E-book
30.03
drukowana A5
65.31
drukowana A5
Kolorowa
93.12
Do Golumii i z powrotem

Bezpłatny fragment - Do Golumii i z powrotem

Drużyna Julii


Objętość:
330 str.
ISBN:
978-83-8155-914-0
E-book
za 30.03
drukowana A5
za 65.31
drukowana A5
Kolorowa
za 93.12

Dla córki, którą uczę, że chcieć — to znaczy móc
Dla żony, żeby do końca uwierzyła, że jak chcę — to mogę
Dla śp. mamy (Mamci) — Ona zawsze wierzyła, że to zrobię, na długo przed tym, zanim uwierzyłem w to osobiście
Dla młodszego brata, na którego zawsze mogę liczyć
Dla taty, który od pierwszej linijki tekstu bardzo mi kibicował w realizacji tego przedsięwzięcia
Kocham Was Wszystkich — bardzo, bardzo!!!

Rozdział I
Początek

W książce tej chcę Wam opowiedzieć o wielkiej podróży i o wielkiej przyjaźni, a żeby było po równo i nie za słodko, będzie tu też o złości, zazdrości, a czasami nawet nienawiści. Opowieść mogłaby się zaczynać od słów: „Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, siedmioma morzami, siedmioma lasami, ble, ble, ble…”. Nic z tego. Siódemka jest przereklamowana i wcale nie jest taką szczęśliwą liczbą. Nie ma co z nią przesadzać: siedem gór, siedem rzek, siedmiu krasnoludków, siedem koźlątek — no czysta przesada. Dobrze, że choć Ali-Baba miał czterdziestu rozbójników, a taki na przykład statek Kolumba miał nie siedem masztów, tylko trzy. Swoją drogą bardzo głupio by wyglądał z siedmioma masztami. Potrzebowałby liczniejszej załogi do ogarnięcia takiej masy żagli i pewnie wszystko by dużo więcej ważyło. Przy większej burzy, jakie zdarzają się teraz i zdarzały się dawno temu, poszliby na dno, zanim by zdążyli policzyć do siedmiu.

Oczywiście liczby są ważne i na pewno będą się pojawiały w tej książce, no bo jak na przykład opisać ośmiornicę, nie odwołując się do ilości jej ramion, albo opisać cyklopa, nie wspominając, że ten jegomość posiada tylko jedno oko. Jednak to był tylko taki przykład, bo nie przypominam sobie, żeby ktoś taki chciał dokuczać naszym bohaterom, ale kto wie. Będzie tu na pewno kilka innych, niespotykanych obecnie osobistości. Ale zacznijmy od początku.

Nasza opowieść rozgrywa się w czasach, kiedy dzisiejsze wielkie góry były ledwie pagórkami, a morza byle kałużami, jakich wiele nawet po niezbyt silnym deszczu. No wiecie, tymi kałużami, po których tak dobrze się skacze niezależnie czy na nogach są kalosze, czy nie. Wielkie rzeki były małymi strumyczkami, a wielkie burzowe chmury, które potrafią dzisiaj zasnuć całe niebo od wschodu do zachodu — były ledwie obłoczkiem, który powstaje, jak ktoś rozdepcze dojrzałą purchawkę.

No nie, przesadziłem. Tak naprawdę było to trochę później. No dobra… Dużo później, ale nie można tego powiedzieć dokładnie. Nie jest łatwo dokładnie to ustalić, ale będzie tu mowa o królewskiej rodzinie, więc pewnie pojawi się też słowo „zamek” albo takie słowa jak „królewna” lub „komnata”. Chcę przez to powiedzieć, że nie należy się raczej spodziewać, że zaskoczy Was tu opis biegnącego zamkowym dziedzińcem tyranozaura albo lądującego na szczycie zamkowej wieży latającego spodka. Wielkich piramid na łąkach za pałacowym ogrodem też nie będzie. Zrozumcie, pewne rzeczy są po prostu niemożliwe. Jednak nie mogę powiedzieć, że wszystko będzie oczywiste i wszystkim wiadome. Przejrzałem w swoim życiu sporo książek, w których było dużo o zamkach, królach, rycerzach czy damach dworu, ale w żadnej z nich wśród występujących postaci nie spotkałem… zabójczych komarów, syren albo… rurkopława, a tu one będą. Nie wepchały się do tej opowieści na siłę, ani nie są zmyślone. Brały udział w opisywanych przygodach i basta. Takie to były czasy.

Była też magia. A może raczej MAGIA. Piszę dużymi literami, bo ta stara magia, zarówno czarna, czyli ta zła, jak i biała, czyli ta dobra, były wtedy dużo silniejsze i bardziej widoczne niż dzisiaj. Tak, tak, kiedyś nie trzeba było się bardzo starać, żeby zauważać efekty działania różnych zaklęć i czarów. Nie to co dzisiaj. Dzisiaj trzeba w nie bardzo wierzyć i bardzo wytężać wzrok, słuch, węch i pozostałe zmysły. To chyba przez to, że to taka ciężka praca, nikomu już się nie chce jej wykonywać i ogólnie pozwoliliśmy sobie wmówić, że czary, magia i tym podobne to tylko bajki dla małych dzieci. Czy to prawda? Myślę, że same musicie sobie odpowiedzieć na to pytanie. Według mnie — NIE.

No to zaczynajmy. Raz… dwa… dwa i połowa i… liczę od nowa. No pięknie, jest już ponad pięćset słów (o, i to jest duża liczba, później będą raczej mniejsze), a nadal nic nie wiadomo. To taki trochę przydługi wstęp, żeby sprawdzić, czy jesteście gotowe na tę opowieść. Nie ma co zasypiać na wstępie. Bo jak czytający Wam książkę rodzic nie zauważy, że już teraz zamknęły się Wam oczy, to później może się okazać, że, powtórnie je otwierając, usłyszycie tylko klapnięcie okładki zamykanej książki i zgaszenie lampki z życzeniem miłych snów. Tylko jak tu spać, jak się przespało całą opowieść?

Pomogę Wam w tym trochę. Napiszę troszkę dłuższą opowieść, może nawet uda się ją podzielić na części? Tak to powinno się udać. Jak nie śpicie za długo, jest szansa, że się załapiecie na koniec. Albo może czytać ją od końca? Tylko że wtedy może z tego powstać zupełnie inna i już nie do końca zrozumiała historia. Spróbowałem, tak dla pewności. Wychodzą straszne bzdury. Może więc ustalmy na wstępie: tę opowieść trzeba będzie przeczytać od początku do końca, a nie odwrotnie.

No, to już całkiem sporo wiemy. Jak tak dalej pójdzie, to na samym wstępie wszystko Wam opowiem… Uwierzyłyście? No pewnie, że nie. Tak jak powiedziałem, pewne rzeczy są niemożliwe. Albo prawie niemożliwe. No, chyba że się w nie uwierzy. Uwierzcie więc mi na słowo. Magia to w dużej części ta bardzo duża wiara w to, co inni nazywają NIEMOŻLIWE. Magia to też bardzo, bardzo silne uczucie: przyjaźni, miłości. To też dzięki nim dzieją się różne rzeczy, zdarzenia, które później można nazwać magicznymi lub cudami. Tak jak po wypowiedzeniu zaklęcia i machnięciu czarodziejską różdżką. Różdżka?! Komu potrzebny kawałek jakiejś gałęzi, czy nie lepiej sobie wyobrazić strumień świetlistej energii wychodzącej z czubka Waszego palca, żeby przegonić wszystkie złe duchy, baboki, buki i oczywiście pająki oraz inne straszydła spod Waszego łóżka czy z Waszej trzeszczącej bez powodu szafy? To też Magia… i to też Wiara. Wasi rodzice już o niej pewnie zapomnieli. Przed zaśnięciem myślą o tym, że wcześnie rano trzeba wstać, że trzeba zapłacić ratę za mieszkanie, jechać z autem na przegląd, zrobić zakupy, powiesić pranie, odebrać buty od szewca, zanieść książki do biblioteki, wymienić spaloną żarówkę na korytarzu i takie tam. Wy możecie pomyśleć i marzyć o czym tylko chcecie. Na przykład o czymś magicznym, o czymś, co według starszych jest niemożliwe. Może się okazać, że to jednak jest możliwe — choćby we śnie. Że co? Że we śnie to się nie liczy? Bo to nie prawda? Czy aby na pewno? Czy nie macie tak, że po śnie, w którym gdzieś biegłyście albo coś goniliście, albo przed czymś uciekaliście z rana bolą Was nogi? Dziwne, prawda? Daje do myślenia. Albo śni nam się, że coś nas pogryzło, a nad ranem okazuje się, że faktycznie pogryzły nas… komary. No nie, to akurat był nie za dobry przykład. Mam wrażenie, że zboczyliśmy troszkę z tematu, więc wróćmy do niego.

No to co, zaczynamy? No, chyba że już ziewacie. Jak ziewacie, to proponuję całą sprawę przełożyć do jutra. Uwierzcie mi, tak będzie lepiej. Ziewnąłem, pisząc słowa: „No to co, zaczynamy?”, a to było wczoraj. Obudził mnie kot niemogący znieść, że jego kolega z podwórka już może gonić za wróblami, a on musi najpierw obudzić mnie, żebym go raczył wypuścić do ogrodu. OK, chyba go wypuszczę i zaczynamy.

Albo czekajcie, bo zmarzłem troszkę, śpiąc przy uchylonym oknie. Dobrze, że mnie nie pogryzły komary!! Zrobię sobie kubek ciepłej herbaty, może tę z takich dziwnych, różowych kwiatuszków o kształcie dzwoneczków. Same wiecie, noce pod koniec lata potrafią być naprawdę chłodne, choć kochana córeczka nakryła mnie ciepłym kocem. Ona też jest ciekawa całej tej opowieści, bo dużo już o niej słyszała, i wiecie co? Gdy Jej opowiadam różne historie, wiem… że Ona wierzy. Znam pewien bardzo dobry i niesamowicie skuteczny sposób, żeby jednak nie zasnąć, gdy opatulimy się takim ciepłym kocykiem lub kołderką. Jesteście nim zainteresowane? Wystarczy sobie wyobrazić, że mamy pod tą ciepłą kołderką gościa. Takiego z długimi, włochatymi nogami. Chodziło mi o pająka, a nie o dużo starszego brata. Prawda, że pomaga?! Tylko że ciężko się skupić na czytanych lub słuchanych historiach, jak człowiek wciąż sprawdza, czy aby na pewno to tylko taka bujda i czy przypadkiem nie zawieruszył się tu taki gość z ogrodu lub piwnicy, specjalista od budowy sieci. Pocieszajmy się więc myślą, że tam, gdzie są pająki, jest ponoć bardzo zdrowy mikroklimat. Dobra, kończymy temat pająków, przynajmniej na tę chwilę. Mój kubek gorącej herbatki gotowy, można zaczynać.

Wiecie co? Zanim ostygnie herbatka, która już tak miło pachnie, to ja może zrobię sobie jeszcze kanapkę. Albo nie. Poczekam cicho jeszcze chwilkę i dostanę przesmaczną owsiankę od mojej kochanej żony Madzi. Powiem Wam, że Ona to potrafi zrobić owsiankę. Wiem, wiem, co myślicie — nudy… Albo — ble, ohyda, jakaś tam ciapkowata owsianka. Myślicie tak, bo nigdy nie spróbowałyście owsianki mojej żony. Są tu tarte jabłka, kawałki nektarynki, śliwki i ostatnie pewnie już w tym roku, zerwane prosto z krzaka jeżyny i malinki. Są też orzechy włoskie i laskowe oraz jagody goji. I co, zatkało kakao? I kto jest debeściak? Kto ma najlepszą żonę i kto je super śniadanie? A, zapomniałem dodać, że są w tej owsiance też oczywiście płatki owsiane, jak na prawdziwą owsiankę przystało. Jest super.

Mam wrażenie, że nie do końca dobrze to zaplanowałem. Bajki najczęściej czyta się wieczorami, po kolacji, gdy już leżycie grzecznie w łóżeczku. A ja Wam tu o owsiance. To co, przekładamy na kolejny wieczór, czy dacie radę, bo kolacja była naprawdę syta?

Komunikat dla tych, którzy nie wytrzymają bez chodzenia po jakiś smakołyk do kuchni. Jeśli już coś schrupałyście, toooo… nie, nie zaczynamy. Trzeba jeszcze po raz drugi umyć zęby. Umyte? Super! Teraz mówię też do tych, którzy nie podjadają przed zaśnięciem. Zaczynamy. Posłuchajcie…


PS Na początku jest smutno, ale pamiętajcie, że po każdej burzy, nawet tej najdłuższej i bardzo strasznej, w końcu wychodzi słońce.

Rozdział II
Zamek

Nasza opowieść zaczyna się w kamiennym, ponurym zamku, po którego korytarzach głos niesie się jak po głębokich i pustych lochach. W zasadzie można by użyć słów „w zamczysku”. Tak, takie określenie dużo bardziej pasuje teraz do tego miejsca. Bo choć mieszka w nim „królowa” i mieszka służba, to spora część jego komnat sprawia wrażenie opuszczonych i niezamieszkanych. I tak jest faktycznie. Wszelki śmiech jest tu bardzo niemile widziany, można by nawet sądzić, że jest tu zabroniony. Każda komnata zieje chłodem, który jest odczuwalny nawet w dni, kiedy słońce nieśmiało jeszcze zagląda do ich wnętrza, dając tym, którzy chcą w to wierzyć, jeszcze pociechę i nadzieję, że wróci ciepło, wrócą śmiechy. Jednak tej garstce, która tu została, jest coraz ciężej i trudniej wierzyć w takie rzeczy. Wszechobecne zło, chłód i pogarda odbierają nawet najwytrwalszym radość życia i chęć czekania na lepsze, na powrót tego, co było.

Kamienne mury, obcując z tym wielkim złem, zdają się odbierać mieszkańcom zamczyska szczęście i radość, doprowadzając do tego, że wspomnienia tych minionych i lepszych czasów wydają się teraz być tylko miłym snem, który mimo wielu próśb nie chce się przyśnić ponownie. Jeśli już słychać czyjś głos, to najczęściej jest to krzyk. Krzyk wiecznie niezadowolonej i karcącej za wszystko i wszystkich „królowej”. Nowej królowej. Samozwańczej królowej, apodyktycznej i surowej, która, jeśli już wychodzi ze swej komnaty na wieży, to tylko po to, żeby znów krzyczeć i wyklinać na Bogu ducha winną ofiarę. Jest nią najczęściej pierwsza napotkana osoba: kucharka, stajenny czy sprzątająca i usługująca jej młoda dwórka czy na przykład stary ogrodnik. Wszyscy, słysząc zawodzenie nienaoliwionych zawiasów drzwi do komnat królowej i jej ciężkie kroki na schodach wieży, wolą kryć się po kątach lub przemykać cichaczem choćby na drugi koniec zamczyska, choćby na zamkowy dziedziniec, by stać tam w strugach deszczu, który jest tu coraz częstszym gościem. Wszystko, byle tylko nie wchodzić przed wrogie i surowe oblicze panującej. Dawno już zakazała wszystkim odwiedzania większości komnat bez jej zgody i w czasie jej nieobecności.

Podobne zastrzeżenie objęło też piwnice pod zamkiem, gdzie zaczęła gromadzić wielkie ilości różnych starych ksiąg, oprawnych w skórę. Mówiono, że skrzynie z tymi księgami przywożone były zawsze w czasie tych ciemnych, bezksiężycowych nocy. Pod boczną bramę zamku, skąd najbliżej było do podziemi, podjeżdżała karoca zaprzężona w cztery czarne jak smoła konie. Woźnica powożący tym diablim zaprzęgiem i wnoszący skrzynie wzbudzał w tych, którzy go widzieli, wielki lęk i sam jego widok powodował, że ludzie woleli się trzymać z daleka od wszystkiego, co było z nim związane. Nosił czarny, długi płaszcz z kapturem z grubej nabijanej metalowymi ćwiekami skóry. Znosząc do zamkowych piwnic skrzynie z księgami, budził wszystkich nawet z głębokiego snu, waląc ciężko buciorami, które głośno dźwięczały na kamiennych schodach. Mówiono, że ciężkie buty miał podkute wielkimi podkowami, a co strachliwsi uważali, że to nie buty, a czarcie kopyta tak budzą ludzi po nocach. Jeden tylko, strażnik bramy, odważył się kiedyś zajrzeć przy otwieraniu wrót w głąb kaptura woźnicy. I zanim odszedł od zmysłów i ciężko zapadł na zdrowiu, zdążył tylko bliskim powiedzieć, że zobaczył nie czaszkę kostuchy i nie diabła z rogami, czego wszyscy się najbardziej spodziewali, a prawdziwe zło. Zło, czarne i pochłaniające wszelkie światło i wszelką nadzieję. Zło, o którym nie da się mówić i którego nie sposób opisać. Tak więc w zamkowych piwnicach pojawiały się kolejne skrzynie i kolejne tomy. Tajemne księgi, pisane głównie po łacinie, dotyczyły różnych zaklęć, rzucania uroków, różnych przemian i wielu innych zjawisk, o których nawet nie śniło się nikomu wcześniej na zamku.

I tak mijał czas w tej krainie. Dzień snuł się tu za dniem, jeden ciemniejszy i smutniejszy od drugiego. Nowa, samozwańcza królowa coraz częściej przepadała na całe dni w swej wieży lub w ciemnych lochach. Ci, którzy nieopatrznie wykonując swoje obowiązki, znaleźli się pod drzwiami komnaty lub piwnic, słyszeli, jak złorzecząc okrutnie i wypowiadając przeróżne niezrozumiałe zaklęcia, przywoływała siły tak ciemne i straszne, że na wieść o nich już dawno pouciekała z dworu i okolicy większość mieszkańców. Zostali tylko ci samotni, którzy nie mieli się gdzie podziać, niemający rodzin i bliskich, lub ci, którzy jeszcze bardziej od samotnej tułaczki bali się wielkiego gniewu nowej królowej.

Tak naprawdę o ogromie zła, jakie zawładnęło sercem i umysłem złej kobiety, wiedział tylko czarny kruk Teodor, mieszkaniec komnaty królowej. Cichy świadek przeróżnych eksperymentów i doświadczeń, a jeszcze chwilę temu też pomocnik czynnie w nich uczestniczący. Niedawno był tak dumny ze swych praw i obowiązków. Prężył czarną pierś przed każdym z mieszkańców zamku, chcąc dodać sobie wielkości i animuszu. Straszył ostatnich poddanych, latając niemal bezgłośnie nad ich głowami i dopiero w największej bliskości wydając to straszne krakanie, które zapewne śniło im się po nocach. Był najlepszym przykładem na to, jak szybko czarna magia potrafi zawładnąć każdym, kto ma z nią do czynienia.

Był też przykładem na to, że można się wyrwać z tego czarnego kręgu. Niestety, jak do tej pory, był jedynym, któremu się to udało. Najchętniej chciałby mówić o tym, jak to zrobić, z każdym, kogo teraz czasami widział w komnacie czy przez okno w ogrodzie. Z jednej jednak strony nie chciał się ujawniać, że zna i rozumie ludzką mowę, a z drugiej ci, których teraz chciałby ratować i pocieszać, bali się go, wspominając tylko te chwile, kiedy jak smuga czarnego dymu unosił się, podążając wszędzie za królową. A było to przecież ledwie kilka tygodni temu. A może to już minęły miesiące? Wszystko już mu się myliło. Wiedział tylko tyle, że czarna moc zawładnęła nim w jednej chwili. Może to z wielkiej rozpaczy i tęsknoty za tą, która potrafiła wnieść w to zamczysko radość i szczęście? Po JEJ ucieczce z zamku poddał się i dał się opanować złym mocom. Ale na wieść, że ONA żyje, przebudził się. Postanowił wyrwać się z niewidzialnych szponów czarnej magii, która zamieniła go już prawie w bezwolnego sługę. Walczył i udało mu się, a teraz chciał, żeby było jak kiedyś. Bo kiedyś było lepiej. Nikt nikogo się nie bał. Było pięknie, wesoło, kolorowo i pachnąco. Było lepiej pod każdym względem… Ale jak bardzo by się nie starał, to jednak nie potrafił odwrócić złych czarów i zniweczyć czarnej siły, która jak w kleszczach trzymała cały zamek i jego okolicę.

Gdybyśmy jednak mogli się cofnąć w czasie… Kiedyś to miejsce wyglądało zupełnie inaczej. Głębokie podcienia od wczesnych godzin porannych rozbrzmiewały głosami bawiących się w berka dzieci, które przybiegały tu z pobliskich wsi, wiedząc, że są mile widziane i że zawsze dostaną coś dobrego do jedzenia od kucharek, które dbały o nie jak o swoje własne pociechy. Brzmiały tu też często głosy kupców i podróżników, którzy zaglądali tu, wracając z dalekich wypraw. Oni wiedzieli, że nikt tu nie pogardzi dobrą opowieścią o tym, jak w innych krajach się ludziom żyje i powodzi. Z królem Chudzizem i jego żoną, ukochaną przez wszystkich królową, która miała ma imię Utazi — z tą parą podróżnicy mogli zawsze rozmawiać jak równy z równym, gdyż oboje byli bardzo wykształceni i ciekawi świata.

Żądna przywożonych przez nich opowieści najbardziej jednak była ukochana córeczka królewskiej pary, jedynaczka Julia. Wielką urodę, życzliwość i moc zjednywania sobie ludzi i zwierząt odziedziczyła na pewno po swojej matce, zaś po ojcu ciekawość świata i wiarę w to, że nie ma rzeczy niemożliwych. Za jej to przyczyną na zamku można było często spotkać zarówno podróżników, obieżyświatów, jak i wesołych grajków, kuglarzy i aktorów, którzy zabawiali cały dwór i ludzi tu na tę okoliczność zachodzących. Panujący w Lovenii, bo tak zwano całą tę krainę, w zwyczaju bowiem mieli za ciężką pracę swoich poddanych dobrze ich wynagradzać i o strawie dla oczu i duszy nie zapominać.

Sam zamek i otaczające go ogrody, ach, cóż to był za widok — wysławiany był przez wszystkich podróżnych i gości. Ogród głównie za to, że kusił całą paletą barw, kształtów i zapachów, pokazując odwiedzającym, że królowa wraz z córką wnikliwie studiuje obowiązujące w świecie trendy. Jednak wszystko było tu inne, ładniejsze, przytulniejsze, bardziej naturalne. Chodziło o to, żeby oprócz pięknego wyglądu ogród mógł być schronieniem dla całej masy ptactwa i owadów, które w wielkiej ilości i różnorodności tu zawsze gościły. Mówiono, że przez mnogość rosnących tu roślin i ich rozmaitość oraz nieprzeciętne piękno ogród jest niczym brylant. Brylant ogromnej urody. Rzadko żywi mogą zobaczyć tak dużo piękna w jednym miejscu, a tu ono istniało dostępne dla wszystkich bez żadnych ograniczeń.

Zamek był równie wielkiej urody klejnotem, wciąż szlifowanym, głównie przez królową, która stale coś zmieniała i dopieszczała, ale zawsze z dużym gustem i wyczuciem smaku. W zamkowych komnatach zalanych słońcem, które wpadało przez wysokie okna, stały wazony z pięknymi, świeżymi kwiatami, a na ścianach wisiały obrazy pokazujące różne miejsca na świecie z tak dużym realizmem, że oglądający je ludzie często próbowali przekraczać krawędź zdobnych ram, chcąc zobaczyć, jak jest po drugiej stronie. Piękne, ozdobne lampiony rozświetlały wieczorami pałacowe wnętrza, a liczne kryształowe lustra mnożyły ich blask na wszystkich ścianach i wyściełanych grubymi, dużymi dywanami kamiennych posadzkach.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 30.03
drukowana A5
za 65.31
drukowana A5
Kolorowa
za 93.12