„Dom, w którym mieszkała magia”
O tym, jak Helenka usłyszała, że w brzuchu mamy ktoś mieszka**
Helenka dowiedziała się o tym zupełnie przypadkiem.
Mama Pulinka stała w kuchni i mieszała zupę. Zupa bulgotała, jakby chciała coś powiedzieć, ale mama mówiła szybciej.
— Muszę chwilkę usiąść — westchnęła i położyła rękę na brzuchu.
Helenka uniosła głowę znad misia.
— Mamo? — zapytała uważnie. — Dlaczego trzymasz brzuch jakby tam był ktoś ważny?
Pulinka uśmiechnęła się tym uśmiechem, który znaczył: no dobrze, zostałam przyłapana.
— Bo tam ktoś jest — powiedziała cicho.
W tej samej chwili Staś:
— upuścił łyżkę
— zaczął się śmiać
— a krzesło samo się przesunęło o centymetr
(To był zwyczajny dzień u nich w domu.)
— Kto? — zapytała Helenka bardzo poważnie.
Mama spojrzała na nią i na Stasia, który śmiał się tak, jakby znał już odpowiedź.
— Franek — powiedziała. — Na razie śni. Ale słyszy wszystko.
Helenka podeszła bliżej i położyła ucho na brzuchu mamy.
— Cześć, Franku — szepnęła. — Jak będziesz gotowy, to my tu jesteśmy.
I wtedy Staś przestał się śmiać.
Bo nawet on poczuł, że właśnie zaczęło się coś bardzo ważnego.
Staś i jego śmiech, który miał własne zdanie**
Staś był jeszcze mały.
Tak mały, że niektóre słowa mu się myliły, a inne wolał zastępować śmiechem, bo śmiech był szybszy i przyjemniejszy.
Ale Staś miał jedną niezwykłą cechę.
Kiedy Staś się śmiał, świat robił się trochę lepszy.
Nikt dokładnie nie wiedział dlaczego.
Tata Mateusz twierdził, że to zwykły przypadek.
Mama Pulinka mówiła, że to „taka faza”.
A Helenka… Helenka po prostu wiedziała swoje.
Tego dnia Staś siedział na dywanie i próbował założyć skarpetkę na rękę. Skarpetka się nie zgadzała. Ręka też.
Staś spojrzał na nie bardzo surowo, jak ktoś, kto za chwilę wygłosi ważne przemówienie.
— Nie — powiedział do skarpetki.
Skarpetka nie odpowiedziała.
Staś zrobił więc jedyną sensowną rzecz.
Roześmiał się.
I wtedy:
— skarpetka spadła z ręki,
— piłka poturlała się bliżej,
— a pluszowy miś, zupełnie przypadkiem, znalazł się w samym środku dywanu.
Helenka uniosła brwi.
— Staś — powiedziała spokojnie. — Ty znowu to robisz.
— Hiii! — zaśmiał się Staś jeszcze głośniej.
Helenka podeszła do niego i usiadła obok.
— Wiesz, że Franek słyszy? — szepnęła.
Staś zamarł.
Śmiech zniknął tak szybko, jakby ktoś zgasił świeczkę.
— Bobo? — zapytał.
— Tak. Bobo. Tylko jeszcze śpi — odpowiedziała Helenka. — I trzeba się przy nim śmiać delikatnie.
Staś zastanowił się nad tym bardzo poważnie.
Potem położył się na dywanie, przyłożył ucho do brzucha mamy Pulinki, która właśnie przechodziła obok z koszem prania, i zachichotał cichutko. Tak cichutko, że aż dywan musiał się wsłuchać.
— Widzisz? — powiedziała mama i pogłaskała Stasia po głowie. — Już się uczysz być starszym bratem.
Staś był z tego tak dumny, że aż…
przewrócił się do tyłu.
Na szczęście dywan był miękki, a śmiech — znowu wybuchł.
Tym razem nawet mama i tata się zaśmiali.
I wtedy wydarzyło się coś bardzo dziwnego.
Z kuchni dobiegło ciche stuk.
— Słyszeliście? — zapytała Helenka.
— To pewnie czajnik — powiedział tata Mateusz, choć czajnik był zimny i stał spokojnie.
Ale Helenka już szła w stronę kuchni.
Na stole leżała łyżka.
Tylko że… przed chwilą była w szufladzie.
Helenka wzięła ją do ręki.
— Dom wie — powiedziała cicho. — Dom się cieszy.
Staś spojrzał na łyżkę, potem na brzuch mamy, potem na Helenkę.
— Jeszcze! — zaśmiał się.
I choć nikt tego nie powiedział na głos, wszyscy czuli to samo:
Franek śnił dalej.
A sen był dobry.
Pulinka, która wiedziała wszystko, ale udawała, że nie**
Mama Pulinka miała jedną bardzo ważną umiejętność.
Umiała nie wiedzieć.
To znaczy:
tak naprawdę wiedziała bardzo dużo.
Wiedziała, kiedy dzieci coś knują.
Wiedziała, kiedy Staś zaraz coś rozleje.
Wiedziała, kiedy Helenka myśli o czymś ważnym, ale jeszcze tego nie powie.
Ale Pulinka udawała, że nie wie.
Bo dzięki temu dzieci mogły:
— same odkrywać
— same pytać
— same się dziwić
A dziwienie się było w ich domu bardzo potrzebne.
Tego wieczoru Pulinka siedziała w fotelu i czytała książkę.
Tak przynajmniej wyglądało.
Bo jeśli dobrze się przyjrzeć, książka była cały czas na tej samej stronie.
Helenka zauważyła to pierwsza.
— Mamo — powiedziała. — Czy ty czytasz, czy tylko udajesz?
Pulinka uśmiechnęła się spod książki.
— A jak myślisz?
Staś podszedł bliżej, wspiął się na palce i zajrzał do środka.
— Mama śpi z oczami! — ogłosił.
— To się nazywa odpoczywanie — poprawił go tata Mateusz, który właśnie przechodził z kubkiem herbaty. — Bardzo trudna sztuka.
Pulinka położyła rękę na brzuchu.
— Franek też teraz odpoczywa — powiedziała cicho. — Ale w środku dzieją się rzeczy.
Helenka od razu to poczuła.
— Jakie rzeczy?
Pulinka zamknęła książkę.
W pokoju zrobiło się ciszej. Nawet zegar tykał delikatniej.
— Czasem — powiedziała mama — dzieci, które jeszcze się nie urodziły, śnią sny, które są trochę… prawdziwe.
— Jak to? — zapytała Helenka.
— Tak, że te sny szukają drogi do domu.
W tej samej chwili:
— zaszeleściła zasłona, choć okno było zamknięte
— pod komodą coś cichutko stuknęło
— a lampka mrugnęła, jakby chciała powiedzieć „dzień dobry”
Staś zrobił wielkie oczy.
— Lampka żyje?
— Tylko trochę — powiedziała Pulinka. — Tyle, ile trzeba.
Helenka podeszła do zasłony i delikatnie ją odsunęła.
Za nią była… ściana.
Zwyczajna.
Ale Helenka miała wrażenie, że ściana oddycha.
— Mamo — szepnęła. — Ten dom słucha.
Pulinka przytuliła ją.
— Oczywiście, że słucha. To przecież dom, w którym czekają na Franka.
Staś wgramolił się na kolana mamy i położył głowę na brzuchu.
— Czekamy — powiedział poważnie.
I wtedy wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał.
Z bardzo daleka, jakby spod podłogi albo z samego środka domu, dobiegł cichutki dźwięk.
Nie był to płacz.
Nie był to śmiech.
To było coś pomiędzy.
— Słyszeliście? — zapytała Helenka.
Tata Mateusz spojrzał na Pulinkę.
Pulinka spojrzała na dzieci.
— Myślę — powiedziała cicho — że ktoś właśnie zapukał do snu.
Drzwi, których nie było**
Następnego ranka Helenka obudziła się wcześniej niż zwykle.
Nie dlatego, że była wypoczęta.
Obudziła się, bo miała wrażenie, że ktoś ją wołał.
Nie głosem.
Tylko uczuciem.
Założyła kapcie i wyszła na korytarz.
Dom był jeszcze trochę senny.
Podłoga skrzypiała tak cicho, jakby nie chciała nikogo obudzić.
I wtedy Helenka zobaczyła coś dziwnego.
Na końcu korytarza, tam gdzie zawsze była tylko ściana…
był zarys drzwi.
Nie prawdziwe drzwi.
Raczej pomyślane drzwi.
Jakby ktoś je narysował światłem.
Helenka podeszła bliżej.
— Halo? — szepnęła.
Drzwi nie odpowiedziały.
Ale klamka była ciepła.
Helenka cofnęła rękę.
Serce zaczęło jej bić szybciej.
Nie ze strachu.
Z ciekawości.
Wtedy z pokoju obok wyszedł Staś.
Z jednym kapciem na nodze i drugim w ręku.
— Hela — powiedział sennie. — Co robisz?
Helenka wskazała palcem.
Staś zmrużył oczy.
— Drzwi? — zapytał.
— Takie trochę — odpowiedziała Helenka.
Staś podszedł, położył dłoń na ścianie…
i zaśmiał się cichutko.
Ściana zadrżała.
Zarys drzwi zrobił się wyraźniejszy.
— Staś… — szepnęła Helenka. — Ty chyba wiesz.
Staś nie wiedział.
Ale jego śmiech wiedział.
I dokładnie w tej chwili, bardzo, bardzo daleko —
Franek we śnie się uśmiechnął.
Przejście, które otwierało się tylko trochę**
Helenka i Staś stali przed drzwiami, których nie było.
A jednak były.
Nie skrzypiały.
Nie miały klucza.
Nie miały nawet prawdziwej klamki.
Ale kiedy Staś położył na nich rękę i zachichotał cichutko, drzwi zrobiły coś bardzo grzecznego.
Uchyliły się.
Tylko na szerokość dziecięcej ciekawości.
Za nimi nie było ciemno.
Nie było też jasno.
Było… miękko.
Jakby powietrze było zrobione z poduszki.
— Hela — szepnął Staś. — Tam pachnie snem.
Helenka wzięła głęboki oddech.
Rzeczywiście. Pachniało jak:
— czyste koce
— wieczorne mleko
— i coś jeszcze… nowego
— To sen Franka — powiedziała bardzo cicho.
I zanim zdążyli się zastanowić, czy wolno, czy nie wolno, czy trzeba zapytać dorosłych, drzwi zrobiły kolejny uprzejmy ruch.
Zaprosiły.
Helenka weszła pierwsza.
Staś tuż za nią, ciągnąc za sobą kapcia, który nie chciał zostać.
Po drugiej stronie był świat, który wyglądał, jakby ktoś wziął ich dom i… trochę go pomylił.
Korytarz był dłuższy.
Dywan falował jak morze.
A zegar na ścianie chodził do tyłu i do przodu, jakby nie mógł się zdecydować.
— Dzień dobry — powiedziała Helenka, bo była dobrze wychowana.
— Dobry — odpowiedział zegar. — Ale jeszcze nie cały.
Staś klasnął w dłonie.
— Zegar gada!
— Tylko w snach — mruknął zegar i znów się rozkołysał.
Wtedy usłyszeli coś bardzo ważnego.
Ciche bum-bum.
Równe. Spokojne.
— To serce — szepnęła Helenka. — Franka.
I nagle z sufitu posypały się… piórka.
Nie spadały.
One się śmiały, opadając.
Staś wybuchnął śmiechem.
Piórka zatańczyły.
— Chyba mu się podobamy — powiedział Staś.
— My mu się musimy podobać — poprawiła Helenka. — My jesteśmy rodzeństwo.
W tej samej chwili świat zadrżał.
Nie groźnie.
Jak wtedy, gdy ktoś się przeciąga.
— Czas wracać — powiedział zegar. — Sny dzieci nie mogą być za długie.
Drzwi pojawiły się znowu.
Same.
Helenka jeszcze raz spojrzała w głąb snu.
— Dobranoc, Franku — szepnęła.
Staś pomachał.
— Śpij — dodał. — My tu pilnujemy.
I drzwi zamknęły się tak cicho, jakby nigdy ich nie było.
Tata Mateusz i sprawa bardzo poważna**
— Dzieci? — odezwał się głos taty Mateusza. — Dlaczego stoicie na korytarzu i wyglądacie, jakbyście właśnie wrócili z bardzo daleka?
Helenka i Staś spojrzeli na siebie.
— Byliśmy — powiedziała Helenka.
— W snie — dodał Staś.
Tata Mateusz przyklęknął, żeby być na ich wysokości.
— W czyim śnie?
— Franka — odpowiedzieli jednocześnie.
Tata Mateusz zamrugał.
Raz.
Drugi.
Potem uśmiechnął się tym uśmiechem, który znaczył: no dobrze, widzę więcej, niż mówię.
— To dobrze — powiedział. — Bo jeśli Franek już śni, to znaczy, że wszystko idzie jak trzeba.
Zaprowadził ich do kuchni.
Postawił kubki.
Nalał mleka.
— Wiecie — powiedział — domy też się przygotowują na dzieci.
— Nasz się przygotowuje — oznajmił Staś.
— Bardzo — dodała Helenka.
Tata Mateusz stuknął łyżeczką o blat.
— W takim razie mamy zadanie.
— Jakie? — zapytała Helenka.
— Musimy być gotowi. Na śmiech. Na płacz. Na sny. I na bajki, które same się piszą.
Staś uniósł kubek.
— Ja gotowy!
Helenka uśmiechnęła się szeroko.
A w tym samym czasie mama Pulinka, jeszcze w łóżku, położyła rękę na brzuchu.
— Spokojnie — szepnęła. — Już wiedzą.
I gdzieś bardzo daleko, bardzo blisko jednocześnie, Franek uśmiechnął się przez sen.
,
Noc
w której dom nie mógł zasnąć**
Tej nocy dom długo nie spał.
Nie dlatego, że było głośno.
Wręcz przeciwnie — było tak cicho, że aż słychać było, jak cisza przestawia się z nogi na nogę.
Helenka leżała w łóżku i patrzyła w sufit.
Staś spał obok, trzymając w ręku misia, który wyglądał, jakby też miał ważne myśli.
— Staś? — szepnęła.
— Mmm? — odpowiedział przez sen.
— Dom dzisiaj myśli.
— Ja też — mruknął Staś i przewrócił się na drugi bok.
I właśnie wtedy coś cichutko stuknęło.
Nie tak, jak gdy spada klocek.
Raczej jakby ktoś bardzo grzecznie zapukał… od środka.
Helenka usiadła.
Stuk.
Stuk.
Dźwięk dochodził z szafy.
Nie tej strasznej.
Z tej zwyczajnej, z ubraniami.
Helenka wstała, podeszła i uchyliła drzwi.
W środku:
— wisiały sukienki
— leżały swetry
— a na samym dole…
…było małe światełko.
Nie świeciło jasno.
Raczej mrugało, jakby nie było pewne, czy wolno.
— Cześć — powiedziała Helenka, bo już wiedziała, że w tym domu rzeczy lubią być witane.
Światełko zadrżało.
Z pokoju dobiegł śmiech Stasia.
Nie senne chrapanie.
Prawdziwy śmiech.
Szafa westchnęła.
Tak, naprawdę westchnęła.
Drzwi zrobiły się miękkie.
I nagle Helenka wiedziała.
— Staś… — szepnęła. — To znowu sen.
Staś usiadł w łóżku, potarł oczy i spojrzał do szafy.
— Mały — powiedział. — Bardzo mały.
— To sen Franka — odpowiedziała Helenka. — Jeszcze nie gotowy. Tylko zagląda.
Światełko zamieniło się w maleńką postać.
Nie miała rąk ani nóg.
Była bardziej jak myśl niż ktoś prawdziwy.
— On się boi? — zapytał Staś.
— Nie — powiedziała Helenka. — On sprawdza.
Staś podszedł bliżej i zrobił coś bardzo ważnego.
Roześmiał się.
Nie głośno.
Nie nagle.