E-book
1.59
drukowana A5
31.5
Dom wilka

Bezpłatny fragment - Dom wilka


Objętość:
232 str.
ISBN:
978-83-8104-094-5
E-book
za 1.59
drukowana A5
za 31.5

Mojej żonie, Dorocie

Rozdział 1. Graciarnia

Chłopiec przewrócił kolejną kartkę. Czytał jeszcze przez chwilę, po czym podniósł wzrok i rozejrzał się dookoła. Popatrzył na stare meble, zepsute pralki i połamane krzesła. Uśmiechnął się. Dla innych była to tylko blokowa graciarnia, dla niego zaś idealna kryjówka. Zapomniane pomieszczenie na końcu piwnicznego korytarza stanowiło jego miniaturowe królestwo, jedyne miejsce, gdzie mógł w spokoju oddawać się lekturze i marzeniom.

Gdy pierwszy raz tu dotarł, cała podłoga była zawalona tekturowymi pudłami, skrzynkami i zdezelowanymi sprzętami domowymi. Stosy rupieci piętrzyły się niczym zastygłe fale niespokojnego morza. Powoli wprowadzał kolejne zmiany, wytyczając w tym chaosie pierwsze ścieżki, układając pudła i przesuwając z mozołem szafki. Większe sprzęty, takie jak pralki, musiał pozostawić na miejscu, gdyż nie był w stanie ich przesunąć.

Zielony fotel z obgryzionymi przez jakiegoś psa drewnianymi podłokietnikami ustawił przy ścianie, pomiędzy automatyczną suszarką a pralką. Ich blaty były dobrymi stolikami. Stawiał na nich czasem butelkę oranżady i ciastka w czekoladzie, które kupował na wagę w osiedlowym sklepie. Bezpośrednio nad nim, na kablu wisiała żarówka. Jako podnóżek przydał się mały żółty telewizor marki Unitra.

W głębi pomieszczenia, naprzeciwko wejścia, stała szafka z szerokimi półkami, na których ustawił swoje stare zabawki. Zielone plastikowe figurki żołnierzy, małe metalowe samochodziki i zamek z klocków Lego. Do dziś wyraźnie pamiętał listonosza, który przyniósł dużą paczkę kilka dni przed Bożym Narodzeniem dwa lata temu. W środku był najwspanialszy prezent, o jakim tylko mógł marzyć. Wielki komplet klocków, z których powstał średniowieczny zamek ze zwodzonym mostem i czterema wieżami. Jeden z ostatnich prezentów od mamy, która rok wcześniej wyjechała za granicę. Podobno pracuje teraz w Londynie, ale tak naprawdę nie wiedział, co się z nią dzieje, ponieważ od dłuższego czasu nie dawała żadnego znaku życia. Jej ostatni list, który przyszedł kilka tygodni po paczce z klockami, był bardzo krótki. „Poznałam kogoś, nie wracam. Dbaj o chłopca.” Gdy ojciec przeczytał te kilka słów nabazgranych niebieskim tuszem, podniósł słuchawkę telefonu jakby chciał gdzieś zadzwonić, zawahał się, po czym zaczął walić nią o ścianę, aż kawałki roztrzaskanego plastiku pokryły podłogę. Rzucił zmiętą kartkę do śmieci i wybiegł z domu. Po wyjściu ojca wyciągnął list z kosza i długo wpatrywał się w słowa, czytając je raz po raz. „Dbaj o chłopca.” Zupełnie jakby dotyczyło to kogoś innego. Jakiegoś bezimiennego chłopca. Bo on przecież miał imię. Miał na imię Artur.

Tego dnia ojciec wrócił w nocy, ledwo trzymając się na nogach. Artur musiał wstać i otworzyć mu drzwi, gdyż nie był w stanie trafić kluczem do zamka i ze złości szarpał za klamkę. Mężczyzna szedł chwiejnym krokiem do łóżka, bełkocząc coś po drodze. Mijając chłopca, przeszył go wzrokiem i pchnął gwałtownie, aż ten przewrócił się na drewniany stolik, razem z nim lądując na podłodze.

— To twoja wina smarkaczu! — Ojciec wbił w niego przekrwione oczy. — To przez ciebie odeszła. Nigdy nie chciała mieć dzieci. To dlatego wyjechała!

Krzyk ojca świdrował jego czaszkę. Powoli wstał z podłogi. Ojciec przeszedł obok i zwalił się na łóżko. Po chwili już chrapał. Artur zamknął za nim drzwi i poszedł do swojego pokoju. Wbił twarz w poduszkę, która wchłonęła jego łzy.

Chłopiec potrząsnął głową, odganiając wspomnienia. Wstał z fotela i odłożył książkę. Wyszedł z graciarni i zamknął za sobą drzwi, zakładając zatrzaskową kłódkę. Zamknięcie było popsute, kłódka, owszem się zatrzaskiwała, ale można ją było otworzyć mocniejszym szarpnięciem. To był jego sekret. Inni mieszkańcy bloku chyba całkowicie zapomnieli o tym pomieszczeniu, więc w zasadzie nie obawiał się niepożądanych wizyt.

Wjechał windą na dziesiąte piętro i poszedł do dwupokojowego mieszkania, które zajmował wraz z ojcem. Z pokoju dobiegały odgłosy transmisji meczu. Telewizor ryczał głosem spikera komentującego kolejnego gola. Mężczyzna, rozparty przed ekranem, kątem oka spostrzegł idącego do kuchni chłopca.

— Idź mi po fajki. Tylko na migu. — Sięgnął do kieszeni i rzucił w Artura zmiętym banknotem. — Przynieś mi pety, a potem idź po pięć kilo ziemniaków i bierz się za obieranie.

— To za jednym razem mogę kupić papierosy i ziemniaki.

— Mówię ci tępaku, że masz najpierw przynieść mi na migu fajki, potem dopiero pójdziesz jeszcze raz i kupisz ziemniaki. Zrozumiałeś? Czy może chcesz kopa na lepsze myślenie?

Chłopiec wziął pieniądze i wyszedł z mieszkania, zaciskając pięści. Wykonał polecenia ojca i poszedł do swojego pokoju. Za jakiś czas mężczyzna zawołał go na obiad. Ziemniaki i kotlet, groszek z puszki. Artur przesuwał po talerzu zielone kulki.

— Nie baw się jedzeniem, bo dostaniesz w łeb.

Po obiedzie położył się na łóżku i wpatrzył się w sufit. Myślał o swoich dziadkach, którzy umarli jedno po drugim w zeszłym roku. Kiedyś, jak tworzyli jeszcze pełną rodzinę, często odwiedzali rodziców matki w ich wiejskim, otoczonym drzewami domu. Artur uwielbiał te wyjazdy. Wspinał się na wszystkie drzewa w sadzie, zrywał czereśnie i jabłka z najwyższych gałęzi. Nikt nie miał odwagi wspiąć się tak wysoko jak on. Czasem siedział na czubku drzewa i obserwował okolicę jak z jakiejś wieży.

Wstał z łóżka, wziął z półki album ze starymi zdjęciami i zaczął przerzucać obszerne, czarne karty. Wspomnienia zasilone obrazami nabrały kolorów. Z każdą fotografią wiązała się jakaś opowieść.

Na wsi miał kolegę, Antka. We dwóch wędrowali po okolicznych, pokrytych lasami wzgórzach. Gdy obejrzeli w telewizji film o Robin Hoodzie, zapragnęli upodobnić się do banity z Sherwood. Dziadek Artura zrobił im łuki, a babcia uszyła kołczany, które wypełnili strzałami wystruganymi z leszczynowych gałązek. Urządzali sobie zawody. Kto strzeli dalej, kto strzeli wyżej. Ze swoim uzbrojeniem buszowali po okolicznych lasach i zdziczałych polach, płosząc bażanty i zające. Czasem rozpalali ognisko i piekli w popiele ziemniaki, które pałaszowali, obierając z czarnych skorup. Na stoku wzgórza za wsią zbudowali szałas, w którym trzymali kilka naczyń i trochę narzędzi wykradzionych z dziadkowego warsztatu. Siedząc w swojej kryjówce, zastanawiali się, co by zrobili, gdyby wybuchła wojna.

— Najpierw trzeba by było zdobyć karabiny — stwierdził Antek.

— No. Racja. Ja miałbym jeszcze pistolet — rzekł Artur. — A potem można by się przyłączyć do partyzantów!

— Pewnie. Tu są takie lasy, że by nas w życiu nie wytropili.

— Mój dziadek był partyzantem — oświadczył dumnie Artur. — Jak wybuchła wojna miał jedenaście lat. Jak miał piętnaście wstąpił do partyzantki. Był łącznikiem. Przenosił różne rzeczy pomiędzy oddziałami, przekazywał informacje. Czasami na furmance, pod ładunkiem drewna przewoził broń. Przejeżdżał obok żandarmów, taki był odważny. Miał nawet swój rewolwer. Po wojnie dostał medal. Taki zielony krzyż z orzełkiem w środku.

— Kurczę, to nieźle. A słuchaj, ma on gdzieś jeszcze ten pistolet? Można by było postrzelać.

— Nie, rozmontował go po wojnie i wrzucił do rzeki.

— A wiesz gdzie? Moglibyśmy go poszukać.

— Nie wiem, to chyba było koło mostu, ale nie jestem pewien. Zresztą po tylu latach pewnie nie dałoby się go już zmontować, na pewno zardzewiał, albo ugrzązł gdzieś głęboko w mule.

— Racja. Ale słuchaj, za tydzień jest odpust, brat mi mówił, że koło kościoła będą stragany, gdzie można kupić pistolety na kapiszony.

— Dobry pomysł. Dziadek na pewno mi kupi.

Wyposażeni w kapiszonowce zatknięte za paski spodni przekształcili kupę gruzu tkwiącą w dziadkowym sadzie w bunkier, który przykryli dachem z desek i kawałka folii. Otoczona krzakami konstrukcja była ich tajemnym miejscem, o którym nikt oprócz nich nie wiedział. W zasadzie nadal wyglądała jak kupa starego, omszałego gruzu. Pierwszym jej testem była silna burza z piorunami, podczas której siedzieli przy zapalonej świeczce, słuchając deszczu bębniącego w dach.

— Nie przecieka!

— To się nazywa bunkier!

Artur przerzucił kolejną kartkę i otworzył album na stronie, na której znajdowało się duże zdjęcie domu dziadków. Popatrzył na żywopłot, który przylegał do ogrodzenia. Wezbrały w nim wspomnienia, które nie były już tak pozytywne.

Po wyjeździe matki wizyty na wsi stały się bardzo rzadkie. Ojciec nie przepadał za jej rodzicami i nigdy ich nie odwiedzał. Czasem tylko pozwalał chłopcu pojechać do nich autobusem. Nie zawsze jednak, gdy go o to poprosił, dawał mu pieniądze na bilet. Czasami jego reakcje były jeszcze bardziej gwałtowne.

— Po co będziesz tam jechał tumanie? Żeby bardziej zgłupieć? Żeby nażreć się cukierków? Siedź w domu i lepiej sprzątnij swój pokój. Pokazać ci, jaki tam jest bałagan? — Ojciec złapał go za włosy nad uchem i krzyczącego z bólu powlókł do pokoju, gdzie stos książek piętrzył się na biurku. Zbliżył jego twarz do blatu, cały czas trzymając go za włosy. — Co to jest? Co to jest, ja się pytam?

— Książki.

— To jest bałagan matole! — Ojciec drugą ręką uderzył go w głowę. — Nauczyć cię grzecznego odpowiadania na pytania? Co? Nauczyć cię? To zaraz mogę ci dać lekcję.

Mężczyzna puścił chłopca i wyciągnął pasek ze spodni.

— Ja ci dam tak się do mnie odzywać!

Artur uchylił się i pierwsze smagnięcie trafiło go w plecy. Zakrył twarz rękami, przewrócił się na podłogę i skulił. Ojciec uderzył go jeszcze parę razy, po czym schował pasek i wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.

Chłopiec, popłakując, podniósł się z podłogi i siadł przy biurku. Patrzył na swoje ręce pokryte czerwonymi, puchnącymi śladami. Plecy piekły go jeszcze bardziej. Gdy usłyszał, że ojciec wychodzi z domu, odczekał chwilę, założył kurtkę, zamknął drzwi i zbiegł szybko po schodach. Pobiegł w kierunku przystanku, jednak przypomniał sobie, że nie ma pieniędzy na bilet. Szedł więc przy ulicy, zmierzając w kierunku wsi, w której mieszkali jego dziadkowie. Wyszedł z miasta i minął małą miejscowość, idąc wzdłuż jezdni. Patrzył w okna szarych domów, zastanawiając się nad tym, jakie życie prowadzą mieszkające w nich dzieci. Czy mają tak przerąbane jak on, czy też wręcz odwrotnie, są szczęśliwe i mają kochających rodziców?

Był mniej więcej w połowie drogi do dziadków, gdy minął go czerwony autobus. Z tyłu, oparty o barierkę stał jego ojciec, z twarzą wykrzywioną w złowrogim grymasie. Jak on się zorientował? Może nie trzeba było brać kurtki? Co teraz? Autobus ma przystanek dopiero za jakieś pół kilometra. Chłopiec rozejrzał się wokół i pobiegł polną drogą wiodącą najpierw obok dużego gospodarstwa, potem wśród pól. Biegł aż dotarł do sosnowego lasu. Rzucił się na ziemię i patrzył, czy ojciec go ściga. Nie. Nikogo nie widział. Może to nie był on, a może go nie rozpoznał? Wstał i ruszył dalej, zagłębiając się wśród drzew. Nie miał dobrej orientacji w terenie, jednak wiedział, że niedługo powinien dotrzeć do linii kolejowej, która przechodzi niedaleko wsi.

Wyszedł z lasu i wspiął się na nasyp. Siadł na torach. Grzebał patykiem w kamieniach i zastanawiał się nad tym, czy gdyby się położył i gdyby przejechał po nim pociąg, to by go bolało, zanim by umarł.

Wstał i poszedł pomiędzy szynami. Jesienny wiatr unosił uschnięte liście i bawił się jego ciemnobrązowymi włosami. Chłopiec zapiął kurtkę pod szyją. Wysoko, na tle skłębionych chmur szybował majestatycznie jakiś drapieżny ptak. Nie potrafił rozpoznać gatunku. Może to sokół?

Na szczycie nasypu znajdowało się tylko jedno pasmo torów. Zastanawiał się, co się dzieje w sytuacji, w której z naprzeciwka nadjeżdżają dwa pociągi. Po chwili jednak uświadomił sobie, iż mimo że idzie już jakiś czas, nie widział jeszcze żadnego pociągu. Najwyraźniej nie jeżdżą tu za często i zapewne raz jedzie jeden w jedną stronę, raz drugi w drugą. Pewnie jakoś tak. Kopnął kamień leżący na drewnianym podkładzie. Szary okruch poturlał się w zarośla.

Idąc, obserwował z uwagą otoczenie. Pierwszy raz w życiu zmierzał do dziadków pieszo torami. Po lewej stronie nasypu znajdowały się rozległe łąki, pośród których meandrowała rzeka, powoli przetaczając swe wody. Po drugiej stronie rósł gęsty las. Z drzew opadła już większość liści, pokrywając ściółkę rdzawoczerwonym kobiercem. Ciemna przestrzeń pomiędzy potężnymi pniami wydała się chłopcu nieco złowroga.

Parę metrów przed nim wylądowała kawka. Przystanął. Kawka wskoczyła na jedną z szyn i popatrzyła na niego uważnie. Widocznie nie wyglądał groźnie, gdyż nie odfrunęła, tylko wykonała kilka zabawnych, krótkich skoków i zaczęła przeszukiwać trawę porastającą zbocze nasypu. Ruszył do przodu. Kawka odwróciła się, ponownie zmierzyła go wzrokiem, po czym powróciła do dreptania, podskakiwania i dziobania. Chłopiec zastanawiał się, co ona tam właściwie znajduje? Robaczki? A może nasionka? Jakiś czas podążali we dwoje, kawka kilka kroków przed nim. Zupełnie jakby szukała na tym pustkowiu jakiegoś towarzystwa. W końcu raz jeszcze spojrzała na chłopca, przekrzywiając łebek, rozpostarła skrzydła i odleciała w kierunku lasu.

Tory doprowadziły go na obrzeża wsi. Poszedł polami, omijając drogę prowadzącą wśród domostw. Podejrzewał, że ojciec jest już u dziadków, więc zakradł się od tyłu i przeskoczył przez płot. Rozejrzał się i pobiegł do bunkra. Udało mu się. Nikt go nie widział. Zasunął klapę w dachu i siadł na drewnianym taborecie, który podkradł jakiś czas temu babci. Bardzo utyskiwała nad zgubą i w końcu dziadek musiał jej zrobić drugi, żeby mogła wygodnie plewić grządki warzywne. Artur nie mógł wydać swojej kryjówki, więc nie przyznał się do kradzieży. Rozmyślał nad zapaleniem świeczki, gdy usłyszał głos dziadka:

— Tak jak mówię, nie widzieliśmy go dzisiaj.

— Musi tu gdzieś być, widziałem go, jak uciekał w pola, gdy mnie zobaczył. Poszedłem za nim, ale go nie znalazłem.

— Ale dlaczego w ogóle uciekał?

— Mówiłem. Mieliśmy kłótnię. Gdy potem poszedłem kupić mu na zgodę coś w sklepie i wróciłem to już go nie było. Przez chwilę wydawało mi się, że widzę go przez okno biegnącego w kierunku przystanku, więc pomyślałem, że mógł przyjechać do was. On jest taki przewrażliwiony, nic nie można mu powiedzieć.

Ojciec łgał jak najęty. On poszedł kupić dla mnie coś w sklepie? Żartowniś. Kupował sobie pewnie piwo, żeby miał co żłopać na meczu. Głosy oddalały się od jego kryjówki.

— Dobra, jadę do domu, jakby się pojawił to dajcie mi znać albo odwieźcie go do mnie, dobra?

— Może trzeba by kogoś zawiadomić?

— Kogo? On się na pewno znajdzie. Pojawi się tu, jestem tego pewien.

Chyba sobie poszli. Artur nie wiedział, co powiedzą dziadkowie na jego wyczyn i postanowił na razie nie wychodzić z bunkra. Szkoda, że nie przynieśli z Antkiem żadnego koca. Oprócz taboretu znajdowała się tu tylko drewniana skrzynka służąca jako drugie siedzenie.

Wyszedł w końcu i poszedł do dziadków. Załamali ręce nad jego szramami, ale następnego dnia odwieźli go do ojca, który udawał wielce skruszonego i pokornego. Gdy dziadkowie wyszli, ojciec spiorunował go wzrokiem. Chłopiec był pewny, że zaraz dostanie największe lanie w życiu, ale wbrew jego przewidywaniom, ani tego dnia, ani w ciągu kilku następnych nie dostał ani razu. Widocznie coś w tej całej sytuacji dało staremu do myślenia i chwilowo powstrzymało go od znęcania się nad nim.

Stary album zdawał się przywoływać coraz smutniejsze chwile. Artur przypomniał sobie dzień, w którym umarła jego babcia. Zamknął oczy i zobaczył siebie samego idącego po szkole do piwnicznej kryjówki. Chciał się w spokoju zagłębić w lekturze książki, którą wypożyczył z osiedlowej biblioteki. Ojca nie było w domu, o tej porze był jeszcze w pracy, ale chłopiec i tak wolał posiedzieć w graciarni. Tu nie musiał się obawiać, że zaraz zobaczy wykrzywioną niezadowoleniem twarz i usłyszy krzyki w stylu: Sprzątaj! Odrabiaj lekcje! Obieraj ziemniaki! Albo co gorsza będzie musiał wysłuchać kolejnej transmisji spotkania piłkarskiego. Aż się wzdrygnął. Nigdy nie potrafił się skupić, gdy ktoś obok oglądał telewizję. Czytał wtedy jedno zdanie dziesięć razy, a i tak nie mógł go zrozumieć. W końcu zrezygnowany odkładał książkę i patrzył tępo przed siebie. W graciarni sprawa wyglądała inaczej. Tu miał ciszę i był panem swojego czasu. Ojciec nie wiedział o jego kryjówce. Gdy czasami pytał, gdzie się tyle podziewał, mówił, że został dłużej w szkole i siedział na świetlicy albo był w osiedlowej bibliotece. To wystarczało za tłumaczenie.

Otworzył drzwi i zapalił światło. Kątem oka zarejestrował nagły ruch. To mała brązowa myszka wyskoczyła z talerzyka, na którym pozostało trochę okruchów ciastek. Popędziła po blacie pralki, skoczyła na oparcie fotela, zeszła na siedzisko, skoczyła na ziemię i zniknęła pod stosem tekturowych pudeł. Artur uśmiechnął się. Mam towarzysza! Zawsze chciał mieć jakieś zwierzątko, ale jego ojciec nigdy mu na to nie pozwolił. A tu proszę, zwierzątko samo do niego przyszło. Ożywiony tym niespodziewanym spotkaniem myślał, jak będzie dokarmiał i oswajał myszkę. Okruszki! Będzie jej zawsze zostawiał jakieś okruszki. Z kanapek albo z ciastek. I wodę. Tak! Naleje trochę do podstawki pod doniczkę. Przez dłuższy czas nie myślał o niczym innym, tylko o tym, jak tu się zaprzyjaźnić ze swoim piwnicznym kompanem. Nie mógł się skupić na czytaniu. Nadstawił uszu i obserwował stos pudeł, pod którym zniknęła myszka. Kilka razy wydało mu się, że słyszy jakiś chrobot. Więc to jest też jej kryjówka. Nie ma sprawy. Chętnie podzieli się swoim tajemnym królestwem. Wyrwał kartkę z zeszytu, położył przy ścianie obok miejsca, gdzie zniknęła myszka. Pokruszył kawałek kromki, która została mu z drugiego śniadania. Jakiś czas obserwował bacznie, czy myszka przyjdzie się posilić, ale na razie się do tego nie kwapiła. Poczekał jeszcze chwilę, ale gdy nic się nie wydarzyło wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Poszedł mrocznym korytarzem w stronę windy.

Gdy wrócił do mieszkania, ojciec oznajmił mu szorstkim głosem:

— Twoja babka umarła, dziadek dzwonił przed chwilą. To się stało w nocy. Gdy wszedł rano do jej sypialni, myślał na początku, że nadal śpi. Dopiero po jakimś czasie się zorientował.

Nogi ugięły się pod Arturem. Oparł się ręką o ścianę.

— Jadę teraz do dziadka, poprosił mnie, żebym mu pomógł załatwić sprawy związane z pogrzebem. Włącz sobie telewizor albo idź do kolegi. Nie wiem, kiedy wrócę.

Drzwi się zatrzasnęły i zapadła cisza. Artur dalej stał w tym samym miejscu. Przez chwilę patrzył przed siebie, potem zamknął oczy. Po policzkach pociekły mu łzy. Niczym lunatyk zszedł po schodach i zaszył się z powrotem w graciarni. Siedział w bezruchu, rozmyślając o chwilach spędzonych na wsi. Zobaczył babcię przy kuchni smażącą jego ulubione placki ziemniaczane. Opuściły go wszystkie siły i głowa opadła na oparcie fotela.

Myszka wyszła ze swej kryjówki i zabrała się za pałaszowanie okruszków. Brała je do swoich małych łapek i wsadzała do pyszczka, poruszając przy tym wąsami. Artur obserwował ją mechanicznie. Jego umysł ogarnęła dziwna pustka. Nic nie czuł, o niczym nie myślał. Patrzył tylko jak mały gryzoń opycha się kawałkami chleba. Obraz ten wypełnił jego głowę niczym plastikowy slajd wsadzony do rzutnika.

Miesiąc po babci odszedł dziadek, również we śnie. Artur odwiedził go tydzień wcześniej. Chciał złożyć mu życzenia z okazji urodzin, ale okazało się, że to dziadek miał dla niego prezent. Uparł się, żeby wziął od niego album wypełniony starymi fotografiami. Razem przejrzeli parę szerokich kart. Dziadek w mundurze wojskowym prezentował się niczym filmowy amant. Babcia w białej ślubnej sukience wyglądała zjawiskowo. Spojrzał na dawny dom dziadków, jeszcze kryty strzechą. Czarno-białe zdjęcia zafascynowały chłopca, były jak okna, przez które zaglądał do nieistniejącego już świata. Ostatnie karty zajmowały fotografie kolorowe, zobaczył Antka i siebie dzierżących zrobione przez dziadka łuki. Zamknął album i położył go na kolanach.

Rozmawiali, siedząc we dwóch, na ławce przed domem, w cieniu wysokiej jabłoni.

— Śniła mi się babcia, wiesz — powiedział dziadek. — Szła po polu pszenicy i dotykała ręką maków. Zawsze lubiła kwiaty.

Czarna kotka wskoczyła chłopcu na kolana. Gdy ją pogłaskał zaczęła mruczeć. Popatrzył na ukwiecony krzak hibiskusa. Dziadek był zapalonym ogrodnikiem. W jego ogrodzie rosły dziesiątki różnych rodzajów kwiatów, warzyw i drzew. Udało mu się nawet wyhodować dorodne brzoskwinie. Kiedyś dużo podróżował i z różnych miejsc przywoził sadzonki i nasiona. Do pomidorów miał cieplejsze podejście niż niektórzy ludzie do własnych dzieci. Sadzonki hodował w swoim pokoju, w wypełnionych ziemią plastikowych kubkach po jogurcie. Regularnie je podlewał za pomocą archaicznego, metalowego dzbanka. Rozmawiał z nimi i nazywał je kochanymi pomidorkami. Babcia chyba była trochę o nie zazdrosna. Gdy rosły potem w ogrodzie dźwigał hektolitry wody, aby je podlewać. W wielkiej kadzi miał też specjalny nawóz, który sam przygotowywał z krowiego łajna. Jego trud był wynagradzany olbrzymimi, czerwonymi owocami, które może nie wyglądały najlepiej, były pofałdowane i przecięte zielonymi pasmami, ale smakowały tak jak żadne inne. Artur nigdy nie jadł pomidora ze sklepu, który byłby tak dobry jak ten wyhodowany na dziadkowym polu.

Chłopiec przewrócił kolejną kartę albumu, nadal mając przed oczami moment, w którym dziadek mu go podarował. Na ostatniej stronie zobaczył wklejony swój rysunek sprzed paru lat. Widniał na nim wielki statek uwięziony w lodowych krach. Na jego pokładzie znajdowało się kilka postaci. Artur uśmiechnął się i przypomniał sobie, jak dziadek opowiadał mu o swojej podróży do Ameryki na pokładzie statku, który nazywał się Stefan Batory. Przenieść się w czasie i podróżować z dziadkiem do odległych krajów, to by było coś wspaniałego! Westchnął i odłożył stary album na półkę, myśląc, że jest to chyba najcenniejsza rzecz, jaką posiada.

Rozdział 2. Ojciec

— Jak to nie wiesz, ile wynosi pierwiastek ze 144?

— N...no nie wiem, zapomniałem…

— Jak to zapomniałeś, przecież tydzień temu tłumaczyłem ci, jak się wyciąga pierwiastki!

— Wiem, ale nie…

— Jesteś tak głupi jak twoja matka. Masz już dwanaście lat, a najprostszego zadania nie potrafisz rozwiązać. — Ojciec złapał go za włosy nad uchem. Był to jego ulubiony sposób sprawiania mu bólu. — No myśl ty tępa głowo. Myśl!

— Jede… jedenaście…

Ojciec puścił włosy chłopca, zamachnął się i otwartą ręką uderzył go w tył głowy. Łzy pociekły mu z oczu i rozmazały tusz na kartce pokrytej działaniami matematycznymi.

— Nie wiem, nie wiem! — krzyknął chłopiec przez łzy.

— Ty cholerny mazgaju. — Ojciec złapał go mocno za policzek i potrząsał nim w górę i dół. — Ty bałwanie. Ty jesteś jakimś kretynem. Rzygać mi się chce, jak na ciebie patrzę. Wstyd mi przynosisz. Tylko te głupie książeczki byś czytał. I co ci z tego przychodzi, jak nawet nie umiesz obliczyć najprostszych pierwiastków?

Ojciec wstał i wziął jedną z książek leżących na biurku. Przerzucił parę stron, zamknął ją z trzaskiem i rzucił z całej siły o ścianę.

— Masz zakaz wypożyczania tych bzdur, dopóki nie nauczysz się pierwiastków. Masz mi śpiewać o pierwiastkach. Jak cię obudzę o drugiej w nocy, to masz mi podać pierwiastek ze 148 do trzeciej liczby po przecinku. Rozumiesz? Masz czas do jutra. Jak przyjdę z pracy to cię odpytam.

Wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami. Artur patrzył na rozmazane kontury cyfr. Wyobraził sobie, że kiedyś, jak dorośnie, porwie swojego ojca i go zabije. Najpierw jednak będzie go torturował. Zwiąże go, potnie i do ran nasypie soli. Wyjmie mu oczy i każe mu je zjeść. Jak nie będzie chciał, to wsadzi mu je do gardła i zaszyje usta, żeby nie wypluł. Potem wrzuci go do trumny, którą umieści w głębokim dole, napluje na nią i zasypie ziemią. Ojciec będzie słyszał, jak na wieko spadają grudy ziemi. Będzie chciał krzyczeć, ale ze zszytymi ustami będzie mógł sobie tylko pobeczeć jak zarzynane bydlę.

Następnego dnia poszedł do szkoły. Traf chciał, że pani od matematyki zrobiła niezapowiedzianą kartkówkę, którą od razu sprawdziła. Dostał dwóję. Niedawno się rozpoczął rok szkolny, a on już zarobił złą ocenę. Jak się ojciec dowie, to go chyba zabije. Czasami kazał mu pokazywać dzienniczek i tłukł go za złe oceny i uwagi wstawiane przez nauczycieli. Szczególnie upodobał sobie matematykę, której chłopiec szczerze nie znosił. Dla jego ojca była to jednak sprawa priorytetowa. Był inżynierem i nie znał się specjalnie na polskim czy geografii, ale matematyka to był jego konik i nigdy nie potrafił zrozumieć, jak to się dzieje, że Artur nie może patrzeć na te wszystkie ułamki i pierwiastki. Dla niego ćwiczenia szkolne były banalnie łatwe, tak proste, że nie mieściło mu się w głowie, że dla chłopca mogą one stanowić trudne zadanie.

Po szkole poszedł prosto do piwnicy. Rzucił tornister na ziemię, położył na blacie pralki podręcznik do matematyki, nasypał trochę okruszków na kartkę i położył w miejscu, gdzie myszka zazwyczaj wychodziła ze swojej kryjówki. Zaczął czytać wyjaśnienia dotyczące pierwiastków, jednak po chwili odłożył książkę i wpatrzył się w stos pudeł, w którym mały gryzoń miał swoją siedzibę. Od kilku dni nie widział swojego towarzysza i zastanawiał się, czy może przypadkiem myszka nie zachorowała, albo może coś zablokowało jej drogę. Chyba rozmontuję ten stos i sprawdzę — pomyślał. W razie czego mógłby ją zanieść do weterynarza, gabinet był niedaleko, a on miał odłożone trochę pieniędzy, które podkradał z reszty po zakupach.

Dręczony niepokojem zdejmował ostrożnie kolejne tekturowe pudła i układał w innym miejscu. Część opakowań nosiła ślady ostrych ząbków. W końcu dotarł do ułożonych pod ścianą paczek wypełnionych ceramicznymi płytkami. Nigdy wcześniej ich nie ruszał, gdyż wydały mu się zbyt ciężkie, a poza tym nie miał na razie planów dotyczących zagospodarowania tej części graciarni. Zdjął pierwsze rzędy opartych o ścianę pakunków. Otarł pot z czoła i pracował dalej. W pewnej chwili, gdy usuwał kolejną partię ciężkich paczek, jego oczom ukazał się łuk z czerwonych cegieł wbudowany w ścianę. Zainteresowany tym odkryciem zrzucił kolejne przeszkody i okazało się, że łuk okala małe metalowe drzwi. Aż siadł z wrażenia. Po chwili uświadomił sobie, że patrzy z rozdziawionymi ustami na ten nowo odkryty element swojej kryjówki. Łał… to jest dopiero niespodzianka. Przychodził tu prawie codziennie od paru lat i nie miał pojęcia, że w ścianie są jakieś drzwiczki. W miejscu, gdzie kiedyś prawdopodobnie był zamek ziała okrągła dziura. Może myszka przeszła tędy i nie potrafi wrócić? Artur szarpnął za przypominający kołatkę uchwyt zamontowany w środkowej części. Drzwi otworzyły się z metalicznym zgrzytem, ukazując ciemne wnętrze. Po co to zbudowano? Czym to w ogóle jest? Dodatkowym pomieszczeniem? Jakimś zapomnianym schowkiem? Chłopiec odwrócił się i zaczął gorączkowo szukać małej latarki, którą kiedyś dostał od dziadka i przechowywał w graciarni. Jest! Dobra. Świeci. Skierował strumień światła w głąb ciemnej przestrzeni. Zobaczył półokrągłe sklepienie. Światło latarki nie mogło sięgnąć zbyt daleko, więc zaciekawiony chłopiec wczołgał się do środka i poświecił prosto przed siebie. Z mroku wyłoniła się sterta kamieni i gruzu. Czy to koniec, czy coś jest jeszcze dalej? A może ktoś tu gdzieś ukrył jakiś skarb? Był tak podekscytowany, że zapomniał o całym świecie i gorączkowo wydobywał tworzące stertę odłamki. Po godzinie pracy poświecił ponad zredukowaną kupką gruzu. Światło odbiło się od ceglanych ścian. Skrzyni ze skarbem nie było, ale dalej wiódł jakiś korytarz! Zrzucił jeszcze kilka kamieni i przedostał się na drugą stronę stosu. Co teraz? Iść czy nie iść? A raczej czołgać się czy nie?

Poświecił latarką w głąb tunelu i wydało mu się, że światło napotkało parę maleńkich oczu. Myszka! Poczołgał się trochę do przodu, nakierował latarkę na to miejsce, ale nie zobaczył gryzonia, tylko dwa lekko połyskujące kamyki. To byłaś tu czy nie? Postanowił przebyć jeszcze parę metrów i zobaczyć dokąd prowadzi ten korytarz. Może naprawdę do jakiegoś ukrytego podczas wojny skarbu albo do prawdziwego bunkra! Zobaczyć autentyczny bunkier, to by było coś. A może to schron zbudowany dla ochrony przed nalotami? Czytał kiedyś o takich miejscach.

A jeśli są tam trupy? Zatrzymał się zmrożony wizją siedzących pod ziemią nieboszczyków. Dobra, jeszcze kilka metrów i wracam. Jakoś stracił animusz do dalszej wyprawy, ale dzielnie przeczołgał się jeszcze kawałek. Poświecił do przodu i… Jego oczom ukazała się kratka wentylacyjna. Pchnął ją i wyczołgał się. Wyszedł na półpiętrze klatki schodowej. Otrzepał koszulę i spodnie. Stopnie prowadziły w górę i w dół. Aha, więc znalazł tajemne przejście pomiędzy dwoma blokami! Jakiś tunel wentylacyjny, czy coś takiego. No to ciekawe, rzeczywiście, ale przez chwilę spodziewał się czegoś bardziej spektakularnego. Zamontował z powrotem kratkę wentylacyjną i już miał wyjść na górę po schodach. Ale zaraz. Jeśli jestem w bloku, na poziomie piwnicy, to gdzie jeszcze prowadzą te schody w dół? A, no tak, ten sąsiedni blok jest bardziej nowoczesny, pewnie ma parking podziemny.

Chwycił za poręcz i postawił stopę na pierwszym schodku. Wracam do mojej graciarni. Ale co mi w sumie szkodzi zajrzeć na ten parking? Zbiegł szybko po schodach na niższe piętro, potem jeszcze jedno i dopiero na trzecim poziomie zobaczył drzwi. Pierwszą rzeczą, na którą zwrócił uwagę po ich otwarciu, były dwa pasma połyskujących metalicznie torów. Ale zaraz zaraz, gdzie jest parking? Spojrzał w lewo. Tory w oddali znikały za zakrętem. Tunel kolejowy? Pod jego osiedlem? Nigdy o czymś takim nie słyszał. Drzwi zatrzasnęły się za nim z łoskotem. Podbiegł do nich, jednak nie znalazł żadnej klamki. Chwycił za krawędź, jednak solidne, lite drzwi nawet nie drgnęły. Z przerażeniem zaczął w nie walić i wzywać pomocy. O Boże. W co ja się władowałem?

Spokojnie — uspokajał sam siebie. Przecież to tylko tunel kolejowy. Pójdę wzdłuż torów, wyjdę na stacji i wrócę do domu. Prosta sprawa.

Poczuł lekkie drgania podłoża. Chyba zbliża się pociąg. Odwrócił się. Kątem oka spostrzegł jakiś szary kształt umykający z pola widzenia. Co to było? Jakieś kolejne przywidzenie? Wyszarpał z kieszeni latarkę, jednak zawadził wystającą częścią o pasek i mógł już tylko patrzeć jak cenne urządzenie upada na ziemię i rozbija się o twarde podłoże. Ze środka wypadła duża, płaska bateria.

— Chhhoodź tu, maaaluuutki, świeżuuutki — jakieś syczenie, które ukształtowało się na podobieństwo kilku słów, dobiegło spod pogrążonej w mroku ściany.

Nawet tam nie spojrzał. Pobiegł, oddalając się od mrocznej krawędzi tunelu. Za sobą coraz wyraźniej słyszał nadjeżdżający pociąg. Silne światło rozproszyło ciemności. Nagle głośny sygnał prawie rozsadził mu czaszkę. Oddalił się nieco od torów i w tym samym momencie minęła go lokomotywa. Maszynista chyba go widział, ale pociąg nie zatrzymał się, tylko lekko zwolnił. Tył ostatniego wagonu był otoczony czarną barierką. To była jego jedyna szansa. Skoczył i złapał się jedną ręką, potem drugą. Podciągnął nogi i wdrapał się na stalowy podest. Dopiero teraz poszukał wzrokiem czającego się w mroku właściciela syczącego głosu. Nikogo nie zauważył.

Kiedyś jechał z matką pociągiem i zobaczył ludzi leżących na skraju tunelu. Zapytał ją wtedy, kto to taki i w odpowiedzi usłyszał, że to biedni ludzie, którzy są uzależnieni od narkotyków i nie mają swojego domu. Pewnie przed chwilą spotkał jednego z nich. Może nic mu nie groziło? Tamci, których kiedyś widział, byli tacy smutni i bezbronni.

Rozdział 3. Pociąg

Pociąg z łoskotem pokonywał przestrzeń, przednim światłem rozbijając mrok. Wysiadam na najbliższej stacji — pomyślał Artur. Popatrzył na przeszklone wejście do wagonu. Nie zamierzał tam wchodzić. Wolał pojechać sobie na tylnym podeście. Jeszcze by go złapał konduktor. Z czego miałby zapłacić karę za przejazd bez biletu? Z ciekawości przytknął jednak twarz do przeszklonych drzwi, usiłując zajrzeć do ciemnego wnętrza wagonu. Nagle serce zabiło mu mocniej w piersi. Po drugiej stronie, na wysokości swoich oczu zobaczył parę innych, obserwujących go z zainteresowaniem. W pierwszej chwili pomyślał, że to odbicie jego własnej twarzy, ale zaraz zobaczył bujną siwą czuprynę sterczącą nad wysokim czołem. Twarz po drugiej stronie rozjaśniła się w szerokim uśmiechu i zniknęła. Po chwili wewnątrz wagonu zapaliło się światło, drzwi otworzyły się i stanął w nich szczupły, elegancki jegomość. Miał na sobie ciemnoszary garnitur, krawat i białą koszulę ze stojącym kołnierzem.

— Pasażer na gapę! — wykrzyknął. Chłopiec przestraszył się, że zaraz zażąda od niego biletu. — No to mój duch! Jak byłem w twoim wieku, ciągle czepiałem się pociągów. Raz nawet jechałem na dachu! Wchodź śmiało, nic ci nie grozi.

Artur ostrożnie przekroczył próg i rozejrzał się. Zobaczył wygodne fotele i sofę wyściełane czerwonym materiałem. Duże biurko zajmowały stosy papierów, a z kałamarza sterczało długie, czerwono-niebieskie pióro. Drewniana boazeria pokrywała ściany i dach rozległego przedziału. Okna zasłonięte były firankami.

— Witam w moim pociągu! — zawołał mężczyzna. — Lukrecjusz Burbelka do usług! Z kim mam przyjemność?

— Dzień dobry, mam na imię Artur — przedstawił się chłopiec. — To jest pana pociąg?

— W istocie. — Lukrecjusz lekko się ukłonił i zaprosił chłopca zamaszystym gestem do środka. — Śmiało. Siądziemy, pogadamy, może coś do picia, herbatka, soczek?

— Nie, dziękuję — odpowiedział chłopiec, sadowiąc się w czerwonym fotelu.

Lukrecjusz rozsiadł się wygodnie na sofie. Artur dopiero teraz zauważył, że mężczyzna ma na nogach wielkie gumowce, które absolutnie nie pasowały do reszty jego stroju.

— Nie spodziewałem się gościa, ale cieszę się, że mnie odwiedziłeś, będziemy mogli sobie uciąć pogawędkę, do końca podróży pozostał jeszcze ładny kawałek.

— Jak to? Nie zatrzymujemy się na stacji?

— Ten pociąg staje dopiero na terenie mojej posiadłości, nie możemy niestety zmienić w tym momencie trasy ponieważ wieziemy ważny ładunek, który trzeba jak najszybciej dostarczyć na miejsce.

— Ojej. — Artur pomyślał, że ojciec go zatłucze. Dziś przecież miał go odpytać z matmy, a teraz nie dość, że nie zdąży się niczego nauczyć, to jeszcze nie wiadomo, kiedy wróci do domu. Stary się wścieknie.

— Spokojnie, młody człowieku, jutro mogę cię odwieźć. Nie ma problemu. Dziś już nie da rady, muszę nadzorować rozładowanie pociągu.

— Jutro? Ojciec mnie zabije. To już chyba lepiej żebym w ogóle nie wracał.

— Widzę, że chyba nie masz najlepszych relacji ze swoim staruszkiem, co? — Lukrecjusz zamyślił się i popatrzył na zasłonięte firanką okno. — Tak to niestety czasami bywa. Z obcymi ludźmi się człowiek lepiej dogaduje niż z własną rodziną. — Siwowłosy mężczyzna popatrzył uważnie na chłopca. Jego oczy miały intensywnie zielony kolor. — Wiesz co, mam dla ciebie propozycję. Możesz zostać na mojej farmie, szukamy właśnie młodszego pomocnika ogrodnika. Zadzwonisz do ojca albo napiszesz mu list, że przyjąłeś się do pracy i nie wracasz na razie do domu.

Artur myślał przez jakiś czas nad tym, co usłyszał. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw. A to by się ojciec zdziwił. Ale w sumie, co mi szkodzi spróbować?

— Dobrze.

Lukrecjusz lekko się uśmiechnął.

— No i sprawa załatwiona. To nie jest potrzebne, ale tak jeszcze zapytam. Masz jakieś doświadczenie w ogrodnictwie?

— Mój dziadek, jak żył jeszcze, to miał ogród i sad. Pomagałem mu podlewać pomidory i zbierać owoce. Nikt nie wchodził tak wysoko na drzewa jak ja, nawet mój ojciec się bał, ale oczywiście udawał, że mu nie wypada.

— W życiu nie ma przypadków, co? — rzekł wyraźnie zadowolony Lukrecjusz. — Jutro zamierzałem dać ogłoszenie do gazety, a tu proszę, nowy pomocnik sam się pojawił. I to jeszcze z doświadczeniem! W zasadzie będziemy mieć już dzisiaj trochę roboty, nie masz nic przeciwko? Oczywiście twoja wypłata to uwzględni.

Będę miał swoje pieniądze! — chłopiec ucieszył się w myślach. Koniec z żebraniem u ojca o parę groszy. Biorę tę robotę.

— Jestem gotowy!

— No to jest duch! — zawołał mężczyzna. — Widzisz, wieziemy sadzonki egzotycznych roślin, dziś koniecznie trzeba je posadzić w szklarni, inaczej zmarnieją.

Wnętrze wagonu wypełniło dodatkowe światło, które przebiło się przez koronkowe firanki.

— Wyjechaliśmy w końcu z tego tunelu, naprawdę najwyższy czas. — Lukrecjusz podniósł się z sofy. — Chodźmy na chwilę na balkonik, zaczerpniemy świeżego powietrza.

Wyszli z powrotem na otoczony barierką podest.

— Jak ty się tu właściwie znalazłeś? Musiałeś chyba wskoczyć w czasie jazdy?

Chłopiec nie odpowiedział. Chłonął widok, który ukazał się jego oczom. Miasto zniknęło. Krajobraz wypełniały zielone pola i ukwiecone łąki. W oddali zauważył las, a przed nim stadko saren. Nie widział żadnego domu, ani człowieka. Nie znał tego terenu. No tak, przecież pociąg pędził jak oszalały, a oni jechali już jakiś czas. Jaki ten tunel musiał był długi! Widocznie oddalili się od miasta i wyjechali w okolicy, której jeszcze nigdy nie zwiedzał. Nie było w tym w zasadzie nic dziwnego. Jeju. Nie pamiętał nawet, kiedy ostatnio wyjeżdżał poza swoje blokowisko. Na wsi nie był od śmierci dziadka, czyli już niecały rok. Kiedyś zwiedzał z matką jakieś inne miasta, zabierała go na wycieczki, ale pamiętał to jak przez mgłę. Od czasu jej wyjazdu jego świat najpierw ograniczył się do miasta i wsi, gdzie mieszkali dziadkowie, a po ich odejściu w zasadzie tylko do betonowego osiedla. Jakiż to był kontrast z tym soczyście zielonym krajobrazem, który mógł teraz podziwiać.

Lukrecjusz uśmiechnął się, widząc, jak chłopiec z szeroko otwartymi oczami obserwuje otoczenie.

— Świat jest piękny, prawda? Dlatego właśnie zawsze jadę ostatnim wagonem. Jest większe pole do obserwacji.

Pociąg pędził, a lokomotywa wyrzucała z siebie kłęby czarnego dymu. Gdy pokonywali lekki zakręt, Artur zobaczył z przodu czarną maszynę z wielkim kominem. Kiedyś był u kolegi, który miał podobną kolejkę — zabawkę. Nie wiedział, że takie parowozy jeszcze jeżdżą po torach.

Wrócili do wnętrza wagonu. Gospodarz rozsunął firanki i uchylił jedno z okien. W pewnej chwili jego twarz przeszył spazm bólu. Zachwiał się, oparł ręce na kolanach i popatrzył uważnie na swoje nogi.

— Arturze, proszę cię, mam atak, pomóż mi, wyciągnij z kredensu miedniczkę i nalej wody w łazience, jest w głębi wagonu. Tylko takiej letniej, jakbym cię mógł prosić. Nie za zimnej i nie za gorącej.

Lukrecjusz usiadł na sofie, zrzucił swoje wielkie buty i podwinął spodnie. Gdy Artur przyszedł z miednicą, zobaczył, że nogi od stóp do kolan pokryte są grubą warstwą bandaży. Mężczyzna od razu wsadził je do wody.

— Może pomogę panu zdjąć te bandaże?

— Nie, dziękuję, nie ma takiej potrzeby — odpowiedział Lukrecjusz, na którego twarzy odmalował się wyraz ulgi. Wyciągnął z kieszeni małą fiolkę i wpuścił do wody kilka brązowych kropel. — Widzisz, cierpię na taką rzadką chorobę. Muszę utrzymywać stopy w wilgoci, to mi pomaga. Teraz jest mi naprawdę dużo lepiej.

— Rozumiem.

— Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że z nami zamieszkasz. Moi wnukowie są tacy samotni. Ich nauczyciel, profesor Żółkiewka, uważa, że są strasznymi urwisami, ale tak psocą, bo się po prostu nudzą. Trochę są młodsi od ciebie, ale myślę, że się dogadacie.

— A jak mają na imię?

— Dziewczynka to Hania, chłopiec to Henio. Urocze dzieciaczki. — Lukrecjusz wyjął z kieszeni srebrny zegarek na łańcuszku. — Słuchaj, niedługo będziemy dojeżdżać, możesz rzucić okiem na las barierowy, który otacza naszą posiadłość. Stworzył go mój pradziadek. Jest połączeniem lasu i żywopłotu.

Artur wyszedł na tylni podest. Wychylił się nieco i spojrzał w kierunku lokomotywy. Na horyzoncie zobaczył ścianę lasu. Wyglądało na to, że tory kończą się w miejscu, gdzie zaczyna się zielony gąszcz. Rozpędzona lokomotywa nie zwolniła jednak ani trochę. Zaraz uderzymy w te drzewa! Złapał się mocniej barierki i cofnął głowę. Uderzenie jednak nie nastąpiło, a pociąg zagłębił się z impetem w zielonym tunelu, którego sklepienie i ściany stanowiły gęsto uplecione gałązki pokryte zielonymi listkami. W życiu nie widział czegoś tak niesamowitego. Po kilku minutach wyjechali z lasu i jego oczom ukazały się uporządkowane sady i pola. Gdzieniegdzie stały duże szklarnie. Otworzyły się drzwi i Lukrecjusz, już w swoich wielkich gumiakach, stanął obok chłopca.

— Oto moje królestwo — rzekł z uśmiechem.

Rozdział 4. Ogrodnik

Pociąg zatrzymał się w końcu obok dużej szklarni, z której wybiegło kilka osób w roboczych ubraniach.

— Wszystko gotowe panie Burbelka — powiedział opalony mężczyzna w słomkowym kapeluszu.

— Dobrze, wieziemy trzy wagony sadzonek, trzeba je natychmiast rozładować. Pomoże wam Artur, to nasz nowy pracownik.

— Oczywiście proszę pana.

Chłopiec zeskoczył na ziemię. Robotnicy otworzyli już jeden z wagonów. Na podłodze, w małych doniczkach, zobaczył setki malutkich roślinek. Praca ruszyła z kopyta. Z rąk do rąk, ostrożnie podawali sobie doniczki, które wędrowały do środka szklarni. Nawet maszynista przybiegł, aby im pomóc. Zmierzch już zapadał, gdy ostatnie sadzonki opuściły wagony. Lukrecjusz zaprosił chłopca z powrotem do pociągu. Ruszyli i po kilku minutach zatrzymali się przed dużym, białym domem. Weszli przez szeroką werandę, na której stało kilka bujanych foteli.

— Tato, czemu tak długo to trwało, już się zaczęłam niepokoić. — Drzwi otworzyła im ładna kobieta, ubrana w długą, jasną sukienkę. Na głowie miała różowy kapelusz. Wystawało spod niego kilka kosmyków włosów, które wydały się chłopcu zielonkawe. Spojrzała na niego badawczo. — A kto to?

— To jest Artur, zatrudniłem go jako pomocnika, będzie pracował na pół etatu. Pomyślałem też, że dzieciom przyda się towarzystwo.

— Ty tu jesteś szefem. Cześć Arturze, mam na imię Kornelia. — Kobieta podała mu rękę.

— Dzień dobry pani.

— Pewnie jesteście głodni. Zaraz przygotuję kolację.

— Dobrze moja droga, my tymczasem sobie zrobimy małą wycieczkę.

— Pewnie — rzekła kobieta, odwróciła się na pięcie, po czym odeszła szybkim krokiem.

— Chodź, idziemy Arturze, pozwiedzamy sobie. Tu po prawej jest mój gabinet. — Zajrzeli do niewielkiego pokoju z dużym oknem. Na ścianach wisiało mnóstwo rysunków przedstawiających różnego rodzaju rośliny, przekroje warzyw i owoców.

— Pan jest botanikiem?

— Raczej ogrodnikiem, hodowcą roślin. Botanik to brzmi tak akademicko. Ja jestem tylko miłośnikiem przyrody, nie zajmuję się nią od strony naukowej tylko praktycznej. Ogrodnictwo to moja odwieczna pasja, choć tak naprawdę stała się już moim zawodem.

— Jaki skromny. — Kornelia pojawiła się bezszelestnie za ich plecami. — A powiedział, że do tej pory wyhodował już ponad sto czterdzieści nowych gatunków i odmian roślin?

— Dziecko, chyba wiesz, że nie jest dobrze się chwalić.

— Dobra, dobra, za piętnaście minut kolacja — rzuciła i już jej nie było.

— Jak to nowe rośliny? — zapytał Artur, gdy wchodzili na górę, po schodach z białą balustradą.

— To w zasadzie jest rdzeń mojej pasji. Poprzez odpowiednio dobrane metody selekcji usiłuję ulepszyć istniejące rośliny.

— A w jakim celu się to robi?

— Na przykład żeby otrzymać odmiany odporne na szkodniki albo bardziej użyteczne, na przykład ten oto kaktus bez kolców.

Lukrecjusz podszedł do stojącej na półpiętrze dużej doniczki, w której rosła roślina z mięsistymi, płaskimi pędami, przypominającymi kształtem paletki do ping-ponga. Ułamał mniejszą odnogę, wsadził sobie do ust i zaczął chrupać z wyraźnym zadowoleniem.

— No widzisz przykład. Gdyby ta odmiana miała kolce, trzeba by było najpierw pracochłonnie je usuwać, potem dokładnie oglądać, czy się jeszcze jakiś przypadkiem nie zawieruszył. A tak, ułamuje się i od razu gotowa przekąska.

— Aha, rzeczywiście to jest dobre rozwiązanie.

— Albo weźmy kokobuza. Pokażę ci jutro w szklarni. Z wyglądu zwykły arbuz, ale wystarczy zrobić małą dziurkę, wsadzić rureczkę i można pić jak mleczko z kokosa. Naprawdę to jest…

Plastikowa strzała z gumową przyssawką trafiła Lukrecjusza w szerokie czoło, przywarła na sekundę, po czym spadła na ziemię. Między szczeblami barierki na pierwszym piętrze pojawiła się twarz należąca do jasnowłosego chłopca w okularach. Miał może siedem lat.

— Trafiony, zatopiony! — krzyknął i pognał gdzieś w głąb domu. Jego lewa ręka, w której dzierżył plastikowy łuk, była zabandażowana od dłoni po łokieć.

— Właśnie poznałeś Henryczka — powiedział Lukrecjusz, podnosząc z ziemi strzałkę. — Pierwsze piętro to rejon opanowany przez moje wnuki. Jak widzisz potrafią robić zasadzki i bronić swojego terytorium. Tu jest sala, w której się uczą. Profesor Żółkiewka przychodzi cztery razy w tygodniu. Mają indywidualne nauczanie, ale przerabiają cały materiał szkolny, myślę, że mógłbyś do nich dołączyć.

Artur zajrzał do małej salki, w której stały dwie ławki i para krzeseł. Jedną ze ścian zajmowała wielka czarna tablica. Ktoś nabazgrał nieporadnie białą kredą:

Dziadek Burbelka

zjat Elemelka!

— Moglibyśmy pójść jeszcze na dach. Mam tam taki mały ogródek z ławeczką, dobrze się tam czyta książki, ale jest już ciemno, więc zostawimy to sobie na jutro.

— Dzieci, czas na kolację! — z dołu dobiegł głos Kornelii.

— Chodź, idziemy, córka woła nas na kolację.

— Poddaj się Blada Twarzo! — Henio przycwałował z wnętrzności pierwszego piętra i znów wycelował łuk w dziadkową głowę.

— Heniu, nie strzelaj, wybijesz dziadkowi oko — powiedział Lukrecjusz.

— Poddaj się, to nie będę strzelał.

— Dobrze, dobrze, już. — Mężczyzna podniósł ręce do góry.

— A teraz na dół — rozkazał chłopiec.

Dziadek posłusznie poszedł po schodach z rękami nad głową. Weszli do jadalni, gdzie na szerokim stole stało mnóstwo parujących półmisków. Dookoła uwijała się Kornelia, której pomagała ciemnowłosa dziewczynka w okularach, może trochę młodsza od Artura. Gospodyni nadal miała na głowie różowy kapelusz.

— My jemy tylko po wegetariańsku, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko? — zapytała.

— Nie, nie. W żadnym wypadku — odpowiedział Artur.

— Tatuś nas tak wyszkolił — kontynuowała kobieta — wprowadził zakaz spożywania mięsa. Twierdzi, że tylko wegetarianizm może uratować świat przed głodem.

— Bo tak jest, moja droga — stwierdził Lukrecjusz. — Z pola, na którym żeruje jedna krowa, można wyżywić dziesięć osób. Indyki zjadają masę kukurydzy, którą mogliby zjeść ludzie…

— Dziadek ma rację — odezwała się dziewczynka, która zdążyła już zająć miejsce przy stole. — Zwierzęta są naszymi przyjaciółmi, dlaczego mamy je zabijać i zjadać?

— Dziękuję Haniu — powiedział Lukrecjusz. — Arturze polecam naleśniki z musem z morelośliwki.

— Mamy też sałatkę z groszku, fasoli i kukurydzy — powiedziała kobieta. — Tatuś wyhodował krzak, na którym rosną i dojrzewają jednocześnie. — Wystarczy zerwać i od razu mamy świeżą sałatkę.

— No widzę córko, że jednak czasami doceniasz moje wynalazki.

— Czasem są pożyteczne, to prawda. Ale zdarzają ci się też jakieś niepotrzebne dziwolągi.

— Co masz na myśli?

— Gruszkorzech na przykład.

— Bo nie lubisz gruszek i orzechów, to ci nie smakuje, ale my z Heniem się tym zajadamy, prawda wnuku?

— Nie jestem wnukiem. Moje imię to Siedzący Byk! — krzyknął chłopiec, marszcząc groźnie czoło. Jego lewa, zabandażowana ręka, powędrowała w stronę plastikowego łuku, który leżał obok niego na stole.

— Ależ tak, tak. Siedzący Byku lubisz gruszkorzechy? — poprawił się dziadek.

— Lubię to ja strzelać. Do Bladych Twarzy.

Lukrecjusz zamrugał oczami.

— No w każdym razie jest to bardzo przydatny owoc, kształt gruszki, a właściwości i smak orzecha włoskiego. Nie trzeba mozolnie rozłupywać, a potem dłubać, żeby dostać się do kawałeczka orzecha. Zdejmuje się tylko skórkę i już. A wiecie, ile tam jest wartościowego białka?

Po kolacji Kornelia zaprowadziła Artura do małego pokoiku, który miał od tej pory zajmować.

— Wiesz co, to dobrze, że będziesz z nami mieszkał. Dzieci są takie samotne. Nie mają tutaj w okolicy żadnych rówieśników do zabawy. Tą pracą to się nie przejmuj. Dziadek tak naprawdę chciał cię tutaj zatrzymać, bo uważa, że towarzystwo dobrze zrobi jego wnukom. Nieba by im przychylił.

— Ale ja chcę pracować!

— Jeszcze się w życiu napracujesz, ale nie martw się, jeśli chcesz to tu zawsze się coś znajdzie do roboty. — Uśmiechnęła się i wyszła.

Obudził się nagle w całkowitych ciemnościach. Nawet nie pamiętał, kiedy usnął. Siadł na łóżku i przez dobrą minutę myślał, gdzie właściwie się znajduje. Po chwili przypomniał sobie wydarzenia ostatniego dnia. Zaśmiał się w duchu. Nie wróci do ojca. Nawet do niego nie zadzwoni. Niech się staruch zastanawia, co się z nim stało. A może w ogóle jego zniknięcie nie zrobi na nim żadnego wrażenia? Tak też mogło być.

W małym palcu prawej ręki poczuł swędzenie. Podrapał się, jednak ledwo poczuł dotyk. Widocznie palec zdrętwiał. Położył się i próbował usnąć jednak naszła go nieodparta chęć, aby zanurzyć palec w wodzie. Wstał, poszedł do łazienki i wsadził palec pod strumień wody. Swędzenie ustało. Co za ulga. Ale zaraz. Mały palec był wyraźnie ciemniejszy od pozostałych. Jakby bardziej opalony. Może tak jak babcia mam kłopoty z krążeniem? — pomyślał chłopiec.

Wracając do pokoju, usłyszał z dołu głosy Kornelii i Lukrecjusza. Chciał iść dalej, ale usłyszał swoje imię. Nadstawił uszu i zszedł kilka stopni w dół. Ukryty w ciemnościach, za tralkami balustrady, zobaczył Lukrecjusza, który siedział znów z nogami w miednicy. W jasno oświetlonym pokoju przechadzała się Kornelia. Nie miała już na głowie kapelusza. Jej długie… Tak! Miała zielone włosy. Rozpuszczone, spadały jej na ramiona. Oprócz koloru było w nich jeszcze coś dziwnego. Z tej odległości nie mógł dokładnie się zorientować, ale one chyba były jakieś grube, jak… trawa?

Do uszu chłopca dobiegł głos kobiety.

— Powiem ci szczerze, że jednak nie wiem, czy dobrze zrobiłeś, że go tu zatrzymałeś. Wiesz, co się z nami dzieje.

— Nie ze wszystkimi, Hania jest na razie bez skazy.

— Ona jest wyjątkiem. Zresztą nie wiadomo, czy z czasem też nie zachoruje. U każdego to przebiega inaczej. Zresztą sam powiedziałeś „na razie”, więc chyba się z tym liczysz. A może już się zaczęło, a my o niczym nie wiemy? Może to dotyczy też organów wewnętrznych?

— Uchowaj Boże!

— No właśnie. Czasem się zastanawiam, czy to nie jest kara za twoje eksperymenty, za sztuczne ulepszanie natury?

— Ale przecież ja zrobiłem to dla ludzi, dla świata, dla poprawy jakości życia, dla powstrzymania klęski głodu. Dlaczego miałbym ponosić z tego powodu karę?

— Nie wiem. Ale może powinieneś już przestać. Dla dobra wnuków. Ręka Henia jest już prawie jak twoje nogi. Mamę już dawno musiałeś przesadzić do ogrodu.

— Ładnie zaowocowała w tym roku, widziałaś?

Kornelia zatrzymała się gwałtownie i wbiła wzrok w ojca.

— Jesteś chory. Rośliny są dla ciebie ważniejsze niż ludzie.

Lukrecjusz zamyślił się.

— Masz rację córko, to już za daleko zaszło. Zrobię jeszcze tylko ostatni eksperyment. Z tymi sadzonkami co dzisiaj przywiozłem. Muszę spróbować połączyć guanabanę i rambutana. To od kilku lat było moim marzeniem.

— Jesteś uzależniony. Nie potrafisz tego przerwać! — krzyknęła Kornelia. — Wiesz, jak to jest musieć czesać się grabkami? Wiesz, co to oznacza dla kobiety? Gdybyśmy żyli w średniowieczu już dawno spaliliby nas na stosie. Nawet nasi pracownicy się nas boją. To ty sprowadziłeś na nas to przekleństwo!

— Pobudzisz dzieciaki — powiedział spokojnie Lukrecjusz. Sięgnął po bandaże i wyjął jedną nogę z miednicy.

Chłopiec zamarł z przerażenia. Do kolana jego kończyna była ciemnobrązowa, zaś zamiast stopy miał wiązkę kilkunastu wydłużonych bulw. Poruszał wszystkimi naraz niczym jakaś makabryczna ośmiornica. Z mniejszych odgałęzień kapały kropelki wody.

— Spójrz na siebie i zobacz, kim się stałeś! Stworzyłeś hybrydy i sam stałeś się jedną z nich. A my razem z tobą!

Lukrecjusz powoli zawinął nogę w bandaże.

— Córko, uspokój się. Masz rację. Przerwę te eksperymenty. Daj mi tylko jeden rok.

— Oszalałeś! Skąd wiesz, czy w tym czasie mózg twojej wnuczki nie zamieni się w kalafiora?

— To jeszcze nigdy nie przebiegało w ten sposób…

— Pięknie, po prostu pięknie. Ryzykujesz ich życie w imię swojej chorej pasji.

Kornelia wybiegła z pomieszczenia. Niewiele myśląc, Artur schował się z powrotem w swoim pokoju. Myślał gorączkowo. Co teraz? Spojrzał na swój mały palec i prawie krzyknął. Był już prawie tak brązowy jak noga Lukrecjusza. Trzeba wiać, tu się dzieją dziwne rzeczy. Ale czy im powiedzieć? Nie. Mogliby mnie powstrzymać. Znam ich sekret. Rozejrzał się po pokoju. Zdjął prześcieradło i poszewkę z pościeli, wyciągnął z szafy kilka ubrań. Powiązał wszystko, tworząc kilkumetrową linę. Powinno starczyć. Ubrał się i przywiązał jeden koniec liny do nogi łóżka, drugi wyrzucił przez okno. Zszedł po niej na dół i puścił się pędem. Chłodne, przepełnione zapachem ziemi i kwiatów powietrze szybko go orzeźwiło. Z mgły rozświetlanej nieco blaskiem księżyca wyłaniały się zarysy budynków. Przebiegł obok dużej szklarni stojącej na podmurówce z czerwonej cegły. Chwycił oparty o nią duży, czarny rower. Wskoczył na niego i popedałował przed siebie. Dopiero po około półgodzinnej jeździe wąskimi alejkami dotarł do lasu barierowego. Składał się on głównie z kłującego gąszczu, przez który nie sposób było przejść, ani się na niego wspiąć. Chłopiec popedałował wzdłuż zielonej ściany i w końcu natrafił na wysoką bramę z kutego żelaza ozdobioną wizerunkiem winorośli. Zamknięta, ale da się przejść górą. Po chwili był już po drugiej stronie. Z żalem zostawiał rower, ale nie dałby rady przerzucić go przez bramę. Pobiegł truchtem drogą wśród pól.

Rozdział 5. Janek

Powietrze było wilgotne od gęstej mgły, z której co jakiś czas wyłaniały się pnie drzew rosnących przy drodze. Artur szedł raźno przed siebie. W pewnej chwili usłyszał za plecami stukot końskich podków. Odwrócił się, gotów do ucieczki. Z mgły wyłonił się wóz zaprzężony w jednego konia. Na wozie siedział chłopiec, może kilka lat starszy od niego. Włosy miał przycięte przy samej skórze, a na głowie przekrzywioną czapkę z czarnym daszkiem.

— Gdzie tak pędzisz mały?

Artur nie lubił, kiedy ktoś nazywał go małym, a tym bardziej gdy ten ktoś był niewiele większy od niego.

— Idę na spacer, a co?

— O jakiś taki niemiły koleżka. Co to, pchła koleżkę ugryzła?

— Żadna pchła mnie nie ugryzła.

— Hopsnij na wózek, podwiozę cię.

Artur zastanowił się przez chwilę, oceniając potencjalne niebezpieczeństwo. Jego nowy znajomy wyglądał mu trochę na cwaniaka, ale w końcu postanowił wejść na wóz. Raczej nie był to pościg wysłany przez Lukrecjusza, zresztą było jeszcze ciemno i pewnie wszyscy w posiadłości nadal spali.

— Jak masz na imię? — zapytał chłopiec.

— Artur, a ty?

— Janek.

— Dzięki za podwózkę.

— Nie ma sprawy. We dwóch zawsze raźniej, szczególnie w tym mroku.

Przez jakiś czas jechali w milczeniu. Koń rozbijał mgłę, która zaraz za nimi zamykała się ponownie. Gdyby nie jasno świecący księżyc, to chyba nie widzieliby nawet głowy zwierzęcia.

— Gdzie tak właściwie jedziesz po nocy? — spytał Artur.

— Na cmentarz.

— A co, wybierasz się na tamten świat?

— Ha, ha, dobre, dobre — zaśmiał się Janek. — Widzę, że się koleżka odburmuszył i nawet żarcikiem sypnął. Prawidłowo.

— Czasem mi się zdarza.

— Jadę z nowym nagrobkiem, a właściwie płytami do krypty. Mój tata jest kamieniarzem, wczoraj skończył ostatnią partię większego zamówienia. Dziś mam to przekazać księdzu.

— Po co księdzu nagrobek?

— Spodziewa się, że niedługo umrze. Zawczasu konstruuje sobie kryptę. Mówi, że chce to zrobić po swojemu. Sam reżyseruje cały pogrzeb. Trumnę sprowadził ze stolicy, jakiś podobno nowy model, z domofonem czy czymś takim. Ludziom to się już naprawdę w głowach poprzewracało. Tak przynajmniej mówi mój tata.

Przez chwilę jechali w milczeniu.

— Chłodno trochę, co? — rzekł Artur.

— To przez tę mgłę, ona jest taka ciężka i zimna, można by ją chyba było pokroić nożem. W życiu bym nie pojechał w takich oparach i to jeszcze w nocy. Słyszałem, że wilki mogą zaatakować konia w takich warunkach. Ale mój tata ma świra na punkcie terminowych dostaw i chyba nawet w huragan musiałbym jechać do klienta.

Obaj z ulgą powitali pierwsze promienie wschodzącego słońca. Z rzednącej mgły wyłoniły się przed nimi zarysy dwóch budynków. Obok malutkiego, chyba średniowiecznego kościółka, stał dom zbudowany z czerwonej cegły. Wybiegł z niego siwowłosy, dość tęgi mężczyzna w czarnej sutannie. W pośpiechu zapinał guziki. Podszedł do nich, rozbijając strzępki mgły.

— No to się nazywa punktualność! — wykrzyknął tubalnym głosem. Nie wyglądał na umierającego.

Janek zeskoczył z wozu i ukłonił się.

— Szczęść Boże, wielebny.

— Szczęść Boże, dziecko! Czyli mamy ostatnią partię płyt. Bardzo dobrze. Jak byś mógł je wyładować na środku cmentarza, wiesz, przy krypcie, to będę wdzięczny. Dziś przyjdą robotnicy i je zainstalują. Tu masz klucz od bramy.

Janek wziął klucz i wskoczył z powrotem na wóz. Pojechali w kierunku cmentarza, który znajdował się za kościołem. Ksiądz schował się z powrotem na plebanii.

— Dam ci piątaka, jak mi pomożesz rozładować te płyty. One trochę ważą — powiedział Janek.

— Pewnie.

— No to fajnie. — Starszy chłopiec zeskoczył z wozu i otworzył bramę.

Wjechali na cmentarz. Mgła skoncentrowała się blisko ziemi, otaczając nagrobki i wypełniając alejki. Opasywała pnie wysokich olch i majestatycznych świerków, które wznosiły się ponad las kamiennych pomników. Najpierw podążali uliczką, wzdłuż której stały wiekowe mogiły, wykonane ze zzieleniałego ze starości kamienia. Niektóre z nich były przekrzywione, pokryte mchem i liśćmi. Widać było, że już długo nikt ich nie odwiedzał. Znowuż inne, mimo upływu lat były w znakomitym stanie. Na tych świeciły się czasem znicze. Część grobowców była ozdobiona płaskorzeźbami przedstawiającymi czaszkę i skrzyżowane pod nią dwie kości. Nad innymi zaś stali kamienni aniołowie ze spuszczonymi głowami.

— Niektóre z tych grobów mają ponad sto pięćdziesiąt lat — rzekł Janek.

— Naprawdę?

— Pewnie, możesz sobie poczytać, jest na nich napisane.

Artur zeskoczył z wozu. Mgła otuliła jego stopy. Czuł się trochę jakby brodził w mleku. Szedł za furmanką i czytał napisy wyryte w kamieniu. Niektóre opowiadały krótkie, smutne historie. O dzieciach, które umarły niedługo po urodzeniu, o żonach opłakiwanych przez mężów. Jeden napis szczególnie go zainteresował. Dotyczył dwudziestojednoletniego studenta, który wyjechał za granicę, aby kontynuować naukę, jednak tam niestety umarł. Był to bardzo stary grób, ponad stuletni. Artur zobaczył oczyma wyobraźni elegancko ubranych ludzi żegnających swojego syna. Stali przy bryczce, a może przy odjeżdżającym pociągu i machali mu na pożegnanie. Matka pewnie uroniła łzę. Zaczął się zastanawiać, co mogło się przytrafić temu studentowi. Zachorował? Został napadnięty i pobity? A może potrącił go jakiś pojazd? Ta historia rozbudziła jego wyobraźnię, jednak nie mógł liczyć na to, że kiedykolwiek dowie się, co tak naprawdę się wydarzyło. Pobiegł za oddalającym się wozem.

— To tu — powiedział Janek. — Dobra, weźmy się i miejmy to z głowy.

Artur wskoczył na wóz. Przesuwał płyty do krawędzi pojazdu, a stamtąd odbierał i układał je na ziemi Janek. Dość szybko uporali się z rozładunkiem i siedli z powrotem na wozie.

— Masz piątaka. — Janek podał Arturowi małą monetę.

— Dzięki.

— Chodź pojedziemy jeszcze na drugą stronę, tam jest fajny widok.

— Jasne.

Wyjechali z cmentarza drugą bramą. Słońce od jakiegoś czasu wędrowało po nieboskłonie, a mgła już prawie zniknęła. Zaczynał się piękny, wrześniowy dzień. Artur dopiero teraz zobaczył, że cmentarz znajduje się niskim wzgórzu. Był otoczony polami, za którymi widniała ściana lasu.

— Tam czasem można zobaczyć sarny albo lisa. — Janek zatrzymał wóz i wskazał ręką przed siebie. Wyciągnął z kieszeni dwa papierosy. — Palisz?

— Nie, to szkodzi zdrowiu. Nie wiesz o tym?

— Wiem. Rzucę, jak będę miał dzieci.

— No to chyba sobie jeszcze trochę popalisz.

— No ja myślę — rzekł z uśmiechem Janek, zapalając papierosa. Zaciągnął się głęboko i wydmuchnął chmurę dymu, która zawisła przed nimi na chwilę.

— Bo wyprodukujesz drugą mgłę!

— Ale ta będzie ciepła. I aromatyczna.

— Raczej śmierdząca.

— Nie wiesz, co tracisz.

— Dobra, dobra, widziałem na lekcji biologii płuca palacza, wyglądają jak czarny strzęp zwęglonego mięsa.

— Jeden dymek od czasu do czasu jeszcze nikomu nie zaszkodził.

— Od tego się zaczyna.

Janek pokręcił głową.

— A tak poza tym, to co ty właściwie tutaj robisz? Wyglądasz jakoś inaczej niż tutejsi chłopcy.

— Wsiadłem do złego pociągu i wyjechałem nie tam gdzie potrzeba. Muszę wrócić do miasta. A właśnie, jest tu może jakiś przystanek autobusowy?

— No jest, niedaleko, przy skrzyżowaniu, mogę cię podwieźć.

— Kurczę, to byłbym naprawdę wdzięczny.

— To będzie kosztować piątaka.

— Co?

— Żartowałem. — Janek uśmiechnął się pod nosem i rzucił niedopałek na ziemię. — Chodź, jedziemy.

Artur wysiadł na skrzyżowaniu polnej drogi, którą przyjechali, z asfaltową szosą.

— Równy z ciebie chłopak, jak będziesz w okolicy to się odezwij, pokażę ci więcej fajnych miejsc. Mógłbyś poznać moje siostry, może ci się któraś spodoba. — Janek mrugnął porozumiewawczo. — Trzymaj się, muszę się zbierać, oddam księdzu klucz i wracam do chaty. Cześć!

— Dzięki, cześć! Jak będę tutaj to się odezwę.

Artur patrzył z uśmiechem za odjeżdżającym chłopcem. Ciekawe czy się jeszcze kiedyś zobaczą. Uśmiech zniknął jednak z jego twarzy, gdy uświadomił sobie, że wraca do ojca. Nie miał innego wyjścia. Musiał przecież wrócić do miasta i do domu. Dokąd miałby pójść? Dziadkowie nie żyją. Niewiele wiedział o innych członkach rodziny. Może go stary nie zatłucze na śmierć?

W jego umyśle pojawił się obraz Lukrecjusza wyciągającego z miednicy swoją koszmarną, ociekającą nogę. Wzdrygnął się. Chyba nie będę już uciekał z domu. Spojrzał na swój palec. Wydał mu się nieco ciemniejszy niż pozostałe, ale trzeba było się dobrze przyjrzeć, aby zobaczyć różnicę. Zaraz. A jeśli to był tylko sen, a ja niepotrzebnie spanikowałem? Nie. To było zbyt wyraźne, realistyczne. To nie mógł być sen. Dobrze, że stamtąd uciekłem.

Na pustej drodze pojawił się pomarańczowy, stary autobus. Chłopiec pomachał ręką i kierowca zatrzymał się obok niego. Wsiadł do środka.

— Jeden ulgowy poproszę.

— Dwa czterdzieści.

Artur podał mu monetę.

— Drobniej nie będzie?

— Niestety nie mam.

Kierowca pokręcił głową, poruszył sumiastymi wąsami, które zakrywały dużą część jego twarzy, ciężko westchnął, pogrzebał w saszetce, którą miał przypiętą przy pasie i w końcu wydał mu resztę.

— Będzie bez grosza, dobra?

— Dobrze — zgodził się chłopiec i schował pieniądze do kieszeni.

Jedynym pasażerem oprócz niego była babcia w chustce na głowie, która trzymała na kolanach kosz wypełniony jajkami. Siadł na przedzie, po prawej stronie autobusu. Chciał się rozejrzeć i zorientować w okolicy.

Autobus mijał kolejne pola, sunąc nitką szosy poprzez płaski i monotonny krajobraz. Po drodze przybyło jeszcze kilku pasażerów. Na jednym z przystanków do środka weszła kobieta z dwójką małych dzieci. Kierowca otaksował ich wzrokiem.

— Dziewięć sześćdziesiąt.

Kobieta podała mu garść drobnych monet. Kierowca popatrzył na jej dłoń wypełnioną drobniakami. Zamrugał i tak przewrócił oczami, że obserwującemu scenę chłopcu wydało się, że wykonały pełen obrót. Jego wąsy powędrowały najpierw w górę, a potem w dół.

— Ja mam to policzyć?

— Nie musi pan, jest odliczone.

Kierowca zmarszczył czoło i zmrużył oczy. Popatrzył uważnie na kobietę. W końcu wrzucił pieniądze do swojej saszetki i ruszył dalej.

Dwadzieścia minut później zaczęły się pierwsze zabudowania. Ten rejon nadal nic mu nie mówił. Pomyślał nad tym, jak bardzo był ograniczony, siedząc głównie na swoim osiedlu. Kompletnie nie rozpoznawał tej okolicy. Muszę jakoś zdobyć rower i zacząć naprawdę poznawać własne miasto — postanowił w duchu.

Tymczasem krajobraz za szybą znów się zmienił. Skończył się rejon domków z ogródkami i wjechali w dzielnicę ze znacznie gęstszą zabudową. Nadal jednak nie widział blokowisk, które dominowały w okolicy, w której mieszkał. Mijali kamienice, które nie miały więcej niż pięć pięter.

Autobus zatrzymał się w końcu na ostatnim przystanku i Artur musiał wysiąść. Znalazł się przy jakiejś szerokiej ulicy. Tłum ludzi chodzących tam i z powrotem wskazywał na to, że był w centrum, jednak wszystko dookoła było zupełnie obce. Nie rozpoznawał tej okolicy i poczuł się z tym trochę nieswojo. Nawet samochody jeździły jakieś dziwne. Nigdy nie był fanem motoryzacji, ale i tak zdziwiło go, że nie potrafi odgadnąć większości marek. Nie wiedział, w którą stronę iść, więc poszedł wolno przed siebie. Zobaczył budkę telefoniczną i tam skierował swe kroki. Cóż za pech, że jedyną osobą, do której mógł teraz zadzwonić był jego ojciec. Może trzeba było zostać u Lukrecjusza? Jakby przestał eksperymentować z tymi warzywami, to może domownicy przestaliby zmieniać się w jakieś dziwadła? Nie ma co o tym myśleć. Skoro uciekł, to już nie mógł wrócić.

Wziął do ręki słuchawkę, wrzucił jedną z monet i wystukał cyfry. Odezwał się miły kobiecy głos, który go poinformował, że nie ma takiego numeru. Moneta wyskoczyła na dole automatu, więc wrzucił ją jeszcze raz. Znów to samo. Nie ma takiego numeru, nie ma takiego numeru…

Albo popsuty automat, albo ojciec zapomniał opłacić rachunek i wyłączyli nam telefon. Wyszedł z budki i siadł na niskim murku otaczającym parking. Wokół przewalały się masy ludzi, jednak nikt nie zwracał na niego uwagi. Wstał i poszedł dalej. Mijał zdobione sztukaterią kamienice, nie przypominające niczego, co wcześniej widział w swoim mieście. Nagle pewna myśl wpadła mu do głowy. Aż się zatrzymał i uderzył otwartą dłonią w czoło. Kilku przechodniów zwolniło i spojrzało na niego, po czym ruch wrócił do normalnego biegu. Muszę być w innym mieście! Co za kretyn — skarcił się w duchu. Jak można być takim głupkiem? Przecież to oczywiste. Widocznie Lukrecjusz wywiózł go tym pociągiem dalej niż wcześniej myślał. Później przecież jeszcze jechał rowerem, szedł i jechał znów z Jankiem. Najwyraźniej znalazł się w końcu w innym mieście! To wszystko.

Trochę mu ulżyło, bo zaczynał już czuć się nieco dziwnie. Zaczepił jakiegoś pana z teczką i zapytał o drogę na dworzec kolejowy. Poszedł we wskazanym kierunku i po chwili stanął przed monumentalnym budynkiem z szarego kamienia. Nad wysokimi arkadami, których łuki ozdobione były rzeźbionymi głowami lwów, widniał napis Dworzec Główny. Wszedł pomiędzy kamienne filary i poszedł w kierunku tablic informujących o odjazdach i przyjazdach pociągów. Pojechałby nawet na gapę, gdyby te drobne, które miał w kieszeni nie starczyły mu na bilet. Miał już trochę dosyć tej całej eskapady i z rozrzewnieniem pomyślał o swojej graciarni.

Długi czas studiował uważnie tablice informacyjne. Nie znalazł tam jednak nazwy swojego miasta. Sprawdził jeszcze raz. To dziwne… Owszem, nie mieszkał może w jakiejś metropolii, ale przecież była tam stacja kolejowa, na której regularnie zatrzymywały się pociągi. Poszedł do kasy biletowej. Całkiem miła kobieta powiedziała mu, że z tej stacji nie odjeżdża żaden pociąg do jego miejscowości. Być może trzeba jechać z przesiadką, ale nie była pewna i wysłała go do punktu informacyjnego. Człowiek, który tam siedział, spojrzał na niego z niezadowoleniem, odchrząknął i wyciągnął wielką, zakurzoną książkę. Dłuższy czas przewracał kartki.

— Z tej stacji nie dojedziesz żadnym pociągiem. Tej twojej mieściny nie ma w moim spisie. Oznacza to, że nie ma tam dworca kolejowego.

— Ale ja przecież wiem, że on tam jest, pamiętam wyraźnie, jeździłem stamtąd pociągiem.

— Chłopcze, nie rób sobie ze mnie żartów, dobrze? Nigdy nie słyszałem o takim mieście, więc jest to zapewne jakaś zapadła dziura bez stacji kolejowej.

— Ale proszę pana, ja mieszkam w dość dużym, no może średnim mieście, jakąś godzinę jazdy pociągiem stąd.

— Coś ci się pomyliło. Ale mam pomysł. Idź na dworzec autobusowy. Stamtąd dostaniesz się do mniejszych miejscowości, do których nie jeżdżą pociągi. Masz tutaj mapkę, to nie jest daleko.

Artur zrezygnowany wziął kartkę z planem centrum i siadł na drewnianej ławce. Na drugiej stronie ulotki znajdował się spis atrakcji i zabytków, które znajdowały się w centrum stolicy. Była tam na przykład… Co? Stolicy? Jak to stolicy? Zamrugał z niedowierzaniem i spojrzał jeszcze raz. Nie, no jak byk napisane — stolicy. A to już w ogóle jest niespodzianka. Aż się coś w nim zaśmiało, jednak był to raczej rozpaczliwy chichot niż wyraz szczęśliwości. Ja chyba zaraz zwariuję. Obliczał szybko w myślach odległości i czas podróży. Wiedział, że jego miasto znajduje się około dwustu kilometrów od stolicy. Wstyd się przyznać, ale nigdy tam, a właściwie tu, nie był. Ojca nie interesowały żadne wycieczki. Zaraz. Czy to możliwe, żeby przejechał z Lukrecjuszem około dwustu kilometrów? To chyba niemożliwe, chociaż tak naprawdę nie był pewien, ile czasu spędził w wagonie. Widocznie pociąg jechał dłużej i szybciej niż mu się wydawało. Zamknięty w przedziale rozmawiał z Lukrecjuszem i musiał stracić rachubę czasu i orientację w przestrzeni. To jedyne wyjaśnienie.

Rozdział 6. Profesor

Ściskając w ręce plan centrum, udał się w kierunku dworca autobusowego. Szedł, rozglądając się dookoła. Mijały go setki osób podążających w różnych kierunkach. Wsiadali do tramwajów i wysiadali z nich. Śpieszyli się na autobus i wchodzili do budynków. Gonili gdzieś z teczkami i torebkami, spoglądając na zegarki. Taksówkarze trąbili i gorączkowo manewrowali wśród spalin stłoczonych samochodów. Nigdy nie czuł się bardziej samotny.

W oddali, ponad dachami kamienic, zobaczył jedyny wyższy budynek w okolicy. Przypominał trochę strzelisty, średniowieczny zamek. Zbudowany z szarego kamienia sterczał nad miastem niczym gotowa do lotu gigantyczna rakieta.

Wszedł do budynku dworca autobusowego i udał się do kasy. Z wahaniem w głosie zapytał o połączenie.

— Nie mamy w bazie takiej miejscowości. Proszę się udać na dworzec kolejowy.

— Czy mogłaby pani sprawdzić jeszcze raz?

— Już sprawdziłam. Nie ma. Następny proszę!

Chłopiec odszedł od kasy i wyszedł z budynku. Chciało mu się płakać, ale powstrzymał się. Nie mógł się mazgaić, tylko małe dzieci beczą, a on był już nastolatkiem, musiał wziąć się w garść. Szedł, powłócząc nogami. Znalazł nieopodal budkę telefoniczną, jednak głos w słuchawce stwierdził ponownie, że nie ma takiego numeru

Szedł wzdłuż wystaw, zaglądając do środka sklepów. Patrzył na wystrojone kobiety przymierzające bransoletki, pierścionki i jesienne płaszcze. Gdy patrzyły na cenne kamienie ich oczy błyszczały, na twarzach pojawiał się lekki uśmiech, jednak gdy czasem któraś spojrzała na niego, szybko odwracała wzrok.

Ciężkie myśli plątały mu się w głowie. Dlaczego ze stolicy nie ma połączenia do jego miasta? Dlaczego nikt nie wie o istnieniu jego miasta? Zupełnie jakby wyjechał za granicę, jednak to akurat na pewno było niemożliwe. Przecież nie dogadałby się za granicą. A może ja zwariowałem? Może jestem chory psychicznie i cierpię na urojenia? No ale przecież myślę, chodzę, czuję, widzę ludzi, rozmawiam z nimi. Nie. To nie są zwidy, to się dzieje naprawdę.

Siadł na ławce i dotknął drewna wnętrzem dłoni. Wyczuł chropowatość i spękania resztek starej farby. Popatrzył na ludzki strumień przelewający się przed jego oczami. Na jego obrzeżach sunął dobrze zbudowany, siwowłosy mężczyzna w brązowym garniturze. W jednej ręce dzierżył małą walizkę, w drugiej laskę ze srebrną rękojeścią. W pewnym momencie inny przechodzień potrącił go ramieniem, wytrącając mu z ręki walizeczkę, która upadła na ziemię. Siwowłosy podniósł ją zwinnie i podążył dalej. Chłopiec zauważył mały przedmiot, który pozostał na ziemi. Ten człowiek chyba coś zgubił. Zerwał się z ławki, chwycił mały prostokątny blankiet i pobiegł za oddalającym się mężczyzną.

— Przepraszam, zgubił pan coś!

Zagadnięty człowiek odwrócił się z wyrazem zaskoczenia na twarzy. Jego siwe włosy kontrastowały z ogorzałą cerą i żywymi, ciemnoniebieskimi oczami. Trudno by było określić jego wiek.

— O, dziękuję dziecko — powiedział, patrząc na znalezisko. — Prawie zgubiłem moją legitymację uniwersytecką. No tego by jeszcze brakowało. Nie dość, że instytut zamknięty, to jeszcze bym stracił ważny dokument. Naprawdę jestem ci wdzięczny.

— Nie ma sprawy.

Mężczyzna chciał odejść, jednak zawahał się i popatrzył uważnie na chłopca.

— Słuchaj — rzekł — mam pytanie. Czy pomógłbyś mi w jednej bardzo ważnej sprawie?

Artur zastanowił się przez chwilę.

— Ale w jaki sposób?

— Przepraszam, nie przedstawiłem się, powinienem był od tego zacząć, nazywam się Joachim Świątek, jestem profesorem archeologii — rzekł mężczyzna i zamknął dłoń chłopca w mocnym uścisku, po czym energicznie nią potrzasnął. — Przyszedłem dzisiaj na uczelnię po ważne dokumenty. Okazało się jednak, że mój instytut jest zamknięty na głucho. Portier gdzieś zniknął, sesja poprawkowa jeszcze się nie zaczęła, drzwi zamknięte na amen. Nie przejmowałbym się tym zbytnio, ale za tydzień mam oddać książkę do druku, a w moim pokoju została teczka z kluczowym rozdziałem rękopisu.

— Przepraszam, ale nie wiem, jak mógłbym panu pomóc.

— Umiesz się trochę wspinać?

— Całkiem nieźle chodzę po drzewach.

— Widzisz, ktoś zostawił uchylone okienko na pierwszym piętrze. — Mężczyzna spojrzał uważnie na chłopca. — Ja nie dałbym rady tam wejść, ani się przecisnąć. Myślę jednak, że dla ciebie byłaby to pestka. Trzeba tylko wejść, wziąć dokumenty i wyjść. Prosta rzecz, jednak dla mnie niewykonalna. Oczywiście dostaniesz hojne kieszonkowe i przysłużysz się nauce. To jak będzie?

Artur zawahał się, jednak przyszło mu do głowy, że jeśli rzeczywiście dostanie jakieś pieniądze, to może zdołałby wynająć taksówkarza, który odwiózłby go do domu. To mogłoby rozwiązać jego problem.

— Dobrze, pomogę panu.

— Świetnie. Chodźmy, nie ma czasu do stracenia.

Poszli szybkim krokiem wzdłuż ruchliwej ulicy. Arturowi trudno było nadążyć za żwawym profesorem. Wyprężony jak struna, maszerował niczym żołnierz podczas ćwiczeń. Po jakimś czasie doszli do dużego ronda, na środku którego rosło pokaźnych rozmiarów drzewo. Jego wysoki pień i rozłożysta korona kontrastowały z asfaltem ulic i surową szarością okolicznych gmachów. Gdy się zbliżyli, chłopiec uświadomił sobie, że widział takie drzewo w książce podróżniczej, którą kiedyś czytał. Nazywało się baobab. Wokół niego posadzono kilka mniejszych drzew, a całość była otoczona wysokim, przezroczystym płotem. Kątem oka wychwycił ruch w koronie wielkiego drzewa. Przyjrzał się uważnie. Harcowały tam jakieś zwierzęta. Małpy?

— O przepraszam pana, nie chciałem… — Artur tak się zapatrzył na drzewo, że wpadł na innego przechodnia.

Byli tuż obok ronda, gdy jedna z małp nadgryzła żółty owoc, skrzywiła się i cisnęła go z całej siły, chyba celując w profesora. Mężczyzna uchylił się w ostatnim momencie. Owoc roztrzaskał się na chodniku. Nie zwracając na ten incydent najmniejszej uwagi, profesor poszedł szybkim krokiem dalej.

— W jaki sposób to drzewo radzi sobie podczas zimy? — zapytał chłopiec, mając świadomość, że naturalnym środowiskiem baobabów jest Afryka.

— Jak to, nie wiesz tego? — zdziwił się profesor. — Odkąd je tutaj posadzono, regularnie podczas zimy budowana jest wokół niego ogrzewana szklarnia i sprawa załatwiona.

— Ale po co to wszystko?

— Jak to po co? Żeby ładnie było.

Po jakichś dwudziestu minutach spaceru przeszli przez monumentalną bramę uniwersytetu i znaleźli się na terenie, gdzie wznosiły się jedynie potężne gmachy instytutów oraz wielki budynek biblioteki. Idąc, minęli między innymi Interdyscyplinarny Instytut Badań Języków Wymarłych i Nieznanych, Instytut Psychologii Porównawczej Owadów Społecznych, Instytut Filozofii Kultury Materialnej Pawianów oraz Instytut Badań Wpływów Międzyplanetarnych. Gdy przechodzili obok Instytutu Papierologii, chłopiec nie wytrzymał z ciekawości.

— A co to takiego ta papierologia?

— Ty chyba za dużo nie czytasz, co synku? — Profesor spojrzał na niego z politowaniem. — Papierologia to nauka o papierze jak sama nazwa wskazuje.

— A czym się zajmuje profesor papierologii?

— Papierem, jego gatunkami, odmianami, przemianami w czasie i przestrzeni. To fascynująca nauka. Powinieneś zobaczyć kiedyś konferencję badaczy z tej dziedziny. Przyjeżdżają z całego świata, zamykają się w instytucie i przez kilka dni dzielą się wynikami swoich badań. Wygłaszają wykłady i wyświetlają swoje prezentacje. Ostatnio byłem na przykład na wystąpieniu pod tytułem „Interdyscyplinarna analiza roli składu masy włóknistej papieru o gramaturze 30 g/m² w zaginaniu odbicia promienia świetlnego”. Fenomenalny odczyt. Wiele wniósł do papierologii. Trochę tylko dziwne, że poza pracownikami uniwersyteckimi nikt nie przyszedł — zadumał się profesor. — Taki ładny był plakat przecież, cały biały z pięknie wykaligrafowanymi tytułami wystąpień.

W końcu dotarli do Instytutu Archeologii. Był to monumentalny, brązowy budynek z potężnymi drewnianymi wrotami, które były teraz zamknięte. Minęli schody z kamiennymi balustradami ozdobionymi postaciami lwów prowadzące do wejścia, i poszli wąskim, zarośniętym krzakami przejściem wiodącym pomiędzy budynkiem a murem otaczającym teren uniwersytecki. Gdy mijali kamienne lwy, chłopiec miał przez chwilę wrażenie, że źrenice jednego z nich przesuwają się, obserwując jego i profesora. Gdy jednak spojrzał wprost na zwierzę, jego kamienne oczy patrzyły nieruchomo przed siebie. Po chwili dotarli do miejsca, o którym mówił wcześniej profesor. Rzeczywiście, na wysokości pierwszego piętra było otwarte niewielkie okno.

— To tu — wskazał profesor. — Jesteśmy na miejscu. Jak sam widzisz, ja nie dałbym rady nie tylko tam wejść, ale i przecisnąć się przez framugę. Ale myślę, że dla ciebie nie będzie to trudne.

— Dam radę — powiedział Artur. — Idę.

Sprawnie wspiął się po rynnie, w wielu miejscach przyczepionej do muru solidnymi żelaznymi obręczami, których można było użyć jako uchwytów i oparć na stopy. Stanął na gzymsie, przywarł płasko do ściany i przyciągając jedną nogę do drugiej dotarł do okienka i chwycił się framugi.

— Brawo. A teraz zapamiętaj. Pokój 314, trzecie piętro, szafa na prawo od wejścia, górna półka, teczka z napisem „Czas” — krzyknął z dołu profesor. — Aha i będziesz potrzebował tego.

Wyciągnął z kieszeni duży, jasnobrązowy klucz.

— Łap — krzyknął.

Chłopiec próbował złapać klucz, jednak przeleciał on tuż obok niego, wpadając w głąb ciemnego pomieszczenia.

— Powodzenia — krzyknął profesor. — Są dwie klatki schodowe, którymi możesz wejść na górę, po lewej reprezentacyjna, po prawej boczna. Pospiesz się i z nikim nie rozmawiaj.

— Ale przecież tu nikogo nie ma — powiedział Artur, przechodząc przez framugę.

— Tak, rzeczywiście, masz rację, zapomniałem — powiedział profesor, jednak chłopiec zauważył jakiś dziwny grymas, który przemknął po jego ogorzałej twarzy. — Poczekam tu na ciebie — dodał, po czym odwrócił się i skrył w cieniu pobliskiego muru. Artur zauważył jeszcze, że profesor wyjął ze swojej walizeczki rozkładane krzesełko polowe z oparciem i przystąpił no nabijania fajki, którą trzymał do tej pory w kieszeni garnituru.

Rozdział 7. Instytut Archeologii

Chłopiec przecisnął się przez okienko i zeskoczył na podłogę. Serce zabiło mu mocniej w piersi. Pomimo tego iż znalazł się w najzwyczajniejszym na świecie pomieszczeniu gospodarczym wypełnionym szczotkami, gąbkami i wiaderkami, poczuł się jak bohater jakiejś powieści. Uśmiech rozjaśnił jego twarz. To się nazywa przygoda. Tylko gdzie ten klucz? Rozejrzał się dookoła i po chwili odnalazł go na podłodze pod szafką z płynami do mycia. Był to długi, ciężki klucz z ozdobnym uchwytem i z wyrytą na nim liczbą 314. Pomyślał, że przynajmniej nie zapomni numeru gabinetu, do którego zmierza.

Wyszedł po cichu i zamknął za sobą drzwi, cały czas rozglądając się uważnie na wszystkie strony. Półmrok korytarza rozpraszało jedynie światło wpadające przez okna znajdujące się na jego krańcach. Poszedł w lewo i po chwili dotarł do monumentalnej klatki schodowej ozdobionej odlanymi z brązu popiersiami. Należały one do zasłużonych archeologów, którzy patrzyli surowo swoimi zastygłymi oczami na intruza, ośmielającego się zakłócić ich spokojną egzystencję.

Największe popiersie należało do profesora, który nazywał się Romuald Szmelc. Monument ten był ustawiony na honorowym miejscu, na rozległym półpiętrze, wśród kwiatów, paproci, a nawet małych drzewek pomarańczy. Jak przeczytał na plakietce pod popiersiem, był to założyciel Instytutu Archeologii Uniwersytetu Powszechnego, słynny badacz, którego niepodważalne zasługi dla potomności były wprost nieocenione. W małej, przeszklonej gablotce ustawionej obok popiersia, na czerwonej poduszeczce spoczywał jakiś niewielki biały przedmiot. Artur nie potrafił stwierdzić, co to takiego jest, więc spojrzał na etykietkę.


Największe odkrycie naukowe ubiegłego stulecia, dokonane przez profesora Romualda Szmelca: ząb homo gigantopitecusa odnaleziony w Jelitkowie pod Kopydłowem, pierwszy taki okaz w naszym kraju. Późniejsze znalezisko kości ogonowej tego hominida w Cycowie pod Baranowem doprowadziło do wyróżnienia nowej jednostki kulturowej, nazwanej kulturą jelitkowsko-cycowską.


Po dotarciu na drugie piętro chłopiec miał zamiar kontynuować drogę i wejść na kolejne, jednakże w głębi korytarza zobaczył świecący neon, na którym było napisane „Specjały od Faraona”. Pod napisem znajdował się wizerunek talerza, na którym znajdowała się jakaś trudna do określenia potrawa. Zarysy liter oraz talerz migotały zielonkawym światłem. W tej samej chwili Artur uświadomił sobie, że jest porządnie głodny, więc może nie zaszkodziłoby poszukać czegoś do jedzenia. Po chwili nacisnął klamkę i wszedł do niewielkiej sali oświetlonej stojącymi na okrągłych stolikach świecznikami. Poczuł się nieswojo. Zapalone świeczki w zamkniętym na głucho budynku, w którym nie było nawet portiera? To dziwne. Odwrócił się z zamiarem wyjścia, jednakże nie zdążył jeszcze złapać za klamkę, gdy usłyszał za sobą czyjś głos.

— Co podać chłopczyku? — spytał ktoś wesoło.

Artur poczuł, że włosy na głowie stają mu dęba, a oddech ugrzązł w gardle. W pierwszej chwili chciał uciekać, jednak poczuł, że nogi ma jak z waty. Zdrętwiały ze strachu, powoli zaczął odwracać się w stronę pogrążonego w mroku kontuaru, gdzie lokalizował źródło głosu.

— Tak się cieszę, że mnie odwiedziłeś — kontynuował tymczasem głos. — Mam teraz naprawdę mało klientów. Studenci na wakacjach, pracownicy na wykopaliskach, nawet portier się gdzieś zapodział. Jednym słowem nie jest ciekawie.

Artur odwrócił się i zobaczył opartego o kontuar uśmiechniętego mężczyznę o ciemnej karnacji. Ubrany był w koszulkę z napisem „Hard Rock Cafe Cairo” i uśmiechał się od ucha do ucha, pokazując równe białe zęby. Chłopiec powoli odzyskiwał zdolność mówienia.

— Prze..przepraszam pana ja tytytylko…

— Spokojnie, młody człowieku, tu nie ma miejsca na nerwy, luz blues. — Nieznajomy zauważył jego zdenerwowanie. — Przepraszam za to nagłe wyłonienie się z cienia, jakoś tak może nieelegancko cię powitałem. Zacznijmy jeszcze raz. Mam na imię Totmes, dla znajomych Toto. Miło mi cię gościć w mojej restauracji. Jak masz na imię?

— Artur — odpowiedział nieco uspokojony chłopiec. — Szukałem czegoś do jedzenia.

— No to dobrze trafiłeś, kochaneczku — rzekł Totmes. — Mam tutaj masę pysznościowych frykasów. Jeśli masz ochotę na coś słodkiego, to szczególnie polecam piramidki lodowe w sosie czekoladowym z waflem karmelowym. Z bardziej solidnych dań faraonki w sosie beszamelowym. Z zup polecam żółwiową serwowaną w skorupie. Jest też pieczeń z garbu dromadera z ziemniaczkami, tudzież klopsiki z krogulca w sosie mrówkowym. Gotowane rączki kapucynki to niezła przekąska. Mój specjał zaś to prażona szarańcza, chrupiąca i pikantna. Palce lizać.

Totmes uśmiechnął się, patrząc wyczekująco na chłopca.

— Poproszę piramidkę lodową — powiedział Artur, zastanawiając się nad tym, czy wystarczy mu drobnych, które miał w kieszeni.

— Fenomenalny wybór — stwierdził Totmes, podchodząc do przeszklonej lodówki, gdzie znajdowały się przygotowane już wcześniej desery. — Proszę bardzo — powiedział, kładąc przed chłopcem talerz z trzema piramidami z lodów waniliowych. Obok nich znajdował się też lodowy sfinks, a nawet mikroskopijna karawana z wielbłądami. — Smacznego!

Chłopiec zagłębił łyżeczkę w lodach i po chwili pałaszował już bez opamiętania smakowite piramidy. Był bardziej głodny niż mu się wydawało, więc lody momentalnie zniknęły z talerza.

— Smakowało? — spytał Totmes. — Może jeszcze udko świnki morskiej?

— Nie, dziękuję, już się najadłem. Było bardzo dobre — odrzekł Artur. — Ile płacę?

— Na koszt firmy — odpowiedział restaurator z uśmiechem. — Cieszę się, że mnie odwiedziłeś, wstąp jeszcze, to pogadamy, samemu tak siedzieć to nie jest za fajnie, uwierz mi. Chociaż na chwilę, mogę ci coś przygotować na wynos, powiedzmy kanapkę z ozorkiem pawiana.

— Dobrze proszę pana — odpowiedział chłopiec, chociaż nie za bardzo miał ochotę na jakikolwiek przysmak, poza lodami oczywiście, serwowany przez Totmesa. — Dziękuję i do widzenia.

— Pamiętaj, drugie piętro, „Specjały od Faraona” — powiedział mężczyzna. — Jakbyś kogoś spotkał po drodze to też powiedz, że u mnie jest otwarte i zapraszam.

— Dobrze proszę pana — zgodził się Artur, wychodząc z restauracji.

Odetchnął z ulgą i poszedł korytarzem z powrotem w kierunku klatki schodowej. Dziwne miejsce ten Instytut Archeologii — pomyślał. Chyba nie ma się co tu za bardzo włóczyć.

Podjął przerwaną wędrówkę. Szedł w górę schodami, jednak było na nich coraz mniej miejsca, ponieważ poręcz porastał bluszcz, a z wielkich donic ustawionych na szerokich stopniach wyrastały drzewa oplecione przez liany. Zrobiło się też bardzo gorąco i duszno. Chłopiec otarł pot z czoła i dalej przedzierał się przez gąszcz porastający schody. W końcu dotarł na trzecie piętro, gdzie miał znajdować się pokój profesora. Wysoko nad swoją głową zobaczył przeszklony sufit, przez który wpadało światło słoneczne.

Zdumiony popatrzył przed siebie. Jak okiem sięgnąć, rozległą przestrzeń trzeciego piętra zajmowały wielkie donice z wyrastającymi z nich różnego rodzaju drzewami. Ich rozłożyste korony znacznie ograniczały widok. Korzenie niektórych urosły już do takich rozmiarów, że wypełzły z donic, tworząc na podłodze trudną do pokonania warstwę splątanych kłączy. Z bananowców zwisały ciężkie kiście owoców. Na wysokiej palmie siedziały trzy zielone papużki. W powietrzu latało mnóstwo motyli, w tym kilkunastocentymetrowe o intensywnie niebieskich skrzydłach. Z zielonego gąszczu dobiegały dźwięki wydawane przez niezliczone owady. Mała małpka pogryzająca jakieś kuliste, podobne do winogron owoce patrzyła na niego, siedząc na gałęzi, z której wyrastały gigantyczne liście. Chłopiec patrzył jak urzeczony na ten niewiarygodny widok. Przypomniała mu się książka o Amazonii, którą czytał kiedyś, siedząc w piwnicy pomiędzy pralką a suszarką. Z zamyślenia wyrwały go dopiero dwie wielkie papugi ary, które wydając głośne, przypominające krakanie dźwięki, przeleciały nad jego głową.

W porośniętych bluszczem ścianach znajdowały się drzwi prowadzące do pokojów pracowników instytutu. Gabinet z numerem 314 znajdował się całe szczęście niedaleko. Chłopiec poszedł w jego kierunku i już sięgał do klamki, kiedy obok jego ręki przeleciała z furkotem strzała i wbiła się w drewniane drzwi. Nagle usłyszał złowrogi okrzyk i zobaczył biegnących w jego kierunku czarnowłosych wojowników z łukami oraz włóczniami. W pośpiechu zaczął szukać w kieszeni klucza, jednak ten wypadł mu z ręki i wpadł pomiędzy korzenie. W tej samej chwili dopadli do niego wojownicy, łapiąc go muskularnymi rękami. Bez słowa przywiązali go do drewnianego drąga, który dwóch z nich zarzuciło sobie na ramiona i pognali w głąb dżungli porastającej trzecie piętro instytutu. Gdy minęli mały wodospad, oczom chłopca ukazał się niesłychany widok. Wysoka piramida ze świątynią na szczycie wyrastała na środku rozległego placu. Wojownicy bez chwili odpoczynku wdrapali się na schody, rzucili chłopca na ziemię i padli na kolana przed potężnie zbudowanym mężczyzną ubranym w skórę jaguara.

— O królu Pakalu, przynieśliśmy ci tego oto białego chłopca, który bez pozwolenia wszedł na nasze terytorium — powiedział jeden z wojowników. — Oddajemy go do twojej dyspozycji o wielki wodzu.

— Dobrze Zwierzęca Czaszko, mój wierny dowódco — odpowiedział król Pakal. — Wrzućcie go do komnaty więźniów. Zastanowię się, co z nim zrobić.

Wojownicy ponieśli Artura w głąb budynku, zdjęli z drąga i zostawili związanego na ziemi. Podczołgał się do ściany, przy której siedział jakiś smutny człowiek. Podobnie jak on miał związane ręce i nogi. Wojownicy obrzucili ich pogardliwymi spojrzeniami i wyszli.

— Kim jesteś? — zapytał drugi więzień. — Ciebie też porwali?

— Mam na imię Artur — odpowiedział po chwili chłopiec, dochodząc powoli do siebie — pomagałem profesorowi Świątkowi odzyskać dokumenty, kiedy zaatakowali mnie ci ludzie. Kim oni w ogóle są?

— To Indianie. Majowie — odpowiedział smutny więzień. — Pozwól, że się przedstawię. Nazywam się doktor Wawrzyniec Koszałka, jestem archeologiem. Ci dranie mnie porwali podczas konferencji w tym chorym instytucie, wyobrażasz sobie? Przetrzymują mnie i dręczą z powodu jednego artykułu, który kiedyś napisałem.

— Przepraszam, ale nie rozumiem, sami tu mieszkają i porwali jednego z pracowników?

— Ja tu nie pracuję! — wykrzyknął histerycznie doktor Wawrzyniec. — Ja jestem z Instytutu Archeologii Eksperymentalnej Akademii Rolniczej, a tu jest Instytut Archeologii Uniwersytetu Powszechnego, to są dwa różne miejsca. No i konkurujące ze sobą oczywiście.

— To w jednym mieście są dwa instytuty archeologii?

— Jest nawet więcej, a co w tym dziwnego?

— Jeden by nie wystarczył?

— Wszyscy by się nie zmieścili. Przecież samych profesorów archeologii jest z dziewięćdziesięciu, doktorów stu dwudziestu, asystentów dwustu, już nie mówiąc o studentach, których jest chyba z sześćdziesięciu. Jak by się to pomieściło w jednym instytucie? No jak?

— Rzeczywiście, ma pan rację, nie wiedziałem. Ale właściwie dlaczego porwali pana ci Majowie?

— Nie spodobała im się moja hipoteza, którą wysnułem na podstawie moich wykopalisk, na których odnalazłem fragmenty bawełnianej tkaniny w grobowcu królewskim.

— Ale o czym była ta hipoteza?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.59
drukowana A5
za 31.5