E-book
4.27
drukowana A5
46.58
Droga do Odkupienia

Bezpłatny fragment - Droga do Odkupienia

Saga Dzieci Niczyich


Objętość:
328 str.
ISBN:
978-83-8126-252-1
E-book
za 4.27
drukowana A5
za 46.58

Książkę tę dedykuję tym osobom, które we mnie nigdy nie zwątpiły.

Prolog

— Tak jak każda historia, tak i ta ma swój początek — rzekł z wolna spokojnym głosem mężczyzna po czterdziestce do dwójki dzieci. Przykrywały się ucieszone swoimi jasnymi, szaro-żółtymi kołderkami w pstrokate wzory i czekały na kolejną z pasjonujących opowieści.

— Ta zaczyna się… bardzo niepozornie. Jej finał zdaje się mieć miejsce już pod koniec przydługiego wstępu, ale ktoś kiedyś powiedział, że koniec jest wtedy, kiedy wszystko jest naprostowane. Jeżeli wciąż istnieją nierozwiązane problemy… to historia pozostaje otwarta i nie zostały spisane wszystkie jej słowa.

Dzieci słuchały uważnie, wyraźnie poruszone każdym mocniej intonowanym wyrazem. Widać, że opowiadanie to nie pierwszyzna dla mężczyzny.

— Czy w tej historii będą wilkołaki i wampory? — zapytała swoim kwilącym głosikiem dziewczynka.

— Wampiry! — wykrzyknął w odpowiedzi mocno poirytowany chłopiec, niewiele od niej starszy, rezolutny i nieco zadziorny. Odwdzięczyła mu się zmarszczonym czółkiem i wystawieniem języka, a mała sprzeczka została szybko i skutecznie przerwana przez krótkie — i dość wymowne — chrząknięcie dorosłego mężczyzny. Złagodniały natychmiast, tak jak i on, wcale nie okazując im swojego gniewu czy niezadowolenia.

— Wilkołaki? Nie. Będą wilki — ucałował czółko uroczej blondyneczki. — Będą wampiry — pogładził po kędzierzawych włosach chłopaka. — I oprócz tego istoty, o których nie słyszeliście ani wy, ani wasi przyjaciele.

Oczy dzieci rozszerzyły się z błyskiem ekscytacji.

— To długa przygoda — zaznaczył mężczyzna, jednocześnie upominając w myślach samego siebie, żeby co pikantniejsze jej szczegóły przekazać dzieciom jak najdelikatniej. — Przygotujcie się na kilka dni opowieści.

Rozdział I

— Matko, proszę, szybciej!

— Dziecko, ratuj siebie, zostaw staruszkę jej losowi — pomarszczona kobieta o bardzo delikatnych rysach pogładziła załzawiony policzek swojej córki. Rozpaczliwie próbowała oddelegować swój promyczek, swoją dziecinę. Nie mogła uwierzyć, jak jest piękna i dojrzała, jakby dopiero w tej chwili zrozumiała, że jej latorośl już dorosła.

— Nie odejdę bez-

— Obudziłam się dziś po to, by teraz zasnąć na zawsze — uśmiechnęła się do niej i skupiła się na czarnych, splecionych w warkocz włosach zapłakanej młódki. Wyglądały zupełnie jak jej własne, różniły się tylko kolorem. Idealny kontrast głębokiej czerni i jasnej siwizny. — Ty zaś obudziłaś się po to, bym mogła spokojnie odejść. Uratuj się albo nie spocznę!

Dziewczyna zwiesiła głowę nad matką. Łzy popłynęły żałobnym wodospadem i po krótkiej modlitwie zostawiła swoją schorowaną rodzicielkę na łożu, na którym przyjdzie jej umrzeć. Pobiegła, ciągle łkając, na tyły domu, po drodze chwytając duży kuchenny tasak. Otworzyła dębowe drzwi i wkroczyła prosto w horror panujący na ulicach jej rodzinnej wsi, Lenville. To, co ujrzała w pierwszej chwili, rzuciło ją na kolana. Zdjęta strachem i zszokowana, obserwowała znajome sobie twarze wciśnięte w mokre, lepkie błoto. Mokre od rzęsistego deszczu.

I chyba jeszcze bardziej od krwi.

Ogień trawił kilka okolicznych budynków, ulewa zdawała się jedynie zachęcać niemożliwy do zatrzymania żywioł do bardziej zawziętego pochłaniania strzechy i drewna. Z chałupy starego Reda wybiegł ktoś cały w płomieniach, wydając nieprzyjemny, skwierczący dźwięk na deszczu. Dziewczyna wspięła się już na równe nogi i nie mogła poznać, kim był ten nieszczęśnik. Miała tylko nadzieję, że te okropne odgłosy wydaje ogień wystawiony na działanie wody, a nie jego ciało.

— Tatusiu, oni robią krzywdę mamie — jęknął zapłakany Tommy Valo, syn Ricka, drwala o łapach tak wielkich, jak nogi wołu. Teraz wydawał się znacznie mniejszy. Jedna, zwieszona bezwładnie ręka ociekała krwią, drugą próbował zakryć twarz dzieciaka. Czarnowłosa dziewczyna spostrzegła brak dwóch palców, które zostały jakby wyrwane prosto z dłoni. Za nim stał równie wielki, jak korpulentny drwal, żołnierz w ciężkiej zbroi, lśniącej od deszczu i krwi, z przerażającym, obosiecznym toporem. Takim, jakich używają kaci. Ostrze przylegało twardo do karku Ricka, a z jego chałupy dobiegały płaczliwe krzyki jego żony.

— Tatusiu, czemu mama krzyczy?

— Ucisz bachora, bo głowę zetnę. Najpierw jemu, potem tobie — warknął gardłowym głosem olbrzym. Rick, cały spięty i roztrzęsiony, zaczął pospiesznie uciszać malca, kiedy zbrojny jednym uderzeniem płaskiej części broni odrzucił dziecko na bok.

— Mam lepszy pomysł — rzucił przez zęby i odepchnął Ricka, chwytając Tommy’ego za fraki. Kierował się do domu rodzinnego Valo, gdzie brutalnie gwałcona była matka dzieciaka. Wtedy Rick rzucił się na jego plecy; nie mógł już znieść tego poniżenia, zresztą wcale nie wierzył, że oprawcy darują im życie pod koniec swych haniebnych występków. Bardzo szybko został przeszyty dwiema pierzastymi strzałami i padł na jedno kolano.

— Kornelia! — krzyknął mały Tommy, widząc czarnowłosą. Udało mu się oswobodzić dzięki interwencji Ricka, na którym spoczął cień wielkiego topora.

— Kornelia! — powtórzył błagalnie sam Rick, w ostatnich chwilach swojego życia. — Ratuj mojego chłopca, słyszysz, ratuj go, prosz-

Nie skończył. Ciężka stal z łoskotem zatopiła się w twardej czaszce. We łbie, który przyjął niejedno manto, niejeden raz był obity przez spadające gałęzie i drzewa, nieraz też poturbowany w bójkach w gospodzie. Kornelia była sparaliżowana i dopiero kiedy Tommy wydał z siebie zduszony jęk, otrząsnęła się i doskoczyła do chłopaka. Dzieciak zatrzymał się w połowie drogi do niej, kiedy usłyszał głos ojca i się obrócił. Widział jego koniec.

— Tatusiu, mamusiu, kim są ci ludzie? — zawodził histerycznie, nie pojmując, co się właśnie stało. Kornelia była dość silna, żeby złapać sześciolatka i uciekać. Oplótł ją rączkami i nóżkami, przyległ do niej, czuła jak jego wydzielina nosowa i potok łez kleją się do jej białej koszuli. — Kim są ci źli ludzie? — ponowił pytanie malec.

— Kim oni kurwa są — powtórzyła do samej siebie. Mały już miał powiedzieć „nie wolno brzydko mówić”, ale zrezygnował i zamiast tego powtórzył to samo — po raz pierwszy w życiu wyduszając ostrożnie wulgaryzm.

Tak bezlitosne okrucieństwo odmieniło w mgnieniu oka nawet młodą, niewinną duszyczkę.

Dobrze biegała, więc nie spodziewała się żelaznego kata. Musiał się poruszać bardzo powoli w całej puszce, w której był zakuty. Przemykała niepostrzeżenie między znanymi sobie domami; mijała ogrody Lisy, kuźnię Fallita, domy swoich przyjaciółek Suzy, Rity i Anabelle. Między budynkami widziała ohydne sceny, od których odwracała głowę, by nie prześladowały ją przez resztę życia.

Osoby, które znała i kochała, były mordowane, poniżane, koleżanki w podobnym do niej wieku gwałcone i rozbierane na ulicy. Mężowie z dziećmi patrzyli na bezczeszczenie ich kobiet, pod groźbą okrutnych tortur na najmłodszych. Widziała dziewczynkę, której nawet nie rozpoznała. Siedziała w kałuży krwi, nawet nie płakała, jedynie majstrowała coś przy swojej nodze. Wyglądała, jakby nawet nie rozumiała, że wokół coś się dzieje. Kornelia zastanawiała się, czy to jej krew i szybko oddaliła tę myśl.

Jej pierwsza miłość, aktualny chłopak, Przystojniak Hal stał z widłami i wywijał nimi we wszystkie strony. Mieszkał z wujem, hodowali kury, krowy i konie. Widziała truchła całej zagrody oraz wuja Radbora zajmujące się leniwie ogniem za jego plecami, on sam starał się odeprzeć trzech lekkozbrojnych, śmiejących się wojowników z mieczami i tarczami, którzy, jak pozostali napastnicy, mieli zakryte hełmami i chustami twarze. Stał do niej bokiem; mogła go uratować, byli jeszcze daleko, a oboje z Halem dobrze biegali…

— Tommy, słuchaj uważnie, Tommy, Tommy, Tommy! — zaczęła ściszonym szeptem, odczepiając od siebie malca, co przyszło jej z wielkim trudem. — To Hal, widzisz? Mój Hal. Jest w niebezpieczeństwie i… musimy mu pomóc, ale potrzebuję do tego twojej pomocy.

Mały był wyraźnie przerażony i chyba tak jak tamta dziewczynka, nie do końca rozumiał, co się dzieje. Kornelia to zauważyła i przyznała przed sobą, że sama też tego nie pojmuje.

— Boję się…

— Wiem, ja też, wszyscy się boimy, ale musisz coś dla mnie zrobić — odwróciła go w kierunku pola pszenicy, przy którym się znajdowali. — Musisz biec przed siebie, ile sił w twoich małych nóżkach. Musisz pędzić szybko do sąsiedniej wioski.

— Do Oak Crib?

— Dokładnie, tak, tak — pokiwała głową zachęcająco, zadowolona, że mały jeszcze myśli. Odwróciła się pospiesznie w kierunku Hala; wojacy już zaczęli się do niego zbliżać. — To naprawdę bardzo ważne. Biegnij i nie odwracaj się, nieważne co usłyszysz. Biegnij przez wysokie trawy! No już! — popchnęła go, pomagając wystartować. Od razu przebierał nóżkami, pokrzepiony i przekonany o istotności swojego zadania, choć właściwie nie wiedział, po co tam biegnie. Ona zaś odwróciła się na pięcie. Wciąż trzymała w ręku tasak, o którym zupełnie zapomniała. Aż zrobiło się jej słabo na myśl, że mogła niechcący zranić nim Tommy’ego.

Odepchnęła tę niedoszłą wizję na bok i zebrała całą odwagę, jaką tylko w sobie odszukała. Trójka już zaczęła okrążać uzbrojonego w widły chłopaka, jeden z nich stał teraz na jej drodze, odsłaniając plecy. Wciąż pozostawała niezauważona, więc cicho podchodziła do nieświadomego zbereźnika, żałosnej, bezuczuciowej imitacji człowieka, którego włosy wystawały w nieładzie spod hełmu z opuszczoną przyłbicą.

Tasak był ostry, osełkowała go jeszcze dzisiaj, miała kupić świniaka od rzeźnika i go porcjować. Niesiona gniewem wiedziała, że zabije drania jednym cięciem. Była już blisko, już unosiła broń, kiedy pełen strachu, ale zdeterminowany wzrok Hala przypadkowo spoczął na niej i na jego twarzy wyrósł wyraz jeszcze głębszego przerażenia. Trwogi nie o własny los, a o życie ukochanej. Wojownik natychmiast obrócił się i stanął twarzą w twarz z dziewczyną z tasakiem. Zamachnęła się, ale sparował cios tarczą, natychmiast jednak przebiły go od tyłu widły Hala.

— Uciekaj, głupia — ryknął, pewny już swojej śmierci. — Kocham cię!

Nie zdążyła nawet mu odpowiedzieć, gdyż został błyskawicznie przebity dwoma mieczami, aż krew trysnęła mu z ust, a jego czarne oczy, które tak miłowała, przeszkliły się. Widziała, jak uchodzi z nich życie. Zaklęła i krzyknęła, wybałuszając oczy. Obróciła się na pięcie i zaczęła biec, a dwóch pozostałych napastników wrzeszczało jakieś komendy.

Ze łzami w oczach wyrzuciła tasak, żeby nic jej nie spowalniało. Odwróciła na moment głowę, żeby zobaczyć czy ktoś jej nie goni. Nikogo nie zobaczyła, ale nie zwolniła tempa. Była już opodal łąki, gdzie znajdzie schronienie wśród pszenicy i kukurydzy, będzie się czołgać, biegać zygzakiem, kucać, cokolwiek; zrobi wszystko, żeby uciec. Musi odnaleźć Tommy’ego i się nim zająć.

Skoczyła jak długa w złociste łany. Na brzegach zboże rosło nisko, więc nie ukrywało jej, ale już za moment dosięgnie bezpieczniejszych i wysokich obszarów, gdzie kłosy gęsto się plenią. Płakała gorzko i myślami była bardziej z matką, niż z Halem, ale i jego widziała teraz. Wystraszone, pełne troski oblicze, heroiczną i romantyczną śmierć. Wciąż słyszała jego ostatnie, piękne słowa.

Słyszała je także w chwili, w której dwie strzały przebiły ją od tyłu, trafiając prosto w serce, a trzecia rozerwała policzek i pofrunęła w dal.


Padła martwa na miejscu, zesztywniała w jednej chwili i rąbnęła głową o glebę. Zboże, które było onegdaj zbawieniem wygłodniałej wioski, a teraz miało być zbawieniem i ukryciem Kornelii, rozłożyło się na boki pod ciężarem jej ciała. Łucznicy na odległym o kilkanaście metrów — może nieco więcej — budynku byli wyraźnie zadowoleni i pomachali do siebie zaciśniętymi pięściami, jednocześnie śmiejąc się z chybionego strzału jednego z nich. Zeskoczyli z dachów i wrócili do patrolowania, szukając innych uciekinierów. Gdyby w ostatnich chwilach Kornelia rozejrzała się uważniej dokoła, zapewne spostrzegłaby dwa inne ciała ze sterczącymi strzałami, w jednym trzy, w drugim zaś co najmniej tuzin, z różnych miejsc na ciele. Strzelcy zabawiali się i czynili z uciekających żywe tarcze strzeleckie, robiąc zakłady, kto gdzie trafi.


Miało się już ku zachodowi, a deszcz siąpał tak samo intensywnie, ale krzyków i śmierci było już znacznie mniej. Dwugodzinny horror kończył się wraz z podcięciem ostatnich kilku gardzieli osób, którym obiecano wolność za współpracę i wydanie swoich najbliższych. Ostatnie młode dziewczyny, wykorzystane już przez każdego chętnego i zupełnie upokorzone, już nie krzyczały. Tylko jedna z nich płakała, a trzy inne klęczały rozedrgane, zupełnie sponiewierane, uciśnione i uległe. Jakby już były martwe, choć jeszcze żyły. Jednak oddech brzmiał pusto, spojrzenie było zamglone, postawa upiorna. Kilku strażników starało się unikać kontaktu wzrokowego. Bali się zjaw nocnych i upiorów, w które skurwione niewolnice mogły się przemienić, niosąc zemstę swoim oprawcom. Jednym, pewnym ruchem podrzynano im po kolei gardła, a następnie dokładano ciała do strzelistego, płonącego stosu.

Splądrowawszy wszystko, co się dało, czyli bardzo, bardzo niewiele, zastęp napastników ruszył na południe.


*


Była już ciemna noc, księżyc wysoko na niebie przebijał spomiędzy chmur, a ostatnie krople deszczu obmywały splugawioną ziemię, kiedy otworzyła oczy. Wciągnęła przeciągle powietrze, czując ogromny ból w klatce. Jęknęła cicho, bezsilnie dźwigając się na łokciach. Spojrzała w dół, a z jej piersi sterczały dwa żelazne groty, pokryte brunatną, twardą skorupą. Rozedrganymi, słabymi rękoma złapała jeden z nich i z impetem ułamała drewno, wrzeszcząc przy tym z nagłym, ostrym cierpieniem. Nie rozumiała za bardzo, jakim cudem jeszcze żyje, nie pamiętała też dokładnie, dlaczego jest przebita strzałami. Z naruszonej rany pociekła świeża krew, a kiedy złamała drugi grot, niemal zemdlała z bólu. Dobrze jednak znała się na ranach, choć nie do końca pamiętała, gdzie zgłębiła tę wiedzę. Nawet ktoś zupełnie nieobeznany w tej dziedzinie wie, gdzie jest serce i mógłby z całą stanowczością stwierdzić, że oto dwie strzały je przebiły i tkwią w samym jego środku. Zwątpiła przez chwilę, zastanawiając się, czy ma je wyciągnąć. Może lepiej je tak zostawić, skoro w cudowny sposób ocalała i jeszcze żyje.

Coś jednak bezwiednie pokierowało rękoma i w jednej chwili dłoń znalazła się za plecami, chwytając oba pociski i szybkim, zdecydowanym szarpnięciem wyrwała je. Nie zrobiła tego całkowicie świadomie, tak, jak niezupełnie dobrowolnie zabiera się rękę z czegoś, co okazało się gorące. Ot, taki odruch, jak to ją uczył kiedyś… Ktoś. Nie pamięta tej lekcji, ale mogłaby przysiąc, że miała miejsce.

Upadła przeszyta bólem, bez tchu i głosu. Leżała dobre kilka minut, zanim zdołała wstać i chwiejnym krokiem skierować się do osady. Nie wiedziała, czy na pewno chce tam iść, straszył ją czarniejszy niż noc kłąb dymu, smród palonych zwłok i ciężkie, grobowe powietrze. Miała jednak wrażenie, że jest związana z tym miejscem. Musiała je zobaczyć na własne oczy.

Kroczyła wśród zgliszczy, wśród zdezelowanych budynków i rozpaczliwych twarzy rozrzuconych ciał. Nie wszystkie zostały spalone, niektóre zostały tam, gdzie leżały, choćby ciało młodzieńca, którego głowę nabito na widły. Z brzucha ziały dwie rany.

— Musiałeś być bardzo przystojny — powiedziała smutno do nieboszczyka. Patrzył na nią martwymi, ciemnymi oczyma, a z góry czaszki wystawały trzy wąskie, żelazne ostrza, tworząc groteskową koronę.

— Jeżeli cię znałam, to przepraszam, ale… — zatrzymała się na chwilę, czując dziwne mrowienie u podstawy czaszki, na karku. Wydawało jej się, że coś sobie przypomina, ale wrażenie szybko uciekło. — Nie pamiętam cię.

Jednak rozpoznawała uliczki, którymi szła, niemal instynktownie skierowała swe kroki do jakiegoś budynku, spalonego całkiem z jednej strony, a w całkiem jeszcze dobrym stanie z drugiej. Weszła przez otwarte na oścież dębowe drzwi do kuchni, w której poczuła się dziwnie smutna, jakby zgroza i zniszczenie, które dopadły wioski, były niczym w porównaniu z atmosferą wewnątrz tej chałupy.

Zrozumiała, że była w swoim domu. Nie pamiętała go, nie pamiętała niczego, ale wiedziała, że to był jej dach nad głową i miała nieodparte wrażenie, że w spalonej części mieszkania straciła coś najważniejszego, coś… lub kogoś.

Zrozumiała także, że straciła wcześniej swoje życie. I nie potrafi sobie wytłumaczyć, jakim cudem i dlaczego je odzyskała. Wyszła z ruiny. To już nie jest jej los, opuściła tamtą ścieżkę i w niezrozumiały sposób otrzymała całkiem nową.

Rozdział II

Po zniszczeniu Lenville, deszcz nieustannie męczył wszystkich swoją uporczywością. Wędrowcy szukający schronienia na noc mieli problemy ze znalezieniem wolnej izby, a starsi ludzie zgodnie wieścili zgubę nad światem związaną z ostatnimi drastycznymi wichurami i ulewami. Także wytępienie całej wioski nie przeszło bez echa, rząd Samilii zapowiedział poszukiwania sprawców i obiecał, że ofiary zostaną pomszczone. Wystosował pisma do Dalii i Mocarstwa Błękitnych Oczu, które najbardziej podejrzewał ze względu na łączącą te narody przeszłość. Wielka Puszcza, las mieszczący stolicę, Tandil, był w przeszłości częściowo zaanektowany przez te dwa państwa i Samilia wciąż nie odzyskała całego terenu, więc relacje między Samilczykami a Dalijczykami i Baeńczykami z Mocarstwa Błękitnych Ostrzy są dość napięte.

Każdy podróżujący przez Samilię musi liczyć się z niebezpieczeństwem związanym z pochodzeniem. Mając obce dokumenty trzeba spodziewać się braku szacunku i wrogości. Wiedział o tym każdy, tak jak wiedziała o tym czerwonowłosa niewiasta w szarym płaszczu. Kiedy przekroczyła rzekę Miun-Sol, opuściła rodzinną Dalię i musiała polegać na fałszywych dokumentach. Ulewa skutecznie uniemożliwiała dalszą podróż i była zmuszona zatrzymać się w gospodzie, miała tylko nadzieję, że jej papiery zdadzą egzamin po raz drugi, tak, jak przy przekroczeniu granicy. Znajdowała się w najbardziej wysuniętym na północ mieście Nidarum, chłodnej, podgórskiej mieścinie. Wyżej są już tylko przeraźliwe Góry Szlachetne, a konkretniej ich przez nikogo niezdobyty łańcuch, który odebrał już zbyt dużo żyć. Porty Małe należące do miasta kursowały jedynie na zachód i południe, gdyż Góry Szlachetne od strony oceanu zwieńczone były Wybrzeżem Kłów, zawdzięczającym swą nazwę wielkiej ilości ostrych skał, zdolnych zniszczyć każdy kadłub.

Światła gospody jaśniały przyjaźnie pośród ciemnego, popołudniowego chłodu. Migotały tanecznie, a w środku panował zgiełk. Selia podchodziła do wejścia bez najmniejszej nadziei. Nad jej głową drewniany szyld na dwóch żelaznych łańcuchach był rzucany w przód i w tył porywistymi podmuchami; nad wyrzeźbionym nierówno mostem umieszczono metalowe litery: „Za Wielką Rzeką”.

— Czego, paniusiu? — warknął grubiański typ zza drzwi przez odsunięte, małe okienko. Cuchnął tak, że Selia najchętniej oddaliłaby się bez żadnej rozmowy, ponadto miał podbite oko i braki w uzębieniu. Budynek, do którego zaglądała, nie wyglądał wiele lepiej.

— Przydałaby się izdebka — mruknęła sarkastycznym tonem. — Parszywa pogoda.

— Śmierdzisz mi. Akcent masz jakiś dziwny. Jakieś dokumenty?

Już miała ostro wypowiedzieć się na temat zapachów, ale powstrzymała się i wyciągnęła papiery zza pazuchy, podała mu, osłaniając przed deszczem. Uważnie je zlustrował, zmierzył wzrokiem młodą niewiastę i pokiwał głową z lubieżnym uśmiechem.

— Śliczna jesteś, złociutka. Nie mamy pokoi — zbliżył do niej swoją twarz i zniżył ton do szeptu, ledwo słyszalnego w dudniących strugach. — Oczywiście mogłabyś się zdrzemnąć w mojej prywatnej klitce — puścił do niej oko. Na samą myśl czuła ściśnięcie w żołądku. Wiedziała, że bez problemu zmusiłaby go do odcięcia sobie palców u stopy, jeżeli poczułaby taki kaprys, przez chwilę nawet rozważała związanie go w jego pokoju i nakłonienie do grzeczniejszego, uległego zachowania, ale szybko odrzucił ją pomysł choćby dotykania brudnego pomyleńca.

— Obawiam się, że nie wytrzymałabym smrodu — rzuciła z nutką groźby. Wybałuszył oczy, ale już nie usłyszała odpowiedzi, gdyż szybko zawróciła i nie marnując więcej czasu, okrążyła budynek dwukrotnie, szukając tylnych drzwi lub otwartego okna. Pomimo psiej aury znalazła aż trzy — jedno na parterze i dwa na drugim piętrze. Z najniższego unosiły się kłębuszki dymu i aromaty pieczonej wieprzowiny oraz duszonego wołu. Przy nich były też drzwi, zapewne zaryglowane od środka, gdyż nie miały klamki. Z doświadczenia wiedziała, że wejście przez kuchnię jest bardzo trudne i często kończy się awanturą, będzie więc musiała dostać się do okien na piętrze. Była pewna, że wciąż nie wszystkie pokoje są zajęte, a podpity strażnik chciał jedynie położyć łapska na jej kusej sylwetce.

Zaprowadziła konia do pobliskiej stajni, płacąc za opiekę i przechowanie go do rana i zawróciła na tyły gospody.

Bacząc na śliski deszcz, poczęła wspinać się po tylnej ścianie. Trzema szybkimi skokami dosięgnęła gzymsu obok parapetu, lekko tylko tracąc równowagę przy ostatnim susie. Niepostrzeżenie wturlała się do środka i schowała się od razu za grubą zasłoną. Wyglądnęła ostrożnie na pokój. Starszy jegomość siedział nad kilkoma pismami przy nikłym świetle lampy naftowej, bazgrał coś i bezgłośnie wokalizował do samego siebie. Podziękowała w myślach za swoje szczęście, z przygłuchym staruszkiem będzie jej łatwiej wyjść z tego bez uciekania się do sztuki perswazji czy kłamstw.

Wzięła ze sobą dwa małe kamyczki i jeden duży. Najdrobniejszy posłała prosto w drzwi. Starzec wstał i poszedł sprawdzić, kto kołacze, kiedy już otworzył je na oścież i skonfundowany nie zobaczył nikogo, łupnęła większym na parapet, a ostatnim małym ugodziła siwego mężczyznę w plecy. Odwrócił się gwałtownie i szybkim — jak na swój wiek — krokiem podążył w kierunku okna. Przeklinał głośno i obiecał skopać tyłek łobuzom, którzy mu przeszkadzają, a kiedy wyglądał w mrok i deszcz, Selia już cichaczem opuściła pokoik. Starzec nie usłyszał zupełnie niczego.


Ukłoniła się przechodzącemu grubasowi w drogim kostiumie z upierścienioną ręką. Widział, jak Selia wymyka się z pokoju, ale zrobiła to zupełnie naturalnie, jakby wychodziła od siebie bądź kogoś, kogo zna. Kiwnął jej głową w odpowiedzi, a kiedy się minęli, obrócił za nią ciekawski wzrok.

Zeszła na parter, do obszernej i głośnej sali. Przy stolikach po prawej grupa niechlujnych młodzieńców grała w kości i karty, zaraz za nimi siedział w kącie duet muzyków, jeden z lutnią, drugi z lirą. Wygrywali skoczną i swawolną melodię, a grupka chłopów przyklaskiwała im ze swoimi oblubienicami. W przeciwległym narożniku stał wysoki jegomość w czarnym, obcisłym surducie, z wysokim melonikiem i złotym pince-nez. Przez poły jego marynarki przebiegały skomplikowane żyłki łączące się z licznymi przepustnicami, przełącznikami i mikro-generatorami, a ich wnętrze wypełniał bladobłękitny, jarzący się płyn. Był otoczony kilkoma zwolennikami nowoczesnej mechaniki. Nieopodal dwóch zakapiorów patrzyło na niego spode łba, ale żaden z nich nie miał odwagi doń podejść. Obnosił się ze swoim nietutejszym oprzyrządowaniem oraz z małym miotaczem zatkniętym w kaburze przy pasie. Taka broń nie robiła najmniejszego wrażenia na Selii; jej szeroki miecz o krótkiej rękojeści leżał w dłoni pewnie i był dużo bardziej śmiercionośny niż współczesne zabawki. Wystarczy mieć jakiekolwiek pojęcie o walce.

Skierowała swoje pewne kroki do szynkwasu. Rzuciła okiem na wykidajło przy drzwiach, mrugnęła do niego z wyższością i nawet nie zwróciła uwagi, czy ją poznał, czy nie. Wiedziała, że był zbyt pijany, żeby połączyć wydarzenie sprzed chwili ze znajdującą się nagle w środku Selią. Poza tym teraz stała bez kaptura, a była pewna, że zbytnio skupił się na tym, czego nie mógł dostrzec i ledwo pamięta jej delikatną twarz.

— Pokój poproszę — rzuciła pewnym tonem, nie nawiązując zbytecznego kontaktu wzrokowego. — I jedno ciemne.

Oberżysta z pokaźnymi bokobrodami nalał jej czarnego, mocnego trunku. Strącił pianę deseczką i gruchnął kuflem o ladę, rozlewając nieco.

— Dwa srebrzaki — upiła łyk orzeźwiającego, gęstego piwa. — A pokoje od siedemnastu wzwyż.

— Siedemnaście! — ryknęła, również uderzając kuflem o szynkwas. Pomimo zmniejszonej zawartości też nieco wylała. — Nie wiedziałam, że okradanie rodaków jest u nas legalne! Mordują nas skurwysyny z Błękitnych Oczu, wyśmiewają tchórzliwi Dalijczycy, a rodacy chcą siedemnaście za pokój!

Chociaż wcale tego nie chciała, wiedziała, że musi gadać twardo. Samilia to kraina ludzi porywczych i zdecydowanych, nie ma tutaj miejsca dla słabeuszy. Nie może dać po sobie znać, że pochodzi z Dalii — jej życie byłoby wtedy zagrożone.

— Spokojnie panienko — podniósł ręce w obronie. — Widzę, żeś twarda. A takich nam trzeba wyspanych, żebyś mogła tym wojować — machnął grubą łapą na jej miecz. — Piętnaście za pokój, a pierwsze piwo na mój koszt.

Kiwnęła głową w geście, który poza Samilią wydawałby się przesadzony i zbyt obszerny. Towarzyszył temu przeciągły wyraz twarzy.

— Więc myślisz, że Lenville to sprawka Baeńczyków? — podjął z większym szacunkiem barman.

— Któż inny. Dalijczycy są zbyt tchórzliwi.

— Czarni nie przebrnęliby przez Wielką Puszczę — rzekł zaciekawiony, wycierając kufle poplamioną szmatką. Miał rację — środkowa część puszczy, którą musieliby przebyć, by dostać się do Lenville, była jak mur z plątaniny drzew, pełna dzikich zwierząt i niebezpiecznych roślin.

— Poszli Szkarłatną Plażą i w górę rzeki Miun-Sol. Dla mnie to oczywiste.

Choć wiedziała o szlachetności Baenu, miała na myśli samych barbarzyńców spoza Sześciokątnego Miasta, ale musiała grać rolę zwykłej dziewczyny z Samilii. Wiedziała również, że jej lud, Dalia, nie stał za napaściami na skraju puszczy, a Nerida nie odważyłaby się na taki nietakt. Według jej podejrzeń istotnie była to robota zachłannych dzikusów z ostępów Mocarstwa. Niech myślą co chcą, Dalijczycy byli dobrym i pracowitym ludem, a niesnaski z wojny to spory przodków, z których już żaden nie kroczy po ziemiach kontynentu Aethera.

— Jaki mieli w tym interes?

— A co ja, kurwa, agentka ich? — warknęła. Bardzo męczyło ją udawanie nienawistnej i lekceważąco ordynarnej. — Czyż Baeńczycy nie lubują się w barbarzyństwach i mordach?

Oberżysta przybliżył się do niej.

— Jak ci na imię?

— Aurken — odparła zgodnie z danymi w swoich spreparowanych papierach. — Aurken Maze.

— Joeva Gras — skinął tłustym karkiem. — Więc, Aurken, znałem kiedyś pewnego Baeńczyka. Z samej stolicy Mocarstwa, z majestatycznego i wzniosłego miasta Baen. I uwierz mi — rozglądnął się, czy aby nikt nie słucha i ściszył głos. — Jeżeli wszyscy byliby tacy jak on, nie byłoby waśni między naszymi ludami. To bydło z Rostii i Nowej Osady jest psim łajnem, prawdziwe Mocarstwo to samo miasto Baen i tam znajdziesz tych szlachetnych, honorowych oraz dostojnych. Reszta zaś… w moich oczach nie są nawet ludźmi.

— A co ze Starą Osadą?

— Tam wciąż mieszkają nasi — powiedział smutno Joeva. Zaczął napełniać dwa drewniane kufle, czystsze niż ten, który wcześniej podał swojej rozmówczyni. — Po wojnie nie wszyscy mogli cofnąć się do Tandil czy dalej na zachód. Niektórzy zostali tam, w Starej Osadzie, niegdyś zwanej Lentis. Tak piękna nazwa dobrze oddawała chwałę tego miejsca, które było nawet bardziej znamienite niż aktualna stolica, Tandil.

Słuchała zaciekawiona. Nigdy nie zagłębiała się w historię Samilii, głównie z braku materiałów na ten temat. Szczęśliwie trafiła na Joeva, który okazał się dość obeznany. Postawił dwa piwa, jedno dla siebie, jedno dla Selii i ciągnął dalej. Zdawało się, że lubi rozprawy o historii i ludzi, którzy chcą ich słuchać.

— Lentis zostało zrównane z ziemią podczas wojny. Mocarstwo Błękitnych Oczu, skłócone wtedy z nami jeszcze bardziej niż dziś, nie przebierało w środkach, nie myśleli bowiem o zajęciu naszych terenów. Tak jednak zrobili, a ruiny zostały przez nich osiedlone. Tylko że nie odbudowali miasta i nazwali je Starą Osadą, gdzie umieścili kilka swoich najgorszych plugawców, hańbiąc naszą ziemię. Po dziś dzień żyją tam ich dzieci i kolejne pokolenia tego bydła, organizują rajdy na naszą piękną Tandil, na Serce Puszczy. Szczęśliwie, stolica jest ufortyfikowana tak, jak pałac w Lesie Neridy.

Na wspomnienie Lasu Neridy, wielkiego terenu na południowo-zachodnim krańcu kontynentu Selia niepostrzeżenie drgnęła. Żeby nie wyjść ze swojej roli, nie dać po sobie niczego znać, upiła porządny łyk piwa i wyczekiwała kontynuacji. Joeva Gras sam nie wiedział już, o czym rozmawiali, zbyt daleko wybiegł ze swoim wykładem, toteż kontynuacji nie było. Ku uciesze Selii, do szynkwasu przytoczyła się dwójka pijanych w sztos barczystych mężczyzn. Zamówili butelkę żytniówki, dzieląc się kosztami. Joeva podał im wódkę z pogardą, łapiąc jednego za kark i szepcząc na ucho reprymendę. Gdzieś za jego plecami, niedaleko muzyków dały się słyszeć odgłosy bijatyki. Westchnął znużony i puścił opijusa, samemu idąc uspokoić awanturników.

— Wypierdolę was z izby, pijackie psy! — ryknął gromkim głosem, aż dygnęli. Nie przestali jednak się tłuc. Oboje byli posiniaczeni i brudni. Jeden z nich na łysej głowie miał niewielką ranę od jakiegoś tępego narzędzia, prawdopodobnie była to wyłamana noga z wywróconego obok stołka. Bardzo szybko jeden z nich znalazł się na surowych deskach podłogi, grzmotnięty wielką jak buława pięścią oberżysty, w mig dołączył do niego drugi, ten łysy.

— Billy! — warknął ponownie Joeva, wściekły jak przedtem. Wnet doleciał go nastoletni, szczupły chłopak o odsłoniętych ramionach. — Posprzątaj to. Potem możesz się napić ich piwa.

Młodzieniec począł wyciągać ich nieprzytomne ciała tylnymi drzwiami. Wlókł je po ziemi i zostawiał w błocie, na wpół pijanych, na wpół pobitych. Łysy ledwo protestował, drugi zaś się wyrywał i jęczał. Krótki kopniak w brzuch go uciszył i Billy bardzo szybko zajął się myciem kilku małych plam krwi na podłodze, a także ścieraniem wylanych w trakcie bijatyki alkoholi, po czym z lubością zajął się swoją nagrodą — niedopitymi piwami.

— Mój dzieciak — powiedział barman z nutką dumy, kiedy powrócił do Selii. — Dobry chłopak. Raz tylko w życiu mu wpieprz spuściłem, jak mi na noc nie wrócił i sam w gospodzie żem został.

— Miły chłopak — odezwała się w końcu Selia. — Jesteś dobrym ojcem, Joeva.

— Nie przesadzajmy — zarechotał skromnie w odpowiedzi. Po chwili przybrał nieprzenikniony wyraz twarzy. — Co robisz tak późno na trakcie? Gdzie zmierzasz, pani Aurken Maze?

W poszukiwaniu potężnego źródła magicznej mocy o niespotkanej dotąd sygnaturze, pomyślała, ale rzecz jasna nie mogła powiedzieć mu prawdy, tak jak nie zdradziła mu swojego prawdziwego imienia.

— Do Lenville — powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. — Chcę na własnej skórze poczuć ból, który tam zostawili po sobie szabrownicy.

Rzuciła na ladę cztery srebrne monety i pokazała dwa palce, kiwając na siebie i barmana. Pod koniec drugiego piwa już kręciło się jej w głowie, ale znała swoje limity. Barman wziął trzy z monet, czwartą przesunął w jej stronę. Musiała zdobyć jego zaufanie i szacunek.

— Możesz więc chcieć zaglądnąć do Oak Crib.

— Oak Crib? — powtórzyła. Widziała wioskę na mapach, ale nie zwróciła na nią uwagi, ot zwykła osada drwali, od dekad obrabiająca drewno dla całej Samilii oraz na import do Temizy i Emizy.

— Powiadają, że mały dzieciak cudem uratował się z masakry, którą barbarzyńcy zgotowali ludziom z Lenville. Wiedziałaś, że stosują masowe gwałty?

Selia nie odpowiedziała. Nawet nie zarejestrowała pytania, w jej głowie został tylko wizerunek dziecka, które ucieka w niewyjaśniony sposób z objęć śmierci. To jest jej misja, znaleźć źródło tajemniczego sygnału, czy to będzie artefakt, kreatura, starożytny, aktywowany przypadkiem obelisk, czy właśnie małe dziecko. Jeżeli Imperium Ciemności znajdzie sygnał przed Zakonem, stracą swoją jedyną szansę, nadzieję, która nagle wyłoniła się z mroków. Wygląda na to, że faktycznie skieruje swoje kroki do Oak Crib.

— Aurken? — rzekł ponaglająco oberżysta. Był nieco zniecierpliwiony i niezadowolony jej brakiem odpowiedzi.

— Wybacz — otrząsnęła się szybko. — Wygląda na to, że jestem twarda, ale mój łeb już niekoniecznie i trochę… odpłynęłam.

Barman zaśmiał się w głos i poklepał po wydatnym brzuchu. Dopił ponad połowę kufla jednym haustem i z impetem odłożył drewniane naczynie.

— Pij więc w spokoju, a kiedy będziesz chciała iść do góry, zostaw pieniądze i pokieruję cię dalej! — rzekł radośnie i zaraz spochmurniał, wyglądając zza jej ramienia na hucznie szarpiących się łachmaniarzy. Podniósł się i kiwając głową z dezaprobatą, poszedł uspokoić obydwóch, uprzejmie prosząc, aby „wykurwiali albo się uspokoili”. Tym razem poskutkowało i zaraz spoczęli, nawet na siebie nie patrząc.

Selia piła w spokoju, sama ze swoimi myślami. Jej płomienne włosy opadały na twarz, skrywając podekscytowane zielone oczy, błyszczące teraz jak dwa szmaragdy. Otrzeźwiała zupełnie w jednej chwili. Węszyła dopiero od zeszłej nocy i kończącego się właśnie dnia, zdążyła przeczesać kilka dalijskich wiosek przygranicznych oraz całe mroźne Nidarum, rankiem miała jechać konno na południowy koniec miasta zbadać, czy może to Drzewo Życia nie wysłało nagle potężnego sygnału, ale na godzinę przed przyjściem do gospody dowiedziała się o masakrze w Lenville. Ulewa zmusiła ją do szukania schronienia w tej norze, zamiast iść prosto do wioski. Wiedziała, że liczy się każda chwila. Szczęśliwie, zmuszona nocować „Za Wielką Rzeką”, spotkała dobrze poinformowanego Joevę, który być może odmienił los tej arcyważnej misji.

Zdecydowała, że zostawi mu sowity napiwek.

Rozdział III

— Oto staję przed tobą ja, uległy sługa Wiecznej Ciemności, z szacunkiem dla twojego oddania zgłaszam swą gotowość.

Klęczący na jednym kolanie kolos mówił do ukoronowanego szlachcica spoczywającego na złotym, wysadzanym klejnotami tronie. Choć o tym nie wiedział, jego słowa były tak naprawdę kierowane do kogoś innego.

Berło i miecz królewski spoczywały w spokoju obok władcy, równie zdobne, co niebezpieczne i zachwycające. Ostrze było całe oliwkowe, z ciemniejszymi pręgami na całej długości. Setki lat temu pierwszy rządzący Królestwem Neridy posłał legion najlepszych wojowników pod swoim przywództwem za Wielką Bramę na północnym wschodzie, jedyne przejście do krainy mitycznych gigantów i kreonów, mistrzów kopalnianych i kowali przerastających swoimi umiejętnościami wszystkich ludzkich rzemieślników na Aetherze. Sama Wielka Brama została postawiona przez nich i jest większa, niźli szczyty Pasma Granicznego czy Gór Szlachetnych. Nie do przejścia dla zwykłych ludzi, nie do przebicia w znane im sposoby. Do dziś nie wiadomo, jak Hosen I Cudotwórczy zdołał przejść na drugą stronę i zyskać przychylność tamtejszych mieszkańców, którzy z lasmeseńskiego adamantium wykuli oręż królów, miecz, który przetrwał wszystkie wieki bez nawet zadry. To najpewniej jedyna taka broń.

Teraz zaś leży bezceremonialnie obok tronu, a człowiek, który jest jej właścicielem to najmniejszy spośród dotychczasowych króli. Zdecydowanie nie ciałem, a duchem i zasługami, a przede wszystkim, honorem.

— Czy wiesz o ożywieniu magicznej mocy? — zapytał jakby nieobecnym głosem tłusty władca obwieszony złotem i odziany w aksamity. Mówił sam, ale słowa nie były jego.

— Po to tutaj przyszedłem. Abyś wiedział, że jestem gotów.

— Vidrimie, Pan Ciemności jest teraz silniejszy niż kiedykolwiek przedtem. Nie możesz zawieść, musisz działać na jego chwałę, a to wymaga powodzenia misji.

— Nie zawiodę — uderzył się w pierś. Król spoglądał na niego znudzonym wzrokiem. Ten olbrzym nawet klęcząc był większy od niego, za to nie nosił na swoim ciele ani grama tłuszczu. Ta wielka kupa mięśni mogła zapewne połamać gałąź Drzewa Tarczowego, może nawet konar, co było równie trudne, jak złamanie żelaznego pręta. Sprężyste ciało było także nad wyraz szybkie jak na takiego osiłka. Król wiedział, że Vidrim, gdyby tylko zechciał, mógł go pozbawić życia, nawet nie podchodząc, rzucając tylko w jego kierunku… cóż, czymkolwiek. Krótko przystrzyżona broda i włosy nadawały mu demoniczny wygląd, fryzurę układał w szpiczaste różki, a zarost w podkręconą falę.

— Wyruszysz prosto do Lenville. Jestem pewien, że nasz atak na tę wioskę jest jakoś powiązany z sygnałem magicznym. Zakon nie wie jeszcze o napaści, a wieści dotrą do Dalii najprędzej następnego ranka. Nawet jeżeli uwierzą w ofensywę Mocarstwa Błękitnych Oczu, i tak od razu skierują swe kroki do Lenville.

— To jest mądra dywersja — uspokajał olbrzym Vidrim. — Nikt nie spodziewa się ofensywy ze strony naszego Królestwa.

— Nikt oprócz Zakonu — poprawił go król. — Wiedzą, że nie zaatakujemy otwarcie, ale mogą podejrzewać, że to my stoimy za napaścią.

— Uderzyliśmy również w północną część Vilin-Ta, naszej własnej osady. Zniszczenia są spore. Będą musieli uznać, że to faktycznie barbarzyńcy z Baenu.

— Z Mocarstwa Błękitnych Oczu — znów go poprawił. — Sami Baeńczycy są honorowym narodem.

Nastała chwila ciszy. Vidrim nie ośmielił się sprzeciwić królowi, a raczej temu, kto nim w ukryciu przed wszystkimi sterował.

Król podniósł swoją dłoń i machnięciem oddelegował klęczącego poddanego, a gdy ten wyszedł, władca rozluźnił się nieco.

Wtem z mroku wyłonił się łysy, wątły chłopak w szarej, prostej szacie. Wyglądał jak młody mnich przyuczający się do zawodu. Jego skóra była blada i czysta.

— Jeszcze przed końcem jesieni wyślesz wojska z Vilin-Tuenor prosto na Rostię — zaczął mówić zachrypniętym, piskliwym głosem. — Niech nikt nie podejrzewa, że to Królestwo stoi za atakami na Lenville i Vilin-Ta. Odpowiemy na atak barbarzyńców, żeby podtrzymać oficjalnie przyjętą wersję. Poza tym, jeżeli zdołamy podbić miasto, będziemy bezpośrednio graniczyć z samą Renilią.

— Co z miastem Baen, panie? — rzekł z nutką obawy król. Pomyślał sobie, że wygląda żałośnie groteskowo, rozmawiając tak ulegle z kimś tyle mniejszym i mniej szykownym. On, król, korzący się przed łysym, chorobliwym mnisim chłopakiem w skromnych szatach.

— To nie cudowna stolica rządzi Mocarstwem. Szabrownicy i hołota sprawują władzę nad Błękitnymi Oczyma. Stolica zaś leży tak daleko na wschodzie, że w każdej chwili Ragner Reger może wystąpić do sąsiadującego państwa o azyl dla całego miasta Baen.

— Baen połączy się z Renilią? — odparł zaskoczony, już nie przejawiając strachu przed rozmówcą, raczej przed wizją umocnienia wroga na drugim końcu Aethery.

— Z Renilią bądź z gigantami zza Wielkiej Bramy.

Król aż wstał ze swojego tronu, tak szybko, jak chyba jeszcze nigdy. Blady chłopak spojrzał na niego obojętnie.

— To nonsens! Wielka Brama nie była otwarta odkąd… — przerwał.

— Nie wiesz nawet, kiedy to było — podjął po chwili łysy. — Nikt nie wie. Jasne jest jednak, że do naszego kontynentu przeniknęło zbyt wiele dziwactw i wynaturzeń, żeby móc spokojnie założyć, iż brama pozostawała zamknięta przez wszystkie lata od jej zbudowania.

— Wybacz mój wybuch, Pierwszy — ukłonił się król i spoczął na swoim masywnym, wyściełanym aksamitnymi poduszkami tronie.


*


Vidrim przygotował się na swoją wyprawę, pakując sprawnie wszystko, co może być mu potrzebne. Robił to odruchowo i pewnie, każdy nóż, każda menażka czy sprzączka miała swoje miejsce na jego skórzanym odzieniu. Wyglądał naprawdę przerażająco, ubrany w ciemnobrązowy strój z czarnymi i czerwonymi dodatkami, z niemal tak długim, jak on wysoki mieczem przewieszonym przez ramię. Ostrze spoczywało w tkanej ze skórzanych rzemieni pochwie i było szerokie na całe osiem centymetrów. Sześcienny kryształ w rękojeści błyskał złowrogo, kusząc złodziei i łase na bogactwa kobiety, jednak ani jedni, ani drudzy do Vidrima nie podchodzili. Bał się go każdy. Nie dziwota, kiedy mający dwa metry olbrzym jawi się w ich oczach jako mutant czy ogr zza Wielkiej Bramy. Obciążony jak juczny muł nawet nie czuł ciężaru ekwipunku, zupełnie jakby był z puchu i tkanin.

Wyruszył pół godziny po emisji sygnału magicznego. Tę potężną osobliwość odczuli zarówno czarnoksiężnicy Imperium, jak i mistycy z Zakonu. Wiedział, że musi brać pod uwagę spotkanie z posłanką Światła. Był więc przygotowany na wszystko oraz wiedział, że nie powinien lekceważyć odpoczynku, oprócz tylko tej jednej nocy, w której mrok właśnie wyszedł. Opuścił kamienne mury pałacu wydrążonego w górze Onon-Tel, całą noc przedzierał się przez gęsty, tropikalny Las Neridy, nie napoktał żadnych zagrożeń. Nie trzymał się utartych, bezpiecznych szlaków, nie chciał zwracać na siebie uwagi, nie w tej chwili. Wyjście generała w środku nocy wzbudziłoby zbyt wiele podejrzeń i jutro, kiedy już wieść o mordach w Lenville się rozejdzie, mogłoby wymusić skojarzenia. W stajni przy samym skraju dżungli osiodłał wielkiego ogiera, wybrał najsilniejszego i zarazem najszybszego.


Pod osłoną mgły i ciemnych chmur, blisko południa, spokojnym kłusem wkroczył w mury Foridy, jednej z najważniejszych osad Królestwa. Przebiegał przez nią Główny Trakt, ścieżka biegnąca od samego pałacu w Onon-Tel. Droga zahaczała o granicę z Emizą i przedzierała się przez całą Temizę, następnie wspinała na północ, aż do Samilii, do podgórskiego miasta Nidarum. Tak się rozgałęziała, że jedna odnoga biegła właśnie tam, a druga wzdłuż małego, bukowego lasu prosto do przeprawy przez rzekę Miun-Sol, do ukrytej na wschodzie, w kotlinie Gór Szlachetnych, Dalii.

Zatrzymał się w garnizonie Foridy, pod pozorem kontroli wojsk, zaglądnął do pałacu udając zainteresowanie pracą rajców i ławników. Pochwalił sprawnie działający system rządów i sądownictwa oraz wyraził na forum publicznym głębokie zatrwożenie zubożeniem pospólstwa i chłopów, obiecując dalszy wgląd Królestwa w poziom ich bytu. Dodatkowo poza zasięgiem uszu wiwatujących mieszkańców szepnął do rzecznika, posła sprawującego najwyższy urząd, aby zaostrzyć kary dla złodziei oraz „ograniczyć rozprzestrzenianie się plebsu”.

Zjadł w luksusowej restauracji przy zamku, gdzie stołowali się jedynie najbogatsi oraz zasiadający w radzie miasta. Nie przyjęto od niego zapłaty za posiłek, który spożył samotnie; nikt nie chciał nawet na niego spojrzeć. Dziesiątka osób ucichła na czas jego wizyty i kończyła swoje dania ze zwieszonymi głowami przy sąsiednim stole. Vidrim się nie spieszył. Człowiek o jego pozycji i tytule nie może pozwolić sobie na to, by widziano go jako zestresowanego czy niechlujnego. Choć ma ogromną swobodę w poczynaniach, gra polityczna obowiązywała również na terenie jego ojczyzny.

Wczesnym popołudniem, nasycony, z poczuciem spełnionego obowiązku zmienił konia i pogalopował dalej Głównym Traktem, wcześniej przywołując do siebie dwóch rajców. Oznajmił im, że wyrusza do Vilin-Ta, by wyrazić swoje oburzenie ostatnimi atakami oraz oddać szacunek poległym, nakazał im rozgłosić tę wieść wśród społeczności Foridy.

Wyruszył na północny wschód, ponad jeziorem Luin-Ta przez Temizę.

Żałował, że uzależnił się jakiś czas temu od mikstur isoplifyme. Nie działały już na niego i nie dawały „kopa” na całą noc, wiedział, że będzie musiał odpocząć w jakiejś noclegowni. Ponaglił konia, bacząc jednak na swój ciężar i długość trasy, którą jeszcze będzie musiał pokonać. W trasie zjadł jedną ze swoich racji żywnościowych, zatrzymał się też w przydrożnej wiosce, aby koń chwilę odsapnął i napił się wody. Nie patrzył tam na nikogo, jednak matki pospiesznie odciągały od niego swoje ciekawskie dziatwy, a dorośli rozmyślnie omijali go szerokim łukiem. Tylko jeden zaintrygowany malec zdołał do niego podejść.

— Coś za jeden? — zapytał ciekawy. — Jesteś wielki jak stodoła!

Vidrim uśmiechnął się widząc odważnego malucha. Lubił dzieci, co zupełnie nie pasowało do jego twardego usposobienia i surowej opinii.

— Powiem ci, jak ty mi się przedstawisz pierwszy.

— Jestem Kajin — syknął podekscytowany. — Teraz ty!

— Vidrim — uśmiechnął się. — generał Vidrim Baliarth, zwany Czarną Śmiercią, lub, jak wolisz, Zgubą Zdrajców — dzieciak zrobił wielkie oczy. — Posiadam także inne tytuły, których taki smark jak ty nie powinien słyszeć.

— Umiem przeklinać — przechwalał się poruszony ogromem swojego rozmówcy. — Możesz mi powiedzieć, nie boję się!

— Kajin, zostaw pana w spokoju — załkała przerażona kobieta, przybiegając po niego. Vidrim uśmiechnął się do niej, co wyglądało jak groźba; w zasadzie, czego by nie zrobił, wydałoby się to agresywne.

— Nie szkodzi. Odważny malec.

— Przepraszam panie. Proszę, nie krzywdź nas — odparła ze spuszczoną głową. Była tak chuda, że jej tors w żadnym miejscu nie był większy niż bicepsy Vidrima.

— Nie miałem takiego zamiaru — zaczął z wolna. — Dopóki nie założyłaś z góry, że jest inaczej. Nie lubię, gdy ktoś ocenia mnie po wyglądzie i uznaje mnie za monstrum, wynaturzenie czy potwora.

Kobieta zaczęła płakać i już chciała uciekać, kiedy Vidrim krzyknął „stój”.

Zatrzymała się i zgięła w pół. Zakrywała dzieciaka własnym ciałem. Kilku gapiów wyszło patrzeć, co się dzieje, dwóch pobiegło po strażników. Czarna Śmierć, Zguba Zdrajców, człowiek o wielu innych tytułach westchnął, wyjął z kieszeni złoty krążek i rzucił do niej.

— Zjedzcie dobry obiad i się przyodziejcie. Zapamiętajcie, że generał Neridy nie jest złym człowiekiem, a los ludzi nie jest mu obojętny, czy to w granicach Królestwa, czy wśród sąsiadujących z nim państw — donośnie wycedził i wskoczył na siodło. Wyruszył w dalszą drogę, wzbudzając tumany kurzu, odprowadzany zmieszanymi spojrzeniami.

*


Do znanej sobie karczmy „Pod Rozjuszonym Bykiem” zajechał pół godziny po dwudziestej drugiej. Odprowadził zdyszanego konia do stajennego i kazał mu się nim porządnie zająć, wkraczając do oberży pewnie i ascetycznie. Rozmowy przy stolikach ucichły i siedzący przy nich obejrzeli się na niego. W izbie słychać było coraz mniej śmiechów i pokrzykiwań.

— Czarna Śmierć przybywa znów w nasze progi — przywitał go ponuro barczysty barman z bujną czupryną. Musiał być bardzo młody, ale ciężko było określić jego wiek. Postarzała go pokaźna broda, starannie wyczesana i pielęgnowana.

— Rozumiem, że nic się nie zmieniło od mojej ostatniej wizyty? — zapytał rezolutnie Vidrim. Był pewny siebie, nawet kiedy dwóch osiłków, niesionych płynną odwagą wlaną w siebie z rządka pustych kufli, wstało od stolika. Wraz z nimi poszedł barman, wychodząc zza lady. Śpiewający w sali obok, oddzielonej jedynie niskim płotkiem przestali wyć, a kilka osób zatrzymało kufel w połowie drogi do ust. Vidrim stał z wypiętą piersią i czekał cierpliwie. Barman dopadł go pierwszy, przed dwoma osiłkami.

— Vidrim, ty durniu! — wydał z siebie przeciągły ryk i uścisnął go. — Kawał kurwa czasu! Jak nie będziesz wpadać częściej jak raz na dekadę, tak będą reagować — machnął mokrym łapskiem na zbaraniałych mięśniaków. Zmieszani, oddalili się z powrotem do swojego stolika, a w izbie znów rozgorzały rozmowy.

— Przychodziłbym częściej, gdyby było tu czyściej albo chociaż zmienił się właściciel — zarechotał razem z oberżystą. — Dobrze cię widzieć, Yessef.

— Siadaj, siadaj i opowiadaj, co tam przez ten czas nabroiłeś — zaprosił go do stolika, jedną ręką wskazując drogę, drugą pewnie kładąc na plecach większego o siebie o głowę i znacznie szerszego przyjaciela. Yessef to kawał chłopa, jak większość barmanów w środkowej części Aethery; ten interes wymaga twardego łba i nie mniej twardej pięści, jednak przy Vidrimie mało kto wyglądał na konkretnego mężczyznę.

— W zasadzie to nie mam zbyt dużo czasu. Jestem z ważną misją — odparł poważnie ku wielkiemu niezadowoleniu Yessefa.

— Jedno piwo — poprosił. — Jedno piwo i krótka rozmowa.

Vidrim niechętnie uległ namowom. Wnet służka, na którą machnął Yessef zjawiła się przy stole z dwoma kuflami mocnego i gęstego piwa, najlepszego z oferty. Rozmawiali i śmiali się, zupełnie jak bracia przy wspólnym trunku czy para przyjaciół spotkawszy się po latach.

Kiedy kufelek miał się ku końcowi, do krztuszącego się z rozbawieniem barmana podszedł podobny do niego, zdecydowanie młodszy jednak chłop. Wyglądał na nieco zbitego z tropu.

— To mój syn, Kavo — przedstawił speszonego blondyna. — Przedstawiam ci pana Vidrima, człowieka, o którym powinieneś coś niecoś wiedzieć.

— To zaszczyt, panie Vidrimie — wycedził zlękniony Kavo. Ojciec spoglądał na niego z politowaniem, kręcąc głową.

— Nie masz bladego pojęcia, kto to taki, prawda?

Młody zaczął się bronić, ale szybko spuścił wzrok i kiwnął kilka razy.

— Ta stara rudera stoi dzięki temu wybitnemu jegomościowi — wyjaśnił Yessef, kładąc dłoń na ramieniu Vidrima. Ten udał wzruszenie, widząc dobrze prosperujący interes i podał rękę Kavo, który posłusznie ją uścisnął. Czuł się jakby włożył dłoń w imadło, a jego młodzieńcze ego ucierpiało znacznie w konfrontacji z kimś tyle razy większym od niego. Oddalił się z pustymi kuflami.

— Tępy jak jego matka — zaniósł się śmiechem Yessef. Porozmawiali jeszcze chwilę, po czym Vidrim przeprosił i oddalił się do swojego pokoju — oczywiście darmowego i najlepszego z dostępnych. Yessef nie nalegał na dalsze rozmowy, dostał informację jakoby generał Vidrim zmierzał do Lenville w celu porównania szkód z tymi w Vilin-Ta. Yessef zdumiał się wielce, że takie zadanie przypadło w udziale samemu generałowi, samemu Zgubie Zdrajców, w jego głowie zaczęło się rodzić mylne podejrzenie, że to właśnie przeniewiercy z Królestwa dopuścili się tak zaprzańskiej niegodziwości i Vidrim ma to zatuszować. Oddalił jednak te oszczerstwa machnięciem ręki i zostawił je samemu sobie, i czym prędzej wrócił do doglądania klienteli.


Vidrim spał spokojnym i miarowym snem. Pomyślał przed zaśnięciem, że bardziej koń, niż on sam potrzebuje odpoczynku, zrugał się jednak za takie myślenie i przywołał do porządku. Misja jest wielkiej wagi, moc Pana Ciemności nieustannie wzrasta i nie można pozwolić na porażkę w takim zadaniu. Musi być w pełni sił i trzeźwy na umyśle, przygotowany na każdą ewentualność oraz każdego wroga.


*


Obudził się chwilę po piątej. Uznał, że więcej snu nie będzie potrzebne i wyszedł nie żegnając się, zostawił jedynie stróżującemu Kavo krótki liścik dla ojca i wymaszerował do stajni. Tam osiodłał niechętnie rozbudzającego się konia i po kilku chwilach wyruszył, skubiąc po drodze śniadanie — wieprzowinę zawijaną w cieście z rozmarynem przekazaną mu od Yessefa, rękoma jego syna. Do granicy Temizy z Samilią zostało mu niespełna dwadzieścia kilometrów i kolejne trzydzieści już w samej Samilii.


Dotarł na miejsce bez kolejnych postojów, poganiając konia. Strażnik graniczny zerkał spode łba, nie mógł jednak zablokować przejścia generałowi wojsk Neridy pomimo wyraźnych wytycznych dotyczących wzmożonej kontroli przepływu ludzi, na czym najbardziej cierpi Dalia, od trzech stron otoczona Górami Szlachetnymi, a z czwartej Rzeką Miun-Sol, której drugi brzeg należy w większości do Samilii. Dalijczycy są skrzętnie przeszukiwani nawet w czasach pokoju, a po ataku na Lenville nowe wytyczne zupełnie zakazują wpuszczania ich na terytorium państwa — Dalijczycy są więźniami własnych gór. Nawet po przebyciu wschodniej ściany i przedostaniu się przez Przepaść Ruun (co jest możliwe tylko w dwóch niebezpiecznych miejscach) Dalia otoczona jest kordonem przez Samilię, posiadającą wąskie pasmo ziemi ciągnące się wzdłuż Pasma Granicznego na północnym wschodzie. Król Dalii Rhaac’var Anceas walczy o większą swobodę w przekraczaniu granic, a także o wykupienie tego pasma na północ od Wielkiej Puszczy. Wtedy chociaż ta garstka ludzi z wioski po drugiej stronie Przepaści Ruun mogłaby wędrować w głąb kontynentu, oczywiście wędrując przez całe Mocarstwo Błękitnych Oczu i dopiero stamtąd przez Szkarłatną Plażę w kierunku Królestwa Neridy, czy Emizy bądź Temizy. Jednak Samilia jest nieustępliwa i niewzruszona na problemy swoich okrążonych sąsiadów. Eksport bogatych zasobów kamieni i kruszców szlachetnych, żelaza, węgla i krystalicznie czystej wody bogatej w składniki mineralne (za którą szlachta i magnaci Królestwa Neridy płacą w restauracjach pieniądze pozwalające wyżywić całą chłopską rodzinę) wiąże się z niebotycznymi opłatami celnymi na granicy z Samilią. Napięta atmosfera niemal doprowadziła do wojny domowej w Dalii, a nieraz przeradzała się w konflikty zbrojne z sąsiadem.

Wczorajszego dnia, kiedy upowszechniła się wieść o mordzie w Lenville, głównym podejrzanym jest Mocarstwo Błękitnych Oczu i dekretem królewskim zarządzona została wnikliwa kontrola, zwłaszcza czarnych z Mocarstwa i rzecz jasna, dla zasady, Dalijczyków. Nie wolno jednak przepuszczać nikogo bez odpowiedniego sprawdzenia, no, chyba że jest się generałem Vidrimem. Nawet gdyby nie przywdział swojego munduru, strażnik był zbyt wątły w porównaniu do Czarnej Śmierci, żeby próbować go zatrzymać. Generał nie wkraczał jednak na teren sąsiada jako intruz, tylko jako polityczny gość.


*


Słońce leniwie pięło się na niebie, nie oświetlając jeszcze zbyt wyraźnie zgliszcz wioski u podnóża Lenn Mount. Vidrim pospieszał konia, nie bacząc na jego sprzeciw.

— Niedługo będziemy na miejscu, później sobie odpoczniesz — rzucił do niego. Ten odpowiedział mu przeciągłym parsknięciem i zarzucił łbem, tak, że jeździec musiał skontrować lejcami w drugą stronę. Koń prychnął i zarżał, ale po chwili się uspokoił.

Vidrim rozmyślał o swojej pozycji. Pan Ciemności jest tak silny, jak nigdy przedtem, od kiedy nowy król, Julius Lenevast, rządzi Królestwem. Generał podejrzewał, że nad Juliusem stał ktoś inny, ktoś potężniejszy, rządzący Imperium Cienia nieoficjalnie i z ukrycia. Ważne, że podporządkowanie króla Juliusa musiało spodobać się Ciemności. Skąd inaczej wyjaśnienie tak nagłej, wielkiej siły ich pana?

Chyba że…

— Nie, to niemożliwe — przegonił pojedynczą myśl, która zakołatała, wspominając starą przepowiednię, którą znał jedynie on i jego nieżyjący mentor. Stare i zapewne nieaktualne, zupełnie odrzucił ten głupi pomysł.

Zagubiony we własnych myślach nagle pociągnął za lejce i z impetem zatrzymał swojego wierzchowca. Niemal przy tym spadł na ziemię, zdołał jednak utrzymać równowagę.

— Niech mnie pokroją — wydukał do siebie zszokowany. — Pani Światła!

Rozdział IV

Koń, którego ujeżdżała Selia to prawdziwy wyścigowiec. Czarne zwierzę pędziło tak szybko, że nie słyszała niczego, prócz jednostajnego świstu powietrza. Wiedziała, że to dość lekkomyślne, zważając jednak na istotność swojego zadania, nie baczyła na to. Ciemność urosła w siłę zbyt mocno, by oddać jej następną kartę w tej rozgrywce. Zakon Światła dość jednoznacznie uznał sygnał magiczny za znaczący, czego potwierdzeniem jest to, że na misję została wysłana sama czempionka, Selia Libreanum, ponaglana i ostrzegana przed poczynaniami Imperium Ciemności.

Jest tylko kilka zadań, na które czempionka jest wysyłana samotnie. Jeżeli przełożeni Zakonu uznali, że to jest jednym z nich, to nie ma najmniejszej wątpliwości — gra toczy się o najwyższą stawkę.

— Wystrzegaj się cieni — mówiła do niej w ojczystej Dalii Murria Caelestius, Starsza Kapłanka Pierwszej Linii. — Możesz ich nie poczuć, nie zobaczyć, a one będą cię widzieć jak na dłoni. Jeśli sprawy zajdą za daleko, nikt z nas nie pomoże ci w tym, co zrobić możesz jedynie w pojedynkę.

— Nigdy nie jestem sama — przypomniała Selia i uśmiechnęła się ciepło.

— Wróg jest w tej chwili tak silny, że może zupełnie stłumić naszą iskrę nadziei — wtrącił niski, szczupły mężczyzna. Był posiwiały i bardzo zadbany, sprawiał wrażenie mądrego dostojnika. — W najcięższej chwili będziesz tylko ty jedna.

Zaakcentował słowo „będziesz” w taki sposób, że Selii włos zjeżył się na karku. Serdian był dla niej jak ojciec, ale nie przepadała za jego złowieszczymi przepowiedniami.

I choć już nieco przyzwyczaiła się do jego wizji, najgorsza w nich była częstotliwość, z jaką się spełniały.


*


Gnała już prawie trzecią godzinę. Według jej obliczeń, Lenville powinno być tuż-tuż. Łagodne zbocze góry, którą za mniej niż dwa kilometry objedzie z lewej strony to zapewne Lenn Mount, za którą w perzynę obrócony został dwa dni temu cel jej podróży.

Koń galopował, teraz nawet cwałował, niesiony prośbą Selii o jeszcze odrobinę wysiłku. Nie protestował. Potężny rumak nie miał najmniejszego problemu, by nieść dziewięćdziesiąt kilogramów, jakie ważyła Selia w swoim pełnym, kolczym rynsztunku, z orężem i całą resztą rozmaitych przyrządów niezbędnych podczas tak długiej wyprawy.

Sama Selia, mierząca metr siedemdziesiąt ważyła sześćdziesiąt osiem kilogramów i nie było na niej ani jednej zbędnej fałdki. W gospodzie, tak jak w każdym innym publicznym miejscu, zmuszona była odziewać się w luźne, proste szaty, takie jak ta, którą ma teraz na sobie. W przeciwnym razie zwracała zbyt wiele uwagi mężczyzn i, prawdę powiedziawszy, również kobiet. Była chodzącym ideałem, wysportowana, hojnie obdarzona przez naturę, w pełni kobieca. Tę cechę przeklinała od czasu, kiedy zaczęła dorastać. Nie czuła się swobodnie we własnym ciele. Była zbyt perfekcyjna dla tego zgniłego i brudnego świata, więc nigdzie poza rodzinną Dalią i jej prywatnymi, cichymi komnatami nie czuła się prawdziwie normalnie.

Uczucie odmienności urosło zwłaszcza w chwili, kiedy jej oczy spoczęły na poczerniałych budynkach i stosach spalonego truchła, piętrzącego się niby kurhany. Ogrom cierpienia, które biło z tego miejsca i odrzucające uczucie zepsucia pozostawało w doskonałym kontraście z jej wyrafinowaną i szlachetną urodą. Niczym anioł kroczyła wśród zgliszczy, na krótką chwilę jakby umniejszając żałosność ponurego krajobrazu.

— Niech oczyszczające Światło spłynie na tę krainę — wyszeptała udręczonym głosem, schodząc z konia. Była prawdziwie przejęta tym, co widziała. Zamknęła oczy i przywołała do siebie wszystko, co pozostało po niszczycielskich poczynaniach napastników. Poczuła całe cierpienie i ból, które dotknęły wioski, słyszała krzyki i zawodzenia, śmiechy strażników i jęki umierających. Czuła zarówno ostrza przeszywające raz po raz jej ciało, jak i tępy ból spowodowany przez zardzewiałe widły. Oblały ją zarówno zwierzęca przyjemność płynąca z aktów cielesnych, jak i okrutne upokorzenie i znieważenie. Chęć zabijania, plądrowania i gwałcenia zmieszała się w jedno z wołaniem o pomstę, litość i, na końcu, o sprawiedliwość.

W ten sposób oczyściła tę ziemię, tymczasowo uspokajając duchy zamordowanych. Brutalny i wyniszczający rytuał wymagał bezpośredniej obecności Pani Światła, Najświętszej ze Świętości, Przyjaciółki Uciśnionych i Drogi do Odkupienia. Selia nie zdołałaby wytrzymać tej wybuchowej, toksycznej mieszanki tak wielkiej ilości emocji, dla Pani Światła, która na ten krótki moment przejęła kontrolę nad jej ciałem, było to zupełnie naturalne i niegroźne.

Cała perfekcja i ideał każdego fragmentu ciała czy skóry Selii są spowodowane właśnie obecnością Pani Światła, którą nosi w sobie i użycza w sobie miejsca, tak fizycznie, jak i umysłowo. Ten niebywały zaszczyt dosięga tylko jednej osoby i czasem zanika na kilka pokoleń. Uczucie spełnienia towarzyszące każdemu takiemu oczyszczeniu jest sowitym wynagrodzeniem wszelkich trudów i niewygód związanych z nosicielstwem. Siła, którą Pani Światła obdarza Selię czyni z niej bohaterkę nadludzkiej siły, urody i mądrości, pozwala także na niebywałą sprawność w walce. Jedna tylko kobieta może zrównać się z siedmioma wyszkolonymi wojownikami.

Kiedy odzyskała dobrowolnie użyczoną kontrolę nad swoim ciałem, Selia odetchnęła pełną piersią. Zawsze, kiedy Pani przejawiała swoją obecność w materialnym świecie, płomienne włosy rozświetlały się znacznie, oczy przechodziły żółtą bielą, ciało wyzbywało się zmęczenia i wszystkich chorób czy ran.

Po takim wyciszającym, przejmującym doświadczeniu Selia czuła się jak nowo narodzona, świeża i zdrowa, za co płaci często po jakimś czasie niebotycznymi migrenami i krótkotrwałymi nudnościami. Jednak ta pierwsza chwila po oczyszczeniu jest zbawienna i cudowna.

Wskoczyła na konia i zdjęła mocniej lejce. To, czego szuka, jest niedaleko, w Oak Crib.


*


Vidrim nie widział jej jeszcze, kiedy poczuł niewytłumaczalną obecność. Cudowna błogość, którą uraczyła zniszczone Lenville bawiła go i jednocześnie brzydziła. Tracić tak piękną moc na coś tak bezsensownego i bezcelowego…

Nigdy nie powiedział złego słowa o Pani Światła. Wiedział, że jest ona częścią Pana Cieni, że obydwoje są jednym, a jedno bez drugiego nie może istnieć. Wiedział również, że żadne z nich nie chce zniszczyć siebie nawzajem, przynajmniej nie kosztem swojego własnego losu. Ich metody działania są zupełnie różne, podstawowe doktryny wiary, które każde z nich dyktuje również. Jednak są jednym i tym samym — Siłami Życia. A te nie mogą istnieć, jeżeli zabraknie którejkolwiek ze stron.

Jeśli wierzyć legendom i starym przepowiedniom, istnieje sto jedenaście warunków wieczystego zwycięstwa któregoś z nich, z czego spełnione musi być dziewięćdziesiąt dziewięć jednocześnie. Przepowiednie jednak zostały zagubione, a ich tłumaczenia nigdy nie znalazły potwierdzenia. Niektóre wersje mówiły raczej o siedmiu wytycznych, z których wymagane są cztery, jednak i te warianty są do dziś nieodgadnione i niepewne. Nikt nie zwraca już na to uwagi — i Światłość, i Ciemność zmagają się ze sobą w walce o jak największą władzę, gdyż wróg, który musi istnieć i nigdy nie przestanie, lepszy jest, kiedy siedzi stłamszony w klatce, niż gdy mocno kąsa.


*


Generał Vidrim wystartował swojego wierzchowca, chcąc nadgonić drogi. Był tak blisko, że przed chwilą nieomal wpadł na nią odprawiającą rytuał oczyszczenia. Szczęśliwie rozminęli się dosłownie kilka chwil, a dzięki ujawnieniu Pani, Vidrim zyskał przewagę taktyczną. Zdecydował się śledzić poczynania Selii i interweniować dopiero wtedy, kiedy będzie to konieczne.

W końcu ujrzał jej szarą szatę trzepoczącą na wietrze. Pędziła co sił na swoim karym rumaku, zdziwił się wielce widząc taką determinację bez dokładnego przeczesania Lenville. Czyżby Zakon wiedział więcej aniżeli Imperium? Nie, to jest niemożliwością. Pan Ciemności, Posępny Mistrz, czy jak kto woli, Ukryty jest potężniejszy niż kiedykolwiek, pewne jest, że Zakon też to odczuwa. Nie mogą więc wiedzieć więcej, skoro są słabsi. Poza tym Samilia zarządziła wzmożone kontrole graniczne, zgodnie z przewidywaniami Neridy, przez co Dalia jest odcięta ze wszystkich stron i nie mogą wysyłać swoich agentów, a ci będący w terenie nie wrócą teraz do domu przez najbliższych kilka dni. Ich wywiad kuleje, jedynie nieliczni z fałszywymi dokumentami mają szansę się przebić, jeśli ich przykrywka zadziała.

Pocwałował za nią, zachowując pełen respektu dla jej zmysłów i czujności dystans. Mało brakowało, a przeoczyłby ją i nie wiedział, dokąd się udaje. Sądząc po kierunku, pędzi do jakiejś sąsiedniej wioski. Do Dalk? Może Oak Crib lub Pistius? Nieważne, zawsze może wrócić do Lenville, jeśli uzna, że Selia nic nie wie i błądzi po omacku w poszukiwaniu niepewnych poszlak. Gdyby misja nie była tak ważna, może nawet zdecydowałby się na konfrontację twarzą w twarz. Rzecz jasna nie mowa tu o walce, a o sporze na tle politycznym, ujawnieniu jej prawdziwej osobowości (nie ulegało wątpliwości, że żadna Dalijka nie byłaby wpuszczona na terytorium Samilii, nawet tak dostojna i wysoko postawiona) czy może publicznym ośmieszeniu. Ot tak, żeby ludzie zapamiętali Dalijkę jako plebejuszkę, a Neridańczyka jako magnata. Zawsze warto napędzać tę maszynę spisków i intryg.

Jechał za nią, przerażony prędkością jej przemieszczania się. Oddalała się coraz bardziej, pomimo iż wyciskał z ogiera ostatnie siły. Uspokoił się jednak, bo teraz już miał pewność — zmierza do Oak Crib. Nie miał bladego pojęcia, co też tam się wydarzyło; czyżby przez te dwa dni, które spędził na szaleńczo rychłym i wycieńczającym przemieszczaniu się, miało miejsce coś jeszcze?

W mniej niż kwadrans stracił ją zupełnie z pola widzenia. Na szczęście, następne pięć minut wystarczyło, żeby dotrzeć do wioski drwali. Wyglądał czegoś niezwykłego, poszukiwał Selii czy chociaż jej konia, jednak nadaremno.

— Szukam czerwonowłosej, szara szata, kary koń — rzucił do plewiącej ogródek przy chałupie staruszki. — Złoty fis za informację.

Słysząc obietnicę sowitej nagrody, rzuciła małą graczkę z błyskiem w oku.

— O, tam, do gospody ją niesło.

— Czy aby nie kłamiesz, babciu, dla pieniądza?

— Młoda i piękniutka, jak ja za dawnych lat! — zapewniała, przyciskając obie ręce do dzianiny. — Na wielkim kunisku, taki czort szybki, żem upadła prawie od pędu tego! Tako jej spieszno było. Ale dobra z niej dziewucha chyba, bom czuła ciepło jakby od niej, takie… bijące ciepło!

Vidrim sapnął do siebie z wolna. Po ukazaniu się Pani Światła samo naczynie również promienieje i wydaje się zwykłym ludziom jeszcze piękniejsze, emanuje od niej dobro i każdy chce jej pomóc. To może sprawić kłopoty. Choćby takie jak starowinka podnosząca motykę i zachodząca zupełnie nagle drogę Vidrimowi.

— Czy ty aby z zamiarem krzywdy wobec niej się nie nosisz? — zachrypiała gardłowo, w sposób tak niepasujący do jej wątłej postaci, że sam Vidrim, Czarna Śmierć, wybałuszył oczy i uznał, że lepiej nie rozsierdzać wiedźmy.

— Po to tylko pytam, żeby się upewnić, że dobrze wszystko. Myślisz babciu, że taka słodka i niewinna kruszyna jak ona podróżuje bez ochrony?

Siwiuteńka, przygarbiona, malutka postać zmrużyła oczy i wysunęła twarz w badawczym geście. Wciąż wyglądała na nieudobruchaną, więc Vidrim kontynuował.

— Myślisz, że czemu uciekamy? Napadli nas bandyci z Baenu i rozdzielili. Jej koń jest szybszy, więc uciekła bez problemu, ja ledwo się wywinąłem.

— Znowu czorni ze wschodu! — zaskomlała, łapiąc głowę oburącz. — Leć, panie, leć, a ja spierdalam, bo za wami przylezą!

Vidrim nie mógł powstrzymać śmiechu, widząc ledwo kuśtykającą wcześniej babcię, nagle dostającą nowych mocy. Niemal atletycznymi susami wpadła do izdebki i powzięła siekierę do drewna, z którą to puściła się pędem gdzieś daleko w głąb wioski.

— Byle nie do gospody, starowinko — mruknął rozbawiony.


*


— Mały dzieciak cudem uratował się z masakry — powtórzyła słowa Joevy Grasa miejscowemu barmanowi. Jej czerwone loki falowały swobodnie przed oczyma. Intensywna zieleń spojrzenia była wyjątkowo podkreślona dzięki dawce adrenaliny. Barman gapił się na nią z rozdziawionymi ustami, aż musiała nań zakrzyknąć i powtórzyć pytanie. — Mały dzieciak cudem uratował się z masakry. Gdzie on jest, pytam się, do cholery?

— M-m… mały Tommy — otrząsnął się z sennego letargu. — Tommy Valo, syn drwala. Dobrze mu u nas będzie.

— Pytam się po raz ostatni — warknęła przez zaciśnięte zęby. — Gdzie on jest?

— Chata Szczebiotki Matyśki — szybko odpowiedział.

— Szczebiotka Matyśka — powtórzyła Selia niedowierzająco. Barman z podniesionymi rękoma intensywnie kiwał głową i wyjaśnił drogę do rzeczonej dziewuchy. Selia natychmiast wyszła. Odwracając się od spacyfikowanego gospodarza, rzuciła mu jeszcze mieszek z pięćdziesięcioma srebrnikami i oddaliła się czym prędzej szukać chłopca z Lenville — Tommy’ego Valo.

Zagwizdała dwukrotnie, najpierw krótko, później przeciągle. Koń natychmiast oddalił się w kierunku, który wskazywała ręką i tam będzie na nią czekać. Szczebiotka Matysia mieszka ledwo cztery domy na wschód, w kilka krótkich chwil znalazła się przed jej drzwiami. Od razu też zrozumiała przydomek — usłyszała bezustanny potok słów. Wysoki, piskliwy głos klepał bez przerwy, trudno ocenić do kogo. Zakołatała nerwowo i głośno, a Matyśka szybko otworzyła i przywitała ją.

— Witam, witam w domku moim skromnym! W czym mogę pomóc, ładna dziś pogoda prawda? W końcu deszcze ustały choć-

— Stop — warknęła Selia. — Szukam-

— Och nie tak niegrzecznie, ja tylko chciałam-

Selia złapała ją za poły przepoconej koszuli i wrzuciła do jej własnej izby. Ku jej zdziwieniu Matyśka nawet wtedy nie przestała nawijać.

— Tak mi kiedyś chłopak zrobił i wiesz co? Złoiłam mu dupsko, uważaj no sobie piękniutka! Może się to źle skończyć dla ciebie, nie żebym ci groziła, ja nieszkodliwa jestem i… O czym to ja… A tak, deszcze! Słonko jutro przygrzeje chyba, jak myślisz, może napijemy się herbatki, mam liście mięty, rumianku, no i kilka torebeczek importowanych od błękitnookich czarnych, a w ogóle to czarni napadli ostatnio na Lenville! Coś niesłychanego…

Selia zmiękła w jednej chwili. Istotność zadania sprawiła, że stała się bezduszna i nienawistna. Opamiętała się i przestała słuchać dziewczyny, zapewne chorej na umyśle i z litością podeszła do niej. Położyła rękę na jej czole. Potok słów w jednej chwili ustał. Wyciszyła się razem z Selią, która odrzuciła złość i stres. Znów była sobą, znów czuła w sobie Panią Światła, która ciągle promieniowała na wszystko wokół swoją łaską.

W młódce zaszła nagła odmiana. Spojrzenie stało się bystrzejsze i pozbawione mglistej powłoczki, która wcześniej upiornie odstraszała wszystkich wkoło.

— Pani — załkała Szczebiotka, zupełnie innym tonem. — Dziękuję…

— Posłuchaj mnie uważnie, Matyldo. To arcyważne. Poszukuję małego Tommy’ego Valo z Lenville. Ta, która cię wyrwała ze szponów szaleństwa to Pani Światła. Tommy jest potrzebny właśnie jej. Wiesz, gdzie on jest, prawda?

Dziewczyna wstała ze łzami w oczach i poszła do izby w dalekim końcu pomieszczenia, w którym się znajdują. Czegoś brakowało, coś było nie takie, jak miało być. Skoro malec jest tak blisko, powinna czuć jego wyjątkową sygnaturę w kościach, charakterystyczne mrowienie objawiające się u osób, które także są dotknięte magią. Tymczasem wydawało się, że żadnej mocy nie ma w pobliżu.

Drzwi otworzyły się. Mały, umorusany chłopiec szedł niechętnie ze smutno zwieszoną główką. Obraz nędzy i rozpaczy, pomyślała Selia. Przeszedł tak wiele w tak młodym wieku, zupełnie jak ona kiedyś — doskonale to rozumiała. Ponadto, rzeczy, które widział, przecież sama ujrzała oraz poczuła ledwie kilka chwil temu. Współczuła mu ogromnie, ale jednocześnie była zawiedziona brakiem należytej reakcji jej ciała na kogoś obdarzonego darem.

Aż nagle, ku jej rosnącej uciesze i kojącemu poczuciu spełnionego zadania, im bliżej podchodził Tommy, tym wyraźniej czuła to przyjemne łaskotanie, najpierw ledwo wyczuwalne, ale z każdym kroczkiem cieplejsze, wyraźniejsze. Uśmiechnęła się szeroko; znów wyglądała jak anioł, czysta i bez skazy. Czekała, napawając się tą chwilą, dzieciak ciągle patrzył w ziemię, a Matysia na malucha. Będąc trzy kroki od Selii, niewiasta podniosła wzrok, na jej owalną twarz na moment wkradło się przerażenie.

Po tym ułamku sekundy świat Selii z głuchym łupnięciem pochłonął nagły mrok.

Rozdział V

— Uważaj! — krzyknęła Matylda w momencie, w którym pięść ogromnego, czarno odzianego napastnika spoczęła na skroni rudowłosej przybyszki. Było już za późno na ostrzeżenia — podjęła próbę jedynie instynktownie. Matyśka obserwowała, jak mały Tommy z przerażeniem rzuca się za jej plecy, panicznie próbując uciec, jak Selia ogłuszona leci bezwładnie w kierunku desek przedpokoju, jak wreszcie sam napastnik pochwycił szarpiącego się dzieciaka za kostkę, unosząc go jedną ręką do góry.

— Puść mnie — zawodził. — Ja nic nie zrobiłem!

Vidrim mruknął do siebie niezadowolony. Tak, jak wcześniej Selia, czuł to charakterystyczne pulsowanie w swoim ciele, obecność kogoś obdarzonego magią. Wiedział już jednak, że sygnał pochodził od Pani Światła goszczącej w ciele Selii. Malec okazał się zwykłym chłopakiem, od innych odróżniało go jedynie niebywałe szczęście i wrodzona siła. Wciąż się nie poddał i chciał walczyć, nawet pomimo strachu i niedawnych przeżyć. Olbrzym przypatrywał mu się uważnie, lustrował jego hart i nieugiętość, żałował, że będzie musiał go pozbawić i jednego, i drugiego — wszak jest ocalałym, który może później rozpoznać napastników z Lenville.

— Zostaw dzieciaka — zagrzmiał nagle przenikliwy ton, świdrujący i przenikający w głąb ciała. Pewny i złowrogi głos należał do Selii, która błyskawicznie oprzytomniała i mierzyła teraz do niego swoim dobytym ostrzem. Na całej jego długości wykuto inkantację — „Veritas Lux Mea”.

Vidrim posłusznie upuścił bachora, który zablokował upadek dłońmi. Pełen uznania dla szybkości, z jaką podniosła się z ziemi, spojrzał na jej krwawiące ucho.

— Rzadka to sztuka, podnieść się po takim sierpowym.

— Zwłaszcza kiedy jest tchórzliwie wymierzony w tył głowy niczego niespodziewającego się przeciwnika — odparła z przekąsem i nutą dezaprobaty. — Wiem, kim jesteś. Vidrim, Czarna Śmierć.

Kobieta obserwująca to wydarzenie i podnosząca właśnie Tommy’ego słyszała jego imię. Będzie musiał zabić i dzieciaka, i niewiastę, pomyślał olbrzym.

— Schowaj oręż. Wynieśmy to na zewnątrz — zaproponował, na co Selia natychmiastowo przystała. Z przeciągłym brzdękiem zdobiony miecz wsunął się z powrotem do pochwy. Ręką zapraszająco wskazała mu drzwi, na co z szerokim uśmiechem opuścił budynek, buńczucznie odwracając się do niej plecami.

Będąc na zewnątrz, odwrócił się, a Selia po raz pierwszy od opuszczenia Dalii zrzuciła płaszcz przed kimś innym, niż jej własna osoba. Od stóp po samą szyję obciskała ją misternie wykuta zbroja, kolczuga o bardzo drobnych oczkach i metalowych żyłkach tworzących sploty na przegubach, stawach i pod piersiami. W pancerzu przeważały kolory srebrno-stalowe z domieszką złocisto-pomarańczowych. Vidrim aż rozdziawił usta, widząc kusząco niebezpieczną, czerwonowłosą czempionkę.

— Generale Vidrimie, nie masz tu czego szukać.

— Przeciwnie — zaprotestował, unosząc palec. — Szukam tego, za czym wyglądasz i ty. Na pewno nie mówimy tu o tym małym chłopcu — skierował palec na budynek za nią.

— W przeciwieństwie do ciebie, potrafię wyczuć magię. I czułam ją, gdy ten maluch się do mnie zbliżał. Jeżeli chcesz zachować życie, odejdziesz teraz i zostawisz go mnie. Mogę cię zabić, ale daję ci tę jedną, małą szansę.

Vidrim zaśmiał się w głos, aż przycisnął wyciągniętą wcześniej dłoń do brzucha. Selia stała pewnie i beznamiętnie obserwowała zanoszącego się olbrzyma. Nie robił na niej wrażenia nawet sam generał Zguba Zdrajców, była przecież ubezpieczona przez Panią Światła, która w przypadku przegranego pojedynku zapewne by interweniowała, więc żaden śmiertelnik nie mógł jej zabić. To dodawało jej pewności siebie, która z kolei przekładała się na jej wyjątkową waleczność i niezrównanie w bitce.

Vidrim był w tym starciu w wyjątkowej pozycji. Przez dziesięciolecia Imperium Ciemności i Zakon Światła szukali, w kim objawiły się przeciwstawne części Sił Życia, a teraz, podczas bardzo ważnego zadania, to właśnie on znalazł odpowiedź na to pytanie. Nie król czy agenci Imperium. On, generał, powiernik Pana Ciemności. Już miał się ukorzyć i odwrócić, odchodząc z cenną informacją i zbudowaną wybitną przewagą nad Zakonem, kiedy z chaty Matysi wybiegł mały Tommy i przywarł do nogi Selii. Matylda wypadła z odrzwi w panice i zatrzymała się, widząc, że chłopczyk przylgnął do zaufanej nieznajomej.

— Co u… — skonsternowana Selia przeniosła wzrok z dzieciaka na Vidrima, którego uśmiech nieco przybladł. Powinien był załatwić smarkacza tam, w chacie, teraz zaś czempionka Zakonu musiała domyślić się źródła sygnału. Nie było to wcale takie trudne, więc wiedział, że plan poszedł w łeb.

— To tyle z przewagi — mruknął. — Teraz to ja okażę ci łaskę. Odejdź prosto do siedziby waszego zakonu, gdziekolwiek ona jest. Nie możesz mierzyć się z potęgą Cieni, nie teraz, kiedy jest większa, niż kiedykolwiek!

Selia bez słowa dobrała ponownie swojej broni. Rozbrzmiał metaliczny świst klingi, po którym, razem ze zrezygnowanym westchnięciem, Vidrim ściągnął z ramienia swój wielki oręż. Wyciągany z pochwy miecz oburęczny najpierw zgrzytnął, a później szarpanymi trzaskami wyłonił się w pełnej krasie. Szerokie, długie ostrze było ząbkowane na dolnej połowie i gładkie aż do szpiczastego czubka. Sama rękojeść, powleczona ciemnobrązowymi rzemieniami skóry, była długa na pół metra. Takich mieczy dobywali jedynie najsilniejsi wojownicy, a Vidrim dzierżył go w jednej ręce z taką łatwością, z jaką Selia trzymała swoją dwukrotnie mniejszą broń.

— Tommy — twardo rzekła Selia, nie spuszczając wzroku z oponenta. — Do domu.

Rozkazujący ton zadziałał na zdjętego strachem dzieciaka. Matylda pospiesznie zamknęła i zaryglowała za sobą drzwi i zaraz pojawiła się w oknie, obserwując zajście. Stali na dużym placu targowym między budynkami, teraz nagle opustoszałym. Obserwowało ich wiele zszokowanych par oczu, zarówno z okien chat, jak i spomiędzy budynków, z bezpiecznej odległości.

Selia przybrała postawę bojową, przeplatanym krokiem okrążając wroga. Vidrim począł poruszać się w przeciwnym kierunku, nie zmniejszając odległości. Oręż ciągle spoczywał w jednej tylko ręce, a Vidrim nie przyjął pozycji, tylko nakreślał w powietrzu ósemki śmiercionośną bronią.

— Nie musimy tego robić teraz — zaoferował w ostatniej próbie Vidrim. — Zawsze chciałem się zmierzyć z Panią Światła. Teraz zaś, kiedy Saphrael jest tak potężny, nie będę czerpał z tego satysfakcji.

Selia wytężyła momentalnie wszystkie zmysły, skupiając się wyłącznie na przeciwniku. Nie odpowiedziała na propozycję. Był dla niej jedynie przeszkodą, którą należy pokonać, w przeciwnym wypadku to on odnajdzie źródło magii. Była tego pewna. W najśmielszej z myśli nie przypuszczała, że mierzy się z samym powiernikiem Pana Ciemności. Uznała generała za władającego potężnym darem magii, agentem Imperium. Był więc jedynie przeszkodą, którą musi pokonać.

Tylko skąd wie, że ona jest Naczyniem Najwyższej? I dlaczego tak lekkomyślnie chce walki z Przyjaciółką Uciśnionych?

Odpędziła te myśli, skupiając się na walce. Wyskoczyła susem w kierunku przeciwnika. Wyprowadziła serię trzech cięć w ręce, nogi i brzuch.

Vidrim momentalnie przyjął pozycję obronną. Swoim wielkim ostrzem odbił wymierzone ciosy z metalicznym świstem, samemu zataczając nader zwinne koło. Był wielki i silny, ale również nad wyraz szybki. Obracając się, przygotował atak; z pełnym impetem zamachnął się na Selię.

Sparowała nieco niezdarną w jej mniemaniu kontrę bez najmniejszego wysiłku. Jeszcze przed tym, jak wziął szeroki zamach, wiedziała, gdzie nastąpi cięcie i zawczasu przygotowała obronę. Pchnęła natychmiast w podbrzusze.

Vidrim uskoczył.

Ponowiła natarcie, tnąc mieczem nisko. Tym razem trafiła w wykroczną nogę, której skórzana osłona przyjęła niewielką część impetu, a z łydki trysnęła krew; Selia napięła się i wyprowadziła drugi atak tuż nad kolanem.

Zanurzyła w nim swoje krótkie ostrze jeszcze dwukrotnie. Olbrzym syknął jedynie i wymierzył jej raz pięścią. Cios w twarz odrzucił ją nieco do tyłu, a on przygotował markowane uderzenie od góry, tylko po to, by uderzyć od boku.

Selia oszołomiona lewym prostym źle odczytała intencje przeciwnika. Była pewna, że nie uderzy od góry, jednak źle oceniła faktyczny cios i otrzymała cięcie w prawy bok. Kolczuga zadzwoniła i posypały się z niej pojedyncze oczka, a z tułowia pociekła wąska strużka krwi. Uskoczyła w bok, unikając kolejnego ataku i w ofensywnym piruecie znalazła się za jego plecami, wymierzając serię pchnięć w bok i tył tułowia.

Zawył, godzony wielokrotnie. Pchnięcia i cięcia przechodziły przez zbroję jak przez zwykłe odzienie. Z pełnym obrotem zamachnął się ponownie wielkim ostrzem, co Selia niemal zlekceważyła i jedynie się uchyliła, nieprzerwanie tnąc. Był zmuszony odsunąć się do tyłu na dwa kroki.

Selia również uskoczyła do tyłu, widząc zmitygowanego kolosa. Opuściła gardę i swobodnie zrzuciła rękę wzdłuż ciała. Z wolna zaczęła okrążać zakrwawionego przeciwnika. Vidrim z trudem złapał miarowy oddech, ale wkrótce również się uspokoił i tym razem to on przybrał pełną gotowości postawę.

— Muszę przyznać, że cię nie doceniłem — wysapał, a następne słowa były wiele spokojniejsze. — To tylko powierzchowne rany. Potrafię otrząsnąć się z dużo większego bólu.

Selia nie odpowiedziała. Myślała tylko o chwili obecnej, nie przejmowała się jego zuchwałością. Z dziury w jej kolczudze ziała niegroźna rana, której palący ból bezproblemowo stłumiła. Oddychała równo i pomimo swobodnego kroku była naprężona i gotowa do ataku.

Znów, zupełnie nagle, wyskoczyła w kierunku wroga, wymierzając mu silne pchnięcie, wzmocnione pędem swojego ciała.

Podniósł trzymany oburącz miecz i pewnie zablokował natarcie. Zauważył wibracje, w które wpadła jej broń od tego uderzenia i zdecydowanym ruchem wyprowadził swój atak.

Selia nie mogła utrzymać broni w skutecznej pozycji i zamaszysty cios przebił się przez jej blok. Kolczuga ponownie zazgrzytała i wypluła świecącą chmurę ogniw. Upadła na jedno kolano i przetoczyła się do tyłu, wstając z podpartym saltem. Zmieniła pozycję na dużo czujniejszą i, pomimo otrzymanej rany — pewniejszą.

Vidrim nacierał pewnie i wyprowadzał kolejne ataki. Wielki miecz przecinał powietrze. Tylko raz natrafił na opór jej ostrza, po czym to Selia błyskawicznie przeszła do kontrataku.

Właśnie na tę chwilę czekała. Zanurzyła swoją broń w jego odsłoniętym podbrzuszu, śmiertelnie godząc przeciwnika. Odsłonił się niesiony furią i w tej maleńkiej luce odnalazła swoje zwycięstwo.

Vidrim jęknął i momentalnie ucichł, a jego oczy przeszły atramentową czernią. Ciało zadrżało i w konwulsjach całe się napięło, a Selia została odrzucona z impetem na plecy. Podniosła się na łokciach, obserwując przemianę Vidrima w jej nemezis.

Wszystko nagle straciło znaczenie. Oto przed jej oczyma objawia się największy przeciwnik, najgorszy z wrogów, sam Posępny Mistrz. Obserwowała gwałtowną i brutalną transformację z przerażeniem. Po raz pierwszy od dziesięcioleci Pan Ciemności ukazał się w swoim naczyniu publicznie.

Był dokładnie taki, jak nawiedzał ją, powierniczkę Pani Światła w koszmarach. Zamiast brody i włosów miał wypustki i kolce, skóra jego jakby powleczona siatką z bladoniebieskich żyłek, dłonie zakończone szponami, ciało zasysające wszystko wokół tak bardzo, że przy bestii tworzyła się plama z nieprzeniknionej czerni. Czerni, która zdawała się zabierać energię z otoczenia, które zapadało się surrealistycznie w kierunku Pana Ciemności. Niebo przesłoniły ołowiane chmury, z których natychmiast wysypało się tuzin błyskawic, jedna po drugiej. Grzmoty nieprzerwanie wbijały przerażonych ludzi z wioski w osłupienie i trwogę. Ci, którzy widzieli Pana Ciemności z bliska, upadali po kilku chwilach, a ich ciało czerniało i kruszyło się, skóra odsłaniała mięśnie i ścięgna, które z kolei szybko odkryły kości. Na koniec one same zamieniały się w proch.

— Nie patrzcie na niego — przeraźliwie zakrzyknęła Selia, podnosząc się z ziemi. — Nie patrzcie na Pana Ciemności! Uciekajcie!

Nikt jej nie słyszał. Odwróciła się panicznie w kierunku chaty Matyśki. Tommy wyglądał przez okno, przerażony, obejmowany przez swoją opiekunkę. Na migi kazała im uciekać jak najszybciej i błagała w sercu, aby umknęli.

Wiedziała, co się teraz stanie. W głębi duszy podejrzewała już wcześniej, do czego może doprowadzić walka z Vidrimem, ale ujawnienie się Saphraela to coś, co jest najbardziej istotnym wydarzeniem ostatniej dekady. Oddała się temu całkowicie i zaczęła się unosić nad ziemią, podczas gdy jej ciało rozświetliło się, przebijając przez ogarniającą wszystko wokół czerń. Już w tym momencie zaczęła się walka Sił Życia, walka Pani Światła i Pana Ciemności. Manifestacja.

Jej włosy rozjaśniły się, przybierając tę samą, bladoróżową barwę, co w Lenville. Wybielone ciało skrzyło delikatnie, a oczy przeszły złocistą powłoczką. Zbroja, którą miała na sobie, zamieniła się momentalnie w cienką, zwiewną szatę okalającą jej doskonałe ciało. Przemiana dokonała się w kilku krótkich momentach, nie tak agresywnie bolesnych, jak w przypadku Vidrima — kolosalnej sylwetki czerni na tle jaśniejącej, anielskiej delikatności, która zdawała się przesłaniać wszystko wokół.

Było tak tylko przez chwilę, w której zachodziła transformacja. Pan Ciemności patrzył urzeczony, z uznaniem obserwując swój siostrzany kontrast. Kiedy przemiana się dokonała, uniósł swe szponiaste dłonie ku górze, a ciemność wokół niego się rozprzestrzeniła. Pochłonęła to, co odebrała jasność i jeszcze więcej. Już tylko w promieniu trzech metrów od unoszącego się przemienionego ciała Selii gorała ciepła biel, kiedy olbrzym przeszedł do natarcia.

Wyskoczył wysoko. Uderzył wielkim łapskiem prosto w twarz rywalki. W następstwie błyskawicznego ruchu, na który Pani Światła nie zdążyła zareagować, poszły kolejne ciosy. Odrzucały ją do tyłu i przygniatały do ziemi. Upadli w morderczym uścisku, atakując się nawzajem. Razy spadały na delikatną sylwetkę, która broniła się rozpaczliwie. W końcu wystawiła otwartą dłoń, z której buchnęły zielone błyskawice, a eksplozja gęstej, splątanej sieci odrzuciła Pana Ciemności w tył. Pani Światła wyciągnęła drugą rękę, z której wystrzeliły kolejne pioruny, tym razem zupełnie czarne. Tak ciemne, że odbijały się wyraźnie nawet na smolistym powietrzu zniszczonym przez rywala.

Ten upadł pod naporem siły swojej własnej domeny. Zaśmiał się i syknął przeraźliwie, rozpościerając dłonie po raz kolejny. Z jego ciała promieniowała pulsująca energia. Fale dosięgły stojącej pewnie przeciwniczki i wstrząsnęły nią z niebywałą siłą. Klasnęła w dłonie, uwalniając własny potok mocy. Rozświetlający pocisk przeszył ciemności, wielkim wybuchem wyrywając część z nich i przywracając obraz Oak Crib; niby poszarpana łata na czarnych spodniach lub kilka kawałków układanki losowo złożonych w niezbyt niespójną całość.

— Spójrz na zniszczenie, którego dokonaliśmy razem — podjął Ukryty, wskazując zakrzywionymi szponami płonące rudery. — Spójrz na potęgę, którą władamy, ledwie drocząc się ze sobą! Pomyśl, co moglibyśmy osiągnąć, ty i ja, piękno i brutalna bezwzględność. — Zacisnął ogromną pięść i zbliżył się do niej pewnym krokiem. Ponownie uniosła się w powietrze i cierpliwie słuchała. — Ci ludzie nawet o nas nie słyszeli, staliśmy się reliktami przeszłości, historyjkami opowiadanymi przez nastolatków przy ognisku.

— Moi poplecznicy mnie znają — odparła wreszcie śpiewnym głosem. — Znają i szanują.

— Twoi poplecznicy są słabi — ryknął rozdzierająco. Kawałek obrazu uwolnionego z wszechogarniającej ciemności zadrżał, a budynki zawaliły się w jednej chwili. — Tylko my jesteśmy prawdziwą potęgą, a te ziemie powinny być nasze! Tylko we dwóch możemy przeciwstawić się wynaturzeniom i innym Siłom Życia zza Wielkiej Bramy i poza ziemiami Voghérius Thaesá! Ziemiami Niczyimi!

Nie odpowiedziała mu. Wiedziała o tych siłach, ale tak, jak rozmówca miała świadomość, że dopóki nie wchodzą im w drogę, oni także nie przekroczą Ziem Niczyich, a przedstawiciele Sił zza Wielkiej Bramy nie przedostaną się przez nieprzeniknioną, magiczną zasłonę pod postacią masywnych wrót, nie wspominając już o rzeczonych wynaturzeniach i bestiach, dużo słabszych niż Siły Życia.

Pan Cieni wypuścił powietrze i rzucił się do kolejnego ataku. Był szybki jak błyskawice, które przecinały czarne niebo. Znów maltretował rywalkę seriami morderczych ciosów. Pani Światła nie krwawi — jej białe ciało pokrywają siniaki, ziejące pustką i śmiercią. Znów przygnieciona do ziemi i znów niszczycielskie szpony rozrywają ją, zostawiając czarne rany.

Podniosła obie ręce i przyłożyła je do twarzy przeciwnika. Błękitno-fioletowa eksplozja targnęła wielkim cielskiem i odsunęła je na krótką chwilę. Zaraz złapał ją za ramię, drugą rękę przyciskając do własnej twarzy. Jego oblicze było spalone i dymiło, jasnoniebieskie żyłki na skórze były teraz granatowe.

Z dłoni olbrzyma wystrzelił podobny wybuch, o innych jednak barwach — zielonej i ciemnożółtej. Zaraz ponownie zaczął okładać ją szponiastymi pięściami.

Rozpaczliwie się broniła. Przechodził przez jej wątłą gardę bez żadnych problemów, starała się więc atakować. Kolejne błyskawice przeszywały niebo, kolejne pociski wyrywały kawałki czerni, odsłaniając zdewastowane Oak Crib. Miotała całym swym magicznym arsenałem. Kilka pocisków, kilka fal uderzeniowych i niezliczona ilość maleńkich kropel wpijały się w ciało ciemiężyciela. Niektóre raniły lekko, niektóre dotkliwie. Jednak on nie przestawał bić. Jej blask powoli bladł, była maleńką łuną w bezmiarze mroku, płomykiem świecy w ciemnym lesie o północy.

I kiedy wszystko wydawało się stracone, a świętość sponiewierana, Światło zdobyło się na ruch ostateczny.

W jednej chwili cała smolista czerń przygotowana wcześniej zniknęła w lśniącej szklistości intensywnego brzasku. Oak Crib zamigotało i zapadło się w sobie, kiedy bezkresna pomroka zetknęła się z oczyszczającym światłem.

Rozdział VI

Nikt z wioski nad rozlewiskiem rzeki Miun-Sol nie ośmielił się zatrzymać Selii, idącej w zbyt krótkiej koszulce i poszarpanej spódnicy. Szła z wyciągniętym mieczem, poczernionym od ognia, pękniętym w połowie, jej skórę szpeciły rany i siniaki. Przy odzieniu tu i ówdzie sterczały zapieczone kawałki metalowych kółek z jej kolczugi. Z lewej ręki strużką kapała ciemna, mazista krew. Powłóczyła nogą, również lewą, obrzmiałą w kostce i krzywo wygiętą, podpierała się znalezionym gdzieś po drodze kijem. Mężczyźni oglądali się za nią przerażeni, niektórzy mimowolnie zawieszając na niej swój chciwy wzrok.

— Jesteście tak zezwierzęceni, że chcecie się do mnie dobrać nawet teraz? — wychrypiała z żalem w oczach z wielkim trudem. — Nikt nawet nie spróbuje mi pomóc?

Po tych słowach w jednej chwili przyskoczyło do niej dwóch śmiałków, którzy mimo jej dobranego oręża złapali ją z jednej i drugiej strony. Próbowali odebrać miecz i lagę, żeby lżej szła, nie pozwoliła im jednak na to.

— Na źródło życia naszej pięknej krainy, co ci się stało? — zapytał jakiś Samilczyk z trwogą. Nie odpowiedziała. Oczy jej się zamykały i zwiesiła głowę, spod powiek z wolna zaczęły się sączyć łzy — łzy smutku, bólu, czy może upokorzenia. A może wszystkiego naraz. Stopy już nie pracowały, wlekli jej wiotkie ciało.

— Do medyka, czym prędzej!

— Nie wytrzyma — rzekł drugi mężczyzna. — Medyk jest za kolanem rzeki, a ona chyba już umarła.

— Zamknij się — zrugał go i skonstatował, że kobieta jeszcze żyje. Faktycznie, sepleniła coś i starała się utrzymać przy przytomności, a do dwójki ochotników dołączyła grupa osób, którzy zaproponowali zamianę stołu sprzed jednej z chat w prowizoryczne nosze. Umieścili jej poturbowane ciało na obróconym meblu i trzymając za blat, zanieśli do rzeczonego medyka, w czwórkę taszcząc Selię bez większego wysiłku.

— Doktorze Aamon, potrzebna natychmiastowa pomoc — zaskomlał młody chłopak, bohatersko chcący pomóc mężczyznom. Wybiegł naprzód do chaty lekarza i ostrzegł go przed nadchodzącą ranną. Dystyngowany jegomość w czerwonym fartuchu zerwał się ze swojego fotela. Jego skalp prześwitywał spomiędzy rzadkich, siwych włosów, ale nie był bardzo stary. Wcześnie zaczął łysieć, co, wraz z prostymi okularami, dodawało mu rezolutnego wyglądu.

Selia bełkotała i zawodziła, w bolesnym amoku ściskając kurczowo swoją broń. Szmaty, którymi była owinięta, podwijały się, co jeden z pomagających jej skrzętnie ukrył swoim płaszczem, spoczywającym teraz na jej umęczonym ciele. Wparowali do chaty Aamona i pospiesznie ułożyli ją w miejscu, które im wskazał. Następnie kazał wszystkim wyjść i przywołać z przybudówki Larysę, jego asystentkę. Zrobili, o co prosił i po kilku krótkich chwilach obserwowali, jak młoda pomocniczka zamyka z impetem drzwi lazaretu.


*


— Doktorze, budzi się.

Z trudem podniosła powieki. Początkowo oślepiający blask wpił się w jej źrenice, przyjemnie przypominając uczucia i błogość towarzyszące objawieniom Pani Światła. Po chwili jednak przesłonił je okropny, otępiający ból, który czuła w każdej części ciała. Jakby nagle błądziła po omacku wśród gęstej, brudnej mgły, z rodzaju tych, które unoszą się nad moczarami czy bagnami; tak właśnie się czuła, nie mogła oddychać i dusiła się samym powietrzem.

Jakiś siwiejący mężczyzna nachylił się nad nią i pokazał dwa palce komuś innemu, chyba młodej dziewczynie, która błyskawicznie przyniosła dwie małe fiolki jaskrawozielonego płynu. Barwa nie podobała się Selii, wyglądała złowrogo, ale nawet nie zdążyła zapytać, co to, a zawartość już spływała jej do gardła. Wątpiła, czy w ogóle byłaby w stanie cokolwiek powiedzieć. Przełknęła odruchowo i targnęło nią, po czym oczyściła płuca z całego powietrza, które w nich zalegało i rozwarła szeroko oczy.

— Spokojnie, oddychaj miarowo — powiedział siwy, kładąc delikatną, ale pewną dłoń na jej ramieniu. Spostrzegła, że nie jest wcale starszy od niej. — To visaetrine, środek uśmierzający ból… Będziesz potrzebowała sporej jego ilości w najbliższych tygodniach — dodał z przekąsem. Podrapał się po kilkudniowym zaroście. — Opowiedz.

Na pytające spojrzenie mocno oprzytomniałej Selii wyjaśnił — opowiedz, co ci się stało.

Rozglądnęła się. Do jej zdrowego, prawego przedramienia w pięciu miejscach wpływała bladoniebieska substancja, płynąca wąskimi wężykami zakończonymi stalowymi igłami. Podobne żyłki widziała na ścianie, koncentrycznie rozprowadzone i znajdujące ujście w rozmaitych rozdzielnikach i generatorach. Mechanika, którą niedawno tak wyśmiewała, teraz ratowała jej życie i zmysły.

— Skąd ta aparatura?

— Ja pierwszy prosiłem o odpowiedzi — zaprotestował lekarz, ale zaraz westchnął krótko, jakby rozmawiając z krnąbrnym i nieustępliwym dzieckiem. Nie było w tym jednak irytacji. — Z Renilii. Obowiązuje nas kontrakt ze wschodem na handel nowoczesną technologią. Większość ludzi używa jej do konstruowania przeciętnej jakości broni, czy też może… straszaków, ale niejeden uczony człowiek widzi w mechanice daleko szersze perspektywy, jak choćby aparatura, którą podziwiasz-

— Oak Crib… — przerwała z wolna, nie słuchając go wcale. Widząc świdrujące spojrzenie mężczyzny, wyjaśniła. — Byłam w Oak Crib. Wioska obok zniszczonego Lenville… Teraz jest tam wielkie pogorzelisko, ziejąca dziura w wypalonej na popiół ziemi. Nie zostało już nic, o słodka Pani…

Doktor Aamon aż otworzył usta. Wieści dotrą do nich zapewne niedługo, kiedy patrol, który wyruszył sprawdzić ogromną eksplozję i huk wróci z informacjami o tym, co zaszło.

— Czyli spełniły się najgorsze nasze przypuszczenia — stwierdził. — Oak Crib zostało wysadzone w powietrze. Czarni?

— Nie — zaśmiała się smutno. Wpiła w niego wzrok, nagle bystry i oceniający. Pomimo umęczenia i otępienia lekami wyglądała zupełnie świeżo i wręcz groźnie, a Aamon aż cofnął się o krok. Próbowała wyczytać z jego twarzy… coś. Coś, co pozwoli jej na powiedzenie prawdy. Na zrzucenie z siebie ciężaru. I może był to prosty fakt, że udzielił jej pomocy, może błysk w jego pełnym mądrości i dobroci spojrzeniu, a może jedynie jej przeczucie, ale postanowiła powiedzieć mu prawdę, bez ogródek. W końcu uratował jej życie.

— Czarni nie wysadzili Oak Crib. W zasadzie to nikt nie wysadził Oak Crib. Było to miejsce, gdzie Pani Światła i Pan Ciemności zmierzyli się ze sobą, ukazując swoją nadnaturalną potęgę światu.

Lekarz aż przysiadł. Z trzęsącym się podbródkiem wymamrotał coś sam do siebie i zasłonił usta dłonią. W jednym momencie przybyło mu z pięć lat, przynajmniej takie sprawiał wrażenie.

— Manifestacja — wyrzucił w końcu z niedowierzaniem.

— Manifestacja — potwierdziła Selia. Patrzyli na siebie w bezsłownej trwodze. Uczony doktor najwidoczniej jako jeden z niewielu wiedział o starożytnych spotkaniach Światła i Ciemności oraz, również jako nieliczny, wierzył w prawdziwość Sił Życia, przeciwstawnych, odwiecznych rywali. Rzadko się to zdarzało i było dla Selii czymś fascynującym.

— Więc to prawda. Saphrael i Aerilia istnieją naprawdę.

— Rzadko słyszę, żeby ktoś poza Serdianem tak ich nazywał — przyznała przed samą sobą zdumiona. — Saphrael, Pan Ciemności zaatakował Aerilię. Pani Światła nie ugina się pod ciemiężycielami, jednak mroki okazały się nieprzeniknione i przytłaczające. Niemal nie oddała życia w tej bratobójczej walce. Zaprezentowali swój ogrom zepsutemu światu. Zamanifestowali swoją obecność na ziemi, na której w ich nie wierzą.

Aamon chłonął każde słowo. Pomagająca mu Larysa słuchała równie przejęta, nie rozumiała jednak niczego, co docierało jej uszu, z kolei uczony lekarz doskonale orientował się w sprawie.

— Jaka była w tym twoja rola? — zapytał w końcu, zniecierpliwiony.

Selia spojrzała z ukosa na asystentkę, co Aamon doskonale rozumiał. Wstał i kładąc rękę na drobnych plecach Larysy, pospiesznie ją wyprowadził.

— Znasz się trochę na tym — stwierdziła z uznaniem Selia, kiedy już zostali sami. — Zapewne się domyślasz. Jestem caerriu. Naczynie.

— Aerilia — wysapał z uniżeniem. Padł prosto z krzesła na kolano i zaczął bić pokłony.

— Przestań! — warknęła Selia. — Patrzysz na niewiastę, która jest takim człowiekiem jak ty. Oddając mi cześć, szerzysz herezję!

Pospiesznie wstał i przylgnął do niej. Sprawdził dokładnie jeszcze raz puls, zwichniętą stopę i pozostałe obrażenia. Stwierdził, że ktoś niestrzeżony przez mityczną obecność wyjątkowej, cudownej postaci, nie przetrwałby tej niszczycielskiej erupcji.

— Wszyscy, którzy zostali w swoich domach, zginęli — kontynuowała swoją opowieść, nie zwracając uwagi na ponowne badanie. — Pani Aerilia uciekła się do zupełnej ostateczności, aby ocalić mnie i siebie. Taki czyn niesie ze sobą niemałe konsekwencje.

Doktor potrząsnął głową, popędzając pojawienie się wyjaśnień. Niekontrolowanie bujał się lekko, chorobliwie, nadmiernie chcąc poznać prawdę. Ona zaś wstała i zaczęła rozciągać zleżałe mięśnie.

— O istnieniu Pani Światła i Pana Ciemności i tak niedługo usłyszą wszyscy — zaczęła, ucinając protesty doktora, jakoby miała leżeć. — Jednak sposobu, w jaki wyszliśmy cało z tego pojedynku, nie może poznać nikt. Rozumiesz?

— Klnę się na boskie siły i samą Panią Aerilię.

— Ufam ci, tylko dlatego, że jeżeli zdradzisz, Pani Światła cię odnajdzie i unicestwi. Na wszelkie czasy zostaniesz obrócony w pełną cierpienia, żałosną istotę, której nie pozostanie już nawet nadzieja, nawet jej najdrobniejsza iskierka. Będziesz obleczony w ciemność tak straszliwą, tak gęstą i nieprzeniknioną, że nie wyrwą cię z jej szponów zastępy Sił Życia, że nawet ta, która cię unicestwi, nie będzie już mogła cofnąć tego bezmiaru kary.

Przełknął ślinę i pokiwał obsesyjnie głową. Widziała w nim czystą ciekawość i realne przejęcie. Rozumiał, że to bardzo ważne wydarzenia i nie było w nim złych intencji, poza tym nie przejawia strachu tą wizją. Najwidoczniej wiedział, że nic i nikt nie sprawi, że Pani Aerilia będzie zmuszona ją spełnić. To całkiem oczywiste — jak już trafi się na kogoś, kto wciąż wierzy w Siły Życia, można śmiało założyć, że ta osoba nie zaryzykuje wystawienia się na ich gniew.

Zaczęła mówić powoli i ostrożnie, jakby bojąc się swoich własnych słów. W istocie jednak najzwyczajniej w świecie się ich wstydziła. Uciekała wzrokiem w prawo i lewo.

— Pani Światła… wykorzystała energię tych mieszkańców wioski, którzy jeszcze żyli i obróciła ją przeciwko Saphraelowi. Mówiąc kolokwialnie, „naładowała” się, tak jak ładuje się armaty na okrętach wojennych, wrzucając doń kartacze. Jeden taki pocisk nie zrobi niczego, nie trafi nigdzie i jest nieszkodliwy, ale duża ich ilość wytrzebi całą załogę abordażowanego statku. To samo zrobiła Pani. W ten sposób zakończyła Manifestację porywistym podmuchem energii. To broń ostatniego resortu i… — przerwała na chwilę i już nie krążyła oczyma, tylko zerknęła wprost na rozmówcę. Jej przeszklone oczy były boleśnie piękne. — Myślę, że rozumiesz, co to znaczy.

Rozumiał. Pan Ciemności nie przeżyłby takiego ciosu, więc ulotnił się, przyjmując na siebie tylko część ataku, resztą obarczając Vidrima. Tak, jak zrobiła to Pani Światła. Wykorzystanie żywych dusz podczas walki pozbawiło ją jednak wszelkich mocy, zarówno ona, jak i Selia są teraz wystawione na pastwę losu. To swoista kara za igranie z życiem innych, ruch wielce niebezpieczny, a cios taki winien być przywoływany jedynie w ostateczności.

Selia, jeszcze będąc tu, w wiosce nad rozlewiskiem, obawiała się tego, co czeka ją po powrocie do Dalii. Wróci z niczym, jako przegrana, na dodatek jedyna szansa, czyli Pani Światła, została uwięziona, czy może raczej — unieszkodliwiona.

— Pan Ciemności jest potężniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Jestem pewna, że powiernik Saphraela jest w daleko lepszym stanie ode mnie. Muszę udać się do rodzinnej Dalii, a potem za wielkie Góry Szlachetne, szlakiem umarłych na cmentarz potępionych.

Lekarz nie wiedział o przewadze sił mroku. Nie wiedział także o rytuale, o którym mówiła Selia. Już miał zalać ją potokiem pytań, ale powstrzymał się w porę, widząc, że i tak nie otrzyma odpowiedzi. Poturbowana kobieta spojrzała na niego; w tym spojrzeniu było jakieś niewypowiedziane błaganie i cierpienie. Zdawało się, że jest jej ostatnią nadzieją. Łza spłynęła po jej policzku z tych cudownych, szmaragdowych, wilgotnych oczu.

— Potrzebuję twojej pomocy — wyszeptała łamiącym się głosem.

Rozdział VII

— Wszyscy ukorzycie się przed niszczycielskimi Siłami Życia!

Dziewczyna wędrująca wśród straganów w południowej części Vilin-Ta łypnęła okiem na szaleńczego mężczyznę. Wrzawa, jaka panowała na rynku, skutecznie zagłuszała złowróżbne proroctwa wieszcza. Wyrykiwał swoje czarnowidztwa i łapał za poły ubrań losowych przechodniów, potrząsając nimi.

— Opamiętaj się — prosił blondyna w żółtym, watowanym stroju poszerzanym klinami. Wyrwał z jego eleganckiego odzienia dwa cynowe guziki, za co oberwał siarczystym policzkiem. Oszalały wieszcz nie ustępował. — Oducz się swego zgubnego przywiązania do tego, co i tak zostanie ci odebrane! Już wkrótce wspomnisz na moje słowa i gorzko zapłaczesz, gdy miast guzików wyrywać ci będą zęby i ściągać płaty skóry!

W jego oczach gorała dzika żądza krwi, pomimo swojej pozornej chęci do ratowania bliźnich. Wciąż trzymany mężczyzna z trwogą wyswobodził się z uścisku i oddalił pospiesznie, oglądając się co kilka kroków przez ramię.

— Wszyscy będziecie płakać jak maluczcy, kiedy wydłubią wam oczy i zastąpią je płynnym metalem! Kiedy obcęgami wyrwą paznokcie, a rany spryskają solanką! Gdy wreszcie umęczone, skatowane członki zawisną bezwładnie, a głowa wasza na palu ostatni jęk wyda!

Kobiety z dziećmi skrzętnie zakrywały uszy swoim pociechom. Same również z trudem słuchały makabrycznych majaków, ich mężczyźni podchodzili do niego i próbowali go uciszyć, ten jednak zdawał się nie zwracać na nich uwagi.

Ciemnowłosa dziewczyna przyglądała mu się z obojętną pogardą i już oddalała się od kramiku z warzywami, w którym zakupiła produkty na strawę, gdy jego wzrok na niej spoczął. W jednej chwili ucichł i pobladł. Zapadnięte, nierówno obrośnięte policzki zadrżały, a wybałuszone oczy przeszły szklistą powłoczką.

— Tak się załatwia sprawy — rzucił rezolutnie mężczyzna, który akurat do niego szedł, prosząc dość niegrzecznie o uciszenie się. Heroicznie złapał w pół swoją niewiastę i z podbudowaną męskością oddalił się z nią dumnie.

Wieszcz zaczął się zbliżać do przerażonej brunetki z wyciągniętą dłonią. Wskazywał ją palcem i mamrotał coś pod nosem.

— Czego chcesz, gadaj i nie zbliżaj się — zakrzyknęła doń. Zdawał się nie słyszeć i był już coraz bliżej, ledwo pięć metrów od niej. Już szykowała mały sztylet przypięty do pasa, aby bronić się przed psychopatycznym napastnikiem, kiedy ten został złapany z dwóch stron przez służbowo odzianych strażników.

— W imię korony zostajesz zatrzymany za szerzenie herezji oraz napaści — wydeklamował jeden z nich. Ich kirysy połyskiwały i budziły respekt. Pojmany szaleniec zaraz zaczął panicznie się wyrywać i zdzierać gardło.

— Zostawcie — zawodził. — Głupcy! Nie wiecie, co czynicie.

Sięgał dłońmi w kierunku niewiasty, którą zdawał się chcieć rozszarpać. Patrzył prosto w jej oczy, płakał i próbował kąsać zielone dzianiny na rękawach gwardzistów. Został szybko unieszkodliwiony i wraz z głuchym łupnięciem zwiotczał i się uciszył.

— Chyba mu się spodobałaś — zażartował strażnik, który wcześniej siedział cicho. — Dobrze, że zostaliśmy wezwani przez tamtą kobietę i przyszliśmy na czas.

Mówił twardo i dumnie, budząc zaufanie i respekt. Falowane blond włosy zaczesał do tyłu w dostojny sposób. Ciemne, piwne oczy przywołały w niej na ułamek sekundy obraz kogoś z przeszłości, kogoś, kogo nie pamiętała. Poczuła jednak, że to osoba bliska, którą straciła bądź zostawiła za sobą, udając się na południe.

Zupełnie niedawno zawędrowała do Neridy, do jednego z jej trzech wielkich miast. Wielce się zszokowała i zlękła, gdy ujrzała północny jego dystrykt doszczętnie wyburzony, wypalone ogniem bruki i przysypane ziemią kurhany. Dowiedziała się, że potworna napaść została opanowana przez heroiczne wojska Neridy.

— Poczekajcie — zawołała za strażnikami oddelegowującymi pojmanego więźnia. Odwrócili się, wyczekując powodu zatrzymania. Podeszła do nich i z rozwartymi oczyma rozpaczliwie rozmyślała, co właściwie ma powiedzieć. Przyglądali się jej wyczekująco.

— Czy armia królestwa rekrutuje? — wyrzuciła z siebie wreszcie, zupełnie nie myśląc o własnych słowach. Obawiała się, że ją wyśmieją — drobna, odziana w łachmany, z paskudnie oszpeconą twarzą. Nie wiedziała nawet, czego właściwie szuka i co ma ją czekać w armii. Strażnicy jednak przywdziali pełne serdeczności miny i z zachętą w głosie rzekli:

— Tutaj, w Vilin-Ta nie mamy miejsca na żółtodziobów, z racji naruszonej struktury miasta i zagrożenia kolejnym atakiem sprowadzono do koszar doświadczonych żołnierzy. Vilin-Tuenor na południu szykuje się do jakichś manewrów, może na odwet na barbarzyńcach z Mocarstwa Błękitnych Oczu. Dziś rano wysłano tam posiłki z Foridy, więc jestem pewien, że właśnie tam mają teraz aż nadto miejsca dla nowych.

Skinęli jej głową serdecznie i oddalili się, pozostawiając po sobie dobre wrażenie. Obserwowała luźne płaszcze szyte z połowy koła gładko płożące się za nimi. Nie mogła uwierzyć, że będzie taka jak oni, dostojna i odważna, budząca szacunek i podziw. Ocalili miasto przed tym, co stało się niedaleko na północy, w Lenville, uratowali ją samą przed obłąkanym wariatem. I tak krzątała się tutaj bez celu i nocowała w gospodzie w zamian za pomoc w kuchni. Nie było przed nią żadnych perspektyw. A w momencie, gdy ujrzała ich grację, wiedziała, że chce być taka sama.

Zapytała o kierunek sędziwego sprzedawcy jaj i kur o haczykowatym nosie i kierowała swoje kroki do przydrożnego zajazdu za zachodnią bramą miasta. W kieszeniach miała tylko siedem srebrzaków; trzy z napiwków i cztery za wczorajszą pomoc przy kuchceniu. Cztery srebrzaki i pleśniejąca prycza za całą tę tyradę.


Poranne, ciepłe promienie słońca przebijały się między budynkami, niby zwiastuny lepszych dni. Zamknęła oczy, napawając się tym ciepłem i nadzieją, która rosły w jej sercu.

Wtem, nagły huk wyrwał ją z błogiego zamyślenia. Był głuchy i odległy. Jak łupnięcie młotem w coś miękkiego słyszane zza ściany.

— Burza idzie — dotarły jej słowa przechodzącej kobiety. Mówiła do swojego uroczego dziecka. — Do domu idziemy.

Dziewczyna wiedziała jednak, że to nie burza. Świat przesłoniły jej migawki z wydarzeń w Lenville, wizerunki umierających ludzi oraz oprawców, szkieletów powleczonych półprzeźroczystymi płatami skóry, poszarpanymi i zwisającymi luźno. Trupie czaszki szczerzyły się do niej i lustrowały pustymi oczodołami. Z wszystkich ich otworów unosiła się bladobłękitna mgiełka, złowrogo okalająca kości i niknąca zupełnie nagle w powietrzu. Czuła cuchnący odór zgnilizny i rozkładu, mieszający się z wyjątkowo wspaniałą wonią, której nie rozpoznawała, jedyne skojarzenie, jakie jej się nasuwało, to zapach świeżych drożdży.

Kroczyła wśród nich, a najbliżej stojący bili pokłony. Jej chód nie był płynny, widziała samą siebie w kilku szarpanych ruchach, a obraz wokół zmieniał się bez naturalnej płynności, przeskakiwał co rusz o kilka metrów. Wszystkie szkielety przerywały rzeź i odwracały się do niej, kiedy przechodziła. Padały na swoje odsłonięte stawy, które zgrzytały o ziemię.

— Ki-i-i-im.

— Jestem.

Początkowo nawet nie potrafiła zrozumieć tych dwóch słów, wypowiedzianych przez dwa różne głosy. Pierwszy mówił bardziej męsko, bucząc głębokim i niskim tonem. Samogłoska była jakby poszatkowana i rozłożona w kilku miejscach z nieregularnymi — tak, jak nieregularnie zmieniało się jej położenie — odstępami dziwnej ciszy pomiędzy poszczególnymi jej częściami. Drugi zaś skrzeczał i piszczał jak nienaoliwiony zawias. Głosy wbijały się w głowę i sprawiały fizyczny ból, trzepocząc w jej wnętrzu jak flaga na zbyt porywistym wietrze.

— Ty jesteś ta…

— K-k-która przyn-n-n-iesie śmierć.

— Ta, która szponom zmierzchu się wyrwała…

— P-p-p-o stokroć jej od-d-d-a.

Zdjęta strachem nie potrafiła poukładać swoich myśli. Próbowała się odezwać, krzyczeć albo wydać jakikolwiek dźwięk. Spostrzegła nagle, że nie słyszy niczego, co nie pochodzi od szkieletów oraz tych dwóch upiornych głosów. Widziała rozwarte usta zabijanych, nie zwracali uwagi na jej obecność, ale nie słyszała ich jęków. Widziała młodzieńca bijącego pięścią w bruk, barczystego brodacza beznadziejnie usiłującego odeprzeć napastników i uderzającego krzywym, wyszczerbionym mieczem, jak rzucone, bezwładne ciało kobiety obraca okoliczny stragan w mieszaninę kawałków drewna, strzechy i rozmaitych warzyw, ale żaden odgłos się nie pojawił. Tylko dwa głosy i klekotanie kości.

— To nie burza.

— T-o nie bu-rz-a-a-a — jakby potwierdził pierwszy z głosów, a jeden z truposzy przerwał na chwilę mord niewinnego chłopa, zostawiwszy w nim kościstą siekierę i wskazał jej dłonią budynek, cały jakby z alabastru czy może wapna. Zdawało się, że zupełnie przed chwilą pojawił się tuż przed nią. Nie widziała momentu, w którym się formował, wyrósł w tak urywany sposób, w jaki ona kroczyła po wiosce, obserwując kolejne migawki zmieniającego się krajobrazu Lenville.

Nieudolnie ociosana budowla połyskiwała delikatnie, a może raczej drżała i wibrowała. Była wielkości wychodka i wyglądała nieco jak wydrążony stalagmit. Szkielet, który wskazał jej drogę, zaraz upadł na kolano, skrzypiąc stawami i gruchając kością o zakrwawioną tarczę leżącą na ziemi. Towarzyszył temu dźwięk upadającej kości, ale obijający się o tarczę urwany imacz nie wydał żadnego odgłosu.

— Do.

— Środ-d-ka.

Zanim zdążyła pomyśleć bądź zaoponować, ujrzała siebie stojącą w tej strzelistej, niewyszukanej konstrukcji.

— Bezpieczna — usłyszała jeszcze tylko to jedno słowo, wypowiedziane jednocześnie przez oba głosy i wtedy wizja się rozmyła. Wnętrze kredowobiałego kopczyka roziskrzyło się w oślepiającym błysku i wypełniło jej spojrzenie gładką bielą. Kiedy ta zaczęła z wolna ustępować, spośród mlecznej mgły poczęły wyłaniać się budynki Vilin-Ta i znów szła drogą w kierunku zachodniej bramy. Jak gdyby nigdy nic, nagła wizja i towarzyszący jej szok, nawet nie zwróciły na nią uwagi przechodniów.

 Co to było, do ciężkiej-

Przerwała, gdy spostrzegła obserwujące ją oczy trzech wędrowców.

— Przepraszam. Głośno myślę — wyjaśniła i zawstydzona przyspieszyła kroku.

W głowie kłębiły jej się różne myśli. Nie ukrywała pośpiechu i strachu, nie potrafiła teraz z tym walczyć i czym prędzej chciała znaleźć się w przydrożnym zajeździe poczty, skąd dyliżansem dostanie się do Foridy. Oczywiście pod warunkiem, że uda jej się kupić bilet za siedem srebrzaków.


W końcu dotarła przed budynek z solidnym krużgankiem z szeregiem filarów o szerokich gzymsach i pokaźnych belkowaniach. Brama była zgięta w łuk i otwarta, a nad nią przytroczono belkę z dokładnym grawerem „Poczta Neridy imienia Lenevasta I”.

Transportem komunalnym zajmowała się w Królestwie Neridy instytucja pocztowa. Doskonałe drogi umożliwiały eleganckim powozom i bryczkom rozwijać przyzwoite prędkości, a gęsto rozmieszczone stacje przeprzęgowe pozwalały odpocząć zarówno zmęczonym koniom, których miejsce zajmowały te wypoczęte, jak i podróżnym strudzonym niewygodną nieraz jazdą. Na myśl o stu kilometrach w trzęsącym się na każdej kostce bruku powozie niejeden decydował się nająć konia, co wiązało się z większą opłatą i odpowiedzialnością za zwierzę, a zdrowie konia niejednokrotnie okazywało się więcej warte, niż życie najmującego.

— Dwa srebrzaki za dziesięć kilometrów — burknął gruby, śmierdzący potem i tytoniem wąsacz przy ladzie w budynku zajazdu, kiedy zapytała o cenę. — A do Foridy jest sto dziesięć.

— Mam tylko siedem — mruknęła zrezygnowana.

— Czyli ledwo do drugiej stacji przeprzęgowej, a i to tylko jeżeli rzucę ci trzy kilometry w gratisie. Bierzesz czy nie?

— A jak pokonam resztę drogi?

— To już nie moja sprawa.

Była zrezygnowana, a urzędnik nieugięty. Na wspomnienie koszmarnej wizji sprzed kilkunastu minut tym bardziej chciała się stąd wydostać, uciec jak najdalej od ścigających ją demonów.

— Taniej. Jak mogę dostać się tam taniej?

Gruby mężczyzna prychnął z odrazą.

— Na pieszo — rzucił z przekąsem. Posłała mu krótkie, nienawistne spojrzenie i wyszła z budynku. Przystanęła, łapiąc oddech, aby się uspokoić. Wciąż nie mogła się otrząsnąć, a na dodatek wściekła się wielce na tłustego gnoja z urzędu pocztowego.

— Dwa srebrzaki za drogę do Foridy — usłyszała nagle serdeczny, zachrypnięty głos. — Płatne przy samej bramie. Dodatkowo będziesz musiała potowarzyszyć mi rozmową.

Odwróciła prędko głowę w kierunku rozmówcy. Ujrzała uśmiechniętego, poczciwego mężczyznę w słomianym kapeluszu i tkanej, lnianej koszuli z wycięciem pod szyją. Przewiązane miał skórzane mieszki, wypchane kanciastymi, podłużnymi przedmiotami. Mogły to być fiolki albo osełki do ostrz czy tabakiery, może jeszcze coś innego. Łypał na nią jednym białym okiem, wokół którego skóra była upstrzona siateczką czerwonych, głębokich bruzd o nieregularnych kształtach. Starzec miał nieco kuriozalny tik i mrugał wielokrotnie powieką.

— To jak, panienko? — łypnął na nią znów.

Otrząsnęła się z otępiałego zamyślenia. Pokiwała głową na zgodę, a on zapytał:

— Jak się nazywasz?

— Kornelia — odparła brunetka.


*


Ruszyli do stajni przy zajeździe, gdzie staruszek podprowadził swojego wierzchowca do strzeżonej przez nieco zbyt pijanego strażnika bryczki. Pomogła mu przygotować go do jazdy i wkrótce wyruszyli, siadając na niewygodnych deskach samoróbnego powozu. Mężczyzna rozmawiał z nią o wszystkim po kolei, widać uwielbiał paplać i mielec jęzorem nawet wtedy, kiedy rozmówca raczej tylko zdawkowo odburkuje czy z wymuszoną serdecznością przytakuje.

Jazda była wolniejsza niż dyliżansem pocztowym. Tuż za drugą stacją przeprzęgową wyprzedził ich czarny pojazd z czterema końmi, pędzący znacznie szybciej od nich. Starzec skwitował to nagabywaniem na męczenie zwierząt; Kornelia spoglądała z zazdrością.

— Nigdy nie męczę moich koni — podjął staruszek. — Ale nie martw się, starego siwka zaraz zmieni młoda gniada. Temperamentna i o wiele chętniej powozi.

Nie była pewna, czy w tej chwili mocno obchodziło ją zdrowie zwierząt, ale wiedziała, że gdyby sama była właścicielką klaczy, też nie pozwoliłaby na forsowanie jej.

— Dlaczego zechciałeś mi pomóc? — zapytała wreszcie Kornelia. Jej ostatnie dwa dni były pasmem niepowodzeń i raczej nie spodziewała się zbyt wiele dobrego od losu czy ludzi, których napotyka na swojej drodze.

— Bo tego potrzebowałaś — odparł tak, jakby to była oczywistość.

Przez chwilę odpowiedź ta wisiała w powietrzu, po czym starzec znów zaczął gawędzić i tak też było aż do trzeciej zmiany konia.


— Czym się właściwie zajmujesz? — zapytała zaciekawiona, kiedy odprowadzali gniadego konia z zapienionym pyskiem do kolejnej stacji, gdzie mężczyzna wyjął pięć srebrzaków i książeczkę stajenną, aby dopełnić formalności. Zapłacił ekstra dwa srebrzaki gwardziście i rzucił mu krótkie „do jutra”.

— Handluję.

Pytające spojrzenie Kornelii jakby umknęło jego uwadze. Postanowiła nie drążyć tematu, ale starzec po chwili sam dodał:

— Na wyspie Samiza rośnie tropikalne drzewo, którego odpowiednio przygotowane sproszkowane owoce są silnym medykamentem i… dają niezłego kopa — wyjaśnił. — Importuję go do portu Ci-en Gis na zachodzie od Foridy, następnie rozwożę do Vilin-Ta dwa razy w tygodniu oraz do Vilin-Tuenor co trzeci dzień.

— Jest na to aż taki popyt? — zapytała zdziwiona. Odpowiedział jej chwilą ciszy, która zupełnie nie pasowała do tego wygadanego mężczyzny po pięćdziesiątce. Ponownie podjął temat dopiero po kilku minutach, zupełnie nagle wracając do rozmowy, jak gdyby pytanie padło przed chwilą.

— Sproszkowane owoce kazu są zupełnie nowym specyfikiem i receptura leku jest nieznana na tych terenach. Sprzedawałem mikstury najróżniejszego rodzaju i wiem, że jedynie isoplifyme może się równać z kazu, lecz jest daleko bardziej uzależniające.

— Isoplifyme jest uznawane za narkotyk tam, skąd pochodzę.

— Tak jest i tutaj. Tak będzie też z kazu za jakiś czas, kiedy się upowszechni.

Kornelia spojrzała na niego z trwogą.

— Jesteś… dilerem!

Starzec zaśmiał się pod nosem. Wyciągnął placek drożdżowy z torby rzuconej obok siedziska i poczęstował ją kawałkiem. Odmówiła bez słowa, więc zaczął jeść sam.

— Nie robię niczego nielegalnego. Moi… klienci potrzebują swojej działki, tak jak ja potrzebuję mojej na to — wskazał palcem pobielone oko. — Nie robię nic złego szukając jak najbezpieczniejszego zamiennika dla isoplifyme czy visaetrine. To, że przy okazji zarabiam, również nie jest niczym złym. Muszę mieć środki na import owoców i resztę niezbędnych składników. A także na konie i opłaty.

Kornelia nie odpowiedziała. Pamięć wracała do niej małymi porcjami i jak przez mgłę przypominała sobie słowa ostrzeżeń przed substancjami odurzającymi. Chemik jakby czytając jej w myślach, lekceważąco wyjął z sakiewki cztery prostokątne pudełeczka i położył obok niej. Następnie wskazywał palcami po kolei, wymieniając.

— Isoplium, fymea, visaeth i trinea. Prawidłowo zmieszaj dwa pierwsze, otrzymasz isoplifyme. Zmieszaj dwa ostatnie, powstanie visaetrine. Isoplium z trinea to silna trucizna, izytron, zaś visaeth z fymea… — starzec uśmiechnął się tajemniczo. — Zbawiennie wpływa na pewne delikatne obszary męskiego mózgu, ale niesie sporo skutków ubocznych.

Wyjął także piąte pudełeczko i położył je przy czterech pozostałych.

— Jeżeli zaś zmieszasz w odpowiednich proporcjach oraz w odpowiedni sposób isoplium, kazu, fymea oraz trinea, otrzymasz isokassfymeatrine. Nazwa się nie przyjęła — burknął niezadowolony. — Więc skróciłem ją do samego: kazu.

— Zaraz, zaraz — przerwała mu wykład. — Przed chwilą powiedziałeś, że isoplium i trinea tworzą silną truciznę.

Uśmiechnął się. Cieszyło go, kiedy ktoś faktycznie go słucha i tym małym gestem zdobyła jego przychylność.

— Brawo, młoda damo. Dlatego też zażywając kazu trzeba zażyć równocześnie visaeth, które wchodzi w reakcję z cząsteczkami trinea i tworzy remedium neutralizujące działanie izytronu w ciele.

— Ale reakcja i tak zachodzi i jest jedynie zwalczana; visaeth nie zapobiega zatruciu, tak?

— Niestety, nie znalazłem jeszcze innego sposobu — przyznał, pełen uznania dla jej rozumności.

— Więc trujesz tych ludzi — podsumowała, wpijając w niego wzrok.

— Nie dzieje się żadna krzywda-

— A co, jeżeli visaeth nie zadziała?

— Jeszcze się to nie zdarzyło.

— A co, jeśli kiedyś-

— Koniec tego tematu, młoda damo — uciął twardo. Widać, że z wszystkich rozmów, akurat ta nie była mu na rękę.


Resztę drogi odzywali się już znacznie rzadziej i nie wkraczali na delikatne tereny związane z zawodem mężczyzny. Była już noc, kiedy dotarli wreszcie do swojego celu, kierując się wprost do zajazdu. Pomogła mu odstawić bryczkę i wyciągnęła dwie srebrne monety, tak jak się umówili.

— Zatrzymaj je — powiedział serdecznie i wyjął ze swojej torby małą skrzyneczkę, podsuwając w jej kierunku. — Większa przegroda zawiera isokassfymaetrine, w mniejszej jest dawka visaeth. Visaeth zostawiasz na języku, jednocześnie wypijając roztwór z dwóch części wody i jednej isokassfymaetrine.

Zaczęła oponować i zarzekać się, że nie przyjmie tego daru, jednak on nalegał i kazał zostawić to na czarną godzinę.

— Wiem, że będziesz tego potrzebować. Świat jest okrutny i niebezpieczny, chcę, żebyś miała czym walczyć z bólem, jeśli ten nadejdzie, a jedna dawka nie uzależni. — Widząc jej słabnącą niechęć, dodał: — zrób to dla starca, który pomógł ci w trwodze oraz wielce polubił. Mało kto słucha moich słów i mało kto wykazuje jakiekolwiek zainteresowanie czy zrozumienie dla mojej pracy. Interesuje ich wszystkich tylko, czym mogą się tanio i mocno odurzyć. Ja jestem chemikiem czystym i staram się uśmierzać ból w sposób dobry, bezpieczny i niekoniecznie tani. — Przyjęła gustowną skrzyneczkę i schowała ją do swojej własnej torby przy pasie. — Ale nie czuj się do niczego zobowiązana czy nieswoja. To podarunek i nie chcę za niego zwrotu. Proszę jeno, żebyś rozważnie użyła go w chwili, kiedy będzie ci potrzebny.

Dopiero kiedy się oddaliła na tyle, by nie dosięgnęło go jej wołanie, zorientowała się, że nie poznała jego imienia.


*


Noc przespała spokojnie i bez wybudzania się, w przeciwieństwie do poprzedniej. Wynajęła pokój w gospodzie „Pod Wesołym Kufelkiem”, płacąc wszystkie swoje siedem srebrnych monet za izdebkę dzieloną z inną kobietą. Była młoda i ubrana w łachmany, ale zadbana i bardzo miła.

Następnego dnia wyruszyła z pustym żołądkiem prosto do garnizonu. Musiała pytać o drogę dwukrotnie, wielkie miasto przytłaczało ją swoim ogromem i zawiłością ulic. Vilin-Ta było równie duże, jednak znacznie mniej zaludnione i nie tak skomplikowane architektonicznie. Forida pełna była filarów, wsporników i krużganków, podobnych do tych przy budynku poczty.


— Chcę się zaciągnąć do armii — rzuciła, kiedy już dotarła do straszliwego gmaszyska z nielicznymi iglicami i basztami. Forteca z ciemnych cegieł wydawała się stara i sypiąca się, jednak w rzeczywistości była solidna i pewna. Mur budowli zasłaniał dobrze to, co znajdowało się po drugiej stronie.

— Do armii — powtórzył poborowy w średnim wieku, patrząc na nią sokolim spojrzeniem. Jego brwi były stale mocno zmarszczone, sprawiał wrażenie wielce rozgniewanego. — Wiesz, dziewczyno, że to ciężki kawałek chleba?

Walnęła pięścią w stół, przy którym siedział, tak mocno, że aż podskoczył.

— Nie jestem byle dziewczyną i wiem, kim chcę być. Żołnierzem!

Zerwał się z krzesła, na co się wyprostowała, i zaraz stali twarzą w twarz, ona zmieszana i niepewna, on gniewny i zdeterminowany. Był tak blisko, że czuła jego nieświeży oddech. Jakimś sposobem jego grymas jeszcze bardziej się pogłębił.

— Jeżeli chcesz być żołnierzem, musisz się nauczyć szacunku — huknął, opluwając ją przy każdym słowie. Stała niewzruszona, ze wzrokiem zogniskowanym na środku jego twarzy. Nie ruszyła się nawet o krok, choć wymagało to wielkiego wysiłku. Mężczyzna mruknął.

— Przynajmniej masz większe jaja niż wielu z tych, którzy faktycznie je w gaciach ściskają — przyznał spokojniejszym tonem i odsunął się z powrotem w kierunku swojego szykownego fotela. — Chcesz do armii… — wskazał mniej wygodne krzesło z surowego drewna po swojej lewej. Po krótkiej chwili, w której pełna zwątpienia mu się przyglądała, powiedział w najbardziej oczywisty i znudzony sposób: — siadaj.

Porozmawiał z nią chwilę i powiedział, czego będą od niej oczekiwać oraz jak będzie wyglądać szkolenie. Próbował jak najbardziej ją zniechęcić i nastraszyć, widząc jednak nieustępliwość przepełniającą młodą Kornelię, zaniechał tych prób. I jeszcze przed południem została skierowana do łaźni, stołówki i zbrojowni, skąd miała pobrać zestaw szkoleniowy i nocny, by następnego dnia rozpocząć przygotowanie do służby w armii Królestwa Neridy.

Rozdział VIII

Nowa rekrutka była całkiem intrygująca. Młody Dan wcale nie wstąpił do armii po to, żeby podrywać kobiety czy też im się przypodobać, ale sama obecność płci przeciwnej w obozie szkoleniowym była nader niezwykła i poruszająca.

Tak to już jest w tym świecie, że chłopów ciągnie do bab. Co więcej, jeśli baba młoda i zgrabna, a wokół sami konkurenci, hormony wręcz wylewają się z nich i tworzą niewidzialną chmurkę pełnego popędu odoru.

— Panienko, kiedyś w nocy odwiedzę twoją pryczę — dokuczał jej po porannej odprawie Seymar, starszy i opasły jegomość zza Zanikającej Rzeki. Cuchnęło od niego nie tylko tym charakterystycznym, męskim swędem, ale także czymś w stylu owsianki, chociaż zapach bliższy był zgniłym jajkom.

— Spróbuj, a rozpruję ci to tłuste sadło — odgryzła się, nawet na niego nie spoglądając. Nieomal nie wszczęła rozróby, ale przełożony wparował na czas między nich i wybuchnął, tak na jedno, jak i na drugie.

— Jestem wyższy stopniem — wypluwał słowa Seymar, broniąc się jak zagoniony w narożnik pies. — Nie okazała mi należytego szacunku!

Kapitan Bryorn wyśmiał go prosto w twarz.

— Jesteś takim samym gównem jak ona i jako równorzędne gówno może cię tak samo gnoić! — wrzeszczał, niemal stykając się z nim nosem. Odsunął się zaraz i zagrzmiał do wszystkich naraz. — Dopóki jesteście w obozie szkoleniowym, jesteście niczym więcej niż właśnie łajnem. I żebyście o tym nie zapomnieli, dzisiaj będziecie czyścić wychodki, takie kurwa czyste mają być jak w pałacu Onon-Tel!

Na ogólne jęki i protesty kilku co odważniejszych zareagował tak samo gwałtownie, jak kapitan.

— Jeżeli ktoś jeszcze odezwie się słowem bądź krzywo spojrzy na kogokolwiek, urżnę z racji żywnościowych na tydzień!

— Ale ja nic nie mówiłem — zaprotestował z niemal płaczliwym wyrzutem przypadkowy mężczyzna, do którego podszedł Bryorn. Słowa wypłynęły z niego jakby nieświadomie, panicznie, być może zostały wymuszone wycelowanym weń palcem rozwścieczonego kapitana. Zmierzwione włosy nieszczęśnika wyglądały jak u chłopca i były jakby pozbawione pigmentu.

— Tydzień o jednej trzeciej wymiocin, które wpierdalacie! — zakrzyknął mu w twarz. — Odezwij się znów, a będziesz wpieprzać korzonki i resztki ze śmieci!

Nie odważył się. Jego twarz zdradzała emocje gniewu i rozpaczy zarazem.

— Szkolenie jest intensywne — ciągnął dalej kapitan. — Trudne. Męczące. Myślicie, że ten człowiek — wskazał ręką na zmąconego, skarconego blondyna — poradzi sobie na głodnego?

Nie otrzymał odpowiedzi. Uśmiechnął się sam do siebie. Jakże kochał tę robotę!

— Odpowiadać, gnoje, bo wszyscy podzielicie jego los. Czy poradzi sobie o jednej trzeciej racji?

Po długiej chwili grobowego milczenia Dan splunął w piach i z wymuszoną determinacją wyszedł krok naprzód i stanął na baczność. Wiedział, że jeszcze ktoś musi oberwać, inaczej wszyscy będą chodzić głodni. Wziął to na siebie.

— Nie, panie kapitanie!

— Odezwałeś się, kundlu — rzucił cynicznie Bryorn, a wewnątrz wręcz promieniał. — Odważnie, ale głupio. Jedna trzecia porcji przez tydzień! — Zakrzyknął, wskazując palcem niewzruszonego Daniela. Zaczął spacerować wśród rekrutów i mierzyć wzrokiem każdego z nich. Zatrzymał się przy Kornelii i zlustrował uważnie paskudną bliznę na policzku.

— Oczekuję, że każdy z was będzie jutro rano najedzony i nikt nie pójdzie spać głodny — akcentował mocno wyrazy „każdy” i „nikt”, opluwając przy tym Kornelię, która tylko zmrużyła oczy. Przeniósł wzrok na niechlujnie stojącego i zaniedbanego spaślaka, który wcześniej obrażał Kornelię. — Nauczy was to dbania o siebie nawzajem i tego, że jeżeli jednemu z was dzieje się krzywda, cała reszta nadstawia karku i ratuje sytuację. Oczywiście, dopóki pomoc jest możliwa. — Odwrócił się do znajdującego się z tyłu Dana i z nieprzeniknionym wyrazem twarzy dodał: — nawet swoim kosztem.

Uważny obserwator wyłapałby w tym spojrzeniu pewną dozę szacunku, taką, jaką może mieć nauczyciel do swojego podopiecznego. Lepszym określeniem jest raczej duma z ucznia.

— Za pół godziny zbiórka — zarządził i natychmiast oddalił się w kierunku baraków.


Dwudziestu rekrutów; czterech pierwszego stopnia, dwunastu drugiego, jeden trzeciego i pięciu ostatniego, czwartego. Przed Kornelią trzy tygodnie wspinania się do poziomu drugiego, następnie stopniowo mniej, dwa tygodnie na drugim, jeden na trzecim, a z kolei na ostatnim, czwartym — cały miesiąc.

— Ja nie mam zamiaru dzielić się żarciem — parsknął otyły spaślak.

— A przydałoby ci się, nie ma co — rzuciła rezolutnie Kornelia, wywołując salwę śmiechu. Spojrzał na nią złowrogo.

— Ciesz się, że kapitanek pilnuje twojego tyłka — wycedził przez zaciśnięte wściekle zęby. — Pewnie trzyma go dla siebie. Ha! A to ci dopiero!

Zaraz się oddalił, teatralnie klepiąc się w kolano, zadowolony z własnej docinki. Trzech mężczyzn potruchtało w kierunku ciemnowłosej dziewczyny i wymieniło kilka słów. Wśród nich był i Dan.

— Wykazałeś się niemałą odwagą, występując naprzód i świadomie pozbawiając się jedzenia — przyznała mu z błyskiem w oku. Był przystojny, wydatne kości policzkowe porastał kilkudniowy, ciemny zarost. Wyższy od niej o głowę i z gęstymi, kędzierzawymi włosami. Musiał być w jej wieku lub niewiele starszy i mogła przysiąc, że już go kiedyś widziała i wydawało jej się, że on też odnosi takie wrażenie. Przyglądali się sobie niepewnie, jednak ani ona, ani on nie odezwali się już słowem. Dan skinął tylko głową i odwrócił wzrok.

Rozmyślał o niej przez chwilę. Nie pociągała go, wcale nie przez bliznę ziejącą z lica, po prostu nie była w jego typie. Oczywiście zawiesił wzrok raz czy dwa na jej tyłku, z chłopakami skomentował też inne jej walory estetyczne, narzekając przy tym na zbliżanie się chłodnej pory roku. Wraz z nią przyjdą niechybnie grubsze i bardziej zakrywające owe walory ubrania.

Widział, że Kornelia nie czuje się tutaj swobodnie. Wśród dwudziestu była jedyną kobietą, ponadto najświeższym adeptem. Dziś jest właściwie jej pierwszy dzień, nie wie jeszcze, jak mordercze są ćwiczenia, za to na własnej skórze poznała, jak bezlitosny potrafi być żołnierski światek. Dan kończył swoje szkolenie, zostały mu trzy tygodnie i będzie oficjalnie legionistą. Na początku zostanie przydzielony do patrolowania miast i wykonywania pomniejszych zadań, by powoli piąć się po szczeblach kariery zawodowej. Będzie odpowiadał bezpośrednio do legata, a pewnego dnia sam nim zostanie; tę przysięgę złożył samemu sobie pewnej pamiętnej, krwawej nocy.

Dwudziestka ludzi podzieliła się na małe grupki społeczne, zazwyczaj w obrębie stopnia, który aktualnie reprezentują. Kornelia, jako absolutny żółtodziób dopiero znajdzie swoich ludzi. Jedno jest pewne — nikt nie przetrwa trudów szkolenia w pojedynkę. Sam Dan, zahartowany i nieźle zbudowany, a i całkiem sprawny, miewał dni tak trudne, że pod ich koniec upijał się zdobytą pokątnie wódką do stanu płaczliwych zwierzeń i lamentów. Kiedy Joe, jego równolatek stojący wówczas poziom wyżej wyzwał go od mazgai, tak go sprał, że nieprzytomne ciało Joe’go wyniesiono do lazaretu. Zgubił tam kilka dni treningu i kiedy wrócił, okazało się, że Dan zdążył już wskoczyć na ten sam poziom, co on. Teraz trzymają się razem i nie ma między nimi nienawiści. Na wspomnienie dobrej bójki oraz jej konsekwencji — zarówno tych, które poniósł Joe, leżąc w szpitalu, jak i on, kiedy za karę został zmuszony do spoliczkowania kapitana Bryorna (za co ten przygrzmocił mu w twarz z taką siłą, że i on musiał odwiedzić lazaret na kilka godzin) — uśmiechnął się do siebie. Ruszył w kierunku Joe i ramię w ramię oddalili się w kierunku studni, by tam porozmawiać przy kufelku zatęchłej, śmierdzącej wody. Jedynej, jaką mieli. Na szczęście nie powodowała rewolucji żołądkowych.


Kiedy ujrzeli muskularnego kapitana wracającego ze swoich baraków, ustawili się momentalnie w rządku pośrodku piaszczystego terenu otoczonego z trzech stron budynkami. Za ich plecami były baraki, w których spali, po prawej Kornelia zauważyła cztery niskie szopy, których przeznaczenia mogła się tylko domyślać, a na wprost widzieli właśnie budynek, z którego wyszedł ich dozorca. Budowla była zdecydowanie najbardziej zadbana i czysta.

— Koniec waszej przerwy, leniwe chujki — wrzasnął kapitan i spojrzał wymownie na Kornelię. — Wróć! Koniec waszej przerwy, leniwe pizdy!

W odpowiedzi usłyszał gromki śmiech wszystkich jak tam stali, oprócz Kornelii, na której twarz wkroczył intensywny rumieniec. Chwilę się pośmiali, a wkrótce kapitan klasnął raz w dłonie, zaprowadzając tym ciszę.

— Pierwszaki — wskazał, nie odwracając się, pole z przeszkodami za swoimi plecami. — Dwójki — przesunął wyciągniętą dłoń w kierunku posiekanych, drewniano-słomianych manekinów. — Trójczyny — cofnął dłoń i drugą ręką omiótł przestrzeń po swojej lewej stronie, tam, gdzie stały szopy. — I na koniec nieudacznicy, którzy myślą, że niedługo zostaną kimś wartym więcej, niż manekiny, które będą maltretowane dziś przez dwójki. Czyli, wy, czwórki. Wypierdalać na siłownię, słabe cioty — machnął (dość agresywnie) ręką na lewo, na teren zasłonięty drzewami. — Jazda, ruchy!

Wszyscy się rozpierzchli ze znaczną prędkością. Kapitan Bryorn ruszył wartkim tempem w kierunku toru przeszkód, do którego wysłał najmniej doświadczonych adeptów.

Pole z różnymi barierami, linami, siatkami, słupami i workami ustawionymi w różny sposób wypełnione było w pierwszej części błotem, a w drugiej wodą. Ciągnęło się wzdłuż baraków kapitanów i wychodziło na wolny teren na kilkanaście metrów.

— Słuchaj uważnie, panienko, bo powtarzanie się jest domeną głupich.

Zaczął tłumaczyć jej, które przeszkody ma pokonywać najpierw, jak ma to robić i jak szybko musi się z nimi uporać, żeby „jego fiut się ucieszył”. Kornelia słuchała szowinistycznych uwag kapitana z usilnie utrzymywanym spokojem. Ci, którzy stali z nią również, pełni skupienia, notowali w głowie kolejność przeszkód.

Pod siatką, lina, nad workami, lewo, prawo, lewo, lewo, prawo, lewo, po gzymsach nad wodą, na kładkę, prawo, prawo, lewo, po siatce rozciągniętej na wodzie, w górę liny, w dół po drabinie i z powrotem. Kornelia ułożyła sobie przeszkody w głowie w miarę, jak Bryorn szybko tłumaczył trasę. Była lekka i zwinna, toteż nie spodziewała się większych problemów.

Kiedy ich wystartował i równo wybiegli, każdy swoim torem, zrozumiała, że to nie takie proste, jak się wydawało. Już pierwsza przeszkoda, czołganie się w błocie pod haczykowatą siatką była katorgą.

— Co jest, dziewczynko, za bardzo się ubrudziłaś? — drwił z niej, idąc suchą stopą na mostku, trzy metry nad nimi. Nie zwracając uwagi na docinki, parła naprzód i wreszcie udało jej się podnieść. Z użyciem liny przeskoczyła w kierunku drewnianej kładki i bez problemu wspięła się na worki z piachem. Trzema krótkimi susami ominęła przeszkodę. Kapitan nie pohukiwał już w jej kierunku, tylko patrzył zaintrygowany. Robiła to pierwszy raz, a wyprzedziła już jednego z kolegów.

— Waller, co jest kurwa, żółtodziób cię zostawiła w tyle! — mówił kapitan głosem urągającym, ironicznie zmartwionym. — Sprężaj ten śmierdzący, zawszony zad!

Kornelia uśmiechnęła się półgębkiem. Wiedziała, że jest zwinna i wysportowana, więc nie spodziewała się już żadnych trudności. Wiedziała również, że jest uważna i ma dobrą pamięć, więc bez problemu omijała ustawione worki z piaskiem — z lewej, prawej, dwukrotnie z lewej, znów z prawej i znów z lewej. Mogła się tylko zastanawiać, co by było, gdyby się pomyliła. Nawet przez chwilę o tym myślała, ale odpowiedź przyszła sama bardzo szybko, kiedy Waller pomylił zakręt i zapadka otwarła się pod jego ciężarem, a on sam wpadł po uszy do brudnej wody.

— Waller, kretynie, żałosny głupku, skup się — zawodził, załamując ręce, ale nie było w tym nerwów, raczej trochę irytacji, ale ton miał tak samo prześmiewczy, jak wcześniej. — Z kim ja kurwa mam do czynienia, no kurwa mać!

Klął jeszcze przez chwilę, a zestresowany rekrut zaczął wygrzebywać się z lepkiej, ziemistej wody i ruszył dalej. Kornelia domyśliła się, że miejsce zapadek jest regularnie zmieniane. Następną przeszkodę pokonała w takim tempie, że przegoniła kolejnego mężczyznę, ostrożnie przeskakującego z jednego wąskiego, śliskiego gzymsu na drugi. Ten tuzin „schodków” pokonała bez wysiłku, odbijając się od nich jak od twardej, ubitej ziemi. Kapitan otworzył szeroko oczy i ledwo ugryzł się w język, już miał ją pochwalić.

Wskoczyła do wody i dopłynęła na kładkę. Dziesięć metrów pokonała nieco wolniej, niż skacząc po gzymsach, ale wciąż zbliżała się do kolejnego zawodnika tego szaleńczego toru przeszkód. Następnie, nad tą samą mętną i żółtawą wodą ciągnęły się dwie długie szyny, równie nieszerokie co gzymsy, w dwóch miejscach podzielone na równe części wyraźną, czerwoną linią. Dwa takie segmenty pokonała, sunąc po prawej szynie i przeskoczyła na lewą za krechę wyznaczającą trzeci. Szyny były śliskie i z trudem zachowała równowagę, musiała pomóc sobie rękoma w kilku miejscach, zwłaszcza przy skoku na odległą o metr belkę.

Znów siatka, tym razem luźno rozciągnięta na wodzie. Przejście na drugą stronę okazało się katorgą i niemal żółwim tempem skończyła ten odcinek. Wspięła się na linę i zeszła po drabinie bez problemów, jednak wcześniej straciła sporo czasu.

Wracając, znów namęczyła się przy mokrej, obślizgłej siatce, szukając sprytnego sposobu na ułatwienie sobie zadania, niestety bezskutecznie. Pozostałe przeszkody pokonała jeszcze sprawniej niż poprzednio, tak, że przed finałowym czołganiem się w błocie wyprzedziła wszystkich trzech pozostałych pierwszaków. Kapitan z małym uśmiechem pokiwał głową sam do siebie. Wiedział, że gzymsy i szyny pokonała lepiej nawet, niż on sam. Nie pomyliła się również na zapadkach w drodze powrotnej, co często się zdarza, udowadniając tylko, że ta ciżba nie jest zdolna do prostego myślenia i jak skończone durnie okrążają słup, który ma zapadkę po lewej stronie od frontu, również lewą stroną w drodze powrotnej. Zdarza się to zwłaszcza rekrutom, którzy wykonują to zadanie po raz pierwszy. Nie pamięta już, aby ktoś nie popełnił tego błędu, nie mając wcześniej do czynienia z tą przeszkodą.

I chociaż prowadziła w tym szaleńczym wyścigu, ostatnia przeszkoda, siatka, znów okazała się zupełnie stopująca Kornelię. Zdążyli wyprzedzić ją Mitch i Gresor. Waller został sporo w tyle. Kiedy w końcu znalazła się po drugiej stronie, odetchnęła z ulgą i natychmiast ujrzała obu rekrutów ponownie forsujących przeszkodę. Łypnęła na kapitana zmieszana, a ten zaśmiał się drwiąco.

— Całą godzinę, panienko!

Zwiesiła ramiona w bezradnym geście. Godzina bez przerwy? To jakieś żarty, pomyślała. Już była zmęczona, a to dopiero pierwszy dzień. Bez choćby chwili odpoczynku nie da rady.

Momentalnie przed oczyma stanął jej blondyn z falowanymi włosami, w lśniącej zbroi dumnie patrolujący targowisko w Vilin-Ta. Znów przypomniała sobie, że chce być taka jak on i z nowymi pokładami determinacji naparła na siatkę. Cała umorusana błotem, które miała w buzi i na rzęsach wybierała gęstą papkę na boki, jednocześnie szarpiąc się z czepnym materiałem.

Drugie przejście wyglądało bardzo podobnie do poprzedniego. Waller znów zrobił głupi błąd, na co kapitan zarechotał i zrugał go równie intensywnie, kazał wziąć mu się w garść i skupić. Kornelia znów nie pomyliła się ani razu, jednak pokonywała przeszkody nieco wolniej, zmęczona szybkim tempem narzuconym sobie na początku. Miała również te same problemy, co wcześniej.

Kapitan wrzeszczał od czasu do czasu na któregoś z nich. Kiedy Kornelia zbliżała się mozolnie do miejsca, z którego zaczynają tor, zszedł po schodach swojego mostu i przystanął tuż przy niej.

— Czołgaj się jedną ręką, drugą odgarniaj siatkę — powiedział jej. — A w tej na wodzie nie próbuj iść, połóż się i wspinaj rękoma i nogami w kierunku liny.

Zdziwiła się wielce jego poradą i kiwnęła głową w podziękowaniu, dysząc ze zmęczenia.

Stosując się do jego rad, poradziła sobie znacznie lepiej, zaczęła jednak gubić się tu i ówdzie, a to ześlizgując z gzymsu, a to okrążając worki z piaskiem ze złej strony w drodze powrotnej. Poczuła cierpki i ciężki smak brudnej wody pod zapadką, wody, która niemal całą ją zakryła.

Kiedy godzina miała się ku końcowi, była tak zmęczona, że przeszkody pokonywała mozolnie i z wielkim trudem, okrzykiwana przez kapitana za ociąganie się.

Zaraz po zakończeniu tych morderczych ćwiczeń nastąpiła płynna zmiana stanowisk. Kornelia z innymi „jedynkami” przeszli do manekinów, gdzie już czekał inny kapitan, Raymond. Każdy dostał tępy, wyszczerbiony miecz i ciężką tarczę. Drugi nauczyciel pokazywał po kolei, jak mają uderzać i w jakie miejsca celować, uczył kombinacji dwóch ciosów, potem trzech i ataków podwójnych. Wyczulał ich na ruchy tarczą — zakazał odrzucania jej w tył przy kolejnych pchnięciach, gdyż nie taka jest rola tarczy, by się nią odsłaniać, mówił, a skrywać się za nią. Był spokojny i ani razu nie podniósł głosu, nawet kiedy mieszali podstawowe ruchy i kroki.

Kornelia z mozołem okładała drewniany słup. Tarcza była dla niej za duża i ciążyła, mocno obolałe mięśnie słabo pracowały. Nie wiedziała, że to tak wyniszczający wysiłek.

— Idź do studni — rozkazał kapitan, widząc jej utarczkę z własnym zmęczeniem. Zrezygnowana rzuciła oręż i oddaliła się pospiesznie w kierunku wodopoju, skąd wróciła, wypiwszy dwa hausty.

— Zwolnij, dziewczyno — kapitan mówił miarowo i spokojnie. Niemal obojętnie, choć na swój sposób wydawał się przejmować tym, co robi. — Ten zestaw jest dla ciebie za ciężki — przyjacielskim gestem położył jej dłoń na plecach i skierował do rzędu małych budynków. — W pierwszym z tych składzików poproś o puklerz i krótszy miecz.

Więc to były składziki. Biegiem oddaliła się do szopy, na co kapitan Raymond pokiwał głową z politowaniem. Została jej tam wydana przez jakiegoś dzieciaka pożądana broń, dużo lżejsza i poręczniejsza oraz mała, okrągła tarcza. Wróciła i wykonywała sekwencyjne ruchy dużo dokładniej.

— Nie przykładajcie uwagi do siły uderzeń. Na tę chwilę macie bić precyzyjnie i dokładnie. I miejcie litość dla samych siebie, będziecie trzaskać półtora godziny.

— Półtora? Przed chwilą była jedna — zaprotestowała Kornelia. W odpowiedzi usłyszała pogardliwy, kpiący śmiech adepta o sowich oczach i ściągniętych brwiach. Brzmiał trochę jak rechotanie żaby.

— Nikt cię nie wprowadził w system szkoleń? — zapytał zdziwiony Raymond. — Godzina na pierwszym stanowisku, półtora na drugim, dwie na trzecim, no i dwie i pół na ostatnim. Łącznie siedem plus dwie przerwy, jedna po tym ćwiczeniu, druga po trzecim — omiótł dłonią te cztery szopy, z których pierwsza była składzikiem z bronią, wskazując prawdopodobne miejsce trzeciej serii treningowej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.27
drukowana A5
za 46.58