Motto: „Najgorszą wadą Boga wcale nie jest to, że rzadko się objawia. Wręcz przeciwnie: sęk w tym, że on właściwie bez przerwy trzyma za kołnierz Ciebie, mnie i w ogóle wszystkich ludzi.”
Kurt Vonnegut z książki „Sinobrody”
Dedykacja
Tym, którzy pomogli na skomplikowanej drodze
Przy pracy nad tekstem autor korzystał z pomocy AI — w szczególności przy tworzeniu okładki i korekcie tekstu. Za treść odpowiada auto
Wstęp
Były kiedyś takie czasy, że do dobrego tonu należało bycie ateistą. Salony pełne były taki ateistów — mniejsza o prawdziwe poglądy. Jak by to dzisiejsza młodzież powiedziała, bycie ateistą było trendy. Dla należących do partii był to wymóg formalny — nikt nie pytał o prawdziwe poglądy, wystarczyła ustna deklaracja.
Większość z tych tak zwanych ateistów była wierząca, sakramenty przyjmowała tyle że potajemnie, a śluby kościelne odbywały się w sąsiednim kościele. W takich przypadkach, czyli np. w przypadku ślubu dzieci rodziców partyjnych, wymogi ograniczały się dobycia pary młodej w kościele — żadnych zaświadczeń czy kartek. Tym razem jeżeli trafiali się ateiści, to oni się ukrywali. Przysługa za przysługę, kłamstwo za kłamstwo — jakież to ludzkie było. Sacrum gdzieś odstawiano w kąt.
Uznałem, że wiek 77 lat upoważnia mnie ostatecznie do mówienia o sprawach wiary w sposób krytyczny i szczery: o wielu sprawach radosnych i tych smutnych a szczególnie o pojawiających się tu i ówdzie wątpliwościach. Ponadto pojawiło się najpierw podejrzenie, które stopniowo przeobraziło się w pewność: ja nie mam problemów z Bogiem, ja mam problemy z hierarchią Kościoła. Problemy te — bardzo wolno — jednak się powiększają.
Nie dbam o to jak mnie ocenią tzw. „prawdziwi katolicy” — już słyszałem te opinie, nie było to przyjemne. Ale cóż, to są koszty posiadania własnego zdania i własnej drogi i nie odstępowanie od nich niezależnie od panujących trendów.
Za bardzo ważne uważam również ogłoszenie deklaracji o tym że niezmiennie jestem członkiem Kościoła, który Jezus Chrystus założył podczas pobytu w okolicach Cezarei Filipowej w północnej części Izraela. Misję rozbudowy powierzył Piotrowi. To, o czym On obwieścił nie podlega dyskusji, jedynie to, co ludzie zniekształcili świadomie lub nieświadomie i co przyniosło i nadal przynosi ujmę Kościołowi będzie oceniane. W przypadku wielu spraw nadal mam wątpliwości i postaram się je sformułować.
Każdy człowiek rozwija się nie tylko fizycznie ale również intelektualnie z różnym nasileniem. Wielu zarzuca jeden a rozwija tylko drugi — to źle. Szczególnie kiedy rozwój intelektualny pozostaje w cieniu.
Tym sposobem człowiek zyskuje przykładowo jedynie muskuły czyli tężyznę fizyczną, zyskuje piękną sylwetkę ale przeważnie nie ma pojęcia kim byli: Sokrates, Platon, Einstein, Newton, Beethoven i wielu innych.
Każdy z ludzi nosi w sobie potencjał rozwoju skierowany w konkretnym kierunku. Jedni pomagają temu kierunkowi, inni tłamszą go w sobie pozostając z lubością na etapie dziecka.
Jak jest u mnie? Źle o sobie nie będę pisał, dobrze też nie będę, bo by to wyglądało, że się chwalę. Niech zatem oceni to sam czytający tę książkę — ona da odpowiedź.
Nie maszerowałem w samotności, miałem wielu wspomagających, którzy służyli swoimi podpowiedziami a najczęściej dawali wzór. Nie wszyscy nawet wiedzieli, że służyli mi pomocą. Wszystkim im dziękuję chociaż większość z nich już nie żyje.
I. Narodziny zwątpienia
1. Okres wczesnej młodości
To grzech mieć wątpliwości w kwestii wiary, nawet pytać nie powinno się! Tak powiadały babcie na wsi podkarpackiej, w tym również i moja babcia. Co ksiądz powiedział, jest jedyną prawdą, to świętość. To twierdzenie zostało wbite młodemu Pawłowi do głowy i za nic nie chciało jej opuścić. Dopiero inny ksiądz, a dokładnie arcybiskup — w swojej książce — uwolnił go od tej okrutnej prawdy. Wiele z tego twierdzenia sam podważyłem, ale to ten arcybiskup dokonał reszty, twierdząc, że wątpienie to ludzka rzecz i na pewno grzechem nie jest.
Trudno jest pisać o swoich poglądach szczerze, bez kamuflażu, a jeszcze trudniej ukazywać własne trudności w pojmowaniu świata, i to świata religii. Postanowiłem jednak, że zrobię to.
Wróćmy jednak do tej wczesnej młodości, bo to wtedy narodziło się najwięcej niejasności.
Najpierw był groźny katecheta z krótkim kijem, który przygotowywał małe dzieci do pierwszej komunii. Podszyte strachem dzieci skandowały poszczególne wiadomości z cienkiej książeczki — pewne prawdy ponumerowane, a potem powtarzane z pamięci. Następnie, na wyrywki, pojedynczo musieli te prawdy deklamować wskazani tym kijem mali chłopcy. Dotąd siedzieli w stresie, ukryci za oparciami ławek kościelnych.
Do dzisiaj pamiętam ten punkt o łasce uświęcającej. Łaską ojciec nazywał takie małe zwierzątko, które zakradało się w nocy do kur i je dusiło. Tak że do dzisiaj, kiedy słyszę o łasce uświęcającej, w pamięci pojawia się to — zresztą miłe — zwierzątko. Taki był wynik wciskania do głowy czegoś, czego głowa nie chciała przyjąć. Z drugiej strony, może była to wtedy jedyna znana metoda nauczania młodzieży? Takie ubijanie jak kapusty w beczce. Dopiero po zakończeniu całej imprezy komunijnej następowała ulga.
Potem przyszło dziewięć pierwszych piątków miesiąca — dlaczego akurat dziewięć? Specjalny notesik, do którego wklejało się kolejne obrazki. Spowiedź. Komunia. I obrazek.
— Bo to się Bogu podoba — mówił ksiądz.
Skąd on wiedział, co się Bogu podoba?
Kolejne pytanie.
Widziałem raz, jak ten ksiądz rzucał gromy o herezji w kierunku innego kościoła, który był w ich miejscowości, chociaż stał zamknięty. To był dawny kościół ewangelicki. Ksiądz nawet splunął w jego kierunku.
Dlaczego?
Przecież ewangelicy to też chrześcijanie!
Tak mnożyły się pytania, a odpowiedzi bywały jakieś takie mętne, niczego nie wyjaśniały albo nie było ich wcale.
Te nauki dawały taki efekt, że młody chłopak, u którego różne wątpliwości się potęgowały, a nowe rodziły, zaczął obawiać się o swoją duszę — stres dawał o sobie znać. Chyba najbardziej właśnie ten strach trzymał go przy Kościele. W pewnej chwili przerodził się on w odruch bezwarunkowy. Nikt nie mógł mu wtedy pomóc — to znaczy mógł, ale nie pomógł. Może nikt nie potrafił?
Patrzył na kolegów i zastanawiał się:
Czy oni nie mają takich wątpliwości? Może ja jestem jakiś ułomny w myśleniu? Może to diabeł szepcze do mojego ucha?
W końcu jednak, kiedy nastała szkoła średnia, wszystkie te wątpliwości ucichły, a nawet stopniowo zanikły. Nauka pochłonęła go do tego stopnia, że nie miał czasu na podobne rozmyślania. Ponadto pojawiły się sprawy nowe, ciekawsze, które chłonął niemal z marszu.
Dodatkowym atutem tego okresu byli dobrzy i mądrzy koledzy. Pewnie również ich towarzystwo miało duży wpływ. Ktoś może powiedzieć, że wtedy pokus było mniej — to również prawda. Internet i smartfon były wtedy słowami nieznanymi.
Nikt już nie straszył go piekłem i przyjął to z wielką ulgą. Wszelkie lęki związane z wiarą ustąpiły. Za to nowa wiedza płynęła strumieniami. Było jej tak dużo, że nie nadążał wszystkiego zapamiętać, chociaż go to nie przerażało, bo to, co nie pozostało w głowie, zawsze można było odnaleźć w książkach, i to niekoniecznie szkolnych.
Jeżeli chodzi o szkołę, trafił na dobrą placówkę, w której nie było zbytniego przepychu ideologicznego. Jak na szkołę o charakterze technicznym, panował tam wysoki poziom przedmiotów humanistycznych, a w szczególności języka polskiego. To tam zrodził się w nim nawyk sięgania po ambitne lektury, film, a zwłaszcza prasę literacką.
Kto wie, czy to właśnie ten okres nie zdecydował w znaczącym stopniu o późniejszych zainteresowaniach tego młodego człowieka. Z perspektywy minionych lat można tak powiedzieć.
Tyle tylko, że nieraz w drodze ze szkoły przechodził koło kościoła i nieraz ciągnęło go, aby wejść do środka.
„Pewnie będę tu już niemile widziany” — pomyślał.
W końcu jednak odważył się i wszedł. Raz, drugi…
Nikt go nie wypędzał, o nic nie pytał, więc zaczął zaglądać tam od czasu do czasu.
Wchodził, przebywał kilka minut i wychodził. Panowała tam zupełna cisza, jak to w kościele. Mógł przez chwilę skupić się nad czymś ważnym.
Któregoś dnia zobaczył, że w tym kościele odbywa się religia dla uczniów jego szkoły, a nawet jego klasy — raz w tygodniu i w bardzo dobrej godzinie, tuż po ostatniej lekcji. Powiadamiali i zapraszali. Żadnych nakazów ani słów presji.
Poszedł z ciekawości.
Zajęcia odbywały się w bocznej nawie kościoła. No proszę, nie trzeba było nawet specjalnej klasy szkolnej. Ksiądz mówił ciekawie, co szybko się rozniosło. Okazało się, że wielu kolegów przychodziło regularnie. Na koniec rozdano świadectwa, ale bez ocen — kto chciał, ten je wziął.
Tam nikt nikogo nie przepytywał. Tam się jedynie słuchało. Była to bardzo ciekawa forma, która — jak się później okazało — przyniosła dobre efekty w dorosłym życiu.
Państwo i Kościół stały obok siebie i każde robiło to, do czego jest powołane — z pożytkiem dla człowieka: jedno dla duszy, drugie dla ciała. Zatem dlaczego dzisiaj obie strony z tej formy nie korzystają? Co stoi na przeszkodzie?
Do tego tematu powrócimy w dalszych rozważaniach, bo rodzi się tu potrzeba bardziej szczegółowych przemyśleń.
Kiedyś słyszał coś o eschatologii. Przez pewien czas mocno go to absorbowało. Było to silnie związane z religią, w której został wychowany. Odłożył jednak ten temat na później, ale go nie odrzucił. Przyjął mocne postanowienie, że kiedyś się nim zajmie.
Tym sposobem nasz młody człowiek ruszył w świat, odkładając na bok to, co dotąd go uwierało i nie pozwalało skupić się na sprawach tu i teraz, na sprawach czysto ziemskich.
Był to czas, kiedy nadzieja rosła w dość szybkim tempie. Przede wszystkim od władzy został odsunięty znienawidzony Gomułka, a na jego miejsce przyszedł — w oczach młodych — może jeszcze nie człowiek światowy, ale na pewno Europejczyk. Znał język francuski. Był to Edward Gierek, który w niczym nie przypominał prostackiego Gomułki.
Nadjechał nowy pociąg i należało do niego wsiąść. Nie można było się spóźnić.
Nasz młody bohater wsiadł.
Nie był to pociąg wygodny, ale co tam — jechaliśmy szybko do przodu. Francja, Anglia i pozostałe najważniejsze kraje. Polska zaczyna się liczyć na świecie. Nawet papieża mamy…
Nikt z tych młodych nie zauważył, że zaczynają nam zaciskać hamulec. Sygnały przychodziły ze Wschodu, od bratniego kraju, którym był ZSRR. Sowieci zaczęli przeczuwać, że zaczynamy się im wymykać, stąd uruchomienie hamulca.
Popularność Polski na Zachodzie zaczęła się nie podobać towarzyszom w Moskwie.
Mimo młodego wieku również zacząłem się czegoś domyślać, ale póki co parłem do przodu. Co mi tam jakiś hamulec? Spróbujemy ich oszukać. Polak wiele potrafi.
Tak oto zaczęło wykluwać się nowe hasło.
2. Czas późniejszej młodości
Był to czas, kiedy Kościół i wiara całkowicie zniknęły z pola widzenia młodego człowieka. Zaangażowanie w codzienne życie było całkowite i niczym nieograniczone.
Kościół istniał, ale gdzieś z boku. Nikt go nie atakował. Cieszył się swobodami, oczywiście na miarę ograniczeń ze strony władzy. Nikt się temu nie dziwił i nikt z tym nie walczył. Jednak sam Episkopat przez cały czas kultywował postawę cierpiętniczą. Co najwyżej władza od czasu do czasu czyniła różne utrudnienia, chociaż za czasów Gierka nie było ich już tak wiele.
Będąc dwudziestolatkiem, sprawy Kościoła zacząłem traktować drugoplanowo. Polska stała się szanowanym krajem europejskim, nawet Zachód się z nią liczył — ruszyłem więc i ja w tym kierunku. Nie widziałem rzeczy ważniejszych niż uczestniczenie w życiu mojego kraju.
Dzisiaj młodym ludziom na pewno trudno to zrozumieć, ale w latach siedemdziesiątych, kiedy nastał Gierek, nasza fascynacja nim i Polską była ogromna. Radość była autentyczna, tym bardziej że jeszcze niedawno Polską rządził człowiek ponury i podejrzliwy, którego nikt nie szanował — przede wszystkim sami Polacy. Z Gierkiem liczono się na świecie, nie tylko w Europie. Wszędzie był przyjmowany z honorami. Znał język francuski, pracował po wojnie we Francji. Ponadto cechowała go wysoka kultura osobista.
Kiedy oglądałem jego wystąpienia — spokojne, stonowane — zawsze przypominało mi się wystąpienie Gomułki z marca 1968 roku: język prostacki, przeplatany wulgaryzmami. Ten kontrast robił swoje na korzyść Gierka.
Tak jak Gierek rozwiązał konflikt ze światem robotniczym ponad pięćdziesiąt lat temu, nikt przed nim ani po nim tego nie dokonał. Kiedyś takie problemy rozwiązywano przy pomocy czołgów, a obecnie obietnicami podwyżek płac.
Wielu z nas zdawało sobie sprawę z tego, że Sowieci nie wypuszczą nas z obozu socjalistycznego — przykładem była Czechosłowacja — ale nawet w tym sowieckim obozie można było spróbować choćby minimalnej modernizacji.
Cóż tu ukrywać — całe moje pokolenie poszło za nim, tym bardziej że osiągnęliśmy wiek zawodowy, a wyzwań było wiele. Ruszały nowe budowy.
Gierek był szczery i chciał dobrze, ale na ile ten system polityczny pozwalał działać w skali kraju, pewnie sam jeszcze nie wiedział. Dopiero teraz tego doświadczał.
Władza państwowa i kościelna nie wchodziły sobie w drogę, ale wspólnych interesów nie miały. Powód? Przede wszystkim te dwie instytucje reprezentowały krańcowo odmienne światopoglądy.
Chociaż, mówiąc dokładniej, bywało różnie. Należy pamiętać, że katolicyzm w Polsce stanowił nie tylko główne wyznanie, ale również znaczną część tradycji narodowej. Gdyby się tak dobrze przyjrzeć, to ten katolicyzm bardziej opierał się na tradycji, aniżeli był wynikiem żarliwej wiary.
Ludzie tego stanu rzeczy wcale nie kryli. Drażnił ich poziom życia księży oraz zawyżone ceny za posługi kościelne: śluby, pogrzeby czy chrzty. Ponadto same zasady wiary traktowali bardzo wybiórczo, zresztą bardzo słabo je znali.
Ileż to razy można było usłyszeć:
— W Boga to ja wierzę, ale w życie pozagrobowe i to zmartwychwstanie już nie.
Poziom życia nieco się podniósł, więc Kościół zostawał gdzieś z boku, a potem coraz bardziej z tyłu. W tamtych czasach tradycja wyraźnie górowała nad prawdziwą wiarą:
„Dziadowie i rodzice chodzili do kościoła, to ja też chodzę”.
Nikt nie słyszał wówczas o aktach tak zwanej apostazji. Było to zjawisko zupełnie nieznane, podobnie jak samo słowo. Nawet człowiek całkowicie niewierzący wzruszyłby ramionami i powiedział:
— A po co to komu potrzebne?
Moja postawa mieściła się gdzieś pośrodku tych wyżej opisanych postaw. Jeżeli powiem, że miałem oziębły stosunek do Kościoła, będzie to niestety prawda.
Zawsze jednak mój chłodny stosunek dotyczył hierarchii kościelnej, samej instytucji, urzędu i jego urzędników. Nigdy nie odważyłem się ani drwić, ani negować istnienia samego Boga.
Było wielu takich, którzy ze swoją niewiarą obnosili się z wielką dumą. Dzisiaj byłoby to wręcz modne.
Mój skarb zwany wiarą został zapakowany i ukryty w zamkniętym pomieszczeniu. Być może kiedyś jeszcze się przyda.
Na razie wraz z rówieśnikami ruszyliśmy do przodu. Stanowiliśmy pierwszą linię. Mieliśmy nadzieję. Perspektywa była kolorowa.
Z czasem jednak coś zaczęło się zacinać, spowalniać. Dziwne zmory zaczęły wychylać głowy, straszyć i krakać — wszystko to w obronie socjalizmu. Nikt nie wiedział, gdzie ta budowa socjalizmu jest zagrożona. Nie znaliśmy przecież innego ustroju, więc o co chodziło?
Coś się jednak działo. Wyczuwaliśmy to.
W czerwcu 1975 roku — na półmetku ery Gierka — do Polski przybył prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing. Był to drugi po de Gaulle’u wielki prezydent francuski odwiedzający nasz kraj.
W Katowicach odbyło się spotkanie Gierka z Giscardem d’Estaing.
Z naszego zakładu pojechał autobus pełen indywidualnie dobranych ludzi. Wiem, że byli dobrani, bo sam znalazłem się w tym autobusie jako tak zwany młodzieżowiec.
Spotkanie I sekretarza KC z prezydentem Francji było oczywiście „spontaniczne”.
Pierwszy raz w życiu uczestniczyłem w czymś podobnym i wyszedłem stamtąd przerażony. Więcej było tak zwanych spontanicznych okrzyków z sali niż samych przemówień. Wszystkie inicjowano z tych samych miejsc. Głównie skandowano nazwisko:
— Gierek! Gierek!
Widać było, że samemu Gierkowi nie było to w smak. Wyraźnie go to krępowało. Jakie to było prymitywne…
Pewien znany działacz partyjny skomentował to w następujący sposób:
„Im się wydaje, że pokazują siłę partii, a dla mnie oznacza to, że w tej partii zaczyna się dziać coś złego. Beton partyjny się odzywa — oni inaczej nie potrafią, tylko krzykiem”.
Dla mnie było to uderzenie w dzwon. Był to niemal dzwon Zygmunta.
Znaczyło to bowiem, że stare nie umarło. Ono tylko przycupnęło w kącie, czekając na stosowny moment. A ten moment właśnie nadchodził.
Przypominały się urywane zdania, które od czasu do czasu dawało się słyszeć w różnych miejscach: że ten system jest niereformowalny, że Sowiety nie odpuszczą…
Doświadczyłem również skutków tego systemu.
Małżeństwo, które zamierzałem zawrzeć, powinno było rozpocząć się ślubem kościelnym — zgodnie z tradycją rodzinną — i tak też się stało.
Pełniąc funkcję przewodniczącego zakładowej organizacji młodzieżowej, wiedziałem, że tego faktu nie ukryję, chociaż wielu ukrywało podobne uroczystości. Chcąc być lojalnym, zgłosiłem ten fakt stosownym władzom. Nie przyjęły tego z radością, ale też nie oponowały.
Znaleźli się jednak nadgorliwcy, którzy zgłosili sprawę aż do województwa.
W efekcie zrezygnowałem z tej funkcji i wróciłem na swoje stanowisko zawodowe.
Tym sposobem również w moim przypadku coraz częściej słyszane opinie o tym systemie zaczęły się potwierdzać.
Od tego momentu różne głosy nabrały znaczenia. Tym bardziej że podobno zaczęła tworzyć się jakaś opozycja, a hierarchowie kościelni sprzyjali jej i pomagali na różne sposoby.
Ostatecznie potwierdziły to rozruchy w Radomiu.
Partia znowu sięgnęła po siłę.
Przyjąłem te sygnały z niesmakiem. Należało się poważnie zastanowić, z kim się trzyma. Może nawet zrobić krok wstecz?
Będąc młodym, dobrze zapowiadającym się inżynierem, miałem przed sobą niemal całą przyszłość.
Padło kolejne pytanie:
— Z kim trzymasz?
Wiem, że Ten, którego kiedyś opuściłem z błahych powodów, ciągle istnieje. Ale czy zechce jeszcze ze mną rozmawiać?
Wiele pytań nawiedzało mnie, budząc kolejne wątpliwości. Przecież chodziło o moją przyszłość. Byłem jeszcze młody.
Trzydzieści lat ma człowiek, który skończył naukę, trafił do pracy i dopiero zaczynał nabierać doświadczenia.
Wydawało się, że ten system nie może upaść.
Ktoś znowu powiedział, że aby w Polsce mógł zmienić się ustrój, najpierw musi rozpaść się Związek Radziecki, a na to się nie zanosiło. Kraj ten przeżył wiele upadków, do wielu doprowadził, ale sam się trzymał i miał się trzymać jeszcze długo.
Nikt o zdrowych zmysłach nie przewidywał upadku ZSRR — może jedynie w bardzo odległej przyszłości, bo przecież wszystkie systemy kiedyś upadają.
Tymczasem życie biegło dalej, chociaż był to bieg kulawego. Służba Bezpieczeństwa szalała, nieustannie szukając wrogów narodu. Sklepy pustoszały. Kupowało się na kartki i, o dziwo, ludzie jakoś się do tego przyzwyczajali.
W końcu jednak każda nić naprężona ponad granice wytrzymałości pęka.
Tak było i tym razem.
Spełniła się przepowiednia starych komunistów: jeśli ZSRR upadnie, system również się rozleci.
I tak się stało.
Nie było już ZSRR. Nie było już bloku państw demokracji ludowej. Nie było już Służby Bezpieczeństwa.
Do dzisiaj pamiętam dokładnie tę chwilę, ten moment i to pierwsze uczucie, kiedy dotarło do mnie, że komunizm upadł.
Jesteśmy wolnymi ludźmi.
Rozumiałem jednak, że nawet tak pojęta wolność ma swoje granice. Wielu tego nie przyjęło do wiadomości i zaczęło mieć kłopoty.
Potrzebny był czas na przystosowanie się do życia w prawdziwej demokracji, która również miała swoje ograniczenia.
Najgorsze było jednak to, że większość dotychczasowych wartości, z którymi wiązałem nadzieje, okazała się iluzją. Przez tyle lat budowaliśmy gliniane konstrukcje na piasku.
Powstała pustka. Tym bardziej bolesna, że pojawiła się nagle, stawiając więcej wymagań, niż oferując zalet spodziewanej wolności.
Również hierarchowie kościelni jakby zaniemówili. Odniosłem wrażenie, że dobrze czuli się w starym systemie. Tam mieli wypracowane i sprawdzone metody działania.
Teraz te metody straciły znaczenie. Zniknęły utrudnienia ze strony największego przeciwnika — władzy.
Odeszli gdzieś opozycjoniści, których księża dotąd kryli i wspomagali.
Pustka powstała szczególnie po stronie tych, którzy powinni byli wyciągnąć rękę do ludzi prostych, najbardziej zagubionych.
Ze strony nowej władzy padło hasło:
— Bierzcie sprawy w swoje ręce!
Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Tym bardziej że ten, który to mówił, sam nie bardzo wiedział, co robić.
Dotychczasowi przywódcy duchowi, czyli hierarchowie kościelni — biskupi i księża — nadal milczeli. Sprawiali wrażenie, jakby nie zauważyli, co zaszło w kraju. A może nie bardzo wiedzieli, jaką pozycję zająć?
To zwykłe wyrachowanie — pomyślałem.
Jakież to ludzkie. Ani odrobiny boskości.
Tym bardziej że zaczęły pojawiać się informacje, iż wielu księży i biskupów w czasach poprzedniego ustroju współpracowało ze Służbą Bezpieczeństwa.
Ta wiadomość była szczególnie ohydna.
Zrozumiałem, że jestem sam i — cokolwiek by to miało znaczyć — muszę wziąć sprawy w swoje ręce.
Stanąłem przed sytuacją, w której mogłem liczyć tylko na siebie.
Byłem jak człowiek, który potrafi skoczyć daleko przez rów z wodą, ale nigdy wcześniej tego nie robił. Dotąd przechodził po kładkach.
Skoczyłem.
Nawet nie zamoczyłem spodni ani butów.
Było tak, jakby ktoś pomógł mi bezpiecznie wylądować po drugiej stronie.
Już na drugim brzegu rozejrzałem się, ale nie było nikogo.
Chociaż…
Po pewnym czasie obejrzałem się za siebie po raz drugi i zobaczyłem tych, którzy bali się skakać. Kiedy przyszło do czynu, nie uwierzyli we własne siły, choć jeszcze kilka miesięcy wcześniej nosili transparenty zachęcające innych do podobnego skoku — do kapitalizmu.
Po tamtej stronie widać było okropny marazm, dotychczasowi bojownicy gdzieś się pogubili, za to demagodzy wypłynęli na szerokie wody.
Od czasu do czasu spoglądałem w kierunku kościołów. Początkowo z nadzieją, później już tylko z ciekawością.
Duchowni nadal zachowywali się mało klarownie. Oni również byli zagubieni.
Co prawda nie od nich, ale jednak z tamtego kierunku przyszła pomoc. Była to pomoc bardzo skuteczna.
Ta pomoc pozwoliła mi odkryć wiele własnych wewnętrznych możliwości, o których istnieniu wcześniej nawet nie przypuszczałem.
Byłem pod dobrą opieką. Uświadomienie sobie tego faktu było wspaniałą chwilą. Odtąd postanowiłem nie tyle pozostać pod tą opieką, co trzymać się jej za wszelką cenę. Ta pomoc nie stawiała żadnej ceny, była darmo.
3. Badanie nowego gruntu
Mając świadomość, że dość łatwo udało mi się przejść do nowego świata i to bez większego uszczerbku dla ciała, a szczególnie dla ducha, postanowiłem zbadać wszystkie okoliczności tego procesu.
Wiem, że otrzymałem pomoc i wiem, z której strony ta pomoc nadeszła. A była to pomoc głównie dla umysłu i dla ducha.
Powiem dość frywolnie, że stało się to powodem podjęcia moich studiów teologicznych. Oczywiście były to studia niezwiązane z żadną instytucją naukową. Kiedyś nazywano by je studiami zaocznymi. Były to studia tylko moje, indywidualne. Egzamin zdawałem przed życiem — byłem jednocześnie studentem, wykładowcą i egzaminatorem. Zamiast dyplomu otrzymałem jedynie satysfakcję, którą dzierżę do dzisiaj. Wiedza wtedy pozyskana stanowi do dziś dość mocny pancerz przed prądami pseudofilozoficznymi, których mnoży się obecnie bardzo wiele.
Do dzisiaj towarzyszą mi tacy wielcy ludzie jak Sokrates, Seneka, Paweł z Tarsu i Augustyn z Hippony — to ci najstarsi. Piszę „najstarsi”, jakby oni żyli do dzisiaj.
Już słyszę głosy wołające, że zarówno Sokrates, jak i Seneka to przecież poganie… I co z tego?
Słowo „poganin” to deprecjonujące określenie wprowadzone dopiero przez chrześcijaństwo dla wszystkich spoza swojego wyznania. W czasach Sokratesa czy nawet jeszcze Seneki chrześcijaństwo było nieznane.
Dla mnie Sokrates powinien już dawno zostać ogłoszony świętym — tak w świetle obecnych dokumentów Kościoła katolickiego. Prawdę mówiąc jednak, nie obchodzi mnie to w ogóle. Podobnie zresztą jak ogłaszanie świętymi zmarłych ludzi przez pozostających jeszcze przy życiu — nie są to kompetencje tego świata.
Zarówno Seneka, jak i Sokrates — chociaż się nie znali — to stoicy, których nauki do dzisiaj pozostają aktualne. Samo chrześcijaństwo wielce z nich skorzystało, skorzystałem i ja.
Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że Jezus również był stoikiem. Przede wszystkim nigdy i nikomu nie złorzeczył, nawet będąc opluwanym i bitym. Może tylko raz jedyny się zdenerwował, kiedy wypędzał przekupniów ze świątyni jerozolimskiej — Przybytku Jego Ojca.
Mistycy — to ludzie, z którymi miałem najtrudniej. Trudno było mi ich zrozumieć. Po prostu nie wiedziałem, że tacy ludzie niegdyś istnieli. A może istnieją również nadal?
Jan od Krzyża — karmelita. Znam go jako poetę wysokiej klasy. Teresa z Ávili, mistrz Eckhart i kilku innych, których poznałem, bo oni wszyscy pisali.
Ksiądz profesor Józef Tischner powiedział kiedyś, że jeżeli poczyta się mistyków, wtedy wszelkie wywody z zakresu teologii marnieją, a ich wartość znika.
Przeczytałem wiele tekstów mistyków i potwierdzam opinię Tischnera — w ich treściach było coś niezwykłego.
Wszystko to zawdzięczaliśmy uwolnieniu różnego rodzaju literatury dotychczas zakazanej. Co mądrzejsi wydawcy rzucili się na wydawanie literatury wcześniej nieznanej — bardziej z przyczyn biznesowych aniżeli ideologicznych, chociaż jedno przekładało się na drugie.
Ponadto książki były wtedy raczej tanie z uwagi na słabe zainteresowanie literaturą w czasach poprzedniej epoki socjalistycznej. Ludzie interesowali się bardziej dobrami doczesnymi i żywnością.
Spoglądałem od czasu do czasu w kierunku Kościoła, widząc stopniowo rosnące zainteresowanie polityką. Księża mający wcześniej kontakty z podziemną opozycją ruszyli za nią, bo wszyscy skupiali się teraz wokół nowej władzy.
Niby sprawy gospodarcze się układały, a ich wektor był oczywisty — kapitalizm. Na razie był to jednak kapitalizm w swojej wersji początkowej, mocno nacechowany pazernością.
Jeżeli chodzi o świat ducha, to niestety w miejscu dawnej propagandy komunistycznej, która nagle zniknęła, nie pojawiło się nic — pustka.
Postanowiłem więc, że skoro sprawy gospodarcze i ekonomiczne udało mi się wziąć w swoje ręce z dobrym skutkiem, to również sprawy kultury duchowej muszę zagospodarować sam.
Wiadomo było, że tutaj potrzebna będzie rozwaga, zastanowienie i przemyślenie. Dotąd sprawy kultury miałem podawane „na tacy”. Tak zwana góra lepiej wiedziała, co mi się należy, i właśnie to mi podsuwano. Ponadto przy ówczesnych brakach zaopatrzeniowych mało kto skupiał się nad kulturą.
Cóż, zacząłem więc od książek, których tematyka, jak i ich autorzy, byli kiedyś zakazani. To znaczy, nie wiem, czy ktoś ich rzeczywiście zakazywał, ale nie było tych książek w księgarniach — i to był fakt niezaprzeczalny.
Zdziwienie budziło tak szybkie wydanie dzieł Pawła Jasienicy: „Polska Piastów”, „Polska Jagiellonów”, „Polska Obojga Narodów” i kilku innych z tej serii. Ten autor już raz poruszył mój umysł i skierował go ku zainteresowaniu historią Polski. Był to czas wielkiego rozbudzenia historycznego i to nie tylko historią naszego kraju.
Fascynacja książkami Jasienicy spowodowała moje wielkie zainteresowanie historią Polski, tą prawdziwą, nie ocenzurowaną dla potrzeb propagandy politycznej. Teraz odkryłem, że dotąd uczono mnie dziwnej historii — w bardzo dużym zakresie była to historia zakłamana.
Nagle pojawia się pewien Walijczyk, który tak pokochał Polskę, że przyjął polskie obywatelstwo i zaczął pisać książki o naszym kraju. To był fenomen.
Co jakiś Anglik może nam powiedzieć o naszej historii?
A jednak powiedział bardzo wiele. Przede wszystkim zaczął odkłamywać naszą historię. Zabrał się za jej najbardziej kontrowersyjny fragment, czyli Powstanie Warszawskie, i wyszedł z tego obronną ręką.
Odtąd stał się moim pierwszym ekspertem od historii Polski i tak jest do dzisiaj.
Również pole obserwacji Kościoła się poszerzyło, ale tylko dla uważnych obserwatorów. Nikt z władz niczego nie uchylił, ale pole obserwacji powiększyło się do niespodziewanych dotąd granic. Pomogła w tym nowoczesna technika medialna, której rozwój nabierał tempa.
Niewątpliwie przyczynił się do tego również Polak, czyli wielki papież Jan Paweł II. To on pootwierał ciężkie drzwi, za którymi nie wszystkie sprawy toczyły się po bożemu.
Jan Paweł II wpuścił za mury Watykanu dziennikarzy i to nie tylko przedstawicieli mediów katolickich. Od tego momentu nic już nie mogło się ukryć. Raz wpuszczeni nigdy już nie wyszli. Przystąpili do otwierania, a niekiedy nawet wyważania pozostałych drzwi, a najprawdopodobniej także okien.
Wysłuchałem wielu wystąpień Jana Pawła II i one mnie porwały. Przy jego języku język księży w polskich wsiach i miastach wydawał się momentami anachroniczny. Niekiedy w swoich kazaniach tkwili jeszcze w poprzednim wieku. Nadal zaganiali swoje owieczki przy pomocy bata, strasząc piekłem i diabłem.
Oni nie zapraszali do Kościoła.
Ten papież zapraszał.
Mówił:
— Chcesz, to przyjdź.
Innym razem mówił, że wystarczy tylko otworzyć drzwi.
To mnie poruszyło
Otworzyłem więc moje drzwi.
Jednak jeżeli drzwi się otwiera, to dobry ton nakazuje jeszcze przywitać pukającego i zaprosić go do środka.
Wiedziałem, że zapraszam Gościa, którego znam od dawnych lat, ale w pewnym momencie nasze drogi nieco się rozeszły. Myślałem, że przyjdzie z pretensjami.
Nic z tych rzeczy.
Jakby o tamtym czasie nie pamiętał. Nie wspomniał o nim ani słowem.
Idziemy dalej.
Wpadły mi w ręce książki o bardzo dziwnych ludziach: Thomasie Mertonie i Simone Weil.
Simone Weil była młodą Francuzką, tak zajętą i pochłoniętą Chrystusem, że nawet nie zdążyła się ochrzcić. Miała kontakty z wieloma ważnymi ludźmi tego świata. Ciągle była w ruchu, ciągle odkrywała coś nowego. Generał de Gaulle nazwał ją „wiewiórką w klatce”. Była kobietą, której nie interesowały ani oceny pozytywne, ani negatywne.
Thomas Merton był trapistą. Powinien przebywać w klasztorze, bo taki jest charakter tego zakonu — zamknięty i kontemplacyjny. Tymczasem łamał niemal wszystkie reguły zakonne. Prowadził korespondencję z wieloma ważnymi ludźmi świata, między innymi z poetą Miłoszem. Ciągle gdzieś podróżował. Bywał nawet w Azji, podczas gdy jego klasztor znajdował się w Stanach Zjednoczonych.
Zupełnie przypadkowo wpadłem również na trop wielkich teologów naszych czasów, którzy pochłonęli mnie na długo. Właściwie nie mogłem się od nich oderwać przez kilka lat, a po części trwa to do dzisiaj.
Oto niektórzy z nich:
Hans Urs von Balthasar — głosił pogląd, że kiedyś piekło będzie puste, bo wszyscy zostaną zbawieni. Dość ryzykowna teza, ale…
Karl Rahner — głosił teorię anonimowych chrześcijan, czyli ludzi niewierzących, ale postępujących w swoim życiu bardziej ewangelicznie aniżeli wielu katolików. Miałem takiego kolegę. Powiedziałem mu kiedyś o mojej ocenie jego postawy. Antek tylko się uśmiechnął.
Wacław Hryniewicz — przez całe życie działał na rzecz ekumenizmu, wierząc, że zjednoczenie Kościołów jest już bardzo bliskie.
Tych trzech ostatnich łączyła jedna sprawa — niechęć ze strony wielkiego urzędu do spraw wiary w Watykanie. Balthasar i Hryniewicz odczuli to bardzo dotkliwie. Ten urząd był swego rodzaju pozostałością dawnej inkwizycji — o dziwo, świętej.
Wspomnę jeszcze trzy postacie bardzo mi bliskie: księdza profesora Józefa Tischnera, księdza profesora Michała Hellera oraz pisarza Romana Brandstaettera — Żyda z pochodzenia.
Brandstaetter napisał wiele książek, ale jedną zapamiętałem szczególnie — „Jezus z Nazaretu”. Ten Żyd napisał wspaniałą opowieść o życiu i śmierci innego Żyda, czyli Jezusa Chrystusa. Mało tego — uwierzył w Niego.
Moja fascynacja tym autorem nie miała granic i nadal ta książka stoi u mnie na honorowym miejscu.
Oczywiście autorów tych było jeszcze wielu. Pisanie o nich mogłoby stanowić osobną książkę.
Mogę z całą pewnością stwierdzić, że o ile w szczegółach swoich poglądów różnili się między sobą, to jedna sprawa łączyła ich zawsze mocno i nierozerwalnie — Chrystus i Jego dzieło, czyli Kościół.
No i bywali raczej z dala od administratorów Kościoła Chrystusowego.
Aby moja prezentacja była w miarę kompletna, muszę wspomnieć jeszcze jedną bardzo ważną postać — młodego księdza z Niemiec, a dokładnie z Bawarii, czyli Józefa Ratzingera. To on nie tylko zaskoczył mnie swoim „Wprowadzeniem w chrześcijaństwo” ale otworzył mi oczy na zupełnie inne problemy dotyczące Kościoła.
Pozostawił po sobie wiele dzieł wprowadzających ludzi w chrześcijaństwo. Chciałbym jednak przypomnieć pewien cytat z jego wypowiedzi, o którym dzisiaj raczej się nie wspomina.
Już w 1958 roku młody ksiądz Ratzinger dokonał wnikliwej analizy Kościoła i napisał:
„W jego centrum wyrasta neopogaństwo”.
To zjawisko miało grozić „drenażem od wewnątrz”.
„Nazywana chrześcijańską Europa od ponad czterystu lat stała się siedliskiem nowego neopogaństwa, rosnącego niepowstrzymanie w sercu Kościoła i grożącego drenażem od wewnątrz”.
Musimy pamiętać, że pisał to przyszły papież, którego — jak wielu uważa — owo neopogaństwo ostatecznie zmusiło do ustąpienia.
Sam się poddał.
Myślę jednak, że nie był to gest zwykłej rezygnacji. Był to raczej świadomy krzyk wołającego na puszczy.
Dalsze siedzenie na tronie wymagałoby przymykania oka na zło, które go otaczało, na wspomniany drenaż wewnętrzny. Nie mając wokół siebie wystarczająco silnych ludzi, wykonał gest nawołujący do refleksji, gest skierowany do swoich następców.
Nie spostrzegłem się nawet, że zajmuję się teologią. Nieraz żartowałem, że robię doktorat z teologii.
Dzisiaj wymieniam te znane nazwiska jako coś normalnego i znanego, ale wtedy, dawno temu, kiedy odkrywałem te nazwiska i ich dzieła nie było to takie oczywiste.
Każde z tych nazwisk, każde dzieło były niczym odkrycie archeologiczne. Byłem niczym archeolog, który poszukując wielkiej budowli odkrywał tu i ówdzie poszczególne grudki złota. Tak jak praca archeologa jest trudna i wymaga cierpliwości, tak i w moim wypadku były okresy znużenia, opadania z sił, wątpliwości. Tak bywało.
Nigdy jednak swoich narzędzi nie odrzuciłem, co najwyżej tempo prac okresowo ulegało osłabieniu — jak na trudnej i skomplikowanej budowie.
W efekcie jestem tu, gdzie jestem.
Tak czy owak poznałem dokładnie grunt, na którym stoję. A właściwie najlepiej poznałem te liche miejsca, na które trzeba wchodzić ostrożnie, aby nie dać się zwieść i nie trafić na bagna.
Nie potrafiąc ich rozpoznać, wielu właśnie na tych bagnach ginęło.
Rozmawiając kiedyś ze znajomym, usłyszałem:
— A co ty tam jeszcze robisz? Ja już dawno odszedłem od tego Kościoła i przestałem wierzyć. Żona, bojąc się rodziców, została.
Wysłuchałem go i pomyślałem:
— Cóż ja mam mu powiedzieć? Czy mam mu powiedzieć, że świadomość tego zła wokół jeszcze bardziej mnie umocniła? Czy mam mu opowiedzieć wszystkie prawdy, które poznałem?
Przecież on nie zrozumie mojej postawy i uzna mnie za człowieka, którego rozum opuścił, który po prostu oszalał.
Pokiwałem tylko znacząco głową i nie powiedziałem ani słowa.
Nie powiedziałem mu nawet, że serdecznie mu współczuję z powodu tej filozofii, którą właśnie mi wygłosił.
Kiedy wydaje mi się, że pomyślałem lub powiedziałem coś mądrego, zawsze rozglądam się wokół i spoglądam wysoko.
Zawsze wtedy na górze był Ktoś lepszy ode mnie, natomiast wokół pojawiał się rój ludzi głupich.
Tak było i teraz.
Dlatego pomyślałem:
Uciekam do góry! Nic tu po mnie.
II. Nauka i Sacrum
4. Podział czy jedność
Tytuł „Nauka i sacrum” bardzo silnie sugeruje, że nauka to coś osobnego, niezależnego od sacrum, że wiara i rozum istnieją obok siebie i nie ingerują w swoje problemy.
W obecnym świecie ten podział daje się silnie zaznaczyć poczynając od zwykłej ludzkiej obojętności między teologami i naukowcami a kończąc na silnej wrogości między jednymi i drugimi. Ta silna wrogość powoduje, że zamarł wszelki dialog w tej grupie. Takim klasycznym przykładem jest Richard Dawkins, który posuwa się aż do drwin nie tyle z teologów, co wszystkich ludzi wierzących.
Już na samym początku chciałbym zasiać wątpliwość, czy tak jest na pewno. A może jest tak, że nauka jest tylko małym fragmentem całości, którą zarządza Stwórca. Tę całość nazywa się różnie: teologią, wiarą, sacrum. W każdym bądź razie fides i ratio to tylko dwa rozdziały pewnej całości.
Idźmy dalej w tym rozumowaniu. W tej ogromnej całości znajduje się cała mądrość Wszechświata, a może nawet wielu wszechświatów, którą zarządza Stwórca.
Jeżeli jest mądrość, to i głupota się znajduje, którą produkuje ludzki mózg podczas tworzenia wielkiej wiedzy. Przecież głupota to zawsze produkt uboczny pracy ludzkich mózgów.
Wiem, że to ryzykowne stwierdzenie. To jest tylko moja dedukcja, ale posiada ona pewną podstawę.
Już kiedyś o tym pisałem, ale przypomnę jeszcze raz ten incydent.
Czytałem, że w Watykanie istnieje komisja do orzekania co jest cudem. Niedługo potem słyszałem o dziwnym, a nawet wesołym zachowaniu papieża po udziale w pracach tej komisji — opowiadał o tym Krzysztof Zanussi.
Co jest cudem, a co już nie?
Jakiś czas rozmyślałem o tych cudach i postanowiłem zwrócić się z prośbą o wyjaśnienie do autorytetu naukowego, który był jednocześnie profesorem fizyki i teologii. Chyba lepszego autorytetu znaleźć się już nie dało. Tym autorytetem był ks. prof. Michał Heller.
Chcąc delikatnie uświadomić profesorowi, że nieco znam to i owo z zakresu mechaniki kwantowej, przytoczyłem kilka informacji z fizyki, które jeszcze niedawno zaliczano by do cudów.
Oto fragment mojego listu:
„Wiele zjawisk i problemów obecnie wyjaśnionych przez naukę jeszcze kilkaset lat temu nazywane byłoby cudem.
Np. gdyby posłano bombowiec z lotniska w Balicach nad pole Grunwaldu w celu zrzucenia bomby na stojące wojska krzyżackie na zupełnie otwartym terenie — jedna bombka i po bitwie, nasze wojska nawet nie musiałyby wychodzić z lasu.
Cud, nieprawdaż?
Przepraszam za zuchwałość w sformułowaniu przykładu. A teraz mój problem. Mechanika kwantowa w zasadzie ciągle jest w fazie początkowej. Teoria superstrun to »krzesło bez dwóch nóg, do którego oparcie i siedzenie zostanie dostarczone później« — jakoś tak określił to któryś z naukowców, przepraszam, jeżeli coś przekręciłem.
Obszar poniżej 10⁻³⁵ metra, czyli skala Plancka, to zupełna tajemnica.
Ja intuicyjnie czuję, że dalszy rozwój wiedzy może sprawić, iż część zjawisk, które dzisiaj wydają się całkowicie niewytłumaczalne, stanie się bardziej zrozumiała. Historia nauki wielokrotnie pokazywała, że rzeczy uznawane kiedyś za cudowne lub nadprzyrodzone po latach znajdowały naturalne wyjaśnienie. Nie oznacza to oczywiście, że wszystkie tajemnice muszą zostać wyjaśnione w ten sposób.
Skoro ludzki mózg jest wykorzystywany w tak małym stopniu — jak często się mówi — to znaczy, że Bóg przygotowuje nas na taką wiedzę, o której dotąd nawet nam się nie śniło. A śni nam się wiele. Przynajmniej mnie kiedyś wyśniło się coś niesamowitego, co po kilku dniach zobaczyłem w rzeczywistości.
Przecież skok od Kopernika do Einsteina to zupełny szok, ale rozłożony na kilkaset lat stał się niemal spokojnym marszem i normalnością.
Przepraszam za zuchwałość w rozumowaniu, ale jestem tylko elektrykiem i trochę czytam. Być może tak sformułowany problem w obecności Hawkinga, Higgsa, Wilczka czy Hellera zostałby skwitowany wzruszeniem ramion, ale z wyłączeniem tego ostatniego. Czy mam rację?”
Odpowiedź przyszła bardzo szybko, a była dla mnie niezwykle ważna — w sposób jednoznaczny usuwała bardzo wiele moich wątpliwości.
Ksiądz Profesor Michał Heller pisał:
„Szanowny Panie,
Ludzie wyobrażają sobie cudy: Bóg robi hokus-pokus i już się dzieje, co On chce. To by urągało racjonalności Boga. Sądzę, że Bóg wykorzystuje prawa rzeczywistości, które jakoś są tożsame z Jego naturą, a z których my znamy tylko okruchy. Myślę, że Pana rozumowanie idzie w dobrym kierunku. Wiedza uczy pokory. Tylko nieukom i pół-ukom wydaje się, że są już blisko granicy wszystkiego. Serdecznie pozdrawiam.
ks. Michał Heller”
Te kilka słów były dla mnie uskrzydlające.
Dzisiaj, po latach, odczytuję te słowa nieco inaczej niż wtedy. Nie jako potwierdzenie konkretnych hipotez dotyczących cudów czy przyszłych odkryć fizyki, lecz jako przypomnienie o granicach ludzkiego poznania. Profesor nie mówił, że wszystko da się wyjaśnić naukowo. Mówił raczej, że człowiek powinien zachować pokorę wobec rzeczywistości, której zna zaledwie niewielki fragment. Im więcej wiemy, tym wyraźniej widzimy ogrom tego, czego jeszcze nie rozumiemy.
Teolog i fizyk w jednej osobie — trudno było sobie wymarzyć lepszy autorytet. Przecież jeszcze trzysta lat temu z takim pytaniem można było stanąć przed sądem Inkwizycji.
Zdanie profesora tej miary co Michał Heller w zasadzie otwierało mi wrota zarówno fizyki, jak i teologii. Jeszcze nie tak dawno temu podobne myśli odsuwałem na bok, a nawet trafiały one do kosza jako niedopuszczalne czy wręcz bluźniercze. Nie wracałem do nich — aż raz wróciłem.
Tymczasem mój konsultant powiada, że Bóg wykorzystuje „prawa rzeczywistości, które są tożsame z Jego naturą”. Wszystko wydaje się dość proste.
Zatem o co chodzi w kłótni między religią i nauką? Po co te spory, skoro jedno bez drugiego nie może się obejść? Nie kto inny jak sam Einstein powiedział: „Nauka bez religii jest kulawa, religia bez nauki jest ślepa”.
Wbrew obiegowym opiniom wielu wielkich twórców nowożytnej nauki nie postrzegało swojej pracy jako walki z religią. Kepler uważał, że bada matematyczny porządek wpisany w świat przez Stwórcę. Newton poświęcał teologii nie mniej uwagi niż fizyce. Faraday i Maxwell również nie widzieli sprzeczności między wiarą a badaniem praw natury. Oczywiście nie rozwiązuje to wszystkich sporów między nauką a religią, ale pokazuje, że konflikt nie jest ani oczywisty, ani odwieczny.