ADAM
Adam wcześnie nauczył się, że noc ma swoją cenę. Ciężar, który osiadał na klatce piersiowej, kiedy gasły światła i ktoś mówił „cisza”. W domu dziecka cisza nigdy nie oznaczała spokoju. Oznaczała tylko, że wszystko, co ważne, będzie działo się bez słów.
Nie pamiętał dnia, w którym tu trafił. Pamiętał, że zawsze tu był. Łóżka ustawione równo, koce w tym samym kolorze, zapach pasty do podłóg i jedzenia, które zawsze smakowało tak samo. Imiona powtarzały się co kilka lat, a kiedy wołano „Adam”, odwracało się więcej niż jedno dziecko. To było wygodne — łatwiej było się schować w liczbie mnogiej.
Miał dwanaście lat, kiedy zrozumiał, że grzeczność nie chroni przed wszystkim. Chłopak był starszy, miał siedemnaście lat, a wiek w domu dziecka był walutą. Starsi wiedzieli, gdzie nie ma kamer, kiedy zmienia się dyżur i kto nie robi problemów, a on nie robił. To była jego reputacja i przekleństwo. Na początku były polecenia. Stań tu, poczekaj, nie mów. Ton, który nie podnosił głosu, bo nie musiał i nie znosił sprzeciwu. Wykonywał je automatycznie — tak jak inne polecenia dorosłych. Rano nawet ta najbardziej troskliwa opiekunka zapyta „Czy wszystko w porządku?” i usłyszy odpowiedź, której oczekuje. Najgorsze było nie to, co się wydarzało, ale fakt, że musiał być przytomny i obecny, a ciało nie pozwalało zniknąć i pamiętało za dużo. Po wszystkim poprawiał ubranie, mył ręce zbyt długo i wracał do wspólnej sali, niemal wybiegając z łazienki, która była regularną salą tortur. Siadał na swoim miejscu. Nikt nie pytał, gdzie był.
To się powtarzało. Nieregularnie, nieczęsto i właśnie dlatego działało. Nauczył się, że lepiej być gotowym zawsze, niż liczyć na to, że ktoś się znudzi.
Pierwszy wyjazd do rodziny zdarzył się niedługo potem. Kazano mu założyć czyste ubranie. Kobieta uśmiechała się zbyt długo, mężczyzna mówił spokojnie, a w samochodzie pachniało choinką zapachową. Siedział z tyłu i nie dotykał niczego bez pytania.
Najdziwniejsza była pierwsza noc. Zasnął i nic się nie stało. Drzwi się nie otworzyły, nikt nie wszedł, nie sprawdził, czy śpi. Obudził się rano z bólem głowy i uczuciem, które trudno było nazwać ulgą. Raczej dezorientacją, jakby ciało dostało sprzeczne instrukcje. W ich domu noc była nocą, drzwi miały klamki po obu stronach, okno w pokoju na pierwszym piętrze, było na wysokości, z której widać było ulicę i stary plac zabaw. Spał głęboko i budził się zmęczony — jakby organizm nie wiedział jeszcze, że może przestać czuwać.
Rodzina zaczęła zabierać go do siebie regularnie. Weekendy, święta, wakacje. Wiedział, że chronią go przed tym, co się dzieje pomiędzy. To było wystarczającym powodem, żeby chcieć tam wracać. Był grzeczny w sposób wymagający wysiłku: sprzątał, zanim poproszono, odpowiadał pełnymi zdaniami, nie zadawał pytań i nie mówił o domu dziecka. Nie mówił o nocach i tym, co go przytłacza. Traktował grzeczność jak umowę: ja robię swoje, wy robicie swoje. Wierzył, że to jest uczciwe.
Starszy zniknął nagle. Przeniesiony, czy wyrzucony w zasadzie to bez różnicy. Niestety byli inni — niektórzy bardziej subtelni, inni jeszcze gorsi, ale miejsce to samo. Sprawdzone, poza okiem kamer i jakiegokolwiek zainteresowania — łazienka z okropnymi płytkami w czerwone wzory. Niestety razem z nim zniknęła też ulubiona opiekunka i zostali sami wychowawcy: surowi, proceduralni, interesowało ich tylko odhaczanie planu dnia i karanie tych, którzy próbują go ominąć, przeskoczyć, nagiąć.
Drugi rok zaczął się od rozmowy, której nie planował usłyszeć. Leżał w pokoju gościnnym, z otwartą książką na jednej stronie od kilku minut słuchając ciszy. Usłyszał ich przyciszone i zmęczone głosy dobiegające z kuchni.
— To drugie dziecko…
— Tak.
— Czyli jedno zostało?
— Przynajmniej jedno.
Nie wiedział, co te słowa znaczą, ale był przekonany, że nie dotyczą jego. Od tej nocy przestał spać jak wcześniej. Zdania wracały. Grzeczność zaczęła znikać, nie od razu i stała się mechaniczna, wymagając jeszcze więcej energii. Przestał zgadywać, czego się od niego oczekuje. Czasem odpowiadał „nie wiem”, czasem nie uśmiechał się na czas. To wystarczyło. Z czasem wizyty stały się rzadsze, święta krótsze, rozmowy tylko poprawne. Po nieco ponad dwóch latach wrócił do ośrodka na stałe, a w dokumentach zapisano: „rodzina niezdecydowana”. Z ostatniej rozmowy pamiętał tylko strach i jedno zdanie, które miało wszystko wyjaśniać i niczego nie tłumaczyło:
— „Wiem, że to dla ciebie trudne, ale uwierz mi, że dla nas też”.
Zrozumiał wtedy, że nawet kiedy robisz wszystko dobrze, możesz przestać być potrzebny. Nie dlatego, że jest zły, ale dlatego, że przestał być wygodny i od tamtej pory przestał próbować zasługiwać. Nie stał się agresywny, nie stał się głośny. Stał się chłodny i chłód okazał się najtrwalszą formą ochrony, jaką znał. Wszedł do budynku z plecakiem, oddał kurtkę do szatni i usiadł na swoim dawnym miejscu. Wychowawca skinął głową, jakby wrócił ktoś, kto tylko wyszedł do sklepu. Tak właśnie działał ten świat: jeśli nie robiłeś problemów, nie istniałeś.
Pierwsze tygodnie były najtrudniejsze, bo ciało wciąż pamiętało inny rytm. W domu rodziny noc miała początek i koniec. Tutaj znów była czuwaniem. Wrócił do liczenia kroków, do rozpoznawania głosów, do spania na granicy snu. Starszego już nie było, ale nie uznał tego za zwycięstwo. Teraz wiedział, że najbezpieczniej jest nie być widocznym: nie najlepszym, nie najgorszym, ale tym, który przechodzi pomiędzy.
Zdarzały się dobre dni. Wycieczka do lasu, wieczór filmowy, rozmowa z nauczycielem, który nie próbował go naprawiać. Zapamiętywał te momenty, ale nie przywiązywał się do nich. Był przekonany, że dobre chwile mają tendencję do bycia tymczasowymi. Były też dni gorsze. Nowi chłopcy, hierarchie, próby sprawdzenia, kto na ile pozwoli. Nauczył się reagować szybko i cicho. Chłód działał lepiej, niż strach, ale niestety nie na każdego.
W wieku piętnastu lat dostał dostęp do dokumentacji, z której niewiele wynikało. Rubryki, daty, pieczątki. Jedna adnotacja była przekreślona, inna dopisana ręcznie. Przy jednym polu ktoś napisał „drugie”, a potem to zamazał. Długo patrzył na to słowo, próbując zrozumieć, czy odnosi się do niego, czy ktoś wpisał je przypadkiem. Znał te dokumenty aż za dobrze. Wcześniej zakradał się, żeby sprawdzić, co myślą o nim wychowawcy i opiekunowie.
Złość innych była zjawiskiem niezrozumiałym i niepraktycznym. Patrzył na te wybuchy z dystansem jak na awarię systemu. Wiedział, że krzyk i agresja zużywają energię, którą on wolał magazynować na momenty prawdziwego zagrożenia. Nie był pozbawiony uczuć, ale traktował je jak coś, co należy trzymać za grubą szybą, by nigdy nie przejęło kontroli nad decyzjami.
Kiedy zbliżała się pełnoletność, zaczęły się rozmowy o przyszłości.
— Co będziesz robił? — pytano
— Zobaczę.
To była prawda. Nie planował, bo planowanie wymagało wiary, że coś się wydarzy. Wierzył tylko w to, co miał pod kontrolą.
Wyszedł z domu dziecka w dniu osiemnastych urodzin. Nie było uroczystości. Znów były zasady, dokumenty do podpisania, kilka instrukcji i adres noclegu. Spakował swoje rzeczy do jednej torby, zostawił po sobie porządek, nawet łóżko poprawił starannie. To był odruch, nie gest.
Pierwsze miesiące na zewnątrz były prostsze, niż się spodziewał. Miał niezbyt ciekawą pracę, ale stabilną i pokój z innymi ludźmi, którzy nie pytali o przeszłość. Nauczył się, że dorośli są mniej dociekliwi niż wychowawcy — każdy miał swoje sprawy. To mu odpowiadało.
Zdziwił się, gdy jego wniosek o zapomogę na start i samodzielne mieszkanie zostały rozpatrzone niemal natychmiastowo. Pomyślał, że teraz to system chce go odhaczyć i zapomnieć. Mieszkanie, które dostał, było małe i funkcjonalne. Standardowy układ: mała kuchnia i meble, które pamiętały kogoś innego. Drzwi się zamykały, a klucz był tylko jeden. Przez pierwsze tygodnie nie zwracał uwagi na okolicę. Wracał z pracy tą samą trasą, robił zakupy w tym samym sklepie, nie rozglądał się zbyt dokładnie. Życie układało się w rytm, który nie wymagał analizowania.
Relacje przyszły naturalnie jakby z rozpędu. Był uprzejmy, uważny, słuchał i miał „idealne zielone oczy”. Wiedział, kiedy należy się uśmiechnąć, kiedy położyć rękę na ramieniu. Dotyk ramion, placów, czy włosów uspokajał, a to działało jak dowód, że jest tu i teraz i nic się nie dzieje. Pozwalał na to chętnie, czasem nawet z ulgą i poczuciem normalności.
Pewnego razu dotyk przesunął się za daleko. Nie zdążył pomyśleć i ciało zareagowało pierwsze. Odsunął się gwałtownie, jakby ktoś go poparzył. Krzyk wyrwał się sam: krótki, niekontrolowany, zupełnie niepasujący do sytuacji. Odepchnął ją i wybiegł z mieszkania bez kurtki, bez telefonu, nie wiedząc nawet, dokąd. Zatrzymał się dopiero wtedy, gdy zabrakło mu powietrza. Od tej nocy był ostrożniejszy. Dotyk nadal był ważny, ale tylko pod warunkiem, że to on go kontrolował. Kiedy relacje zaczynały zmierzać w stronę głębszej bliskości, wycofywał się spokojnie, bez dramatu i zawsze w odpowiednim momencie. Zawsze tak, żeby nie zostawiać śladów.
Nocami zdarzało mu się budzić nagle. Nie był to koszmar, raczej echo. Siadał wtedy na łóżku i sprawdzał przestrzeń wokół — drzwi zamknięte, okno na miejscu. Cisza. Oddychał głęboko, aż ciało znów dawało się przekonać, że jest bezpiecznie.
W wieku dwudziestu trzech lat miał już ustabilizowane życie. Stałą pracę i rytm, który dało się przewidzieć. Ludzie mówili, że jest spokojny, opanowany, odpowiedzialny i przyjmował te słowa bez komentarza.
Któregoś dnia wracał z pracy inną drogą niż zwykle. Miał za sobą dzień, który niczym się nie wyróżniał, a mimo to ciążył bardziej niż inne. Skręcił w boczną ulicę i wtedy zobaczył plac zabaw. Huśtawki z obdrapaną farbą skrzypiały nawet bez wiatru. Piaskownica była bardziej prostokątem ciemniejszego betonu, niż miejscem do zabawy, a ławki pamiętały lepsze czasy. Zatrzymał się. Po drugiej stronie ulicy stał dom. Nie od razu go rozpoznał. Okno na pierwszym piętrze. To samo miejsce, w którym zasypiał bez strachu i jego pokój. Usiadł na ławce, jakby robił to od lat. Patrzył w okno, nie próbując niczego z niego wyczytać. To było jedyne miejsce, w którym pamiętał siebie jako kogoś, kto nie musiał być gotowy na najgorsze. Wracał tam później zawsze po złym dniu, po rozmowach, które urywały się bez powodu, po nocach, kiedy ciało budziło się szybciej, niż myśl. Siedział na ławce i pozwalał, żeby napięcie opadało do poziomu, z którym da się wrócić do domu. Zawsze obiecywał sobie, że to ostatni raz.
Kiedy zobaczył dziewczynę w oknie, nie poczuł zazdrości, lecz coś znacznie gorszego. Zrozumiał, że skoro potrafili być rodziną dla niej, to problemem nie byli oni, lecz on. Nie był niemożliwy, był po prostu niewystarczający. Odszedł, zanim zaczął zadawać pytania. To było pierwsze odrzucenie, którego nie dało się wytłumaczyć cudzym błędem.
Wrócił do mieszkania, przekręcił klucz dwa razy — zawsze dwa — i odłożył kurtkę na to samo krzesło co zwykle. Przez chwilę stał bez ruchu, potem zapalił światło w kuchni i nalał sobie wody z kranu. Pił wolno, małymi łykami, aż napięcie zaczęło go opuszczać.
Włączył telewizor, na Polsacie leciał film, który widział już kilka razy. Znał dialogi, wiedział, kiedy będzie przerwa na reklamy. To było w nim najlepsze — nic go nie zaskakiwało. Zostawił telewizor w tle, jak się zostawia zapalone światło w korytarzu, dźwięk nie był ważny. Ważne było, że coś mówiło zamiast niego, a kiedy film się skończył, sięgnął po telefon. YouTube podsunął mu dokładnie to, co zawsze: krótkie, głupie filmy, których nie trzeba było oglądać do końca. Ktoś się przewrócił, inny opowiadał historie lub reagował na coś, co już było reakcją. Przewijał bez większego zainteresowania. Chodziło tylko o to, żeby nie zostać samemu z ciszą. Leżał na łóżku, z telefonem opartym o klatkę piersiową. Myśli przychodziły i odchodziły, żadna nie zostawała na dłużej. Ciało powoli wracało do znanego rytmu.
Jeden z kolejnych filmów był inny. Algorytm wyświetlił go bez odniesienia do wcześniejszych wyborów. Nie był krzykliwy, bez przesadnych reakcji. Zwykły chłopak siedział przed kamerą i opowiadał, że wysłał próbkę DNA, żeby „zobaczyć, skąd pochodzi”. Mówił o procentach, mapach, regionach i o tym, że odkrył przodków z miejsc, o których wcześniej nie myślał. Algorytm podsuwał kolejne i potem jeszcze jedno. Ludzie otwierali wyniki, śmiali się, czasem płakali. Ktoś był zaskoczony, inny rozczarowany. Patrzył na to bez emocji. Nie widział w tym objawienia, a rozrywkę, która nie wymagała zaangażowania. Pomyślał, że to dobry sposób, żeby oderwać się od rzeczywistości. Kliknął link pod filmem. Przewijał stronę mechanicznie, czytając nagłówki: „Poznaj swoje pochodzenie”, „Odkryj historię przodków” — brzmiały jak obietnica, która nie musi być spełniona. Zamknął stronę, po chwili otworzył znowu i zamówił test. Kiedy przyszło potwierdzenie, odłożył telefon i wrócił do przeglądania losowych z pozoru filmów. Gdy zestaw dotarł, wykonał instrukcje z mechaniczną precyzją, ceniąc tę czynność za jej pozbawioną emocji prostotę.
Codzienność natychmiast przykryła ten impuls warstwą rutyny, a wysyłka próbki stała się tylko kolejnym odhaczonym zadaniem, o którym nie warto pamiętać. Dopiero lakoniczne powiadomienie, które przyszło kilka tygodni później, zmusiło go do sprawdzenia wyników na laptopie. Wpatrywał się w zielone kółko ładowania, które kręciło się z uporem sugerującym awarię, ale on nie czuł zniecierpliwienia. Systemy, nawet te zawieszone w nieskończoność, były dla niego bardziej przewidywalne niż ludzie, więc czekał, aż algorytm w końcu przemieli dane.
Kiedy ładowanie się zakończyło, odsłoniło dane, a jeden wynik przebił się przez jego pancerz jak igła. To nie była statystyka, to był wyrok, zbyt wąski na przypadek i zbyt dokładny, by go podważyć. Zamknął laptopa, odcinając obraz, zanim ten zdążył stać się rzeczywistością, ale było za późno na ucieczkę. W ciemności pokoju, zamiast spokoju, wróciły słowa:
— „To drugie dziecko…”
— „Przynajmniej jedno”
Zrozumiał, że to nie jest wspomnienie. To niezamknięta pętla. Otworzył laptopa ponownie. Tym razem zrobił to wolniej. Przeczytał nazwę użytkownika i imię, które nic mu nie mówiło, a poza nim profil był nowy i bezdusznie pusty. Poczuł znajome napięcie, nie strach, nie ekscytację — gotowość.
Kiedy się obudził, pierwszą myślą nie była panika, a lista: co sprawdzić? co porównać? czego nie robić? Tym razem jednak nie trzymał się własnego schematu: Nie napisał do nikogo, nie zadzwonił, nie sprawdził ponownie wyników. Zamiast tego zrobił coś, o czym nie myślał od lat i pojechał pod dom dziecka. Nie po to, żeby się konfrontować, a po to, żeby sprawdzić, czy nadal może wejść. Mógł. Budynek nie protestował, ludzie w środku też nie. Dom dziecka wyglądał tak samo: ten sam kolor elewacji, te same okna, ten sam zapach, który czuło się jeszcze zanim weszło się do środka. Nie czuł strachu, a coś bliżej irytacji, że to miejsce wciąż istnieje, jakby nic się nie wydarzyło. Nie wszedł od razu. Najpierw przypomniał sobie, jak tu było wcześniej. Jako dziecko czytał swoje akta często, ale nie w całości. Interesowały go tylko ostatnie notatki, te pisane niedawno, które mówiły, kim jest teraz. Chciał wiedzieć, co o nim myślą: czy robi problemy? czy warto go zabierać na święta? Nigdy nie cofał się do początku. Rodzina była pojęciem abstrakcyjnym. Nie znał jej, więc nie miał czego szukać i wierzył w to, co było zapisane: że okoliczności były trudne i tak się czasem zdarza. Nie podważał tego, bo nie miał alternatywy. Teraz ją miał, a przynajmniej tak twierdził system. Wszedł do środka jak ktoś, kto wie, po co i gdzie idzie.
— Dyrektora nie ma i trudno powiedzieć, kiedy będzie.
Wychodząc poczuł znajomy brak wpływu, który dopadł go dokładnie w miejscu dawnych dziecięcych oczekiwań. By zagłuszyć to wspomnienie, rzucił się w wir urzędów, gdzie szukał iluzji sprawczości i godził się na bycie traktowanym jak brakujący formularz.
— W jakim celu?
— Chcę wglądu w dokumenty dotyczące mojej przeszłości.
— To może być trudne.
Biurokratyczny język procedur zdzierał z niego warstwę dorosłości i cofał do czasów, gdy jego istnienie zależało od cudzej zgody. Zaczął postrzegać siebie przez pryzmat starych notatek, rozumiejąc, że system pozwalał mu istnieć wyłącznie jako opis w aktach. Usiadł po kilku tygodniach znów na korytarzu ośrodka i choć ciało reagowało dawnym lękiem przed byciem niewidzialnym to umysł wypełniła chłodna determinacja. Gdy dyrektor w końcu się pojawił, nie zamierzał pozwolić, by jego życie znów zmieściło się w cudzym segregatorze.
W gabinecie pachnącym urzędową kawą dyrektor podał mu akta bez słowa, a jego uprzejmość była trudniejsza do zniesienia niż chłód. Adam spojrzał na teczkę, którą znał i zrozumiał, że nie trzyma w rękach opisu swojego życia, ale zbiór cudzych decyzji.
— To wszystko? — zapytał, nie podnosząc jeszcze wzroku, a dyrektor odchrząknął.
— To pełna dokumentacja, jaką posiadamy. Zgodnie z obowiązującymi przepisami
— Czyli to, co było możliwe do zapisania?
— Proszę zrozumieć. Część rzeczy po prostu się nie zachowała, inne nigdy nie były dokumentowane. Wtedy procedury wyglądały inaczej.
Skinął głową.
— Domyślam się. Czytałem te akta wcześniej, wiele razy. Zawsze od końca.
Dyrektor spojrzał na niego uważniej.
— Od końca?
— Ostatnie notatki, opinie, podsumowania. Chciałem wiedzieć, kim byłem wtedy i co o mnie myślano?
Zapadła krótka cisza. Dyrektor nie przerwał.
— Teraz czytałem od początku i mam wrażenie, że im bliżej początku, tym mniej tu konkretów.
— To naturalne. Początki bywają chaotyczne, czasem informacje są niepełne.
— Albo niewygodne… — odpowiedział, zanim zdążył się powstrzymać.
Dyrektor westchnął z rezygnacją.
— Proszę pamiętać, że mówimy o zdarzeniach sprzed wielu lat. O ludziach, którzy działali dla dobra dzieci.
— Nie pytam o intencje. Pytam o luki.
— Tu — wskazał palcem — I tu. I tu. Są daty, ale nie ma opisów, są podpisy, ale bez kontekstu. Jakby ktoś uznał, że wystarczy zaznaczyć fakt, a reszta nie ma znaczenia.
Dyrektor przez chwilę patrzył na wskazane miejsca.
— Czasem tak było. Nie wszystko trafiało do akt, wiele rzeczy funkcjonowało… obok.
— W rozmowach?
— W pamięci. Ludzie zapamiętywali więcej niż zapisywali.
To zdanie zawisło między nimi. Oparł się wygodniej na krześle. Poczuł, że zbliża się do czegoś, ale jeszcze nie wiedział, jak to nazwać.
— Ilu ludzi tu wtedy pracowało?
— Trudno powiedzieć dokładnie. Inne czasy, inna rotacja.
— Ale ktoś był… Ktoś, kto mnie pamiętał, choćby ta opiekunka, której nigdy nie nazwałem wychowawcą.
Dyrektor nie odpowiedział od razu. Nie rozumiał też tego podziału na opiekunów i wychowawców.
— Czasem takie osoby zostają dłużej. Nie dlatego, że muszą, ale raczej dlatego, że czują się odpowiedzialne.
— I taka osoba była tutaj?
— Była.
To słowo zabrzmiało zbyt wyraźnie. Spojrzał dyrektorowi prosto w twarz.
— Dlaczego mówi pan w czasie przeszłym?
Dyrektor przez moment milczał. Potem złożył dłonie na biurku, jakby przygotowywał się do zdania, które nie ma dobrej wersji.
— Zmarła. Trzy tygodnie temu.
Skinął głową, ale nie było w tym szoku. Raczej opóźnione zrozumienie, że znowu spóźnił się dokładnie o tyle, ile trzeba.
— Ona wiedziała więcej niż te akta?
— Tak. Była uważna.
Spojrzał na teczkę po raz ostatni.
— Zostawiła coś po sobie? — zapytał
— Nieformalnie? Nie.
— Kogoś, z kim rozmawiała?
— Tego nie wiem.
Pytania właśnie się zmieniły i już nie dotyczyły dokumentów, lecz ludzi mogących pamiętać to, czego system nie zapisał. Próbował przywołać obraz opiekunki z tamtych lat, ale pamiętał tylko jej obecność i odręczną notatkę bez pieczątki: „dobrze reaguje na spokój i nie trzeba go poganiać”. Zrozumiał, że musiała zostawić ślad poza procedurami, więc zaczął pytać w sekretariacie oraz u starszych pracowników pamiętających tamte czasy. Pytał najpierw ostrożnie, a potem wprost, zderzając się jedynie z milczeniem i wzrokiem odwracanym zbyt szybko.
— Była taka osoba — usłyszał w końcu od kobiety, która pracowała tu od lat — Zawsze zostawała dłużej. Zawsze wszystko pamiętała.
— Co pamiętała?
— Dzieci. Zwłaszcza te, które przychodziły bez historii.
Nie dopytywał, wiedząc, że po opróżnieniu biurka i zabraniu kartonu z magazynu nie zostało nic więcej. Przez te wszystkie tygodnie czekania, dzwonienia, składania podań, system robił dokładnie to, co zawsze: zużywał czas. Nie musiał nikogo zabijać, wystarczyło, że kazał czekać.
Nie planował tego, ale nogi same skręciły w znajomą ulicę. Usiadł na ławce, w miejscu, które zawsze było takie samo. Nie zmieniało się, nic nie tłumaczyło, po prostu trwało, zadając ten sam ból co wtedy, gdy przestali po niego przyjeżdżać. Spojrzał w okno na pierwszym piętrze. Światło, rozsunięte zasłony, czyjś cień. Przez lata okłamywał siebie, że to on zawiódł, a teraz widział to wyraźniej: to oni wycofali się cicho i poprawnie, bez jednego zdania, z którym można by się kłócić. Poczucie czasu zachwiało się, jakby przeszłość i teraźniejszość nałożyły się na siebie w tym jednym punkcie. Wstał, zanim zrobiło się naprawdę zimno, pewien już tylko jednego: jeśli chce poznać prawdę, nie może czekać, aż ktoś uzna, że jest na nią gotowy. Dom, który go porzucił i system, który kazał mu czekać, działały według tej samej zasady, do której on nie zamierzał się już dostosowywać.
Wrócił do mieszkania i usiadł przy stole. Laptop był już otwarty, a strona z wynikami wciąż wyświetlała to samo. Wpatrywał się w ekran laptopa, jakby czas mógł zmienić wyświetlony wynik, a następnego dnia w pracy rutyna ustąpiła miejsca obsesji. Wydając kawę, szukał w twarzach klientów znajomego kształtu nosa, linii szczęki czy sposobu mrużenia oczu. Miał absurdalne wrażenie patrzenia na kogoś, kto już był w jego życiu tylko w innym czasie. To nie było uczucie emocjonalne, lecz percepcyjne, jak błąd w obrazie, który pojawia się i znika.
Zaczął ją widywać w pracy, ale nie od razu skojarzył. Przychodziła nieregularnie i o różnych porach. Któregoś dnia spojrzała na niego dłużej, nie nachalnie, lecz z lekkim zawahaniem. Znał to spojrzenie. Kobiety patrzyły tak na niego od lat, nie na urodę, lecz na te przeklęte oczy. Naprawdę zielone. Nie zielono-niebieskie, nie zielonkawe, ale zielone w sposób, który ludzie komentowali, nawet jeśli nie chcieli. Słyszał to zbyt często, żeby reagować, ale widział, że jej wzrok zatrzymał się na nich z innego powodu.
— Dzień dobry.
Odpowiedział jej i zauważył, że jej głos był spokojny, bez niepewności.
— Jaką kawę?
— Jak zwykle — odpowiedziała, po czym uśmiechnęła się, jakby sama była zaskoczona, że tak powiedziała.
Adam uniósł lekko brew.
— Czarną, bez cukru, bez mleka. Bez sensu — dodała i zaśmiała się krótko.
To było wystarczająco zwyczajne, żeby nie wyglądało jak flirt. Podał jej kubek, a kiedy brała go do ręki, ich palce zetknęły się na ułamek sekundy.
— Często pani tu bywa.
— Chyba tak. Lubię to miejsce. Jest… neutralne.
— Neutralność to niedoceniana cecha.
Nie odeszła od razu, a rozmowa o pogodzie i hałaśliwym ekspresie nie wymagała tłumaczeń. Dopiero gdy wyszła, zrozumiał, że to ona mieszka w pokoju, który kiedyś był jego. Pilnował, by to nie stało się romansem, lecz bezpieczną obecnością, w której pyta się o dzień, a nie o powody. Czasem chciał powiedzieć o oknie i placu zabaw, przyznać, że zna ten dom lepiej niż powinien, ale milczał. Nie był gotów stracić jedynej relacji, w której nie był kimś z akt ani wynikiem DNA, a po prostu Adamem, który robi dobrą kawę i ma oczy, których się nie zapomina.
„Ona” — MARTA
Kolejnego dnia znów przyszła, ale rozmowa stała się nieco cięższa. Powiedziała to mimochodem, jak się mówi rzeczy, które nie są już bolesne. Stała przy ladzie, oparta łokciem o blat, czekając, aż ekspres skończy swoją pracę. Rozmawiali o wszystkim i o niczym.
— Moi rodzice są strasznie przewidywalni — rzuciła nagle — Zawsze to samo miejsce na święta i te same żarty.
Adam uśmiechnął się, bo to miejsce też znał.
— Adoptowali mnie, jak byłam mała. Może dlatego tak bardzo lubią stałość.
Powiedziała to spokojnie, bez sprawdzania reakcji. Słuchał o studiach i byciu „inną” odpowiadając mechanicznie, dokładnie tak jak powinien. Z zewnątrz nic się nie zmieniło, w środku wszystko. Gdy wyszła, oparł dłonie o blat i zastygł, a myśl przyszła sama bez zaproszenia.
— Ona też jest adoptowana. W podobnym wieku, w tym samym domu.
Myśl pojawiła się jak komar w środku nocy. Dziewczyna w oknie nie była przypadkiem, lecz kontynuacją. Rodzina okazała się konsekwentna, tylko nie dla niego.
— Byłem tym drugim. Tym, którego można oddać, który był próbą, której wynik nie został zapisany.
Najgorsze, że nie czuł do niej żalu ani zazdrości. Chciał jedynie wiedzieć, dlaczego jemu się nie udało. Dlatego milczał o domu i oknie, wiedząc, że jedno zdanie zmieniłoby bezpieczną relację w nieodwracalną klęskę. Nie uniósłby kolejnego odrzucenia. Prawda to czasem coś, co się powstrzymuje, a jego milczenie nie było tchórzostwem, lecz powtórzeniem dawnej roli: być obok, ale zniknąć na czas. Zaczął słuchać uważniej, przestając traktować jej słowa neutralnie. Każde zdanie o rodzicach układało się w mapę, której nie chciał rysować, a mimo to rysowała się sama. W kilka dni uzyskał odpowiedzi na pytania, których nie zadał, co w pamięci wyglądało jak film odtwarzany w nieskończoność.
— Mama zawsze mówi, że miałam szczęście — powiedziała któregoś dnia, mieszając kawę, choć zamówiła ją bez cukru.
— Trafili na mnie, zanim było za późno.
— Co znaczy „za późno”?
— No wiesz. Zanim dzieci zaczynają się zamykać z braku nadziei na normalność i robi się trudniej.
Nie patrzyła na niego, kiedy to mówiła. Mówiła do pary unoszącej się nad kawą. To zdanie osiadło w nim ciężarem, którego nie dało się ani zignorować — widział w nim oskarżenie.
— Ile miałaś lat, kiedy cię adoptowali?
Zamyśliła się, obracając kubek w dłoniach.
— Dwanaście. W dokumentach jest trzynaście, ale mama zawsze twierdzi, że byłam młodsza.
— To dość późno.
— Wszyscy tak mówili, że dzieci w tym wieku już są… ukształtowane.
Uśmiechnęła się krótko, bez ironii.
— Ja byłam po prostu zmęczona.
— Długo się zastanawiali?
— Bardzo. Mama mówiła, że wcześniej próbowali. Przez jakiś czas jeździli do ośrodka, poznawali dzieci, rozmawiali, ale nic z tego nie wychodziło.
To zdanie zawisło między nimi.
— Dlaczego?
Wzruszyła ramionami.
— Nie wiem. Mówili, że „to nie był odpowiedni moment”, bali się, że sobie nie poradzą.
Poczuł znajome uczucie: to nie był odpowiedni moment, czyli „ja nie byłem odpowiedni”.
— A potem?
— Coś się zmieniło. Podobno po czasie zrozumieli, że albo spróbują teraz, albo nigdy i tym razem nie chcieli się wycofać.
„Tym razem”. Adam odwrócił wzrok, udając, że sprawdza coś za ladą.
— Nie porzucili adopcji, porzucili jego i dopiero wtedy byli gotowi. — Mruknął pod nosem.
— Mówili, że byłam „trudna”, ale w dobrym sensie. Wiem, czego nie chcę, potrafię powiedzieć „nie”, a to podobno ułatwiało sprawę.
Uśmiechnął się słabo. „Ułatwiało”. On był grzeczny, cichy, dostosowany, idealny do sprawdzenia granic, ale już nieidealny do podjęcia decyzji. Nie powiedział nic więcej, ale rozmowa potoczyła się dalej, jakby nic się nie stało.
— Rodzina nie nauczyła się być rodziną z nią. Nauczyła się na nim. — znów powiedział do siebie.
Czekała, aż skończy pracę, oparta biodrem o ladę, przeglądając coś w telefonie. Lubił tę chwilę opóźnienia, pozwalała rozmowie wybrzmieć bez presji.
— Wiesz, co było dziwne? Mama zawsze mówiła, że to nie oni mnie wybrali.
Spojrzał na nią uważniej.
— Jak to?
— No… — wzruszyła ramionami — to było trochę odwrotnie, ktoś im mnie „pokazał”.
Postawił kolejny kubek na blacie, trochę wolniej niż zwykle.
— Ktoś z ośrodka, ale nie taki „urzędowy”.
Nie znali się — „nie mogli” — pomyślał, a im dłużej o tym myślał, tym bardziej było to oczywiste. Dom dziecka nie był jednym miejscem, a dwoma. Dwa skrzydła, dwa podwórka, dwa harmonogramy. Chłopcy i dziewczyny spotykali się rzadko, właściwie tylko przy okazji apeli albo wyjść, które i tak pamiętał słabo. Nigdy nie chciał pamiętać twarzy. To była decyzja, choć wtedy jej tak nie nazywał. Twarze rodziły pytania, imiona zostawały na dłużej, a dłużej znaczyło boleśniej, a więc ludzi sprowadzał do funkcji. Dlatego teoretycznie mógł mieszkać w tym samym miejscu co ona i nie wiedzieć, że istnieje. Musiał się upewnić. Najpierw zadawał pytania, takie, które brzmiały jak ciekawość, a były w istocie sprawdzaniem. Marta stała przy ladzie, mówiła coś o zajęciach na uczelni, o prowadzącym, który zawsze się spóźniał, słuchał tylko na tyle, żeby nie było to niegrzeczne.
— Ten dom dziecka, z którego jesteś… Pamiętasz, jak był zorganizowany?
Spojrzała na niego zaskoczona.
— W sensie?
— Czy chłopcy i dziewczyny byli razem, czy osobno?
— Osobno. W zasadzie dwa różne światy. Czemu pytasz?
— A jadalnia była pośrodku? Z takimi wąskimi schodami obok.
Zmrużyła oczy.
— Tak… I ta metalowa poręcz, zawsze lodowata.
— Korytarz przy pokojach. Zawsze pachniał herbatą i płynem do podłóg?
Marta parsknęła śmiechem.
— Dobra, stop — Uniosła rękę — jesteś jasnowidzem, albo tam byłeś, ale po co?
Zaśmiała się jeszcze raz, krótko, z niedowierzaniem.
— No nie mów, że też byłeś w tym samym ośrodku.
Adam się nie uśmiechnął.
— Byłem. — powiedział spokojnie.
Śmiech urwał się nagle.
— Ale… przecież bym poznała.
— Niekoniecznie. Skrzydła były oddzielne. Poza tym ja… nie zapamiętywałem ludzi.
— Jak to „nie zapamiętywałeś”?
— Twarzy. Imion — Wzruszył ramionami — To było niepraktyczne. Pamiętałem dźwięki, kroki na korytarzu, oddech za drzwiami i przymiotniki, którymi opisywałem innych. Imiona są dla osób ważnych, reszta zostawała tłem.
Zabrzmiało to dużo bardziej sucho niż planował, a ona patrzyła na niego w ciszy.
— Długo tam byłeś?
— Od zawsze. Nie pamiętam początku.
Marta przełknęła ślinę.
— A… adopcja?
— Próbowali. Kiedy miałem dwanaście lat, zaczęła do mnie przyjeżdżać rodzina.
Nie powiedział jaka, ani czyja.
— Regularnie?
— Tak. Weekendy, święta, wakacje, przez dwa lata.
— I myślałeś, że…
— Zostanę. Wtedy jeszcze myślałem, że takie rzeczy po prostu się dzieją, jeśli się wystarczająco starasz.
— I co się stało?
— Nic. Przestali przyjeżdżać.
Marta skrzywiła się.
— Bez słowa?
Zapadła cisza.
— A potem?
— Zostałem w ośrodku do osiemnastki. System dowiózł mnie do końca. Dostałem mieszkanie, zapomogę, adres, ale te dwa lata… one były wszystkim.
Marta odwróciła wzrok.
— Przez długi czas myślałem, że to przeze mnie. Byłem zbyt cichy, zbyt spokojny i zbyt łatwy do oddania.
— Adam…
— Wiem. Nie mówię tego po to, żebyś mnie pocieszała.
— Ta pani z ośrodka o której mówiłam… była też przy tobie?
Adam skinął głową.
— Była jedyną osobą, która widziała w nas coś więcej niż problem, który trzeba pilnować.
Zawahał się.
— Wiesz… dowiedziałem się, że zmarła. Nawet nie wiem, jak się nazywała.
Powiedział to cicho, jakby mówił o kimś, kogo nie wypada wspominać. Patrzył na ekspres i dłonie, byle nie na nią. Nie odpowiedziała, roześmiała się krótko i nerwowo — śmiechem, który pojawia się, gdy mózg odrzuca informację.
— Co ty mówisz… Jak to… nie wiesz, jak się nazywała?
Wzruszył ramionami.
— Nikt nigdy nie mówił nazwisk. Była „ta pani” i wszyscy wiedzieli o kogo chodzi.
— Ale… Przecież…
Zamilkła. Patrzyła na niego za długo, widząc już nie pracownika, lecz część jej historii, której nigdy nie opowiedziano.
— Ona… dzwoniła do mojej mamy. Po godzinach i zawsze pytała, czy dobrze śpię.
Uniósł wzrok, a Marta cofnęła się o krok, jakby potrzebowała dystansu, żeby złapać oddech.
— Muszę… — zaczęła, po czym urwała — Muszę porozmawiać z rodzicami.
— Nie musisz.
— Muszę!
Rozmowa z jej rodzicami zaczęła się zwyczajnie. Herbata, pytania o pracę, uczelnię, plany. Siedziała spięta, jakby czekała na moment, który sam nie chciał przyjść.
— Mamo. Pamiętasz tę panią z domu dziecka? Tę starszą.
Mama spojrzała na nią uważniej.
— Oczywiście, że pamiętam. Czemu pytasz?
— Wiesz… Kiedy ostatni raz z nią rozmawiałaś?
Jej mama zmarszczyła brwi.
— Dawno. Numer przestał odpowiadać. Myśleliśmy, że zmieniła telefon, albo że już nie chce wracać do tamtych spraw.
— Nigdy nie przyszło wam do głowy, że mogło się stać coś złego?
W kuchni zrobiło się cicho.
— Marto… — zaczął ojciec powoli — Dlaczego o to pytasz?
— Ktoś mi powiedział, że ona nie zniknęła, ale zmarła.
Mama zastygła z kubkiem w ręku.
— Boże… Myśleliśmy, że nie chce wracać.
— Mamo, a pamiętasz coś jeszcze? Cokolwiek. Jej rodzinę, kogoś, kto do niej przychodził. Numer inny niż ten, który mieliście?
— Nie… — odpowiedziała kręcąc głową — może coś zapisałam, wtedy zapisywałam wszystko.
To wystarczyło. Jedno zdanie Adama rozbiło szczelną historię, w której wszyscy żyli od lat.
Marta zniknęła, po prostu przestała przychodzić. Minął jeden dzień, potem tydzień. Rutyna była bezpieczna i pozwalała o tym nie myśleć. Ta sama godzina pobudki, ten sam autobus i zapach kawy, który wgryzał się w ubrania. W wolnych chwilach myślał, że ją wystraszył i powiedział za dużo. To było logiczne. Ludzie nie lubią cudzych historii, jeśli są zbyt blisko ich własnych, więc łatwiej było wierzyć, że postanowiła odsunąć się od czegoś, co zaczęło być niewygodne.
Tymczasem Marta siedziała wieczorami przy stole w domu rodziców, z teczkami rozłożonymi na blacie. Mama pozwoliła jej grzebać, nie zadając pytań. Szukała powtarzających się imion, charakterów pisma, dat, które nie pasowały do reszty. Znalazła stare terminarze z godzinami rozmów telefonicznych. Krótkie zapiski na marginesach: „dzwonić po 18”, „oddzwoniła późno”, „spokojna”. Jedno słowo pojawiało się częściej niż inne: herbata. W jednej z teczek, wsuniętej głębiej, znalazła kartkę mniejszą od pozostałych. Numer telefonu zapisany drobnym pismem, a obok jedno słowo: „rodzina”. Zamknęła teczkę, a w tym samym czasie Adam wracał wieczorem do pustego mieszkania.
Zdejmował buty, odkładał klucze dokładnie tam, gdzie zawsze, włączał telewizor, choć nie słuchał i jadł coś prostego. Zanim poszedł spać, otwierał laptopa, ale nie dlatego, że chciał, tylko dlatego, że tak robił od tygodni. Strona z wynikami stała się kolejnym stabilnym elementem rutyny. Nawet jeśli nic nie rozumiał, nawet jeśli go przerażała, była dowodem, że pytanie istnieje, ale tego wieczoru załadowała się inaczej. Zamiast znanych wykresów i suchych opisów pojawił się prosty komunikat, pozbawiony tonu:
„Konto usunięte”
Patrzył w ekran długo. Zdziwienie szybko zmieniło się w mrok. Jakby ktoś zabrał jedyny świecący przedmiot, zostawiając go w tym samym, ale już ciemnym pokoju. Zamknął laptopa zbyt powoli, jak ktoś, kto właśnie ponownie stracił punkt odniesienia.
Kilka dni później, kiedy zaczynał już wierzyć, że Marta naprawdę nie wróci, drzwi kawiarni otworzyły się w porze, której nie lubił — za późno, żeby było spokojnie, za wcześnie, żeby mógł to zignorować.
— Cześć — powiedziała.
Nie zamówiła kawy.
— Masz chwilę po pracy? Nie chce rozmawiać tutaj.
Po zamknięciu wyszli razem. Usiedli na ławce, tej samej, na której wcześniej siadał sam.
— Szukałam. W dokumentach. Na widoku i po kryjomu, w notatkach i terminarzach.
— Znalazłaś coś?
— Ślady i to gorsze, niż brak śladów, bo oznacza tajemnice.
Opowiedziała mu o kartkach wsuniętych między kartki i numerach zapisanych ołówkiem. O jednym słowie, które się powtarzało: „herbata”. Bez nazwiska.
— W jednej z teczek był numer. Inny niż ten, który mieli moi rodzice. Z dopiskiem „rodzina” i późniejszą notatką: „nie odpowiada”.
Powinien poczuć nadzieję, ale pustka po usuniętym profilu była wciąż zbyt wyraźna. Zauważyła, że coś jest nie tak i musiał zareagować.
— Jest coś, o czym nie wiesz. Wysłałem swoją próbkę DNA i był tam jeden ślad.
Marta spojrzała na niego z nadzieją, ale szybko pokręcił głową.
— Już go nie ma. Zniknął. Usunięty, jakby nigdy nie istniał.
— Jak to „zniknął”?
— Zostało puste miejsce. — odpowiedział, nie patrząc na nią.
— Najgorsze jest to, co przeoczyłem wcześniej. Byłem tak zajęty analizowaniem wykresów, sprawdzaniem map i cyfr, że zignorowałem skrzynkę. Ktoś napisał, a ja… teraz nie mogę jej ani otworzyć, ani na nią odpisać. Skupiłem się na danych i przegapiłem człowieka.
Marta wciągnęła powietrze. Siedzieli w ciszy, słuchając odległego skrzypienia huśtawek.
— Ten numer. Jeśli ktoś odbierze, to będzie pierwszy raz, kiedy ktoś odpowie. — odparł wstając.
Marta skinęła głową.
— Wyjeżdżamy na kilka dni. Rodzinne sprawy. Nic ważnego, ale zadzwonię i zobaczę, czy numer w ogóle działa.
Zadzwoniła jeszcze tego samego dnia, w drodze do dziadków, ale nikt nie odebrał. Korzystając z wyjazdu, rozejrzała się po domu babci, w którym nigdy niczego nie wyrzucano. Szuflady z dokumentami, koperty z rachunkami sprzed lat, stare kalendarze. Rzeczy, które nie miały już znaczenia, a jednak wciąż zajmowały miejsce. Wizytówkę znalazła przypadkiem, wsuniętą między kartki notesu. Imię, nazwisko, numer telefonu i funkcja. Tylko jedno dopisane słowo, znajomym pismem: „ośrodek”. Zrobiła zdjęcie. Nie zadzwoniła. Muszą o tym porozmawiać po powrocie.
CZŁOWIEK ZNIKĄD
Gdy Marty nie było, czasem bez powodu skręcał w inne ulice, jakby sprawdzał, czy miasto jeszcze jest w stanie go czymś zaskoczyć. Wieczorami otwierał laptopa, wracał na stronę z wynikami, choć przeczuwał, że nic się tam nie zmieni. Przeglądał zakładki bez celu, klikał w wykresy, które niczego nie wyjaśniały. Potem patrzył na listę potencjalnych krewnych, a właściwie na puste miejsce, gdzie jeden z nich kiedyś był. Reszta była odległa i dla niego nieistotna.
„Usunięty” — Wracał do tego słowa. To nie błąd systemu, a decyzja człowieka. Ktoś spojrzał, uznał, że to nie ma sensu i zamknął temat jak kartę w przeglądarce. Znał ten mechanizm z dzieciństwa: ludzie próbują, a potem przestają bez wyjaśnień. Pod dom Marty też wracał, ale stawał dalej, w cieniu. Bał się, że jeśli go zobaczy, weźmie go za stalkera. A może nim był? Czuł się odrzucony w miejscu, które istniało tylko w trybie „mogło być”. Teraz miał nowy cel — znaleźć człowieka znikąd. Tego, który usunął profil. Musiał wiedzieć, czy to przypadek, czy świadome odrzucenie. Jeśli to drugie… przynajmniej gniew miałby adres.
NIE JEGO DOM
Marta zapraszała go do siebie pod byle pretekstem. Przychodził punktualnie, z drobiazgiem w ręku, pytając o to, gdzie zostawić buty — jakby odhaczał punkty umowy, która chroni przed odrzuceniem. Dla niej to były gesty, dla niego oczywiste zasady. Zauważyła, że coraz częściej mówi do niego rzeczy, których on nie łapie jako punkt dalszej rozmowy, może nie chce albo się boi.
— Dobrze się przy tobie oddycha — rzuciła któregoś wieczoru.
— Tu jest cicho. To pomaga.
Innym razem:
— Lubię, jak jesteś obok.
— Tak jest wygodniej. — odpowiedział, jednocześnie przesuwając krzesło, żeby nie stało w przejściu.
Nie odrzucał jej. Po prostu nie reagował w tym samym języku. Rodzice Marty wrócili szybciej, niż planowała.
— Może wpadniesz jutro? — zapytała, jak o formalność.
Skinął głową. Zrobił to samo, co zawsze, gdy nie wiedział, czy chce. Ojciec uścisnął mu rękę z entuzjazmem. Matka przyglądała mu się dłużej.
— Bardzo mi miło. Marta mówiła, że jesteś zapracowany.
— Staram się nie przeszkadzać.
— To dziś rzadkie — uśmiechnął się ojciec — Grzeczny, ułożony chłopak.
Podczas kolacji rozmowa toczyła się gładko. Praca, miasto, plany na wakacje. Marta siedziała obok, zbyt blisko, jakby sprawdzała, czy to już wygląda „normalnie”. Odpowiadał dokładnie tyle, ile trzeba.
— Skąd się znacie? — zapytała Matka.
— Z kawiarni — odpowiedziała Marta — Tak zaczęliśmy rozmawiać.
— Wiesz… masz w sobie coś znajomego.
— Wszyscy są do kogoś podobni. — wtrącił ojciec
— Zwłaszcza jak się chce widzieć podobieństwa. — dokończył Adam, zanim zdążył się powstrzymać.
Zaśmiali się, wieczór trwał dalej. Temat podobieństwa zniknął, ale nie do końca. Kiedy Adam wyszedł do łazienki, matka pochyliła się do Marty.
— Dobry chłopak. Naprawdę. Taki… spokojny.
— Też tak myślę.
— Tylko… Nie masz wrażenia, że gdzieś już go widziałaś?
— Mamo, proszę — uśmiechnęła się nerwowo — Pracuje w kawiarni, pewnie stąd go kojarzysz.
Matka skinęła głową, ale dysonans nie zniknął. Po kolacji Marta była wyraźnie rozluźniona.
— Widzisz? To nie było takie straszne
— Nie było — przyznał Adam.
— Mama cię polubiła
— To miłe
— Zostaniesz jeszcze?
— Mogę — odpowiedział, jakby chodziło o zmianę planów, nie o decyzję.
Usiedli w salonie. Marta oparła głowę o jego ramię. Siedział nieruchomo, nie odsuwając się. Myślał o czymś innym: o wizytówce, którą dostał od niej po powrocie. Leżała teraz w jego mieszkaniu, w szufladzie, między rachunkami. Złość, która wcześniej go pchała, teraz zmieniła się w bezruch i paraliż. Takich spotkań pełnych rozmów i dystansu było coraz więcej i odbywały się coraz częściej.
Marta zauważyła, że kiedy rozmowa wybiegała w przeszłość rozmowy ożywały.
— Myślałeś jeszcze o niej? — zapytała któregoś wieczoru.
— Tak. — odpowiedział od razu.
Zaczęła wracać do tematu częściej. Nie z ciekawości, a z potrzeby bliskości.
— Może kiedyś… spróbujemy poszukać razem?
Adam spojrzał na nią.
— Nie musisz.
— Wiem, ale chcę.
Nie powiedział, że nie potrafi ani że to nie zmieni tego, co między nimi jest, albo raczej czego nie ma. Gdzieś obok rodzice Marty już snuli swoje wizje.
— Taki spokojny — mówiła matka do ojca — Zupełnie inny niż ci wszyscy.
— I ułożony. Idealny materiał… — nie dokończył.
— Tylko nadal mam wrażenie, że gdzieś już go widziałam.
— Daj spokój. Chyba chcesz, żeby był kimś więcej, niż jest.
Adam był dokładnie tym, kim chcieli, aby był. Decyzja, by szukać razem, nie zapadła od razu. Nazwisko wciąż leżało w szufladzie, ale nie był z nim sam i nie wiedział, czy tak nie byłoby lepiej.
BLISKOŚĆ
Zaprosił Martę do siebie pierwszy raz. Przyszła punktualnie, rozejrzała się po mieszkaniu uważnie, ale bez oceniania. Było czysto jak dla niej to nawet zbyt czysto. Wyjął wizytówkę i położył ją między nimi, jakby była przedmiotem wymagającym zgody obu stron.
Wybrał numer, choć wiedzieli, że to bez sensu. Nie zdziwili się, że numer już nie był dostępny. Odkładając telefon, poczuł raczej potwierdzenie czegoś, co trzeba było sprawdzić, niż rozczarowanie.
— Adam… — zaczęła kompletnie nie wiedząc, co powiedzieć.
— Możemy to zrobić inaczej, poszukać razem. Nie musisz być z tym sam.
Wtedy powiedział to, co dojrzewało w nim od dawna i wymagało jasnego postawienia granicy.
— Nie chcę bliskości. Nie w taki sposób, jak ty myślisz. W ośrodku bliskość zawsze coś kosztowała i zwykle była bolesna.
Zrobił przerwę, mówił spokojnie, choć musiał się kontrolować, aby nie zacząć płakać.
— Nie potrafię jej oddzielić od strachu. Od obowiązku, ani ceny.
— Adam…
— Nie chcę nikogo ranić. Nie chcę, żebyś miała mi to za złe.
Mówił rzeczowo. Jakby referował fakt, a nie rzucał wyznanie.
— Nie proszę o naprawę, ani pomoc. Nie chce być ptakiem, ze złamanym skrzydełkiem, którym ktoś się zajmuje z niejasnych powodów
— Ja nie mówię o naprawianiu — zaprzeczyła — Tylko o tym, że nie musisz być sam i można to przejść razem.
— Właśnie o tym mówię. Chcesz zakryć mój cień, a ja chcę go obejść.
Nie zrozumiała. Jeszcze nie.
— Bliskość może być bezpieczna. — wyrwało jej się.
— Nie chcę się jej uczyć na czyjejś nadziei.
To zdanie zawisło między nimi. Marta wstała, przeszła kilka kroków po pokoju, jakby szukała właściwego kąta widzenia.
— Jak widzę kogoś, komu jest trudno, nie umiem po prostu stać obok.
Właśnie dlatego wiedział, że to się nie skończy dobrze. Wróciła do stołu i usiadła bliżej, jakby fizyczna obecność mogła coś zmienić.
— Ja nie oczekuję niczego teraz. Możemy iść powoli. Poczekam.
Spojrzał na nią uważnie.
— Ja nigdzie nie idę. Jak widać, tylko stoję w miejscu.
Przyjęła to jak wyzwanie, nie granicę. Będą siedzieć przy tym samym stole, szukając tej samej osoby, ale rozmawiając o dwóch różnych rzeczach. Planował dystans, ale go nie stworzył. Marta wstała, nalała sobie wody, choć szklanka stała obok. To nie był koniec rozmowy. To było zawieszenie.
— Skoro numer nie istnieje, musimy znaleźć coś innego. Archiwa, gazety, może ktoś z tamtych lat. Wiesz… inni wychowankowie, współpracownicy, rodzina.
Mówiła szybciej. Składała zdania jedno po drugim, jakby tempo mogło przykryć to, co właśnie w niej pękło.
— Tak, to ma sens, ale już z nimi rozmawiałem i nic to nie dało.
To, co powiedział wcześniej, uderzyło ją mocniej, niż była gotowa przyznać. Nie sam brak bliskości, tylko sposób, w jaki o niej mówił. Przypomniało jej rzeczy, które przez lata nazywała „dorastaniem”, „nieudanymi relacjami”, „złym wyborem” i momenty, w których zgadzała się na bliskość, bo wydawało się, że tak trzeba, a nie dlatego, że była gotowa. Nie powiedziała tego, a tylko otworzyła laptopa.
— Mamy nazwisko. Znamy miejsce. To już coś.
Zauważył, że nie pyta już o niego. Pyta o daty i lokalizacje. Szczegóły techniczne.
— To było… ważne. Zapomniałam, że cudze słowa mogą przypomnieć o rzeczach, które miały już nie istnieć — zaczęła, ale głos jej uwiązł.
Wiedział, że mówi o sobie, ale nie naciskał. Marta poczuła wstyd, gdy Adam wyznał jej prawdę, a ona schowała swoją. Nie miała odwagi powiedzieć jej sobie, a co dopiero jemu.
— Skupmy się na tym. — wskazała ekran.
W ciszy, między kliknięciami, zaczęli robić to, co oboje potrafili najlepiej: szukać na zewnątrz, żeby nie musieć szukać w sobie. Marta pracowała szybciej, Adam uważniej.
Znaleźli artykuł przypadkiem. Był idealnym wybawieniem od trudnej rozmowy — oboje nazywali to inaczej, ale znaczyło to samo. Marta przewijała stare wydania lokalnej gazety bardziej z uporu niż przekonania. Adam siedział obok, patrząc w ekran i myśląc, co jeszcze powinni sprawdzić.
Tekst był krótki. Wciśnięty między informację o remoncie drogi a zapowiedź festynu. Zaczęła czytać na głos. Był o „nieprawidłowościach” i „sygnałach, które nie zostały potraktowane poważnie”. Część spraw wyszła na jaw dopiero po latach. Artykuł opisywał kobietę, która „angażowała się ponad zakres obowiązków”, była „zawsze dostępna” i „rozmawiała z dziećmi”. Nie było jednak jednoznacznych dowodów, które zmusiłyby kogokolwiek do wcześniejszej reakcji.
Adam poczuł, jak coś w nim twardnieje.
— Ona wiedziała!
Nie było w tym pytania.
— Adam… to jest artykuł. On niczego nie przesądza.
— Dokładnie tyle, ile trzeba, żeby nie robić nic więcej.
W jego głowie zaczęły układać się mroczne wspomnienia. W ośrodku nikt nie zadawał trudnych pytań. Wystarczyło: „wszystko w porządku?”. Jedno skinienie głowy. Jedno „tak”. To wystarczało, czasem nawet dla niej.
— Ona nie musiała widzieć wszystkiego, wystarczyło, że nie chciała wiedzieć więcej.
Marta pomyślała, że to brzmi jak oskarżenie, ale mówił bez gniewu, a raczej z rozczarowaniem, które nie szuka winnego. Kilka dni później, gdy szukali szczegółów tej sprawy, zobaczyli stary komentarz pod innym artykułem.
— „Prawda wyszła na jaw, bo jeden z wychowanków w końcu się odezwał.”
Marta kliknęła bez większego zastanowienia. Profil był skromny: kilka zdjęć, miasto się zgadzało.
— Chyba znalazłam tego, który to ujawnił.
Podszedł bliżej. Zatrzymał się przy zdjęciach, czekając na reakcję, której nie da się zaplanować. Zdanie było napisane tak, jakby ktoś mówił o sobie, ale udawał, że mówi ogólnie.
— Znam go — powiedział.
— Z ośrodka?
Zbladł, jego ciało drgnęło, a oczy stały się puste.
— Chcesz mi opowiedzieć? — zapytała bardzo ostrożnie.
Oparł dłonie o stół.
— On nie przyszedł znikąd. Tego się tam uczysz.
Zawahał się.
— Najpierw patrzysz: Kto ma siłę? Kto może więcej? Kto robi rzeczy, po których nic się nie dzieje.
Marta słuchała, nie przerywając, a on zacisnął szczękę.
— To daje poczucie kontroli
— Czyli… — zaczęła Marta.
— Czyli on się nauczył, że kiedy krzywdzi, świat jest prosty.
Spojrzał na nią.
— I to działa. Dlatego się powtarza.
— On też był dzieckiem. — odparła cicho.
— Wiem i dlatego to jest nie do zniesienia.
Wstał.
— Jeśli to dobrze zrozumiem, będę musiał przyjąć, że to miało sens, a ja nie chcę świata, w którym to ma sens.
Po chwili dodał:
— Jeśli zabierzesz mi tę złość, zabierzesz mi jedyną z niewielu rzeczy, która jeszcze jest moja.
Gdy zamilkł zrozumiała, że to nie jest moment na pocieszanie, a Adam zrozumiał, że nie cofnie się już do wersji świata, w której wystarczyło powiedzieć „w porządku”, żeby uspokoić sumienie. Marta pierwsza przerwała ciszę.
— Wiesz… To, co mówiłeś wcześniej.
Uniósł wzrok.
— O tej kontroli i o tym, że czasem łatwiej jest, kiedy ktoś decyduje.
Mówiła spokojnie, zbyt spokojnie jak na siebie.
— Też długo mówiłam, że wszystko było okej.
Znów urwała. Nie dodała kiedy, nie powiedziała z kim, nie użyła żadnego słowa, które trzeba by było potem wyjaśniać. Patrzył na nią uważnie, ale bez zmiany wyrazu twarzy. Nie dlatego, że nie rozumiał. Przeciwnie — rozumiał dokładnie tyle, ile trzeba i wiedział, że jeśli spróbuje to nazwać, zabierze jej prawo do niedopowiedzenia.
Marta po chwili odwróciła wzrok.
— Nie musimy o tym rozmawiać. — dodała szybko.
Przyjął to z ulgą. Dla niej to mogła być obojętność, ale dla Adama było zgodą na to, żeby nie iść dalej, niż ona pozwala. W myślach przyznał coś, czego nie powiedział na głos: Skoro to powiedziała, to znaczy, że mogę jej ufać. Nie dlatego, że mieli identyczne doświadczenia, a dlatego, że oboje wiedzieli, kiedy przestać mówić. Adam sięgnął po telefon.
— Jest jeszcze coś — powiedział, jakby wracał do tematu sprzed godziny — Na profilu tego chłopaka.
Marta spojrzała na niego pytająco i podał jej telefon pokazując sekcję, na którą wcześniej nie zwrócili uwagi.
— Tu — wskazał palcem — Praca.
Pochyliła się bliżej. Galeria, nazwa była zwyczajna.
„Od 2022 — Galeria Dominikańska”
— Może chce, żeby go znaleziono. — zareagowała.
— Albo nie pomyślał i uznał, że nikt nie będzie szukać.
— Możemy tam pójść.
— Nie od razu — dodał — Najpierw trzeba sprawdzić, czy w ogóle tam jest.
Wiedział, że kiedy przekroczy próg tej galerii, złość, którą w sobie nosił, nie będzie już tylko wspomnieniem, ale reakcją na kogoś, kto stoi kilka metrów dalej i oddycha tym samym powietrzem.
To był początek drogi, z której nie dało się zawrócić, nawet jeśli jeszcze nikt nie zrobił pierwszego kroku.
GALERIA
Marta już nic nie mówiła. Siedziała naprzeciwko, z dłońmi splecionymi na stole, jakby pilnowała, żeby nie dodać, ani jednego zdania za dużo. Adam zauważył, że zwykle to ona domykała ciszę, a teraz pozwalała jej być, co było nowe i trochę zaskakujące. Odwrócił wzrok i spojrzał w okno. Myślał o galerii. Nie o nim, a o miejscu. Galerie były ogromne, zbyt duże, żeby myśleć o nich jak o jednym punkcie i ludzie, którzy pojawiają się i znikają.
— Jak my w ogóle mamy go tam znaleźć? — pomyślał.
Nawet jeśli tam pracował, nie stał na środku z tabliczką. Absurd. Przez lata istniał jako cień, a teraz miałby być anonimowym pracownikiem w miejscu, gdzie wszystko jest jasne, obojętne i tymczasowe.
— To nie jest małe miejsce.
Marta uniosła wzrok.
— Może już tam nie pracuje — dodała spokojnie.
— Albo tam jest… i go nie poznam.
Nie wiedział, jak wygląda teraz. Zdjęcia były stare. Pamiętał co innego: chód, napięcie ramion i sposób, w jaki zawłaszczał przestrzeń.
— Co, jeśli go minę? Jeśli go zobaczę i nic się nie stanie? — Ta myśl była gorsza, niż strach.
— On nie będzie taki jak wtedy. Ludzie się zmieniają, a dorosłość odciskała swoje piętno, albo uczą się wyglądać inaczej. — powiedział bardziej do siebie.
Marta nie zaprzeczyła.
— Galerie są dobre w ukrywaniu ludzi. Wszyscy są tam… tymczasowi.
Pomyślał, że to trafne. Tam nikt nie był „na zawsze”. Każdy mógł zniknąć bez śladu, zmienić miejsce, grafik, sklep albo po prostu wyjść. To było ironiczne — znaleźć go w miejscu, gdzie znikanie było normą. Marta nie naciskała, po prostu była.
— Ustalimy, kiedy tam w ogóle warto przyjść.
Następnego dnia poszedł do pracy wcześniej niż zwykle. Kawiarnia była jeszcze w półmroku, pachniała świeżo mieloną kawą i wczorajszym sprzątaniem. Ten zapach zawsze działał na niego jak znak, że świat wciąż trzyma się znanych zasad. Przebrał się, sprawdził ekspres, ustawił filiżanki. Dopiero potem zapukał do drzwi zaplecza, gdzie właściciele siedzieli przy małym stoliku. Ona przeglądała faktury, on pisał coś w zeszycie.
— Macie chwilę? — zapytał.
Podnieśli wzrok jednocześnie.
— Jasne — powiedziała — Coś się stało?
Adam stał przez moment w miejscu, jakby zastanawiał się, czy potrzebuje wstępu.
— Chciałem poprosić o urlop. Od jutra, tylko kilka dni.
Zapadła krótka cisza.
— Teraz? — zapytał właściciel, nie z wyrzutem, raczej zaskoczony — Przecież nie planowałeś.
— Wiem. To… sprawa osobista.
Nie dodał nic więcej, nie musiał. Właścicielka spojrzała na niego uważnie. Wytrzymał to spojrzenie, był do niego przyzwyczajony.
— Dasz radę poukładać grafiki? — zapytała.
— Tak. Zostanę dziś dłużej.
Właściciel zamknął zeszyt.
— Adam… — powiedział z lekkim zawieszeniem — Ty nigdy nas nie zawiodłeś.
To zdanie nie było komplementem, a faktem, na którym opierała się ich decyzja.
— Byłeś, kiedy prosiliśmy — dodała ona — Brałeś dodatkowe zmiany, zostawałeś, kiedy ktoś nie przyszedł.
Uśmiechnęła się krótko.
— Trudno byłoby teraz powiedzieć „nie”.
Adam skinął głową.
— Dziękuję.
Resztę dnia przepracował spokojnie. Wydawał kawę, przyjmował zamówienia, rozmawiał z klientami dokładnie tak samo jak zawsze. Nikt nie zauważył różnicy i to było w porządku. Pod koniec zmiany oddał fartuch, umył ręce, jak robił to setki razy wcześniej.
— Odezwij się, jakbyś potrzebował więcej czasu
— Dam znać.
Wyszedł na ulicę z uczuciem, którego nie potrafił nazwać. Nie była to wolność, a bardziej przestrzeń, która nagle się pojawiła — kilka dni bez grafiku, bez obowiązku bycia w określonym miejscu. Schował ręce do kieszeni. Przecież to nie będzie urlop, a czas, w którym może coś się wydarzy, albo nie wydarzy się nic.
Pierwsze wyjście było rozpoznaniem terenu. Weszli głównym wejściem i od razu tego pożałował — tłum rozmywał twarze i sylwetki. Marta szła pół kroku za nim, nie zadając pytań. Obserwowała jego, nie przestrzeń. Widziała, że patrzy ponad witrynami: na odbicia, boczne przejścia, na miejsca, gdzie można zniknąć. Usiedli w kawiarni, której nie lubił. Za jasna, za głośna, nachalna. Patrzył na mijających ich pracowników, na identyfikatory i logo, gdzie każdy mógł być każdym.
— On nie będzie się wyróżniał — powiedział nagle — Tacy ludzie zawsze wtapiają się w tło.
Drugie wyjście było kilka dni później, o innej porze. W środku dnia, kiedy galeria była prawie pusta, a ruch należał głównie do pracowników i kilku stałych bywalców. Adam od razu poczuł różnicę.
— Teraz jest lepiej. — stwierdził cicho.
Chodzili wolniej. Wyłapywał tych, którzy znają skróty i nie patrzą na mapy. Kilka razy stawał bez powodu, by sprawdzić, kto stanie obok — myśl, że Kasper już tu nie pracuje, była zbyt wygodna.
Trzeci raz poszedł sam i przy wejściu technicznym zobaczył kogoś, kto wyglądał znajomo, ale okazało się, że to nie on. Kolejne wyjście było już wspólne.
— Nie możemy chodzić losowo. Musimy to jakoś zawęzić.
— Jak? — zapytała Marta.
— Zmiany. Ludzie trzymają się rutyny. Nawet jeśli zmieniają miejsce.
Zaczęli zapisywać dni i godziny. Kiedy jest więcej pracowników, a kiedy mniej. Które sklepy rotują personel, a które nie. To było metodyczne, niemal chłodne, ale dawało poczucie kontroli, które nie było destrukcyjne.
Piąte wyjście było najdłuższe. Spędzili w galerii kilka godzin. Siedzieli w różnych miejscach, obserwowali. Marta zobaczyła, jak bardzo Adam potrafi być cierpliwy. Nie nerwowy ani napięty, a raczej skupiony. Kiedy wychodzili, odwrócił się jeszcze raz. Nie dlatego, że coś zobaczył, tylko dlatego, że poczuł, że to miejsce zaczyna go pamiętać i przestaje być anonimowy. To miało być ostatnie wyjście na dziś. Byli już przy wyjściu, kilka kroków od drzwi, kiedy Adam to zobaczył — krok. Nie sylwetkę, nie twarz, nawet nie ubranie. Sposób stawiania nóg, rytm i ten lekko przesunięty ciężar ciała, jakby zawsze był gotów skręcić w bok.
Serce Adama przyspieszyło tak gwałtownie, że aż zabolało.
— To on — powiedział, słowa ledwo wydostały się z gardła.
Marta nie zapytała „kto”. Spojrzała w tym samym kierunku i zobaczyła tylko pracownika galerii pchającego wózek. On już szedł w jego stronę, nie biegł, jeszcze nie. Szli za nim w odległości kilku metrów. Adam czuł, jak napięcie w ciele narasta z każdym krokiem.
Drzwi do łazienki. Zwolnił, jakby instynktownie próbował odsunąć moment, który i tak musiał nadejść. Marta była tuż za nim, gotowa w każdej chwili położyć mu rękę na ramieniu i wtedy chłopak się odwrócił. Adam nie zarejestrował twarzy, ale zobaczył inną łazienkę, inne kafelki, inny zapach, zamknięte drzwi i nieznośne echo. Cofnął się gwałtownie, jakby ktoś go uderzył. Krzyk wyrwał mu się z piersi, zanim zdążył go zatrzymać — pełen bólu i wściekłości. Łzy napłynęły do oczu w tej samej chwili, złość eksplodowała bez kierunku.
— Adam! — Marta chwyciła go za rękę, ale zdołał się wyrwać
— Nie! — krzyknął — Zostaw! — i wybiegł.
Ludzie odskakiwali, ktoś coś wołał, ktoś inny patrzył z niedowierzaniem. Marta próbowała biec za nim, ale zniknął między sklepami, w bocznym korytarzu, którego wcześniej nie zauważyła. Po prostu zniknął.
Przez wiele dni Marta nie wiedziała, gdzie jest. Domyślała się — był w domu. Czasem widziała jego buty pod drzwiami albo słyszała ledwo zauważalny szelest, ale w mieszkaniu było ciemno, telefon milczał, nie odpowiadał na pukanie, na wiadomości, na nic. Jakby postanowił zniknąć, nie ruszając się z miejsca. Przychodziła codziennie, siadała pod drzwiami, zostawiała jedzenie. Odchodziła z poczuciem bezsilności.
Zaczęła pytać rodziców.
— Nie widzieliście Adama? — zapytała któregoś wieczoru, udając obojętność, unosząc wzrok znad gazety.
— Od kilku dni nie — odpowiedziała — Coś się stało? — Przyglądając się Marcie uważniej, niż zwykle.
— Marto… — zaczęła powoli — Czy ty w ogóle wiesz, skąd on jest?
— Co to za pytanie?
— Normalne. Pytam, bo też się martwię. — zawahała się.
Marta westchnęła.
— To nie ma znaczenia. W sensie… nie takie.
Zamyśliła się na chwilę i dodała, nie przywiązując do tego wagi:
— Prawie miał rodzinę. Kiedyś, ale go oddali, Jak rzecz, albo gorzej, a gdyby to spotkało mnie?
W kuchni zapadła cisza. Matka powoli odłożyła gazetę.
— Oddali? — powtórzyła.
— Tak — wzruszyła ramionami Marta — Dawno, to przeszłość.
Matka już nie słuchała, poczuła, że elementy, które dotąd leżały obok siebie, nagle zaczynają do siebie pasować.
— On nie jest kimś, kto miał łatwą przeszłość.
— Wiem, ale to nie zmienia tego, kim jest teraz.
Matka patrzyła na nią długo.
— Czasem zmienia więcej, niż myślisz. — powiedziała cicho.
Tej nocy Marta znów poszła pod drzwi Adama. Siedziała w ciemności, wiedząc, że jest po drugiej stronie i słyszy jej oddech.
— Nie musisz wychodzić — powiedziała szeptem — tylko nie znikaj
Po drugiej stronie drzwi było cicho. Siedział w mroku, z kolanami podciągniętymi do piersi, z głową pełną łazienek, których nie chciał pamiętać i z myślą, która wracała jak echo:
— „Wiedziałem, że to się tak skończy.”
Marta zaczęła chodzić do galerii sama. Najpierw ostrożnie, potem coraz pewniej notowała w głowie pory dnia i detale. Wiedziała już, gdzie staje i którędy chodzi. Pojawiał się nieregularnie, zawsze tak samo zwyczajny: wózek, słuchawki, guma do żucia. Dla niego tamten dzień był tylko epizodem, szczeniacką paniką, może głupim żartem. Był zbyt zmęczony życiem, by szukać w tym znaczeń. Praca była tylko przerwą w upadku, pozwalającą udawać, że coś go jeszcze trzyma.
Obserwowała go całymi dniami. Zauważyła, że nie lubi bliskości, śmieje się nie w porę i często jest nieobecny. Napięcie rosło, ale wiedziała, że jeśli nikt z nim nie porozmawia, Adam zostanie z tym krzykiem i łazienką na zawsze. Podeszła nagle, bez planu i wstępu, kiedy stał przy automacie z kawą, oparty o ścianę, zmęczony bardziej niż czujny.
— Przepraszam. Mogę zająć chwilę?
Spojrzał na nią bez zainteresowania.
— Jeśli to ankieta, to nie. — mruknął.
— Nie. Chodzi o to co wydarzyło się kilka dni temu w łazience.
Zmarszczył brwi.
— A, to. Jakiś koleś dostał ataku. Bywa.
— Dla niego to nie był atak — powiedziała cicho — To było coś… starego.
Spojrzał na nią uważniej. Po raz pierwszy.
— Pani go zna?
— Tak i właśnie dlatego tu jestem.
Westchnął, jakby było to dla niego za dużo.
— Proszę pani. Ja nie mam z tym nic wspólnego, jeśli ktoś ma problemy, to nie moja sprawa.
Zawahała się.
— Chciałabym tylko porozmawiać. Po pracy maksymalnie pięć minut.
Roześmiał się krótko.
— Rozmowy nic nie zmieniają.
— Czasem wystarczy, że się odbędą. — odpowiedziała.
Patrzył na nią dłużej, jakby próbował oszacować, czy mu się to opłaca, oceniając poziom zagrożenia.
— Dobra. Pięć minut. I tak nie mam planów, ani dokąd iść.
Usiedli w kawiarni przy wyjściu z galerii. W miejscu, które było zbyt publiczne, żeby czuć się bezpiecznie i zbyt anonimowe, żeby ktoś zwracał uwagę. Marta czuła, jak serce bije jej szybciej.
— On się boi.
Chłopak parsknął.
— Każdy się czegoś boi.
Upił łyk kawy.
— Ja też. Co z tego?
Spojrzała na niego uważnie.
— To, że pan zapomniał, nie znaczy, że inni mogą.
Nie odpowiedział, jeszcze nie wiedział o co jej chodzi. Patrzył gdzieś obok, jakby nagle poczuł zmęczenie, którego nie dało się już zagłuszyć.
— Proszę… Jeśli to ma być jakaś terapia, to ja pasuję.
— To nie terapia. To ostrzeżenie.
Uniósł brew.
— Przed czym?
Marta wzięła głęboki oddech.
— Przed tym, że nie wszyscy zostają tam, gdzie pan ich zostawił.
To zdanie zawisło między nimi, chłopak ponownie wzruszył ramionami, jakby go to nie obchodziło, Marta widziała, że coś jednak drgnęło. Jednak to nie była, ani skrucha, ani strach.
— Długo tu pracujesz? — zapytała Marta, jakby naprawdę ją to interesowało, ale chciała rozładować napięcie.
— Wystarczająco. Zawsze „wystarczająco”
— Wiesz… Zastanawiałam się, dlaczego od razu wiedziałam, że coś jest nie tak.
Podniosła wzrok.
— Nie z tym, co się stało, a z tobą.
Zmrużył oczy.
— W jakim sensie?
— W sensie, że znam ten sposób bycia. To nie jest zmęczenie pracą, a czujność.
Parsknął krótko.
— Każdy jest czujny
— Nie. Nie każdy siedzi plecami do ściany, nie każdy odpowiada tak, żeby rozmowa się skończyła jak najszybciej
Zapadła cisza.
— My się chyba znamy. Nie osobiście, ale z tego samego miejsca.
Nie zaprzeczył od razu.
— Z ośrodka — dodała.
Westchnął ciężko i odchylił się na krześle.
— Przyszłam, bo rozpoznałam cię po tym, czego nie mówisz.
— Czytałeś o tym, co wyszło na jaw? — zapytała dopiero po chwili — O ośrodku.
— Tak.
— I…?
Zamilkł.
— W końcu ktoś to nazwał. Za późno, ale jednak.
— Ty to nazwałeś — odbiła cicho.
Spojrzał na nią, jakby sprawdzał, czy to pułapka.
— Tak. Ja.
Nie było w tym dumy, ani wstydu.
— Dlaczego?
Uśmiechnął się krzywo.
— Było mi wszystko jedno.
Po chwili dodał:
— I nie wiedziałem, że to… tak daleko zaszło.
— W jakim sensie? — zapytała.
— Jak nikt nie reaguje, to znaczy, że to norma, a potem czytasz swoje słowa i myślisz: to nie brzmi normalnie. Nawet dla mnie.
Zaczął zaciskać palce na kubku, a Marta skinęła głową.
— Mówisz o kimś konkretnym?
— Nie. O nikim konkretnym, o sobie.
Zapadła cisza. Pomyślał, że jej facet musi być słaby, skoro ona tu z nim siedzi. Nie był z tego dumny. Był po prostu zmęczony.
— On się boi… — zaczęła.
— Ale nie wszyscy uciekają, kiedy widzą łazienkę — odpowiedział cynicznie.
I po chwili zamarł. To było zdanie, które naprawdę go trafiło, a było to tym bardziej szokujące, że to on je powiedział.
— Jeśli będzie chciał ze mną porozmawiać to niech przyjdzie sam.
— Przyjdzie. Kiedy tylko będzie mógł.
Wstał.
— A ty? Po co tu przyszłaś naprawdę?
Marta spojrzała na niego uważnie.
— Żebyś wiedział, że ktoś cię pamięta, a to, co się stało, nie było „niczym” i nie powinno być „normą”.
Odszedł powoli, pchając wózek. Dokładnie tak jak wcześniej. Marta została przy stoliku z pewnością, że Adam wybiegł, bo zobaczył coś, czego nie dało się już odepchnąć.
KASPER
Nie lubił, kiedy ktoś czegoś chciał. Wolał być niewidzialny, a już na pewno nie chciał, by przeszłość wracała jako broń. Ta kobieta nie była nachalna i to było gorsze. Siedział na tarasie, a zdanie „Z tego samego miejsca” wibrowało w głowie. Wrócił zapach: tania chemia, wilgoć, cudzy pot i te okropne kafelki w czerwone plamy.
Od lat żył w krótkich odcinkach: zmiana, wypłata, noc, coś na znieczulenie. W ośrodku nauczył się szybko, że są tylko kaci i ofiary. Dorośli pytali tylko tyle, ile trzeba było zapytać, żeby móc spać spokojnie. „Wszystko w porządku?” i szli dalej. Nikt nie chciał odpowiedzi, odpowiedź była problemem.
Prawie się zaśmiał na myśl, że nie wiedział, jak daleko to zaszło. Wiedział. Artykuły i komentarze obdarły jego przeszłość z „normalności”. Wrócił pamięcią do galerii: krzyk, panika, ucieczka. Wtedy po raz pierwszy od lat poczuł nie kontrolę, a jej brak. Według niego strach nie był niczym wyjątkowym, bo każdy się bał. Wygrywał ten, kto umiał z tym żyć. Wstał i pchnął skrzypiący wózek w stronę szatni.
— Jeśli on przyjdzie, to nie będę udawał, że nic nie wiem.
Nie miał już ochoty kłamać i było to niepokojące. Kłamstwo, nawet kiepskie, dawało strukturę, a prawda zawsze tworzyła chaos. Kasper pchnął wózek dalej i przez ułamek sekundy, gdy mijał łazienki, przyszło mu do głowy, że może to miejsce nie jest najlepsze na zapominanie. Było już za późno, żeby szukać innego.
Niedługo później założył swoją skórzaną kurtkę i nie pamiętał, co działo się tej nocy.
ZDRADA
Marta przyszła do niego późnym popołudniem. Nie zapukała od razu. Stała chwilę pod drzwiami, licząc w myślach do dziesięciu, jakby to mogło coś uporządkować.
— Adam… to ja. Nie musisz otwierać. Byłam w galerii i rozmawiałam z nim, z tym chłopakiem.
Drzwi otworzyły się gwałtownie. Stał w progu, nieprzygotowany, z czerwonymi oczami. Wyglądał, jakby ktoś wyrwał go z miejsca, w którym wreszcie było cicho.
— Zwariowałaś? — powiedział ostro — Mówiłem, żebyś tam nie chodziła.
— Wiem. Dlatego przyszłam dopiero teraz.
— Zaburzasz mi spokój — syknął — Jedyną rzecz, którą jeszcze mam.
Odwrócił się i wszedł do mieszkania, poszła za nim. Było ciemno, jakby noc zaczęła się tu wcześniej, niż gdziekolwiek indziej.
— On to ujawnił. To on był tym, który opowiedział o ośrodku. Nie o tobie. O sobie.
Adam zatrzymał się.
— I co z tego? To nic nie zmienia.
— Ale on wie, co zrobił… że to zaszło za daleko.
Adam roześmiał się krótko, nerwowo.
— Nie obchodzi mnie, co on wie — powiedział i odwrócił się do niej gwałtownie.
— Rozumiesz? — ciągnął Adam, głos mu się podnosił. — Nie pytam, czemu był, jaki był. Pytam: dlaczego nikogo nie było obok, aby to powstrzymać.
Zacisnął pięści, ale nie wybuchł. W jego świecie gniew był niepraktyczny, zużywał energię, którą wolał oszczędzać. Wmówił sobie natychmiast, że to troska, a nie zdrada. Musiał w to uwierzyć — tak było bezpieczniej. Siedział już na podłodze, plecami do ściany. Mówił wolno, jakby każde zdanie musiało przecisnąć się przez zaciśnięte gardło.
— On nie był sam — powiedział nagle — Kasper.
Marta uniosła wzrok.
— Co masz na myśli?
Roześmiał się krótko i gorzko.
— Ludzie myślą, że to zawsze jest jeden potwór.
Pokręcił głową. Zapadła cisza.
— On nakręcał innych. Pokazywał, co wolno i uchodzi na sucho.
Zacisnął dłonie na kolanach.
— Potem przychodzili kolejni. Już wiedzieli, jak. Po nim było łatwiej. Bałem się wszystkiego: Korytarzy, nocy, tego, że ktoś stanie za plecami.
Marta nie przerwała, gdy on patrzył w ciemność.
— Najgorsze było to, że rano trzeba było wstać i udawać, że nic się nie stało.
— A dorośli? — zapytała cicho.
Adam uniósł głowę.
— No właśnie. Oni zawsze byli „zajęci”
To słowo zawisło w powietrzu.
— Zajęci dokumentami, innymi dziećmi. Wszystkim byle nie słuchać.
Odchylił głowę do tyłu.
— Pytali tylko tyle, ile trzeba było zapytać, żeby móc iść dalej.
Uśmiechnął się krzywo, oddychając ciężko.
— Teraz patrzę na to mieszkanie inaczej, na tę pomoc, którą dostałem. Bez kolejek, bez decyzji „do odbioru za 2 tygodnie”. Bez ciszy po drugiej stronie. Po prostu: proszę, weź i idź dalej. Myślę, że to była „łapówka”.
Marta zesztywniała.
— Łapówka?
— Tak. Żeby zapomnieć, nie wracać i nigdy nie zadawać pytań.
— Dali mi klucze, pieniądze, papier, że „radzę sobie sam”, a w zamian chcieli tylko żebym przestał istnieć w ich historii.
Zacisnął szczękę. Marta poczuła, jak ściska ją w gardle.
— I Kasper… — zaczęła.
— On był częścią tego samego układu. Nie systemem. Narzędziem. Dlatego nie chcę go pytać „dlaczego był taki”. Chcę zapytać, dlaczego wszyscy inni byli tacy sami, dlaczego zawsze byli nieobecni dokładnie wtedy, kiedy najbardziej ich potrzebowałem.
Marta nie próbowała go uspokajać.
— Masz prawo być wściekły.
— Nie chcę zemsty. Chcę, żeby ktoś w końcu powiedział: „Wiedzieliśmy i nic nie zrobiliśmy”. Dopóki nikt tego nie powie to oni wszyscy, dalej są „zajęci”.
— Nie chcę, żebyś z nim rozmawiał.
Spojrzał na nią, ale nie ustąpiła.
— Naprawdę. Nie chcę.
Zawahała się.
— Jeśli miałbyś to zrobić dlatego, że ja tak Ci radzę… to byłoby dokładnie to samo, co wtedy.
— To po co w ogóle tu jesteś?
— Żebyś wiedział, że masz wybór, nikt ci go nie zabierze. Nawet ja.
Zapadła cisza.
— Wiesz, czego oni cię nauczyli? — zapytała — że rozmowa zawsze kończy się bólem.
Położyła dłonie na podłodze.
— Ja nie chcę być kolejną osobą, która decyduje, czy masz ją odbyć.
Adam odwrócił wzrok.
— Nie chcę go słuchać. Nie chcę jego wersji. Jego „nie wiedziałem”
— Nie musisz. Możesz pójść i nic nie powiedzieć, wyjść w połowie, albo powiedzieć tylko jedno zdanie.
— Jakie?
— Takie, którego nikt ci nigdy nie pozwolił zadać i wyjść, zanim ktoś spróbuje je zagłuszyć.
— A jeśli mnie to bardziej rozbije? — zapytał cicho.
— To się stanie tylko wtedy, jeśli zrobisz to dla kogoś innego, a nie dla siebie.
Pierwszy raz sam złapał Martę za rękę.
— A jeśli pójdę i nic się nie zmieni?
— To będziesz wiedział, że to ty podjąłeś decyzję i nikt już nie może powiedzieć, że „był zajęty”.
— Chcę tylko zapytać, czy pamięta.
Skinęła głową.
— To wystarczy.
Odsunęła się na tyle, żeby mógł zdecydować sam.
ROZLICZENIE
Siedział w ciszy i myślał, że całe życie inni decydowali, kiedy ma głos. Dlatego kiedy podjął decyzję, nie bał się rozmowy. Bał się, że nic nie poczuje, a to byłoby gorsze niż strach.
Spotkali się pod galerią. Marta szła obok i milczała. Kasper czekał przy wyjściu technicznym. Skórzana kurtka, papieros. Wyglądał gorzej, niż go zapamiętał — był chudszy, jak zużyty mechanizm.
— To on? — zapytał Kasper, patrząc na Martę.
Spojrzał na Kaspra. Widział kogoś, kto więcej przegrał.
— Nie będę tu długo — powiedział Adam.
— Jasne — wzruszył ramionami Kasper — I tak zaraz mam zmianę.
— Wiesz — odezwał się Kasper, jakby kontynuował rozmowę sprzed tygodnia — Ja tylko… przejąłem ster.
Poczuł, jak coś mu się zaciska w sercu.
— Chciałem kontroli. Tylko tyle. Jak masz kontrolę, to się nie boisz wszystkiego naraz.
— A ja? — zapytał Adam cicho
Kasper spojrzał na niego po raz pierwszy naprawdę.
— Ty byłeś po drodze… Jak wielu.
Marta zesztywniała, chciała coś powiedzieć, ale Adam podniósł rękę.
— Wiesz, kim jestem teraz? — ciągnął Kasper
— Alkoholikiem, ćpunem, hazardzistą.
Zaśmiał się krótko.
— Idealny produkt uboczny.
— A opiekunka? — nie interesowało go to, chciał konkretów.
Kasper zamilkł na moment.
— Wiem, gdzie mieszkała. Widywałem ją.
Spojrzał gdzieś w bok.
— Planowałem jej zabójstwo. Wiele razy.
Marta wstrzymała oddech.
— Za to, że nigdy nie pomogła. Widziała i nic nie zrobiła.
Wzruszył ramionami.
— Potem pomyślałem, że już i tak wygrała. Zrobiła ze mnie to, co widać.
Zapadła cisza.
— To wszystko? — zapytał Adam.
— Tak. — odpowiedział Kasper.
Adam odwrócił się, Marta ruszyła za nim. Przeszli kilka kroków, kiedy Adam zatrzymał się nagle i podszedł z powrotem.
— Jaki był adres?
Kasper spojrzał na niego zaskoczony, zamyślił się, potem podał ulicę i numer budynku.
— I co teraz? — zapytał Kasper, z cieniem czegoś, co mogło być nadzieją.
Adam spojrzał na niego chłodno.
— Nic. To i tak nic nie zmienia.
Odwrócił się i odszedł. Kiedy byli już daleko, Marta zapytała cicho
— Cieszysz się?
Nie odpowiedział od razu.
— Tak.
Po chwili dodał:
— Cieszę się, że spadł na dno, że wie, kim jest i co zrobił. To mu się należało. Nawet jeśli to niczego nie naprawia.
Szli w milczeniu. To nie było zwycięstwo, ale Adam nie wrócił słabszy i tyle musiało wystarczyć. Poszli pod adres od Kaspra bez planu, zobaczyli zwykłą, boczną ulicę, na której nikt nie staje bez powodu. Kamienica była wciśnięta i zmęczona, z tynkiem odpadającym płatami. Nie wyglądała ani groźnie, ani ważnie. Była niczym. Paliło się tylko jedno światło na trzecim piętrze.
— Myślałem, że poczuję coś konkretnego.
Adam patrzył na to jedno zapalone światło, chwilę potem podeszli bliżej. Spojrzał na bramę starą, metalową, z domofonem, w którym część nazwisk była wydrapana, część zaklejona taśmą, a przyciski starte, jakby ktoś przez lata naciskał je bez przekonania lub jakby historia w tym miejscu nieustannie się zmieniała.
— Co teraz? — zapytała cicho Marta.
Nie odpowiedział od razu.
— Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
— Może tam nikogo nie ma — rzuciła Marta. — Może to ktoś inny.
— Całe życie słyszałem „może” — uciął, znacznie ostrzej niż planował.
Znów zapadła cisza, w której nie było napięcia przed konfrontacją. Była pustka po wszystkim, co już zostało powiedziane i zrobione. Jakby to miejsce nie było początkiem, tylko sprawdzeniem, czy jeszcze chcą iść dalej.
— Wiesz, co jest najgorsze? — zapytał.
— Nawet jeśli zapukam, jeśli ktoś otworzy… Tu nie ma żadnej właściwej reakcji.
Marta spojrzała na niego.
— Ale będzie twoja.
Zrobili krok w stronę bramy, potem jeszcze jeden i zatrzymali się. Adam zrozumiał, że pukanie do drzwi nie przyniesie odpowiedzi, której szukał. Odwrócił się. To była jego reakcja.
Wrócili osobno. Bez gestów, po prostu każdy poszedł do swoich spraw, żeby je „zaliczyć”. Marta uciekła w naukę, Adam w pracę. Rutyna była ramą, która trzymała go w pionie, ale nie chroniła przed jednym zdaniem Kaspra — „Byłeś po drodze”.
To bolało najbardziej. Zrozumiał, że jego koszmar nie był nieunikniony. Gdyby wtedy go zabrali, ominąłby korytarz, łazienkę i lekcje znikania. Byli o jedną decyzję od uratowania go od tego wszystkiego.
U Marty bywał rzadziej. Uprzejmość jej rodziców stała się nie do zniesienia. Matka patrzyła na niego ukradkiem, jakby sprawdzała zgodność z dawnym obrazem, a ojciec żartował, by zagłuszyć ciszę. Nie byli źli, byli ostrożni jak zawsze. Matka poprawiła filiżankę, choć stała równo.
— Studiujesz coś, z czego da się… poukładać przyszłość?
Spojrzał na nią spokojnie.
— Wszystko da się poukładać. Pytanie tylko, co się z tego układa.
Na moment przestała się uśmiechać, tylko na moment. To wystarczyło.
Wracając do domu, pomyślał, że właśnie tak wygląda życie z niedokończoną decyzją. Nikt nie wraca do punktu wyjścia, ale też nikt nie idzie dalej bez napięcia, a wszystko dzieje się obok. Czasem, siedząc sam w mieszkaniu, wracał myślą do kamienicy, do jednego zapalonego światła, do tego, że nie zapukali, ale nie żałował. Doszedł do wniosku, że nie wszystko, co się nie wydarzyło, jest stratą.
WSZYSTKO W PORZĄDKU
Przy następnej wizycie po wspólnej grze w scrabble Marta wyszła z domu szybciej niż zwykle.
— Jedziemy tylko po kilka rzeczy — rzuciła w progu, już wkładając buty — Wrócimy za godzinę.
Ojciec skinął głową, sięgając po klucze, a drzwi zamknęły się cicho. Zostali sami. Matka Marty nalała herbaty, robiła to spokojnie, dokładnie, jakby to była czynność wymagająca pełnej koncentracji. Postawiła i poprawiła filiżanki na stole, usiadła naprzeciwko i przez chwilę milczała.
— Mogę zapytać wprost?
— O co dokładnie? — zapytał.
— Dlaczego nic nie powiedziałeś?
— O to, co wiesz i co czujesz. — Nie udawała, że pyta o coś innego. Zawahała się.
— Może to głupie, ale mam wrażenie, że znamy się bardziej, niż oboje chcemy przyznać.
Spuścił wzrok.
— Nie sądzę. Raczej… mijamy się w tym samym miejscu.
— I to mnie właśnie niepokoi.
Przez chwilę obracała filiżankę w dłoniach, jakby szukała odpowiedniego punktu ciężkości.
— Wiesz, co jest trudne w takich sytuacjach? To, że człowiek nie wie, czy milczenie jest uprzejmością, czy strategią.
— To nie jest strategia. To granica, której budowania mnie nauczyliście.
Skinęła głową, jakby przyjęła to do wiadomości, ale nie zakończyło to rozmowy.
— A Marta? Gdzie w tym wszystkim jest Marta?
— Tam, gdzie chce być i tam, gdzie ja nie chcę jej wciągać.
Spojrzała na niego uważnie, po czym zadała jego zdaniem irracjonalne pytanie, choć ono wisiało w powietrzu od początku tej rozmowy:
— Czy to zemsta?
— Na kim? — zapytał.
— Na nas, a może na mnie? Na decyzję, której nie podjęliśmy?
— Nie. Gdyby to była zemsta, byłaby prostsza.
Zastanowił się chwilę.
— Ja niczego od was nie chcę ani od Marty, jedyne czego chce to, aby nikt nie udawał, że nic się nie stało.
Otworzyła oczy.
— I mimo to tu jesteś.
— Nie potrafię być gdzie indziej. Jeszcze.
Patrzyli na siebie przez chwilę. Bez wrogości, bez ciepła z tą rzadką szczerością, która nie próbuje się obronić.
— Dobrze. To pozwól mi zapytać o jeszcze jedną rzecz.
Położyła dłonie płasko na stole.
— Jeśli nie zemsta… to co?
— Sprawdzenie, czy… — Zaczął odpowiadać bez wahania
Drzwi wejściowe otworzyły się gwałtownie. Głos Marty dotarł z przedpokoju.
— Wracamy!
Matka wstała, jakby rozmowa nigdy się nie wydarzyła, Adam stanął za nią. Kiedy Marta weszła do kuchni, spojrzała na nich uważnie.
— Wszystko w porządku? — zapytała.
— Tak. Tylko Rozmawialiśmy.
„Wszystko w porządku?” — To pytanie zabrzmiało w jego głowie dokładnie tak samo jak setki wcześniejszych. Nie jako troska, czy zamknięcie. Klątwa. Pytanie, na które nie wolno odpowiedzieć inaczej. Nie zatrzymał się. Wyszedł, zanim Marta zdążyła dodać cokolwiek więcej, a w kuchni zapadła cisza. Matka stała przy blacie jeszcze kilka sekund, trzymając w dłoniach siatkę z zakupami, jakby nagle zapomniała, co miała z nią zrobić. Potem powoli ją odstawiła, oparła się o blat i ciężko oddychała.
— Mamo? Co się stało?
Nie odpowiedziała od razu. Przeszła kilka kroków w stronę salonu, zatrzymała się, zawróciła. Jakby nie potrafiła zdecydować, gdzie powinna być.
— Nic… — powiedziała, ale głos jej się załamał przy pierwszej sylabie.
Marta podeszła bliżej.
— To nie było „nic”.
Matka podniosła na nią wzrok. Oczy miała wilgotne, zbyt jasne.
— Muszę… Muszę porozmawiać z tatą.
Nie czekała na odpowiedź. Przeszła do drugiego pokoju, zamykając za sobą drzwi szybciej, niż było to konieczne. Ojciec Marty siedział przy stole, przeglądając paragon.
— Wyglądasz, jakbyś właśnie zobaczyła ducha — zapytał, podnosząc głowę.
— On wie — powiedziała, siadając powoli naprzeciw męża.
— Kto? — zapytał, choć już wiedział.
— Adam
— Ja też wiem, a co gorsza wiem, że Ty wiesz od początku.
Ojciec westchnął.
— Przecież to było dawno.
— Właśnie — odpowiedziała — Myślałam, że to minęło, że skoro nic nie powiedzieliśmy, to… nic się nie stało.
— Zrobiliśmy, co mogliśmy — odparł automatycznie.
Spojrzała na niego gwałtownie.
— Nie. Zrobiliśmy tyle, ile mogliśmy unieść.
— On nie przyszedł tu po zemstę i nie wiem, co o tym myśleć.
Ojciec zmarszczył brwi.
— Co powiedział?
— Że niczego od nas nie chce. — Otarła oczy, zirytowana własnymi łzami.
— A ty? — zapytał — Co myślisz?
Oparła czoło o dłoń.
— Myślę, że przez lata uspokajałam siebie pytaniem „wszystko w porządku?”
Uśmiechnęła się gorzko.
— A on nauczył się na nie odpowiadać.
Za drzwiami Marta stała bez ruchu. Słyszała tylko fragmenty, wystarczająco dużo, żeby zrozumieć, że rozmowa, dotyczyła tego, co nigdy nie zostało przeżyte do końca. Te myśli przerwały kolejne słowa, a Marta już miała łzy w oczach.
— Nie umieliśmy go kochać albo… znudziliśmy się. Sama nie wiem, co jest gorsze.
Marta poczuła, jak coś w niej zastyga.
— Przestań. To nieprawda.
— To jest prawda. Tylko taka, której nie chcemy pamiętać.
— Zrobiliśmy to, co musieliśmy i dobrze o tym wiesz.
— Wiem, co sobie powtarzamy, ale on był dzieckiem, które…
— I właśnie dlatego nie zaczynaj mówić tych bzdur — Głos mu stwardniał.
— Wiesz, dlaczego to się skończyło. Wiesz, kto poprosił o ograniczenie kontaktu.
Matka nie odpowiedziała od razu.
— I wiemy dlaczego. On nie musi wiedzieć — dodał.
Te słowa uderzyły ją fizycznie. „On nie musi wiedzieć”. Jakby istniała wersja świata, w której niewiedza jest ochroną, a milczenie nie jest decyzją.
Nagle wszystko ułożyło się w przerażająco spójny obraz: dwa lata, odrzucenie, ograniczenie kontaktu, ktoś trzeci. Zrozumiała, że jego chłód był wyćwiczoną ciszą, a dystans — echem decyzji, których nigdy mu nie wyjaśniono.
Wróciła cicho do kuchni. Usiadła przy stole, który nagle wydał się obcy. W głowie huczało jej jedno, niewypowiedziane zdanie, od którego nie mogła się opędzić:
— Nie chodziło o to, że go nie chcieli. Chodziło o to, że ktoś uznał, że tak będzie lepiej, a oni na to przystali „dla jego dobra”, ale tak naprawdę dla swojego.
Mogła wyjść, nikt by nie zauważył. Była dla nich powietrzem. Głosy z gabinetu wdzierały się do kuchni. Matka nigdy tak nie płakała, ale to wyrachowany spokój ojca przerażał bardziej.
— Odrzuciliśmy go. Nie mów mi, że nie. Nie umieliśmy go kochać tak, jak trzeba, a potem… chyba nam się znudziło udawanie, że damy radę. — wykrzyknęła Matka.
Marta poczuła, jak znów po chwili uspokojenia, robi jej się zimno.
— To nieprawda — przerwał ojciec i westchnął ciężko.
Szum odsuwanego krzesła sprawił, że drgnęła. Odwróciła się plecami do gabinetu, chwytając cokolwiek ze stołu, byle zająć ręce. Matka weszła chwilę później. Zamarła, gdy ją zobaczyła.
— Marta… — zaczęła z przerażeniem, że rozmowa miała świadka.
— Mamo, powiedz mi prawdę.
Marta odwróciła się powoli i z każdą sekundą jej mama wyglądała jakby sztywniała w oczach.
— Dlaczego mi nie powiedzieliście, że Adam był u nas dwa lata?
Cisza.
— Dlaczego — powtórzyła Marta — I dlaczego ktoś poprosił was o ograniczenie kontaktu?
Matka usiadła ciężko na krześle.
— Nie wszystko jest takie, jak myślisz — powiedziała cicho.
— Właśnie zaczynam myśleć i nie podoba mi się to, co z tego wychodzi.
— Myśleliśmy, że tak będzie lepiej — wyszeptała, zakrywając twarz dłońmi.
— Dla kogo? — zapytała Marta.
Nie uzyskała odpowiedzi, ale nie zamierza udawać, że wszystko jest w porządku.
Drzwi zamknęły się cicho, ostatecznie odcinając go od spokoju. Ruszył przed siebie, a każdy krok był atakiem. Kopał puszki, przewrócił kosz — metaliczny hałas był jedynym głosem, na jaki było go stać. Ludzie uciekali na drugą stronę ulicy, widząc w nim coś, co go samego przerażało.
Myślał o tym nieszczęsnym „po drodze” i czuł, jak zmienia się w niszczycielską siłę. Uderzył pięścią w mur. Raz. Drugi. Krew na knykciach piekła, ale ból był zbyt słaby, by zagłuszyć strach, że właśnie traci kontrolę.
W tym samym czasie Marta próbowała dowiedzieć się tego, co wiedzą tylko oni.
— Czy wy zdawaliście sobie sprawę, co może się z nim dziać, kiedy przestaliście przyjeżdżać?
Matka spuściła wzrok.
— Baliśmy się.
Marta poczuła, jak coś w niej pęka.
— On całe życie myśli, że to z nim było coś nie tak, a wy pozwoliliście mu w to wierzyć
Adam szedł kilka ulic dalej, z rozbitą dłonią i pustką w głowie, gdy wrócił do siebie — padł na łóżko. Nie pamiętał drogi, klucze wrzucił do miski w przedpokoju, kurtkę zostawił na podłodze.
W domu Marty światło w kuchni wciąż się paliło.
— Dlaczego — zapytała Marta po raz kolejny, już bez żadnej ostrożności — dlaczego ktoś kazał przestać go kochać?
— To nie było tak, że ktoś przyszedł i powiedział: „zostawcie go”. To przyszło stopniowo.
Zawahała się.
— Opiekunka… zmieniła zdanie. Powiedziała, że dowiedziała się czegoś o jego rodzinie.
— Co dokładnie? — zapytała Marta
— Że może ktoś się pojawić i zacznie go szukać, mogą być problemy prawne.
Po chwili dodała:
— mogliśmy zostać w to wciągnięci.
— Wam to wystarczyło? — ucięła gorzko Marta.
— Baliśmy się. — odezwał się ojciec, wychodząc zza ściany — Nie samego chłopca, a chaosu. Tego, że to nie będzie proste, czyste, przewidywalne.
— Czyli baliście się życia. — odpowiedziała.
— Próbowaliśmy to ignorować. Ten drugi rok. Mówiliśmy sobie, że opiekunka przesadza, że nikt się nie odezwie.
Uśmiechnęła się krzywo.
— Mimo to każda wizyta była podszyta strachem i wtedy poproszono nas wprost. „Dla dobra dziecka”, że lepiej nie mieszać mu w głowie.
— Czyli zniknęliście. Po prostu. Nie daliście mu żadnej szansy i uwierzylibyście w każdą wersję, byle nie tę, że dziecku dzieje się krzywda. — powiedziała, wstając gwałtownie.
— To nie było takie czarno-białe — próbował ojciec.
— Dla niego było. Dokładnie takie.
Chodziła po kuchni, nie mogąc ustać w miejscu.
— A potem adoptowaliście mnie. Prawda?
Matka spuściła wzrok.
— Bo byłam „bezpieczniejsza”? Bez historii, która mogłaby wrócić?
Nikt nie odpowiedział.
— Ja teraz nie wiem, co mam czuć — powiedziała ciszej.
Matka podniosła na nią zapłakane oczy.
— Zakochałam się w nim! — wykrzyczała Marta.
Po chwili dodała:
— Teraz czuję się tak, jakby to był mój brat. To jest wasza odpowiedzialność. Nie moja i nie jego.
Spojrzała na nich ostro.
— Najpierw zabraliście mu rodzinę, a teraz zostawiliście mnie z czymś, czego nie potrafię nazwać.
Ojciec odwrócił wzrok, a matka znów się rozpłakała.
— Nie wiem, czy potrafię wam to wybaczyć.
Wzięła bluzę z oparcia krzesła.
— I nie wiem, jak mam mu to powiedzieć.
— Marta… — zaczęła matka.
— Nie! Teraz ja potrzebuję przestrzeni.
Wyszła, zostawiając ich w kuchni. Szła długo, ale zatrzymała się pod blokiem Adama. Zrozumiała, że on jest tak samo rozbity jak ona. Jeśli teraz zapuka, wpadnie w środek czegoś, czego nie uniosą żadne słowa. Wyjęła telefon, patrzyła chwilę na pusty ekran i w końcu napisała:
— „Wiem, że nie jest w porządku, ale będzie. Spróbujmy zrobić tak, aby tak było.”
Nie dopisała nic więcej. Wysłała i schowała telefon, jakby bała się, że jeśli spojrzy jeszcze raz, zmieni zdanie. Ruszyła w stronę galerii, ale zatrzymała się wpół kroku.
Niebieskie światła pulsowały na szybach sklepów, zmieniając ulicę w niemą scenę zbrodni. Taśmy, radiowozy i tłum, który zawsze zbiera się tam, gdzie cudze nieszczęście staje się darmowym widowiskiem. Słowa docierały do niej strzępami: „z dachu”, „skoczył”, „nie żyje”. Potem skrzeczący głos z policyjnego radia podał rysopis. Pasował idealnie.
Marta poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Stała, patrząc na migające koguty, gdy telefon w jej dłoni zaczął wibrować. Ekran świecił od powiadomień. „Zadzwoń”, „Gdzie jesteś?”, „Proszę”. Nie odpisała. Ruszyła biegiem w stronę mieszkania Adama. Bała się nie tego, co właśnie zobaczyła pod galerią, ale tego, co może znaleźć u niego.
Drzwi do jego mieszkania były uchylone. Zatrzymała się w progu, nasłuchując, ale w środku panowała cisza. Weszła powoli. Światło w przedpokoju było zgaszone, w salonie też. Dopiero w sypialni zobaczyła go leżącego na łóżku. Spał i oddychał ciężko jak po długim biegu. Ręce miał wysunięte spod kołdry, kłykcie obdarte, opuchnięte, krew na skórze. Poczuła, jak ściska ją w gardle. Nie obudziła go, ale przyniosła z łazienki wilgotny ręcznik, delikatnie przetarła mu dłonie. Skrzywił się przez sen, ale się nie obudził. Przykryła go kocem, poprawiła poduszkę. Przez chwilę stała nad nim bez ruchu, jakby sprawdzała, czy naprawdę jest tu, a nie gdzieś indziej. Myśli krążyły bez ładu. Galeria, niebieskie światła, plotki, dach, rodzice. Adam jako dziecko i Adam teraz. Wszystko mieszało się w jedno, bez początku i końca. Zasnęła.
Marta spała na podłodze, skulona pod kurtką. Patrzył na nią zdezorientowany. W głowie miał pustkę, w dłoniach palący ból. Usiadł ostrożnie i spojrzał na swoje ręce. Pamiętał tylko fragmenty: mur, metal, dźwięk przewracanego kosza. Reszta zniknęła.
— Dlaczego ona tu jest? — pomyślał, a zaraz potem:
— Dobrze, że jest.
Nie obudził jej. Poszedł do kuchni, nalał sobie wody i przygotowywał śniadanie. Myśli wracały powoli, jakby sprawdzały, czy mogą. Wiedział, że coś się wydarzyło, ale nie był pewien, czy to sen, czy jawa. W tym samym czasie rodzice Marty siedzieli w salonie i pojawiła się panika.
— Nie odbierają.
— Daj im chwilę — odpowiedział ojciec.
— Chwilę? Ty nie wiesz, co się może wydarzyć.
Zawahała się.
— Ten chłopak… on przyciąga kłopoty. Całe to zamieszanie, ośrodek, a teraz to.
— Słyszysz siebie? — zapytał ojciec spokojnie.
— Boję się i myślę, że byłoby lepiej, gdyby zniknął z jej życia.
Spojrzała na niego ostro, a ojciec milczał chwilę.
— Wiesz, co właśnie proponujesz? — zapytał.
— Chcę ich chronić.
— Nie. Chcesz, żeby nam było prościej i zrobić dokładnie to samo, co wtedy.
Oparł łokcie na kolanach, a matka odwróciła wzrok.
— Jeśli teraz zaczniemy, decydować za nich to znów uznamy, że wiemy lepiej i ponownie ktoś zostanie z niczym, ale tym kimś tym razem będzie Marta.
— A jeśli coś się stanie? — odpowiedziała,
— To się stanie tak czy inaczej. Przynajmniej nie będziemy tymi, którzy pchnęli ich w to i nie będziemy winni.
Adam stał w kuchni, trzymając szklankę wody. Spojrzał w stronę salonu, gdzie Marta spała na podłodze. Zorientował się, że nie pamięta, gdzie był po wyjściu od Marty. Nie „słabo pamięta”, nie „ma luki”, po prostu nie wie. Pamiętał urywki. Czyjś cień cofający się na drugą stronę ulicy, ale ciągłości nie było, a wszystko poza wstępem i zakończeniem zniknęło. Odwrócił się w stronę przedpokoju, na krześle wisiała skórzana kurtka. Nie jego: czarna, cięższa, inny krój. Zatrzymał na niej wzrok dłużej, niż było to potrzebne, w tym samym czasie Marta poruszyła się na podłodze i otworzyła oczy, kierując je instynktownie w jego stronę.
— Hej — powiedział cicho.
Podniosła się powoli.
— Spałaś tu? — zapytał, jakby nie było to oczywiste.
— Tak.
— Ta kurtka… To twoja? — Wskazał głową, nieelegancko, ale instynktownie.
Pokręciła głową.
— Nie. Poznawała ją, ale nie chciała dopuścić do siebie myśli, która przyszła wraz z odpowiedzią.
— To czyja? — Zmrużył oczy.
— Jak przyszłam, już tu była. — Uznała, że to nie jest, ani prawda, ani kłamstwo.
— Ja… nie pamiętam, gdzie byłem.
Nie brzmiało to jak wyznanie. Raczej jak stwierdzenie faktu, Marta spojrzała na niego uważnie, ale nic nie powiedziała.
— Pamiętam, że wyszedłem… Potem mam niejasne obrazy, lecz nie miejsca.
Spojrzał znów na kurtkę.
— Więc skąd ona się tu wzięła? Przecież to nie mój styl!
Milczała i właśnie dlatego nie dawało mu to spokoju. W jego głowie pojawiła się myśl tak absurdalna, że przez chwilę chciał ją odrzucić. Przecież nie poszedłem do galerii, aby kupić kurtkę. Zbyt daleko, bez sensu i nie miał powodu. Marta wzięła głęboki oddech. Widziała, że Adam już wie. Nie fakty, nie ciąg zdarzeń, ale ciężar, który nie bierze się znikąd. Tego nie dało się obejść, ani złagodzić.
— Muszę ci coś powiedzieć.
Podniósł na nią wzrok. Twarz miał napiętą, ale nie zaskoczoną.
— W galerii… Była policja, karetki, straż pożarna.
Nie odezwał się.
— Pracownik spadł z dachu, inni mówili, że się z niego rzucił.
— Kiedy?
— Wczoraj wieczorem. Niedługo po tym, jak wyszedłeś.
Milczał. Wpatrywał się w podłogę, jakby sprawdzał, czy jest stabilna. Po chwili dodała ciszej, Adam zamknął oczy. Nie widział twarzy, widział ruch, krok, odwrócenie, łazienkę.
— Dlaczego mi to mówisz teraz? — zapytał.
— Patrzysz na tę kurtkę i boisz się tego, czego nie pamiętasz i to dotyczy ciebie, nawet jeśli tam nie byłeś.
— A byłem?
— Nie wiem. Wiem tylko, że kiedy przyszłam, spałeś.
Adam skinął głową, ale to nie przyniosło ulgi.
— Czy to był… Kasper?
Marta nie udawała.
— Prawdopodobnie tak.
Zapadła cisza, a on wstał powoli. Przeszedł kilka kroków po kuchni, jakby sprawdzał, czy jeszcze panuje nad ciałem. Jajecznica wystygła i zdecydował, że nie będą jej jeść.
— Cokolwiek się stało, to nie była ani Twoja wina, ani decyzja.
Adam roześmiał się krótko, bez radości.
— Wina nie potrzebuje decyzji. Czasem wystarczy, że ktoś wróci w złe miejsce, o złej porze.
Usiadł ciężko na krześle, a Marta wstała i stanęła obok.
— To, co się stało w galerii, nie jest twoją historią.
Położyła dłoń obok niego, a on spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem.
— Ja już nie chcę być „po drodze”. Nawet w cudzej śmierci.
Zobaczył w wyobraźni dach, światła, policję i coś, co nie było obrazem, tylko ciężarem w klatce piersiowej.
— Mam wrażenie, jakbym był blisko czegoś bardzo złego… i nie pamiętał, czy w tym uczestniczyłem, czy tylko stałem obok.
Marta przyklękła przed nim.
— Nic nie zrobiłeś.
— Skąd wiesz, skoro ja sam nie wiem?
Nie odpowiedziała. W tej ciszy poczuł, że coś mocno zgrzyta mu w głowie, że ta luka w pamięci nie jest przypadkowa. To nie jest zmęczenie po ciężkiej nocy. Spojrzał jeszcze raz na obcą kurtkę.
— Ja tam nie poszedłem — powiedział, bardziej do siebie niż do niej. Po chwili dodał ciszej — …prawda?
Marta nie zaprzeczyła od razu, a to wystarczyło, żeby ta absurdalna myśl przestała być absurdalna. Na uczelnię wrócili tak, jak wraca się do rzeczy, które nie pytają. Siedział na zajęciach i robił to, co należało zrobić. Świat nie czekał, więc on też nie mógł.
Zrozumiał to kilka dni później. Zakochał się wbrew sobie. To nie były wielkie plany, tylko cisza rozpięta między spojrzeniami. Byli blisko, ale obok siebie, dotyk był rzadki, bo każde muśnięcie ważyło zbyt wiele. To był biały związek z nadmiaru znaczeń. Marta przestała go naprawiać. Po prostu była, a on coraz częściej czuł, że to wystarcza. Jej rodzice widzieli wszystko, udając, że nie widzą nic. Ojciec zmieniał temat, jakby nienazwane nie istniało. Sugestie matki były jednak jasne.
— Może powinnaś to zakończyć dla własnego spokoju. — rzuciła kiedyś niby mimochodem, bez odrobiny taktu.
Wiedział, że ta relacja nie ma przyszłości. Wiedzieli zbyt dużo, by się dotknąć i zbyt mało, by się rozstać. To nie była miłość, tylko zawieszenie, które zaszło jednak za daleko, by być niczym. Rutyna następnego dnia była kłamstwem. Marta musiała to zrzucić, bo ciszy nie dało się już rozciągać. Przyszła wieczorem bez zapowiedzi. Otworzył drzwi i od razu zobaczył, że coś jest inaczej.
— Muszę ci coś powiedzieć. — Rzuciła, zanim zdążył zapytać, czy wejdzie.
Skinął głową i odsunął się, robiąc jej miejsce. Usiedli naprzeciwko siebie, jak zawsze. Za blisko, żeby było obojętne, za daleko, żeby było intymnie.
— Rozmawiałam z rodzicami. Tak naprawdę. Nie tymi zdaniami, które nic nie znaczą.
Adam nie przerwał.
— Kiedy byłeś u nas… te dwa lata oni nie zrezygnowali z ciebie dlatego, że „tak wyszło”… Ktoś z ośrodka poprosił ich, żeby ograniczyli kontakt. Najpierw sugestie, a potem wprost.
Cisza.
— Powiedziano im, że twoja rodzina może się odezwać, że mogą być problemy. Nachodzenie, prawne rzeczy, chaos. Próbowali to ignorować przez jakiś czas, ten drugi rok.
Dalej milczał. Nie patrzył na nią, co było gorsze niż krzyk.
— Oni… myśleli, że to „dla dobra dziecka”, że lepiej nie mieszać.
Uśmiechnął się krótko.
— Zawsze dla dobra dziecka.
Marta wciągnęła powietrze.
— Jest jeszcze coś i to jest najtrudniejsze.
Podniósł na nią wzrok.
— Mama powiedziała, że opiekunka bała się twojej rodziny, że coś wiedziała i dlatego nalegała, żeby odpuścili.
Spojrzał na nią uważnie.
— To nie jest o twoich rodzicach ani o opiekunce. To historia o tym, że wystarczył czyjś strach, żebym przestał być czyjąkolwiek sprawą.
Marta nie potrafiła nic powiedzieć.
— Dziękuję, że mi to powiedziałaś. Naprawdę.
Najgorsze, że nie krzyczał. Siedział naprzeciwko, a cisza między nimi nagle przestała być wspólna. Zrozumiała, że prawda nie zawsze rozdziela od razu. Czasem działa z opóźnieniem. Adam wstał tak gwałtownie, że krzesło zgrzytnęło o podłogę, aż drgnęła.
— Zostań! — powiedział szybko, jakby bał się, że jeśli zwolni, to nie powie tego wcale — Proszę.
Zatrzymał się w pół kroku.
— I… nie czekaj dziś z kolacją — domyślił się, że zapyta, czy może zostać na noc, postanowił ją uprzedzić.
— Adam…
— Nie dziś. Muszę coś sprawdzić.
Nie czekał na odpowiedź. Drzwi zamknęły się za nim zbyt głośno, zbyt ostatecznie.
BOGUSIA
Jechał długo, choć trasa była prosta. Kamienica stała na miejscu, stara, z jednym upartym światłem w oknie. Zaparkował byle jak, nie zamykając auta. Wbiegł na trzecie piętro, bo wiedział, że jeśli zwolni, to zawróci. Zatrzymał się dopiero przed drzwiami z matową szybą i tabliczką z nazwiskiem. Zapukał. Zamek zgrzytnął z oporem. Otworzył mu starszy, zgarbiony mężczyzna w znoszonym swetrze. Patrzył na Adama, jakby szukał w nim kogoś innego.
— Nazywam się Adam. Nie chcę robić problemów, chciałbym porozmawiać o Pani Bogusi. Jeśli to możliwe.
Mężczyzna milczał przez długą chwilę, potem uchylił drzwi.
— Proszę wejść. Skoro pan zna jej imię, to chyba nie przyszedł pan z ciekawości.
W mieszkaniu było cicho. Zapach herbaty, starych mebli i czegoś jeszcze, jakby mieszkanie długo nie było wietrzone.
— Tak — powiedział, siadając — Bogusia była moją żoną. — wyprzedził pytanie.
Adam skinął głową.
— Pracowała w ośrodku? — zapytał ostrożnie
— Z dziećmi w miejscach, gdzie potrzebowały pomocy. Najlepsza kobieta, jaką znałem przez 60 lat mojego życia.
— Wiem, że… potem były oskarżenia.
Twarz starszego pana stwardniała, machnął ręką.
— Nikt nie chciał słuchać, nie chciał wiedzieć, jak było naprawdę. Zniszczyli ją, a potem zostawili samą.
— Dlaczego pan myśli, że ktoś to zrobił?
Starszy pan westchnął ciężko.
— Tak było wygodniej. Lepiej było uwierzyć w najgorsze, niż sprawdzić, czy dzieci mówią prawdę.
Adam spojrzał na zdjęcie stojące na kredensie, przedstawiające kobietę w średnim wieku, z łagodnym uśmiechem.
— Prawda o Bogusi nikogo nie interesowała. Każdemu było wygodniej ją uciszyć.
Poczuł, że to, co usłyszy dalej, nie będzie ani oczyszczające, ani proste, ale było już za późno, żeby się wycofać. Starszy pan wstał powoli, poruszał się ostrożnie, podszedł do kredensu i wyjął z dolnej szuflady teczkę. Położył ją na stole, ale przez chwilę jej nie otwierał.
— Ona wiedziała, że to się źle skończy — powiedział cicho i uśmiechnął się krótko, a Adam siedział bez ruchu.
— Najpierw były rozmowy, „prośby” i „sugestie”, aby uważała. Żeby nie zadawała pytań, których nikt nie chce słyszeć.
— Kiedy zaczęły się oskarżenia, myślała, że to pomyłka — kontynuował, gdy Adam przeglądał zawartość — ktoś coś źle zinterpretował, a potem zrozumiała, że nie chodzi o to, co się wydarzyło, tylko o to, żeby temat zniknął.
— Co dokładnie jej zarzucano?
— „Nie reagowała wystarczająco”, „była zbyt emocjonalna” i „przekraczała granice, bo się przywiązywała”.
Adam poczuł znajome ukłucie.
— A była?
— Była uważna. Wystarczająco, aby stała się problemem. W pewnym momencie chciała walczyć z systemem jego własną bronią, była przekonana, że cel uświęca środki, ale nie doceniła tego, jak ten system potrafi się bronić.
Adam wziął jedną z kartek. Charakter pisma był prosty, nerwowy. Pytania stawiane częściej niż odpowiedzi.
— Próbowała ograniczać szkody. Po swojemu i po cichu.
— Czy ona… — Adam czuł, że zbiera mu się na płacz.
— Czy mówiła o konkretnym dziecku?
— Nigdy nie używała imion. Mówiła „jedno z dzieci” albo „ten przypadek”. Poświęcono ją, bo była w tym sama.
Przeszedł kilka kroków po pokoju. Spojrzał na zdjęcie Bogusi stojące na kredensie.
— Dlaczego pan mi to mówi?
— Bo pan przyszedł. Rzadko ktoś jeszcze pyta, poza panem był tu tylko jakiś chłopak, który przyszedł, przeprosił i odszedł, zanim zdążyłem odpowiedzieć
Adam nie dostał odpowiedzi, której się bał, ale nie dostał też tej, na którą liczył. Dostał coś gorszego: kolejną pustą przestrzeń, w którą musiał sam wstawić siebie.
— Czekałem na dyrektora tygodniami. — łzy popłynęły mu po twarzy — Zmarła tydzień po tym, jak zacząłem jej szukać. Gdy składałem pierwsze pisma, ona jeszcze żyła. W ośrodku udawali, że jej nie znają i zbywali mnie milczeniem. Ktoś pilnował, abyśmy się minęli.
— Mówiła, że tak będzie. Zawsze będzie „za późno” albo „nie teraz” — ostrzegała.
— Co dokładnie mówiła?
— Powiedziała mi kiedyś, że któreś z dzieci tu przyjdzie. Poprosiła, abym się stąd nie ruszał.
Adam poczuł, jak ściska go w gardle.
— I pan został.
— Tak, choć próbowali mnie stąd wykurzyć.
Uśmiechnął się gorzko.
— Brak wody, awarie, pisma. Mówili, że kamienica jest przeznaczona do rozbiórki.
— A pan?
— Pomyślałem, że jeśli odejdę, to ktoś przyjdzie za późno, a wtedy jej obietnica nie będzie miała żadnego sensu.
Zapadła cisza. Adam nie powiedział, co pomyślał. Nie powiedział, że czekał i czuł dokładnie tak samo, kiedy krążył wokół urzędów, terminów i nieobecnych ludzi.
— Dziękuję za to, że pan został.
— Dobrze, że ktoś wreszcie zapukał.
Adam wstał i podszedł do drzwi. Przez chwilę stał jeszcze w progu, jakby chciał coś dodać, ale nie potrafił znaleźć słów. Starszy pan odezwał się pierwszy.
— Proszę zaczekać — zatrzymał go, gdy chwytał za klamkę.
Podszedł do szafki w kuchni, otworzył małą szufladę. Wyjął z niej złożoną kartkę, pożółkłą na brzegach, rozprostował ją powoli i podał Adamowi.
— Jeśli to jednak pan jest tym dzieckiem… proszę to wziąć.
Adam spojrzał na kartkę. Był na niej zapisany kolejny adres, nic więcej. Bez nazwiska, bez wyjaśnień.
— Miejsce, którego Bogusia się bała i którego pilnowała, by nikt nie sprawdził go za wcześnie.
— Dziękuję.
Starszy pan skłonił się lekko.
— Teraz to już pana decyzja. Ja swoje zrobiłem.
Wyszedł na klatkę schodową, wyciągnął kartkę i jeszcze raz spojrzał na adres. Był to ślad zostawiony specjalnie dla kogoś, kto miał odwagę zapukać. Schował kartkę i myślał, że następnego dnia tam pojedzie.
Kiedy wchodził do samochodu, zauważył że żadne światło w kamienicy się już nie pali. Trochę tak jakby świat postanowił oznaczyć zadanie jako wykonane.
Wrócił do domu dwa dni później. Przez ten czas mieszkał w samochodzie. Spał na tylnym siedzeniu, mył się na stacji benzynowej, jadł byle co. Chodził do pracy normalnie, jakby nic się nie wydarzyło. W kawiarni wszystko miało sens, a każda czynność miała początek i koniec. Klienci chcieli kawy, płacili, wychodzili. Nie było pytań o przeszłość i nie było ciszy, która domaga się odpowiedzi. Marta wiedziała i tylko raz wysłała krótką wiadomość, bez pytania:
— „Jestem.”
Nie odpisał, ale często do niej wracał. Kiedy wrócił do mieszkania, było w nim cicho. Otworzył okno, wpuścił powietrze. Usiadł na łóżku i długo patrzył na ścianę. Myślał o kartce w kieszeni kurtki. O adresie, który nie znikał, nawet kiedy próbował o nim nie myśleć. Marta przyszła wieczorem, zapukała, jakby bała się, że drzwi mogą się nie otworzyć. Weszła bez słowa, nie przytuliła go. Usiadła obok, zostawiając między nimi miejsce.
— Wiem. Potrzebujesz czasu.
Nie wiedział jeszcze, co zrobi z tym adresem, bo kiedyś obietnicę „jutro” będzie musiał spełnić.
Marta wyjechała na wymianę studencką. To nie była ucieczka, a oddech. Chcieli sprawdzić, czy wytrzymają dystans. Pisali rzadko. Adam pracował i porządkował sprawy, które wcześniej ignorował. Gdy wróciła, reszta roku minęła im zaskakująco spokojnie i w końcu przełamali strach. Niegwałtownie, nie z rozmachem, a krok po kroku. Nauczyli się bliskości, która nie bolała.
Właśnie wtedy — daleko od ich codzienności — czas zatrzymał się dla kogoś innego.
Jakub siedział przy stole w mieszkaniu, które wyglądało dokładnie tak samo jak rok wcześniej i pięć lat wcześniej. Te same meble, te same ściany, ta sama cisza, która nie była spokojem, tylko zawieszeniem. Miał wszystko, co według innych świadczyło o udanym życiu. Pracę, pieniądze, pozycję i rodzinę, która mówiła o nim „nasz jedyny”.
Wiedział tylko, że cisza, w której żyje, nie jest neutralna. Dla jednego czas ruszył dalej. Dla drugiego właśnie się zatrzymał.
JAKUB
Jakub miał dzieciństwo idealne do zdjęć i biografii ludzi sukcesu. Duży dom i rodzice, którzy nie podnosili głosu. Matka miała szacunek, a ojciec kontakty otwierające drzwi bez pukania.
W szkole nazwisko było tarczą. Był wystarczająco dobry i nie sprawiał problemów. Żartował nawet, że gdyby kogoś zabił, sąsiedzi mówiliby: „Spokojny chłopak, zawsze mówił dzień dobry”. Wierzył, że świat jest logiczny i przewidywalny. Problemy w jego życiu nie wymagały rozwiązań, bo znikały, zanim zdążyły się w pełni uformować.
Rodzice wpoili mu, że bezpieczeństwo to brak trudnych pytań. Kariera przyszła nienaturalnie łatwo. Korporacja, a potem własna firma IT, która z czasem miała biura nie tylko w Polsce, ale też w Hiszpanii, którą kochał, a do której miał nadzieję, kiedyś wyprowadzić się na stałe. Klienci pojawiali się znikąd, wyprzedzając biznesplan. Nie analizował tego źródła.
Żył w złotej klatce, która gwarantowała miękkie lądowanie pod warunkiem, że nie sprawdzi, kto trzyma klucz. Długo się nie buntował, ale rodzice nie wiedzieli tylko jednego.
Jakub miał sekret, który z czasem zaczął ważyć zbyt wiele. Wizyty rodziców przestały być tylko niewygodne, a stały się niebezpieczne. Każde pukanie wymagało natychmiastowej cenzury biurka i telefonu. Wchodzili jak do siebie, mając własne klucze i wieczną wymówkę w postaci troski.
Zaczął się cofać. Uśmiechem maskował napięcie, a brakiem czasu budował dystans. Mając dwadzieścia lat wiedział, że klatka działa tylko wtedy, kiedy nie próbujesz sprawdzić, gdzie kończą się pręty.
DAMIAN
Damian rozumiał to aż za dobrze. Kochał Kubę, ale wiedział, w co się wplątał. Sam pochodził z dobrej rodziny, o której mówiło się z zazdrością, ale u niego klatka nie była złota, tylko była więzieniem. Rodzice po stracie pierwszego dziecka pilnowali wszystkiego, a każdy jego krok musiał zgadzać się z planem. To nie była troska, tylko lęk, który dusił.
Kiedy poluzowali smycz, spróbował wszystkiego w jeden rok. Późne powroty i używki miały dać mu kontrolę, a zabrały sen. Jakub patrzył na to z niepokojem. Widział, że u Damiana to nie była wolność, a reakcja alergiczna na dom. Damian zaczął się odcinać, a oni w odpowiedzi odcięli wsparcie. Wtedy pojawiły się długi. Najpierw niewielkie, które dało się nazwać chwilową stratą.
Hazard zaczął się od skrzynek w grach, a skończył na ruletce i kartach. To był cichy nałóg pozwalający wyglądać normalnie. Bez kaca i objawów, za to z nadzieją, że kolejna karta będzie szczęśliwa.
Gdy długi przerosły możliwości, Jakub reagował odruchowo. Płacił i zamykał sprawy. Każda spłata była jednak sygnałem, że można iść dalej.
— To już koniec — obiecywał Damian.
Jakub powielał schemat rodziców. Usuwał problemy, zanim stały się widoczne. Tym razem to nie działało. Wierzyciele widzieli wypłacalność, więc dawali więcej. Zrozumiał za późno, że spłata długu to nie ratunek, a paliwo dla nałogu.
Bał się, że na bezpieczne „stop” jest już za późno. Kochał Damiana od liceum, bez niego firma by nie powstała, ale musiał spróbować to przerwać. Spotkali się wieczorem.
— Nie zapłacę więcej.
— To nie jest takie proste — odpowiedział Damian.
— Właśnie, że jest.
Postawił granicę. Damian wyszedł. Kuba został sam w mieszkaniu, które nagle wydało mu się za duże. Wiedział, że to konieczne, a konieczne rzeczy rzadko przynoszą ulgę od razu. Damian wracał nocami i przez chwilę było lepiej. Był czystszy i spokojniejszy, a wtedy pozwalał mu zostać. Nie dlatego, że wierzył, a dlatego, że kiedy był pod jego dachem, miał poczucie kontroli.
Kiedy znów przyszli po pieniądze, Jakub negocjował — spokojnie i rzeczowo. Płacił za spokój. Dla nich Damian był „jego bratem” i nigdy tego nie prostował. Po tej wizycie poszedł sam do ulubionego miejsca Damiana. Poszedł do kasyna, czując się jak zdrajca. Piwnica bez okien, dym i ludzie unikający wzroku. Nie przyszedł grać, a zapytać o cenę.
— Ile będzie kosztować zakaz wstępu dla mojego brata?
Zapłacił. Dużo. Wiedział, że nie rozwiąże problemu, ale odsunie go w czasie i przez kilka tygodni działało, a potem Damian wrócił wściekły.
— Powiedzieli, że mam zakaz wstępu.
Nie zamierzał kłamać, ani chować się za niedopowiedzeniami.
— To ja.
Wtedy zobaczył w jego oczach coś nowego. Nie ulgę, a wściekłość kogoś, komu zabrano ostatnią iluzję kontroli. Kiedy Damian znalazł inne miejsce, zrozumiał, że nie da się wykupić czyjejś wolności. Można tylko opóźnić moment, w którym rachunek przyjdzie naprawdę.
Kuba długo milczał, a Damian chodził po pokoju, nerwowo, zbyt szybko. Mówił coś jeszcze, tłumaczył się, rzucał obietnice, ale Jakub już go nie słuchał.
— Jeśli to się nie skończy… powiem twoim rodzicom.
Damian zatrzymał się gwałtownie.
— Nie zrobisz tego.
Kuba w oczach miał ból, nie gniew.
— Zrobię. Nie mam już siły. Jak inaczej mogę zatrzymać to co nas niszczy? Skoro moje wpływy nie wystarczą, to niech zrobią to ci, którzy całe życie wiedzieli, co jest „dla twojego dobra”.
Damian zacisnął dłonie i pobladł.
— Wiesz, co im powiesz?
Nie odpowiedział od razu.
— Nie wiem i właśnie tego się boję najbardziej, zastanawiam się, na co zareagują mocniej.
Damian patrzył na niego w milczeniu.
— Czy na to, że ich „idealny syn” od lat jest w związku, którego nigdy by nie zaakceptowali… Czy na to, że przepaliłeś w kasynie równowartość kilkudziesięciu samochodów? Nie za swoje pieniądze.
Damian usiadł ciężko na krześle.
— Zniszczysz mi życie.
— Ty je niszczysz. Ja tylko przestałem udawać, że tego nie widzę.
Wreszcie Damian odezwał się słabiej, bez tej wcześniejszej buty.
— Nie możesz mnie tak wystawić.
— Mogę i jeśli będę musiał, zrobię to.
Spojrzał na niego uważnie.
— Wolę, żebyś mnie znienawidził, niż wizję dnia, w której odbiorę telefon i dowiem się, że nie żyjesz.
Kuba wiedział, że właśnie przekroczył granicę i nie ma już powrotu do udawania. Cokolwiek stanie się dalej, ich relacja już nigdy nie będzie oparta na milczeniu i pieniądzach… a przynajmniej na to liczył.
Kuba podszedł bliżej. Nie agresywnie i bez zbędnych gestów, jak ktoś, kto nie ma już nic do wygrania.