E-book
7.88
drukowana A5
23.88
Długi czas naświetlania

Bezpłatny fragment - Długi czas naświetlania


Objętość:
70 str.
ISBN:
978-83-8467-873-2
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 23.88

petroglify

stoisz w odosobnieniu, patrzysz na rysunki naskalne,

zwierzęta utrwalone w biegu, cienkie linie dłoni.

dotykasz świata. trwałość konstrukcji ciągle się obraca,

ma niejasny początek i nieznany koniec.


tego sam byś nie wymyślił lepiej, nie uknuł

w największych spiskach tylu kształtów, kolorów,

istnień. słowa to punkty wyjścia,

więc wychodzisz z pokoju i znikasz.


dookoła terminy płatności, świadome odliczanie

do śmierci czy narodzin, do startu na marsa.

tak jest dobrze. każdy ma swoją jaskinię,

swoje granice, których nie może przekroczyć.


jesteś bogatszy o te kilka chwil, które uda się zobaczyć.

zamiast malować na ścianach, robisz zdjęcia jej

i sobie, zwierzętom. jest w tym jakaś wytrwałość,

dziedzictwo, kilometry klisz, świat w różnych formatach.

taśma

trzysta sekund to wieczność, jeśli mierzysz ją powolnym

obrotem szpulki, a nie martwą wskazówką zegara,

którego i tak nie warto już nakręcać.


widzisz siebie w tym pokoju, gdzie ściany

są wytapetowane starym, dobrym buntem,

a kurz osiada na plakacie, nazywając

to magnetyczne milczenie domem.


nie szukasz skaz w tym nagłym powrocie.

pamięć jest jak taśma chromowa, szumi pod głowicą,

stoisz w tych niedomkniętych drzwiach, w progu nocy.

pilnujesz, by głos curtisa nie przyniósł ci chłodu,

budzącego dawny lęk, lecz dreszcz, który ostatecznie leczy.


niech gerrard śpiewa o tym, co nienazwane.

przecież sam mówiłeś, że ten szum nie łaknie

żadnych definicji. jesteś teraz bramą,

przez którą przepływa dźwięk.


pomiędzy kiedyś a teraz rozciąga się cienka

czarna nitka magnetyczna. śpisz spokojnie.

zostajesz tu, by w odpowiedniej chwili wcisnąć stop,

zanim słońce zacznie kasować twoje nocne nagrania.

deepfake

na ekranie widzę własną twarz: jest gładka,

bez śladu zmęczenia,

jakbym nigdy niczego nie przeżył.

martwa wersja mnie, która nie potrafi

przenieść tęsknoty.


pod moją skórą wciąż płynie

ta sama brudna krew brzasku,

nie ma dla niej miejsca w palecie rgb.


o piątej dwadzieścia dotykam ekranu.

zimne szkło, zero oporu.

ten sobowtór nie pije stygnącej kawy,

nie pamięta płonącej bazyliki

ani schodów na piąte piętro.

nie wie, co znaczy rozsypać się od środka.


jego uśmiech ma sześćdziesiąt klatek na sekundę,

ale moje serce gubi rytm

osiemnastu tysięcy dni.

muzyka odkrytego pulsara

twoi nieliczni młodsi koledzy

okazali się mężczyznami w średnim wieku.

kiedy stałeś się jednym z nich?

między szumem walkmana

a pierwszym alarmem holtera o piątej

dwadzieścia rano.


jakby wszystko było już zapisane na taśmach,

winylach i w gwiazdach.

och, twoje codzienne demony,

wszystko będzie dobrze.


trzymasz w ręku płytę,

którą dostałeś na osiemnaste urodziny.

muzyka jest pełna cierpienia,

nie pamięta waszych twarzy.


pamięta drżenie. na końcu zostawia tylko szum,

utwór, z którego odpłynął refren.

puls z piwnicy na dąbrowskiego wybija własny rytm,

którego nie oszuka żadna elektroda.


siedzisz w pokoju, a twoja głowa

jest już miliony kilometrów stąd,

wystrzelona w czarną, niską rozdzielczość nocy,

gdzie wszystko brzmi jeszcze przez chwilę

jak ostatni, szorstki obrót winylu.

na północ

nie musisz kupować biletu, by dotrzeć tam,

gdzie niebo rozlewa się jak atrament na twojej dłoni.

północ jest w tobie czysta, niezbadana cisza,

nie potrzebuje ostrości, by istnieć.


stoisz pośrodku tego pokoju, między zjawą a talizmanem.

śledzisz palcem mapę,

która kończy się dokładnie tam,

gdzie zaczyna się mruczenie kota.


to jedyny powrót. podróż od okna do białego kubka,

każdy przedmiot jest kotwicą,

żebyś nie odpłynął zbyt daleko w gwiazdy.


nie boisz się, że świat się nie wydarzył.

jeśli nie ma go w twoim wierszu,

jeśli nie dotyka gruntu, może rzeczywiście

jest tylko zmyśleniem?

śledzisz linie na skórze

jak koryta rzek, w których płynęło kołatanie.


śpisz spokojnie, odkrywca ciszy.

pilnujesz krawędzi swojego pokoju.

tutaj nie ma o co się rozbić,

bo cały kosmos mieści się między spojrzeniem w niebo

a ciepłem własnej dłoni.

ciężar

żadnych słodyczy. zacierka z solą

musiała wystarczyć, tak jak miłość do matki,

która do dziś gnieździ się w myślach

i nie bardzo wiadomo, co z nią zrobić.


zamiast mówić, wywołuję zdjęcia.

pod czerwoną żarówką pachnie octem.

wyciągam z wody mokrą odbitkę,

która przykleja się do palców.


czasem wraca tamta dzika grusza,

jedyne drzewo w środku betonowego kwadratu,

gdzie z głową przy pniu liczyło się do stu.

po odwróceniu nikogo już nie było

i wybrzmiewało słowo szukam.


a potem wzrok wędrował

po zakamarkach podwórka,

wytyczał te kręte ścieżki między krawężnikami.

i tylko bezdomny pies,

którego nazwałem barii,

wciąż za mną łaził.


ziemia zakrzywiała się bardziej i bardziej,

aż do momentu, kiedy dotykałem betonu,

czując szorstkość pod palcami,

próbując sprawdzić, czy coś jeszcze zostało

po tamtej stronie dłoni.

forpoczta

siedzisz, wpatrując się w muchę, w jej czarny odwłok.

teraz nanodrony zachowują się jak owady,

kieszonkowe robaki szpiegów,

roje przypuszczeń.


za oknem ptaki zmieniają się w czarne punkty,

w litery reklam, tarcze strzelnicze,

widmo zamachu.


niechcący dotykasz dziury w poduszce,

jakby ktoś z tamtego bloku sprawdzał,

jak głęboko w pościel może wejść ołów.


od kiedy zamieszkujecie w dużym mieście,

magazynujesz na skórze odciski palców,

krople potu, krew.


niebieskie światło karetki pulsuje na ścianie,

w telewizji ktoś mówi o kolejnych wystrzałach.


aż podrywają się żołnierze, bataliony mężczyzn,

całe armie tych młodych chłopców.


jest czwarta rano. karmisz kotkę,

po czym kładziesz się obok niej.

twoja zmiana warty już się skończyła.

martwa natura

próbuję przeczekać koleżankę żony.

oglądam szkice martwej natury

fotografię dzbanka wypełnionego do połowy wodą.


na twardym blacie szafki nocnej cebula

towarzyszy cytrynie jako dekoracja do szkicu

na egzamin. dwa obce sobie przedmioty

leżą obok siebie. bez ruchu.


mijają godziny. grawitacja oddziałuje

na nas wszystkich. kładę głowę na biurku.

miasto za oknem coraz bielsze,

aż w końcu znika w ślepym świetle,


a ty wciąż rozmawiasz. słowa toczą się w śnieżne kule,

lepią się w zdania, krajobraz, w którym białe niebo

błyszczy jak czysty arkusz. śpiąca postać

odbija się w lustrze białej szafy z ikei.

na odwrót

hezjod wskazuje gwiazdę, ale ty widzisz błoto na butach.

niebo przestało być punktem odniesienia.

szukasz siebie gdzieś w chmurze,

wśród twarzy, których już nie pamiętasz,

aż zatrzaskują się drzwi autobusu

na hrubieszowskiej.


jeśli niebo odbija się pod stopami,

może od początku patrzysz na negatyw.

ktoś stoi po drugiej stronie światła

i nie potrafisz rozpoznać jego twarzy.


wystarczy spojrzeć pod nogi:

pęknięcia w płytach przy świebodzkim,

twarz w brudnej wodzie,

uśmiech przesunięty względem ust.


wchodzisz w kałużę,

tęcza ropy miesza się ze skrzydłem motyla,

zanurzasz się w niebo.

od właściwej strony. o piątej dwadzieścia.

eksmisja

najpierw zniknęły zdjęcia.

ściany odetchnęły, jakby przez lata

dźwigały cudze życie.


potem wyniosłeś stół, krzesła, zegar.

cisza weszła bez pukania.

usiadła naprzeciwko.

zero twarzy. tylko światło na gołej podłodze.


próbowałeś czymś zapchać ten pokój:

przypadkowym słowem,

pęknięciem w tynku,

starym kubkiem po kobiecie.


wszystko było lepsze od tej bieli.

dopiero w nocy dotarło:

nie bałeś się pustki.

bałeś się, że kiedy wyrzucisz wszystko,

nie zostanie już nic,

za czym mógłbyś się schować.

piąte piętro

poniemiecka klatka schodowa.

ta sama, na której z tornistrem osiemnaście tysięcy

dni temu potknąłem się i spadłem.

leżąc na parterze, czekałem.

teraz ciągnę to samo ciało w górę.


dłoń szuka oparcia na poręczy wygładzonej

przez dłonie, które już dawno odeszły.

światło słabnie z każdym stopniem,

jakby ciemność z góry przelała się na dół

i z powrotem. a potem w samym sercu klatki

ktoś prześlizguje się przez myśli.


na półpiętrze zatrzymuję się przy dużym oknie.

na szybie ślady palców, których nikt

nie starł od lat. między poręczami wiruje kurz.

i tylko nazwisko szperling tkwi w pamięci

jak gryzmoł. tak bardzo, że przy jego drzwiach

znów czuję strach. czy mógłbym

stać się jeszcze cichszy?


wchodzę coraz wyżej, jakbym mógł

stać się niewidzialny. piąte jest ślepą ścianą.

nie szukam kluczy.

przyciskam oko do zimnego wizjera.

po drugiej stronie ojciec.

w ciemności trzyma igłę i nitkę.

próbuje ją nawlec.

ulica wysoka

ta ulica leży poza miastem w twoich myślach.

jest na mapie pierwszą i jedyną lokalizacją,

której nazwy musiałeś nauczyć się jako dziecko


i pamiętać, co mówić, gdybyś się zgubił.

nie wypierać się jej jak matki,

która zanurzona w czasie powraca tam z tobą,


trzymając cię za rękę.

a na horyzoncie wiadukt prowadzący na dworzec główny

jak marzenie o kolejce w skali h0


za szybą składnicy harcerskiej.

stopniowo zaciera się poniemiecka klatka schodowa,

gdzie w rozbitej szybie pięć kondygnacji wyżej


widzisz postać. spoglądasz w stronę trzepaka,

wyławiając wzrokiem jej sylwetkę,

a potem słyszysz należące do ciebie imię


z najwyższej kondygnacji, skąd widać cały plac zabaw,

część starego miasta i płonącą bazylikę.

biegniesz po granitowej kostce, mijasz bramę,


wspinasz się na kolejne piętra,

aż do drzwi, za którymi mieszka teraz ktoś inny.

nie boję się drżenia policzka

nie musisz się podnosić. niebo masz pod nogami,

w kałuży rozpiętej między blokami obitymi blachą.

woda drży, rozszerzając obraz, ten sam,

zawieszony nad tobą.


niebo rozpada się pod butami.

korytarz, mały pokój, ulica wysoka.

te miejsca nie uciekają.


wracasz do nich bez pośpiechu,

jak do początku, który nie domaga się domknięcia.

smak osiada na języku, lekko słony,

metaliczny, jak coś, czego nie musisz już nazywać bólem.


oddech prowadzi cię niżej, pod skórę,

nie szukasz odpowiedzi. patrzysz, jak obraz pęka

na tafli wody, jak mozolnie zbiera się w całość,

niczego nie kończy.

pole bitwy

to był pierwszy dzień stanu wojennego.

biegłem za ojcem wzdłuż torów, przez wiadukt,

a ty patrzyłaś z piątego piętra.

ktoś robił zdjęcia budynków, okien i bram.


to musiał być ten dzień, kiedy drzwi

wyważyli zomowcy i zabrali ojca.

stałem przy semaforach, trzymając w ręku

ciepło jego dłoni, a ty patrzyłaś,

jak skrajem ulicy przejeżdża niebieski samochód

w skali h0.


siostra powiedziała, że to głupia zabawa

i zasłoniła lalce oczy. więc urządziliśmy nowy dom

pod stołem, gdy ty patrzyłaś przez okno

z piątego piętra. kiedy przyklęknąłem obok zwrotnicy,

jak przed kolejową figurką matki boskiej, nie wiedziałem,

dokąd iść. pociąg wciąż nie nadjeżdżał.


za oknem było słychać wystrzały petard.

rozbłyskiwały niebieskie race

na tle lakierowanego blatu nieba,

jakby wszystko stanęło w ogniu.


mościliśmy się na małym metrażu,

pijąc wymyśloną herbatę,

rozmawiając o prawdziwym ojcu,

który po raz pierwszy nie wrócił na noc do domu.

a ty patrzyłaś z piątego piętra,

nucąc piosenkę maanamu.

grusza

słyszę własny głos, to miarowe odliczanie do stu.

niesie się echem po rdzawym podwórku.

sam jestem tym chłopcem, zakopanym głęboko

pod korzeniami starej gruszy,

tam, gdzie imiona wyryte w korze

dawno zarosły się z drzewem.


pytam siebie: czy po tej stronie płotu istnieje świat?

tutaj czas nie płynie, on osiada pyłem

na porzuconych rowerach i żużlowych alejkach.


nie boję się wspomnień, one nie parzą,

są jak woda. odbijają się w niej twarze tych,

którymi już nigdy się nie staniemy.


wiem, że przełykasz dni jak gorzkie lekarstwo,

podczas gdy wciąż tkwi we mnie słodycz przejrzałej gruszy,

która spadła w trawę i nikt jej nie podniósł.

nie muszę odwracać się od drzewa.


w tej zabawie w chowanego to ja wygrałem,

zostałem w gąszczu na zawsze,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 23.88