później przyszła myśl, ze powinnam się spieszyć.
Wzięłam do rąk książkę i otwarłam ją ostrożnie. W przestrzeń, między oprawką a pierwszą stroną, włożona była koperta. Palce mi drżały, kiedy rozrywałam papier.
Nabrałam głęboko powietrza, rozpoznając pismo.
„Nadusiu,
moja Kochana Córeczko
Wszystkiego najlepszego z okazji twoich dwudziestych piątych urodzin.
Kiedy będziesz świętowała te urodziny, mnie od dawna nie będzie już na tym świecie. Mam nadzieję, że cudnie wyrosłaś i rozkwitłaś.
Nie wiem, jakie życie Cię spotkało — czy znajdujesz w nim spokój i miłość, czy też jest w nim więcej pytań niż odpowiedzi, ale głęboko wierzę, że jesteś wyjątkową, silną i mądrą kobietą.
Nie chcę Ci niczego narzucać. Jeśli jesteś szczęśliwa, żyj swoim życiem i nie oglądaj się wstecz. Jednak jeśli przyjdzie dzień, w którym zapragniesz poznać swoje korzenie albo los sam cię do tego popchnie, w tej paczce znajdziesz ślady, które pomogą Ci w poszukiwaniach. Nie zdradzają wszystkiego, ale mogą wskazać drogę, gdy będziesz gotowa.
Kiedy odnajdziesz dom, pamiętaj, że możesz zaufać tylko mojej matce. Nie powierzaj prawdy nikomu innemu, nie odsłaniaj się przed obcymi, dopóki nie będziesz pewna, że jesteś bezpieczna.
Zdjęcie, książka i medalik nie są tylko pamiątką — są częścią mojej historii. Przyjrzyj się im uważnie, a zrozumiesz.
Pamiętaj, że jakąkolwiek decyzję podejmiesz i gdziekolwiek zaprowadzi Cię droga, nigdy nie jesteś do końca sama.
Bardzo Cię kocham, Córeczko.
Twoja Mama”
Przyjrzałam się zdjęciu. W oczach mojej matki widać było szczęście. Przycisnęłam zdjęcie do piersi. W żołądku ściskał mnie lęk, ale pod nim żarzyło się coś nowego; nie siła, nie odwaga. Raczej poczucie, że gdzieś na świecie istnieje miejsce, do którego mogłabym uciec, gdybym tylko miała odwagę. Że może wcale nie jestem skazana tylko na te mury i jego cień.
Odwróciłam zdjęcie i dostrzegłam podpis.
Anna Majewska
— Anna Majewska? — szepnęłam. — Czyli to nie jest zdjęcie mojej mamy?
Z dokumentów z sierocińca dowiedziałam się, że moja matka nazywała się Zofia Różycka i po niej nosiłam nazwisko. Kim zatem była kobieta ze zdjęcia?
— Pani Nadio! — usłyszałam wołanie — Mąż wrócił — zawołała kobieta lekko, ale tylko ja wiedziałam jaką wagę mają te słowa.
Ostrzegła mnie.
Wyjęłam zawartość pudełka i schowałam go pod umywalką, tam, gdzie Teresa trzymała detergenty, a karton owinęłam w ręcznik i włożyłam do kosza na brudną bieliznę.
Ponownie opłukałam twarz zimną wodą, by nieco ostudzić rozgrzane od emocji policzki i wyszłam z łazienki. Zeszłam na dół i zatrzymałam się przy drzwiach kuchni.
— Tereso — powiedziałam możliwie obojętnym tonem — proszę, niech pani zabierze rzeczy do prania z łazienki. Nie lubię, kiedy kosz jest pełny.
Spojrzała na mnie uważnie, a w jej oczach mignęło zrozumienie. Dygnęła lekko i poszła na górę, nie zadając żadnych pytań. Dopiero wówczas weszłam do salonu.
Wiktor siedział już w fotelu. Marynarkę powiesił na oparciu i poluzował krawat. Kiedy mnie zobaczył, sięgnął do kieszeni i rzucił coś na stolik. Dwa małe pudełka potoczyły się po blacie. Testy ciążowe.
— Jutro rano zrobisz oba — powiedział spokojnie. — Chcę mieć pewność.
Poczułam, jak powietrze zatrzymało mi się w płucach. Dla niego byłam tylko narzędziem i w jego świecie moje ciało nie należało do mnie, a jedynie było własnością rodu, nazwiska, jego ambicji.
Skinęłam głową. Przez te lata z Wiktorem nauczyłam się jednej, najważniejszej zasady: moja twarz musiała stać się maską. Ani jednego drżenia powieki, ani jednej łzy, żadnej emocji, którą mógłby wykorzystać przeciwko mnie.
Przez całe popołudnie nie odezwał się do mnie ani słowem, ale cisza w naszym domu była czymś normalnym. Mimo tego potrafiła dudnić boleśnie w uszach. Cisza bowiem nie zawsze oznacza spokój.
Nadszedł wieczór. Położyłam się do łóżka i dziękowałam Bogu, że tym razem mnie nie dotknął, że wystarczyły mu te dwa kartonowe pudełeczka rzucone na stolik. Spokój był dla mnie luksusem, którego dawno nie zaznałam.
Rano nie wyszedł do pracy jak zazwyczaj. Zamiast tego siedział w kuchni, czekając, aż zejdę. Testy leżały przed nim, jakby były ważniejsze od wszystkiego innego.
— Zrób je teraz — powiedział.
Ręce mi drżały, kiedy zamknęłam się w łazience. Wiedziałam, co pokażą testy. Jego ciężki krok towarzyszył mi po drugiej stronie drzwi. Oba testy pokazały to samo. Pustka.
Podałam mu je w milczeniu, a on spojrzał na mnie z większą niż zwykle pogardą.
— Bezużyteczna suka — rzucił i wymierzył mi policzek, ale na tyle mocny, że uderzyłam głową o framugę i poczułam, jak ciepła strużka spływa mi do kącika oka.
— Może… może to jeszcze za wcześnie — wyszeptałam, łykając łzy, które połynęły bez mojej zgody. — Testy czasem się mylą.
Patrzył na mnie jak na narzędzie, które nie działa zgodnie z instrukcją. I od tego dnia mój koszmar się nasilił. Brał mnie coraz częściej, jakby każde kolejne zbliżenie miało zmusić moje ciało do uległości, do wydania mu dziecka.
Każdej nocy modliłam się o ciszę.
Ale cisza już się skończyła…
Rozdział 4
DZIECKO — NAJWIĘKSZY SKARB
Dni zaczęły mieszać mi się ze sobą, a nocami czekało mnie jego ciało — coraz częściej i brutalniej. Po wszystkim zostawiał mnie obolałą i upokorzoną, a rano wymagał, żebym była uśmiechnięta, jakby nic się nie stało. W jego oczach najpewniej tak było.
Snułam się po domu jak cień, ale w głowie miałam tylko jedną myśl: paczka. To była moja tajemnica, jedyna rzecz, której Wiktor nie kontrolował. Wracałam do niej za każdym razem, gdy wychodził. Stale zastanawiałam się, kim jest Anna Majewska? Dlaczego tak bardzo przypomina mnie?
Nie raz dotykałam delikatnie przedmiotów z paczki i czułam dokładnie to samo, co wówczas, gdy dostałam po koleżance upragnione buty z myszką Miki. Wiem, że trudno to porównywać, ale dziecięca ekscytacja i to poczucie, że nareszcie mam coś wyjątkowego, były niemal identyczne. Przytuliłam książkę do serca tak, jak dawno temu zdartego trampka. Na okładce widniało zdjęcie drogi wijącej się między polami, a na niej dwie postacie… dorosłej kobiety i małej dziewczynki. Tytuł brzmiał “Gdziekolwiek pójdziesz”.
Odwróciłam książkę, by spojrzeć na jej opis.
Drobnym drukiem zapisano:
„Opowieść o niewidzialnej więzi między matką a córką, której nie jest w stanie przerwać nawet najdłuższa rozłąka”.
Przejechałam palcem po okładce. Gardło mi się ścisnęło.
Spojrzałam na fotografię.
— Jesteś moją mamą? — zapytałam cicho.
Otwarłam książkę na pierwszej stronie i dostrzegłam dedykację.
„Dla Ani, z okazji osiemnastych urodzin.
Zawsze będę Cię kochała, niezależnie od tego, jak daleko zaniosą Cię życiowe wiatry. Mama”
Mały Groń 17 marca 1998 rok
Uderzyła mnie data — 17 marca. W moim akcie urodzenia, w rubryce z danymi matki, widniała data narodzin 17 marca 1980 roku, jednak miejsce przyjścia na świat było całkowicie inne. Wiedziałam to dokładnie, bo kiedy tylko skończyłam osiemnaście lat, niejednokrotnie studiowałam ten dokument, szukając jakichkolwiek śladów, które mogły mnie naprowadzić na ślad rodziny.
— Mały Groń… — powtórzyłam szeptem, a serce zabiło mi mocniej. — Więc Zofia Różycka z Lipowca to ściema? Moja mama uciekała i ukrywała się pod fałszywym nazwiskiem. A kobieta, która podpisała tę dedykację, była moją babcią. Nagle te wszystkie urzędowe papiery z sierocińca, które znałam na pamięć, okazały się jednym wielkim kłamstwem.
Każdy dzień przynosił coś jeszcze. Pieczątka z nazwą księgarni, w której musiała być zakupiona książka „Podbeskidzkie Czytadła”. Niewielki ślad na medaliku — litera „M”, która mogła być początkiem imienia albo nazwiska.
Miałam w głowie totalny chaos, ale te drobne ślady zaczynały układać się w niewyraźną jeszcze całość. Tylko co z tego? Nie miałam ani grosza, Wiktor kontrolował każdą złotówkę. Bez pieniędzy na bilet nie uciekłabym nawet na krok. A jednak, kiedy patrzyłam na ten medalik, poczułam, że jest dla mnie nadzieja.
*
Tamtej nocy Wiktor miał w sobie tyle wściekłości, że kiedy ze mną skończył, nie potrafiłam się ruszyć. Zwinęłam się w kłębek, by nie czuć bólu i zamknęłam oczy, udając, że śpię. Wstał i spojrzał na mnie przez ramię, by upewnić się, że nie patrzę. Spod na wpół przymkniętych powiek obserwowałam każdy jego ruch. Podszedł do ściany, odsunął obraz i nachylił się w stronę sejfu.
Trzy. Siedem. Dwa. Jeden.
Zamek kliknął i drzwiczki się otwarły. Słyszałam szelest papierów, później jakiś metaliczny dźwięk. Wiktor zabrał coś z sejfu, zamknął go i wyszedł z sypialni.
Trzy, siedem, dwa, jeden…
Trzy, siedem, dwa, jeden… — powtarzałam w myślach, bo wiedziałam, jak wiele zależy od tego, czy zapamiętam ten szyfr.
Trzy, siedem, dwa, jeden…
Rano, kiedy adrenalina opadła, ból był nie do zniesienia. Leżałam nieruchomo, czując do siebie tak ogromne obrzydzenie, że miałam ochotę zedrzeć z siebie skórę.
Teresa przyniosła mi napar z ziół, żebym mogła się nim umyć, by choć odrobinę zmniejszyć ból. Tego dnia zostałam w łóżku. Wpatrywałam się na zmianę w sufit i w obraz, za którym ukryty był sejf.
Mogłabym uciec… gdyby tylko starczyło mi odwagi.
Usłyszałam, że wrócił z pracy.
Teresa tłumaczyła mu, że źle się czuję, że odpoczywam, a on odprawił ją do domu.
Wspiął się powoli po schodach i otwarł drzwi sypialni. Udawałam, że śpię, a on wyciągnął mnie siłą z łóżka i zaprowadził do łazienki.
— Umyj się — nakazał lodowatym tonem.
Weszłam posłusznie pod prysznic i puściłam wodę.Mydło szczypało mnie w najbardziej wrażliwych miejscach. Patrzył na mnie, na każdy mój ruch.
— Wystarczy — rzucił.
Wyszłam z kabiny i owinęłam się ręcznikiem. On zdarł go ze mnie, zgiął mnie w pół i oparł o półkę, dociskając do niej moją głowę. Poczułam przerażający ból, kiedy we mnie wchodził.
Jęknęłam, a on docisnął biodra jeszcze mocniej. Płakałam… ale nic sobie z tego nie robił. Próbowałam oprzeć się dłonią o blat półki i wówczas zrzuciłam pudełko ze środkami higienicznymi.
Wiktor zamarł.
Spojrzałam na ziemię i dostrzegam, że cała zawartość wysypała się… łącznie z listem i blistrem tabletek.
Odsunął się wolno ode mnie i zapiął spodnie. Pochylił się nad pudełkiem i patrzył na jego zawartość — długo. Sięgnął w końcu po pigułki i kopertę.
— Co to ma znaczyć? — zapytał, nie patrząc na mnie.
Milczałam. Wiedziałam, że czegokolwiek teraz nie powiem, nie uniknę najgorszego.
Bił na oślep. W twarz, w plecy, w brzuch… a na białych płytkach pode mną pojawiały się kolejne krople krwi.
Trzy, siedem, dwa, jeden…
Trzy, siedem, dwa, jeden… — powtarzałam w myślach, jakby to była mantra, która miała pozwolić mi przeżyć.
Kiedy skończył, otworzył kopertę i przeczytał list.
— I ty w to wierzysz? — zaśmiał się.
Stanął nade mną i wolnym ruchem darł list na małe kawałki, rzucając je na mnie.
Schował tabletki do kieszeni i wyszedł.
Zostawił mnie tam leżącą, nagą, zakrwawioną.
Trzy, siedem, dwa, jeden…
Rozdział 5
WSZĘDZIE DOBRZE, GDZIE GO NIE MA.
Pociąg kołysał się rytmicznie, a za oknem przesuwały się rozmazane pasma pól, szarych miasteczek i kolorowe plamy drzew. Patrzyłam w szybę, jakbym oglądała niemy film — obrazy pojawiały się i znikały, a ja nie potrafiłam zatrzymać wzroku na żadnym z nich.
Gdzieś z tyłu przedziału ktoś rozmawiał głośno przez telefon, płakało dziecko, ktoś śmiał się donośnie, a stukot kół łączył to wszystko, zamieniając jazgot w jednostajny szum. Nagle jakiś mężczyzna w ciemnym płaszczu spytał, czy miejsce obok jest wolne, a ja wzdrygnęłam się, jakby wyrwana ze snu. Kiwnęłam głową, ale jeszcze mocniej przysunęłam się do okna, by przypadkiem nieznajomy mnie nie dotknął. Za wszelką cenę chciałam uniknąć kontaktu z drugim człowiekiem. Nadal miałam przed oczami obraz zakrwawionej podłogi, mojej twarzy w lustrze, a do tego nieustannie miałam wrażenie, że słyszę jego oddech tuż za moimi plecami.
Spojrzałam na siebie. Miałam na sobie stare dżinsy kupione lata temu w lumpeksie i ciepłą bluzę z kapturem, który zakrywał twarz usianą siniakami. Tkanina była sprana, miała swoje lata, ale dawała mi poczucie bezpieczeństwa i luksus, jakiego nie dawały mi nigdy sukienki Wiktora. W tamtych sukniach byłam więźniem, w tych ubraniach byłam sobą.
Pod moimi nogami leżał plecak. Ten sam, który nosiłam jeszcze w liceum, cały oblepiony starymi, trochę infantylnymi naszywkami. Niby śmieszny relikt, a jednocześnie jedyny kawałek mojego świata, który przetrwał.
Uciekłam. W końcu uciekłam. I choć bałam się, dokąd mnie to zaprowadzi, jednego byłam pewna; gorzej być nie mogło. Matka ostrzegała mnie w liście, że tam, gdzie się udam, też nie będzie bezpiecznie. Jednak jakiekolwiek niebezpieczeństwo, inne niż Wiktor, zdawało mi się wybawieniem. Nic nie mogło być gorsze od powrotu do tamtego domu, do jego dłoni, głosu, do tej klatki, w której zabijał mnie każdego dnia. Wiedziałam, że nie mogę dłużej zwlekać. Bez tabletek byłoby pewne, że lada chwila pojawi się dziecko. Miałabym skazać je na dorastanie w tym piekle? Nie pozwoliłabym na to. Choćby teraz miało mnie spotkać coś gorszego — na to nie pozwoliłabym na pewno.
Przypomniałam sobie moment ucieczki i oblał mnie zimny pot.
Wszystko potoczyło się bardzo szybko.
Teresa znalazła mnie w sypialni. Nie pamiętam, czy coś do mnie mówiła, czy tylko odsunęła kołdrę. Pomogła mi podnieść się, zaprowadziła do łazienki, umyła mi włosy, podała czyste ubrania. Wszystko robiła cicho, z tym spokojem, który zawsze działał na mnie jak ciepły okład na stłuczone ciało.
Kiedy wróciłyśmy do pokoju, spojrzała na mnie przestraszona i wyszeptała:
— Tak dalej być nie może. To się musi skończyć.
Tylko kiwnęłam głową. Nie miałam siły na sprzeciw, ani nawet chęci. Wiedziałam, że ma rację.
Powiedziała mi, żebym chwilę poczekała, że coś załatwi… i wyszła. Siedziałam skulona pod kocem, a serce waliło mi jak młot. Wiedziałam, że ten moment się zbliża, że za chwilę zrobię coś, od czego nie będzie odwrotu. Minuty ciągnęły się jak godziny, ale w końcu wróciła i ukradkiem podała mi złożoną kartkę.
W liście wszystko było rozpisane krok po kroku: miałam wyjść z domu, biec do pralni przy rynku. Tam miał czekać na mnie plecak. W środku — moje rzeczy, te, które kiedyś Wiktor kazał jej wyrzucić. Miałam się przebrać, zostawić stare ciuchy i pobiec na stację. Pierwszym możliwym pociągiem miałam jechać do Bielska–Białej, by stamtąd ruszyć dalej, kiedy rozpoznam kierunek.
Do Bielska Białej?
No tak, włożyłam rzeczy do szafki z chemią. Musiała znaleźć książkę.
Czytałam list, zamknięta w łazience, żeby żadna kamera nie zarejestrowała mojej reakcji. Schowałam do torebki cztery przedmioty, które dostałam w paczce: medalik, zdjęcie, książkę i list. Za nic nie mogłam tego zostawić.
Kiedy wyszłam, Teresa powiedziała głośno, że idzie na targ po świeże warzywa i że za chwilę wróci. Wiedziałam, że mówi to pod kamery. Pomyślała o wszystkim, jakby planowała to dużo wcześniej. Drzwi trzasnęły.
W tym samym momencie poderwałam się i pobiegłam do sypialni. Serce waliło mi jak szalone, a dłonie drżały tak mocno, że kiedy celowałam palcem w klawiaturę, bałam się, że nie trafię we właściwe guziki.
— Trzy, siedem, dwa, jeden.
Kliknęło.
W środku były stosy banknotów, broń i jakieś dokumenty. Sięgnęłam po pieniądze i wzięłam kilka plików. Coś zaplątało się między nimi, ale nie chciałam tracić czasu, wetknęłam całość do torby i wtedy mój wzrok zatrzymał się na chwilę na pistolecie. Nie zastanawiałam się długo, jego również zabrałam. Zdjęłam obrączkę i położyłam ją tam, gdzie chwile wcześniej leżała broń. Nie było czasu na wahanie. Zatrzasnęłam sejf, zarzuciłam plecak na ramię i wybiegłam z domu.
Na ulicy pachniało świeżym pieczywem z piekarni za rogiem. Ten zwyczajny zapach uderzył mnie jak coś nierealnego — jakby nie pasował do tego, co się właśnie działo. Biegłam prosto do pralni, dokładnie tak, jak kazała Teresa.
W środku na krześle pod oknem czekał plecak. Ten sam, który nosiłam w liceum, a w jego wnętrzu — stare dżinsy, bluza z kapturem, trampki i kilka banknotów stuzłotowych — nawet o tym pomyślała, anioł kobieta. Przebrałam się w pośpiechu, zostawiając swoje ubrania w reklamówce.
*
Pociąg toczył się coraz wolniej. Oparłam czoło o szybę i zobaczyłam coś, co na chwilę odebrało mi oddech. W oddali majaczyły góry. Najpierw tylko delikatne zarysy, jakby ktoś ołówkiem narysował nierówną linię na horyzoncie. Potem coraz wyraźniejsze — zielone, ciężkie, rozciągnięte wzdłuż całego widoku. Pierwszy raz widziałam góry na żywo, nie na zdjęciu czy w filmie. Były piękne. Wyglądały jak strażnicy miasta, które kryło się u ich stóp. W porównaniu z nimi wszystko wydawało się małe, kruche i nieistotne. Wpatrywałam się w nie, próbując uwierzyć, że naprawdę tu jestem, że naprawdę udało mi się uciec tak daleko. Góry obiecywały, że dadzą mi coś, czego potrzebowałam najbardziej — schronienie, nowe życie, początek.
Dopiero potem, gdy pociąg minął ostatnie pola i wjechał między zabudowania, zobaczyłam szare bloki, magazyny, stary mur przy torach. Trudno było nie zauważyć kontrastu — piękno natury obok zwyczajności miasta.
Kiedy głośniki oznajmiły: „Bielsko — Biała Główna”, poczułam, jak moje serce przyspiesza. To było to miejsce. To tutaj zaczynała się moja nowa droga.
Pociąg zatrzymał się na stacji. Dworzec, w przeciwieństwie do tych, jakie widziałam wcześniej, był naprawdę ładny. Ceglasta fasada wyglądała świeżo, odrestaurowana, elegancka. Widać było, że ktoś zadbał o każdy detal. Wydał mi się godny tego miejsca.
Wyszłam schodami na wiadukt, który wisiał ciężko nad szeroką, dwupasmową drogą. Z niego widok na okolicę był dużo szerszy. Za peronem zaczynało się zwyczajne miasto: zakorkowana ulica, wysokie, szare budynki, trochę chaotyczne — niektóre zmęczone czasem, inne jakby postawione w niewłaściwym sąsiedztwie — odrestaurowane, dostojne.
Bielsko było mi zupełnie nieznane, ale coś w klimacie tego miejsca powodowało, że czułam się tutaj swojsko. Zatrzymałam starszego mężczyznę i zapytałam, gdzie jest najbliższy sklep z telefonami albo jakieś centrum handlowe. Wskazał mi drogę. Ruszyłam tam od razu, bo wiedziałam, że pierwszą rzeczą, którą muszę zrobić, jest zakup telefonu.
W punkcie z elektroniką kupiłam jakiś tani model komórki i starter. Sprzedawca poprosił o dane do rejestracji karty. Przez chwilę zawahałam się, miałam ochotę wycofać się z całego zakupu, ale nie miałam wyjścia. Bez internetu nie mogłam zrobić kolejnego kroku. Musiałam mieć mapę, musiałam wiedzieć, co dalej. Podałam więc dane, a kiedy sprzedawca wręczył mi pudełko z kartą, poczułam, jakbym zrobiła pierwszy krok do normalnego życia.
Karta musiała się aktywować, więc miałam chwilę, by rozejrzeć się po mieście. Wyszłam z centrum i ruszyłam przed siebie, nie bardzo wiedząc, dokąd zmierzam. Ale to nie miało znaczenia. Mogłam iść, gdzie tylko chciałam, gdzie poniosły mnie nogi. Nikt nie mógł mi tego zabronić.
Naprzeciw mnie pojawiła się młoda kobieta, trzymająca za rękę małą dziewczynkę.
— Przepraszam — zwróciłam się do niej. — Którędy do centrum?
Ta spojrzała na mnie i skrzywiła się, widząc moje siniaki. Przyciągnęła do siebie dziecko i minęła mnie szybko.
— Tam jest serce miasta — odezwała się staruszka sprzedająca precle.
Uśmiechnęłam się i głębiej naciągnęłam kaptur na głowę, by jej nie przestraszyć.
— Jesteś głodna, dziecko? — zapytała, a mnie rozczuliła jej troska.
— Nie, dziękuję — odparłam cicho i speszona odwróciłam wzrok w kierunku, który mi wskazała.
Kilka minut później trafiłam na brukowaną ulicę. Miała niesamowity klimat. Kocie łby, stare latarnie, rzędy kamienic. I coś, co wywołało we mnie dziecięcą niemal radość — mała, mosiężna figurka psa stojącego przy fontannie. Reksio. Idąc dalej, odnajdowałam kolejne postacie z bajek: Smok Wawelski, Bartolini, Don Pedro.
— Boże drogi! Karamba!
Czułam, jakby kawałek mojego dzieciństwa czekał tu na mnie i pokazywał, że mogę zacząć od nowa, że może być dobrze.
Przechadzałam się wolno ulicami, zachwycając się klimatem tego miejsca, a co chwilę jakiś niebanalny szczegół przykuwał moją uwagę. Zatrzymałam się, żeby spojrzeć na jedną z bogato zdobionych kamienic. Była inna niż wszystkie, z dziwnymi figurkami żab na fasadzie. Wydawało mi się, że jedna gra na mandolinie, a druga wznosi kieliszek. Uśmiechnęłam się do siebie — absurdalne, że po tym wszystkim mogłam się zatrzymać i zachwycić kawałkiem muru, ale dokładnie to czułam — zachwyt.
To było pierwsze miejsce od dawna, w którym mogłam na chwilę odetchnąć. Poczuć, że naprawdę jestem wolna.
Kiedy telefon wreszcie się uruchomił i na ekranie pojawiła się ikonka internetu, miałam wrażenie, że trzymam w ręku klucz. Wystarczyło, że go użyję.
To było tak niewiele, a ja czułam, jak ten szczegół zmienia moje życie. Nagle miałam dostęp do świata, od którego przez tyle czasu byłam odcięta.
Mój żołądek burnknął głośno i dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że od wczorajszego poranka nie miałam w ustach niczego poza kilkoma łykami wody. Wpisałam w wyszukiwarkę pierwsze, co przyszło mi do głowy — miejsca, gdzie mogę coś zjeść.
Na ekranie wyskoczyła lista punktów, ale było ich tak wiele, że nie umiałam zdecydować. Jedna kobieta, któreą zapytałam o drogę, uśmiechnęła się tylko.
— Proszę iść pod Zamek Sułkowskich. Tam jest bar mleczny. Dobrze karmią i tanio — mrugnęła do mnie.
Przypomniały mi się dobre czasy, kiedy tanio zawsze znaczyło dobrze — nawet jeśli nie było smacznie.
Zamek Sułkowskich. Sama nazwa brzmiała jak coś z innego świata. Ruszyłam więc w tamtym kierunku.
Na końcu brukowanej uliczki znajdowały się schody, a kiedy się na nie wspięłam, zobaczyłam go w całej okazałości. Wyrósł przede mną biały, ogromny budynek z charakterystycznymi wieżami i murami, które wyglądały, jakby pamiętały inne stulecia. Stał w samym sercu miasta, górując nad nim. Wokół niego roztaczał się plac i estetycznie urządzone otoczenie. Kamienne tarasy, schody, ławki ustawione wzdłuż murów. Wydał mi się nierzeczywisty, jakby ktoś przeniósł fragment innego świata w sam środek tego miasta. Poczułam się jak mała dziewczynka i na moment zapomniałam, po co właściwie tu przyszłam. Patrzyłam na niego i czułam, że to miejsce kojarzy mi się z moją dziecięcą beztroską, z marzeniem, które wówczas zdawało mi się tak realne.
Bar mleczny znajdował się kawałek dalej. Pachniało smażonymi pierogami i zupą koperkową. Zwyczajnie i domowo. Zamówiłam porcję pierogów ruskich i kubek herbaty. Kobieta spojrzała na mnie uważnie, dostrzegając podbite oko, rozciętą wargę i siniaki.
— Miałam wypadek samochodowy — powiedziałam, by nieco ją uspokoić.
Kobiecina przyłożyła dłoń do ust, a na jej twarzy pojawiła się troska.
Uśmiechnęłam się speszona.
— Najważniejsze, że przeżyłam — odpowiedziałam i zgarnęłam z lady zamówienie.
Kiedy usiadłam przy stoliku i spróbowałam pierwszego kęsa, łzy napłynęły mi do oczu. Smak był prosty, ale mi kojarzył się z domem. Pierogi jadłam powoli, niemalże jak z namaszczeniem, jakby to był najlepszy posiłek od lat. I chyba faktycznie takim był, bo jadłam go w poczuciu wolności.
Kiedy zostały mi ostatnie dwa pierogi, wyjęłam telefon. Mogłam wreszcie szukać odpowiedzi. Wbiłam w wyszukiwarkę: Mały Groń.
Kółeczko ładowania zakręciło się leniwie, a ja poczułam, jak serce zaczyna mi walić. Nie wiedziałam, co właściwie znajdę. Czy to będzie miejsce, które istnieje naprawdę?
Na ekranie pojawiło się kilka wyników. Głównie adresy w okolicach Beskidu Żywieckiego — jakieś schroniska, pensjonaty, nazwy związane z górskimi szlakami.
Miałam nadzieję, że któryś z podanych linków może być drogowskazem do czegoś, co całkowicie zmieni moje życie.
Zamknęłam oczy na moment. Pomyślałam o matce. O jej liście. O tym, że ostrzegała mnie, że tam może wcale nie być bezpiecznie. Jednak wiedziałam, że skoro dotarłam tak daleko, to o odwrocie nie ma mowy.
Pierwszy link prowadził do pensjonatu o nazwie „Mały Groń”. Strona była nieaktualna, a zdjęcia jak z innej epoki. W komentarzach ktoś pisał, że „zamknięte na czas nieokreślony”. Odrzuciłam to od razu.
Drugi wynik był jeszcze bardziej mylący: blog jakiegoś wędrowca, wpis sprzed lat o „zejściu ze szlaku przez Mały Groń”, bez mapy, bez współrzędnych — tylko mglisty opis „między doliną a grzbietem, tam, gdzie potok rozdziela domy”. To brzmiało prawie jak poezja, ale nic mi nie dawało.
Kolejne dwa odsyłały do czegoś, co wyglądało na stowarzyszenie i nazwę zespołu regionalnego. Jęknęłam trochę przestraszona. Zaczynałam się obawiać, że byłam zbytnią optymistką.
Zawęziłam wyszukiwanie. Mały Groń + miejscowość na Podbeskidziu.
I wtedy pojawiło się coś, co wyglądało obiecująco: forum genealogiczne. W wątku o dawnych nazwach przysiółków ktoś napisał, że „Mały Groń” to miejscowość w gminie Wielki Groń, „na końcu drogi, za kapliczką”. Bez zdjęć, bez mapy — za to z jednym zdaniem, które sprawiło, że poczułam przyjemne mrowienie w palcach: „dojechać z Bielska najlepiej przez Żywiec, a potem lokalnym busem w kierunku Suchej Beskidzkiej. Wysiąść w Wielkim Groniu, przy murowanej kapliczce”.
Kliknęłam dalej. Załadowała się mapa a na niej Wielki Groń — nazwa miejscowości, ledwie widoczna na mapie. Poniżej, malutkimi literami, coś jeszcze: Mały Groń. Maleńka wieś, bardziej skupisko kilku domów przy drodze, kończące się na ścianie lasu.
Przybliżyłam mapę. Droga z Bielska wyglądała prosto tylko na ekranie. Miałam do wyboru podróż pociągiem, autobusem, albo busem. Zdecydowałam się na ten ostatni, by uniknąć przesiadek, a po poza tym miałam nadzieję, że kierowca wskaże mi miejsce, gdzie powinnam wysiąść. Na końcu czekał mnie jeszcze krótki spacer pieszo „od kapliczki w górę”. W notce na forum ktoś dopisał jeszcze: „sklep czynny do siedemnastej, ostatni kurs autobusu o osiemnastej”. Pomyślałam o zmroku w górach i o tym, jak tam będzie, jeśli nie znajdę kolejnych wskazówek.
Ułożyłam w głowie prosty plan, taki, który nie wymagał odwagi, tylko konsekwencji: Bielsko, bus do Wielkiego Gronia, pieszo do Małego Gronia. Wystarczająco trudne, żeby nie było zbyt łatwo. Wystarczająco konkretne… żeby ruszyć natychmiast.
Schowałam telefon do kieszeni i dopiłam herbatę. Wyszłam z baru, jeszcze raz spojrzałam na zamek górujący nad placem i naciągnęłam kaptur na głowę, kierując się w stronę dworca. Moja droga prowadziła w góry.
Z miasta wyjechaliśmy szeroką szosą. Z czasem droga stawała się coraz węższa, uroczo wijąc się między pagórkami. Siedziałam przy oknie. Za szybą przesuwały się lasy, małe wsie, szachownice pól.
Czas płynął inaczej. Nie wiedziałam, ile już minęło — godzina? Półtorej? Tylko góry stawały się coraz większe, coraz bliższe. Wciągały małego busika, którym jechałam, jak ogromne zielone fale.
— Wielki Groń! — krzyknął nagle kierowca, odwracając się przez ramię i machając niezgrabnie ręką w moim kierunku.
Nabrałam powietrza głęboko w płuca i wstałam z miejsca.
To tutaj, to było moje miejsce.
Bus odjechał, zostawiając za sobą tylko smużkę spalin i głuchą ciszę.
Przede mną było kilka rozrzuconych domów, kapliczka i skrzyżowanie, od którego prowadziła wąska droga. Z tego, co kojarzyłam z mapy, to właśnie tą drogą powinnam iść. Tak zrobiłam. Po kilkuset metrach asfalt się skończył, a pod nogami miałam szutrową drogę prowadzącą ku lasowi. Szłam powoli, wdychając powietrze, które… miało zapach… To było bardzo dziwne doświadczenie, bo w przeciwieństwie do mało przyjemnej woni miasta, tutaj pachniało. Lasem i trawą.
Powoli zmierzchało. Szłam w kierunku świateł migających tuż pod lasem, nie mając zielonego pojęcia czy jestem we właściwym miejscu. Nagle dostrzegłam małą tabliczkę z napisem Mały Groń. Odetchnęłam z ulgą, kiedy dotarło do mnie, że ta miejscowość faktycznie istnieje. Chyba przez cały ten czas, gdzieś z tyłu głowy miałam obawę, że to tylko wytwór mojej wyobraźni. Musiałam jeszcze znaleźć dom mojej babki albo przynajmniej spróbować go namierzyć.
W zagajniku, obok którego prowadziła droga, co jakiś czas słyszałam dziwne trzaski. Domyślałam się, że to najpewniej jakaś zwierzyna. Tutaj wszystko wydawało się takie naturalne i dzikie. Naciągnęłam kaptur na głowę, by nie drżeć przy każdym dźwięku i mimo strachu stawiałam krok za krokiem.
Wyjęłam telefon i kolejny raz sprawdzałam, czy oby na pewno dobrze trafiłam. Zasięg w telefonie był tak słaby, że strona otwierała się wieczność. Zapatrzona w ekran próbowałam odczytać cokolwiek na fragmencie mapy, która powoli się ładowała. Nagle, zupełnie nie wiem skąd, pojawił się przede mną mężczyzna. Moje serce zatrzymało się w momencie. Odskoczyłam na bok przerażona i skuliłam głowę, spodziewając się ciosu. Ciało spodziewając się najgorszego, spięło się boleśnie.
— Spokojnie — odezwał się przechodzień, wyraźnie zaskoczony moją reakcją. — Nic pani nie zrobię.
— Prze… praszam — powiedziałam cicho, jednocześnie próbując zapanować nad paniczną reakcją swojego ciała.
— Pani w góry? — zapytał, spoglądając na mój plecak. — O tej porze to raczej zły pomysł — oznajmił i stanął przede mną z założonymi rękami.
— Nie, nie… — próbowałam się tłumaczyć. — Szukam znajomej. Ona gdzieś tutaj mieszka… chyba — dodałam niepewnie.
— Znajoma? Chyba? — zapytał z wyraźnym powątpiewaniem w głosie.
Westchnęłam, zdając sobie sprawę z tego, jak niedorzecznie to zabrzmiało.
— A zna pani chociaż imię tej znajomej?
Milczałam, bo przecież skąd niby…
— A nazwisko? — zapytał zdziwiony.
— Majewska — odpowiedziałam szybko.
— Majewska? — Mężczyzna zamyślił się chwilę. — To pewnie o panią Zosię chodzi — uśmiechnął się lekko.
— Zosia — powtórzyłam za nim cicho. — No oczywiście — zaśmiałam się w duchu. Zrozumiałam, dlaczego moja mama posługiwała się tym imieniem.
— To tamten dom — wskazał palcem. — Ten z czerwonym dachem.
Podążyłam wzrokiem w kierunku, który mi wskazywał. Dom znajdował się prawie na samym końcu zabudowań i graniczył z lasem. Trochę przeraziło mnie, że będę musiała tam dotrzeć, bo z każdą chwilą robiło się coraz ciemniej.
— Mogę panią odprowadzić — powiedział, widząc mój strach.
Kiwnęłam głową nieco zakłopotana jego propozycją, ale byłam pewna, że zauważył ulgę, jaką poczułam.
Szliśmy powoli. Nie zdejmowałam kaptura, bo nie chciałam, by nieznajomy zobaczył moją pokiereszowaną twarz.
— Zawsze macie tu tak ciemno? — zapytałam.
Westchnął.
— Od zawsze. Sołtys walczy, żeby gmina postawiła w końcu latarnie, ale trwa to już z dobre pięć lat. — zaśmiał się smutno — Najgorsze są jesień i zima, kiedy dzień szybko się kończy. I to nie chodzi o dorosłych, bo oni przywykli, ale o dzieci, które muszą wcześnie rano zdążyć na busa do szkoły.
Pokiwałam głową. Pierwszy raz od dawna stykałam się z problemami normalnych ludzi. Prawie zapomniałam, jak to jest, borykać się z szarą rzeczywistością; kolejką do lekarza, pustką w lodówce czy nieopłaconym rachunkiem, ale w tej chwili oddałabym wszystko, by zamienić swoje troski, na te zwykłe i codzienne.
Mój przewodnik tak mądrze i z namysłem mówił, że słuchałam go z największą przyjemnością. Miał w sobie pokorę i spokój, a to sprawiało, iż chwilami zapominałam, że poznałam go kilkanaście minut wcześniej.
— To tutaj — powiedział w końcu.
Nie spojrzałam na niego, a jedynie kiwnęłam głową.
— Dziękuję panu za pomoc — odparłam, spoglądając na budynek przede mną.
— Do zobaczenia — odparł i podążył w swoją stronę.
Stanęłam przed dużymi drewnianymi drzwiami i zawiesiłam palec nad dzwonkiem. Ani przez chwilę nie zastanowiłam się, co właściwie powiem kobiecie, którą tu spotkam. Jak jej wytłumaczę…
Jednak zanim zdążyłam cokolwiek wymyślić i nacisnąć dzwonek, drzwi się otwarły.
Patrzyłam na kobietę bez słowa i nie potrafiłam wydobyć z siebie ani jednego dźwięku.
Ona przyglądała mi się badawczo.
— Czy pani… jest mamą… — zawiesiłam głos — …Anny?
Kobieta patrzyła na mnie w milczeniu, a na jej twarzy malowało się zdziwienie i strach…?
Powoli zdjęłam kaptur z głowy.
Najpierw drgnęła na widok siniaków, a chwilę później nabrała głęboko powietrza, jakby powoli docierało do niej, kim jestem. Zasłoniła dłonią usta, a drugą ręką oparła się o framugę, jakby bała się upadku.
— Boże… — szepnęła — Czy ty… jesteś jej córką?
Kiwnęłam głową.
Kobieta wyszła na zewnątrz i zamknęła za sobą drzwi — szybko i cicho. Patrzyła na mnie, jakby nie wiedziała, co zrobić.
— Czekaj — powiedziała szeptem. — Czekaj…
Widziałam, jak stara się zapanować nad emocjami, a jednocześnie jak intensywnie próbuje coś wymyślić.
— Jeśli przeszkadzam to… pójdę sobie — powiedziałam, choć doskonale wiedziałam, że nie mam gdzie się podziać.
— Dziecko — powiedziała rwącym się głosem — czekałam na was dwadzieścia pięć lat. Czekaj tutaj… — oznajmiła i weszła do domu.
Słyszałam jak mówi do kogoś “Turystka się zgubiła, zaprowadzę ją do Wandy”. Chwilę później wyszła z domu okryta chustą, chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą.
Chwilę szłyśmy w ciszy. Dopiero kiedy odeszłyśmy kawałek od domu, odezwała się, jakby wcześniej bała się, że ktoś może nas usłyszeć.
— Przepraszam cię, ale on jest w domu.
— Kto? — zapytałam wystraszona, bo w pierwszej chwili myślałam, że to Wiktor, że jakimś cudem się dowiedział.
— Twój dziadek — odpowiedziała i przyspieszyła kroku.
Zmarszczyłam brwi, a ona to zauważyła. Zatrzymała się i spojrzała na mnie uważnie. Milczała chwilę, po czym ponownie pociagnęła mnie za sobą.
— Teraz to nie istotne — pokręciła głową. — Nie możesz zostać w domu, nie teraz — tłumaczyła przejęta. — Na dwie noce zatrzymasz się u Wandy, ona ma pokoje dla turystów. Później coś wymyślimy. Ale dziecko — zatrzymała się gwałtownie i chwyciła mnie za ramiona. — Do tego czasu nie mów nikomu, kim jesteś.
Mając w pamięci list matki, nie zadawałam pytań, jedynie posłusznie skinęłam głową.
W pensjonacie pachniało starym drewnem i domowym ciastem. Gospodyni od razu zorientowała się, że coś jest nie tak. Przyjęła nas, ale niemal natychmiast moja babka odciągnęła ją na bok i coś tłumaczyła. Obie wpatrywały się we mnie, a w ich oczach kręciły się łzy. Wyglądały, jakby same były bliskie paniki.
Poprowadziły mnie do pokoju na poddaszu. Rozejrzałam się po wnętrzu i zdjęłam kaptur.
— Rany boskie — westchnęła pani Wanda, kiedy w jasnym świetle zobaczyła moją twarz.
Uciekłam wzrokiem, zawstydzona.
— Zajmę się tobą dziecko — powiedziała i wyszła z pokoju.
Babcia wpatrywała się we mnie i wyglądała, jakby miała się rozpłakać, ale nie wiem, czy ze szczęścia, strachu czy z litości…
— Ja teraz muszę iść, ale przyjdę do ciebie, jak tylko on zaśnie.
Skinęłam głową, a ona powoli wyszła z pokoju. Zatrzymała się jeszcze w progu i spojrzała na mnie tak, jak jeszcze nigdy nikt wcześniej.
— Modliłam się o ten dzień — powiedziała cicho i zamknęła za sobą drzwi.
Rozdział 6
— KROMKA Z CHLEBEM
Rzuciłam plecak na ziemię i zdjęłam z siebie bluzę. Usiadłam na łóżku i pierwszy raz od momentu ucieczki czułam, że mogę odpocząć. Siedziałam tak bez ruchu i wpatrywałam się za okno, w bujające się konary drzew. Niebo było już granatowe, a mimo to odcinało się od ciemniejszej linii grzbietu gór. Zdjęłam buty i oparłam głowę o poduszkę. Pachniała wiatrem…
Obudziłam się, kiedy na zewnątrz było już jasno. Nie wiem, kiedy zasnęłam, ale byłam na siebie wściekła. Wieczorem miała przyjść do mnie babcia, a ja przespałam ten moment.
Dostrzegłam złożoną kartkę papieru pod drzwiami.
Podeszłam powoli i podniosłam ją z ziemi.
„Jak się obudzisz, zejdź na dół do Wandzi. Ja przyjdę”
Tuż obok pokoju była mała łazienka. Skromna, ale czysta i urządzona w dobrym guście. Z wielką ulgą wzięłam prysznic. Nie miałam świeżych ubrań, niczego poza kilkoma sztukami bielizny na zmianę, więc założyłam na siebie tę samą bluzę i jeansy, po czym zeszłam na dół.
Niewielki salonik z kominkiem, połączony był z kuchnią, a wszędzie unosił się zapach domowego jedzenia.
Mój brzuch zaburczał głośno, zwracając uwagę właścicielki.
— O, nasza śpiąca ptaszynka wstała — uśmiechnęła się ciepło i zachęciła mnie gestem, bym do niej podeszła. — Jesteś taka podobna do mamy — powiedziała przejęta — Chodź, trzeba cię nakarmić.
Usiadłam przy stole kuchennym, a chwile później pojawiły się przede mną naleśniki, pachnący bochenek chleba miska twarożku ze szczypiorkiem.
— Mam nadzieję, że lubisz? — zapytała gospodyni.
Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością i bez zastanowienia sięgnęłam do koszyczka z pieczywem.
— Oczywiście — powiedziałam cicho i złożyłam dwie kromki chleba, a pomiędzy nie nałożyłam twarożku. Uwielbiałam tak jeść.
Kobieta postawiła na stole kubki z herbatą, usiadła naprzeciwk i przyglądała mi się uważnie. Była dużo młodsza od mojej babki i miała w oczach coś dobrego, co sprawiało, że czułam się bezpiecznie.
— Ania… — zaczęła powoli — dałaby się pokroić za twarożek ze szczypiorkiem.
Ścisnęło mnie w gardle. To była pierwsza rzecz, jakiej dowiedziałam się o mojej mamie.
Lubiła twarożek, ja też go lubiłam — od dziecka. Poczułam się bliżej niej niż kiedykolwiek, jakby była ze mną od zawsze, a ja nawet o tym nie wiedziałam.
— A gdzie… — zaczęła niepewnie kobieta — …gdzie ona teraz jest?
Spojrzałam na nią, zdając sobie sprawę, że ona nie wie… i kiedy miałam już odpowiedzieć, w progu pojawiła się moja babcia.
Bez słowa podeszła do stołu i usiadła obok Wandzi.
— Gdzie jest moja córka? — zapytała wolno, jakby spodziewała się, że odpowiedź nie będzie zbyt przyjemna.
Odłożyłam sztućce i odsunęłam nieco talerz.
— Moja mama umarła — powiedziałam cicho — dawno temu. Niedługo po tym, jak mnie urodziła.
W kuchni zrobiło się tak cicho, że słyszałam własny oddech. Spojrzałam na babcię. Jej twarz nagle zszarzała, jakby uszło z niej całe życie. Wandzia gwałtownie cofnęła rękę, którą opierała o stół. Przez chwilę patrzyły na mnie w niedowierzaniu, aż w końcu babcia osunęła się ciężko na krzesło.
— Wiem tylko, że była chora — dodałam szybko, bo nie mogłam znieść tego, jak na mnie patrzą. — Zdążyła napisać do mnie list. Wiedziała, że odchodzi.
Wandzia podeszła do babci, objęła ją mocno za ramiona, a ta tylko ukryła twarz w dłoniach. Nie płakała głośno. Cała się trzęsła, wydając z siebie ciche, zduszone dźwięki.
— Zosiu, tak mi przykro — szepnęła.
— Nie powinnam pozwolić jej wyjeżdżać — powiedziała, przełykając łzy. — Powinnam wymyślić coś innego. To moja wina.
— Nie mów tak — ścisnęła dłonią jej ramię — Zrobiłaś wszystko, co mogłaś.
Patrzyłam na nie i czułam, jak pod powieki cisną mi się łzy. Dla mnie nieobecność mamy była normą, czymś, z czym dorastałam. Dla nich w ułamku sekundy pękła nadzieja, którą karmiły się przez dwadzieścia pięć lat.
Babcia spojrzała na mnie, wycierając twarz w rękaw.
— Jak masz na imię? — zapytała.
— Nadia — odparłam.
Babcia chwilę milczała. W końcu odetchnęła ciężko i sięgnęła po kubek z herbatą, jakby ten zwyczajny gest miał jej pomóc wrócić do teraźniejszości.
— Nadia… — powtórzyła miękko.
Spojrzała na mnie uważnie, a w jej oczach obok bólu pojawiło się coś jeszcze.
— A te siniaki…? — zapytała z wahaniem, jakby bała się usłyszeć odpowiedź. — Kto ci to zrobił, dziecko?
Poczułam, jak naleśniki i twarożek, które jeszcze przed chwilą z największą przyjemnością zjadałam, zamieniają się w kamień. Zacisnęłam dłonie na kolanach, a gardło zaschło mi tak, że nie mogłam wydusić ani słowa.
Wandzia zerknęła na mnie, po czym sięgnęła do kredensu, stukając głośno buteleczkami, jakby chciała skupić uwagę na czymś innym. Babcia jednak nie spuściła ze mnie wzroku — był w nim nie tylko ból po stracie córki, ale i troska o wnuczkę.
— Jeśli powiem, że upadłam…? — odparłam prawie szeptem.
Babcia patrzyła jeszcze przez moment. Wyglądało, że chce coś dodać, ale tylko westchnęła głęboko i spuściła wzrok na stół.
— Mam coś, co pomoże — odezwała się spokojnie Wandzia. — Maść z nagietka i arniki. Na siniaki będzie najlepsza.
Sięgnęłam po nią z wdzięcznością, widząc kątem oka, jak Zosia zaciska pięść.
— Nie musisz mówić wszystkiego od razu — powiedziała łagodnie. — Ale muszę wiedzieć, czy jesteś teraz bezpieczna.
Chwyciłam kubek i oplotłam wokół niego dłonie.
— Nie wiem — odparłam, czując, jak żołądek zwija mi się w supeł. Na samą myśl o tym, że Wiktor mógłby mnie odnaleźć, poczułam gorycz w ustach. — Ja… uciekłam…
Rozdział 7
— KONIEC ŚWIATA
Babcia chodziła nerwowo po kuchni. Stawiała drobne, szybkie kroki od okna do pieca, potem z powrotem, zatrzymując się tylko na chwilę. Widać było, że moje wyjaśnienia nią wstrząsnęły.
— A jeśli on cię znajdzie? — spytała nagle, spoglądając na mnie spod ściągniętych brwi. — Masz świadomość, że nie przestanie szukać?
Zamarłam, bo właśnie tego się bałam najbardziej. Myśl o Wiktorze, który wyłania się zza rogu, otwiera drzwi, staje przede mną — sprawiła, że znów poczułam ten znajomy ucisk w piersi.
— Wiem… — przyznałam, wbijając wzrok w splecione na kolanach palce. — Ale nie mogłam tam zostać.
Zosia przystanęła. Jej dłonie zacisnęły się w pięści.
— Dobrze zrobiłaś — powiedziała cicho, ale stanowczo. — Tym razem będę mądrzejsza.
— Muszę pani coś pokazać — powiedziałam.
— Nie mów do mnie pani — przerwała mi. — Albo Zosia, albo babcia.
Skinęłam głową i uśmiechnęłam się lekko. Długo marzyłam, by mówić do kogoś „babciu”.
Zaprowadziłam ją do pokoju i wyjęłam pakunek z plecaka. W zwykłej, foliowej torbie zapakowane miałam całe moje dziedzictwo po matce. Książkę, jej zdjęcie, list i medalik.
Zosia przyglądała się tym przedmiotom, jakby nie wierzyła, że widzi je na własne oczy.
— Dostałam to z zakonu dzień po dwudziestych piątych urodzinach.
Kobieta przyłożyła dłoń do ust.
— Boże — szepnęła — to książka, którą dostała ode mnie…
— Na osiemnaste urodziny — dokończyłam za nią. — Wiem, to ona mnie tutaj przyprowadziła.
Wzięła ją do rąk i otworzyła ostrożnie, jakby bała się, że kartki rozsypią się w dłoniach. Palcem przejechała po słowach dedykacji. Widziałam, jak mocno ją to poruszyło.
Kiedy podałam jej medalik, zauważyłam, jak twarz jej lekko drgnęła. Uniosła go bliżej oczu i przyglądała się grawerunkowi, a potem zamknęła dłoń tak mocno, że kostki palców odznaczyły się pod jej cienką skórą. Uśmiechnęła się blado.
— Ładny. — Oddała mi go szybko.
Zaraz potem podałam jej list. Rozłożyła go powoli i przeczytała w milczeniu. Jej oddech stał się płytki i byłam pewna, że zaraz wybuchnie płaczem.
— Napisała, że tam, skąd uciekła, nie było bezpiecznie — powiedziałam od razu. — Co to znaczy? Jakie niebezpieczeństwo miała na myśli?
Zosia długo nie odpowiadała, tylko kartka drżała w jej dłoniach.
— Babciu?
W końcu podniosła na mnie wzrok.
— Dziecko… takie sprawy nie nadają się na rozmowę w pośpiechu.
— Ale ja chcę wiedzieć teraz. — Poczułam, że głos mi twardnieje. — Zrozum, całe życie w niewiedzy…
— Wiem — chwyciła moją dłoń. — I dlatego obiecuję, że porozmawiamy. Ale nie dzisiaj. Teraz muszę wracać. Dziadka muszę przygotować na jutrzejszy wyjazdu do sanatorium. To nie może czekać.
Podniosła się powoli, jakby nagle stała się o wiele starsza.
— Porozmawiamy jutro — dodała. — Obiecuję.
Zostałam sama z listem w dłoni i żalem, że nadal nie otrzymałam odpowiedzi, choć są już tak blisko.
Zeszłam do kuchni i usiadłam ciężko przy stole. Wanda spojrzała na mnie niepewnie.
— Co się stało? — zapytała, stawiając przede mną kubek z kawą.
— Nic — odparłam nieco zakłopotana. — Chciałam dowiedzieć się czegoś o mamie, ale… — zawiesiłam głos.
Wanda nabrała głośno powietrza i równie głośno je wypuściła.
— Daj twojej babci czas — uśmiechnęła się smutno. — Zosia jest dość… specyficzną osobą. Udaje twardą, ale jest bardzo wrażliwa. Weź pod uwagę, że jeszcze wczoraj miała nadzieję, że jej córka żyje.
Westchnęłam.
— Wiem… ale — zawahałam się, bo nie wiedziałam, jak wyrazić, co czuję, by nie wyjść na pozbawioną empatii egoistkę. — Całe swoje życie zastanawiałam się, kim była, jaka była…
Kobieta odwróciła głowę w stronę okna i utkwiła w nim wzrok.
— Twoja mama była dla mnie jak siostra, o której zawsze marzyłam. Od przedszkola byłyśmy nierozłączne. Była pełna energii i zwariowana, a ja byłam hamulcem dla jej szalonych pomysłów. Uzupełniałyśmy się. Jej odwaga dodawała mi pewności siebie, a moja zachowawczość nie raz uratowała jej tyłek — zaśmiała się i spojrzała na mnie, a ja dostrzegłam na jej policzkach dwie wilgotne stróżki. — Była dobra, mądra, a kiedy pokochała, to całym sercem. Ale… ponad wszystko… była odważna.
Słuchałam jej z otwartymi ustami. Pierwszy raz ktoś mówił o mojej mamie jak o prawdziwym człowieku z krwi i kości, a nie jak o rubryce w tabelce, albo o duchu z moich wyobrażeń.
— Kochała zwierzęta i nie umiała utrzymać języka na wodzy — ciągnęła. Przechyliła głowę i spojrzała mi w oczy. — Wyglądasz jak ona, wiesz?
Skinęłam głową i zamrugałam kilka razy, by zatrzymać zbierające się pod powiekami łzy.
Wandzia klasnęła dłonią w udo i wstała.
— Powinnaś wyjść na zewnątrz, pooddychać świeżym powietrzem, złapać trochę promieni słonecznych… — oznajmiła, ocierając wierzchem dłoni policzki.
*
Mały Groń okazał się wyjątkowo pięknym miejscem. Wieczorem, kiedy panowała szarówka, niewiele można było zauważyć, ale teraz z zapartym tchem chłonęłam widok, który mnie otaczał. Wioska osłonięta była trzema górami, dwie z nich były mniejsze, a jedna majestatycznie unosiła się nad wszystkim wokół. Większość domów ciągnęła się wzdłuż drogi, tylko nieliczne leżały wyżej, na zboczach pagórków.
Nie wiedziałam, jak wygląda tutaj wiosna czy lato, ale już teraz byłam pewna, że jesień w tym miejscu będzie moją ulubioną porą roku.
Lasy, które z każdej strony otaczały wieś, nosiły na sobie milion odcieni czerwieni, pomarańczu, żółci. Wszystko zatopione w zieleni, ale takiej zmęczonej już latem, przygotowującej się na zimę. Dywany liści zdawały się otulać ziemię. Nigdy w życiu nie widziałam tak pięknego miejsca, nawet na zdjęciach…
Zastanawiałam się jak to możliwe, że moja matka stąd uciekła. Co musiało się zdarzyć, żeby zechciała porzucić tak cudowne miejsce?
Szłam w stronę lasu. Nie chciałam, żeby ktokolwiek patrzył na moją twarz, a ta droga zdawała się mało uczęszczania. Posiniaczone policzki prowokowały niepotrzebne pytania, a ja nie miałam ochoty na chowanie się lub zbędne tłumaczenia.
Na jednym z pól dwóch mężczyzn orało ziemię traktorem. Świeże skiby pachniały z daleka. Minęłam ich, odwracając głowę w stronę drzew.
— Hej! — zawołał ktoś do mnie. — Znam tę bluzę!
Zatrzymałam się niepewnie i odwróciłam głowę tylko trochę, na tyle, żeby zobaczyć, kto do mnie mówi. Jeden z nich zeskoczył z ciągnika, pomachał do mnie i biegł w moim kierunku. Poznałam go od razu — to był ten sam, który dzień wcześniej odprowadził mnie pod dom babci.
Powoli odwróciłam się w jego stronę i wtedy on spojrzał prosto na mnie. Zobaczyłam, jak jego uśmiech na moment znika, a oczy na ułamek sekundy rozszerzają się ze zdziwienia. Patrzył na moją twarz, na sińce, które musiały wyglądać strasznie w dziennym świetle. Zamrugał szybko i wskazał na mnie palcem.
— Wczoraj miałaś tę samą — powiedział spokojnie — Bluzę, znaczy — dodał z lekkim uśmiechem, jakby nic innego nie zwróciło jego uwagi — Od razu cię poznałem.
Ulżyło mi. Nie zapytał. Nie przekrzywił głowy ze współczuciem, jak większość ludzi, która widziała mnie w tym stanie. Nie uciekł jak ta kobieta w Bielsku. Udał, że wszystko jest w porządku.
— Nie zabrałam ze sobą żadnych innych rzeczy — odezwałam się cicho. — Tylko to.
— Aha. — Skinął głową naturalnie, jakby to było coś normalnego. — A zostajesz na dłużej?
Pokiwałam głową.
— Tutaj ciężko coś kupić. No, chyba że chcesz gumiaki to w sklepie spożywczym. — Uśmiechnął się, tym razem szerzej. — Ale obok we wsi albo w mieście jest sporo sklepów. Znajdziesz tam, co trzeba, jeśli… będziesz chciała oczywiście — dokończył niepewnie.
— Dzięki.
— To… miłego spaceru — dodał, a jego głos zabrzmiał tak naturalnie, jakbyśmy znali się od dawna.
Poszłam dalej w stronę lasu, powtarzając w głowie tę dziwną rozmowę.
Kiedy dotarłam do pierwszych drzew, zatrzymałam się na chwilę. Lasy pachniały wilgocią i żywicą, a promienie słońca, przebijając się przez korony, malowały na ziemi nieregularne plamy światła. Pierwszy raz od ucieczki mogłam wciągnąć powietrze głęboko do płuc, choć ból w klatce piersiowej wciąż mi o sobie przypominał. Oparłam się o pień jakiegoś świerku, zamknęłam oczy i po prostu słuchałam szumu nad głową. Przez krótką chwilę, jedną małą minutę, poczułam, że jestem wolna od strachu.
Jednak zaraz potem wróciła świadomość tego, że tak naprawdę tkwię w zawieszeniu. Uciekłam od męża, przed którym wciąż musiałam się chować. Nie wiedziałam, jak długo uda mi się zostać w ukryciu, ani czy babcia rzeczywiście zechce mnie przy sobie. Może tylko pozwoli mi odpocząć kilka dni, a potem odeśle gdzieś dalej, by uniknąć dodatkowych problemów. Nikt normalny nie chciałby sobie ściągać na głowę bezwzględnego tyrana, jakim był Wiktor. Poza tym nadal nie wiedziałam, dlaczego moja matka uciekła stąd przed laty i co tak naprawdę zostawiła za sobą. Pytań i niewiadomych było zbyt wiele, by pozwolić sobie na optymizm. Stałam więc pod tymi drzewami i powoli docierało do mnie, że nie mam żadnego planu. Nie wiedziałam, co będzie się ze mną działo następnego dnia, wiedziałam jedynie, że nie mam dokąd wracać.
Odwróciłam się w stronę, z której przyszłam. Wzgórza niczym ramiona chroniły to, co w środku, czyli swoich mieszkańców w ich domach. Dym z kominów wznosił się prosto w jasne niebo, a dachy lśniły w jesiennym słońcu. Wiele dałabym, by znaleźć tu schronienie: w miejscu tak spokojnym, jakby leżało się na prawdziwym końcu świata.
Rozdział 8
— WYMIENIŁ STRYJEK… MARMUR NA DREWNO
— Usiądź dziecko — babcia poprowadziła mnie do salonu. — Zrobię ci kawę, chcesz?
— Wolałabym szklankę wody, jeśli to nie kłopot — odparłam nieśmiało.
Kobieta wyszła do kuchni, a ja miałam chwilę, żeby rozejrzeć się po wnętrzu.
Salon był jasny i pełen światła. Drewniane belki na suficie kontrastowały z miękkimi, kremowymi zasłonami, a obok kominka z ciemnych kafli stał nowoczesny, wygodny narożnik. Na półkach — obok starych, oprawionych w skórę książek — leżały świeże magazyny o ogrodach, a na dębowym blacie stołu postawiony był gliniany wazon z suszonymi hortensjami. Usiadłam na krześle, przyglądając się uroczym detalom pomieszczenia.
— Chcesz do niej soku? Mam malinowy, tegoroczny — Głos babci wyrwał mnie z zamyślenia.
Pokiwałam ochoczo głową. Domowy sok z malin? Miałabym odmówić?
Zosia postawiła przede mną dużą szklankę z czerwonym napojem, który już z daleka pachniał latem. Usiadła naprzeciw mnie i uśmiechnęła się serdecznie.
— Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że wróciłaś — powiedziała i ścisnęła moją dłoń. — Wiesz już, co chcesz dalej robić?
Poczułam ucisk w żołądku. Bałam się tego pytania, bo nie chciałam, żeby babcia pomyślała, że zwalam się jej na głowę, oczekując pomocy.
Odchrząknęłam, bo czułam, jak gardło mi zasycha z nerwów.
— Nie wiem jeszcze, ale nie chcę być dla ciebie problemem, więc…
— Nie mów tak — przerwała mi. — Chciałam tylko wiedzieć, czy miałaś jakiś plan, uciekając.
Wzięłam do ręki płatek zasuszonej hortensji, który opadł na stół i przyglądałam mu się przez chwilę. Szukałam w myślach słów, które nie będą nie zabrzmią desperacko.
— Moim planem… — zawiesiłam głos i przełknęłam głośno ślinę — była ucieczka, a jedynym kierunkiem, który mogłam obrać, był Mały Groń.
Zofia chyba wyczuła moje zakłopotanie, bo wstała z krzesła i przytuliła mnie.
— Zrobiłaś najlepszą możliwą rzecz Nadio. Tu jest twój dom. Nie miej co do tego wątpliwości.
Na te słowa rozlały się ciepłem po moim wnętrzu. Tak bardzo chciałam to usłyszeć.
— Teraz tylko musimy się zastanowić jak to wszystko ułożyć… — westchnęła.
Zosia otworzyła szufladę w komodzie i wyjęła paczkę zdjęć przewiązanych sznurkiem. Rozłożyła je na stole, jakby każdy kadr był dla niej świętą relikwią.
— Musiałam je ukrywać — powiedziała cicho. — Twój dziadek zabronił wspominać o Annie. Nawet jej imienia nie wolno mi było wymawiać.
Przesuwałam palcem po twarzach, które patrzyły na mnie z fotografii.
— Dlaczego? — spytałam.
— Bo twoja mama miała odwagę sprzeciwić się ojcu — w jej głosie zabrzmiała twardość. — On był, właściwie jest dumny, uparty i nie znosi sprzeciwu. To, co zrobiła Anna, potraktował jak największą zniewagę.
— Co zrobiła?
— Wybrała własną drogę. — Babcia odchrząknęła. — On kazał jej… inaczej postąpić. A ona postanowiła chronić dziecko. Ciebie.
Zapadła cisza.
— Dlatego musiała uciec — powiedziała wreszcie. — Żeby cię ocalić. Nigdy jej tego nie wybaczył.
Patrzyłam na nią w milczeniu, czując, jak coś się we mnie napina i rozluźnia jednocześnie. Wreszcie miałam odpowiedź — niepełną, ale wystarczającą, by choć trochę zrozumieć. Jednak coś w spojrzeniu babci, w jej zaciśniętych ustach, mówiło mi, że to nie wszystko.
— Poznam kiedyś całą historię? — zapytałam.
Zofia spojrzała na mnie pobłażliwie i uśmiechnęła się smutno.
— Ty musisz zbudować swoje życie na nowo. Masz dość swoich ciężarów na barkach, po co ci cudze? Teraz musimy się skupić na tym, jak cię tutaj urządzić — powiedziała dużo weselszym tonem. — Mam pewien plan — rzuciła tajemniczo i pociągnęła mnie w stronę drzwi.
Stanęłyśmy przed niewielkim, drewnianym domkiem, umiejscowionym w centrum urokliwej działki. Kwiaty wokół niego rozrosły się dziko, tworząc obrazek niczym z akwareli.
W drodze zdążyłam dowiedzieć się, że należy on do babci, ale po wypadku dziadka pieczę nad nim przejęła Wandzia. Ona zajmowała się gośćmi, którzy go wynajmowali, a kiedy sezon się kończył, przychodziła go czasem sprzątać, otworzyć okna, przewietrzyć.
— To będzie twój dom — odezwała się babcia, kiedy otwarła przede mną drzwi.
Przywitał mnie zapach drewna. W małym saloniku stała niewielka kanapa, stolik i dwa fotele ustawione centralnie z widokiem na kominek. Salon przechodził w kuchnię, maleńką, ale dobrze zaopatrzoną. Lodówka, kuchenka, piekarnik… dużo półek i blatów. Obok znajdowała się łazienka i spiżarnia. Pomieszczenia były jasne, bo duże okna wpuszczały sporo naturalnego światła.
Drewniane schody prowadziły na piętro, gdzie znajdowały się dwa niewielkie pokoiki.
— Wiem, że to niewiele, ale myślę, że na jakiś czas powinno ci wystarczyć — powiedziała nieśmiało.
— Niewiele? — zapytałam zdziwiona. — To więcej niż miałam przez całe życie.
Babcia uśmiechnęła się smutno.
Odwróciłam się w stronę drzwi tarasowych i powoli odsunęłam firanę. Widok zaparł mi dech w piersi. Z tarasu rozlegał się widok na góry, a w dole widać było rozrzucone wzdłuż drogi zabudowania.
— W zimie może być kłopot z dotarciem tu, jeśli spadnie za dużo śniegu. Pług nie zawsze tu trafia, ale nic się nie martw, jakoś to ogarniemy.
— Jasne — powiedziałam ledwie słyszalnym głosem, bo wzruszenie ścisnęło mi gardło.
Zofia nie mówiła tylko o tej chwili, myślała już o zimie, co znaczyło dla mnie tyle, że chce mnie tutaj na dłużej.
Spojrzałam na nią, nie mogąc powstrzymać napływających do oczu łez.
— Babciu — szepnęłam. — Dziękuję — powiedziałam i czując, że po raz pierwszy mam namiastkę domu i rodziny, przytuliłam ją mocno. W niej również coś pękło, bo stałyśmy obie, wtulone w siebie z policzkami mokrymi od wzruszenia.
— Kupiłam ten dom kilka lat po tym, jak Anna wyjechała — powiedziała, sięgając po dwie filiżanki. Nalała wody do dzbanka i włączyła go. Nie spieszyła się z opowieścią, a ja nie ponaglałam.
— Chciałam, żeby Ania i dziecko — uśmiechnęła się nieznacznie — żebyście miały swoje miejsce po powrocie. Józefowi, twojemu dziadkowi powiedziałam, że to inwestycja, że chcę zarabiać na turystach. Przełknął to jakoś, choć niejednokrotnie od tego czasu namawiał mnie do sprzedaży — machnęła ręką, jakby chciała odegnać te myśli. Wyjęła dwie torebki herbaty i wrzuciła je do naczyń. — Ten dom jest twój, formalności dopełnimy w najbliższym czasie. Chcę, żebyś czuła się tutaj u siebie, żebyś wiedziała, że należysz do tego miejsca.
— Ale… — zaprotestowałam — ja niczego nie oczekuję…
— Tym bardziej — przerwała mi, unosząc dłoń. — Jednak o jedno muszę cię poprosić — jej ton spoważniał. — Wiem, że to wyda ci się dziwne, ale… pod żadnym pozorem nie możesz wyjawić, kim jesteś. Nikomu.
Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc powodu, ale Zofia wpatrywała się we mnie tak intensywnie, że wiedziałam, iż nie mogę odmówić.
— Chodzi o twojego dziadka — wyjaśniła. — On nie może się dowiedzieć, kim jesteś. Zatruł życie Ani i doprowadził do jej ucieczki. Nie zaryzykuję utraty ciebie. Obiecaj mi to — ścisnęła moją dłoń i wpatrywała się we mnie rozpaczliwie.
— Dobrze — odparłam cicho, choć nie miałam pewności, czy na pewno tego chcę.
Na jej twarzy dostrzegłam ulgę.
— Mogę o coś zapytać?
Babcia kiwnęła niepewnie głową.
— Dziadek. Jaki on jest?
Kobieta zamyśliła się chwilę, jakby szukała w swojej głowie najbardziej odpowiednich słów.
— Twój dziadek… — westchnęła. — Hmm… Józef jest uparty jak stary cap, całe życie w mundurze. Najpierw milicja, potem policja — przyzwyczajony do rozkazów i do tego, że wszyscy mu się podporządkowują. Twardy i szorstki, ale szanowany. W domu również potrafił zamienić każde słowo w rozkaz. Nie znosi sprzeciwu, a już najmniej tego, że ktoś podejmuje decyzje bez niego.
— Co mu się stało? O jakim wypadku mówiłaś?
— To zdarzyło się jakieś dziesięć lat temu — odparła spokojnie. — Uparł się wtedy, że sam naprawi dach w stodole, choć od dawna bolała go noga. Poślizgnął się na mokrej belce i runął z drabiny prosto na beton. Złamał biodro, trafił na operację, a później na długą rehabilitację. Teraz co roku jeździ do sanatorium, ale jego noga już nigdy nie będzie jak dawniej. Wspiera się o kuli, a kiedy jest gorzej, korzysta z wózka.
Nie wyczułam w jej głosie współczucia, kiedy o tym mówiła.
— Czy on… jest dobrym mężem? — zapytałam, bo w głowie pojawił mi się obraz kogoś podobnego do Wiktora. On również podporządkowywał sobie wszystko i wszystkich, łącznie ze mną.
— Jeśli pytasz, czy kiedykolwiek podniósł na mnie rękę, to odpowiedź brzmi; nie. Jednak… — zawiesiła głos i uciekła spojrzeniem w bok — nie każda krzywda zostawia siniaki. O popatrz — zmieniła temat — drugi raz muszę gotować wodę, bo się tak zagadałam — odparła lekko, ale ja wyczułam ciężar tego, co chwilę wcześniej powiedziała.
— Powinnaś znaleźć w domu wszystko, co potrzebne, ale gdyby się okazało, że czegoś ci brakuje…
— Ubrań — przerwałam jej zawstydzona — mam tylko te spodnie i tę bluzę.
Babcia kiwnęła głową i nalała wrzątku do filiżanek.
Wyszłyśmy na taras. Rodzaj ciszy, do której przywykłam przez ostatnie lata, była czymś wrogim, przesyconym niepewnością i strachem. Ta cisza brzmiała jak najpiękniejsza muzyka. Czułam się, jakby ktoś podarował mi kawałek nieba. W tym małym drewnianym domku czułam się bogatsza niż otoczona złotem i marmurami, a otwarta przestrzeń, którą widziałam przed sobą, wdzierała się przyjemnie w moją głowę, dając mi upragnione uczucie wolności.
Rozdział 9
— LAMPUCERA PUDERNICA
Obudził mnie świergot ptaków. Poprzedniego wieczoru zostawiłam uchylone okno. Noc była dość ciepła jak na początek jesieni, a świerszcze grały tak przyjemnie, że zasnęłam przy ich akompaniamencie. Noc spędziłam na kanapie, otulona ciepłym kocem. Światło poranka prześlizgiwało się leniwie po ścianach, zachęcając do tego, by wstać z łóżka. Leżałam chwilę nieruchomo, rozkoszując się tym błogim uczuciem spokoju.
Usłyszałam ciche pukanie.
Zarzuciłam na siebie koc i otwarłam drzwi.
— Możemy? — zapytała babcia.
Zosia weszła radośnie do domu, a zaraz za nią Wandzia, niosąca karton owinięty w szary koc. Postawiły na ławie pakunek, pachnący lawendą i naftaliną. Odsunęłam wieko. Na wierzchu leżał granatowy sweter z drobnym haftem przy mankiecie — ledwie widoczna konwalia.
— To po twojej mamie — powiedziała spokojnie babcia. — Żebyś miała coś pod ręką. Do miasta pojedziemy, jak ci trochę zejdzie — dotknęła swojej twarzy w miejscu, gdzie u mnie widniały jeszcze siniaki — …i kiedy będzie ci wygodniej — dodała szybko.
— Dziękuję — wyszło mi ciszej, niż planowałam.
— Dam ci też mój puder — dodała. — Gdybyś chciała pospacerować swobodniej po wsi, to powinno wystarczyć.
— A byłaś już gdzieś dalej? — zapytała Wandzia.
Pokręciłam głową przecząco.
— Tylko ten jeden raz, na spacerze pod lasem — odparłam.
— Jeśli potrzebowałabyś przewodnika… — zawiesiła głos i wskazała dłonią na siebie.
Zosia prychnęła.
— W tej naszej pipidówie to ona się raczej nie zgubi — rzuciła radośnie i skierowała się do kuchni. — Jadłaś coś?
— Jeszcze nie. Dopiero wstałam — spojrzałam na wymiętą poduszkę na kanapie.
Babcia zmarszczyła brwi jakby czymś zmartwiona.
— Ale wiesz, że na górze masz sypialnię? Możesz korzystać z całego domu.
— Wiem — odparłam — ale tutaj było tak przyjemnie.
— Ja zrobię śniadanie, a ty się ogarnij — przesunęła przede mnie karton, sugerując bym przejrzała rzeczy.
Przeglądałam po kolei ubrania mamy: miękkie swetry, spodnie, dwie sukienki, chusta, cienki płaszcz. Żałowałam, że środki przeciw molom zagłuszyły ich prawdziwą woń, ale pewnie po tylu latach i tak nie poczułabym zapachu mamy. Zatrzymałam się przy atramentowej sukience z rzędem drobnych guziczków. Wyobraziłam sobie, jak mogła w niej wyglądać i uśmiechnęłam się do siebie. Odłożyłam karton na ziemię i pobiegłam do łazienki.
Chwilę później zwabił mnie do kuchni zapach smażonego bekonu. Stanęłam w drzwiach i odchrząknęłam. Obie kobiety spojrzały na mnie i w jednej chwili zamarły w bezruchu.
Wandzia dotknęła dłonią ust i patrzyła na mnie bez słowa. Zosia natomiast jedną ręką oparła się o blat stołu, a drugą przyłożyła do piersi.
— Wyglądasz jak ona — szepnęła wzruszona. Wzięła głęboki oddech i potrząsnęła głową, jakby przywoływała się do porządku.
Stół na tarasie zastawiony był smakołykami. Jajecznica, bekon, pomidory i chleb pachnący tak intensywnie, że chciało się go jeść samego.
— Chciałabym dowiedzieć się, gdzie mogę zrobić zakupy spożywcze. Stale mnie karmicie, a ja chciałabym się wam jakoś odwdzięczyć.
Babcia spojrzała na mnie pobłażliwie.
— Nie przesadzaj — parsknęła — daj się troszkę porozpieszczać. Długo czekałam na to, by móc zatroszczyć się o wnuczkę.
— To miłe — odparłam, trochę zakłopotana — ale nie przywykłam do takiego traktowania — przyznałam się ściszonym głosem.
— To przywyknij — rzuciła babcia i pociągnęła mnie w stronę stołu.
Widok z mojego tarasu zachwycał. Mogłam podziwiać z niego całą panoramę gór, jednocześnie mając podgląd na wieś. W dole wiła się wąska szutrowa droga, ciągnąca się między domami. Nagle, dokładnie na tej drodze dostrzegłam ciemny samochód. Mignął i zniknął za drzewami. Serce odruchowo mi przyspieszyło. Pomyślałam o nim… i o Teresie. Czy jest bezpieczna? Jak Wiktor zareagował na to, że uciekłam? Czy nie szukał w niej winnego mojej ucieczki? Na samą myśl nieprzyjemny dreszcz przetoczył się po moich ramionach i plecach.
— Wszystko w porządku? — babcia dotknęła mojej dłoni.
— Tak. — Uśmiechnęłam się krótko. — Tylko się zamyśliłam.
Oderwałam wzrok od drogi i skupiłam się na stole. Mięta parowała z kubków.
— Mój samochód stoi u mechanika — zaczęła Zosia — więc jak będzie potrzeba, pożyczymy auto od sąsiada. Jak poczujesz się na siłach…
— Dobrze — kiwnęłam głową. — tylko że nie mam prawa jazdy — dodałam od razu, dla jasności.
— Coś wymyślimy, nie martw się — machnęła ręką. — Tutaj ludzie jeszcze wożą się nawzajem, nie tylko sami siebie — mrugnęła do mnie.
*
Kilka dni minęło mi na oswajaniu się z domem. Uczyłam się, która deska w podłodze skrzypi, a gdzie trzeba mocniej dociągnąć okno, żeby się dobrze zamknęło. Wandzia wpadała z jajkami, twarogiem i swojskim mlekiem, które smakowało zupełnie inaczej niż to ze sklepu. Uwielbiałam jej uśmiech, którym potrafiła rozpromienić całe pomieszczenie. Babcia również do mnie zaglądała, taszcząc zazwyczaj garnek zupy, miskę z kotletami, albo zawiniątko ze świeżym ciastem. Puder robił swoje — siniaki żółkły i chowały się pod warstwą koloru. Wieczorami siadałam na tarasie i obserwowałam pogrążoną w ciemnościach wieś. Jeśli w dole mignęło jakieś auto, odruchowo wstrzymywałam oddech, ale z dnia na dzień trwało to krócej. Małymi krokami odzyskiwałam równowagę.
Rozpakowałam swój plecak. Te kilka plików banknotów z sejfu Wiktora schowałam głęboko w komodzie. Paliła mnie świadomość, że to jego pieniądze, ale duma musiała ustąpić zdrowemu rozsądkowi. Zostawiłam sobie nieco gotówki, by nie prosić babci o zakupy. Niebawem miałam zamiar poszukać jakiegoś zajęcia, które przyniosłoby mi dochód, a pieniądze mojego męża, chciałam zostawić na wypadek, gdybym znowu musiała uciekać. Pistolet schowałam razem z gotówką. Broń była ciężka i zimna, a świadomość jak wielką krzywdę może zrobić to małe urządzenie, sprawiała, że jej chłód stawał się nie do zniesienia. Wiedziałam, że nie potrafiłabym jej użyć, ale świadomość, że tam jest, sprawiała, że czułam się bezpieczniejsza.
Jednego popołudnia usłyszałam głos babci, wołającej mnie z podwórka.
— Halo, Nadia. Sklepy czekają — zawołała wesołym tonem.
Wysunęłam się na ganek. Przy płocie czekał samochód. Babcia machała mi przez otwarte okno, siedząc na tylnym siedzeniu.
— Pospiesz się i zabierz kurtkę — dodała nieco już ciszej.
Kierowca wysiadł i uniósł rękę na przywitanie.
— Cześć — powiedział. — Gotowa?
Poznałam go. To był ten chłopak, którego spotkałam pod lasem, ten sam, który przyprowadził mnie do babci. Zastanowiłam się nawet przez chwilę, czy w tej wsi nie ma innych mężczyzn. Ale tak naprawdę trochę mi ulżyło, że to właśnie on, bo mimo tego, że widział mnie bez pudru na twarzy, o nic nie pytał. On potraktował mnie normalnie.
— Chyba tak — odpowiedziałam, poprawiając szal.
— Dobrze wyglądasz — dodał zwyczajnie.
Uśmiechnęłam się lekko i odruchowo dotknęłam miejsca pod okiem, gdzie gruba warstwa pudru tuszowała pożółkłe siniaki. Poczułam, jak moje napięcie z barków odrobinę schodzi. Otworzył drzwi i gestem zaprosił mnie do środka.
Droga do miasta mijała nam w ciszy. Obserwowałam widoki za oknem, a kątem oka przyglądałam się mężczyźnie za kierownicą. Byłam niemal pewna, że nie miał skończonej trzydziestki. Miał w sobie dużo swobody i pewności siebie, ale nie był przy tym tak arogancki, jak Wiktor. Początkowo myślałam, że mój mąż musi taki być ze względu na swoją pozycję, dopiero z czasem zrozumiałam, że to była nieodzowna część jego osobowości. Ten chłopak obok mnie rozsiewał pozytywną energię i czułam się przy nim komfortowo.
Zosia nuciła coś cicho pod nosem, przeglądając telefon, a nasz kierowca milczał, zapatrzony w drogę. Spojrzałam na jego profil. Ciemne włosy, lekko zadarty nos, kształtne usta… — pewnie zdaniem wielu kobiet był przystojny. Zapatrzyłam się na niego o kilka sekund za długo. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko. Odwróciłam głowę zawstydzona.
— Mam na imię Ignacy — odezwał się w końcu.
— Nadia — powiedziałam cicho i wbiłam wzrok w dłonie splecione na kolanach.
— Miło mi cię poznać — powiedział lekko, jakby nie zauważył mojego napięcia. — Gdzie chciałabyś dzisiaj pojechać? — zapytał.
Odwróciłam się w stronę babci, ale ta nadal zajęta telefonem, chyba nie usłyszała pytania.
— Ja… nie wiem, nie znam okolicy. Muszę kupić coś do ubrania.
— To zabiorę was tam, gdzie najczęściej ubiera się moja siostra — oznajmił. — Chyba że potrzebujesz jakiejś ekstra kiecki od Diora czy innego Armaniego…
Zaśmiał się cicho, a ja na te słowa głośno wypuściłam powietrze.
— Nie — odparłam szybko i dostrzegłam, że zauważył moją reakcję. — Potrzebuję czegoś swobodnego — wymusiłam na sobie pogodny ton i lekko uniosłam kąciki ust, mimo że po jego słowach żołądek zacisnął mi się w supeł.
Ignacy wysadził nas na parkingu niedużego pasażu handlowego, wskazując kierunek, którym powinnam podążyć. Umówiliśmy się, że za trzy godziny spotkamy się w tym samym miejscu.
Dawno nie byłam na zakupach.
Potrzebowałam kilku T–shirtów, spodni, swetrów, bluz… skarpet.
Babcia od razu przejęła dowodzenie. W pierwszym sklepie chwytała wieszaki, jak leciały, nie czekając na moją opinię. Co chwilę wracała z nowymi propozycjami. Zanim się obejrzałam, w przymierzalni piętrzyły się stosy ubrań.
— Przymierzaj, przymierzaj — powtarzała, kiedy próbowałam protestować. — Nie ociągaj się, to prędzej coś wybierzemy — mówiła, podając mi kolejne rzeczy.
Posłusznie mierzyłam wszystko, choć z każdą kolejną sztuką czułam narastające zmęczenie. W końcu wpadła mi w oko lekka sukienka w drobne, białe kwiatuszki na jasnozielonym tle. Przymierzyłam ją i spojrzałam w lustro. Długie ciemne włosy opadały mi na ramiona. Kolor sukienki podkreślał moją śniadą cerę, a jej materiał przylegał delikatnie do ciała. Czułam się w niej dobrze, jak kiedyś, zanim jeszcze Wiktor zaczął ubierać mnie jak swoją lalkę…
— Ślicznie w niej wyglądasz — babcia aż klasnęła w dłonie. — Weźmiemy.
— Nie wiem, babciu… — pokręciłam głową. — Nie mam gdzie w niej chodzić. Może kiedyś — dodałam, uśmiechając się do siebie w lustrze. Dawno nie widziałam swojego uśmiechu.
Odłożyłam ją, choć przez chwilę ścisnęło mnie w środku, zupełnie jakbym poczuła tęsknotę za tym, co było kiedyś, dawno. Zamiast sukienki wzięłam kilka T–shirtów, wygodne spodnie, bluzę, kilka kompletów bielizny, dwie pary butów. Gdy wreszcie dotarłyśmy do kasy, torby ciążyły tak, że ledwo mogłam je udźwignąć.
Zosia sięgnęła do torebki po portfel, ale zatrzymałam jej dłoń.
— Ja sama zapłacę — odezwałam się niepewnie, nie chcąc jej urazić.
— Nie ma mowy — wyrwała rękę z mojego uścisku i otwarła portfel.
— Babciu — jęknęłam. — Proszę.
Mierzyłyśmy się chwilę wzrokiem, po czym kobieta skinęła lekko głową i wsunęła portmonetkę do torebki.
— Naduś — chwyciła mnie za ramię i pochyliła się w moją stronę — Lubię, kiedy mówisz do mnie „babciu”, ale… — wzięła głęboki oddech — …chyba lepiej, jeśli przy innych będziesz zwracała się do mnie po imieniu.
W pierwszej chwili zdziwiła mnie jej prośba, ale wówczas przypomniałam sobie, jak zależało jej, by nikt nie dowiedział się, że jesteśmy spokrewnione. Skinęłam głową, choć nie było to dla mnie łatwe. Przez całe życie byłam sama, a teraz kiedy w końcu mogłam chwalić się światu, że mam babcię, musiałam to ukrywać. Uśmiechnęłam się do niej, ale jestem pewna, że wyczuła mój smutek. Chwyciła mnie za rękę i ścisnęła ją czule.
— Chodź — powiedziała. — Powinnyśmy się pospieszyć — dodała, zerkając na zegarek i ciągnąc mnie w stronę kasy.
Zapłaciłam, a ekspedientka spakowała mi zakupy do kilku toreb. Idąc w stronę wyjścia, zauważyłam śliczny szal narzucony na nienaturalnie długą szyję manekina. Zapatrzyłam się chwilę na niego i w tym momencie Zosia zniknęła mi z oczu. Spanikowałam.
Rzuciłam zakupy na podłogę i rozglądałam się nerwowo wokół siebie.
— Babciu? — wyszeptałam. — Babciu, gdzie jesteś?
Nagle ktoś złapał mnie za ramię. Wystraszona odwróciłam się w tamtą stronę.
— Dziecko… — patrzyła na mnie przestraszona Zosia. — Jestem.
Poczułam nieprawdopodobną ulgę.
Na końcu weszłyśmy jeszcze do drogerii. Babcia krążyła między półkami, a ja od razu skierowałam się do stoiska z kosmetykami do twarzy. Znalazłam tusz do rzęs, puder i podkład w idealnym odcieniu. W lustrze przy regale wyglądałam prawie normalnie.
Kiedy wyszłyśmy, słońce stało nisko. Przez moment poczułam zwyczajną ulgę na myśl, że to już koniec zakupów. I wtedy zobaczyłam mężczyznę stojącego kilka kroków dalej. Stał do mnie tyłem, z rękami włożonymi w kieszenie. Miałam wrażenie, że moje serce przestało bić. Ta sylwetka, sposób, w jaki przechylał głowę — Wiktor. Nie wiedziałam jakim cudem… skąd…, ale wszystko we mnie krzyczało, żeby uciekać. Palce mimowolnie wbiły mi się w dłoń babci. Zosia odwróciła się zaskoczona.
— Co się stało? — spytała półgłosem.
Nie byłam w stanie nic powiedzieć.
W tej samej chwili usłyszałam obok znajomy głos:
— Nadia?
Ignacy podszedł do nas z uśmiechem, unosząc wysoko brwi na widok naszych zakupów.
— Idealna synchronizacja. Pomóc wam z torbami? — rzucił wesoło.
Nie słuchałam go, jedynie z całej siły ściskając dłoń babci.
— Wracamy — wybełkotałam przez zaciśnięte gardło. — Teraz.
Babcia spojrzała w kierunku, w którym patrzyłam. Zobaczyła mężczyznę i zrozumiała.
— Chodźmy — powiedziała tylko i objęła mnie ramieniem.
Ignacy zmarszczył brwi.
— Wszystko w porządku?
Nie odpowiedziałam, a jedynie pociągnęłam babcię z powrotem do drogerii. Słyszałam za sobą kroki Ignacego, który zaskoczony szedł za nami.
Ukryłyśmy się między półkami z balsamami. Tętno dudniło mi w uszach. Mężczyzna nadal tam stał. Po chwili podniósł ramię, jakby kogoś wypatrywał, po czym powoli odwrócił się w naszą stronę.
W pierwszej chwili zauważyłam niedbale rozchełtaną pod szyją koszulę i krzywo zapiętą marynarkę. Coś mi nie grało. Dopiero po chwili znalazłam w sobie tyle odwagi, by spojrzeć na jego twarz. To nie był Wiktor.
Powietrze głośno ze mnie zeszło jak z przebitego balonu, a nogi zrobiły mi się miękkie. Złapałam się regału, bo byłam niemal pewna, że zaraz upadnę. Słyszałam pisk i dudnienie w uszach…
Łzy same spływały mi po policzkach, rozmazując świeżo nałożony podkład. Ignacy wyciągnął z kieszeni chusteczkę i delikatnie starł wilgoć spod mojego oka.
— Hej… — powiedział cicho. — Co się dzieje?
Potrząsnęłam głową, niezdolna, by się odezwać.
— To nie on, prawda? — szepnęła babcia, gładząc mnie po ramieniu. — Już dobrze, dziecko.
Ignacy patrzył zaniepokojony, ale nie domagał się wyjaśnień — przynajmiej w tamtej chwili. Gdy w końcu odetchnęłam głębiej, wziął ode mnie torby.
— Chodźmy do auta — powiedział łagodnie.
Droga powrotna upłynęła nam w ciszy. Był ciepły, jesienny wieczór — miękkie światło słońca rozlewało się po łąkach, dając spektakularny widok. Oparłam głowę o zagłówek, słuchając jednostajnego pomruku silnika.
— Ignacy, zatrzymaj się przy aptece, proszę — odezwała się nagle babcia. — Muszę kupić lek na ciśnienie. Dobrze, ze mi się przypomniało teraz a nie w domu — zaśmiała się krótko.
— Jasne — odpowiedział bez wahania.
Zatrzymaliśmy się na niewielkim parkingu obok apteki. Zosia wysiadła, a ja zostałam w samochodzie, zmęczona całym dniem. Widziałam przez szybę, jak babcia wchodzi do środka i znika wśród tłumu ludzi. Kolejka była spora.
W aucie zapadła cisza. Ignacy oparł ręce na kierownicy i spojrzał na mnie kątem oka, jakby szukał odpowiednich słów.
— Nadia… — zaczął niepewnie. — Wiem, że to nie moja sprawa, ale… tam, pod drogerią, wyglądałaś na przerażoną.
Odwróciłam głowę w stronę okna, jakby miało mi to pomóc w uniknięciu tej rozmowy.
— Nie musisz nic mówić — dodał szybko. — Naprawdę. Chcę tylko, żebyś wiedziała… Bo jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebowała pomocy, jakiejkolwiek, możesz na mnie liczyć. Bez pytań, obiecuję.
Nie wiem, czy zdawał sobie sprawę z tego, jak wielką wagę mają dla mnie te słowa.
— Dziękuję — szepnęłam, nie mając odwagi na niego spojrzeć. — To dla mnie… dużo znaczy.
Uśmiechnął się tak, że ledwo to zauważyłam.
W ciszy czekaliśmy, aż babcia wróci.
Zosia wreszcie pojawiła się z papierową torebką w ręce. Wsiadła i od razu zaczęła opowiadać o długiej kolejce, o tym, jak niewychowana jest teraz młodzież, bo powinna ustąpić jej pierwszeństwa, narzekając przy okazji na ceny leków, na długich terminach do lekarzy kończąc. Byłam jej wdzięczna za tę chwilę paplaniny, bo rozładowała tym dziwne napięcie w samochodzie. To napięcie nie było nieprzyjemne, było… po prostu dziwne. Ruszyliśmy w dalszą drogę.
W domu pierwsze, za co się zabrałam, to rozpakowanie torby z zakupami. Rozłożyłam nowe ubrania na łóżku: spodnie, bluzy, bieliznę. Odcięłam metki, część rzeczy powiesiłam w szafie, resztę złożyłam w kostkę. Babcia z kuchni zaglądała co chwilę, ciesząc się, że wreszcie mam coś nowego.
Zatrzymałam się przy sukience w kwiatuszki — tej, której nie kupiłam. Leżała na łóżku starannie złożona, pozbawiona metki. Babcia musiała ją kupić w tajemnicy, nawet nie wiem kiedy. Uśmiechnęłam się pod nosem.
— Babciu — powiedziałam, ale niemal natychmiast przypomniałam sobie jej prośbę. — Zosiu — poprawiłam się szybko. — Gdzie masz zamiar chodzić w tej zielonej sukience? — zawołałam.
— Dziecko — parsknęła, stając w drzwiach — Z moimi żylakami, to chyba jedynie na bal przebierańców — zaśmiała się. — Ona jest dla ciebie. To zaległy prezent na urodziny. Tak pięknie w niej wyglądałaś — rozczuliła się.
— Dziękuję — przytuliłam ją mocno.
— Muszę już iść — rzuciła — bo jak wrócę do domu, to kury w zemście zadziobią mnie z głodu.
Odwróciła się jeszcze w moją stronę i pocałowała mnie w policzek. Nic nie mówiła, ale było to zbędne, bo jej oczy wyrażały dużo więcej niż niejedno słowo. Radość, zadowolenie i … miłość.
Wyszła po cichu.
Weszłam do łazienki, by poukładać nowe kosmetyki. Spojrzałam na siebie w lustrze i dostrzegłam ślady po łzach na resztkach pudru. Umyłam twarz i nałożyłam nowe kosmetyki, by zobaczyć czy sińce nadal przebijają. Efekt mnie zachwycił. Podążając za ciosem, nałożyłam tusz na rzęsy. Czułam się dobrze. W zwykłych ubraniach, z minimalnym makijażem… tak jak kiedyś, kiedy nie byłam niczyją własnością.
Nagle usłyszałam dźwięk silnika przed domem. Niepewnie wyjrzałam przez okno. Na podjeździe stał samochód Ignacego, a po chwili rozległo się ciche pukanie do drzwi.
Otworzyłam. Stał na progu uśmiechnięty, a w rękach trzymał papierową torbę.
— Znalazłem to na tylnym siedzeniu — wyjaśnił. — Chyba wasze. Pomyślałem, że od razu podrzucę.
— Och… — mruknęłam nieco speszona. — Dziękuję.
Mężczyzna ukłonił się nonszalancko i kiedy zaczął odwracać się w stronę samochodu, zadałam mu pytanie, które zaskoczyło nawet mnie samą.
— Może napijesz się czegoś?
Ignacy zawahał się tylko przez moment, po czym kiwnął głową zadowolony.
— Chętnie.
Wpuściłam go do środka i niemal natychmiast zaczęłam krzyczeć na siebie w myślach. To było jakieś wariactwo. Dopiero w momencie, gdy przekraczał próg mojego domu, dotarło do mnie, że tak naprawdę wcale go nie znałam. Wiedziałam o nim tyle, że mieszka w tej wsi i że jest znajomym babci i… i że jest miły. Tyle. Trudno było mi zrozumieć siebie, tym bardziej że jednocześnie czułam coś przyjemnego na myśl o tym, że mogę zaprosić znajomego na kawę…, że sama mogę zadecydować, jak chcę spędzić ten wieczór. Czułam się jak dziecko, które pierwszy raz zostaje samo w domu, uznane przez rodziców za wystarczająco dorosłe. Ta mieszanka uczuć sprawiała, że złapałam się za głowę.
— Wszystko dobrze? — zapytał, zatrzymując się w pół kroku.
— Tak… Nie… Nie wiem — zakryłam dłońmi twarz.
Na moje słowa cofnął się odrobinę w stronę drzwi.
— Ja nie muszę… — zaczął, ale przerwałam mu.
— Wiem, że nie musisz, ale… — nabrałam mocno powietrza w płuca. — Wejdź. Proszę. — ręką wskazując salon — Kawa czy herbata?
— Gorąca kawa brzmi idealnie — odparł z uśmiechem. — Czuć w powietrzu jesień, a ja zawsze wtedy marznę.
Znów to zrobił. Zachował się tak, jakbym była normalna, a ja sama doskonale wiedziałam, że do normalności wiele mi brakuje.
Przygotowałam dwie filiżanki, a chwilę później w kuchni uniósł się aromat świeżo zmielonych ziaren. Ignacy oparł się łokciami o stół, patrząc, jak nalewam napój.
— Masz tu naprawdę przytulnie — rzucił, rozglądając się po domu. — Widać, że ktoś włożył mnóstwo serca w te pomieszczenia.
— Ja… dopiero się tutaj urządzam — uśmiechnęłam się lekko. — Serca nie żałowała Zosia. Ale… dziękuję.
Przez chwilę delektowaliśmy się kawą w milczeniu. Czułam, że mój gość chce coś powiedzieć. W końcu się odważył..
— Mogę zapytać czy… ty jesteś tutaj bezpieczna?
Zamarłam na moment.
— Nie wiem — odpowiedziałam cicho.
Byłam pewna, że Ignacy domyśla się, że przed czymś uciekam, nie był głupi. Nie chciałam jednak zdradzać zbyt wiele, a tym bardziej kłamać, że wszystko jest dobrze. — Bardzo bym chciała — dodałam. — Przez ostatnie lata… różnie bywało, ale… liczę, że tutaj mam na to odrobinę większe szanse. Mężczyzna pokiwał głową, nie odrywając ode mnie wzroku. Widać było, że próbuje zrozumieć moje słowa.
— To najważniejsze — powiedział. — Pamiętaj, że mówiłem poważnie. Jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebowała pomocy, możesz na mnie liczyć.
— Dziękuję — szepnęłam, czując, jak powoli uchodzi ze mnie napięcie.
Chwilę później atmosfera nieco się rozluźniła. Ignacy odchylił się na krześle, bawiąc się łyżeczką.
— A ty? — zapytałam. — Czym się zajmujesz?