Od autora
Teksty zawarte w tej książce pochodzą przede wszystkim z bloga, który prowadziłem w latach 2011–2017 na portalu Tezeusz.pl. Niektóre powstały później i nigdy nie były publikowane.
Wpadły mi w ręce właściwie przypadkowo. Postanowiłem je przejrzeć, wrócić do tego, co kiedyś pisałem, w co wierzyłem i jak rozumiałem Boga, Kościół oraz samego siebie. Chciałem zrobić pewnego rodzaju audyt własnej wiary. Zobaczyć, gdzie byłem, gdzie jestem i dokąd zmierzam.
Podczas tego przeglądu dostrzegłem, że Pan Bóg prowadził mnie przez te wszystkie lata. Był obecny w moim życiu również wtedy, kiedy ja tej obecności nie widziałem albo nie potrafiłem jej dostrzec.
Chciałem też coś po sobie zostawić. Blog, na którym publikowałem większość tekstów, już nie istnieje. Pomyślałem więc, że warto zebrać je w jednym miejscu, ocalić przed zniknięciem. Także dla moich dzieci i tych, którzy przyjdą po mnie. Chciałbym, żeby mieli zapis pewnej drogi, mogli zobaczyć, że wiara nie jest czymś danym raz na zawsze, niezmiennym i statycznym.
Wiara jest drogą. Jeśli człowiek autentycznie wchodzi na ścieżkę chrześcijaństwa i duchowości, zmiany są nieuniknione, choć czasem bywają bolesne. Zmienia się nasze rozumienie Boga, Kościoła, siebie i świata. Dojrzewa również sama relacja z Bogiem, podobnie jak my dojrzewamy psychicznie i biologicznie.
Kiedy dzisiaj czytam swoje najstarsze teksty, widzę w nich fascynację Bogiem i Kościołem, trochę podobną do dziecięcej fascynacji rodzicem. Później pojawia się bunt, pytania, niezgoda, aż w końcu przychodzi czas integracji. Myślę, że właśnie w takim momencie jestem dzisiaj. Uczę się żyć z pytaniami, a jednocześnie ufać, że odpowiedź znajduje się w indywidualnej relacji z Jezusem Chrystusem.
Nie ukrywam, że niektóre teksty mnie zaskoczyły. Dostrzegam w nich infantylną dosłowność, bezrefleksyjność, a czasami wręcz magiczność myślenia, sugerującą, że wystarczy pójść za Jezusem, a wszystko się zmieni. Widzę też ton kaznodziejski, moralizatorski, niekiedy wywyższający, z którym dzisiaj się nie zgadzam. Inaczej napisałbym również część tekstów publicystycznych i społeczno-politycznych. Byłbym bardziej ostrożny i wyważony. Być może ich rdzeń pozostałby ten sam, ale wybrałbym inne argumenty.
Dojrzała wiara oznacza dziś dla mnie integrację Słowa Bożego, Magisterium Kościoła i modlitwy z konkretem życia, takim, jaki właśnie w tej chwili jest. Przede wszystkim jednak jest osobistą, intymną relacją z Bogiem, która nie zamyka się wyłącznie w indywidualnym doświadczeniu. Ma również wymiar społeczny. Moja wiara nie jest tylko dla mnie, ale także dla innych. Powinna przenikać moje życie rodzinne, zawodowe i społeczne.
Dojrzała wiara to także ufność, że rzeczywistość jest przeniknięta Bogiem i że zmierzamy do zjednoczenia z Nim. Coraz mniej chodzi mi o znaki i cudowności, a coraz bardziej o zaufanie. Zmieniła się również moja modlitwa. Kiedyś była bardziej słowna, dzisiaj bliższe są mi liturgia, Brewiarz i oddychanie imieniem Jezus, w formie modlitwy Jezusowej czy medytacji chrześcijańskiej. Nie chodzi już przede wszystkim o to, żeby modlić się o coś, ale o to, by zjednoczyć się z Bogiem i pozwolić Mu mnie przemieniać.
Nie chciałbym, żebyś, drogi Czytelniku, odebrał mnie jako kogoś, kto moralizuje, jako kaznodzieję. Wiem, że w niektórych tekstach właśnie tak pisałem. Podchodziłem do tego jak kaznodzieja czy ewangelizator. Dzisiaj dostrzegam w tym błąd. Nie mam już takiej postawy i dobrze się z tym czuję.
Chciałbym, żebyś potraktował tę książkę jako zaproszenie do refleksji nad własną wiarą, na tym etapie życia, na którym obecnie się znajdujesz. Do autentycznego życia duchowego, modlitwy i medytacji, tak jak je rozumiesz i jak Ci odpowiadają. Do odwagi w zadawaniu pytań sobie, Bogu, księżom, Kościołowi i wspólnotom.
Nie wiem, czy moje teksty mają wartość jako świadectwo. Nie jestem nikim szczególnym, żeby traktować moje doświadczenia jako wyjątkowe. Są jednak przykładem tego, że zmiana jest możliwa i konieczna.
Nie chodzi o to, żebyś się ze mną zgadzał. Chodzi o inspirację i przyjrzenie się własnej drodze oraz własnej wierze.
Owocnej lektury!
25.10.2026.
CZĘŚĆ I Rozważania
Objawienie Pańskie (2012)
Mimo że nie jestem osobą duchowną, chciałbym podzielić się refleksją nad dzisiejszym Słowem Bożym. Ukazuje nam ono osobę Heroda, który jest zatwardziałym egoistą, tchórzem martwiącym się tylko i wyłącznie o swój własny tyłek. Taka postawa, która i nam nie jest obca sprawia, że czujemy się opuszczeni, samotni bo… wszyscy czyhają na nas. To zamknięcie się na siebie a nie zły los sprawia, że czujemy a właściwie nie czujemy się szczęśliwi. Zamknięcie na drugiego powoduje, że nigdy nie będę szczęśliwy, powoduje poczucie samotności i zagrożenia. Herod jest nadętym bufonem przeświadczonym o swojej wszechwładzy w Judzie, jest głupi! Dlaczego? Bo przecenia siebie… Postawa wszechwiedzącego sprawia, że nie podejmujemy ryzyka, bo wiemy jak jest i kropka. Nie szukamy, nie pytamy, nie próbujemy dialogować. Wreszcie źle oceniamy innych, postrzegamy ich jako zagrożenie. Myślimy w kategoriach, że ludzie są źli i tylko czekają na nasze potknięcie, chcą je wykorzystać by odnieść korzyść, by zrobić nas w balona. To nieprawda, to największe kłamstwo szatana: „każdy wokół Ciebie jest zły, tylko Ty jesteś ok, unikaj ludzi, lękaj się ich”. Już wiele razy mówiłem i pisałem że szatan (specjalnie piszę z małej litery) zna tylko strach i go dalej przekazuje. Jeśli uwierzymy mu i zostaniemy w takiej postawie nigdy nie spotkamy się z drugim człowiekiem a co gorsza nigdy nie spotkamy Boga!
Przeciwieństwem Heroda są Trzej mędrcy, królowie, magowie zwał jak zwał. Ci trzej mężowie — ludzie niezwykle mądrzy, którzy mają powody by mieć przeświadczenie o własnej wielkości i pewnie je mieli, lecz owi faceci zachowują się jak na facetów przystało — ryzykują niebezpieczną i długą podróż tylko z powodu gwiazdy… nie wydaje Wam się to dziwne? My oczekujemy mnóstwa znaków, co więcej Bóg nam je daje, a my nadal tkwimy tam gdzie jesteśmy. Oni poszli za gwiazdą… Szukają, pytają się, są inni niż Herod. Nie boją się, że coś stracą. Niosą dary materialne ale też niosą siebie! A tego chce Jezus, tylko Ciebie bo Ty nic nie masz! Cechuje ich prawdziwa pokora, czyli znajomość swoich wad i zalet, swej biedoty ale swego bogactwa, swej głupoty i swej mądrości. Są mądrzy bo tylko człowiek mądry zawsze będzie szukał Boga i prawdy przez duże P, tylko człowiek mądry jest w stanie otworzyć się na drugiego człowieka, tylko mądry człowiek jest w stanie spotkać i poznać prawdziwego, Jedynego JAHWE!
Słowo wzywa nas do modlitwy o dar mądrości, która uczyni nas darem dla innych. Mądrość zabierze bezsensowny lęk (np. przed wystąpieniami publicznymi). Mądrość uczyni nas prawdziwymi świadkami Jezusa Chrystusa. Mądrość zapewni nam szczęście ze spotkania z bliźnim i człowiekiem.
Ostatnia rzecz, to postawa mężczyzn po przybyciu do Betlejem. Pierwsze co zrobili to padli na twarz! Ci mężowie, faceci z krwi i kości, przekonani o własnej wartości, upadli na twarz przed Bogiem, przed Tym, który ma niezwykłą i potężną moc sprawczą by nas zbawić. Jest to dla mnie wielki symbol ludzkiej pokory, mogę być mądry, mogę mieć niezłe wyniki w nauce, dużo zarabiać, być wysportowany, mieć kogoś u boku, być księdzem, lecz przed Bogiem jestem nikim, nic nie posiadam, to wszystko wtedy przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie i tylko przed nim padam na twarz, ryje mordą po podłodze… przed moim Panem, Królem i Zbawcą. Zachęcam do takiej postawy… dosłownie do padnięcia na twarz przed Bogiem i powierzenia mu siebie i tego wszystkiego co mnie dotyczy. Oto jest mądrość!
Wojtas
Coś więcej niż Tabor (2012)
Ewangeliczny opis przemienienia Chrystusa na Górze Tabor jest jednym z moich ulubionych, szkoda, że znamy go dość dobrze, a często nie rozumiemy tego opisu poprawnie. Zazwyczaj podziwiamy chwałę Boga, który tak objawia się tylko i wyłącznie raz i tylko wobec trójki wybrańców. Owszem, to jest ważne, musimy poczuć chwałę Boga, doświadczyć go! Bez takiego osobistego spotkania na naszej Górze Tabor, nasza wiara nie ma podstaw, jest pusta w środku! Tak naprawdę bez takiego doświadczenia nie możemy żyć pełnią ewangelicznych praw, przykazań, wskazań Kościoła Rzymskiego. Niestety Kościół i księża nakazują co mamy robić, jak żyć(swoją drogą — ludzie wiedzą jak żyć! Naprawdę, a jeśli nie, to się dowiedzą!) ale zapominają, że ludzie, którzy może i by tak chcieli żyć jak Kościół im mówi, naprawdę chcieliby, lecz nie mogą! Czemu? Brak im spotkania z żywym Jezusem Chrystusem! To pokazuje jak ważne jest oglądanie tej chwały, to ona nas uzdalnia do pójścia naprzód! Lecz nie oto, w tej Ewangelii chodzi! Bo możesz żyć od Taboru do Taboru, od cudu do cudu, od rekolekcji do rekolekcji, od koncertu ewangelizacyjnego do koncertu itd! Ale wtedy Twoja wiara również usycha! Zaczynasz traktować wiarę, a co gorsza Boga Ojca jako wujka od prezentów z Ameryki, miłego starszego Pana, Jezusa, który rozdaje prezenty, a gdy przychodzą uciski, choroby, utrapienia, przeszkody, próby, kryzysy itd. chowasz się, tchórzysz, szukasz kolejnych rekolekcji, cudów, koncertów, adoracji zamiast wstać z tym co się wydarzyło na Twoim Taborze i wziąć się w garść i wreszcie podjąć SWÓJ krzyż i stanąć do walki ze złym! Bo musisz pamiętać o jednej rzeczy! Nie ma jednej góry! Są trzy! Tabor, Kalwaria i Góra Wniebowstąpienia! Każda z osobna jest tylko dopełnieniem całego dzieła. Nie ma Góry Wniebowstąpienia bez Kalwarii i nie ma Kalwarii bez Taboru. Przeżyłeś Tabor?! Świetnie! Lecz teraz przygotuj się na Kalwarię, która musi się wydarzyć w Twoim życiu! Podejmij wyzwanie, masz przecież narzędzia! (doświadczenie Taboru). Nie uciekaj, nie tchórz! Zobacz, że na Tabor poszli w czwórkę: Jezus, dwój dorosłych facetów i jeden młody chłopak — Jan! A pod krzyżem, kto z nich został? Kobiety i Jan! Złośliwi mówią, że został bo młody i głupi! Wszyscy faceci pouciekali i panowie to jest WSTYD przez wielkie W! Widzieli chwałę, widzieli Jezusa, Boga w całej Jego potędze! I Co?! Uciekli! Dlatego, Jezus mówi Tobie dzisiaj, wstań! Walcz! Weź swój krzyż! I do przodu! Choć ze mną na kalwarię! Po co?! Aby doświadczyć Górę Wniebowstąpienia! Zapewniam Cię, Kalwaria boli! Boli jak cholera! Będziesz czuł bezradność! Samotność! Lecz widząc swoją pasję, powołanie, misję i Jezusa Chrystusa dojdziesz do celu — Zbawienia i Góry Wniebowstąpienia! Chrześcijaństwo to droga, także nie martw się, że teraz to tylko będą same Kalwarie! Nie! Będą Tabory! Zapewniam! A będzie więcej Taborów im więcej zamiast ucieczki będziesz podejmował wspinaczkę na Kalwarię, będziesz brał swój krzyż i wyciągał dobre wnioski! Już Ci mówiłem! Wiara to ostry trening do chwały! Chwały Nieba! A Bóg to najlepszy trener w lidze! Pamiętaj, wszystko ma sens! Porażka, choroba, utrata kogoś bliskiego! Grunt to iść dalej i widzieć w tym sens!
Dziś ciesz się Taborem! Ciesz się! Lecz przygotuj swe serce na walkę, bądź mężny, unieś głowę, popatrz! Bóg Cię zaprasza do czegoś więcej! Przyjmujesz?
Łk 1, 5–25 i 1, 57–66. Narodzenie Jana Chrzciciela- Jaka jest Twoja obietnica?! (2012)
Niemożliwe stało się możliwym, coś co dziewięć miesięcy temu było jeszcze nie do pomyślenia stało się faktem, do nie tak dawna Elżbieta była uznawana za pohańbioną, a Zachariasz uchodził za człowieka, który delikatnie mówiąc ma w życiu pecha. A tu nagle wybuchł szał radości i nagle cała wioska Ain Karem zaczęła się radować i weselić:
TAK, TO STAŁO SIĘ. NARODZIŁ SIĘ ZAPOWIEDZIANY! TA, KTÓRA UCHODZIŁA ZA NIEPŁODNĄ(co jak wiemy było hańbą) URODZIŁA SYNA! WESELMY SIĘ I RADUJMY! BO PAN SPEŁNIŁ SWOJĄ OBIETNICĘ!
Cofnijmy się kilkadziesiąt wersetów wcześniej do początku Ewangelii wg Łukasza do zwiastowania narodzin Jana. Zachariasz człowiek z pewną pozycją, kapłan, żonaty(jak wiemy, Żyd bez żony to nie Żyd, a delikatnie mówiąc ciamajda). Elżbieta, dobra kobieta, dobra żona. Oboje byli dobrym, sędziwym małżeństwem, które zbliża się powoli do kresu. Oboje pobożni, jak czytamy: „sprawiedliwi przed Bogiem”, ufni Panu lecz bieg lat powoli zabierał im nadzieję, że los kiedyś im się odmieni. Bardzo chcieli zostać zaakceptowani w pełni przez społeczeństwo Aim Karem. Bardzo pragnęli potomstwa lecz Bóg miał inny plan. A właściwie to plan, który gdzieś Oni odkryli lecz tak jakby inaczej. Pewnie wiele razy próbowali, wiele, mnóstwo przez te wszystkie lata małżeństwa i nic, pewnie nie raz wydawało się, że to już teraz, a tu nadal nic… Pan wydawało się zamknął łono Elżbiety na amen. Nie ma zmiłuj… Zdaje się, że pomrą bezpotomnie, zapomnieni, nikt ich nigdy wspomni, ślad po tym mężu i tej kobiecie zaginie.
Pan miał jednak inny plan. Właśnie zwiastował przyjście Jezusa! Właśnie powiedział, że dla Boga nie ma nic niemożliwego, właśnie Bóg powiedział, że przyjdzie prorok, który wyprostuje ścieżki na przyjście Zbawiciela. Tylko szukał miejsca dla tego proroka, szukał dla niego rodziny, wybrał Zachariasza i Elżbietę widział ich wiarę, ich sprawiedliwość, zaangażowanie Zachariasza jako kapłana, tak wybrał ich! Właśnie ich! Nikogo innego. Postanowił od wieków, że to właśnie w tej rodzinie, a nie innej przyjdzie największy z najmniejszych. Dlaczego więc kazał im czekać tak długo, że prawie stracili nadzieję? Odpowiedź jest prosta! Przez te wszystkie lata próbował ich, kształtował, badał w komu pokładają nadzieję gdy kolejny raz w tej delikatnej sferze zostali upokorzeni. Chciał aby dojrzeli do tego zadania, do tej misji, do tego powołania jakim jest rodzicielstwo dla Jana. Wszak drzewo wydaje owoce w swoim czasie. Musi być dojrzałe. Pewnie jedliście kiedyś niedojrzały owoc? Pamiętacie smak? Pewnie było twarde i gorzkie i po kilku gryzach wypluwaliście go. Dlatego Pan bardzo chce by ten owoc zanim spadnie, dojrzał!
Pan stwierdził więc, że to ten czas by dać im radość i wesele. Uznał, że są gotowi do tego zadania, gotowi by podjąć tę misję. Wezwał więc Zachariasza do służby, niby losowo, niby przypadkiem, wcale to nie musiał być wtedy Zachariasz, a jednak to On wszedł do Świątyni by… nie, nie złożyć ofiarę, lecz by usłyszeć swoją OBIETNICĘ, A RACZEJ TO, ŻE TO CO CZUŁ OD DAWNA, ŻE JEGO POWOŁANIE W KOŃCU SIĘ ZREALIZUJE!!! BO BÓG WYSŁUCHAŁ MODLITW I OKAZAŁ SIĘ WIERNY! TO TERAZ BÓG ZOBOWIOZAŁ SIĘ ZRALIZOWAĆ PROŚBĘ CZŁOWIEKA!
Alleluja! Niejeden by po takim spotkaniu z Aniołem Pańskim i takim zapewnieniu i takich słowach Boga o nim samym i o jego potomku, oszalałby ze szczęścia! Lecz ten wyłupił oczy i zamiast wyrazić wdzięczność zaczął szukać dziury w całym! „Po czym to poznam. Przecież ja jestem już stary, a żona moja Elżbieta jest już w podeszłym wieku!” Skądś to znamy? Zobacz w przeszłość czy i Ty nie miałeś tak, że o coś tak bardzo prosiłeś, czegoś pragnąłeś, żyłeś tylko tym, że to kiedyś się wypełni? Ja tak mam, żyję tylko dla jednego pragnienia. Prosiłeś o uzdrowienie, o uwolnienie z nałogów i zniwoleń, pragnąłeś żyć pełnią, pragnąłeś realizować swoje powołanie, swoją misję. I nic! Tyle modlitw i nic! Tyle starania i nic! Tylu lekarzy odwiedzonych i nic! W tylu miejscach byłeś i nic! Tyle związków i nic! Tyle prób o dziecko i nic! Tyle seminariów i zakonów obleciałeś i nic! Tracisz nadzieję, myślisz nie, to nie dla mnie, nigdy to się nie spełni! Zdajesz się krzyczeć do Boga zabierz to ode mnie! Zabierz ból niespełnienia! Lecz gdzieś w środku czujesz, że to właśnie to! Czujesz, że masz być mężem i ojcem lub masz być księdzem, lecz życie pokazuje co innego, lata lecą i nic!
Ty straciłeś nadzieję. Pozostała ufność w Panu, że On Chce tylko Twojego dobra! Ufność i wiara w to, że On wie po prostu lepiej co dla Ciebie dobre i musisz być otwarty na jego wolę, przyjąć ją tu i teraz!
Lecz kiedyś Pan stanął przed Tobą posłał proroka lub anioła by Ci zwiastować dobrą nowinę, że oto w końcu została spełniona Twoja prośba i zostaniesz tym kim masz być! I nikt inny Cię w tym nie zastąpi! A Ty co wtedy zrobiłeś? Odpowiedziałeś jak Maryja: „Tak dobra, wchodzę w to!” I poddajesz się pieśni uwielbienia bo w końcu Pan jest wielki! Czy jednak postawa Zachariasza: „Ja, co ja? No chyba Cię Panie kula…”
Prawda dzisiejszego dnia jest jedna: PAN JEST WIERNY! Kto jak to, ale On spełnia swoje OBIETNICE! Jeśli odczytałeś swoje życie i swoje powołanie do czegoś, jeśli odkryłeś swoją misję, PAN CI JĄ SPEŁNI! Bo w końcu to On do tego Cię wzywa, nie Ty go wybrałeś lecz On Ciebie!
Pan nie wzbudza pragnień by ich nie zrealizować! Pan tylko czasami ma inny plan dla Ciebie! Tak jak już wspominałem musisz dojrzeć i Pan musi Cię sprawdzić za nim da Ci Twoją misję, która jest Twoja i nikt inny jej nie zrealizuje, musisz swoje zadanie wykonać jak najlepiej, nie możesz odwalić lipy, to nie może być tania fuszerka tylko pełna profeska.
Wyobraź sobie, zegar, mechanizm jego działania i zobacz, że tam jest mnóstwo tych elementów, czasem małych, śrubeczki, sprężynki, rzeczy, które dla laika są nieistotne wręcz zbędne ale gdy choć coś z tego systemu wypadnie to wszystko szlag trafił i zegarek można wyrzucić na śmietnik i tak jest z wszechświatem. Może i jesteś małym trybikiem ale bez Ciebie coś walnie, coś straci na znaczeniu, coś padnie i Pan Cię potrzebuje, właśnie Ciebie bo nikt inny tego lepiej nie zrobi! Dlatego Pan Cię kształtuje, próbuje, przygotowuje, ćwiczy, to wszystko odbywa się w czasie! W biegu lat! To będzie trwało, im dłużej tym lepiej! Im dłużej i boleśniej Pan do czegoś Cię kształtuje to wiedz, że to coś jest WIELKIE!
Elżbieta i Zachariasz byli przygotowywani do wychowania proroka, wielkiego, do największego z najmniejszych! Jan, człowiek, który jako pierwszy rozpozna Mesjasza musiał mieć warunki do tego by wzrastać! Musiał mieć pobożny dom, który wskaże mu Boga!
Zachariasz jednak nie uwierzył w obietnicę Pana! Więc zamilkł! Został ukarany bo fakt choć brzmiało to nieprawdopodobnie, miał to przyjąć w ciemno! I tu o to chodzi! W swoją obietnicę, w jej spełnienie i sposób jej spełnienia musisz bezwzględnie uwierzyć jakkolwiek ona szalenie brzmi, Ty musisz iść w ciemno! Maryja zaufała — nie zawiodła się!
Choć i tak Pan spełnił, to co zamierzał — dla woli Pana nie ma bata i tak wyjdzie po Jego myśli, tylko od Ciebie zależy to czy będzie ona radością i słodyczą czy gorzką pigułą.
Kolejną ostatnią rzeczą jest to, że Pan w tym wszystkim pragnie dwóch rzeczy: bezgranicznego zaufania i oddania mu wszystkiego! Dowód: Imię dziecka, dla Żydów nadawanie imienia dziecku było świętym rytuałem. Zwyczaj nakazywał by dać imię ojca lub przodka, a tu Pan wzywa do złamania schematu, do zerwania z utartymi dewizami i tradycjami, Pan wzywa do otwarcia na łaskę i działania poza ustalone ramy, wzywa do nadania mu imienia Jan! Pan chce wszystkiego, nawet imię im dyktuje! Panu trzeba oddać wszystko, wszak wszystko co masz to i tak masz od Niego więc i tak gdy zechce to sam weźmie! Lepiej po dobroci by być szczęśliwym samemu mu to oddać!
Pan spełnił obietnicę Zachariaszowi i Elżbiecie, spełni ją i Tobie! Dziś w Ain Karem panuje radość, przyłącz się do niej! Raduj się i wesel! Wielbij Pana bo uwielbienie Go jest potężnym narzędziem! Raduj się bo Pan okazał łaskę! Pan okazał wierność. Pan spełnił obietnicę! Pan powołuje do rzeczy wielkich i wielkie są Jego obietnice, wielka jest również Twoja obietnica!
Tylko ją odkryj! Co to jest? Powiedz to przed samym sobą do czego Pan Cię wzywa?
Jaka jest bracie i siostro Twoja obietnica?
…… tylko pamiętaj bądź cierpliwy bo cierpliwością zostaniecie zbawieni… mówi Pan…”
Nie bądź głupcem! Bądź mądry! (2012)
Dzisiejsze Słowo Boże, zwraca uwagę na aspekt mądrości i głupoty. Pierwsze czytanie wzywa, że mamy być mądrzy, mamy odrzucić głupotę, chodzić drogą rozwagi ale najważniejsze mamy ŻYĆ!
Tak samo św Paweł pisze, że mamy postępować nie jak ludzie niemądrzy(głupi) lecz jako mądrzy!
Cóż więc znaczy być mądrym? Co znaczy żyć?!
Mądry człowiek to ten, który przede wszystkim pełni Wolę Bożą, wsłuchuje się w Słowo Boże, zgłębia je i wprowadza w życie! Mądry człowiek to ten, który idzie do źródła życia, czerpie z niego i żyje! Mądry człowiek to ten, który karmi się Słowem, Ciałem i Wolą Bożą, której pełnienie jest jego życiową pasją!
Jezus, nasz Pan dziś krzyczy: „Jeśli nie będziecie spożywać ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili krwi Jego, nie będziecie mieli ŻYCIA w sobie!” (J 6, 53) Oraz zapewnia, że kto spożywa jego krew i ciało ma życie wieczne(por. J6, 54) Dalej obiecuje, że kto spożywa ciało i krew Pańską trwa w Chrystusie i przez Niego ma życie! ŻYCIE! (por. J6, 55) Życie wieczne ale też i życie tu na ziemi i to życie w obfitości!
Rozglądając się wokół ludzi niewierzących lub nawet wierzących lecz niezbyt często praktykujących sakrament eucharystii, lub ludzi, którzy z tego najświętszego sacrum w Kościele jawnie sobie kpią widzimy chodzące trupy… Ludzi, którzy bezwiednie na siłę się uśmiechają, na siłę mówią „dzień dobry”, ludzi, którym wszystko ciąży, zlikwidowali by najchętniej wszystko, narzekają na wszystko, zero poświęcenia się dla bliźniego, żaden z nich nie przełamuje swoich słabości, mówiąc inaczej, nie żyją. Są albo nazbyt spokojni, zamknięci w sobie lub próbują zagłuszać głos sumienia poprzez hedonizm, konsumpcjonizm, imprezy, muzykę na maxa, zero czasu na refleks, zero przebywania w ciszy, na siłę starający się pokazać tacy jakimi w rzeczywistości nie są. Ludzie ci najostrzej reagują gdy podchodzisz do nich i nazwiesz ich bratem/siostrą — spojrzą na Ciebie jak na głupka, palanta, świadka Jehowy, sekciarza w najgorszym wypadku zboczeńca i mordercę.
A teraz inna perspektywa ludzie regularnie przystępujący do sakramentów: zawsze uśmiechnięci, widać, że mimo iż troski tego świata nie są im obce jakoś tak lżej oddychają, mają mniej zmęczoną twarz. Zazwyczaj z drugiego końca ulicy słychać w naszym kierunku albo głośne „cześć” lub „dzień dobry”. Żyją! Jest ich wszędzie pełno, są radośni, są głośni, lubią śpiewać, bawić się ale też znajdują czas na refleksję i modlitwę. Nie uciekają przed samym sobą. Jedni działają jako wolontariusze, inni pokonują samego siebie, inni zostają księżmi, zakonnikami lub ludźmi świeckimi by nieść życie i jego źródło innym!
To jest piękne, że jeśli raz zasmakujesz tego chleba, tego źródła od razu chcesz się dzielić nim z innymi! Chcesz się dzielić życiem, miłością, radością, pokojem! Mądrością!
Dzisiejsze Słowo Boże jest zapowiedzią sakramentu eucharystii, wielkiego daru dającego życie! Pobudzającego lepiej niż „Red Bull” czy poranna kawa i papieros. Eucharystia daje życie! Brak sakramentów prowadzi w naszym życiu, np. w moim tak było do tego iż umieramy wewnętrznie, stajemy się trupami, tracimy nadzieję, wszystko traci sens. Zdychamy jak psy!
Cóż więc jest lepsze? Życie czy śmierć? Czy w Twoim życiu jesteś głupcem czy mądrym człowiekiem? Jak rozumiesz dzisiejsze Obietnice Pańskie? Jak je przyjmujesz? I na koniec czy z nich korzystasz?
Nie ma większego daru niż Eucharystia! Módlmy się dzisiaj za tych, którzy nie przystępują do tego sakramentu, aby się nawrócili, pojednali z Bogiem, bo tylko wtedy ten sakrament ma moc, gdy przyjmujemy go z czystym sercem — otwartym na czystą obecność wszechobecnej i wielkim miłości Boga Ojca, który daje nam swojego syna, który też nie protestuje lecz wręcz domaga się by Go wpuścić do swojego serca! Do swojego organizmu!
A jeśli jesteś w takiej sytuacji iż taki Ci się życie ułożyło, że nie możesz korzystać z tego sakramentu, biada Ci jeśli popełniasz świętokradztwo! Lecz jeśli jesteś uczciwy przed Panem Bogiem, Twoim stwórcą proś Go, błagaj, leż przed nim krzyżem aby rozwiązał Twoje węzy, zerwał kajdany byś mógł dostąpić do stołu pańskiego! Bo nie ma sytuacji, której Pan nie pokona! Której Pan nie rozwiąże byś tylko mógł dostąpić Jego łaski!
Choć uwaga to może boleć. Lecz lepiej być mądrym niż głupim, to się po prostu opłaca!
Bądź, a nie gadaj! (2012)
Wzór ewangelizatora doskonałego jakim jest święty Paweł Apostoł w dzisiejszym pierwszym czytaniu, krótkim lecz wymownym podaje receptę na szybką, dobrą i owocną ewangelizację! Jaka jest ta recepta?
Nie przyszedłem gadać i błyszczeć słowem, elokwencją, mądrością lecz przyszedłem po to by być z wami, takim jakim jestem, być bo znam Jezusa Chrystusa i to Jezusa ukrzyżowanego. Przyszedłem po to byście widzieli moje życie, moje upadki, moje słabości, moje troski, moje wady i moje zalety, moje zdolności, które jako człowiek Chrystusa oddaje to wszystko pod Jego stopy i święte rany! Przyszedłem by trwać i żyć z Wami, abyście widzieli czym dla mnie jest Jezus i Jego krzyż! (por. 1kor 2, 1—3)
Dalszą historię znacie, jak nawracali się ci, a w konsekwencji jaka była wiara tych do których przybywał Paweł ze swoją receptą, a właściwie nie swoją lecz Bożą. Bóg nie chce byśmy pouczali innych słowem, nawet jeśliby nasz charyzmat przepowiadania był tak wielki, że gromadziłby tłumy i poruszał je do nawrócenia(choć jest to cenne), Bóg nie ceni kazań i homilii bo wie, że tym możemy zrażać bliźnich do chrześcijaństwa. Bóg ceni sobie naszą obecność wśród… wszystkich! Wierzących, niewierzących, chrześcijan, niechrześcijan, a także wśród współczesnych pogan!
Dlatego zamiast gadać wychodźmy do ludzi i żyjmy jak Paweł! Trwajmy, towarzyszmy bliźnim w codzienności. Pokażmy im nasze słabości, nasze upadki, pokażmy nasze wady ale też nasze zalety, pokażmy ludziom nasze charyzmaty, pokażmy im siebie samych w służbie, wierze i w ufności Jezusowi Chrystusowi!
No chyba, że nie masz wiary, nie ufasz, nie masz charyzmatów no to wtedy gadaj ale nikt Cię słuchać bracie i siostro nie będzie! I piszę to dlatego, że byłem taki, gadałem, oceniałem, prawiłem kazania i co i nic! Dopiero wyjście i trwanie, przebywanie i przeżywanie codzienności wśród „grzeszników” uczyniło moją misję świętą i owocną, a także uświęciło mnie samego!
Gdy mieszkałem w akademiku czy pojechałem na Przystanek Woodstock dostało mi się okrutnie od „prawdziwych katolików”, czy „świętych” za to, że jadę czy mieszkam tam gdzie jest grzech i ścierwo! Owszem pojechałem i byłem! Nie ewangelizowałem! Nie nawracałem, nie gadałem o Jezusie i Jego mocy, czasem tylko założyłem koszulkę chrześcijańską i tyle, milczałem i robiłem swoje i wiecie co dziś wiele osób do mnie pisze, czy gada ze mną bo widzi, że ich nie nawracam ale z nimi rozmawiam i towarzyszę im w ich trudach! Tak chodziłem do wioski Kryszny, chodziłem tam gdzie jest grzech, tam gdzie jest trucizna, widziałem grzech. Dziś mija miesiąc gdy pojechaliśmy na Woodstock i nie straciłem wiary, nic mnie nie opętało, duchowo raczej się rozwijam niż cofam, nowe znajomości podtrzymuję, Boga w tych ludziach dostrzegam, ich poszukiwania sensu, od czasu do czasu się z nimi spotykam i rozmawiam, a dla tych, którzy wieszczyli mi opętanie i inne zagrożenia duchowe mam Słowo Boże, Ewangelia wg świętego Marka rozdział szesnasty, wersety od siedemnastego do osiemnastego:
„Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie”.
Tym bardziej mi chyba nic nie grozi jeśli prowadzę, regularne życie sakramentalne, czytam Słowo. To są jak dla mnie podstawy Chrześcijaństwa! No ale cóż lepiej bać się samemu niż ruszyć się bo po co, łatwiej oceniać i krytykować, łatwiej skazać woodstockowiczów na potępienie niż podać im rękę. A jeśli sobie normalny człowiek jedzie to lepiej go zbesztać, posądzić od czci i wiary(choć w jakimś wpisie było, że nie chce posądzać ale do tego to zmierzało), nazwać go zdrajcą ojczyzny. Łatwiej go zastraszyć niż dodać odwagi i wspomóc modlitwą czy czynem.
Dlatego wielki szacunek dla ludzi ewangelizujących na Woodstocku i tych na PJ ale i przede wszystkim dla wszystkich wierzących, którzy jechali po cywilnemu i dają ciche świadectwo wiary w swoich czynach!
W akademiku nikt nie wiedział czemu wstaję wcześniej niż wszyscy i idę na mszę do karmelu, który jest naprzeciwko akademika, nikt nie wiedział czemu i gdzie znikałem nie tylko w niedziele ale i w dni tygodnia miedzy godziną 17.30 a 19, lecz po jakimś czasie nie znikałem sam lecz z towarzyszami, po cichu, gdzie nikt nie widzi, bo jak się modlisz to zamknij drzwi i módl się w ukryciu gdzie widzi Cię Twój Ojciec Niebieski! (por. Mt 6, 6)
No to idę bo szkoda słów, lepiej jest być i trwać i służyć! Uwierzyłem więc idę śmiało do przodu, uwierzyłem więc idę, bo ludzie czekają by wyrzucić złe duchy i włożyć na nich ręce by ci odzyskali zdrowie!
Panie oto ja poślij mnie! Bo lepiej jest być i trwać niż gadać. Bo gdy zobaczą, że uczciwie przy nich trwasz to wtedy i słuchać Cię będą! A Pan stosownie Cię do tego w potrzebne charyzmaty uposaży!
Koniec świata! Nie ma miłości, nie niczego (2012)
Jest 21 grudnia 2012 roku, słońce nie świeci od kilku dni, ciemność, gdzieś tam w oddali widać spadające meteoryty, pojawia ogień, aura momentami staje się mieszanką krwi, ognia i ciemności. Ziemia porozrywana na pół, podzieliło się wszystko, część świata znajduje się pod wodą. Panuje cisza. Ucichły głosy bawiących się dzieci, codzienne rozmowy sąsiadów, słychać tylko powiew silnego wiatru wiejącego z czterech stron świata. Nagle coś uderzyło jakby piorun, jasność pojawiła się wielka i głos „Na Syjon, na Syjon! Zmierzajcie”. Na niebie pojawił się krzyż jak dwa tysiące lat temu Dawidowa Gwiazda, wskazuje drogę do jedności… Drogę do zbawienia… Drogę do Jezusa. Drogę do Ojca…
Ten opis jakby prosto z powieści fantasy lub filmu raczej nie jest odzwierciedleniem tego co ma nadejść bo nie mam pojęcia jak będzie wyglądał koniec czasów, czas apokalipsy. Nawet nie wiem czy spopularyzowana przez media data 21.12.12 jest tą ostatnią, a potem już nic nie będzie takie samo. Nie chcę budować grozy. Bóg też nie. Bóg nie chce nas straszyć. Bóg nie chce podawać konkretnej daty lecz pokazuje, że coś jest nie tak. Pokazuje to tak dyskretnie, że w codzienności nam to umyka.
Jezus w dzisiejszej Ewangelii mówi „Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach” MK 13, 29. Tylko co mamy widzieć? Co jest tym brakiem światła słońca, co jest tym brakiem blasku księżyca? Odpowiedź nasuwa mi się jedna! To brak miłości do Pana Boga i do drugiego człowieka. To miłość jest blaskiem księżyca, to miłość jest światłem słońca! Zapewne wszyscy kojarzycie sceny z filmów romantycznych gdzie jest rzut kamery na niewiastę i ta jej twarz, jest opromieniona. Dobra, film to jedno ale w życiu też tak jest. Każdy z nas był przecież zakochany i ta druga strona była jakby jaśniejsza, jego czy jej twarz opromieniała nas. Tak działa miłość. Nie tylko miłość damsko — męska. Przypomnij sobie te sytuacje kiedy miałeś/miałaś sens w życiu, pasję, miłość, wszystko świeciło, wszystko miało swój blask. Nawet gdy było Ci ciężko spotykałeś/spotykałaś człowieka, który żył miłością Boga i bliźniego wtedy świecił i to wokół niego gromadziłeś się by słuchać, by za nim iść. Bo wydawało się, że on ma światło, które prowadzi ku dobremu!
A dzisiaj? Czy kochasz? Czy miłujesz Boga i bliźniego? O to właśnie zdaje się pytać Jezus. Czy to widzisz? Czy widzisz wokół Ciebie miłość? I to jest klucz! Koniec świata to nie wojny, błyskawice, meteoryty, trzęsienia ziemi, tsunami, powodzie, lodowce, głód, śmierć. Nie! Koniec świata jest wtedy gdy brak już miłości. Koniec świata jest wtedy gdy przestaję kochać Boga, bliskich, bliźniego! Kiedy oceniam, sądzę, skazuję, kiedy toczę wojny, kłócę się, zamiast przygarniać to odrzucam, głodnych nie karmię, spragnionych nie napoję, bezdomnych zostawię, o chorych zapomnę, tych co w więzieniach skażę na potępienie. Ale cóż my i tak wolimy czekać na hollywoodzkie efekty specjalne niż kochać, niż się zastanawiać czy kocham. Może to ja swoim brakiem miłości zrobiłem swoisty koniec świata bliźniemu!? Czy dziś żyjemy w czasach ostatecznych? I tak i nie. Bo w całym złu świata i we wszelkich brakach jest też miłość, którą staram się dać bliźnim, którą też zostaję obdarzony. To czy koniec świata się zbliża lub oddala leży w naszych rękach… Bo my o ile czynimy miłość o tyle oddalamy od nas koniec świata. Oddalamy zagładę. Bo jeśli nawet zastanie nas koniec czasów i zobaczymy ten opis, który przytoczyłem na początku, nie bójmy się! My nie musimy. Mamy wiecznego arcykapłana po swojej stronie, mamy Jezusa, który nas już zbawił, złożył jedyną, wieczną ofiarę za nasze grzechy na krzyżu(Hbr 10, 11—14.18). Na dzisiejszej, na naszej Gwieździe Dawida, która wskazuje nam drogę do zbawienia. Jezus jest drogą, prawdą i życiem. Jeśli idziesz Jego drogą, nie musisz się bać, nie musisz się bać jeśli kochasz, bo nie jest ważne czy jesteś katolikiem, protestantem, zielonoświątkowcem, prawosławnym, muzułmaninem, czy człowiekiem szukającym prawdy. Liczy się to czy służysz jedynemu prawu. Prawu miłości! Jeśli tak, to odwagi, jeśli nie, to bój się.
Sami też zastanówmy się czy rzeczywiście kochamy wystarczająco dużo. Śmiem twierdzić, że nie. Kochajmy i czekajmy ze spokojem na koniec. Nie czekajmy na efekty specjalne, bo koniec świata może nam po prostu umknąć. Możemy obudzić się z przysłowiową ręką w nocniku. Może nam umknąć okazja do czynienia dobra, do czynienia miłości. A prawda jakże często nam one umykały? Nie róbmy tego więcej. Wykorzystujmy każdą okazję.
Nie cieszmy się także z tego, że przez nas przychodziły cuda, że doświadczaliśmy ich, cieszmy się z tego, że nasze imiona są zapisane w księdze życia. Strzeże nas nasz Bóg, Jemu zaufaliśmy! (PS 16, 5). Trwając w mądrości Bożej czyli miłości, będziemy świecić! ( Dn 12, 3)
Spotkałem Pana w mych słabościach! (2012)
Myśląc nad dzisiejszym rozważaniem i wgłębiając się w Słowo Boże uderzyły mnie słowa Jezusa wypowiedziane do uczniów, które są odpowiedzią na ich pytanie „Kto zgrzeszył, że się urodził niewidomy — on czy jego rodzice? (J 9, 2)” Lecz Jezus zaskakuje odpowiadając: „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale (stało się tak), aby na nim objawiły sprawy Boże(J 9, 3)” Uderzyły mnie te słowa bowiem to sytuacja podobna do mojej, też choruję od urodzenia, też słyszę pod swoim adresem pytania: dlaczego Cię to spotyka, za jakie grzechy? Często też słyszałem głos mojej mamy, która czasem wyżalała się nad moim losem przed sąsiadką: Dlaczego on, dlaczego mój syn? Itd. Na pewno wiele razy to pytanie było kierowane przez moją rodzinę do Boga: Czemu on? Cośmy złego zrobili? Ludzie z boku, dalsi członkowie rodziny, po prostu niewtajemniczeni też pewnie sobie swoje myślą: pewnie ta … i tu padają określenia pod adresem mojej mamy i zarzuty, że to przez to jej palnie papierosów w ciąży, pewnie się źle prowadziła i Bóg jeden wie co ona tam robiła… to teraz ma syna chorego… ma swoją zapłatę i jeszcze dzieciaka skrzywdziła… O ojcu: no tak do kościoła nie chodzi to ma itd. itd. Myślę, że wielu z nas spotykało się z czymś takim, jeśli nie było to wprost skierowane wobec nas to na pewno byliśmy świadkami takich słów i pytań wobec Boga i bliźnich. Ja sam też zadawałem te pytania Panu Bogu — pytałem dlaczego ja? Co ja takiego zrobiłem, że ja muszę leżeć w szpitalach, a inne dzieci sobie grają w piłkę? Dlaczego Panie moja choroba jest taka, a nie inna? Dlaczego Panie nie mogę robić tego i tamtego? I pytanie, te od niedawna: dlaczego pewnie do końca życia będę niedoszłym księdzem — mając w pamięci to, że tylko przez chorobę nie mogę nim zostać? Długo zadawałem te pytania, w pewnym momencie wiara we mnie umarła — chodzenie na msze stało pustym rytuałem, szukałem Boga nie w Kościele lecz w Islamie. Nie potrafiłem zaakceptować siebie, miałem pretensje do Boga, mamy, taty i wszystkich dookoła — dlaczego ja…? Popadałem w kompleksy, fobie, uzależnienia, staczałem się… Ten czas był okresem mojego dojrzewania, zaczęło się może gdy miałem ze 13 lat i bardzo chciałem grać w piłkę lecz nie mogłem trwało to do 17 roku życia, a i czasem jeszcze trwa bo pytania nie ustają. Dziś mam 22 lata i kilka razy spotkałem na mojej drodze przechodzącego po niej Jezusa Chrystusa. Usłyszał on moje pytania, pytania moich rodziców, pytania ludzi dookoła — jego uczniów i odpowiedział: „Nikt nie zgrzeszył! To po to by na nim objawiła się moc Boża!”, „Pragnę by na Wojciechu Jałoszyńskim objawiła się moja moc!” To wielka Dobra Nowina! Gdy miałem te 17 lat myślałem, że to dopust Boży, mój krzyż, który jest dany dla mojego dobra lecz dopiero nie tak dawno może rok temu z hakiem dotarło do mnie, że to krzyż ale krzyż błogosławieństwa! Błogosławieństwa mojego ale też i ludzi, którzy są wokół mnie! Oraz drodzy bracia i siostry Was! Byłem niewidomy, nie widziałem sensu mojego życia, celu, nie znałem pieśni mego życia! Byłem pogrążony w ciemności, byłem pogrążony we własnej chorobie, we własnych i cudzych pytaniach do Boga. Jezus przyszedł i odpowiedział poprzez ludzi, Słowo, Liturgię, wydarzenia w moim życiu: „Wybrałem Cię byś niósł błogosławieństwo i mnie tam gdzie Cię poślę, po prostu zaakceptuj ten stan rzeczy — nie, nie uzdrowię Cię z choroby lecz dam Ci przejrzeć! Daję Ci zobaczyć sens twego istnienia! Żyj codziennością módl się, pisz, chodź, ucz się, studiuj, bądź w akademiku, rozmawiaj z ludźmi, angażuj się społecznie, w Kościele, gdziekolwiek zapragniesz być i włożyć swój wkład po prostu idź tam! Idź za tym co pociąga Twoje oczy i porusza Twoje serce! Śmiej się, rób sobie jaja, gdy będziesz w szpitalu zarażaj innym dobrym humorem, niech on Cię nie opuszcza, raduj się, raduj się zawsze i wszędzie! Tak pokaż, że ja Pan Twój jestem Bogiem i Panem jedynym i nie ma innego oprócz mnie!” To proste rzeczy, to takie splunięcie na ziemię, uczynienie błota i posmarowanie tym moich oczu — niby banalne ale jakie piękne! Ale i czasem to jest trudne. Czasem trudno iść to wcielić w życie, bo to wydaje się zbyt proste, zbyt banalne, no bo jak tylko tyle? Tylko mam żyć? Tak po prostu, tak po prostu błockiem po oczach i obmyć się w sadzawce? Tylko tyle? „Tak tylko tyle!” mówi Pan! A inni? Cóż zawsze znajdą się niedowiarki co powiedzą, że to tylko moja psychika jest mocna, uznają mnie za dziwnego, nawiedzonego fanatyka. Znajdą się faryzeusze, którzy powiedzą, że może i to dobry człowiek ale że to na nim objawia się nam moc Boża? Bez przesady gdyby Pan go wzywał to byłby w pełni zdrowy! — Byłem tego świadkiem i w seminarium i u Jezuitów ale także w codzienności. Ale to nie ważne, że nie przyjęli mnie faryzeusze, ważne żeby mnie przyjęli moi bliźni, by widząc mnie widzieli Boże czyny i chwalili Ojca, który jest w Niebie. To spotkanie w moich słabościach odmieniło moje życie, zmieniło moje myślenie o Bogu, ludziach i własnej chorobie! Dało mi sens w życiu, uczyniło mnie błogosławieństwem — przejrzałem i przeglądam każdego dnia! Każdego dnia, Pan przychodzi do mnie i każe mi wstać i po prostu żyć! I widzieć w innych coś więcej niż ruchomą masę ciała i kości. Codziennie przeżywam ten prosty rytuał splunięcia na ziemię, mazania błotem po oczach i obmycia się w sadzawce. Bóg w dzisiejszym Słowie przychodzi do nas! Przychodzi do ukochanej, przychodzi do Elżbiety poprzez wysłańców, poprzez ukochanego i przez Maryję! Bóg posługuje się ludźmi, przyjmujmy więc każdego człowieka jako Bożego posłańca poprzez, którego Bóg chce coś nam powiedzieć. Módlmy się też o znaki, pytajmy Pana! Pan odpowiedział na modlitwy Elżbiety! Odpowiedział na moje, więc czemu miałby nie odpowiedzieć na Twoje? To nieprawda, że Bóg wysłuchuje tylko tych dobrych! Nie! Bóg wysłuchuje każdego kto tego pragnie! Lecz później nie pozostaje nic innego jak tylko uwierzyć — co jest trudne bo zbyt proste i banalne by Słowo wcielić w życie! Bóg daje też znaki, Maryi mówi o Elżbiecie, że niepłodna jest w ciąży, ta jak mówi nam Liturgia słowa idzie z pośpiechem (co jest ważne) sprawdzić Boże Słowo! Sprawdzajmy też Boże Słowo i Boże znaki. Badajmy rzeczywistość, wydarzenia, ludzi i dostrzegajmy w nich Pana jak Elżbieta i wydawajmy okrzyk radości! Błogosławmy Pana i ludzi przez których przychodzi — choć ludzie ci mogą strasznie nas zranić — a w zranieniu też doświadczamy Pana więc nie złorzeczmy lecz błogosławmy! Każdego! Maryja uwierzyła! Dlatego jest tym kim jest! A Ty wierzysz?
A mnie zapytał Pan „Wojciechu czy wierzysz we mnie?” Odpowiedziałem padając mu do stóp: „Wierzę Panie! Nie tyle w Ciebie co Tobie!
Ja spotkałem Pana w słabościach, w chorobie, w grzechach, w złu, którego doświadczyłem. Bóg przychodzi! Jest w drodze! Jest z nami! Zawsze i wszędzie! Nie opuszcza nas! Chce być z nami! Chce nam przywrócić wzrok! Nie opierajmy się! Poddajmy się prostej wierze! Poddajmy się prostym Słowom Boga i Jego poleceniom to naprawdę tylko ślina — błoto- oczy — sadzawka! Nie kombinujmy. Na koniec spójrzmy jak ukochana i Elżbieta radują sie z przyjścia Pana! My też radujmy się! Radujmy się, ze Pan dał nam spotkanie dzięki, któremu przejrzeliśmy, a jeśli jeszcze jesteśmy niewidomi to prośmy o przejrzenie! Czasem jest tak, że niby przejrzeliśmy ale nie do końca — prośmy o całkowite przejrzenie i zerwanie z ciemnością! Co może trwać ale bądźmy cierpliwi.
W całym moim życiu ale i w mijającym roku wiele razy spotkałem Pana na wiele sposobów, w różnych wydarzeniach, przez różnych ludzi i wiele razy przeglądałem i pewnie już tak będzie do końca mych dni! Obym był czujny na przyjście Pana poprzez ludzi, wydarzenia i Jego Słowo.
Na sam koniec chciałbym podzielić się z Wami czymś co napisałem będąc w szpitalu i przeżywając tam swoje 22 urodziny, niech to będą świąteczne życzenia dla Was:
Nie życz mi pieniędzy bo Pan dba o mnie lepiej niż o lilie i ptaki
Nie życz mi miłości bo tę jedyną i prawdziwą już znalazłem
Nie życz mi zdrowia bo i bez tego żyć potrafię
Nie życz szczęścia bo je odnalazłem
Nie życz mi radości bo i radością kipię Mam ją w sercu choć nie zawsze na twarzy
Nie życz mi spełnienia tego co mi się marzy
Bo czasem przez to się gubię
Nie życz mi pokoju bo dać mi go nie możesz
W ogóle nie życz mi niczego
Bo wszystko mam
Proszę Cię tylko drogi przyjacielu i przyjaciółko
Bądź ze mną bo i ja być z Tobą pragnę
Dziel się sobą bo i ja się dzielić chcę
Potrzebuję Cię jak Ty mnie
Choć czasem jest nam ze sobą ciężko
To jednak bądź przy mnie, a ja przy Tobie
Bo Bóg świeci na naszej drodze!
Życzę Wam drodzy czytelnicy tego byście byli dla innych, byście się dzielili. To czego życzycie swoim bliskim na to nie macie wpływu czy to się spełni czy nie lecz możecie iść do innych i dać im siebie, a to najpiękniejsze życzenia i dar jaki możecie złożyć! Wesołych Świąt Pan przyszedł!
Czyńcie cokolwiek wam powie… (2013)
Pośród narodów głoście chwałę Pana! (Ps99, 1) Głoście gdziekolwiek jesteście i cokolwiek robicie! Chwalcie Pana!
Pan Bóg w moim odczuciu pragnie od nas przede wszystkim uwielbienia i radości zawsze i wszędzie, cokolwiek by się nie działo Boga należy chwalić. Choć jest ciężko i trudy dobijają Ciebie — chwal Pana gdyż jak już wielokrotnie pisałem to co Cię spotyka jest po to by Ciebie umocniło! Dziękuję Ci Panie, za trudy, ciężary i przeszkody, które mi dałeś… Tak, dziękuję Ci i uwielbiam za to, że we mnie wierzysz, że to przejdę! Z Twoją pomocą!
Izajasz mówi mi, że Pan nie spocznie póki Ciebie nie „zdobędzie”, póki Tobie nie przywróci pierwotnej chwały, godności ludzkiej — człowieka stworzonego na Jego obraz i podobieństwo. Pan daje obietnicę szczęścia wiecznego i ziemskiego za oddanie się jemu! Panu naprawdę zależy na Tobie! On chce się Tobą, Twoim szczęściem cieszyć razem z Tobą! Powiem Ci więcej. On się cieszy z Ciebie bardziej niż ktokolwiek na Ziemi! Pan da Ci szczęście zarówno wieczne i ziemskie! Tylko mu zaufaj! Oddaj mu się, a nie będziesz nigdy sam! No dobra możesz być celibatariuszem lecz nigdy nie będziesz sam! Bo będzie Bóg Jezus Chrystus Syn Boga Żywego, który… jest i będzie z Tobą nawet wtedy gdy postanowisz odejść! Ty możesz go zawieźć, On Ciebie nie! Jeśli jesteś kobietą to weź sobie do serca to słowo odnośnie bycia Oblubienicą! Bóg Cię kocha! Żaden facet na tym świecie nie będzie Cię tak kochać! Jeśli jesteś facetem hm… No my nie lubimy jak nas kocha drugi facet(oprócz zdrowej męskiej przyjaźni) więc miej świadomość, że On jest jak przyjaciel, który zawsze zrobi wszystko by uratować Tobie tyłek i uczynić Cię szczęśliwym! On jest Twoim władcą, królem który obdarza Cię swoistym ziemskim majątkiem i każe Ci być jego rządcą, daje Tobie dobra, które masz obowiązek pomnożyć! Warunek jest taki: musisz mu służyć i być jego!
Ta obietnica potwierdza się w Ewangelii Janowej. Swoją drogą jaki to był równy gość ten Jezus, zabrał swoją bandę na weselicho i zafundował im jakieś 400 litrów wina (śmiech) I niech mi teraz ktoś powie, że chrześcijanin to musi być asceta. Nie musi lecz z głową ma z dóbr doczesnych korzystać. Pomijając jednak tę dygresję uwagę trzeba zwrócić właśnie na owe stągwie. To były olbrzymie zbiorniki na wodę, której w tych okolicach brakowało. Ta woda była dla nich czymś wielkim, była ich dobrem. Była poniekąd ich jedyną szansą na przeżycie. Lecz oni tę drogocenną wodę oddają Jezusowi by zwykła woda stała się wybornym winem! Oddają wszystko co mają, metaforycznie oddają swoje życie Jezusowi, a ten niemal natychmiast obdarza ich metaforą wina — szczęściem!
Tak więc oddajmy życie Jezusowi, oddajmy wszystko co mamy! Bóg na pewno da nam szczęście! To prawdziwe szczęście! Nie oznacza to, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie! Nie! Ja tak nie mam! Ale jestem szczęśliwy! Bo wiem, że te trudy mają głęboki sens, są po to bym był coraz lepszym człowiekiem! Dlatego chwalę i uwielbiam Pana!
Czytając fragment listu Pawła na myśl przychodzi mi książka J.I Packera „Poznanie Boga”, którą polecił mi pan Kazimierz. Nie pamiętam dokładnie cytatu lecz myśl. Jest to początek książki, w którym autor zaznacza, że my ludzie lubimy fajerwerki, lubimy cuda itd. Lecz nie tędy droga! Drogą jest ten, którego mocą czynimy cuda i od którego pochodzą inne choć mniej spektakularne lecz konieczniejsze charyzmaty typu rozeznanie(po co Ci uzdrawiać jak nie wiesz kim w życiu być). Tak więc nie martw się, że nie uzdrawiasz, martw się lepiej tym, że nie możesz rozeznać swojego powołania!
Chciałbym zakończyć to rozważanie modlitwą św Ignacego, którą odmawiam codziennie zanim ruszę się z wyra:
Zabierz, Panie, i przyjmij
całą wolność moją,
pamięć moją i rozum,
i wolę mą całą,
cokolwiek mam i posiadam.
Ty mi to wszystko dałeś
Tobie to, Panie oddaję.
Twoje jest wszystko.
Rozporządzaj tym w pełni
wedle swojej woli.
Daj mi jedynie
miłość Twą i łaskę,
albowiem to mi wystarcza.
Amen.
Obietnica jest dla grzeszników! (2013)
Wyobraź sobie taką sytuację. Jesteś mężczyzną, który dopiero co poślubił ukochaną kobietę, jeszcze z nią nie spałeś, a dopiero co macie razem zamieszkać. I tak ni stąd ni z owąd przychodzi do Ciebie ta kobieta i oznajmia Tobie, że jest w ciąży. Na dodatek wciska Ci bajkę, że to dziecko Boga, a tak w ogóle to twierdzi, że jest nadal dziewicą. Wierzysz? Serio uwierzyłbyś w taką opowieść? Tak bez żadnych pytań i „ale”.
Nie! Józef też od razu nie wierzy. Wczuj się w sytuację Józefa. Nagle w jednej chwili legły w gruzach wszystkie jego plany i marzenia. W dzisiejszych czasach taka sytuacja została by określona po prostu jako „masakra”. Po prostu kicha. Nici z planów małżeńskich i rodzinnych, nici z szacunku na mieście i na dodatek kobieta, którą kocha zostanie ukamieniowana. Sytuacja naprawdę nie wygląda zbyt ciekawie. To, że kobieta rogi mu przyprawiła to jeszcze chłop przeżyje ale facet wyraźnie kocha Maryję i choć jest mu cholernie źle to próbuje chociaż ją uratować. Jak czytamy w Ewangelii Mateuszowej: „postanowił oddalić ją potajemnie”. Bóg widząc, że człowiek tak sam z siebie średnio odczytuje Bożą Myśl zbawienia postanawia interweniować. Posyła Anioła, który wyjaśnia Boże plany, który mówi, że Józef ma się NIE BAĆ I WYPEŁNIĆ BOŻĄ OBIETNICĘ. Bóg właśnie potwierdził to co mówiła jego ukochana. To będzie wielki człowiek, a właściwie Bóg-człowiek, który „zbawi swój lud od jego grzechów”. Jak czytamy dalej: „Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański”
Ile razy Bóg w Twoim życiu objawił Tobie swoją wolę? Ile razy dał Ci jakiś znak, światło? Może Tobie też posłał Anioła bądź proroka, który w jednej chwili ciemność zamienił na światłość? W moim życiu mnóstwo razy, za każdym razem inaczej, gdzie indziej i przez kogo innego lecz zawsze potwierdzał wypełnienie swojej obietnicy. Mimo moich słabości, lęków, wad i grzechów bowiem jak czytamy w Liście św. Pawła do Rzymian Boża obietnica realizuje się nie dlatego, że jesteśmy sprawiedliwi lecz dlatego, że uwierzyliśmy i zawierzyliśmy Panu. Nie zostaje nic innego jak Bogu za to podziękować i uwielbić Jego imię.
Dla otoczenia Józefa i Maryi ich sytuacja była jasna. Kobieta gościa walnęła w rogi, zaszła w ciążę, na dodatek kłamie. Nic, pozostaje ich tylko potępić. Maryję za czyn, Józefa, że tak się z babą cacka i chce ją ratować. Oboje pewnie w oczach sąsiadów byli spaleni, przegrani określeni jako grzesznicy i skazani na społeczny ostracyzm. Lecz plan Boga był inny! Bóg z zewnątrz wyglądającej nieuporządkowanie sytuacji wyciąga dobro. Więcej przez tę sytuację na świat przychodzi Mesjasz, Jezus Chrystus Syn Boga Żywego. Tak właśnie Bóg realizuje obietnicę daną najpierw Abrahamowi, a potem Dawidowi. W takich dziwnych, pozornie kolokwialnie mówiąc złych okolicznościach miłosierny Jahwe objawia swoją wolę i dzieło zbawienia. Bóg jest większy niż nasze wyobrażenia i sądy. O tym, że Bóg często działa poprzez nasze grzechy i słabości chyba nie muszę nikogo przekonywać. Bóg często przychodzi do człowieka właśnie grzesznego, upadłego by właśnie jemu objawić swoją wolę i wypełnić obietnicę daną każdemu i każdej z nas.
Jakże ten dzisiejszy Ewangeliczny obraz jest aktualny. Nieślubne dzieci, związki niesakramentalne, rozwody, odrzucenie przez sąsiadów, przyjaciół, bliskich. Ten grzesznik, tamta grzesznica. Ta jest „dziwką” bo ma nieślubne dziecko, ten jest alkoholikiem, ta jest narkomanką. Ten jest heretykiem bo odszedł z Kościoła, ten jest wręcz wcieleniem zła bo był na Woodstocku. Ten jest szukającym poklasku księdzem bo udzielił wywiadu. Ten jest zły bo postawił się oprawcom, dowodził i bronił niewygodnej dla nas prawdy. Ten nie jest prawdziwym katolikiem bo słucha Radia Maryja bądź czyta Tygodnik Powszechny. Ten jest zły bo mieszka wśród grzeszników w akademiku.
Często rzucamy jak z karabinu takie określenia i sądy. Ten dobry, ten zły, grzesznik, ja sprawiedliwy. To grzeszna sytuacja. Żyją w grzechu. Tam nie ma Boga. To wybrańcy belzebuba. A skąd to wiesz? A może właśnie w tej z pozoru grzesznej sytuacji jest miłość, jest poszanowanie ludzkiej godności, jest Bóg? Może właśnie dla tych ludzi to, że grzeszą jest punktem wyjścia do tego by zaufać i powierzyć się Bogu. Może przez to, że grzeszą prawdziwie wierzą? Sam św. Paweł pisał, że oścień dany mu dla ciała przypomina o tym jak bardzo potrzebuje Boga.
To, że poszedłem w grzeszne miejsca typu Przystanek Woodstock czy akademik Bóg wykorzystał mnie jako światło dla innych. Bóg posłał mnie grzesznika do grzeszników abym ja był drogowskazem ale też by ci grzesznicy pokazali mi prawdę o sobie samym, że nie wiele się od nich różnię. Jestem dokładnie taki sam jak oni! Wszyscy jesteśmy! Jesteśmy grzesznikami, a ośmielamy się rzucać kamienie sprawiedliwości w innych. Bądź drogi bracie i siostro sprawiedliwy i święty jak Józef. Bądź sprawiedliwy bo Bóg jest sprawiedliwy i święty. Nie szukaj osądu tylko kochaj bliźniego. Choć tego nie rozumiesz po prostu odrzuć kamień, spójrz na człowieka obok Ciebie i nie potępiaj go! Tylko zrób jak Józef konkret… uratuj mu życie! W Tobie drzemie ta ogromna siła przywracania w innych życia tak więc nie zabijaj lecz ratuj! Bóg Cię nie potępił On nie może tego zrobić. Bóg Ci przebaczył tak więc i Ty przebacz innym! A jeśli masz wątpliwości przeczytaj te słowa na głos: „I ja Cię nie potępiam, wstań i nie grzesz więcej!”
Zdrajcy są zawsze sami! (2013)
Jesteś zdrajcą! Tak Ty! Do Ciebie mówię! Co się odwracasz i szukasz po kątach? Jesteś zdrajcą! Każdy jest. Każdy z nas zdradził Jezusa! Ty i ja!
My, którzy jesteśmy odrodzeni z Ducha, my którzy od lat słuchamy Jego nauk, my którzy od lat przebywamy w Jego towarzystwie i chodzimy Jego drogami oraz mamy się za Jego uczniów i apostołów — zdradziliśmy! Wciąż zdradzamy! Powiem więcej! Niestety zdradzać nadal będziemy! Jesteśmy grzesznikami — zdrajcami. Czy kiedykolwiek rozpatrywałeś swój grzech jako zdradę Boga? Długo tego nie rozumiałem póki na pierwszym tygodniu Ćwiczeń Duchowych nie przeżyłem medytacji w której jasno było pokazane, że człowiek — ja Wojciech okazał się zdrajcą, nie dość, że za otrzymane dary nie podziękował to jeszcze je bezczelnie zmarnował. Polecam tu opis Winnicy Pańskiej z księgi Izajasza(Iz5, 1—7). To Ty jesteś tą winnicą, o którą Pan tak dbał, a ono wydawała cierpkie owoce! Bóg dał Ci naprawdę wiele dobra i łask! Bóg okazał Tobie i mnie miłosierdzie! Umarł za nasze grzechy! A my jak mu się odwdzięczamy? Grzechem tj. zdradą! Gdy sobie to uświadomiłem ogarnęło mnie wielkie przerażenie oraz wielki strach co ze mną w takim razie będzie. Nagle mój wzrok powędrował na znajdujący się w oratorium(miejsce do modlitwy) wielki krzyż, na którym wisiał On! Mój zbawiciel od moich grzechów i zdrad. Wtedy zrozumiałem, że choć jestem zdrajcą i strasznie mi z tym źle to jest miłosierdzie Boga, które przebaczy każdą zdradę. Przebaczy bo musi. Człowiek wystarczy, że okaże skruchę, a Bogu nie pozostaje nic innego jak tylko przebaczyć. Rozumiesz tę tajemnicę? Rozumiesz tajemnicę krzyża Chrystusa i tylko Jego krzyża? Bóg jest w stanie przebaczyć nam każdą zdradę, a my? Czy wybaczamy? A może jeśli ktoś Cię zdradził pokazałeś mu palcem drzwi i wygnałeś go ze swego serca? A gdyby Tobie tak Bóg po grzechu ciężkim powiedział: Stary! Nie! Koniec ile można!? Spieprzaj! Nie znam Cię! Zejdź mi z oczu! Precz! — Prawda, że to przerażające? I dobrze, że przeraża! Gdy to piszę mam ciarki na plecach bowiem mnie często nie stać na wybaczenie zdrady(małej ludzkiej), a Bóg wybacza mi za każdym razem(i to wielkie grzechy)…A gdyby Bóg okazał sprawiedliwość… słabo to widzę… Nie, nic nie widzę! Tylko ciemność otchłani śmierci! Co więcej Bóg zdrajcy nie opuszcza, a my…? Posłuchajmy Słowa…
Judasz jest zdrajcą. Robi świństwo to pewne. Lecz spójrzmy na Ewangelię. Czy tam ktoś go próbuje powstrzymać? Czy ktoś z Judaszem rozmawia? Nie! Jak się okazuje kto jest zdrajcą i Judasz wybiega z wieczernika nikt za nim nie idzie. Wszyscy dalej spokojnie ucztują jak gdyby nigdy nic. Ja w tym opisie widzę zaproszenie Jezusa do tego by „zdrajców” nie zostawiać. A Ty jak często zostawiłeś grzesznika/zdrajcę samemu sobie? Tego żula pod sklepem osiedlowym. Co pomyślałeś? Może wpadłeś na to by podać mu dłoń? Może chciałeś ustalić jego tożsamość i jakoś zorganizować dla niego pomoc? A może jednak gdy znowu zagaił po dwa złote pomyślałeś „a gnij pijaku! Weź się do roboty! ”? A co z Twoim sąsiadem, przyjacielem, bliskim, bratem, siostrą, mężem, żoną, córką, synem, ojcem, matką, proboszczem, przełożonym, biskupem, parafianinem? Co zrobiłeś gdy widziałeś, że ten którego nawet kochasz jest zdrajcą i pogrąża się w grzechu i w swojej nędzy dokładnie tak jak Judasz? A może ktoś kogo znałeś popełnił samobójstwo? Dlaczego? Może pił? Może ćpał? Może był pogrążony w pornografii? Może zdradzał żonę? Może bił dziecko? Co zrobiłeś? Jak się zachowałeś wobec zdrajcy? Pozwoliłeś mu wyjść z trzaskiem drzwi? Pomyślałeś to zły człowiek, a dla złych nie ma miejsca w moim życiu? Zdradziła Cię żona to co zrobiłeś? Przebaczyłeś, porozmawiałeś, nakrzyczałeś na nią? Może w akcie desperacji ją uderzyłeś by została? Czy może jednak milczałeś, a Twoje milczenie było tak przerażające i zostawiające ją samą sobie, że nie pozostawało jej nic innego jak odejść, trzasnąć drzwiami, wybiec i pogrążać się w samotności w swojej nędzy?
Nawet jeśli Jezus mówi, o Judaszu „że lepiej gdyby ten człowiek nigdy się nie narodził” to w tych słowach jeszcze nie ma mowy o potępieniu! Jezus Judasza nie potępił! Te słowa tylko potwierdzają, że Judasz robi po prostu źle! Grzeszy! Zdradza! To jest krzyk Jezusa! Nie rób tego! Niestety Judasz robi! Zdradza nauczyciela, mistrza wreszcie przyjaciela pocałunkiem. Ale jeszcze nie jest za późno… Może jeszcze człowiek się opamięta? Nie, nie opamiętał się.
Ale czy to koniec? Czy w tym momencie dokonuje się potępienie Judasza? Zdrajcy dokładnie takiego samego jak Ty i ja? Nie! Z opisu Ewangelii wynika, że Judasz był cały czas sam! Opuścił go mistrz. Opuścili go apostołowie — jakby nie było kumple! Opuścili go faryzeusze! Został sam! Sam ze swoim sumieniem. I tu następuje walka, którą Judasz przegrywa i ostatecznie sam siebie potępia! Nie Jezus go potępia lecz on sam siebie potępia! Judasz gdyby tylko się ukorzył przed Bogiem, gdyby tylko padł na twarz… Gdyby tylko poddał się Bożemu sądowi? Jestem pewien, że Miłosierny Bóg, Bóg chrześcijański przebaczyłby mu! Niestety Judasz sam siebie sądzi albo nie. Ulega sądowi Diabła, który drze się w niebogłosy: „Lepiej gdybyś się nie narodził! ”… No i Judasz wierzy ojcowi kłamstwa i jego sądowi. Zabija się! A wraz z nim ginie jego osobista nadzieja na zbawienie. Właśnie dopiero wtedy jest koniec. A gdyby tak apostołowie, jego kumple, wręcz przyjaciele porozmawiali z nim? Gdyby któryś z tych jełopów wybiegł za nim…? Jezus mógł tylko wskazać zdrajcę, powiedzieć „Nie rób tego”, dał poznać człowiekowi wiele! To był krzyk zróbcie coś z tym! Niestety człowiek zawiódł… zdradził. Kto bardziej Judasz czy apostołowie? Owszem Słowo musiało się wypełnić ale jestem przekonany, że niekoniecznie musiał to być Judasz Iskariota. Na pewno za ten czym nie musiał być potępiony!
Cofnijmy się do pierwszego czytania z księgi Izajasza. Tam jest opis tego, którego język nie potępia lecz krzepi! Tam jest opis odrzuconego, który nikogo nie odrzuca. Lecz aby być człowiekiem, który nie odrzuca lecz przygarnia. Aby być człowiekiem, który nie zabija lecz krzepi. Aby być człowiekiem, który wybaczy zdrajcy, człowiek ten musi słuchać Słowa Pańskiego! Bóg dał Ci uszy, dał wzrok więc słuchaj i czytaj Jego słowo! Izajasz pyta „Któż mnie potępi?”
Człowiek? Bo na pewno nie Miłosierny Bóg, który wydał swego syna na śmierć krzyżową po to aby człowieka zbawić, a nie potępić! Tak wiec bądź sługą! Słuchaj Słowa i wypełniaj je. No i pamiętaj Ty również jesteś zdrajcą!
Siła Bożych ran. Przemiana zamiast uzdrowienia! (2013)
Rany, któż z nas nie ma ran? Mamy je wszyscy! Bez wyjątku, każdy człowiek! Owszem niektórzy mają małe zranienia, skaleczenia na duszy bądź ciele, które są tak mało widoczne, że sami ich nigdy nie zauważą. Inni wprost przeciwnie w swoim ciele i w swojej duszy mają wielkie ropiejące rany. Przeżyli wielkie traumy, które ciągną się za nimi przez całe życie. Szpecą ich, są odrazą dla innych ludzi. Rany te są przysłowiową kulą u nogi nie tylko ich samych lecz rodzin oraz przyjaciół. Ludzie generalnie wstydzą się tych ran, wszelkich ran. Rzadko o nich mówią nawet swoim bliskim. Ludzie o ranach milczą. Ukradkiem idą do lekarza by coś z tym zrobił i nic poza tym.
W ostatnich latach w Kościele zaczęła panować moda na uzdrowienia wszelkich zranienień i tych małych i tych wielkich. Księża czy przeróżni kaznodzieje mówią by przychodzić do Jezusa, który tę ranę nam jakoś namaści, nabalsamuje. Wystarczy wzbudzić intencję, a Bóg mocą Ducha Świętego –słowo klucz-> ZA NAS usunie te rany. Sprawi, że te rany znikną z naszych ciał, dusz, z naszych umysłów. Już nigdy nie będziemy musieli do tego wracać. Jak wiele razy słyszałeś drogi bracie i siostro wezwanie: udaj się do Jezusa On Cię uzdrowi. Sprawi, że twoja przeszłość po prostu… przestanie istnieć! Rany Cię szpecą! Rany Cię ograniczają! Rany Cię paraliżują! Rany nie pozwalają Tobie żyć! Ran powinieneś się wstydzić! Pan Bóg Cię uzdrowi i wtedy będziesz mógł żyć pełnią i Jemu służyć! Ile razy to słyszałeś? Ile razy? Ja mnóstwo! Szukałem cudu! Modliłem się o cud uzdrowienia z choroby bo myślałem, że jak Pan mnie uzdrowi to wtedy… zacznę tak naprawdę żyć! Szukałem modlitw, grup Charyzmatycznych by oni — tak oni, nie Pan Bóg — mnie cudownie dotknęli, pomamrotali coś pod nosem a ja odejdę jako inny człowiek. Szukałem uzdrowienia także moich wewnętrznych ran no i nic. Szukałem cudu. Nie otrzymałem go. Znaczy z takim podejściem nie otrzymałem cudu. Aby było jasne ja nie podważam uzdrawiającej mocy łaski Ducha Świętego, nie podważam też grup charyzmatycznych w Kościele. Cieszę się bardzo, że takie coś jest. Sam korzystałem z takich modlitw wstawienniczych, mnie samemu również zdarzyło się posługiwać modlitwą wstawienniczą. Podczas modlitw owszem czułem strumień miłości przeszywający moje ciało i duszę lecz no problemy zostawały. Byłem trochę zdezorientowany, co jest grane? Przecież modlili się nade mną? Przecież czułem Boga? A moje problemy nadal zostawały. Dziwiło mnie to też dlatego, że sam byłem świadkiem uzdrowień z chorób fizycznych czy z zniewoleń. Owszem Duch Święty działa i Bóg dokonuje cudów, wielkich cudów uzdrowień, uwolnień itd. Lecz Bóg czasem ma inny plan. Nie chce byśmy zostali uzdrowieni! Tak Jezus wybiera od czasu do czasu ostatnio przekonuję się, że coraz częściej ludzi, którymi chce się posłużyć w sposób dość powiedzielibyśmy… dziwny. Tych ludzi nie uzdrawia. Nie daje im cudów. On sprawia, że to oni stają się cudem! Oni otrzymują specjalne zadanie od Boga zaniesienia innym Dobrej Nowiny. Bóg wybiera ich by na nich jeszcze bardziej niż przez cudowne uzdrowienia objawiła się chwała Ojca. Więcej to oni są wybrani do chwały!
Wczytajmy się w Ewangelię i zobaczmy oczami wyobraźni dzisiejsze sceny. Zobaczmy, że Jezus gdy przywitał uczniów wezwaniem „Pokój wam” to zaraz pokazał im swoje… RANY, konkretnie przebite ręce oraz bok(J 20, 20). Jezus nie wstydzi się swoich ran! On wie, co te rany za sobą niosą! A niosą nasze, Twoje i moje zbawienie! Rany te choć tak szpetne, tak wielkie, że pewnie „świat przez nie widać” są chwałą Jezusa! Jezus wiele wycierpiał, wiele musiał znieść bólu fizycznego, psychicznego oraz duchowego. Jezusa te rany po prostu zwyczajnie bolały! Jednak On tych ran się nie wyrzeka, nie chowa ich! Nie zasłania! Nie prosi Boga o ich uzdrowienie! Po prostu je odsłania! Tak zwyczajnie mówi do nas „no zobacz! To ja! Ten sam Jezus sprzed kilku dni!” Ten sam a jednak inny! Jezus z tych szpecących, bolących, będących ciężarem ran uczynił błogosławieństwo swojego istnienia jak i naszego! To w tych ranach jest nasze odkupienie! Bóg ran nie uzdrowił choć miał do tego moc, On je przemienił! Co więcej jak czytamy dalej pozwolił ciekawskiemu i niedowierzającemu Tomaszowi wetknąć swoje paluchy w jego rany! (J20, 27) Jezus pozwolił się dotknąć! Pozwolił ludziom obcować z Jego cierpieniem, Jego krzyżem, Jego misją oraz powołaniem!
Gdy przez długi czas nieskutecznie szukałem drogi życia, gdy wiele razy modliłem się o uzdrowienie z mojej choroby(moich ran) i nie otrzymywałem tego uzdrowienia, gdy zacząłem już mieć życia serdecznie dosyć, gdy naprawdę zacząłem wierzyć, że Bóg mnie nie kocha, gdy faktycznie ze zgorzknieniem stwierdziłem, że moje życie jest nic nie warte, jest nikomu nie potrzebne z pomocą przyszedł Pan ze swoim Słowem! Właśnie z tym opisem spotkania Zmartwychwstałego z uczniami! Zrozumiałem, że moja choroba, moje rany nie są czymś ograniczającym mnie. Nie jest to coś złego w moim życiu. Zrozumiałem, że moja choroba, moje cierpienie jest moim błogosławieństwem! Jest tak naprawdę wezwaniem do stania się świadkiem Jego miłości wobec ludzi! Bóg mnie wybrał przez chorobę, przez to co złe w moim życiu nośnikiem przesłania nadziei! Jezus przez swoje Słowo wezwał mnie do dzielenia się ranami, doświadczeniem Bożej miłości w cierpieniu aby inni zobaczyli, że choroba to nie koniec. Chcę pokazać, że z chorobą można żyć! Z chorobą warto żyć! Kocham życie! Bo właśnie wtedy gdy przyjąłem mój krzyż, gdy przyjąłem moją misję doświadczyłem cudu! Doświadczyłem cudu Bożego wezwania do służby Jemu i drugiemu człowiekowi! Zrozumiałem, że mam stać się cudem dla innych! Bo właśnie jak to mówi mój idol Nick’ Vujicic „JEŚLI NIE OTRZYMUJESZ CUDÓW TO STAŃ SIĘ CUDEM DLA INNYCH!” Ja również pisząc choćby na Tezeuszu pozwoliłem włożyć Twoje dłonie w moje rany! Co więcej napisałem z moim kolegą książkę, która ukaże się już niedługo w której obaj dzielimy się własnym życiem i doświadczeniami! Dzielimy się nie dla sławy i nie dla jakiegoś ekshibicjonizmu lecz dla pokazania innym, że można i warto żyć! Dzielimy się naszą nadzieją, wiarą i miłością, którą mamy w sercach i która pozwala nam wstawać każdego ranka!
Tak! Bóg jest miłosierny! Jest miłosierny bo wybrał mnie, Adama i wybiera także Ciebie abyś powstał i przestał się użalać nad swoim losem lecz wziął życie w swoje ręce i zaczął żyć! Jezus zaprasza Cię do tego byś prosił o przemianę swoich ran! Proś o przemianę by to co Cię ogranicza stało się Twoim błogosławieństwem!
Musicie też pamiętać o mądrości Bożej, która dopuszcza do naszego życia różne sytuacje, czasem bardzo trudne i bolesne po to by nas ukształtować, po to by nas przygotować do misji, którą jedynie Ty będziesz mógł wykonać! Wszystko ma sens! A ból zadany przez Boga nie jest bólem, który zabija lecz ten ból Cię hartuje i buduje do tego kim masz się stać! Pamiętaj o tym! Pamiętaj o tym, że Józefa egipskiego najpierw Pan musiał mocno doświadczyć by ten potem stał się najpotężniejszym człowiekiem w ówczesnym świecie. Druga rzecz, odrzucenie. Mnie wiele razy odrzucono przez chorobę. Seminarium, zakon, dziewczyna lecz Pan mnie zapewnił, że „kamień odrzucony przez budujących stanie się kamieniem węgielnym”(Ps118, 22) Tak jestem kamieniem węgielnym i Ty też! Nie daj się odrzucić przez samego siebie, bo choć jedni Cię odrzucą to drudzy Cię przyjmą i możesz stać się tym, który wskazuje drogę.
Miłosierny Pan przemienił moje rany, przemieni także i Twoje! Wczytaj się w Słowa dzisiejszego Psalmu (118) i dziękuj Panu za Jego miłosierdzie! Dziękuj! Dziękuj za wszystko co masz! Także za rany w Twoim życiu! A jeśli się boisz, Bóg mówi Ci: „Przestań się lękać!” On zmartwychwstał! Pokonał śmierć! „Był umarły, a oto jest żyjący!” Umarłeś? Jezus Cię ożywi tylko pozwól mu na to! Nie zamykaj się w swoich ranach, wyjdź poza nie i po mimo tych ran zanieś światu światło Nadziei!
Dzisiejsza uroczystość Niedzieli Miłosierdzia jeszcze dobitniej pokazuje, że Bóg posługuje się tymi słabymi, wyszydzonymi, wzgardzonymi przez innych. Jezus objawił swoją miłość przez Faustynę, prostą, słabo wykształconą dziewczynę. Jezus objawia swoją miłość przez Adama i Wojtka, prostych ludzi, grzeszników, mających wiele wad i braków(min moja ortografia!). Czemu niemiałby posłużyć się Tobą? Pozwól mu, a zobaczysz, że Twoje życie jest piękne. A służyć Jemu to prawdziwie szczęście.
Bóg, który jest Bogiem żywych a nie umarłych! (2013)
Ja to mam szczęście! Mam szczęście bo wtedy gdy przypada mi niby to przypadkowo rozważanie niedzielne zawsze jest Ewangelia, która pozwala mi zwiastować Tobie Dobrą Nowinę i nadzieję! A jak wiesz jeśli jest nadzieja to warto żyć!
Dzisiaj Słowo Boże mówi o wielkości Boga, który przywraca radość, nadzieję, a w końcu przywraca życie! Zarówno pierwsze czytanie jak i Ewangelia mówią o wskrzeszeniu umarłych synów wdów. Kobiety te jak czytamy były pogrążone w wielkim żalu i smutku — straciły nadzieję. Obie płakały, obie bowiem straciły coś bardzo cennego — swoje dzieci oraz mężów. Zostały same! Mimo tego, że idzie z „ewangeliczną” kobietą tłum w tym kondukcie pogrzebowym to ona jest całkiem sama! Straciła wszystko! Wdowa w Biblii to kobieta pozbawiona już niemal wszystkiego, słaba, którą ktoś z wielkiej łaski musi się zająć, przygarnąć, dać dach nad głową, nakarmić i napoić. Synowie symbolizują to co dla nas jest najcenniejsze to co jest nam najbardziej drogie. Synowie oznaczają to co najbardziej kochasz i to czego najbardziej pragniesz! Ich śmierć oznacza stratę. Stratę miłości, pragnień, nadziei i tego wszystkiego co jest na dnie Twojego serca!
Tak szczerze, żyjesz? Masz wszystko? Nie straciłeś niczego? Idziesz w tej scenie w tłumie z Jezusem czy z tą wdową? A może jesteś tą kobietą? A może jesteś tym synem? Może zniszczyłeś czyjeś pragnienia, czyjąś miłość, zabrałeś komuś nadzieję? Poczuj ból! Poczuj ból straty! Straciłeś w życiu wiele! Nie kryj się z tym! Nie ma sensu udawać, że Twoje życie jest piękne, gładkie i lekkie! Płacz, krzycz, lamentuj! Idź w kondukcie pogrzebowym! Przejdź przez tę drogę! Wejdź w siebie, w swoje życie, w swoją historię!
Nie jest najlepiej nie? Nie wszystko gra prawda? Wcale nie jest Ci dobrze. Czujesz ból? A może gniew, złość? Bóg odszedł? Zostawił Cię samego…? Zadajesz mnóstwo pytań! Na żadne nie otrzymujesz odpowiedzi! Modlisz się…
I właśnie Pan przychodzi! Pan przychodzi i mówi Tobie: „Nie płacz”(Łk 7, 13). Otrzyj łzy, ja już jestem. Ulitowałem się nad Tobą i nie chcę abyś płakał i chodził smutny! Przychodzę powiedzieć Tobie: JEST NADZIEJA! Jesteś dla mnie kimś najcenniejszym, kocham Cię i cholernie mi źle kiedy patrzę jak cierpisz! Jezus chce przywrócić Tobie nadzieję, pragnienia i to co w Tobie najcenniejsze oraz najgłębsze! Jezus chce przywrócić Ciebie takiego jakim Cię stworzył! I przywróci! Jeśli go tylko o to poprosisz i zaufasz mu! Jeśli tylko przed Nim padniesz na kolana i powiesz Panie ratuj bo ginę! Pan przyjdzie! Masz moje słowo albo co ważniejsze, Jego Słowo!
Dobra, może wołasz, może krzyczysz, może pytasz i modlisz się a Pan milczy. Może szukasz cudu, pstryknięcia palcami i bach jest! Żyjesz! Nie, nie, nie zawsze tak to działa! Ostatnio się przekonuję coraz bardziej, że nie cudem lecz trudem! Bo jeśli jest trud to jest i cud! Może zamiast usilnie liczyć na cudowne dotknięcie po prostu otwórz oczy i rozejrzyj się! I tu przechodzimy, właściwie to wracamy do pierwszego czytania. Znów kobieta, znów wdowa, której odszedł syn, a wraz z nim to wszystko co kochała. Znów mamy podobną sytuację do tej z Łukaszowej Ewangelii. Z tym, że to pierwsze czytanie, że tak to ujmę jest bardziej… życiowe! Bóg posyła Eliasza, Bóg posyła człowieka tej kobiecie! Kobieta jak prawie każdy z nas gdy cierpi, nie chce widzieć nikogo więcej! Ma do niego pretensje „Po co tu przyszedłeś?” Kobieto! Po to by Tobie ulżyć i objawić chwałę Pana! A Ty? Zapewne też gdy cierpiałeś powiedziałeś drugiemu człowiekowi: spadaj, odwal się, nie twój interes, sam, sama sobie z tym poradzę! Czyżby? Naprawdę samo sobie radzisz? Bóg posługując się ludźmi chce Ci pomóc, a Ty chcesz sam sobie radzić? Ale na pewno nie działa przez niego! Na pewno nie przez X, a na pewno już nie przez Y! A może to właśnie przez X, albo jeszcze ku większemu Twemu zdziwieniu przez Y! Bóg się posługuje i chce Ci pomóc! Niechciany, niepożądany w tamtym miejscu i w tamtym czasie Eliasz mocą Boga przywraca chłopcu życie, a w konsekwencji przywraca życie także matce! Także drogi przyjacielu otwórz oczy i zobacz! Zobacz tego człowieka, zobacz Bożego Posłańca, który w Twoich oczach wcale nie wygląda na Bożego. Może zamiast odrzucać go, a w konsekwencji odrzucać łaskę Pana daj mu czas! Poczekaj! Nie działaj gwałtownie! Przysiądźcie i porozmawiajcie! Wypowiedz przed nim to wszystko co w Tobie jest, Twój cały ból, wszystkie żale! A Pan na pewno będzie działać i uczyni cud! Daj sobie szansę na łaskę! Nie odrzucaj Boga i człowieka! Bo i kiedyś Ciebie odrzucić mogą! A jeśli przyjmiesz tego drugiego człowieka i Pan uczyni cud i ożyjesz to wtedy właśnie Ty otrzymujesz sposobność do tego by być takim Bożym Posłańcem i mocą Boga przywracać u innych to co im bezczelny świat zabrał. Tak, taka sposobność tkwi w każdym z nas. Jest we mnie jest i w Tobie! Po prostu idź, słuchaj i próbuj pomóc! Odrzucą Cię ale Ty próbuj dalej! Dwie osoby nie dadzą Bogu szansy trzecia da i przez Ciebie przyjdzie łaska! Więc próbuj nie poddawaj się! Jesteś cenny! Jesteś potrzebny! Jak nie tej osobie o której myślisz to innej! Nie zatrzymuj się! Nie zatrzymuj Boga i łaski tylko dla siebie! Idź i nieś orędzie nadziei dalej! Darmo Tobie dano więc i Ty darmo dawaj! Tobie życie przywrócono to i Ty przywracaj je u innych!
A jeśli jesteś tym umarłym synem, który zabrał innym nadzieję, pragnienia, miłość — nie martw się! To właśnie Tobie Pan mówi „Młodzieńcze! Mówię Ci wstań!” (Łk 7, 14) Wstań i napraw to coś zawinił! Bo Pan zanim przywróci u innych to co im zabrałeś najpierw musi Ciebie postawić na nogi byś to Ty szedł w Jego Imię i w Jego Imię przywracał coś zabrał. Dobra, czasem nie da się naprawić tego co zniszczyłeś! Czasem jest już za późno byś akurat to Ty przywracał tej osobie której zabrałeś. Czasem tak bywa ale to nie powód by nic nie robić! To akurat jest największy powód do tego byś się ruszył i szedł do innych! Skoro nie da się już pomóc tej osobie to możesz innej! Możesz, ba powinieneś! Zwracaj coś zabrał bo Tobie darmo darowano więc i Ty darmo dawaj! Wskrzeszony młodzieniec nie zachował się dokładnie tak jak mu polecił Jezus. Chodzi żart, że to jest jedno z tych nie udanych uzdrowień Jezusa. No bo Jezus mówi do człowieka „Wstań”, a ten… usiadł! Nie wstał ale usiadł i już przez ten prostą czynność przywrócił radość, nadzieję i szczęście swojej matce!
Pamiętaj, nasz Bóg jest Bogiem żywych, a nie Bogiem umarłych! Umarłeś? Proś o życie! A otrzymując ponownie życie, przywracaj je innym!
Zrozumieć kobietę (2013)
Myśląc nad dzisiejszym rozważaniem przez moją głowę przechodziły różne myśli i wątpliwości. Nie jestem teologiem więc ciężko mi pisać o tym jak należy postrzegać Maryję w Kościele, jakie ma ona dlań znaczenie itd. Nie chcę pisać banałów, że to Matka, pośredniczka łask itd. i też nie chcę wchodzić w jakieś zawiłe teologiczne wywody wielkich umysłów Kościoła na temat Matki Najświętszej. Mówiąc wprost nie znam się na tym! Gdybym miał się skonfrontować z kimś kto nie uznaje Maryi tak jak my katolicy to szczerze mówiąc poległbym. Myślę, że bardzo szybko straciłbym argumenty i zostałbym sprawnie wypunktowany. Też szczerze mówiąc przez długi czas sam miałem wątpliwości co do Maryi. Nie czułem tego co mówi Kościół na temat Naszej Matki. Po prostu gdzieś mi się to kolokwialnie mówiąc kupy nie trzymało. Jakaś pośredniczka, jakaś opiekunka, jakaś pocieszycielka, orędowniczka. Za bardzo pogaństwem mi zalatywało. Przecież ja wierzę w Boga w Trójcy Jedynego starczy przecież nie? Po co mi pośredniczka przecież mogę gadać z Bogiem Ojcem sam na sam? Po co mi pocieszycielka przecież został mi posłany Paraklet? Muszę przyznać, że gdzieś to mi nie odpowiadało. Dusiło mnie to, nie dawało spokoju.
Jednak od jakiegoś dłuższego czasu czytam jako lekturę duchową „Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny” św. Ludwika Marii Grignon de Montfort’a. Po lekturze ponad połowy tego dzieła mam wrażenie, że Pan powoli daje mi poznać sedno nabożeństwa do Matki Najświętszej i zrozumieć jej tajemnicę. Wreszcie, ktoś wyjaśnia mi dlaczego warto mieć swoje małe prywatne nabożeństwo do Maryi Panny. Tam znalazłem wyjaśnienia i stwierdzenia, które wskazują jasno, to Jezus jest celem, a Maryja ma nam służyć ku lepszemu i głębszemu poznaniu naszego Zbawiciela( zob. punkt 60). Czytając ten traktat i mając mniejsze ale jednak wątpliwości w zrozumieniu tajemnicy jaką jest Najświętsza Panna zostałem wewnętrznie przymuszony do tego abym spojrzał i wszedł w historię mojego życia. Gdy wszedłem w swoją przeszłość zobaczyłem działanie Najświętszej Matki, jej pośrednictwo i opiekę. To moja przeszłość oraz fakty z mojego życia, a nie rozważania czy książki pomogły mi w części zrozumieć i w pełni pokochać Maryję. I dzisiaj tak myśląc nad tym co pisać po prostu chciałbym się z Wami podzielić moim intymnym doświadczeniem Mojej Najświętszej Maryi Matki.
Był to rok 2011, kiedy byłem na drugim roku moich studiów będąc w totalnym rozbiciu po nieudanych próbach ułożenia sobie życia. Po bardzo dotkliwym odrzuceniu przez ludzi Kościoła i kobietę w której nie widzieć czemu bardzo się zakochałem. Wtedy w takim stanie powiedziałbym nawet, że depresyjnym postanowiłem napisać do pewnego Jezuity. W tym mailu wyżaliłem się o tym co mnie spotkało, co przeszedłem, jak bardzo jest mi po prostu źle i chcę odnaleźć wreszcie to moje powołanie i misję. Chcę sobie ułożyć życie. Ten Jezuita o. Piotr tylko(!) podziękował(!) za maila i zaprosił mnie na spotkanie do Gdyni. Miałem znajomą w Toruniu z którą chciałem się zobaczyć. Pomyślałem sobie, że to spotkanie w Gdyni długo nie potrwa i w drodze powrotnej zahaczę o Toruń. No i też umówiłem się na spotkanie z tą kobietą. Spotkanie, które mówiąc wprost miało mieć grzeszny charakter(wiecie o co chodzi — śmiech). No i tak sobie pojechałem, porozmawiałem z o. Piotrem — tam porozmawiałem to był krótki dialog, trwał może z 15 minut — byłem wkurzony, że to tak już? Tyle się wlekłem w pociągu by pogadać 15 minut? Swoją drogą później takich spotkań z o. Piotrem było kilka. Każde trwało max 15 minut, a do Gdyni jechałem 5 godzin(śmiech). Ten Jezuita zrobił jednak genialną rzecz, zaprosił mnie do tego abym został w Gdyni bowiem wtedy odbywał się weekend dla studentów. Tak myślałem zostać, nie zostać. W pociągu dostałem wiadomość, że ze spotkania w Toruniu nici bo znajoma musi iść do pracy. No to zostaję, jak już tyle przejechałem. Zostałem i przeżyłem jeden z najpiękniejszych weekendów moim życiu. Odżyłem na nowo i na duchu i na ciele przy okazji poznając fajnych ludzi. To było niesamowite doświadczenie miłości i bliskości Pana Boga, który wyłowił mnie, wziął do siebie i pozwolił zwyczajnie odpocząć.
Gdzie tu Matka Boża? A no tu, że ten weekend odbywał się w dniach 13—15 maja. Do Gdyni jechałem w piątek 13 maja we wspomnienie objawień Najświętszej Maryi Panny w Fatimie. Jadąc tam, nie myślałem, który to dzień miesiąca ani tym bardziej jakie wtedy przypada wspomnienie, dopiero tam na miejscu wieczorem dotarło do mnie to co się wydarzyło. Jestem przekonany o tym, że to zasługa Najświętszej Matki, że mogłem zostać i spotkać Boga, a nie mówiąc bez ogródek skurwić się — przepraszam za to wyrażenie ale tak właśnie by było. To, że to spotkanie miało się odbyć 13 maja, to, że dostałem tego sms’a. W ogóle to, że napisałem do Jezuitów. Dla mnie to nie był przypadek tylko bardzo logiczne prowadzenie i opieka Matki. Tak zaczęła się moja przygoda z zakonem Jezuitów. Później w sierpniu wyraziłem chęć wstąpienia do Towarzystwa Jezusowego, a w swoje 21 urodziny czyli 13(!) grudnia podjąłem ostateczną decyzję; tak chcę być Jezuitą. Po drodze miałem różne myśli, czasami byłem przekonany o słuszności wyboru, a czasami targały mną różnie wątpliwości i pytania. Dotrwałem jednak w decyzji do rozmów od których miała zależeć moja ewentualna przyszłość w zakonie. Rozmowy miały odbyć się w dniach 11—13…. tak maj 2012 roku. Wynik rozmów jest powszechnie znany. Nie mogłem zostać Jezuitą przez moje problemy ze zdrowiem. Jednak nikt nie zna okoliczności w jakich zostały podjęte te jakże ważne dla mnie decyzje. W pierwszy dzień w sobotę 12.05 po rozmowach byłem niemal pewien tego, że wszystko idzie po mojej(niestety mojej) myśli i zostanę przyjęty. Jednak w niedzielę 13.05 wszystko się zmieniło. Jedna rozmowa z jednym z ojców(były prowincjał) wywróciła wszystko do góry nogami. Sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Komunikat był jednoznaczny mimo najszczerszych chęci nie przyjmą mnie ze względu na moje zdrowie. Światło nadziei jeszcze się tliło bowiem nie było ostatecznej decyzji, którą miałem otrzymać kilka dni później.
Muszę powiedzieć, że byłem bardzo i nadal jestem zafascynowany Jezuitami, to im zawdzięczam min. lepsze poznanie siebie, swojej misji, zrozumienie swojej przeszłości. Można powiedzieć, że ich kochałem bo mnie bardzo dobrze po ludzku traktowali. Nie czułem się jak w urzędzie lecz jak w rodzinie. Kiedy wiec przyszła ostateczna odmowna decyzja bardzo ją przeżyłem. Jednak życie toczyło się dalej, niedługo potem obroniłem licencjat, wybrałem studia magisterskie, przyszły wakacje i dość krótko to wszystko przeżywałem. Jednak zrozumienie tego dlaczego nie zostałem wtedy przyjęty przyszło dość niedawno. To wszystko teraz wydaje się być jasne. W ubiegłym roku za tym abym został przyjęty do nowicjatu było pięciu Jezuitów, a dwóch było przeciwnych. Wg słów znajomego scholastyka(kleryk jezuicki) dla duszpasterza powołań byłem najpoważniejszym kandydatem do przyjęcia. Tak więc cudem jest to, że nie zostałem przyjęty! Jestem głęboko przekonany, że wtedy Matka Najświętsza również wsadziła paluchy aby wyszło na wolę Bożą, a nie na moją. Bo gdybym został wtedy przyjęty nie mógłbym robić tego co teraz. Nie mógłbym napisać książki, prowadzić akcji społecznej. Nie mógłbym pomóc tylu ludziom ilu pomogłem w minionym roku. Ten ojciec były prowincjał powiedział też, że on widzi mnie jako świeckiego apostoła, wtedy tego nie rozumiałem. Dziś już rozumiem. Rozumiem i pełnię misję świeckiego apostoła i jestem szczęśliwy! A Matka Boża czuwa nad tym abym tę misję i powołanie pełnił wg. woli Najwyższego! Daje siły i strzeże przed złym.
Tamten okres roku czasu rozpoczęła Maryja i Maryja go zakończyła. To był cudowny okres mimo tego, że na końcu pozornie przegrałem. A w rzeczywistości wygrałem i wybrałem wolę Bożą. A wybierając wolę Bożą wybrałem szczęście. Dzięki Matce Boże jej czujności i opiece. Mam nadzieję, że Was nie zanudziłem tym kawałkiem mojej historii, który pozwolił mi pokochać Matkę Najświętszą. Owszem Matkę Bożą i jej miejsce w Kościele, te wszystkie dogmaty i zdania teologicznie pewne czasem trudno zrozumieć. Wielu z nich i ja nie rozumiem. Nie rozumiem do końca jej tajemnicy i pewnie nigdy nie zrozumiem. Zresztą kto z nas facetów rozumie kobiety? Ileż to my się natrudziliśmy aby je zrozumieć, marnowaliśmy na to czas, pieniądze, wątroby(śmiech) ale i tak nic z tego. Nie znam żadnego mężczyzny, który by rozumiał kobiety! Za to znam mnóstwo, którzy nie rozumieją ale kochają. Sam się do nich zaliczam.
Tak więc jak i kobiet nie należy rozumieć lecz kochać, tak nie musimy zrozumieć Maryi, wystarczy, że ją pokochamy. Kochajmy i wraz z Matką Bożą uwielbiajmy Boga wyśpiewując Magnificat! Tak dla poprawy humoru: Pewnego morningu po dyskusyjnym z kolegami meetingu zostałem obudzony strasznym bólem głowy, Posejdonem oburzonym i wodę w oceanie uzupełnić pragnącym, bólem żołądka przygniatającym ale nie wiedząc czemu z umysłem myślącym. Myślałem, myślałem i przypomniałem sobie czego opijaliśmy obchody i patrzyłem na puste bo wódce flaszki. Nagle przypomniały mi się słowa mądrzejszego braszki. On starszy i dobrej rady kiedyś rzekł mi: kobietą być miałem ale nie chciałem, facetem się urodziłem i kobiet nie rozumiem, bo choć wódki wiele pijąc, tracąc piniądz i wątrobę niszcząc do wniosku doszedłem jednego: kobiety trzeba kochać, a nie rozumieć.
Żebraczka spod kościoła (2013)
W chrześcijaństwie najcudowniejsze jest to, że Pan Bóg lubi się posługiwać ludźmi i to w taki sposób, który często jest dla nas niezrozumiały i burzy wcześniej ustalone przez nas koncepty świata, społeczeństwa, a przede wszystkim wiary i Kościoła.
Mam takie doświadczenie w moim życiu, które odcisnęło na mnie wielkie piętno i zmieniło moje postrzeganie ludzi. Jakieś dwa lata temu w listopadzie, bardzo wcześnie rano -było trochę po szóstej — szedłem przez miasto do kościoła na mszę. Było wtedy bardzo zimno, wietrznie, a deszcz ostro zacinał w oczy. Idę sobie do tego kościoła, podchodzę do głównych drzwi, łapię za klamkę i… zamknięte. Myślę sobie co jest grane? Spojrzałem jednak w lewo gdzie jest drugie wejście do świątyni. A tam przy drzwiach na tym zimnie i w deszczu na ziemi siedziała kobieta, która wskazywała palcem na wejście obok niej. Nie wiem kto to był, pamiętam tylko, że była dość młoda, brudna, jej ubranie też prawdopodobnie dawało znać o przeterminowanej ważności. Podszedłem do tych drzwi, oczywiście minąłem tę kobietę, łapię za klamkę, faktycznie tu było otwarte i wszedłem do kościoła. Później mnie olśniło i pomyślałem, że powinienem coś jej rzucić, jednak gdy wyszedłem po mszy jej już tam nie było. Chodziłem tam do tego kościoła jeszcze przez jakiś czas o tej porze — może z rok — ale nigdy już jej nie zobaczyłem.
Tak sobie myślę, że gdyby Jezus, żył dzisiaj to prawdopodobnie nie wpuścilibyśmy go do kościoła. Jezus byłby tak naprawdę jednym z nas albo byłby tą kobietą spod kościoła. Brudny i śmierdzący. Chrystus niczym nie wyróżniał się z tłumów, chodził normalnie ubrany, nie nosił alby, niewiele różnił się od apostołów i uczniów. Z wyglądu był po prostu normalnym facetem. Nie mówił też przygładzoną składnią, którą znamy z pięknych przekładów Biblii: „zaprawdę, zaprawdę powiadam wam.” Jezus nauczał z mocą i to do wszystkich, a skoro przepowiadał do wszystkich to używał języka powszechnie używanego, tak by swobodnie być zrozumianym przez każdego słuchacza.
Mnie osobiście Jezus wskazał drogę do Kościoła poprzez kobietę, bezdomną, chorą — nie wiem — nie mam pojęcia kto to był, ale wiem, że to był anioł, który będzie się zawsze pojawiał w mojej głowie wtedy, gdy będę miał jakieś odchyły i będę uważał się za kogoś ważniejszego od innych. Ta osoba poniekąd wskazała również moje przyszłe powołanie. Zrozumiałem wtedy, że drogą do Boga są ubodzy, bezdomni, chorzy, ci od których raczej wolimy stronić, wyśmiewani, dziwacy, ludzie którzy są na uboczu, skazywani na niebyt. To właśnie przez nich Pan Bóg najmocniej do nas mówi!
Też w dzisiejszej Ewangelii mamy obraz w którym Bóg mówi do ludzi, którzy Go słuchają ale także do nas poprzez niby nic nie znaczącego, pewnie będącego kulą u nogi dla swoich sparaliżowanego, którego spuszczają przez dach do domu Piotra. Bach! Nagle pojawia się koleś, który leży na jakimś łożu.
Pierwsze co robi Jezus to przebacza mu jego grzechy co wprawia w osłupienie niemal wszystkich. Jemu? Tak! Właśnie jemu! Dlaczego? Bo wewnętrznie tego pragnął i prosił Boga o przebaczenie. Bóg mu przebaczył, a jeśli przebacza to także uzdrawia. My także szukajmy u Boga uzdrowienia ale nie tyle z naszych chorób — chociaż owszem o też o to prośmy — co raczej uzdrowienia naszego sposobu patrzenia na drugiego człowieka. Prośmy o uzdrowienie naszego sposobu pojmowania człowieka, który jest na uboczu, odrzucony, wyśmiewany i skazywany na społeczny niebyt. Zobaczmy coś więcej niż jego „dziwność” Amen.
Recepta na szczęście (2013)
Jak zbudować udane małżeństwo, jak zbudować dobry dom, który ostoi się gdy przyjdą burze? Jak zbudować szczęśliwą i świętą rodzinę?
Na te pytania odpowiada dzisiejsza liturgia Słowa. W Ewangelii widzimy pierwszą i absolutnie najważniejszą rzecz, którą musi zrobić każdy człowiek, który chce założyć rodzinę i nie tylko. Mianowicie jest to słuchanie słów Boga i ich wypełnianie. Bez rozeznania i posłuszeństwa woli Bożej nic nie może się ostać! W Ewangelii widzimy Józefa, który przede wszystkim słucha to co do niego mówi Bóg i to wypełnia. W ogóle podstawą każdej decyzji chrześcijanina powinno być rozeznanie i posłuszeństwo woli Bożej. Tak naprawdę trzy czwarte małżeństw, które się rozpadły nigdy nie powinny mieć miejsca. Nie były rozeznane, nie były przemodlone, nie były wolą Boga. Przyznaję trudno jest słuchać Boga gdy człowiek chce czegoś a Bóg mówi: Nie, to nie to. Trudno jest słuchać Boga gdy chcesz iść w prawo, a Bóg mówi: idź w lewo! Trudno słuchać zwłaszcza wtedy gdy chodzi o pragnienia takie jak pragnienie kochania i bycia kochanym. Wiem to po sobie, kiedy to sam bardzo chcę założyć rodzinę, a Bóg mówi: nie teraz, poczekaj jeszcze trochę, dojrzej, zamknij pewne etapy, wyjdź z fobii, kompleksów itd. Trudno się zebrać i słuchać Boga. W dodatku organizm i chemia robią swoje. Myślimy dużo ale niezbyt racjonalnie, a Bóg mówi: ze spokojem nie ulegaj emocjom i nie oczekuj zbyt wiele. Patrząc na całą postawę Józefa możemy zauważyć, że pytał, rozeznawał, rozważał całą sytuację z Maryją i jej poczętym bez jego udziału dzieckiem. Józef też nigdy nie stawiał się na pierwszym miejscu. Każda jego decyzja miała być najlepsza względem Boga, ale też miała być najlepsza względem Maryi i jej dziecka. On nie chciał zabić jej, ani jej dziecka, a zapewne takie rozwiązanie podpowiadała mu nie tylko starszyzna ale także jego męska duma. Józef usłuchał Boga i przyjął Maryję. Resztę historii na całe szczęście dobrze znamy.
Faryzeusz gdy pytał Jezusa które z przykazań jest największe, Ten odpowiedział: „Słuchaj Izraelu: Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jeden. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych». (Mk 12, 29—31) Jezus zaczął swą odpowiedź pierwsze jest: Słuchaj Izraelu! Właśnie wg tego przykazania ułożył swoje życie Józef mąż Maryi, opiekun Jezusa! Słuchał Boga, miłował Go i wreszcie miłował bliźniego swego jak siebie samego. Większość problemów w ogóle w relacjach z innymi ludźmi zaczyna się wtedy gdy przestaję słuchać, gdy nie miłuję siebie, gdy nie miłuję bliźniego, albo gdy siebie stawiam wyżej od bliźniego, bądź bliźniego wyżej od siebie — Biblia wyraźnie mówi kochaj jak siebie samego, nie więcej, nie mniej! Problemy zaczynają się wtedy gdy to ja staję w centrum i to ja mam dostawać, to ja mam brać. Sęk w tym, że druga strona też chce tylko dostawać i brać… Nie dogadają się! Nie ma szans! To tak jak by ktoś na targu chciał kupić ziemniaki, a nic za nie, nie zapłacić. A sprzedawca chciałby otrzymać pieniądze, a nie dać ziemniaków. Wiemy, że to nie uczuciowe, że nie ma szans aby się dogadali i ubili interesu. W konsekwencji nikt nic nie zyska tylko wszyscy stracą i będą głodni bo sprzedawca nie będzie miał pieniędzy by je spożytkować, a klient nie będzie miał ziemniaków. Wiemy, żeby oba brzuchy były pełne sprzedawca musi oddać ziemniaki, a klient pieniądze.
Józef zawsze bardziej chciał dawać aniżeli brać i to on jest wzorem męża i ojca oraz to jego rodzina uchodzi za świętą!
Ty także słuchaj Boga, wypełniaj Jego Słowo, bo tylko ten kto wypełnia Boże słowo może zbudować dobry dom, założyć dobrą rodzinę, być dobrym księdzem, pastorem, celibatariuszem itd. I wreszcie tylko ten kto wypełnia Boże Słowo jest ojcem, bratem, matką, siostrą Jezusa i ma życie wieczne!
Jeśli chcesz być dobrym mężem, ojcem itd. słuchaj także tego co dziś mówi mędrzec Syracydes: czcij ojca i matkę, nawet wtedy gdy będą słabi i chorzy, nawet jeśliby rozum stracili Ty bądź dla nich wyrozumiały! Gdyż tak zapewnisz sobie miłosierdzie Boga.(zob. Syr 3, 1—16). Żono bądź poddana mężowi oczywiście w granicach zdrowego rozsądku i tylko i wyłącznie wtedy jeśli Mąż Cię miłuje i szanuje oraz gdy nie sprawia Ci przykrości (zob. Kol 3, 18).
A jeśli dopiero tak jak ja szukasz własnej drogi, to pytaj i nie bój się iść za tym co do Ciebie mówi Bóg. Owszem jest to cholernie trudne ale naprawdę czasem warto nie ulegać emocjom, nie oczekiwać zbyt wiele i poczekać. Gdyż lepiej stracić coś co jest tylko na chwilę niż stracić całe życie. Bóg dał Ci rozum, ducha trzeźwego myślenia, oczy, uszy, sumienie, rachunek sumienia używaj tych darów. Bóg ich nie dał po to by sobie były ale po to byś mógł zbudować szczęśliwe i święte życie!
Droga krzyżowa (2014)
Stacja I Wyrok Piłata
Nie masz czasami tak, że Twoi pseudo przyjaciele choć wiedzą, że masz rację, że to co robisz jest słuszne mimo tego boją się wziąć Twoją stronę? Pozwalają aby tłum wytykał Cię palcami i szydził z Ciebie. Znasz to doskonale, każdy z nas to zna. Poznał i Jezus. Spójrz na Niego. Czy on się obraża, płacze, okazuje złość, frustrację? Nie! On jest pobity, opluty, wyszydzony ale stoi i patrzy prosto w oczy tłumowi. On jest spokojny ponieważ wie, że realizuje wolę swojego Ojca! Czy potrafisz brać przykład z Jezusa i nie patrzeć na to, co robią inni? Czy potrafisz wytrzymać presję i robić swoje? Czy potrafisz realizować wolę Bożą pomimo tego, że może Cię spotkać to samo co Jezusa? Dlaczego nie ufasz?
Stacja II Jezus bierze swój krzyż
„Kto chce iść za mną niech zaprze się samego siebie, weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje.” Chcesz iść za nim? Ale tak serio? No ok. Dlaczego więc u Ciebie tyle „ale”, dlaczego się wymigujesz? Dlaczego wciąż od Jego woli ważniejsi są znajomi, rodzice, facebook, youtube, gry? Dlaczego uważasz, że się nie nadajesz, że nie podołasz? Kto Ci to powiedział? Dlaczego nie wierzysz w swoje pasje i talenty? Dlaczego je marnujesz?
Wzięcie swojego krzyża oznacza wzięcie całej swojej historii, całej swojej osoby, z każdą wadą i zaletą, talentem, zdolnością i realizowanie tego do czego On Ciebie wezwał. Nie bierz Jezusowego krzyża. Weź własny! To twoje powołanie i Twoje życie. Będzie trudno ale spójrz na twarz Jezusa. Choć boli to On wie, co będzie. On wie, że niedługo zbawi świat. Ty też masz misję! Uwierz w nią!
Stacja III Pierwszy upadek
Nie! Nie nadaję się! Nie wychodzi mi! To bezsensu! Dam sobie spokój! Człowieku! Dlaczego od razu chcesz żeby Ci wychodziło? Nigdy nikomu od razu nie wychodziło! Gratuluję jednak podjęcia wyzwania! Ruszyłeś! Owszem potknąłeś się, przewróciłeś i zdarłeś kolano. Zaakceptuj to! Popatrz w tył, nie ma powrotu, nie można także zostać w miejscu, machina ruszyła. Tłum naciera, szydzi i krzyczy: przecież mówiliśmy Ci, ze się nie nadajesz, po co Ci to? Dasz im za wygraną? Za kim pójdziesz, za tłumem czy za Jezusem? On w przeciwieństwie do tłumu wierzy w Ciebie. A czy Ty uwierzysz Mu?
Stacja IV Spotkanie z Matką
Twoja Mama martwi się o Ciebie. Dlatego codziennie do Ciebie dzwoni i pisze sms’y. Wybacz jej to mimo tego, że doprowadza Cię niemal do furii. Ona Cię kocha, chce dobrze. Jednak to Twoje życie, nie jej. To Twoja droga, nie jej. To Twoje powołanie, nie jej. Nie daj sobie wybierać za Ciebie. Ona nie przeżyje życia za Ciebie. Miej odwagę powiedzieć rodzicom o swoich pragnieniach i marzeniach. Powiedz im też, o tym czego nie lubisz w ich zachowaniu. Miej odwagę powiedzieć rodzicom, że jesteś w dobrych rękach Ojca. Pewnie, że nie zrozumieją! Maryja też nie rozumiała dlaczego jej syn pozwala tak się traktować i wybiera śmierć za każdego z nas. Nie bój się iść pod prąd i być rodziną Jezusa.
Pamiętaj, że ten Mu bratem, matką, siostrą, kto realizuje wolę Ojca niebieskiego.
Stacja V Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Jezusowi
Czy Szymon ochoczo i z dobroci serca wziął krzyż? Nie! On został przymuszony do tego, aby pomóc Jezusowi. Jednak gdy spojrzał Mu w oczy, oczyścił swe intencje i z serca chciał ulżyć Zbawicielowi, który właśnie zaraz za niego odda życie. Takie coś zwykliśmy nazywać nawróceniem. W pewnym momencie, w swoim życiu możesz zauważyć, że robiąc coś wartościowego i pomocnego dla innych robisz to tylko dlatego, żeby zaimponować innym. Pragniesz pokazać się, zrobić szum wokół siebie albo wypełnić pustkę, odrzucenie. Zmień swoje podejście, oczyść motywacje i idź dalej! Nie porzucaj swoich dobrych uczynków! Nie porzucaj swojej drogi!
Stacja VI Pomoc świętej Weroniki
„Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych moich braci najmniejszych, uczyniliście mnie samemu” Weronika prawdopodobnie nie wiedziała, kim jest Jezus. Po prostu widziała zakrwawionego faceta, który ledwo idzie i w dodatku musi dźwigać krzyż. Wzruszyła się i chciała mu jakoś pomóc, po prostu ulżyć. Jak podaje tradycja jej odwaga została nagrodzona. Otrzymała na chuście wizerunek Boga. Czy widzisz wokół siebie ludzi udręczonych, pobitych? A jeśli ich zauważasz czy masz odwagę jak Weronika podejść do nich i pomóc? To podejście nie jest łatwe. Weronika nie podeszła sobie ot tak do Jezusa. Na pewno ktoś próbował ją powstrzymać, musiała się być może przeciskać przez tłum i żołnierzy. Zapewne też nasłuchała się kilku gorzkich słów. kim to jest skoro takiemu człowiekowi pomaga. Na krzyżu ginęli przecież najwięksi przestępcy, zbrodniarze i gwałciciele. Dała jednak radę! Została wynagrodzona! A Ty? Czy starczy Ci odwagi złamać schemat i podejść do brudnego, śmierdzącego brata i wyciągnąć do niego rękę? Czy starczy Ci odwagi by porozmawiać z tymi, którymi nikt już nie rozmawia? Czy masz odwagę iść tam dokąd nikt inny nie chce iść. Ta zwykła dziewczyna miała!
Stacja VII Drugi upadek
Znowu upadłeś. Już się rozkręciłeś, jesteś prawie po drugiej stronie ulicy, a jednak znów się przewróciłeś. Jak to możliwe? Przecież ja nie mogę upaść, nie mogę pokazać, że jestem słaby. Nie mogę dać poznać po sobie, że coś nie gra, że jest po prostu mi źle. Trudno zaakceptować to, że jest się słabym i grzesznym. Chcemy być idealni bo wszyscy tego od nas wymagają. Rodzice, nauczyciele, księża, wychowawcy itd. Sęk w tym, że Bóg nas takich nie chce. On chce nas takich jacy jesteśmy. Słabi, grzeszni ale też z konkretnymi darami, umiejętnościami i talentami. Czy masz odwagę być sobą? Czy masz odwagę przyznać przed samym sobą, że nie jesteś idealny, słaby i brak Ci sił. Czy masz odwagę prosić o pomoc? Siła chrześcijanina tkwi w tym, że nie udaje. Bo gdy nie udaje wtedy może wszystko, ale to absolutnie wszystko, w Tym, który go umacnia. Serio! Żeby być największym trzeba być najmniejszym.
Stacja VIII Jezus spotyka płaczące niewiasty
Macie tak czasami, że zaczynacie winić Boga za choroby, wojny, głód w Afryce i za to, że gatunek pandy jest na wymarciu? Pytasz, Boże dlaczego na to pozwalasz? Dlaczego, dlaczego i blablabla. Jezus ma inne pytanie do Ciebie. Jezus pyta Ciebie co Ty z tym zrobiłeś? Dlaczego zamiast wyciągnąć rękę do bliźniego i mu pomóc, zadajesz mi durne pytania! Łatwo jest wzruszać się nad czyjąś biedą i obwiniać oraz narzekać na wszystkich i na wszystko. Płaczące niewiasty są dokładnym przeciwieństwem Weroniki. Która postawa jest Ci bliższa? Z kim się utożsamiasz? Z Weroniką czy z płaczkami? Albo inaczej kogo chciałbyś spotkać na swojej drodze? „Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie!”
Stacja IX Trzeci upadek
Już widać cel wędrówki, a Ty znów upadasz. Za każdym razem, gdy upadasz jest Ci ciężej się podnieść i wrócić na właściwe tory. Jezusowi też było ciężko. Wiedział jednak, że jeśli się nie podniesie cały trud pójdzie na marne! On miał przed sobą, przez cały czas cel wędrówki. On wiedział po co zmierza na Golgotę. A Ty czy potrafisz widzieć cel swojej wędrówki? Czy masz cały czas przed oczami czekającego na Ciebie Ojca? Czy dostrzegasz go w swoim życiu, codzienności? Jeśli go nie widzisz, nie dziw się, że nie możesz wstać. Nie chodzi o to, abyś się potępiał i liczył grzechy. Tego chce nasz przeciwnik zły duch. Bóg chce abyś liczył Jego łaski bo gdy je dostrzegasz, jesteś wdzięczny, a jeśli jesteś wdzięczny to tym bardziej chcesz powstawać po każdym upadku i zmierzać do bram raju.
Stacja X Jezus odarty z szat
Straciłeś dobre imię, godność, szacunek, poważanie, człowieczeństwo? Odarto Cię ze wszystkiego. Nie masz już nic. Nie możesz już niczego ukryć, nie schowasz się pod żadną z masek. Król jest nagi! Nie ma nic! Boga właśnie potraktowano jak śmiecia. Tak naprawdę jest już nikim. Prawdopodobnie wiesz jak to jest być nikim, wyszydzonym, nie mieć imienia. Taka sytuacja to dobry moment, żeby zwrócić się do Ojca i odnaleźć swoją tożsamość, w byciu Jego synem, córką. W byciu odartym ze wszystkiego najpełniej możemy odkryć siebie. Czy jesteś gotowy na to, że ktoś może Cię zdemaskować, upokorzyć abyś odkrył to kim naprawdę jesteś? Zobacz, dla świata Jezus teraz stał się nikim. Jednak jestem przekonany, że w środku właśnie w tej chwili najbardziej czuł się synem Ojca. Ja jestem nikim! Boże tylko Ty mi możesz powiedzieć kim jestem, tylko Ty możesz dać mi prawdziwą godność i tożsamość!
Stacja XI Jezus przybity do krzyża
Gdy Jezus zawisł na krzyżu z Jego najbliższych zostało tylko kilka kobiet i jego uczeń, Jan. Złośliwcy mówią, że został tylko dlatego, że był młody i głupi. Gdzie reszta apostołów? Gdzie te tłumy? Gdzie ten lud, który witał wjeżdżającego do Jerozolimy króla? Oto król! Nagi, przybity do krzyża, powoli umierający. Gdzie pomniki? Gdzie idee o panowaniu Króla Wszechświata? Czy o królowaniu nad różnymi krajami? Gdzie ten król, który miał wszystko co złe zgładzić, wyplenić i zbudować nowe? Po ludzku to totalna klęska! Wszystko diabli wzięli. Wizje, plany, marzenia o wielkości trzeba porzucić. To nie tak. A jak zapytasz? No właśnie. „Zaprawdę powiadam Ci, jeszcze dzisiaj będziesz ze mną w raju.” Taki król, daję Ci taką obietnicę. Przyjmujesz? Czy akceptujesz to, że Jezus zbawił Cię poprzez własną śmierć? Czy godzisz się na to, aby był taki Bóg?
Stacja XII Śmierć
Jezus umiera za Ciebie! Umiera za swojego przyjaciela! „Nie ma bowiem większej miłości niż ta, która oddaje życie za przyjaciół swoich.” A czy Ty potrafisz umierać za swoich bliskich? Umierać za swoich bliskich to znaczy znosić ich wady, iść na kompromisy, rezygnować z własnego ja. Łatwo jest kogoś kochać za coś. Jednak czy potrafisz kogoś kochać pomimo jego wad, cech charakteru, złych słów i czynów wobec Ciebie? Jezus Tobie wybaczył, właśnie umarł za Ciebie, a czy Ty umiesz wybaczać? To wyzwanie bardzo trudne. Czasem naprawdę ciężko nam wybaczyć komuś zło, które wobec nas wyrządził. Trudno jest zapomnieć o pewnych sprawach. Jednak miej odwagę mówić Bogu o tym, co w Tobie siedzi, o tym co Cię boli. Miej odwagę prosić go o to aby pomógł Ci przebaczać każdego dnia i umierać za swoich bliskich. Bez Niego to się nie uda!
Stacja XIII Zdjęcie z krzyża
Zdjęcie z krzyża to takie swoiste zejście ze sceny. Usunięcie się na bok. Jezus już swoje zrobił. Co czujesz kiedy tracisz Boga z oczu? Co czujesz kiedy wszystko zaczyna się sypać? Czy potrafisz trwać przy Jezusie jak Jan, gdy go nie widzisz? Pamiętaj, że te sceny rozgrywają się w niedługim czasie kiedy to Jan, Piotr i Jakub widzieli chwałę Jezusa w pełni. Gdzie oni są? Czy Ty też trwasz przy Bogu tylko wtedy gdy jest lekko, łatwo, przyjemnie? Ale gdy zaczynają się trudności to tak jak Piotr, Jakub i reszta bandy uciekasz? Czy umiesz być do końca?
Stacja XIV Złożenie do grobu
Grób kojarzy się nam z ciemnością, z mrokiem, z czymś strasznym, czego należy się bać. Czy potrafisz zmierzyć się z własną ciemnością, mrokiem, grobem? Czy masz odwagę mierzyć się ze strachem? Nie bój się doświadczyć grobu. Pamiętaj, że „światłość w ciemności świeci ciemność Go nie ogarnia.”
Chcę tak jak On! (2014)
Dzisiaj Kościół daje nam dwie kobiety, dwie bardzo podobne historie. Dzisiaj w swoim Słowie Bóg pokazuje nam dwie piękne kobiety. W pierwszym czytaniu jest to Zuzanna, jej imię z języka hebrajskiego szosan oznacza lilia, a z języka egipskiego seszen — lotos. Lilia i lotos to piękne kwiaty budzące nasz podziw. Tak było z Zuzanną. Była niewyobrażalnie piękna także w swoim wnętrzu. Druga kobieta, którą często brano za prostytutkę, jednak w Ewangelii nie ma ani słowa o tym, żeby była prostytutką! Pisze tylko, że przyłapano ją na cudzołóstwie i tyle! Nic więcej! Jednak nie wiedzieć czemu uparcie do głowy wkładano mi, że to była prostytutka. Ale do rzeczy, ona zapewne też była piękną kobietą. Nie znamy co prawda jej imienia, jej historii, jednak intuicja podpowiada, że była pięknej urody.
Niestety to ich piękno ciała i duszy próbowano zniszczyć poprzez fałszywe słowo napalanych facetów. Starców — sędziów w pierwszym czytaniu oraz faryzeuszy i nauczycieli Pisma, też zapewne kilku starszych panów, których zaloty zostały odrzucone. W obu historiach ci panowie nie otrzymali tego co chcieli, więc żeby jakoś tam wyjść przed ludźmi — zresztą zobaczcie jak oni kombinowali: co zrobić, żeby nie wyszło, że się napalaliśmy na babkę? Z faryzeuszami i uczonymi pewnie było podobnie, co by tu zrobić, aby jakoś zachować twarz? — ci kolesie zgodnie z męskim zwyczajem w „honorowym” geście znanym od stworzenia świata przerzucili winę na kobiety. Cholernie to męskie w wykonaniu tych „mężczyzn” prawda? Adamie dlaczego zżarłeś to jabłko? Ja? Nie no co ty Szefie, ona mi dała!
Wydaje mi się, że Pan Bóg dzisiaj próbuje nam powiedzieć o dwóch rzeczach. Pierwsza to, to, że bycie chrześcijaninem, a tym bardziej mężczyzną oznacza brać zawsze, ale to dosłownie zawsze odpowiedzialność za swoje życie, słowa i czyny. Zadaj sobie dzisiaj pytanie czy rzeczywiście zawsze bierzesz odpowiedzialność za siebie, za to co robisz, mówisz? Czy może jednak zdarza Ci się wykręcać? Zadam Ci zadanie, w przeciągu najbliższego miesiąca spróbuj brać za wszystko co się wydarzy odpowiedzialność, nawet za to czegoś nie zrobił. Na przykład, jeśli w pracy ktoś zbije kubek, a nikt się nie chce przyznać, Ty to zrobisz! Jeśli z czymś nawaliłeś, zawaliłeś się w akcji i zalegasz z robotą to przyznaj się, że nawaliłeś a nie, że byłeś przeziębiony, żona kazała Ci naprawić kran, dziecko było chore i miałeś niskie ciśnienie! Nie! Bierzesz za wszystko odpowiedzialność!
Druga rzecz o której chce Ci Bóg dzisiaj powiedzieć to, to, że bycie Jego wyznawcą niesie za sobą wierność, która może Cię dużo kosztować, jednak pamiętaj, że On zawsze jest z Tobą i choćbyś przechodził przez ciemną dolinę — nie lękaj się — ufaj bo kobietom wiernym nic się nie stało! To jest niewątpliwie bardzo trudne. Zobaczmy, że wierność zaprowadziła te kobiety niemal na śmierć fizyczną, a zapewne zabito je duchowo. Jednak o trzech rzeczach chce nam dziś powiedzieć Jezus. Waż na swe słowa bo często oskarżając raz, że oskarżasz fałszywie, dwa, że próbujesz uciec o swojej odpowiedzialności! Ty to zrobiłeś! Nie, no gdzie ja, to on! Nie jest tak? A pamiętaj, że słowa, które wypowiadasz mogą ranić i zabijać? Zobacz na swoje słowa. Zobacz jakimi słowami ostatnio się posługujesz? Zobacz tych do których je wypowiadałeś! Zabiłeś ich czy może jednak byłeś jak Jezus i wziąłeś odpowiedzialność za to co się wokół Ciebie dzieje i za drugiego człowieka?
Jezus uczy tego jak być chrześcijaninem, mężczyzną wiernym, odpowiedzialnym i dającym życie w pełni!
Jak być silnym, będąc słabym? (2014)
Wkurza mnie w dzisiejszej Ewangelii to, że Jezus tak obojętnie obchodzi się w końcu nie z byle kim bo z przyjacielem i jego chorobą. Gdy dowiedział się o pogorszeniu stanu zdrowia Łazarza stwierdził ot tak, że poczeka… Na odchodne rzucił, że Ta choroba nie jest na śmierć, lecz na chwałę Bożą, aby Syn Boży był przez nią uwielbiony. I tu leży pies pogrzebany bo w miejscu gdzie tłumacz napisał choroba, po grecku jest to słowo ασθενεια(astheneia) czyli słabość/bezsiła. Tak, więc: ta słabość nie jest na śmierć, lecz na chwałę Bożą, aby Syn Boży był przez nią uwielbiony. Czy jesteś w stanie tak rozumieć swoją słabość, grzech, bezsilność, chorobę jako coś przez co ma się objawić Boża chwała? Tak bardzo przecież chcesz być świętym, doskonałym. Tak bardzo walczysz z grzechem o bycie lepszym człowiekiem by… pokazać się ludziom, że tak jestem dobrym chrześcijaninem zobaczcie pokonałem to i to. Albo co gorsza walczymy ze słabościami, grzechami i tym całym za przeproszeniem gównem w nas by stanąć przez Ojcem i powiedzieć: no zobacz! Spójrz na mnie, wygrałem z grzechem, teraz mogę Ci służyć, a Ty możesz mnie kochać! Z tym, że drogi przyjacielu nigdy nie wygrasz ze wszystkimi grzechami, słabościami, wadami i chorobami, które nosisz w sobie! Bo choć jedną rzecz uda Ci się wyeliminować niemal natychmiast pojawia się i wysuwa przed oczy kolejna. W konsekwencji obwiniasz się, że wciąż jesteś taki zły, że wciąż upadasz. Twoja frustracja na siebie rośnie. Zaczynasz się także frustrować na Boga, którego tak błagalnie prosisz o uwolnienie, a On nic tylko tak patrzy jak kolejny raz włączasz stronę pornograficzną i się masturbujesz. A przecież mógłby tak wziąć wyłączyć prąd albo od razu zdzielić Ci monitorem przez łeb… jednak tego nie robi.
Albo gdy po raz kolejny lżysz kogoś mógłby przecież zamknąć usta tak iż byś nie mógł ich otworzyć… jednak nie robi tego, pozwala na grzech, słabość, wadę. Albo przecież mógłby uzdrowić Cię z choroby… jednak nie, pozwala abyś cierpiał…
A może właśnie chodzi o to, aby zgodzić się na to, że jestem słaby, bezsilny, grzeszny, chory, wadliwy i nie zawsze jestem taki jakim bym chciał być wobec siebie, Boga i bliźniego?
Wydaje mi się, że właśnie to chce dziś nam powiedzieć Jezus. Zgódź się na to, że jesteś słaby i bezsilny i SAM NIE DASZ RADY(!) być kimś lepszym, doskonalszym, świętszym. Beze mnie tego się nie da zrobić! Nie siłuj się z samym sobą. Nie przychodź do mnie z wymordowaną cnotą i z żalem do mnie. Przyjdź do mnie taki jaki jesteś, słaby i bezsilny, pełen grzechów i wad. Przyjdź do mnie taki bo Ja chcę Cię z tego uzdrowić. Pragnę aby na Tobie objawiła się Boża moc! Nie walcz, tylko przyjdź!
Często nie chcemy przychodzić, no bo jak mogę się przyznać, że jestem słaby! Ja nie dam rady!? Jak coś Ci we mnie nie pasuje to spadaj, ja jestem ok. Tak mówisz, a w środku serce Ci pęka ale nie, nie pokażesz, że to Cię dotyka i wybierasz życie w Ja Fałszywym. Przyznam się, że długo nie godziłem się na moje słabości, grzechy i chorobę. Sam chciał walczyć z moimi wadami i grzechami. Chciałem być za wszelką cenę kimś innym! Kimś lepszym ale nie udawało mi się… im bardziej walczyłem tym częściej upadałem, a moja frustracja rosła do olbrzymich rozmiarów. Im mocniej wypierałem się choroby tym mocniej musiałem się zderzać z murem z napisem PNO…
Kiedyś jednak postanowiłem przestać walczyć. Powiedziałem: dobra Panie nie umiem być inny, upadam, ranię bliskich, jestem chory i nie widzę w tym sensu. I wiecie co? Moje życie zaczęło się zmieniać! W chorobie znalazłem powołanie i życiową misję, w upadkach spotkałem miłosierdzie Boga i bliźnich. Sam też będąc miłosiernym wobec siebie zacząłem miłować więcej innych i przestałem być chamem, który rani wszystkich wokół wyrzucając z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego. Jasne, na pewno nie jestem idealny i często upadam i nawet być chamem mi się zdarza być. Jednak nie walczę jak Don Kichot z wiatrakami lecz wierzę, że współpracując z łaską — to ważne, bo samo też nie zrobi się, trochę pracy też trzeba włożyć — osiągnę życie wieczne i stanę się naśladowcą Jezusa bo o to w tym chodzi by być i kochać jak On. Kochać Go, bliźniego i siebie!
Grobowa cisza (2014)
Powiadają, że milczenie jest złotem… To prawda i nie chodzi tylko o to, żeby czasem powstrzymać się przed wypowiedzeniem słów, które są zbędne bądź przed takimi, które mogą kogoś zranić. W dzisiejszej ciszy i w milczeniu chodzi o coś więcej niż tylko bierne nie otwieranie ust i brak mszy w Kościele. W ciszy chodzi o słuchanie Boga i siebie samego. Chciałbym Ci zaproponować abyś znalazł czas na około pół godziny, usiadł i spróbował wytrwać przez te 30 minut w absolutnej ciszy. Oderwij się od świata, rodziny, znajomych i tego przedświątecznego zgiełku, hałasu. Pobądź sam na sam przed sobą i przed Jezusem. Najpierw wycisz się, poproś Ducha o światło, stań w obecności Pana(wyobraź sobie, że On patrzy na Ciebie), poproś aby wszystkie Twoje myśli, decyzje, czyny były czyste, wolne i skierowane ku chwale i służbie Jezusowi. Poproś Go aby nauczył Cię dostrzegać Jego działanie w czasie ciszy, samotności, smutku. Zaangażuj wyobraźnię. Wyobraź sobie Jezusa, którego właśnie składają do grobu i przykrywają go głazem. Trwaj z tym obrazem przez cały ten czas. Zapewniam Cię, że w czasie tej kontemplacji różne myśli, uczucia, stany będą się pojawiały w Tobie. Spróbuj się im przyjrzeć. Nie oceniaj ich tylko po prostu przyglądaj się. Przyglądaj się Jezusowi. Co czujesz gdy patrzysz na niego? Może zobacz tych ludzi, którzy składają ciało Jezusa do grobu. Co oni czują, czy coś mówią? Płaczą, krzyczą, a może po prostu wykonują swą powinność w ciszy? Może Ty też tam stoisz? Zobacz tych ludzi, którzy po pogrzebie odchodzą. Gdzie odchodzą? Mówią co będą teraz robić?
Spróbuj na koniec porozmawiać z Jezusem o tym co Cię najbardziej poruszyło i dotknęło w tej modlitwie. Na sam koniec odmów Ojcze nasz.
Iść ale po co? (2014)
Zapewne dziś w wielu świątyniach rozbrzmiewać będzie wezwanie do publicznego zamanifestowania swojej wiary, do okazywania wyrazów poparcia dla prześladowanych chrześcijan, tudzież walecznych bojowników typu prof. Chazan. Usłyszymy pochwały od duchownych dla ludzi, którzy zbudowali piękne i bogate(!) ołtarze, ładnie udekorowali okna. Ciepłe słowa padną pod adresem ministrantów, dziewczynek sypiących kwiatki oraz wszystkich „czynnych” uczestników procesji. Może usłyszymy zachętę do gromkich braw dla orkiestry. Wreszcie padną podziękowania dla wszystkich, którzy ruszyli się z domów i wzięli udział w procesji.
Jednak czy to ma sens? Bo może być i zapewne tak jest, że wielu uczestniczy w procesji Bożego Ciała z tych samych powodów co w wielkanocnej Święcące. Ministranci i dziewczynki mogą się między sobą kłócić o funkcje(wiem bo byłem ministrantem i nie raz były różne wojenki), o ładniejszą sukienkę czy większą ilość kwiatków. A jedna kobieta może patrzyć z zawiścią na drugą, która niesie feretron rzucając pod nosem w jej kierunku różne nieciekawe określenia. Może myśleć sobie „Gdyby tylko proboszcz wiedział jaka to zołza i że głosowała na Tuska…” Zdarza się też, że budują ołtarze i dekorują okna ludzie, którzy z Kościołem oraz z wiarą niewiele mają wspólnego. No i wreszcie czy owi prześladowani, bojownicy i manifestanci wiary walczą o Chrystusa w ich — przede wszystkim w ich — sercach, czy może jednak tylko o jakąś ideę? A może chodzi o politykę? Żeby pokazać, że My jesteśmy lepsi niż oni? Że My chrześcijanie, katolicy to porządni ludzie, którzy ocalą świat, wychodzimy na ulice nawracać i pałować tych złych? A może by tak iść po prostu na mszę i nie wychodząc ze świątyni za wszystkimi pozostać na adoracji Boga…
Dotknęło mnie dzisiejsze pierwsze czytanie z Księgi Powtórzonego Prawa i zaklinanie do pamięci o wielkich czynach Boga. Rodzą się pytania na które myślę powinien sobie odpowiedzieć każdy kto dziś uczestniczyć będzie w procesji Bożego Ciała. Czy znasz Tego, którego chcemy zanieść na ulice naszych miast? Czy pamiętasz o tym co Bóg uczynił dla Ciebie? Pamiętasz wszystkie drogi, którymi prowadził Cię Pan? Czy pamiętasz te wszystkie trudności, trudnych ludzi spotykanych w Twoim życiu? Czy wierzysz w to, ze właśnie przez to co trudne, bolesne, złe Pan mówił do Ciebie bo pragnął abyś poznał Jego wolę i był po prostu szczęśliwym człowiekiem? Wierzysz w to, że dopuścił to wszystko abyś stał się lepszym człowiekiem w każdym wymiarze życia? W ogóle jesteś szczęśliwy? Czy wiesz o tym, że o zbawieniu nie decyduje udział w nabożeństwach, mszach, bycie we wspólnotach itd. ale to czy pełnisz Jego wolę w swoim życiu czy nie? Czy słuchasz Jego głosu, czytasz Jego Słowo, karmisz się tym Słowem? Czy wcielasz je w życie? Czy jesteś w stanie rezygnować z siebie na rzecz Jego Słowa? Czy wierzysz, że w Słowie On daje życie? Czy pamiętasz o swojej niewoli z której wywiódł Cię Pan? A może nie wywiódł? Czy wierzysz w to, że kiedy było źle i ciężko to On był przy Tobie tak blisko jak nigdy? Czy pamiętasz te codzienne małe cuda, te sytuacje gdzie wydawało się, że nic z tego nie będzie, że nie ma nadziei a jednak wyrosło z tego jakieś dobro? Czy Jezus zmienił Twoje życie? Czy On daje Ci szczęście, Twoją drogę, niepowtarzalną, niezwykłą, taką, którą nikt wcześniej i nikt później nie szedł?
Jeśli na większość pytań odpowiedziałeś NIE to zostań w kościele i nie wychodź na ulice! Jeśli padło TAK to raduj się i z uśmiechem na twarzy elegancko ubrany/ubrana rusz i daj świadectwo Prawdzie!
Pozwól się uwieść! (2014)
Jeśli ktokolwiek z was był z kimś w związku, to doskonale wie, że łatwiej jest kochać niż być kochanym. Kiedy kocham liczy się moje ja. Ja Cię kocham, ja martwię się o Ciebie, ja chcę z Tobą spędzić czas itd. Itd. Kiedy kocham, z łatwością przychodzi mi zawłaszczyć sobie drugiego człowieka. Łatwo mi wtedy wydawać sądy, czy w imię jakiegoś, czyjegoś tj. mojego dobra polecenia czy wręcz rozkazy. Kiedy kocham spełniam moją potrzebę kochania, akceptacji, podniesienia własnej wartości — kocham przecież, więc zły nie jestem. Zresztą każdy człowiek kocha. Nie każdy jednak pozwala się kochać innym. Pozwolić się kochać przychodzi nam z wielkim trudem. Bo kiedy pozwalam się kochać to musze przystać na to, że nie liczę się ja tylko Ty. Ty martwisz się o mnie, Ty mnie kochasz, Ty chcesz spędzać ze mną czas. Pozwolić się kochać to znaczy przystać na to, że komuś innemu zależy na mnie i on także widzi moje życie. A widząc moje życie widzi wszystko co we mnie siedzi i chce mi coś powiedzieć. Chce powiedzieć: daj mi czas abym mogła zaufać, daj mi czas abym nauczyła się kochać. Chce zaprosić w przygodę podczas, której trzeba stoczyć nie jedną bitwę a czasem może przyjść ból, cierpienie, zło, strata, śmierć. Pozwolić się kochać to znaczy także przystać na to, że ktoś chcąc mojego dobra musi ode mnie odejść. Odejść aby mnie czegoś nauczyć czy ocalić mi życie.
Odnieśmy to do dzisiejszego Słowa. Widzimy Piotra, który kocha Jezusa i gdy ten zaczyna coś komunikować to Apostoł od razu wie swoje. Nie spotka Cię to nigdy! Ja Cię kocham, nie dopuszczę do tego! Nie zaprę się ciebie nigdy! Piotr nie wie, że Jezus właśnie oznajmia mu coś ważnego. Oznajmia mu… dobrą nowinę! Komunikuje mu, że w trudzie bo w trudzie ale go zbawi. Da mu za friko życie wieczne. Piotr niewątpliwie kocha Mistrza ale czy pozwolił na to aby Mistrz jego pokochał? Czy pozwolił na to żeby przestał liczyć się on, a zaczął Jezus?
Tak jest z nami. Kochamy Jezusa i w wielkich słowach oraz czynach wyrażamy naszą miłość. Czasem słychać krzyk na ulicach: Ja kocham Jezusa, ja mu służę, ja, ja, ja. A gdy słyszymy Jezusowe wezwanie do zmiany, do nawrócenia, do przemiany myślenia mówimy no przecież ja cię kocham, ja ci służę, głupoty gadasz. Często to wezwanie milknie w naszych wyznaniach miłości. A później jest ból i smutek powodowany kolejnymi niepowodzeniami. Nic nie idzie tak jak miało iść! I zaczynamy się w konsekwencji odwracać od Boga.
Jakże wymowne jest dzisiejsze Słowo z księgi Jeremiasza „Uwiodłeś mnie Panie, a ja pozwoliłem się uwieść”. Prorok póki nie zrozumiał tego, że musi pozwolić się pokochać Bogu odczuwał wielki ból i smutek z powodu niepowodzeń w głoszeniu. Miał swoje wyobrażenia: wyjdę na mównicę i wszystkich powalę. A tu klops nikt nie słuchał, a na dodatek swojego się nasłuchałem. Pan jednak trawił serce tak długo aż do gościa dotarło, że nie liczy się ja ale Ty i Twoje Słowo Panie. Iść za Jezusem i stracić swoje życie oznacza porzucić myślenie, że ja kocham Boga na rzecz tego, że to najpierw Bóg kocha mnie a mi jedynie pozostaje odpowiedzieć lub na tę miłość. Iść za Nim i wziąć swój krzyż to wsłuchiwać się w Jego Słowo i porzucać cały czas, każdego dnia mój egoizm oraz zamieniać ja na Ty.
Może byśmy pogadali? (2014)
Dzisiejsze Słowo przypomina mi jak bardzo Boża logika różni się od mojej. Jeśli ktoś mnie w jakiś sposób zrani to idę do „swoich” zrobić komuś takiemu „reklamę”. Opowiadam współbraciom jak to bardzo zostałem pokrzywdzony, jak mnie to boli itd. Wyrzucam z siebie emocje i uczucia bo podobno jak się coś z siebie wyrzuci to powinien nastać pokój serca. Niestety, nic z tego! Kiedy po raz kolejny mijam mojego „kata” na ulicy to znów burzy mi się krew. Zamiast z uśmiechem podejść i przywitać się, zaciskam zęby i odwracam głowę… Myślę sobie, coś tutaj nie gra. Niby modlę się za tego człowieka ale nadal nie mogę się z nim spotkać!
Odpowiedź jest wręcz naiwnie prosta. Po prostu zamiast iść wyżalić się ludziom postronnym trzeba udać się do winowajcy. I to jemu opowiedzieć o tym co się czuje, jak jego ciosy mnie poraniły. A później? A później człowiek odchodzi wolny!
23 lata zajęło mi zrozumienie tej prawdy. Pewnego wieczoru całkowicie zmieniło się moje myślenie. Dotychczas myślałem i działałem tak jak pisałem na początku. Zadana mi rana zostawała rozdrapywana przy osobach trzecich. Żaliłem się swoim a swoi mnie pocieszali, czułem się dobrze, do czasu. Do czasu kiedy tę osobę, konkretnie kobietę mijałem na ulicy. Czułem się zniewolony przez moje własne emocje, uczucia oraz ranę, którą mi zadano. Czułem się strasznie. Pytałem Boga o to co mam robić. Pan dawał mi myśli o tym by się z tą osobą spotkać i zwyczajnie pogadać. Pogadać i powiedzieć o tym jak się z tym wszystkim czuję. A czułem się fatalnie, zostałem mocno zraniony, czułem się wykorzystany. Na myśl o tym wszystkim nie raz roniły się łzy. No ale to jak, że niby mam przy kobiecie, pokazać, że jestem słaby, wrażliwy i że mnie też boli? O nie! Nie ma bata, mam honor! I tak rozpierała mnie męska duma. Tylko, że ból nie mijał, wręcz przeciwnie narastał. Powiedziałem Boże ok, jeśli to twoje rozwiązanie to daj sposobność. Próbowałem chyba przez 2 miesiące skontaktować i spotkać się z moją koleżanką. Nic z tego. W pewnym momencie jeszcze bardziej się pożarliśmy. Pan jest jednak wielki i tak przy „przypadkowej” pomocy znajomych udało się z nią spotkać. Wystarczyła 15 minutowa rozmowa podczas której wszystko co złe zostało zatarte wzajemnym przebaczeniem. Poryczałem się jak bóbr. Nie mogłem przestać. Nie wiem co sobie wtedy myślała o mnie, nie wiem co myśleli inni. Może uważali, że to wstyd. A ja powiem Wam, że to właśnie wtedy najpełniej czułem się mężczyzną i świadkiem Chrystusa!!
Pewnie zapytacie co było dalej? Zdziwię Was bo zupełnie nic, tak jak nie mieliśmy z sobą kontaktu tak nie mamy. Nie mamy okazji się spotykać i rozmawiać. Czasem się tylko miniemy na ulicy czy gdzieś tam ale nie ma już wrogości, odwracania głowy jest za to uśmiech i cześć. Czasem krótka wymiana zdań.
Każdy poszedł w swoją stronę ale jako człowiek wolny i dumny!
Też kilka słów o Jezusowym zapewnieniu, że gdzie dwóch czy trzech tam Bóg jest pośród nich. My mamy jakieś dziwne myślenie w którym jakość mierzymy ilością. Koncert był udany bo bilety wysprzedane, tak samo z meczem piłkarskim. Ta wspólnota jest super bo ma dużo członków itd. Itd. Przykłady można mnożyć. Dokładnie dwa tygodnie temu miałem okazję modlić się i uwielbiać Pana z moimi przyjaciółmi z Kościoła Zielonoświątkowego w Chełmnie. Na sobotnim wieczorze chwały i na niedzielnym nabożeństwie było nas może z… ośmiu. Mimo wszystko aż w powietrzu czuło się niesamowitą obecność Bożego Ducha! Twarze tych kilku osób były odmienione. Tryskały Bożą radością!
Owoce tych dni zbieram do dzisiaj i mam nadzieję, że jeszcze długo będę! Bóg nie potrzebuje tłumów! Wystarczy mu kilka osób, które mają wielkie serca!
Na myśl przychodzi mi także nasze stowarzyszenie i wspólnota „Jest nadzieja, więc warto żyć”. Na początku było to tylko pragnienie trójki osób zranionych przez życie i chorobę. Dziś jest nas 20 szaleńców, którzy chcą iść i krzyczeć: życie jest piękne!
Chwała Panu!
Denar to szansa dla każdego! (2014)
Rozważając dzisiejsze Słowo mam wrażenie, że ci robotnicy czekający na najem, wcale jakoś specjalnie nie narzekają na swoje położenie. Przekładając to trochę na moje doświadczenia, przypominają oni mnie samego przed nawróceniem. Łatwo jest wyjść sobie na rynek i czekać. Jak jeszcze tam są inni mi podobni, to już w ogóle super. Można wtedy sobie ponarzekać na swoją biedę i wylewać swoje żale. Na to, że rząd do kitu, gospodarka do kitu, rodzina do kitu, kumple nas olali i w ogóle kaszana. Piweczko, papierosek, pogawędka z kumplami pod sklepem i tak mija dzień za dniem. Ogólnie nuda, roboty nie ma ale przynajmniej jakoś leci i nikt nie powie, że się nie staram no bo przecież codziennie ruszam ten tyłek z chaty. Nic się nie zmienia ale co tam. Przecież nie moja wina. Co prawda codziennie, kilka razy pojawia się facet, który coś tam oferuje ale on daje tylko denara. Na dodatek za każdym razem musi nam dowalić swoim bezczelnym pytaniem dlaczego jeszcze tutaj stoimy. Jakby kurde nie wiedział matoł jeden.
Tylko, że spokoju nie daje to, że ci naiwniacy, co dają się nabrać na robotę za denara są tacy jacyś inni. Wciąż chodzą z bananem na twarzy. Może jednak ten denar coś znaczy. Może warto spróbować, może lepiej mieć coś niż nic?
Z kolejnym dniem, nowa szansa. Chłop przyszedł, zapytał czy nie chcę? Powiedział, że nie może dać więcej niż denara ale za to oferuje coś więcej. Chwila zastanowienia, co to znaczy to coś więcej? A co mi tam, poszedłem. Na początku wszystko pięknie. Ludzie mili, uśmiechnięci, sczęśliwi, wciąż zagadywali skąd jestem, co robiłem do tej pory itd. Dziwiło mnie to, ponieważ ich ubrania nie były zbyt czyste i bogate. Szczerze mówiąc miały pełno łat. Robotnicy byli strasznie wyniszczeni, widać, że się nie obijali. Po miłym rozruchu na początek dnia, przyszedł przydział prac. No to jazda do roboty. Było strasznie gorąco, przerw było mało, na dodatek były krótkie. Widząc jednak współtowarzyszy, z jakim zapałem pracują i z jaką życzliwością odnoszą się do siebie, cały ten trud schodził na dalszy plan. Co jakiś czas pojawiają się nowi. Szybko wkręcają się w tryby pracy. Zazdrościmy im jednak, słońce coraz mniej piecze. Jest lekki orzeźwiający wiaterek, a do końca pracy zostało niewiele. Mają lajt i pewnie szef im mniej zapłaci. Jakoś pocieszyła mnie ta myśl i pozwoliła dotrwać do końca dnia.
Po skończonej robocie przyszła pora do rozliczeń. Najpierw ci, którzy przyszli najpóźniej, a my czekamy na swoją kolej. Podobno zawsze tak jest, więc ok, czekamy. Widzimy zadowolonych gości, którzy głośno się śmieją. Pytamy ich ile wam dał, oni na to, że po denarze. O to super, pewnie my dostaniemy więcej. Przyszła nasza kolei. Szef gratuluje nam dobrze wykonanej pracy i daje nam… po denarze. Nas wryło. Ale jak to szefie? Przecież cały dzień robimy i dajesz nam tylko denara, tak jak tym, którzy robili tylko kilka godzin? Pretensje na nic się zdały. Szef kazał wziąć nam co nasze i odejść.
Chłopaki zaczęli przeklinać właściciela winnicy. Powiedzieli, że nigdy więcej tu nie przyjdą i, że ten denar to szef sobie może wsadzić wiadomo gdzie. Szczerze mówiąc też tak myślałem. Cały dzień ciężkiej roboty i tylko denar. Jak on mógł? Gdzie tu sprawiedliwość? Przecież oni tylko pracowali kilka godzin, niektórzy tylko godzinę i też dostali po denarze. Z drugiej strony, taka była umowa. Część z moich towarzyszy, ci w podartych spodniach jednak była wyraźnie szczęśliwa. Rzucili w moją stronę: do jutra! Odpowiedziałem niemrawo. Wątpiłem w sens pracy w kolejnym dniu.
Okazało się, że rozmyślając nad sprawiedliwością, czas przeleciał mi przez palce i zostałem sam z szefem w winnicy. Podszedł do mnie i zaczęliśmy gadać. Spytałem go o wszystko, wyżaliłem się i ponarzekałem na jego pojmowanie sprawiedliwości. On się uśmiechnął i przytulił jak ojciec syna. Widzisz Wojtek, nie mogę dawać więcej niż po denarze, ponieważ chcę dać pracę jak największej liczbie ludzi. Nie mam więcej, a chcę obdarować wszystkich tak samo. Wiesz Wojtek, ja strasznie kocham ludzi. Codziennie jeżdżę na rynek i widzę tych ludzi, którzy są strasznie samotni. Widzę ludzi, którzy nie widzą sensu w życiu. Widzę ludzi, którym nikt nie ufa. Oni nie wierzą, że są przydatni, że ktoś może ich potrzebować. Są tacy biedni. Więc postanowiłem każdemu z nich dać szansę. Chce im pokazać, że są wartościowi. Chcę im pokazać, że są potrzebni. Chcę im pokazać, że każdy z nich jest taki sam w moich oczach. Ja kocham każdego z nich, choć wiem, że niejeden z nich wcale nie zasługuje na miłość. Jeden to pijak, drugi oszust, trzeci złodziej. Reszta to młodzi ludzie, których nikt nigdy nie kochał. Daję im szansę, daję im wszystko co mam. Nie obiecuję im złotych gór, nie obiecuję im bogactwa. Obiecuję im szansę. Pytam każdego, niewielu odpowiada. Boli mnie to strasznie. Dlatego wychodzę po kilka razy dziennie. Nie chcę nikogo pominąć. Chce każdego u siebie, choćby przez chwilę. Widziałem jak patrzyłeś na moich stałych pracowników. Nie mogę im dać wiele, ale łatam każdą dziurę w ich ubraniu. Daję im to czego nikt inny im nie dawał. Miłość do końca. Dlatego są tacy szczęśliwi. A ci co odchodzą, no cóż zadają mi ból. Wielu z nich pewnie wróci do swojej bezczynności i pogrąży się w swoich słabościach. Mam jednak nadzieję, że kiedy będzie im bardzo źle to przypomni się im stary właściciel winnicy, który dał im szansę. Będę na nich czekał codziennie i po kilka razy na rynku. Będę im mówił chodź za mną, mam dla Ciebie nowe życie. A Ty Wojtek? Zostajesz czy chcesz odejść?
Zostałem, często jest ciężko, pracy w brud a zapłata niewielka. Chodzę w podartym ubraniu. Na ulicy większość śmieje się ze mnie. Ale jestem szczęśliwy. Nadal nie rozumiem logiki Szefa i jego systemu płatności. Ale jestem szczęśliwy. Jestem szczęśliwy bo wiem, ze ktoś mnie kocha takiego jakim jestem i wyciągnął mnie z rynku. Dał szansę na nowe życie. Wciąż się uczę się, że Jego myśli nie są moimi, że Jego drogi nie są moimi. Idzie mi to coraz lepiej.
Dziś razem z Nim wychodzę po innych na ten rynek, to mój obowiązek i moja wdzięczność. Choć denar dla świata znaczy mało, dla mnie znaczy wszystko.
Chce się żyć (2014)
Oj jak bardzo chciałbym nie być gorszony grzechem ludzi świata, grzechem ludzi Kościoła, oj jak bardzo sam nie chciałbym grzeszyć. Jak bardzo chciałbym, żeby wszyscy ludzie byli chrześcijanami a najlepiej oczywiście gdyby byli katolikami. Świat byłby o wiele lepszy. Jak super byłoby nie być chorym. Jak super byłoby gdybym już nigdy więcej nie miał infekcji i nie musiał brać antybiotyków, które coraz bardziej niszczą mój organizm. Jak bardzo chciałbym mieć lepsze leczenie. Jak bardzo chciałbym aby moja wspólnota i stowarzyszenie rozwijały się z wielkim rozmachem. Jak by nam chrześcijanom lepiej się żyło bez żadnych chorób, przeciwności, trudnych doświadczeń i z pełnym portfelem. Z sukcesami w każdej sferze życia. No i żeby każdy był sobie bratem.
Jezus przecież powiedział, że przyszedł owcom dać życie i to w obfitości. Owszem ale nie na tym obfitość polega. Ale o tym będzie troszkę niżej. Dziś mówi, że „niepodobna, żeby nie przyszły zgorszenia.” No i mamy: grzech bijący w oczy na każdym kroku, czasem wręcz eksponowany w mediach. Mamy coraz większą nagonkę na chrześcijan i Kościół. Nadal jestem chory, ogólny stan zdrowia pogarsza się. Przyjmuję coraz więcej leków na pojawiające się nowe przewlekłe dolegliwości. A nowego leczenia ani widu ani słychu. W działalności społecznej raczej posucha. Bracia i siostry nadal chorują, spotyka ich mnóstwo przeciwności, przykrych i trudnych doświadczeń. Często od długiego czasu nie mają pracy a ich życie wcale nie jest sukcesem. A i ta braterskość wśród ludzi jest wątpliwa. Co chwila ktoś kogoś rani.
To denerwujące, wkurzające i frustrujące. Nic mi, nam nie wychodzi, wszystko idzie jak po grudzie. Nic nie wygląda tak jak wyglądać powinno. Gdzie jest Bóg, dlaczego tak jest? Można się buntować, mieć pretensje i bez końca pytać o przyczyny. Tylko, że odpowiedzi jak nie było tak nie ma. A bunt i pretensje na nic się zdają. Frustracja rośnie, po jakimś czasie odechciewa się wszystkiego. Czasem ryczy się do poduszki. A czasem człowiek ma ochotę prosić Ojca o śmierć bo ta wydaje się najlepsza w tym momencie. Brak sensu, brak nadziei, brak wiary, brak miłości, po co żyć?
Jezus mówi jednak: „weź swój krzyż i chodź za mną”. Weź chorobę, trudności, to wszystko co aktualnie spotyka Cię w życiu. Weź samego siebie taki jaki jesteś. Z tym całym gównem, które składa się na Twoje życie. Przyjmij swoją codzienność, przyjmij siebie, polub siebie. Polub swoją sytuację. Zaprzyjaźnij się z tym co Cię otacza, z tym co Cię spotyka. Przyjmij i przebacz tym co Cię w życiu zranili. Wtedy osiągniesz pokój ducha i zaczniesz żyć pełnią.
Owszem! To cholernie trudne! Trudno nam się zgodzić na taki stan rzeczy! Bo przecież miało być inaczej! Miało być super! Miało być tak pięknie! Jak mam się zgodzić na to wszystko? Na tą całą przykrą, szarą codzienność? Tak po prostu? Ot tak przebaczyć każdemu, kto włożył mi nóż w plecy? Przecież powinienem walczyć o swoje! Przecież powinienem brać sprawy w swoje ręce! Przecież powinienem dążyć do życia w obfitości, to bycia człowiekiem sukcesu! Przecież to nie grzech sięgać po marzenia!
Owszem to nie grzech sięgać po marzenia. To nie grzech odnieść w życiu sukces. To nie grzech żyć na maksa, w obfitości. Tylko, że marzenia, sukces, życie na maksa, obfitość to tylko dodatki. Środki, a nie cele. Cel to sięgnąć po leżące na ziemi zbawienie. To znaczy przyjąć swoją zwykłą, szarą codzienność. Bóg aby nas zbawić naprawdę nie wymaga od nas „cudów”. Nie wymaga heroicznych czynów. Nie wymaga sukcesów, wielkości, zdrowia itd. Wystarczy mu, że przyjmiemy nasze życie takie jakie jest. Takie zwyczajne, szare, zwykłe. Trudne, bolesne, przykre. Tylko i aż tyle.
Dopiero wtedy gdy przyjmę to jak po prostu jest, mogę sięgać po marzenia. Osiągnąć w życiu sukces. Żyć w obfitości to znaczy żyć prawdziwym ja! Ja, na którego codzienność składa się trud, ból, nuda itd. Ale też i to co w życiu mi wychodzi. Wszystkie moje talenty, radości, przyjaciele, rodzina, praca itd. Żyć na maksa to znaczy doświadczać wszystkiego co mnie spotyka! Doświadczać a nie zbywać albo co gorsza wypierać ze swojego życia.
W moim życiu osiągnąłem sukces, realizuję marzenia, żyję w obfitości, na maksa właśnie dlatego, że przyjąłem moje życie takim jakim jest. Przyjąłem chorobę i wszystko co się z nią wiąże. Przyjąłem moją rzeczywistość. Przestałem się buntować. Dochodziłem do tego przez 22 lata. Ale doszedłem! No i teraz żyję pełnią i oddycham pełną parą!
Oczywiście bardzo często o tym zapominam i zaczynam się buntować, wypieram z mojego życia niepowodzenia, trudności. Nie godzę się na to co jest. Wtedy tonę, a potem znów wracam do ŻYCIA. I tak w kółko. Wierzę jednak, że wszystko jest w rękach Ojca i, że wszystko będzie dobrze.
Trudno jest mieć taką wiarę. Wiarę w to, ze Bóg jest dobrym Ojcem, który ze wszystkiego wyprowadza dobro. Wiarę w to, że po prostu wszystko ma sens i będzie dobrze. Samemu często mi jej brakuje i wołam za uczniami: „Panie przymnóż nam wiary!” A Pan odpowiada: „Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie<<Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze>>, a byłaby wam posłuszna”. Jak to mówi gdzie indziej: „Wystarczy ci łaska moja”(2Kor, 12, 9). Wystarcza, zapewniam Was.
A i często lubimy naprawiać świat, wyrywać chwasty, zło czyniących wytykać palcami. Robić jakieś dziwne akcje protestacyjne itd. A Pan mówi: „lecz biada temu, przez którego przychodzą(zgorszenia). Byłoby lepiej dla niego, gdyby kamień młyński zawieszono mu u szyi i wrzucono go w morze, niż żeby miał być powodem grzechu jednego z tych małych”. To nie Twoja rzecz sądzić i być strażnikiem teksasu. Od sądzenia, wydawania wyroków i ich wykonywania jest tylko i wyłącznie Bóg! Ty rób swoje, żyj prawdziwie, a nie baw się w kogoś kim nie jesteś!!! Bo tym siejesz zgorszenie i w konsekwencji kończysz jak ci, którzy zło czynią i są przyczyną zgorszenia!
Wojtas, któremu w całym tym otaczającym go gównie chce się żyć!
P.S.
A i jak nie przebaczasz to też gorszysz! Jałoszyński zapisać, zapamiętać, zastosować!!!
Czas się naoliwić. Przypowieść o Dziesięciu pannach (2014)
Wielu z nas wciąż w życiu za czymś goni. Chcemy coś zdobyć. Pracę, prestiż, pieniądze, pozycję, gadżety, mieszkanie. Ta lista może być długa. No to jedziemy. Studia, oczywiście z najlepszymi wynikami. Co z tego, że kosztem nieprzespanych nocy i zdrowia? Potem praca, od rana do nocy, oczywiście kosztem bliskich. W międzyczasie kursy i szkolenia. Nieustanne doszkalanie się i szukanie perfekcji.
Owszem wyniki są ale po jakimś czasie nadchodzi pustka. Sił już brak. Ile można skoro i tak nie czuję się spełniony i w pełni wartościowy? W dodatku napotykamy na niekontrolowane przeciwności. Wykantowano nas w pracy, a w dodatku ulegliśmy wypadkowi spowodowanemu przez pijanego kierowcę. Skutki tego takie, że nie ma pracy, środków do życia, a na domiar złego resztę życia spędzimy na wózku.
Jak żyć? Po co żyć? Jest sens dalej budzić się kolejnego ranka? Czy kiedykolwiek będę jeszcze szczęśliwy? Odpowiedź jedna: nigdy! Cóż, pozostaje smutek, żal, frustracja, rozpacz, a może śmierć. Nic nie poszło tak jak chciałem. Na co było to wszystko…?
Myślę, że dobrym obrazem takich ludzi są głupie panny z przypowieści nad, którą chcę się zatrzymać.(zob. Mt 25, 1—13). A którą już od dłuższego czasu próbuję „rozkminić”. Wracając do panien. Panny głupie przedstawiają ludzi, którzy sami chcą sobie coś zapewnić, coś zdobyć. Tutaj konkretnie zbawienie. Zapewne pięknie się wystroiły, umalowały, zrobiły fryzurę. Nie obrażając drogich pań, wiemy, że zwykle kobiety potrzebują dużo czasu i dużego nakładu energii na przygotowania do wyjścia. Tym bardziej na coś tak dostojnego jak ślub, wesele. Włożyły niemały wysiłek w to, by być godne udziału w takiej uroczystości. Być może trzeba było kupić lampę. Tak samo i oliwę. Kolejny wysiłek. No i wreszcie poszły. Czekają godzinę, dwie, trzy, cztery, a tu nadal nic. Pana młodego jak nie było, tak nie ma. Znużenie, brak sił, w końcu sen. Zasnęły tak jak stały. Kiecka się pewnie pogniotła, fryzura przyjęła formę artystycznego nieładu — chociaż jak była trwała ondulacja… — makijaż się rozmazał. Także nici ze zrobienia dobrego wrażenia na wygląd. Trudno, ale spokojnie, jest jeszcze jeden warunek udziału w imprezie. To dająca nieustannie światło lampa. Tylko, że i z lampą jest coś nie tak. Światło gaśniie bo brakuje oliwy. A o zapasie żadna nie pomyślała… No i z imprezy nici. Chłop przyszedł zobaczył, że światło od nich nie bije, no to im serdecznie podziękował.
Wbrew pozorom niewiele różnią się od panien głupich, panny roztropne. One zapewne też poświęciły mnóstwo czasu i energii na przygotowania. Tyle samo czekały. Też zasnęły i ich wdzięk też już nie był taki sam. Im również światło dogasało, ale pomyślały i wzięły zapas. Płomień mógł dalej dawać światło. Przyszedł chłop i dobry koniec historii wszyscy znamy.
Nie trzeba być za wiele rozgarniętym, żeby dostrzec różnicę panien głupich od rozrtropnych. Oczywiście jest to zapas oliwy.
Tylko co jest tym zapasem oliwy? W ogóle czym jest ta oliwa?
Pierwsze co, to na myśl przychodzi mi słowo miłość. Tylko, że słowo miłość zostało wyświechtane i w sumie może oznaczać dziś zarówno wszystko jak i nic. Jest zbyt ogólne. Wydaje mi się, że chodzi tu o coś bardziej konkretnego. Mianowicie o relację z Jezusem.
No bo cóż innego może nadać sens naszemu życiu, kiedy to jest w rozsypce? Któż ma moc podnieść nas na duchu i przywrócić do życia? Jak przetrwać ciężkie chwile? Gdzie lub w kim szukać nadziei?
Nie oszukujmy się, niespodziewane i niekontrolowane sytuacje w życiu każdego z nas to normalka. Były i będą, i to zawsze w najmniej oczekiwanym przez nas momencie. Nie ważne ile pracy włożymy w to, aby ich uniknąć. Nie ważne jak będziemy się starać, mogą się zdarzyć każdemu. Bycie chrześcijaninem również nie oznacza, że będzie się nam wiodło łatwo, lekko i przyjemnie. Ciężkie chwile i kryzysy muszą przyjść. Są naturalną częścią naszej egzystencji.
W podobnej sytuacji znalazłem się w tej chwili. Jeszcze nie tak dawno skończyłem studia, podczas, których zaangażowałem się w mnóstwo spraw. Miałem nagranych kilka rzeczy, które miały mi ułatwić start po studiach… Spotkałem cudowną kobietę. Jednak wszystko straciłem w przeciągu krótkiego czasu. Perspektywy pracy posypały się. Po dziewczynie zostały wspomnienia. Po skończonych studiach dyplom na półce. Po zaangażowaniu infekcja, którą leczyłem 3 miesiące. Zresztą od dwóch lat co chwilę na coś choruję. Nie pozwala mi to na podjęcie żadnej pracy. Ogólnie rzecz biorąc głęboka bessa. Na początku było ciężko. Była pustka, frustracja, rozpacz. Było źle. Nie chciało mi się żyć. Wszystko w czym pokładałem nadzieję rozwaliło się. Zostałem z niczym. Co prawda oczekuję na rozwiązanie pewnych spraw na uczelni. Żyję jednak trochę w próżni, w zawieszeniu.
Po jakimś czasie, kiedy już byłem w stanie troszkę bardziej widzieć szerzej i dalej. Postawiłem sobie przed oczy mojego Pana; Jezusa. Tego Jezusa, którego w pewnym momencie wszyscy odrzucili. Zostawili Go przyjaciele, co więcej jeden z nich wykolegował Go za kasę. Nikt nie chciał rozumieć tego co mówi. Wszyscy żyli w swoim świecie. W pewnym momencie stracił kontrolę nad wszystkim. Był całkowicie w rękach ludzi. Ci w końcu Go zabili. Wcześniej boleśnie krzywdząc Go słowem i czynem. A po trzech dniach… On zmartwychwstał i nic już na zawsze nie będzie takie same. Śmierć pokonana! Ze zła rodzi się dobro, z śmierci życie. Z beznadziei nadzieja.
Przytaczam to ponieważ przyglądając się Jezusowi, właśnie takiemu, odkryłem głęboką więź z Nim. Nagle Jezus stał się z Pana moim przyjacielem. On właśnie najbardziej rozumie moją sytuację. Moją niemoc, słabość i niezgodę na to co się dzieeje. Kontemplując ten obraz pozostaje mi tylko przyjąć moje tu i teraz. I razem z Jezusem przeżywać dzień za dniem. Pomalutku jeden dzień, drugi, potem tydzień. I znów chce mi się żyć. Znów z wolnym sercem mogę mówić, że jest nadzieja, więc warto żyć! Niesamowita ulga i wolność. Mimo tego, że w życiu nie za wiele się zmieniło. Są tylko małe promyki nadziei. Moja lampa jednak nadal świeci. Raz mocniej, raz słabiej ale świeci! Ma zapas oliwy! Czerpię ją z relacji z Chrystusem. To rozmowa z Nim nadaje sens obecnej trudnej sytuacji. Czasem nawet nie trzeba słów. Przyjaciele często rozumieją się i bez nich. Wystarczy gest czy spojrzenie i wdać co przyjacielowi w duszy i w sercu gra. I o to w tym chodzi. Na tym właśnie polega chrześcijaństwo.
Chrześcijaństwo to nie wypełnianie co do joty prawa, to nie zaliczanie kolejno wszystkich wydarzeń w kościele, to nie czytanie pobożnych książek. Wreszcie to nie sama pobożność. Uczynki, ani nawet codzienne chodzenie na mszę nie zapewnią nam zbawienia. Tylko relacja z Ojcem, Synem i Duchem. I Tym różnią się panny głupie od roztropnych. Głupie tak jak często i my — zresztą i mnie samemu to się często zdarza — są w relacji wtedy, gdy jest dobrze, wtedy, gdy idzie wszystko po naszej myśli. Wtedy, gdy trzymamy rękę na pulsie i wszystko mamy pod kontrolą. Kiedy jednak tracimy grunt pod nogami, odchodzimy… Pan Młody przez swoje opóźniające się przybycie niejako testuje panny. Próbuje odrzeć je ze tego wszystkiego czym — w ich mniemaniu — mogłyby zasłużyć na wejście na uroczystość. Głupie nie chciały relacji, chciały jej imitację. Roztropne natomiast chciały iść na serio. Wiedziały, że tu chodzi o coś więcej. Wiedziały, że trzeba zainwestować w oliwę. Wiedziały, że trzeba zaufania. Wiedziały, że do Nieba bez relacji z Jezusem się nie wchodzi.
Nie oznacza to, że mamy się nie starać, odpuszczać i nic nie robić! Zwróćmy uwagę, że panny z obu grup przystroiły się i wykonały taką samą pracę. Przede wszystkim wykonały ruch. Odpowiedziały czynem na zaproszenie! Przyszły! Tak samo my nie odpuszczajmy! Pracujmy, studiujmy, angażujmy się społecznie, wchodźmy w relację z ludźmi itd. Starajmy się także żyć po chrześcijańsku. Wszak „wiara bez uczynków jest martwa!” Tu raczej chodzi o przerzucenie nacisku ze mnie, moich działań na Jezusa i na moją relację z Nim.
I tak na koniec: „Nierozsądne rzekły do roztropnych: Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną. Odpowiedziały roztropne: Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie!”. Relacji nie da się pożyczyć. Nie da się jej nawet kupić. Nie da się oddać przyjaźni. Przyjacielem po prostu się jest albo nie. Wielką tragedią jest gasnąca oliwa i brak jej możliwości „pożyczenia” od kogoś. Nawet nam bliskiego. Nie da się. Nie da się na nią zapracować. Ją trzeba po prostu mieć. Wielkim darem są trudne chwile, kryzysy, czas oczekiwania. To wszystko odziera nas z pychy, z egoizmu i z tego wszystkiego co przeszkadza prawdziwej przyjaźni z niebyle kim, bo z samym Bogiem. To wszystko jest niczym innym jak jednym wielkim zaproszeniem do wejścia w relację. Do kontemplacji Tego, którego śmierć dała ŻYCIE! On naprawdę o swoich przyjaciół się troszczy, kocha ich i zapewnia: będzie dobrze… będzie dobrze! Daj mi tylko szansę!
Wasz Wojtek
Dogodne położenie. Psalm 1 (2014)
Chyba każdy z nas ma jakąś ulubioną pieśń, modlitwę czy jakiś cytat. Kilka zdań, do których wraca w trudnych, bądź dobrych chwilach. Dla mnie czymś takim jest Psalm 1. To zarazem piękny poemat, piękna pieśń i modlitwa w jednym. Lubię go słuchać w wersji śpiewanej, którą zamieszczam poniżej. Często go też sobie, ot tak nucę i śpiewam. Śpiewak ze mnie marny, więc często staję się obiektem drwin przez znajomych. Jednak melodia tej modlitwy przenika mnie całego, i pozwala mieć mi gdzieś innych ludzi. To oprócz jak wspominałem, pięknej pieśni także Słowo Boże. Słowo Boże, które daje wskazówki i odpowiada na pytanie jak żyć? Jak wieść życie w pełni? Jak być po prostu szczęśliwym? Jak przetrwać trudne chwile? W dobrych chwilach przypomina także to, Komu zawdzięczam moje życiowe błogosławieństwo.
Zapraszam do refleksji.
„Szczęśliwy mąż,
który nie idzie za radą występnych, i nie zasiada w gronie szyderców.”
Często zdarza mi się myśleć, że będę szczęśliwy jak znajdę dogodną przestrzeń dla siebie. Miejsce, ludzi, którzy będą podzielali te same co ja wartości. Będą mieli takie same poglądy. Będę szczęśliwy jak odgrodzę się od zepsutego świata i zepsutych ludzi. Nic bardziej mylnego! Bóg postawił nas w takim, a nie innym miejscu! W takich, a nie innych okolicznościach. I wreszcie pośród takich, a nie innych ludzi. To szatan, ojciec kłamstwa próbuje nas zwodzić, że nie pasujemy do tego miejsca, ludzi itd. Próbuje namówić nas albo na ucieczkę albo na tępienie złych — w naszym mniemaniu — ludzi. A tymczasem Bóg mówi nam, że szczęśliwy człowiek to ten, który nie naśladuje czynów złych ludzi. Nie odgradza się od nich, jest z nimi ale nie naśladuje ich czynów! Nie walczy z ludźmi! Walczy z własnym grzechem, pokusami i słabościami!
Każdy z nas, — a przynajmniej ja — mamy pragnienie zmieniać świat. Pragnienie piękne i nawet słuszne. Tylko, żebym mógł zmienić świat, najpierw muszę zmienić siebie. Dopiero wtedy, gdy sam zbliżam się do Ojca, gdy stawiam opór złemu, zmieniam ludzi wokół mnie. Wielka jest siła świadectwa chrześcijan. Świadectwa walki z grzechem w codzienności. Nie płomienne mowy o działaniu Ducha Świętego. Nie czynienie cudów! Tylko zwykłe proste świadczenie o Chrystusie w codzienności! Nic mocniej nie przyciąga ludzi do Chrystusa i Kościoła jak miłujący drugiego człowieka(każdego!) chrześcijanie. Zarażajmy innych dobrem! Gdybyśmy więcej czynili dobra, na świecie byłoby mniej zła, z którym trzeba byłoby walczyć! Człowiek, który próbuje walczyć ze wszystkimi wokół, po początkowych sukcesach odkrywa, że jest sam. Azyl, utopia nie istnieje. Pozostaje wtedy tylko rozpacz, frustracja. Pustka, której nic nie jest w stanie wypełnić. Chyba przyznacie mi rację, że to nie jest szczęście?
„Lecz w Prawie Pańskim upodobał sobie
i rozmyśla nad nim dniem i nocą.”
Szczęśliwy człowiek to ten, który umiłował Prawo Pańskie. I nie chodzi tu o to prawo, które jest spisane w różnych katechizmach i kodeksach. Chodzi tu raczej o to, co jest zapisane w Biblii. O to, co Bóg w swoim liście zostawił człowiekowi. Pismo Święte jest księgą życia, która zawiera wskazówki wobec każdej dziedziny życia. Wiem, sam długo w to nie wierzyłem, ale naprawdę w Biblii znajdziemy wskazówki począwszy od zarządzania pieniędzmi, a na życiu seksualnym skończywszy. Bardziej jednak chodzi mi o to, że są w niej wskazówki do porządkowania mojego serca. Mojego myślenia i moich relacji z drugim człowiekiem. Przykładem tego niech będą rekolekcje Ćwiczeń Duchownych świętego Ignacego Loyoli. Medytacje czy kontemplacje konkretnych fragmentów Słowa Bożego służą właśnie uporządkowaniu uczuć, pragnień i czynów. Po to abym służył innym, gdyż Ćwiczenia Duchowne mają wymiar apostolski. Nie są szkoleniem rozwoju osobistego ale mają mnie przygotować do życia z Bogiem i człowiekiem. A nawet do tego abym nauczył się żyć sam ze sobą. Często to Słowo Boże z rekolekcji noszę później przez cały rok. A czasem zostają one na zawsze. To Słowo Boże nadaje rytm mojemu życiu. Nie mogę zacząć dnia bez Słowa. ani bez niego iść zakończyć. Nie chodzi też o to, żeby zawsze to Słowo było dla nas zrozumiałe. Dla mnie często nie jest. Zwróćmy uwagę na Maryję, ona też nie rozumiała ale zachowywała Słowo w sercu. Doprowadziło to ją do stania się Matką Wcielonego Boga. Słowo — potem już wcielone — wyznaczało rytm jej życia. Piękny to rytm prawda?
„On jest jak drzewo zasadzone nad płynącą wodą,
które wydaje owoc w swoim czasie.
Liście jego nie więdną, a wszystko, co czyni, jest udane.”
Jak wiemy kwiat bez wody nie jest w stanie długo egzystować. Być kolorowym i budzić zachwyt. Bez wody nie jest też w stanie wydawać przyjemnego zapachu. Tak samo drzewo. Musi mieć wodę aby mogło róść i przynosić owoce! Co jest nasza wodą? Na pewno Słowo, ale jest coś jeszcze. Chrześcijański Anonim z II wieku napisał tak: „Błogosławieni, którzy mając nadzieję w krzyżu, zanurzyli się w wodzie.” Dla każdego chrześcijanina jego wodą jest krzyż i umierający na nim Chrystus. Kontemplacja Jezusa, który wisi na krzyżu, jest odrzucony, odarty ze wszystkiego. Jezusa, którego ciało i duch zostały zmasakrowane. Jezusa, na którego nikt już nie patrzy z podziwem. Z którego teraz po prostu się drwi. Jezusa pokonanego, totalnie przegranego. Dlaczego akurat taki, a nie ten zwycięski Jezus, który czyni cuda? Dlatego, że właśnie taki Jezus jest mi najbliższy! Jego, jak i mnie odrzucono, wyśmiano, odarto z wielu rzeczy, pokonano, zmasakrowano, unieruchomiono. On najbardziej rozumie mój ból, moje odrzucenie, moją samotność. Właśnie taki Chrystus uniewinnia mnie z moich grzechów. Z tych najcięższych, najskrytszych. Tych, których najbardziej się wstydzę. Umiera przez te grzechy, które raniły mnie, moją godność jak i drugiego człowieka. No i wreszcie umiera On także przez grzech przeciwko mnie. Tak! Jezus umarł przez grzech, który był skierowany we mnie! On wziął i bierze cały czas, każdego dnia wszystkie te słowa, gesty, czyny, które zadają mi ból! Taki Jezus okazuje się moim przyjacielem! Bo tylko przyjaciel może stać do końca i umrzeć za przyjaciela. Bo nie ma miłości większej niż ta, która oddaje życie za przyjaciół swoich. A ja Jezus oddaję je za Ciebie. Nie nazywam Cię sługą ale przyjacielem!! Tak mówi Jezus do każdego z nas.
I to jest wodą, która daje życie. Daje życie bo daję nadzieję! Każe wierzyć, że jest ktoś kto kocha mnie tak mocno jak nikt tutaj na Ziemi! No i wreszcie, Jego śmierć rodzi życie! Bo to nie koniec historii, a tak naprawdę dopiero jej początek! Z Jego męki, cierpienia, bólu, tego całego zła, którego doświadczył rodzi się dobro! Życie i nadzieja! Krzyż daje nadzieję, że będzie dobrze! Krzyż Chrystusa woła: jest nadzieja, więc warto żyć! Krzyż Jezusa przynosi owoc! To właśnie z tego Krzyża i z tego Jezusa ukrzyżowanego św. Paweł będzie się najbardziej chlubił! I napisze w 2 rozdziale 1’ego listu do Koryntian że:
przyszedłszy do was, bracia, nie przybyłem, aby błyszcząc słowem i mądrością głosić wam świadectwo Boże. Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego I stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem.
Krzyż Chrystusa przyniósł owoce… w swoim czasie! Konkretnie po trzech dniach! I przynosi je od ponad 2000 lat! Codziennie i każdemu z nas, kimkolwiek jest i gdziekolwiek się znajduje! Tak samo jest ze mną. Z każdym z nas. Każdy z nas jest drzewem, które istnieje po to, aby przynosiło owoc! Z tym, że my chcemy aby ten owoc pojawił się już tu, teraz, natychmiast! I panikujemy gdy tego owocu nie ma. Buntujemy się wobec Boga i wyrzucamy mu brak troski o nas. Sam często tak mam. Chciałbym od razu wiedzieć jakie efekty przynosi moja praca. Chciałbym widzieć konkrety, już tu i teraz. Chciałbym od razu widzieć sens tego co mi się wydarza w życiu. Bóg mówi jednak jasno i klarownie: owoc przyjdzie, ale w swoim czasie! I tak jest! Co więcej, owoce pojawiają się w takich momentach, w których niczego byśmy się nie spodziewali. Czasami wręcz, już dawno zapomnieliśmy o naszym wysiłku, pracy, przemówieniu, napisanym tekście, czy choćby o rozmowie. A tu nagle się okazuje, że to co wyszło od nas, postawiło kogoś do pionu lub wydarzyło się jakieś duże dobro. Doświadczając trudnych chwil chciałbym od razu znać ich sens. Chciałbym wiedzieć co Pan Bóg chciał mi przez to powiedzieć. No ale mija dzień, tydzień, miesiąc, rok, kilka lat. I owocu jak nie było tak nie ma. I tak odrzucenie, które wydarzyło się 6 lat temu nauczyło mnie kochać i nie oceniać nikogo zbyt pochopnie. Dostrzegłem to dopiero teraz! Albo choroba, na którą choruję od dziecka. Jej sens odkryłem dopiero po 22 latach życia!
Nawadniając się tą wodą krzyża, ja jako drzewo nie więdnę. Moje liście są zawsze zielone i nie opadają! Moje życie ma sens. Ma smak i jest piękne! Jest przede wszystkim życiem prawdziwym, w pełni i obfitości! A wszystko co czynię jest udane! Jest udane w znaczeniu takim, że ma sens i przyniesie owoc!
„Co innego grzesznicy:
są jak plewa, którą wiatr rozmiata.
Przeto nie ostają się na sądzie występni
ani grzesznicy w zgromadzeniu sprawiedliwych.
albowiem droga sprawiedliwych jest Panu znana,
a droga występnych zaginie”
Co innego grzesznicy! Nie mamy z nimi walczyć! Nie mamy prawa ich tępić! Pan Bóg mówi, że trzeba im pozwolić róść ze zbożem! Zbożem, czyli z nami, chrześcijanami. Bo właśnie plewa to chwast, który rośnie razem ze zbożem. W pewnym momencie jest nawet bardzo do niego podobna. Jezus mówi wprost: Nie(wyrywajcie chwastów), byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy. Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa;
Pozwólmy innym ludziom być wokół nas. I jak to było wspominane wyżej zarażajmy ich dobrem. To czy nam uda się ich zarazić czy nie, nie zależy od nas, ale od Ducha Świętego. I nie zniechęcajmy się tym, że wciąż nie widać zmian. Że ci ludzie są wciąż tacy sami i nadal są grzesznikami. Wszak owoce mają swój czas. I mogą przyjść nawet wtedy gdy nas już po prostu nie będzie. Albo wręcz przeciwnie ci ludzie mogą z pozoru wieść dobre życie. Mogą być „prawdziwymi katolikami”. Wiecie codzienna msza, Odnowa itd. Lecz mogą nie być nawadniani prawdziwą wodą. A przyjdzie czas żniw i sądu. Przyjdzie próba, burza i zawieje wiatr. Nadejdzie sąd, który rozdzieli plewa od pszenicy.
W czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza”».
Naprawdę tu wszystko jest pod kontrolą. Pan zna nasze drogi. Pan zna nas i nasze życie! On nas nie zostawia! I naprawdę nie zajmujmy się sądem i grzesznikami. Nie usuwajmy tzw. złych ludzi, nie uciekajmy z tzw. złych miejsc. Bo możemy przegapić cos bardzo ważnego. Po prostu zasadźmy korzenie blisko źródła, tak aby nam nigdy wody nie brakowało! I zarażajmy ludźmi dobrem!
Niech Pan Wam błogosławi!
Wasz Wojtek
O Eucharystii (2014)
Odkąd pamiętam fascynowała mnie Eucharystia. Zawsze mnie ciekawiło to co się tam na ołtarzu dzieje. Lubiłem przyglądać się księdzu i słuchać słów, które wypowiada. Gdy miałem z 10 lat zostałem ministrantem. Umożliwiało to mi bycie w samym środku, środka akcji. W domu także „odprawiałem” msze, brałem książeczkę od nabożeństwa i jechałem po kolei wszystkie części mszy. Za chleb robił opłatek wigilijny, a za wino sok winogronowy. Jedynym wiernym uczestnikiem tych „mszy” była moja ciocia Ela. Jako, że ciocia umiała grać i spiewać, „msza” miała także oprawę muzyczną! Co prawda na akordeonie ale zawsze! Co prawda zawsze były te same czytania, psalm, ta sama ewangelia ale zawsze starałem się powiedzieć jakieś „kazanie”. Były także ogłoszenia duszpasterskie, zapowiadające m.in wycieczkę do babci. Albo wizytę cioci z Poznania. Oczywiście była także składka! No bo jak ma być wszystko to wszystko!
Później zacząłem dorastać, więc z „odprawiania” mszy zrezygnowałem. Niestety także zrezygnowałem z tej prawdziwej. Chociaż chodziłem do kościoła bo tak wypadało, bo mama kazała. To jednak to nie było już to samo co kiedyś. Po prostu nudziłem się. Gdy byłem w którejś klasie gimnazjum ksiądz opiekun wyrzucił mnie i brata ze służby. Swoją drogą dwa razy byłem w służbie liturgicznej i za każdym razem mnie wywalano! To pierwszy znak, że droga duchowna nie jest moją. Wracając do myśli. Msza święta była formą spędzania czasu i rozmyślania nad bezsensem mojego życia. Czasem zdarzyło się też zdrzemnąć.
Po moim pierwszym poważniejszym nawróceniu w czasach liceum, znów zacząłem służyć. Znów eucharystia była czymś ważnym w moim życiu. Chodziłem codziennie bo tak po prostu chciałem. Coś mnie tam przyciągało. Nawet wtedy, gdy było już jasne, że nie będę księdzem, nadal czułem, że chcę tam być. Tak blisko jak tylko się da. Później znów podziękowano mi za służbę. Co było przypieczętowaniem woli Ojca odnośnie mojego życia.
Jednak pewne sprawy, nieuporządkowane emocje, pragnienia i czyny, doprowadziły mnie do kolejnej oschłości. Tym razem nie było może buntu, nadal przecież uczestniczyłem w mszy świętej dlatego, że chciałem, a nie dlatego, że ktoś mi kazał. Przestałem jednak ją rozumieć. Wiedziałem, że coś w nie jest, jednak nie mogłem dostrzec jej sensu. Zacząłem modlić się o jej zrozumienie. I Pan wysłuchał mojej prośby! Odpowiedź przyszła na trzecim tygodniu Ćwiczeń Duchownych. Chciałbym podzielić się z Wami tym jak rozumiem tę tajemnicę. Zapraszam.
Zatrzymajmy się nad słowami, które wypowiada kapłan podczas konsekracji:
Wziął chleb
Bóg jest Ojcem każdego z nas. Jest Tatusiem, który bierze każdego z nas na swoje ręce.
W księdze Ozeasza tak czytamy: na swe ramiona ich brałem; oni zaś nie rozumieli, że troszczyłem się o nich. Pociągnąłem ich ludzkimi więzami, a były to więzy miłości. Byłem dla nich jak ten, co podnosi do swego policzka niemowlę — schyliłem się ku niemu i nakarmiłem go(Oz11, 3—4).
Każdy rodzic — o ile ma po kolei w głowie — nie bierze na ręce dziecka aby mu zrobić krzywdę. Zresztą nawet jak brałem moją malutką chrześnicę na ręce to nawet przez myśl by mi nie przeszło aby ją skrzywdzić. Nawet jak bierzemy dziecko naszych sąsiadów, znajomych czy przyjaciół to bierzemy je czule i chcemy jak najlepiej dla malca. A skoro: Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą(Mt 7, 11). Uwierzmy w Jego ojcowską miłość i troskę!
Nikt tak jak Bóg nie troszczy się o nas. On naprawdę czuwa nad nami. Opiekuje się nami, ubiera nas i karmi. Robi to nawet wtedy, gdy wydaje się nam, że to wszystko jest naszą zasługą. Nie, to nie nasza zasługa, a Jego! Doświadczam tego na co dzień. Zwłaszcza wtedy, gdy nic mi nie wychodzi. Nie mam nadziei i nie widzę sensu. Gdy jednak zreflektuję, otworzę oczy to widzę nadzieję, sens i że mam wszystko czego potrzebuję do egzystencji. Świadomość ojcowskiej miłości Boga do mnie, pozwala mieć nadzieję. Pozwala wierzyć, że będzie dobrze! Pozwala iść przez pustynię i to w zimną noc!
Dzięki Tobie składając błogosławił
Jezus wiedział, że wszystko to co ma pochodzi od Ojca. Wiedział także, że Ojciec dał mu przyjaciół-wszystkich ludzi, którzy uznali Go za swojego Zbawiciela! Wdzięczność i uwielbienie Boga za ludzi widzimy w modlitwie kapłańskiej Jezusa: „Objawiłem imię Twoje ludziom, których Mi dałeś ze świata. Twoimi byli i Ty Mi ich dałeś, a oni zachowali słowo Twoje. Teraz poznali, że wszystko, cokolwiek Mi dałeś, pochodzi od Ciebie. Słowa bowiem, które Mi powierzyłeś, im przekazałem, a oni je przyjęli i prawdziwie poznali, że od Ciebie wyszedłem, oraz uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał. Ja za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś, ponieważ są Twoimi. Wszystko bowiem moje jest Twoje, a Twoje jest moje, i w nich zostałem otoczony chwałą. Już nie jestem na świecie, ale oni są jeszcze na świecie, a Ja idę do Ciebie. Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno. Dopóki z nimi byłem, zachowywałem ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, i ustrzegłem ich, a nikt z nich nie zginął z wyjątkiem syna zatracenia, aby się spełniło Pismo. Ale teraz idę do Ciebie i tak mówię, będąc jeszcze na świecie, aby moją radość mieli w sobie w całej pełni. Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie(J 17, 6—19).
Zachęcam do tego aby wziąć ten fragment na osobistą modlitwę i postawić siebie w miejsce Apostołów. W miejsce „ich”, „jego/ją”, wstaw tu swoje imię i nazwisko! Jezus modli się i dziękuję Ojcu za Ciebie! Za takiego jakim Cię Ojciec stworzył. Pełnego zalet ale też wad i słabości!
Jezus także błogosławi. Błogosławić to znaczy dobrze mówić, dobrze życzyć. I On to robi! Chce błogosławić właśnie Tobie. Takiemu jakim jesteś! On Ci błogosławi wiedząc, że Ty Go zdradzisz i zawiedziesz! Twoje grzechy i Twoje podeptanie Jego miłości, nie przeszkadzają Mu w tym, aby Tobie dalej błogosławić. On mimo wszystko nadal dobrze Ci życzy! Mu wciąż
zależy na Tobie! I co więcej, nigdy mu się to nie znudzi!
Połamał
Każdy z nas jest w jakiś sposób połamany. Każdego z nas spotkały jakieś przykrości, doświadczenia, które coś nam zabrały. Każdy z nas jest nieustannie przez coś atakowany. Życie nasze to praktycznie nieustanna walka z przeciwnościami. Praktycznie rzadko, kto może sobie usiąść spokojnie, o nic nie musząc już walczyć, ani się starać. Co chwila spotyka nas coś niekontrolowanego. A to utrata pracy, a to utrata zdrowia. Małe sukcesiki przeplatane są wielkimi przegranymi. Okresy hossy okresami bessy. Okres pocieszeń, okresami strapień. I tak w kółko.
Bóg chce nas połamać. Sam mówi wiele razy w swoim Słowie, że kogo miłuje tego doświadcza. Tego próbuje w ogniu, aby kruszec jakim jesteśmy mógł być bardziej wartościowy.
Bóg jednak w przeciwieństwie do świata, chce złamać w nas grzech, egoizm, pychę, głupotę. To wszystko co oddala nas od Niego. Łamie nas po to abyśmy bardziej kochali Go, siebie i drugiego człowieka. Łamie nas po to aby mógł nas rozdać innym. Chce abyśmy kochali i zapragnęli żyć na serio! Bóg łamie nas bardzo delikatnie. Czasem boleśnie jednak nie narusza naszej godności. Robi to z rodzicielskim wyczuciem, niemal z chirurgiczną precyzją. Świat natomiast depta naszą godność. Oddziera nas z nadziei, sensu, misji i powołania. Bóg nigdy nie zabierze człowiekowi powołania i sensu w życiu. Może go co najwyżej zaciemnić ale nie zabrać. Świat natomiast zabiera. Niszczy w nas to co duchowe. Dla świata jesteśmy tylko maszynką do robienia pieniędzy. Przynosimy zyski to wtedy nas kocha, gdy jednak ich nie przynosimy mówi nam: do widzenia. Świat próbuje zniszczyć w nas to co duchowe. Chce zniszczyć w nas radość, szczęście, proponując pusty śmiech i imitację szczęścia.
Bądźmy czujni na tę granicę. Zawierzmy się ufnie Bogu. Odwagi! On nie chce nas skrzywdzić. On tylko chce nas nauczyć miłości!
Rozdał
Jezus uczniom rozdaje połamany chleb. Są rozsypane okruszki. Ten kawałek chleba nie ma równych cięć nożem. Jest wręcz poszarpany. Coś przy tym dzieleniu chlebem zwyczajnie się marnuje ale Jezusowi to nie przeszkadza! On nie potrzebuje idealności. On bierze to co jest. On bierze i chce rozdawać nas innym takimi jakimi jesteśmy. Połamani, poranieni, przegrani i nieidealni. Właściwie to dopiero wtedy, gdy jesteśmy połamani możemy być rozdawani innym ludziom. Dopiero wtedy właściwie możemy kochać i służyć drugiemu człowiekowi. Te słowa przypominają też, że nikt z nas nie jest samotną wyspą. Nikt nie żyje dla samego siebie. Przypominają także o tym, że nikt z nas nie jest idealny. I nie powinniśmy także nikogo idealizować. Nie ma ludzi idealnych. Nie wymagajmy idealności od innych. Pozwólmy ludziom być… ludźmi. Zwykłymi, prostymi ludźmi, mającymi swoje wady i zalety. Nie wymagajmy od nikogo idealności i perfekcji! Bóg od nas jej nie wymaga, więc my także nie powinniśmy jej nawet oczekiwać od siebie, czy od drugiego człowieka. Nie oczekujmy perfekcji od kandydatki na żonę/męża, nie oczekujmy jej od księży, pastorów itd. Dajmy im żyć i być sobą. Jeśli pozwolimy im być sobą, to tak naprawdę nigdy na nikim się nie zawiedziemy!
I powiem wam, że teraz każda msza znów jest dla mnie wyjątkowa! Każda jest widocznym znakiem miłości Boga do mnie! Życzę wam abyście także to odkryli!
Wasz Wojtek
Pan zwiastuje każdemu z nas (2014)
Próbuję sobie wyobrazić scenę zwiastowania, zastanawiam się jak ona mogłaby wyglądać? Może było to wielkie objawienie z mocą podczas modlitwy a może cichy, dziwny głos podczas wykonywania jakieś codziennej czynności? Im dłużej się zastanawiam, tym bardziej realny wydaje się ten drugi scenariusz. Maryja sprząta dom i nagle coś się dzieje. A może nic się nie dzieje i słyszy tylko jakiś wewnętrzny głos, który zaprasza ją do czegoś wielkiego?
Znamienny jest fakt, że Zwiastun nie przybywa na prośbę dziewczyny. Maryja zdaje się, że nie prosiła o interwencję Boga w jej życie. Miała już je jakoś ułożone. Miała już narzeczonego, pewnie mieli gdzie mieszkać, a jej przyszły małżonek miał dochodowy fach w ręku. Sielanka, żyć nie umierać, czego chcieć więcej? Bóg jednak miał inny pomysł na życie Miriam. Ale po kolei.
Często gdy poszukuję woli Bożej w moim życiu oczekuję jasnego i klarownego przekazu. Wręcz namacalnego doświadczenia spotkania z takim Aniołem, który powie mi: rób to i to, żyj tak i tak. Tylko, że nic takiego się nie dzieje. Nie słyszę żadnego głosu, nikt mi się nie objawia. Wtedy zaczynam kombinować na własną rękę i planować. Co więcej te plany mają dobre założenia, są sensowne i mają niezłe rokowania. Czasem można jeszcze pod nie podpiąć służbę bliźniemu, żeby by nie było, że egoistą jestem… Oczywiście te pomysły zyskują aprobatę wśród znajomych i rodziny. Sypią się pochwały na to, że mam łeb na karku i tylko trzymać tak dalej. No to biorę się za ich realizację i zaczynam działać. No bo przecież planowanie to tylko początek a od gadania jeszcze nikomu nic nie wyszło. Trzeba pracować, żeby zrealizować plany i marzenia. I to ciężko pracować. Bóg jednak wobec mnie, ma inne plany…
Podobnie jak w życiu Maryi i Józefa, Bóg potrafi nieźle nakręcić i w moim. Zawsze wywraca moje plany i pomysły do góry nogami. W jednej chwili wszystko się wali jak domek z kart. Rodzi się wtedy we mnie bunt i niezgoda na to co się dzieje. I próbuję wszystko sam poskładać do kupy. Ratuję co się da… niestety jest już tylko gorzej. Coraz bardziej uciekam od rzeczywistości, w rozpacz po utraconych marzeniach i nadziejach. Nie żyję tu i teraz. Rodzina, znajomi, przyjaciele schodzą na dalszy plan, bo przecież liczy się teraz tylko to, że jestem tak beznadziejny, że nic mi w życiu nie wychodzi. Gdzie tu jeszcze zajmować się domem, ludźmi wokół mnie i ich problemami?
Z tym, że Bóg ze swoimi odpowiedziami, wskazówkami, planami przychodzi najczęściej w najmniej oczekiwanym momencie. Objawia się w codzienności, podczas codziennych, prostych i często nudnych czynności. W pracy, studiach, szkole, działalności społecznej, religijnej ale także i w domu. Podczas zmywania naczyń, podług i prania swojej bielizny. Rodzinnych obiadów i kolacji podczas, których trzeba się nasłuchać jakim to złym synem jestem i jak mało potrafię zrobić. No i wtedy, gdy w swoim pokoju płaczę z samotności. Dlaczego wtedy? Bo wtedy wydawałoby się, że w dość poukładanym życiu uświadamiam sobie, że coś tutaj nie gra. Mam pracę, studia, rodzinę, dom itd. Ale coś jest nie tak i wiem, że może być inaczej. Tylko, że próbowałem to zmienić i nic. No właśnie ja próbowałem… A teraz Bóg chce zaproponować coś innego, nowe życie. Chce zaprosić do czegoś wielkiego. I co najważniejsze to On chce zmienić moje życie, a ja nic nie muszę.
Oczywiście objawia się to przez wielkie pragnienie do zmiany, które Bóg wkłada w moje serce. A pragnienie ma to do siebie, że nie musi być od razu spełnione, może czekać. Pragnienie nie musi być od razu realizowane przeze mnie, ono czeka na stosowną chwilę. Czeka na sprzyjające okoliczności, sprzyjających ludzi i na nadprzyrodzone interwencje Boga. W pragnieniu to Bóg działa, a nie ja.
Gabriel przychodzi do Maryi jako odpowiedź na jej wielkie pragnienie bycia blisko Ojca. Zaprasza ją do rzeczy wielkiej. Tak wielkiej, że trudno sobie to nawet wyobrazić. Zaprasza ją do bycia matką wyczekiwanego przez nią i cały naród izraelski zbawiciela. Emmanuela Boga z nami. To trochę tak jakby Bóg mówił do mnie: słuchaj Wojtas, zaufaj mi a zostaniesz Papieżem. Eee yyyy ale jak, choroba, ani diecezjalni, ani jezuici mnie nie chcieli… Ojcze no to co mam robić? Oczywiście nie mam takich pragnień ale jest to dla mnie wizja równie absurdalna jak dla Maryi bycie matką wcielonego Boga. Owszem mam narzeczonego ale jeszcze razem nie współżyliśmy! Jak to się stanie? I tu właśnie leży klucz do całej sytuacji. Maryja nie pyta w przeciwieństwie do mnie co ma robić. Ona pyta „jak mi się to stanie?”. Ona oddaje inicjatywę w ręce Boga. Ale w tym pytaniu jest też trochę nutka ironii: dobra ty mi tutaj takie baje opowiadasz, no to jak to zamierzasz cwaniaku zrobić, bo ja nie zamierzam nic robić. Taki przebieg rozmowy podpowiada mi intuicja, tym bardziej, że słowo Miriam, ma też prawdopodobnie w grece drugie znaczenie. Mianowicie… „buntować się”. Anioł odpowiada jej: spokojnie, nic nie musisz robić, Duch Święty załatwi całą sprawę. Ty tylko się zgódź, nic więcej od ciebie nie chce. Pragnę tylko twojej zgody. Maryję taka odpowiedź Anioła w zupełności zadowala. Daje jej pokój w sercu i bezpieczeństwo. Przyjmuje Boży plan dla jej życia. Słowa: „Jestem służebnicą Pana, niech mi się stanie według twego słowa”(Łk 1, 38) można też przetłumaczyć jako: Jestem niewolnicą Pana — taki jest przekład dosłowny — niech mi się stanie zgodnie z twoim planem. Maryja zmienia swój ton z trochę ironicznego, buntowniczego na bezwarunkową zgodę na Boży plan. Co więcej to Bogu oddaje działanie. Od tej chwili Maryja jest tylko narzędziem(świętym narzędziem!), naczyniem, które wypełnia i używa Bóg. Koniec historii jest każdemu z nas doskonale znany. Maryja urodziła wcielonego Syna Bożego, Jezusa Chrystusa, który oddał życie za mnie i za Ciebie. Czym na zawsze zmienił losy świata.
Podobnie było w moim życiu. Bóg dał mi pragnienie niesienia ludziom Dobrej Nowiny. Dał mi wielkie pragnienie służby dla Jego chwały. Oczywiście na początku chciałem sam je realizować i nic z tego nie wychodziło. Nie przyjęto mnie do seminarium i do Jezuitów. Chciałem kombinować ale wpadałem tylko w coraz większą rozpacz. Uciekałem od mojej codzienności studenta, syna, przyjaciela ale także od mojej rzeczywistości czyli choroby. Było coraz gorzej. Kiedyś jednak mnie olśniło i zaakceptowałem to jak jest. Oczywiście nadal czegoś mi brakowało i chciałem coś więcej z życia. Bóg złożył jeszcze większe pragnienie służby w moim sercu. Później przyszło Słowo zapraszające do niesienia nadziei. Tym razem Boża oferta bazowała na tym co jest. Czyli na tym, że mimo choroby całkiem nieźle sobie radzę. Bóg powiedział: pokaż innym, że choroba to nie koniec. I wiecie jaka była moja odpowiedź? Boże dobrze, ale Ty działaj! Ja nie mam zielonego pojęcia co i jak mam robić! Mijał czas i nadarzyła się okazja opisać moje pobyty w szpitalu i moją chorobę. Z tego zrodziła się książka „Jest nadzieja, więc warto żyć” — W tej chwili prawie 2 tys. pobrań. Później wraz z Olą i Adamem założyliśmy fan pag’e na Facebook’u — w tej chwili ponad tysiąc kliknięć „Lubię to”. Z akcyjki społecznej przerodziliśmy się w stowarzyszenie, a wkrótce we wspólnotę. Dziś zrzeszamy prawie 20 członków. Liczne jest także grono naszych sympatyków. W ramach naszych działań jeżdżę wraz z przyjaciółmi po wielu miejscach w Polsce, prowadząc warsztaty i rekolekcje. Niesamowita sprawa, odnalazłem moje powołanie, misję i sens życia, a zaczęło się tylko od bycia tu i teraz i pragnienia! Pragnienia, które nie ja, lecz Bóg realizuje od dwóch lat!
Do takiej bliskości z sobą Bóg zaprasza każdego z nas. Bóg zaprasza każdego z nas do rzeczy wielkich. Do bycia kimś wyjątkowym, kimś kto ma wpływ na losy innych ludzi. Zaprasza każdego z nas do wyjścia razem z Nim w podróż. I nie potrzebuje do tego rorat, rekolekcji, dni skupienia, słuchowisk, najlepszych kaznodziejów itd. Nie potrzebuje do tego naszego działania. Nie potrzebuje do tego naszych wysiłków na rzecz zmiany swego wyglądu, zachowania, cech charakteru itd. On potrzebuje tylko jednego: nas samych! Potrzebuje naszej zgody na Jego plany. Potrzebuje do tego naszej uważności w codzienności. On potrzebuje naszego bycia tu i teraz, byśmy mogli być tam i wtedy. On potrzebuje naszego wiernego realizowania powołania stanu, obowiązków w pracy, na studiach, w szkole i w domu.
Daj mu szanse na objawienie się w Twoich pragnieniach i pozwól żyć tym pragnieniom. I nie działaj, pozwól Mu działać w Tobie! Niczego nie przyspieszaj, po prostu trwaj, miej uszy i oczy szeroko otwarte! Pan przyjdzie i objawi Ci swą chwałę!
Pan jest blisko!
Wojtek
Pole namiotowe (2015)
Bóg, Pan, Władca Wszechświata, król, Pan Nad Panami, Adonai, Elohim, Jahwe, Przyjaciel, Zbawiciel, Mesjasz, Wyzwoliciel czy Szef. Tak właśnie nazywałem Boga a moim ulubionym zwrotem do Boga było właśnie Szefie. Często też mówiłem: „To wola Szefa, Szef tak chciał, z Szefem się nie dyskutuje itd.” Zatrzymując się nad Początkiem Ewangelii św. Jana, gdzie autor zachwyca się Odwiecznym Słowem i biorąc pod uwagę doświadczenia z minionego roku musze zmienić zdanie. Teraz On jest po prostu moim Tatą. Bóg tzn. Tata okazał się być mi kimś najbliższym.
„A Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami”(J 1, 14) w niektórych tłumaczeniach możemy przeczytać, że „Słowo stało się człowiekiem i mieszkało wśród nas.” Bóg w Jezusie przyjął OGRANICZONE, SŁABE, KRUCHE, ŚMIERTELNE ciało człowieka. Był dzieckiem takim jak ja i Ty. Był zależny od innych, dorastał i uczył się. Pracował i jak każdy z nas miał obowiązki względem domu i pracy. Wiem, że to brzmi trochę nijak i dla nas jest to prawie nie zauważalne ale Bóg, Stworzyciel świata, doskonałość czuł zimno, głód i wreszcie ból. Wiedział co to łzy strachu, rozpaczy i miłości. Wiedział co to radość i zabawa. Wiedział jak to jest być wyspanym i jak to jest zarwać nockę. Załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne. Może sikał na stojąco — wiemy z czym to się wiąże — i miał poranny namiot? Większość raczej Go nie lubiła a nie kochała. Jedni się go bali, drudzy wstydzili. Nie wszyscy chcieli Go słuchać. Go też obrażano, mieszano z błotem i plotkowano o Nim. Nie rozumieli Go najbliżsi, a przyjaciele w godzinie próby zawiedli. W największym — za przeproszeniem — w swoim życiu gównie był sam, opuszczony przez wszystkich. Te kilka osób, które z Nim chciałby być w tym czasie nie miały na to szans. Byli dopiero pod krzyżem, wcześniej podczas przesłuchań nie było nikogo, kto mógłby i chciałby stanąć po stronie Jezusa. Na końcu Boga pozbawiono życia.
Jestem przewlekle i nieuleczalnie chory. Od najmłodszych lat znam co to znaczy ból ciała i duszy. Wiem co to znaczy mieć ograniczenia i być słabszym od innych. Trudno jest się przyznać, że się czegoś nie wie i, że trzeba braki w wiedzy uzupełnić. Wiem co to znaczy być zależnym od innych i mieć obowiązki — czasem przykre i bezsensowne. Wiem jak to jest być przez kilka dni głodnym bo refluks żołądka odmawiał przyjmowania jakiegokolwiek pokarmu. Długie bezsenne noce powodowane przez obecny w każdej przewlekłej chorobie stres także nie są mi obce. Mam ciało, które domaga się spełniania swoich potrzeb. Dość spore grono ludzi nie darzy mnie sympatią, a wręcz przeciwnie wrogością. Mimo wielu lat znajomości nadal niektórzy boją się mnie i mojej choroby. Nie raz poznałem ten przykry moment gdy ktoś nie chciał przyznać się do znajomości ze mną. Jedni chcą mnie słuchać i czytać, jednak dla zdecydowanej większości jestem nie godnym tego bym miał coś do powiedzenia. Dziwak, Yeti, E.T., grubas, głupek, wcielenie zła, cham, prostak i egoista. Czego to się też nie nadowiadywałem o sobie z drugiego obiegu. Ostatnimi osobami, które rozumieją i popierają to co robię i kim jestem to członkowie mojej rodziny. A przyjaciele… no cóż ilu to deklarowało wielką przyjaźń a jak niewielu z nich zostało w godzinie próby. Niektórzy chcieli być ale nie było takiej możliwości. Bo każdy z nas ma takie sprawy w swoim sercu, życiu w których jest kompletnie sam. I nawet jeśli chciałby do nich kogoś wpuścić to nie ma na to szans. Nie da się po prostu tam wejść, nawet jeśli są chętni to nie mogą. My chorzy doskonale to znamy. Mamy takie sfery, momenty życia w których zawsze będziemy kompletnie sami i tak już będzie zawsze. Wiem też co to znaczy kogoś kochać i być kochanym by po jakimś czasie ot tak być dla tej osoby po prostu nikim. Oczywiście też w moim życiu były łzy rozpaczy, bólu ale i miłości. Nie raz też imprezowałem, świętowałem, czy po prostu zwyczajnie się cieszyłem i okazywałem radość. Bo przecież życie ma różne także te dobre, piękne i radosne oblicza. Myślę, że wielu z Was ma podobne doświadczenia jeśli nie te same.
„A Słowo stało się człowiekiem i zamieszkało wśród nas” właśnie takich nas. Ograniczonych, kruchych, słabych, zależnych od innych, opuszczonych po prostu małych. Co więcej Bóg chciał być tak blisko nas, że sam przyjął człowieczeństwo. Był podobny do nas we wszystkim oprócz grzechu. Przeżywał to samo co ja i Ty. Jak wielka to musi być miłość by dla kogoś tak dać się poniżyć. Wiedząc jednocześnie, że ta miłość będzie tyle razy odrzucana przez mój i Twój grzech. Wiedząc, że nigdy nie będę w stanie w równej mierze odpowiedzieć na tę miłość. Nie wiem jak wam, ale mi źle z tym… tylko, że dla Niego to żaden problem! On po prostu chce przy mnie być!