SŁOWO WSTĘPNE
Nie przestaję się dziwić, że zbiór ten jest debiutem poetyckim Przemysława Trenka, twórcy od lat funkcjonującego w przestrzeniach medialnych, a nawet publicznych, którego wiersze od czasu do czasu pojawiają się, wyświetlane na krakowskich murach.
Znajdziecie tu rzetelny namysł nad światem, nieobojętność wobec tego, co poeta postrzega i czuje, echo rozległych lektur, z którymi czasem współbrzmi, a czasem polemizuje, analizę własnych emocji bez taryfy ulgowej, ale i czułość w wielu jej odcieniach i liryczny oddech.
Daria Danuta Lisiecka, redaktorka Radia z Qlturą, współredaktorka magazynu „Babiniec Literacki”
***
„Dom dziurawych tęsknot”, to tomik który odsłania miejsca, w których życie już od dawna nie jest oczywistością. Każdy kolejny dzień negocjuje się z bólem, lękiem i pamięcią. Wiersze Przemka są zapisem takiej właśnie codzienności — rozpinającej się między szpitalnym korytarzem a domową kuchnią, między tarasem z kolejnym papierosem a wnętrzem własnej głowy, która nie daje wytchnienia. Autor nawet nie próbuje szukać „ładnych” odpowiedzi na „brzydkie” pytania. Mówi wprost o depresji, uzależnieniu, o ciele i śmierci, nie dodając do tego żadnych dekoracji, za to robi to z czułą ironią i autoironicznym humorem, który bywa ostatnią formą obrony.
W zebranych tu tekstach spotykamy Harasymowicza, Ginsberga, Burroughsa i Beksińskiego, ale też, co ważniejsze, bardzo osobisty głos kogoś, kto już wie, że „nie wszystko da się powiedzieć”, a mimo to uparcie stara się nazwać własny mrok. Przemek Trenk przedstawia w tym tomiku świat oniryczny, pełen „little people”, sznurów w lesie, sal szpitalnych, pustych butelek i ławki ojca, a jednocześnie tak zaskakująco bliski, bo rozpoznajemy w nim własne zmęczenie, własny wstyd i niezgodę na to, co jest. Można powiedzieć, że poezja jest tu autoterapią, próbą utrzymania kontaktu z samym sobą, kiedy wszystko wokół się rozpada.
„Dom dziurawych tęsknot” to nie są wiersze „do poduszki”, raczej do czytania przy lampce nocnej, kiedy miasto już śpi, i człowiek zostaje sam z myślą, że może „mentalnie jest trupem”, ale nadal potrafi mówić. Pozwól się poprowadzić tym głosem, a być może odkryjesz, że w tej bezlitosnej szczerości jest coś oczyszczającego, mianowicie prawo do słabości, do wahania, i do kolejnej próby.
Niech to „słowo wstępne” będzie tylko uchyleniem drzwi. Resztę, czyli całą drogę przez rozdarcia egzystencjonalne, czarny humor i czułe tęsknoty — odbędziesz osobiście, razem z Autorem.
Agnieszka Dyszak, redaktorka
Egzystencjalne rozterki
nie rozumiem tego świata
chyba nigdy go nie rozumiałem
mam wyobrażenia jak mógłby działać ale
gdzieś między perspektywą myśli
a dysonansem moich o nim pojęć i osądów
zgubiłem wiarę że jeszcze będzie dobrze
na wycieraczce znów ślady błota
pukanie do drzwi
ten natręt spod siódemki
przyszedł zapytać czy oglądam mecz
tak do cholery oglądam
z niekłamaną przyjemnością zamykam przed nim drzwi
czekam w napięciu aż trzasną
chwilę potem mam wyrzut sumienia
otwieram je
mam wrażenie że wszystko wokół się zacieśnia zawęża
podwórko ma coraz mniej miejsca na pranie
w piaskownicy pod oknami pies
tej grubej i pyskatej blondyny
wciąż zostawia dowody na to że jego system trawienny
pracuje na wysokich obrotach
zastanawiam się jakby to było
gdyby świat zaczął kręcić się w przeciwną stronę
wieczorami gdy wszystko wokół zamiera
siadam w bujanym fotelu
z poezją Harasymowicza
myślę że tak trzeba brnąć przez mgłę
wspinać się po schodach
świat już taki jest
tylko ta jedna mała igiełka pod paznokciem
gdzie w nim jest miejsce dla mnie
Lunatic Lady w zamkniętym obiegu krwi
a co jeśli zagrożenie wynikające z (nie)tęsknienia
to potencjalnie (nie)możliwy mechanizm
który w(y)tłacza w nas obraz wciąż (nie)doskonałej miłości?
zakładam że ów mechanizm
na emocje raczej nie wpływa
chociaż czysto teoretycznie
można teoretyzować czy aby na pewno
a jeśli emocje chorują na arytmię?
zachwianie rytmu ich przebiegu
ta jedna najważniejsza myśl
lunatykuje w zamkniętym obiegu krwi
(nie) szuka drogi powrotnej
pierwotnej materii
dostrzegasz w tym brak symetrii
i kompletny brak logiki
obraz jest tylko złu(wi)dzeniem
z tęsknotą związany (nie)rozerwalnie
cierpisz na podskórne wylewy ukrytych pragnień
które zapamiętujesz
zapisujesz na skasowanych biletach
wielowymiarowość wielokryterialność
(nie)świadomej miłości sposób jej wyboru
bezwolność i losowość skutków jej (nie)używania
węzłem małżeńskim związana z
zabawy farmakologią
z powodu kolejnej pustej nocy
bywają (nie)często śmiertelne
chyba że w porę
zażyję zdrowego(rozsądku)
Dzień otwarty w domu wariatów
spójrz jaki ładny szpital psychiatryczny
dom wariatów tuż przy pomniku Pregabaliny i Relanium
wyostrzyli prętom w ogrodzeniu troskliwe zakończenia
by beneficjenci na koszt państwa
wiedli w miarę bezpieczne życie
do swojego końca
a teraz pora na kolejny zastrzyk
spójrz jaki ładny dom wariatów
na pierwszy rzut oka pierwsza klasa
tylko łoża jakieś takie madejowe
i pasy wrzynają się w nadgarstki
jeden z lekarzy
zapewne też pacjent w sekrecie
pływa nago w suchym basenie
w niedziele zawsze są odwiedziny
przychodzą rodziny tych co noszą koszulki
z napisem „kopnij mnie w dupę”
przywożą im ciastka z Biedronki
Krystynki z Ciechocinka
i czekoladę która nie przeszła kontroli jakości
w toruńskim Koperniku
jeden z profesorów
specjalista od napadów normalności
trzyma na smyczy szczoteczkę do zębów
kruk ubrany w biały kitel
siedzi przy żółtej bramie
wskazując napis
„Łatwo tu wejść, lecz znacznie trudniej wyjść”
Rocznik 1976
w sumie to mam lat naście
nigdy dzieścia
czy dzieści
i nie jestem pewien czy kiedyś
do siebie dojrzeję
może to chwilowe
(za)chwianie emocjonalne
a może (nie)pewność
jutra
a wszystko skupia się na tym
żeby nie upaść na mordę
na śliskim lodzie człowieczej egzystencji
czy to w ogóle możliwe?
zastanawiam się czy łyżwy naostrzone
zapięcia mocne
czy stopa dobrze się ułoży
a jeśli upadnę
może by tak przyspawać
dodatkową płozę?
ludzie powiadają że dzieci
łatwo się przewracają
zwłaszcza te na wózkach inwalidzkich
boję się
ale ten lęk odkładam na jutro
pojutrze
miesiąc
rok
dziś staję twarzą w twarz
z tym zarośniętym facetem w lustrze
i znów jestem dzielny jakbym
miał lat naście
Niewiadoma X
myślisz że powiedzą coś więcej
niż powinieneś wiedzieć?
myślisz że wiedzą o tobie więcej niż ty sam?
powiedzą tylko tyle
ile muszą
powiedzą tylko tyle
ile wynajęty speaker tele(wizyjny)
nie będzie przerwy na reklamę modlitwy
rachunku sumienia
tylko suche fakty
jak żyłeś i jak umarłeś
kilka uciętych fotek
obraz kaplicy
i wynajęte płaczki
nie będzie tacy
świeczek i kwiatów
przemowy i smutku
będą twarze wycięte
z lokalnego szmatławca
tanie wino i catering za trzy grosze
będzie sztuczny śnieg
sztuczne łzy
i przecinek nad ypsylonem
zamiast tej dantejskiej damasceńskiej kropki
nie powiedzą ci jak tam jest
nie przeprowadzą na drugą stronę
ale pomogą ci przyjść na świat
tylko po to abyś wcale nie miał lepiej
niż ich bóg zamknięty w czterech ścianach
grząskiej wiary żeś kurwa nieśmiertelny
nie wierzysz?
dotknij zimnych drutów wystających z ich twarzy
Początek i koniec
spoglądam na ciebie z perspektywy
ukrytych pragnień
znów trzymasz stopy w ciepłych dłoniach
wiersz pieścisz pod językiem
herbata z wierzbówki ogrzewa
twoje serce gdy przyciskasz kubek do żeber
a moje włosy splecione w samurajski kok
wrastają w ziemię
wymawiam umowę najmu
m1 na cmentarzu
nie stać mnie na drogi czynsz
niech ten łajdak wiatr
strąci ze mnie naiwność
uciekam i wracam do siebie
jak ten marnotrawny
licząc że nie będę sobie współczuł
znów niesiesz moje serce
nie patrząc w szpary mokrych chodników
z nieba spadł parowóz
miał wagony pełne wciąż
nieprzeczytanych książek
nucę tobie do ucha refren
ułożonej przeze mnie piosenki
„wniknij ze mną w lewą stronę skóry
nie pytając o miłość”
nieśmiertelność
ona zaczyna się tam
gdzie krew krąży w odwrotną stronę
tam wszystko ma swój początek
Gdy stanę się czerwonym karłem
w pół oddechu gwiazdy
zatrzymałem dotyk na mokrym policzku
jestem planetoidą samotnie wędrującą
przez galaktyki dłoni
czas i przestrzeń wypełniam czułą membraną
wchłaniam cię jak czarna dziura
pochłaniam pocałunki i spojrzenia
z mgławicy twoich źrenic
kwazary pragnień skrywam
pod cienką warstwą pyłu gwiezdnego
gdy stanę się czerwonym karłem
pozwól bym zgasł będąc w tobie
Nie jestem łatwy w obsłudze
nie łatwo jest mnie kochać
zwłaszcza wtedy gdy moje serce
ma wiele funkcji
a dłoń odpala cygaro
i podnosi do ust zwietrzałą whisky
nie łatwo jest mnie kochać
kiedy przytulam bezdomne koty
zwłaszcza wtedy kiedy
wyjmuję z oczu kłodę
mojej w tobie obecności
myślisz że łatwo jest mnie kochać
że jestem (bez)wolny?
wyhodowałem dzikie wino
i proszę o łaskę dostąpienia
odkupienia win których nie
myślisz że kochać mnie jest łatwo?
musiałabyś wyciąć dzikie wino
i zebrać to co po nim pozostało
Zapiski sprośnego lunatyka
noc pęcznieje a pod łóżkiem
moje smoki igrają z ogniem
krzyk przerażenia jest taflą
zimnego szkła
zacząłem się modlić
po drugiej stronie lustra
ja wypowiadam słowa
niezrozumiałe śmiertelnikom
ona słucha i wzajemnie się przenikamy
świt wbił sobie ostry miecz
popełnił rytualne samobójstwo
rozlała się czerń gęsta i lepka
czy bezsenność może uzdrawiać?