E-book
29.93 20
drukowana A5
48.97
Dom bez adresu
30%zniżka

Bezpłatny fragment - Dom bez adresu


Objętość:
210 str.
ISBN:
978-83-8455-295-7
E-book
za 29.93 20
drukowana A5
za 48.97

RÓBŻE CO SAM

UWAŻASZ

(TU PALCAMI KRĘCI), ALBO NIE UWAŻASZ

(I PALCAMI KRĘCI), BO JUŻ GŁOWA TWOJA

W TYM (ZNÓW

PALCAMI KRĘCI), ŻEBY CIĘ

CO ZŁEGO

NIE SPOTKAŁO, ALBO

I SPOTKAŁO (I ZNÓW KRĘCI).


Witold Gombrowicz

Trans-Atlantyk

.

Wszystkie postacie występujące w książce są wytworem wyobraźni autora, a ich ewentualne podobieństwo do osób rzeczywistych jest całkowicie przypadkowe.

Publikacja zawiera śladowe ilości wulgaryzmów, opisy przemocy i sceny erotyczne, a także treści dotyczące spożywania alkoholu i palenia tytoniu. Ze względu na powyższe elementy, książka jest przeznaczona wyłącznie dla czytelników dorosłych.

lato

Wiktor

Upał wibruje nad taflą jeziora, horyzont zaczyna drgać i pękać, odsłaniając szczeliny, przez które sączy się inna, obca rzeczywistość. Krajobraz traci swoją stabilność; drzewa po drugiej stronie brzegu wydłużają się w nienaturalne, ciemne pasma, które powoli mieszają się z taflą wody. Woda chłonie je bez oporu. Coś się kończy.

Zamykam oczy.

Leżę w hamaku, a przyjemny wiatr łaskocze mnie po gołych stopach. Słyszę durny, ciepły wiatr i nie opuszcza mnie wrażenie, że w każdej chwili mogę upaść w trawę. Gdy podmuch wiatru staje się słabszy, z zamkniętymi oczami wsłuchuję się we wszystko, co moje uszy są w stanie wychwycić. Wsłuchuję się w dźwięki docierające do mnie z domu. W kuchni ona odkręca wodę. Brzęczą sztućce. Za chwilę trzask kubka, który rozbija się o posadzkę. Krzywię się jak w bólu. Jest gorący letni dzień, niemal czterdzieści stopni upału.

Otwieram oczy.

Nic już mnie nie obchodzi. Kiedyś było inaczej, ale to nie ma znaczenia. Kiedyś bym zareagował, kiedyś pobiegłbym do kuchni. Próbuję sięgnąć pamięcią wstecz, próbuję wyłowić coś z pamięci, jakiś konkret, ale obrazy są mętne, pozbawione wyrazistości. Patrzę na swoje bose stopy. Wyglądają obco. Zostały nam tylko cichy dźwięk zamiatanych odłamków porcelany i zapach rozgrzanej trawy. To wystarczy. Jest mi dobrze z tą pustką.

Przede mną dom, widzę belki, które dawno powinienem pomalować. Słucham owadów tnących gorące powietrze. Tak już po prostu jest.

Największe kłamstwo dzieciństwa — nadzieja, że dorosłość to odpowiedzi. Myślałem, że kiedy dorosnę, zrozumiem wszystko. Trzeba tylko poczekać! Oszukiwałem się od samego początku. Od początku, od podstaw. Chciałem wiedzieć, kto ma rację w sprawie Boga i życia po śmierci. Myślałem, że zrozumiem sens świata. Czy po śmierci jest życie, czy będzie tak jak przed narodzinami. Kto albo co za to wszystko odpowiada. Wmawiałem sobie nawet, że zrozumiem sens życia i natury. Muszę tylko poczekać, bo mały chłopiec nie zrozumie wszystkiego, jak należy. Mały chłopiec wierzy w takie rzeczy. Lubimy takie małe, nieszkodliwe kłamstwa. Przecież nic się nie zmieniło, a im więcej wiemy, tym mniej rozumiemy. I dobrze! W końcu żyć znaczy odpuszczać.

Zamykam oczy.

Oddycham spokojnie. Liczę oddechy. Otwieram je i znów jestem nad wodą, widzę to samo, znane jezioro. Zapowiada się kolejna leniwa niedziela, a żar leje się z nieba. Powinienem przenieść się w cień, moja skóra zaróżowiła się już wczoraj. Po tej stronie jeziora jestem sam. Na drugim brzegu kilka par, dzieci i psy chowające się w cieniu. Dzieci mącą wodę. Robią hałas. Moim zdaniem — zupełnie zbędny.

Żyć znaczy odpuścić. Miałem tyle czasu i nauczyłem się tylko tego, że jestem ja i moje życie. Dwa odrębne byty. Tolerujemy się nawzajem tylko w chwilach, gdy jedno z nas pójdzie na kompromis.

Mija godzina.

Przez ten czas cień sam zdążył mnie okryć. Słońce się przesunęło, a ja zostałem w tym samym miejscu. Leżę i czekam.

Wtedy pojawia się ona, wychodzi z cienia drzew. On wynurza się niemal jednocześnie, gdzieś pośrodku akwenu. To mały akwen. Nie zarejestrowałem momentu, w którym wszedł do wody. Zastyga w bezruchu, dryfując na plecach z szeroko rozłożonymi ramionami. Na tle gładkiej tafli przypomina krucyfiks. Ciemny i nieruchomy.

Ona siada kilka kroków ode mnie na starym kocu. Wyciąga książkę w białej okładce. Czuję jej wzrok — sprawdza, co czytam. Posyłam jej niepewny uśmiech. Odpowiada tym samym. Przez chwilę jest inaczej.

Wracamy do swoich książek. Ona do swojej, ja do swojej. Nie potrafię rozpoznać tytułu z tej odległości, co sprawia, że nie mogę się skoncentrować na tekście, który mam przed oczami. Słowa uciekają.

Po dwudziestu minutach on wychodzi na brzeg. Teraz oboje, ja i ona, śledzimy jego ruchy. Jest niższy, nieco młodszy, z włosami w kolorze miodu. Zbyt włochaty jak na mój gust, ale słońce robi swoje — mokre owłosienie na brzuchu i klatce piersiowej mieni się czystym złotem. Patrzymy na niego w milczeniu.

Uśmiecha się najpierw do mnie, co nieco mnie peszy Potem kieruje ten uśmiech w jej stronę. Siada na kocu. Najpierw wyciera twarz i głowę czarnym ręcznikiem. Przewiesza go niedbale przez szyję. Otwiera piwo i pije je ze szklanej butelki.

Intrygujący portret. Już wtedy odniosłem takie wrażenie. Wydaje się całkowicie niezdyscyplinowany. Nie dba o to, jak jego członek odznacza się w ciasnych kąpielówkach. Ma lekkie spojrzenie, być może zbyt lekkie, całkowicie wolne od trosk. Jakby oboje przyjechali tu tylko po to, by cieszyć się słońcem i chłodem wody.

Na moim czole zawsze gości jakaś zmarszczka, rodzaj stałego zmartwienia. Zadręczam się drobiazgami: wyglądem, nieładem we włosach. Jakby to miało znaczenie. Wiem. Jestem typem zdyscyplinowanym, niewolnikiem kontroli, który co rusz zerka za siebie, jakby czuwał albo zwyczajnie czegoś się bał.

Czuwanie to najodpowiedniejsze słowo. Lepsze niż strach. Bez dwóch zdań. Zerkam, sprawdzając, czy nikt nie narusza mojej strefy — ani człowiek, ani zwierzę. Wracam do lektury.

Nie jestem nieśmiały, tak mi się przynajmniej zdaje. Po prostu nie mam chęci mącić swojego spokoju. Im też nie chcę go odbierać. Każdy z nas ma swoją książkę i swój kawałek brzegu.

Siedzą w ciszy, jakby wyczerpali już wszystkie tematy albo byli dla siebie obcy. Jakby już się w życiu nagadali. Nie podoba mi się to. Mija chwila, zanim ona zaczyna wyszeptywać mu fragmenty lektury. Nie słyszę, co czyta. On nie komentuje. Patrzy przed siebie. Najwyraźniej tak właśnie powinno to wyglądać.

Dopiero teraz to widzę, że to miejsce jest pozbawione uroku. Niewielka woda w marnym lasku pośród pól, z dala od miasta. Teren jest nieco podduszający przez gęsty zapach rzepaku. Przyjeżdżają tu głównie faceci po pracy, chcą popływać.

Nudna okolica. Nie słyszałem nawet, żeby ktokolwiek tu kiedyś utonął. Nic się nie dzieje.

Piętnaście minut po ostatnim szeptanym fragmencie chłopak wstaje i zdejmuje kąpielówki. Wykręca je. Mój wzrok go nie krępuje. Tutaj, poza mną i jego partnerką, nikt na niego nie patrzy. Zaraz i ona zrzuca z siebie wszystko. Wchodzą do wody i znikają pod powierzchnią. Zostaję sam na brzegu.

Mokre kąpielówki leżą porzucone w trawie.

Oboje pływają w pewnej odległości od siebie. Kiedy ona kładzie się na plecach, jej piersi stają się najjaśniejszym punktem pod słońcem. To śliczne piersi. On wychodzi z wody pierwszy. Ma wzwód. Patrzę na to i nic nie czuję. Po prostu patrzę.

Mięsiste i silne ciało zaraz powróci na słoneczny ruszt. I znów ta uderzająca lekkość bycia — totalny brak wstydu i absolutna obojętność na cudze spojrzenia.

Wygląda przecież pięknie i dziko.

Ta chwila i ten dzień muszą mu sprawiać niemałą rozkosz.

Tylko ciało jest w stanie oderwać mnie od czytania. Patrzę. Poddaję się temu i na moment znów zapominam o tekście.

Wracam do czytania, ale oboje mają już świadomość, że ich obserwuję. Nie potrafię tego wyjaśnić. Gdyby nagle zaczęli robić coś niestosownego, chciałbym być tego częścią. Ta myśl, to pragnienie mnie zawstydza i pogłębia moje poczucie samotności.

Lato potrafi być naprawdę piękne, ale ma to swoją cenę. Jak wszystko, co piękne, potrafi ranić wspomnieniami. Tymi, które nabierały kształtu w przeszłości.

Zamykam oczy.

Mocno dociskam powieki, starając się powstrzymać łzy. Czuję, jak dobija się do mnie nieszczęście. Czekało na odpowiedni moment. Znam się na uczuciach. Wiem, kiedy przegrywam.

Ona

Wynurzam się z wody, czując, jak moje ciało w końcu oswoiło jej chłód. Dostrzegam cienką, czerwoną strużkę spływającą po moich udach. To te dni. Zupełnie spokojnie podchodzę do Igora.

Ten obcy z książką, siedzący niedaleko nas, patrzy na tę scenę wzrokiem nienasyconym, niemal wampirycznym. Igor klęka i, nie zważając na niego, białym ręcznikiem wyciera krew z moich nóg. Kilka łez spływa mi po policzkach. Siadam blisko. Myślę o tym, co nas spotkało w ostatnim czasie. Usypiam w cieniu, otulona zapachem wody bijącym od jego ramienia.

Igor

Gapię się na niebo. Wygląda jak rozlana, brudna sperma. Gęste, białe kłęby przybierają kolor kilkudniowego siniaka, już szarzeją i za parę minut zafundują nam niezłe lanie. Burza wisi w powietrzu.

Mielę w głowie słowa, które przed chwilą usłyszałem, ale nie mam siły ich komentować. Szkoda śliny. Czasami milczenie to jedyna rzecz, której nie da się spierdolić. Wtedy to zauważam. Łapię tego kolesia obok na tym, jak zerka na moje ciało i ciało L. Siedzi tam z tą swoją książką i świdruje nas wzrokiem. Siedzi tam i gapi się na nas jak na obrazek.

Burza będzie tu za parę minut.

Postanawiam być, kurwa, uprzejmy. Podejdę do tego typa i spytam, czy nie dostanie szału od mojej muzyki. Mam zamiar puścić parę klasycznych nut z małego, trzeszczącego pudełka, które ledwo zipie. Mały grat z jeszcze mniejszą pamięcią niż ja po trzech głębszych, ale gra. Czasem to wystarczy, żeby przetrwać dzień.

Zaraz lunie.

Widzę, że gość ma strach w oczach, kiedy staję nad nim w tym upale. Drży, kiedy staję przed nim. Nawet nie wpadłem na to, że moja goła dupa może mu przeszkadzać. Może faktycznie zapomniałem, że paraduję na waleta, a może zwyczajnie gówno mnie obchodzi, co on o tym sądzi. Stoję tam taki, jakiego mnie stworzyli. Nagość to tylko brak warstw. Można o niej zapomnieć tak samo, jak zapomina się o smaku taniej kawy o poranku.

Mówi, że muzyka mu nie przeszkadza. Spokojnie, bez zbędnego gadania. Wygląda na to, że kupił ten pomysł. Dobra nasza. Przynajmniej jeden problem z głowy. Wracam do L., włączam to trzeszczące pudełko i czekam, aż niebo w końcu pęknie.

Wiktor

Niebo pociemniało. Chmury, które jeszcze przed chwilą były białe, teraz stały się ciężkie, ołowiane. Za chwilę zacznie padać. Powietrze stało się chłodniejsze, czuć było zapach mokrego pyłu.

Stoi przede mną nagi. Jest naprawdę włochaty. Nie sposób odwrócić wzroku od żadnej części ciała tego człowieka. Daję mu dwadzieścia dwa lata.

Odchodzi zadowolony. Włącza muzykę cicho. Jakby las i woda miały swoje prawa.

Całuje dziewczynę. On Całuje ją. Ona zerka w moją stronę i mam pewność — ona już wie. Odnoszę wrażenie, że rozumie moje patrzenie. Pyta nagle, jej głos jest z początku zachrypnięty. Pyta, czy nie szukam pokoju. Brakuje im współlokatora, szukają trzeciej osoby do czynszu. Ma świeży, spokojny, pełen ciepła głos.

Czy szukam pokoju? Wszyscy szukamy.

W pewnym sensie wszyscy szukamy. Podnoszę się i podchodzę do nich. Mówię, że faktycznie rozglądałem się ostatnio za nowym adresem. To moje pierwsze kłamstwo. Dodaję, że znalezienie odpowiednich współlokatorów graniczy z cudem. Brzmi to sensownie. Prawie sam w to wierzę. Patrzę im w oczy i czekam na reakcję.

„Nigdy nie ma odpowiednich”, odpowiada nagi chłopak.

Częstuje mnie papierosem z pogniecionej paczki, ale dziękuję. Mówi, że rozmawiam z Igorem i Lilą. Dorzuca, że ona jest pisarką. Bije z niego dziwna, niemal dziecięca radość, gdy to mówi. Cieszy się tym wyznaniem.

„Jako zwykły śmiertelnik możesz uznać to za pornografię, ale dla mnie to wyłącznie wspomnienia”, mówi Lila, gdy pytam, czego spodziewać się po jej tekstach.

Stoję na tyle blisko, że w końcu mogę przeczytać tytuł i nazwisko na okładce. Interesujące. To jej książka. Napisała ją — imiona na okładce i te, które podał Igor, zgadzają się. Pierwsza Lila, jaką spotkałem. Patrzę na nią i na litery. To ta sama osoba. Siedzi tu, na starym kocu, obok nagiego faceta, i trzyma w rękach swoje wspomnienia oprawione w papier.

Pokazuję im okładkę swojej książki. Wymieniają spojrzenia.

Na moment zapominam o ich ciałach.

„Kiedy musiałbym się wprowadzić?”, pytam. Igor powtarza to słowo pod nosem, jakby wyłapywał moją spiętą naturę.

„Musiałbym” — mruczy Igor. Nie ironizuje. Jest po prostu pogodny.

„Powinieneś zobaczyć dom, czy ci się spodoba”, wtrąca Lila. „Sprawdzić, czy ci pasuje”.

Odpowiadam, że moja kawalerka jest tak mała, że wszystko będzie lepsze.

Powiedziała dom.

Dom to obowiązek. Nie wyglądają na ludzi, którzy przejmują się takimi rzeczami. Może to tylko moja powierzchowna ocena. A może to dom, w którym porządek jest kategorią prywatną, osobną dla każdego. Może to dom, w którym porządek każdy ma własny. Czy nie o to w tym wszystkim chodzi? Że dom to nie tylko suma pomieszczeń, ale przede wszystkim zbiór różnych, równoległych porządków.

Igor podaje mi jasne piwo. Piję bezpośrednio z butelki, którą przed sekundą trzymał w ustach.

„Dom, mówicie”.

„Dom pod miastem, dwoje lokatorów i my — Igor i Lila. Co ty na to?”

Byłbym piątym.

„Jest kot”.

Jeśli się zgodzę, będę szóstym mieszkańcem.

Nie dopytuję o pozostałych, na razie mnie to nie interesuje. Wrócę do czytania i spokojnie nad tym pomyślę. Lila mówi tym swoim kojącym głosem. Mówi, że bywają tutaj często przez całe lato.

„Znajdziemy się”, dodaje.

Duchota staje się nie do zniesienia. Nagle wpada mi do głowy, żeby się rozebrać. Zrobić to, co oni. Wchodzę do wody. Zrzucam ubrania i wchodzę do jeziora.

Dociera do mnie jej szept, ledwie słyszalny nad taflą wody. Mówi, że lekturę dokończę później. Stoję w wodzie po ramiona. Jej głos niesie się po wodzie, a ja czuję, że moja samotność właśnie się skończyła.

Moje ciało musi również zwracać ich uwagę. Czuję ich wzrok na swoich plecach i pośladkach, gdy idę w stronę wody, aż wchodzę do jeziora. Nie widzę ich twarzy, ale mam przeczucie, że nie opuszczą mnie prędko. Uśmiecham się pod nosem, myśląc o tym, jakie to wszystko jest naiwne, ale w tej sekundzie nic innego nie ma znaczenia.

Lila

Wysoki, o atletycznej sylwetce, człowiek o ciekawym głosie i nieco niespokojnej duszy.

To pierwsze wrażenie, jakie zapisałam w pamięci. Ten jego niepokój wymalowany w niepewności ruchów, w drganiu tęczówek i w tej dziwnej, bolesnej sztywności ciała.

Już jest nasz.

Stał się częścią naszej małej konstelacji. Studiuję wzrokiem jego czarne, słabe owłosienie — genitalia, pachy, wąsik i klatka piersiowa i oczy tak ciemne, że można w nich zbłądzić bez powrotu. Skóra ma różowy odcień, słońce mocno go przypiekło.

Skąd się wziął? Pewnie znikąd, jak wszyscy tacy jak on.

I skąd w tym spiętym człowieku wzięła się ta nagła, pierwotna odwaga, by pokazać nam swoje nagie ciało, by obnażyć przed nami swoją kruchość?

Jest w nim coś, co mnie pociąga. Podoba mi się.

Zapowiada się na interesującego człowieka, pełnego tajemnic do odkrycia.

Intryguje mnie, jak reaguje na bliskość oraz obecność drugiego człowieka, a przede wszystkim — na czułość.

Jaki ma zapach? Jak pachnie i jak smakuje? Chcę go poznać całym swoim ciałem.

Wiedziałam, że Igor ma w głowie te same pytania, które pulsowały we mnie, więc posłałam mu porozumiewawczy, serdeczny uśmiech. Powoli musieliśmy się zbierać. Niebo nad nami ostatecznie spuchło od szarości i zaczęło kropić.

Wciąż było gorąco i duszno, mimo nadchodzącej burzy.

Czy zobaczymy się jeszcze?

Zaczął padać mocny deszcz, ale to nie przeszkadzało Wiktorowi. On dalej stał w wodzie i patrzył na nas. Ta ulewa była mu potrzebna.

Igor

W wodzie skubany wyglądał po prostu pięknie.

Wtedy jeszcze do mnie nie docierało, że patrzę na coś więcej niż tylko mokre ciało. Patrzyliśmy na niego, nie wiedząc, że aż tak bardzo nam podpasował.

Bez zbędnych pytań, po prostu mi się spodobał.

Wiktor

Zaczęli zwijać koc. Igor po raz ostatni wykręcił kąpielówki, Lila starannie złożyła ręczniki.

Pomachali mi na odchodne — on pierwszy, z szerokim uśmiechem.

Nie gasili tych uśmiechów, bynajmniej nie do chwili, dopóki nie zniknęli za drzewami.

Odchodzili w ciszy, nie mówiąc do siebie ani słowa, co wydało mi się interesujące.

„W porządku!”, wykrzyczałem w stronę ich oddalających się pleców. „Miłego wieczoru!”. Nie czekałem na odpowiedź. Teren wokół jeziora opustoszał w ciągu kilku minut. Zostałem sam z deszczem. I z ich propozycją.

Wyszedłem z jeziora, a krople deszczu przyjemnie uderzały w moje plecy. Uśmiechając się do własnych myśli, zacząłem się ubierać. Za moment zatrzasnę drzwi auta i ruszę w stronę Szczecina. Wrócę do tej ciasnej kawalerki, która od dzisiaj zaczęła wydawać mi się jeszcze mniejsza. Do wynajmowanego życia.

Czy naprawdę chciałbym zamieszkać z nieznajomymi ludźmi? Nie robiłem tego od czasu studiów. Pytanie brzmi, czy będę potrafił do tego wrócić i odnaleźć się w takim wspólnym życiu. Czy będę potrafił znów dzielić z kimś kuchnię i poranki?

Mam przecież swój porządek, a poza tym na pewno mam też jakieś granice. Właśnie tutaj może pojawić się problem. To wszystko siedzi w głowie, gęste i nieruchome. Przekraczanie tych barier może być bolesne. Dla mnie, rzecz jasna, niezależnie od tego, czy to ja złamię zasady, czy pozwolę komuś innemu wedrzeć się do mojego ogrodu.

Z drugiej strony lubię ludzi…

Absurd tej myśli szczerze mnie rozbawił.

Lubię kontakt z człowiekiem, o ile — to istotne zastrzeżenie — odbywa się on na moich warunkach. Czasem, raz na jakiś czas, potrzebuję nawet bliskości.

Pytanie brzmi, czy to jest to, czego teraz potrzebuję. Czy to jest ten moment.

Dać szansę sobie i innym. W gruncie rzeczy na tym właśnie opiera się życie. Na dawaniu szansy. Albo wielu szans.

Ta myśl prześladowała mnie przez cały tydzień, zanim ponownie nie spotkałem ich nad tamtym jeziorem. W następną niedzielę.

Zamykam i otwieram oczy. Rzeczywistość znów nabiera kształtów. Znów leżę w hamaku przed domem. Dociera do mnie rytmiczne uderzanie siekiery o drewno. Igor rąbie drwa na wieczorne ognisko. Lila krąży na styku ogrodu i lasu, zbierając chrust. Nie zapuszcza się jednak głębiej w las.

Stara śpi, o ile nie wyzionęła ducha we śnie. Czwartego lokatora wiecznie nie ma. Haruje tyle, że wliczając dojazdy, spędza poza tymi ścianami ponad dziesięć godzin. Nie wyobrażam sobie takiego życia. Nie ma go w domu tak długo.

Drewniane ramy okien proszą się o kilka muśnięć farbą. Patrzę na nie z hamaka. Wiem. Widzę was. Nie musicie mi przypominać. Kolejny punkt na liście spraw, których i tak pewnie nie tknę.

Lila

Podchodzę do Wiktora, czując pod stopami ciepło desek tarasu, i witam go lekkim pocałunkiem w czoło.

Dziękuję za kawę, którą zostawił mi rano; odnalazłam ją w kuchni i dopiłam, mimo że zdążyła już zupełnie wystygnąć.

Pytam, o czym teraz myśli, chociaż mam świadomość, że to pytanie bywa niegrzeczne. Wiem, że to ryzykowne pytanie, czasem zbyt intymne lub zbyt trudne.

Opowiada o swoich planach na nadchodzący tydzień: co pomalować, co dokręcić, a co w domu wymienić. Gdzieś coś widział, z kimś rozmawiał kiedyś i tak, i tak to widzi. Ma już swoją wizję — to dla niego jedyny sposób, żeby poczuć, że naprawdę tu jest.

Dziękuję mu, że przygotował również śniadanie i zostawił je na komodzie pod drzwiami starszej kobiety, która również mieszka w naszym domu, obcej-nieobcej przecież kobiety.

Opiekunka zagląda do niej trzy razy w tygodniu, jednak do tej pory nie udało nam się poznać bliżej żadnej z tych kobiet. Obie pozostają tajemnicą. Zamknięte drzwi, ciche kroki.

Opiekunka nie wygląda mi na szczęśliwą kobietę, bynajmniej nie w tym miejscu i nie w tym czasie. Daleka jestem od oceniania. Drażni mnie to tylko w nieznacznym stopniu, stopniu na tyle jednak drażniącym, by drażniło. Idzie wybaczyć, gdy jej interakcja z nami sprowadza się do lakonicznego „dzień dobry”.

Pojawia się w naszym domu trzy razy w tygodniu, a przecież nikt z nas nie ma ochoty narzucać się drugiemu.

Z tym trzeba żyć. Do wszystkiego można się przyzwyczaić — także, a może przede wszystkim, do osób, którym w relacjach z innymi wystarcza absolutne minimum, którym tak niewiele wystarczy w kontaktach z innymi. Takie czasy. Akceptujemy to, bo to jedyny sposób, by trwać obok siebie bez tarć.

Typ z góry to egzemplarz co najmniej podejrzany. To taki cichy skurwysyn, jeśli mam być szczera — ktoś właśnie w ten deseń. Jest oschły, ale nie gburowaty. Zawsze wita się pierwszy. Kiedy jednak decyduje się na dialog, oferuje jedynie bezpieczne jałowe tematy: prognozę pogody, wulgarne inwektywy pod adresem świata polityki i ten swój nieuleczalny żal do sportowców, którzy znów go zawiedli.

Nie wykazuje nami zainteresowania, a my odwzajemniamy tę obojętność.

Nigdy się nie uśmiecha — być może słusznie, bo nie każdemu w uśmiechu do twarzy. Mam nieodparte przeczucie, że nie posiada nikogo bliskiego. Ma tylko nas, na bezpieczny dystans. To zdrowy układ.

Stawiam, że przekroczył już czterdziestkę. Jego skóra zdradza niepokojące zmęczenie materiału, rodzaj biologicznego zmechacenia. Dawna soczystość i świeżość bezpowrotnie z niego wyparowały. To poniekąd proces naturalny, lecz on, niemal z premedytacją, sam upuścił z siebie życie. Pozwolił mu ujść powoli, jak powietrzu z balonika, aż stał się pusty w środku.

Ta analiza mnie martwi i wprawia w lekkie zakłopotanie, zawstydza nieco. Chciałam jednak być z wami szczera — w końcu bycie pisarką zobowiązuje.

Próba zrozumienia drugiego człowieka, choćby wydawał się on jedynie wytworem wyobraźni, to fundament mojego rzemiosła. Nie potrafię inaczej patrzeć na świat.

Igor

Mogliby pomóc, kurwa, ale po co?

Wiedziałem, że tak będzie — nikt nie tknie siekiery, więc znowu wszystko spada na mnie, a przecież ognisko samo się nie rozpali. Kto, jak nie ja?

Wiem, że Wiktor ma zamiar w przyszłym tygodniu zacząć walkę z tą ruderą. Nie zamierzam mu psuć zabawy, wręcz przeciwnie — podoba mi się ten jego zapał, a jak trzeba będzie coś dźwignąć albo przypierdolić młotkiem, pomogę mu, chętnie pomogę.

Po południu muszę jeszcze odbębnić parę godzin w tym pieprzonym sklepie. Powalczę z towarem, a potem wezmę się za magazynek, o ile uda mi się wyczołgać z tego gnoju do ósmej.

Przytargam stamtąd jakieś słodkie wino, po butelce na każdy spragniony łeb. Dorzucę do tego flaszkę wódki — sprawdzę, czy Wiktor ma ochotę zalać robaka i pogadać o tym swoim remoncie. Zobaczymy, jak ułoży się ten wieczór…

Zobaczymy.

Wezmę, wezmę flaszkę wódki na wypadek, gdyby Wiktor miał ochotę porządnie się znieczulić. Tymczasem pot spływa mi po dupie. Dłonie już zesztywniały, palce ledwo się prostują. Ten wysiłek mnie uspokaja, wyrzuca z głowy całe to codzienne gówno. Wycisk daje czystą, brutalną radość. Spocony, zjechany człowiek pachnie inaczej — pachnie prawdą.

Zanim wyjdę do roboty, bierzemy się za siebie w kuchni na zmywarce.

Widzę, że L. nadal nie doszła do siebie, że to szczęście gdzieś z niej wyparowało. Przez te myśli nie mogę skończyć; mechanika ciała zawodzi, gdy łeb puchnie od pytań. Myślę tylko o tym, co zrobić, żeby znów była radosna. Boję się, kurwa. Ten lęk siedzi we mnie i puchnie jak choróbsko, cierpliwie czekając, aż całkiem mnie zeżre.

W powietrzu wisi zapach zasmażanej kapusty z boczkiem.

Kiedy kończymy, wyłapuję ten jej uśmiech — tak szczery, jak tylko pozwalają jej na to resztki sił.

Całuję ją długo, z jakąś desperacką czułością, jakbym chciał jej wmówić, że gówno mnie obchodzi ta robota w sklepie i zegar, który bije jak szalony. Uśmiecha się szerzej i przywiera do mnie. Tylko to jest teraz ważne. Podciągam spodnie, zgarniam koszulkę z podłogi i wybiegam do auta.

Lila

Igor odjechał, zostawiając mnie w kuchni wypełnionej zapachem zasmażanej kapusty i jego bliskości. Teraz stoję boso na chłodnych kafelkach i czuję, jak każda komórka mojego ciała dziękuje mu za ten moment zapomnienia.

Siadam na twardym, drewnianym krześle, ubrana jedynie w bawełniany T-shirt. Siadam na krześle w kuchni. To przewiewne pomieszczenie.

Wchodzi Wiktor.

Widzę, jak jego wzrok wykonuje ten nieunikniony taniec — od moich źrenic, przez linię szyi, aż po bose uda. Odwracam wzrok w stronę okna. Przecież nic się nie stało.

On klęka przy moich nogach, a ja czuję na skórze wilgotny dotyk jego języka. Czuję gładkość jego języka — zaczyna spijać ze mnie to, co przed momentem zostawił we mnie Igor.

Zastygam w bezruchu, niezdolna do ruchu, uwięziona między zdziwieniem a przyzwoleniem. Nie chcę go spłoszyć ani przerywać tego, co robi. Po prostu pozwalam mu pić ze swojego ciała. To dziwna chwila, ale czuję, że tak musi być.

Gdy Wiktor się podnosi, widzę na jego twarzy głębokie zaskoczenie. Nie znajduję w głowie lepszego określenia na ten wyraz twarzy — to zbyt skomplikowane.

Uśmiecham się do niego, a po policzku spływa mi jedna, długa i ciepła łza. Uśmiecham się, żeby się nie bał.

Jego twarz rozjaśnia się w odpowiedzi na mój gest; uśmiecha się, a ja wydaję z siebie długie westchnienie ulgi, jakby z moich piersi spadł ogromny ciężar.

Wychodzi. Wiktor opuszcza dom, a ja odprowadzam go spojrzeniem, śledząc jego sylwetkę aż do samej granicy lasu. Patrzę, jak po chwili znika między drzewami.

Czuję, że wszystko jest teraz na swoim miejscu, a ta chwila nas wszystkich zmieniła.

Wiktor

Tak smakują. Właśnie tak. Będą moi. Będę ich kochał, jak nikt inny przede mną. Może tak właśnie smakuje kochanie. Jak ci ludzie.

Czy tak smakuje miłość?

Igor

W końcu, kurwa, dotarło do mnie to, co było jasne od początku: Wiktor stanie się ważny. Zarówno dla mnie, jak i dla L. Trwało to cholernie długo, ale taki już jestem — powolny w kapowaniu oczywistości. Może po prostu nie miałem odwagi przyznać, czego mi brakuje. A kto z was, mądrale, potrafi do końca zrozumieć własne potrzeby, kto do końca potrafi zrozumieć to całe gówno, które nosi w środku?

Spełnianie własnych pragnień bywa jak dyskusja z nieznajomym. Próbujesz dobić targu z kimś, kogo boisz się zapytać o imię, choć to twoje własne bebechy dyktują warunki. Ostatecznie i tak kończysz z rachunkiem, którego nie masz czym zapłacić.

Niewiele z tego rozumiałem, a jeszcze mniej chciałem wiedzieć. Obserwowałem ich, wracając styrany z roboty. Na początku ta ich cisza była gęstsza niż zazwyczaj. Czułem pod skórą, że coś zaszło, ale właściwie było mi z tym dobrze. Czułem spokój, którego nie chciałem psuć pytaniami. Ale może wcale nie obchodziło mnie to, co zaszło między nimi, tylko to, co powoli rodziło się między naszą trójką.

Czułem, że da nam to mnóstwo frajdy. Takiej prawdziwej, bez oszukiwania. Dotarło do mnie, że potrzebujemy tego wszystkiego bardziej niż czegokolwiek innego na tym świecie. To było silne.

Mieliśmy go. Oboje. Razem.

To dawało mi dziwną radość, ale potem wracały lęki i wahania. Trudno mi było uporządkować myśli i ocenić, co w tym wszystkim jest dobre, a co złe. A przede wszystkim — nie miałem bladego pojęcia, czego oni ode mnie chcą.

Czego oni właściwie ode mnie chcą?

Na co mogę sobie pozwolić i czy nie będę żałować podjętych decyzji? Mam w głowie mnóstwo wątpliwości, jakbym stał na krawędzi i nie wiedział, czy to, co robię, ma jakikolwiek sens.

We wtorek Wiktor walczył z farbą na tarasie. Wieczorem wpakowałem go do grata i zabrałem na małą wycieczkę. Wsteczne lusterko raz po raz łapało twarz L., ale nie potrafiłem wyczytać z niej, co tam się w niej gotuje — co czuje ani o czym myśli.

Wrzucając bieg i odjeżdżając spod domu, nie miałem zielonego pojęcia, czy robię dobrze, czy pakuję nas w jeszcze większe gówno. W powietrzu wisiało coś, czego nie umiałem nazwać, a co ona czuła od samego początku. Jechaliśmy przed siebie, prosto w noc.

Modliłem się, żeby dała na to zgodę. Żebyśmy wspólnie to znieśli i jakoś podźwignęli to całe gówno. Nie prosiłem o wiele, tylko o to, żebyśmy się nie rozpadli na kawałki, kiedy przyjdzie co do czego. Sam nie dałbym rady.

Wiktor

Pokazałem mu swoje ręce. Białe kropki farby zaschły mi na skórze i między palcami.

Igor zjechał na pobocze pod laskiem i wyszedł z wozu. Wygramoliłem się za nim, czując w żołądku ten chłodny, znajomy skurcz strachu.

Auto syczało po kilkudziesięciu kilometrach drogi; dźwięk stygnącego silnika był jedynym, co mąciło ciszę. Metal stygł i strzelał. Ruszyliśmy w stronę drzew, a ich cień nas pochłonął. Las był gęsty i pachniał wilgocią.

W końcu Igor się zatrzymał. Rozejrzał się dookoła i ściągnął spodenki.

Stanąłem jak wryty. Stanąłem jak wryty, czując, jak krew pulsuje mi w skroniach. Miał wzwód — niemal mechaniczny, natychmiastowy. Zrobiłem to samo, bez słowa. Uklęknął przede mną na wilgotnej ziemi. Poczułem jego język, a potem usta. Mój kutas to poczuł. Las był cichy.

Nie miałem pojęcia, czy robi to poprawnie, ani czy sprawia mu to jakąkolwiek przyjemność. Ostrzegłem go tylko w ostatniej chwili, szeptem, że to już. Ostrzegłem, kiedy poczułem, że zbliża się wytrysk. Ale nie przestał. Nie przestał i nie odsunął się.

Potem wstał, zachwiał się przez ułamek sekundy i wbił wzrok w moje wystraszone oczy. Splunął mi prosto w otwarte usta. Wyglądało to tak, jakby czekał, aż zdobędę się na jakieś słowo i je otworzę, ale to były tylko sekundy. Nic nie powiedziałem.

Oblizał moją brodę i szyję, bez pośpiechu. Słyszałem wyraźnie, jak pracuje jego gardło, kiedy wszystko połykał.

Nie uśmiechał się ani przez chwilę; nie było w nim szczęścia. Nie mam pojęcia, czy w głębi duszy nie żałował tego, co się stało.

Przysunął mnie do siebie i zaczął całować. Smakował jak śliwka. To było dziwnie kojące; poczułem, jak narastający we mnie niepokój powoli odpuszcza. Uspokoiło mnie to. Byliśmy tam tylko my, pośród drzew.

Czy był to kolejny etap zaspokajania ciekawości? To pytanie dręczyło mnie najbardziej: czy po tej całej scenie zdołamy jeszcze spojrzeć sobie w oczy bez wstydu. Na moment zapomniałem, z jaką lekkością stąpał po świecie. Pragnąłem go tak mocno, jak bardzo bałem się, że to wszystko szlag trafi i zostanę sam.

Miał zamknięte oczy, a cały ten duszny świat i płynący czas po prostu przestały istnieć. Dławił mnie lęk, że za sekundę przestanie mnie całować, odwróci się na pięcie i odejdzie, zostawiając mnie samego w lesie. Dlatego oderwałem się od niego i tym razem to ja zanurkowałem. Chciałem mu pokazać, że też tego chcę.

Jego kutas był imponujący. Młody bóg. Jego włosy pachniały czymś zupełnie nowym dla mnie. Czułem w nich zapach dnia i pracy. Zauważyłem, że na dłoni ma założony bandaż.

Nie chciał doprowadzić tego do końca, jakby chciał zatrzymać ten moment. Wróciliśmy do auta w milczeniu, spoceni i zmęczeni. Igor usiadł z tyłu, a ja zająłem miejsce obok niego. Obaj byliśmy nadzy, obaj czuliśmy na skórze chłód nocy, zapach lasu i własnego potu. Silnik wciąż był ciepły. Wszystko wydawało się teraz inne.

Patrzył na moje kolana. Potem na klatkę piersiową. Unikał mojego wzroku. Nie chciał patrzeć mi w oczy. Siedzieliśmy obok siebie w ciszy, a ja nie czułem już takiego strachu jak wcześniej. Byłem spokojniejszy.

Zastanawiałem się, w czym właściwie ta jego ciekawość miałaby mi przeszkadzać. Przecież to właśnie tego chciałem.

Przez uchylone okna wpadał ożywczy powiew wiatru, naprawdę przyjemny. Uśmiech na jego twarzy pojawił się bez ostrzeżenia — nagły, niekontrolowany błysk, który szybko przepoczwarzył się w głośny śmiech. Siedzieliśmy tam nadzy, a on po prostu rechotał. Śmiał się z nas, obdartych ze wszystkiego, co zbędne; z tej nagości i z tego, co się stało… a może to właśnie było szczęście. W końcu ja też poczułem tę lekkość. Siedzieliśmy w ciemnym aucie i po prostu byliśmy szczęśliwi w tym dziwnym momencie.

Potem znów mnie pocałował. Czułem jego język na szyi i uchu, aż ostatecznie zasnął, kładąc głowę na moich udach. W pewnym momencie, poddając się zmęczeniu, ja także odpłynąłem w sen.

Igor

Na zapleczu sklepu był prawdziwy syf. Obiecałem sobie, że w te wakacje wyczyszczę ten chlew na błysk, choćby po to, żeby udowodnić sobie, że jeszcze nad czymś panuję. Robota jak każda inna — gówniana, ale konieczna.

Trzeba było zdjąć wszystko z regałów. Słoiki z tyłu były porozbijane i stąd brał się ten zapach. Wszystko się kleiło. Całe zaplecze jebało czymś słodkim i starym. Stałem w tym syfie i kląłem pod nosem.

Rozciąłem sobie dłoń, a krew kapała na brudną podłogę. Znalazłem jakiś płyn do dezynfekcji i owinąłem to bandażem, żeby nie syfić dalej.

Potem wjechało wiadro z wodą i szmata. Szorowałem te lepkie regały, wywalałem sterty zepsutego gówna i sprawdzałem terminy przydatności. Większość tych rzeczy powinna wylądować na śmietniku rok temu.

W końcu dopadłem słoik ze śliwkami w kompocie. Odkręciłem wieczko i wypiłem połowę, a potem wyłowiłem parę owoców. Schowałem resztę w chłodnym kącie na betonie, przy ścianie pod regałem.

Na jutro.

W końcu odbębniłem swoje. Wsiadłem do tego grata, rzuciłem niedbałe pożegnanie machnięciem ręki przez okno i ruszyłem w stronę domu. Silnik rzęził. Jechałem przed siebie, wdychając zapach gasnącego dnia i czując w kieszeni chłód tej małej flaszki, którą kupiłem na wieczór.

Wpakowałem Wiktora do auta i wywiozłem do lasu. Skubany chyba był zadowolony. Mnie sponiewierało to do tego stopnia, że wyleciała mi z łba cała ta domowa proza — przestałem myśleć o głodzie i o zupie z kalafiora, która została w garnku na kuchence.

Nie nazwę tych emocji, bo po co? Zresztą i tak nie potrafię — brak mi słów na to całe gówno, które czuję, a te, które znam, wydają się teraz zbyt małe i głupie. Można to nazwać po prostu potrzebą. Surową, drapieżną potrzebą drugiego człowieka.

Potrzebą. I to musi wystarczyć.

Nie próbujcie mi wmawiać, że to była tylko ciekawość. Znam męskie ciało od podszewki, mam własne, zmęczone i owłosione, nie ma w nim dla mnie żadnych tajemnic. Potrzebowałem po prostu wszystkiego, co miał Wiktor — on, ten konkretny skurwysyn i nikt inny na tym zaplutym świecie. Potrzebowałem go w całości, z jego lękami, z jego białą farbą na rękach i tym jego niepokojem. Potrzebowałem go w całości, ze skórą i kośćmi. To było silniejsze od rozsądku.

Czułem się jak pieprzony kanibal na głodzie. Chciałem go wtedy po prostu pożreć. Bezwstydnie, z krwią i kośćmi, bez żadnych hamulców. To był ten rodzaj głodu, którego nie zapijesz ani nie oszukasz. Chciałem go wchłonąć, unicestwić i posiąść naraz.

zima

Wiktor

Śniło mi się, że jestem ścianą. Po prostu płaską, białą powierzchnią w czyimś domu. Nie miałem imienia i nie było w tym żadnej tajemnicy. Widziałem dolinę za oknem i to mętne jezioro. Nie ważne. Do mnie nic nie należało. Nawet ja sam.

Patrzyłem na ludzi pod dachem. Spali. Ich serca biły pod ciepłymi kocami, a krew krążyła w żyłach, ale to był tylko mechaniczny proces, krew krążyła jak woda w rurach, czułem to pod swoim tynkiem. Nie oceniałem ich. Nie było w tym żadnego uczucia, tylko czyste patrzenie. Mogłem przesuwać wzrok w czasie, tam i z powrotem, jakbym przestawiał szklankę na stole. Nic się nie zmieniało. Noc trwała, a ja po prostu stałem, nie mogąc nic zyskać ani stracić.

Śniło mi się, że jestem ścianą przy kominku. Była północ i poświata księżyca kładła się na mnie długimi pasami. Pod moim tynkiem, za poduszkami kanapy, tkwiło zdjęcie. Czułem je jak drobne pęknięcie w strukturze. Widziałem tych dwoje na fotografii — szczęśliwi ludzie w czarno-białym świecie. On miał pewnie żółknące zęby i rzednące włosy. Był stary. Topiłem się w pozorach papieru. Pod jego wizerunkiem widziałem tylko nieruchomy czas.

Ten człowiek nie mógł już niczego stworzyć, był tylko warstwą chemii na papierze. Moje patrzenie nie oceniało jego obwisłych policzków ani dymu papierosowego, który kiedyś w niego wsiąkał. Byłem ścianą, która pamięta zapach dymu, ale go nie czuje. Patrzyłem przez czas na te zmarszczki wokół oczu i widziałem w nich siebie — nieruchomy punkt w salonie. Nic się nie zmieniało. Noc trwała.

Śniło mi się, że jestem ścianą w małej łazience. Fugi miałem pokryte czarną pleśnią. Nie czułem obrzydzenia, byłem po prostu pionową płaszczyzną. Widziało mnie dziecko, które chciało zlizywać tę pleśń jak nadgniłe maliny. Poniżej, w wannie o kolorze obrzeży siniaka, działo się coś z odpływem. Dziecko palcami bawiło się wirem uciekającej przez odpływ wody.

Widziałem to wszystko bez oceny. Widziałem też czas — jak ci ludzie trafili tutaj z głównej drogi, jak tańczyli w salonie przy muzyce z kaset, zanim zostali sprowadzeni do tych kilku części w rurach. Ich pot i brud znikały w tej łazience.

Pod tynkiem czułem wilgoć i siateczkę pęknięć, ale to również traciło na znaczeniu. Noc trwała. Nic nie mogłem nabyć, nic nie mogłem stracić. Po prostu tam stałem.

Lila

Tej nocy sen nawiedził każde z nas. W moim onirycznym odrętwieniu stałam się płaszczyzną salonu, niemym tłem dla rodzinnych pamiątek. Księżyc oświetlał moją strukturę, gdy obserwowałam starą fotografię ukrytą z taką dbałością za tapetą. Widziałam elegancję mężczyzny, tragiczną starość wypisaną w zębach i wiotkości skóry, która tak jaskrawo kontrastowała z młodością matki. On był już tylko cieniem, zamkniętym w klatce czasu.

Jako ściana, posiadałam dar czucia dotyku. Wyobrażałam sobie chropowatość jego zarostu i miękkość skóry pod nim, czując to wszystko całą swoją powierzchnią. Przenikałam przez czas, widząc, jak fotografia płowieje, tracąc detale na zgięciach. Byłam patrzeniem czystym, pozbawionym sentymentu, obserwującym „kurze łapki” jak pęknięcia w tynku. W tej wiecznej nocy każda zmarszczka była dla mnie tylko kolejną linią w geometrii istnienia, której nie mogłam ani zmienić, ani zapomnieć.

Potem, w kolejnym sennym odrętwieniu, stałam się chłodną, popękaną strukturą łazienki, niemym świadkiem niemal sakralnej makabreski. Moja powierzchnia, upstrzona była pleśnią o zapachu deszczu i błota. Obserwowałam z góry tę brzoskwiniową wannę i dłoń czteroletniej dziewczynki, próbującej złapać wodny wir.

Posiadałam dar widzenia wstecz, poza ramy tej nocy. Widziałam salon, słyszałam dźwięki kaset i widziałam tę dziewczynę, która tańczyła z matką, nieświadoma, że jest już jedynie swoim śladem obecności na moich oczach. Byłam patrzeniem wyzutym z moralności, analizującym strukturę obgryzionego paznokcia z tą samą chłodną precyzją, co pajęczyny w moich kątach. Trwałam w wieczności, gdzie czas był tylko kolejną plamą wilgoci na mojej nienagannie nieruchomej duszy.

Igor

Śniło mi się, że jestem ścianą. Cholerną, zimną ścianą w jakimś pustym domu. Żadnego ciała, żadnego nazwiska, żadnego kaca — tylko patrzenie. Stałem tam, nad jakąś doliną, i miałem to wszystko w nosie. To nie był mój dom, nic nie było moje. Ja nawet nie byłem sobą. Byłem tylko punktem, który widzi ten cały syf, ten mętny potok na dole i drzewa, które wyglądały jak pijaki wbite jedną nogą w ziemię.

Prześwietlałem wszystko na wylot. Widziałem soki krążące w drewnie i te ciała pod dachem, te ludzkie worki mięsa, w których łomotały serca. Ich sny były warte tyle co nic — tylko pulsujące strzępy obrazów. Nie było w tym żadnej miłości, żadnego żalu, tylko czyste, suche patrzenie. Mogłem skakać przez czas jak przez brudne kałuże, tam i z powrotem. Nic się nie działo. Noc nie miała końca, a ja gapiłem się w tę ciemność i wiedziałem, że nic nowego mnie nie spotka. Stałem i nie zapominałem niczego. Gówniana wieczność była przede mną, za mną i we mnie.

Śniło mi się, że utknąłem jako ściana w kącie przy wygasłym kominku. Północ, ciemno, tylko ten przeklęty księżyc wyłaził zza zasłon. Gapiłem się na zdjęcie wciśnięte za kanapę. Widziałem ojczulka — gość wyglądał na eleganckiego, ale sypał się na moich oczach. Żółte zęby, łysina, skóra wisząca jak u psa. On już był skreślony, zero nowych wspomnień, tylko ten kawałek papieru.

Prześwietlałem tę fotkę na wylot. Czułem ten zarost, który drapałby jak papier ścierny, i słodki smród papierosowego dymu, który kiedyś tu wisiał. Widziałem te jego kurze łapki wokół oczu — zmarszczki faceta, który za dużo przejechał i za dużo widział. Jako ściana nie miałem litości. Po prostu gapiłem się w te pęknięcia na papierze i w czasie. Nic nie mogłem z tym zrobić, nic nie chciałem nabyć. Noc się ciągnęła, a ja stałem tam, nieruchomy i pusty, chłonąc ten cały rodzinny syf bez jednego mrugnięcia okiem.

Śniło mi się, że jestem ścianą w zaplutej, ciasnej łazience. Syf, czarna pleśń i pęknięcia — to była moja natura. Gapiłem się na dzieciaka, który chciał żreć ten grzyb ze ścian, bo śmierdział mu jak zgniłe owoce. W wannie, która wyglądała jak stary płat skóry, bujał wodny wir.

Jako ściana miałem wgląd w całą tę nędzną historię. Widziałem, jak ci frajerzy zjechali z głównej drogi prosto w nasze sidła. Widziałem tę laskę pijącą wino i tańczącą przy rzężącym magnetofonie, zanim wylądowała w kawałkach w odpływie razem z kłakami włosów. Nie czułem smutku, nie czułem nic. Byłem czystym wzrokiem, kursorem na ekranie tego marnego życia. Mogłem patrzeć w przeszłość i przyszłość, ale po co? Wszystko było tak samo martwe i nieruchome. Stałem tam, nie zapominając ani jednego szczegółu z tego rzeźniczego baletu. Gówniana noc, która nigdy się nie kończy.

Lila

Kiedy byłam mała, myślałam, że kury są najbardziej religijnymi stworzeniami na świecie. Patrzą jednym okiem w górę, jakby spodziewały się, że lada chwila spadnie stamtąd jakieś wielkie, boskie ziarno. Ale potem widziałam, jak babcia bierze jedną za nogi i kładzie na pieńku. Wtedy zrozumiałam, że ten ich strach i to ciągłe wypatrywanie to nie żadna wiara, tylko czysty lęk przed dłonią, która karmi i zabija jednocześnie. Religia na wsi pachnie jak obora — jest w niej coś gęstego, zwierzęcego i bardzo bliskiego ziemi. Ludzie budują wieże kościołów wysoko, żeby uciec od zapachu gnoju, ale Bóg, o którym mówią, zawsze kończy umazany w błocie, razem z krowami, które przeżuwają czas z taką samą obojętnością jak niedzielne kazanie. Wiara to tylko próba oswojenia tego wielkiego, wiejskiego cyklu zjadania i bycia zjadanym.

Zawsze zastanawiałam się, dlaczego Bóg potrzebuje tych wszystkich ciężkich kamieni, mroku i zapachu stęchłego kadzidła. Pamiętam, jak siedziałam w ławce i patrzyłam na witraże — słońce próbowało się przez nie przebić, ale kolory były tak gęste, że światło docierało do nas tylko w postaci brudnych plam. Myślę, że religia to taki sposób dorosłych na budowanie klatek dla spraw, których nie potrafią objąć rozumem. Boją się latać, więc wymyślają zasady o grawitacji duszy i grzechu, który waży tyle co ołów.

To trochę jak z moimi modelami ptaków — jeśli za mocno je ściśniesz, przestają przypominać cokolwiek żywego. Kościół zawsze wydawał mi się miejscem, gdzie ludzie próbują oswoić śmierć, zamknąć ją w ładnym pudełku z kokardką, żeby przestała ich przerażać.

Ale prawdziwy Bóg — jeśli w ogóle tam jest — pewnie woli zapach mokrej ziemi po deszczu albo szum skrzydeł niż te wszystkie wyklepane na pamięć formułki. Religia to tylko sztuczne gniazdo, w którym nikt już nie wysiaduje jajek. Jest puste, zimne i strasznie zakurzone.

Wiktor

Mój dziadek chodził do kościoła w każdą niedzielę.

Potem wracał, zdejmował garnitur i szedł do chlewu. Patrzyłem na niego przez okno. Świnie kwiczały tak samo przed modlitwą, jak i po niej. Dla nich nie było żadnego zbawienia, tylko koryto i rzeźnik w listopadzie.

Dziadek wierzył w miłosierdzie, ale kiedy krowa nie mogła ocielić się przez całą noc, klął na Boga tak samo głośno, jak każdy inny facet. Religia była dla niego jak stare narzędzie w szopie — trzymał je, bo tak robili wszyscy przed nim, ale kiedy przychodziła prawdziwa susza, a z nią bieda, i tak patrzył tylko w niebo, szukając chmur, a nie aniołów. Bóg na wsi jest jak suchy chleb — zapycha żołądek, ale trudno go przełknąć bez popicia.

Igor

Ksiądz w naszej wiosce miał twarz czerwoną jak świeżo uwędzona szynka i brzuch, który ledwo mieścił się w sutannie. Mówił o poście, a po mszy wpierdalał jajecznicę z dwunastu jaj od najtłustszych kur w parafii.

Religia tutaj to tylko przedłużenie hodowli.

Ludzie idą do kościoła, żeby Pan Bóg nie rzucił zarazy na ich krowy, a Bóg patrzy na nich z góry i pewnie zastanawia się, dlaczego ci wszyscy dwunodzy durnie myślą, że są lepsi od świni taplającej się w gównie. Świnia przynajmniej nie kłamie, że ma duszę, kiedy chce żreć. Cała ta świętość kończy się tam, gdzie zaczyna się głód i smród padliny za płotem. Modlą się o deszcz, a jak przychodzi powódź, to wynoszą obrazy na strych i piją samogon, dopóki świat nie przestanie wirować.

To jedyna prawdziwa komunia, jaką tu znają.

Lila

Zawsze wydawało mi się, że nasze krowy wiedzą o wieczności znacznie więcej niż wikary, który przyjeżdżał do nas na rowerze. Krowy mają te swoje ogromne, wilgotne oczy, w których odbija się całe niebo, i przeżuwają trawę z taką powagą, jakby od każdego ruchu ich szczęk zależało trwanie wszechświata. Religia dorosłych była dla mnie jak próba zamknięcia wiatru w słoiku po dżemie. Budowali te wielkie, kamienne kościoły, które pachniały chłodem i starym papierem, podczas gdy życie — to prawdziwe, boskie życie — działo się w gnieździe jaskółek pod belkami dachu stodoły.

Pamiętam Wielkanoc i święcenie pokarmów. Staliśmy w kręgu, trzymając koszyki, a kury biegały nam między nogami. Myślałam, że jeśli Jezus naprawdę zmartwychwstał, to musiał czuć się jak pisklę przebijające skorupkę — nagły błysk światła, strach i oszołomienie nową przestrzenią. W kościele mówili o klękaniu, o winie i o pokucie. A ja patrzyłam przez otwarte drzwi na łąkę i widziałam, jak źrebak próbuje stanąć na swoich nieporadnych nogach. To był mój kościół. Tam nie trzeba było śpiewać z książeczek, żeby czuć, że wszystko jest częścią czegoś ogromnego, co nie ma imienia.

Igor

Niedzielny poranek. Głowa ci pęka po sobotnim bimbrze,
a tu z oddali wali ten cholerny dzwon, jakby chciał ci przypomnieć, że wciąż żyjesz i wciąż jesteś w czarnej dupie. Widziałem ich wszystkich, jak leźli do tej murowanej budy — sąsiad, jego żona w za ciasnej sukience i te ich dzieciaki, czyste i przerażone. Szli drogą obok naszego chlewa,
z którego bił taki smród, że nawet aniołowie musieliby założyć maski gazowe. Świnie kwiczały, ryjąc w gównie,
i miały w nosie dziesięć przykazań. One wiedziały, że jedyne, co się liczy, to żeby nie dać się ubić przed czasem.

W środku było duszno od zapachu potu i tanich perfum. Ksiądz perorował o duchu, a ja widziałem, jak mucha siada mu na nosie i jak on próbuje zachować powagę, podczas gdy w brzuchu burczy mu od wiejskich darów. Cała ta szopka z religią to tylko sposób, żeby ci ludzie nie powiesili się na własnych polach z nudów i beznadziei. Daje im to złudzenie, że ich ciężka harówa przy krowim wymieniu ma jakiś wyższy sens. A gówno prawda. Sens jest taki, że krowa musi zostać wydojona, świnia zabita, a człowiek idzie do ziemi i staje się nawozem pod buraki. To jedyne zmartwychwstanie, na jakie możecie liczyć w tej dziurze. Reszta to bajeczki dla tych, którzy boją się ciemności i zapachu mokrej ziemi, która czeka na nich za cmentarnym murem.

Wiktor

Siedziałem na pomoście przy jeziorze. Woda była ciemna
i gładka jak szyba, w której nikt nie chce się przejrzeć. Niedaleko, pod ścianą lasu, sąsiad nawoływał krowy. Słyszałem ich ciężkie stąpanie i myślałem o tym, czy one też czują to, co ja — ten rodzaj ciężaru, który nie ma nic wspólnego z wagą ciała. Zastanawiałem się, czy w ogóle istnieje jakieś „dlaczego”. Dlaczego rano wstajemy, dlaczego sypiemy ziarno kurom, dlaczego patrzymy, jak las powoli pożera pole, kiedy tylko przestajemy go pilnować.

Czy życie to tylko seria czynności, które wykonujesz, żeby doczekać do wieczora? W kościele mówią o celu, ale ja widziałem tylko cykle. Krowa żre, daje mleko, idzie pod nóż. Jezioro zimą zamarza, latem wysycha na brzegach. Jeśli istnieje jakaś wyższa inteligencja, to dlaczego milczy tak uporczywie jak te sosny przy brzegu? Może nie ma żadnych odpowiedzi, tylko ta cisza, która dzwoni w uszach, kiedy słońce chowa się za drzewami. Może jesteśmy tylko po to, żeby ktoś inny mógł na nas patrzeć, tak jak ja patrzę na te pęcherzyki powietrza pod powierzchnią wody. Nic wielkiego. Po prostu trwanie.

Zima przyszła nagle. Napadało śniegu. Siedziałem w kuchni i myślałem o tych, których już nie ma. Kafelki uciekły, a ja uderzyłem klatką piersiową o kant wanny. Tuż obok serca. Kilka dni zmagałem się z bólem. Około dwóch tygodni czułem dyskomfort.

Starałem się nie myśleć o fizycznym bólu ani nie nienawidzić się za niezdarność, żeby go nie potęgować. Nienawiść można łatwo uśpić, jak chory usypia w sobie skłonność do alkoholu.

Nienawiść. Chory. Alkohol.

Ktoś musi to ziarno najpierw zasiać. I to wystarczy, żeby już nigdy nie było tak, jak dawniej. Mężczyzna, który z nami wynajmował, pojawił się w kuchni. Zapadałem się w fotel. W fotel wciskała mnie kolejna szklanka białego wina. Igor z Lilą siedzieli przy stole.

Wykorzystał moment, gdy zmęczeni winem siedzieliśmy w ciszy na dole, w kuchni. Może myślał, że żadne z nas nie będzie o tym pamiętać.

Może po prostu tego potrzebował.

Śnieg sypał po cichu w szyby.

„Nienawiść to takie puste słowo…”, zaczął znów, kiedy po raz kolejny zaciągnął się papierosem. Palił dużo.

W wielkim kominku trzaskał ogień. Nie było w tym nic przyjemnego. Zapach palonego tytoniu drażnił mi nos.

„… a człowiekowi stają przed oczami te wszystkie złe chwile. Też tak macie?”

Nikt nie odpowiedział.

Kiwnąłem tylko głową. Nie byłem pewien czy Lila i Igor zainteresowani są tą narracją. Chciałem zapytać o chwile dobre. Uznałem, że sam powinien prowadzić swoją opowieść.

Przy kuchennym blacie i uchylonym oknie stał mężczyzna, który chciał nam opowiedzieć o niesprawiedliwości i krzywdzie. O złym ojcu, który pił, awanturował się i tylko sporadycznie okazywał innym litość. Sobie — nigdy.

„Spokój… o ile można to w ogóle nazwać spokojem”, cedził wolno, po czym smarknął głośno w kawał papierowego ręcznika. „Spokój to oszust, spokój to czuwanie”.

Rozumiałem. Chyba. Na pewno rozumiałem, że pewne wydarzenia w naszym życiu trudno jest ubrać w odpowiednie słowa. A może trudno jest ubierać w słowa odległe wspomnienia, ponieważ one nigdy nie dawały się zamykać w słowach.

„Czekasz aż wybuchnie. Nasłuchujesz. Boisz się, tak, bardzo się boisz”.

Nad każdym wypowiadanym zdaniem myślał chwilę, a przecinał je dymem papierosa. Jednego, drugiego. Krzywił się co chwila. Miał w ustach coś niesmacznego. Robił wielkie oczy. Wciąż coś zżerało go od środka.

Wino sprawiało, że siedziałem niemal sparaliżowany w fotelu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 29.93 20
drukowana A5
za 48.97