ROZDZIAŁ 1: Człowiek znikąd
Naczelnik gminy, towarzysz Kowalski, przetarł zmęczone oczy. W gabinecie śmierdziało mokrą wełną, tanim tytoniem i wilgocią, która właziła w ściany każdego budynku w tym przeklętym, poniemieckim miasteczku. Za oknem to samo co zawsze — błoto po kostki i niebo w kolorze brudnej ścierki.
— Niech wejdzie — mruknął do sekretarki, spodziewając się kolejnego rolnika z pretensjami o brak nawozu albo kogoś błagającego o przydział węgla.
Ale kiedy drzwi się otworzyły, powietrze w pokoju zgęstniało.
Mężczyzna, który wszedł do środka, musiał się schylić, żeby nie zahaczyć głową o futrynę. Był ogromny. Nie gruby — potężny. Jego ramiona opinał skórzany kożuch, jakiego Kowalski nie widział nawet w Pewexie. Biła od niego dziwna aura — mieszanka siły fizycznej i absolutnego, nienaturalnego spokojnu.
— Dzień dobry — powiedział przybysz. Jego głos był niski, dudniący, ale ciepły. — Nazywam się Wiktor. Słyszałem, że macie tu ziemię, której nikt nie chce.
Kowalski wyprostował się w fotelu. Odruchowo poprawił krawat. — Ziemię? Mamy same nieużytki i ruiny, obywatelu. Ten dworek pod lasem? Tam nawet dach nie istnieje. To kupa gruzu.
Wiktor uśmiechnął się lekko. To nie był uśmiech kpiący. To był uśmiech kogoś, kto widzi złoto tam, gdzie inni widzą gówno. Usiadł naprzeciwko biurka, nie czekając na zaproszenie. Wyjął z kieszeni paczkę Marlboro. Czerwoną. Położył ją na blacie, a obok ciężką, złotą zapalniczkę.
— Nie szukam pałacu, panie naczelniku — powiedział, patrząc urzędnikowi prosto w oczy. — Szukam miejsca, które potrzebuje uzdrowienia. Tak jak ten kraj.
Kowalski gapił się na papierosy. W sklepie nie było nawet „Sportów”. — Uzdrowienia? — powtórzył głupio. — Ziemia tutaj jest chora. Ludzie są zmęczeni. Widzę to po panu. Ma pan problemy z kręgosłupem, prawda? Odcinek lędźwiowy. I wrzody żołądka. Stres.
Naczelnik zesztywniał. Skąd ten obcy mógł to wiedzieć? — A co to ma do… — Wszystko — przerwał mu Wiktor łagodnie. Przesunął paczkę papierosów w stronę urzędnika. — Chcę kupić ten dworek i przyległe hektary. Za dolary. Gotówką. Chcę stworzyć tu gospodarstwo eksperymentalne. Ekologia. Zdrowa żywność. Praca dla miejscowych.
Słowo „dolary” zadziałało jak zaklęcie. W 1985 roku dolar był kluczem do każdego zamka. — Za dewizy… — Kowalski przełknął ślinę. Sięgnął po papierosa drżącą ręką. — To będzie wymagało wielu pozwoleń. Wojewoda, sanepid… to skomplikowane.
Wiktor pochylił się nad biurkiem. Jego oczy były jasne, przeszywające. Przez chwilę Kowalski miał wrażenie, że ten człowiek nie tylko siedzi w jego biurze, ale siedzi w jego głowie. Że rozumie jego ból, jego strach o posadę, jego beznadziejne życie w szarym bloku.
— Panie Kowalski — powiedział Wiktor cicho. — Pan załatwi papiery. A ja załatwię, żeby w tej gminie wreszcie coś wyrosło. I żeby pana przestało boleć. Pomożemy sobie. Jesteśmy tu po to, żeby budować nowy świat na gruzach starego, prawda?
Wiktor położył dłoń na blacie. Była wielka jak bochen chleba. — Proszę to wziąć — wskazał na papierosy, a potem dyskretnie wsunął pod nie gruby plik banknotów z wizerunkiem Jerzego Waszyngtona. — Na poczet opłat administracyjnych.
Kowalski poczuł ciepło rozlewające się w żołądku. To nie była tylko chciwość. To była ulga. Ktoś przyszedł i wziął sprawy w swoje ręce. Ktoś silny.
— Zrobię, co się da — wyszeptał naczelnik, odpalając zachodniego papierosa. Dym pachniał wolnością.
Wiktor wstał. W małym gabinecie znów zrobiło się ciasno. — Nie, panie naczelniku. Zrobimy to razem.
Kiedy wyszedł, Kowalski jeszcze długo patrzył na drzwi. Ból w plecach, który męczył go od miesięcy, dziwnym trafem nagle zelżał.
ROZDZIAŁ 2: Fundamenty i Cienie
Miejscowi nazywali to miejsce „Trupiarnią”. Poniemiecki pałac, z którego Armia Czerwona ukradła nawet klamki, a resztę rozszabrowali chłopi na cegły do obór. Przez czterdzieści lat hulał tam wiatr. Aż do teraz.
Ciężarówki z materiałami budowlanymi zaczęły zjeżdżać, gdy tylko zelżały mrozy. Cement, deski, nowe okna. Rzeczy, o które ludzie w mieście zabijali się w kolejkach, tutaj po prostu wjeżdżały przez bramę.
Kierował tym Sven.
Jeśli Wiktor był głosem i twarzą, Sven był mózgiem i pięścią. Wysoki, chudy blondyn o bladej cerze i oczach, które nigdy nie mrugały wystarczająco często. Mówił po polsku z dziwnym, twardym akcentem — może niemieckim, może skandynawskim. Nikt nie wiedział. Miejscowi szeptali, że to jakiś uciekinier z Zachodu, może szpieg. Ale płacił.
— Tu ma być mur — rzucił Sven do majstra, wskazując na linię drzew. — Wysoki na dwa i pół metra. — Panie, po co mur? — zdziwił się majster, ocierając pot z czoła. — Tu nikt nie kradnie, a wilki tak wysoko nie skaczą. — To nie jest mur przeciwko wilkom — odparł Sven beznamiętnie. — To mur dla ciszy. Wiktor potrzebuje ciszy do pracy z energią. Żadnych gapiów.
Budowa szła w tempie ekspresowym. Wiktor rzadko wychodził do robotników. Czasami pojawiał się na tarasie, w tym swoim wielkim kożuchu, i patrzył na pracujących ludzi jak pasterz na stado. Kiedy schodził na dół, częstował ich jedzeniem, jakiego nie widzieli na oczy. Szynka konserwowa z USA, prawdziwa kawa, czekolada.
— Jedzcie — mówił, kładąc dłoń na ramieniu najchudszego pomocnika murarza. — Człowiek nie może budować nowego świata na pusty żołądek.
Chłopak, Janek, miał dziewiętnaście lat i twarz zniszczoną przez trądzik i biedę. Spojrzał na Wiktora jak na boga. — Dziękuję, panie kierowniku. — Nie jestem kierownikiem, Janek — Wiktor uśmiechnął się, a w jego oczach zapalił się ten dziwny blask. — Jestem przyjacielem. Widzę, że masz talent do drewna. Ten płot, który naprawiłeś… dobra robota. — Ojciec mówi, że do niczego się nie nadaję — mruknął chłopak. — Twój ojciec jest ślepy. Zostań po robocie. Porozmawiamy.
Tego wieczoru Janek nie wrócił do domu we wsi. Został w dworku. Był pierwszym.
Dwa tygodnie później mur był gotowy. Oddzielał dworek od wsi grubą warstwą cegły. Ale brama była otwarta dla wybranych. W niedzielę, tuż po mszy, pod dworek zajechała czarna Wołga. Wysiadł z niej Komendant Milicji Wojewódzkiej z żoną, która ledwo powłóczyła nogami. Reumatyzm, mówili we wsi.
Sven otworzył im bramę, nie kłaniając się. Wołga zniknęła za murem.
Kiedy wyjechali po trzech godzinach, żona Komendanta nie szła o własnych siłach — ona płynęła. Uśmiechała się do drzew. A Komendant? Komendant wyglądał na zrelaksowanego, jakby właśnie wrócił z wakacji w Bułgarii, a nie z wizyty w ruinie. Jego oczy były lekko przekrwione, ale błyszczące.
— Co oni tam robią? — pytała sklepowa, obserwując kurz za samochodem. — Nie wiem — odparł stary, bezzębny chłop stojący pod sklepem z winem marki wino. — Ale Janek mówił, że tam w środku pachnie… inaczej. Jak w kościele, ale weselej.
Plotka poszła w ruch. „Uzdrowiciel”. „Cudotwórca z Ameryki”. Ludzie zaczęli podchodzić pod mur, nasłuchując. Czasami słyszeli śpiew. Czasami dziwny, rytmiczny dźwięk bębnów. A czasami, gdy wiatr zawiał od strony szklarni, czuli zapach palonych ziół. Słodki, gryzący, obcy zapach, od którego kręciło się w głowie.
Wiktor stał w oknie na piętrze i patrzył na gromadzących się pod bramą ludzi. — Są głodni, Sven — powiedział cicho. Sven stanął za nim, trzymając teczkę z dokumentami. — Są słabi. Szukają pana. — Nie pana — poprawił go Wiktor. — Pasterza. Otwórz bramę dla tych dwóch kobiet, które stoją tam od rana. Wyglądają na bogate wdowy. Resztę odeślij. Niech czekają. Czekanie wzmaga apetyt.
ROZDZIAŁ 3: Wieczernik Władzy
Na zewnątrz siąpił deszcz, zmieniając wiejską drogę w błotniste koryto, ale w środku dworku panował inny klimat. Inny świat.
W kominku trzaskało suche drewno. Na podłodze leżały grube, perskie dywany (przywiezione nielegalnie z Berlina przez Svena), a zamiast ostrych żarówek, pokój oświetlały setki świec. Było duszno, ciepło i… cicho.
Goście siedzieli na niskich pufach. Było ich czterech. Elita województwa. Prokurator Rejonowy — otyły mężczyzna o czerwonej twarzy, który zazwyczaj krzyczał na podwładnych. Dyrektor Szpitala — chudy, nerwowy, z drżącymi rękami chirurga. Komendant Milicji — ten sam, którego żona „cudownie ozdrowiała”. I lokalny I Sekretarz Partii — człowiek, który teoretycznie trząsł całym powiatem.
Teraz jednak wszyscy wyglądali na zagubionych. Patrzyli na Wiktora.
Wiktor siedział w fotelu, który przypominał tron. Miał na sobie luźną, lnianą szatę. Wyglądał jak prorok ze starego obrazu. — Jesteście zmęczeni — powiedział cicho. To nie było pytanie. — Dźwigacie na barkach losy tego kraju. System was wyciska. Wasze serca biją za szybko.
Prokurator poluzował krawat. — Czasy są ciężkie, panie Wiktorze. Warszawa naciska, wskaźniki, przestępczość… Człowiek nie ma jak odpocząć. Wódka już nie pomaga, tylko łeb rano pęka.
Wiktor kiwnął głową ze zrozumieniem. — Alkohol to trucizna dla mas. Otępia. Wy nie potrzebujecie otępienia. Potrzebujecie… otwarcia.
Na ten znak z cienia wyłonił się Sven. Wniósł na srebrnej tacy (część zastawy ocalałej z przedwojennego majątku) rzeźbioną, drewnianą fajkę. Nie śmierdziała tytoniem. Pachniała ziemią, szałwią i czymś słodkim, co świdrowało w nosie.
— To prastara mieszanka — skłamał gładko Wiktor. — Indianie z Arizony używali jej, by rozmawiać z duchami przodków. To nie jest narkotyk, panowie. To lekarstwo na duszę. Dar Matki Ziemi.
Komendant zawahał się. — Ale to… to jest legalne? Wiktor zaśmiał się ciepło, ojcowsko. — Prawo dotyczy ludzi, którzy nie rozumieją natury. Czy zioło, które rośnie na łące, może być nielegalne? Poza tym… kto tutaj stanowi prawo, jeśli nie wy?
To trafiło w ich próżność. Prokurator pierwszy wyciągnął rękę. — Raz kozie śmierć. Na ten stres…
Sven podpalił fajkę. Dym był gęsty, błękitny. Prokurator zaciągnął się, zakaszlał, a potem jego ciało zwiotczało. Podał fajkę dalej. Obiegła krąg w milczeniu.
Po dziesięciu minutach atmosfera w pokoju zmieniła się całkowicie. Nerwowy Dyrektor Szpitala chichotał, patrząc w płomień świecy. Sekretarz Partii leżał na dywanie, patrząc w sufit z błogim uśmiechem.
— Czuję… jakbym latał — wyszeptał Komendant. — Bo zrzuciłeś ciężar — powiedział Wiktor, podchodząc do nich. Nie palił. Jego umysł był trzeźwy jak brzytwa. — Powiedz mi, co cię najbardziej ciąży? Wyrzuć to z siebie. Tu jesteś bezpieczny. Tu nikt cię nie ocenia.
Mieszanka była mocna. Wiktor hodował odmianę o wysokim stężeniu THC, a Sven dorzucił do niej trochę bielunia. To rozwiązywało języki lepiej niż litr wódki.
I zaczęli mówić.
— Ta dziewczyna z recepcji… — wybełkotał Dyrektor Szpitala. — Zaszła w ciążę. Musiałem… musiałem to załatwić w karcie. Żeby żona się nie dowiedziała. — To nic — szeptał Wiktor, kładąc mu rękę na czole. — Jesteś tylko człowiekiem. Miłość nie jest grzechem.
Sven stał w kącie, w cieniu regału z książkami. Nie notował. Nie musiał. W regale, między tomami encyklopedii, ukryty był mały, zachodni dyktafon, który kręcił się cicho, nagrywając każde słowo.
— A ja… — odezwał się Prokurator, patrząc na Wiktora zamglonym wzrokiem. — Ja wziąłem te pieniądze od dyrektora cukrowni. Umorzyłem sprawę o manko. Musiałem, buduję dom dla córki… Boję się, Wiktorze. Że to wyjdzie.
— Nie bój się — Wiktor uścisnął jego dłoń. Uścisk był żelazny. — Jesteśmy rodziną. A rodzina chroni swoje sekrety. Jesteś teraz pod moją opieką. Moja energia cię osłania.
Prokurator rozpłakał się ze wzruszenia. Czuł się oczyszczony. Wyrzucił z siebie brud, a ten święty człowiek go nie potępił. Przytulił dłoń Wiktora do policzka.
— Dziękuję, Mistrzu — wyszeptał. Po raz pierwszy padło to słowo.
Wiktor spojrzał na Svena ponad głowami naćpanych dygnitarzy. Jego twarz była kamienna, ale w oczach miał triumf. Mieli ich. Mieli dyrektora, prokuratora i milicję. Teraz dworek w Wilkach był nietykalny. Mogli zacząć prawdziwą budowę.
— Sven — rzucił cicho Wiktor. — Przynieś wina. I zawołaj dziewczyny. Niech panowie poczują się jak w raju.
Drzwi otworzyły się i weszły trzy młode członkinie sekty, ubrane w białe, zwiewne sukienki. Miały po osiemnaście lat i wzrok wpatrzony w Wiktora. Zrobiłyby dla niego wszystko. Nawet to.
Tej nocy przypieczętowano pakt, który miał trwać przez całą dekadę.
ROZDZIAŁ 4: Ogród Milczenia
Lato tego roku było upalne. Gospodarstwo Wiktora tętniło życiem. Na polach pracowało już ponad czterdzieści osób — młodzi ludzie, którzy uciekli z miast, szukając „prawdy”, i starsi, którzy szukali zdrowia. Wszyscy byli chudzi, opaleni i uśmiechnięci tym samym, przyklejonym uśmiechem.
Oficjalnie: Wspólnota Odnowy Biologicznej „Arkadia”. Nieoficjalnie: Obóz pracy, w którym walutą było słowo Wiktora.
W piwnicy dworku, tam gdzie kiedyś przechowywano wino, teraz urządzono „Izbę Narodzin”. Ściany wyłożono białymi prześcieradłami, żeby zakryć pleśń. Powietrze było ciężkie od zapachu kadzideł, które miały zagłuszyć inny zapach — krwi i potu.
Na materacu leżała Ewa. Miała dwadzieścia lat. Była córką profesora z Krakowa, która przyjechała tu na wakacje dwa lata temu i nigdy nie wróciła. Teraz krzyczała z bólu, ściskając rękę „siostry”, która asystowała przy porodzie.
— Cicho… — syknął Wiktor, stojąc w cieniu. — Ból to iluzja. Ból to opór twojego ego. Puść go.
— Boli! Wiktor, błagam, szpital… coś jest nie tak! — Ewa zanosiła się płaczem. Krwawiła zbyt mocno.
Wiktor nie ruszył się z miejsca. — Szpital to śmierć. Tam zatrują dziecko chemią i systemem. Tu jest bezpieczne. Matka Ziemia wie, co robić.
Nie wiedziała.
Poród trwał czternaście godzin. Kiedy dziecko w końcu wyszło na świat, Ewa była blada jak ściana. Dziecko nie płakało. Było sine, ale żyło. Mały chłopiec. Ewa uniosła głowę ostatkiem sił. — Pokaż… — szepnęła. Jej oczy uciekły w głąb czaszki. Dostała krwotoku, którego nikt tutaj nie potrafił zatrzymać, bo nikt nie był lekarzem. Wiktor zakazał medycyny.
Ewa zmarła trzy minuty po urodzeniu syna.
W piwnicy zapadła cisza. Tylko wentylator buczał rytmicznie. Siostra-akuszerka płakała cicho w kącie.
Wiktor podszedł do materaca. Wziął noworodka na ręce. Chłopiec był silny, mimo sinizny. Otworzył oczy — były czarne, głębokie, dziwnie skupione jak na niemowlę. — Ona odeszła — powiedział Wiktor beznamiętnie, patrząc na ciało Ewy. — Jej zadanie zostało wykonane. Była naczyniem. Naczynie pękło, ale treść ocalała.
Drzwi otworzyły się i wszedł Sven. Miał na sobie gumowe buty i rękawice. Wiedział, co się stało, zanim cokolwiek powiedziano. To nie był pierwszy raz, choć pierwszy raz poszło tak źle.
— Co z nią? — zapytał krótko, wskazując na Ewę. — Wróci do obiegu materii — odparł Wiktor. Podał dziecko akuszerce. — Umyj go. Nakarm mlekiem od kozy, jeśli żadna z kobiet nie ma pokarmu. I pamiętaj: on nie ma imienia.
Sven podszedł do ciała kobiety. Zawinął je sprawnie w zakrwawione prześcieradło. — A co z papierami? Ojciec wciąż jej szuka. Przysyła listy. — Odpiszemy mu — rzucił Wiktor, wychodząc z piwnicy. — Że Ewa doznała oświecenia i wyjechała do Indii, do aszramu. Że prosi, by jej nie szukać. Uwierzy. Ludzie chcą wierzyć, że ich dzieci są szczęśliwe, a nie martwe.
Tej nocy w sadzie za dworkiem wykopano dół. Sad był dumą Wiktora. Jabłonie, grusze, śliwy — wszystko rosło tu bujniej niż gdziekolwiek indziej. Miejscowi mówili, że Wiktor ma „rękę do ziemi”. Nie wiedzieli, co tę ziemię użyźnia.
Sven zakopał ciało Ewy głęboko. Na wierzchu posadził młode drzewko orzecha. — Rośnij — mruknął, udeptując ziemię.
A w dworku, w pokoju bez okien, leżał chłopiec. Nie został zgłoszony w gminie. Nie miał aktu urodzenia. Nie miał numeru PESEL. Dla państwa polskiego Ewa zaginęła, a to dziecko nigdy się nie wydarzyło.
Wiktor stanął nad kołyską. — Jesteś czystą kartą — szepnął do śpiącego niemowlęcia. — Nie należysz do systemu. Nie należysz do Polski. Należysz do mnie. Jesteś Cieniem.
Chłopiec poruszył się przez sen. To był Kain. Idealny żołnierz, który właśnie zaczął swój trening. Przez pierwsze sześć lat życia nie zobaczy nieba. Jego światem będzie dworek, biblią słowa Wiktora, a ojcem — surowa dyscyplina Svena.
Kiedy prokurator i komendant przyjeżdżali na kolejne imprezy, chwalili jabłka z sadu Wiktora. — Wyśmienite — mówił prokurator, gryząc soczysty owoc. — Co pan im daje, panie Wiktorze, że są takie czerwone? — Miłość — odpowiadał Wiktor z uśmiechem. — Tylko bezwarunkową miłość i poświęcenie.
ROZDZIAŁ 5: Dzieci Nowej Ery
Brama dworku nie była już zardzewiała. Była kuta, ozdobna, z wielkim symbolem słońca splecionego z atomem — nowym logiem sekty. Na podjeździe nie stały już tylko Nysy i Wołgi, ale Mercedesy na berlińskich blachach i Land Rover na numerach z Holandii.
Polska lat 90. zachłysnęła się wolnością, a Wiktor sprzedawał jej najbardziej ekskluzywną wersję.
W ogrodzie siedziała grupa około dwudziestu osób. Było kolorowo. Długie włosy, lniame szaty, gitary. Słychać było mieszankę języków: niemiecki, angielski, łamany polski. — Tutaj energia jest inna — mówił Hans, chudy Niemiec z Monachium, który sprzedał firmę informatyczną, by szukać sensu życia. — Czysta. Pierwotna. — Wiktor mówi, że ziemia tutaj to czakra Europy — dodała Brenda, Amerykanka po czterdziestce, uciekinierka z korporacyjnego Nowego Jorku.
Patrzyli na Wiktora jak na objawienie. Wiktor zmienił styl. Zamiast kożucha nosił teraz białe garnitury szyte na miarę. Wyglądał jak skrzyżowanie hippisa z bankierem. — Witajcie w domu — mówił do nich płynnym angielskim (nauczył się go błyskawicznie, miał talent do języków i manipulacji). — Zachód dał wam pieniądze, ale zabrał duszę. Ja wam ją oddam.
Ale ceną nie były tylko marki i dolary. Ceną było posłuszeństwo.
Z boku, w cieniu wielkiego orzecha (tego, pod którym leżała Ewa), stał mały chłopiec. Miał sześć lat. Był drobny, ale żylasty. Miał czarne włosy i bladą cerę. Nie bawił się piłką. Nie biegał. Stał na baczność, obserwując grupę.
To był Kain. Nikt z gości nie wiedział, że chłopiec nie ma nazwiska. Że dla świata nie istnieje. Myśleli, że to syn któregoś z ogrodników.
Obok chłopca stał Sven. Nadal chudy, ale teraz nosił przy pasie krótkofalówkę i pistolet w kaburze pod marynarką. Oficjalnie: szef ochrony. Nieoficjalnie: treser.
— Widzisz ich? — zapytał Sven cicho, po polsku. — Widzę — odpowiedział sześciolatek. Głos miał wyprany z emocji. — Co widzisz? — Owce — powiedział Kain. — Przyszły, żeby je ostrzyc. — Dobrze.
W tym momencie przez dziurę w płocie na teren posesji wbiegł pies. Bezpański kundel, brudny, wesoły, machający ogonem. Podbiegł do grupy medytujących obcokrajowców. Brenda pisnęła z zachwytu. — Oh, look! A doggy! — wyciągnęła rękę. Pies zaczął ją lizać po twarzy. Grupa się rozprężyła. Zaczęli się śmiać, głaskać zwierzę. Harmonia rytuału została zakłócona przez chaos życia.
Wiktor przestał się uśmiechać. Jego autorytet opierał się na absolutnej kontroli, a ten kundel właśnie ukradł mu show. Spojrzał w stronę orzecha. Wystarczyło jedno skinienie głowy w stronę Svena.
Sven kucnął przy Kainie. — To test — szepnął. — Ten pies to chaos. Zakłóca Mistrzowi pracę. Wprowadza brud. Co robimy z chwastami w ogrodzie? — Wyrywamy — odpowiedział chłopiec. — Masz to zrobić. Czysto. Szybko. Bez wahania. Sven podał chłopcu kawałek mocnego sznurka z pętlą.
Kain ruszył w stronę grupy. Wyglądał niewinnie. Mały chłopiec idący do pieska. — Come here, little boy! — zawołała Brenda. — Chcesz pogłaskać?
Kain nie odpowiedział. Podszedł do psa. Zwierzę, ufne, zaczęło merdać ogonem i obwąchiwać jego rękę. W ułamku sekundy Kain zarzucił pętlę na szyję psa. Ruch był precyzyjny, wyćwiczony na workach z piaskiem. Zacisnął sznur i pociągnął z nienaturalną dla dziecka siłą, wykorzystując dźwignię swojego ciała.
Pies nie zdążył nawet szczeknąć. Tylko zdławiony wizg. Brenda krzyknęła. Hans zerwał się na równe nogi. — What are you doing?! Stop! — wrzasnął Niemiec.
Ale Kain nie puścił. Jego twarz była kamienna. Patrzył psu w oczy, dopóki drgawki nie ustały. Trwało to może minutę. Dla gości to była wieczność. Pies zwiotczał. Martwy.
Kain wstał, otrzepał kolana i spojrzał na przerażonych dorosłych. W jego oczach nie było sadyzmu. Była… praca. Obowiązek. — Porządek przywrócony — powiedział cicho.
Brenda zaczęła szlochać. Hans wyglądał, jakby miał zwymiotować. — To potwór! To dziecko to potwór! — krzyczała jakaś Francuzka. — Wynosimy się stąd!
Wtedy wkroczył Wiktor. Nie krzyczał. Podszedł do Kaina i położył mu rękę na głowie, jakby błogosławił. Potem spojrzał na gości z głębokim, smutnym spokojem.
— Dlaczego płaczecie nad ciałem, które jest tylko ubraniem dla duszy? — zapytał łagodnie. — Ten pies był chory. Cierpiał. Widziałem to w jego aurze. Mój mały uczeń… on ma dar widzenia śmierci. Uwolnił go.
— Uwolnił? On go udusił! — protestował Hans, ale już mniej pewnie. — Śmierć jest aktem miłosierdzia — kontynuował Wiktor, hipnotyzując ich głosem. — Wy z Zachodu boicie się śmierci, dlatego jesteście niewolnikami. Tutaj uczymy się patrzeć prawdzie w oczy. Ten chłopiec jest czystszy od was. On nie czuje nienawiści. On wykonał konieczność.
Wiktor podszedł do Brendy, ujął jej twarz w dłonie i starł łzy kciukami. — Czy chcesz wyjść, bo zobaczyłaś prawdę? Czy zostaniesz i nauczysz się być tak silna jak to dziecko?
Zapadła cisza. Patrzyli na martwego psa, na kamienną twarz sześciolatka i na „świetlistego” Wiktora. To był moment łamania. Gdyby wyszli teraz, byliby wolni. Ale Wiktor właśnie sprawił, że poczuli się winni swojej „słabości”.
— Zostanę — szepnął Hans. — Chcę zrozumieć.
Kain nie czekał na koniec tej sceny. Na znak Svena złapał psa za tylne łapy i pociągnął go w stronę sadu, by zakopać go tam, gdzie leżeli inni.
Sven uśmiechnął się po raz pierwszy od lat. Stworzyli broń doskonałą. Dziecko bez sumienia.
ROZDZIAŁ 6: Wilki w Owczarni
— To nie jest kradzież — powiedział Wiktor, patrząc w oczy trzem mężczyznom ubranym na czarno. Byli w jego gabinecie. — Pieniądze w rękach ludzi systemu to martwa energia. Blokują przepływ. My tylko… uwalniamy te zasoby, by służyły wyższemu celowi. Rozumiecie?
Piotr, „apostoł” zwerbowany w poprawczaku, kiwnął głową z fanatycznym błyskiem w oku. — Odbieramy co nasze, Mistrzu. — Dokładnie. A teraz idźcie. Cień otworzy wam drogę.
„Cień” siedział już w bagażniku starego Jeepa Cherokee. Kain miał teraz dziewięć lat. Był drobny, ubrany w ciemny dres. Nie bał się. Dla niego włamanie było jak gra logiczna.
Celem była willa Juliana K. — słynnego reżysera, który wrócił z Hollywood do Polski i wybudował sobie „szklany dom” nad jeziorem. Reżyser był w Cannes. Dom miał stać pusty. W sejfie, według informacji od skorumpowanego ochroniarza (który leczył się u Wiktora na depresję), miało być pół miliona dolarów w gotówce i biżuteria żony.
Dojechali na miejsce. Las szumiał. Sven, który dowodził akcją, zgasił silnik. — Młody, wiesz co robić.
Kain wyskoczył z auta bezszelestnie. Podbiegł do wysokiego muru. Wspiął się po nim jak kot, wykorzystując pnącza winobluszczu. Zniknął po drugiej stronie. Dwie minuty później brama wjazdowa uchyliła się cicho. Kain odciął zasilanie siłowników i wpisał kod rozbrajający alarm.
Piotr i drugi bandzior, „Borys”, wbiegli do środka. Sven został na czatach.
Weszli do salonu. Był ogromny, pełen dzieł sztuki. Piotr splunął na drogi dywan. — Patrzcie na to — warknął. — My jemy kaszę, a oni mają złote klamki. Świnie. — Bierzemy sejf i spadamy — rzucił Borys, wyciągając łom.
Kain stał przy schodach, nasłuchując. Coś się nie zgadzało. Powietrze pachniało perfumami. Świeżymi. — Ktoś tu jest — powiedział Kain cicho.
Ale Piotr go nie słuchał. Był nabuzowany adrenaliną i narkotykami, które dał im Wiktor „dla odwagi”. Zaczął walić łomem w drzwi gabinetu.
Wtedy na schodach pojawiła się ona. Anna, żona reżysera. Była w jedwabnym szlafroku. Musiała wrócić wcześniej, albo nie pojechała z mężem. Była w 8. miesiącu ciąży. — Kto tam jest?! — krzyknęła, zapalając światło.
Zapadła cisza. Piotr zamarł. Borys zaklął. Kain cofnął się w cień. Jego instrukcje nie obejmowały świadków. Czekał na rozwój wypadków, analizując sytuację chłodno: Kobieta. Ciężarna. Zagrożenie wysokie. Hałas.
— Wynoście się! Dzwonię na policję! — Anna sięgnęła po słuchawkę telefonu stacjonarnego stojącego na stoliku.
To był błąd. Piotrowi włączył się „program Mansona”, który wpajał im Wiktor. System chce nas zniszczyć. Oni są wrogami. Oni nie są ludźmi. — Ty suko — syknął Piotr.
Doskoczył do niej w trzech krokach. Uderzył ją łomem. Nie żeby ogłuszyć. Żeby zabić. Cios trafił w głowę. Anna upadła bezwładnie na schody, pociągając za sobą telefon. Kabel wyrwał się ze ściany.
— Coś ty narobił, debilu?! — krzyknął Borys, podbiegając do niej. — Mieliśmy tylko brać kasę!
Piotr stał nad nią, dysząc ciężko. Jego oczy były rozszerzone. — Ona chciała zadzwonić… Chciała nas wydać… Wiktor mówił, że mamy się bronić…
Kain wyszedł z cienia. Podszedł do leżącej kobiety. Spojrzał na jej brzuch, potem na krwawiącą głowę. — Tętno zanika — stwierdził sucho, dotykając jej szyi. — Dziecko też umrze.
Wtedy do salonu wpadł Sven. Zobaczył krew, ciało ciężarnej kobiety i stojącego nad nią Piotra z zakrwawionym łomem. — Kurwa mać — Sven po raz pierwszy stracił zimną krew. Chwycił Piotra za fraki i rzucił nim o ścianę. — To koniec. Rozumiesz? To jest pieprzony koniec! Zabiłeś żonę Juliana K.! Cała Polska będzie jej szukać!
— Ona jest Systemem… — bełkotał Piotr.
Sven spojrzał na Kaina. Dziewięciolatek patrzył na to wszystko bez cienia emocji. Jakby oglądał nudny film. — Młody — rzucił Sven ostro. — Czyściłeś coś? — Nie — odparł Kain. — Dobrze. Zostawiamy to tak. Bierzcie biżuterię, rozwalcie szafki. To ma wyglądać na napad ćpunów, którzy spanikowali. Żadnych śladów sekty. Żadnych symboli.
Sven wiedział, że Wiktor będzie wściekły. Ale wiedział też, że Wiktor to wykorzysta.
— Wychodzimy. Już! — zarządził Sven.
Kain zatrzymał się w drzwiach. Spojrzał ostatni raz na Annę. Zapamiętał ułożenie ciała. Zapamiętał zapach krwi zmieszany z drogimi perfumami Chanel. To była jego pierwsza „wielka” zbrodnia. Nie zabił, ale był współwinny. I, co najdziwniejsze, czuł… pogardę. Nie dla mordercy, ale dla ofiary. Była słaba. Dała się zaskoczyć we własnym domu. On nigdy nie da się zaskoczyć.
Godzinę później, w dworku. Wiktor siedział przy kominku, obracając w palcach diamentowy naszyjnik Anny. Na wieść o morderstwie nawet nie mrugnął. — Stało się — powiedział, patrząc w ogień. — Ofiara została złożona. Może nieświadomie, ale krew użyźniła naszą sprawę. — Wiktor, to nie przelewki — Sven był blady. — To nie jest zaginięcie wieśniaczki. To żona celebryty. Zjadą się media. Warszawa tu przyjedzie. — Niech przyjadą — Wiktor uśmiechnął się demonicznie. — Jesteśmy gotowi. A jeśli zrobi się gorąco… cóż. Ziemia jest duża.
Spojrzał na Kaina, który stał w kącie, czyszcząc buty z błota. — A ty, mój synu? Bałeś się? Kain podniósł wzrok. Czarne, puste oczy. — Nie. — Czego się nauczyłeś? — Że błąd jednego człowieka niszczy plan — odpowiedział chłopiec precyzyjnie. — Piotr jest błędem.
Wiktor zaśmiał się głośno. — Widzisz, Sven? On rozumie więcej niż ty. Piotr jest błędem. Błędy się koryguje.
Dwa dni później ciało Piotra znaleziono powieszone w lesie, 30 kilometrów dalej. Obok znaleziono część biżuterii. Policja uznała to za samobójstwo włamywacza, którego ruszyło sumienie. Sprawa zamknięta? Dla mediów tak. Ale dla jednego nieustępliwego policjanta z Warszawy, który przyjechał na miejsce zbrodni, coś tu śmierdziało. Sposób, w jaki wyłączono alarm, był zbyt profesjonalny jak na ćpuna Piotra.
Nadciągała burza.
ROZDZIAŁ 7: Ogar z Warszawy
Komisarz Adam Wolski nienawidził prowincji. Śmierdziała dymem z pieców węglowych i zmową milczenia. Przyjechał z Komendy Głównej w Warszawie, bo sprawa zabójstwa żony reżysera była zbyt medialna, by zostawić ją „lokalesom”.
Siedział teraz w gabinecie lokalnego Komendanta (tego samego, który od lat palił zioło Wiktora). — Mamy sprawcę, panie komisarzu — pocił się Komendant. — Piotr K., notowany narkoman. Powiesił się z wyrzutów sumienia. Znaleźliśmy biżuterię. Sprawa jasna.
Wolski zapalił papierosa, patrząc na Komendanta z pogardą. — Jasna? — prychnął. — Alarm w willi reżysera to system izraelski. Kod zmienny. Żeby go obejść bez wzbudzania czujek, trzeba znać elektronikę albo mieć sprzęt za tysiące dolarów. A ten wasz Piotr? W jego chacie znaleźliście tylko brudną łyżkę i strzykawki. On ledwo umiał zawiązać buty, a co dopiero zhakować system.
Komendant zbladł. — Może miał szczęście… — Nie ma takiego szczęścia. Ktoś mu otworzył drzwi. Ktoś, kto zna się na robocie. I ten ktoś wciąż tam jest.
Wolski wstał i narzucił płaszcz. — Jadę do tego waszego „uzdrowiciela”. Do Wilków. — Do Wiktora? — Komendant zerwał się z krzesła. — Ale po co? To święty człowiek, filantrop! On pomaga gminie! — W notatkach Piotra znaleźliśmy ulotkę z tego dworku. To wystarczy.
Godzinę później nieoznakowany Polonez Wolskiego stanął pod bramą z symbolem słońca. Brama była zamknięta. Mur był wysoki. Kamery — nowość w Polsce — śledziły każdy jego ruch.
— Policja! Otwierać! — krzyknął Wolski do domofonu.
Czekał pięć minut. W końcu brama uchyliła się bezszelestnie. Na podjeździe nie powitał go Wiktor. Powitał go Sven. Stał z rękami założonymi do tyłu, w idealnie skrojonym płaszczu.
— Pan Wiktor medytuje — powiedział Sven chłodno. — Nie przyjmujemy gości bez zapowiedzi. — To nie wizyta towarzyska — warknął Wolski, pokazując odznakę. — Pytam o Piotra K. Był waszym wyznawcą.
Sven nawet nie mrugnął. — Był zagubioną duszą, której próbowaliśmy pomóc. Niestety, demony przeszłości wygrały. Przykra sprawa. — Kto go szkolił? — Wolski podszedł bliżej, wchodząc w strefę osobistą Svena. — Kto nauczył go rozbrajać alarmy?
W tym momencie Wolski kątem oka dostrzegł ruch w oknie na piętrze. Mała postać. Dziecko. Chłopiec o martwych oczach, który patrzył na niego jak na tarczę strzelniczą. Przez ułamek sekundy Wolski poczuł dreszcz, jakiego nie czuł nawet podczas strzelanin w Pruszkowie. To dziecko… ono nie patrzyło z ciekawością. Ono analizowało.
— Nie szkolimy włamywaczy, panie komisarzu — głos Svena wyrwał go z zamyślenia. — Szkolimy umysły. Jeśli nie ma pan nakazu, proszę opuścić teren prywatny.
Wolski wiedział, że przegrał tę rundę. Nie miał nakazu. Prokurator Rejonowy (kolejny kumpel Wiktora) odmówił podpisu rano. — Wrócę tu — syknął Wolski, cofając się do samochodu. — Z nakazem i z brygadą antyterrorystyczną. I rozbiorę ten cyrk cegła po cegle.
Sven patrzył, jak Polonez odjeżdża. Potem wyjął telefon — wielką, ceglastą Nokię. — Wiktor? Był pies z Warszawy. Węszy. Jest bystry. Nie odpuści. — Rozumiem — głos w słuchawce był spokojny. — Czas na Wielkie Oczyszczenie.
ROZDZIAŁ 8: Noc Feniksa (Finał Części I)
To miała być wielka impreza sylwestrowa dla wszystkich wyznawców. „Przejście w Nową Erę”. Zjechali się ludzie z całej Polski i z zagranicy. Prawie sto osób. Śpiewali, tańczyli, pili „specjalne” wino przygotowane przez Svena.
Ale w gabinecie na piętrze panowała inna atmosfera. Pakowanie. W walizkach nie było ubrań. Były tylko pieniądze, złoto, dyskietki z danymi (haki na polityków, numery kont) i fałszywe paszporty.
— Kto jedzie? — zapytała „Matka” (dawna córka Komendanta, teraz zimna zarządczyni). — Ty, ja, Sven, Kain i inżynierowie od komputerów — zdecydował Wiktor. — Reszta zostaje. — Ale… co z nimi? — wskazała na tłum tańczący na dole w amoku. — Oni dostąpią zaszczytu wniebowstąpienia — uśmiechnął się Wiktor. — Staną się naszą zasłoną dymną.
Plan był okrutny i genialny w swojej prostocie. Mieli upozorować zbiorowe samobójstwo poprzez spalenie, połączone z tragicznym wypadkiem. Ciała miały być zwęglone nie do poznania. Policja znajdzie dziesiątki trupów. Będą szukać DNA Wiktora, ale jeśli dworek spłonie doszczętnie, identyfikacja potrwa lata. A oni w tym czasie będą już w Hamburgu, z nowymi nazwiskami.
O północy, gdy niebo rozbłysło fajerwerkami, Kain dostał zadanie. — Piwnica — powiedział Sven, podając mu kanister. — Rozlej to przy instalacji gazowej. Potem podpal szmatę i wychodź tunelem ewakuacyjnym. Masz 90 sekund.
Dziesięciolatek wziął kanister. To było jego pożegnanie z domem. Nie czuł sentymentu. Czuł ekscytację misją. Zszedł do piwnicy. Zapach gazu już był wyczuwalny (Sven poluzował zawory). Kain rozlał benzynę. Zanim podpalił lont, usłyszał nad głową śpiewy. „Ognie, prowadźcie nas!”. — Prowadzę — szepnął.
Pstryknął zapalniczką. Ogień pomknął po podłodze.
Kain wbiegł do starego, poniemieckiego tunelu, który prowadził do lasu. Biegł szybko, licząc w głowie sekundy. …88, 89, 90.
BOOM.