E-book
4.1
Dostawca świata zewnętrznego

Bezpłatny fragment - Dostawca świata zewnętrznego


Objętość:
188 str.
ISBN:
978-83-8126-290-3

— Promek —

Każdy w końcu umrze, to nieuniknione. Nie ma co udawać, że będzie inaczej i żyć jakby nieuchronne miało nie nadejść. Czyli jak właściwie? Co konkretnie miałem na myśli? Jak powinno się żyć, żeby nie okłamywać się o nadchodzącej śmierci, która jest nieznanym przez największe „N” z możliwych?

Starsi ludzie zwykli powtarzać: „O!, Ja to już tego nie dożyję.” Młodzi zwykli się wtedy oburzać, w zgodzie z poprawnie rozumianym obyczajem i grzecznym zachowaniem: „Ależ, co dziadek/babcia mówi. Jeszcze wiele lat przed tobą”. Wiele? Ile to wiele, gdy ma się lat 80? Statystycznie to nie wygląda dobrze. Inaczej kalkulują czterdziestolatki, że jeszcze drugie tyle i tak dużo jeszcze można przeżyć przecież. Że co niby? Drugą młodość? Czy to nie jest głupie?

Samo istnienie takiej kategorii jak druga młodość, sugeruje jakoby młodość sama w sobie była bardziej wartościowa od innych etapów życia. To dyskryminuje ludzi w dojrzałym wieku i starych. Napędza się atmosfera pogardy dla tych, co niemłodzi. Powstają wynaturzenia napompowane botoksami i kompleksami przebrzmiałej młodości.

Weźmy na przykład tradycyjną zasadę grzecznego zachowania, że kobiet się o wiek nie pyta. Nalegają, że to brak kultury, że chamstwo. Jakby już sam podział na płcie nie był grubymi nićmi szytą prowokacją natury, to one jeszcze to pogłębiają, robiąc z siebie dziwolągi, dla których nie powinien być przewidziany cały cykl życia ludzkiego. Tak jakby kobiety nie postrzegały się w pełnym spektrum ludzkiej natury i skazywały na ułomność w byciu człowiekiem. Stawiają życiu warunek: będę żyła, ale tylko pod warunkiem, że będę młoda.

- Nie jestem już młody i druga młodość nie dla mnie. Umrę i niczego ze sobą nie zabiorę, odejdę w nieznane – Romek zwany Promkiem o śmierci myślał ostatnio wyjątkowo często. Moim zdaniem rozmyślanie o śmierci bez konkretnego powodu to nic dobrego. On ma te myśli o śmierci bez impulsu osobistego.

Widzi śmierć wszędzie, jak paranoik. Klepsydry na murach, statystyki drogowe (te z długiego weekendu lub z akcji znicz), wypadki lotnicze, zamarznięcia bezdomnych, utonięcia w jeziorach, katastrofy budowlane, rak, wojny, seryjni mordercy, samobójcy, nieszczęśliwe wypadki i dopiero na samym końcu: śmierć z powodu starości.

Zupełnie normalny to on nie jest, nie ma co udawać. Normę stanowi większość, a pod względem częstości rozmyślania o śmierci Promek do większości nie należy. Ja tak. W dupie mam śmierć, póki żyję. Potem się pomyśli, albo i nie. Bo jaki ma sens życie w ciągłym strachu. No, chyba, że ten wariat śmierci się nie boi. Tego nie wiem, ale to do niego podobne.

W jednym to ma rację, że zbyt dużo to do zabrania ze sobą nie ma. Nie dorobił się i na to się już nie zanosi. Za to warto go pochwalić, bo dzięki takim jak on nieudacznikom rośnie poczucie wartości u średniaków takich jak ja. Tyle miał pomysłów niezwykłych i ambitnych, góry chciał przenosić i książki mądre pisać. I co? Kupa. Siedzi w tej serwerowni całymi dniami sam i pewnie stąd te myśli durne, o śmierci chociażby, o Bogu czy jest, czy go nie ma. Ale on zawsze był dziwny i ta serwerownia chyba była mu pisana. On tam pasuje i ona go wołała przez te lata, zanim do niej trafił.

W podstawówce wymyślił sobie przezwisko i nie mówiąc o tym nikomu poszedł do wychowawcy i poskarżył, że inne dzieci przezywają go Promek, a on przecież jest Romek. Nikt nie podejrzewał podstępu i od tamtego wydarzenia do dziś został Promkiem. Od pierwszej litery nazwiska.

Z nazwiskiem to nieporozumień miał niemało. Rzadko się do niego przyznawał, ale kiedy dochodziło do oficjalnych prezentacji wymawiał nieśmiało, załamującym się z zawstydzenia głosem: Roman… Polański, miło mi. Wszyscy brali go od razu za tandetnego trefnisia i odstępowali z zażenowaniem. Promkowi było to nawet na rękę, bo jako odludek z natury źle się czuł w towarzystwie. Z czasem zaczął ten trick wykorzystywać naumyślnie. Robił dziwne pozy, poprawiał grzywkę i w sposób genialnie nieprzekonywujący wyskakiwał z Polańskim. Jak tak teraz myślę, patrząc wstecz na chłopaka, to dochodzę do wniosku, że wszystkie, albo przynajmniej większość swoich kompleksów przeobraził na mechanizmy budujące jego wartość dla samego siebie.

***

Coraz częściej myślę, że w tej pracy zostanę już do końca życia, a przynajmniej do emerytury – hipnotyczny dźwięk serwerów wprawiał Promka w stan mistycznego letargu, a wtedy do jego mózgu trafiały przedziwne myśli. – Może te serwery to jedyne rzeczywiste miejsce tego świata. Jest w nich coś wybitnie realnego. Można je dotknąć, ale nikt ich nie dotyka. Można powyłączać, ale tego też się nie robi. Wymienia się partiami, jak są już odpowiednio stare. Pomieszczenie bez okien. Wokoło rząd metalowych drzwi, kłódki i szum wentylatorów. Czasami gaszę wszystkie światła i wyłączam monitory, żeby zrobić ciemność. Zza drzwi rzędu metalowych sączy się wtedy migająca, wielobarwna poświat diod kontrolnych. Lecą dane do serwerów i wychodzą na zewnątrz. Jedna dioda niebieska na wyjściu, a druga zielona przy wejściu. Mrugają. Czerwone widać najsłabiej – to kontrolka zasilania. W zasadzie te czerwone powinny świecić ciągle, ale mnie się wydaje, że one też falują. A te wentylatory grają. Tysiące pracowników tego biurowca, który wyrasta trzydziestoma piętrami nad moją głową, wpatruje się w ekrany swoich laptopów, a każdy z nich połączony jest z którąś z moich szaf. Pędzą informacje tajne i jawne, ważne dane i towarzyskie pogadanki. Wszystko dzieje się tak naprawdę tu, w piwnicy, choć życie prawdziwe odbywa się nade mną. Wykresy, analizy, wiadomości, podglądy w czasie rzeczywistym i grzebanie w starych, jak ten budynek, archiwach. Żaden z nich nawet tu nigdy nie zajrzał. Może przypuszczają, że istnieje takie miejsce i taki koleś jak ja, ale nie ma to większego znaczenia dla ich aktywności. Kiedy odłączają się od sieci korporacyjnej tego budynku i podróżują do swoich mieszkań, nachodzi ich być może refleksja, że zostawili jakąś realność inną, niezależny byt danych, protokołów bezpieczeństwa i wirujących dysków magnetycznych. Mózg tego świata, a może obszar wielkiej wiedzy i połączeń i świadomości i tożsamości sieciowej budynku „Orion – Plaza”.

Z transowego zamyślenia wyrwał go dźwięk dzwonka telefonu. Kolejna, o wiele jaśniejsza od wszystkich innych, czerwona dioda zapaliła się agresywnie w głębokiej ciemności ukazując w krwistej poświacie biurko, ciekłokrystaliczne monitory i stare obrotowe krzesło – stanowisko pracy Promka.

Miejsce na swoje medytacje wybrał w przeciwnym rogu pomieszczenia, gdzie znajdował się dziwny fotel. Fotel nie pasował do tego wnętrza, a to, do którego był dostosowany musiało być groteskowe. Wyglądał jak rekwizyt zagubiony z modernistycznego spektaklu, a był niepotrzebnym meblem jakiegoś pokazowego biura, gdzie wszystko było zaprojektowane stylistycznie, futurystycznie. Styl się nie przyjął, nie przetrwał, ale fotel dziwnym trafem wylądował pod ścianą podziemnego garażu, całkiem blisko serwerowni. Promek znalazł pożyteczne zastosowanie dla opuszczonego mebla. Medytował w nim i wyglądał jak tajemniczy zły charakter z kosmosu - Zoltar postrach Załogi "G".

Promek wzdrygnął się z powodu przenikliwego dźwięku telefonicznego dzwonka, ale nie wstał. Przynajmniej nie od razu. Wyprostował się lekko, ale nie wyjmując dłoni z kieszeni spodni. Przekrzywił głowę i zastygł w grymasie wielkiego niezadowolenia. Czekał z niecierpliwością, aż telefon zaniecha hałasowania. Tak się też stało po dłużącej się już chwili i powróciła ciemność z kolorową poświatą mrugających w szafach diod serwerowych.

Zaszurało. To Promek próbował wstać ze swojego zoltarowego tronu bez wyjmowania rąk z kieszeni. Trwało to komicznie długo. Miotał się jak ryba lekko śnięta i szurał. Zaraz po tym, jak szuranie ustało, zaburczał starter świetlówek i pożółkła neonówka rozświetliła się słabo w leniwych konwulsjach. Ukazała się przestrzeń. Na lewo ściana metalowych drzwi do serwerów, na prawo gładka jasna ściana udekorowana u podstawy stertą kartonów po komputerowych akcesoriach.

Promek stał z ręką na kontakcie tuż przy drzwiach wejściowo-wyjściowych. Ruszył niespiesznie do swojego stanowiska pracy rozcierając dłońmi zastygłą w medytacji maskę twarzy. Wytarmosił też swoje krótkie włosy, burząc gładką sferę fryzury sterczącymi kosmykami. Zerknął na wyświetlacz biurkowego telefonu by odczytać nazwisko dzwoniącego: Panek Dorota.

Nic mu to nie powiedziało. Poruszył gwałtownie myszką, by wybudzić drugiego medytującego - komputer. Obrócił krzesło, usiadł wygodnie i pochylił się nad blatem biurka. Lewą ręką przygarnął do siebie klawiaturę, prawa operowała bez przerwy myszką. Wyprostował się chwilę później i rozprostował kości zakładając ręce za głowę i wykrzywiając tułów do tyłu. Trzasnął z cicha kręgosłup.

Zatarł dłonie i rzucił się na klawiaturę by wklepać nazwisko w oknie wyszukiwarki kontaktów korporacyjnych: Asystentka w dziale personalnym. Rozsiadł się, a jego lewa dłoń powędrowała w stronę sterczących kosmyków by potarmosić jeszcze trochę bezładną fryzurę. Nie zdążył oprzeć łokcia na oparciu obrotowego krzesła, a w dłoni umieścić dolną część twarzy, kiedy mała, żółta koperta zamigotała w prawym, dolnym rogu ekranu: Zapraszam po korespondencję. Pokój 5.16 w budynku C. Pozdrawiam. Dorota. Asystentka. Dział personalny." 5.16 budynek C.

Rozważał jak tam dotrzeć. Którą wybrać windę i czy będzie konieczność wyłonienia się na zewnątrz? Chciał tego uniknąć. Zewnątrz i tak go dziś czekała w powrocie do domu. Teraz jej nie potrzebował. Wstał pochylając się ciągle nad blatem. Zatoczył kilka kręgów myszką. Na ekranie zmieniały się plansze. Na każdej wykresy rysującego się EKG. Coś odhaczył, coś zahaczył, zakliknął, zablokował hasłem komputer i prostując się zgarnął z blatu klucze przypięte do korporacyjnej smyczy.

Za drzwiami serwerowni było znacznie ciszej i jaśniej. Był to tylko podziemny korytarz-łącznik, ale był miejscem realnym i o wiele bardziej przyjaznym niż wnętrze serwerowni. Przynajmniej dla mnie. Zamykanie drzwi od zewnątrz nie było proste. Najpierw klucz, który nie chciał załapać za pierwszym razem, jakby dając jeszcze szanse na odwrót, na powrót, a potem cyfrowy kod do wystukania na małej klawiaturze wtopionej w ścianę.

Zawiesił klucz na szyi, chrząknął i ruszył korytarzem masując nerwowo niedobudzoną ciągle twarz. Muszę przejść przez cały parking, na przestrzał i użyć ostatniej windy po prawo, by wjechać na piąte piętro, a tam szukać łącznika z budynku B do budynku C – planował swoją drogę, choć nie był do końca pewien, że to właściwy wybór. Bezwzględnie jednak, w ten sposób unikał wychodzenia na zewnątrz.

Szedł pomiędzy służbowymi fokusami, mondeami, audi i egzotycznymi limuzynami prezesów. Na przestrzał, przez cały podziemny parking. Piąte piętro, zadźwięczał krótko dzwonek windy i rozsunęły się drzwi. Cholera ludzie! – przeraził się Promek widząc nadchodzącą osobę nieokreślonej płci.

Wysoka, szczupła, z otwartym laptopem w dłoniach. To facet. Długie do ramion, czarno ufarbowane, proste włosy kontrastowały z jego pociągłą i bladą twarzą dużego chłopca. Dziwny, powłóczysty niby-płaszcz, pod nim równie czarny kombinezon i zawiązywane rzemykami buty, nadawały postaci komiksowego wyglądu. Jak żywa manga.

Przeszedł obdarzając Promka uśmiechem nic nie znaczącym. Korporacyjnym grymasem uprzejmości. Ten elementarny gest biznesowej etykiety wprawił Promka w zakłopotanie. Machinalnie odwrócił wzrok. Wlepił oczy w ścianę, jakby próbował wyczytać ważne informacje z faktury farby. Schematy dróg ewakuacyjnych okazały się równie świetnym obiektem obserwacji, byle nie musieć nawiązywać żadnego kontaktu z przechodzącą postacią. Udało się. Kontynuował marsz wpatrując się ciągle w ścianę, na wypadek, gdyby pojawił się jeszcze jakiś inny stwór korporacji.

Ściana miała fakturę pomalowanego płótna, a korytarz był klaustrofobicznie długi i niski. Przed jego oczami przepływała płócienna powierzchnia, jak wykresy serwerowego EKG. Panek Dorota, pokój 5.16. Dział Personalny. Przystanął. Wizytówka na ścianie oznaczała drzwi. Te właściwe. Zawahał się, rozejrzał, wsłuchał w ciszę. Dobra, wchodzę.

Pokój był niewielki, ale jasny. Niezasłonięte okno zajmowało prawie całą przeciwległą mu ścianę, ukazując panoramę peryferyjnej dzielnicy biurowej z piątego piętra. Powinien był to przewidzieć. Ale stanął jak wryty. Medytacja, z której niedawno co się wybudził skutkowała ciągle mniejszą wrażliwością na zewnętrzne bodźce.

Na tle jasnego okna rysowała się sylwetka kobiety za biurkiem. Ponieważ patrzył na nią pod światło, widział raczej ciemną plamę, bez szczegółów. Długie włosy wydawały się być czarne, jak jej ubiór. Surowy styl, właściwy jednak do pracy w biurze. Kiedy jego wzrok stopniowo przyzwyczajał się do jasności, zaczynał dostrzegać niepokojące detale. Różowe etui telefonu komórkowego, zimny wyraz twarzy i pytające spojrzenie. Zniecierpliwione i niezadowolone z nagłego najścia.

– Miałem się zgłosić po tajemniczą korespondencję – próbował być swobodnie wyluzowany i wyrafinowanie dowcipny. Dla niepoznaki, żeby ukryć zmieszanie i uzyskać efekt zaskoczenia. Spodziewał się, że dziewczyna nie zrozumie żartu i to ją zniechęci do wszelkiej przedłużającej ten kontakt, niepotrzebnej korporacyjnej biurokracji.

– A nazywam się...? – zapytała z naturalnym luzem, trochę ironicznie, podtrzymując wrażenie dowcipnego tonu, choć bardziej protekcjonalnie. Podstęp nie zadziałał zgodnie z oczekiwaniami Promka. Wiedział, że teraz będzie trzeba rozpaczliwie improwizować. Podanie nazwiska było jednak dużym wyzwaniem.

Dziewczyna ujęła w dwa palce leżącą przed nią kopertę, wpatrując się w Promka szeroko otwartymi oczami. Uśmiechnęła się porozumiewawczo, co obudziło w Promku pierwotny lek przed sytuacją niepotrzebną i być może niewskazaną, siłową. Nie miał ochoty podejmować tej próby sił. Nie był gotów na żadną konfrontację, ani głębszą interakcję. Coś w środku podpowiadało mu scenariusz z ucieczką.

Asystentka podniosła kopertę na wysokość swojej głowy. Ich spojrzenia spotkały się na moment, co zupełnie wybiło Promka z poczucia bezpieczeństwa. Paradoksalnie dało mu to jednak zastrzyk zimnej krwi. Opanował drżenie i pewnie spojrzał najpierw w oczy dziewczyny, a potem szybko na kopertę.

– Oto pewnie i korespondencja, po którą przychodzę – zaintonował pytająco, retorycznie. To była właśnie improwizacja. Musiał spróbować wszystkiego. Nie miał ochoty przeżywać tej dziwnej chwili zażenowania, kiedy jego nazwisko wybrzmiewa w powietrzu. Tym razem nie mógł zadziałać na zasadzie: jestem kiepskim żartownisiem i podaję się za znaną osobę, bo na kopercie był dowód na prawdę.

– No, pewnie tak, ale muszę usłyszeć jak się nazywasz. To proste. Proszę.

– Krzysztof Kieślowski – wypalił grając już va banque. Zrobił krok w jej stronę i wyciągnął przed siebie dłoń. – Ty pewnie jesteś Dorota, asystentka? – Liczył na efekt zaskoczenia po raz kolejny. Bezskutecznie.

– Rozczarowałeś mnie – nieudolnie zagrała rozczarowanie i na krótko posmutniała, by z dziką radością zwycięzcy, powstrzymując wybuch śmiechu kontynuować swoją rolę: – Ja tu pół dnia czekam na Romana Polańskiego, a przychodzi Kieślowski. To niesprawiedliwe.

Atmosfera błyskawicznie oczyściła się z napięć. Nawet Promek się zaśmiał.

– Co to za cholerstwo? – rzucił już zupełnie swobodnie, wyjmując kopertę z jej dłoni. – Nieładnie tak nabijać się z czyjegoś nazwiska – poszedł odważnie za ciosem.

– Nic. Skierowanie na okresowe badania – odpowiedziała znudzonym, biurowym tonem. – Przysługuje ci na to wolny dzień. Zrób badanie i z zaświadczeniem przyjdź do mnie.

– OK – odparł, co miało być jednocześnie odpowiedzią jak i szybkim pożegnaniem. Uśmiechnął się zdawkowo i odwrócił w stronę drzwi. Asystentka nie dawała za wygraną: – Ale obiecujesz? – zapytała zalotnym, ciepłym tonem naiwnej blondynki. Pytanie wydało mu się wielce niejednoznaczne. Nie chciał z nią rozmawiać, nie bawiły go te gierki. Chciał już sobie pójść. Zawstydził się i zaczerwienił na twarzy. Tego było już za wiele. Wiedział, że powinien po prostu wyjść bez słowa. Tak zrobiłby jego ulubiony bohater - on sam. Jednak nie był bohaterem i jakaś głupia asystentka potrafiła wyprowadzić go z równowagi.

– Co? – odparł drżącym głosem. Był pewien, że usłyszała jego zdenerwowanie, zniecierpliwienie, bezradność i panikę. Poczuł się pokonany i poniżony.

– No, że przyjdziesz jeszcze – tym razem nie usłyszał ani nutki sztuczności, czy kpiny. Zabrzmiało szczerze i zrobiło mu się nawet przyjemnie. Przestraszył się tego uczucia, tym razem już nie na żarty.

W głębi swojego informatycznego, racjonalistycznie poukładanego rozumu nie ufał jej. Z założenia nie ufał żadnej kobiecie poza swoją matką. Wmówił sobie, że kobiety działają pod wpływem zwierzęcego instynktu i każda może być niebezpiecznie podstępna, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Natura tak nimi powoduje, że wszystkie swoje działania kierują w stronę posiadania potomstwa, a mężczyźni są im potrzebni, jako dawcy nasienia i potem, by finansować to ich biologiczne spełnienie przez całe swoje życie w niewolniczej pracy pod rygorem tradycji i obyczajowej poprawności. Pod jarzmem społecznej kontroli. Początkowo są słodkie, dobre, wyrozumiałe i czułe. To osłabia czujność mężczyzny, który z natury jest przecież szczery i nie uznaje podstępu, więc go nie zauważa. Daje się wciągnąć w tę grę biologii i zanim zdąży się zorientować, że coś jest jednak nie tak, jest już za późno. Pojawia się seks, który jest, jak wiadomo, w społecznej ocenie zobowiązaniem i wiąże się z odpowiedzialnością, wiernością. Kobieta żąda, wymaga, a mężczyzna coraz głębiej popada w uzależnienie i zaciskają się na nim pętla regulacji społecznych. Potem ciąża, a jak ciąża to ślub, a jak ślub to rodzina, jak rodzina to odpowiedzialność już prawna i religijna, i ludzka, i każda z możliwych. Wtedy to kobieta przestaje być miła i czuła i wyrozumiała, bo te jej cechy nie pomagają w dobrym zarządzaniu niewolniczą pracą mężczyzny. Staje się on zasobem do eksploatacji. Już jest po nim, przez jedną, malutką chwilę nieuwagi - pofolgowaniu namiętności i naiwnej ufności w dobre intencje kobiety. Natura realizuje w ten sposób swój odwieczny plan kontynuacji gatunku, przekazania genotypów i podtrzymania życia w bezwolny dla istot sposób. Tak mają płazy, gady, owady i ptaki. Identycznie jest niestety u ssaków i w końcu także u ludzi.

Przymusił się do uśmiechu, który wyszedł dość krzywo. Nie mógł wydusić z krtani żadnego dźwięku. Potrząsnął kopertą, niby porozumiewawczo, że oczywiście wróci, bo zaświadczenie, bo badania i wyszedł bez słowa. Jak bohater. Ale całe to zdarzenie kosztowało go bardzo dużo duchowych zasobów. Na korytarzu łapał przez chwilę rytm oddechu, ocierał pot z czoła.

Wrócił do serwerowni z nadzieją, że miejsce to ukoi jego nerwy, ale niespodziewanie bzyczenie serwerów i chaotyczne migotanie diod drażniło go i po raz pierwszy nie mógł doczekać się, kiedy wyjdzie i znajdzie się na zewnątrz.

Zerknął nerwowo na zegarek. Dochodziła dopiero szesnasta. Jeszcze ponad godzinę do końca zmiany. Musi pozostać na posterunku. Po raz pierwszy spojrzał na serwerownię jak na celę więzienną, albo klasztorną. Bez okien, pod ziemią. Oczywiste, że pod ziemią nie może być okien.

Kolejne pierwsze razy spotkały go nagle, jeden po drugim. Ta praca wcale nie jest taka znakomita – pomyślał tak po raz pierwszy. Miała przecież być tylko tymczasową, aż nie znajdzie sobie czegoś lepszego, bardziej ambitnego. To już pięć lat? Nie, prawie siedem. Na początku ambitnie wysyłał te listy motywacyjne i życiorysy. Nie było żadnego odzewu. Przestał wierzyć, że ktoś kiedykolwiek odpowie. Po raz pierwszy też przyznał się właśnie do braku wiary w powodzenie swojego planu, do niekonsekwencji. Chciał się jakoś usprawiedliwić przed własnym sumieniem, które wytknęło mu zaniechanie. Z nieoczekiwaną odsieczą przyszła mu nagle sytuacja na rynku pracy. Nie odpowiadali, a przecież niejeden chciałby mieć taką posadkę. Kasy mi wystarcza. Trochę nawet jestem w stanie zaoszczędzić. Może nawet kupi w tym roku samochód i nie będzie musiał korzystać ze środków masowego przemieszczania. Będzie super. Zatrzymałem się, stoję w miejscu, a nawet cofam się – pomyślał krytycznie o sobie. Fakty świadczyły na jego niekorzyść. Będę miał samochód, żeby dojeżdżać do pracy i wracać do domu. Coraz bardziej anonimowy, zapomniany i samotny. Pustelnia numer jeden pośród buczących serwerów i druga w domu.

Żył schematycznie. Po pracy robił zakupy, potem coś przyrządzał do żarcia. Unikał stołówki, gdzie trzeba było spotykać ludzi. Brał jedzenie ze sobą. Własne. W kuchni, a właściwie pomieszczeniu socjalnym, wnęce, miał mikrofalę i był tam sam. Prawie nigdy nikt tam nie zaglądał. Rzadko dostrzegał ślady czyjejś obecności. Sprzątaczka zabierała śmieci, ale robiła to przed, albo po jego pracy, bo nigdy jej nie spotkał. Pomieszczenie było otwarte i dostępne dla innych, ale nikt z niego nie korzystał poza nim. Może w tej części budynku już nikt nie pracuje? Przypomniał sobie, że w pierwszych miesiącach dzielił z kimś tę kuchnię. Miał nawet jakiegoś stałego kompana, który korzystał z elektrycznego czajnika. Spotykali się przy porannej kawie. W lodówce stały wtedy dwa kartony mleka. Kiedy to się skończyło, jak mu było na imię? Nie mógł sobie przypomnieć jego twarzy. Jak gdyby nigdy jej nie widział. Może unikał spojrzeń, może to była taka dziwna znajomość, w której zachowanie własnej przestrzeni, bezpiecznego dystansu i uprzejmość miały najwyższy priorytet. Chyba rozmawiali ze sobą. Chociażby o pogodzie? O meczach reprezentacji, albo o pracy. Chyba tak było, ale nie mógł przypomnieć sobie, ani brzmienia głosu, ani żadnej z sytuacji konkretnej. To było dawno, teraz nikt nie przychodzi. Tak lepiej. Całkowita samotność. A może to już socjopatia? W domu też jest sam dla siebie. Ugotuje, pozmywa i zasiada przed ekranem. Oknem swojego drugiego, wirtualnego świata. Prywatna poczta. Nikt nie pisze od dawna. Po co ją właściwie sprawdza? Żeby kasować spam? Tak, pewnie tylko po to. Ta sama gra RPG od lat przerabiana, od początku do końca, a ostatnio coraz częściej tylko od początku i po paru dniach znowu. Totalne zapętlenie. Kierat życia. Bezsens. Bezcel. Żałość.

Słodycz jakaś delikatnie zamigotała nieoczekiwanie, małą purpurową lampka kontrolną gdzieś na bliskich peryferiach jego świadomości. Początkowo, z tyłu głowy, ale rozlała się delikatnie na płaty czołowe i spłynęła na twarz i ramiona i niżej powodując miłe łaskotanie w okolicach żołądka. Może trochę niżej nawet. Błogość, której nie opanował, bo głupkowaty uśmiech pojawił się na jego twarzy. Przez chwilę. Zgasił go, jakby odpędzając bezbożną pokusę. Dziewczyna z personalnego. Wyraziła bezinteresowne zainteresowanie jego osobą. Niebywałe! Co miał z tym zrobić? Najlepiej nic. Rozejdzie się po kościach, ale musi być czujny. Wiadomo: femina instrumentum diaaboli. Nic dobrego z takich emocji być nie może. Kłopoty mogą być.

Zamknął serwerownię od środka i gryząc nerwowo kciuka zrobił trzy dynamiczne kroki w przód, kolejne trzy do tyłu i tak w kółko niczym dwunożne wahadło. Łapał równowagę. Był jednak zbyt mocno z niej wytrącony i proste ćwiczenia fizyczne nic nie mogły tu wskórać. Przypomniał sobie, jak niejednokrotnie uspokajało go pisanie automatyczne. Wyrzucając z siebie spływające do głowy słowa, zmniejszał napięcie i nerwy cichły. To jedno z tych ćwiczeń, jakie zalecał mu psychoterapeuta po załamaniu nerwowym, jakie podobno przeszedł w wieku dojrzewania, czyli czas jakiś już temu.

Pisać, pisać – owładnęła nim paniczna idea ratunku poprzez tekst. Rzucił się rozpaczliwie w stronę stojącej w kącie olbrzymiej drukarki i wyszarpał z niej szufladę – zasobnik na kartki. Ta okazał się pusta. Otworzył kolejną, gdzie znalazł to, co miało uratować go z opresji, w jakiej, jak uważał, znalazł się z powodu braku czujności i przez zuchwałą dziewczynę.

Chodziło o pisanie ręczne, długopisem, a najlepiej piórem. Wystukiwanie literek na klawiaturze komputerowej nie dawało pozytywnych rezultatów, myśli nie układały się wtedy w odpowiednio ciągły strumień i lęk miał wystarczająco dużo przestrzeni do życia i pognębiania biednego Promka.

Wpatrywał się przez chwile w białe strony, stojąc przy drukarce, by potem doskoczyć dziko do obrotowego fotela przed komputerowym monitorem. Agresywnie odsunął klawiaturę i położył kartki przed sobą. Potarł dłońmi spoconą twarz wpatrując się nieprzerwanie w biel papieru.

Pióro!? Powinno być w pierwszej szufladzie. Jest. Codziennie rozpisywał je swoimi inicjałami by nie przyschło. Rzadko jednak pisał coś konkretnego. Może właśnie miało czekać na taką sytuację awaryjnego zdenerwowania. Ostatnie pióro ratunku, dotykane codziennie niczym amulet ładowany pozytywną energią.

Trzy, sto czterdzieści jeden i pięćdziesiąt dziewięć, dwieście sześćdziesiąt pięć i trzydzieści pięć, osiemset dziewięćdziesiąt siedem i dziewięćdziesiąt trzy… – postawił trzy kropki jakby wyliczanka miała mieć ciąg dalszy, ale zaniechał jej i kontynuował już nieco spokojniejszy. – Matematyka i liczby, bo równie dobre i bardziej bezpieczne, a dodatkowo doskonałe bezsprzecznie, a nie tylko umownie. Piękno? Czym ono jest? Kiedy rzecz jest piękna, a kiedy nie? Kiedy człowiek jest piękny? A kiedy nie? Czy piękno jest atrakcyjne, czy raczej według klucza atrakcyjności definiujemy coś jako piękne? Każdy wie, co piękne. Mamy to w genach, w naturze wyryte i każdy tak samo. Cóż, że jeden powie, że woli brunetki, a inny, że blond. Pokaż jednemu i drugiemu kobietę z wąsami, albo psa bez sierści, to obaj powiedzą bez zastanowienia, że ohyda. To się im nie nakłada na szablon, z biblioteki szablonów zatytułowanej: „To jest piękne”. Tak działamy i tak działa cały świat naturalny. Łanie wiedzą, że piękny jest jeleń z największymi rogami. Samice pawia dopuszczą do spółki pawia z najokazalszym ogonem.

Pisał jak w transie, nie przerywając nawet by zażyć głębszego oddechu: Atrakcyjność ma coś obrazować i gwarantować. Naukowcy to zbadali. Najlepsze geny. Najzdrowsze potomstwo. Skoro tak, czy to nie faszyzm mówić, że „piękna z nich para”. Obydwoje tacy piękni. Jakie piękne będą mieli dzieci. Jak inaczej to zabrzmi, kiedy powiemy: ale dobre oboje mają geny, to będzie zdrowe potomstwo i mocne i dobre geny zachowają się i będą trwać i w kolejnych pokoleniach polować na piękne ciała z dobrymi genami. Czy tak jest u ludzi, że piękni mają zawsze zdrowe dzieci, a brzydale rodzą brzydali? Nie? To, po co utrzymywać kategorię piękna ciała? Czemu miałaby służyć, tylko niepotrzebnym podziałom i dyskryminacji, i piętnowaniu, i wpędzaniu w kompleksy, i psychiczne problemy. W ten głupi sposób uznawanie piękna ciała staje się groźną chorobą ludzkości. Gloryfikujemy ją jednak, nikt nie wie po co. Nie potrafimy się uwolnić od takiego myślenia? Jest w nas zaszyte zbyt głęboko. W naszej naturze. To po jaką cholerę mamy rozum i wolę? Nie po to by świat ulepszać i zrównać piękno z brzydotą i wykasować całą tę szufladę ze schematami atrakcyjności? Zakopać w niedostępnym miejscu i przestrzec przed nią przyszłe pokolenia, jak Prometeusz przestrzegał brata przed otwarciem pojemnika, który nomen omen przytargała atrakcyjna kobieta. Nie mogę tego nakazać nikomu, ale sam sobie tak.

Zatrzymał się, myślał, a może tylko tak się wydawało, bo zmarszczył czoło. Na moment przestał pisać i skierował oczy ku górze. Strumień nieświadomej treści, tekstu powrócił błyskiem oka Promka, myśl kolejna chciała się wydostać, mógł pisać dalej: Swoją walkę z pożądaniem cielesnym wygrałem definitywnie i nie pozwolę by przez przypadek, i ten, i brak czujności został mój wysiłek zaprzepaszczony. Niezaprzeczalnie bowiem namiętność erotyczna prowadzi do nieszczęść i zła. Do wojen i zbrodni okrutnych, do zniewalania i oszustw, do różnic społecznych i ucisku. Nikt nie może się o tym dowiedzieć. To, co teraz zapiszę, musi zostać spalone natychmiast. Ta prawda i oczywista oczywistość, jawnie ukrywana rzeczywistość mówi o sile tak wielkiej i jakże nieznanej, która trzyma w swych szponach każdego z nas wielkich, największych z istot, jakie nosi świat nam znany bezpośrednio. Mam jednak intuicyjne podstawy by podejrzewać, że siła ta wiąże nas dla porządku, który został gdzieś wyżej ustalony i służy sprawie niewyobrażalnej jak niewypowiedzialne jest imię boga starotestamentowego. Choć on, poczciwy starzec, stwórca nie może mieć z tym nic wspólnego. – Odłożył pióro. Swędzenie w prawym uchu wymusiło te przerwę, ale już po sekundzie, dwóch, pisał dalej:

Według legendy biblijnej dostaliśmy wolę, jakże wolną i nieograniczony jest niczym zakres jej użycia. Legendy legendami, a matematyka co innego. Informatyczne analogie są kluczem do naszej złożoności i różnorodności, i wspaniałości samozwańczej, i sensu naszej wielkości malutkiej, co wynika z krótkiego wzroku, słabości zmysłów pozostałych i pychy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.