Czasami się wygrywa, czasami się przegrywa, a czasami remisuje
— Autor: Kazimierz Górski
Moim wnukom dedykuję — z nadzieją, że pokochają futbol i odnajdą w nim bezcenne wartości szlachetnej rywalizacji, wytrwałości i wiary w marzenia. Bo w życiu, tak jak na boisku — dopóki piłka w grze… wszystko jest możliwe.
Wstęp
Pół wieku temu pokochałem piłkę nożną miłością szczenięcą, pełną uwielbienia, i tak jak to w miłości prawdziwej bywa, przeżywałem chwile radosnych uniesień i bolesnych rozczarowań. Dzisiaj, po pięćdziesięciu latach od swojej pierwszej, jakże udanej randki z futbolem — piłkarskiego cudu na Wembley — rozpoczynam sentymentalną podróż po największych stadionach świata, przywołując wspomnienia wspaniałych piłkarskich spektakli z największymi wirtuozami piłki w roli głównej. Na wszystkie te wydarzenia spoglądam z perspektywy dzieciaka zachwycającego się grą Orłów Górskiego, później — chłopaka dorastającego w ciekawych piłkarsko i burzliwych społecznie latach osiemdziesiątych, i w końcu dojrzałego kibica, doświadczonego okresem wielkiej smuty polskiego futbolu, z której wyzwolił nas dopiero geniusz Roberta Lewandowskiego. Na marginesie piłkarskich emocji odrobinę uwagi poświęcam zmianom, jakim podlegał futbol w ciągu minionego półwiecza i jak dalece wykroczył poza zwykłe widowisko sportowe, oddziałując masowo na zjawiska społeczne i polityczne. Za kulisami wielkiej piłki odnajduję również ciemne strony futbolu oraz próbuję zrozumieć, w jakim kierunku ten najbardziej popularny na świecie sport i jednocześnie wielki biznes zmierza. Niektórzy uważają, że ku zatraceniu — że magia futbolu za sprawą korupcyjnych afer przeminęła z wiatrem. Trudno jednak nie zgodzić się z tym, że tam, gdzie są największe w sporcie emocje, były i będą coraz większe pieniądze, a tam, gdzie jest ich zbyt wiele, pojawiają się ludzkie słabości. Świata nie naprawimy, obrażając się na przesiąknięty komercją futbol. Trzeba jednak mieć nadzieję, że zmiany organizacyjne i kompetencyjne w piłkarskich federacjach oraz instytucjach odpowiedzialnych za ściganie sprzedajnych „działaczy” pójdą w kierunku, który uchroni piłkę przed ostatecznym moralnym bankructwem.
W futbolu w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat zmieniło się prawie wszystko — począwszy od taktyki, po stroje zawodników. Niezmienne pozostały jedynie emocje uwalniane podczas piłkarskiego widowiska oraz bezwarunkowa miłość kibiców, rodząca się z pasji, poczucia patriotyzmu i potrzeby przynależności do wspólnoty narodowej. O tym jest ta książka.
„Koniec Świata”
Zaczęło się dość pechowo. Mijała już pierwsza połowa meczu, a nasz niezawodny dotąd Aladyn — telewizor legenda, wyróżniający się na tle przaśnej epoki nowatorskim rozwiązaniem — pilotem na kilkumetrowym kablu, nie przestawał intensywnie śnieżyć. Tata jednak się nie poddawał i widząc przygnębienie syna walczył z anteną do skutku, aż w końcu na ekranie pojawiły się ledwo widoczne zarysy piłkarzy. Wszystko wskazywało na to, że właśnie nasi strzelili bramkę, bo zawodnicy w biało-czerwonych strojach podnosili ręce w geście triumfu. Cieszyłem się chwilą do momentu, kiedy z coraz bardziej wyraźnego przekazu telewizyjnego wyłonił się w końcu smutny obraz pogodzonych z utratą bramki Polaków. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego zagrali wówczas w jednolitych niebieskich strojach. Tuż przed ostatnim gwizdkiem sędziego odziani w nasze narodowe barwy Walijczycy cieszyli się z drugiego gola, oddając w trakcie meczu tylko dwa strzały na naszą bramkę — dwa celne. Walia — Polska 2:0 w Cardiff na otwarcie eliminacji do Mistrzostw Świata. Czułem się zdruzgotany, pokonany i osamotniony w cierpieniu. W sobotni, marcowy wieczór 1973 roku w gorącej, dziecięcej głowie kotłowały rozpaczliwe myśli… Jak to możliwe, że przegraliśmy?? Przecież jesteśmy mistrzami olimpijskimi, przecież mamy Włodka Lubańskiego! Sen, jak zwykle po takim rozczarowaniu, przyszedł dopiero nad ranem.
Następnego dnia, wracając z niedzielnej mszy, zatrzymałem się przy sklepie sportowym, żeby — tradycyjnie, tak jak to czyniłem co tydzień — sprawdzić, czy z wystawy nie zniknął najcenniejszy klejnot, na który spoglądałem od kilku miesięcy z zachwytem i nadzieją, że kiedyś będzie należał do mnie. Nadal tam był — niezmiennie zachwycający — jasnobrązowy, uszyty ręcznie z podłużnych skórzanych łat. Piłka nożna — nawet ta zastygła w bezruchu za szklaną wystawą — rozbudzała emocje i uwalniała dziecięce marzenia. Podekscytowany, z nosem przyklejonym do sklepowej witryny, wspominałem przegrany mecz i analizowałem nasze szanse. W konfrontacji z faktami trudno było wykrzesać optymizm, bo w grupie eliminacyjnej, oprócz Walii, mieliśmy jeszcze Anglię — absolutnego giganta futbolu z trenerem Alfem Ramsayem, który w 1966 r. doprowadził swój kraj do mistrzostwa świata. Walijczycy, o czym zdążyliśmy się już przekonać, dysponowali również bardzo silnym zespołem, z zawodnikami grającymi w najlepszych angielskich klubach, a ich ciągle aktualną wizytówką był doskonały występ na MŚ w Szwecji, gdzie odpadli dopiero w ćwierćfinale po wyrównanej walce z Brazylią. My przeciwstawialiśmy osiągnięciom Brytyjczyków wywalczone rok wcześniej mistrzostwo olimpijskie, ale ponieważ w owych czasach prawo gry na olimpiadzie posiadali wyłącznie amatorzy, naszego złota zdobytego na igrzyskach w Monachium aroganccy zawodowcy nie traktowali poważnie. Wprawdzie w Europie powszechny szacunek budziły umiejętności Włodzimierza Lubańskiego, ale jako drużyna narodowa nie wzbudzaliśmy respektu.
Oczekiwanie na kolejny mecz, tym razem z Anglią, wypełniałem bieganiem za piłką po szkolnym boisku i gromadzeniem wszelkich informacji o naszych przeciwnikach, które czerpałem garściami z „Przeglądu Sportowego” i „Sportowca” — tygodników, których prenumeratę otrzymałem od rodziców w prezencie na dziesiąte urodziny. Tematem wiodącym we wszystkich prasowych doniesieniach była dyspozycja naszych zawodników przed arcyważnym spotkaniem z Anglikami oraz przedmeczowa pewność siebie dumnych „Synów Albionu”. Po majowym remisie z mocną Jugosławią i zwycięskim sparingu z Irlandią zwracano uwagę na rosnącą formę kadrowiczów, wlewając w serca kibiców — po porażce z Walią — odrobinę optymizmu.
Wreszcie nadszedł ten dzień — 6 czerwca 1973 r. — najważniejsza dotąd środa w krótkim życiu zwariowanego na punkcie piłki dzieciaka. Dziś ledwo sobie przypominam, co robiłem w ostatni weekend, ale tamten dzień wrył się w pamięć ze szczegółami. Wstałem znacznie wcześniej niż zwykle, bo z oczywistych powodów po pierwszym przebudzeniu już nie mogłem zasnąć. Uklęknąłem przy łóżku i chyba po raz pierwszy nie odklepałem paciorka, tylko szczerze porozmawiałem z najwierniejszym Przyjacielem, z wiarą i nadzieją, że tego dnia Jego łaska będzie przy mojej ukochanej drużynie. Powoli zaczynałem doświadczać, czym naprawdę jest Futbol! Może bawić, wzruszać, wpędzać w rozpacz, a nawet poprawiać relacje ze Stwórcą. Rozmowa z Dobrym Pasterzem przyniosła chwilowe ukojenie, ale już za chwilę podekscytowany testowałem ostrość obrazu w telewizorze, pomny przykrego doświadczenia z marca. Napięcie rosło z każdą kolejną godziną. Kanapki w szkole jeszcze zjadłem, ale obiadu w domu już nie ruszyłem — stres tłumił apetyt. Emocje sięgnęły zenitu o 17.30 — z Aladyna popłynął obraz wypełnionego po brzegi stadionu w Chorzowie z charakterystycznym głosem legendarnego sprawozdawcy Jana Ciszewskiego i ogłuszającym dopingiem stu tysięcy kibiców. Wreszcie wyciskający łzy hymn i pierwszy gwizdek sędziego. Nie mogłem spokojnie usiedzieć, krążyłem nerwowo po pokoju, wydeptując koleiny w podłodze. Tymczasem Tata tradycyjnie z niewzruszonym spokojem manewrował anteną, żeby wzmocnić ledwo widoczną różnicę w kolorach koszulek piłkarzy obu drużyn — nasi bowiem wyszli na boisko w białych barwach, a Anglicy w żółtych. O ile na stadionie kibice nie mieli problemu z rozróżnieniem swoich od przyjezdnych, to w czarno-białej telewizji kontrast między strojami był niewielki. Za to różnica w jakości gry była już znaczna — i to zupełnie nieoczekiwanie na korzyść Polaków. To, co wydarzyło się wówczas na Stadionie Śląskim, który Anglicy ze względu na ogłuszający doping nazwali „Kotłem Czarownic”, przeszło do historii największych triumfów polskiego futbolu. Już w 7 minucie, po faulu na Lubańskim, Gadocha egzekwował rzut wolny, po którym Banaś musnął piłkę stopą… Goooool!!! Stadion eksplodował! Ze stu tysięcy gardeł popłynął triumfalny ryk spragnionych sukcesu kibiców. Wtórowaliśmy im całą rodziną, przyklejeni do Aladyna, kipiąc niepohamowanym entuzjazmem. Oszalałem ze szczęścia — prowadziliśmy z wielką Anglią! Tymczasem w każdej chwili radość mogła zamienić się w rozpacz, bo mecz dopiero się zaczął, a wyspiarze nie ustawali w atakach. My jednak mieliśmy w drużynie postać wybitną — najlepszego wówczas napastnika w Europie i jednego z najlepszych na świecie — Włodzimierza Lubańskiego, który w 47 minucie w dziecinny sposób ograł Bobby Moor’a i po fantastycznym rajdzie strzelił drugą, zwycięską bramkę. Włodek!! Geniusz futbolu! Mój Boże, jak przyjemnie się to wspomina. Euforia w narodzie była ogromna, choć z powodu koszmarnej kontuzji, jaką odniósł w trakcie meczu Lubański, zwycięstwo miało ostatecznie słodko-gorzki smak. Zawsze, kiedy wracam myślami do feralnego faulu McFarlanda w 53 minucie na naszym kapitanie, nie mam wątpliwości, że historia polskiego i światowego futbolu byłaby napisana dzisiaj zupełnie inaczej, gdyby do tej kontuzji nie doszło. Ale o tym później.
Po sensacyjnym zwycięstwie staliśmy się nagle poważnym kandydatem do awansu na mistrzostwa. Musieliśmy tylko wygrać rewanż z Walią i nie przegrać z Anglikami na Wembley — zadanie arcytrudne, jeśli mielibyśmy kontynuować eliminacje bez najlepszego piłkarza reprezentacji i Kazimierza Górskiego, który przed meczem w Chorzowie zapowiedział, że spotkanie z Anglią będzie jego ostatnim występem w roli selekcjonera kadry. Na szczęście, kiedy po zwycięskim meczu sto tysięcy gardeł wykrzyczało na Stadionie Śląskim chóralne „Kaziu zostań!!”, trener nie odmówił i pozostał na stanowisku. Dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale pracę z kadrą narodową Pan Kazimierz wykonywał społecznie, jednocześnie prowadząc ŁKS Łódź. Kazimierz Górski — człowiek-legenda, o którym napisano i powiedziano już wszystko, „trener tysiąclecia” i wielka osobowość. Do piłkarskiego kanonu przeszły jego równie proste, co genialne spostrzeżenia dotyczące futbolu: „chodzi o to, żeby strzelić jedną bramkę więcej od przeciwnika”, „im dłużej przy piłce my, tym krócej oni”, „piłka jest okrągła, a bramki są dwie, albo my wygramy albo oni”, „piłka może przejść, zawodnik nie”, „według moich obliczeń, jeżeli oni po przerwie nie strzelą drugiej bramki, to bardzo trudno im będzie strzelić trzecią” albo „ty do mnie, ja do ciebie” opisujące filozofie gry w piłkę nożną. Ale chyba największą sławą cieszyło się ponadczasowe i uniwersalne: „dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe”.
Sensacyjna, historyczna wygrana z Anglikami spowodowała, że szkolne boiska, przydomowe podwórka i wszelkie niezagospodarowane w miasteczku klepiska zdominowali młodzi pasjonaci futbolu. Wszyscy, łącznie z moją szkolną drużyną, bezmyślnie ganialiśmy za piłką, bez żadnego ładu i składu. Każdy kto potrafił z pięciu metrów trafić futbolówką w stodołę, chciał być Lubańskim, pozostawiając pozycje obrońców mniej sprawnym kujonom w okularach albo ociężałym grubasom, a na bramkę z urzędu maszerowała największa boiskowa oferma. Chciałem to zmienić, z pasją wczytywałem się we wszystko co dotyczy piłki i powoli zaczynałem rozumieć znaczenie słowa taktyka. Zebrałem kumpli z drużyny i po chwili gorzkiej refleksji zgodnie orzekliśmy, że nasz „kupą mości panowie” styl gry nie ma przyszłości. Uznaliśmy, że potrzebujemy kogoś z wiedzą i autorytetem, kto zamieni chaos na boisku w przemyślaną strategię. Potrzebowaliśmy trenera, a ja znałem kogoś, kto spełniał nasze oczekiwania. Pan Waldek — mój sąsiad z bloku, który był znajomym Taty i kapitanem zakładowego klubu piłkarskiego — wydawał się odpowiednim kandydatem. Miałem z nim dobry kontakt. Czasami wracając z pracy, siadał na ławeczce przed blokiem i przyglądał się jak gumową piłką trenuje podania „z klepki”, mając za partnera ścianę bloku albo uliczny krawężnik. Pan Waldemar grał na pozycji środkowego obrońcy — tzw. libero, był liderem drużyny; wszyscy Waldka słuchali. Kiedyś schodząc z boiska zwymyślał jakiegoś zakładowego działacza za niewystarczającą ilość napojów chłodzących dla zawodników. Od tego czasu, zawsze po meczu czekałem za bramką na spragnionego obrońcę z butelką chłodnego napoju, który Mama sporządzała z porzeczek. W ten sposób stopniowo pozyskiwałem jego zaufanie i sympatię, aż w końcu zgodził się zostać trenerem naszej klasowej drużyny.
Na pierwszy trening Pan Waldek przyniósł cztery futbolówki, zebrał nas wokół siebie i zaczął opowiadać o zawiłościach gry w piłkę nożną, koncentrując uwagę na zadaniach przypisanych zawodnikom poszczególnych formacji. Sam był obrońcą, więc skupił się na defensywie, chyba jednak trochę przesadził, bo nawijał o obronie tak długo, jakby atak w ogóle nie istniał. Później — ale to znacznie później — tak dużo o znaczeniu gry defensywnej mówił dopiero inny trenerski geniusz, Czesław Michniewicz. Nasz trener wiedział jednak, co robi. Miałem wrażenie, że do perfekcji opanował sztukę motywacji, bo odtąd nasi obrońcy — „Gruby” i „Kujon” — walczyli jak lwy na swoich pozycjach, uznając je za najważniejsze na boisku.
Treningi były urozmaicone — rozgrzewka, ćwiczenia bez piłki, techniki przyjęcia i uderzenia, ułożenie stopy, stałe fragmenty gry — pełen profesjonalizm na poziomie trampkarzy młodszych. Pan Waldek miał potencjał na zawodowego szkoleniowca. Prowadził nas z pasją przez trzy lata, ze skutkiem takim, że w szóstej klasie zdobyliśmy mistrzostwo szkoły, ogrywając w finale ośmioklasistów.
***
Mijały wakacyjne miesiące i coraz mniej czasu pozostawało do rewanżu z Walią. Kaziu Górski, w ramach przygotowań do jesiennych, decydujących zmagań z wyspiarzami, zabrał piłkarzy za ocean, demolując w trakcie dwutygodniowego tourne aspirujące dopiero do wielkiej piłki reprezentacje USA, Kanady i Meksyku. Prasa jednak nie szczędziła trenerowi krytyki, twierdząc, że zamiast wyczerpującej wycieczki do egzotycznej piłkarsko Ameryki Północnej, należało szlifować formę w poważnych sparingach w Europie. Wkrótce miało się okazać, kto miał rację.
***
26 września legendarny stadion w Chorzowie — jak zawsze wtedy, kiedy w polskiej piłce miało wydarzyć się coś bardzo ważnego — wypełniła stutysięczna armia kibiców, nie licząc tych zgromadzonych na okolicznych drzewach i słupach oświetleniowych. Dla Polski i Walii mecz na stadionie śląskim był walką o przysłowiowe „być albo nie być” — i trudno było tego nie zauważyć na boisku. Mecz w niczym — poza brutalną grą gości — nie przypominał bolesnej porażki z Cardiff. Nasi od początku dominowali nad Walijczykami w każdym detalu piłkarskiego rzemiosła. Po 35 minutach prowadziliśmy już 2:0, tymczasem sfrustrowani wyspiarze coraz częściej sięgali po środki i metody walki charakterystyczne dla ich narodowego sportu — rugby. Warto przypomnieć, że dopiero na Mistrzostwach Świata w Meksyku w 1970 roku wprowadzono żółte i czerwone kartki jako elementy dyscyplinujące piłkarzy. To może tłumaczyć fakt, że nadal biegali za piłką boiskowi bandyci, którzy z trudem przyswajali nowe przepisy. Jednym z nich był Trevor Hockey, który za skopanie w szaleńczym amoku Ćmikiewicza został ukarany czerwoną kartką i musiał opuścić boisko. Mecz ostatecznie wygraliśmy 3:0, ale nie potrafiłem w pełni cieszyć się z wygranej, mając świeżo w pamięci chuligańskie obrazy, które obdzierały dziecięcą wrażliwość ze złudzeń, pokazując, jak brutalna potrafi być gra w piłkę nożną. Byłem emocjonalnie rozdarty, czułem się oszukany i zdradzony. W swoim dziecięcym, naiwnym pojmowaniu futbolu nie potrafiłem zrozumieć, jak Hockey mógł tak bestialsko sfaulować stojącego tyłem, bez piłki, Ćmikiewicza. To było niepojęte, bolesne i trudne do zaakceptowania. Ale cóż można począć z bezwarunkową miłością — cierpisz, starasz się zrozumieć, a na końcu wybaczasz i kochasz dalej.
Już po wielu latach, kiedy szczegółowo analizowałem materiały prasowe opisujące kulisy przygotowań do meczu z Walią, okazało się, że nasi na boisku zachowywali „fair play” jedynie w oczach naiwnego dziesięciolatka — tymczasem przebieg brutalnej konfrontacji obu drużyn został w dużej mierze wyreżyserowany przez Kazimierza Górskiego. Polski trener, działając wedle dewizy własnego autorstwa — „gra się tak ja przeciwnik pozwala” — opracował taką taktykę, by krewcy Walijczycy z upływem czasu sami eliminowali się z gry, co w efekcie skończyło się ich klęską. Nasi mieli grać ostro, po męsku, czyli wsadzać głowę tam, gdzie przeciwnik nie odważyłby się wstawić nogi, poza tym inteligentnie prowokować i adekwatnie odpowiadać na dziką agresję Walijczyków — szczypać, kopać i walić z główki w nochala, jeśli sędzia nie widzi. Trudno było w to uwierzyć, ale kiedy przejrzałem nagrania z meczu Polska — Walia, korzystając z zapisów archiwalnych PZPN powszechnie dostępnych na portalu „Łączy nas Piłka”, nie miałem złudzeń, że polscy piłkarze bardzo sumiennie realizowali zalecenia pana Kazia. Za mistrza skutecznej prowokacji uchodził w naszej drużynie Lesław Ćmikiewicz, który po kolejnej wymianie „uprzejmości” z Trevorem Hockeyem tak poprowadził intrygę, że Walijczyk nie zapanował nad emocjami i wyleciał z boiska. Kaziu zacierał ręce — o to chodziło — przy stanie 2:0 graliśmy w przewadze i już było po meczu. Odnalazłem w archiwalnych nagraniach jeszcze jedną znamienną sytuację, opisującą nastawienie naszych chłopaków do starcia z agresywną Walią — na murawie zwija się z bólu sfaulowany Robert Gadocha, wokół gromadzą się poirytowani piłkarze, wśród nich Terry Yorath, który z premedytacją depcze po dłoni i włosach leżącego zawodnika. Gadocha spokojnie wstaje, upewnia się, że sędzia jest odwrócony i wali głową w nos zszokowanego Yoratha — do dzisiaj nie potrafię zrozumieć, jak Walijczyk ustał na nogach tak silne uderzenie. Nigdy później nie widziałem równie precyzyjnego i mocnego ciosu z „główki”. Wszystko odbyło się — co trudno sobie dzisiaj wyobrazić — bez żadnych konsekwencji dla Gadochy, a było to możliwe również dlatego, że wydarzenia na boisku w owych czasach były rejestrowane tylko przez dwie kamery.
Mecz z mięśniakami z Walii pokazał, że Polacy potrafią być inteligentnie brutalni, ale… tylko wtedy, jeśli ktoś depcze im po rękach.
***
Była wczesna jesień — najlepszy czas do gry w piłkę. Wtedy zawsze z największym entuzjazmem uczęszczałem do szkoły, bo po lekcjach był meczyk, potem biegiem na szybki obiadek i znowu na boisko, aż do późnego zmierzchu. I tak dzień w dzień. Kochana Mama nie potrafiła sobie z tym poradzić, ale z ocenami w szkole nie było źle, w oślej ławce nie siedziałem, więc za bardzo nie oponowała.
Kiedyś, w trakcie boiskowej kopaniny, któryś z chłopaków tak przyłożył w piłkę z czuba, że puściły szwy i wyszedł z niej balon. To była futbolówka Kujona, wprawdzie niewymiarowa i już lekko jajowata, ale nasza jedyna. Lament w obliczu nieszczęścia był ogromny, a najbardziej rozpaczał Kujon, słusznie obawiając się, że utracił jedyny piłkarski walor, jakim wyróżniał się w drużynie. Świadomość, że każdy dzień bez piłki byłby dniem bezpowrotnie utraconym, popchnęła nas do pierwszej zbiorowej inwestycji w życiu. Już następnego dnia każdy wypłacił z SKO 10 zł., co dało łącznie kwotę, za którą kupiliśmy nową, skórzaną piłkę. Wprawdzie znowu nie miała normalnych wymiarów i nie mogła się równać z tą, którą oglądałem co tydzień na wystawie, ale była wyjątkowa, bo ręcznie szyta i nasza wspólna. Problem współwłasności rozwiązaliśmy w ten sposób, że każdy z nas mógł nową futbolówką szpanować w domu i na podwórku przez tydzień, po czym pod opiekę przejmował ją następny chłopak z drużyny. Do naszej pierwszej piłki mieliśmy ogromny sentyment — po każdym treningu dokładnie pastowana i glancowana — wytrzymała z nami do ostatniej klasy podstawówki. Kiedy opuszczaliśmy szkołę, z łezką w oku przekazaliśmy nasz piłkarski talizman do szkolnej izby pamięci.
***
Kończący eliminacje do mistrzostw świata mecz z Anglią, zupełnie nieoczekiwanie otwierał przed polską reprezentacją pierwszą po wojnie szansę awansu na piłkarski Mundial. Tymczasem nasi rywale drwili z entuzjazmu panującego nad Wisłą. Pewni siebie Anglicy, niezdolni do okazywania jakiegokolwiek respektu wobec przeciwnika, rewanż z Polakami na niezwyciężonym od lat stadionie Wembley traktowali jak zwykłą formalność. Mieli ku temu mocny argument — w dniu, w którym Polska wygrała z Walią, wyspiarze upokorzyli na Wembley 7:0 Austrię, uważaną w opinii fachowców za zespół o podobnej klasie co drużyna Górskiego. W przedmeczowych komentarzach arogancja podopiecznych Alfa Ramseya zdecydowanie wykraczała poza granicę dobrego smaku. Okoliczności, w jakich Anglicy prowadzili wojnę psychologiczną z naszymi zawodnikami, można uznać za klasyczny argument na poparcie tezy, że pycha kroczy przed upadkiem. Kibice angielscy nazywali naszych piłkarzy „zwierzętami”, wtórowała im prasa i działacze piłkarscy — słynny menadżer Brian Clough nazwał Jana Tomaszewskiego klaunem, z klasą właściwą brytyjskim dżentelmenom zrecenzował również umiejętności pozostałych naszych graczy: „to osły mające trudności z trafieniem w piłkę”. Kampania prowokacji wobec Polaków osiągnęła kulminacje na stadionie. Kiedy obie drużyny stanęły już na murawie legendarnego stadionu, żeby odsłuchać hymny narodowe, gwizdom kiboli oraz okrzykom „Animals!” podczas odgrywania Mazurka Dąbrowskiego towarzyszyły lekceważące gesty i ironiczne uśmiechy angielskich piłkarzy.
Wkrótce bufonadę nieokrzesanych Anglików miały utemperować wydarzenia na boisku, które zapisały się pod pamiętną datą 17.10.1973 roku. Wprawdzie od początku meczu dominacja wyspiarzy nie podlegała dyskusji, ale doskonale funkcjonował nasz blok obronny, no i mieliśmy Jana Tomaszewskiego, który w bramce czynił cuda. Przyprawiające o dreszcze widowisko na Wembley i fenomenalne interwencje naszego golkipera przeszły do historii futbolu, stając się kultowym wydarzeniem w dziejach polskiego sportu, z upływem czasu obrastającym coraz większą legendą. Jednak, żeby zachować obiektywizm, trzeba stwierdzić, że Tomaszewski — okrzyknięty przez brytyjskie media „Człowiekiem, który zatrzymał Anglię” — poza fantastycznymi interwencjami, nie ustrzegł się również poważnych błędów, które mogły zaprzepaścić wysiłek całej drużyny. Na szczęście tam, gdzie zawodził bramkarz, pojawiali się świetnie dysponowani obrońcy lub ratował nas przysłowiowy fart.
Brytyjczycy nie ustawali ani na chwilę w forsowaniu ataków, przejmując z upływem czasu coraz większą inicjatywę. Kiedy wydawało się, że rywalizacja obu drużyn już do końca będzie miała jednostronny przebieg i wreszcie Anglicy skruszą polski mur, w scenariusz piłkarskiego thrillera wpisała się 57 minuta meczu, kiedy po akcji tercetu ze Stali Mielec — Kasperczaka, Laty i Domarskiego — ten ostatni sensacyjnie umieścił piłkę w bramce Petera Shiltona. Nagle świat w oczach oszołomionego ze szczęścia dziesięciolatka zawirował, a stutysięczne Wembley zastygło w niemej konsternacji. Podczas gdy skarcona za pychę i arogancję Anglia przyjmowała surową lekcję pokory, w kraju nad Wisłą zapanował niespotykany od dawna entuzjazm. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w takich chwilach ujawnia się prawdziwe piękno i moc futbolu — nagle we wspólnocie zgromadzonej wokół narodowej drużyny zanikają wszelkie podziały, nie ważny jest status społeczny, polityczne poglądy, płeć ani wiek — w tym jednym momencie, kiedy pada bramka dla Polski nic nie jest wstanie się równać z dziecięcym zachwytem lub eksplozją radości starego kibica. Liczy się tylko ta jedna chwila niewymuszonego aktu euforii, będącego przejawem przywiązania do ukochanej drużyny, do ojczyzny.
Mecz jednak nadal trwał, i już po kolejnych dziewięciu minutach Allan Clarke przywrócił „Synom Albionu” utraconą dumę, skutecznie egzekwując rzut karny. Pomimo wyrównującej bramki Anglicy nadal z furią atakowali, przed meczem bowiem mieliśmy nad nimi jeden punkt przewagi, co oznaczało, że nas zadawalał remis, podczas gdy oni musieli wygrać. Polacy również szukali swojej szansy na zwycięstwo — bliski zdobycia kolejnej bramki był Grzegorz Lato, który w sytuacji „sam na sam” z bramkarzem został zatrzymany zapaśniczym chwytem przez McFarlanda — tego samego obrońcę, który w Chorzowie wykluczył z gry Lubańskiego. Dzisiaj za podobny faul zawodnik wylatuje z boiska, wówczas takie przewinienie karano jedynie żółtą kartką. Tymczasem mecz, zważywszy na korzystny dla nas wynik, zdawał się przedłużać w nieskończoność, podczas gdy Anglicy z nieustającą determinacją nękali polską obronę. Ostatni kwadrans piłkarskiego horroru podkręcił emocje do tego stopnia, że Kazimierz Górski na kilka minut przed końcem dreszczowca w obawie o stan zdrowia opuścił ławkę trenerską i udał się do szatni. W końcu uniesione w geście triumfu ręce polskich piłkarzy oznaczały, że ogromna sensacja stała się faktem — Biało-Czerwoni, po heroicznej walce w jaskini lwa, wyeliminowali z udziału w Mistrzostwach Świata najzdolniejsze pokolenie angielskich piłkarzy. Zwycięski remis na Wembley oznaczał przełom w polskiej piłce na skalę, której nie byli wstanie przewidzieć najwięksi optymiści, a z kolei dla Anglii trafienie Jana Domarskiego miało tak bolesne konsekwencje, że dziennikarze „The Times” umieścili je na liście 50 najważniejszych goli w historii futbolu.
Nazajutrz po meczu, bulwarowy dziennik „The Sun” opisywał grobowe nastroje po klęsce z Polską w artykule pod znamiennym tytułem, utrzymanym w formie nekrologu… „KONIEC ŚWIATA”.
Wchodzimy na Salony — MŚ’74
Ciągle żywe wydarzenia z Wembley powodowały, że w radosnym nastroju witałem schyłek roku, a wraz z nim przysypane białym puchem i pachnące świeżym świerkiem Boże Narodzenie.
Okres świąt przypadał w trzecią rocznicę tragicznych wydarzeń w Gdańsku, w konsekwencji których władzę stracił Władysław Gomułka. Przaśnego satrapę zastąpił charyzmatyczny i otwarty na Zachód Edward Gierek, który za pożyczone od kapitalistów pieniądze spełniał socjalistyczne marzenia o powszechnym dobrobycie. Kumple towarzysza Edwarda byli czempionami w uprawianiu propagandy sukcesu. W szkole uczono nas, że jesteśmy ósmą gospodarczą potęgą świata; jako dzieciak bezkrytycznie podążający za autorytetem dorosłych nie śmiałem w to wątpić. Fakty z codziennego życia zdawały się potwierdzać dobrostan w jakim przyszło nam żyć — mieszkanie z „ciemną” kuchnią, syrenka, wczasy nad jeziorem, pomarańcze na święta i bezpłatny kefir w szkole — byliśmy potęgą i basta! A nasi chłopcy na boisku tylko to potwierdzali.
***
Po wigilijnej kolacji przeszliśmy do pokoju, w którym stała bajecznie kolorowa choinka, kusząca intensywnym, żywicznym zapachem. Aby nie burzyć nastroju, światło w pokoju nie zostało włączone — zapaliliśmy tylko sztuczne ognie, które podczas tradycyjnego kolędowania nieco rozjaśniały przestrzeń, zarysowując kontury prezentów leżących pod świątecznym drzewkiem. Przez chwilę sądziłem, że to tylko złudzenie — nie byłem przygotowany na taką niespodziankę, ale po włączeniu świateł nie było już wątpliwości — była tam! Przytulona do gałązki świerku, wytęskniona i wymarzona — piłka nożna! — ta sama, którą co tydzień z wypiekami na twarzy podziwiałem na wystawie. Moja pierwsza profesjonalna futbolówka wykonana z osiemnastu skórzanych łat. Arcydzieło. Nigdy wcześniej ani później nie dostałem cenniejszego prezentu.
***
W styczniu 1974 roku, po losowaniu fazy grupowej mistrzostw świata, pesymiści — którzy nazywali siebie realistami — doradzali organizatorom wyjazdu na Mundial, żeby lot powrotny do kraju zarezerwować już po trzecim meczu. Trafiliśmy bowiem do grupy z wicemistrzami świata — Włochami i bardzo mocną Argentyną. Jedynie egzotyczne Haiti miało pozostawać w naszym zasięgu. Nieudane sparingi kończące cykl przygotowań do turnieju tylko wzmacniały sceptyczną narrację wokół narodowej reprezentacji. Nic jednak nie mogło zgasić entuzjazmu optymistów, dostrzegających ogromny potencjał w drużynie, która wyeliminowała z udziału w mistrzostwach świata Anglię — ojczyznę futbolu.
***
Dla polskich piłkarzy, dorastających w siermiężnej, socjalistycznej rzeczywistości każdy wyjazd na ociekający luksusem Zachód był ogromnym przeżyciem. Tym razem szok był jeszcze większy, bo musieli się zmierzyć z rozmachem organizacyjnym imprezy o globalnym zasięgu. Konfrontacja z wielkim światem, z najwyższą jakością infrastruktury sportowej w Niemczech, pogłębiała narastające przez lata kompleksy.
— „Czuliśmy się trochę jak kopciuszek na królewskim przyjęciu.” — wspominał Jan Tomaszewski.
— „Nawet trawa na boisku treningowym była inna. Gdy wyszliśmy na pierwszy trening, zawodnicy rzucili się na przystrzyżoną z pietyzmem murawę i tarzali z wielką radochą… Bo to dywan był. Dywan! Tak to było perfekcyjnie przygotowane.” — mówił asystent trenera Andrzej Strejlau.
Piłkarze za granicą bywali i już otarli się o kapitalistyczny przepych, ale dla rodzin zawodników, którym PZPN w ostatniej fazie turnieju zorganizował pobyt w Niemczech, zderzenie ze światem zza „żelaznej kurtyny” było szokiem, z którym nie każdy potrafił sobie poradzić.
— „Powiedziałem Mamie: Masz tu 500 marek, kup coś sobie i prezenty dla rodzeństwa.” — opowiadał Adam Musiał.
— „Wieczorem Mama wraca ze łzami w oczach, oddaje mi te 500 marek i mówi: Adam, daj spokój, tu jest taki wybór, że nie wiem co kupić. Nic nie kupiła”.
Nie wszystkie panie czuły się aż tak bardzo zagubione, większość reagowała zgodnie z kobiecą naturą…
— „Jak dziewczyny zobaczyły te sklepy… Modne były takie długie spódnice. Nakupowały ich od groma. Żona kupiła sobie spodnie z takim blezerkiem. Jak później w Zabrzu wyszła na ulicę… to kobiety zieleniały z zazdrości”.
Poczucia zagubienia i niepewności w pierwszych dniach Mundialu nie ukrywał również Jan Domarski: „W niektórych sytuacjach zachowywaliśmy się jak cielęta: staliśmy, patrzyliśmy, czy nam wolno to, czy tamto”.
Przywołując kolejne wspomnienia, można odnieść wrażenie, że na stadionie w Stuttgarcie przed pierwszym meczem było podobnie;
— „Przypominam sobie sytuację przed wyjściem na murawę, gdy dwie drużyny stoją w tunelu, Argentyńczycy wyluzowani radośnie śpiewają, poklepują się, a Polacy cichutko. Wielkie nazwiska argentyńskie, nie wiadomo jak się zachować.” — opowiadał Lesław Ćmikiewicz. A 19-letni wówczas obrońca Władek Żmuda tak wspominał tamte chwile: „Wszyscy skoncentrowani, spięci, niemal sparaliżowani ze strachu. Na szczęście tunel był obity blachą. Adam Musiał kopnął w nią z impetem i krzyczy: Panowie, oni śpiewają i tańczą, ale po meczu będą płakać! Tylko musimy do tego doprowadzić!”.
Nadchodzące wydarzenia miały udowodnić, że jeśli rzeczywiście naszych piłkarzy tak mocno deprymował brak obycia w wielkim świecie, to bez wątpienia wychodząc na boisko zostawiali za sobą kompleksy, wypełniając mentalne deficyty piłkarską klasą.
***
15 czerwca 1974 roku, o godz.18.00 ulice opustoszały, tętno kibica przyspieszyło, kraj wstrzymał oddech — duży i mały, biedny i bogaty, wszyscy łączyli się w jednym wielkim pragnieniu zwycięstwa. Do dzisiaj pamiętam pulsowanie w skroniach, kiedy pogromcy Anglików wychodzili z tunelu na murawę Neckarstadionu w Stuttgarcie. Dostojni gladiatorzy futbolu — pierwszy Deyna, za nim Tomaszewski, potężny Gorgoń zwany Białą Górą, chłopy jak drwale — w białych strojach z orłem na piersi prezentowali się jak aniołowie dobrej nowiny. Jedynie numery na koszulkach mieli jakieś dziwne. Grzegorz Lato grał z szesnastką, Deyna z dwunastką, obrońca Żmuda z dziewiątką, a Tomaszewski z numerem dwa. Dopiero po wielu latach okazało się, że nasi związkowi działacze, których zdolności lingwistyczne ograniczały się w najlepszym wypadku do znajomości języka rosyjskiego, bez należytej staranności przeczytali regulamin turnieju i wysłali do FIFA wykaz zawodników, przypisując każdemu z nich zamiast numeru na koszulce liczbę porządkową na liście. Gdy dostrzeżono pomyłkę, na korektę było już za późno.
To było przeżycie z pogranicza iluzji. Już po dziewięciu minutach, po bramkach Grzegorza Laty i Andrzeja Szarmacha prowadziliśmy z Argentyną zaliczaną do grona faworytów turnieju 2:0. Euforia mieszała się z niedowierzaniem — ku zaskoczeniu wszystkich obserwatorów Mundialu całkowicie dominowaliśmy nad drużyną Vladislao Capa, argentyńskiego trenera o polskich korzeniach. Jeszcze dwukrotnie, po strzałach Gadochy i Szarmacha w słupek, mieliśmy szanse na podwyższenie wyniku. Nadzieje Latynosów w drugiej połowie przedłużył Ramon Heredia, strzelając w 60 minucie bramkę kontaktową, ale po dwóch minutach Daniel Carnavali popełnił błąd, który wykorzystał Lato i znowu prowadzenie Polaków wzrosło do dwóch bramek. Albicelestes stać było na jeszcze jedno trafienie, ale więcej goli w tym meczu nie padło.
Wysoki pressing, wymienność pozycji, zabójcze skrzydła i ofensywni obrońcy — już w pierwszym meczu nasi zaprezentowali styl gry, który w owych czasach uchodził za nowatorski. Eksperci futbolu w pomeczowych recenzjach zachwycali się jakością gry polskiej reprezentacji, jednocześnie zupełnie niesłusznie uznając nasze zwycięstwo nad Argentyną za wielką sensację pierwszej fazy mistrzostw. Wynikało to z powierzchownej oceny możliwości obu drużyn oraz z faktu, że klasa jaką reprezentowali Biało-Czerwoni, nie była jeszcze powszechnie doceniana. Wkrótce miało się to zmienić.
***
W kolejnym meczu Polacy udzielili bolesnej lekcji futbolu reprezentacji Haiti. W konfrontacji z egzotyczną drużyną z Karaibów hattrickiem popisał się Andrzej Szarmach, a snajperski instynkt potwierdził Grzegorz Lato, strzelając kolejne dwie bramki. Po jednej dorzucili Kazimierz Deyna i Jerzy Gorgoń, którego „bomba” z rzutu wolnego znalazła się w topie plebiscytu na najpiękniejszego gola turnieju. W kluczowym starciu dla układu sił w grupie, Biało-Czerwoni potwierdzili doskonałą formę, a ozdobą meczu były efektowne szarże na lewym skrzydle Roberta Gadochy, który asystował przy czterech z siedmiu bramek.
Po wielu latach, za kulisami historii mistrzostw świata w Niemczech, odnalazłem osobliwą ciekawostkę, z której wynika, że dotkliwa porażka Haitańczyków w meczu z Polską miała oprócz implikacji czysto sportowych również dotkliwe konsekwencje polityczne. Otóż dyktator tego ubogiego wyspiarskiego państwa — Jean-Claude Duvalier, rekompensując sobie mundialowe upokorzenie, odebrał na wiele lat prawa konstytucyjne wszystkim potomkom Polaków, którzy przybyli na Haiti z legionami Napoleona.
***
Atmosfera mistrzostw świata i towarzyszące im emocje sprawiały, że zasypiałem z myślą o futbolu i budziłem się, odliczając godziny do kolejnego meczu. Dobrze, że zaczynały się wakacje, bo w tych okolicznościach zajmowanie uwagi czymkolwiek innym poza piłką uznawałem za oczywistą stratę czasu. Nazajutrz po haitańskim pogromie odebrałem świadectwo szkolne, a już dwa dni później, wspólnie z bratem, oddychaliśmy czystym jak rosa powietrzem unoszącym się nad sielskim krajobrazem małej wielkopolskiej wsi, do której każdego roku przyjeżdżaliśmy z początkiem wakacji. Po latach z tęsknym wspomnieniem przywołuje tamte, pełne reymontowskiego uroku pejzaże — pastelowych pól przedzielonych zieloną miedzą, łanów dojrzewających zbóż, żółtych dywanów rzepaku i żabich rechotów nad stawem. Wszystkie te okoliczności przyrody, z jednej strony ograniczone lasem, a z drugiej gospodarską zabudową, składały się na ujmujący obraz, który nieodzownie kojarzy mi się ze szczęśliwym, beztroskim dzieciństwem i najlepszym okresem w dziejach polskiej piłki.
***
Ciocia z wujkiem byli małżeństwem bezdzietnym. W gospodarstwie musieli radzić sobie tylko we dwoje, co powodowało, że praca na roli pochłaniała ich bez reszty, nie pozostawiając wiele miejsca na przyjemności. Być może z tego powodu nie kupili telewizora, a może dlatego, że pozostając bez potomstwa, nie miał ich kto zmotywować do zakupu szklanego ekranu. Tak czy owak, zważywszy na mundialowe szaleństwo, brak anteny telewizyjnej na naszej wiejskiej chacie stanowił problem, z którym musieliśmy sobie jakoś z bratem poradzić.
Na ostatni mecz grupowy z Włochami, w niedzielne popołudnie, zawiózł nas Tata do krewnych mieszkających w sąsiedniej wiosce. Przemierzając kamienistą drogę naszą „Syrenką 105”, mijaliśmy powracających bryczkami ze świątecznej mszy gospodarzy w towarzystwie swoich kobiet, odzianych w barwne biskupiańskie stroje. Cwałujące przed nimi konie w lśniącej uprzęży przywoływały wspomnienie mojego zacnego dziadka, którego pożegnaliśmy miesiąc wcześniej. Widzę Go dzisiaj tak wyraźnie jak wtedy, kiedy ubierał bryczesy i lśniące oficerki przed niedzielną mszą świętą. Dziadek Antoni, z którym walczyłem na drewniane szable — charyzmatyczny ułan Pierwszej Wojny Światowej, wielki miłośnik koni, dostojna postać — jeden z tych, którym winni jesteśmy wdzięczność, szacunek i pamięć.
***
Po dwóch efektownych zwycięstwach mieliśmy już zapewniony awans do kolejnej fazy mistrzostw. Zatem ostatni mecz grupowy z Włochami miał dla Biało-Czerwonych znaczenie wyłącznie prestiżowe. W przedmeczowych prognozach pojawiały się jednak pewne nieoczywiste sugestie, wynikające z faktu, że każde rozstrzygnięcie w tym pojedynku inne niż nasza porażka oznaczało, że na etapie decydującym o awansie do ścisłego finału mistrzostw trafilibyśmy do teoretycznie silniejszej grupy z gospodarzami Mundialu. Spekulowano więc, że Polacy zagrają asekuracyjnie, pozwalając się wyprzedzić w grupie wicemistrzom świata Włochom. Wszelkie dyskusje na ten temat uciął szybko trener Górski: „Żadnych kalkulacji. Wielcy nie kombinują, macie być jak bokser i iść za ciosem”.
No i nasi poszli za głosem swojego mentora, wyprowadzając już w pierwszej połowie meczu dwa nokautujące uderzenia. To było 45 minut, które wstrząsnęło Polską, Italią i światowym futbolem. Graliśmy koncertowo, bez żadnego respektu wobec drużyny uznawanej za faworyta turnieju. Wynik meczu na 1:0 otworzył Andrzej Szarmach. Tak to wspominał po latach: „To był najładniejszy gol jaki zdobyłem podczas mistrzostw. Satysfakcja tym większa, że zdobyty w wyjątkowo trudnych warunkach. Te włoskie zwierzaki atakowały mnie łokciami non stop. Mistrzowie faulu i brudnej gry. Ale udało mi się ich oszukać i frajda była ogromna. Widziałem, jak do środka zbiega Henio Kasperczak. W tym samym czasie Grzesiek Lato gwałtownie się zerwał i zaczął biec w kierunku prawego słupka Dino Zoffa. Zabrał przy okazji jednego z Włochów, a drugi, nie wiedząc co zrobić, stał jak słup soli. Zrobiła się luka. Czułem, że w to miejsce za chwilę Heniek wrzuci piłkę. Miał niesamowitą precyzję, wyczucie. I kiedy kopnął piłkę, ja byłem już w miejscu, w które miała spaść. Asekurujący mnie obrońca był całkowicie spóźniony. Zaskoczyłem najpierw jego, biorąc na plecy i wygrywając walkę o pozycję, a chwilę później samego Zoffa”.
Drugie trafienie, po silnym strzale Kazimierza Deyny w 45 minucie, ustalające wynik do przerwy na 2:0, całkowicie podcięło skrzydła reprezentacji Azzurri. Do dzisiaj trwają spory, która bramka była bardziej efektowna — strzelona przez Szarmacha, czy druga zdobyta przez Kazimierza Deynę charakterystycznym dla niego „rogalem”, czyli kopnięciem, po którym piłka zataczała szeroki łuk by ostatecznie wpaść przy słupku do siatki. Wydaje się jednak, że o ile pierwszy gol był ozdobą meczu, to strzał Deyny spoza pola karnego, tak precyzyjny i silny, że pękł mu but, zasłużył na miano najpiękniejszego trafienia mistrzostw. Wśród bohaterów meczu z Włochami najczęściej wymienia się strzelców bramek, sądzę jednak, że za prawdziwego ojca sukcesu należy uznać Henryka Kasperczaka, który dwoma perfekcyjnymi podaniami obsłużył zdobywców bramek. Kluczowa dla przebiegu meczu okazała się również odważna, ofensywna, pozbawiona kunktatorstwa taktyka Kazimierza Górskiego.
Trzecie zwycięstwo oznaczało komplet punktów, pierwsze miejsce w grupie i wyeliminowanie z turnieju wielkiej Italii — wicemistrzów poprzedniego Mundialu. Pod wrażeniem gry Biało-Czerwonych pozostawał cały piłkarski świat.
— „Polacy prowadzeni przez charyzmatycznego trenera Górskiego odkryciem mistrzostw. To zespół pełen światowej klasy zawodników prezentujących wspaniały futbol” — donosiła w pomeczowych komentarzach „La Repubblica”.
— „Nagle, w ciągu kilku dni — wspominał Jan Tomaszewski — z brzydkiego kaczątka staliśmy się pięknym łabędziem”.
***
Wkrótce rozpoczęły się żniwa i całe dnie spędzaliśmy z bratem w polu. Wujek kosił zboże żniwiarką ciągniętą przez konie, a my z ciocią wiązaliśmy kłosy w snopki i układaliśmy w mendle. Czasy były takie, że nikt nie myślał jeszcze o kombajnie, a tam, gdzie zboże leżało położone przez wiatr, gospodarz brał do ręki kosę. Plan dnia podczas zbioru zbóż był precyzyjnie określony. Żniwny znój zaczynaliśmy o świcie; po kilku godzinach, około dziesiątej, była krótka przerwa na drugie śniadanie, podczas której zajadaliśmy pajdy chleba posmarowane swojskim masłem. Do tego zbożowa kawa z mlekiem, nalewana z niebieskiej kanki. Obiad punktualnie o dwunastej, krótka drzemka pod gruszą i powrót do wiązania snopków. Pod koniec dnia mendle trafiały na wóz, a następnie do stodoły. Wracając wyczerpany o zmierzchu do domu, marzyłem jedynie o chłodnej kąpieli. Był z tym jednak pewien problem, ponieważ w naszej wiejskiej chacie instalacji wodnej nie było, wodę pitną czerpaliśmy ze studni, a do zabiegów higienicznych z pompy. Perspektywa mycia w misce wydawała się mało atrakcyjna, więc postanowiłem zrobić mały basen z koryta, w którym poiliśmy konie i krowy. Z perspektywy czasu nie mam wątpliwości, że nawet najbardziej efektowne współczesne jacuzzi nie jest w stanie zbliżyć się jakością doznań do tamtego uczucia błogostanu, kiedy chłodna woda spłukiwała ze spoconego ciała kłujące wąsy jęczmienia.
***
W drugiej fazie mistrzostw trafiliśmy do grupy ze Szwecją, Jugosławią i RFN. Podczas wyczerpującego Mundialu, gdzie mecze trzeba rozgrywać z maksymalną intensywnością co 3—4 dni, nagły kryzys formy nie jest czymś nadzwyczajnym. Nasi złapali zadyszkę w starciu ze Szwecją. Szybkie akcje skrzydłami, które siały dotychczas zamęt w defensywie przeciwnika, zatraciły dynamikę; zdarzały się błędy w obronie i kulała skuteczność w ataku. Być może świadomość rychłej konfrontacji z gospodarzami turnieju powodowała, że Polacy oszczędzali energię na mecz, który ostatecznie mógł zdecydować o awansie do ścisłego finału mistrzostw. Bez wątpienia w pojedynku z drużyną Trzech Koron Orły Górskiego obniżyły loty, ale nie na tyle, żeby z zimnymi Szwedami się nie uporać. Bohaterem akcji na wagę zwycięstwa okazał się Andrzej Szarmach, który wywalczył beznadziejną, prawie autową piłkę i podał do Grzegorza Laty, a ten dostawił tylko głowę, pakując futbolówkę do siatki. Nie byłoby jednak kolejnej wygranej bez Jana Tomaszewskiego, który zanotował kilka efektownych interwencji i fantastycznie obronił rzut karny. Media zagraniczne po meczu ze Szwecją nie szczędziły naszemu bramkarzowi entuzjastycznych recenzji: „Prawdziwy geniusz, lider i największy szaleniec w polskiej drużynie to bez wątpienia Tomaszewski. Ale przede wszystkim genialny bramkarz”.
Trudno opisać uczucia, które towarzyszyły jedenastoletniemu chłopcu jakim wówczas byłem, zakochanemu w futbolu i polskiej reprezentacji: „Nie, nie, nie budźcie mnie. Śni mi się tak ciekawie. Jest piękniej w moim śnie niż tam na waszej jawie.” — nucił Jeremi Przybora. Tymczasem to działo się naprawdę. Nie chciałem zasypiać, bo rzeczywistość była piękniejsza niż sen.
Presja przed pojedynkiem z kolejnym grupowym przeciwnikiem była ogromna. Nieoczekiwanie dotarliśmy do fazy turnieju, w której rozstrzygały się losy awansu do strefy medalowej mistrzostw, wywołując w narodzie fale powszechnego entuzjazmu. Pewien niepokój budził jedynie brak świeżości odczuwany przez Polaków w meczu ze Szwedami. Obawiano się, że może to być przejaw zmęczenia wyczerpującym turniejem i pierwszy zwiastun postępującego kryzysu formy. Jednak już początek konfrontacji z Jugosławią rozwiał wszelkie wątpliwości. Ponownie oglądaliśmy z rozmachem wyprowadzane akcje, perfekcyjne zagrania Kasperczaka oraz efektowne rajdy naszych szybkich skrzydłowych. Strzelanie rozpoczął Deyna, a zwycięską bramkę po precyzyjnym podaniu Roberta Gadochy po raz kolejny zdobył Grzegorz Lato, wyrastając na głównego faworyta w walce o tytuł najlepszego strzelca Mundialu. Zwycięstwo we Frankfurcie nad Jugosławią zapewniło Orłom Górskiego awans do elitarnej czwórki mistrzostw świata oraz wywołało lawinę entuzjastycznych komentarzy.
— „Znowu Polska. Należało się tego spodziewać. […] Deyna był genialnym inspiratorem, wspaniale wykańczającym każdy manewr biało-czerwonych. Cennym wsparciem, jak zawsze, okazał się Kasperczak, który nie przestaje zaskakiwać finezją swoich długich podań, oraz nieznużonym dynamizmem, które czynią z niego człowieka wszędobylskiego w tej drużynie wszędobylskich.” — donosił nazajutrz włoski dziennik „L’UNITA”.
***
Lubiłem zwożenie siana, bo łąka położona była dziesięć kilometrów od naszego gospodarstwa, a to oznaczało długą, sprawiającą ogromną frajdę przejażdżkę konnym zaprzęgiem. Na miejscu nie było już tak przyjemnie. Jednolity, niemalże dziewiczy krajobraz wypełniały bezkresne pola i rowy melioracyjne wypełnione wodą. Kłuły komary i żar spływał z nieba, utrudniając pracę, ale jednocześnie stwarzając optymalne warunki dla zbiorów. Trawa sprawiała wrażenie dobrze wysuszonej, ale wymagała przewrócenia, żeby słońce pochłonęło resztki wilgoci. Machaliśmy zatem zawzięcie widłami, w pocie czoła roztrząsając jasnozielony pokos na lewo i prawo. Naszym śladem podążały bociany, leniwie stąpając po skoszonej trawie w poszukiwaniu żabich udek. Po południu wysuszony na wiór plon układaliśmy w kopce i ładowaliśmy na wóz. Po skończonej pracy trzeba było wykazać odrobinę finezji, żeby wgramolić się na ogromną furę siana, pachnącą mieszanką polnych ziół i słonecznym latem. Powrót do domu w takich oryginalnych, beztroskich warunkach, które na owe czasy nie wzbudzały żadnej sensacji, był najlepszą nagrodą za całodzienną harówkę.
Jeszcze tego samego dnia mieliśmy z bratem przeżyć wielkie emocje, których wspomnienie kojarzy mi się nieodzownie z rzęsistymi opadami deszczu. Kiedy zdrożone konie resztkami sił wciągały ciężki wóz do stodoły, już wiedzieliśmy, że czasu pozostało niewiele — zaledwie kwadrans do rozpoczęcia meczu — więc bez chwili zwłoki pognaliśmy na rowerach w pogoni za sprawnym telewizorem do zaprzyjaźnionego gospodarza. Za naszym oknem świeciło słońce, tymczasem we Frankfurcie nad Menem, gdzie reprezentacje Polski i RFN miały za chwilę stoczyć pojedynek o finał Mundialu, przeszedł deszcz nawalny, czyniąc z piłkarskiej areny brodzik pełen wody. Dzisiaj instalacje drenażowe montowane pod płytą stadionu pozwalają na szybkie odprowadzenie nadmiaru wody z murawy, ale wówczas z powodzią, która nawiedziła stadion nie mogły sobie poradzić służby porządkowe oraz wezwani do pomocy strażacy. W pewnym momencie, komentator Jan Ciszewski oznajmił, że organizatorzy mistrzostw świata rozważają zmianę terminu meczu. Ostatecznie jednak, ze względu na napięty harmonogram Mundialu, zdecydowano o rozpoczęciu spotkania z trzydziestominutowym opóźnieniem. Nie była to decyzja korzystna dla Polaków, których gra oparta na szybkim rozgrywaniu piłki w środku pola i dynamicznych skrzydłach, na grząskim boisku traciła na jakości. Mimo wszystko, nasi zdominowali Niemców, zwłaszcza w pierwszych 45 minutach i jedynie fenomenalna dyspozycja niemieckiego bramkarza, pozwoliła gospodarzom zakończyć pierwszą odsłonę meczu z czystym kontem. W drugiej połowie Biało-Czerwoni musieli atakować na bardziej podmokłą stronę boiska, i gra się wyrównała. W 53 minucie, po kontrowersyjnym faulu Władysława Żmudy na Hölzenbeinie, sędzia podyktował rzut karny, a „Człowiek, który zatrzymał Anglię” jeszcze raz podczas tych mistrzostw miał okazję udowodnić, że jeśli statystycznie egzekutor „jedenastki” ma ok. 80% szans na pokonanie bramkarza, to w przypadku konfrontacji z Janem Tomaszewskim wskaźnik ten spada do zera. Uli Hoeness musiał mieć świadomość, z kim będzie się mierzył, bo ustawiając piłkę na jedenastym metrze przed bramką, grę nerwów z naszym golkiperem przegrał. Niemiecki napastnik uderzył niepewnie i mało precyzyjnie, ułatwiając Tomaszewskiemu skuteczną interwencje.
Kolejną obroną rzutu karnego na mistrzostwach świata polski bramkarz stawiał pieczęć na własnej legendzie, powodując jednocześnie wrażenie, że w tym meczu nie może nam się przytrafić już nic złego, że sprzyja nam fart, że jesteśmy zbyt mocni i za chwilę strzelimy zwycięską bramkę. Tymczasem, to Gerd Müller, w 76 minucie zdobył gola, który przesądził o triumfie Niemców. Rozpaczliwe ataki Polaków w ostatniej fazie spotkania — strzały Deyny, Gadochy i Kmiecika, nie przyniosły zmiany rezultatu, głównie za sprawą znakomitej dyspozycji bramkarza gospodarzy, Seppa Maiera.
Pojedynek godnych siebie reprezentacji, który przeszedł do historii futbolu jako „Mecz na wodzie”, zakończył się naszą pierwszą przegraną na mistrzostwach. Kiedy piłkarze schodzili z boiska, niebo jeszcze raz tamtego dnia zapłakało nad stadionem, tym razem również nad utraconą bezpowrotnie szansą awansu Biało-Czerwonych do wielkiego finału. Trudno nie zgodzić się z powszechnie wyrażaną opinią, że z przebiegu meczu Polacy nie zasłużyli na porażkę, a szanse na zwycięstwo mieliby znacznie większe, gdyby nie absencja kontuzjowanego w spotkaniu z Jugosławią Andrzeja Szarmacha i anormalne warunki gry;
— „…wszak na ściernisku nie gra się w bilard.” — jak komentowała jedna z gazet.
Kapitan reprezentacji Niemiec — Franz Beckenbauer — zapytany o mecz z Polską stwierdził: „W normalnych warunkach, nie mielibyśmy prawdopodobnie żadnych szans”.
Kilka lat temu — Paul Breitner — pomocnik reprezentacji RFN, udzielając wywiadu dla strony internetowej FIFA powiedział: „Pamiętam nasze najtrudniejsze spotkanie na Mundialu w 1974 r., które wprawdzie wygraliśmy, ale moim zdaniem z drużyną fundamentalnie lepszą od nas. Tak naprawdę to był najlepszy zespół całego turnieju, a i tak nie zdobył mistrzostwa. Mówię o Polsce. Mieli lepszą drużynę od Niemiec, Holandii, Brazylii i kogokolwiek innego”. Opinie wybitnych piłkarzy, choć warte odnotowania, stanowią jednak marne pocieszenie, skoro w finale zagrali Niemcy, a my pozostaliśmy już na zawsze z poczuciem niespełnienia, choć zaszliśmy tak daleko.
***
Gorycz porażki znosiliśmy z bratem przez trzy długie dni, które wyznaczały czas oczekiwania na kolejny piłkarski spektakl. Tym razem Biało-Czerwoni stanęli przed ekstremalnie trudnym zadaniem potwierdzenia swoich umiejętności w konfrontacji z wirtuozami futbolu, ciągle jeszcze urzędującymi mistrzami świata — Brazylią. To był mecz kończący nasz udział w Mundialu, tak zwany „Mały Finał”, którego rozstrzygnięcie miało ostatecznie wyznaczyć pozycję reprezentacji Polski w hierarchii światowego futbolu.
Pogoda po raz kolejny nie była dla nas łaskawa. W upalne sobotnie popołudnie — 6 lipca 1974 roku — na stadionie olimpijskim w Monachium termometry wskazywały temperaturę 36℃, co oznaczało, że warunki atmosferyczne będą sprzyjać piłkarzom z Ameryki Południowej. W początkowej fazie meczu polski zespół wyraźnie zdradzał oznaki zmęczenia wyczerpującym turniejem i tropikalną aurą, dzięki czemu Brazylijczycy uzyskali optyczną przewagę. Byliśmy jednak świetnie zorganizowani w środkowej strefie boiska i z upływem czasu stawialiśmy rywalom coraz trudniejsze warunki. Pierwsza połowa zakończyła się sprawiedliwym, bezbramkowym remisem, natomiast w drugiej części gry Canarinhos coraz bardziej zaznaczali swoją przewagę, kilkukrotnie stwarzając groźne sytuacje pod naszą bramką i tylko dzięki doskonałym interwencjom Tomaszewskiego utrzymywaliśmy czyste konto. Determinacja Brazylijczyków w ofensywie stawała się coraz większa, a to z kolei stwarzało okazje do szybkich kontrataków. Jeden z nich przeszedł do chwalebnej historii polskiego futbolu. Zaczęło się od Zygmunta Maszczyka, który w 77 minucie przejął niecelne podanie Marinho Chagas i natychmiast uruchomił na prawej flance najszybszego wówczas skrzydłowego świata i najskuteczniejszego strzelca turnieju, Grzegorza Latę. Grzesiu ruszył w swoim stylu niczym błyskawica, z gracją dzikiej pantery minął brazylijskiego obrońcę i strzelił po ziemi w lewy róg bramki — Gooooool!!! To jedno cudowne słowo, za którym kryje się kwintesencja futbolu, wykrzyczane w triumfalnym porywie serca, oznaczało, że prowadziliśmy z wielką Brazylią! W końcówce meczu mieliśmy jeszcze dwie doskonałe okazje do zwiększenia rozmiarów zwycięstwa, ale wynik ostatecznie nie uległ zmianie.
— „Polska trzecią drużyną świata!!” — wykrzyczał do mikrofonu sprawozdawca Jan Ciszewski i to był ten symboliczny moment, w którym zaciągnąłem dożywotni dług wdzięczności wobec reprezentacyjnej piłki… obciążony w późniejszym okresie lichwiarskimi odsetkami, które spłacam do dzisiaj.
***
Nazajutrz po zwycięstwie Polski nad Brazylią odbył się finał Mundialu, w którym wystąpiły reprezentacje RFN i Holandii. Zwyciężyli 2:1 Niemcy i to na nich spłynął splendor należny mistrzom świata, choć warto przytoczyć opinię, którą przed meczem podzielił się z dziennikarzami legendarny napastnik Realu Madryt — Alfredo Di Stefano: „Najbardziej korzystny dla futbolu byłby w finale pojedynek Holandii z Polską. Te dwie drużyny uważam za najlepsze. Reprezentują dwa odmienne style gry, różne rodzaje piłkarskiej sztuki. Inne zespoły nie wniosły ostatnio nic nowego do futbolu”.
Takie stwierdzenie prowokuje do przeanalizowania elementów, które ukształtowały nowatorski styl gry prezentowany wówczas przez polską drużynę. Bez wątpienia, w hierarchii ważności różnorodnych czynników, które złożyły się na historyczny sukces polskiej piłki, kluczowa była rola trenera Kazimierza Górskiego. Mówiło się, że miał szczęście do wyjątkowo zdolnego pokolenia piłkarzy i trudno się z tym nie zgodzić, ale jednocześnie natychmiast pojawia się refleksja, że sukces Biało-Czerwonych nie byłby możliwy bez myśli szkoleniowej „trenera tysiąclecia” i autorytetu jaki miał wśród zawodników. Największym talentem Pana Kazimierza było prawdopodobnie to, że umiał korzystać z zebranych przez lata doświadczeń, a czerpał wiedzę od najlepszych. Podglądał w szczególności Węgrów — najlepszą w latach pięćdziesiątych drużynę na świecie, pojechał w 1958 r. na Mundial do Szwecji, by na własne oczy obejrzeć triumf „brazyliany”, był także skrupulatnym obserwatorem mistrzostw świata w 1966 r. w Anglii, w których zwyciężyli gospodarze. To na bazie wniosków, jakie czerpał z tych obserwacji wykreował własną, polską myśl szkoleniową, która wprowadziła reprezentacje Polski do elity światowego piłkarstwa. Znamienne jest to, że Kazimierz Górski, korzystając z tego co było najlepsze w stylach gry Węgrów, Brazylijczyków i Anglików, nieco później, wszystkie te reprezentacje pokonał — Węgry w finale olimpijskim, Anglie w Chorzowie, a Brazylie na Mundialu w Niemczech. Polacy zachwycali ekspertów, zwłaszcza na mistrzostwach świata, nowoczesnym sposobem gry opartym o system 4-3-3, co pozwalało na atakowanie szóstką zawodników, wspieranych dodatkowo przez dwóch szybkich obrońców. Niemalże cała drużyna była absorbowana w ofensywie, podobnie było z grą defensywną, którą cechował wysoki pressing, czyli aktywna obrona już na połowie przeciwnika. Do tego dochodziła częsta wymienność funkcji, czyniąca zamęt w szeregach przeciwnika. Tak grali tylko Polacy i Holendrzy, dając początek nowemu stylowi gry, który nazwano futbolem totalnym.
Drugim pod względem ważności elementem decydującym o nieszablonowym i jednocześnie wyjątkowo skutecznym stylu gry polskiego zespołu, były najwyższe kwalifikacje zawodników, wykonawców założeń taktycznych trenera. Polska drużyna miała piłkarzy światowej klasy na każdej pozycji, a wśród nich postać szczególnie wybitną, doskonałego reżysera gry — Kazimierza Deynę.
— „Kazik był wielkim piłkarzem, takich indywidualności jak on w historii światowego futbolu było zaledwie kilka. Deyna był dla obserwatorów zawodnikiem kontrowersyjnym, ale dla nas, występujących z nim w jednej drużynie, był geniuszem. Nienaganna technika, fantastyczne przewidywanie sytuacji na boisku, niebywała umiejętność czytania gry, przewidywanie ustawienia kolegów i rywali na dwie, trzy akcje wcześniej. Zalety unikatowe, które czyniły go królem środka pola i mózgiem zespołu.” — wspominał po latach Włodzimierz Lubański.
***
Dorobek reprezentacji Polski na mistrzostwach świata w RFN, to nie tylko tytuł trzeciej drużyny globu. Biało-Czerwoni mieli w swoich szeregach króla strzelców — Grzegorza Latę, strzelili najwięcej bramek ze wszystkich ekip, pokonali Włochy i Brazylię — drużyny, które zagrały w wielkim finale poprzednich mistrzostw, Jan Tomaszewski jako pierwszy w historii MŚ obronił dwa rzuty karne — podyktowane w regulaminowym czasie gry, za najlepszych zawodników mistrzostw na swoich pozycjach zostali uznani Kazimierz Deyna i Robert Gadocha, a Władka Żmudę okrzyknięto największym talentem Mundialu.
Podsumowując wspomnienia fantastycznych zwycięstw i niezwykłych wzruszeń z przełomu czerwca i lipca 1974 roku, nie waham się stwierdzić — parafrazując naszego narodowego wieszcza — że kto nie dotknął magii futbolu ni razu, ten nigdy nie zaznał emocjonalnego spełnienia.
***
Czasy mieliśmy takie, że rządząca Polską czerwona „elita”, w trosce o socjalistyczną ideę równości, przejmowała wszelkie nagrody pieniężne przyznawane przez międzynarodowe federacje sportowe w uznaniu za osiągnięty wynik. Jawne złodziejstwo charakterystyczne dla każdej zdeprawowanej władzy, a tej spod znaku sierpa i młota w szczególności. Byłbym jednak nierzetelny, gdybym stwierdził, że nasi mistrzowie futbolu, po powrocie z Mundialu, nie otrzymali żadnej finansowej gratyfikacji. Każdy z piłkarzy dostał… trzy tysiące dolarów, podczas gdy trzecie miejsce na świecie warte było wówczas około 1,8 mln $. Jeśli doliczyć do tego diety — dwa dolary dziennie i dziesięć dolarów za wygrany mecz, to łatwo zrozumieć, dlaczego nasi zawodnicy nie wrócili z mistrzostw samochodami BMW, których zakup Niemcy proponowali z 50-procentową zniżką. Nie tylko piłkarze padli ofiarą lansowanego oficjalnie prymatu idei nad mamoną. Kazimierz Górski, który był ojcem największego sukcesu w powojennej historii polskiego sportu, do końca życia mieszkał w bloku, w skromnym mieszkaniu na trzecim piętrze i nawet schorowany, na inwalidzkim wózku, nie doczekał się godnego lokum. Świadomość tej smutnej prawdy niech będzie wyrzutem sumienia wszystkich rządów RP i kolejnych prezesów PZPN, zwłaszcza tych sprawujących władzę już w nowej, wolnej Polsce.
***
Po zakończeniu mistrzostw piłkarze wzięli udział w uroczystym bankiecie w monachijskim hotelu Hilton, gdzie Johan Cruyff, Franz Beckenbauer i Kazimierz Deyna odebrali nagrody dla najlepszych graczy Mundialu. Potem był już triumfalny powrót do kraju, rejestrowany przez popularną w owych czasach cotygodniową „Polską Kronikę Filmową” i odtwarzany przed projekcją filmów w kinach. Oglądałem tę emocjonującą relację, pełen uwielbienia dla swoich idoli kilkukrotnie, wykupując bilety na wszystkie dostępne seanse w ciągu tygodnia. Piłkarze jechali warszawskimi ulicami odkrytym autokarem, w tłumie entuzjastycznie wiwatujących kibiców. Tak to wspominał Lesław Ćmikiewicz: „Wsiedliśmy do tego autobusu. Jechaliśmy przez miasto. Naród przymuszany do tego, żeby w godzinach pracy witać z transparentami różne oficjalne delegacje partyjne, tym razem wyszedł na ulice spontanicznie. Nie zapomnę tego do końca życia. Ludzie rzucali kwiaty i jechaliśmy jak po dywanie. Coś niesamowitego!”.
Andrzej Strejlau (asystent trenera): “Myślę, że nawet władze państwowe nie przypuszczały, że ludzie ustawią się od Okęcia aż do samego hotelu Solec. Szpalery ludzi wzdłuż ulic! (…) To był szok. Dopiero wtedy zaczęło do nas docierać, co myśmy zrobili”.
Władysław Żmuda: „Do dziś mam ten obraz przed oczami: autobus, tłumy ludzi, a my w tych garniturkach jasnobrązowych, sraczkowatych takich, paskami pościskani, bo tyle przymiarek było, a tu spodnie za szerokie, za krótkie albo marynarka za duża”
Jan Tomaszewski: “Ja uciekłem do tyłu autokaru. Byłem tak wzruszony, że nie mogłem powstrzymać łez”.
Powitanie medalistów Mundialu odbyło się na miarę sukcesu, który osiągnęli. Polacy po raz pierwszy po wojnie spontanicznie wyszli na ulice, żeby zamanifestować radość, patriotyzm i dumę narodową — a to wszystko za sprawą futbolu. Już wtedy czułem, że rywalizacja na Mistrzostwach Świata nie sprowadza się wyłącznie do wymiaru czysto sportowego. Była i do dzisiaj pozostaje czymś znacznie więcej. Piłkarze, wychodząc na boisko, budzą ogromne emocje, oddziałując pośrednio na życie społeczne i polityczne, a poziom ich gry często utożsamiany jest z cechami reprezentowanego narodu.
***
We wrześniu 1975 awansowałem na trampkarza miejscowego klubu „Pogoń Wschowa”. Dzień, w którym po raz pierwszy wybiegłem na boisko w korko-trampkach, czerwonej koszulce, czarnych spodenkach i getrach, przeżyłem równie mocno jak wydarzenia, które tydzień później rozegrały się na Stadionie Śląskim, gdzie Biało-Czerwoni, w meczu eliminacyjnym do Mistrzostwa Europy, pokonali wicemistrzów świata — Holendrów. Nie można zamknąć ani w pełni docenić okresu największej chwały polskiej piłki, pomijając najlepsze 90 minut, jakie Narodowa Reprezentacja rozegrała w całej swojej dotychczasowej historii. Wspomnienie tamtego meczu jest ekscytujące i przede wszystkim barwne, bo po raz pierwszy miałem okazję obejrzeć transmisję telewizyjną w kolorze, w domu kolegi z drużyny, na którego wołaliśmy Simonsen, z uwagi na jego łudzące podobieństwo do legendarnego duńskiego napastnika — Allana Simonsena. Simonsen mieszkał na wsi i jednocześnie opływał w luksusy. Wielki dom, hektary upraw, w stodole kombajn i duży fiat, a w pokoju kolorowy telewizor. To było apogeum epoki gierkowskiej, podczas której nabyty za kredyt dostatek dawał złudne poczucie dobrobytu. W sklepach sprzedawano Pepsi-cole, Marlboro i Jeansy, a w telewizji oglądaliśmy amerykańskie westerny. Bal na Titanicu za pożyczone na zachodzie dewizy trwał, a przygrywała mu polska reprezentacja w piłce nożnej, odnosząc kolejne spektakularne sukcesy.
Holendrzy przylecieli do Polski w najmocniejszym składzie, z najlepszym piłkarzem świata — Johanem Cruyffem. 10 września 1975 roku, dokładnie w trzecią rocznicę olimpijskiego triumfu w Monachium, wychodzących z tunelu chorzowskiego giganta piłkarzy, powitał entuzjazm 90 tysięcy kibiców. Wreszcie, w bezpośredniej konfrontacji miały się zmierzyć drużyny, które czarowały nowatorskim stylem gry i przez wielu obserwatorów uznawane były za najlepsze na świecie. Po latach, analizując dzięki archiwalnym nagraniom tamten wielki mecz, trudno oprzeć się wrażeniu, że Polacy, którzy niespełna dwa lata wcześniej występowali na Wembley w roli Kopciuszka, rozpaczliwie broniąc dostępu do bramki, po mistrzostwach świata mentalnie nadrobili dystans do futbolowej elity. Byli medalistami Mundialu, w pełni świadomymi swoich nieprzeciętnych umiejętności, które budziły powszechny respekt. Nikt jednak nie spodziewał się, że Biało-Czerwoni zwyciężą wicemistrzów świata różnicą trzech bramek. Z doskonale zorganizowanymi, zwłaszcza w środku pola, Holendrami graliśmy uważnie w obronie i błyskawicznie wyprowadzaliśmy kontrataki. Tymczasem nasi przeciwnicy, pomimo optycznej przewagi, byli nieskuteczni w ataku i popełniali więcej błędów w defensywie, a na taki luksus nie można było sobie pozwolić, grając przeciwko królowi strzelców mistrzostw świata. Mijał pierwszy kwadrans meczu, kiedy Grzegorz Lato wykorzystał niedokładne zagranie obrońcy przed własnym polem karnym, przejął piłkę, obiegł bramkarza i było 1:0. Stadion eksplodował po raz drugi minutę przed końcem pierwszej połowy. Antoni Szymanowski, wznawiając grę z zrzutu wolnego, uruchomił wychodzącego na czystą pozycję Gadochę — najlepszego lewoskrzydłowego świata lat siedemdziesiątych, który finezyjnie umieścił piłkę w siatce.
Po przerwie trudno było nie dostrzec, jak bardzo Pomarańczowi są zmotywowani, żeby szybko odrobić straty, i kiedy wydawało się, że są bliscy zdobycia kontaktowej bramki, zostali skarceni po raz trzeci. Do dośrodkowania z rzutu rożnego wyskoczył Lato, ale nie sięgnął piłki, która spadła na nogę Andrzeja Szarmacha. 3:0!!! Stadion oszalał, a ja miałem wreszcie obok siebie kogoś, kto odbierał piłkarskie emocje na tych samych falach, co ja. Simonsen, rozjuszony trzecim dopalaczem zafundowanym przez Orłów Górskiego, wskoczył na stół i w entuzjastycznym amoku, targając rudą czuprynę, wykonał taniec zwycięstwa według własnej dzikiej aranżacji — klasyka dopingu! Zanim zdążyliśmy ochłonąć, Polacy przeprowadzili najpiękniejszą akcję meczu. Po krótkiej wymianie podań na małej przestrzeni, Henryk Kasperczak zagrał do Szarmacha, który zwieńczył dzieło czwartą bramką.
To był szok pomieszany z niedowierzaniem. Wielka Holandia na kolanach. Szalona radość mieszała się z refleksją: jak mógł się skończyć dla nas Mundial, gdyby nie feralny mecz na wodzie z Niemcami? Trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale to był czas, kiedy mieliśmy realne szanse na tytuł mistrzów świata.
Pod koniec meczu Holendrzy zasłużenie strzelili honorową bramkę, bo choć wynik na to nie wskazywał, to był wyrównany pojedynek dwóch klasowych, godnych siebie rywali, z których jeden miał tamtego dnia więcej argumentów w ataku i atut własnego boiska. Nie ujmując nic z czysto piłkarskiej jakości, jaką Polacy zaprezentowali w meczu z Holendrami, trzeba obiektywnie przyznać, że dwunastym zawodnikiem polskiej reprezentacji był doping zakochanych w futbolu Ślązaków, szczelnie wypełniających chorzowski stutysięcznik. Po kilku miesiącach Jan Tomaszewski spotkał się z Cruyffem przy okazji meczu drużyny „Reszty Świata” z Anderlechtem w Brukseli. Wielki Johan sam wrócił, w rozmowie z naszym bramkarzem, do chorzowskiego spotkania.
— „Wiesz, dlaczego tak wysoko przegraliśmy? W życiu grałem na wielu stadionach, ale takiego kotła jak na Stadionie Śląskim nigdy wcześniej nie przeżyłem. Ten tumult przygniótł nas do ziemi.” — próbował usprawiedliwiać się Cruyff.
***
Jechaliśmy do pobliskiej wioski na mecz trampkarzy ligi regionalnej. Koszulki świeżo wyprane, spodenki wyprasowane, trener w marynarce jak z żurnala, a na skraju boiska Ludowego Zespołu Sportowego z Wijewa — krowie placki. Pamiętam, że gówniany incydent mocno naszego coacha zagotował, bo estetą był z natury i porządek miał we krwi. Chyba miejscowe grajki musiały o tym wiedzieć, bo przerzuciły poślizgowe miny z boiska w pobliże ławki trenerskiej gości… Tak się kiedyś prowokowało przeciwnika.
Włodzimierz Lubański — geniusz niespełniony
To był kontrowersyjny werdykt. W plebiscycie tygodnika „Piłka Nożna” na najlepszego polskiego piłkarza ubiegłego stulecia, Lubański zajął dopiero trzecie miejsce. Zwyciężył Kazimierz Deyna przed Zbigniewem Bońkiem. Jeśli za kryterium klasy sportowej przyjmiemy wymierne sukcesy osiągane na arenie międzynarodowej, to trudno z wynikiem głosowania się nie zgodzić, jeśli jednak mielibyśmy oceniać jedynie walory czysto piłkarskie, wówczas zawsze obroni się teza, że nie mieliśmy w historii polskiej piłki nikogo na miarę talentu Włodzimierza Lubańskiego.
Po raz pierwszy w narodowej reprezentacji wystąpił w wieku… 16 lat — i… strzelił bramkę! Jako dwudziestolatek został pierwszym Polakiem, który uzyskał nominację w plebiscycie „France Football” na najlepszego piłkarza Europy, a w wieku 22 lat po raz czwarty z rzędu został królem strzelców polskiej ligi. To był facet, który miał wszelkie argumenty, żeby zostać globalną gwiazdą futbolu — doskonałą technikę, świetny start do piłki, drybling, szybkość, instynkt killera w polu karnym, nieprzeciętną inteligencję na boisku i poza nim, a to wszystko wzmocnione aparycją hollywoodzkiego amanta.
Lubański urodził się i wyrastał na Śląsku, gdzie kult piłki nożnej był równie silny jak etos pracy górnika. Pierwszym boiskiem małego Włodka był liczący 25 metrów kwadratowych salon w kamienicy, którą zamieszkiwał z rodzicami. Jego ojciec był kierownikiem jednego z oddziałów kopalni Sośnica i prezesem lokalnego klubu, więc syna stać było na luksus trenowania we własnym mieszkaniu. Lubański często w wywiadach podkreślał, że właśnie wtedy, odbijając piłkę o ściany własnego pokoju, nauczył się podstaw techniki.
Już jako nastoletni junior znajdował się na celowniku największych śląskich klubów. W jego mieszkaniu pojawiali się delegaci z Chorzowa, Bytomia i Sosnowca, jednak wszystkie misje kończyły się fiaskiem. Dopiero interwencja ministra górnictwa i jego rozmowa z ojcem nastolatka spowodowała, że młodziutki piłkarz trafił do Górnika Zabrze. Start do kariery miał znakomity. Bramki strzelał w swoim debiucie ligowym i reprezentacyjnym w wieku zaledwie 16 lat. Kapitanem drużyny narodowej był wówczas Stanisław Oślizło, który pozostając pod wrażeniem talentu młokosa celnie zauważył, że: „Kiedy Bóg rozdawał talenty, Włodek stanął w kolejce dwa razy”.
Wkrótce, za sprawą doskonałej gry Lubańskiego przyszły pierwsze spektakularne sukcesy Górnika Zabrze w europejskich pucharach. W 1968 roku zmierzający po kolejny triumf w Pucharze Europy Manchester United jedynej porażki doznał na Stadionie Śląskim, a zwycięską bramkę strzelił Lubański.
— „Nie było wątpliwości, że Górnik miał charakter, ale też fantastyczne umiejętności. Poza tym mieli Włodzimierza Lubańskiego, jednego z najlepszych napastników świata.” — tak wspominał tamten mecz Bobby Charlton.
Opinią o Lubańskim podzielił się również trener Manchesteru — legendarny Matt Busby: „Piłkarz, który potrafi wszystko. Chciałbym go mieć w drużynie, u boku Besta i Charltona”.
W 1970 roku Górnik Zabrze jako jedyny zespół w historii polskiego futbolu dotarł do finału europejskich rozgrywek. W zwycięskim półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów, w legendarnych bojach z AS Roma, Lubański zdobył trzy bramki. Wybitne umiejętności młodego polskiego napastnika, prezentowane na arenie międzynarodowej, przyciągały uwagę ekspertów i wkrótce zaowocowały zasłużonym uznaniem w Europie i na świecie. W 1971 roku Włodzimierz Lubański został powołany do reprezentacji gwiazd światowej piłki na pożegnalny mecz najlepszego wówczas bramkarza świata — Lwa Jaszyna, a rok później otrzymał zaproszenie do drużyny Europy, która w charytatywnej konfrontacji mierzyła się z Ameryką Południową. Nazajutrz po meczu prasa donosiła, że Lubański przyćmił europejskie gwiazdy, a grał z największymi tamtych czasów — w ofensywie partnerowali mu: Cruyff, Džajić oraz Amancio i Velázquez z Realu Madryt. Dwaj ostatni zachwyceni talentem Polaka, po powrocie do macierzystego klubu robili wszystko, żeby go ściągnąć do Realu. Wkrótce do Zabrza przybył menedżer z Madrytu. Na stole położył milion dolarów, co oznaczało, że Królewscy byli gotowi na jeden z najdroższych transferów w historii ówczesnego futbolu. Negocjacje trwały kilka dni, ale nie skruszyły „czerwonego betonu”. Ostateczna, negatywna dla Lubańskiego decyzja zapadła w Komitecie Centralnym PZPR. Zagłębiając się w realia lat 70, trudno nie dostrzec dramatu wybitnie utalentowanego piłkarza, któremu tzw. Żelazna Kurtyna — izolująca państwa komunistyczne od kontaktów z Zachodem i wpływów „zgniłego kapitalizmu” — nie pozwoliła zrealizować marzeń o grze w najlepszych klubach świata.
***
Od pierwszej klasy podstawówki uganiałem się za piłką. Być może dlatego, że wszyscy moi rówieśnicy robili to samo, a być może dlatego, że nie istniały jeszcze smartfony, komputery i inne wykrzywiające kręgosłup wynalazki. Były za to trzepaki, klepiska między blokami i jedno wspólne marzenie: każdy z nas chciał być w przyszłości Włodzimierzem Lubańskim i strzelać gole na największych stadionach świata. Z czasem okazało się, że piłeczka całkiem przyzwoicie klei się do nogi, a bieganie za nią przestaje być tylko zabawą, a zaczyna dawać prawdziwą satysfakcję. Każde udane przyjęcie, każdy celny strzał sprawiał, że z kopania w gałę czerpałem coraz większą przyjemność. Nikt nie liczył goli, nie prowadził statystyk — liczyło się tylko to, żeby grać jak najdłużej. To były czasy, kiedy po szkole nikt nie wracał od razu do domu. Zdejmowaliśmy granatowe mundurki z białymi kołnierzykami, rzucaliśmy tornistry w kąt i pędziliśmy na boisko albo podwórko. Spoceni, brudni od kurzu, w zadyszanej, beztroskiej pogoni za piłką odnajdywaliśmy dziecięcą radość.
***
Gdybym miał wyznaczyć początek mojej fascynacji futbolem i grą drużyny narodowej, to byłaby to zwiastująca nadzieję wiosna 1971 roku, kiedy Kazimierz Górski po raz pierwszy poprowadził w roli trenera reprezentację Polski. W meczu inaugurującym nową epokę w polskim futbolu wygraliśmy ze Szwajcarią 4:2. A potem… było już tylko lepiej. To był czas, kiedy wyjątkowo zdolne pokolenie piłkarzy, z genialnym Lubańskim w roli lidera, miało szczęście trafić na takiego fachowca jakim był Kazimierz Górski. Z tego mariażu musiał zrodzić się sukces. Już rok później, po pokonaniu w kwalifikacjach Hiszpanii i Bułgarii, pojechaliśmy na Igrzyska Olimpijskie. Pamiętam ten wrzesień doskonale. Rozpoczynał się rok szkolny, ale dzięki olimpiadzie pozostawałem w wakacyjnym nastroju. Rozpoczęliśmy od wysokich wygranych z Kolumbią 5:1 i Ghaną 4:0. Potem był trudny, ale zwycięski mecz z NRD 2:1, po którym pojawił się kryzys w zremisowanym 1:1 spotkaniu z Danią. Każde kolejne zwycięstwo potęgowało emocje, jednak te najsilniejsze — i wcale niezwiązane ze sportem — pojawiły się w dniu, w którym mieliśmy rozegrać decydujący o awansie do finału mecz z ZSRR. Był to pamiętny 5 września, kiedy grupa palestyńskich bojowników wtargnęła do wioski olimpijskiej w Monachium i przeprowadziła zamach terrorystyczny w budynku zamieszkiwanym przez izraelskich sportowców. Wskutek ataku terrorystów i nieudanej akcji odwetowej policji zginęło łącznie jedenastu izraelskich olimpijczyków, pięciu terrorystów i jeden niemiecki policjant. Tragedia na taką skalę mogła zakończyć igrzyska. Włodzimierz Lubański tak wspominał tamte ponure wydarzenia: „Pojechaliśmy na mecz ze Związkiem Radzieckim, nie wiedząc, czy olimpiada nie zostanie przerwana. Na rozgrzewkę wychodziliśmy trzykrotnie. Kiedy w końcu podjęto decyzję: <<The games must go on>>, poczuliśmy ulgę”.
Prowadzenie w 29 minucie objęli uważani za faworytów Rosjanie, ale końcówka należała do Orłów Górskiego. Wykorzystany w 80 minucie karny, po faulu na Lubańskim, a potem koronkowa akcja naszego kapitana z Szołtysikiem dały nam wygraną — kluczową, w walce o awans do finału.
W kolejnym meczu dopełniliśmy formalności, pokonując 5:0 Maroko i przyszedł czas na wielki finał z reprezentacją Węgier.
Madziarom, z szacunku dla ich chwalebnej piłkarskiej przeszłości, należy poświęcić chwilę uwagi. Za początek złotej ery węgierskiego futbolu przyjmuje się mecz rozegrany w Warszawie w 1950 roku, przegrany przez Polskę 2:5. Potem Węgrzy zwyciężali w kolejnych 32 spotkaniach, wygrywając po drodze turniej olimpijski w Helsinkach. Najbardziej dotkliwie dominację Węgrów na kontynencie odczuli dumni Anglicy, którzy jako pierwsi spisali reguły gry w piłkę nożną, arbitralnie uznając swój kraj za ojczyznę futbolu. Tymczasem w 1953 roku, w spotkaniu na Wembley, które okrzyknięto „meczem stulecia”, Wyspiarze, którzy nigdy dotąd nie przegrali u siebie z drużyną z Europy, ulegli Węgrom 3:6. Po meczu zostali przez media i brytyjską opinię publiczną sponiewierani równie dotkliwie, jak przez Węgrów na boisku. Upokorzeni „Synowie Albionu” nie mieli wyjścia — natychmiast zażądali rewanżu. Nie musieli długo czekać. Wkrótce nad Dunajem zostali rozgromieni ponownie. Wynik 7:1 prasa uznała za najniższy wymiar kary, snując jednocześnie rozważania wokół przyczyn tak spektakularnej dominacji małego kraju nad resztą piłkarskiego świata. Z pewnością decydujące znaczenie miał niekonwencjonalny styl Węgrów — wymienność zawodników, a nawet całych formacji miejscami na boisku, przesuwanie pomocników do defensywy, a napastników do strefy rozgrywania piłki, podczas gdy w ich miejsce ruszali obrońcy, zmiana tempa gry oraz obrona i atak całym zespołem — to był awangardowy system gry, który rozrywał szyki obronne przeciwnika. Podczas Mistrzostw Świata rozgrywanych w Szwajcarii w 1954 roku „Złota Jedenastka” Gusztáva Sebesa, zgodnie z oczekiwaniami, już w pierwszym meczu zademonstrowała nieosiągalny dla nikogo poziom gry, strzelając Koreańczykom dziewięć bramek. Kolejne efektowne zwycięstwo z Niemcami 8:3 i lekcje futbolu udzielone Brazylii 4:2 oraz ówczesnym mistrzom świata Urugwajczykom 4:2 przybliżały Madziarów do upragnionego tytułu. Tymczasem w finale stało się coś, co do dziś uchodzi za najbardziej szokujące rozstrzygnięcie w historii MŚ. Węgrzy sensacyjnie przegrali 2:3 z Niemcami, których kilka dni wcześniej zdeklasowali w fazie pucharowej, i z którymi w finale już po 8 minutach prowadzili 2:0. Do dzisiaj spekuluje się na temat przyczyn nadzwyczajnej dyspozycji niemieckich zawodników w finale szwajcarskiego mundialu. Spośród wielu teorii spiskowych wyjaśniających „cud w Bernie” jedna wydaje się szczególnie interesująca. Otóż w 2013 roku opublikowano raport naukowy o farmakologicznym wspomaganiu w RFN, z którego wynika, że niemieccy piłkarze już w latach 50 stosowali metamfetaminę. Szokujące? Niekoniecznie, zważywszy, że badania antydopingowe w futbolu wprowadzono dopiero w 1966 roku.
Mimo kolejnych 18 wygranych meczów z rzędu, porażkę z Niemcami w finale Mundialu uważa się za koniec „złotej epoki” węgierskiej piłki, która pozostawiła po sobie wspomnienie tak wybitnych piłkarzy, jak Ferenc Puskás i Sándor Kocsis oraz stała się zalążkiem nowoczesnego myślenia o futbolu.
Na szczęście dla polskiego piłkarstwa, rewolucyjnym na owe czasy nowinkom taktycznym przyglądał się z uwagą młody, perspektywiczny trener — Kazimierz Górski, czerpiąc garściami z węgierskiej myśli szkoleniowej i wykorzystując ją później skutecznie w roli selekcjonera drużyny narodowej.
***
Przeszliśmy trudną, zwycięską drogę do finału, graliśmy rewelacyjnie i mieliśmy Lubańskiego, ale faworytami do olimpijskiego złota byli Węgrzy — obrońcy tytułu z Meksyku, z którymi w historii powojennych kontaktów poprzedzających igrzyska w 1972 roku, zremisowaliśmy tylko raz, ponosząc 17 dotkliwych porażek.
Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem zgodnym z przedmeczowymi prognozami. Wprawdzie konfrontację z utytułowanym przeciwnikiem rozpoczęliśmy bez respektu, mieliśmy nawet optyczną przewagę, ale to Węgrzy pierwsi znaleźli drogę do bramki i do przerwy przegrywaliśmy 0:1. W szatni Kazimierz Górski uspokajał: „Gramy to samo w drugiej połowie. Cierpliwości. Jesteśmy od nich lepsi. Wygramy!”. To najwyraźniej wystarczyło, żeby Biało-Czerwoni już w drugiej minucie po powrocie na boisko wyrównali stan meczu. Rozpoczął Lubański, który ściągnął na siebie trzech Węgrów i zagrał precyzyjnie do Szołtysika, ten uruchomił Deynę, który wykończył akcję dwoma dryblingami i precyzyjnym strzałem w dolny róg bramki doprowadził do remisu. To był przełomowy moment i mocny impuls do kolejnych ataków, z których jeden okazał się decydujący dla losów meczu. W 68 minucie, grający w defensywie Zygmunt Anczok, zachował się jak rasowy napastnik. Szarżując lewym skrzydłem, zagrał do Maszczyka, który posłał górną piłkę w pole karne, a tam już czekali najlepsi fachowcy od wykańczania takich akcji — Lubański i Deyna. Pierwszy z nich ściągnął na siebie dwóch Węgrów, a drugi wpakował piłkę do siatki!
Można sobie wyobrazić co się wówczas działo w polskich domach. To była erupcja euforii, którą wspominam ze wzruszeniem i pielęgnuje w pamięci do dziś. Wtedy chyba po raz pierwszy w dziecięcej świadomości zrodziło się tak ważne w życiu poczucie tożsamości i narodowej dumy.
Warto odnotować, że kluczowa dla przebiegu meczu akcja, z wprowadzeniem — Zygmunta Anczoka — szybkiego obrońcy w pole karne przeciwnika, była kwintesencją nowoczesnego stylu gry opartego na uniwersalności zawodników. Ten system z wiadomym skutkiem stosowała wcześniej „Złota Jedenastka” Gusztáva Sebesa, którą przez lata skrzętnie podglądał Kazimierz Górski. Nie mógł jeszcze wtedy wiedzieć, że w meczu o najwyższą stawkę pokona Węgrów ich własną bronią.
Do końca meczu wynik nie uległ zmianie, choć Polacy mieli jeszcze kilka okazji by powiększyć rozmiary wygranej. Po ostatnim gwizdku sędziego legenda mikrofonu, Jan Ciszewski, potwierdził to, w co nie wszyscy potrafili uwierzyć: „Koniec, proszę państwa! Koniec meczu! Proszę państwa, no mój Boże, no co ja mam państwu powiedzieć, no? Dwadzieścia lat czekałem na taki moment. Ponad 50 lat czekało polskie piłkarstwo!”.
Jeśli słusznie twierdzi się, że każda wielka drużyna potrzebuje mitu założycielskiego, to bez wątpienia złota generacja polskiej piłki zrodziła się podczas igrzysk w Monachium. To był turniej, który zapoczątkował dekadę największych sukcesów w historii futbolu nad Wisłą, a w sercu dziewięciolatka zaszczepił nieprzemijającą miłość do futbolu.
***
Uwielbiany przez kibiców i ceniony przez ekspertów Lubański, po raz kolejny w 1973 roku został nominowany do „Złotej Piłki”. Miał wówczas 26 lat i dopiero wchodził w najlepszy wiek dla piłkarza. Ponadto czas i okoliczności zdawały się sprzyjać rozwojowi błyskotliwej kariery. Zbliżały się Mistrzostwa Świata, najlepsza okazja do promocji własnego talentu, a polski napastnik miał wszelkie argumenty, by podczas mundialu w RFN indywidualnie oraz z reprezentacją wspiąć się na piłkarski Olimp. Los bywa jednak okrutny i lubi wystawiać człowieka na próbę właśnie wtedy, kiedy wydaje się, że koło fortuny pewnie zmierza do upragnionego celu. Ani to dobre, ani złe. Po prostu takie jest życie. W pamiętnym meczu z Anglią w ramach eliminacji do MŚ’74, wygranym sensacyjnie przez Polskę, Włodzimierz Lubański w 47 min. strzelił fantastyczną bramkę na 2:0, ustalając wynik spotkania i czyniąc tę chwilę, jak sam później wspominał, jedną z najpiękniejszych w swoim życiu, a 7 minut później został sfaulowany przez Roya McFarlanda, odnosząc kontuzję więzadła krzyżowego — najgorszą, jaka może spotkać piłkarza. To był przełomowy, tragiczny moment w karierze „złotego dziecka” polskiego futbolu, potwierdzający słuszność tezy o cienkiej granicy, jaka dzieli fortunę od fatum. W warunkach ówczesnej medycyny sportowej powrót Lubańskiego do zdrowia, okupiony morderczą pracą, trwał dwa lata. Potem był kolejny żmudny okres poszukiwania dawnej formy i wreszcie powrót do reprezentacji po czterdziestu miesiącach.
***
Tradycyjnie, w dniu poprzedzającym Święto Pracy, w „mięsnym” pojawiły się wędliny, a w „spożywczym” kubańskie cytryny i pomarańcze, które w PRL-u były rarytasem. Nazajutrz, 1 maja 1977 roku, lud pracujący miast i wsi, studenci i uczniowie, starzy i młodzi beneficjenci socjalistycznego dobrobytu — wszyscy wyruszyliśmy w corocznym, wyreżyserowanym spektaklu poparcia dla komunistycznych władz.
Pochód pierwszomajowy zatrzymał się w okolicach miejskiego stadionu, gdzie obok kącika piwnego melomana i stoiska z kaszanką, zaparkował nasz klubowy wehikuł. W zdezelowanym „Żuku” pełniącym funkcję mobilnej szatni, część chłopaków już zdążyła się przebrać. Doskoczyłem do nich żwawo, uwalniając się od nadętej atmosfery i zwartego szyku ideologicznej manifestacji. Zdjąłem harcerski mundurek, pod którym skrywałem piłkarski strój, z brezentowego chlebaka wyjąłem korko-trampki i byłem gotów do rozegrania swojego pierwszego meczu w „juniorach młodszych” lokalnego klubu. Tamten dzień wspominam z sentymentem nie tylko za przyczyną upragnionego debiutu w drużynie juniorów. Po ostatnim gwizdku sędziego, bezpośrednio z boiska, zamiast do szatni, gnałem resztkami sił do domu, żeby zdążyć na 15.30 i nie przeoczyć ani chwili z wydarzenia, na które czekałem ponad trzy lata. Mecz z Duńczykami w ramach eliminacji do mistrzostw świata w Argentynie zaplanowano na nietypową godzinę, ale okoliczność również była wyjątkowa: Włodzimierz Lubański wracał do reprezentacji!
Nowy selekcjoner kadry i gorliwy adorator władzy ludowej — Jacek Gmoch, przed wylotem do Kopenhagi obiecał klasie robotniczej prezent z okazji Święta Pracy i słowa dotrzymał. Cóż jednak byłoby ono warte, gdyby nie geniusz Lubańskiego, który wracając na boisko po ciężkiej kontuzji i długiej przerwie, strzelił Duńczykom na ich terenie dwie bramki, zapewniając Biało-Czerwonym zwycięstwo 2:1, bez którego nie byłoby awansu na argentyński Mundial. Czy można sobie wyobrazić bardziej spektakularny powrót do wielkiej piłki!?
Lubański, oprócz ogromnego talentu piłkarskiego miał jeszcze jedną umiejętność, którą warto przywołać, wspominając konfrontację z Danią — tym razem rewanżową, na Stadionie Śląskim, wygraną przez Polaków 4:1. Potrafił zyskać uznanie i szacunek kibiców nawet wówczas, kiedy w stuprocentowej, wydawałoby się, sytuacji… bramki nie zdobył. Okoliczności tego wydarzenia opisuje fragment rozmowy przeprowadzonej z Włodzimierzem Lubańskim przez dziennikarza Bogdana Rymanowskiego;
— W decydującym momencie zamiast walczyć o piłkę z duńskim bramkarzem, który wypuścił piłkę z rąk Pan przeskoczył nad jego głową. Nie wiem, ilu piłkarzy zrobiłoby to samo. Miał Pan w tyle głowy własną kontuzję?
— Nie. To był raczej wewnętrzny nakaz: Nie idę do końca, bo to się może źle skończyć. Nigdy nie wyznawałem zasady „sukces za wszelką cenę”.
Najlepszy polski napastnik był nie tylko czarodziejem piłki, ale również wielkim dżentelmenem futbolu, który w odróżnieniu od obserwowanej powszechnie na boisku barbarzyńskiej agresji, ponad wszystko szanował zdrowie przeciwnika. W 1978 roku sportowy świat docenił „nieskuteczność” Włodzimierza Lubańskiego przyznając mu w Paryżu prestiżową nagrodę Fair Play UNESCO.
***
Gdyby przekorny los wykazywał większą powściągliwość w kreowaniu niefortunnych zdarzeń, a życie nie wymykało się spod nadzoru ludzkich pragnień, to pewnie podczas Mundialu w Ameryce Południowej na nowo rozkwitałby piłkarski geniusz niezłomnego piłkarza znad Wisły. Tymczasem MŚ w Argentynie niespodziewanie zakończyły efektowną i pełną dramaturgii karierę reprezentacyjną Włodzimierza Lubańskiego w okolicznościach wielce kontrowersyjnych, do których powrócę w kolejnym rozdziale.
Po powrocie z mistrzostw świata Lubański kontynuował karierę w belgijskim S.C. Lokeren, dla którego strzelił 97 bramek, co zapewniło mu miano największej ikony w dziejach klubu. Wkrótce miało się okazać, że wielka popularność, jaką cieszył się w Belgii, może mieć również gorzki smak i w konsekwencji prowadzić do zdarzeń o dramatycznym przebiegu.
***
W grudniowy wieczór 1978 roku, w belgijskiej posiadłości Lubańskiego, rozdzwonił się głuchy telefon.
— Lubański? Lubański?
— tak, słucham, kto mówi? — w ten sposób napastnicy upewnili się, że piłkarz jest w domu. Wkrótce pojawili się pod sprawdzonym adresem i zadzwonili do drzwi, które otworzył 40-letni mężczyzna w okularach, w niczym nieprzypominający sławnego piłkarza. Na miejscu spodziewanej przez bandytów ofiary pojawił się czeski trener, który miesiąc wcześniej wynajął lokum zamieszkiwane uprzednio przez Lubańskiego, a ten, przeprowadzając się pod inny adres, pozostał przy starym numerze telefonu. Ten szczęśliwy zbieg okoliczności wprowadził w błąd zamachowców, a Lubańskiemu prawdopodobnie uratował życie. Nie podejrzewający niczego czeski szkoleniowiec zastał w progu dwóch podejrzanych typów, zdziwionych jego widokiem.
— Lubański? — zapytał jeden z nich, a drugi wyjął pistolet, na co błyskawicznie zareagował gospodarz domu, zatrzaskując z hukiem drzwi. Zanim jednak zdążył od nich odskoczyć, padło pięć strzałów, z których jeden zranił go w rękę. Zdezorientowani zamachowcy zbiegli w popłochu, zachodząc w głowę, jak mogli się tak pomylić. Nazajutrz czołówki największych gazet donosiły o terrorystycznym zamachu na gwiazdę polskiego i belgijskiego futbolu. Zbrodniczy incydent wywołał medialną burzę, a policja niezwłocznie nadała sprawie priorytet, rozpoczynając zakrojone na szeroką skalę śledztwo. Wkrótce do belgijskich mediów dotarł list, w którym niejaki Werner Van Steen — ekstremista Zakonu Bojowników Flamandzkich — przyznał się do próby uprowadzenia Lubańskiego, znajdując w tym jedyną szansę na uwolnienie z więzienia swojego przyjaciela, z którym wpadł w Polsce na przemycie narkotyków. Wernerowi udało się opuścić areszt za kaucją, tymczasem jego towarzysz nadal odsiadywał wieloletni wyrok. Autor listu groził, że ponowi próbę porwania, wobec czego przyznano Lubańskiemu i jego rodzinie osobistą ochronę. Postawiona na nogi belgijska policja ustaliła wkrótce tożsamość drugiego ze sprawców i od tego momentu wydarzenia potoczyły się szybko. Przytłoczeni skalą i rozmachem pościgu ekstremiści, 26 grudnia dobrowolnie oddali się w ręce prokuratury. W ten sposób afera znalazła swój szczęśliwy finał, a Włodzimierz Lubański mieszka w Belgii i pozostaje żywą legendą do dzisiaj.
***
Od początku grałem w klubie jako lewoskrzydłowy pomocnik, ale nawyki wyniesione z podwórka i szkolnego boiska powodowały, że ciągnęło mnie do przodu. Trener to widział i za brak dyscypliny taktycznej często zbierałem reprymendy. W końcu jednak zostałem przesunięty do ataku i wreszcie mogłem się cieszyć pierwszą strzeloną bramką — dośrodkowanie z rzutu wolnego przyjął na klatę Simonsen i piętą przedłużył podanie w pole karne. Killer już tam czekał. Huknąłem w prawy górny róg. Brama!! Ach, jak ta piłeczka cudownie zatrzepotała w siatce. Ha, ha! Pisząc to, ponownie jestem na tamtym wiejskim boisku i z młodzieńczym entuzjazmem wspominam dziką satysfakcję, jaką wówczas odczuwałem. Futbol! Nawet ten grany na murawach podziurawionych kretowiskami potrafi dostarczyć niezapomnianych emocji.
***
24 września 1980 roku, na Stadionie Śląskim w Chorzowie, Włodzimierz Lubański rozegrał ostatni, pożegnalny mecz w drużynie narodowej. Przeciwnikami reprezentacji Polski byli Czechosłowacy — mistrzowie Europy z 1976 roku. W 40 minucie zremisowanego 1:1 pojedynku, Lubański upadł na kolana z uniesionymi do góry rękami. W ten sposób świętował swoją 48 bramkę w 75 meczu z orłem na piersi. Pełna chwały, ale jednocześnie w dużej mierze niespełniona kariera reprezentacyjna Włodzimierza Lubańskiego dobiegła końca. Warto o niej wspominać, bo opowiada historię wybitnego sportowca i człowieka wielkiej pokory, który po upadku nie utyskiwał nad losem, tylko wytrwale się z nim zmagał. Poza tym dysponował rzadką cechą reprezentowania wielkiej klasy na boisku i poza nim, czym budził powszechny respekt.
— „Włodek miał osobowość” — wspominał Grzegorz Lato,
— „Dla nas wszystkich to był Pan Piłkarz. Wchodził do szatni i wszyscy patrzyli na niego z wielkim szacunkiem”.
Historia nie lubi gdybania, ale w przypadku Włodzimierza Lubańskiego warto pokusić się o prognozę rezultatów jego kariery, gdyby nie feralna kontuzja z 1973 roku. W okresie, kiedy mozolnie walczył o powrót na boisko, reprezentacja Polski 48-krotnie rozgrywała oficjalne mecze międzypaństwowe. Jeśli do tego doliczymy dwuletnią absencję w kadrze po mundialu w Argentynie, to Robert Lewandowski mógłby mieć problemy z wyprzedzeniem Lubańskiego, nie tylko pod względem liczby występów w narodowych barwach, ale również z zajęciem pozycji lidera w klasyfikacji najlepszych strzelców reprezentacji. Jeśli bowiem porównamy skuteczność obu zawodników, to okaże się, że fenomenalny Lewandowski w 163 meczach trafiał do siatki 88 razy (wg stanu na 31.12.2025), co pozwoliło statystykom odnotować przy jego nazwisku znakomitą średnią 0,54 gola na mecz. Jednak w tej konfrontacji Lubański, ze swoją snajperską skutecznością w kadrze na poziomie 0,64 bramki, jest zdecydowanie lepszy. Dla porównania skali talentu najlepszych polskich piłkarzy w historii, warto zauważyć, że w tym samym wieku, w którym Lubański strzelał swoją pierwszą bramkę dla reprezentacji, Robert Lewandowski rozpoczynał grę w czwartoligowej Delcie Warszawa, a Zbigniew Boniek był rezerwowym drugoligowej Zawiszy Bydgoszcz. Zestawienie tych faktów pozwala łatwiej zrozumieć gorycz zawodnika, który dysponując tak ogromnym potencjałem, został pozbawiony możliwości rozwijania swojej kariery w Realu Madryt, występu w legendarnym meczu na Wembley, Mistrzostwach Świata w 1974 roku, kwalifikacjach do mistrzostw Europy w 1976 roku oraz turnieju olimpijskim w Montrealu.
Czy z Lubańskim w składzie wygralibyśmy Mundial w Niemczech? Odpowiedź na to pytanie zna autor artykułu pod znamiennym tytułem: „Jak McFarland odebrał Polakom mistrzostwo świata”, twierdząc, że: „Gdyby polski snajper zagrał w Mundialu, Polacy zdobyliby złoto”.
Wracając do plebiscytów — za najbardziej obiektywny uznałbym ten z 2018 roku, przeprowadzony przez serwis eurosport.pl, w którym za najlepszego polskiego piłkarza wszechczasów uznano Włodzimierza Lubańskiego — sportowca i człowieka wielkiego formatu, wirtuoza futbolu sześciokrotnie nominowanego do Złotej Piłki. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że jeszcze kiedyś doczekamy się zawodnika na miarę jego talentu i osobowości; chłopaka, który podobnie jak Włodek, w wieku szesnastu lat zadebiutuje w drużynie narodowej. Dziś brzmi to jak odległa fantazja, ale dopóki piłka w grze…
Wielki Johan
Trudno sformułować obiektywne kryteria, które pozwoliłyby jednoznacznie wskazać najlepszego piłkarza w historii futbolu. Pele, Cruyff, Maradona, Messi — każdy z nich budował swoją legendę w innej epoce, w oparciu o inne style gry i wizje futbolu, a przede wszystkim w skrajnie różnych okolicznościach, zważywszy na poziom zaawansowania technologii treningowych i medycznych. Nie może być jednak wątpliwości w kwestii wyboru postaci, która po zakończeniu wybitnej kariery sportowej, z takim samym powodzeniem kontynuowała mariaż z piłką w roli coacha, mentora i wizjonera, wyznaczającego trendy rozwoju myśli szkoleniowej i taktycznej.
Johan Cruyff — nikt tak jak on, w mojej ocenie, nie zasłużył na miano największego arystokraty i jednocześnie buntownika futbolu, nie tylko z powodu finezyjnego i zuchwałego stylu gry, jaki prezentował na boisku, ale głównie za sprawą wyznawanej i doskonalonej przez siebie nowatorskiej, niezwykle skutecznej filozofii nauczania piłkarskiego rzemiosła, która wyniosła najpopularniejszą dyscyplinę sportu daleko poza utarte schematy. Czy mówienie o piłce nożnej w kategoriach filozoficznych jest w ogóle uprawnione? Przecież to nieskomplikowana gra, podczas której przez 90 minut dwudziestu dwóch facetów ściga piłkę. W istocie jednak futbol to zawiła szarada, w której intelekt wygrywa z siłą mięśni. Wybitni piłkarze grali mózgiem — Cruyff, Beckenbauer, Lubański, Platini, Boniek, Zidane, Lewandowski, genialni rozgrywający — Iniesta, Xavi, Pirlo, Lahm, Modrić — oglądając tych piłkarzy, odnosiło się wrażenie, że myśl jest szybsza od piłki. Cruyff powtarzał, że „Piłka to prosta gra, ale granie prostej piłki jest nieprawdopodobnie trudne”.
***
Zazwyczaj, zanim zrodzi się coś wielkiego, spotykają się ze sobą sprzyjające okoliczności i wybitni fachowcy, którzy wzajemnie uzupełniając się wytwarzają nową, lepszą jakość. Czy w latach 60 doszłoby do rewolucji w muzyce rozrywkowej, gdyby John Lennon nie poznał podczas szkolnej uroczystości Paula McCartneya? Czy w kraju nad Wisłą spektakularne kariery Zenka Martyniuka i „Dody” Rabczewskiej byłyby możliwe, gdyby ich talent nie spotkał się z wyrafinowanym gustem mas? Czy wreszcie sukcesy wyjątkowo uzdolnionego pokolenia polskich piłkarzy w latach 70 byłyby możliwe bez Kazimierza Górskiego?
Nie byłoby również legendy wielkiego Johana bez największego w historii wizjonera piłki, Rinusa Michelsa, z którym nastoletni zawodnik spotkał się po raz pierwszy w 1965 roku w Ajaxie Amsterdam. Michels był twórcą awangardowej na owe czasy strategii przemieszczania się podczas meczu poszczególnych zawodników i całych formacji, co skutecznie rujnowało szyki przeciwnika. Do realizacji swoich nowatorskich założeń taktycznych potrzebował zdolnych wykonawców, a Cruyff, jak nikt inny, doskonale rozumiał jego filozofię gry, w pełni się z nią utożsamiał i co najważniejsze potrafił ją przenieść na boisko.
Michels w swoim postępowym myśleniu o futbolu czerpał ze stylu gry Węgrów z lat 50, którzy jako pierwsi stosowali wymienność pozycji między pomocnikami i napastnikami. On jednak poszedł dalej i zniósł sztywne podziały na formacje, wprowadzając do piłkarskiego słownika pojęcie futbolu totalnego — rewolucyjnego systemu, w którym każdy z piłkarzy na boisku miał zarówno bronić jak i uczestniczyć w akcjach ofensywnych. Do tego potrzebny był nieustanny pressing, wymagający żelaznej kondycji, nieosiągalnej we wcześniejszych powojennych latach dla wątłego, źle odżywionego pokolenia piłkarzy. Stało się to możliwe dopiero w latach 60, które zlikwidowały, przynajmniej na Zachodzie, wszelkie niedostatki i przyniosły znaczący postęp w metodach treningowych i medycynie sportowej.
***
Historia Cruyffa zaczyna się według schematu, który znamy z wielu innych piłkarskich życiorysów. Dorastał w ubogiej mieszczańskiej rodzinie, której doskwierała mizeria powojennej egzystencji. W wieku dwunastu lat mocno przeżył śmierć ojca, z którym łączyła go głęboka więź. Skazany na przyspieszone dorastanie mały Johan, dwa lata później, znalazł pracę w Ajaxie Amsterdam, w którym zatrudniona była w charakterze sprzątaczki jego matka. Pomagał pracownikowi odpowiedzialnemu za utrzymanie murawy stadionu, a w wolnych chwilach nie rozstawał się z piłką. Nie był już anonimowy — w wieku dziesięciu lat jego talent dostrzegli skauci Ajaxu. Pomimo filigranowej budowy ciała, „chudy” — jak nazywali go koledzy, nadrabiał fizyczne niedoskonałości niebywałą koordynacją ruchową i techniką. Po latach wspominając juniorskie czasy, z irytacją komentował współczesne metody selekcjonowania talentów;
— „Czuję się fatalnie, gdy widzę, że dzisiaj talenty są odrzucane na podstawie komputerowych analiz. Bazując na kryteriach, które teraz stosuje Ajax, zostałbym odrzucony. Kiedy miałem piętnaście lat, nie mogłem kopnąć piłki dalej niż na 15 metrów lewą nogą i może 20 prawą. Jednak miałem technikę, spryt i wizje gry, zalety niedostrzegalne przez komputer”.
W latach 80, kiedy był już niekwestionowanym autorytetem w zakresie piłkarskiego szkolenia, zreformował w Holandii i Barcelonie system pracy z młodzieżą w sposób umożliwiający skuteczny start do profesjonalnego futbolu tak szczupłym i niskim zawodnikom, jak Guardiola, Iniesta, Xavi i Messi. Można tylko sobie wyobrazić, o ile lat wcześniej rozwinęłaby się kariera wątłego, „chudego jak tyczka” juniora Lewandowskiego, gdyby na początku swojej przygody z piłką został objęty równie fachową opieką.
W 1964 roku siedemnastoletni Cruyff w debiucie ligowym strzelił swoją pierwszą bramkę dla Ajaxu, sezon jednak zmierzał ku końcowi i ostatecznie drużyna z Amsterdamu nie uniknęła blamażu, ocierając się o degradację z Eredivisie. W kolejnej ligowej odsłonie młody Johan grał już w każdym meczu, w pełni ujawniając skale swojego talentu. Pomimo znikomego doświadczenia imponował dojrzałością taktyczną, znakomitym przeglądem pola gry oraz szybkością i dryblingiem. Strzelając 25 bramek w 23 meczach, poprowadził Ajax do mistrzostwa, zwracając na siebie uwagę selekcjonera reprezentacji Holandii.
Cruyff był wybitnie zdolny, co potwierdził w swoim pierwszym występie w drużynie narodowej, strzelając Węgrom bramkę i jednocześnie chorobliwie ambitny, co powodowało, że z trudem znosił porażki, reagując na najmniejsze niepowodzenia niekontrolowaną agresją. Już w drugim meczu w kadrze przeciwko Czechosłowacji, poirytowany skutecznymi interwencjami obrońców, rzucił się na jednego z nich z pięściami, za co został ukarany przez sędziego usunięciem z boiska. Tym samym zapisał się w historii holenderskiej piłki, jako pierwszy reprezentant kraju, który otrzymał czerwoną kartkę. Jego niechlubne zachowanie wobec cudów, jakie wyczyniał na boisku, szybko poszło w niepamięć. W wieku 20 lat strzelił 6 goli w jednym meczu, prowokując po latach pechowego bramkarza Gerrita Vooysa do szczerej refleksji, która wiele mówi o wielkości Cruyffa;
— „Gdyby to był ktoś inny przeżyłbym to strasznie, ale jeśli chodzi o Johana poczytuje to sobie za szczególny, choć negatywny zaszczyt”.
Spośród wielu elementów piłkarskiego rzemiosła, które bezczelnie utalentowany Holender opanował do perfekcji, najwyżej ceniono jego zadziwiającą zdolność do przewidywania ruchu przeciwnika na boisku i szybkiego podejmowania decyzji pod presją, co czyniło go nie tylko wybitnym piłkarzem, ale również mózgiem każdego zespołu, w którym grał. Sam tę nadzwyczajną umiejętność tłumaczył doświadczeniem wyniesionym z baseballa. Trzeba bowiem przypomnieć, że nastoletni Johan, zanim trafił do profesjonalnej piłki, grał na pozycji łapacza w reprezentacji Holandii.
— „Grając w baseball nauczyłem się, że trzeba wiedzieć, gdzie rzucić piłkę, zanim się ją dostanie, co oznaczało, że zmuszony byłem uświadamiać sobie co dzieje się dookoła mnie i przewidywać pozycję każdego zawodnika jeszcze przed rzutem. — wspominał po latach Cruyff — Żaden trener piłkarski nigdy mi nie powiedział, że muszę wiedzieć, gdzie podam piłkę zanim ją dostanę. Ale później, kiedy grałem zawodowo, w instynktowny sposób wykorzystywałem lekcje z baseballa”.
W 1971 roku Ajax Amsterdam zwyciężył w finale pucharu Europy, a Johan Cruyff po raz pierwszy otrzymał Złotą Piłkę. W kolejnych dwóch sezonach Ajax zapisał się w historii futbolu serią bezprecedensowych sukcesów, wygrywając wszelkie możliwe w klubowej piłce rozgrywki — mistrzostwo i puchar kraju oraz tytuł króla strzelców dla Cruyffa, Puchar Europy, Superpuchar Europy UEFA oraz Puchar Interkontynentalny.
Cruyff od najmłodszych lat znał swoją wartość, a ona rosła z każdym kolejnym sukcesem, wynosząc ego piłkarza na poziom zagłuszający szlachetną cnotę pokory. Latający Holender, jak nazywano niezwykle szybkiego Johana, nigdy do przesadnie skromnych nie należał. Często powtarzał: „Zanim zrobię błąd, to błędu nie robię”. To był ten rodzaj przekonanego do własnych racji lidera, zarówno na boisku i później na ławce trenerskiej, który wymagał bezwzględnego podporządkowania, za którym albo idziesz w ciemno, albo zostajesz z niczym.