E-book
13.65
Dom szkieletów i kłamstw

Bezpłatny fragment - Dom szkieletów i kłamstw


Objętość:
526 str.
ISBN:
978-83-8126-859-2

Prolog

Leżę martwo na ziemi, bezsensownie wdychając powietrze. Mam wysuszone usta, oczy spragnione życia, pusto patrzą w szarą ziemię. Blask słońca lekko oświetla moją bladą twarz, wiatr rozwiewa włosy. Chwila bezsensownej ciszy ogarnia moje serce, które i tak nie bije. Bo nie ma dla kogo. Mózg, wcześniej wyłączony, zaczyna pracować. Klatka piersiowa z trudem unosi się i opada. Wszystko to bez celu, bez sensu.

Widzę imię. Marcin, wyryte w kamieniu. Kwadratowym kawałku marmurowej płyty. Za chwilę dostrzegam taką cienką, świetlistą linię, nie mam pojęcia czy jest prawdziwa. Coś mi jednak podpowiada, że muszę za nią podążać. Wstaję z zimnej, szarej ziemi i powoli, nogami nieużywanymi od lat, idę przed siebie, a świetlista linia mnie prowadzi. Wkrótce docieram nad to piękne jezioro. Przypominam sobie, że jako dziecko bawiłem się tu ze swoim rodzeństwem. To było tak dawno, tak bardzo dawno…

Wtedy dostrzegam najpiękniejszą istotę na świecie, ciebie. Wygląda na to, że właśnie się wprowadzasz. Nie mogę oderwać od ciebie oczu. Moje serce zaczyna bić.

Bije, bo takie jest jego zadanie. Bije, bo ma dla kogo.

Rozdział 1. Hrabina

ROK 1905


Była noc. W wielkim, ponurym i zabytkowym domu panowała cisza. Chociaż pracownicy spali właśnie w najlepsze w swoich pokojach na parterze, właścicielka tego domu, hrabina Róża Miłęcka, nie mogła zmrużyć oka. W jej okazałej sypialni na drugim piętrze zjawiła się Joanna — zarządczyni budynku i przełożona służby.

— Już czas, moja droga — powiedziała Miłęcka, nie wyściubiając nosa spod pierzyny, którą była okryta. Jej głos był słaby, a ona sama wyglądała okropnie.

Joanna skinęła głową i bez ceregieli udała się na parter, do pokoju służek. Przez chwilę przyglądała się śpiącym dziewczętom, aż w końcu zbudziła Helenę, najmłodszą i najbardziej zwinną. Oszczędzając w słowach, wyjaśniła dziewczynie, co ma zrobić. Helena zrozumiała, że piękny sen, który przed chwilą śniła, zamienił się właśnie w najgorszy z możliwych koszmarów.

— To nie podlega dyskusji. — Reakcja Joanny nie pozostawiała wiele do życzenia. — Dziś hrabina bardzo niedomaga, więc ja iść nie mogę. Nasza pani potrzebuje należytej opieki.

Zwinnym ruchem zerwała derkę, którą Helena była okryta i pociągnęła dziewczynę za rękę, jak robią matki, gdy nieposłuszne dziecko nie chce wstać do szkoły. Płacz służącej nie robił na niej wrażenia. Zdaniem Joanny służba w ogóle nie powinna mieć prawa głosu, a najlepiej by było, gdyby wszystkim, co podobno wpływało na jakość pracy, obcięto języki.

— Jesteś młoda i zdrowa, masz szybkie nogi i z pewnością dobry zmysł orientacji. Na Boga dziewczyno! Przecież nie wyślę tam starej Agaty — Joanna przewróciła oczami — nie chcemy dzisiejszej nocy dwóch pogrzebów!

Słowa zarządczyni poruszyły Helenę. Kiedy Róża Miłęcka chorowała, zawsze ktoś szedł do lasu po lekarstwa dla niej, najczęściej była to Joanna. Z hrabiną musi być naprawdę źle, skoro to nie może poczekać do rana, a przynajmniej do świtu, gdy dzień przegoni mrok. Z drugiej strony wiedziała również, że stara Agata nie da sobie rady. Jest już prawie głucha, choruje na kurzą ślepotę, porusza się bardzo wolno. Kwestią czasu pozostaje jej obecność w tym domu, a może i na tym świecie.

— Za pięć minut czekam na ciebie pod główną bramą. Ubierz się ciepło, idzie mróz. — Joanna i jej kamienny wyraz twarzy opuściły skromną izbę.

Helena rozejrzała się po pokoiku. Zadrżała na myśl, że już tu nie wróci, a w ciągu tygodnia ktoś zajmie jej miejsce i przejmie w posiadanie jej skromne wyposażenie. Spociły się jej ręce i pojawiły odruchy wymiotne, gdy wyciągała ze skrzyni swój stary, prosty płaszcz.

Kiedy się ubierała, nie mogła opanować drżenia. I wcale nie było jej zimno. Mimo że nogi odmawiały dziewczynie posłuszeństwa, a zdrowy rozsądek nakazał zawracać, służąca zgodnie z obietnicą, zjawiła się pod bramą posiadłości, gdzie czekała już Joanna.

Zarządczyni wyjęła z kieszeni płaszcza pęk kluczy i otworzyła starą bramę z kutego żelaza. Nienaoliwione zawiasy skrzypiały przeraźliwie.

— Radzę ci wrócić przed północą — powiedziała, rzucając pospieszne spojrzenie najpierw w stronę lasu, a potem na służącą. Jej twarz nic jednak nie zdradzała. Służba między sobą opowiadała, że Joanna urodziła się pozbawiona emocji. W tym momencie Helena ponad wszelką miarę zazdrościła jej tego braku uczuć, chętnie pozbyłaby się wszechogarniającego ją przerażenia.

— Jeśli nie wrócisz na czas, pomyślimy, że uciekłaś i brama zostanie zamknięta.

Co? Niby gdzie miała uciekać? Kto jak kto, ale Joanna najlepiej wiedziała, że dziewczyna nie ma gdzie wracać.

Helena z trudem przełknęła ślinę, czując, jak w jej gardle zbiera się wielka gula. Gula żalu i bezsilności. Nagle przed jej oczami pojawiła się ta wizja: jak błąka się za bramą domostwa, ale nikt nie chce jej wpuścić, bo nie pojawiła się na czas. Za wszelką cenę musi zdążyć, bo nie ma dokąd pójść. Rodzina oddała ją na służbę, bo jej nie chciała. Nie znajdzie ich, nawet jeśli bardzo by tego pragnęła. Skończy się na tym, że pójdzie do miasta żebrać o jedzenie, ale i tak wróci tutaj, bo przecież nikt jej nic za darmo nie da. Szczęśliwego zakończenia w tej historii nie będzie, bo prawdopodobnie umrze z głodu lub zimna, albo jedno i drugie, pod bramą posiadłości Miłęckiej, a jej duch na wieki będzie się błąkał po okolicy i lesie.

Koszmarna wizja. Służąca z całych sił odrzuciła ją od siebie.

— Wiedźma już czeka. Specyfik powinien być gotowy, bo została powiadomiona o stanie zdrowia hrabiny. Dałam jej wyraźne instrukcje. Masz go tylko odebrać, zapłacić — Joanna wręczyła jej pobrzękującą sakwę — i natychmiast wracaj. Idź cały czas ścieżką, nie zbaczaj z niej. Radziłabym ci biec, dzięki temu będziesz miała przewagę nad zwierzętami. I najważniejsze: NIE ZATRZYMUJ SIĘ. Wtedy nic ci się nie stanie.

Spojrzała dziewczynie w jej osobliwe, różnokolorowe oczy. Łatwo mówić. To nie ona miała tam pójść. Helena zrobiłaby teraz wszystko, żeby tylko nie zbliżać się do tej piekielnej puszczy.

To nie był bezpieczny las. Wszyscy o tym wiedzieli. Spojrzała w jego stronę i się wzdrygnęła. Ludzie mówili o nim różne rzeczy, opowieści szerzyły się po okolicy, wędrując z ust do ust. Każdy wiedział, że po zmroku lepiej się tam nie zapuszczać. To tam był dom Wiedźmy, a ludzie jej unikali. Mówiono też o innych istotach i kreaturach, o potworach czających się w lesie, czyhających na nieszczęśników na tyle odważnych, żeby tu przyjść po zmroku. Dziewczyna często była świadkiem rozmów starych przekupek. Padały wtedy określenia typu wilkołaki, duchy, nimfy. Takie plotki musiały się przecież skądś brać, w przeciwnym razie mieszkańcy wsi nie obawialiby się tak bardzo lasu i tego, co mogło się w nim czaić. Chodziły legendy o ludziach, którzy zapuścili się do niego tak głęboko, że nigdy nie wrócili i nigdy nie odnaleziono ich ciał. Podobno ich niespokojne dusze wciąż, po dziś dzień, nawiedzają upiorny las.

Służąca ostatni raz obejrzała się za siebie, rzucając spojrzenie na Joannę, która bezpiecznie spędzi tę noc. Spoglądając jednocześnie na dom hrabiny Miłęckiej przeszło jej odruchowo przez myśl, że być może patrzy na niego po raz ostatni.

Skierowała swoje kroki w stronę lasu.

Połowa listopada przyniosła niedawno wielkie opady deszczu — ściółka leśna pod jej stopami była podmokła, musiała uważać, żeby nie poślizgnąć się na mokrych liściach. Niosła ze sobą małą naftową lampę, którą dała jej Joanna. Ściskała ją jak najlepszą przyjaciółkę, będącą w tym momencie jej jedynym oparciem. Nakierowała strumień światła na ścieżkę, biegnącą do domu Wiedźmy. Strach, który odczuwała, był wszechogarniający, bała się wszystkiego: lasu, spotkania z Wiedźmą i nieoczekiwanej, nagłej, strasznej śmierci. Uczucie strachu potęgowało narastające w niej przygnębienie. Czuła się strasznie samotna i opuszczona.

Chwilę później rzuciła się do biegu, pamiętając o słowach zarządczyni. Oświetlała sobie drogę, żeby nie stracić z oczu ścieżki i starała się nie zgubić sakwy z pieniędzmi dla Wiedźmy. Biegła, robiąc zamaszyste kroki, żeby nie poślizgnąć się na podmokłej ziemi. Starała się nie zwracać uwagi na odgłosy dochodzące z różnych stron lasu i na drzewa, makabrycznie powykręcane pod wpływem starości i wilgoci. Musiała też uważać na bagna, w pobliżu domu Wiedźmy były one tak rozległe, że pochłonęły już niejedno życie.

Jej oddech ze zmęczenia zrobił się świszczący, czuła ciepłą krew spływającą po jej lewej nodze, po tym, jak zaczepiła się o jakieś zarośla. Trudno było panować nad emocjami: chciała krzyczeć, chciała płakać, chciała uciec stąd jak najdalej. Powstrzymywała się tylko dlatego, że jakikolwiek większy hałas mógłby przywołać do niej leśne potwory, gotowe pożreć ją żywcem.

Kiedy dostrzegła dym na tle ciemnego ponurego nieba, poczuła coś w rodzaju ulgi. To znak, że dom Wiedźmy był blisko. Wciąż jednak nie mogła czuć się bezpiecznie. Z samą Wiedźmą nie mogła czuć się bezpiecznie!

Ostatni raz upewniła się, że ma przy sobie sakiewkę, okryła się szczelniej płaszczem i oświetliła sobie dokładnie ostatnich kilka kroków. Skręciła razem ze ścieżką biegnącą ostro w dół, minęła straszne, stare drzewo i była na miejscu. Miała przed oczami chatę Wiedźmy.

Ewidentnie ktoś tu mieszkał, bo z dachu unosił się dym, choć trudno było to nazwać domem. I tylko ktoś tak straszny i tajemniczy jak prawdziwa czarownica mógł żyć w takich warunkach.

Była to kurna chata, tak stara, że uginała się pod ciężarem dachu ze słomy, w każdej chwili grożąc zawaleniem. W ścianach wycięte były kwadratowe dziury, tworzące prowizoryczne okna. Nie było w nich szyb. Nie było także komina, dym wychodził na zewnątrz poprzez szczeliny w dachu.

Zwykły śmiertelnik nie mógłby tu mieszkać. Nie w takich warunkach. Nie ktoś cywilizowany. Zwykły śmiertelnik zamarzłby tu na kość w zimę albo prędzej czy później umarł na jakąś chorobę. Ale nie Wiedźma. Ona umiała się przed tym obronić, bo nadal żyła i podobno już szmat czasu.

Nad domem wisiał księżyc, służąca z łatwością więc dotarła do ścieżki biegnącej wprost do chaty. Minęła ogródek warzywny, gdzie z całą stanowczością nie rosły warzywa i zapukała od razu do drzwi, żeby nie przedłużać swojej męki.

Miała wrażenie, że jej serce bije sto razy szybciej niż normalnie. Wzięła kilka głębokich oddechów, ale niewiele pomogły.

Zza drzwi dobiegł ją hałas, jakby ktoś ze złością cisnął czymś metalowym o ścianę. Potem usłyszała kroki, które stawały się coraz wyraźniejsze: wolne, przysadziste. Słyszała, że Wiedźma porusza się z trudem, bo zaczęła poważnie chorować.

Dziwne było w tym wszystkim to, że Wiedźma pomagała tak wielu ludziom, lecz sama sobie pomóc nie mogła. Oczywiście w pomocy innym miała swój własny interes.

Mieszkanka strasznej chaty poczęła walczyć z zasuwą, mrucząc coś upiornym, gardłowym głosem. Chwilę później drzwi lekko uchyliły się przed Heleną. Wiedźma, zachowując ostrożność, spojrzała przez szparę swoim zdrowym okiem.

— Czego? — warknęła niczym pies, który gryzie obcych. Sepleniła, bo ewidentnie brakowało jej kilku zębów.

— Przybywam od hrabiny Miłęckiej — wyjaśniła dziewczyna, zdenerwowana, bo Joanna zapewniała, że Wiedźmę poinformowano o jej przybyciu — Mam odebrać specyfik.

— Wara mi stąd! Nie znam cię! Zawsze przybywa ta stara z włosami jasnymi jak słoma!

— Joanna dziś nie mogła przybyć. Hrabina zachorowała i nasza zarządczyni opiekuje się nią. Dlatego to mnie wysłano.

Służąca czekała w napięciu. Wiedźma obserwowała ją jednym okiem dłuższą chwilę, jakby zastanawiając się, co to wszystko oznacza i czy ktoś nie postanowił z niej zadrwić.

— Tobie nic nie dam! Ma przyjść tamta. Z waszą hrabiną mam interesy, ale ciebie nie znam!

Helena zauważyła, że Wiedźma warczała w podobny sposób jak pies hrabiny Miłęckiej, Karabasz. I była tak samo brzydka, jak on. Jakby byli spokrewnieni.

— Joanna zapewniała mnie, że wie pani o wszystkim. Nie mogę wrócić z pustymi rękoma.

Służąca czuła, jak powoli ogarnia ją panika. Nie może się rozpłakać, bo to nic nie da.

— Proszę posłuchać, hrabina dziś ciężko niedomaga, nawet lekarze są bezradni. Tylko pani specyfiki mogą jej pomóc, jak pomagały do tej pory. Hrabina panią wynagrodzi sowicie, teraz jednak z nadzieją oczekuje na lekarstwo, które ją uleczy.

— Ja nic nie mam!

— Czy nikt nie powiadomił pani o chorobie hrabiny Miłęckiej? Czy nie było tu nikogo? Bo zarządczyni zapewniała, że specyfik będzie gotowy, kiedy po niego przyjdę.

— Ja nic nie mam! Nic nie wiem! Nie mam i nie wiem! Nie znam cię!

Helena zaczerpnęła głęboko powietrza. Była coraz bardziej rozdrażniona. Zrobiła się napięta jak struna. Nie wiedziała, która jest godzina. Jeśli nie zdąży przed północą, już po niej. W tym momencie to bezradność przytłaczała ją najbardziej.

Być może Wiedźma bawiła się z nią w kotka i myszkę? A może miała kłopoty z pamięcią, co w jej wieku mogło być prawdopodobne.

Dziewczyna postanowiła zacząć więc inaczej. Wyjęła zza pazuchy pokaźną sakiewkę pełną złotych monet i zamachała nią tuż przed garbatym nosem czarownicy. Widok ten i brzęk monet podziałały na Wiedźmę właśnie tak, jak chciała tego dziewczyna. Drzwi uchyliły się tym razem bardzo szeroko, a Helena ujrzała w okazałości wnętrze chaty, a także osobę stojącą u jej progu. Z trudem opanowywała drżenie. Nie chciała, by Wiedźma zauważyła, jak porusza ją ten widok. Była roztrzęsiona.

Ile lat mogła mieć, tego nikt nie wiedział. Może sto? Może dwieście? A może czterdzieści? Niezależnie od wieku wyglądała bardzo staro. Mała i chuda, wystawały jej wszędzie kości, skóra jej ciała była biała jak mleko i przez to prawie świeciła w ciemności. Twarz była żółta i pociągła, w szczęce brakowało połowy zębów. Jedno oko małe i wklęsłe jakby zapadnięte do czaszki; drugie nadzwyczaj ludzkie.

Widok był ciężki do zniesienia dla ludzi wrażliwych. No i jeszcze ten smród. Wyglądało na to, że Wiedźma od wieków nie zaznała kąpieli.

Ciało jej zdobiły liczne talizmany w postaci wisiorów wykonanych z ptasich dziobów oraz bransolety splecione ze szczurzych ogonów. Czarownice wierzyły, że ów talizmany zapewniają im bezpieczeństwo, oraz chronią przed innymi nadprzyrodzonymi mocami.

Ubrana była w popielate łachmany ni to szata, ni to płaszcz, ziejące ubytkami materiałów gdzie popadnie.

— Dawaj. — Wiedźma wyciągnęła przed siebie małą, brzydkokształtną dłoń.

— Najpierw specyfik — dziewczyna powiedziała twardo, lecz głos jej drżał. Nie mogła pozwolić dać się oszukać. Wiedźma zaśmiała się ochryple i wbiła w nią swoje oko.

— Niech i tak będzie. Muszę go przygotować. To potrwa.

— Ile?! — zawołała służąca, ale w tym momencie drzwi zatrzasnęły się przed nią.

— Ile?! — powtórzyła, waląc pięściami do drzwi. Odpowiedzi nie uzyskała, ale po hałasie poznała, że Wiedźma przystąpiła do pracy.

Nie liczyła na to, że ją wpuści. Spędzenie choć chwili w domu tak przerażającej kreatury podczas tak przerażającej pełni wydawało się Helenie groteskowe. Nie miała najmniejszej ochoty znaleźć się w tej chacie.

Przed domem stało kilka pustych, starych i okrągłych beczek. Służąca wybrała tę najmniej brudną i usiadła na niej. Tak postanowiła zaczekać.

Księżyc był w pełni. Gdzieś niedaleko wataha wilków szykowała się do nocnych łowów. A może to coś innego? — zastanawiała się służąca. Może to wcale nie wilki, ale zmiennokształtni, gotowi polować na istoty zakłócające im spokój? Jeśli tak było, wiedziała, że nie jest bezpieczna.

„Biegnij i się nie zatrzymuj, a nic ci się nie stanie”, tak powiedziała Joanna. Może była to rada na wagę złota? Przybiegła tu najszybciej jak umiała i może dzięki temu wciąż pozostawała w świecie żywych? Może leśne potwory tolerują jedynie ludzi, którzy się ich autentycznie boją i starają się nie zakłócać ich spokoju?

Helena pocierała dłońmi, próbując się ogrzać; temperatura tej nocy musiała już spaść poniżej zera. Swoje myśli kierowała na pozytywne tory, ale im zimniej się robiło, tym optymizm ją opuszczał. Zaczynała powoli drżeć. Starała się płaszczem zakryć światło naftowej lampy w obawie, że to przywoła do niej leśne potwory.

Miała wrażenie, jakby czas stanął w miejscu, a jednocześnie biegł bardzo szybko i nie współpracował z nią. Zdawało jej się, że jest już dobrze po północy, kiedy wreszcie Wiedźma otworzyła drzwi swojej chaty. Wystawiła w jej stronę palec i przywołała ją do siebie.

— Bierz! — Wręczyła jej do rąk coś niewielkiego, zawiniętego w stare szmaty. Służąca rzuciła jej sakwę i w tym momencie drzwi się przed nią zatrzasnęły.

— Lepiej biegnij dziewczyno. Dzisiaj pełnia. A to pora wilkołaków! — Wiedźma zawołała przez drzwi swoim okropnym głosem.

— Zabobony i dyrdymały! — Helena odkrzyknęła w stronę drzwi i odeszła stamtąd prędko.

— Uważaj na słowa, które wypowiadasz! — Głos Wiedźmy był coraz bardziej złowieszczy.

Służąca ostatni raz popatrzyła w tamtą stronę, a następnie założyła na głowę kaptur płaszcza, na powrót wyjęła lampę, by oświetlić sobie ścieżkę i już więcej nie oglądając się za siebie, rzuciła się do biegu.

Las zdawał się przenikać ją swoją dziwną, mroczną aurą. Czuła mrowienie na całej skórze, dostawała gęsiej skórki. Powietrze było zimne i wilgotne, powykręcane drzewa stały w bezruchu, otulone szarawą, coraz gęstszą mgłą. Biegła ścieżką, starając się nie stracić jej z oczu, jednocześnie martwiąc się, by nie zgubić specyfiku dla hrabiny Miłęckiej i nie wpaść w bagna, których pełno było w tej okolicy.

Bagna ów, a od dawna krążyły o tym legendy i plotki, pochłonęły już niejedno życie. Dobrze znała historię stolarza Macieja, który zagłębił się w ten las wieki temu, szukając dobrego drewna i utonął w bagnie, walcząc przeraźliwie o życie, a krzyki jego słychać było w wiosce. Zanim ktokolwiek dotarł w to miejsce, bagno pochłonęło Macieja doszczętnie, a jego ciała nigdy nie wyłowiono. Zidentyfikowano go jedynie po małej siekierce leżącej w pobliżu mokradeł.

Historia stolarza Macieja była pierwszą z takich historii i zapoczątkowała wszelkie inne legendy, z których połowa była z pewnością nieprawdziwa albo mocno ukoloryzowana.

Od tego momentu wieś zaczęła bać się lasu i kreować niestworzone opowiastki. Zabroniono też oficjalnie wchodzenia do puszczy od jej nieznanej strony, a jeśli już ktoś się chciał tu zagłębiać, musiał uzyskać specjalne pozwolenie z wyjaśnieniem. Ale i tak ludzi ogarnęła panika; po historii z Maciejem nikt o takie pozwolenie nie wystąpił, a kto zakradł się do lasu bez zgody Rady czy burmistrza, zaginął bez śladu.

Część lasu, gdzie stał dom Wiedźmy, czyli jego niebezpieczna strefa, należała do hrabiny Miłęckiej. Przed laty ziemię tę kupił hrabia Edward Miłęcki. Po śmierci męża hrabina odziedziczyła, oprócz domu i bezpiecznej części lasu, również ten mroczny skrawek z bagnami i odseparowała od pozostałej części. Pozwalała mieszkać Wiedźmie na swoim terenie, bo tylko tak mogła odstraszyć ludzi od tej ziemi. Sama nie była tam dawno, Bóg jeden wie, co tam mogło mieszkać. Za to jej pracownicy mieli wstęp do puszczy, bo stamtąd brano opał na zimę, tam też zbierano zioła na drobne choroby, polowano na zwierzęta. Ale las ten pozostawał dla wszystkich jedną wielką tajemnicą.

Tej nocy nic mi nie sprzyja — myślała Helena, biegnąc przed siebie. Wszystko jest przeciwko mnie, nic ani nikt w tym lesie nie chce mi pomóc. Wszystko zdaje się złowieszcze — pogoda, drzewa, zwierzęta. Wszystko ma mnie za wroga.

Ujadanie wilków było coraz bliższe, starała się więc biec jak najszybciej. Droga wydawała się w tę stronę dłuższa, dziewczyna po jakimś czasie nie mogła zrozumieć już, jakim cudem jeszcze nie wyszła z zagajnika. Przecież już dawno powinien się skończyć!

Przystanęła na chwilę, by odsapnąć, a w tym oto momencie serce w niej zamarło. Zrozumiała, że zabłądziła. Była pewna, że już mijała to drzewo, było tak charakterystyczne, że nie mogła się mylić. Obejrzała się niespokojnie we wszystkie kierunki, a w tej chwili każdy najmniejszy hałas mógł przyprawić ją o zawał serca.

Czy tam, nieopodal, między drzewami, nie majaczy jakaś sylwetka? Czy to nie jakaś postać… — widziała coraz wyraźniej — … z siekierą?

Włosy jej się zjeżyły na głowie, kiedy zdała sobie sprawę, że prawdopodobnie ukazało jej się widmo stolarza Macieja. Strach ją sparaliżował tak mocno, że nie mogła się ruszyć z miejsca. Było ciemno i mgliście, ale potrafiła odróżnić mgłę od ducha. Widmo wyłaniało się co chwila zza ciemnych drzew, sunąc wprost na nią, jakby unosząc się w powietrzu, nie dotykając ziemi. Dziewczyna doznała szoku na widok tak makabrycznego zjawiska.

Zrozumiała, że grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo, ale nogi jak z ołowiu utrudniały jej ruchy. Miała ją w tym momencie spotkać nagła, brutalna i na wieki owiana tajemnicą śmierć. Śmierć z ręki kogoś lub czegoś, czym także miała się stać. Nie takiego losu sobie życzyła. Nie tak chciała umierać. I nie takie życie wieczne jej się należało. A co z zamążpójściem? Co z gromadką dzieci i małym domkiem z białym płotem?

— Nie tak będzie! — dziewczyna wrzasnęła, wkładając w ten krzyk całą swoją siłę woli i chęć życia. Świadomość brutalnej śmierci napełniła ją niespodziewaną energią i odwagą. Nie da się tak łatwo zabić. Nogi wcale nie zastygły jej w bezruchu. Może przecież biec. I znów do głowy wtargnęły jej słowa Joanny: „Biegnij, a nic ci nie będzie”. Czemu i tym razem miało nie zadziałać?

Już nie patrzyła na mglistą kreaturę. Nawet nie wiedziała, jak blisko jest i gdzie jest. Światłem lampy na powrót odnalazła zgubioną przed chwilą ścieżkę i rzuciła się do ucieczki. Drzewa rosły tu coraz rzadziej, musiała być więc już niedaleko. Nadal jednak nie odnajdywała wyjścia.

Ani razu nie stanęła, ale wyraźnie słyszała za sobą hałas. Widmo wciąż ją ścigało. Ale ona była szybsza, była żywa i to dawało jej przewagę. Nigdy nie powinna wątpić w to, że świat żywych jest słabszy od świata umarłych.

Biegła cały czas, być może w kółko, ale w ten sposób przecież mogła przechytrzyć upiora. Była tak ogłuszona ze zmęczenia, że wszelkie odgłosy zamierały wokół niej. A chwilę później już nic nie słyszała. Przedzierała się przez jakieś zarośla, łamiąc mniejsze gałązki. Już zapomniała, po co jest w tym lesie i dokąd zmierza. Pociemniało jej w oczach… Już wszystkiego zapomniała…

Wtem pojaśniało. Resztkami sił otworzyła oczy i myślała, że śni. Nie była już w lesie. Przed nią stał w całej swojej mrocznej okazałości dom hrabiny Miłęckiej. A więc udało się! Wydostała się z lasu!

Nerwowo obejrzała się jeszcze za siebie, ale wiedziała, że już nie ma się czego bać. Cokolwiek żyło w tym lesie, nigdy go nie opuszczało.

Przystanęła na chwilę, by złapać tchu, a potem pchnęła bramę. Była przygotowana, że się nie otworzy. Musiało być już po północy, a Joanna przeważnie dotrzymywała słowa. Jakież musiało być jej zdziwienie, gdy furtka otworzyła się bez trudu. I w tym oto momencie zrozumiała, że to była po prostu próba, test, albo coś innego. Joanna chciała mieć pewność, że służąca potraktuje zadanie poważnie i wykona je jak najszybciej. Tak naprawdę nigdy nie zamierzała zamykać bramy, dziewczyna niosła przecież lekarstwo dla hrabiny. To tak jakby była ze złota. Tak łatwo dała się oszukać! Ale mimo strachu i złości, jakie teraz odczuwała, czuła również niewyobrażalną ulgę. Niedługo znów będzie w swoim ciepłym łóżku i znów będzie mogła śnić.

Była już blisko. Serce biło jej jak oszalałe. Kątem oka spoglądała na zawiniątko trzymane nerwowo w dłoniach. Podarek od Wiedźmy dla pani.

Pani nie powinna mieć konszachtów z czarownicą, pomyślała przerażona. Ale była zwykłą, prostą służącą, bez prawa głosu i wygłaszania opinii. Najlepiej będzie, jeśli zaniesie pakunek jak najszybciej, przeprosi za spóźnienie, a może pozwolą jej szybko odejść i wrócić do łóżka. Być może czeka ją jeszcze szpicruta lub pejcz, ale przyjmie je bez słowa skargi. Musi po prostu wykonywać polecenia. Baty przyjmie w ciszy, z godnością. Może tym razem będzie ich mniej lub będą mniej bolały? Po prostu nie będzie zaciskała mięśni i pomyśli o czymś przyjemnym, jak miała zwyczaj zawsze robić, a prawie nie poczuje. Oby tylko pani lub Joanna nie celowały w stare, niezagojone rany. Ostatnim razem, gdy tak było, ból był nie do zniesienia i myślała, że umrze, a w najlepszym wypadku straci przytomność. Czuła się tak, jakby ktoś przypalał ją żywym ogniem, powodując niewyobrażalne odczucia. Jeśli znów oberwie w dół pleców, tuż nad pośladkami, rany już chyba nigdy się nie zagoją, albo w ich miejscu pojawią się obrzydliwe owrzodzone blizny.

Odrzuciła szybko te myśli, bo znalazła się właśnie w odpowiednim korytarzu na drugim piętrze. Z daleka dostrzegła światło wylewające się szerokim strumieniem z komnaty hrabiny. Powoli zamierało w niej serce, lecz przyspieszyła kroku. Korytarz, którym szła, zdawał się nie mieć końca. Układała w głowie słowa przeprosin, kurczowo ściskając pakunek. Miała wrażenie, że bicie jej serca słychać w całym mieście.

Jutro będzie już po wszystkim, myślała gorączkowo, kierując ostatnie kroki. Wydawało jej się, że złowieszcza cisza otulająca dom, wraz z nią czekała na rozwój wydarzeń.

Drzwi były uchylone, ale mimo to dziewczyna zapukała. Pełna wewnętrznych obaw i lęków czekała w napięciu, aż ktoś po nią wyjdzie. Nie odważyłaby się wejść do komnaty hrabiny bez zaproszenia. To by ją kosztowało kolejne smagnięcia szpicruty.

Kiedy nikt się nie zjawiał, zapukała jeszcze raz. Tym razem głośniej. Być może hrabina nie słyszała? W jej wieku jest to możliwe. Za czasów swojej świetności, czyli kiedy była jeszcze zdrowa i pełna sił, Miłęcka miała słuch wybitny, niczym zwierzę na łowach. A służba musiała wszędzie się pilnować i zwracać uwagę na to, co mówi, bo być może pani czaiła się za rogiem ze swoją szpicrutą, gotowa do ataku.

Kiedy wreszcie pod drzwiami zadudniły kroki, dziewczyna poczuła namiastkę ulgi. Ale wchodziła do paszczy lwa, więc marne to było pocieszenie.

— No, nareszcie! — syknęła Joanna, stając na progu komnaty. — Wysłać gdzieś pospólstwo! Ja mówiłam mojej pani, że osobiście mogę się tym zająć. Ale nie! Ona woli tak ważne zlecenia powierzać… — zawahała się, gdy młoda służąca spojrzała na nią z urazą — … komuś nieodpowiedniemu — dokończyła, kładąc nacisk na ostatnie sylaby.

— To nie moja wina — służąca odezwała się z lękiem. — To Wiedźma.

— Nie mnie będziesz się tłumaczyć. — Joanna przerwała jej gestem otwartej dłoni i uchyliła szerzej drzwi, by dziewczyna mogła wejść.

Służąca znała Joannę od dziecka. Kiedy rodzice oddali ją na służbę hrabinie Miłęckiej, miała zaledwie siedem lat. Przez ostatnie dziewięć lat Joanna była dla niej kimś w rodzaju opiekunki. Matka to zdecydowanie za duże słowo, choć służąca łapała się często na tym, że myśli o niej w ten sposób. To Joanna, kobieta o pociągłej bladej twarzy, ze ściągniętymi ustami i zawsze z dokładnie upiętym kokiem, odbierała ją z rąk rodziców. To Joanna zabroniła jej się mazać, gdy prowadziła ją do izby, w której miała spać. To Joanna przyuczyła ją do pracy. To ona nauczyła ją wszystkiego. Chociaż Joanny nie charakteryzowały żadne matczyne uczucia, to w pewien sposób potrafiła zadbać o podwładnych. Była prawą ręką pani i reprezentantką pracowników domu. Jedni lubili Joannę — drudzy jej nienawidzili. Służyła wiernie hrabinie, najwierniej ze wszystkich, a jako zarządczyni budynku także dbała o jej interesy. Słowo hrabiny było dla niej święte.

Helena weszła do komnaty i sztywno stanęła w rogu pokoju. Pomieszczenie składało się z dwóch izb — większej i mniejszej. Pierwszy przedsionek stanowił salon hrabiny Miłęckiej — stały tutaj zabytkowe, ręcznie zdobione meble z czarnego bzu. W kominku płonął ogień, wszelkie zasłony były zasunięte, na stoliku nieopodal jarzyła się samotna lampa. Drugie pomieszczenie, sypialnia hrabiny, gdzie wstęp miała tylko Joanna, pogrążone było w ciemności. Służąca wytężyła wzrok, ale nic nie udało jej się dostrzec. Nawet przeszło jej przez myśl, że hrabina śpi. Wtedy oszczędzono by jej szpicruty.

— Daj mi to! — Joanna wyrwała jej pakunek z rąk i zniknęła służącej z oczu.

Dziewczyna stała nieruchomo pod ścianą. Wpatrywała się z przerażeniem w ciemność, która wylewała się z sypialni hrabiny. Brała głębokie oddechy i łapała się za pierś, bo serce biło jej jak szalone. Marzyła o śnie, był środek nocy, a do pracy służbę budzono o świcie. Bardziej jednak od swojego bezpiecznego łóżka pragnęła teraz uniknięcia kary. Nie zasłużyła na nią.

Za oknem królował księżyc. Pierwsza pełnia w tym miesiącu przyniosła chłodną noc, lecz usianą gwiazdami. Nikt przy zdrowych zmysłach nie myślałby o tym, by w taką noc wypuszczać się na dwór. Nadal drżała na myśl swojej przeprawy przez Straszny Las. Nie wiedziała, jakim cudem przeżyła tę wyprawę. Nie dość, że Wiedźma kazała jej czekać za zewnątrz swej chaty w godzinę duchów, to w dodatku prawie spotkała ją śmierć z ręki przeraźliwego widma.

Teraz, stojąc w dusznej komnacie swej pani i czekając bez wątpienia na chłostę, myślała nad tym, czy nie wolała być nadal w lesie.

Napięła się jak struna na dźwięk kroków. Wróciła Joanna. Usta ściągnęła w wąską linijkę i założyła ręce. Jej postawa wyraźnie mówiła „No, teraz dostaniesz za swoje”.

— Pani cię oczekuje — powiedziała spokojnym, pewnym głosem.

— Mnie? — Służąca spojrzała po sobie. — Przecież ja nie mogę… — Miała na myśli fakt, że nikt nie wchodzi do pokoju hrabiny. Nikt oprócz Joanny. Ta jakby zdawała się czytać w jej myślach:

— Pani jest dziś wyjątkowo słaba. Byłoby inaczej, gdybyś przyszła na czas.

— Ale ja naprawdę …

— Dość. Idź tam i przyjmij to z godnością.

Godność. Zawsze wspominali o niej przed chłostą. Służba miała być godna swej kary i świadoma jej całkowicie. Jakby to miało w czymś pomóc.

Helena poczuła nieprzyjemne ukłucie w sercu i suchość w ustach. Jej nogi były jak z waty, gdy ze spuszczoną głową weszła do komnaty sypialnianej. Joanna zapaliła lampę, która dała nieco światła.

Sypialnia hrabiny była duża i urządzona z przepychem. Wywoływała ogromne wrażenie. Centralną część pokoju stanowiło stare dębowe łóżko z baldachimem z jedwabiu. Także jedwabna pościel była w kolorze purpury. W rogu stał zabytkowy niciak i toaletka we francuskim stylu. Podłogę przykrywał gruby, ręcznie tkany dywan, a ścianę pokrytą tapetą w kwiaty zdobił portret Elżbiety Bathory — podobno przodkini hrabiny. Wszystkie kotary były zasunięte; lampa rzucała złowieszczy cień na jedną ze ścian. W powietrzu unosił się zapach stęchlizny, potu i niemytego ciała.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.