E-book
4.1
drukowana A5
29.72
Długa lekcja angielskiego

Bezpłatny fragment - Długa lekcja angielskiego


5
Objętość:
216 str.
ISBN:
978-83-8245-077-4
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 29.72
                                                                                Dedykuję Kasi

Część I Dzwonek na lekcję

Rozdział 1
News

15 stycznia 2010


Dziennikarka jednego z programów informacyjnych, kuląc się z zimna, z ociąganiem zdjęła z głowy ciepły kaptur i poprawiwszy dłońmi lekko oklapłą fryzurę, skierowała swój wzrok w stronę kamery. Przybierając na wpół zatroskaną, na wpół zszokowaną minę, pełnym podekscytowania głosem zaczęła swoją kolejną styczniową relację.

— Tragedia na Wyspie Wolin. W Międzyzdrojach, w mieszkaniu 27 letniej nauczycielki angielskiego znaleziono rozkładające się zwłoki mężczyzny. Zmarły 30 latek to partner właścicielki lokalu. Mężczyzna zginął od kilku ciosów zadanych nożem w klatkę piersiową i brzuch. Zdaniem śledczych, do morderstwa doszło najprawdopodobniej około czterech tygodni temu. Zaginięcie mężczyzny na policji zgłoszono tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Makabrycznego odkrycia dokonano jednak dopiero dzisiaj. Nie wiadomo gdzie przebywa właścicielka mieszkania, w którym znaleziono ciało. Zebrany dotychczas materiał dowodowy wskazuje na to, że jest jedyną podejrzaną o zabójstwo. Z opublikowanego przez policję listu gończego wiemy, że Marlena O., urodzona w 1983 roku jest drobnej budowy ciała. Ma 163 cm wzrostu, niebieskie oczy, długie włosy koloru jasny blond, twarz owalną, bez znaków szczególnych. Może poruszać się czerwoną Toyotą Yaris. Policja zwraca się z prośbą do osób, które znają miejsce jej pobytu o kontakt z najbliższą jednostką policji, prokuratury lub sądu. Kobieta nigdy przedtem nie miała żadnych konfliktów z prawem. Ze wstępnych ustaleń wynika, że prawdopodobnym motywem zbrodni była kłótnia pomiędzy partnerami. Do sprawy wrócimy wkrótce. Z wietrznych Międzyzdrojów dla widzów ZTV, Kaja Brożek.

Zakończywszy relację, dziennikarka ponownie naciągnęła na głowę futrzany kaptur kurtki i zacierając zziębnięte dłonie, rzuciła w stronę kamerzysty:

— Kurwa, że też ludziom chce się zabijać w taką pogodę. Ziąb, że aż trudno tu wystać…

Silny podmuch wiatru jakby na potwierdzenie tych słów zagwizdał koło jej uszu nieprzyjemnym dźwiękiem, po czym z impetem zerwał z jednej ze stojących w pobliżu budek nieaktualną reklamę letnich rejsów. Kaja obrzucając znudzonym wzrokiem spiętrzone fale Bałtyku, szybkim krokiem wycofała się w stronę wyjścia z molo.

— Przecież dzisiaj go nie zabiła… — kamerzysta mruknął z charakterystyczną dla siebie flegmą, po czym wzruszywszy obojętnie ramionami, podążył za swoją koleżanką. Kiedy dotarł do stojącego na ulicy wozu transmisyjnego i zapakował swój sprzęt, Kaja zdążyła już rozsiąść się wygodnie na tylnym siedzeniu. Popijając nieco wystygłą kawę, zastanawiała się, czy zdąży przepytać wszystkie osoby, które jej zdaniem mogłyby wypowiedzieć się na temat zabójstwa. Po rozmowie z komendantem Komisariatu Policji w Międzyzdrojach, ekipa telewizyjna udała się pod blok, w którym znaleziono ciało informatyka. Reporterzy planowali przeprowadzić kilka wywiadów z sąsiadami głównej podejrzanej. Ci jednak albo nie chcieli mówić, albo rzeczywiście nie wiele o całej sprawie wiedzieli.

— Normalna kobieta… Cicha, uprzejma, żadna patologia… — powiedział jeden z mieszkańców bloku przy ulicy Gryfa Pomorskiego.

— Często ktoś do niej przychodził. Różni ludzie. Najczęściej z dzieciakami. Uczyła angielskiego. Nic więcej nie zauważyłem — uciął drugi.

— Nie słyszała pani czegoś podejrzanego? Jakiegoś hałasu? Krzyków? Za pani ścianą w końcu zamordowano człowieka! — Kaja próbowała podpytać jedną z najbliższych sąsiadek nauczycielki. Ta jednak, kręcąc przecząco głową, powiedziała tylko:

— Nie… Zupełnie nic nie słyszałam. U pani Marleny zawsze było spokojnie.

Nie usłyszawszy od sąsiadów kobiety żadnych zadowalających wypowiedzi, Kaja opuszczała Międzyzdroje z nadzieją, że więcej interesujących informacji uzyska w szczecińskim liceum, w którym podejrzana pracowała jako anglistka. Gdy dziennikarka dotarła na miejsce, od razu skierowała się w stronę gabinetu dyrektora placówki.

— Czy zauważył pan coś niepokojącego w zachowaniu Marleny O.? — podsuwając mikrofon tuż pod nos dyrektora szkoły, Kaja Brożek zadała pierwsze pytanie.

— Nie. Absolutnie nie. Pani Marlena w ostatnim czasie, tak jak zresztą od początku, wykonywała swoją pracę bez zarzutów. To dla nas ogromny szok — odpowiedział Andrzej Werner.

— Nie wysyłała żadnych sygnałów w ostatnim czasie? Może opowiadała o problemach w związku?

— Nic mi o tym nie wiadomo. Mnie nigdy nie zwierzała się ze swoich prywatnych spraw. W każdym bądź razie nie zauważyłem niczego dziwnego w jej zachowaniu.

— Kiedy widział ją pan po raz ostatni?

— Na początku grudnia. Potem przestała przychodzić do pracy. Bodajże siódmego grudnia zadzwoniła, że jest chora na grypę. Poinformowała, że zwolnienie lekarskie doniesie, gdy poczuje się lepiej. Dni jednak mijały, a w szkole się nie zjawiła. Dopiero teraz … Doszła do nas ta informacja… — zmieszał się dyrektor.

— I niczego pan nie wyczuł podczas tej ostatniej rozmowy? — dopytywała dziennikarka.

— Nie wiem… Może rzeczywiście mówiła jakoś inaczej… Ale wtedy pomyślałem, że faktycznie ma grypę i źle się czuje… — tłumaczył mężczyzna.

Chcąc jak najszybciej uciec od natrętnych pytań dziennikarki, przeprosił ją, wymigując się pilnymi obowiązkami. Kaja dostrzegając, że nic więcej nie wydusi już ze swego rozmówcy, poprosiła o możliwość przeprowadzenia wywiadu z innymi pracownikami szkoły. Tuż po opuszczeniu gabinetu dyrektora, zatrzymała w tym celu napotkaną na korytarzu nauczycielkę. Jak się szybko okazało, germanistka Anna Miśkiewicz z poszukiwaną przyjaźniła się od ponad dwóch lat.

— Jak Marlena O. zachowywała się w ostatnich tygodniach? Czy wysyłała jakieś niepokojące sygnały? Może wspominała o problemach w związku? Co pani sądzi o tym morderstwie? Jaki mógł być motyw? — podsunąwszy mikrofon, dziennikarka poprosiła o komentarz.

— Nie rozumiem, co mogło się tam stać. Szczerze mówiąc nie wierzę, żeby Marlena mogła zabić swojego chłopaka. Oni bardzo się kochali… To musi być jakieś ogromne nieporozumienie.

— Śledczy nie mają wątpliwości, że to ona zabiła Marcina P. Niektórzy twierdzą, że chciała się z nim rozstać. Czy to mógł być prawdziwy motyw tej zbrodni? Co pani myśli o takiej hipotezie? — podsunęła Kaja.

— Mnie nigdy nie wspominała o żadnym kryzysie czy kłótni… Uważam, że to jakieś plotki wyssane z palca. Trudno mi w to uwierzyć, żeby była zdolna do czegoś takiego. W najgorszym wypadku mogło to być jakieś nieszczęśliwe zrządzenie losu… Ale na pewno nie morderstwo z zimną krwią…

— Jak pani myśli, gdzie ona może się teraz ukrywać? Wie pani gdzie mieszka jej rodzina?

— Naprawdę nie mam pojęcia… Jej rodzice i siostra nie żyją od kilku lat. W zasadzie Marlena nie ma żadnej bliższej rodziny.

— Jacyś znajomi? Przyjaciele?

— Nigdy nie miała zbyt wielu…

— A kiedy po raz ostatni miała pani z nią kontakt?

— Nie mam od niej żadnych wieści odkąd przestała przychodzić do pracy, czyli od początku grudnia. Jakby nagle zapadła się pod ziemię…

— Ma pani jakieś podejrzenia co może się z nią teraz dziać? — Brożek próbowała wyciągnąć jeszcze jakieś informacje.

— To już chyba policja musi sprawdzić… — Anna rozłożyła bezradnie ręce.

— Ja nic nie wiem — rzuciła na koniec i szybko powróciła do klasy, w której prowadziła właśnie zajęcia. Kaja Brożek dziękując za rozmowę, postanowiła opuścić szkołę. Pociągając za sobą towarzyszącego jej kamerzystę, zatrzymała się na szkolnym placu po to, by porozmawiać z napotkanymi tam uczniami. Niestety zaczepiona grupka nastolatków nie znała Marleny O., ponieważ ta nigdy nie uczyła ich klasy. Kolejna zatrzymana dziewczyna, która wychodziła z budynku także nie była jej uczennicą. Niezniechęcona dziennikarka po kilku nieudanych próbach w końcu zatrzymała grupę uczniów, którzy uczyli się u podejrzanej.

— Jaka była Marlena O.? — zadała im pierwsze pytanie.

— Właściwie była w porządku. Nawet ją lubiłem… — odpowiedział jeden z chłopaków.

— To straszne, że zrobiła coś takiego… Aż nie mogę w to uwierzyć. Zawsze była miła i spokojna… — dodała jego koleżanka.

— Czy zachowywała się jakoś inaczej w ostatnich tygodniach?

— Raczej nie… Lekcje wyglądały tak jak zawsze. Pytała, robiła kartkówki, omawiała tematy, żartowała jak zwykle.

— Jak czujecie się z tą świadomością, że wasza nauczycielka jest zabójczynią?

— No… masakra — odpowiedział wymijająco najwyższy z nastolatków. Reszta przyznała mu rację, kiwając tylko głowami dla aprobaty.

— Pierdu, pierdu… Z tymi gnojkami też nie pogadasz. Tylko, masakra i masakra… Nic innego nie potrafią powiedzieć — kiedy młodzież oddaliła się o kilka kroków, Kaja krzywiąc się, mruknęła z niezadowoleniem do kamerzysty. Po chwili wskoczyła do wozu i rzuciła w stronę kierowcy:

— Teraz musimy jeszcze odwiedzić rodziców nieboszczyka. Kieruj się na Pogodno…

Kiedy dziennikarze dotarli pod dom Piotrowskich, tuż przy furtce powitał ich głośno szczekający buldog. Nacisnąwszy dzwonek, Brożek ze zniecierpliwienia i zimna przebierała nogami. Gdy w drzwiach domu pojawiła się starsza kobieta w czarnym swetrze, Kaja nie miała wątpliwości, że to matka zmarłego.

— Dzień dobry. Kaja Brożek z ZTV. Kręcimy materiał o zabójstwie Marcina Piotrowskiego. To pani syn, prawda? Czy zgodzi się pani wystąpić przed naszą kamerą? Prosimy tylko o kilka słów…

Piotrowska z głośnym westchnięciem i zniechęconą miną, podeszła do furtki i przywitała się z telewizyjną ekipą. Otarłszy cieknące z oczu łzy i nie czekając na pytania dziennikarki, powiedziała:

— Nigdy bym się po niej czegoś takiego nie spodziewała. Wyglądała na normalną, grzeczną dziewczynę. Nawet ją polubiłam i cieszyłam się, że Marcin znalazł sobie kogoś takiego ułożonego… Nie mam pojęcia co się między nimi wydarzyło. Jak Marcin wrócił w grudniu z Liverpoolu nie mógł się z nią skontaktować. Nie otwierała mu drzwi, chyba udawała, że jej nie ma… Nie odbierała telefonów. Później napisała mu w SMS-ie, że z nim zrywa. Marcin chciał się z nią spotkać, wyjaśnić. Nie wiedział co się stało. Szalał… Strasznie to przeżywał. A potem znikł. Nie mogliśmy się z nim w żaden sposób skontaktować. Jego mieszkanie było puste. Nie było go też w pracy. Boże! Co my tu przeżywaliśmy w święta… Byliśmy nawet w Wigilię pod jej drzwiami. Ale nie otworzyła. Nie wiem, czy tam była, czy już wtedy uciekła… Boże, Boże… Jak go nie chciała, to trudno… Ale dlaczego go zabiła…? — Piotrowska rozpłakała się, załamując ręce. Kaja Brożek próbowała zadać jej jeszcze kilka pytań, ale widząc rozpacz, szybko zakończyła wywiad. Pożegnawszy się z matką denata, odetchnęła z ulgą i siadając na tyle wozu, obok kamerzysty, odezwała się zmęczonym głosem:

— Wracajmy do stacji. Zmontujmy już ten reportaż i skończmy na dzisiaj. Jestem padnięta. Swoją drogą, niezły numer wywinęła ta nauczycielka… I czego tu się spodziewać po młodzieży — dodała po chwili, spoglądając przez szybę jadącego już auta na grupę głośnych wyrostków, którzy siedząc na jednym z przystanków popijali alkohol ze wspólnej butelki.


Styczeń 2010


Gdy sprawa zabójstwa Marcina Piotrowskiego ujrzała światło dzienne, dyżur w Komisariacie Policji w Wolinie pełnił akurat posterunkowy Małecki. Informacja o morderstwie Marcina Piotrowskiego i poszukiwaniach podejrzanej o tę zbrodnię nauczycielki, spłynęła do niego około godziny 11. Telefon od kolegów z komisariatu w Międzyzdrojach przerwał tym samym błogie chwile leniwego poranka, jakim cieszył się funkcjonariusz.

— Słyszałeś? Jest afera w Międzyzdrojach. Mają trupa! — godzinę później, wyraźnie poruszony Małecki, podzielił się nowiną z przybyłym właśnie do pracy, kolegą. Aspirant Krzysztof Szulc, na którym informacja ta nie zrobiła wielkiego wrażenia, skrzywiwszy się lekko, jak gdyby nigdy nic wyjął ze swojej torby niedokończoną kanapkę i zaczął ją jeść.

— Nie miałem czasu na śniadanie — rzucił objaśniająco w stronę Małeckiego, który niczym nie zrażony, dalej rozprawiał o zabójstwie. W tamtym momencie, ani Małecki, ani chyba nikt inny, nie mógł przypuszczać, że już wkrótce obojętny na wszystko Krzysztof okaże się zamieszany w sprawę zagadkowego mordu.

Maska spokoju, pod którą policjant zdawał się skrywać buzujące w nim emocje, zaczęła opadać już w pierwszych dniach śledztwa. W trakcie sprawdzania bilingów Marleny O., pracujący nad sprawą morderstwa śledczy natknęli się także na numer Szulca.

— To dla mnie ogromny szok. Ta kobieta udzielała mojemu synowi lekcji angielskiego. Zostawiałem go u niej prawie co tydzień na godzinę i nawet nie pomyślałem, że moje dziecko przebywa z morderczynią — Krzysztof tłumaczył się kilka dni później w rozmowie z przesłuchującym go policjantem. Przyznając się do znajomości z podejrzaną, nie ukrywał ani własnego zdziwienia, ani lęku.

— Spójrz, to twój SMS… I to z dnia morderstwa… — funkcjonariusz mówiąc to, podsunął pod nos Szulca wydruk ostatnich kontaktów Marleny O.

— Faktycznie… — przyznał lekko zmieszany Krzysztof.

— Tamtego dnia odwołałem lekcję, bo akurat miałem problem z samochodem… Na szczęście! Cholera wie, co jej chodziło po głowie. A gdyby zabiła mojego Karola? — pobladły z przerażenia, rzucił pytanie w próżnię.

— No, niezła historia… A tak swoją drogą to… Stary, miałeś sprawczynię na wyciągnięcie ręki. Szkoda, że nic nie wyczułeś. Jakbyś ją w porę zatrzymał, to awans murowany — śledczy na koniec rozmowy z Szulcem, roześmiał się w głos.

— Mhm… Szkoda… — mruknął w odpowiedzi Krzysztof, po czym posyłając swojemu rozmówcy lekko zirytowane spojrzenie, odprowadził go do drzwi i pożegnał. Patrząc przez okno na wsiadającego do radiowozu policjanta dochodzeniówki, westchnął głośno, a następnie prychnąwszy z lekceważeniem, szepnął:

 Głupi szczyl.


Początek roku był dla Krzysztofa Szulca szczególnie trudny. Nie dość, że znajomość z Marleną O. wisiała nad nim niczym chmura gradowa, jego syn miał coraz większe problemy w szkole, to jeszcze na dodatek w wyniku nieszczęśliwego wypadku złamał nos. Uraz oczywiście stał się powodem niewygodnych pytań. Najpierw lekarza, który wystawiał zwolnienie, a potem także przełożonego oraz kolegów z pracy. Nawet na wywiadówce w szkole Karola, Szulc musiał tłumaczyć się wszystkim wokół, że ten uraz to efekt obezwładniania przestępcy.

— Cóż… Wypadki się zdarzają. Taka praca… — wyjaśnił skromnie, mając nadzieję, że skupiona na nim uwaga zebranych w klasie osób, przeniesie się szybko na kogoś innego. Szkolne wywiadówki i bez tego, były dla niego koszmarem. Karol już od pierwszej klasy przysparzał wielu problemów. A te nasilały się zwłaszcza w okresie wystawiania ocen na koniec roku lub semestru. Tym razem, podobnie jak w poprzednich latach, przy okazji rodzicielskich spotkań, Krzysztof musiał zostać na indywidualne rozmowy z połową nauczycieli.

— Co za matoł! — denerwował się, wysłuchując kolejnych negatywnych komentarzy pod adresem swojego syna.

— A te nauczycielskie ścierwa nie lepsze — klął w duchu przy każdej okazji, kiedy musiał płaszczyć się i wypraszać dla Karola specjalne warunki zaliczenia lub możliwość dodatkowej poprawy. Pół biedy, gdy rozmawiał z nauczycielkami.

— Te głupie suki zawsze dają się jakoś zbajerować — myślał, posyłając uprzejme uśmiechy w stronę nauczycielek. Zawsze brał je na litość, albo z nimi flirtował. Gorzej gdy przychodziło rozmawiać z facetami. Na nich nie mógł zadziałać ani jego wdzięk, ani błysk w oku, którym rozmiękczał kobiece serca. Niektórzy nauczyciele okazywali się kompletnie niewyrozumiali, a do tego jeszcze uparci niczym osły.

— Jakby ta ocena z chemii, czy historii, którą wystawią jakiemuś dzieciakowi miała jakiekolwiek znaczenie — irytował się Krzysztof.

W poprzednim roku największym problemem Karola była fizyka, a ściślej mówiąc nauczyciel tego przedmiotu, z którym nie dawało się w żaden sposób porozumieć. Wymagający mężczyzna nie uznawał żadnych półśrodków ani taryf ulgowych.

— Uczeń aby uzyskać zaliczenie musi zdobyć przynajmniej 40 % wszystkich możliwych punktów na sprawdzianie — powtarzał niewzruszenie na wszelkie prośby złagodzenia wymogów wobec Karola. Ostatecznie po spędzeniu wielu godzin na korepetycjach z piękną Wiolettą i podejściu do kilku poprawek, chłopak jakimś cudem dostał upragnioną dwójkę. Szczęśliwym zrządzeniem losu, surowy fizyk po wakacjach zmienił pracę, co ucieszyło nie tylko Karola, ale także jego ojca. Niestety zmiana nauczyciela od angielskiego zapowiadała nowe kłopoty.

— Czyżby historia miała się powtórzyć? — Krzysztof rozmyślał, przypominając sobie dziwnie przenikliwe spojrzenie, jakim obrzucał go ten młody mężczyzna. Ten Sikora patrzył w taki sposób jakby go o coś podejrzewał. Jakby myślał o czymś więcej niż słabe wyniki w nauce jego syna.

— Nie podoba mi się ten twój nowy anglista… — po powrocie z wywiadówki, Krzysztof zwrócił się do Karola. Nie dostrzegając jakiejkolwiek reakcji ze strony chłopaka, zapytał:

— Masz z nim jakieś problemy?

— Nie… — Karol odburknął, zabierając się za jedzenie kolacji.

— Ale narzekał, że nic nie mówisz i że nie może do ciebie dotrzeć… — ojciec drążył dalej, na co chłopak wzruszał tylko ramionami.

— Z klasówek same pały… Podobno jedynie prace domowe piszesz interesujące. Interesujące! Tak powiedział! — podniósł głos, przyglądając się bacznie synowi.

— Ona mi przecież pisze… — wytłumaczył krótko Karol.

— Następnym razem powiedz jej, żeby nauczyła cię też czytać i tłumaczyć, co to wszystko znaczy… Ten anglista zapowiedział, że będzie cię pytał. Chłopie… masz się zabrać do roboty! — polecił.

— I żeby… — Krzysztof chciał dodać coś jeszcze, ale Karol wszedł mu w słowo.

— Dobra, daj spokój — podirytowany uciął temat, po czym zostawiwszy nie dojedzony posiłek, wyszedł z kuchni.

Rozdział 2 Poszlaki i przypuszczenia

Styczeń 2010


Pojawienie się nowego nauczyciela w wolińskim gimnazjum, do którego uczęszczał syn Krzysztofa, wprowadziło spore zamieszanie w życiu większości tamtejszych uczniów. Młody anglista — Łukasz Sikora zastępując miejsce dosyć pobłażliwej i niewymagającej pani Tulewicz, od razu zabrał się ostro do pracy. Ambitny nauczyciel, nie zważając na niechętną i arogancką postawę młodzieży, już od pierwszej lekcji postanowił udowodnić wszystkim, kto tu rządzi. Zapoznawszy się ze swoimi nowymi uczniami, szybko przeszedł do sprawdzania ich wiedzy, omawiania nowych tematów, a także zadawania licznych prac domowych.

Choć Karol Szulc z 3c nie należał do największych rozrabiaków w szkole, przykuł uwagę młodego nauczyciela już od samego początku. Chłopak zdawał się mieć w sobie coś niepokojącego, jakby głęboko skrywaną tajemnicę albo problem natury emocjonalnej. Wyglądał na bardzo zamkniętego w sobie i nieobecnego. Odpowiadając jedynie monosylabami i unikając kontaktów z rówieśnikami, znacznie odbiegał od reszty klasy. Poważnych podejrzeń co do Karola, Sikora nabrał zwłaszcza po przeczytaniu jego pracy domowej o zwierzątku domowym.

Uczeń opisując swojego pięcioletniego psa Rexa, nieoczekiwanie wtrącał zaskakujące i jakby wyrwane z kontekstu informacje na temat podejrzanej o morderstwo kobiety.

(…) My dog is 5 years old and it’s called Rex. It has got black fur and a long tail. It likes running and playing with me. My dad has also got a woman. She’s our slave. She’s the wanted teacher who is accued of killing a man. (…)

Gdy anglista poprosił Karola o przetłumaczenie tego tekstu, chłopak zaciął się w sobie i uparcie milcząc, zbywał każde pytanie obojętnym wzruszeniem ramion. Stropiony taką reakcją Sikora uznał w końcu, że prawdopodobnie któryś z kolegów dając Karolowi do przepisania ten tekst, zrobił mu głupi dowcip. Takim samym sztubackim żartem wydał mu się także okraszony czerwono brunatnym kleksem akronim, który na jednej ze stron zeszytu Karola układał się w słowa, głoszące makabryczne przesłanie — To moja krew. Z czasem uwagę nauczyciela zaczęło jednak przykuwać coraz więcej tego typu dziwnych informacji. Zaglądając wstecz, do zadanych jeszcze przez poprzednią nauczycielkę — prac domowych, Sikora odnalazł w zeszycie młodego Szulca znacznie więcej równie niepokojących komunikatów. Przyglądając się chłopakowi i coraz bardziej wczytując się w zawartość jego zeszytu, mężczyzna zaczął podejrzewać, że ma do czynienia z dzieckiem, które być może doświadcza przemocy domowej. By zrewidować własne przypuszczenia, postanowił przeprowadzić prywatną rozmowę z ojcem Karola. Podczas wywiadówki, nawiązał do dziwnych prac domowych chłopca oraz jego trudności w nawiązywaniu kontaktów z innymi. Rozmowa z Krzysztofem Szulcem nie przyniosła jednak oczekiwanego skutku. Sikora nie był w stanie ocenić, czy to właśnie przemoc domowa była powodem dziwnego zachowania Karola. Krzysztof Szulc nie zrobił na nim dobrego wrażenia, ale też nie wzbudził jakichkolwiek poważniejszych podejrzeń. Na pierwszy rzut oka wyglądał na zwyczajnego, nieco zmęczonego mężczyznę, który nie do końca radzi sobie z samotnym rodzicielstwem. Było w nim jednak coś niewytłumaczalnie niepokojącego. Jakby ostrzeżenie. Błysk w oczach, który niczym ostrze noża każe trzymać się na dystans. Mimo to, młody anglista nie zaprzestał prób dotarcia do jego syna. Karol był dla niego zagadką i aby ją rozwiązać, postanowił nawiązać z nim dyskretny dialog. Pod pracami domowymi zaczął umieszczać zapisane czerwonym długopisem dodatkowe pytania i spostrzeżenia. Ku jego zaskoczeniu, w odpowiedziach pod kolejnymi pracami pisemnymi, odnajdywał nieustannie te same dziwne informacje o jakiejś więzionej kobiecie. W pewnym momencie, Karol w narracji pierwszoosobowej napisał wręcz dosłownie: I am a slave. Help me!

— Jestem niewolnikiem? — czytając to zdanie na głos, nauczyciel przecierał oczy ze zdziwienia.

Podejrzane teksty w zeszycie ucznia, ciekawiły go i niepokoiły zarazem. Nie miał jednak pojęcia, co tak naprawdę miały znaczyć. Jeszcze więcej wątpliwości, wzbudziły w młodym nauczycielu wyniki pierwszej klasówki, którą przeprowadził w klasie Karola po omówieniu całego rozdziału. Nauczyciel uświadomił sobie wtedy, że młody Szulc nie jest cichym, nieśmiałym, ale zdolnym uczniem, tylko kompletnym matołem, który nie był w stanie napisać samodzielnie wszystkich, dotychczasowych prac domowych. W mgnieniu oka spostrzegł też, że tajemnicze wiadomości w jego zeszycie nie są pisane tą samą ręką, co sprawdziany, pisane na lekcjach. Kiedy poprosił Karola o przetłumaczenie słów: blood, pet, woman i dog, Karol ponownie nic nie odpowiedział. Sikora łudził się jeszcze, że taka reakcja to jedynie efekt lęku, wstydu albo chorobliwego stresu. Pewnego razu postanowił więc porozmawiać z Karolem na osobności. Kiedy jednak i ta próba nawiązania kontaktu z chłopcem spaliła na panewce, przerażony własnymi podejrzeniami nauczyciel zaczął zastanawiać się, czy nie powinien zgłosić tej sprawy u dyrektora.

— Czy wiadomości w zeszycie tego chłopaka mogą być prawdziwymi apelami o pomoc? A może to tylko głupi żart tych dzieciaków? Jestem nowy, pewnie chcą sprawdzić, czy dam się nabrać… — zastanawiał się nauczyciel.

— A może jednak pójść z tym do dyrektora… To w końcu niepokojące. Ale… jeśli weźmie mnie za wariata? Dopiero zacząłem tu pracować… Ojciec Karola to policjant. Przecież nie mógłby więzić jakiejś kobiety. Mam go oskarżyć o takie przestępstwo na podstawie głupich tekstów w zeszycie syna? — tłumaczył sam przed sobą, zwlekając z decyzją. Sprawa jednak nie dawała mu spokoju. Sikora z każdym dniem coraz baczniejszym wzrokiem przyglądał się Karolowi, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że chłopak rzeczywiście skrywa jakiś mroczny sekret.


Luty 2010


W czasie ferii, Łukasz Sikora nie mógł przestać rozmyślać o zagadkowych tekstach, które zdążył przeczytać w zeszycie swojego ucznia. Chcąc porównać podejrzane zapiski Karola z notatkami pozostałych dzieci, tuż przed zimową przerwą zarządził w klasie młodego Szulca kontrolę zaległych prac domowych. Przeglądając na spokojnie zeszyty pozostałych uczniów, nigdzie nie znalazł jednak równie dziwnych informacji. Większość z dzieciaków pisała nieskładne i niepoprawne gramatycznie bzdury, ale żadna z tych prac domowych nie wzbudziła w młodym nauczycielu takich podejrzeń, jak prace tego chłopaka. Zwłaszcza, że prawie wszystkie uczniowskie zeszyty zapisane były koślawymi bazgrołami, które bardziej przypominały hieroglify niż znaki alfabetu łacińskiego. Nie licząc starannie prowadzonych zeszytów Zosi Kozłowskiej i Ali Romaniuk, tylko prace domowe Karola były zapisane czytelnym, ładnym pismem, na dodatek bezbłędną angielszczyzną.

— Tu coś nie gra. Ktoś mu to pisze… Może matka, siostra, korepetytorka? Ale dlaczego umieszcza w tych tekstach takie dziwne informacje? — Sikora zadawał sobie pytania. Wczytując się w podejrzane fragmenty z wcześniejszych — zadanych jeszcze przez poprzednią nauczycielkę — prac, zaczynał zauważać dziwne pogrubienia niektórych liter. Te, odczytywane w odpowiedniej kolejności zawsze układały się w słowa help albo pomocy. Raz nawet ułożył z nich imię i nazwisko nauczycielki z Międzyzdrojów, która zabiła swojego narzeczonego i gdzieś uciekła.

— Sprawa była głośna. Może dzieciak najzwyczajniej bawi się ze mną w kotka i myszkę. Może usłyszał coś od ojca… Przecież to syn policjanta. Pewnie robi sobie ze mnie żarty — tłumaczył sobie anglista. Próbując znaleźć najbardziej racjonalne przyczyny tej dziwnej sytuacji, nie mógł jednak odpędzić od siebie szalonych podejrzeń, które nękały jego podświadomość.

— Trzeba to jeszcze sprawdzić. Dyskretnie sprawdzić… — postanowił. W tym celu, jeszcze przed feriami spisał sobie z dziennika adres Karola.

— Muszę zobaczyć ten dom, choćby z daleka… — tłumaczył się przed samym sobą, planując wycieczkę do lasu. Kiedy w pierwszy wtorek ferii zakładał na siebie ciemną czapkę, kurtkę i szalik, czuł się niczym detektyw.

— Tylko fajki brak, Sherlocku — przed wyjściem roześmiał się do swojego odbicia w lustrze.

Wjeżdżając w leśną drogę, prowadzącą do domu Szulców, zamiast skręcić w prawo, umyślnie skręcił w lewo i w znacznym oddaleniu zaparkował swój samochód. Do zabudowań zbliżał się ostrożnie i powoli. Szedł pomiędzy drzewami, depcząc suche gałęzie, które z głośnym trzaskiem pękały pod jego nogami. Schowawszy się za krzewem cisu, wyjął lornetkę i zaczął obserwować podejrzane domostwo.

— Zwykły dom, zwykły podjazd i zwykły garaż — pomyślał, przybliżając podglądany widok. Nic co mogłoby wzbudzić jakieś podejrzenia.

— Ale czego ja się spodziewałem? Nawet jeśli rzeczywiście ktoś w tym domu byłby przetrzymywany, to przecież nie zobaczę żadnych śladów z odległości 200 metrów — pomyślał zniechęcony, wycofując się z powrotem do samochodu.

Następnego dnia, postanowił jednak wrócić w to samo miejsce. Tym razem pod osłoną nocy. Zakradając się niczym złodziej, liczył na to, że zobaczy coś interesującego w oświetlonych oknach. W przesłoniętych roletami szybach dostrzegł jedynie anonimowe cienie sylwetek.

— Teatrzyk cieni… — zamruczał do siebie, przyglądając się poruszającym się kształtom.

— Odmrozisz sobie tylko tyłek, idioto… — dodał na głos, szybko wycofując się z lasu.

Po powrocie do domu, mimo wszystko nadal nie potrafił pozbyć się nękających go wątpliwości. Leżąc w swoim łóżku i nie mogąc zasnąć, przewracał się z boku na bok do późna. Ten z pozoru normalny dom w lesie ciągle wracał do niego w myślach i prześladował wizją skrywanej tajemnicy. W trakcie ferii, Sikora jeszcze raz wybrał się na wycieczkę w tamte rejony. Nie znalazł jednak niczego, co mogłoby go upewnić w swoich podejrzeniach.


15 marca 2010


— Uczysz 3c, prawda? — Łukasz Sikora zadał to pytanie Ance Kowalskiej, która była nauczycielką historii w tej samej szkole, co on. Gdy kobieta pokiwała głową, anglista bez ogródek zapytał:

— Co myślisz o Karolu Szulcu?

— Dlaczego pytasz? — Kowalska podniosła zaciekawiony wzrok.

— Ten chłopak jest jakiś dziwny, nie uważasz? — odpowiedział jej pytaniem.

— Bo ja wiem… — zamyśliła się, po czym konspiracyjnym tonem dodała:

— Wiesz, on ma spore problemy emocjonalne. Chodzi na terapię. Ma podobno jakąś traumę z dzieciństwa. Matka go porzuciła, a ojciec wychowuje go sam z babką. Rozumiesz… Może być trochę dziwny…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 29.72