E-book
1.37
drukowana A5
31.5
Dom wilka

Bezpłatny fragment - Dom wilka


5
Objętość:
232 str.
ISBN:
978-83-8104-094-5
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 31.5

Mojej żonie, Dorocie

Rozdział 1. Graciarnia

Chłopiec przewrócił kolejną kartkę. Czytał jeszcze przez chwilę, po czym podniósł wzrok i rozejrzał się dookoła. Popatrzył na stare meble, zepsute pralki i połamane krzesła. Uśmiechnął się. Dla innych była to tylko blokowa graciarnia, dla niego zaś idealna kryjówka. Zapomniane pomieszczenie na końcu piwnicznego korytarza stanowiło jego miniaturowe królestwo, jedyne miejsce, gdzie mógł w spokoju oddawać się lekturze i marzeniom.

Gdy pierwszy raz tu dotarł, cała podłoga była zawalona tekturowymi pudłami, skrzynkami i zdezelowanymi sprzętami domowymi. Stosy rupieci piętrzyły się niczym zastygłe fale niespokojnego morza. Powoli wprowadzał kolejne zmiany, wytyczając w tym chaosie pierwsze ścieżki, układając pudła i przesuwając z mozołem szafki. Większe sprzęty, takie jak pralki, musiał pozostawić na miejscu, gdyż nie był w stanie ich przesunąć.

Zielony fotel z obgryzionymi przez jakiegoś psa drewnianymi podłokietnikami ustawił przy ścianie, pomiędzy automatyczną suszarką a pralką. Ich blaty były dobrymi stolikami. Stawiał na nich czasem butelkę oranżady i ciastka w czekoladzie, które kupował na wagę w osiedlowym sklepie. Bezpośrednio nad nim, na kablu wisiała żarówka. Jako podnóżek przydał się mały żółty telewizor marki Unitra.

W głębi pomieszczenia, naprzeciwko wejścia, stała szafka z szerokimi półkami, na których ustawił swoje stare zabawki. Zielone plastikowe figurki żołnierzy, małe metalowe samochodziki i zamek z klocków Lego. Do dziś wyraźnie pamiętał listonosza, który przyniósł dużą paczkę kilka dni przed Bożym Narodzeniem dwa lata temu. W środku był najwspanialszy prezent, o jakim tylko mógł marzyć. Wielki komplet klocków, z których powstał średniowieczny zamek ze zwodzonym mostem i czterema wieżami. Jeden z ostatnich prezentów od mamy, która rok wcześniej wyjechała za granicę. Podobno pracuje teraz w Londynie, ale tak naprawdę nie wiedział, co się z nią dzieje, ponieważ od dłuższego czasu nie dawała żadnego znaku życia. Jej ostatni list, który przyszedł kilka tygodni po paczce z klockami, był bardzo krótki. „Poznałam kogoś, nie wracam. Dbaj o chłopca.” Gdy ojciec przeczytał te kilka słów nabazgranych niebieskim tuszem, podniósł słuchawkę telefonu jakby chciał gdzieś zadzwonić, zawahał się, po czym zaczął walić nią o ścianę, aż kawałki roztrzaskanego plastiku pokryły podłogę. Rzucił zmiętą kartkę do śmieci i wybiegł z domu. Po wyjściu ojca wyciągnął list z kosza i długo wpatrywał się w słowa, czytając je raz po raz. „Dbaj o chłopca.” Zupełnie jakby dotyczyło to kogoś innego. Jakiegoś bezimiennego chłopca. Bo on przecież miał imię. Miał na imię Artur.

Tego dnia ojciec wrócił w nocy, ledwo trzymając się na nogach. Artur musiał wstać i otworzyć mu drzwi, gdyż nie był w stanie trafić kluczem do zamka i ze złości szarpał za klamkę. Mężczyzna szedł chwiejnym krokiem do łóżka, bełkocząc coś po drodze. Mijając chłopca, przeszył go wzrokiem i pchnął gwałtownie, aż ten przewrócił się na drewniany stolik, razem z nim lądując na podłodze.

— To twoja wina smarkaczu! — Ojciec wbił w niego przekrwione oczy. — To przez ciebie odeszła. Nigdy nie chciała mieć dzieci. To dlatego wyjechała!

Krzyk ojca świdrował jego czaszkę. Powoli wstał z podłogi. Ojciec przeszedł obok i zwalił się na łóżko. Po chwili już chrapał. Artur zamknął za nim drzwi i poszedł do swojego pokoju. Wbił twarz w poduszkę, która wchłonęła jego łzy.

Chłopiec potrząsnął głową, odganiając wspomnienia. Wstał z fotela i odłożył książkę. Wyszedł z graciarni i zamknął za sobą drzwi, zakładając zatrzaskową kłódkę. Zamknięcie było popsute, kłódka, owszem się zatrzaskiwała, ale można ją było otworzyć mocniejszym szarpnięciem. To był jego sekret. Inni mieszkańcy bloku chyba całkowicie zapomnieli o tym pomieszczeniu, więc w zasadzie nie obawiał się niepożądanych wizyt.

Wjechał windą na dziesiąte piętro i poszedł do dwupokojowego mieszkania, które zajmował wraz z ojcem. Z pokoju dobiegały odgłosy transmisji meczu. Telewizor ryczał głosem spikera komentującego kolejnego gola. Mężczyzna, rozparty przed ekranem, kątem oka spostrzegł idącego do kuchni chłopca.

— Idź mi po fajki. Tylko na migu. — Sięgnął do kieszeni i rzucił w Artura zmiętym banknotem. — Przynieś mi pety, a potem idź po pięć kilo ziemniaków i bierz się za obieranie.

— To za jednym razem mogę kupić papierosy i ziemniaki.

— Mówię ci tępaku, że masz najpierw przynieść mi na migu fajki, potem dopiero pójdziesz jeszcze raz i kupisz ziemniaki. Zrozumiałeś? Czy może chcesz kopa na lepsze myślenie?

Chłopiec wziął pieniądze i wyszedł z mieszkania, zaciskając pięści. Wykonał polecenia ojca i poszedł do swojego pokoju. Za jakiś czas mężczyzna zawołał go na obiad. Ziemniaki i kotlet, groszek z puszki. Artur przesuwał po talerzu zielone kulki.

— Nie baw się jedzeniem, bo dostaniesz w łeb.

Po obiedzie położył się na łóżku i wpatrzył się w sufit. Myślał o swoich dziadkach, którzy umarli jedno po drugim w zeszłym roku. Kiedyś, jak tworzyli jeszcze pełną rodzinę, często odwiedzali rodziców matki w ich wiejskim, otoczonym drzewami domu. Artur uwielbiał te wyjazdy. Wspinał się na wszystkie drzewa w sadzie, zrywał czereśnie i jabłka z najwyższych gałęzi. Nikt nie miał odwagi wspiąć się tak wysoko jak on. Czasem siedział na czubku drzewa i obserwował okolicę jak z jakiejś wieży.

Wstał z łóżka, wziął z półki album ze starymi zdjęciami i zaczął przerzucać obszerne, czarne karty. Wspomnienia zasilone obrazami nabrały kolorów. Z każdą fotografią wiązała się jakaś opowieść.

Na wsi miał kolegę, Antka. We dwóch wędrowali po okolicznych, pokrytych lasami wzgórzach. Gdy obejrzeli w telewizji film o Robin Hoodzie, zapragnęli upodobnić się do banity z Sherwood. Dziadek Artura zrobił im łuki, a babcia uszyła kołczany, które wypełnili strzałami wystruganymi z leszczynowych gałązek. Urządzali sobie zawody. Kto strzeli dalej, kto strzeli wyżej. Ze swoim uzbrojeniem buszowali po okolicznych lasach i zdziczałych polach, płosząc bażanty i zające. Czasem rozpalali ognisko i piekli w popiele ziemniaki, które pałaszowali, obierając z czarnych skorup. Na stoku wzgórza za wsią zbudowali szałas, w którym trzymali kilka naczyń i trochę narzędzi wykradzionych z dziadkowego warsztatu. Siedząc w swojej kryjówce, zastanawiali się, co by zrobili, gdyby wybuchła wojna.

— Najpierw trzeba by było zdobyć karabiny — stwierdził Antek.

— No. Racja. Ja miałbym jeszcze pistolet — rzekł Artur. — A potem można by się przyłączyć do partyzantów!

— Pewnie. Tu są takie lasy, że by nas w życiu nie wytropili.

— Mój dziadek był partyzantem — oświadczył dumnie Artur. — Jak wybuchła wojna miał jedenaście lat. Jak miał piętnaście wstąpił do partyzantki. Był łącznikiem. Przenosił różne rzeczy pomiędzy oddziałami, przekazywał informacje. Czasami na furmance, pod ładunkiem drewna przewoził broń. Przejeżdżał obok żandarmów, taki był odważny. Miał nawet swój rewolwer. Po wojnie dostał medal. Taki zielony krzyż z orzełkiem w środku.

— Kurczę, to nieźle. A słuchaj, ma on gdzieś jeszcze ten pistolet? Można by było postrzelać.

— Nie, rozmontował go po wojnie i wrzucił do rzeki.

— A wiesz gdzie? Moglibyśmy go poszukać.

— Nie wiem, to chyba było koło mostu, ale nie jestem pewien. Zresztą po tylu latach pewnie nie dałoby się go już zmontować, na pewno zardzewiał, albo ugrzązł gdzieś głęboko w mule.

— Racja. Ale słuchaj, za tydzień jest odpust, brat mi mówił, że koło kościoła będą stragany, gdzie można kupić pistolety na kapiszony.

— Dobry pomysł. Dziadek na pewno mi kupi.

Wyposażeni w kapiszonowce zatknięte za paski spodni przekształcili kupę gruzu tkwiącą w dziadkowym sadzie w bunkier, który przykryli dachem z desek i kawałka folii. Otoczona krzakami konstrukcja była ich tajemnym miejscem, o którym nikt oprócz nich nie wiedział. W zasadzie nadal wyglądała jak kupa starego, omszałego gruzu. Pierwszym jej testem była silna burza z piorunami, podczas której siedzieli przy zapalonej świeczce, słuchając deszczu bębniącego w dach.

— Nie przecieka!

— To się nazywa bunkier!

Artur przerzucił kolejną kartkę i otworzył album na stronie, na której znajdowało się duże zdjęcie domu dziadków. Popatrzył na żywopłot, który przylegał do ogrodzenia. Wezbrały w nim wspomnienia, które nie były już tak pozytywne.

Po wyjeździe matki wizyty na wsi stały się bardzo rzadkie. Ojciec nie przepadał za jej rodzicami i nigdy ich nie odwiedzał. Czasem tylko pozwalał chłopcu pojechać do nich autobusem. Nie zawsze jednak, gdy go o to poprosił, dawał mu pieniądze na bilet. Czasami jego reakcje były jeszcze bardziej gwałtowne.

— Po co będziesz tam jechał tumanie? Żeby bardziej zgłupieć? Żeby nażreć się cukierków? Siedź w domu i lepiej sprzątnij swój pokój. Pokazać ci, jaki tam jest bałagan? — Ojciec złapał go za włosy nad uchem i krzyczącego z bólu powlókł do pokoju, gdzie stos książek piętrzył się na biurku. Zbliżył jego twarz do blatu, cały czas trzymając go za włosy. — Co to jest? Co to jest, ja się pytam?

— Książki.

— To jest bałagan matole! — Ojciec drugą ręką uderzył go w głowę. — Nauczyć cię grzecznego odpowiadania na pytania? Co? Nauczyć cię? To zaraz mogę ci dać lekcję.

Mężczyzna puścił chłopca i wyciągnął pasek ze spodni.

— Ja ci dam tak się do mnie odzywać!

Artur uchylił się i pierwsze smagnięcie trafiło go w plecy. Zakrył twarz rękami, przewrócił się na podłogę i skulił. Ojciec uderzył go jeszcze parę razy, po czym schował pasek i wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.

Chłopiec, popłakując, podniósł się z podłogi i siadł przy biurku. Patrzył na swoje ręce pokryte czerwonymi, puchnącymi śladami. Plecy piekły go jeszcze bardziej. Gdy usłyszał, że ojciec wychodzi z domu, odczekał chwilę, założył kurtkę, zamknął drzwi i zbiegł szybko po schodach. Pobiegł w kierunku przystanku, jednak przypomniał sobie, że nie ma pieniędzy na bilet. Szedł więc przy ulicy, zmierzając w kierunku wsi, w której mieszkali jego dziadkowie. Wyszedł z miasta i minął małą miejscowość, idąc wzdłuż jezdni. Patrzył w okna szarych domów, zastanawiając się nad tym, jakie życie prowadzą mieszkające w nich dzieci. Czy mają tak przerąbane jak on, czy też wręcz odwrotnie, są szczęśliwe i mają kochających rodziców?

Był mniej więcej w połowie drogi do dziadków, gdy minął go czerwony autobus. Z tyłu, oparty o barierkę stał jego ojciec, z twarzą wykrzywioną w złowrogim grymasie. Jak on się zorientował? Może nie trzeba było brać kurtki? Co teraz? Autobus ma przystanek dopiero za jakieś pół kilometra. Chłopiec rozejrzał się wokół i pobiegł polną drogą wiodącą najpierw obok dużego gospodarstwa, potem wśród pól. Biegł aż dotarł do sosnowego lasu. Rzucił się na ziemię i patrzył, czy ojciec go ściga. Nie. Nikogo nie widział. Może to nie był on, a może go nie rozpoznał? Wstał i ruszył dalej, zagłębiając się wśród drzew. Nie miał dobrej orientacji w terenie, jednak wiedział, że niedługo powinien dotrzeć do linii kolejowej, która przechodzi niedaleko wsi.

Wyszedł z lasu i wspiął się na nasyp. Siadł na torach. Grzebał patykiem w kamieniach i zastanawiał się nad tym, czy gdyby się położył i gdyby przejechał po nim pociąg, to by go bolało, zanim by umarł.

Wstał i poszedł pomiędzy szynami. Jesienny wiatr unosił uschnięte liście i bawił się jego ciemnobrązowymi włosami. Chłopiec zapiął kurtkę pod szyją. Wysoko, na tle skłębionych chmur szybował majestatycznie jakiś drapieżny ptak. Nie potrafił rozpoznać gatunku. Może to sokół?

Na szczycie nasypu znajdowało się tylko jedno pasmo torów. Zastanawiał się, co się dzieje w sytuacji, w której z naprzeciwka nadjeżdżają dwa pociągi. Po chwili jednak uświadomił sobie, iż mimo że idzie już jakiś czas, nie widział jeszcze żadnego pociągu. Najwyraźniej nie jeżdżą tu za często i zapewne raz jedzie jeden w jedną stronę, raz drugi w drugą. Pewnie jakoś tak. Kopnął kamień leżący na drewnianym podkładzie. Szary okruch poturlał się w zarośla.

Idąc, obserwował z uwagą otoczenie. Pierwszy raz w życiu zmierzał do dziadków pieszo torami. Po lewej stronie nasypu znajdowały się rozległe łąki, pośród których meandrowała rzeka, powoli przetaczając swe wody. Po drugiej stronie rósł gęsty las. Z drzew opadła już większość liści, pokrywając ściółkę rdzawoczerwonym kobiercem. Ciemna przestrzeń pomiędzy potężnymi pniami wydała się chłopcu nieco złowroga.

Parę metrów przed nim wylądowała kawka. Przystanął. Kawka wskoczyła na jedną z szyn i popatrzyła na niego uważnie. Widocznie nie wyglądał groźnie, gdyż nie odfrunęła, tylko wykonała kilka zabawnych, krótkich skoków i zaczęła przeszukiwać trawę porastającą zbocze nasypu. Ruszył do przodu. Kawka odwróciła się, ponownie zmierzyła go wzrokiem, po czym powróciła do dreptania, podskakiwania i dziobania. Chłopiec zastanawiał się, co ona tam właściwie znajduje? Robaczki? A może nasionka? Jakiś czas podążali we dwoje, kawka kilka kroków przed nim. Zupełnie jakby szukała na tym pustkowiu jakiegoś towarzystwa. W końcu raz jeszcze spojrzała na chłopca, przekrzywiając łebek, rozpostarła skrzydła i odleciała w kierunku lasu.

Tory doprowadziły go na obrzeża wsi. Poszedł polami, omijając drogę prowadzącą wśród domostw. Podejrzewał, że ojciec jest już u dziadków, więc zakradł się od tyłu i przeskoczył przez płot. Rozejrzał się i pobiegł do bunkra. Udało mu się. Nikt go nie widział. Zasunął klapę w dachu i siadł na drewnianym taborecie, który podkradł jakiś czas temu babci. Bardzo utyskiwała nad zgubą i w końcu dziadek musiał jej zrobić drugi, żeby mogła wygodnie plewić grządki warzywne. Artur nie mógł wydać swojej kryjówki, więc nie przyznał się do kradzieży. Rozmyślał nad zapaleniem świeczki, gdy usłyszał głos dziadka:

— Tak jak mówię, nie widzieliśmy go dzisiaj.

— Musi tu gdzieś być, widziałem go, jak uciekał w pola, gdy mnie zobaczył. Poszedłem za nim, ale go nie znalazłem.

— Ale dlaczego w ogóle uciekał?

— Mówiłem. Mieliśmy kłótnię. Gdy potem poszedłem kupić mu na zgodę coś w sklepie i wróciłem to już go nie było. Przez chwilę wydawało mi się, że widzę go przez okno biegnącego w kierunku przystanku, więc pomyślałem, że mógł przyjechać do was. On jest taki przewrażliwiony, nic nie można mu powiedzieć.

Ojciec łgał jak najęty. On poszedł kupić dla mnie coś w sklepie? Żartowniś. Kupował sobie pewnie piwo, żeby miał co żłopać na meczu. Głosy oddalały się od jego kryjówki.

— Dobra, jadę do domu, jakby się pojawił to dajcie mi znać albo odwieźcie go do mnie, dobra?

— Może trzeba by kogoś zawiadomić?

— Kogo? On się na pewno znajdzie. Pojawi się tu, jestem tego pewien.

Chyba sobie poszli. Artur nie wiedział, co powiedzą dziadkowie na jego wyczyn i postanowił na razie nie wychodzić z bunkra. Szkoda, że nie przynieśli z Antkiem żadnego koca. Oprócz taboretu znajdowała się tu tylko drewniana skrzynka służąca jako drugie siedzenie.

Wyszedł w końcu i poszedł do dziadków. Załamali ręce nad jego szramami, ale następnego dnia odwieźli go do ojca, który udawał wielce skruszonego i pokornego. Gdy dziadkowie wyszli, ojciec spiorunował go wzrokiem. Chłopiec był pewny, że zaraz dostanie największe lanie w życiu, ale wbrew jego przewidywaniom, ani tego dnia, ani w ciągu kilku następnych nie dostał ani razu. Widocznie coś w tej całej sytuacji dało staremu do myślenia i chwilowo powstrzymało go od znęcania się nad nim.

Stary album zdawał się przywoływać coraz smutniejsze chwile. Artur przypomniał sobie dzień, w którym umarła jego babcia. Zamknął oczy i zobaczył siebie samego idącego po szkole do piwnicznej kryjówki. Chciał się w spokoju zagłębić w lekturze książki, którą wypożyczył z osiedlowej biblioteki. Ojca nie było w domu, o tej porze był jeszcze w pracy, ale chłopiec i tak wolał posiedzieć w graciarni. Tu nie musiał się obawiać, że zaraz zobaczy wykrzywioną niezadowoleniem twarz i usłyszy krzyki w stylu: Sprzątaj! Odrabiaj lekcje! Obieraj ziemniaki! Albo co gorsza będzie musiał wysłuchać kolejnej transmisji spotkania piłkarskiego. Aż się wzdrygnął. Nigdy nie potrafił się skupić, gdy ktoś obok oglądał telewizję. Czytał wtedy jedno zdanie dziesięć razy, a i tak nie mógł go zrozumieć. W końcu zrezygnowany odkładał książkę i patrzył tępo przed siebie. W graciarni sprawa wyglądała inaczej. Tu miał ciszę i był panem swojego czasu. Ojciec nie wiedział o jego kryjówce. Gdy czasami pytał, gdzie się tyle podziewał, mówił, że został dłużej w szkole i siedział na świetlicy albo był w osiedlowej bibliotece. To wystarczało za tłumaczenie.

Otworzył drzwi i zapalił światło. Kątem oka zarejestrował nagły ruch. To mała brązowa myszka wyskoczyła z talerzyka, na którym pozostało trochę okruchów ciastek. Popędziła po blacie pralki, skoczyła na oparcie fotela, zeszła na siedzisko, skoczyła na ziemię i zniknęła pod stosem tekturowych pudeł. Artur uśmiechnął się. Mam towarzysza! Zawsze chciał mieć jakieś zwierzątko, ale jego ojciec nigdy mu na to nie pozwolił. A tu proszę, zwierzątko samo do niego przyszło. Ożywiony tym niespodziewanym spotkaniem myślał, jak będzie dokarmiał i oswajał myszkę. Okruszki! Będzie jej zawsze zostawiał jakieś okruszki. Z kanapek albo z ciastek. I wodę. Tak! Naleje trochę do podstawki pod doniczkę. Przez dłuższy czas nie myślał o niczym innym, tylko o tym, jak tu się zaprzyjaźnić ze swoim piwnicznym kompanem. Nie mógł się skupić na czytaniu. Nadstawił uszu i obserwował stos pudeł, pod którym zniknęła myszka. Kilka razy wydało mu się, że słyszy jakiś chrobot. Więc to jest też jej kryjówka. Nie ma sprawy. Chętnie podzieli się swoim tajemnym królestwem. Wyrwał kartkę z zeszytu, położył przy ścianie obok miejsca, gdzie zniknęła myszka. Pokruszył kawałek kromki, która została mu z drugiego śniadania. Jakiś czas obserwował bacznie, czy myszka przyjdzie się posilić, ale na razie się do tego nie kwapiła. Poczekał jeszcze chwilę, ale gdy nic się nie wydarzyło wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Poszedł mrocznym korytarzem w stronę windy.

Gdy wrócił do mieszkania, ojciec oznajmił mu szorstkim głosem:

— Twoja babka umarła, dziadek dzwonił przed chwilą. To się stało w nocy. Gdy wszedł rano do jej sypialni, myślał na początku, że nadal śpi. Dopiero po jakimś czasie się zorientował.

Nogi ugięły się pod Arturem. Oparł się ręką o ścianę.

— Jadę teraz do dziadka, poprosił mnie, żebym mu pomógł załatwić sprawy związane z pogrzebem. Włącz sobie telewizor albo idź do kolegi. Nie wiem, kiedy wrócę.

Drzwi się zatrzasnęły i zapadła cisza. Artur dalej stał w tym samym miejscu. Przez chwilę patrzył przed siebie, potem zamknął oczy. Po policzkach pociekły mu łzy. Niczym lunatyk zszedł po schodach i zaszył się z powrotem w graciarni. Siedział w bezruchu, rozmyślając o chwilach spędzonych na wsi. Zobaczył babcię przy kuchni smażącą jego ulubione placki ziemniaczane. Opuściły go wszystkie siły i głowa opadła na oparcie fotela.

Myszka wyszła ze swej kryjówki i zabrała się za pałaszowanie okruszków. Brała je do swoich małych łapek i wsadzała do pyszczka, poruszając przy tym wąsami. Artur obserwował ją mechanicznie. Jego umysł ogarnęła dziwna pustka. Nic nie czuł, o niczym nie myślał. Patrzył tylko jak mały gryzoń opycha się kawałkami chleba. Obraz ten wypełnił jego głowę niczym plastikowy slajd wsadzony do rzutnika.

Miesiąc po babci odszedł dziadek, również we śnie. Artur odwiedził go tydzień wcześniej. Chciał złożyć mu życzenia z okazji urodzin, ale okazało się, że to dziadek miał dla niego prezent. Uparł się, żeby wziął od niego album wypełniony starymi fotografiami. Razem przejrzeli parę szerokich kart. Dziadek w mundurze wojskowym prezentował się niczym filmowy amant. Babcia w białej ślubnej sukience wyglądała zjawiskowo. Spojrzał na dawny dom dziadków, jeszcze kryty strzechą. Czarno-białe zdjęcia zafascynowały chłopca, były jak okna, przez które zaglądał do nieistniejącego już świata. Ostatnie karty zajmowały fotografie kolorowe, zobaczył Antka i siebie dzierżących zrobione przez dziadka łuki. Zamknął album i położył go na kolanach.

Rozmawiali, siedząc we dwóch, na ławce przed domem, w cieniu wysokiej jabłoni.

— Śniła mi się babcia, wiesz — powiedział dziadek. — Szła po polu pszenicy i dotykała ręką maków. Zawsze lubiła kwiaty.

Czarna kotka wskoczyła chłopcu na kolana. Gdy ją pogłaskał zaczęła mruczeć. Popatrzył na ukwiecony krzak hibiskusa. Dziadek był zapalonym ogrodnikiem. W jego ogrodzie rosły dziesiątki różnych rodzajów kwiatów, warzyw i drzew. Udało mu się nawet wyhodować dorodne brzoskwinie. Kiedyś dużo podróżował i z różnych miejsc przywoził sadzonki i nasiona. Do pomidorów miał cieplejsze podejście niż niektórzy ludzie do własnych dzieci. Sadzonki hodował w swoim pokoju, w wypełnionych ziemią plastikowych kubkach po jogurcie. Regularnie je podlewał za pomocą archaicznego, metalowego dzbanka. Rozmawiał z nimi i nazywał je kochanymi pomidorkami. Babcia chyba była trochę o nie zazdrosna. Gdy rosły potem w ogrodzie dźwigał hektolitry wody, aby je podlewać. W wielkiej kadzi miał też specjalny nawóz, który sam przygotowywał z krowiego łajna. Jego trud był wynagradzany olbrzymimi, czerwonymi owocami, które może nie wyglądały najlepiej, były pofałdowane i przecięte zielonymi pasmami, ale smakowały tak jak żadne inne. Artur nigdy nie jadł pomidora ze sklepu, który byłby tak dobry jak ten wyhodowany na dziadkowym polu.

Chłopiec przewrócił kolejną kartę albumu, nadal mając przed oczami moment, w którym dziadek mu go podarował. Na ostatniej stronie zobaczył wklejony swój rysunek sprzed paru lat. Widniał na nim wielki statek uwięziony w lodowych krach. Na jego pokładzie znajdowało się kilka postaci. Artur uśmiechnął się i przypomniał sobie, jak dziadek opowiadał mu o swojej podróży do Ameryki na pokładzie statku, który nazywał się Stefan Batory. Przenieść się w czasie i podróżować z dziadkiem do odległych krajów, to by było coś wspaniałego! Westchnął i odłożył stary album na półkę, myśląc, że jest to chyba najcenniejsza rzecz, jaką posiada.

Rozdział 2. Ojciec

— Jak to nie wiesz, ile wynosi pierwiastek ze 144?

— N...no nie wiem, zapomniałem…

— Jak to zapomniałeś, przecież tydzień temu tłumaczyłem ci, jak się wyciąga pierwiastki!

— Wiem, ale nie…

— Jesteś tak głupi jak twoja matka. Masz już dwanaście lat, a najprostszego zadania nie potrafisz rozwiązać. — Ojciec złapał go za włosy nad uchem. Był to jego ulubiony sposób sprawiania mu bólu. — No myśl ty tępa głowo. Myśl!

— Jede… jedenaście…

Ojciec puścił włosy chłopca, zamachnął się i otwartą ręką uderzył go w tył głowy. Łzy pociekły mu z oczu i rozmazały tusz na kartce pokrytej działaniami matematycznymi.

— Nie wiem, nie wiem! — krzyknął chłopiec przez łzy.

— Ty cholerny mazgaju. — Ojciec złapał go mocno za policzek i potrząsał nim w górę i dół. — Ty bałwanie. Ty jesteś jakimś kretynem. Rzygać mi się chce, jak na ciebie patrzę. Wstyd mi przynosisz. Tylko te głupie książeczki byś czytał. I co ci z tego przychodzi, jak nawet nie umiesz obliczyć najprostszych pierwiastków?

Ojciec wstał i wziął jedną z książek leżących na biurku. Przerzucił parę stron, zamknął ją z trzaskiem i rzucił z całej siły o ścianę.

— Masz zakaz wypożyczania tych bzdur, dopóki nie nauczysz się pierwiastków. Masz mi śpiewać o pierwiastkach. Jak cię obudzę o drugiej w nocy, to masz mi podać pierwiastek ze 148 do trzeciej liczby po przecinku. Rozumiesz? Masz czas do jutra. Jak przyjdę z pracy to cię odpytam.

Wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami. Artur patrzył na rozmazane kontury cyfr. Wyobraził sobie, że kiedyś, jak dorośnie, porwie swojego ojca i go zabije. Najpierw jednak będzie go torturował. Zwiąże go, potnie i do ran nasypie soli. Wyjmie mu oczy i każe mu je zjeść. Jak nie będzie chciał, to wsadzi mu je do gardła i zaszyje usta, żeby nie wypluł. Potem wrzuci go do trumny, którą umieści w głębokim dole, napluje na nią i zasypie ziemią. Ojciec będzie słyszał, jak na wieko spadają grudy ziemi. Będzie chciał krzyczeć, ale ze zszytymi ustami będzie mógł sobie tylko pobeczeć jak zarzynane bydlę.

Następnego dnia poszedł do szkoły. Traf chciał, że pani od matematyki zrobiła niezapowiedzianą kartkówkę, którą od razu sprawdziła. Dostał dwóję. Niedawno się rozpoczął rok szkolny, a on już zarobił złą ocenę. Jak się ojciec dowie, to go chyba zabije. Czasami kazał mu pokazywać dzienniczek i tłukł go za złe oceny i uwagi wstawiane przez nauczycieli. Szczególnie upodobał sobie matematykę, której chłopiec szczerze nie znosił. Dla jego ojca była to jednak sprawa priorytetowa. Był inżynierem i nie znał się specjalnie na polskim czy geografii, ale matematyka to był jego konik i nigdy nie potrafił zrozumieć, jak to się dzieje, że Artur nie może patrzeć na te wszystkie ułamki i pierwiastki. Dla niego ćwiczenia szkolne były banalnie łatwe, tak proste, że nie mieściło mu się w głowie, że dla chłopca mogą one stanowić trudne zadanie.

Po szkole poszedł prosto do piwnicy. Rzucił tornister na ziemię, położył na blacie pralki podręcznik do matematyki, nasypał trochę okruszków na kartkę i położył w miejscu, gdzie myszka zazwyczaj wychodziła ze swojej kryjówki. Zaczął czytać wyjaśnienia dotyczące pierwiastków, jednak po chwili odłożył książkę i wpatrzył się w stos pudeł, w którym mały gryzoń miał swoją siedzibę. Od kilku dni nie widział swojego towarzysza i zastanawiał się, czy może przypadkiem myszka nie zachorowała, albo może coś zablokowało jej drogę. Chyba rozmontuję ten stos i sprawdzę — pomyślał. W razie czego mógłby ją zanieść do weterynarza, gabinet był niedaleko, a on miał odłożone trochę pieniędzy, które podkradał z reszty po zakupach.

Dręczony niepokojem zdejmował ostrożnie kolejne tekturowe pudła i układał w innym miejscu. Część opakowań nosiła ślady ostrych ząbków. W końcu dotarł do ułożonych pod ścianą paczek wypełnionych ceramicznymi płytkami. Nigdy wcześniej ich nie ruszał, gdyż wydały mu się zbyt ciężkie, a poza tym nie miał na razie planów dotyczących zagospodarowania tej części graciarni. Zdjął pierwsze rzędy opartych o ścianę pakunków. Otarł pot z czoła i pracował dalej. W pewnej chwili, gdy usuwał kolejną partię ciężkich paczek, jego oczom ukazał się łuk z czerwonych cegieł wbudowany w ścianę. Zainteresowany tym odkryciem zrzucił kolejne przeszkody i okazało się, że łuk okala małe metalowe drzwi. Aż siadł z wrażenia. Po chwili uświadomił sobie, że patrzy z rozdziawionymi ustami na ten nowo odkryty element swojej kryjówki. Łał… to jest dopiero niespodzianka. Przychodził tu prawie codziennie od paru lat i nie miał pojęcia, że w ścianie są jakieś drzwiczki. W miejscu, gdzie kiedyś prawdopodobnie był zamek ziała okrągła dziura. Może myszka przeszła tędy i nie potrafi wrócić? Artur szarpnął za przypominający kołatkę uchwyt zamontowany w środkowej części. Drzwi otworzyły się z metalicznym zgrzytem, ukazując ciemne wnętrze. Po co to zbudowano? Czym to w ogóle jest? Dodatkowym pomieszczeniem? Jakimś zapomnianym schowkiem? Chłopiec odwrócił się i zaczął gorączkowo szukać małej latarki, którą kiedyś dostał od dziadka i przechowywał w graciarni. Jest! Dobra. Świeci. Skierował strumień światła w głąb ciemnej przestrzeni. Zobaczył półokrągłe sklepienie. Światło latarki nie mogło sięgnąć zbyt daleko, więc zaciekawiony chłopiec wczołgał się do środka i poświecił prosto przed siebie. Z mroku wyłoniła się sterta kamieni i gruzu. Czy to koniec, czy coś jest jeszcze dalej? A może ktoś tu gdzieś ukrył jakiś skarb? Był tak podekscytowany, że zapomniał o całym świecie i gorączkowo wydobywał tworzące stertę odłamki. Po godzinie pracy poświecił ponad zredukowaną kupką gruzu. Światło odbiło się od ceglanych ścian. Skrzyni ze skarbem nie było, ale dalej wiódł jakiś korytarz! Zrzucił jeszcze kilka kamieni i przedostał się na drugą stronę stosu. Co teraz? Iść czy nie iść? A raczej czołgać się czy nie?

Poświecił latarką w głąb tunelu i wydało mu się, że światło napotkało parę maleńkich oczu. Myszka! Poczołgał się trochę do przodu, nakierował latarkę na to miejsce, ale nie zobaczył gryzonia, tylko dwa lekko połyskujące kamyki. To byłaś tu czy nie? Postanowił przebyć jeszcze parę metrów i zobaczyć dokąd prowadzi ten korytarz. Może naprawdę do jakiegoś ukrytego podczas wojny skarbu albo do prawdziwego bunkra! Zobaczyć autentyczny bunkier, to by było coś. A może to schron zbudowany dla ochrony przed nalotami? Czytał kiedyś o takich miejscach.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 31.5