Słowem wstępu
Pamięć o Sybirze nie jest gładka ani łatwa. Jest jak twardy kamień, w którym każde wspomnienie trzeba mozolnie wykuwać. Tytułowe „Dłutko pamięci” to moje skromne narzędzie — pióro, którym próbuję ocalić od zapomnienia twarze, emocje i prawdę o tamtych dniach. To powolna, czasem bolesna praca, ale jesteśmy ją winni tym, którzy sami już mówić nie mogą.
Inspiracją do napisania tych wierszy były tragiczne wspomnienia moich bliskich. To rezultat głębokich emocji, które towarzyszyły mi podczas podróży w głąb sybirackich serc — podróży odkrywającej trudne losy przeszłości i rozległe blizny zadane w odległych latach.
Nasi bliscy rzadko dzielili się swoimi historiami. Ja jednak z uwagą chłonęłam każde ich słowo, przelewając je na papier. Dlatego wiersze ułożyły się w porządku chronologicznym, dokładnie tak, jak biegły opowieści mojej rodziny. Aby nadać tym wspomnieniom kształt i twarz tam, gdzie zabrakło dawnych fotografii, część ilustracji w tym tomiku pomogła mi stworzyć sztuczna inteligencja (AI). Stała się ona nowoczesnym narzędziem w służbie historycznej pamięci.
Drogi Czytelniku, dziękuję Ci, że towarzyszysz mi w tej smutnej podróży… Pamiętaj, że to nie jest lektura, którą da się tak po prostu odłożyć na półkę. To nie jest przesłodzona, wierszowana opowieść z łatwym zakończeniem… Nad tym wspomnieniem trzeba się pochylić, głęboko je przemyśleć i wyciągnąć wnioski.
Sekcja fotograficzna
Rozdział I
Początek syberyjskiej historii
Opisuje sielankę przedwojennego dzieciństwa, proroczy sen, brutalne aresztowanie Dziadzia, najazd NKWD i koszmar podróży bydlęcym pociągiem.
Cieszanowskie poranki
Jasne poranki, rosą zroszone,
w pięknym ogrodzie w Cieszanowie,
gdzie dni dzieciństwa, w słońcu skąpane,
wciąż żyją w sercu i w mojej głowie.
.
Duży i ciepły dom z sienią starą,
dwoma pokojami i wielką kuchnią,
był dla nich wszystkich bezpieczną arką.
Gdzie troski dnia codziennego cichną.
Dziadzio — policjant z przedwojennej ery,
człowiek sumienny i sprawiedliwy,
na swoim rowerze przemierzał rewiry.
Jakby ten pojazd był wręcz wieczysty.
Pod męską ramą, na wielkich kołach,
zdzierali kolana mali ułani.
Szprychy lśnić musiały czysto w słońcu.
By rower oddały rączki Babuni.
A Babcia, choć w domu, wytchnienia nie znała.
Piątkę dzieciątek tuląc do piersi,
praczka do pomocy czasem przybywała.
By lżejsze były te dni najszersze.
W pamięci ciotek i wujka żyje.
Zabawa sąsiadów, jabłecznik na stole,
dzieża na chleb, co w kącie się kryje.
Ciuciubabka i śmiech na szerokim kole.
Za płotem bieda żydowska mieszkała.
Gromadka dzieci pod płot podbiegała.
„Nuśty, daj gruśty, daj jabłko!” — wołała.
Gdy tylko kogoś w ogrodzie ujrzała.
A na tę Nusię, najstarszą z grona,
„Kapusta na zagonie!” dzieci wołały.
Choć tajemnica ta nieodgadniona,
dziadkowie z psot tych głośno się śmiali.
Szatkownica z korbą kapustę darła.
Kamionki kryły domowe zapasy.
Marmolada w piecu rumieńca nabrała.
Takie to były dostatnie czasy.
I mały Tadeusz, chłopak pucołowaty,
co rzucił książki, by biec do ogrodu.
Wzrok Babuni, surowy choć rzadki.
Zawrócił go z drogi dla wiedzy głodu.
Bo choć czas zatarł wspomnienia i twarze.
A w sercach bliskich pamięć ta płonie.
Te luźne kartki jak piękny witraż,
miłość poniosą w każdą świata stronę.
Niedziecinny sen…
Był tysiąc dziewięćset trzydziesty siódmy rok…
Nigdy nie wierzyłam w sny.
Zwłaszcza te prorocze,
które przepowiadają przyszłość.
Jednak ten sen sprawił.
Że nagle poczułam się dorosła.
A moje szczęśliwe dzieciństwo legło w gruzach.
Śniłam, że jestem chora i sama w domu.
Gdy rodzice poszli w odwiedziny do sąsiadów.
We śnie zapanowała ciemność.
Dzwony zaczęły bić na alarm…
I nagle — grzmot,
błyskawica,
rama okienna zaczęła się palić.
Ja płomienie gasiłam…
„Dlaczego tak dzwonią?” — pytałam.
Usłyszałam głos…
Te słowa pamiętam do dziś:
„Dziecko, to znak, nie będzie już Polski.
A Jej dzieci rozproszone będą po świecie…”.
Sen był realny…
Dwa lata później niebo było błękitne.
Słońce świeciło pięknie.
I nagle — wojsko niemieckie przekroczyło nasze granice!
A potem, z drugiej strony,
nadeszło jeszcze gorsze piekło.
Które wypędziło nas wszystkich na Sybir.
Sen był realny…
Niedziecinny to był sen…
Zobowiązanie
Są takie chwile, kiedy cisza mówi głośniej niż tysiąc słów. Szczególnie na początku listopada, gdy cmentarze płoną tysiącami zniczy, nasza pamięć wędruje tam, gdzie żadnego światła nie ma. Wędruje na Wschód, ku bezimiennym grobom naszych dziadków i babć.
Ten wiersz to nie tylko poetycki zapis tragedii. To osobisty dialog. To obietnica złożona komuś, kto odszedł w samotności — bez krzyża, bez napisu i bez słowa pożegnania. To głos pokolenia, które mówi jasno: pamiętamy.
Zobowiązałaś mnie, Babciu,
do ważnego zadania:
stać na straży prawdy i pamięci.
Aby świat usłyszał o Twojej tragedii,
o tym, jak ginęli na zesłaniu Polacy,
o tych, którzy nie ulegli sowietyzacji.
Mogiła pozwala domknąć żałobę,
uzyskać spokój duszy…
Gdzie leży Twoje ciało?
Kto wskaże mi drogę?
„Pogubiły się” kości Twe, Babciu,
w bezimiennej mogile —
bez krzyża,
bez napisu,
bez słowa pożegnania.
Wspomnienia wracają najsilniej pierwszego listopada.
Światełka, świece i znicze,
złote chryzantemy,
stroiki, które stawiamy —
dają znak, że o Was pamiętamy.
O tych, którzy zostali na nieludzkiej ziemi.
„Tam” był tylko śnieg, mróz i wiatr.
„Tam” tyfus, szkorbut, malaria…
„Tam” głód, przemoc i ciężka praca.
„Tam” zostałaś Ty i Twój Syn.
„Tam” zostało mnóstwo nieszczęśników…
takich jak Wy.
Z góry na mnie patrzysz.
Z góry obserwujesz.
Z góry nade mną czuwasz,
uśmiechem dziękujesz.
Rzeźbiąc pamięć dłutkiem wspomnień,
wskazujesz, co czynić.
Zobowiązałaś mnie, Babciu…
Zobowiązanie wypełniam.
Dajesz świadectwo prawdzie.
Wspomnij mnie czasem…
Tym, którzy przyszli po mnie, aby w blasku dzisiejszego słońca i beztrosce letnich dni odnaleźli skrawki ich bolesnej historii i nigdy nie pozwolili im zgasnąć.
Wspomnij mnie czasem…
Córko i synu,
wnuku i wnuczko,
prawnuku, prawnuczko.
Wakacje tuż, tuż.
Jadąc na nie —
wspomnij mnie, proszę,
wakacyjnym czasem…
Pomyśl, jak było,
gdy ja byłam mała.
Że słońce tak samo jak teraz świeciło,
i drzewa szumiały,
i rzeczka się wiła.
I ja u swych dziadków
wakacje spędziłam…
Babunia kochana
pieszczot mi nie szczędziła.
Kochała mnie mocno
i ja ją kochałam.
I żadna z nas wówczas
nie przeczuwała,
że dziesiątego kwietnia roku czterdziestego
Ojca mi Rosjanie
do więzienia wsadzą.
Za co? — zapytasz.
Według nich był wrogiem!
Wrogiem za to, że był Polakiem,
wrogiem za to, że był kułakiem!
Bo ziemi kawałek miał tata kochany
i za to przecież
został skazany.
I ślad po nim zaginął,
i do dziś nikt nie wie,
jaką śmiercią zginął.
Wakacje szczęśliwe
szybko się skończyły.
W pamięci tylko fragmenty się wryły:
ciepło,
sytość,
spokój…
Wspomnij mnie, proszę,
wakacyjnym czasem…
O mojej tęsknocie,
o moim dzieciństwie,
o braku jedzenia,
o strachu i zimnie.
Pomyśl,
gdy w bezmyślności
jedzenie wyrzucasz.
Gdy rodzicom stajesz na przekór,
gdy mówisz: „NIE!” —
nie mając racji…
A gdy wśród licznych
wakacyjnych wędrówek
spotkasz tablicę pamięci
i niepozorną mogiłę,
zatrzymaj się na chwilę:
z pochyloną głową,
z kwiatami
i pamięcią o tych, którzy tam leżą…
Dzięki którym DZIŚ
możesz tutaj być,
spokojnie spędzasz wakacje
i po nich wrócisz bezpiecznie do szkoły.
I nikt nie zapuka do twoich drzwi,
kolbą ich nikt rozbijać nie będzie
i strachu nikt siać nie będzie.
Wspomnij mnie, proszę,
w wakacyjnym czasie.
Darmowa wycieczka
Bilet w jedną stronę, wystawiony przez nienawiść. „Wina” ukryta w uczciwości, pracowitości i polskim sercu. Spis powszechny, który stał się listą wyroków.
Czas na stepy szerokie nadszedł dla Was.
Czas na „białe niedźwiedzie”.
Czas… Czas… Już czas…
Za co?
Dlaczego?
Jakim prawem skazano Bogu ducha winnych ludzi?
Winny? — Tak! Bo był wójtem.
Wójt — burżuj, niech pomarznie w tajdze…
Winny? — Tak! Bo był nauczycielem.
Nauczyciel — inteligent, ekskrement.
Listonosz? — Tak!
Bo ma do czynienia z „listową kulturą”.
Kowal? — Tak!
Bo służył gospodarzom okolicznym mozolną pracą.
Drwal? — Tak!
Bo miał ładny, czysty i schludny dom.
Policjant? — Tak!
Bo był dobry, pomagał ludziom w potrzebie.
A potem?
Potem szło, jak popadnie…
Bogaty czy biedny,
Polak — niech przepadnie!
Plama krwi rosła
Tam, gdzie cichł ludzki głos, rósł czerwony ślad historii. Plama, która nie zmyła się z pamięci pokoleń, lecz zamieniła w krew płynącą w naszych żyłach.
Przerażające wieści
o wywiezionych rozchodziły się powoli.
Krążyły historie o ciałach porzuconych przy torach —
plama krwi rosła.
Groźba wywózek wisiała w powietrzu.
Kiedy znów przyjdą?
Po nas też przyjdą?
Trudno uwierzyć w to, co się stało przed laty,
gdy z hukiem wpadli do domów
funkcjonariusze NKWD z miejskim proletariatem.
Tożsamość naszą sprawdzali,
ale to było niepotrzebne,
bo oni dobrze wiedzieli,
kogo przesiedlić mają.
Ścisłą rewizję robili,
dali nam zaledwie piętnaście minut,
pakować się nie pozwalali.
Nikt nie zwracał uwagi na chorych,
na dzieci, na ciężarne kobiety, na starców.
Mimo łez, próśb, błagań i rozpaczy,
zabierano wszystkich — jak leci.
Ładowano nas do wagonów, po pięćdziesiąt i więcej.
Wagony zadrutowane z hukiem zamykano.
Warunki były straszne,
wagony przepełnione,
brak chleba,
brak wody.
Ludzie nie wytrzymywali, umierali.
„Ojcze nasz” i „Wieczny odpoczynek”
szeptali ci, którzy jechać musieli dalej.
Sercem jesteśmy z Wami,
nawet nie wiemy, gdzie są Wasze groby.
„W naszych żyłach płynie sybiracka krew” —
mówią moje dzieci.
A ja ciągle mam w pamięci konających mych bliskich…
Pragnęłam żyć…
Chłód oszronionej ściany jako jedyne ocalenie przed płonącym strachem. Opowieść o pragnieniu, które mierzyło się z bezdusznością nieludzkiej drogi.
Do wagonów upychano nas ciasno,
jeden obok drugiego.
Jedno zakratowane okienko.
Marysiu!
Stasiu!
Mamo!
Maaamo!
Maaamusiu!…
Słowa te rozbrzmiewały wokół.
Stek wyzwisk rzucanych przez konwojentów
wołanie pogubionych ludzi zagłuszał.
Krzyki, jęki i płacz.
Bezsilność przytłaczała nas,
ból w piersi rozrywał…
Nie da się tego przelać na papier —
rozpacz ojców i matek,
którym zabrano dzieci,
zsyłane na poniewierkę.
Nagle zrobiło się cicho,
jęków nie słychać już.
Ocknęłam się z odrętwienia.
Do łagrów pociąg nas wiózł.
Wagonem trzęsło,
rytmiczny stukot kół
wciąż budził niepokój i strach.
Nogi miałam jak z waty.
Lizałam oszronioną ścianę —
ach, jakie to było dobre,
jakie to było przyjemne!
Jaki przyjemny w ustach chłód,
gdy się ma taką gorączkę…
Pragnęłam żyć.
Pragnęłam wrócić do swoich.
Każdy miał ten sam cel:
żyć i wrócić do swoich.
Rytmiczny stukot kół
budził niepokój i strach,
a koła wciąż powtarzały:
„Czy przetrwasz?…”.
Tak… Tak.
ROZDZIAŁ II
W nieludzkim kieracie
Pierwsza noc w tajdze. Bezbronni ludzie, wyrzuceni wprost w głęboki śnieg w posiołku Czernowodsk, skazani na walkę z bezlitosnym mrozem i śmiercią. To opowieść o pierwszych dniach po przybyciu w głąb tajgi oraz o morderczej, fizycznej katordze mężczyzn, kobiet i dzieci przy wyrębie lasu, budowie infrastruktury i żniwach.
Posiołek: Czernowodsk