E-book
10.24
drukowana A5
26.99
dobre wiersze

Bezpłatny fragment - dobre wiersze


4.3
Objętość:
69 str.
ISBN:
978-83-8189-902-4
E-book
za 10.24
drukowana A5
za 26.99

Przed

Dobre Wiersze

Dobre wiersze


dojrzewają powoli


niekoniecznie

2:03

2:03 dobry czas by zacząć


wreszcie żyć


2:05 zapalam papierosa idę spać

Monarchia

Dziś intronizacja Jezusa na króla


Janusz Korwin-Mikke


cicho łka

Kubek z uchem

Kubek z uchem uśmiecha się lekko

mogłaby być na nim Twoja fotografia,

mógłby na nim być śmieszny kotek

Taki kubek z uchem, a tyle możliwości


bo jest w nim kawa.

Szogun

Piszę wiersze na kolanie rzeczywistość

która co i raz daje mi klapsy w dupę

Kara za niesubordynację i butę

za pychę i nieogarnianie całości


Rozpieszczam życie wersami

które razem z losem śmieje się do łez

nie wiem dokładnie czy do mnie czy ze mnie

moja przyszłość lustruje mnie co rano


Rozlicza słone oczy

przed lustrem rozbitych marzeń

I gdy tak leżę na gruzach rozsądku

przychodzi niepostrzeżenie On


On, co jeszcze we mnie wierzy

On, który bezgłośnie przytuli

On, ten który rozumie

mnie samego mi wybacza


Zawsze na niego czekam cierpliwie

gdy wraca z nocnych łowów

Przychodzi do mnie uśmiechnięty

pytając o sprawy od dawna niezałatwione


Prawimy sobie komplementy do rana

bym raźniej mógł biegać i skakać

Po samotnym mieszkaniu miłości

Mój internista i psychiatra


Kot Szogun

Piwna stopa

Zaprzyjaźniony gołąb przeleciał nad głowami, usiadł nieopodal

i patrzy, patrzy uśmiecha się figlarnymi oczami

Wszyscy co powinni już są w gotowości

na to co ma nadejść niespodziewanie


Jest Mars, Bartek, Tomek, Eryki

smutne dziewczęta szukające namiętnych rycerzy

Twarze przy barze otulone stopami

Marcin snuje opowieść


Opowieść z każdym kuflem ciekawsza

a ja siedzę myślę o Niej

Zawsze jest jakaś Ona

wszystkie wiersze podobno są o miłości


Wychodzę zapalić papierosa

nadciąga apokalipsa

Apokalipsa w dłoniach Stefana

Stefana niszczyciela światów


Pośpiesznie zamawiam Colę

tego nie robi się żołądkowi

Widzę zrozumienie w oczach przyjaciół

oni wiedzą


I znowu będę zagadywał jakieś dziwne panny

które muszą pilnie pogadać w samotności

Dobrze, że Jej tu nie ma

filozoficzne rozmowy pomieszane z błazenadą w jednym drinku


Czeka mnie powrót

powrót do domu

Rodzice tak bardzo nie rozumieją

że Stefanowi się nie odmawia


Kolejna udana sobota…

Samotność

Mam dysgrafię w rozmowach z kobietami

usta bazgrzą pośpiesznie zbyt dużymi literami

Zbyt oczywiste to czego pożądam

za bardzo już chciałbym


W rezygnacji strzelam półsłówkami

albo podekscytowany przechodzę bez przecinku

Od kolacji do śniadania

wybujała wyobraźnia nie potrafi zasłonić ust


Jestem samotny jak Jarek

co w przypływie hojności dał 500+

Tym co wyprzedzili go

w wyścigu po miłość


Jak ten pień wycięty przed świtem

nie urodzę już owoców

Chyba, że jak Jarek wezmę siłą

władzę ostatnią kochankę desperatów

Stary mnich

W mózgu mnicha pole kwantowe

wystrzeliwuje kolejną cząstkę

Leci w poszukiwaniu nieskończoności

wędruje przez głowę, usta, ucho, habit


By dotrzeć do dłoni, by zostać skrzętnie zanotowana

ten boży skryba od lat łapie cząsteczki zamyślenia

Gdy ma już pełen worek rozsypuje na kocyku

i układa mozolnie puzzle następnej książki


I nie mówcie, że mógłby być gdzieś w Afryce i pomagać,

bo właśnie on jest gdzieś w Afryce i pomaga

Gdzieś pomiędzy uśmiechami głodnych dzieci

tam gdzie jeszcze napada się na księży


Tam być może jest za gorąco by mogło być „normalnie”

tam być może jest za trudno, by cieszyć się „małymi rzeczami”

Tam gdzie mieszka bieda z nędzą pod blaszanym dachem

Gdzie buty są starsze od swoich poszczególnych właścicieli


Właśnie tam siedzi on stary mnich i pisze swoje metafizyczne książki

czytam je, staram się zrozumieć, jak można

Jak można jeszcze wierzyć w jakiś porządek świata?

Chyba muszę do Niej zadzwonić, tylko Ona mi to może wytłumaczyć.

Liceum

Przenoszę stare wiersze

na nowy komputer

Kilobajty wspomnień

już nie tak lekkie jak kiedyś


Poblakłe fotografie

naświetlonych chwil

Gdzieś z oddali

przypłynęła zapomniana flota


Marynarze dawnych wzruszeń

dobijają wreszcie do portu

Napiją się piwa w pobliskiej knajpie

która mieści się gdzieś pomiędzy epokami


Dryfując po morzach błędów

dotarli do przylądka dobrej nadziei

Nadziei, że chociaż ja

już nigdy ich nie zapomnę

Katastrofa

Siedząc w miękkich fotelach

surfując po internetowych stronach

Zapomnieliśmy dawnych Bogów

wycięliśmy pradawne knieje


Tylko Jahwe jakoś się jeszcze trzyma

kurczowo przypięty do krzyża

Dźgany co i raz włócznią Allaha

walczy o kolejne lajki


Człowieku zrzuciłeś Bogów z panteonu

zbiłeś dawnych mistrzów z pantałyku

By teraz w zatłoczonych tramwajach i autobusach

uśmiechać się do swojego nowego smartfona


I patrzysz tępo pusty w ten szklany ekran

co cztery lata obiecują Ci niebo na ziemi

A Ty im wierzysz i ufasz

bo w coś przecież musisz


Czekasz, na maszynę co zastąpi Twoje ręce

zastąpi, Cię w produkcji śmieci

Uczysz potomków obsługi playstation 4

a stare baśnie zbierają kurz


A stara Ziemia patrzy na to wszystko

łkając kwaśnym deszczem

Może się zastanawia

ile bólu zadasz Jej jeszcze


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.24
drukowana A5
za 26.99