E-book
6.83
drukowana A5
61.99
Dotyk Anioła

Bezpłatny fragment - Dotyk Anioła

Objętość:
491 str.
ISBN:
978-83-8155-130-4
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 61.99

Tę książkę dedykuję wszystkim Polakom przebywającym na emigracji, ich żonom i mężom, a przede wszystkim, dzieciom.

Aby na obczyźnie mogli realizować swoje marzenia i zawsze mieli do kogo wracać.

Aby ich ojczyzną była nade wszystko — Polska.

I

Przez otwarte okno samochodu było widać pierwsze zabudowania. Wokoło unosił się zapach pól. Po obfitym deszczu nocne powietrze jeszcze bardziej wyostrzyło woń parującej ziemi. Przejeżdżając przez asfaltową, nierówną nawierzchnię, samochód rozbryzgiwał duże łaty szarych kałuż, w których przeglądał się co kilka metrów blady księżyc.

Nad łąkami i wzdłuż przydrożnych drzew unosiła się leniwie mgła. Nacisnął gaz, zostało mu do przejechania jeszcze tylko kawałek drogi. Poczuł dreszczyk emocji, za chwilę miał ujrzeć swój dom. Oddychał głęboko rześkim, wieczornym powietrzem. Uśmiechnął się kącikiem ust. Właśnie tego powietrza mu brakowało, zapachu ziemi nawiezionej obornikiem, zapachu falujących zbóż w cieple letniego poranka, żywicznego zapachu rozkołysanych sosen za oknem jego sypialni. Nawet woń rzeki przesiąkniętej mułem, wywoływała miłe wspomnienia. Dopiero teraz uświadomił sobie, że można tęsknić nie tylko za ludźmi, ale też za widokiem znajomego krajobrazu z wszystkimi jego zapachami.

 Czy będą bardzo zaskoczeni moim przyjazdem? Czy trochę tęsknili jak on za nimi? — myślał. — Na starość robił się chyba sentymentalny, jakby powiedziała Teresa, jego zmarła żona. Minęły już dwa lata od ostatniego pobytu w kraju. Wcześniej był w Paryżu, Zurychu, Nowym Yorku, a obecnie pracował w Berlinie. Na obczyźnie spędził osiem lat. Widział cuda nowoczesnej techniki, współczesną architekturę, ekskluzywne sklepy i piękne kobiety, ale po dwóch latach, pierwsze wrażenia minęły, widoki nieco spowszedniały, tylko ludzie byli albo interesujący, albo mniej ciekawi, ale zawsze obcy. Tego najbardziej nie znosił. Choć pracował wśród nich, czuł się wyobcowany, a ostatnio coraz bardziej doskwierała mu samotność. Nawet koledzy ze szpitala, w którym był zatrudniony, nie zaprzyjaźniali się z nim tak blisko, jakby sam tego chciał. A może było odwrotnie i on tego nie pragnął? Podczas dyżuru w wolnych chwilach wymieniali tylko kilka zdawkowych zdań o planach na nadchodzący weekend. Jego specjalnością była kardiologia. W berlińskim szpitalu był jedynym Polakiem, wśród pracujących tu Niemców, Rosjan i Włochów. Po dyżurze zamknięci w czterech ścianach niedużych, hotelowych pokoi, które wynajmowali w pobliżu szpitala, odpoczywali każdy na swój sposób. Najczęściej siedzieli w internecie i rozmawiali z bliskimi osobami. Polscy lekarze byli wziętymi fachowcami w każdej dziedzinie medycyny, dlatego chętnie został przyjęty na oddział Kardiologii, gdzie zawarł bliższą przyjaźń z Włochem, Clifem Moreno. Clif okazał się nie tylko dobrym przyjacielem, ale również dobrym lekarzem. Dobrze im się współpracowało. Miał tylko jedną słabość, zbyt często ulegał kobiecym wdziękom. Mimo że był żonaty z Barbarą i miał dwoje dzieci, nie potrafił opędzić się, od narzucających mu się ładniutkich i młodych pielęgniarek. Jedno tylko go usprawiedliwiało, Barbara mieszkała z dziećmi we Włoszech. Zbyt znaczna odległość sprawiała, że rzadko pokazywał się w domu. Był przystojnym, smagłym brunetem i łasy na jakiekolwiek przejawy ze strony młodych panienek, które podziwiały jego aparycję. Aleksander obserwował go i widział, że czasami gonił resztkami sił, aby nie wyjść z roli amanta. Z tego też powodu musiał często przyjaciela usadzać i stawiać do pionu, zwracając się do jego poczucia przyzwoitości i etyki ich zawodu.

Aleks dobrą opinię zdążył sobie wyrobić, będąc jeszcze w Polsce. Już po kilku latach pracy okazał się jednym z najzdolniejszych i najlepszych specjalistów w swojej dziedzinie. Zrezygnował z pracy w radomskim szpitalu i podjął pracę za granicą. Kontrakt w berlińskim szpitalu wygasał mu dopiero za rok. Zarobił już dość pieniędzy i uważał, że może wrócić do kraju i zająć się swoją rodziną. Miał przecież trzech synów. Co prawda byli już dorośli, ale nie na tyle, żeby nie mieć nad nimi ojcowskiej pieczy. Mateusz, zwany zdrobniale Matem, był najstarszy z nich. Skończył AGH w Krakowie i właśnie rozpoczął pracę w swoim zawodzie, w zagranicznej firmie w Krakowie, jako menadżer do spraw handlowych. Zajmował się wyszukiwaniem potencjalnych klientów i sprzedażą części elektronicznych do samochodów. Robił błyskawiczną karierę, dzięki znajomości języka angielskiego, niemieckiego i francuskiego, jak również nieugiętemu charakterowi. Nie łatwo było go sprowokować do kłótni. Ale i tak lepiej było go mieć po swojej stronie, jak twierdzili bliźniacy. Mat wpadał do domu od czasu do czasu, aby przypomnieć braciom, że żyje i ma się całkiem dobrze.

Nikodem, zwany Nikiem i Krystian, na którego wszyscy mówili Kris, byli bliźniakami. Nikodem rozpoczął studia medyczne w Lublinie, na wydziale Kardiologii podobnie jak on, do czego nawet go nie namawiał. Był najbardziej samowystarczalnym człowiekiem, jakiego znał. Był zawsze opanowany, małomówny, logicznie myślący, precyzyjny we wszystkim i konsekwentny. Najczęściej to on rozstrzygał spory braci. Odkąd pamiętał synów, to Nik wyróżniał się od nich swą chłodną postawą, ale i charyzmą, która aż biła od niego. Był chłonny wiedzy i otwarty na wszelkie nowości. Wyczuł jednak, że jego pasją była nie tylko medycyna lecz coś, co skrywał przez lata, o czym nie chciał rozmawiać nawet z nim. I on to uszanował.

Krystian, choć byli z Nikiem jednojajowymi bliźniakami, nie przypominał brata. Podobieństwo fizyczne było wielkie, ale charakter jednego i drugiego znacznie się różnił. Kris był bardziej rozmowny, jeśli miał rację, obstawał przy swoim i bronił jej, dopóki nie udowodnił swojej teorii. W przeciwieństwie do poważnego brata, on kipiał energią i entuzjazmem. Studiował na Politechnice Radomskiej, na Wydziale Mechanicznym. Od najwcześniejszych lat zawsze majsterkował przy samochodach i zawsze chciał je ulepszać. Mogli polegać na nim wszyscy. Zajął się domem i jego remontem. Był wspaniałym organizatorem. Zatrudnił swoich kolegów, którzy pomogli mu w malowaniu domu, najpierw elewacji, a potem wnętrze całego domu. Zrobili to podczas wakacji. Wtedy po raz pierwszy Aleks docenił syna za jego przedsiębiorczość i zaradność. Po prostu brał życie, niczym byka za rogi i szedł naprzód, nie zważając na żadne przeszkody. Kupował meble na pchlich targach albo sprowadzał z Orońska, gdzie była możliwość kupna wszystkiego, począwszy od srebrnych łyżeczek po porcelanę Rosenthala. Uzbierał niezłą kolekcję antyków. Z początku był przerażony, kiedy w ciągu tygodnia uszczupliło mu się konto pokaźną sumą pieniędzy, ale kiedy zobaczył fotografie urządzonych pomieszczeń, zrozumiał, że kupił niektóre meble nawet bardzo tanio, śmiało mógł powiedzieć, że okazyjnie. Jego ostatnim hobby była biblioteka. W introligatorniach zostawił niemało pieniędzy, bo wszystkie książki musiały wyglądać porządnie. Krystian był solidny i niczego nie robił połowicznie, zawsze kończył to, co zaczął, a poza tym był największym romantykiem w rodzinie. Wierzył w nieśmiertelność dusz i w prawdziwą miłość. Był ulubieńcem Teresy, która umarła zbyt młodo. Po jej śmierci musiał wziąć się porządnie w karby i przestać myśleć o niebieskich migdałach. Najstarszy syn miał wtedy piętnaście lat a bliźniaki dziesięć. Zabrał się solidnie do pracy i wychował trzech budrysów pełnych energii i ciekawości świata na porządnych ludzi. Oczywiście musiał się przy tym wiele nauczyć i wyrzec różnych rzeczy. On najbardziej wiedział, ile go to kosztowało. Nie chodził na randki, przyjaciół też zbywał, w końcu nie został mu ani jeden. Oddany był swojej pracy, która całkowicie pochłaniała jego energię i entuzjazm.

Spojrzał przed siebie. Na niezbyt wysokim wzniesieniu, w niewielkim zagajniku stał ich dom z jasnego piaskowca otoczony wysokim parkanem. Miał dwie kondygnacje. Duże okna wychodziły na taras, na którym najczęściej siadywali wieczorami, długo rozmawiając. Dom był dobrze położony, bo oddalony kilka kilometrów od zgiełku zanieczyszczonego spalinami miasta i od innych domów, w zaciszu wysokich sosen. Wybrali tę działkę razem z Teresą i budowali dom przez kilka lat. Zaledwie ukończyli parter i natychmiast wyprowadzili się od rodziców Teresy, którzy mieszkali w bloku, na dość hałaśliwym osiedlu. Było im ciężko, ale jakoś sobie radzili we dwoje. Teresa pracowała na uczelni, w Wyższej Szkole Handlowej jako wykładowca i co roku brali pożyczki, i kupowali materiały budowlane, planując w najbliższym czasie dobudowanie piętra. Ich życie powoli stabilizowało się, lecz harmonia została przerwana przez chorobę Teresy. Kilka specjalistycznych badań potwierdziło złośliwego raka jelita grubego i choć ciało miała chore, umysł do końca sprawny. Mimo że był lekarzem, nie mógł jej pomóc. Przerzuty na inne organy spustoszyły jej organizm do ostatecznego wyczerpania, że pod koniec swoich dni ważyła ledwie trzydzieści kilogramów. Jej męki trwały prawie trzy miesiące. Prawie się załamał, ale w końcu przypomniał sobie, że ma jeszcze synów, którymi musiał się zająć, którzy tak samo ciężko przeżywali chorobę a potem śmierć matki.

Wtedy przyszła mu z pomocą Ela. Odkąd urodzili się jego synowie, codziennie przynosiła im świeże mleko, biały ser, a nawet i masło. Razem z mężem mieszkali niedaleko ich domu i mieli niewielkie gospodarstwo. Pierwsza zaproponowała mu pomoc. Ona odchowała już troje dzieci, które dawno temu poszły w świat, każde w inną stronę. Zostali sami z mężem na gospodarstwie. I tak przez dziesięć lat Ela była niańką jego dzieci. Chłopcy ją uwielbiali. Nawet z rodzicami Teresy, nie byli tak zżyci, jak z Elą i jej mężem, Michałem.

Dom sprawiał wrażenie, jakby w nim nikogo nie było, wszystkie światła były pogaszone. Otworzył bramę pilotem i cicho podjechał na tyły posesji. Zostawił samochód w garażu. Wszedł do domu bocznym wejściem. Największą walizę wziął na górę, a kilka toreb turystycznych zostawił w salonie. Spojrzał w górę schodów. Księżyc rozświetlał swym blaskiem kremowe ściany, na których tańczyły cienie wysokich drzew. Było dość widno, więc nie włączał światła. W holu na piętrze stał podłogowy zegar, ostatni nabytek Krystiana. Był w rustykalnej obudowie, a co najważniejsze, był na chodzie. Z zaciekawieniem zerknął na pozłacany cyferblat. Zegar był niemiecki, marki: Hermle. To wszystko wyjaśniało, te zawsze były w niezbyt przystępnej cenie.

Zajrzał do pokoju synów, ale tam też ich nie było. W domu panowała absolutna, niczym niezmącona cisza poza tykaniem zegara.

— Gdzie oni wszyscy się podziali? — pomyślał trochę rozczarowany i zszedł do kuchni. Na kuchennym blacie stała w dzbanku woda a obok na tacy szklanka. Chętnie po nią sięgnął, a kiedy odstawił pustą szklankę, popatrzył na znajome sprzęty. Z czułością przejechał dłonią po gładkiej powierzchni laminowanej płyty, którą wykończone były wszystkie szafki kuchenne w jasnym kolorze. Z ciekawości zajrzał do nich, a potem do lodówki. Spodziewał się zobaczyć trochę bałaganu albo pustki w lodówce. Zdziwił się, kiedy zobaczył w szafkach porządek, a lodówkę wypełnioną po brzegi, pełną różnych smakowitości. Na widok pierożków żałował, że w tej chwili nie był głodny. Trochę zawiedziony wrócił do swojego pokoju. Rozpakowywanie swoich rzeczy i prezentów, odłożył do rana. Rozebrał się i wszedł do łazienki przylegającej do jego sypialni i stanął pod prysznicem. Marzył o długiej kąpieli z hydromasażem w dużej wannie, którą mu zafundował jego syn. Był jednak zbyt zmęczony, by poddać się tej przyjemności właśnie teraz. Namydlił się i pozwolił, aby ciepła woda odprężyła go i spłukała z niego całe zmęczenie. Wysuszył długie włosy suszarką, przepasał biodra ręcznikiem, podszedł do okna i otworzył je na oścież. Lekki wiatr wydął firankę, a pokój wypełniło rześkie powietrze, przesiąknięte zapachem żywicy. Wciągnął je mocno, chwilę przytrzymał i na powrót oddychał swobodnie. Właśnie tego powietrza mu brakowało. W chwilę potem położył się wygodnie na swoim wielkim łożu z hebanu o pięknie rzeźbionym wezgłowiu, tuż przy chłodnej ścianie i po chwili spał jak dziecko.

x

Anna przekręciła się we śnie, czując bijące ciepło, które było w zasięgu jej ręki. Miała cudowny sen. Leżał obok niej mężczyzna, piękny i seksowny. Jego długie, czarne włosy opadały mu na ramiona i w nieładzie leżały na poduszce obok niej. Wystarczyło sięgnąć ręką, aby ich dotknąć. I dotknęła. Były miękkie w dotyku i pachniały łąką w słoneczny dzień. Delikatnie w obawie, że zbyt szybko zbudzi się ze snu, położyła głowę w zgięciu jego ramienia i przytuliła się całym ciałem do jego rozgrzanych lędźwi. Pachniał drzewem sandałowym i czymś jeszcze, czego nie umiała zidentyfikować. Potem już nic nie czuła oprócz poczucia bezpieczeństwa i rozkosznego ciepła, które rozchodziło się po całym jej ciele, przyprawiając ją o niezwykłe i nieznane dotąd emocje. Z uśmiechem na rozchylonych ustach wtuliła się jeszcze bardziej w szerokie ramiona i zapadła w głęboki, uzdrawiający sen.

x

Obudziło go pianie koguta z pobliskiej farmy Eli i Michała, a gdy otworzył na dobre oczy, poczuł zapach świeżo parzonej kawy. Przez otwarte okno wpadł promień słońca i rozjaśnił cały pokój. Z dołu słychać było cichą rozmowę, a z radia sączyła się cicha muzyka. Wyskoczył z łóżka, niedbale odgarniając kołdrę, przeciągnął się na całą swoją wysokość i roześmiał radośnie.

— Jak dobrze być znowu w domu! — krzyczało jego serce.

Po drodze narzucił na siebie biały, frotowy szlafrok i zbiegł szybko po schodach. Z łazienki dobiegł go szum wody, ale zbył to wzruszeniem ramion. Pomyślał, że któryś z jego synów korzysta z jego prysznicowej kabiny, jak to zdarzało się im wiele razy.

Przy kuchennym stole siedzieli jego trzej synowie i jedli śniadanie. Na jego widok poderwali się zza stołu i podeszli do niego z otwartymi ramionami. Objął ich mocno i chwilę stał bez ruchu. Chciał poczuć ich bliskość, zapach i siłę.

— Witajcie, moi kochani! — zawołał spontanicznie z uczuciem.

— Witaj, tato! Dawno się nie widzieliśmy! — pierwszy przywitał go Krystian, najbardziej z nich impulsywny i porywczy, i poddał się mocnemu uściskowi ojca.

— Jak dobrze znowu was widzieć, chłopcy! Mat, jak ty zmężniałeś! Jesteś już dorosłym mężczyzną! Nik! Kris! Gdzie się podziali moi mali chłopcy? Nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo za wami tęskniłem. I za naszym domem! — zawołał, nie ukrywając radości.

— Witaj w domu, tato! — powiedział bardziej powściągliwy Nik, podchodząc na końcu do ojca.

Synowie rzadko widzieli go w takim stanie, wcześniej nie okazywał zbytnio swoich emocji tak otwarcie i wylewnie jak w tej chwili. Cały promieniał. Oczy czarne jak węgle, zresztą jak u każdego z nich, błyszczały niczym oszlifowane onyksy. Twarz lekko mu się zaróżowiła od emocji, a białe, równe zęby odbijały od złotawej karnacji.

— Przecież codziennie pisaliśmy do siebie! — obruszył się Mat.

— Co tam maile, widzieć was na żywo, to jest to! Zrozumiecie, gdy założycie swoje rodziny. Przyjechałem przed północą i nie zastałam w domu nikogo. Jestem bardzo ciekawy, gdzie podziewaliście się o tej porze? — zapytał z ciekawością, spoglądając na każdego z nich, jakby nie mógł nacieszyć się ich widokiem.

— Dorośli, zmężnieli, to już mężczyźni. Boże, jak ten czas szybko leci… Jak wiele mi umknęło — pomyślał z rozgoryczeniem. Czy warto było gonić po świecie za pieniądzem? — pytał sam siebie.

— Anna, moja przyjaciółka, miała kłopoty z mieszkaniem i postanowiliśmy jej pomóc w przeprowadzce. Wczoraj przywieźliśmy resztę jej mebli, które do tej pory przechowywała w piwnicy remontowanego budynku. Dlatego mieszka od jakiegoś czasu u nas. Pisałem ci przecież o niej. Nie miałeś nic przeciwko temu.

Ojciec zdziwiony spojrzał na syna.

— Jesteś dorosły, ale, czy na tyle, aby ją samemu utrzymywać? — zapytał ojciec, marszcząc brwi, co było u niego oznaką wielkiego niezadowolenia.

— Anna nie jest moją utrzymanką! — zaprotestował Kris urażonym tonem.

— To właściwie, kim ona jest dla ciebie? — Aleks chciał wiedzieć, jaki status w jego domu posiada znajoma jego syna.

— Jest moją przyjaciółką, która potrzebowała natychmiastowej pomocy, więc nie mogłem jej odmówić. To chyba nic zdrożnego, tato — oświadczył Kris zdecydowanym głosem, patrząc na ojca nieustępliwym spojrzeniem.

— Ach tak… — przytaknął ojciec, choć nie do końca usatysfakcjonowała go odpowiedź syna.

— Tato, Anna zamieszkała u nas na specjalne zaproszenie Krisa. To jest jego gość i musimy go uszanować. Ona rzeczywiście potrzebowała szybkiej interwencji z naszej strony — przyszedł mu z pomocą Mat, widząc, że ojciec domaga się konkretnego wyjaśnienia, opowiedział historię Anny.

Nik siedział przy stole i przysłuchiwał się w milczeniu ich rozmowie, nie przestając równocześnie patrzeć na ojca, z twarzy którego nadal nie schodził grymas niezadowolenia.

— Anna mieszkała z ojcem w starej kamienicy, którą objął w posiadanie jej obecny właściciel. Zdecydował, że kamienica wymaga całkowitego remontu i polecił jej mieszkańcom przeprowadzić się tymczasowo do zastępczych mieszkań, które wynalazł na peryferiach Radomia. Jej ojciec zarobkowo wyjechał za granicę. Anna nie miała z nim ostatnio kontaktu, więc nie wiedziała, co ze sobą robić. Była zupełnie bezradna, bo oprócz niego nie ma żadnej rodziny.

— Proszę, mów dalej. To rzeczywiście niezbyt przyjemna historia — przyznał ojciec, przysłuchując się z wielką uwagą, jak Mat wyłuszczał z detalami wszystkie problemy rodzin z ulicy Szackiej.

Jego twarz powoli się zmieniała, z nieustępliwej na bardziej wyrozumiałą, co świadczyło, że nie pozbył się całkiem ludzkich odruchów — pomyślał Nik.

— Rzeczywiście musieli się stamtąd wyprowadzić? Nie można było zagospodarować jakiegoś pomieszczenia obok — zapytał ojciec.

— Inspektor budowlany zdecydował, że kamienica jest cała do remontu kapitalnego. Nie można było przeprowadzić go częściowo. Kiedy pracownicy budowlani weszliby do budynku ze swoimi maszynami, nie byłoby tam warunków do mieszkania, choćby ze względu na ich bezpieczeństwo. Musieli się stamtąd wynieść wszyscy i to w krótkim czasie.

— No tak, rzeczywiście to skomplikowana sprawa. I mieszkańcy wyrazili na to zgodę?

— A co mieli robić? Właściciel przyszedł w towarzystwie inspektora budowlanego z urzędu miasta, który potwierdził, że dłuższe przebywanie w tym budynku, grozi katastrofą.

— Co konkretnie mieli na myśli?

— Ściana na bocznej elewacji budynku jest pęknięta, dach przecieka, a okna niestety wszystkie są do wymiany — uzupełnił wypowiedź brata Kris.

— Najwyższy czas był go odremontować, bo budynek stoi od kilkudziesięciu lat i do tej pory nic w nim nie robiono. Pewnie i instalacja wodno kanalizacyjna będzie także wymieniana — dodał Mat.

— No cóż, właściwie to dobrze zrobiłeś synu, że dałeś schronienie swojej przyjaciółce — przyznał w końcu ojciec rację Krisowi. — Trzeba sobie pomagać, tym bardziej że mamy warunki — dodał cieplejszym tonem.

Atmosfera przy stole ożywiła się i nabrała przyjaznego ciepła. Znowu było gwarnie, wesoło jak dawniej, kiedy mieli innego rodzaju kłopoty.

— Kto, co pije? — Nikodem poderwał się szybko od stołu, chcąc zmienić temat, nachylił się nad gorącym imbryczkiem ze świeżo zaparzoną herbatą.

— Chętnie napiję się herbaty — poprosił ojciec, nie przestając patrzeć z dumą na swoich synów.

Zmężnieli, ich sylwetki kiedyś smukłe, stały się bardziej muskularne. Podrośli. Jeszcze niedawno sięgali mu do ramienia, a dzisiaj patrzyli sobie prosto w oczy. Wszyscy czterej byli brunetami o śniadej cerze. Nosili długie włosy jak on. Są bardzo wrażliwi, mają czułe serca po Teresie — pomyślał z dumą, patrząc na swoich dorosłych, wspaniałych synów, którzy solidarnie stali za bratem, broniąc jego postawy.

Nikodem nalał wszystkim herbatę do kubków, a talerz pełen pieczonych bułeczek z jagodami przesunął bliżej ojca, który usadowił się wygodnie na krześle, i sięgnął po jedną z nich, nadal nie spuszczając z synów badawczego spojrzenia.

— Z cytryną jak zawsze? — zapytał Nikodem.

Ojciec kiwnął twierdząco, z apetytem zjadając trzecią bułeczkę.

— Bardzo smaczne — stwierdził zadowolony.

— Ej, nie zjedz nam wszystkiego! Zostaw trochę dla nas i dla Anny!

— Anny? To ona tu jest? — zdziwił się ojciec i nie wiadomo dlaczego poczuł niepokój.

— To jej wypiek — stwierdził z dumą Krystian.

— Jest wspaniałą kucharką — przytaknął Mat.

— Opowiedzcie mi coś o niej bliżej, póki jej nie ma, oprócz tego, że nie ma, gdzie mieszkać — poprosił Aleksander.

— Anna jest półsierotą, jej matka umarła trzy lata temu na białaczkę. Do tej pory mieszkała razem z ojcem właśnie w tej kamienicy, o której ci przed chwilą mówiliśmy.

— A gdzie jest jej ojciec? — dopytywał się, poruszony historią dziewczyny.

— Wyjechał do Włoch za robotą, tyle że nie wiadomo, gdzie obecnie przebywa, bo gdy skończy jedną pracę, jadą z ekipą budowlaną dalej — odpowiedział Mateusz, najwidoczniej dobrze wtajemniczony w sprawy dziewczyny.

— Widzę, że naprawdę przejęliście się jej losem — zauważył ojciec.

— To Kris pierwszy ją poznał. Wychodząc z kamienicy, w której mieszkała, potknęła się na schodku i upadłaby, gdyby nie zareagował, dziewczyna zamiast na chodniku wylądowała w jego ramionach. Zwykły przypadek zrządził, że znalazł się na jej drodze — uściślił swoją wypowiedź Mat.

Kris wrócił pamięcią do pierwszego spotkania z Anną. Kiedy dziewczyna wpadła na niego, najpierw poczuł miękkość jej ciała i przyjemny zapach. Nie widział jej dobrze, bo długie, rozpuszczone, jasne włosy, całkowicie zasłaniały jej twarz. Tylko trzęsące się ramiona i cichy odgłos płaczu, wymownie świadczyły o jej przygnębieniu. W ostatniej chwili uchronił ją od upadku. Kiedy delikatnie dotknął jej ramienia, nie chcąc jej przestraszyć, uniosła twarz, odgarniając przedtem z twarzy zmierzwione włosy. I wtedy po raz pierwszy ich oczy się zetknęły. Jedne i drugie były pełne zaskoczenia. Przez chwilę patrzyli na siebie mocno zdziwieni, oboje byli sobą zafascynowani. Miała piękną twarz i długie, gęste włosy. Przypominały mu rozkołysany na wietrze łan pszenicy. Szybkimi ruchami rąk zaczesała je do tyłu za uszy. Rzadko widział u dziewczyn włosy tak wypielęgnowane jak u niej. Chciało się natychmiast ich dotknąć. Dziewczyna musiała być bardzo przygnębiona, skoro nie starała się ukryć nawet swoich emocji. Nie zwracała uwagi na mijających ją przechodniów, którzy gapili się na nią z zaciekawieniem, ale nikt nie zapytał o powód jej płaczu. On był inny, nie mógł przejść obojętnie, zatrzymał się i chciał od razu się dowiedzieć, co było powodem jej łez. Delikatnie wypuścił ją ze swoich ramion i ujął za ręce, tuż nad nadgarstkami. Była o głowę niższa od niego. Miała smukłą budowę ciała. Pod bawełnianą sukienką, widać było okrągłe piersi i smukłe biodra, talię miała niczym osa. Mógłby objąć ją dwoma rękami. Miała jasną karnację skóry i ładnie wykrojone usta. Jej oczy były niebieskie, w kolorze chabrów, teraz trochę zaczerwienione od płaczu patrzyły na niego badawczo, jakby chciały przejrzeć go na wylot. Kris, choć był mocno zaskoczony, patrzył na nią z podziwem. Nie tylko twarz miała piękną, ale emanowała z niej dobroć. Na tle obskurnej kamienicy wyglądała jak egzotyczny motyl. Nie pasowała do tego otoczenia, raczej na okładkę ekskluzywnego kobiecego pisma, ocenił ze znawstwem.

— Dziękuję — bąknęła dziewczyna niewyraźnie i delikatnie wysunęła się z jego ramion, po czym usiadła na betonowym schodku.

— Co się stało? — zapytał, przysiadając się obok niej, choć wcale go o to nie prosiła, ani w żaden sposób nie zachęcała.

— Dlaczego to cię tak interesuje, przecież mnie nawet nie znasz? — zapytała zaskoczona, zachrypniętym od płaczu głosem.

— Nie odejdę stąd, dopóki mi nie odpowiesz na moje pytanie. Co sprawiło, że tak się rozkleiłaś? Przez chłopaka? To on jest powodem tych krokodylich łez? — zapytał z lekkim uśmiechem, ale jednocześnie ze współczuciem w ciemnych oczach.

— Też coś! — oburzyła się nieznajoma. — Mam większe zmartwienie.

— No, więc?

— Nie popuścisz, co? Uparty jesteś — odpowiedziała dziewczyna z bladym uśmiechem, mierząc go badawczym spojrzeniem, ale przestała już płakać.

Kris podał jej higieniczną chusteczkę, którą wytarła oczy i wydmuchała nos. Musiał dobrze wypaść w jej oczach, bo w kilku zdaniach opowiedziała mu o swoim problemie.

— Nazywam się Krystian Stroiński. Myślę, że jestem w stanie ci pomóc.

— Anna Bartosiewicz. Chętnie wysłucham twojej propozycji, bo nie mam innej alternatywy i dobrze ci z oczu patrzy. — Podała mu swoją dłoń. Widocznie twarz młodego mężczyzny była godna zaufania, bo odpowiedziała na jego uśmiech i wyraziła zgodę na zaproponowaną pomoc.

— Przepraszam cię, zadzwonię do mojego starszego brata, choć nie mieszka ze mną, ale muszę go poinformować, że od dzisiaj będziemy mieli w domu lokatorkę.

Kris na tamto wspomnienie uśmiechnął się do siebie. Od pierwszego spotkania przypadli sobie z Anną do serca. Zaufała mu, a on odwzajemnił się jej swym oddaniem.

— Kris zadzwonił najpierw do mnie, potem do Nika i szybko zdecydowaliśmy wspólnie, żeby Anna, dopóki czegoś nie znajdzie, zamieszkała razem z nami. Kiedy tylko zdecydowała się zamieszkać u nas na dłużej, zadzwoniliśmy do ciebie tato — mówił Mat. — Anna jest bardzo honorową dziewczyną, za wynajęty u nas pokój, gotuje nam. Właściwie to nie ma takiej rzeczy, której by nie umiała zrobić. Wszystko pali się jej w rękach, jak mówi Ela.

— To praktyczny układ — przytaknął ojciec. — No, a jak zareagowała Ela? Nie poczuła się zagrożona czy też niepotrzebna?

— Najpierw chciała ją zobaczyć i sprawdzić jej umiejętności, jak mówiła nam później — mówił Kris. — Nawet nie wyobrażasz sobie, jaką zrobiła minę, kiedy przyszli z Michałem na proszony obiad w niedzielę, po kościele. Do domu przyjechali Mat z Nikiem, żeby wreszcie poznać Annę. Zaskoczyła nas wszystkich totalnie. Ugotowała nam obiad, na pierwsze była zupa pomidorowa z kluskami własnej roboty, wyobraź sobie, a na drugie danie podała faszerowane skrzydełka w miodzie, z ryżem, pyszną surówką z kapustki pekińskiej, jabłkiem, cebulką i marchewką, dodając jakieś tam przyprawy. Mówię ci, tatku, palce lizać! Ela była zadowolona, no i oczywiście my też. Bez mrugnięcia okiem zaakceptowała Annę. Wychwalała ją pod niebiosa. Michał, choć nie jest skory, do prawienia komuś komplementów, uznał, że od dawna nie jadł tak smacznego obiadu. Myślałem, że Ela swoim wzrokiem zabije swojego męża, ale Michał udał, że nawet nie zauważył jej zabójczego spojrzenia. Prawdę mówiąc, my również udawaliśmy, że wszystko jest w porządku. I na nasze szczęście, obiad skończył się w miłej atmosferze przy słodkim deserze.

— Chciałbym zobaczyć minę Eli, z pewnością nie było jej w smak, że dziewczyna okazała się dobrą kucharką — zażartował ojciec. — A co było na deser tego dnia? — zapytał z ciekawości.

— Sernik wiedeński i lody śmietankowe. — Kris na samo ich wspomnienie, aż mlasnął językiem. — Tato, mówię ci palce lizać — westchnął rozanielony.

— Tak, to musiało ją rzeczywiście bardzo zaskoczyć. Minę miała nietęgą, wyobrażam sobie. Do tej pory to Ela królowała w kuchni, a teraz miała rywalkę. I to znakomitą, jak słyszę.

Chłopcy odpowiedzieli mu głośnym śmiechem.

— Wiesz tato, jedno nas martwi, ona za bardzo się stara. Chyba będziemy musieli, zmienić nasz jadłospis i przejść na chudszą dietę — powiedział żartobliwie Mat.

— No cóż, jeśli wszystkie jej wypieki są tak smaczne jak te bułeczki, powinniście wziąć to pod uwagę. Łatwiej jest przytyć, niż potem zrzucić nadwagę, no i cholesterol… — ojciec zawiesił głos, kątem oka zauważając ruch przy drzwiach kuchni.

— Dzień dobry! — Anna nie weszła lecz wbiegła do kuchni jak zwykle uśmiechnięta i śliczna, jak ten słoneczny poranek za oknem.

Ubrana była w krótkie, białe spodenki, a do tego założyła błękitno-żółtą, bawełnianą koszulkę z kołnierzykiem i krótkim rękawkiem. Długie, jasne włosy splotła w francuski warkocz. Najbliżej stojący Kris podsunął jej krzesło.

Anna zlustrowała wszystkich po kolei z nadąsaną minką.

— Oj, nieładnie, nawet nie poczekaliście na mnie ze śniadaniem — skwitowała uwagę ślicznym uśmiechem.

W pierwszej chwili nawet nie zauważyła, że przy stole zamiast trzech mężczyzn, siedziało teraz ich czterech.

Krystian pierwszy się zreflektował i wskazując prawą ręką ojca, przedstawił ich sobie:

— Aniu, to nasz ojciec: Aleksander Stroiński. Przyjechał dzisiaj w nocy z Berlina… — przerwał nagle zdziwiony ich zachowaniem.

Oni zanim podali sobie dłonie, mierzyli się długim, przeciągłym spojrzeniem. Nie wiadomo dlaczego byli bardzo zmieszani, co rzadko zdarzało się Annie, a tym bardziej ich ojcu. Ale jedno było pewne, byli sobą zafascynowani od pierwszego spojrzenia — przyznali.

Wiedzieli, że ojciec podobał się kobietom, ale zbytnio nie przykładali do tego wagi, bo dotąd nie zainteresował się żadną z nich. W tym momencie jednak, zachowywał się tak, jakby go całkowicie zamurowało, co u ojca był to ewenement bardzo rzadki.

Aleksander nadal trzymał w swojej dłoni jej rękę, trochę dłużej niż wypadało. Właśnie stanęła przed nim najpiękniejsza dziewczyna, o jakiej mógł marzyć mężczyzna w każdym wieku. Zadrżał, ale wcale nie z zimna lecz z emocji, które w tej samej chwili nim zawładnęły. Miał wrażenie, jakby obudził się z długiego snu. To była prawdziwa burza uczuć: radość, podniecenie, fascynacja i lęk, tylko jeszcze nie bardzo wiedział przed czym.

— Anna, Anna Bartosiewicz — przedstawiła się mu z uśmiechem, odzyskując szybko pewność siebie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 61.99