E-book
13.65
drukowana A5
43.45
drukowana A5
kolorowa
68.39
Dłonie pełne radości

Bezpłatny fragment - Dłonie pełne radości

Objętość:
218 str.
ISBN:
978-83-8189-357-2
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 43.45
drukowana A5
kolorowa
za 68.39

Wprowadzenie

Życie może być dobre i pełne radości. A nawet powinno. Bo jest nasze i dla nas. Zeszliśmy na Ziemię, by doświadczać cudów istnienia, które rozpościerają się przed nami jak cudowny wachlarz. Obracamy się w materii, by tańczyć wśród szeleszczących liści, wdychać rześkie powietrze, pachnące sosnowym lasem, smakować świeżo zerwane poziomki. By przytulać się do przyjaciela i wzruszać miłosnym wierszem. By dotykać puszystego futra ukochanego psa i śmiać do łez, obserwując, jak kot próbuje złapać światełko migoczące na podłodze. Oto życie.

Szczęście nie jest zależne od tego, co się wydarza i na co czasem prawdopodobnie nie mamy wpływu. Jest zależne od naszej reakcji na wydarzenia. To w nas jest moc i prawo decydowania o tym, czy wpadniemy w rozpacz, czy będziemy uśmiechać się do życia. Sztuka istnienia nie polega na oczekiwaniu, że wydarzy się coś dobrego, co nas zadowoli. Polega na tym, by wybierać radość niezależnie od tego, co się dzieje. Wymaga to czasem zrozumienia, że nic nie jest tak naprawdę złe, a każda pozorna tragedia niesie w sobie prezent, którego się nie spodziewamy.

Wiem, o czym piszę. Urodziłam się z wadą serca i przez całe życie nie mogłam robić wielu rzeczy, które robili inni i których ja też chciałabym doświadczać. Nie mogłam tańczyć, nie mogłam wspinać się po górach, nie mogłam biegać ani pływać, czy uprawiać sportów. Czy można cieszyć się życiem, kiedy nawet odkurzenie niewielkiego mieszkania doprowadza do zadyszki i stanu, w którym pada się bez sił na podłogę? Otóż można. Można znaleźć sobie coś, co nie wymaga wysiłku fizycznego, a jest równie cudowne jak taniec czy widoki z górskich szczytów. Można pisać książki, malować, tworzyć grafiki, rozmawiać z Aniołami, przytulać kryształy i prowadzić szkolenia. Można obliczać horoskopy i numerologiczne portrety. I ja to wszystko robię i jeszcze ciut więcej. A przecież na tym nie koniec. Z wadą serca można wyplatać łapacze, robić biżuterię, szyć sukienki, malować na tkaninie, prowadzić księgowość, tłumaczyć na inny język książki i można robić też setki innych rzeczy.

To zawsze my decydujemy, czy będziemy siedzieć i płakać, czy poszukamy sobie innych powodów do radości. To my wybieramy, czy poddajemy się i egzystujemy z ponurą miną, czekając niecierpliwie aż życie przeminie, czy próbujemy wykorzystać twórczo każdy dzień. To wreszcie my określamy siebie na nowo w zupełnie innej scenografii, szukając tego, co może okazać się dla nas największym sukcesem. Wierzę, że wszechświat jest pełen harmonii i każda ułomność, każda trudność jest zaprojektowana dokładnie na miarę naszego przyszłego szczęścia. Jest drzwiami do spełnienia. Moja choroba serca zaprowadziła mnie do tego punktu, w którym dzisiaj jestem — szczęśliwa, zrealizowana i zachwycona życiem. I już wiem doskonale, że gdybym mogła jak wszyscy biegać i tańczyć, nie usiadłabym przy komputerze, by pisać książki. Nie posiadłabym wiedzy duchowej, która pozwala mi prostować innym życiowe ścieżki, lecz sama szukałabym dla siebie terapeutów. Nie rozwijałabym swojej wrażliwości na piękno, lecz biegła na oślep w zmysłowym doświadczaniu świata.

I chociaż każdy z nas mając wybór, chciałby być zdrowy i sprawny fizycznie, to ja nie wracam do tego pytania: jak by to było, gdybym mogła wybrać? Nie mam bowiem pewności, czy życie w biegu i fizycznym wysiłku przyniosłoby mi tyle radości i satysfakcji, ile daje mi twórcza praca intelektualna. Odpowiedź zobaczyłam raz i jej zaufałam. Również dlatego, że w gruncie rzeczy chcę być w tu i teraz, nie tracąc czasu na bezproduktywne analizowanie przeszłości, której zmienić nie sposób. Jedyne, co dla mnie w tym aspekcie istotne, to pełna akceptacja stanu faktycznego, aby stał się dla mnie trampoliną do szczęścia.

Wyobraźmy sobie nasze istnienie na tej planecie, jak wielką strategiczną grę, która z założenia ma być dobrą zabawą. Być może nie uda nam się zdobyć maksymalnej ilości punktów, być może ktoś odbierze nam nasze domy czy wioski, ale przecież także zdobędziemy smoczy zamek, uzbieramy mnóstwo dukatów i odniesiemy wiele cudownych sukcesów, które długo będziemy wspominać. A i tak najbardziej liczy się sama gra, umiejętność czerpania z niej mnóstwa radości. Każdy śmiech, żart, każdy sukces i każda chwila wypełniona satysfakcją. Można te chwile kolekcjonować jak klejnoty, by wiedzieć u schyłku życia, jak piękna była nasza podróż.

Siadając do gry nie mamy żadnego przygotowania, więc popełniamy mnóstwo błędów. Podobno już kiedyś żyliśmy, ale nic z tego nie pamiętamy. Dlatego trochę łatwiej grać, kiedy ktoś pozwoli nam przeczytać instrukcję albo podzieli się swoim doświadczeniem. Nie musimy korzystać ze wszystkich sposobów wypracowanych przez innego gracza. Możemy próbować po swojemu. Jednak znajomość zasad i różnych skutecznych strategii przynosi więcej sukcesów i więcej zadowolenia. Niech zatem ta książka będzie dla Was Poradnikiem Gracza, który pomoże Wam znaleźć w życiu jak najwięcej radości.

Radość bycia

Pełnia

Jestem Pełnią. Jestem Całością. Jestem doskonała taka, jaka jestem, w tym momencie i w każdym innym. Ponieważ nauczyłam się kochać bezwarunkowo, jestem też kompletna. Nie jestem niczyją połówką, chociaż mój mąż żartobliwie może o mnie tak powiedzieć. Wolno mu. Jego słowa nie pozbawiają mnie mocy i poczucia bycia samodzielnym istnieniem. Nie tracę części siebie, kiedy on wychodzi do pracy, bo jestem Wszystkim Co Jest.

Jestem spełniona, bo robię mnóstwo fantastycznych rzeczy, które dają mi wiele radości. To nie oznacza, że usiadłam i napawam się własną urodą. Wręcz przeciwnie — stale szukam nowych doświadczeń, bo fascynuje mnie piękno świata i jego wielowątkowość. Jestem tak wszechstronna, że zaczynam robić rzeczy, o których nigdy wcześniej nie śniłam. Ale zatrzymuję się tylko na wybranych zagadnieniach. Nie można robić wszystkiego i nawet nie można interesować się wszystkim tak dosłownie. Czasem więc tylko próbuję, doznaję i zostawiam, wracając do tego, co mi najbliższe.

Jedyną stałą jest zmiana, a dotyczy to przede wszystkim naszego rozwoju. Zmieniamy się my i nasze poglądy, upodobania, zainteresowania. Niektóre rzeczy trwają w nas, inne odchodzą, robiąc przestrzeń dla nowych doświadczeń. Jeśli pracujemy świadomie nad swoim rozwojem, to zdobywamy nowe jakości. Na przykład poczucie siły, poczucie wartości, wiarę w siebie, dystans do problemów, spokój wewnętrzny, umiejętność zarządzania emocjami, samodzielność. Nigdy nie jesteśmy tacy sami i każdego dnia odkrywać możemy w sobie coś nowego. I możemy wręcz zaskakiwać siebie odmienną reakcją na te same wydarzenia.

W psychologii nie ma pewników ani stuprocentowych zasad. Każda analiza jest odpowiednia tylko na dany moment. Kiedy stosuję NAO (Nieinwazyjna Analiza Osobowości), to zwracam szczególną uwagę na powtarzalność pewnych elementów. Ale przede wszystkim biorę pod uwagę dzisiejszy wygląd, bo to on pokazuje to, co jest aktualne. To, co było ważne wczoraj, teraz może być bez znaczenia. Nawet terapia pojawia się jako odpowiedź na obecny stan. Stan, którego nie było jeszcze miesiąc lub rok temu.

Ta płynność i zmienność prowadzi do niesłychanie ważnej jakości, którą nazwałabym niepowtarzalnością. Każdy z nas jest jedyny w swoim rodzaju. I co ważne — każdy z nas jest pełnią. Nosi w sobie ten potencjał, o którym napisałam na początku. Fakt, że nie każdy może czuć się tak jak ja, wynika wyłącznie z tego, że nie uświadamia sobie swojej własnej mocy. Nazwa „spełnienie” oznacza właśnie odnalezienie swojej całości. To wydobycie na światło dzienne rozmaitych talentów, odkurzenie ich i urzeczywistnienie. Wiąże się to nierozerwalnie z poczuciem, że wszystko mamy w sobie. Wszystko, czego potrzebujemy do szczęścia. Wszechświat jest tak skonstruowany, że niczego nie musimy szukać na zewnątrz, ponieważ dostaliśmy każde potrzebne narzędzie. Mamy je w rękach.

Samorealizacja jest w moim odczuciu najważniejszym elementem odnalezienia swojego sensu w życiu. Kiedy odkryjemy, co nas cieszy, rozwija, nakręca, uszczęśliwia — to jesteśmy na najlepszej drodze. Potem wystarczy już tylko zawinąć rękawy i realizować dokładnie to, co czujemy, że jest tak bardzo nasze. Wtedy spontanicznie przerabiamy swój program karmiczny, co sprawia, że dusza daje nam mnóstwo mocy i możliwości. Najpiękniejsze w tym wszystkim jest jednak uczucie, które temu towarzyszy. Nazywam je szczęściem. Dlatego właśnie tak często powtarzam, że jestem szczęśliwa, bo ono stale jest przy mnie. I chociaż nie omijają mnie życiowe zakręty i zawirowania, a czasem nawet mocno spada mi energia, to ogólnie uczciwie stwierdzam: jestem bardzo szczęśliwa, bo robię to, co kocham. Bo jestem Pełnią. Jestem Wszystkim. Jestem mikrokosmosem w makrokosmosie.

Człowiek, który nie docenia siebie, czuje się nieszczęśliwy. Podświadomie wie, że coś ma znaleźć. Jednak zamiast w sobie najczęściej szuka na zewnątrz. Wypada wówczas z harmonii i zaczyna naśladować kogoś innego. Patrzy na ludzi szczęśliwych, czuje ich dobrą energię i zaczyna upodabniać się do nich. Gra cudzą rolę, zamiast realizować swój program. Odwzorowuje i zaczyna żyć nie swoim życiem. W najlepszym przypadku dostanie od życia szturchańca, zrozumie lekcję i wróci do swojego programu, odkrywając swoje niezmierzone bogactwo wewnętrzne. W najgorszym razie — dusza zrezygnuje i odejdzie z tego świata, próbując w kolejnym wcieleniu, stwarzając odmienne okoliczności.

Zakładając cudze maski, wybieramy najczęściej ludzi znanych i podziwianych. Co samo w sobie może być pułapką, bo nie każda znana postać jest kimś, z kogo warto brać przykład. Świat materialny rządzi się swoimi prawami. Najbardziej popularni nie są ci, którzy mają najpiękniejszą energię, lecz ci, którzy do perfekcji opanowali zasady reklamy i PR. Widzę wiele popularnych postaci o przeciętnych wibracjach, którymi ludzie się zachwycają i widzę też wiele istot o przepięknej energii, które są mało znane i omijane. Rozumiem, że nie każdy widzi to wewnętrzne Światło, mam świadomość, że mój dar nie jest powszechny. Ale przecież widać „owoce” ludzkiego działania. Naprawdę widać, wystarczy odrobina uważności.

Działa tu też harmonia wibracyjna. Ludzie o niskich energiach przyciągają podobnych sobie. Ci o przeciętnych też. Zatem ci o wysokiej również są w stanie wejść w bliższe relacje tylko z pięknymi duszami. Innymi słowy — do pięknego nauczyciela trzeba samemu dorosnąć. Uczyłam się tego wiele lat temu, kiedy próbowałam zorganizować szkolenie dla pewnej niesamowitej i pełnej mocy osoby. Nie mogłam zebrać grupy, bo każdemu coś tam wypadało. Kiedy skruszona próbowałam się tłumaczyć tej pięknej energii, usłyszałam: „nie są jeszcze gotowi, bądź cierpliwa”. Dzisiaj jestem więc cierpliwa i spokojnie obserwuję fascynację byle jakością, dając pięknym motylom zgodę na to, by najpierw były poczwarkami.

Nadrzędną lekcją na Ziemi jest miłość do samego siebie. Mamy pokochać siebie tak mocno, aby nasze dzieła były dla nas doskonałe takie, jakimi je stworzyliśmy. Wszelka zazdrość, rywalizacja, powielanie cudzych programów, by utrzeć nosa komuś innemu, stoi w opozycji do bezwarunkowego kochania. Jeśli obdarzam siebie miłością, to wiem, że jestem niepowtarzalna i nie muszę — i nie chcę — udawać kogoś, kim nie jestem. Rywalizacja jest zawsze wyrazem kompleksów, ponieważ stawia zwycięzcę powyżej przegranego i każe patrzeć z góry. Pełnia oznacza, że jesteśmy Wszystkim, Co Jest — pozornym zwycięzcą i iluzorycznym pokonanym. Na równej pozycji. Bez poczucia braku i zawiści, że ktoś ma podziw, którego my nie mamy.

Dlatego niezmiennie sama siebie szanuję i podziwiam, nie oczekując sławy ani doceniania od kapryśnego świata, który często nie odróżnia tombaku od złota. Mam też podziw i miłość wspaniałych ludzi o wysokiej energii i to jest dla mnie cenne. Nie tęsknię za oklaskami tych, którzy nie odróżniają klejnotu od blaszki, bo i tak niewiele im mogę dać, dopóki nie zrzucą masek. Jestem cierpliwa, bo wszyscy są skazani na doskonałość. To kwestia czasu.

Temat trudny, bo nikt nie wie, czym jest Pełnia, dopóki jej nie urzeczywistni. Nie sposób też o niej uczyć. Dlatego dzielę się tylko tym, co sama czuję, żyjąc między ludźmi. Chciałabym jednak, aby każdy uzmysłowił sobie, że nie musi w nieskończoność być poczwarką i naśladować innych pięknych motyli, przebierając się w ich szatki. Nie musi też rywalizować z nikim, kto lśni zachwycająco. Warto uświadomić sobie własną niepowtarzalność i tworzyć własne skrzydła. Jedyne takie we wszechświecie. Największe piękno zawiera się bowiem w tym, co zrodziło się z naszego serca.

Wszystko

Mamy w sobie wszystko — każdą umiejętność czy zdolność i ogromny potencjał. Jesteśmy przeogromnym bogactwem rozmaitych opcji do wykorzystania. W tym także każdy z nas posiada moc kreowania własnego życia. I ta wiedza jest czymś, co każdy powinien sobie uświadomić. To wyposażenie niezbędne do podnoszenia poczucia własnej wartości i rozwijania miłości do samego siebie.

Człowiek czuje się niedoskonały, ponieważ stale porównuje się z innymi i widzi obok ludzi, którzy pięknie malują, tańczą, jeżdżą na łyżwach czy znają świetnie wyższą matematykę. Wydaje mu się, że jest gorszy, że na fascynującym bankiecie życia przeznaczono mu tylko sprzątanie. Nie ujmując nic sprzątaniu (to też trzeba umieć), każdy z nas może być artystą w mniejszym lub większym stopniu. Kiedyś pomagałam znajomemu przygotować prace zaliczeniowe z plastyki. Namalowałam za niego ludzkie twarze i dłonie, wzorując się na obrazach Leonarda da Vinci. Namalowałam mu też konia w biegu z rozwianą grzywą, a mój obraz wzbudził powszechny zachwyt. Nie było to szczególnym wyzwaniem, myślę że jest to możliwe do zrobienia dla każdego. To oznacza, że gdybym przez wiele godzin w tygodniu malowała i rysowała, to osiągnęłabym w tym biegłość, jak każdy malarz. Nie maluję pięknie tylko dlatego, że nie ćwiczę tej sztuki.

Podobnie rzecz ma się z zadaniami matematycznymi, gotowaniem, rzeźbieniem, pisaniem powieści, szyciem i wszystkim innym. To praktyka czyni mistrza. Jeśli się czegoś uczymy i teorię wzbogacamy solidnym działaniem, to osiągamy w tym wysoki poziom. Rzecz jasna nie można robić wszystkiego, bo taka nauka wymaga czasu i zaangażowania. Jesteśmy zatem zmuszeni, by z przebogatej oferty różnych działań wybrać coś dla siebie, coś szczególnego. Ma to też głęboki sens, bo przecież nie możemy być wszyscy malarzami albo lekarzami. Różnorodność jest konieczna. Zatem szukamy kilku rzeczy, które są nam szczególnie bliskie, które nam się podobają i na tym skupiamy swoją uwagę. Ale to nie oznacza, że dobry inżynier nie mógłby być też dobrym pisarzem, gdyby miał czas, by tę zdolność rozwijać. Znamy zresztą takie osoby, które mają więcej niż jedną pasję i sprawdzają się w kilku dziedzinach.

Jako wszechstronny zodiakalny Bliźniak przekonałam się, że mogę wszystko, jeśli tylko poświęcę temu odpowiednio dużo czasu. Jestem nie tylko psychologiem, astrologiem i numerologiem, ale sprawnie posługuję się też psychografologią i metodami NAO. Zajmuję się angelologią, Reiki i innymi ezoterycznymi tematami. Prowadzę szkolenia, piszę książki i artykuły, układam wiersze, robię grafiki, sama tworzę swoją stronę www, fotografuję, a ostatnio także maluję obrazy, które nawet mi się podobają. Na tym nie kończą się moje zdolności, ponieważ mam wiele jeszcze innych dobrze opanowanych umiejętności. Jest wiele takich osób jak ja.

Jesteśmy zdolni, wszyscy bez wyjątku. Różnica polega na tym, że jedni wierzą w siebie i uczą się tak długo, aż się nauczą zadowalająco rysować (malować, pisać, komponować muzykę, projektować, szyć…), a inni zakładają, że nie dadzą rady i nawet nie próbują. Być może jedni mają lepszy słuch, a inni bardziej zwinne palce — jesteśmy przecież różni. Ale to i tak nie zmienia faktu, że każdy, każdy bez wyjątku, może być mistrzem w kilku dziedzinach. Jeśli zupełnie nie wychodzi nam śpiewanie, to możemy pisać wspaniałe humoreski albo malować genialne obrazy. I nawet jeśli osiągniemy w czymś ten mistrzowski poziom, warto szukać dalej i rozwijać kolejne talenty. Mamy ich wiele.

Nie dostrzegamy tego, ponieważ inwestujemy w siebie najmniej czasu i energii. Nie szukamy swoich możliwości, o ile życie nas do tego nie zmusi. Idziemy przez codzienność utartym szlakiem. Jeśli już mamy dobry zawód, to zamykamy się na tej jednej zdolności. Jeśli to ceniona społecznie profesja, która przynosi nam uznanie, to nie odczuwamy potrzeby szukania czegokolwiek. Jesteśmy najczęściej spełnieni. Jeśli jednak giniemy w tłumie podobnych do nas ludzi, a praca zaczyna nas wypalać, wówczas warto zapytać siebie: czego jeszcze chciałabym się nauczyć? Bo nasza samorealizacja może być ukryta w nowej pasji, do której jeszcze w swoich poszukiwaniach nie dotarliśmy.

Czasem wydaje nam się, że skoro półmetek już za nami i dzieci są odchowane, to jedyne, czego można się uczyć, to dzierganie na drutach czapeczek dla wnuków. Tymczasem warto pamiętać, że jesteśmy tu na Ziemi dla siebie i własnego spełnienia. I chociaż miłość do wnuków daje nam dużo radości, to jeszcze więcej satysfakcji da pierwszy własnoręcznie namalowany obraz albo wreszcie wydany na papierze autorski tomik wierszy. Nie ma limitu czasowego. Uniwersytety trzeciego wieku pokazują, że chociaż zdolności przyswajania wiedzy zmieniają się wraz z metryką, to otwartość na uczenie się już nie. Dopóki żyjemy, interesujemy się światem i tym wszystkim, co może okazać się fascynujące. Ludzie, którzy także na starość czytają książki, rozwiązują krzyżówki, prowadzą z innymi dyskusje i uczą się nowych rzeczy, zachowują sprawny umysł.

Zatem jeśli coś nam się podoba, próbujmy. Próbujmy tak długo, aż będziemy w tym dobrzy. Jestem świadoma, że pośród nas pojawiają się wyjątkowe talenty, np. genialni kompozytorzy czy malarze czy tancerze. Nie każdemu możemy dorównać, ale nie o porównywania i dorównywanie w tym chodzi, ale o osiąganie swojego własnego maksimum. Nie jestem i nie będę Leonardem da Vinci, ale kiedy namalowałam swój pierwszy obraz, byłam ogromnie dumna i szczęśliwa, a moje dzieło wydało mi się bajecznie piękne. A największy sens ma oczywiście to, że samo malowanie sprawia mi mnóstwo radości, a po namalowaniu kilku kolejnych twarzy zaczynam malować je coraz lepiej. I już niedługo namaluję naprawdę dobry portret, wiem i widzę to w kolejnych pracach. Fascynuje mnie niezmiernie cudowna zdolność ludzkiego umysłu do nauki. Wiem, że można nauczyć się wszystkiego, chociaż mistrzostwo osiągniemy tylko w tym, co pokochamy i co jest tą prawdziwą częścią nas. To jakby oczywiste.

Wszystko mamy w sobie. Nie tylko zdolności artystyczne, którym poświęciłam tu tyle uwagi, ale też inne umiejętności. Na przykład ktoś, kto się spóźnia ma w sobie zdolność bycia punktualnym. Naprawdę ma. Oczywiście wymaga to — jak każdy inny talent — trochę wysiłku, aby rozwinąć tę jakość, ale jest to realna możliwość i znam osoby, które tego dokonały. Podobnie — każdy leniwy człowiek ma zdolność bycia pracowitym, a każdy nieśmiały nosi w sobie dar towarzyskości. Można wymieniać bez końca. Każda potrzebna jakość jest w nas jako potencjał. Jak malowanie, którego można się nauczyć albo jak jazda na rowerze czy łyżwach. Wystarczy chcieć i włożyć trochę wysiłku w opanowanie tego, czego potrzebujemy. Ważne też, by nie zrażać się początkowym niepowodzeniem.

Wszystko mamy w sobie. Cały potencjał kosmosu, ponieważ to nasze myśli stwarzają wszechświaty. Nawet jeśli wylądujemy na wyspie bezludnej w jednej koszuli, możemy tam przetrwać i uratować życie. Możemy nauczyć się łowienia ryb, hodowania roślin, budowania szałasu — chociaż nigdy wcześniej tego nie robiliśmy. Ale możemy też mocą umysłu przyciągnąć statek czy samolot, który nas z tej wsypy uratuje. Całe nasze życie jest wielokrotnością takich wysp, na których czujemy się osamotnieni i bezsilni. Właśnie dlatego warto zapamiętać, że w istocie ta bezradność jest tylko złudzeniem. Mamy w sobie moc i ogromne możliwości. Możemy w każdym momencie odwrócić niekorzystną sytuację o 180 stopni i od podstaw zbudować nowe szczęśliwe istnienie. Nie potrzebujemy niczego z zewnątrz. Wszyscy terapeuci i doradcy mają nam tylko przypomnieć, że w sobie mamy dar kształtowania rzeczywistości, a wszystkie techniki uzdrawiania służą uruchamianiu naszej własnej wewnętrznej siły.

Slow

To jest to, co kocham najbardziej. Działanie powolne, spokojne, ze starannym smakowaniem życia. Zmysłowe do granic rozkoszy. Życie, w którym nie przeoczę zapachu kawy parzonej przez córkę ani lekkiej mgiełki aromatu nowej kwiatowej świecy. Życie, w którym delektuję się smakiem świeżej bułki i mrużę oczy, kiedy jem maliny. Życie przynoszące dźwięki dobrej muzyki i śpiew ptaków za oknem nad ranem. Zauważę i docenię promienie słońca przenikające przez liście drzew i odbijające się w szybach zaparkowanych przed domem samochodów. Podniosę brwi w zachwycie, kiedy przypomnę sobie, że tak właśnie wygląda środek lata nad jeziorem, kiedy słoneczny blask kąpie się w wodzie.

Piękno codzienności. Kto je zauważa, zagoniony pomiędzy kolejnymi sprawami do załatwienia? Tysiące rzeczy, urzędy, sklepy, szkoła, przychodnia… Biegniemy, bo musimy, bo potrzebujemy. W popłochu spoglądamy na zegarek. Kiedy wreszcie znajdziemy czas, by przysiąść nad kawą, jedyne co zaprząta naszą uwagę to ulga w zmęczonych stopach i kojące ciepło na podniebieniu. Małe radości też są ważne. Ale jeszcze ważniejsze jest to, by nie umykała nam reszta cudownego życia.

Wiele lat temu, kiedy pracowałam w pewnej firmie, przechodziłam jak każdy pracownik psychologiczne badania. Zdałam wszystkie poza jednym — działaniem na czas. Pani psycholog poleciła mi zbierać szczypczykami malutkie kuleczki i wrzucać do specjalnego otworka. Zauważyłam, że włączyła stoper, ale przekornie bawiłam się, zgarniając kuleczki powolnymi leniwymi ruchami.

— Czy pani widziała, że mierzę czas? — zapytała mnie zaskoczona.

— Oczywiście. Ale nie lubię się spieszyć. — odpowiedziałam.

Mina pani była oczywiście bezcenna, ale przecież nie robiłam jej na złość. Chciałam być uczciwa wobec samej siebie, czyli postępować zgodnie z tym, co uważam za słuszne. Nigdy nie lubiłam pośpiechu. Jest dla mnie kwintesencją braku harmonii. Kiedy się spieszę, wszystko leci mi z rąk, mówię głupoty, denerwuję się z byle powodu i serce zaczyna mi wpadać w arytmię. Uważałam od lat, że pośpiech jest zły. I jak zwykle doczekałam się naukowego potwierdzenia, że tak właśnie jest. A nawet czegoś więcej: informacji, że pośpiech szkodzi zdrowiu. Cóż… stara dusza zawsze wie, co jest harmonijne, bo po prostu czuje energię rzeczy, działań i zjawisk.

Życie „slow” jest czymś takim jak duńskie hygge i szwedzkie lagom, czyli życiem zmysłowym, wygodnym, sprawiającym przyjemność. Zanim jeszcze ktoś ukuł takie określenie, ja już tak właśnie sobie żyłam, ciesząc się każdą chwilą. Nie ma nic złego w dążeniu do przyjemności, choćby dlatego, że to przyjemność nas inspiruje, warto o tym wiedzieć. Czasem lęk lub ból też jest motywacją, ale to słabsza opcja niż pragnienie piękna, lekkości, zachwytu. Kiedy siadam przed płótnem, by namalować obraz, to inspirują mnie dwie rzeczy: pierwsza to oczekiwana przyjemność dotyku i zapachu farb, a drugą jest cudne uczucie podziwiania efektu końcowego. Uwielbiam zatem to moje „slow” we wszystkich obszarach życia.

Niektórym wydaje się, że „slow” to lenistwo, ponieważ ktoś kto jest powolny, robi mniej niż też, który pracuje szybko. Ale to nieprawda. Wbrew angielskiemu znaczeniu tego słowa styl „slow” nie oznacza, że ruszamy się jak leniwce. Można uprawiać jogging, jeździć na rowerze, spacerować z kijkami i robić tysiące innych rzeczy. Ważne, by umieć w tym wszystkim zatrzymać się na chwilę zachwytu i czerpać przyjemność ze swoich poczynań. Uważam, że jestem niesłychanie twórcza: piszę książki, maluję, fotografuję, prowadzę bloga i cztery fanpejdże, a oprócz tego konsultuję, szkolę i robię horoskopy. O nowych projektach nie wspomnę. Wyśmiałabym radośnie każdego, kto zarzuciłby mi lenistwo. A jednak smakuję w tym wszystkim życie i bardzo tego smakowania pilnuję.

Człowiek „slow” nie jest leniwy. Jest — jak pisałam — zmysłowy i uważnie podąża przez życie, dostrzegając jego piękno. I już sam ten fakt sprawia, że efektywniej rozwija się duchowo. Po pierwsze dlatego, że zeszliśmy tu na Ziemię, by doświadczać jak najwięcej. Wyścig szczurów, codzienna pogoń z listą zakupów w ręce to nie jest to, co rozwija duszę. Może czasem, ale nie w kółko to samo każdego dnia. Celem duszy jest między innymi usłyszeć gdzieś w oddali piękną muzykę, poczuć zapach pieczonego ciasta i zauważyć tęczę w kałuży. Tysiąc małych ale urozmaiconych doznań — oto czego pragnie dusza.

Po drugie — jedną z najpiękniejszych ścieżek do oświecenia jest zachwyt. To właśnie on pozwala poczuć szczęście, miłość i odkryć, że jesteśmy Wszystkim Co Jest. Tu i teraz. W jednym momencie, kiedy słodki trel ptaka splata się z zapachem kawy i promieniami słońca prześlizgującymi się przez liście. Zauważanie piękna i pełne odczuwanie go, poprzez przeniesienie ze zmysłów na głębszy poziom, pozwala nam wejść spontanicznie w Pole Serca, w którym dzieje się prawdziwa magia. To tutaj tworzymy swoje szczęście i spełnienie. Właśnie dlatego slow jest tym, co naprawdę dobre.

Pokój

Cudowna jakość o wielkiej mocy, która oznaczać może czasem nawet najwyższy poziom rozwoju, jeśli tylko potrafimy ją w sobie maksymalnie odczuwać. To coś więcej niż spokój, chociaż na pozór wydaje się być tym samym, tylko nazwanym nieco archaicznym językiem. Otóż nie jest to dokładnie to samo. Spokój jest dostępny dla każdego, bez większego problemu, jeśli tylko się postaramy. Odnajduje go każdy z nas, kiedy wyjdzie poza swoje codzienne zamieszanie, wyciszy umysł i po prostu położy się wygodnie pod drzewem na trawie lub w nawet w domu na kanapie, zajmując czymś przyjemnym. Natomiast pokój to stan wewnątrz nas, który jest czymś bardziej trwałym, czymś permanentnym.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 43.45
drukowana A5
kolorowa
za 68.39