E-book
23.63
drukowana A5
88.92
Dom kobiety

Bezpłatny fragment - Dom kobiety

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
391 str.
ISBN:
978-83-8455-807-2
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 88.92

Przedmowa

Są książki, które opowiadają historię. Są też takie, które odsłaniają porządek świata ukryty pod historią — rytm codzienności, hierarchię gestów, cenę milczenia, ciężar pracy, którego zwykle nie zauważamy, dopóki ktoś nie opisze go z bezlitosną precyzją. Ta powieść należy do tej drugiej kategorii. To nie jest jedynie opowieść o małżeństwie, domu i wiejskim gospodarstwie. To jest przenikliwy zapis życia, w którym wszystko ma swoją materię: kurz, drewno, mleko, tynk, błoto, krew, obornik, światło, skóra. I właśnie dzięki tej materialności książka zyskuje wymiar psychologiczny tak prawdziwy, że chwilami bywa niemal dotkliwy.

Na pierwszy rzut oka punkt wyjścia wydaje się prosty. Ona — nauczycielka, kobieta praktyczna, sprawcza, nieustannie zajęta tym, co trzeba zrobić. On — organista, człowiek oczytany, błyskotliwy, ironiczny, wygodnie usadowiony w fotelu, rozkochany w anatomii, historii, biologii i w chłodnym porządku wiedzy. Między nimi jest dom, ogród, obora, pole i cały ten ogrom pracy, który w wielu książkach pozostaje niewidzialny, bo uchodzi za zwyczajny. Tutaj zwyczajność zostaje wydobyta z tła i postawiona w samym centrum. To wielka zaleta tej prozy: przywraca rangę temu, co najczęściej bywa pomijane, zbywane wzruszeniem ramion albo sprowadzane do „kobiecych obowiązków”.

Właśnie dlatego ta książka robi tak silne wrażenie. Autor nie buduje napięcia za pomocą sensacyjnych zwrotów akcji, lecz poprzez niezwykle konsekwentny kontrast: pomiędzy ruchem a bezruchem, wysiłkiem a komentarzem, działaniem a interpretacją, ciałem a umysłem. Każdy kolejny dzień, każda czynność, każdy sezon pogłębia to pęknięcie, ale zarazem pokazuje coś jeszcze: że wiedza bez udziału w świecie staje się schronieniem, a praca bez języka staje się losem. Jedno i drugie jest w tej powieści prawdziwe. I jedno i drugie zostaje potraktowane z literacką powagą.

Najciekawsze jest jednak to, że nie mamy tu do czynienia z prostym oskarżeniem ani z tanią satyrą na męski egotyzm. Marek nie jest tylko figurą próżności czy wygodnictwa, choć niewątpliwie nosi w sobie jedno i drugie. Jest także człowiekiem przestraszonym własną śmiertelnością, własną niewystarczalnością, własnym ciałem, które z upływem czasu przestaje być przezroczystym narzędziem ducha, a staje się kruchym mechanizmem podległym awarii. Jego medyczne, czasem makabryczne wywody nie są jedynie popisem erudycji. Są próbą obrony. Próbą ujarzmienia lęku za pomocą języka. Próbą zamiany tajemnicy w termin, bólu w opis, końca w proces biologiczny. To bardzo trafne psychologicznie i właśnie dzięki temu postać Marka pozostaje ludzka, a nie karykaturalna.

Jolanta z kolei należy do tych bohaterek, które zapamiętuje się na długo nie dlatego, że dużo mówią, lecz dlatego, że wszystko wokół nich nabiera od nich kształtu. To postać zbudowana czynem. Jej tożsamość nie wyraża się w deklaracjach, ale w setkach drobnych decyzji, w uporze, w zdolności do podtrzymywania świata przy życiu. Sprząta, naprawia, dźwiga, szyje, sadzi, leczy, doi, prowadzi, gotuje, porządkuje, ratuje. Jej siła nie jest widowiskowa. Nie ma w niej nic z heroizmu na pokaz. To siła codzienna, niemal bezgłośna, a przez to bardziej przejmująca. W literaturze często podziwia się ludzi, którzy burzą porządek świata. Ta książka z wielką mądrością pokazuje, że równie wielki podziw należy się tym, którzy ten porządek codziennie, własnym ciałem i własnym czasem, podtrzymują.

Bardzo wysoko cenię także konstrukcję tej powieści. Zmieniające się pory roku nie są tutaj dekoracją. One organizują opowieść i niosą sens. Dom nie jest tłem, lecz organizmem. Ogród nie jest sielanką, lecz laboratorium trwania. Zwierzęta nie są tylko inwentarzem, lecz ciałami powierzonymi opiece. Każdy przedmiot, każda czynność, każda awaria zostaje wpisana w większy porządek życia i śmierci. Dzięki temu książka oddycha naturą, ale nie naturą pocztówkową. To natura, która rodzi, gnije, pęka, fermentuje, choruje, wraca. Natura bez upiększeń i właśnie dlatego prawdziwa.

Na uwagę zasługuje również język. Jest konkretny, gęsty od szczegółu, zmysłowy, a zarazem precyzyjny. Autor potrafi opisać pracę fizyczną tak, że czuje się ją w barkach, dłoniach i kolanach. Potrafi też wejść w medyczny detal bez maniery chłodnego podręcznika, zachowując narracyjną temperaturę. To rzadkie połączenie: literackość bez rozwodnienia konkretu oraz erudycja bez pychy. Czytelnik dostaje tekst, który można czytać jak powieść obyczajową, jak studium małżeństwa, jak opowieść o pracy, jak medytację nad kruchością ciała, a momentami nawet jak subtelny reportaż o niewidzialnej ekonomii codzienności.

To książka bardzo potrzebna również z innego powodu. W czasach, gdy tak wiele mówi się o produktywności, samorozwoju i spektakularnych przemianach, tutaj najważniejsze okazuje się coś znacznie skromniejszego i znacznie trudniejszego zarazem: codzienne utrzymywanie świata w całości. Gotowanie, mycie, karmienie, opatrywanie, transportowanie, porządkowanie, doglądanie. Te czynności nie mają blasku wielkich czynów, ale bez nich nie istnieje żaden dom, żadna wspólnota, żadna trwałość. Ta powieść oddaje im należną rangę i robi to bez patosu, za to z wielką uczciwością.

Czytając tę książkę, miałem poczucie obcowania z opowieścią, która zna życie od środka: zna zapach chłodnej piwnicy, ciężar mokrego prania, dźwięk wiadra stawianego na posadzce, lęk przed chorobą zwierzęcia w nocy, zmęczenie, które nie domaga się uznania, ale też nie daje się oszukać. Mało jest dziś prozy, która tak odważnie i tak dojrzale przygląda się relacji między troską a wyczerpaniem, między wiedzą a bezradnością, między miłością a obowiązkiem. Jeszcze mniej jest prozy, która umiałaby to wszystko osadzić w tak sugestywnym, organicznym świecie.

Dlatego sądzę, że to książka wyjątkowa. Mądra, przejmująca, doskonale skonstruowana. Czuła wobec pracy, bezlitosna wobec złudzeń, uważna na ciało, czas i materię. To opowieść, która zostaje w czytelniku nie tylko jako historia Jolanty i Marka, ale jako pytanie o to, kto naprawdę podtrzymuje nasze światy i jak często zapominamy na to spojrzeć. A kiedy już spojrzymy — czy umiemy jeszcze odwrócić wzrok?

Nie mam wątpliwości, że czytelnik trzyma w rękach książkę ważną. Taką, która nie tylko opowiada, ale i rozpoznaje. Taką, po której inaczej patrzy się na dom, na pracę, na ciało i na tych, którzy codziennie, bez fanfar, bez świadków, bez podziękowań, robią wszystko, żeby świat nie rozpadł się do rana.

CZĘŚĆ I: DOM

Wnętrze jako organizm

Rozdział 1

„Odkurzanie” albo „O niewidocznym deszczu, który jest nami”


Marcowe światło wpadało do salonu pod kątem tak niskim, że oświetlało każdą niedoskonałość — każdą rysę na parkiecie, każdy ślad palca na szafce pod telewizorem, każdy pyłek zawieszony w powietrzu jak mikroskopijny kosmonauta dryfujący w próżni. Jolanta stała w drzwiach z odkurzaczem w jednej ręce i plastikowym wiadrem pełnym ściereczek w drugiej, i patrzyła na ten snop światła, jakby widziała go pierwszy raz w życiu. Nie widziała go pierwszy raz. Widziała go co roku, w marcu, kiedy słońce wracało zza horyzontu na tyle wysoko, żeby przypomnieć mieszkańcom domu, ile kurzu nagromadziło się przez zimę. Co roku ten sam efekt. Co roku to samo zaskoczenie.

Dom był duży. Za duży, mówiła jej matka, kiedy z Markiem się tu wprowadzali dwadzieścia lat temu. Za duży na dwoje ludzi, za duży na jedną pensję nauczycielki i jedną pensję organisty, za duży na jedno życie. Ale Jolanta kochała ten dom od pierwszego wejrzenia — przestronny, z wysokimi sufitami, z drewnianym tarasem wychodzącym na ogród, z jabłoniami, które pamiętały czasy, gdy Bydgoszcz była jeszcze daleko, a wieś była wsią, nie przedmieściem. Teraz miasto podpełzło bliżej — nowe osiedla wyrastały jak grzyby po deszczu za lasem po wschodniej stronie — ale tutaj, w tym domu, czas nadal płynął inaczej. Wolniej. Gęściej. Ze smakiem kurzu i jabłek.

Zaczęła od sypialni na piętrze. Zawsze zaczynała od góry, bo kurz — jak jej tłumaczył Marek, który tłumaczył wszystko — spada w dół, więc logika nakazuje sprzątać od sufitu do podłogi, od piętra do parteru. Jolanta nie potrzebowała logiki Marka, żeby to wiedzieć. Wiedziała to od matki, a matka od swojej matki, a tamta od jeszcze swojej. Kobiety w jej rodzinie odkurzały od góry od pokoleń, zanim Marek przeczytał o tym w jakiejś książce i postanowił jej to zakomunikować tonem odkrywcy Ameryki.

Odkurzacz warczał znajomo, ciągnąc za sobą wężyk jak niechętne zwierzę na smyczy. Jolanta prowadziła ssawkę wzdłuż listew przypodłogowych, wciskając ją w szpary między meblami, wyciągając spod łóżka kłęby kurzu wielkie jak pięść. Pod łóżkiem zawsze było najgorzej. Marek twierdził, że to dlatego, iż podczas snu człowiek się obraca średnio trzydzieści razy na noc i każdy obrót strąca z pościeli i z ciała mikroskopijne drobiny, które spadają na podłogę i gromadzą się pod łóżkiem jak osad na dnie rzeki. Jolanta wolała nie myśleć o tym, co dokładnie gromadzi się pod ich łóżkiem. Wystarczyło, że co dwa tygodnie wyciągała to na światło dzienne i wsysała odkurzaczem w nicość.

Kiedy skończyła sypialnię i przeszła do pokoju gościnnego — który nie gościł nikogo od trzech lat, odkąd jej siostra pokłóciła się z Markiem o politykę przy wielkanocnym stole — usłyszała z dołu znajomy odgłos. Skrzypnięcie skóry. Marek siadał w swoim fotelu.

Ten fotel stał w salonie od piętnastu lat. Skórzany, ciemnobrązowy, z wysokim oparciem i szerokimi podłokietnikami, które Marek wycierał od czasu do czasu specjalnym balsamem do skóry, jedyny mebel w domu, o który dbał osobiście. Fotel stal przy oknie wychodzącym na ogród, ustawiony pod kątem, który Marek precyzyjnie wyliczył — tak, żeby światło padało na książkę, ale nie raziło w oczy, i żeby jednocześnie widzieć taras, jabłonie i kawałek drogi dojazdowej. Kontrola otoczenia, pomyślała kiedyś Jolanta. On nie siedzi w fotelu — on panuje nad terytorium.

Zeszła na parter z odkurzaczem, zwijając kabel na ramieniu jak kowboj lasso. Marek siedział już w fotelu w idealnej pozycji — noga założona na nogę, książka na kolanach, okulary do czytania zsunięte na czubek nosa. Na stoliku obok stała butelka białego wina. Jolanta zerknęła na etykietę — Riesling z tej małej winnicy pod Toruniem, którą odwiedzili trzy lata temu na wycieczce parafialnej.

— Otworzyłeś wino? — zapytała, ustawiając odkurzacz przy kanapie. — Jest wpół do jedenastej.

— Jest pierwszy dzień bez rękawiczek — odpowiedział Marek, nie podnosząc wzroku znad książki. — To wystarczający powód.

Jolanta westchnęła i poszła po wiadro ze środkami do czyszczenia srebra. Srebrna zastawa po babce Helenie leżała w kredensie zapakowana w flanelowe woreczki od września. Co roku przed Wielkanocą Jolanta ją wyciągała, czyściła, polerowała i nakrywała do świątecznego stołu. Dwanaście łyżek, dwanaście widelców, dwanaście noży, cukiernica, solniczka, pieprzniczka i wielka waza na żurek, którą babka Helena dostała w prezencie ślubnym w 1958 roku. Zastawa przetrwała dwa pożary, jedną powódź, trzy przeprowadzki i czterdzieści lat małżeństwa babki z dziadkiem Stanisławem, który pił wódkę i bił psa, ale nigdy nie tknął sreber, bo wiedział, że to jedyna rzecz, przy której babka Helena straciłaby cierpliwość.

Jolanta rozłożyła srebrne sztućce na stole w kuchni, nałożyła gumowe rękawice i zaczęła wcierać pastę do srebra w pierwszy widelec. Praca monotonna, medytacyjna — pasta, wcieranie, odczekanie, polerowanie flanelą. Widelec po widelcu, łyżka po łyżce. Kuchnia pachniała chemią i metalem.

— Wiesz, co czyścisz, Jolu?

Głos Marka dobiegał z salonu, niesiony przez otwarte drzwi między kuchnią a pokojem. Nie musiał krzyczeć — dom miał dobrą akustykę, jak mawiał z dumą, jakby sam ją zaprojektował.

— Srebra — odpowiedziała Jolanta, nie przerywając polerowania.

— Tak, ale wiesz, co właściwie czyścisz? Co to jest, ta czarna warstwa, którą zdejmujesz?

Jolanta znała odpowiedź. Znała ją od lat, bo Marek zadawał to pytanie co roku, i co roku sam na nie odpowiadał, nie czekając, aż ona to zrobi.

— Siarczek srebra — powiedziała, żeby go ubiec. — Ag₂S. Srebro reaguje z siarkowodorem w powietrzu i czernieje.

Cisza. Słyszała, jak Marek odkłada książkę na podłokietnik. To było złe. Kiedy odkładał książkę, znaczyło to, że ma dłuższy wywód.

— Dobrze, Jolanto. Bardzo dobrze. Ale skąd się bierze siarkowodór w powietrzu?

— Z jajek. Z gotowania jajek na twardo.

— Między innymi. Ale nie tylko z jajek, kochanie. Siarkowodór jest wszędzie. Wydziela go gnijąca materia organiczna. Bakterie beztlenowe rozkładają białka zawierające siarkę — cysteinę, metioninę — i produkują H₂S. Ten sam gaz, który czujesz, kiedy coś gnije. Ten sam gaz, który wydziela rozkładające się ciało ludzkie. — Pauza, w której Jolanta usłyszała ciche bulgotanie wina nalewanego do kieliszka. — Twoje srebra czernieją, bo powietrze w tym domu zawiera produkty rozkładu. Naszego rozkładu, Jolu.

Jolanta odłożyła widelec i sięgnęła po następny.

— Mhm — powiedziała.

— Mhm? Tylko mhm? Nie zastanawia cię, że siedzisz w kuchni i zdejmujesz ze sreber molekularny ślad naszego umierania?

— Zastanawia mnie, dlaczego co roku mi to mówisz, a co roku myślisz, że mówisz mi to pierwszy raz.

Marek zaśmiał się — szczerze, gardłowo, tym śmiechem, który kiedyś, dawno temu, sprawił, że Jolanta się w nim zakochała. Miał dwadzieścia pięć lat, grał na organach w katedrze bydgoskiej, a ona przyszła na wieczorny koncert z koleżanką ze studiów i usłyszała ten śmiech w zakrystii, zanim zobaczyła twarz. Śmiech, który mówił: wiem więcej niż ty, ale nie mam ci tego za złe.

— Masz rację, kochanie. Ale w tym roku mam nowy wątek.

Jolanta prychnęła cicho.

— Posłuchaj. Kupiłem na kiermaszu w Bydgoszczy podręcznik dermatologii. Wydanie z 1987 roku, jeszcze PRL-owskie, piękna rzecz. I wiesz, co przeczytałem?

— Powiesz mi niezależnie od tego, czy chcę wiedzieć.

— Kurz domowy. — Marek wyraźnie delektował się słowami, jak winem, które popijał. — Kurz domowy składa się w siedemdziesięciu do osiemdziesięciu procentach z martwego ludzkiego naskórka.

Jolanta przestała polerować. Nie dlatego, że nie wiedziała — wiedziała, oczywiście, że wiedziała, uczyła w końcu w szkole i czytała nie mniej niż Marek, choć on był o tym innego zdania. Przestała, bo coś w jego tonie było inne niż zwykle. Nie był to ton wykładowcy ani ton cynika. Był w nim cień fascynacji tak głębokiej, że graniczyła z czułością.

— Każdy człowiek traci dziennie około półtora grama skóry — mówił dalej, a Jolanta słyszała, jak wstaje z fotela i podchodzi do drzwi kuchni, opierając się o framugę. Nadal nie wchodził do kuchni — nigdy nie wchodził do kuchni, kiedy Jolanta pracowała, jakby kuchnia w czasie pracy była świątynią innego wyznania. — Półtora grama. Wydaje się niewiele, prawda? Ale policz. Pół kilograma rocznie. Dziesięć kilo w ciągu dwudziestu lat. Dwadzieścia lat mieszkamy w tym domu, Jolu. Dziesięć kilogramów mojej skóry i dziesięć kilogramów twojej jest w tych ścianach, w tych meblach, w tych szczelinach między deskami podłogi. — Pauza. — Odkurzasz nas, kochanie. Odkurzasz mnie z ciebie i ciebie ze mnie.

Jolanta podniosła wzrok i zobaczyła go w drzwiach — czterdziestopięcioletni mężczyzna w lnianej koszuli i wełnianych skarpetkach, z kieliszkiem wina w ręku, z oczami, w których błyszczało coś między rozbawieniem a smutkiem. Przerzedzone włosy, lekki zarost, ramiona wciąż szerokie, ale jakby opadłe, jakby trzymanie książki przez dwadzieścia lat zmęczyło je bardziej niż trzymanie siekiery.

— To poetyckie, Marku — powiedziała. — Ale ja muszę skończyć przed czwartą, bo mam stos wypracowań do sprawdzenia.

— Poczekaj. Jest jeszcze coś. — Wrócił do fotela, ale głos niósł się dalej, wyraźny i spokojny. — Roztocze. Dermatophagoides pteronyssinus. Piękna nazwa, prawda? Z greckiego: derma — skóra, phagein — jeść, pterón — skrzydło, nyssos — kłucie. Skórożercy o skrzydłach, które kłują. Choć tak naprawdę nie mają skrzydeł i nie kłują. Nazwa jest kłamstwem, jak większość nazw.

Jolanta wróciła do polerowania. Widelec numer cztery. Pasta, wcieranie, odczekanie.

— Te stworzenia — ciągnął Marek, i Jolanta słyszała, jak przewraca strony podręcznika — mierzą jedną trzecią milimetra. Nie zobaczysz ich gołym okiem, ale są wszędzie. W każdym dywanie, w każdej poduszce, w każdym materacu. Żywią się wyłącznie martwym ludzkim naskórkiem. My ich karmimy, Jolanto. Całe kolonie, miliony osobników, całe cywilizacje roztoczy żyją w naszym domu i jedzą naszą skórę. My jesteśmy ich polami uprawnymi.

— Rany boskie, Marek.

— Nie bluźnij, kochanie. Słuchaj dalej. Ich narządy gębowe — chelicery — są jak miniaturowe nożyczki. Kroją łuski naskórka na mniejsze kawałki i trawią je enzymami proteolitycznymi. Enzym DerP1, główny alergen roztoczy, to właśnie enzym trawienny. Ludzie, którzy są uczuleni na kurz, nie są uczuleni na kurz — są uczuleni na ślinę roztoczy, które jedzą ich skórę. Na resztki uczty. Na ślad bankietu, który odbywa się co noc w ich poduszce.

Jolanta odłożyła piąty widelec i wzięła szósty. Pasta miała kolor bladej lawendy i konsystencję gęstej śmietany. Wcierała ją okrężnymi ruchami, czując pod palcami — przez gumę rękawic — drobne wypukłości ornamentu. Babka Helena kupowała dobre rzeczy. Trwałe rzeczy. Rzeczy, które przeżyły ludzi.

— Wiesz, co jest najpiękniejsze? — Marek mówił teraz ciszej, jakby zwierzał się z sekretu. — Że roztocze nie piją. Nie mają narządów do picia. Wodę pobierają z powietrza — absorbują wilgoć ciałem. Dlatego nie żyją w suchym klimacie. Potrzebują wilgotności powyżej pięćdziesięciu procent. A wiesz, jaka jest średnia wilgotność w sypialni w nocy? Sześćdziesiąt, siedemdziesiąt procent. Bo oddychamy, pocimy się, wydychamy parę wodną. Robimy im klimat. Jesteśmy ich atmosferą.

— Marku.

— Tak?

— Czy mógłbyś choć raz w życiu powiedzieć coś, po czym nie będę musiała myć podłogi z poczuciem, że ściera mnie to z powierzchni ziemi?

— Ależ ja ci mówię rzeczy fascynujące, moja droga.

— Ty mi mówisz o roztoczach, które jedzą moją skórę.

— Naszą skórę. Demokratycznie. Roztocze nie rozróżniają płci.

Jolanta odłożyła szósty widelec, wstała od stołu i weszła do salonu po odkurzacz, który zostawiła przy kanapie. Marek siedział w fotelu z kieliszkiem uniesionym lekko w górę, jakby wznosił toast do światła marcowego słońca. Podręcznik dermatologii leżał otwarty na kolanach — Jolanta zobaczyła czarno-białe zdjęcie czegoś, co wyglądało jak księżycowy krajobraz, ale było — domyślała się — zdjęciem mikroskopowym ludzkiej skóry.

— Widzisz te srebra? — powiedział, wskazując kieliszkiem w stronę kuchni. — Poleruj je, ile chcesz. Jutro pokryje je nowa warstwa. Składająca się częściowo z ciebie i częściowo ze mnie. Tego się nie da zatrzymać, Jolu. Dom oddycha nami.

Jolanta podniosła odkurzacz i włączyła go. Hałas wypełnił pokój, zagłuszając Marka, który poruszał ustami jeszcze przez chwilę, zanim zorientował się, że nikt go nie słyszy, i wrócił do czytania. Jolanta odkurzała kanapę — systematycznie, równymi ruchami, jak zawsze. Poduszka po poduszce, szczelina po szczelinie. Potem oparcie, potem boki. Potem dywan — długimi, równoległymi pasmami, żeby ślady odkurzacza tworzyły regularne pasy jak na trawniku. Lubiła ten moment — geometrię czystości, dowód wykonanej pracy, widoczny natychmiast i natychmiast satysfakcjonujący.

Kiedy wyłączyła odkurzacz, Marek mówił dalej, jakby przerwa nie istniała.

— …i dlatego Prus wiedział, o czym pisze. Wokulski to człowiek, który walczy z entropią — z rozpadem świata, z rozpadem uczuć, z rozpadem siebie. A entropia zawsze wygrywa. Nawet Wokulski w końcu stał się kurzem.

Jolanta wyprostowała się i popatrzyła na niego. Prusa właśnie przerabiała z dziewiątą klasą. Lalkę. Trzy tygodnie temu zaczęli, i do Wielkanocy mieli skończyć. Dzieci się nudziły, bo dzieci się zawsze nudzą przy Prusie — za dużo opisów, za mało akcji, za dużo myślenia i za mało robienia. Tylko Kacper, ten cichy, chudy chłopak z trzeciej ławki, czytał z zainteresowaniem, bo Kacper czytał wszystko z zainteresowaniem — jedyny uczeń, którego nie musiała prosić o lekturę.

— Nie mów mi o Prusie, Marku. Mam go po uszy pięć dni w tygodniu.

— To porozmawiajmy o Bachu.

— Nie.

— A o roztoczach?

— Jeszcze raz o roztoczach i wyrzucę ten podręcznik.

Marek zamknął książkę z teatralnym gestem i uniósł kieliszek.

— Za roztocze — powiedział. — Za ciche, niewidoczne stworzenia, które żyją z naszych resztek. I za ciebie, Jolu, która walczysz z nimi dzielnie i bezskutecznie od dwudziestu lat.

Jolanta nie odpowiedziała. Zabrała odkurzacz do kuchni i wróciła do sreber. Siódmy widelec. Ósmy. Dziewiąty. Monotonność ruchów uspokajała ją — był w tym rytm jak w odmawianiu różańca, choć Jolanta nie odmawiała różańca od lat i nie miała zamiaru zaczynać. Wystarczył jej rytm pracy. Praca była jej modlitwą, choć nigdy by tak tego nie nazwała i roześmiałaby się, gdyby ktoś jej to powiedział.

Marek nucił coś w salonie. Jolanta rozpoznała po kilku taktach — Toccata i fuga d-moll Bacha. Ćwiczył ją na niedzielną mszę. Nucił basową linię, tę ciemną, schodzącą w dół frazę, która brzmiała jak pytanie bez odpowiedzi. Jego palce poruszały się na podłokietniku fotela — szybko, precyzyjnie, z pamięcią mięśniową, którą zbudował przez dwadzieścia lat grania. To były jedyne momenty, kiedy jego ręce naprawdę pracowały — kiedy grał na skórzanym podłokietniku utwór, który jutro zagra na organach w kościele. Jolanta patrzyła na niego czasem z kuchni, przez otwarte drzwi, i widziała te palce — długie, suche, zaskakująco silne — i myślała, że te same ręce mogłyby trzymać odkurzacz, polerować srebra, wbijać gwoździe, dźwigać worki z nawozem. Mogłyby, ale nie trzymały, nie polerowały, nie wbijały, nie dźwigały. Grały Bacha na podłokietniku. To im wystarczało.

O drugiej Jolanta skończyła srebra. Dwanaście łyżek lśniło w rzędzie na kuchennym ręczniku jak instrumenty chirurgiczne przygotowane do operacji. Dwanaście widelców obok. Dwanaście noży. Cukiernica, solniczka, pieprzniczka i wielka waza, w której za tydzień będzie żurek — jeśli Jolanta zdąży ugotować zakwas, kupić kiełbasę, obrać jajka i zrobić wszystko inne, co trzeba zrobić, żeby Wielkanoc wyglądała jak Wielkanoc, a nie jak kolejny dzień w domu, który ciągle trzeba sprzątać.

Poszła na górę po stos zeszytów. Czterdzieści trzy wypracowania dziewiątej klasy na temat: „Czy Wokulski jest idealistą, czy szaleńcem? Uzasadnij swoje stanowisko.” Zaniosła je do kuchni, zrobiła sobie herbatę — mocną, bez cukru, w kubku z napisem „Najlepsza nauczycielka świata”, który dostała od klasy trzy lata temu i który miał już odpryskaną literę „N” — i usiadła przy stole, z którego przed chwilą zabrała srebra.

Pierwsze wypracowanie. Bartek Kowalczyk. Pismo jak kura pazurem, trzy błędy ortograficzne w pierwszym zdaniu, teza brzmiała: „Wokulski jest szalony, bo zakochał się w głupiej kobiecie.” Jolanta westchnęła i sięgnęła po czerwony długopis.

— Co piszą? — zapytał Marek z salonu.

— Że Wokulski jest szalony.

— Mają rację.

— Nie mają racji, Marku. Wokulski nie jest szalony. Jest obsesyjny. To różnica.

— Obsesja to szaleństwo w krawacie, moja droga.

Jolanta zignorowała go i przeszła do drugiego wypracowania. Kasia Nowak. Pismo staranne, zero błędów, teza: „Wokulski jest idealistą, ponieważ wierzy w miłość pomimo wszelkich dowodów, że miłość nie istnieje.” Jolanta zatrzymała się. Trzynastolatka, która pisze, że miłość nie istnieje. Pięknie skonstruowane zdanie, logiczny wywód, references do tekstu — ale pod spodem pustka tak gładka i twarda jak kafelek. Skąd trzynastolatka wie, że miłość nie istnieje? Czy wie, czy powtarza? I czyje słowa powtarza?

Trzecie wypracowanie. Kacper Zieliński. Jolanta wzięła zeszyt i poczuła — jak zawsze przy Kacprze — lekkie napięcie. Nie dlatego, że bała się błędów. Przeciwnie. Kacper nie popełniał błędów, a jeśli popełniał, to takie, które były ciekawsze niż poprawne odpowiedzi innych dzieci. Kacper pisał inaczej. Pisał, jakby wkładał ręce w ziemię i wyciągał z niej zdania — brudne, mokre, żywe.

Zaczęła czytać. Kacper nie pisał o Wokulskim. Pisał o swoim dziadku.

„Mój dziadek umarł w styczniu. Leżał w łóżku trzy tygodnie i nie mówił, bo miał rurki w gardle. Mama mówiła, że on nas słyszy, ale ja nie wiem. Myślę, że Wokulski jest jak mój dziadek — chciał coś powiedzieć, ale nie umiał, bo świat mu włożył rurki w gardło. Nie rurki z plastiku, tylko rurki z pieniędzy, z konwenansów, z tego, co wypada i co nie wypada. I dlatego Wokulski nie jest ani idealista, ani szaleniec. On jest po prostu człowiek, który nie umie powiedzieć, co czuje, i od tego umiera.”

Jolanta odłożyła zeszyt. Przez chwilę siedziała nieruchomo, z długopisem w ręku, i patrzyła na tekst Kacpra. Chciała mu wstawić szóstkę. Chciała mu wstawić szóstkę i powiedzieć: tak, dokładnie tak, właśnie o tym jest ta książka, właśnie o tym jest wszystko — o ludziach, którzy nie umieją powiedzieć, co czują, i od tego umierają. Ale wstawiła piątkę, bo szóstka wymagałaby uzasadnienia przed dyrekcją, a dyrekcja kazałaby Kacprowi pisać o lekturze, nie o dziadku.

Pomyślała, że pokaże wypracowanie Markowi. Potem pomyślała, że nie pokaże, bo Marek skomentowałby styl, nie treść. Powiedziałby coś o nadmiarze zdań podrzędnych albo o banalizacji śmierci w literaturze dziecięcej, albo o tym, że rurki w gardle to intubacja dotchawicza i że dziadek Kacpra prawdopodobnie miał rurę intubacyjną podłączoną do respiratora, a nie „rurki”, bo „rurki” sugerują mnogość, a intubuje się jedną rurą. I Jolanta musiałaby tego słuchać, i musiałaby bronić Kacpra, i musiałaby tłumaczyć, że trzynastolatek ma prawo pisać „rurki”, bo widział rurki, nie rurę intubacyjną, i że literatura nie jest podręcznikiem anatomii.

Nie pokazała.

Sprawdzała wypracowania do czwartej, z przerwą na rozwieszenie prania, które kręciło się w pralce od rana. Mokre ręczniki, poszewki, koszule Marka — wyciągnęła je, wrzuciła do kosza, zaniosła na podwórze i rozwiesiła na sznurach między jabłoniami. Marzec był za chłodny na suszenie na zewnątrz, ale Jolanta nie miała suszarki bębnowej, a kaloryferowe suszenie zostawiało w domu wilgoć, która — jak mówił Marek — sprzyjała rozwojowi pleśni i grzybów. „Aspergillus fumigatus, Jolu. Grzyb, który potrafi rosnąć w temperaturze ludzkiego ciała — jedyny grzyb, który czuje się w twoich płucach jak w domu.” Więc wieszała pranie na zewnątrz nawet w marcu, nawet kiedy marzło, nawet kiedy wiatr zrywał koszule z klamerek i trzeba było po nie biegać po ogrodzie jak za uciekającymi duchami.

Wróciła do wypracowań. Marek zasnął w fotelu — kieliszek przechylony niebezpiecznie, książka zsunięta na brzuch, usta lekko otwarte. Chrapał cicho, miarowo, tym cichym chrapaniem, które kiedyś ją irytowało, a teraz stało się częścią tła dźwiękowego domu, jak tykanie zegara czy skrzypienie podłogi na piętrze, kiedy wiał wiatr. Jolanta wstała, zabrała mu kieliszek z ręki — delikatnie, żeby nie obudzić — i postawiła na stoliku. Poprawiła mu okulary, które zsunęły się z nosa i wisiały na jednym uchu.

Przez chwilę stała nad nim i patrzyła. Twarz Marka we śnie wyglądała inaczej niż na jawie — łagodniej, młodziej, jakby cynizm odchodził razem z przytomnością i zostawiał pod spodem twarz chłopaka, który dwadzieścia lat temu śmiał się w zakrystii katedry bydgoskiej. Zmarszczki wokół oczu wygładzały się, usta zamykały się w wyraz, który na jawie nigdy nie gościł na jego twarzy — coś między spokojem a zagubieniem. Wyglądał jak ktoś, kto nie wie, gdzie jest, i nie ma mu to za złe.

Jolanta wróciła do kuchni. Trzydzieste siódme wypracowanie. „Wokulski jest idiotą, bo mógł mieć wszystko, a wybrał kobietę, która go nie chciała.” Piątka z minusem. Pismo czytelne, argumentacja logiczna, ortografia poprawna, empatia — zerowa.

O szóstej Marek się obudził. Jolanta słyszała, jak przeciąga się w fotelu — skrzypienie skóry, trzask stawów, westchnienie. Potem kroki do kuchni. Stanął w drzwiach.

— Jolu?

— Tak?

— Nie skończyłem ci powiedzieć o roztoczach.

— O Boże.

— Posłuchaj. Ostatnia rzecz, obiecuję. — Nalał sobie resztkę wina z butelki i oparł się o framugę. — Roztocze żyją od dwóch do czterech miesięcy. Samice składają od sześćdziesięciu do stu jaj w ciągu życia. Każde jajko wykluwa się po sześciu dniach. Przez te dwa miesiące jedzą, rozmnażają się i umierają. Nie mają oczu. Nie mają płuc — oddychają całą powierzchnią ciała. Nie mają serca — hemolimfa przepływa swobodnie.

Jolanta poprawiała błąd ortograficzny w trzydziestym ósmym wypracowaniu i nie podniosła głowy.

— I wiesz, co z tego wynika? — powiedział Marek cicho. — Że istnieją miliardy stworzeń, które żyją w naszym domu, jedzą naszą skórę, rozmnażają się w naszych poduszkach i umierają bez jednego momentu świadomości. Bez bólu. Bez pytania, po co to wszystko. Bez odkurzacza.

Jolanta odłożyła długopis. Popatrzyła na Marka. Stał w drzwiach kuchni — wysoki, szczupły, z kieliszkiem wina w ręku, z oczami, które w wieczornym świetle wydawały się ciemniejsze niż były. Wyglądał jak człowiek, który bardzo chce być mądry, ale nie wie, na co mu ta mądrość.

— Marku — powiedziała spokojnie. — Zrobiłbyś mi herbatę?

Patrzył na nią przez sekundę, jakby przeliczał w głowie prawdopodobieństwo, że to pytanie jest poważne. Potem postawił kieliszek na blacie, włączył czajnik i sięgnął po kubek z odpryskaną literą „N”. Jolanta patrzyła, jak wkłada torebkę herbaty, jak czeka na wodę, jak zalewa. Robił to niesprawnie — jak ktoś, kto robi to rzadko i za każdym razem od nowa. Postawił kubek przed nią.

— Proszę.

— Dziękuję.

Wrócił do salonu. Jolanta słyszała, jak siada w fotelu. Skrzypienie skóry. Szelest stron.

Piła herbatę i sprawdzała ostatnie wypracowania. Za oknem kuchni ciemniało — marcowy wieczór, szybki i bezlitosny, zjadał resztki światła jak roztocze zjadają resztki skóry. Na sznurach w ogrodzie kołysały się koszule Marka — białe duchy w granatowym mroku, machające pustymi rękawami do nikogo.

O dziewiątej Jolanta zamknęła ostatni zeszyt. Czterdzieści trzy wypracowania, czterdzieści trzy opinie o Wokulskim, czterdzieści trzy próby zrozumienia człowieka, który żył sto pięćdziesiąt lat temu i który — Jolanta była tego pewna — byłby równie nieszczęśliwy dzisiaj, jak był wtedy. Tylko rurki byłyby inne.

Poszła na górę, do łazienki, umyła zęby, przebrała się w piżamę. Marek nadal czytał w fotelu — zostanie tam do jedenastej, dwunastej, czasem do pierwszej w nocy. Jolanta dawno przestała na niego czekać. Kładła się sama, zasypiała sama i budziła się rano, kiedy Marek jeszcze spał, bo Marek budził się późno, a ona musiała wstać o szóstej, żeby zdążyć do szkoły na ósmą.

Leżała w ciemnej sypialni, w czystej pościeli, na odkurzonym materacu, i patrzyła w sufit. Sufit był biały, gładki, pomalowany przez nią rok temu farbą akrylową. Jolanta wiedziała, że pod tą farbą jest warstwa starszej farby, a pod nią jeszcze starsza, a pod nią tynk, a pod tynkiem belki stropowe z drewna sosnowego, które trzymały ten dom od sześćdziesięciu lat. Warstwy. Wszystko ma warstwy.

Pomyślała o roztoczach. O miliardach stworzeń, które teraz — w tej chwili — żyły w jej poduszce, w jej materacu, w szczelinie między łóżkiem a ścianą. Jadły jej skórę. Oddychały całą powierzchnią ciała. Nie miały oczu, nie miały serc, nie miały świadomości. Żyły dwa miesiące i umierały bez jednego pytania.

Odwróciła się na bok. Podniosła rękę i w ciemności popatrzyła na swoje przedramię. Nie widziała skóry — było za ciemno — ale czuła ją. Ciepłą, suchą, żywą. Gdzieś na jej powierzchni, w tej chwili, łuszczył się naskórek. Spadał na pościel jak niewidoczny deszcz. Stawał się kurzem. Stawał się pokarmem.

Z dołu dobiegło ciche nucenie. Marek ćwiczył Toccatę na jutrzejszą mszę. Basowa linia, ciemna, schodząca w dół.

Jolanta zamknęła oczy.

Jutro znów odkurzy.

Rozdział 2

„Okna” albo „O przezroczystości, która jest kłamstwem”


Kwiecień pachniał błotem i forsycjami. Jolanta stała na podjeździe w starych adidasach, z wiadrem ciepłej wody w jednej ręce i zwitkiem gazet w drugiej, i liczyła okna. Robiła to co roku, choć znała wynik na pamięć — dwadzieścia dwa. Czternaście na parterze, sześć na piętrze, dwa na poddaszu. Dwadzieścia dwa okna, z czego każde miało dwie kwatery otwierane i jedną stałą, co dawało sześćdziesiąt sześć tafli szkła do umycia z obu stron. Sto trzydzieści dwie powierzchnie. Sto trzydzieści dwie okazje, żeby spaść z drabiny, oblać się octem albo usłyszeć od Marka coś, czego wolałaby nie wiedzieć.

Do wiadra wlała ocet. Nie płyn do okien z marketu — ocet spirytusowy, taki sam, jakiego używała jej matka i matka jej matki, rozcieńczony z wodą w proporcji jeden do trzech. Zapach uderzył ją w nozdrza — kwaśny, ostry, uczciwy. Żaden płyn z reklamówki nie dawał takiego efektu. Żaden nie zostawiał szyb tak czystych, że wróble wlatywały w nie z rozpędu, myląc przezroczystość z nieobecnością.

Zaczęła od parteru, od okien kuchennych, bo kuchenne były zawsze najgorsze. Tłuszcz z gotowania, para wodna, odciski palców Marka na szybie, kiedy wieczorami stał i patrzył w ogród, popijając wino i rozmyślając o czymś, czym nigdy się z nią nie dzielił, chyba że miało to związek z anatomią, historią albo nieuchronnością śmierci. Zanurzyła zmiętą gazetę w roztworze octu i zaczęła przecierać szkło okrężnymi ruchami. Gazeta — Ekspres Bydgoski sprzed dwóch tygodni, z artykułem o nowym rondzie na obwodnicy — miękła w palcach, zostawiając na szybie smugi farby drukarskiej, które po chwili znikały, wypolerowane suchą stroną. Stara sztuczka. Druk atramentowy na papierze gazetowym działał jak najdrobniejszy papier ścierny — ścierał brud bez rysowania szkła. Chemia i fizyka jednocześnie, matka nigdy by tego tak nie nazwała, ale matka nie musiała nazywać, bo matka po prostu wiedziała.

Pierwsze okno — czyste. Jolanta cofnęła się o krok i popatrzyła. Przez wyczyszczoną szybę ogród wyglądał jak obraz olejny w nowej ramie — intensywniejszy, bardziej nasycony, jakby ktoś podkręcił kontrast na telewizorze. Forsycje eksplodowały żółcią przy furtce. Jabłonie stały jeszcze nagie, z pąkami ciasno zwiniętymi jak pięści niemowląt. Trawa była brązowo-zielona, jeszcze nie do końca obudzona, z placami błota tam, gdzie zimą stała woda. Pięknie i brudno jednocześnie — jak każda wiosna w każdej wsi pod Bydgoszczą od zawsze.

Drugie okno. Trzecie. Czwarte. Jolanta pracowała w rytmie, który jej ciało znało lepiej niż głowa — zamoczenie, przetarcie, wypolerowanie, przejście. Ręce robiły swoje, a myśli szły gdzie indziej. Do szkoły, do lekcji, do planu na następny tydzień. Wielkanoc za dziesięć dni. Trzeba powiedzieć dzieciom o symbolice wielkanocnej w literaturze polskiej. Zmartwychwstanie u Mickiewicza, u Norwida, u Twardowskiego. Kacper pewnie napisze coś o swoim dziadku i o rurkach, i Jolanta znów będzie musiała udawać, że ocenia formę, a nie treść, choć treść rozłoży ją na łopatki.

Piąte okno — salonowe, duże, trzyskrzydłowe. Jolanta musiała wejść na drabinę, żeby dosięgnąć górnej kwatery. Drabina była aluminiowa, lekka, kupiona pięć lat temu w Castoramie po dwudziestu minutach kłótni z Markiem, który twierdził, że drewniana jest bezpieczniejsza, bo drewno nie przewodzi prądu. Jolanta spytała wtedy, czy planuje myć okna w czasie burzy, i Marek milczał przez resztę drogi do domu, co było najpiękniejszym prezentem, jaki mógł jej dać.

Weszła na trzeci szczebel. Stąd widziała salon pod kątem, którego normalnie nie znała — z góry, jak ptak albo jak Bóg, jeśli Bóg miał czas na oglądanie salonów w podbydgoskich domach. Fotel Marka stał przy przeciwległym oknie, skórzany tron obrócony ku światłu. Sam Marek jeszcze się nie pojawił — było wpół do dziesiątej, a Marek w sobotę wstawał najwcześniej o dziesiątej, chyba że miał poranną mszę, w co Jolanta wątpiła, bo rano sprawdziła grafik na drzwiach kościoła i Marek miał wolne aż do Niedzieli Palmowej.

Szóste, siódme, ósme okno. Obeszła dom dookoła, przenosząc wiadro i drabinę jak pielgrzym swoją pokutę. Woda w wiadrze szarzała z każdym oknem — brud schodził z tafli jak grzechy z duszy, pomyślała i natychmiast skrzywiła się na własną metaforę. Za dużo Marka w głowie. Za dużo jego słów, jego porównań, jego wiecznej potrzeby, żeby wszystko znaczyło coś więcej niż znaczy. Okno to okno. Brud to brud. Woda z octem to woda z octem.

Przy dziewiątym oknie — w jadalni, od strony ogrodu — usłyszała skrzypienie drzwi wejściowych. Marek wstał. Marek wychodził na taras. Przez brudną jeszcze szybę widziała jego sylwetkę — rozmytą, jak na zdjęciu zrobionym nieostrym aparatem — w szlafroku w szkocką kratę, z kubkiem czegoś, co zapewne nie było kawą, bo Marek pił kawę tylko w dni powszednie, a w soboty uważał, że kofeina zaburza naturalny rytm ciała i przeszkadza w kontemplacji.

Przeniosła drabinę do następnego okna. Dziesiąte — jedno z okien jadalni od strony południowej. Duże, podzielone na sześć tafli szprosami, które Marek uważał za ozdobę, a Jolanta za dodatkowe dwanaście krawędzi do przetarcia. Weszła na drabinę.

— Dzień dobry, moja droga.

Głos Marka dobiegał z tarasu, z odległości może dziesięciu metrów. Nie widział jej — mówił w kierunku ogrodu, jakby zwracał się do forsycji albo do jabłoni, albo do całego kwietnia naraz.

— Dzień dobry — odpowiedziała z drabiny. — Jesteś na tarasie?

— Przeniosłem fotel.

Jolanta zamknęła oczy na sekundę. Przeniósł fotel. Oczywiście, że przeniósł fotel. Na taras. Pierwszy dzień w roku wystarczająco ciepły, żeby siedzieć na zewnątrz, a Marek traktował to jak inaugurację sezonu — z powagą kardynała otwierającego konklawe. Nie mógł po prostu wynieść krzesła ogrodowego jak normalny człowiek. Musiał wytaszczyć dwudziestokilogramowy skórzany fotel przez drzwi tarasowe, ustawić go pod ścianą domu w miejscu osłoniętym od wiatru i zasiąść w nim z taką miną, jakby właśnie odkrył Amerykę.

— Pijesz herbatę? — spytała, wracając do mycia.

— Z miodem. Dzisiaj nie wino.

— Dlaczego?

— Rano grałem na porannej mszy. Organizm potrzebuje regeneracji.

— Myślałam, że nie masz dzisiaj mszy. Sprawdziłam grafik.

Cisza. Jolanta uśmiechnęła się do szyby.

— Był zmieniony w ostatniej chwili — powiedział Marek po pauzie, która trwała o dwie sekundy za długo. — Ojciec Tomasz prosił.

— Mhm.

— Naprawdę prosił, Jolanto.

— Wierzę ci, kochanie. Masz jakąś książkę?

— Monografię o historii szkła. Kupiona w antykwariacie na Gdańskiej.

Oczywiście. Monografia o historii szkła. W dniu, w którym Jolanta myje okna. Przypadek? U Marka nic nie było przypadkiem. Jego lektury zawsze korespondowały z tym, co Jolanta akurat robiła — kiedy gotowała, czytał o historii przypraw; kiedy prała, czytał o chemii detergentów; kiedy kopała ogród, czytał o geologii. Jolanta dawno przestała się zastanawiać, czy robi to celowo, czy podświadomie. Efekt był ten sam — cokolwiek robiła, Marek miał na to teorię.

Jedenaste okno. Jolanta musiała przejść na drugą stronę domu — północną, cienistą, gdzie ściana obrastała mchem i gdzie okna brudniły się wolniej, ale za to brudem innym, biologicznym — zielonkawym nalotem glonów i pleśni, który nie schodził na gazetę i wymagał szczotki.

— Wiesz, Jolu — Marek mówił z tarasu, a jego głos niósł się wzdłuż ściany domu jak po korytarzu — że szkło nie jest ciałem stałym?

— Wiem.

— Nie, nie wiesz. Myślisz, że wiesz, ale wiesz tylko połowę. Szkło jest cieczą amorficzną. Cieczą o ekstremalnie wysokiej lepkości. Te szyby, które teraz myjesz, płyną.

— Płyną — powtórzyła Jolanta tonem kobiety, która słyszała to zdanie przynajmniej trzy razy w życiu, ale której mąż nie pamięta żadnego z tych trzech razy.

— Płyną. Powoli, niezauważalnie, ale płyną w dół. Jak wszystko. Grawitacja nie odpuszcza nawet szkłu. Dlatego w starych kościołach — w tych naprawdę starych, gotyckich, trzynastowiecznych — szyby są grubsze na dole niż na górze. Bo przez siedemset lat szkło spłynęło. Milimetr po milimetrze. Rok po roku. Cierpliwie, uprzejmie, bez hałasu.

Jolanta szorował okno szczotką. Glony schodziły niechętnie, zostawiając na szkle smugi, które potem trzeba było przetrzeć octem i wypolerować gazetą. Podwójna robota. Na północnej ścianie zawsze podwójna robota.

— Jest tylko jeden problem z tą historią — dodała Jolanta, przechodząc do drugiej kwatery. — To mit.

Cisza z tarasu.

— Słucham? — powiedział Marek.

— To mit, Marku. Szyby w gotyckich kościołach są grubsze na dole, bo tak je odlewano. Średniowieczna technologia nie pozwalała na równomierną grubość. Szklarz wstawiał szybę grubszym końcem w dół, bo tak było stabilniej. To nie jest efekt płynięcia. Szkło owszem, jest cieczą amorficzną, ale tempo jego płynięcia w temperaturze pokojowej jest tak niskie, że żeby zaobserwować zmianę grubości, trzeba by czekać dłużej niż istnieje wszechświat.

Pauza. Długa, ciężka pauza, w której Jolanta usłyszała, jak Marek odstawia kubek na podłokietnik fotela.

— Skąd to wiesz? — zapytał z tonem, który Jolanta znała dobrze. Tonem mężczyzny, który właśnie odkrył, że ktoś podważył jego autorytet, i który jeszcze nie zdecydował, czy jest urażony, czy zaintrygowany.

— Czytałam. Też czytam, Marku. Czasem nawet książki bez obrazków.

Kolejna pauza. Potem — śmiech. Cichy, krótki, z niechętnym podziwem.

— Dobrze, kochanie. Przyjmuję korektę. Ale sam efekt retoryczny był piękny, przyznaj.

— Piękny — zgodziła się Jolanta. — I nieprawdziwy.

— Połowa pięknych rzeczy jest nieprawdziwych, moja droga. Na tym polega ich piękno.

Dwunaste okno. Trzynaste. Jolanta obeszła dom i wróciła na stronę południową, gdzie Marek siedział w fotelu z kubkiem herbaty i książką na kolanach. Widziała go teraz wyraźnie — nie przez brudne szkło, ale prosto, w świetle kwietniowego słońca, które było jeszcze niskie i miękkie i robiło z każdego człowieka kogoś ładniejszego, niż jest. Marek miał na sobie szlafrok w kratę i wełniane skarpetki, włosy nieuczesane, okulary na nosie. Wyglądał jak emerytowany profesor, który wyszedł na ganek domu opieki — przystojny w ten sposób, w jaki przystojni są mężczyźni, którzy nigdy nie musieli się starać, żeby wyglądać przystojnie, i którym czas dodawał patyny zamiast ją zdejmować.

— Jolu — powiedział, kiedy przechodziła obok z drabią. — Mam jeszcze jeden temat. Nie o szkle.

— O czym?

— O oczach.

Jolanta postawiła drabinę przy czternastym oknie — ostatnim na parterze, w gabinecie Marka, który nie był gabinetem, bo Marek nie miał w nim biurka, a jedynie drugą, mniejszą biblioteczkę i fotel bujany, w którym nigdy nie siedział, bo wolał ten skórzany.

— Mów — powiedziała, wchodząc na drabinę. — Ale krótko, bo mam jeszcze osiem okien na górze.

— Oko — zaczął Marek i Jolanta usłyszała, jak zmienia pozycję w fotelu, przybierając tę lekko wyprostowaną, profesorską postawę, którą przyjmował, gdy temat go naprawdę interesował — jest właściwie oknem. To nie jest metafora. To jest fakt anatomiczny. Rogówka, ta przednia część oka, jest przezroczysta. Jedyna przezroczysta tkanka w ludzkim ciele. Pomyśl o tym. Całe ciało jest nieprzejrzyste — skóra, mięśnie, kości, narządy — wszystko zasłania, ukrywa, chroni. I nagle: rogówka. Okno w ścianie ciała.

Jolanta myła szybę. Gazeta, ocet, ruch okrężny. Słuchała.

— Rogówka ma pięć warstw. Pięć, Jolanto. Nabłonek, błona Bowmana, zrąb, błona Descemeta, śródbłonek. Każda warstwa ma inną funkcję, ale wszystkie razem robią jedną rzecz: przepuszczają światło. Trzysta tysięcy lat ewolucji Homo sapiens — i jedyne, co naprawdę musieliśmy zobaczyć, żeby przeżyć, to ruch w trawie, który mógł być wiatrem albo lwem. Rogówka jest odpowiedzią na strach, moja droga. Widzimy, bo kiedyś baliśmy się tego, czego nie widzimy.

— Pięknie — powiedziała Jolanta. — A teraz powiedz mi coś, czego nie chcę wiedzieć. Bo wiem, że do tego zmierzasz.

Marek zaśmiał się.

— Znasz mnie zbyt dobrze. — Upił łyk herbaty. — Dobrze. To, czego nie chcesz wiedzieć, jest takie. Rogówka jest żywa. Oddycha — pobiera tlen bezpośrednio z powietrza, bo nie ma naczyń krwionośnych. Gdyby je miała, nie byłaby przezroczysta, widziałabyś czerwone żyłki zamiast świata. Ale kiedy umierasz, Jolu — kiedy serce staje i krew przestaje krążyć — rogówka traci nawilżenie. Wysycha. Mętnieje. Białkuje jak jajko na patelni, tylko wolniej. Dlatego oczy trupa są takie… nieprzejrzyste. Okno się zamyka. Szyba się zaparowuje od środka.

Jolanta przestała myć. Stała na drabinie z mokrą gazetą w ręku i patrzyła w dół na Marka, który mówił to wszystko spokojnym, konwersacyjnym tonem, jakby opowiadał o pogodzie albo o wynikach ligowych.

— Patolodzy — ciągnął — wykorzystują to diagnostycznie. Po stanie rogówki można określić przybliżony czas zgonu. Do dwunastu godzin po śmierci rogówka jest jeszcze względnie przezroczysta, choć traci połysk. Po dwunastu godzinach zaczyna się zmętnienie. Po dwudziestu czterech — jest już mleczna. Taki zegar wbudowany w oko. Matka natura myślała o wszystkim.

— Marku.

— Tak, kochanie?

— Jest tydzień przed Wielkanocą. Siedzisz na tarasie w szlafroku, pijesz herbatę z miodem i opowiadasz mi o oczach trupów.

— Opowiadam ci o rogówce.

— O rogówce trupa.

— To ta sama rogówka, Jolu. Żywego i martwego. Różni je tylko nawilżenie. — Podniósł kubek w geście toastu. — Za nawilżenie.

Jolanta zeszła z drabiny, przeniosła ją do następnego okna i weszła z powrotem. Ruch mechaniczny, wyuczony, bezpieczny. Piętnaste okno — pierwsze na piętrze, w sypialni. Musiała oprzeć drabinę o ścianę od zewnątrz i wspiąć się na wysokość pięciu metrów. Wiatr na tej wysokości był silniejszy i chłodniejszy, ciągnął za włosy i szarpał koszulą. Jolanta zacisnęła kolana na szczeblach i zaczęła myć.

Z tej wysokości widziała rzeczy, których nie widziała z dołu. Dach sąsiedniego domu — pani Haliny, wdowy po Janie, która mieszkała sama od sześciu lat i która teraz, w tej chwili, stała na podwórku i karmiła kury. Jolanta zatrzymała rękę z gazetą i patrzyła. Pani Halina miała na sobie wełniany sweter w kolorze bordo i chustkę na głowie, i rzucała ziarno z plastikowej miski ruchem tak naturalnym i miarowym, jakby oddychała. Kury biegały wokół niej — białe, rude, nakrapiane — gdacząc i dziobiąc ziemię z radością tak prostą i tak absolutną, że Jolanta poczuła coś dziwnego. Nie zazdrość. Nie do końca. Raczej rozpoznanie. Widziała kobietę, która stoi na swoim podwórku, w swoim domu, wśród swoich kur, i której nikt nie mówi o rogówkach trupów.

Pani Halina podniosła głowę i zobaczyła Jolantę na drabinie. Pomachała. Jolanta pomachała mokrą gazetą. Przez chwilę stały tak — jedna na drabinie, druga wśród kur — połączone gestem dłoni i kwietniowym powietrzem, które pachniało błotem, forsycjami i mokrym ziarnem.

— Jolu! — głos Marka z dołu. — Widzisz panią Halinę?

— Widzę.

— Wiesz, że Jan Nowicki, jej mąż, umarł na raka trzustki? Trzustka, Jolu. Najgorszy rak, jaki istnieje. Przeżywalność pięcioletnia — siedem procent. Siedem. Jan miał diagnozę w maju, we wrześniu go chowali. Cztery miesiące od zdania „proszę usiąść” do zdania „w imię Ojca i Syna”.

— Marku, proszę cię.

— Nie mówię tego złośliwie. Mówię, bo patrzysz na panią Halinę i widzisz kobietę, która karmi kury. A ja patrzę na panią Halinę i widzę kobietę, która trzy miesiące po diagnozie męża myła jego oczy wacikiem, bo rogówki schły od morfiny i pękały jak szyby.

Jolanta zamknęła oczy. Wiatr szarpał drabinę. Trzymała się obiema rękami, mokra gazeta spadła gdzieś w dół, na trawnik, na jabłoń, w nicość.

— Podaj mi nową gazetę — powiedziała cicho.

— Nie dosięgnę. Zejdź po nią.

Zeszła. Podniosła gazetę z trawy — mokrą, brudną, bezużyteczną. Wzięła z wiadra nową. Weszła z powrotem na drabinę. Nie patrzyła na Marka, który siedział w fotelu pięć metrów od podstawy drabiny, z książką o historii szkła na kolanach i kubkiem herbaty w ręku, i który wyglądał — z tej wysokości, z perspektywy ptaka albo Boga — jak ktoś bardzo mały w bardzo dużym fotelu.

Szesnaste okno. Siedemnaste. Jolanta myła, polerował, przechodziła. Na piętrze było łatwiej — mogła myć od środka, otwierając okna i wychylając się na zewnątrz. Wolała myć od środka. Z zewnątrz, na drabinie, czuła się odsłonięta — widoczna dla sąsiadów, dla ptaków, dla Marka, który mógł ją obserwować z dołu i komentować każdy jej ruch.

Od środka było inaczej. Sypialna pachnęła czystą pościelą. Pokój gościnny — kurzem i zamkniętym powietrzem. Łazienka — wilgocią i mydłem. Każdy pokój miał swój zapach i swoje okno, i Jolanta znała je wszystkie — znała plamy na ramach, znała zawiasy, które skrzypiały, znała szybę w łazience, która miała ryskę od kamienia rzuconego przez sąsiedzkiego chłopaka trzy lata temu. Znała ten dom dotykiem, zapachem, ruchem. Marek znał go z fotela.

Ostatnie okno na piętrze — w dawnym pokoju dziecięcym, który nigdy nie był pokojem dziecięcym, bo dzieci się nie pojawiły i w pewnym momencie przestały być tematem, który poruszali. Pokój służył teraz jako magazyn: stare meble, pudła z książkami, walizki, narty, których żadne z nich nie używało od dziesięciu lat. Jolanta otworzyła okno i wychyliła się. Powietrze było cieplejsze niż rano — kwiecień rozgrzewał się powoli, niechętnie, jakby sam nie wierzył, że zima się skończyła.

— Jolu? — głos Marka z dołu, cichszy niż wcześniej.

— Tak?

— Jeszcze jedna rzecz. O oczach. Obiecuję, że ostatnia.

— Mów.

— Zaćma. Wiesz, co to jest zaćma?

— Zmętnienie soczewki.

— Tak. Soczewka jest za rogówką — druga warstwa okna, jeśli chcesz. Rogówka to szyba zewnętrzna, soczewka — wewnętrzna. Z wiekiem soczewka twardnieje. Traci elastyczność, jak wszystko w ciele — jak skóra, jak tętnice, jak kręgosłup. I mętnieje. Powoli, latami, niezauważalnie. Najpierw trochę — świat się lekko rozmywa, kolory bladną, światło przeszkadza. Potem bardziej. Potem jeszcze bardziej. I w końcu patrzysz na świat przez mleczne szkło. Widzisz kształty, cienie, kontury — ale nie szczegóły. Nie widzisz twarzy. Nie widzisz liści na drzewach. Nie widzisz rysunku na szybie, który namalował mróz.

Jolanta polerował okno pokoju dziecięcego. Przez czyste szkło widział ogród — forsycje, jabłonie, fragment drogi, dach pani Haliny.

— Myjesz okna, Jolu — powiedział Marek cicho — żeby widzieć ogród. Ale za dwadzieścia lat nie zobaczysz go nawet przez najczystszą szybę na świecie. Bo to nie szyba się brudzi. To oko.

Jolanta stała przy oknie z gazetą w ręku. Przez sekundę poczuła coś na krawędzi strachu — nie dlatego, że Marek mówił o zaćmie, bo o zaćmie wiedziała, w końcu jej babka Helena miała zaćmę i operowali ją w bydgoskim szpitalu w dziewięćdziesiątym siódmym i potem widziała lepiej niż przed operacją i mówiła, że świat wygląda jak nowo pomalowany. Poczuła coś innego. Coś w tonie Marka — nie cynizm, nie dydaktyzm, nie popisywanie się wiedzą. Smutek. Marek był smutny. I mówił o ślepocie, bo bał się ślepoty, i mówił o mętnieniu, bo bał się mętnienia, i mówił o oczach trupów, bo bał się własnych oczu, które za dwadzieścia lat może nie zobaczą ogrodu, forsycji, jabłoni, Jolanty na drabinie.

Nie powiedziała mu tego. Nie powiedziała, bo gdyby powiedziała, Marek by się cofnął — za ścianę ironii, za fotel, za książkę, za kieliszek wina. Zrobiłby żart. Powiedziałby coś o soczewkach kontaktowych albo o laserowej korekcji wzroku albo o tym, że ślepota ma swoje zalety, bo nie widzi się brudu na oknach. I moment by minął — ten jedyny, kruchy moment, w którym Marek był nie wykładowcą, nie cynikiem, nie organistą, ale mężczyzną, który boi się ciemności.

Zamiast tego powiedziała:

— Za dwadzieścia lat to ty będziesz mył okna, bo ja już nie dam rady wchodzić na drabinę.

Marek parsknął śmiechem. Prawdziwym, gardłowym, tym sprzed dwudziestu lat.

— Ja? Okna? Jolu, ja nawet nie wiem, gdzie trzymasz ocet.

— Pod zlewem. Jak zawsze. Od dwudziestu lat pod zlewem.

— Wiedziałem. Testowałem cię.

— Jasne.

Jolanta uśmiechnęła się — do siebie, do okna, do forsycji za oknem, do kwietnia, który pachniał błotem i miodem z herbaty Marka. Coś między nimi było ciepłe — jeszcze. Cienkie jak szyba, przezroczyste jak rogówka, kruche jak jajko, ale ciepłe.

Zostały dwa okna na poddaszu. Jolanta odłożyła gazety, wzięła wiadro z resztką wody — szarą, brudną, pełną rozpuszczonego brudu z dwudziestu okien — i poszła po schodach na górę. Poddasze było niskie, gorące latem i lodowate zimą, z dwiema małymi szybami w lukarnach, przez które wpadało światło takie gęste od kurzu, że wyglądało jak materia stała. Jolanta otworzyła lukarnę i wychyliła się. Stąd widziała wszystko — cały ogród, całą drogę, dach kościoła, las za polem, a za lasem — nowe osiedla, Bydgoszcz, która podpełzała jak powolna lawa.

Umyła ostatnią szybę. Wypolerował ją do idealnej przezroczystości. Stanęła i patrzyła przez nią na świat — czysty, ostry, bezbronny. Każdy liść forsycji osobno. Każda gałąź jabłoni. Każdy ptak na niebie. I na dole, na tarasie, mały Marek w dużym fotelu, z książką na kolanach, z pustym kubkiem na podłokietniku, z głową lekko odchyloną, jakby patrzył w niebo. Albo jakby patrzył na nią.

Zeszła na dół z pustym wiadrem. Marek nadal siedział na tarasie. Słońce zaszło za chmurę i wróciło, i znów zaszło, i kwiecień nie mógł się zdecydować, czy jest wiosną, czy jeszcze zimą.

— Ile okien? — zapytał Marek.

— Dwadzieścia dwa. Jak co roku.

— I wszystkie czyste?

— Wszystkie.

— Na jak długo?

— Do następnego roku.

Marek pokiwał głową. Zamknął książkę o historii szkła. Popatrzył na Jolantę — mokrą, zmęczoną, z rękoma czerwonymi od octu i zimnej wody, z kosmykiem włosów przyklejonym do czoła, w starych adidasach z błotem na podeszwach.

— Wyglądasz jak ktoś, kto umył dwadzieścia dwa okna — powiedział.

— Bo umyłam dwadzieścia dwa okna, mój drogi.

— Wiem. Widziałem. Przez czyste okno.

I uśmiechnął się — tym półuśmiechem, który nie był ani ciepły, ani zimny, ale gdzieś pomiędzy, jak kwiecień, jak szkło, jak wszystko, co Jolanta o nim wiedziała i czego nie wiedziała.

Wieczorem Jolanta wylała brudną wodę z wiadra pod jabłoń. Woda wsiąkła w ziemię natychmiast — marzec i kwiecień wypiły zimową wilgoć, gleba była spragniona, chłonna, otwarta. Stała pod jabłonią i patrzyła na dom. Dwadzieścia dwa czyste okna lśniły w ostatnim świetle dnia jak dwadzieścia dwie otwarte oczy. Dom patrzył na nią. Patrzył oczami, które ona sama oczyściła, nawilżyła, przywróciła do przezroczystości.

Z salonu dochodziło ciche nucenie. Toccata d-moll, znów ta basowa linia, schodząca w ciemność jak sonda w studnię. Marek wrócił do fotela i ćwiczył na podłokietniku. Palce biegały po skórze jak po klawiaturze, szybkie, precyzyjne, pewne.

Jolanta schowała drabinę do garażu. Wylała resztkę octu do zlewu. Umyła wiadro, złożyła gazety do pojemnika na makulaturę. Wszystko na swoim miejscu. Wszystko czyste.

Potem poszła do łazienki i stanęła przed lustrem. Pochyliła się do przodu, aż jej nos prawie dotknął szkła, i popatrzyła sobie w oczy. Tak blisko, że widziała każdą żyłkę na twardówce, każde plamkę na tęczówce, każdy refleks światła na rogówce. Przezroczystej rogówce. Żywej, nawilżonej, oddychającej.

Za dwadzieścia lat może zmętnieje. Może nie. Babce Helenie operowali zaćmę i widziała lepiej niż przed operacją. Świat wyglądał jak nowo pomalowany, mówiła babka. Jak nowo pomalowany.

Jolanta wyprostowała się. Zgasiła światło w łazience.

Dom patrzył w noc dwudziestoma dwoma czystymi oczami.

Jolanta poszła spać.

Rozdział 3

„Łazienka” albo „O architekturze wnętrzności”


Wielki Piątek zaczął się od kamienia. Kamień nazewnictwo miał ładne — osad wapienny, twierdził producent środka czyszczącego na etykiecie, węglan wapnia, mówił Marek, kiedy kiedykolwiek zechciał o tym mówić, a chciał zawsze — ale w praktyce był tym, czym był: twardą, szarobiałą skorupą, która obrastała baterię łazienkową jak koral obrastający wrak statku na dnie oceanu. Jolanta klęczała przed wanną z butelką odkamieniacza w jednej ręce i starą szczoteczką do zębów w drugiej i skrobała ten kamień z chromowanej powierzchni baterii z cierpliwością archeologa odsłaniającego mozaikę w Pompejach.

Łazienka była największym pomieszczeniem na parterze po kuchni i salonie — co Marek uważał za absurd architektoniczny, a Jolanta za błogosławieństwo. Duża wanna z hydromasażem, który nie działał od sześciu lat, kabina prysznicowa w rogu, umywalka z szafką, toaleta, okno wychodzące na ogród. Kafelki — białe, kwadratowe, ułożone jeszcze przez poprzedniego właściciela w latach osiemdziesiątych — żółkły z wiekiem mimo regularnego mycia, jakby czas odkładał się na nich warstwa po warstwie, jak roczne słoje na drzewie. Fugi między kafelkami były najgorszym wrogiem Jolanty. Ciemniały, pleśniały, kruszyły się, ssały wilgoć jak gąbka i oddawały ją powoli, tworząc na ścianach mikroklimat, w którym mogło rosnąć wszystko, czego Jolanta nie chciała w swoim domu.

Dziś był dzień generalny. Wielkanoc za dwa dni, rodzina Jolanty przyjeżdża na niedzielny obiad — matka, siostra z mężem, bratankowie, może ciotka Wanda z Inowrocławia, jeśli zdrowie pozwoli. Łazienka musi lśnić. Nie dlatego, że goście będą ją oceniać — choć matka Jolanty oceniała wszystko, od grubości ciasta na babce po stopień bieli fug w łazience — ale dlatego, że Jolanta nie umiała inaczej. Czystość była dla niej nie obsesją, lecz gramatyką. Tak jak zdanie potrzebuje podmiotu i orzeczenia, żeby mieć sens, tak dom potrzebował porządku, żeby być domem, a nie magazynem, w którym przypadkiem mieszkają ludzie.

Zaczęła od sufitu. Zawsze od sufitu, bo — jak nauczyła ją matka, a matkę babka Helena, a babkę Helenę ktoś, kogo nikt już nie pamiętał — brud spada w dół, więc czyścisz od góry, bo inaczej brudzisz to, co już umyłaś. Sufit łazienkowy miał plamę wilgoci w rogu nad wanną — okrągłą, żółtawą, z delikatnymi obwódkami jak mapa nieznanego kontynentu. Jolanta wetknęła gąbkę w roztwór chloru i zaczęła przecierać. Chlor gryzł w nozdrza, szczypał w oczy, zostawiał na palcach uczucie suchości, jakby ściągał skórę. Otworzyła okno. Kwietniowe powietrze wdarło się do łazienki — chłodne, wilgotne, pachnące mokrą ziemią i czymś słodkim, czego Jolanta nie umiała nazwać, ale co kojarzyło jej się z dzieciństwem, z babcią, z wielkanocnym porankiem, kiedy budziła się w pokoju pełnym zapachu hiacyntów.

Sufit — gotowy. Ściany — od góry do dołu, kafelek po kafelku, rząd po rzędzie. Jolanta pracowała systematycznie, z precyzją, która byłaby imponująca, gdyby ktokolwiek ją widział. Nikt jej nie widział. Marek siedział w korytarzu.

Tak. W korytarzu. Bo salon był za daleko, żeby prowadzić rozmowę przez otwarte drzwi łazienki, a Marek nie mógł — nie chciał, nie potrafił, nie zamierzał — spędzić popołudnia Wielkiego Piątku w milczeniu. Więc przeniósł fotel do korytarza. Dwudziestokilogramowy skórzany fotel, który przesunął po drewnianej podłodze z takim skrzypieniem, że Jolanta myślała, że ktoś wyrwał drzwi z zawiasów. Fotel stał teraz trzy metry od otwartych drzwi łazienki, ustawiony tak, żeby Marek widział fragment umywalki i plecy Jolanty, kiedy klęczała przy wannie. Na stoliku campingowym — nie było miejsca na normalny stolik — stała butelka czerwonego wina. Merlot.

— Merlot? — Jolanta zerknęła przez ramię, kiedy usłyszała znajome pyknięcie korka. — Jest Wielki Piątek, Marku. Dzień postu i wstrzemięźliwości.

— Właśnie. Wstrzemięźliwość. Jeden kieliszek. — Marek nalał wina z namaszczeniem kapłana nalewającego do kielicha. — Poza tym, moja droga, Merlot pasuje do Wielkiego Piątku. Kolor krwi.

— Kolor krwi — powtórzyła Jolanta i wróciła do szorowania fug. — Romantyku z ciebie, Marku.

— Realista. Krew jest czerwona, Merlot jest czerwony. Fakt, nie romantyzm. — Usiadł w fotelu i Jolanta usłyszała skrzypnięcie skóry, szelest materiału, ciche westchnienie zadowolenia, jakby Marek wracał do łona matki za każdym razem, gdy siadał w tym fotelu. — Co czytasz teraz z dziećmi?

— Ciągle Lalkę. Do końca roku nie skończę.

— Boże, Lalkę. Prus by się przewracał, gdyby wiedział, ile pokoleń polskich dzieci zamęczono jego arcydziełem.

— Prus się nie przewraca, bo nie żyje. A dzieci nie są zamęczone, tylko niechętne.

— To jest ta sama rzecz, Jolanto, wypowiedziana grzeczniej.

Jolanta nie odpowiedziała. Szorowała fugę między trzecim a czwartym kafelkiem od dołu, na ścianie za wanną, w miejscu, do którego musiała się wcisnąć bokiem, z ramieniem wyciągniętym jak chirurg sięgający w głąb pacjenta. Fuga była czarna. Nie szara, nie ciemnoszara — czarna. Pleśń wrosła w nią jak korzenie w ziemię i żaden chlor, żaden środek grzybobójczy, żadna szczoteczka do zębów nie mogła jej wyrwać do końca. Mogła ją zebrać z powierzchni, mogła ją wybielić, mogła ją ukryć — ale pleśń była pod spodem, w głębi fugi, w mikroskopijnych porach zaprawy, i Jolanta wiedziała, że za miesiąc, za dwa, fuga znów ściemnieje, jak grzech, który wraca mimo spowiedzi.

— Wiesz, Jolu — Marek mówił tym swoim tonem, który Jolanta nazywała w myślach profesorskim andante, tonem człowieka, który nie spieszy się, bo wie, że słuchacz nie ucieknie — łazienka, jaką znamy, jest wynalazkiem stosunkowo nowym. Dziewiętnastowiecznym.

— Wiem.

— Wiesz na poziomie ogólnym. Ja ci powiem na poziomie szczegółowym.

Jolanta westchnęła bezgłośnie i przeniosła szczoteczkę do następnej fugi. Kolana bolały ją od klęczenia na twardych kafelkach. Założyła pod nie złożony ręcznik — stary, wyleniały, skazany na degradację do rangi ścierki podłogowej — ale ręcznik niewiele pomagał. Kafelki były twarde jak kamień, bo były kamieniem, przynajmniej częściowo — ceramika to w końcu wypalona glina, a glina to zmielona skała, a skała to czas zamrożony w materii. Kolana Jolanty klęczały na czasie.

— W średniowieczu — mówił Marek — ludzie bali się kąpieli. Nie z lenistwa, nie z brudu. Ze strachu. Wierzyli, że woda otwiera pory skóry, a przez otwarte pory do ciała wchodzą choroby. Miazmat — zepsute powietrze — przenikał przez skórę jak trucizna. Więc się nie myli. Perfumowali się, zmieniali bieliznę, nacierali ciało suchymi szmatami, ale nie myli. Ludwik XIV kąpał się dwa razy w życiu. Dwa razy, Jolanto. I panował czterdzieści dwa lata.

— I śmierdział czterdzieści dwa lata.

— Wszyscy śmierdzieli, więc nikt tego nie czuł. To jest kwestia normy sensorycznej, kochanie. Adaptacja węchowa. Twój nos przestaje rejestrować zapach, który jest stały. Dlatego nie czujesz własnego domu — bo jesteś w nim ciągle. Wchodzisz do cudzego domu i czujesz — pieczenie, koty, stęchliznę. Wracasz do siebie i nic. Cisza węchowa.

Jolanta przeszła od ściany za wanną do ściany przy kabinie prysznicowej. Kabina miała drzwi ze szkła hartowanego — grubego, matowego na dole i przezroczystego na górze — które pokrywała warstwa mydlanego nalotu. Nalot ten był niewidoczny na sucho, ale kiedy na szkło padło światło pod odpowiednim kątem, widać było setki drobnych kropel i smug, jakby ktoś oddychał na szybę i zapomniał ją wytrzeć. Jolanta spryskała szkło octem i zaczęła przecierać ściereczką z mikrofibry — niebieską, kupioną w zestawie pięciu sztuk w Biedronce za dziewięć dziewięćdziesiąt.

— Ale wiesz, co jest naprawdę interesujące? — Marek podniósł głos o ćwierć tonu, co oznaczało, że zbliżał się do punktu kulminacyjnego. Jolanta znała tę dramaturgię — wstęp historyczny, rozwinięcie anegdotyczne, pauza na łyk wina, punkt kulminacyjny medyczny. Jak sonata, tylko zamiast repryzy był zwykle opis jakiegoś procesu biologicznego, od którego Jolancie robiło się niedobrze. — Łazienka, jaką znasz, to właściwie zewnętrzny narząd wydalniczy.

— Proszę?

— Pomyśl o tym. Nerki filtrują krew — pięćdziesiąt razy dziennie, całą objętość, piętnaście tysięcy litrów przepuszczają przez kłębuszki nerkowe. Produkują mocz — półtora litra dziennie, trochę więcej, trochę mniej, zależnie od tego, ile pijesz. Mocz spływa moczowodami do pęcherza. Pęcherz się napełnia — trzysta, czterysta mililitrów — i czujesz parcie. Idziesz do toalety. Oddajesz mocz. Mocz wpada do muszli klozetowej, spływa rurami do szamba albo kanalizacji. — Pauza. Łyk wina. — Toaleta, Jolu, jest zewnętrzną częścią twojego układu moczowego. Tak jak umywalka jest zewnętrzną częścią twoich gruczołów łzowych. Tak jak wanna jest zewnętrzną częścią twoich gruczołów potowych. Cała ta łazienka to twoje ciało postawione na zewnątrz ciebie. Filozoficznie rzecz biorąc, szorując muszlę klozetową, czyścisz część siebie.

Jolanta przestała przecierać kabinę. Stała z mokrą ściereczką w ręku i patrzyła na toaletę — białą, ceramiczną, nudną toaletę, na której siedziała dwa, trzy razy dziennie od dwudziestu lat i o której nigdy nie myślała w kategoriach filozoficznych, bo po co myśleć filozoficznie o toalecie, skoro toaleta jest toaletą, a filozofia jest filozofią, i jedno z drugim nie powinno się spotykać, tak jak nie powinien się spotykać Merlot z Wielkim Piątkiem, ale jednak się spotykał, bo Marek decydował, co z czym się spotyka, a Jolanta decydowała, czy słuchać, i zawsze decydowała, że tak, bo alternatywą było milczenie, a milczenie Marka było gorsze niż jego mówienie, bo w milczeniu Marek myślał, a kiedy myślał, robił się niespokojny, a kiedy robił się niespokojny, zaczynał chodzić po domu i poprawiać rzeczy — prostować obrazy, przesuwać książki na półkach, stukać palcami w blat kuchenny — i od tego Jolanta dostawała nerwicy.

— Myślisz teraz, że przesadzam — powiedział Marek.

— Nie myślę. Szoruję.

— Szorujesz i myślisz. Kobiety zawsze robią dwie rzeczy naraz. Mężczyźni jedną, ale za to porządnie.

— Marku, siedzisz w fotelu z kieliszkiem wina i nie robisz ani jednej rzeczy. Nawet porządnie.

Cisza. Jolanta usłyszała, jak Marek odstawia kieliszek na stolik campingowy — delikatnie, precyzyjnie, z tą samą kontrolą, z jaką opuszczał klawisze organów, żeby dźwięk wygasł naturalnie, bez szarpnięcia.

— Robię, moja droga. Myślę. To jest moja praca na dziś. Ty czyścisz łazienkę. Ja czyszczę myśli.

— Twoje myśli nie mają pleśni w fugach.

— Och, mają. Mają gorszą pleśń niż twoje fugi. Ale o tym kiedy indziej.

Jolanta klęknęła przy toalecie. Tego momentu nie lubiła najbardziej — nie ze względu na estetykę czy higienę, bo po dwudziestu latach sprzątania łazienki dawno straciła jakiekolwiek zahamowania wobec muszli klozetowej, ale ze względu na pozycję. Klęczenie przy toalecie miało w sobie coś upokarzającego, nawet jeśli nikt nie patrzył. A Marek patrzył — nie wprost, nie przez otwarte drzwi, ale wiedział. Wiedział, że ona klęczy, i wiedział, że ona wie, że on wie. I w tej podwójnej wiedzy było coś, co Jolanta wolała nie analizować.

Wlała środek czyszczący pod krawędź muszli. Niebieski płyn spłynął po ceramice jak leniwa rzeka. Jolanta wzięła szczotkę i zaczęła szorować — pod krawędzią, wewnątrz, na dole, w miejscach, które nie widziały światła dziennego od momentu zamontowania. Szczotka skrobała o ceramikę z dźwiękiem, który przypominał chrupanie.

— Jolu. Mam ci coś powiedzieć o bakteriach.

— Nie.

— To będzie krótkie.

— Nie, Marku.

— Na desce sedesowej — powiedział, jakby jej nie słyszał, jakby słowo „nie” było dźwiękiem o częstotliwości, której jego uszy nie rejestrowały — jest statystycznie mniej bakterii niż na kuchennej desce do krojenia. To fakt potwierdzony badaniami University of Arizona. Doktor Charles Gerba — piękne nazwisko, niemal germańskie — zbadał próbki z kilkuset domów i odkrył, że kuchenna deska do krojenia ma dwieście razy więcej bakterii kałowych niż deska sedesowa.

Jolanta zatrzymała szczotkę w połowie ruchu.

— Bakterii kałowych? Na desce do krojenia?

— Bakterii kałowych. Na desce, na której kroisz chleb, Jolanto. Na desce, na której kroisz pomidory na sałatkę. Na desce, na której wczoraj kroiłaś ser żółty na kanapki, które zjadłem na kolację.

— Skąd tam bakterie kałowe?

— Z mięsa, z warzyw, z rąk. Myjesz ręce, ale nie myjesz ich idealnie, bo idealnie nie da się umyć rąk — zawsze zostaje coś pod paznokciami, w fałdach skóry, między palcami. Chirurdzy myją ręce sześć minut przed operacją — sześć minut, Jolu, od czubków palców do łokci, szczoteczką, mydłem antybakteryjnym, trzy razy — i nawet wtedy nie są sterylni. Zakładają rękawice. Podwójne rękawice. Bo wiedzą, że ludzka ręka jest siedliskiem siedmiuset gatunków bakterii i żadne mycie ich wszystkich nie usunie.

— Czyli mówisz, że powinnam zacząć od kuchni zamiast od łazienki.

— Mówię, że powinnaś przestać myśleć o łazience jako o najbrudniejszym pomieszczeniu w domu. Najwstrętniejsze miejsce w twoim domu to blat kuchenny. A najbardziej zakaźny przedmiot to gąbka do naczyń. Gąbka, Jolanto. Ta żółta, wilgotna, cieplutka gąbeczka, którą myjesz talerze — jest domem dla pięćdziesięciu czterech miliardów bakterii na centymetr sześcienny. Pięćdziesięciu czterech miliardów. Więcej organizmów na jednej gąbce niż ludzi na Ziemi. Siedem razy więcej.

Jolanta szorowała toaletę z większą energią niż minutę temu. Nie dlatego, że informacja o gąbce ją przestraszyła — wiedziała o bakteriach na gąbkach, czytała o tym w Wysokich Obcasach albo w Polityce albo gdzieś, gdzie normalny człowiek czytał normalne artykuły o normalnych sprawach zamiast podręczników dermatologii z lat osiemdziesiątych. Szorowała mocniej, bo musiała gdzieś ulokować energię, którą generował w niej Marek — energię irytacji pomieszanej z niechętną fascynacją, bo Marek miał tę piekielną zdolność mówienia rzeczy, które Jolanta nie chciała wiedzieć, w sposób, który sprawiał, że nie mogła przestać słuchać.

Skończyła toaletę. Wyczyściła deskę, pokrywę, zewnętrzną powierzchnię, podłogę wokół, rurę spłuczki, przycisk. Wszystko lśniło białą, ceramiczną czystością, która trwałaby pewnie do wieczora, kiedy Marek użyje toalety i zostawi na niej to, co zawsze zostawiał — kroplę, smugę, ślad, mikroskopijny dowód obecności, którego sam nie widział, ale który Jolanta widziała następnego ranka i wycierała bez słowa, bo mówienie o tym prowadziło do kłótni, a kłótnia o kroplę moczu na desce sedesowej była kłótnią, której Jolanta nie zamierzała prowadzić w dwudziestym roku małżeństwa.

— Mogę kontynuować? — zapytał Marek.

— Czy mam wybór?

— Zawsze masz wybór, kochanie. Możesz zamknąć drzwi.

Jolanta popatrzyła na drzwi łazienki. Otwarte, jak zawsze, kiedy sprzątała — żeby pary chloru i octu miały ujście, żeby powietrze krążyło, żeby Marek mógł mówić. Mogła je zamknąć. Mogła wstać, przejść trzy kroki i zamknąć drzwi, i Marek zostałby w korytarzu ze swoim fotelem, swoim winem i swoimi bakteriami, a ona zostałaby w łazience z chlorem, gąbką i ciszą. Mogła. Nie zamknęła.

— Mów — powiedziała i przeszła do umywalki.

— Układ wydalniczy. — Marek mówił teraz wolniej, z deliberacją, jakby komponował frazę muzyczną. — Dwie nerki, dwa moczowody, jeden pęcherz, jedna cewka moczowa. Symetria, Jolu. Ciało ludzkie kocha symetrię — dwoje oczu, dwoje uszu, dwie ręce, dwie nogi, dwie nerki. Ale wewnątrz symetria się kończy. Masz jedną wątrobę, po prawej stronie. Jedną śledzionę, po lewej. Jedno serce, trochę na lewo od centrum. Nie w centrum — na lewo. Jak gdyby ciało wiedziało, że idealny środek jest fikcją.

Jolanta czyściła umywalkę — odkamieniacz na baterię, mleczko na ceramikę, ściereczka na lustro. Lustro nad umywalką było duże, prostokątne, ze srebrną ramą, którą Jolanta kupiła na pchlim targu w Bydgoszczy za trzydzieści złotych i która wyglądała jak za trzysta. W lustrze widziała siebie — czterdzieści trzy lata, włosy zebrane w kok, twarz bez makijażu, rumieniec na policzkach od chloru albo od wysiłku albo od jednego i drugiego. Na czole — kropla potu. Na dłoniach — gumowe rękawice, żółte, za duże o rozmiar, bo w sklepie nie było jej rozmiaru i wzięła większe, i teraz palce gumowych rękawic sterczały na końcach jak puste skarpetki zdejmowane z nóg.

— Nerka — mówił Marek — to najpiękniejszy narząd w ciele. Piękniejszy niż serce, choć serce ma lepszy PR. Nerka filtruje krew — przepuszcza ją przez milion nefronów, każdy nefron to miniaturowa fabryka chemiczna, z kłębuszkiem, kanalikami, pętlą Henlego, cewką zbiorczą. Milion tych fabryk w każdej nerce, dwa miliony w obu. Pracują dzień i noc, bez przerwy, bez weekendów, bez Wielkich Piątków. Nie możesz im powiedzieć: weźcie wolne. One nie znają wolnego.

— Jak ja — powiedziała Jolanta.

Marek milczał przez chwilę. Jolanta usłyszała, jak przełyka wino.

— Jak ty — powtórzył cicho. Potem, jakby chciał szybko przejść dalej, odzyskać kontrolę nad rozmową, która na sekundę mu się wymknęła: — Ale nerki, w przeciwieństwie do ciebie, moja droga, mogą się wyłączyć. Niewydolność nerek — ostra albo przewlekła. Ostra: krwotok, odwodnienie, zatrucie. Przewlekła: cukrzyca, nadciśnienie, choroby autoimmunologiczne. Kiedy nerki się wyłączają, organizm tonie we własnych odpadach. Mocznik, kreatynina, kwas moczowy — wszystko, co normalnie wypływa z ciebie do tej muszli, którą właśnie wyczyściłaś — zostaje w krwi. I cię truje. Powoli, systematycznie, nieodwracalnie.

Jolanta przeszła do kabiny prysznicowej. Weszła do środka, zamknęła za sobą szklane drzwi i zaczęła czyścić od wewnątrz — ściany, podłogę, odpływ. Odpływ był zakorkowany — włosy, mydło, coś, czego Jolanta nie chciała identyfikować. Założyła rękawice wyżej na nadgarstki i sięgnęła do środka. Korek wyszedł z odgłosem, który był obrzydliwy i satysfakcjonujący jednocześnie — ssanie, mlask, ulga. Woda, która stała w brodziku od tygodnia, odpłynęła z bulgotaniem.

— Piękny dźwięk — skomentował Marek z korytarza. — Perystaltyka jelitowa brzmi identycznie. Ruchy robaczkowe, Jolanto. Jelito cienkie kurczy się dwanaście do dwunastu razy na minutę, przesuwając treść pokarmową w dół, w stronę jelita grubego, w stronę odbytnicy, w stronę wyjścia. Bulgotanie, które słyszysz w brzuchu po jedzeniu, to nie żołądek — to jelito. Twój odpływ prysznicowy jest jelitem tego domu.

Jolanta zamknęła oczy. Stała w kabinie prysznicowej, zamknięta za szklanymi drzwiami, otoczona zapachem chloru i pleśni, z brudną wodą na rękawicach i głosem Marka przenikającym przez szkło jak promień rentgenowski przez ciało. Stała w kabinie i oddychała przez usta, bo przez nos nie mogła — chlor i Marek, obaj za ostro.

— Marku — powiedziała, a jej głos odbił się od ścian kabiny i wrócił do niej zmieniony, twardszy, jakby kabina miała własne zdanie. — Jest Wielki Piątek. Może mógłbyś chociaż dziś nie mówić o rozkładzie?

Cisza z korytarza. Dłuższa niż zazwyczaj. Jolanta otworzyła oczy i popatrzyła przez matowe szkło drzwi kabiny — widziała rozmytą sylwetkę Marka w fotelu, ciemną plamę na jasnym tle korytarza, jak obraz za brudną szybą, jak wspomnienie za mgłą.

— Ależ Jolu — powiedział łagodnie, z tą łagodnością, która była gorsza niż ironia, bo ironia miała w sobie odległość, a łagodność sugerowała bliskość, a bliskość Marka była jak bliskość skalpela — precyzyjna i niebezpieczna. — Właśnie dziś. Zmartwychwstanie bez rozkładu nie ma sensu.

Jolanta otworzyła drzwi kabiny i wyszła. Stała na mokrych kafelkach w mokrych rękawicach z mokrą ściereczką i patrzyła na Marka przez otwarte drzwi łazienki. Siedział w fotelu — noga na nogę, kieliszek w prawej ręce, książka zamknięta na kolanach, okulary na czubku nosa. Patrzył na nią z wyrazem twarzy, który mogła interpretować na dziesięć sposobów i żaden z nich nie byłby pewny. Uśmiech? Nie do końca. Zadowolenie? Nie to słowo. Coś jak poczucie spełnienia artysty, który skończył frazę i czeka na reakcję publiczności.

— Marku — powiedziała Jolanta tonem, który nauczyła się stosować wobec uczniów, którzy poszli za daleko, ale jeszcze nie na tyle daleko, żeby zasługiwali na jedynkę. — Jezus leżał w grobie trzy dni. Nie trzy tygodnie, nie trzy miesiące. Trzy dni. W trzech dniach ciało nie zdąży się rozłożyć.

Marek uniósł brwi.

— Naprawdę chcesz o tym rozmawiać?

— Ty zacząłeś. Ja kończę.

— W porządku. — Odstawił kieliszek. Wyprostował się. Jolanta poznała tę zmianę postawy — Marek przechodził z trybu konwersacyjnego w tryb wykładowy. — W temperaturze grobu skalnego — powiedzmy piętnaście stopni Celsjusza, klimat lewantyński, kwiecień — rozkład autolityczny zaczyna się w ciągu godzin od śmierci. Enzym katepsyna zaczyna trawić tkanki od wewnątrz. Trzustka i żołądek trawią same siebie — to logiczne, bo zawierają enzymy trawienne, a po śmierci komórki pękają i enzymy się uwalniają. W ciągu dwudziestu czterech godzin — przebarwienia na brzuchu, zielonkawe, od siarkowodoru produkowanego przez bakterie jelitowe, które zaczynają pożerać swojego gospodarza.

— Marku.

— W ciągu czterdziestu ośmiu godzin — wzdęcia gazowe. Brzuch się napina, twarz puchnie, oczy i język mogą wystawać na zewnątrz. Gazy — metan, siarkowodór, amoniak — rozpychają ciało od środka. Skóra zmienia kolor na zielonkawy, potem brunatny.

— Marku, przestań.

— W ciągu siedemdziesięciu dwóch godzin — trzeciego dnia, Jolu, tego samego trzeciego dnia — skóra zaczyna się złuszczać, naskórek odchodzi od skóry właściwej, płyny wyciekają z naturalnych otworów ciała. Zapach jest…

— Wystarczy!

Jolanta krzyknęła. Nie podniosła głosu — krzyknęła, jednym, ostrym słowem, które przeszło przez drzwi łazienki, korytarz, i trafiło Marka jak spoliczkowanie. Marek zamknął usta. Patrzyli na siebie — ona z łazienki, on z korytarza, trzy metry i dwadzieścia lat między nimi — i przez chwilę dom był cichy, tak cichy, że Jolanta słyszała bulgotanie odpływu w kabinie prysznicowej i tykanie zegara w kuchni i swój własny oddech, który był szybszy niż powinien.

Potem Marek powiedział, bardzo cicho:

— Przepraszam.

Jolanta nie odpowiedziała od razu. Zdejmowała rękawice — palec po palcu, powoli, jakby zdejmowała skórę. Położyła je na krawędzi wanny. Popatrzyła na swoje ręce — czerwone, pomarszczone od wilgoci, z paznokciami obciętymi krótko, bo długie przeszkadzają przy pracy. Ręce czterdziestotrzyletniej kobiety, która klęczała na kafelkach w Wielki Piątek i szorowała toaletę, podczas gdy jej mąż opowiadał jej o rozkładzie ciała Chrystusa. Ktoś powinien o tym napisać książkę, pomyślała. Nikt by jej nie przeczytał.

— Przepraszam, Jolu — powtórzył Marek. — Poniosło mnie.

— Wiem — odpowiedziała. — Zawsze cię ponosi. I zawsze przepraszasz. I zawsze jest za późno na przepraszam, bo ja już wiem rzeczy, których nie chcę wiedzieć, i nie mogę ich od-wiedzieć.

Marek pokiwał głową. Nalał sobie wina. Jolanta widziała, że ręka mu drżała — lekko, ledwo zauważalnie, tak delikatnie, że ktoś inny by tego nie zauważył. Ale Jolanta znała te ręce od dwudziestu lat. Znała ich drżenie i ich spokój, ich siłę na klawiaturze organów i ich bezradność przy każdym innym zadaniu. Te ręce nigdy nie wbiły gwoździa, nie skręciły mebla, nie naprawiły kranu. Te ręce grały Bacha i podniosły kieliszki wina, i odwracały strony książek, i czasem — coraz rzadziej — dotykały jej włosów, kiedy myślał, że śpi.

Wróciła do pracy. Lustro nad umywalką. Ocet na ściereczce, okrężne ruchy, polerowanie do przezroczystości. W lustrze widziała siebie — zmęczoną, z czerwonymi oczami od chloru, z kosmykiem włosów na policzku — i za sobą, przez otwarte drzwi, Marka w fotelu. Dwa odbicia — jej bliskie, ostre, wyraźne, i jego dalsze, rozmyte, na krawędzi kadru. Pomyślała o Kacprze, o jego wypracowaniu, o rurkach w gardle dziadka. Chciała powiedzieć Markowi o tym tekście — o chłopaku, który napisał, że Wokulski jest człowiekiem z rurkami w gardle. Chciała, bo tekst Kacpra był piękny, i bo Marek — gdzieś pod tym całym cynizmem, pod encyklopediami, pod podręcznikami anatomii i historią szkła — umiał rozpoznać piękno. Umiał, bo był muzykiem, a muzyk, który nie umie rozpoznać piękna, jest jak lekarz, który nie umie rozpoznać bólu.

Ale nie powiedziała. Wiedziała, co by było. Marek pochyliłby się do przodu w fotelu, poprawił okulary i powiedział coś o nadmiarze emocji w prozie dziecięcej. O sentymentalizmie. O tym, że rurki to intubacja, a intubacja to procedura medyczna, a procedura medyczna nie jest materiałem na metaforę, chyba że jest się Thomasem Mannem, a trzynastolatek z podbydgoskiej wsi raczej nie jest Thomasem Mannem.

Więc milczała. I polerował lustro. I Marek milczał. I pił wino.

Po chwili — może minucie, może pięciu, czas w łazience płynął inaczej niż w innych pokojach, gęściej, wolniej, jakby wilgoć spowalniała sekundy — Marek odezwał się znowu. Innym tonem. Nie profesorskim, nie ironicznym. Tonem, który Jolanta słyszała rzadko — może raz na kilka miesięcy, może raz na rok — tonem, który przypominał dźwięk pojedynczego klawisza fortepianu w pustym kościele.

— Wiesz, dlaczego o tym mówię, kochanie?

Jolanta odłożyła ściereczkę.

— Dlaczego?

— Bo się boję. — Pauza. — Nie rozkładu. Rozkład jest logiczny, piękny nawet, w swoim porządku. Boję się tego, co jest przed rozkładem. Tego momentu, kiedy jeszcze jesteś, ale już wiesz, że zaraz nie będziesz. Kiedy rogówka jeszcze jest przezroczysta, ale już nie chce widzieć.

Jolanta stała przy umywalce, z rękami opartymi o zimną ceramikę, i patrzyła w lustro, ale nie na siebie — na Marka, na jego odbicie w głębi szkła, na jego twarz, która w mętnym lustrze wyglądała jak twarz pod wodą. Chciała coś powiedzieć. Coś mądrego, coś ciepłego, coś, co zamazałoby obraz rozkładającego się ciała, który Marek namalował w jej głowie pięć minut temu, i zastąpiło go czymś znośnym. Ale nie znalazła słów. Może dlatego, że słowa były jego terytorium, nie jej. Jej terytorium były ręce. Ściereczki. Fugi.

— Łazienka jest czysta — powiedziała w końcu.

I wyszła. Minęła Marka w fotelu — nie patrząc na niego, nie dotykając go, nie zatrzymując się — poszła do kuchni, umyła ręce, nastawiła czajnik. Za oknem kuchennym ciemniało — Wielki Piątek kończył się tak, jak się zaczął, kamieniem i wilgocią, i gdzieś za lasem, za polem, za nowym osiedlem, kościół, w którym Marek jutro zagra na organach, stał cichy i ciemny, z krzyżem przykrytym fioletowym suknem i z pustym tabernakulum, otwartym jak usta, które chcą coś powiedzieć, ale nie mogą.

Jolanta zrobiła herbatę. Zaniosła kubek Markowi do korytarza. Postawiła na stoliku campingowym, obok pustego kieliszka i pustej butelki po Merlocie.

— Dziękuję, Jolu — powiedział Marek.

— Nie ma za co, kochanie.

Wróciła do kuchni. Usiadła przy stole. Wzięła pierwszy zeszyt ze stosu — wypracowania, znów wypracowania, zawsze wypracowania. Na wierzchu zeszyt Kacpra Zielińskiego. Otworzyła go. Przeczytała jeszcze raz: „On jest po prostu człowiek, który nie umie powiedzieć, co czuje, i od tego umiera.” Zamknęła zeszyt. Przycisnęła go dłonią — mocno, jakby chciała przez okładkę dotknąć ręki chłopaka, który to napisał, i powiedzieć mu: wiem. Wiem, jak to jest żyć z kimś, kto mówi o wszystkim oprócz tego, co czuje. Wiem, jak wyglądają rurki. Wiem, jak pachnie chlor o trzeciej po południu w Wielki Piątek.

Z korytarza dochodził cichy dźwięk. Marek nucił. Nie Toccatę — coś innego, coś, czego Jolanta nie rozpoznawała. Melodia prosta, powolna, w tonacji molowej, schodząca w dół jak woda w odpływie. Jak łzy. Jak wszystko, co spada.

Łazienka lśniła.

Rozdział 4

„Śmieci” albo „O hierarchii materii”


Wielkanoc zostawiła po sobie krajobraz jak po oblężeniu. Jolanta stała w kuchni w poniedziałek wielkanocny rano, jeszcze w piżamie, jeszcze z pierwszą kawą w ręku, i rozglądała się po pomieszczeniu, które dwadzieścia cztery godziny wcześniej było areną triumfu — stół nakryty białym obrusem babki Heleny, srebrne sztućce lśniące po trzygodzinnym polerowaniu, waza z żurkiem parująca jak wulkan, babka piaskowa na kryształowej paterze, mazurek z bakaliami, sałatka jarzynowa w misie wielkości wanny dla niemowlęcia. Teraz stół był pusty, obrus zdjęty i wrzucony do pralki, a na każdej poziomej powierzchni w kuchni — na blacie, na parapecie, na krześle, na podłodze — leżały resztki. Opakowania po prezentach. Plastikowe pudełka po sałatkach, które przywiozła siostra. Butelki po winie — trzy białe, dwie czerwone, jedna różowa, którą Marek otworzył o szóstej wieczorem, kiedy matka Jolanty powiedziała, że żurek jest za kwaśny, i którą wypił sam, nie oferując nikomu, w milczeniu, które było głośniejsze niż cokolwiek, co mógłby powiedzieć.

Papier prezentowy — złoty, srebrny, czerwony — leżał na podłodze pod stołem w kształtach, które przypominały egzotyczne kwiaty albo organy wewnętrzne, zależnie od tego, czy człowiek miał w danym momencie poetycką czy anatomiczną wyobraźnię. Jolanta miała poetycką. Marek miałby anatomiczną, ale Marka nie było — spał na górze, w sypialni, z poduszką na głowie i z kacem, którego nie miał prawa mieć po trzech kieliszkach, ale który miał, bo Marek miał zawsze to, czego nie powinien mieć, i nie miał nigdy tego, co powinien.

Zaczęła od zbierania. Najpierw papier — garściami, bez składania, bez prostowania, prosto do czarnego worka na śmieci zmieszane. Potem plastik — pudełka, folie, kubeczki po jogurtach, które bratankowie zostawili w salonie obok kanapy, gdzie siedzieli i grali na telefonach zamiast rozmawiać z rodziną, co Jolanta rozumiała, bo gdyby mogła, sama by grała na telefonie zamiast rozmawiać z matką o kwaśnym żurku. Plastik do żółtego worka. Potem szkło — butelki, słoiki, rozbity kieliszek, który bratankowi wyślizgnął się z ręki w łazience i pękł na trzy kawałki, każdy ostry jak skalpel, każdy zdolny do przecięcia tętnicy, gdyby ktoś miał pecha nadepnąć boso na niego rano w ciemności.

Jolanta zbierała szkło w rękawicach. Nie w tych żółtych, gumowych, od łazienki — w ogrodowych, skórzanych, twardych, kupionych do przycinania róż, które miały kolce zdolne przebić skórę jak igła strzykawki. Trzy kawałki kieliszka — do zielonego worka. Butelki — sześć sztuk, każda pusta, każda lekka, każda z resztką zapachu wina na szyjce, który Jolanta czuła, kiedy wkładała butelkę do worka, i który przypominał jej o wieczorze, o matce, o żurku, o Marku siedzącym w fotelu z kieliszkiem i mówiącym „żurek jest idealny, teściowo” tonem tak gładkim i tak fałszywym, że nawet matka Jolanty — kobieta o wrażliwości czołgu — spojrzała na niego podejrzliwie.

Potem resztki jedzenia. Bio. Skórki od jajek — dwadzieścia cztery sztuki, bo Jolanta ugotowała dwa tuziny na sałatkę i na dekorację stołu. Obierki od ziemniaków, marchewki, pietruszki. Kości z bigosu — drobne, ostre, wyłuskane z mięsa jak sekrety z rozmowy. Skórki od kiełbasy, ogonki od rzodkiewek, liście od chrzanu. Wszystko do brązowego worka.

O dziesiątej Jolanta miała cztery pełne worki — czarny, żółty, zielony, brązowy — stojące w rzędzie przy drzwiach kuchennych jak żołnierze czekający na rozkaz wymarszu. Kontener na śmieci stał na końcu podwórza, za garażem, pod lipą, która latem dawała cień, a jesienią obsypywała kontener liśćmi, jakby drzewo chciało dołożyć swoje do ogólnego bilansu odpadów. Droga z kuchni do kontenera liczyła siedemdziesiąt kroków. Jolanta znała tę liczbę, bo kiedyś policzyła — nie z nudy, lecz z potrzeby, która miała w sobie coś z obsesji kartografa: chciała znać odległości w swoim świecie, zmierzyć go, opisać, zamknąć w liczbach, które nie kłamią, w przeciwieństwie do ludzi.

Podniosła pierwszy worek — czarny, zmieszane, najcięższy — i wyszła tylnymi drzwiami na podwórze. Maj. Prawdziwy maj, nie ten fałszywy marcowy, który udawał wiosnę, tylko ten autentyczny, z bzem przy płocie i jaskółkami pod okapem i powietrzem tak ciepłym i gęstym, że oddychanie było jak picie zupy. Forsycje przekwitły, jabłonie właśnie kwitły — białoróżowe chmury na gałęziach, z których spadały płatki jak konfetti na ślubie natury z latem. Jolanta szła z workiem przez ogród i czuła, jak mięśnie ramion protestują — worek ważył kilkanaście kilo, sznurek wrzynał się w dłoń, plastik ciągnął się pod ciężarem jak skóra pod ciężarem lat.

Doszła do kontenera. Otworzyła klapę. Wrzuciła worek. Klapa zamknęła się z hukiem, który w porannej ciszy wsi brzmiał jak strzał. Wróciła po drugi worek. Żółty. Plastik. Lżejszy, ale objętościowy — wypychał worek jak balon. Trzeci — zielony, szkło — ciężki i niebezpieczny, dzwoniący przy każdym kroku jak dzwonki u szyi kozy. Czwarty — brązowy, bio — mokry, ciepły od fermentacji, z zapachem, który nie był jeszcze nieprzyjemny, ale zapowiadał nieprzyjemność jak chmura zapowiada deszcz.

Kiedy wróciła do kuchni po raz czwarty, Marek siedział w fotelu.

Nie w korytarzowym fotelu — w swoim fotelu, w salonie, tym skórzanym, ciemnobrązowym, przeniesionym z powrotem z tarasu po Wielkanocy. Siedział w szlafroku, z włosami w nieładzie, z oczami zmrużonymi od światła, z kubkiem czegoś w ręku — kawy, tym razem kawy, bo poniedziałek wielkanocny był technicznie dniem powszednim i kofeina była dozwolona. Na stoliku obok fotela stała butelka — nie wina, nie o tej porze — wody mineralnej, gazowanej, która syczyła cicho w ciszy pokoju jak wąż w trawie.

— Segregowałaś? — zapytał, nie otwierając oczu.

— Wyniosłam. Cztery worki.

— Czarne, żółte, zielone, brązowe?

— Jak zawsze.

— Granatowego nie masz?

— Granatowy jest na papier. Papier osobno, za tydzień.

Marek otworzył jedno oko.

— Za tydzień. Więc papier czeka. Leży sobie na podłodze i czeka, aż łaskawie odniesiesz go do kontenera. Jak pacjent w poczekalni.

Jolanta nie odpowiedziała. Wróciła do kuchni i zaczęła myć kosze na śmieci — trzy kosze, stojące pod blatem: jeden na zmieszane, jeden na plastik i metal, jeden na bio. Kosze były brudne — plamy po herbacie, zaschnięte resztki jedzenia na krawędziach, lepka warstwa czegoś, co mogło być miodem albo sokiem albo czymkolwiek, co bratankowie wylali wczoraj, próbując nalać sobie picie bez pomocy dorosłych. Jolanta wyjęła kosze na podwórze, odkręciła wąż ogrodowy i zaczęła spłukiwać. Woda bila o plastik, tryskała na boki, moczyła jej pantofle. Nie przeszkadzało jej to. Po czterech dniach przygotowań do Wielkanocy, po gotowaniu, sprzątaniu, nakrywaniu, podawaniu, zmywaniu i udawaniu, że żurek nie jest za kwaśny — mokre pantofle były najmniejszym problemem w jej życiu.

— Jolu. — Głos Marka z salonu, niesiony przez otwarte okno kuchenne. — Chodź tu na chwilę.

— Myję kosze.

— Kosze poczekają. Chodź.

Jolanta zakręciła wodę. Wytarła ręce w fartuch. Weszła do salonu. Marek siedział w fotelu z wyrazem twarzy, który znała — ta lekko pochylona głowa, te zmrużone oczy, ten kącik ust uniesiony o milimetr, co oznaczało, że miał coś do powiedzenia i że to coś będzie długie, fascynujące, i prawdopodobnie niestrawne.

— Usiądź.

— Nie mam czasu, Marku. Muszę jeszcze umyć podłogę w kuchni, pozbierać resztę śmieci z salonu, przygotować śniadanie…

— Usiądź, kochanie. Na minutę. — Wskazał kanapę naprzeciwko fotela. — Proszę.

Jolanta usiadła. Nie dlatego, że Marek poprosił — bo Marek prosił rzadko i kiedy prosił, było w tym coś, co ją rozbrajało, jak gdyby słowo „proszę” było kluczem, którego normalnie nie używał, i który pasował do zamka, o którym normalnie zapominała.

— Segregujesz śmieci — powiedział Marek. — Od lat. Systematycznie, sumiennie, zgodnie z regulaminem gminy, który znasz lepiej niż kodeks drogowy. Plastik do żółtego, szkło do zielonego, bio do brązowego, papier do granatowego, reszta do czarnego. Pięć kategorii. Pięć kolorów. Pięć rodzajów materii, które traktujesz różnie, bo ktoś — kto? urzędnik, naukowiec, polityk — zdecydował, że jedne są cenniejsze od drugich.

— Nie cenniejsze. Inaczej przetwarzane.

— Właśnie. Inaczej przetwarzane. Czyli — w hierarchii recyklingu — jedne mają przyszłość, a inne nie. Butelka szklana może stać się butelką szklaną. Puszka aluminiowa może stać się puszką aluminiową. Ale papier? Papier z recyklingu jest szary, cienki, kruchy. Z każdym cyklem gorszy. A plastik — moja droga, plastik to tragedia. Plastik z recyklingu jest degradowany. Nie staje się tym, czym był. Staje się czymś gorszym — ławką parkową, donicą, płotem. Nigdy już butelką. Nigdy już opakowaniem. Degradacja, Jolu. Zejście po drabinie bytów.

Jolanta patrzyła na niego. Za oknem salonu kwitły jabłonie i słońce stało wysoko i jaskółki krzyczały pod okapem. Świat za szybą był majowy, ciepły i obojętny na to, co Marek mówił o degradacji plastiku.

— Dokąd zmierzasz? — zapytała.

— Do reinkarnacji.

— Do reinkarnacji.

— Tak. Bo segregacja odpadów jest, filozoficznie rzecz ujmując, wiarą w zmartwychwstanie materii. Wrzucasz butelkę do zielonego kontenera i wierzysz, że ta butelka odrodzi się. Że zostanie przetopiona, uformowana na nowo, napełniona na nowo. Zmartwychwstanie. Recykling to katolicyzm materii.

— Marku, jest poniedziałek wielkanocny. Ludzie chodzą do kościoła, a ty siedzisz w fotelu i porównujesz recycling do katolicyzmu.

— Ludzie chodzą do kościoła, bo wierzą w zmartwychwstanie ciała. Ty idziesz do kontenera, bo wierzysz w zmartwychwstanie butelki. Jaka różnica?

— Różnica jest taka, mój drogi, że ja nie wierzę. Ja segreguję, bo tak każe gmina, i bo kara za niesegregowanie to trzysta złotych miesięcznie zamiast stu pięćdziesięciu. Pragmatyzm, nie wiara.

Marek uśmiechnął się. Ten uśmiech, który Jolanta znała lepiej niż własne odbicie w lustrze — uśmiech mężczyzny, który właśnie usłyszał kontrargument, docenił go, zmierzył, zważył i odłożył na półkę z napisem „ciekawe, ale niewystarczające”.

— Dobrze. Pragmatyzm. Ale posłuchaj dalej. Bo jest coś, o czym regulamin gminy nie mówi. — Pochylił się do przodu, łokcie na kolanach, kubek kawy między dłońmi. — Reinkarnacja, jeśli istnieje, prawdopodobnie działa jak recykling. Za każdym razem jesteś trochę gorszy. Nie dlatego, że Bóg cię karze — ale dlatego, że materia się degraduje. Entropia. Drugie prawo termodynamiki. Każda przemiana jest stratą. Każde przetworzenie jest ubytkiem. Butelka staje się donicą, donica staje się granulat, granulat staje się wypełnieniem czegoś, czego nikt nie chce, i w końcu — wysypisko. Koniec drogi. Materia, która nie może być już niczym.

Jolanta milczała. Marek mówił dalej, a ona siedziała na kanapie i słuchała, bo tego się nauczyła przez dwadzieścia lat — słuchać, sortować w głowie, oddzielać fakty od retoryki, sens od ornamentu. Marek był jak muzyka — nie zawsze piękny, nie zawsze prawdziwy, ale zawsze zorganizowany, z motywem przewodnim i wariacjami, ze wstępem, rozwinięciem i finałem. Trzeba było umieć słuchać, żeby usłyszeć strukturę pod powierzchnią słów.

— Wysypisko — ciągnął Marek, odchylając się z powrotem w fotelu — jest najbardziej szczerym miejscem na ziemi. Szczerszym niż kościół, szczerszym niż cmentarz. Na cmentarzu kłamiemy — stawiamy pomniki, sadzimy kwiaty, piszemy napisy o wiecznym odpoczynku i nieśmiertelnej pamięci. Na wysypisku nie ma pomników. Nie ma napisów. Jest tylko to, co naprawdę po nas zostaje — opakowania, resztki, odpady, ślady konsumpcji. Gdyby archeolog za tysiąc lat chciał poznać naszą cywilizację, nie szedłby do kościoła ani do muzeum. Szedłby na wysypisko. Bo wysypisko jest prawdą. Reszta jest narracją.

— Piękne — powiedziała Jolanta. — A teraz powiedz mi, dokąd naprawdę zmierzasz. Bo wiem, że nie do wysypiska.

Marek popatrzył na nią z wyrazem, który mogła nazwać podziwem, gdyby nie wiedziała, że podziw Marka był zawsze połowiczny — połowa dla drugiego człowieka, połowa dla siebie, że potrafił ten podziw rozpoznać.

— Zmierzam do ciebie, Jolu. — Upił kawy. — Do twojego ciała.

— Oczywiście.

— Ciało ludzkie jest maszyną do przetwarzania materii. Wchodzi jedzenie, wychodzą odpady. Oddech — wdychasz tlen, wydychasz dwutlenek węgla. Jedzenie — zjadasz białka, tłuszcze, węglowodany, wydalasz mocz i kał. Pot — woda, sole mineralne, mocznik. Łzy — woda, lizozym, elektrolity. Każdy otwór w twoim ciele to kontener na inny rodzaj odpadu.

— Marku, przestań.

— Nie, poczekaj. To jest piękne, Jolanto, naprawdę piękne. Policz. Jeden człowiek, w ciągu jednego życia — powiedzmy siedemdziesięciu lat — produkuje dwadzieścia pięć tysięcy litrów moczu. Dwadzieścia pięć tysięcy. Tyle wody mieści się w małym basenie ogrodowym. Produkuje sześć tysięcy kilogramów kału — sześć ton, Jolu, masa małego słonia. Wydycha dwieście pięćdziesiąt milionów litrów dwutlenku węgla. Traci dwadzieścia tysięcy litrów potu. A do tego — łzy, ślina, woskowina uszna, wydzieliny nosa, złuszczony naskórek, ścięte paznokcie, ścięte włosy. Przez siedemdziesiąt lat wytwarzasz tony materii odpadowej. Tony. Jesteś fabryką śmieci, kochanie. Wydajną, niezawodną, całodobową fabryką.

Jolanta wstała z kanapy.

— Skończyłeś?

— Prawie. Jedno pytanie. Mam jedno pytanie, Jolu, i potem możesz wracać do koszy.

— Jakie pytanie?

— Do którego kontenera ty trafiasz? Na końcu? Kiedy ciało przestaje przetwarzać i samo staje się odpadem? Do którego kontenera, moja droga?

Jolanta stała nad Markiem, który siedział w fotelu i patrzył na nią z dołu, z tym swoim wzrokiem, który był jak reflektor w Sali przesłuchań — jasny, zimny, niemożliwy do uniknięcia. Za oknem jabłonie kwitły na biało-różowo i jaskółki krzyczały pod okapem i maj był tak piękny, że aż bolał. Jolanta patrzyła na Marka i widziała mężczyznę, który zadał pytanie, na które sam nie znał odpowiedzi, i który czekał, aż ona odpowie za niego, jak zawsze czekał — bo Marek pytał, a Jolanta odpowiadała, Marek myślał, a Jolanta robiła, Marek diagnozował, a Jolanta leczyła. Tak było od dwudziestu lat. Tak prawdopodobnie będzie do końca.

— Do zielonego — powiedziała. — Bio.

I wyszła.

Marek patrzył za nią. Jolanta nie widziała jego twarzy, bo szła do kuchni i nie obejrzała się, ale usłyszała coś — krótki dźwięk, coś między prychnięciem a śmiechem, coś, co mogło być uznaniem albo zaskoczeniem, albo jednym i drugim. I potem ciszę. I potem szelest stron — Marek otworzył książkę.

Jolanta wróciła do kuchni i otworzyła szafkę pod zlewem. Za szafką, w ciemnej, wilgotnej przestrzeni, którą Marek nazywał „jelitem domu”, stały kolejne worki — te, które nie zmieściły się wczoraj do kontenerów. Worki z papierem: gazety, kartony po pizzy, którą zamówili bratankowie o dziewiątej wieczorem, kiedy Jolanta już zmywała, i którą jedli w salonie na kanapie, brudząc tapicerkę sosem pomidorowym, którego plama pewnie nigdy nie zejdzie, bo plamy sosu pomidorowego są jak traumy — wchodzą głęboko, barwią trwale i żadne pranie nie pomaga do końca. Były też worki z rzeczami, które nie pasowały do żadnej kategorii — stare baterie z pilota, żarówka energooszczędna, która przepaliła się w przeddzień Wielkanocy i którą Jolanta wymieniła na LED-ową, stojąc na krześle w salonie o jedenastej w nocy, bo goście przyjeżdżali rano i salon bez głównego światła wyglądałby jak jaskinia.

Baterie — do punktu zbiórki w szkole. Żarówka — do sklepu, który ją sprzedał. Kartony — rozkroić, złożyć, wrzucić do granatowego worka. Jolanta pracowała systematycznie, jak maszyna sortownicza na taśmie produkcyjnej, jak jej własne nerki, o których Marek opowiadał w Wielki Piątek — milion nefronów przetwarzających piętnaście tysięcy litrów krwi dziennie, oddzielających użyteczne od bezużytecznego, wartościowe od odpadowego. Nerka nie wacha się. Nerka nie pyta, do którego kontenera. Nerka po prostu filtruje.

O dwunastej Jolanta skończyła sortowanie. Kuchnia była czysta — podłoga umyta, blaty wytarte, kosze na śmieci z powrotem pod blatem, każdy z nowym workiem, każdy pusty, każdy czekający na nowy cykl. Jolanta umyła ręce — gorącą wodą, mydłem, trzydzieści sekund, jak uczył plakat w szkolnej toalecie, „Happy Birthday” dwa razy pod nosem — i wyszła na podwórze, żeby odnieść ostatnie worki do kontenera.

Przy kontenerze stał pan Zenon.

Pan Zenon Kaczmarek, listonosz, sześćdziesiąt dwa lata, niski, krępy, z wąsem, który nosił od lat siedemdziesiątych i który był tak samo częścią jego twarzy jak nos czy oczy. Pan Zenon przynosił pocztę codziennie o dziesiątej — listy, rachunki, katalogi Bonprix, które Jolanta nigdy nie zamawiała, ale które przychodziły z uporem misjonarza, jakby Bonprix wierzył, że któregoś dnia Jolanta nawróci się na poliester i cekinowe bluzki. Dziś pan Zenon nie miał poczty — miał łopatę i wiadro pełne ziemi. Stał przy swoim rowerze opartym o lipę, z łopatą w ręku, i patrzył na kontener Jolanty z wyrazem człowieka, który ma coś do powiedzenia i który, w odróżnieniu od Marka, powie to prosto, bez wstępu, bez historii, bez anatomii.

— Dzień dobry, pani Jolanto. Wesołego Alleluja.

— Dzień dobry, panie Zenonie. Wesołego. Co pan robi z tą łopatą?

— Jadę na działkę. Ogródek. Czas sadzić pomidory, ogórki, paprykę. — Pan Zenon uśmiechnął się pod wąsem. — Ziemię wiozę ze stajni Kowalskiego, obornik przemieszany z torfem, najlepsza rzecz pod pomidory. Pomidory lubią gówno, proszę panią. Im więcej gówna, tym słodszy pomidor.

Jolanta zaśmiała się. Prawdziwym, pełnym śmiechem, który wyszedł z niej jak korek z butelki — nagle, głośno, z ulgą. Pan Zenon patrzył na nią zaskoczony, bo nie powiedział niczego śmiesznego — stwierdził fakt ogrodniczy, nic więcej — ale jego zaskoczenie szybko przeszło w zadowolenie, bo pan Zenon lubił, kiedy ludzie się śmiali, nawet jeśli nie rozumiał dlaczego.

— Jakie pomidory pan sadzi? — zapytała Jolanta, opierając się o kontener i krzyżując ręce na piersi, bo nagle, po czterech dniach Wielkanocy, po matce i żurku i Marku i rozkładzie ciała Chrystusa, potrzebowała prostej rozmowy o prostych rzeczach z prostym człowiekiem, który mówi „gówno” i ma to na myśli.

— Malinowe. I bawole serce. I koktajlowe, takie małe, na patyku, wnuczka lubi. — Pan Zenon wsiadł na rower, wiadro z ziemią zawiesił na kierownicy, łopatę wsunął pod bagażnik. — A u pani jak Wielkanoc?

— Dobrze. Żurek był za kwaśny, zdaniem mamy.

— U mnie teściowa twierdziła, że mazurek jest za słodki. Teściowe, pani Jolanto. Gatunkowo zaprogramowane do niezadowolenia.

— Pan Zenon to filozof.

— Listonosz, nie filozof. Ale listonosz widzi więcej niż filozof, bo chodzi od domu do domu. Filozof siedzi w fotelu.

Jolanta otworzyła usta i zamknęła je. Popatrzyła na pana Zenona — na jego wąs, na jego łopatę, na wiadro ziemi, na rower, który pod ciężarem obornika skrzypiał jak stare drzwi — i poczuła coś, czego nie umiała nazwać. Nie zazdrość. Nie smutek. Coś jak rozpoznanie. Jak echo. Jak słowo, które znasz, ale którego dawno nie słyszałaś.

— Smacznych pomidorów, panie Zenonie.

— Dziękuję. A pani smacznego poniedziałku. I niech pani nie segreguje za dużo, bo życie jest za krótkie na pięć kontenerów.

Odjechał. Rower znikał za zakrętem powoli, obciążony ziemią i łopatą, skrzypiąc w majowej ciszy jak krótki, radosny koncert na instrument jednostrunowy. Jolanta stała przy kontenerze i patrzyła za nim, aż zniknął. Potem otworzyła klapę kontenera, wrzuciła ostatni worek — granatowy, papier — i zamknęła klapę delikatnie, bez trzasku, jakby zamykała książkę, której nie chciała skończyć.

Wracając do domu, przystanęła w ogrodzie. Jabłonie kwitły. Bzy przy płocie wypuszczały pierwsze grona — jeszcze zamknięte, jeszcze twarde, ale już fioletowe, już pachnące zapowiedzią zapachu. Pod stopami trawa była miękka i wilgotna od porannej rosy, a z obory za domem dochodziło ciche porykiwanie krów, które chciały na pastwisko, bo czuły maj tak samo jak Jolanta — ciałem, skórą, instynktem.

Weszła do domu. Marek czytał w fotelu. Na stoliku — kubek kawy, książka otwarta na środku, okulary zsunięte na nos. Jolanta przeszła przez salon, nie zatrzymując się, nie odzywając się, nie patrząc na niego. Poszła do kuchni, otworzyła lodówkę, wyjęła jajka, masło, mleko. Zaczęła robić śniadanie — jajecznicę, z pomidorami, z cebulą, z pieczarkami. Marek lubił pieczarki. Marek lubił pieczarki, ale nie umiał ich pokroić, bo nóż trzymał jak pióro, a nie jak nóż, i pieczarki wylatywały mu spod palców jak żaby z ręki — śliskie, niesfornie, nieposłuszne. Więc Jolanta kroiła pieczarki na jajecznicę, którą Marek zjadał bez słowa podziękowania, bo jajecznica po dwudziestu latach przestała być prezentem, a stała się naturą — jak powietrze, jak woda, jak grawitacja. Nikt nie dziękuje grawitacji, że trzyma go na ziemi.

— Jolu — powiedział Marek z salonu, kiedy zapach jajecznicy dotarł do fotela. — Wiesz, co czytam?

— O śmieciach.

— Nie o śmieciach. O Zygmuncie Baumanie. Socjolog. „Życie na przemiał”.

— Wiem, kim jest Bauman, Marku. Uczę w szkole, nie w jaskini.

— Bauman pisze o ludziach-odpadach. O populacjach, które globalizacja wyrzuca na margines, jak recykling wyrzuca plastik, którego nie da się przetworzyć. Ludzie-reszty, Jolanto. Ludzie, którzy nie pasują do żadnego kontenera.

Jolanta mieszała jajecznicę na patelni. Drewniana łyżka krążyła w masie jajek i pieczarek z ruchem, który był tak samo automatyczny jak oddychanie i który nie wymagał myślenia, co było dobre, bo myślenie w tej chwili prowadziło w miejsca, do których Jolanta nie chciała iść. Ludzie-odpady. Ludzie, którzy nie pasują. Marek mówił o socjologii, o globalnych procesach, o wielkich teoriach — ale Jolanta słyszała coś innego. Słyszała swoje dzieci ze szkoły — Kacpra, który nie pasował do klasy, bo był za cichy i za mądry. Kasię Nowak, która pisała, że miłość nie istnieje, bo ojciec odszedł, kiedy miała pięć lat. Bartka Kowalczyka, który nie umiał pisać zdań złożonych, bo nikt nigdy z nim zdaniami złożonymi nie rozmawiał. Każde z tych dzieci było resztką czegoś — resztką rodziny, resztką uwagi, resztką szansy.

— Śniadanie gotowe — powiedziała.

Marek przyszedł do kuchni. Usiadł przy stole. Jolanta postawiła przed nim talerz z jajecznicą, kubek kawy, chleb, masło. Usiadła naprzeciwko. Jedli w milczeniu — milczeniu, które nie było wrogie ani ciepłe, ale neutralne, jak temperatura ciała, której nie czujesz, bo jest twoja.

Po śniadaniu Marek wrócił do fotela. Jolanta zmyła naczynia — dwa talerze, dwa kubki, patelnię, dwie łyżki, dwa noże. Sześć przedmiotów. Śniadanie dla dwojga ludzi w domu, który mógł pomieścić dziesięcioro. Sześć przedmiotów na suszarce, jak sześć palców na ręce, która powinna mieć pięć.

Potem poszła do garażu. W garażu, na drewnianej półce, którą sama zamontowała trzy lata temu, stały plastikowe pojemniki z etykietami: „Baterie”, „Żarówki”, „Leki przeterminowane”, „Elektronika”. Jolanta włożyła baterie z pilota do pojemnika „Baterie”. Żarówkę energooszczędną do pojemnika „Żarówki”. Pojemniki były prawie puste — zbierała przez miesiące, potem raz na kwartał zawoziła do punktu zbiórki w Bydgoszczy. Czterdzieści minut w jedną stronę, czterdzieści z powrotem. Osiemdziesiąt minut za trzy baterie i żarówkę. Ale robiła to, bo — i tu Jolanta musiała przyznać Markowi rację, choć nigdy by mu tego nie powiedziała — wierzyła. Nie w Boga, nie w zmartwychwstanie ciała, nie w życie wieczne. Wierzyła w żarówkę. W to, że żarówka, oddana w odpowiednie ręce, nie trafi na wysypisko, nie zanieczyści gleby rtęcią, nie wsiąknie w ziemię, z której rosną pomidory pana Zenona. Wierzyła w recykling — nie jako w system, lecz jako w gest. Jako w drobny, codzienny, bezsensowny akt wiary w to, że materia zasługuje na szacunek. Że butelka nie jest śmieciem, lecz byłym naczyniem. Że papier nie jest odpadem, lecz byłym drzewem. Że nawet plastik — ten nieszczęsny, wieczny, niezniszczalny plastik — jest czymś, co ktoś kiedyś wyprodukował z nadzieją, że będzie użyteczne.

Marek by się z niej śmiał. Marek by powiedział, że sentymentalizowanie materii jest projekcją ludzkiej potrzeby sensu na obojętny wszechświat. Że butelka nie czuje, że papier nie pamięta, że plastik nie tęskni za swoim przeznaczeniem. I miałby rację. I byłoby mu z tą racją smutno, ale nie pokazałby tego, bo Marek nie pokazywał smutku, tak jak nie pokazywał rąk — chował je w kieszeniach, za książką, za kieliszkiem, za słowami.

Jolanta wróciła do domu. Marek czytał Baumana. Za oknem maj świecił, kwitł, brzęczał. Jaskółki budowały gniazda pod okapem — drobne, cierpliwe, zorganizowane, jak Jolanta, jak milion nefronów w nerce, jak sześć tysięcy lat cywilizacji ludzkiej, która nie robiła nic innego jak budowała gniazda i wyrzucała śmieci.

— Marku — powiedziała, stając w drzwiach salonu.

— Tak?

— Jutro jadę do szkoły. Będziesz sam. Proszę cię, wynieś śmieci, jeśli się zrobią.

— Jakie śmieci? Właśnie wszystko wyniosłaś.

— Zrobią się nowe, kochanie. Zawsze się robią.

Marek popatrzył na nią znad Baumana, znad okularów, znad kawy, znad fotela — z dna swojego świata, który był głęboki i ciasny jak studnia, i z którego widać było niebo, ale nie drzewa, nie jabłonie, nie forsycje, nie panią Halinę karmiącą kury, nie pana Zenona jadącego na działkę z wiadrem obornika.

— Dobrze — powiedział.

Jolanta wiedziała, że nie wyniesie. Wiedziała, że jutro wróci ze szkoły i śmieci będą stały tam, gdzie je zostawił — przy fotelu, na stoliku, pod fotelem. Wiedziała i nie gniewała się, bo gniewanie się na Marka za to, że nie wynosił śmieci, było jak gniewanie się na jabłoń za to, że nie kosi trawy. Jabłoń robi jabłka. Marek robi myśli. Jolanta robi resztę.

Wieczorem Jolanta siedziała na tarasie. Sama. Marek poszedł spać wcześnie — „organizm regeneruje się przed tygodniem pracy” — i dom był cichy, tak cichy, że Jolanta słyszała, jak w kontenerze na końcu podwórza coś szeleści. Może mysz. Może wiatr. Może materia odpadowa, która układa się wygodniej na noc, jak człowiek w łóżku, szukając pozycji, w której nic nie boli.

Piła resztę kawy — zimną, gorzką, zostawioną od rana. Patrzyła na ogród. Na jabłonie. Na bzy. Na gwiazdę, która wisiała nad dachem pani Haliny jak kropka nad i w zdaniu, którego nikt nie napisał. Myślała o panu Zenonie i jego pomidorach. O Kacprze i jego rurkach. O Marku i jego kontenerach. O matce i jej żurku. O butelce, która może stać się butelką, i o plastiku, który nigdy nie stanie się sobą.

Myślała o swoim ciele. O dwudziestu pięciu tysiącach litrów moczu, które wyprodukuje w ciągu życia. O sześciu tonach kału. O dwustu pięćdziesięciu milionach litrów dwutlenku węgla. Fabryka. Niezawodna, całodobowa fabryka.

Do zielonego, powiedziała Markowi. Bio.

I zaśmiała się cicho, sama, na tarasie, pod gwiazdami, w maju, który pachniał bzem, jabłoniami i obornikiem pana Zenona, najlepszą rzeczą pod pomidory.

Rozdział 5

„Pranie” albo „O drugiej skórze i jej zdejmowaniu”


Pralka pracowała od szóstej rano. Jolanta słyszała ją przez sen — ten znajomy, kołyszący rytm wirowania bębna, który wchodził w podświadomość jak bicie serca drugiego człowieka leżącego obok, z tą różnicą, że pralka była bardziej niezawodna niż drugi człowiek i nigdy nie chrapała. Obudziła się o szóstej trzydzieści, na dziesięć minut przed budzikiem, bo ciało Jolanty miało własny zegar, ustawiony przez dwadzieścia lat wstawania o tej samej porze, i żaden długi weekend, żadne wolne, żaden maj nie mógł tego zegara przestawić. Ciało pamiętało. Ciało zawsze pamiętało.

Był piątek, początek długiego weekendu majowego. Szkoła zamknięta do wtorku. Trzy dni wolnego, które Jolanta planowała od dwóch tygodni z precyzją generała planującego kampanię — pranie w piątek, suszenie w piątek i sobotę, prasowanie w sobotę po południu i niedzielę rano. Plan był szczelny, bez luk, bez przestojów, bo pranie w tym domu nie było jednym ładunkiem — było pięcioma. Białe osobno. Kolorowe jasne osobno. Kolorowe ciemne osobno. Delikatne — wełna, jedwab, te dwie bluzki Jolanty, które kupowała na promocjach w Reserved i które po trzech praniach w złym programie traciły kształt jak ludzie po trzech dekadach złego małżeństwa. I piąty ładunek — pościel. Pościel z sypialni, z pokoju gościnnego, z kanapy w salonie, na której Marek czasem zasypiał z książką na piersi i z której rano wstawał z odciskiem okładki na policzku, jakby książka go pocałowała w nocy.

Pierwsza partia — białe — kręciła się w bębnie od szóstej. Jolanta wrzuciła ją wczoraj wieczorem i ustawiła timer na start opóźniony, bo prąd w nocy był tańszy — dwadzieścia trzy grosze za kilowatogodzinę zamiast sześćdziesięciu ośmiu w szczycie. Marek śmiał się z tego, że Jolanta liczy grosze na prądzie, a potem kupuje wino za czterdzieści złotych butelkę, ale Jolanta nie widziała w tym sprzeczności. Wino było przyjemnością Marka. Tańszy prąd był racjonalnością Jolanty. Każde miało swoje terytorium i żadne nie wchodziło na drugie.

O siódmej pralka zagrała melodyjkę końca programu — trzy nuty, wesołe, optymistyczne, jakby pralka mówiła: dobra robota, świat jest czysty. Jolanta otworzyła bęben i wyciągnęła mokre pranie. Koszule Marka — cztery białe, jedna kremowa, która kiedyś była biała, ale po trzech latach prania przeszła na emeryturę kolorystyczną i teraz miała odcień, który Marek nazywał ecru, a Jolanta brudnym białym. Prześcieradła. Ręczniki. Jej własne bluzki — dwie białe, bez wzorów, bez ozdobników, bo Jolanta nosiła ubrania jak narzędzia, nie jak dekoracje.

Wrzuciła mokre białe do plastikowego kosza na pranie — niebieskiego, owalnego, kupionego w Ikei dziesięć lat temu — i zaniosła na podwórze. Dzień był piękny w ten bezczelny sposób, w jaki potrafią być piękne tylko majowe poranki w Polsce — niebo tak niebieskie, że wyglądało jak namalowane przez dziecko, które miało tylko jedną kredkę i użyło jej na maksa. Powietrze pachniało skoszoną trawą od sąsiada, kwitnącymi jabłoniami, ciepłą ziemią. Sznury do suszenia rozciągnięte były między dwoma jabłoniami — starymi, wysokimi, z konarami rozłożystymi jak ramiona babki zapraszającej do objęcia. Jolanta wieszała pranie na tych sznurach od dwudziestu lat. Sznury były wymieniane co trzy lata — plastikowe, zielone, kupowane na metry w sklepie ogrodniczym — ale jabłonie były te same, te same od sześćdziesięciu lat, te same, które pamiętały poprzednich właścicieli, poprzednie prania, poprzednie ręce wieszające mokre koszule w wietrze.

Klamerki. Jolanta miała dwa rodzaje — drewniane i plastikowe. Drewniane wolała, bo nie zostawiały śladów na tkaninie i bo ładniej wyglądały — naturalne, ciepłe, zwietrzałe od słońca i deszczu. Plastikowe były praktyczniejsze — mocniejsze, pewniejsze, nie pękały na mrozie. Jolanta używała obu, naprzemiennie, bez systemu, sięgając do woreczka z klamerkami jak do worka z losami na loterii i wyciągając to, co wypadło. Dziś wypadły drewniane. Dobrze.

Pierwsza koszula Marka — biała, bawełniana, z kołnierzykiem, który Jolanta musiała ręcznie namaczać przed praniem w roztworze sody, bo kołnierzyk Marka zbierał brud z szyi jak rynna zbiera deszcz. Rozwiesiła ją na sznurze, rozłożyła rękawy, wygładziła przód. Koszula zakołysała się w wietrze — biała, pusta, z rękawami rozłożonymi na boki jak w geście poddania. Duch Marka, pomyślała Jolanta. Biały duch na sznurze, machający do nikogo.

Druga koszula. Trzecia. Czwarta. Kremowa — ta odeszła na emeryturę kolorystyczną. Prześcieradło — duże, podwójne, ciężkie od wody, wymagające dwóch klamerek na każdym rogu i jednej na środku, żeby nie zwisało do ziemi. Ręczniki — cztery, białe, gruby frotte, który po praniu był twardy jak tektura i dopiero po wyschnięciu na wietrze stawał się miękki, jakby powietrze robiło z nim to, czego nie mogła zrobić pralka.

O ósmej Jolanta wrzuciła drugi ładunek — kolorowe jasne. O dziewiątej trzeci — kolorowe ciemne. O dziesiątej — delikatne. Pralka pracowała bez przerwy, bęben się kręcił, woda szumiała w rurach, a Jolanta chodziła między łazienką a ogrodem jak wahadło zegara — z kosza do sznura, od sznura do kosza, z kosza do pralki. Rytm. Wszystko w tym domu miało rytm — pranie, gotowanie, sprzątanie, wstawanie, zasypianie. Rytm był szkieletem dnia, jak metrum było szkieletem wiersza. Bez rytmu dzień rozpadał się na kawałki.

Marek pojawił się o dziesiątej trzydzieści. Jolanta usłyszała go, zanim go zobaczyła — skrzypienie fotela, szelest szlafroka, plusk wody nalewanej do czajnika. Potem jego kroki — wolne, leniwe, w miękkich kapciach, które Jolanta kupiła mu dwa lata temu i które miały podeszwę tak cienką, że Marek właściwie chodził boso, tylko z cienką warstwą filcu między sobą a światem. Stanął w drzwiach kuchennych i patrzył na ogród.

Ogród wyglądał jak instalacja artystyczna. Między jabłoniami, na pięciu sznurach, wisiały dziesiątki sztuk prania — białe koszule, kolorowe bluzki, ciemne spodnie, jasne sukienki, ręczniki, prześcieradła, skarpetki w parach spięte klamerkami jak syjamskie bliźnięta, bielizna — jego i jej, intymna i zwyczajna jednocześnie, wystawiona na słońce i wiatr jak flagi kapitulacji. Marek patrzył na to z wyrazem twarzy, który Jolanta znała — mieszanina estetycznego niezadowolenia i intelektualnej ciekawości.

— Pięknie — powiedział. — Jak wystawa w muzeum etnograficznym.

— Nie pięknie — odpowiedziała Jolanta, wyciągając kolejny kosz mokrych rzeczy z łazienki. — Praktycznie.

— Praktycznie i pięknie się nie wykluczają, kochanie. Bauhaus zbudował na tym całą filozofię.

— Bauhaus nie prał twoich koszul, Marku.

Marek zaśmiał się i poszedł do salonu. Po chwili Jolanta usłyszała skrzypnięcie skóry — siadał w fotelu. Potem plusk — nalewał herbatę, bo dzisiaj wyjątkowo nie wino, bo „organizm po Wielkanocy potrzebuje detoksu, choć wątroba, Jolu, jak wiesz, regeneruje się sama, jedyny ludzki organ, który to potrafi, co jest fascynujące, bo oznacza, że ewolucja przewidziała, że będziemy pić”. Potem szelest — otwierał książkę.

Jolanta wieszała czwarty ładunek — delikatne. Wełniany sweter Marka, który prała w programie na trzydzieści stopni, w woreczku ochronnym, z płynem do wełny zamiast proszku. Sweter był szary, kaszmirowy, kupiony za pieniądze, które Marek dostał za granie na ślubie córki burmistrza trzy lata temu. Jedyny luksusowy ubraniowy przedmiot w jego szafie. Resztę — koszule, spodnie, marynarki — kupowała Jolanta, bo Marek twierdził, że kupowanie ubrań jest stratą czasu, która mogłaby być poświęcona czytaniu, i że Einstein nosił ten sam krój garnituru przez dwadzieścia lat, i że geniusz nie potrzebuje garderoby. Jolanta odpowiadała, że Marek nie jest Einsteinem, że Einstein prawdopodobnie miał kogoś, kto kupował mu te identyczne garnitury, i że ten ktoś prawdopodobnie był kobietą.

— Jolu — głos z salonu, niesiony przez majowe powietrze między drzwiami kuchennymi a sznurami. — Czytam coś interesującego.

— O historii prania?

— O historii mody. Skąd wiedziałaś?

— Intuicja, kochanie. Po dwudziestu latach intuicja. Kiedy myję okna, czytasz o szkle. Kiedy piorę, czytasz o modzie. Jesteś przewidywalny jak pory roku.

— Pory roku nie są przewidywalne. Klimat się zmienia. Za pięćdziesiąt lat w Bydgoszczy będą uprawiać oliwki.

— Ale ty nadal będziesz czytać w fotelu.

Cisza. Potem śmiech — krótki, niechętny, z nutą uznania. Jolanta uśmiechnęła się do mokrego swetra, który rozwieszała na sznurze w cieniu jabłoni, bo wełna kaszmirowa nie może schnąć na słońcu, bo słońce ją niszczy, bo kaszmirowe kozy z Mongolii nie ewoluowały po to, żeby ich sierść wisiała na sznurze pod Bydgoszczą w maju.

Skończyła wieszanie. Pięć ładunków prania wisiało między jabłoniami — czterysta metrów kwadratowych tkaniny, mniej więcej, jak policzyła kiedyś, kiedy nie mogła zasnąć i liczyła zamiast owiec metry kwadratowe prania, bo owce były abstrakcyjne, a pranie było realne. Czterysta metrów kwadratowych drugiej skóry — jej i Marka — wystawionej na wiatr, na słońce, na oczy sąsiadów, na ptaki, które czasem siadały na sznurze i brudziły prześcieradło odchodami, co wymagało ponownego prania, co wymagało ponownego suszenia, co wymagało ponownej cierpliwości, której Jolanta miała zapas jak Marek miał zapas słów — pozornie nieskończony, ale w rzeczywistości odmierzony, policzalny, kończący się pewnego dnia bez ostrzeżenia.

Wróciła do domu. Marek siedział w fotelu, herbata na stoliku, książka na kolanach. Jolanta poszła do kuchni, zjadła kanapkę — chleb, masło, ser żółty, pomidor — stojąc przy blacie, bo nie miała czasu siadać. Po kanapce wyciągnęła deskę do prasowania.

Deska do prasowania była stara — stalowa, z pokrowcem w niebieskie kwiaty, które z czasem wyblakły do odcienia szaroniebieskiego, jakby kwiaty przeżyły suszę. Jolanta rozstawiła ją w salonie, bo salon miał najlepsze światło i najwięcej miejsca, i bo prasowanie w kuchni oznaczało parę na szafkach i wilgoć na jedzeniu, a prasowanie w sypialni oznaczało zapach gorącej tkaniny w pościeli przez trzy dni. Salon. Zawsze salon. Deska stała dwa metry od fotela Marka, jak stolik operacyjny obok łóżka pacjenta.

Żelazko — Philips, parowe, z ceramiczną stopą, kupione cztery lata temu w promocji w Media Markt za sto dziewięćdziesiąt dziewięć złotych zamiast dwustu dziewięćdziesięciu dziewięciu, co Jolanta pamiętała z dokładnością do grosza, bo sto złotych różnicy to był tydzień zakupów spożywczych, a tydzień zakupów spożywczych to było siedem obiadów, siedem kolacji, siedem śniadań, dwieście dziesięć posiłków na dwie osoby, jeśli liczyć przekąski, a Jolanta liczyła przekąski, bo Marek przekąszał nieustannie — ser z lodówki, jabłko z miski, orzeszki z puszki, czekoladę z ukrytej szufladki w biurku, o której myślał, że Jolanta nie wie, ale Jolanta wiedziała, bo Jolanta wiedziała o tym domu wszystko, łącznie z miejscami, w których Marek chował czekoladę i łącznie z ilością czekolady, która z tych miejsc znikała, i nigdy o tym nie mówiła, bo mówienie o ukrytej czekoladzie byłoby naruszeniem jedynego sekretu, jaki Marek miał przed nią, i każdy człowiek zasługuje na jeden sekret.

Żelazko nagrzewało się. Dioda migała — czerwona, potem zielona. Gotowe. Jolanta wzięła pierwszą koszulę z tego, co już wyschło rano na sznurze — koszulę Marka, białą, bawełnianą, z kołnierzykiem. Rozłożyła ją na desce. Kołnierzyk najpierw — od środka, potem od zewnątrz, żelazko ślizga się po tkaninie z sykiem pary, bawełna prostuje się pod gorącem jak skóra pod dotykiem, każda zmarszczka znika, każde zagięcie się poddaje.

— Jolu — powiedział Marek znad książki. — Wiesz, co robisz?

— Prasuję twoją koszulę, Marku. To dość oczywiste.

— Nie, nie. Wiesz, co robisz naprawdę? Na poziomie molekularnym?

— Naprawdę nie chcę wiedzieć, co robię na poziomie molekularnym.

— Rozrywasz wiązania wodorowe. Bawełna to celuloza — łańcuchy cząsteczek glukozy. Kiedy mokra tkanina schnie, łańcuchy wiążą się ze sobą w przypadkowych pozycjach — to są zmarszczki. Żelazko podgrzewa tkaninę, woda z pary rozluźnia wiązania, a ciężar i ciepło żelazka układają łańcuchy równolegle. Prasujesz, Jolanto, czyli porządkujesz chaotyczne cząsteczki w uporządkowane struktury. Zmniejszasz entropię. Lokalnie. Tymczasowo. — Upił herbaty. — Bo po kilku godzinach noszenia koszula znów się pomnie. Entropia zawsze wygrywa.

— Entropia nie wygrywa, kochanie. Ja wygrywam. Bo ja znów prasują.

Marek pokiwał głową z miną człowieka, który docenia argument, ale nie zamierza się z nim zgodzić.

— Piękne. Walka z entropią. Jak Syzyf z kamieniem. Prasujesz koszulę, koszula się gniecie, prasujesz znów. Ale kamień Syzyfa przynajmniej nie brudzi się potem.

Jolanta prasowała dalej. Mankiety — najpierw wewnętrzna strona, potem zewnętrzna, guzik obchodzony żelazkiem jak samochód objeżdżający wysepkę na rondzie. Przód — lewy panel, potem prawy, każdy guzik to przeszkoda, którą trzeba ominąć, każda kieszonka to zakątek, do którego żelazko musi dotrzeć, bo nieprasowana kieszonka jest jak nieposprzątany kąt — nikt jej nie widzi, ale Jolanta wie.

— Chcesz wiedzieć, czym jest ubranie? — zapytał Marek tonem, który sugerował, że odpowiedź jest retoryczna.

— Ubranie jest ubraniem, Marku.

— Ubranie jest drugą skórą. To nie jest metafora. To jest fakt antropologiczny. Pierwsza skóra — biologiczna, ta, którą masz od urodzenia. Druga skóra — ubranie. Trzecia skóra — dom. Tak twierdził Hundertwasser, austriacki architekt, który malował budynki w kolorach i chodził boso po trawie, bo uważał, że linie proste są narzędziem diabła.

— Mądry człowiek.

— Szalony, ale mądry. I miał rację. Ubranie jest skórą, kochanie. Chroni cię przed zimnem, przed gorącem, przed deszczem, przed wzrokiem innych ludzi. Skóra biologiczna robi to samo — chroni przed patogenami, przed promieniowaniem UV, przed utratą wody. Obie skóry się zużywają — biologiczna się łuszczy, ubraniowa się wyciera. Obie trzeba pielęgnować — biologiczną kremem, ubraniową praniem. — Pauza. — Ale jest jedna różnica.

— Jaka?

— Ubranie można zdjąć. Skóry nie.

Jolanta odwiesiła wyprasowaną koszulę na wieszak. Biała, gładka, idealna. Kołnierzyk sztywny jak postawa wartownika, mankiety równe jak krawędź stołu, przód bez jednej zmarszczki. Koszula wyglądała lepiej niż Marek, kiedy ją nosił — Marek miał nawyk ciągnięcia za kołnierzyk, rozpinania górnego guzika, podwijania mankietów, jakby koszula go dusiła, jakby ta druga skóra była za ciasna, za uprzejma, za czysta.

Wzięła drugą koszulę. Białą. Identyczną. Marek kupował — to znaczy Jolanta kupowała mu — te same koszule od lat. Białe, bawełniane, prosty krój, kołnierzyk klasyczny. Cztery sztuki rocznie, bo po roku białe koszule stawały się kremowymi, a kremowe stawały się ścierkami do podłogi, a ścierki do podłogi stawały się szmatami w garażu, a szmaty w garażu stawały się częścią czarnego worka na śmieci zmieszane. Cykl życia koszuli. Degradacja, jak mówił Marek o recyklingu. Z każdym wcieleniem gorsza.

— Wiesz, Jolu — Marek odłożył książkę i pochylił się do przodu w fotelu, łokcie na kolanach, dłonie splecione — co się dzieje z ubraniem, kiedy je nosisz? Na poziomie fizjologicznym?

— Brudzi się.

— Ale czym się brudzi? Co wchłania tkanina noszona na ciele przez dzień?

— Pot, Marku. Pot. Wszyscy się pocimy, nawet ty, choć udajesz, że nie.

— Pot. Tak. Pięćset do siedmiuset mililitrów dziennie — w spoczynku, bo przy wysiłku fizycznym do dwóch litrów na godzinę. Pot jest w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach wodą, ale ten jeden procent jest fascynujący. Chlorek sodu — sól. Mocznik — ten sam, który wydalasz z moczem. Kwas mlekowy. Kwas moczowy. Aminokwasy. I feromony, Jolanto. Feromony — substancje chemiczne, które komunikują informacje innym osobnikom tego samego gatunku. Twoja koszula, po dniu noszenia, jest listem chemicznym, który mówi o tobie wszystko — ile się stresowałaś, co jadłaś, czy byłaś zdrowa, czy byłaś chora, czy byłaś podniecona.

— Marku.

— To nauka, kochanie. Kryminalistyka wykorzystuje to od lat. Psy policyjne tropią ludzi po zapachu — po śladzie molekularnym, który zostawiamy na ubraniach, na meblach, na podłodze. Gdyby technika była wystarczająco czuła, z jednej twojej skarpetki można by odtworzyć cały twój dzień — gdzie byłaś, ile chodziłaś, jaką temperaturę miały twoje stopy, ile się stresowałaś, ile kalorii spaliłaś.

— To jest trochę przerażające.

— To jest piękne, moja droga. Każde ubranie, które wrzucasz do pralki, jest odciskiem ciała, które je nosiło. Archiwum dnia. Kiedy pierzesz, kasujesz to archiwum. Detergent rozbija tłuszcze, białka, sole — rozpuszcza chemiczną historię dnia i spłukuje ją do kanalizacji. Pranie jest amnezją tkaniny.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 88.92