Przedmowa
Świat kręci się, odwiecznie i nieprzerwanie, a razem z nim kręcą się te same powtarzane przez wieki socjopolityczne mechanizmy. Może i w teorii pozostają one niezmienne i przewidywalne, ale oczywistym jest, że w praktyce ewoluują wraz z szybkim rozwojem technologii. Tym samym, te niebezpieczne wzorce sięgają coraz głębiej i głębiej, nieuchronnie kierując gatunek ludzki ku upadkowi.
Tutaj wszystko ma sens, jak i nic nie ma sensu. Czerwone kwiaty na stole mogą symbolizować przelaną krew i wściekłość, a w tym samym czasie być po prostu czerwonymi kwiatami na stole. Obraz rzeczywistości przedstawionej jest malowany wszelkiego rodzaju dosłownościami i metaforami, które związały się w supeł nie do rozplątania. Z jednej strony na wykorzystaną kreskę pisarską składają się poważne, klasyczne dzieła dotyczące modus operandi systemów totalitarnych, z drugiej strony do powstania tego tworu przyczyniły się PRL-owskie książeczki dla dzieci. Język jest tu tylko i wyłącznie narzędziem, pięknym i wartym pielęgnowania, lecz, ponad wszystko wyłącznie narzędziem. Interpunkcja zajmuje swoje miejsce tam, gdzie jej najwygodniej, nie reagując na żałosną dezaprobatę autora.
Wobec tego, całokształt to zwyczajnie myśl, która przyjęła jakąś pokrętną formę — i formę tę, jak nierozwikłaną zagadkę, ja oferuję każdemu, komu przyjdzie zagłębić się w świat roku 2126.
Telewizja i spotkanie z sąsiadem
Niebo nad miastem spowijały ciemne chmury, osłaniając je dzielnie przed słonecznym blaskiem poranka. Mimo potęgi owej poszarzałej tarczy, nie była ona w stanie ochronić samej siebie przed bezwstydną jasnością wielokolorowych neonów. Te, napuszone tak samo dumnie jak i szyderczo, zakrywały niemal każdy skrawek już i tak praktycznie niewidocznego nieba. Niektóre jaśniały w ciszy, a inne za to wrzeszczały na Bogu ducha winnych mieszkańców stolicy.
“KUPCIE NAJNOWSZĄ MASECZKĘ NA TWARZ WYŻSZEJ INTELIGENCJI, KTÓRA DZIĘKI GENIALNEJ TECHNOLOGII NA ZAWSZE NAPRAWI WASZE NAJBARDZIEJ ODPYCHAJĄCE NIEDOSKONAŁOŚCI! ZESKANUJ NASZ KOD, BY DOWIEDZIEĆ SIĘ WIĘCEJ”, pusto śmiała się holograficzna, sztucznie wygenerowana kobieta z neonu.
“TEN NOWY MODEL AI ZREWOLUCJONIZUJE TWOJE MOŻLIWOŚCI TWORZENIA NOWYCH WSZECHŚWIATÓW! ZAPYTAJ SWOJEGO ULUBIONEGO PRZYJACIELA LUB UKOCHANEGO AI O 18GENESIS18!” Sztuczna para zamknięta w kłamliwym uścisku wgapiała się w wytworzone przez maszynę fałszywe niebo.
“JUŻ DZISIAJ TY MOŻESZ UMIEŚCIĆ SWOJĄ WŁASNĄ REKLAMĘ NA NIEBIE! ZŁÓŻ OFIARĘ SWOIM ŚWIĘTYM I ZABIJ BOGA RAZEM Z NAMI!” Mężczyzna w gustownym garniturze z nieludzko idealnie białymi zębami szczerzył się złowrogo, spoglądając na zabieganych ludzi na ulicach.
“NAJNOWSZY MODEL CHIPU SZTUCZNEJ INTELIGENCJI POZWOLI CI NA PEŁNOWYMIAROWĄ UCIECZKĘ W SWOJE NAJGŁĘBSZE FANTAZJE SEKSUALNE, CZY TO W DOMU CZY NA NUDNYM SPOTKANIU BIZNESOWYM! ZOBACZ, POCZUJ, DOTKNIJ, JUŻ DZIŚ!” Przy akompaniamencie tych jakże głośno rozbrzmiewających słów nienaturalnie błyszczące nagie piersi przewijały się nad post-sowieckimi budynkami.
Mary owe zdawały się nie przejmować dzikim wiatrem szalejącym na niebiosach. Ten również zaniechał wszelkich działań wojennych, zawierając z nimi niechętny, lecz konieczny, rozejm. Nie będąc w stanie tknąć digitalowych przekleństw kalających przestrzeń powietrzną, wietrzyk spłynął więc w dół, mknąc ulicami i chodnikami, wciskając się pomiędzy ciasno ściśnięte budowle i targając włosy przechodniów. Tak się również zdarzyło, że przez jedną z niezręcznie zabitych deskami dziur, wślizgnął się on do wnętrza opuszczonego kościoła.
Budynek ten niegdyś zajmował swe miejsce nieopodal centrum miasta, lecz kilka lat wstecz został on przeniesiony. Celem owej relokacji było zwolnienie miejsca dla kilkumetrowej rzeźby 3D, stworzonej za pomocą najnowszego modelu sztucznej inteligencji. Rzeźba owa przedstawiała troje młodych, aż nazbyt idealnie zbudowanych ludzi odbywających stosunek seksualny. Ich nagie ciała, w swojej sztucznej perfekcji i wyeksponowanej fizyczności, jawiły się jako bezmyślna i świętokradcza karykatura starożytnych bóstw. Ekstaza malująca się na ich pustych, plastikowych twarzach wydawała się równie fałszywa jak nazwisko domniemanego autora wygrawerowane tuż nad miejscem intymnym rzeźby kobiecej.
Dla tej to, pożal się Boże, instalacji budynek kościoła został więc przeniesiony. Wpierw na puste pole koło lasu, bo jedynie tam znalazło się na tyle ziemi, aby świątynię pomieścić. Sam las aczkolwiek, choć tak dzielnie stojący na straży ukochanej matki natury przez setki minionych lat, nie przetrwał bezdusznego ognia współczesności. Wycięto go bowiem zaledwie kilka miesięcy później, by zrobić miejsce na nowe centrum rozwoju “Wyższej Inteligencji”. Pozostała więc kwestia — co z tym feralnym kościołem zrobić? Rozebrać go na części? A kto by się tym zajął, tak bez większego sensu i za psie pieniądze? Nawet pozłacane fragmenty straciły już na wartości z powodu inflacji, a obrazy można było przecież sobie wygenerować i to w o wiele lepszym stanie. Przewieźć gdzieś indziej? Również byłaby to strata cennego czasu, który przecież mógłby zostać wykorzystany w o wiele lepszy, bardziej produktywny lub, co najważniejsze, przyjemny sposób.
Taka oto kolej rzeczy doprowadziła do tego, iż świątynia ta wylądowała, tak jak stała, na lokalnym wysypisku śmieci. To skradało się pod obrzeża miasta powolnym, lecz nieuniknionym krokiem. Góra bezbarwnych odpadów, w niektórych miejscach poprzetykanych czerwienią krwi, czy rozkładającego się zwierzęcego i ludzkiego truchła, piętrzyła się ku niebiosom. Jakby pokrętną dekoracją zwieńczona była ona budynkiem nadgniłego, starego kościoła. Ot, relikt przeszłości jakich wiele. Krzyż, który kiedyś dumnie stał na najwyższej jego wieżyczce, zwisał z niej smętnie, obrzucając wyklęte miasto ponurym spojrzeniem. Popękane witraże odbijały blask wyświetlanych na niebie reklam, jakby w imię ostatniej, samobójczej walki o odebraną im godność. Przez te właśnie pęknięcia w kolorowym szkle wiatr wciskał się do środka, jakby niezmiernie ciekaw wystroju wnętrza tego dawnego miejsca modlitwy. Podmokłe wizerunki świętych gromiły go karcącym wzrokiem. Jedynie co któryś z nich witał powiew lekkim uśmiechem lub skinieniem głowy, jako ostatni ostały przejaw niezmordowanej natury. Zwisający z krzyża Chrystus również wydawał się przychylny lekkiemu wietrzykowi, łagodnie otulającemu jego krwawiące rany i usilnie starającemu się wprawić w ruch jego mosiężne włosy. Stary telewizor, którego niektóre części wspominały jeszcze zamierzchłe czasy zimnej wojny, obserwował ten wietrzny taniec, co chwilę cicho posapując.
Ów poranny wiatr nie mógł jednak opuścić murów świątyni niewykonawszy swojego najważniejszego zadania. Wskakiwał on to pod jedną ławkę, to pod drugą, roznosząc po kościele ciężki zapach kadzideł. Wietrzyk był bowiem ogromnym entuzjastą zabawy w chowanego, a najbardziej uwielbiał on szukać.
I w końcu znalazł, wślizgując się pod ciężką, drewnianą ławę i z całych sił dmuchając w twarz człowieka śpiącego pod jej osłoną. Ten mruknął z niezadowoleniem, by następnie wyturlać się ze swej puchowej pierzyny na zimną posadzkę kościoła.
Odgarniając długie, splątane włosy z twarzy, mężczyzna rozejrzał się po swoim otoczeniu, jakby przez krótką chwilę nie miał pojęcia gdzie się znajduje. Przetarł oczy dłońmi, by następnie przeciągnąć się i z pomocą pobliskiej ławy stanąć na nogi. Głośno ziewając, mieszkaniec kościoła powlókł się do łazienki. Obserwując to, wiatr uznał swą misję za wykonaną, wylatując frywolnie przez szczeliny w popękanych murach.
Ciężkie, drewniane drzwi zapłakały głośnym skrzypieniem, czując na sobie nacisk lodowatej dłoni. Pomimo tego wyrazu niezadowolenia, ustąpiły one, wpuszczając pana domu do pomieszczenia. Ten, jakby od niechcenia, wtoczył się do środka, podpierając się o misę ceramicznego zlewu. Odkręcił on kurek z zimną wodą, aby przemyć swoją wysuszoną, szorstką twarz. Jego wzrok wbity był w pokryty zaciekami kran, jakby instrument ten posiadał odpowiedzi na dręczące go pytania. Mężczyzna niechętnie podniósł wzrok, by spojrzeć w lustro — okazało się to niewłaściwym posunięciem. Rzeczywistość dookoła niego zaczęła się agresywnie rozmazywać, rozmywać i zamazywać, wijąc się i tańcząc, w swojej przeklętej i nieuniknionej szarości ukrytej za wirem fałszywych kolorów. Pokręcona, ziejąca dziura, usytuowana w miejscu, w którym przed laty wymalowane było jego oblicze, zdawała się wyśmiewać jego żałosne próby odnalezienia własnego odbicia w szklanej tafli. Mieszkaniec kościoła, chcąc uwolnić się od tego szyderczego wzroku, z całej siły szarpnął za lewą stronę ramy lustra, odsłaniając ukrytą za nim szafkę. Na jej półkach piętrzyły się różnorakiego rodzaju głowy lalek przeszłości. Niektóre znajdowały się niemal w idealnym stanie, uroczo trzepocząc długimi rzęsami i olśniewając rumianymi polikami i błękitnymi tęczówkami. Inne zaś, blade, z pnącymi się po ich sztucznej skórze pęknięciami, wydłubanymi oczyma i rozdziawionymi ustami wydawały się błagać swojego właściciela o okazanie im miłosierdzia śmierci. Ten jednak na tyle miłosierny nie był — apatycznie grzebiąc wśród porcelanowych głów w poszukiwaniu przedmiotów potrzebnych mu do przeprowadzenia swojej codziennej rutyny.
Zgodnie ze swoimi przewidywaniami, znalazł je on po krótkiej chwili, skryte w ciasno związanym plastikowym worku. Paczka tabletek, metalowa łyżka i sprej przeciw robakom. Na opakowaniu leków przyklejona była poplamiona, biała karteczka, na której to widniał napis “ZALECENIA LEKARZA: DLA PANA ZASUWKI, DWIE TABLETKI 2X1 RAZ NA DZIEŃ”. Mężczyzna zwany Zasuwką, stosując się do wspomnianych zaleceń, połknął więc kapsułki, popijając je brudną wodą z kranu. Następnie, z cichym westchnieniem, sięgnął on po kolejną część owego osobliwego zestawu — metalową łyżkę. Zacisnął zęby tak mocno, że mógł wręcz poczuć ścierające się kawałki ich podniszczonego szkliwa. Sypiący się z niego pył kostny jakby na złość i z premedytacją łaskotał wysuszone gardło Zasuwki. Ten aczkolwiek, był zdeterminowany, chcąc jak najsprawniej uporać się z tym jakże nieprzyjemnym obowiązkiem. Pokryte zaschniętą krwią opuszki palców mężczyzny rozwarły jego powieki, tak szeroko, jak tylko pozwalała na to elastyczność jego papierowej skóry. Unoszący się w powietrzu kurz osiadał na powierzchni białka jego oka, jakby chcąc zmusić Zasuwkę do mrugnięcia. Ten jednak pozostawał nieugięty. Jednym, zręcznym ruchem umieścił metalowe narzędzie pod swoją gałką oczną. Ta, z cichym pluskiem, poderwała się do góry. Słysząc dobrze mu znane, odpychająco mokre odgłosy, wydobywające się ze środka, mężczyzna musiał użyć całych pokładów swojej silnej woli, by nie zaniechać prowadzonej czynności. Puścił więc łyżkę, która, ku jego uldze, pozostała na miejscu, by wsunąć swoje palce pod dolną powiekę, a następnie w otwartą przestrzeń pomiędzy oczodołem a masą oka. Ignorując ból i dyskomfort, jaki wywoływała u niego cała ta procedura, Zasuwka wreszcie był w stanie pochwycić to, czego szukał. Czuł, jak to coś wije się i skręca, uderzając panicznie o jego skórę w niemym proteście na tę nieoczekiwaną eksmisję. Mieszkaniec kościoła począł więc delikatnie ciągnąć, a już po chwili jasna glizda wyłoniła się zza jego gałki ocznej. Nie dość, że istota ta oblepiona była śluzowatą krwią, to do tego okazała się niepokojąco długa. Aż nazbyt długa, bowiem zanim mężczyzna wyciągnął ją do końca z wnętrza swego ciała, część robaka znajdowała się już w zlewie. W końcu udało mu się wyrwać samą końcówkę ogona z oczodołu, niemal natychmiast odkręcając wodę i spuszczając insekta w umywalce. Robił to z niemałą satysfakcją, bo nie znosił pasożytów niekulturalnych na tyle, by chować się za jego własnymi oczami nie uzyskawszy jego uprzedniej zgody.
Mając tę najgorszą część rutyny za sobą, mężczyzna chwycił za ostatni z przedmiotów — mianowicie sprej na robaki, psikając nim centralnie w otwartą przestrzeń znajdującą się za jego gałką oczną. Przez chwilę piekło go tak straszliwie, że zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno nie doczekał się już wiecznego potępienia. Fakt, że ból po chwili ustąpił odwiódł go od tej teorii. Zasuwka z niemałą ulgą wyciągnął łyżkę spod oka, które wręcz od razu wskoczyło na swoje miejsce z radosnym chlupnięciem.
Stwierdzając, że najlepszym lekiem na fizyczny dyskomfort po procedurze tego typu jest odpoczynek, mieszkaniec kościoła zdecydował się obejrzeć prognozę pogody w telewizji. Schował on zatem woreczek i jego zawartość z powrotem do szafki za lustrem, tym razem unikając swojego odbicia. Następnie skierował on swoje kroki do głównej hali świątyni.
Pod jednym z ocalałych witraży przedstawiających Chrystusa niosącego krzyż stał kwadratowy telewizor. Miał on już swoje lata — trzymający na swych barkach drewnianą konstrukcję Jezus wpatrywał się w niego z żałością, jakby chciał ofiarować mu wyrazy współczucia za jego marny los. Sama maszyna nie widziała tego wzroku. Nie mogła się odwrócić. Swoje spojrzenie wbijała za to w przeciwległy witraż znajdujący się po drugiej stronie kościoła. Przedstawiał on męczeństwo świętych. Ich ostatnie momenty na tej ziemi, chwile, w których albo czuli ekstazę i nadludzką radość albo panikę na myśl o konfrontacji z nieznanym. Czy wiedzieli, że zaraz obudzą się w ramionach Stwórcy, bezpieczni, szczęśliwi, świadomi o prawości podjętych decyzji, czy może w ich finalnych oddechach skrywały się myśli strachu i zwątpienia?
Nie ludziom było poznać odpowiedź na to pytanie — a skoro nie ludziom, to już na pewno nie telewizorom. Tak więc ekran skierowany był na niepewne i niezrozumiane, wiernie czekając, aż jego właściciel usiądzie na przeciwległej kanapie, zakrywając swoją postacią pytanie egzystencjalne wymalowane na kolorowym szkle.
Tak też się stało — Zasuwka wpierw podszedł do maszyny, przekręcając jej pokrętła, aż ta, z niemałym trudem, wyświetliła mu wyczekiwany obraz. Mężczyzna opadł na siedzenie, wzdychając cicho, orientując się, jaki to program nadawany był na jednym jedynym kanale telewizyjnym, jaki ostał się w Polsce.
Napis “Stacja telewizyjna 1” mrugał w lewym górnym rogu, a cały obraz otoczony był kalejdoskopem wszelkiego rodzaju reklam. Ubrana w bikini prezenterka przyciągała widzów swoim perłowym uśmiechem. Jej sztuczne, nienaturalnie niebieskie oczy błyszczały w świetle neonowych reflektorów. Jej głowę okalała świetlista aureola — tak przynajmniej wyglądało to na odbiorniku Zasuwki. Wiedział on, że w istocie jest to nic innego jak hasła reklamowe w formie przekaźników podprogowych.
Mieszkaniec kościoła mało czego nienawidził tak bardzo, jak oglądania wiadomości — musiał jednak wiedzieć, co dzieje się w kraju i na świecie, a papierowe gazety i konwersacje międzyludzkie już dawno przestały istnieć. Wobec tego, każdego dnia mężczyzna spędzał chwilę na oglądaniu wygenerowanych przez sztuczną inteligencję obrazów i nagrań, przewijających się na ekranie jego przedpotopowego sprzętu.
— Hello my dears, hi, witamy was wszystkich w naszym niedzielnym wydaniu “Wiadomości z Faktycznie Istniejącej Sponsorowanej Rzeczywistości!” — Zaśmiała się nieistniejąca kobieta — Yeaaah, so… zaczniemy od wiadomości ze świata polityki dzisiaj, tak, bo mamy dla was so much tea, it’s unbelievable!
Na ekranie przez chwilę wyświetliło się zdjęcie człowieka w czarnym lateksowym stroju. Zasuwka nie przywiązywał większej uwagi do aparycji mężczyzny. Wiedział bowiem, że ta także nie była prawdziwa. Ba, nawet nie miał pewności, że jednostka ta faktycznie istnieje i pełni swój, jakże ważny, urząd…
— Nasz nowy premier, Knaut Rill, brał ostatnio divorce z jednym ze swoich mężów, c’nie, bo tamten nie powiedział mu o swojej last trip to Malediwy i zamiast niego zabrał swojego lover, którego jego trzeci husband niezbyt lubił, generalnie, więc o to mieli problem, no więc premier Rill stwierdził, enough i następnego dnia się rozwiedli…
Zasuwka zamknął oczy, odchylając głowę do tyłu i rozmasowując skronie. Przekleństwem współczesnej mu telewizji była struktura programów informacyjnych. Już dawno udało się mieszkańcowi kościoła rozpracować ów niezbyt sprytny modus operandi sztucznie wygenerowanych dziennikarzy.
1. Plotki ze świata mniej lub bardziej prawdziwych celebrytów, aby uśpić czujność widza.
2. Osobliwy, hiperseksualny przekaz, mający na celu odwrócenie uwagi widza.
3. Wyssane z palca bzdury, by wzbudzić wściekłość u co bardziej naiwnego widza.
4. Faktyczne informacje wyższej wagi, aby nie doprowadzić do bojkotu tej wąskiej grupy odbiorców, która oczekiwała od rządowej stacji telewizyjnej podawania rzetelnych informacji.
To wszystko było oczywiście naszpikowane reklamami, które wydawały się wdzierać w duszę oglądającego i próbowały wyrwać mu takową na wszelkie możliwe sposoby.
Zasuwka zorientował się, że w swoim zamyśleniu przegapił resztę fragmentu o śmietance polskiej sceny politycznej. Nie odczuwał z tego powodu większego żalu — nie wykazywał on bowiem najmniejszego zainteresowania fałszywymi problemami ludzi, którzy równie dobrze mogli być jedynie wytworem komputera.
Prezenterka AI dalej trajkotała w najlepsze, finalnie wstając zza swojego biurka. I takim oto sposobem nastał czas na punkt drugi programu.
Kamera sugestywnie zjechała w dół, koncentrując się na skąpo okrytym ciele kobiety. Obraz przybliżał się i oddalał, wystawiając na pokaz jej perfekcyjną sylwetkę w całej okazałości. Ta za to wyginała się i wypinała to w przód, to w tył, kusząc widza swoim szeptem, jakby już całkiem zapomniała o swojej tożsamości dziennikarki.
Zasuwka wiedział, czemu służy ten segment — rozreklamowaniu najnowszych modeli wirtualnych seks-chatbotów napędzanych, oczywiście, za pomocą sztucznej inteligencji. On sam nie potrafił czuć niczego oprócz obrzydzenia w stosunku do odbiorcy, w którym widok komputerowej lalki wywoływał pożądanie. Dla niego samego, owa zmora nieosiągalnego ideału wydawała się co najmniej odpychająca. Niewinne, duże oczy, lekko rozwarte malinowe usteczka, które sugestywnie oblizywała językiem, wielkie piersi, ledwie okryte skrawkiem materiału, szerokie biodra, skóra gładka, błyszcząca w świetle reflektorów studia…
Mężczyzna poczuł, jakby zbierało mu się na wymioty. Na ponów odwrócił wzrok od odbiornika, spoglądając w stronę wizerunków świętych.
Zaliczały się do nich również kobiety. Stały, dumne i wieczyste, a wszystkie wpatrywały się w sztuczną marę na ekranie telewizora. Górowały nad owym żałosnym obrazem, trzymając w dłoniach swe serca, spływającą przez palce krew, czy lśniące miecze. Przyodziana w męską zbroję Joanna D’arc wydawała się posyłać półnagiej sylwetce na ekranie współczujące spojrzenia. Mogła okazać się to gra świateł mieniących się na osłoniętym witrażem niebie, lecz przez krótką chwilę Zasuwka był w stanie przysiąc, że święta uniosła swoje ostrze, w chęci sprowadzenia destrukcji na szatańskie urządzenie, jakim wydawał się jej telewizor. Agata Sycylijska wymalowana po jej prawicy wydawała się podzielać ów sentyment — przenosząc wzrok z wygenerowanych przez sztuczną inteligencję jędrnych piersi na swoje własne, poharatane i wysuszone, złożone na splamionej szkarłatną cieczą tacy. Matka Boska, umiejscowiona w centrum witraży łkała cicho deszczem uderzającym o szkło. Krople spływały po jej pół-przezroczystych polikach na mieniącą się całym spektrum naturalnych kolorów szatę.
Zasuwka począł się zastanawiać, czy był to wyraz żalu spowodowany nieuchronnym końcem duchowości i prawdziwego człowieczeństwa gatunku ludzkiego, czy może wyraz współczucia dla niewolniczo eksploatowanej mechanicznej siostry.
Czymkolwiek to było, zdawało się wzbudzać w świętych wyjątkowo silne emocje.
A może Zasuwce się tylko przywidziało?
Wtedy też zorientował się, że w swoim zamyśleniu przegapił resztę seks-bloku reklamowego.
Sztuczna kobieta została zastąpiona sztucznym mężczyzną. W kontraście do skąpego ubioru swojej poprzedniczki, ten miał na sobie ciemny garnitur z dopasowanym czerwonym krawatem. Nie uśmiechał się, zamiast tego wpatrując się w kamerę z pełną powagą.
Zasuwka nawet nie próbował wytężać swojego umysłu w celu uformułowania jakichkolwiek sensownych rozważań na ten temat — wnioski narzucały się w końcu same.
Nastał więc segment trzeci.
Dwie minuty nienawiści Orwella, ot co.
— Wracamy więc do najważniejszych wiadomości z prawdziwego życia Rzeczpospolitej i jej sąsiadów — zaczął nowy dziennikarz. Ruchy jego ust zdawały się być aż nazbyt zgrane z wypowiadaną przez niego kwestią — Mamy nowe wiadomości dotyczące tragedii, która wydarzyła się wczoraj w Krakowie. Oddaję głos naszemu korespondentowi, A. Krzesiakowi, który jest właśnie na miejscu zdarzenia.
Obraz zmienił się. Wyskakujące, krzykliwe, jak i kryjące się w rogu oka nieświadomego widza reklamy tym razem okalały piękny widok krakowskiego rynku, skąpanego w promieniach porannego słońca. W pierwszej chwili Zasuwka uzyskał stuprocentową pewność, że to, na co właśnie spogląda, nie może być w żadnej mierze prawdziwe.
Już nie pamiętał bowiem, kiedy to ciężkie czarne kłęby zakrywające polskie niebo rozstąpiły się po raz ostatni.
Był za to przekonany, że nie doszło do tego w najbliższej przeszłości, a tym bardziej w domniemanej teraźniejszości.
Wygenerowany przez komputer dziennikarz stał na środku równie fałszywej miejskiej sielanki, wbijając swój zmartwiony wzrok w kamerę.
— Dziękuję — zaczął. Robot który odpowiadał za głos wydawał się świetnie udawać ten należący do człowieka, odgrywając swą najlepszą imitację żalu. — Zaledwie dwa dni temu do sieci rzeczywistości wpłynęły pliki, na których widać, jak grupa niezłomnych aktywistów niszczy relikt opresyjnej religijnej przeszłości — rzeźbę katolickiego Boga przedstawionego w ostatnim Jego momencie. Aktywiści, rozumiejąc, że pokazywanie takich rzeczy jak przemoc czy ś… — głośny pisk zagłuszył słowa reportera — …ć w miejscach publicznych może mieć zły wpływ na zdrowie emocjonalne tych, którzy zmuszeni są do ich oglądania, zdecydowali się przeciwdziałać.
Na ekranie wyświetlił się film. Niby to, z ulicznej kamery. Na nim można było dostrzec czworo, dosyć skąpo ubranych ludzi. Jedna z obecnych osób miała wyrazistego, tęczowego irokeza, który mienił się w świetle płomieni, którymi spowity był pomnik Chrystusa na krzyżu. Wytatuowana dziewczyna dolewała benzyny do owego bluźnierczego ogniska, a jej wymalowanej rozmaitymi kolorami twarzy akompaniował szeroki uśmiech. Pozostali również radowali się na widok powolnie topiącego się wizerunku Zbawiciela, wydającego się rzucać kamerze żałosne spojrzenia.
Zasuwka przygryzł wargę.
Jego bystre oczy robiły co mogły, by odfiltrować wpychane przed nie reklamy i bliżej przyjrzeć się rozgrywającej się przed nimi scenie, by móc stwierdzić, czy jest ona prawdziwa.
“KUP, KUP, KUP, DAJ NAM SWOJE PIENIĄDZE, DAJ NAM SWÓJ MAJĄTEK, DAJ NAM SWOJE PIENIĄDZE, ZŁÓŻ W OFIERZE SWOJE CIAŁO, ZŁÓŻ W OFIERZE SWOJE CZŁOWIECZEŃSTWO, ZŁÓŻ W OFIERZE SWOJĄ DUSZĘ, ODDAJ SIĘ NAM, ODDAJ SIĘ NAM W CAŁOŚCI!” Wrzeszczały pokrywające ekran reklamy, uniemożliwiając tym samym wyciągnięcie jakichkolwiek wniosków z tego, co działo się na pokazywanym klipie. Zasuwka podjął decyzję o porzuceniu prób rozeznania się w rzeczywistości, oczekując na konkluzję segmentu.
Na ponów odchylając głowę do tyłu, mężczyzna zamknął oczy, wsłuchując się w głos prezentera, który ponownie przemówił.
— Dwa dni po upublicznieniu tego nagrania w sieci rzeczywistości, Wyższa Inteligencja… — na te słowa Zasuwka jeszcze mocniej wbił swoje żółte zęby w wysuszoną i zbielałą dolną wargę. Instytucje państwowe w niedawnym czasie oficjalnie uznały, iż fraza “Sztuczna Inteligencja” jest niezgodna z prawdą i opresyjna, zamiast tego proponując nowe pojęcie. Powoli zaczynało to wchodzić w życie, bowiem firmy wytwarzające produkty z technologią AI od początku stały murem za owym szatańskim pomysłem — …była w stanie odnaleźć personalia ukazanych osób, włączając w to ich adres. Aktywiści mieszkali razem, w mieszkaniu na obrzeżach. Jako odpowiedzialni obywatele, cała ich czwórka pracowała w pobliskim Centrum Rozwoju AI. Pozostawali oni w związku małżeńskim ze sobą nawzajem, a sąsiedzi określali ich jako spokojnych, kulturalnych ludzi, którzy bardzo się kochali. W nocy z czwartku na sobotę położyli się do snu w swojej sypialni około godziny drugiej, jak to zwykli robić. Jedna z osób rozmawiała ze swoją matką przez telefon jeszcze trzy godziny przed tragedią. Około czwartej nad ranem, do mieszkania wtargnęła grupa uzbrojonych członków sekty katolickiej, którzy wyśledzili ich po filmiku umieszczonym w sieci. Wyrządzili ofiarom ogromne szkody emocjonalne, seksualne i fizyczne, doprowadzając ich do stanu nieżywotności. — Zęby Zasuwki przebiły skórę, a po jego brodzie, niczym symbol niemego buntu, spłynęła strużka krwi.
“Zabili”, “zamordowali”, “pozbawili życia”, “doprowadzili do zgonu”, “cięli, pruli, gryźli i gwałcili aż ich finalnie zajebali jak gówno warte robactwo”, czy tak ciężko było używać języka, który był w stanie faktycznie oddać realia zaistniałej sytuacji? Lecz, czy istniały jakiekolwiek realia? Czy ktokolwiek kiedykolwiek żył? Czy ktokolwiek kiedykolwiek jakkolwiek istniał? Czy wymienione w tym segmencie wiadomości ofiary faktycznie straciły litry krwi, faktycznie błagały o życie, kiedy ostatnie oddechy uchodziły z ich niezawinionych, prawdziwych ust?! Czy wymienieni w tym segmencie wiadomości oprawcy naprawdę zatapiali ciężkie narzędzia w ciałach tych, którzy im zawinili, czy przebijali ich skórę i wypruwali organy, na zawsze plugawiąc swoje dłonie prawdziwą, lepką krwią?! Czy cokolwiek jeszcze miało w sobie jakąkolwiek prawdę?!
Zasuwka powoli oblizał swoje usta językiem. Jego wargi zapiekły, kiedy do rany na jego ustach dostała się ślina, a kubki smakowe wyczuły silny, metaliczny smak. Wszystkie te, niby nic nieznaczące odczucia, sprawiły, że udało mu się uspokoić. Otworzył oczy, by na ponów spojrzeć na ekran odbiornika.
Wiedział, czemu służy podawanie informacji tego typu.
Jeśli pan domu posiada dwa psy, a włamywaczowi uda się nasłać je na siebie, to będą się drapały i gryzły, podczas gdy on sam przemknie do domu i poderżnie gardła śpiącej, Bogu ducha winnej, rodzinie.
A jak który z psów również zdechnie w swoim starciu ze swym dawnym bratem, towarzyszem niedoli? Strata konieczna.
A finalnie nie pozostanie nic, tylko sterta trupów i bezkarny zabójca wysysający krew z ich zmaltretowanych ciał.
Odwieczny, powtarzalny modus operandi, kręcący światem polityki niczym niezmordowany chomik w kołowrotku bezdusznego czasu.
Rozpoczął się więc segment czwarty — ostatnia część programu wiadomości, ta, której Zasuwka zawsze wyczekiwał z niecierpliwością. Mara zwana Krzesiakiem oddała głos do studia innemu sztucznemu tworowi, którego nazwy siedzący przed telewizorem Zasuwka nie próbował nawet zapamiętać. Komputerowo wygenerowana istota głośno odchrząknęła w żałosnej próbie prezentowania się ludzko, by następnie przemówić: